Kucharka Zen

Wpis

niedziela, 28 kwietnia 2013

Emisja głosu

Dokształcam się w weekendy. Raz na miesiąc uczę się jak uczyć innych. Wczoraj w planie widniały warsztaty z emisji głosu. Prowadząca zaczęła od pytania o głos właśnie. Czy mamy, czy znamy, czy lubimy swój własny, co on dla nas oznacza. Pomyślałam, że mogłabym swojemu głosowi rozpisać całkiem pokaźne biograficzne tomiszcze, że ma on historię burzliwą i meandrującą od dziecięcych zabaw swobodnych, donośnych wrzasków i pisków i śpiewów i zawodzeń niecenzurowanych, następnie zamknięcie za szkolną ławką, sciśnięcie przepony i uwolnienie tylko na rzadkie momenty, ku chwale ojczyzny, konkursem recytatorskim co modulował tę życiodajną siłę w niezrozumiałe słowa jakiegoś wieszcza, przez kilka lat szkolenia na mezzo-sopran w chórze (wspomnienie mozolnej, regularnej pracy, momentów dotknięcia boskości, siły, jaka tkwi w grupie, w kolektywie, harmonii, jaka tkwi w różnorodności, ale też rozłączenia głosu z ciałem, zrobienia z niego jakiegoś abstrakcyjnego, niezrozumiałego bytu, który należy sobie poddać przemocą), aż do stopniowego, wieloletniego ściskania, tłumienia, przyciszania głosu na potrzeby korporacyjno-towarzysko-romantyczne, żeby nie był śmieszny ani kontrowersyjny, żeby nie budził gniewu ani sprzeciwu, obaw ani nadmiernego pożądania. Żeby pracował na spójny pożądany wizerunek - poważny i profesjonalny, godny zaufania i łatwy w kontakcie. Bezpiecznie okrojony głos zrobił mi się płaski i matowy, wychodził z zaciśniętego gardła, od czasu do czasu piszcząc lub skrzecząc histerycznie w niekontrolowanych momentach, jakby coś sygnalizował, jakby próbował się wyzwolić ze społecznego gorsetu. I tęsknoty bolesnej, chociaż nieuświadomionej za swoim pełnym, zniuansowanym, mieszczącym w sobie spektrum emocji wydaniem - wydaniem, w którym miejsce i na gniew i żałość, radość i powagę, i przestrzeń na wszystkie możliwe życiowe role, wszystkie osobiste wcielenia - kochankę i mentorkę, koleżankę i podwładną, szefową, klientkę, kucharkę i rowerzystkę, głupią małpę i rozleniwionego kociaka.

1. Uczę się chodzić

Na początek chodziliśmy i chodziliśmy. W przód, w bok, szybko i powoli. Obserwowaliśmy swoje stopy, stawy skokowe i kolana. A potem nagle zatrzymywaliśmy się, zastygaliśmy w jakimś ruchu, jak przedszkolaki (raz da trzy, baba jaga patrzy) i uważnie studiowaliśmy swoje pozy. W mojej było coś krzywego, coś nienaturalnego, coś bardzo poważnie nie tak. Jakiś fundamentalny brak równowagi. Więc chodziliśmy dalej. Na palcach (jakie to kobiece), na piętach (jak otwierają się nagle płuca), na wewnętrznych krawędziach stóp, a potem na zewnętrznych (ach te wspomnienie dziecięcego płaskostopia). I znów stop-klatka. Coś mi zaczęło świtać. Wsłuchałam się w miejsca najbardziej spięte, a potem, na koniec, poddałam się komendzie, żeby za tym dyskomfortem, za tą swoją krzywością podążyć, żeby ją przerysować i w przesadny sposób podkreślić. I już wiedziałam. Z dekad rozmaitych wspomnień wyłowiłam te właściwe - moje ciało zapamiętało dziecięce walki z "kaczką". Dawno, dawno temu, tak dawno, że to już prawie nieprawda, stawiałam stopy do środka. A potem, strofowana, upominana, dla własnego dobra, miesiącami korygowałam tę niedoskonałość dopóki ta 'korekcja' nie weszła mi w krew, nie stała się nawykiem, nie została mną samą. Dzisiaj przesadnie kręcę biodrami, przesadnie wykręcam kolana, przesadnie używam zewnętrznych krawędzi stóp kosztem wewnętrznych, od lat robię ze swoim ciałem coś przedziwnego i nazywam to spacerowaniem. Niesamowite, że pracuje na to cały organizm - stopy, kostki, kolana, miednica, kręgosłup i głowa. Ale i ściśnięty żołądek, zapadnięte płuca, skołowany błędnik. Dobra wiadomość jest taka, że już wiem, jak lepiej chodzić i że bardzo chcę od dzisiaj ćwiczyć sposób bardziej dla mojego ciała naturalny. Wiem też, jak wiele na tym zyskam.

2. Uczę się swojego kręgosłupa

No nie da się ukryć, że mam kręgosłup. I trudno zaprzeczyć, że biegną wzdłuż niego wszystkie istotne nerwy, komunikacyjny system organizmu, jego absolutna esencja. I trudno nie wyciągnąć logicznego wniosku, że jeśli zaniedbam kręgosłup, zaniedbam całą resztę siebie, bo mi się rozmaite ważne rzeczy poblokują i ucierpi na tym miłość mojego życia - mój spektakularny, budzący zachwyt i grozę mózg. Nie mówiąc już o tym, że mądry człowiek rzuciłby okiem na rodzinną historię, życiorysy cielesne matki i babki i zrozumiał te wszystkie dyskopatie, rwy kulszowe plus poboczne uboczne sensacje. I by się od przyszłego tygodnia zapisał na nowo na jogę lub pilates, bo inaczej sam będzie sobie winien i do nikogo nie będzie mógł mieć pretensji.

3. Uczę się oddychać

Jako długoletnia medytatorka i wielbicielka oddechu, myślałam o sobie jako o ekspercie sztuki pobierania tlenu w płuca. Nic dalszego od prawdy (kurde). W czasie wczorajszych warsztatów robiliśmy fajne ćwiczenie, które pokazywało jak działa przepona. Stanęliśmy w kółku trzymając mocno ze wszystkich stron mały kocyk, który przy naszych kolektywnych wdechach opadał luźno, następnie przy wydechu podnosił do góry i napinał, aby na koniec powrócić na jałowy bieg, w luz i spoczynek. Z ćwiczonka tego wynikło dla mnie coś mocno niepokojącego, albowiem okazało się, że więcej szkody zrobiły mi w życiu ćwiczenia oddychania przeponą (ten nieszczęsny chór, który ciało traktował mechanicznie i bez zrozumienia) niż trening zachodniego człowieka, który w ogóle przeponę eliminuje z oddychania, jakby bozia stworzyła ją zupełnie po nic. Przypomniało mi się (a sporo osób wokół mnie przywołało identyczne doświadczenia), że uczono mnie wypinać, wypychać siłą brzuch przy wdechu. Zakodowałam więc sobie, że oddychanie przeponą to dodatkowy wysiłek i ciężka praca, podczas gdy (boże, znowu) to wszystko nieprawda. Bo brzuch sam potrafi oddychać, wystarczy mu pozwolić. Nie wiem, dlaczego tak trudno samemu sobie zaufać.

4. Masuję sobie aparat głosowy

Hehe. Dawno się tak nie uśmiałam. Przez dobre czterdzieści minut, grupa odzianych w dresy, bosych, patrzących w lustro ludzi, w tym ja, robiła głupkowate miny, głaskając zawiasy swoich szczęk (w życiu nie głaskałam się w tym miejscu, doceńcie moją odwagę wyjścia poza strefę komfortu oraz odporność na poczucie żenady), masując wargi i ich okolice, a potem ćwicząc język - jedyny ludzki mięsień przymocowany tylko z jednej strony. Jakie to fajne było! Jakie nowe i ciekawe! Mogłabym tak zaczynać każdy dzień.

5. Uczę się emocji

Nauczeni chodzenia, równowagi, prostego kręgosłupa i zdrowego oddechu, a następnie rozruszani w okolicach aparatu gębowego, zaczęliśmy na koniec pracować z głosem. Okazało się, że moje wyobrażenie (znowu wspomnienia chóru zafałszowały coś i zniekształciły) o pracy z głosem jako wymuszaniu czegoś na sobie, mozolnej tresurze i triumfie woli nad oporną materią, były zupełnie bez sensu. Wymasowani od środka i od zewnątrz, zrelaksowani, prości i dotlenieni, nie musieliśmy bowiem wykonywać żadnego dodatkowego wysiłku. Głos z naszych dopieszczonych pudeł rezonansowych wychodził bowiem jakby sam z siebie. Organicznie. Bezboleśnie. Harmonijnie i balsamicznie. Sama radość. Dalsza praca polegała na czymś zupełnie innym.

Bo głos, drodzy państwo, jak niby wiedziałam już wcześniej, ale dopiero teraz zrozumiałam na poziomie fizjologicznym, blokuje się wraz z zablokowanymi emocjami. Więc kiedy poproszono mnie o zawodzenie jak płaczka na pogrzebie, w rozpaczy możliwie najbardziej zbliżonej do realnej, ta rozpacz mnie przeraziła i bliska byłam odmowy uczestnictwa w ćwiczeniu. Przecież nie wypada obnosić się z własną żałością. Nawet dla zabawy. Nawet dla treningu. Kiedy miałam z siebie wydać niskie, agresywne, konfrontacyjne tony, poczułam równoczesne podniecenie i przerażenie, nogi się pode mną ugięły i oddech jakby uwiązł w gardle. Westchnięcia i sapania, takie jakieś seksualne, zmysłowe, tabu społeczne, bo przecież to nie są publiczne dźwięki, to dźwięki prywatne i intymne i wstydliwe. Wstyd więc mnie sparaliżował i zaczęłam głupkowato, nastoletnio chichotać. Natomiast we wszystkich tych przypadkach i w innych, odrobinę łatwiejszych ćwiczeniach, tkwił wielki, uwalniający, uspokajający potencjał. Bo kiedy tak wyłam i jęczałam i mruczałam i kwiczałam, kiedy warczałam i szczekałam, zalała mnie fala ekstatycznej radości, wspomnienie swobody z dzieciństwa, kiedy się jeszcze wybierało i przebierało w możliwych tożsamościach, kiedy się z siostrą przymierzało stare mamine sukienki studniówkowe, pończochy i halki i znajdowało w nich potencjał, nadzieję, euforyczne oczekiwanie nabrzmiałej możliwościami przyszłości. To wspomnienie potrząsnęło mną, przebudziło, zobowiązało do akcji. Mam ochotę zapisać się na taki warsztat jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze. Byle tylko doznać go ponownie.

6. Uczę się własnej siły (i uciekam przed nią natychmiast)

To, co się ze mnie wydobyło na koniec warsztatu, okazało się wielkie i piękne, pełne i delikatne, obezwładniające w swojej mocy i w związku z tym (olaboga) przerażające. Boskie, jednym słowem. Przeczytałam kiedyś w jednej swojej mądrej książce (Gloria Steinem. Revolution from Within. Nie ma jej po polsku niestety, bo chciałam ją sprezentować wszystkim, których kocham, lepszego prezentu sobie nie wyobrażam), że kobiety nie tylko uczy się nie ufać własnej sile, ale i tępić przejawy siły w innych kobietach. Pewnie dlatego, że tkwi w nas, gdzieś głęboko, pamięć historyczna, pamięć ciał wielu pokoleń przed nami, które za przejawy mocy płaciły najwyższą cenę. Przebłyski własnej mocy śmiertelnie mnie więc przerażają. Uciekam od nich na kilometr, bo (niech mi to ktoś racjonalnie wytłumaczy), mam wrażenie, że jeśli cokolwiek na kształt charyzmy czy iskry bożej okażę, zdarzy się niewypowiedziana tragedia, coś najgorszego na świecie, jakieś stadne odrzucenie, ostracyzm, samosąd, coś na kształt linczu, jakieś publiczne spalenie na stosie. Mam autentyczne poczucie, że maksimum mojej siły to wielkie niebezpieczeństwo i nie należy się taką mocną, wielką, wspaniałą pokazywać ludziom. A już na pewno nie z własnej inicjatywy. Schować się pod stół i czekać aż świat łaskawie pozwoli.

Jak zareagowali ludzie na warsztacie? Sądząc po fakcie, że siedzę dziś przed komputerem (mam zakwasy w zagadkowych miejscach), przeżyłam. Stosu nie rozpalono. Nie pobito, nie skrzyczano, nie potraktowano pełnym dezaprobaty milczeniem. Poza nawias nie wyrzucono (nawet zaproponowano wspólną kawę i pogaduchy). Jaka była reakcja? Zaskoczone milczenie. Podziw. Zachwyt nawet. Wzruszenie. Gęsia skórka. Mogłoby to oznaczać coś dla mnie niepojętego. Że ludzie ludziom w gruncie rzeczy dobrze życzą. Muszę się z tym przespać, bo to szokujące.

https://www.youtube.com/watch?v=MXJqspNwGGE

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
niedziela, 28 kwietnia 2013 12:52

Polecane wpisy

  • Wspólnota mieszkaniowa / Boli mnie ego

    Na spotkaniu wspólnoty mieszkaniowej zebraliśmy się w siódemkę, plus trzy panie administratorki. Jak to ja, jak to wszędzie i zawsze ostatnio, chciałam stamtąd

  • Ja tu mieszkam

    Pojechałam na dziesięć dni do lasu. Jestem już tak przyzwyczajona do permanentnego miejsko-zawodowego przeciążenia, do bycia na granicy wypalenia, do tego, że w

  • Dojrzałość

    Ten facet, który leży obok mnie był do niedawna policjantem. Pracował w mieście, od którego się twardnieje. Widział rzeczy nie do wymazania. Uczy nas medytacji.