Kucharka Zen

Wpis

niedziela, 05 marca 2017

Miski i stołki

Chichoty. Rechotałyśmy jak dwie żaby. Lato przeplatało lazurowe upały z burymi burzami, dzięki czemu natura rozpleniła się w czarodziejskim ogrodzie dziadków szczodrze obsypując krzewy owocowe agrestem żółtawym, porzeczkami rubinowymi, jasnozielonymi jabłkami, niedojrzałymi jeszcze, to były czasy sprzed supermarketów i sezonowość potrafiła budzić wielką frustrację. Na niektóre owoce trzeba było czekać dziesięć miesięcy. Pojawiały się na efemerycznych parę tygodni, a potem nagle było za późno, ostatnie felerne, nadjedzone przez osy egzemplarze gniły pod drzewem. Niczego, nawet soczystych, słodkich, krwistych truskawek prosto z krzaka, unurzanych w suchej ziemi, potem mytych w durszlaku, błyszczących kroplami zimnej wody, niczego nie kochałam tak bardzo jak jabłek, których kwaśność wykrzywiająca twarz zaczynała właśnie transformację w słodycz. Tylko trochę słodyczy. Za kilkanaście dni te same jabłka przestaną mi smakować. Będą miękkie i słodkie, niewymagające. Chwilę później przez słodycz zaczną się przebijać lekko sfermentowane tony, a miękkość zmutuje w gąbczastość. Ile ja wtedy smaków znałam i faktur! Jak wyrafinowane były moje kubki smakowe, to były jeszcze czasy przed masową produkcją przecukrzonych jogurtów, jeszcze nikt do naszego jedzenia nie dosypywał glutaminianu sodu, nie znieczuliłam się jeszcze na dyskretną różnorodność zwykłych produktów z ogrodu. Do tej pory po stopniu słodyczy jabłek, w ciemno, wyrwana w nocy z innej strefy czasowej, z zasłoniętymi oczami rozpoznałabym polską porę roku. Po ogórkach, po gruszkach, po agreście, po jabłkach bezbłędnie. Mogłabym z dokładnością do dwóch tygodni określić, czy jest późny lipiec i odgryzam kęs papierówki, czy późny sierpień, czy może jem już zimowe odmiany - czempiony z sadów grodziskich. 

Dzisiaj gotuję zupę z zielonych warzyw. Dopóki jej nie odcedzę, brunatna piana zasłoni niewielkie kawałki cukinii i brokuła, we wrzącej wodzie wirują paseczki włoszczyzny. W garnku obok próbuję nie przypalić lepkiego ryżu, z którego zrobimy dla dzieci kolorowe kulki, bo kiedyś w orientalnym sklepie kupiliśmy spożywcze barwniki do ryżu właśnie. Dopiero kiedy wymieszam miodowo-kokosowy ryż z niebieskimi okruszkami barwnika zorientuję się, że jest wytrawny, że słono-słodki ryż jest nieporozumieniem smakowymi i do niczego się nie nadaje. Jutro są urodziny mojego chłopaka. Więc francuska zupa, japoński ryż, a pod chińskim wokiem z polskiego supersamu właśnie wyłączyłam indukcyjny palnik, bo chilli con carne gotowe. Będziemy je serwować w kukurydzianych muszlach taco, a Piotrek weźmie nadwyżkę chilli do domu, bo mieszka sam i będzie chciał obiad na niedzielę. Ja bym do niego dolała pół buteleczki tabasco, ale nie wszyscy lubią tak ostre dania.

Chichoty. Tak jak moja dzisiejsza kuchnia, niegdysiejsza, wiejska, miała brązowe deski w ramach podłogi. Nie wiem, czy kiedykolwiek dotąd widziałam moich dziadków, już zredukowanych o jedną świętej pamięci osobę, jako coś więcej niż niedosyt, niż niespełnione moje potrzeby bez dna. Nie wiem, czy kiedykolwiek zrozumiałam ile w tym domu było ich miłości, w ilu meblach, jak bardzo ten dom miał być nasz. Zadzwonię dzisiaj do babci. Trudno. Będzie mi opowiadała mnie samą, nieznaną mi, nierozpoznawalną. Będzie mi narratorką mojego życia. Trudno. Przynajmniej usłyszę jej głos zanim tego głosu zabraknie. Nie wiem zresztą, czy tak dużo czułości jak wtedy kiedy byłyśmy małe można w ogóle wytrzymać, czy da się za nią kiedykolwiek odwdzięczyć. Za stołeczki malutkie śliczniutkie zamówione u stolarza pięć wsi dalej przez człowieka, który być może nigdy nie zaznał własnego stołeczka, bo mu wojna rozpruła szwy dzieciństwa i rozpadło się, przestało trzymać kupy. Za miednicę napełnianą gorącą wodą prosto z czajnika prosto z pieca kaflowego, w której golusieńkie się obie mieściłyśmy na przedkolacyjne mycie, zmycie z siebie piasku zabaw w chowanego i błota zabaw w berka. Potem kanapki. Potem radiowe słuchowisko. Potem spać. Za kubeczki nasze własne emaliowane. Trzeba sobie może zabronić miłości w ogóle, co? Żeby się już nigdy nie czuć aż tak winnym, że się jej nie potrafi sensownie odwzajemnić? Albo się trzeba nauczyć żyć nieporadnie w przestrzeni przepastnej między swoją a cudzą czułością, czasem tylko, tylko czasem nawiązując chwiejny, niepewny kontakt.

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
niedziela, 05 marca 2017 15:48

Polecane wpisy

  • Dom Mehoffera

    Kanapa jest w kolorze mchu i ma mszystą aksamitną fakturę. Nie dotykam, bo to przecież muzeum, ale kusi niemożebnie. Kwiaty w obfitości, niektóre suszone, kruch

  • Leżę

    Leżę sobie, a pode mną chłodna, wilgotna do szpiku kości ziemia. Zbiera się na deszcz, na wschodzie ciemne chmury kumulują się w grożną, spiętrzoną plamę, ale j

  • Odzyskiwanie zachwytu

    Próbuję nie konsumować. Naprawdę próbuję. Mam kilka wolnych dni, planuję się bezwstydnie obijać i nie przychodzi mi do głowy prawie nic oprócz konsumpcji (książ