Kucharka Zen

Wpis

poniedziałek, 01 grudnia 2014

Opaska

Ona robi biżuterię. Sprowadza z USA specjalne kamienie. Ten, który mi pokazywała - już zapomniałam jak się nazywa, dużo ostatnio zapominam, między zeznaniami w sądzie, oskarżeniami o wykroczenia podatkowe, burzeniem ścian i gładziami (dziś składałam reklamacje w sprawie półtora metra kwadratowego białych łazienkowych kafelków), między szkoleniami z miękkich kompetencji i spacerami z psem. Patrzę na psa i widzę już tylko obowiązek. Nie widzę psa w ogóle. Nie wiem, czy jest zdrowy czy chory, szczęśliwy czy nie. Zostało mi wobec niego tylko poczucie winy. Jest zimno i ciemno, a szalik mam z syntetycznego materiału, na metce napisali acrylic, a kiedy syntetyczny materiał dotyka mojej twarzy, mam wrażenie, zawsze i za każdym razem, że nikt mnie nie kocha. Że świat mnie nie może kochać jeśli mnie tak traktuje. Podobnie kiedy wypełniam tabelki w Excelu. Kiedy jeżdżę metrem w godzinach szczytu (tramwajem już nie). Kiedy ktoś mnie nie słucha, a ja opowiadam o czymś, co mnie fascynuje. I jeszcze kiedy patrzę na półki z chińskimi zupkami w supermarkecie. Że nikt mnie nie kocha. Że na świecie już nie ma miłości.

Jej mąż rysuje komiksy. Po francusku. Sprzedał we Francji dziesięć tysięcy egzemplarzy trzytomowego przygodowego komiksu, którego postaci przypominają japońskich bohaterów mangi. Trzymałam ten komiks w ręku.

Pożyczyła mi delikatną opaseczkę zrobioną z miedzi i tych mleczno-zielonych kamyków, z zapinką, która dyskretnie przypominała czasy art nouveau. Sama jest misterna i filigranowa, nawet jej uśmiech przypomina biżuterię, którą wyrabia - taki niepowtarzalny i bezwstydnie niewinny. Jej włosy księżniczki, słowiański ciemny blond, królewna, która zapomniała grzebienia, prosto z łóżka wyszedłszy z niedbale (ale podejrzewam, że planowo) rozczochranymi kosmykami. Jeszcze po tej grzecznej stronie punk rocka. Anarchistyczny kopciuszek. Boże jak mi brakuje nastoletniej, walczącej z systemem abnegacji. Boże jak bardzo bym chciała być królewną.

Byłam tak zajęta, zajęta spacerniakiem życia. Mycie zębów. Podlewanie kwiatków. Proteza odmoczona w roztworze Corega. Płyn do twarzy. Płyn pod prysznic o zapachu herbaty. Szampon. Płyn do higieny intymnej. Golarka. Pianka do golenia. Pumeks. Mydło do stóp. Dezodorant. Cytrusowe perfumy. Suszarka. Majtki, stanik, skarpetki, spodnie, bluzka się nie chce cholera uprasować, zmarnowałam dziesięć cennych minut, włożę ten sweter, co go nie trzeba, co się nie mnie. Spacer z psem. Kawa. Bankomat. Skrzynka mailowa. Plan dnia. Kawa. Rozmowa. Cukierek czekoladowy. Spotkanie. Telefon w sprawie kafelków. Notariusz. Kawa. Telefon. Ekspektatywa dotycząca miejsca garażowego, deska berlinecka, zabudowa kuchenna, urząd dzielnicy, podatek od nieruchomości. Zimno jak kurwa mać. Byłam tak zajęta, zajęta ustawionym jak domino planem dnia, że zapomniałam o opasce. Spacerniak. Zapomniałam w czwartek, a potem w piątek, w weekend i cały dzień dzisiaj, dopóki nie przyszła, nie uśmiechnęła się, nie porozmawiała o tym, jak bardzo brakuje jej Paryża. Ukrainka w Paryżu. Przeniosła mnie w możliwość innego życia. Innego spacerniaka. Brat opiekuje się jej firmą podczas jej nieobecności, wysyła kolczyki, bransoletki, opaski na włosy do klientek, prowadzi internetowy sklep. Ona studiuje europeistykę w dalekiej Warszawie. Specjalizuje się w kwestii bezpieczeństwa energetycznego. Skąd ludzie biorą takie biografie? Co ludzie myślą o mojej biografii? Moim prywatnym, intymnym, niezmiennym w fundamentalnym wymiarze, moim hodowanym przez lata zestawie misternie splecionych w życiorys mikronawyków, który nazywam mną.

Chciałam sobie zrobić przestrzeń w życiu. Dlatego tyle czasu czekałam. Chciałam być wypoczęta i w dobrym humorze. Więc czekałam na dobry moment. Na tę opaskę delikatną miedzianą, na zapomniane od lat złudzenie bycia kimś pięknym, pasowania do ogólnie przyjętych kanonów, wpisania się w uproszczoną, kojąco prościutką historię. Moje życie jest zbyt proste i za bardzo skomplikowane. Chciałam mieć na magiczną chwilę jego dokładną odwrotność. Przeciwieństwo bycia wśród chińskich zupek, zapalenia spojówek, brudnych autobusów i syntetycznych szalików. Wybawienie od formularzy PIT i tabelek w Excelu. Chciałam na słodką sekundę od tego wszystkiego, od tej całej przeklętej przereklamowanej dorosłości się uwolnić. Urwać się urwać się urwać się ze smyczy. Jakby w oczekiwaniu wczoraj wieczorem od niechcenia pomalowałam sobie paznokcie na bladoróżowo. Niby nic. Ale. Ja nie maluję paznokci. Już dawno nie było kiedy i po co i dla kogo. Ja nie miałam przestrzeni na mikroprzyjemność zdobienia samej siebie, na dekorowanie mojego wewnętrznego piękna zewnętrznymi błyskotkami. A jednak tęskniłam. A jednak mi tego brakowało. Strojenia się. Czas na opaskę. Miałam kiedyś tiarę z diamencikami, kupioną specjalnie na bal dla przebierańców. Bolały mnie od niej skronie. Bałam się, że ten cały rytuał, czas na bycie księżniczką, że i to się okaże nieporozumieniem, że poczuję się tym bardziej brzydka im bardziej ładna będzie ta pożyczona, owinięta w chusteczkę higieniczną i ukryta w kieszeni torebki ozdoba z matowymi zielonymi kamieniami i kwietną zapinką w stylu fin de siecle. Że moje chłopskie korzenie, szerokie plecy i duże stopy, moje proste praktyczne krótkie włosy, dożywotni wyrok bycia mną, że to wszystko nagle zobaczę boleśniej, jaskrawiej, wyraźniej i bez retuszu. Że jestem oszustem. Że żadna ze mnie córka króla.

Nie było beznadziejnie. Przed lustrem. Udrapowałam opaskę na czaszce. Osiadła zgrabnie i natychmiast schowała się pod włosami. Nie było źle. Nie było dobrze. Nie było jej widać. Odbyłam więc, odhaczyłam ćwiczenie z kobiecości. Trójka z plusem, myślę. Stałam w łazience w kupionej przez siostrę piżamie w kropki, z bufkami. Absurdalna, niespójna. Ćwiczenie z kobiecości - wyobrażonej, dawno zapomnianej, stworzonej przez kogoś innego, nie dla mnie przecież, nie dla mnie zwykłej, żonglującej zadaniami w niedoczasie, odhaczającej kolejne przyziemności ze spisu obowiązków codziennych, nie dla mnie o chorych oczach i permanentnej alergii, noszącej plastikowe siatki z płynami do mycia szyb i zbierającej w biodegradowalne torebki psie kupy spośród przymarzniętych do ziemi liści, a dłoń na moment uwolniona z rękawiczki (ciągle zapominam o kremie do rąk, ciągle zapominam o kremie), a dłoń na moment uwolniona z rękawiczki natychmiast staje się szorstka w okolicach knykci. Od mrozu. Zachciało mi się być księżniczką. Pomyślałam, że to równocześnie nieosiągalne i banalnie proste. Że pomyliłam się. Że właściwie nie muszę. I wolę być punk rockowcem. Biurowym, sekretnym punk rockowcem. Anarchistą weekendowym, co w sobotę rano wyciąga dres i staje się mniej staranną wersją siebie. Będę więc dresowym, weekendowym buntownikiem pijącym bacardi breezera przed cosobotnim pokazem The Voice of Poland. Dopóki nie nastaną lepsze czasy dla księżniczek.

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
poniedziałek, 01 grudnia 2014 21:35

Polecane wpisy

  • Kto napisze historię

    Chodzę po tym moim nieszczęsnym mieście - często skołowana, zagubiona, przebodźcowana - chodzę, a wokół mnie pędzą samochody, ktoś buduje wieżowiec, ktoś zdobyw

  • Kucharka w G'rls Room

    Ej, poszłam dzisiaj na spotkanie z ludźmi, którzy prowadzą prześmiewczy portal i darmową gazetkę na temat absurdów pracy w Mordorze - do sąsiedzkiej kawiarnio-k

  • Bitzu'ist

    Cholera jasna zaczyna coś do mnie docierać. Wcale nie próbowałam przeprowadzać poważnego rachunku sumienia przy okazji pożegnania najdziwniejszego, najmniej sen