Kucharka Zen

Wpis

czwartek, 25 maja 2017

Dwie kobiety

W jednym rogu naszej klimatyzowanej sali stoi kobieta-czołg, dyskretnie prążkowane czółenka na cieniutkich obcasikach, elegancki, praktyczny, prosty czarny kostium, haftowana biała bluzka, uosobienie niezreformowanej prymuski, która od dekad zbiera kolejne czerwone paski. I jeszcze migoczące przy każdym jej żywym ruchu, przy energicznej, rwanej ale kontrolowanej gestykulacji kolczyki. Ona mówi na bezdechu, nie wydaje się już od sześciu godzin zaczerpywać powietrza, może jest superherosem, który wcale tlenu nie potrzebuje? Nie straciła ani rezonu, ani wigoru, ani na moment nie wyhamowała, a ja nie nadążam. W następnym wcieleniu może powinnam być prawnikiem? Ona żongluje argumentami, spontanicznie przytacza studium przypadku, przykłady i ilustracje, pamięta artykuły i paragrafy, ustawy, daty, precedensy, wyroki sądów polskich i europejskich. Wypluwa słowa, słowa, słowa, dane, dane, dane, czasem trochę informacji, rzadko wiedzę, nigdy mądrość. Czeka mnie dwa dni bierności. Może za półtorej godziny uda mi się otworzyć usta i wydać dźwięk. Skomentuję wtedy wybór syropów do bardzo dobrej kawy z porządnego ekspresu, który udostępniła nam firma organizująca szkolenie.

W drugim rogu sali siedzi koordynatorka tego warsztatu, niespójnie łącząca poczciwość, zmysłowość i kompetencje. Jak dziecko przymierzające dla zabawy stereotypy, jest połączeniem skrajnych wersji dziewczęcości (ta filuterna fryzurka, ta przymilność, słodycz w głosie, uśmiech jak pączek róży, uważność na innych, łatwość w obsłudze), kobiecości (niebotyczne pomarańczowe lakierowane szpilki, obcisłe ubrania, kocie ruchy) i nobliwości (rzeczowe, techniczne wypowiedzi, nieustanna wewnętrzna cenzura, hamowanie spontanicznych reakcji). Wydaje mi się, że nie pasuje do tego, co przywykłam widzieć w polskim biznesie. Jest za mało zimna, za mało zadaniowa, zbyt wyrazista, waha się zbyt często i zbyt długo zatrzymuje słuchając drugiej osoby. Nie ma w sobie witalności niespożytej, nie pędzi, brakuje jej też zacięcia wieloletniego w okolicach żuchwy, tej determinacji w zdobywaniu, obycia z agresją i rywalizacją, z konfliktem. W tej pierwszej kobiecie z kolei, tej z kolczykami, mało znajduję miękkości. Wydaje się stanowcza, przekonana i przekonująca, nieustępliwa wręcz, uosabia władzę, zresztą czyż nie stanowi jej rzecznika? Nie musi nawiązywać z nami kontaktu ani zabiegać o naszą aprobatę, ma wyższą pozycję. Jest potencjalnym zagrożeniem.

Ta pierwsza płaci chyba większą cenę, mimo pozornie wyższych przywilejów. Mój wzrok przyciągają jej kolczyki. Ostatni wentyl, ostatni symbol, ostatni bastion delikatności.

Ta druga ma w sobie przedwczesną ciotkę-cnotkę - pewnie w podarunku dla nas wszystkich, żebyśmy uznali ją za przyzwoitą młodą damę, hamuje swoją szczenięcą żywość jakby regularnie pociągała za niewidzialne wewnętrzne lejce, ograniczając narowy, które wmawiano jej od małego. Jakąś demoniczną, niezrozumiałą, mroczną część jej samej, jej cień, z którym nigdy się bliżej nie poznała, więc przemocą go krępuje. Posłuszna nam wszystkim na wszelki wypadek, ale komu konkretnie? Nigdy jej nie zapytano, czy sama z siebie wybrałaby akurat elegancję jako sposób na życie.

Podobnie jak ta pierwsza, nie sprawia wrażenia świadomie ukształtowanej zgodnie z własną naturą.

Pierwsza pani znalazła dom w przepisach i regulacjach. Zrozumiałych wyłącznie dla nielicznej grupki bliskich władzy terminach i kruczkach. Oprowadza nas po tym wyniosłym gmachu jak dumna gospodyni. Marmury i kandelabry. Jest naszym przewodnikiem po zawiłościach systemu służącego i wszystkim i nikomu konkretnie, w abstrakcji od naszych codziennych, pragmatycznych potyczek życiowych. Ale przeczuwam, podskórnie, że jej intencją nie jest pomóc nam poczuć się w tym majestatycznym domiszczu jak u siebie. Zrozumieć i się oswoić. Myślę, że chciałaby zamrozić status quo. Podoba jej się sytuacja, kiedy nas takich bezbronnych, bezradnych i zależnych prowadzi jak po sznurku, triumfując kiedy widzi przejawy bezbronności, bezradności i zależności, które nieodmiennie interpretuje jako głupotę i publicznie wyśmiewa.

Druga kobieta tymczasem, w swoim kąciku, dyskretnie, bezszelestnie stuka w komputer i bezgłośnie stempluje nasze certyfikaty uczestnictwa w szkoleniu.

Za oknem mamy widok na rozsłonecznione miasto. Za oknem tramwaje niosą wyletnionych przedstawicieli innych profesji. Kobiety innych konstrukcji psychicznych. Modne, płodne, poetyckie, wysportowane, ugodowe, skupione, dzielne, zabawne, nadodpowiedzialne, współuzależnione, zadbane, ekspresyjne, uczciwe i z klasą.

Tak jak kiedyś mnie wychowywano ostrzeżeniami - jaką nie być, kim się nie stać, czym nie grzeszyć, jak się nie zachować, jakiego faux pas nie popełnić, tak ta pierwsza kobieta szkoli nas kazusami niedociągnięć i żenujących wpadek, błędów i uchybień, zakazów i negatywnych przykładów. Ja chciałabym po prostu wiedzieć, co robić. Z długiej litanii wykroczeń obarczonych odpowiedzialnością dyscyplinarną i karną nie umiem wywnioskować sensownej serii konkretnych działań, jakie mi WOLNO wykonać. Nasza przewodniczka po władzy zaprosiła nas dziś więc do domiszcza, w którym tego nie można dotykać, tam nie ma dostępu, tędy nie należy chodzić, na to nie patrzeć, tu nie powinno nas być. Poczułam się raczej jak włamywacz w dobrze strzeżonym banku niż pożądany, czule przyjęty gość.

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
czwartek, 25 maja 2017 16:44

Polecane wpisy

  • Sklep z cukierkami

    Dla mnie Berlin jest jak sklep z cukierkami dla wygłodniałego dziecka. Może nie karmi, nie uzdrawia, ale coś zaspokaja. Wszędzie sztuka. Nie elitarna, nie skupi

  • Freud

    Lucian Freud. Do dzisiejszego popołudnia nie znosiłam jego obrazów. Rozplaskana ludzka nagość w swojej najbledszej, pozaczerwienianej, pomarszczonej, żółtawej,

  • W kosteczkę

    Moją granatową piżamkę z cekinami kupiła mi mama. Moją granatową piżamkę z cekinami i lamówką w kropeczki dziś po powrocie do hotelu znalazłam złożoną w równą k

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość adaa napisał(a) z *.gazeta.pl komentarz datowany na 2017/05/25 22:54:52:

    Ludzie, którzy nie domagają, nawet jeśli bystrzy i inteligentni, ale nie mądrzy, zbyt często mówią innym co i jak należy, a szczególnie ochoczo grają ograniczeniami. Nie ma nic gorszego jak deptać żywotność, która pcha się na świat. To zabójstwo, to morduje życie.

  • Gość Kucharka napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2017/05/26 13:27:12:

    Pytanie, czy ci ludzie, którzy sami depczą żywotność innych, nie mieli własnej tak mocno zdeptanej, że boją się jej bardzo i nawet nie wyobrażają sobie, jak lżej i łatwiej byłoby ją po prostu swobodniej wyrazić. Mój były szef nazywał takich ludzi - służbistych, skoncentrowanych na "nie wolno" i "nie powinnam" - "zbesztanymi". I co z takimi ludźmi zrobić? Ja sama miewam takie tendencje, więc nie mogę uczciwie udawać, że nie rozumiem tej prymusowatości, tej świętoszkowatości i fasadowości, bo znam ogromny lęk, jakim ona jest podszyta, wiem przed czym ona ma chronić. I mam tak naprawdę z takim zachowaniem u innych ludzi problem wyłącznie wtedy, kiedy dostają oni za dużo władzy nade mną, kiedy jestem od nich w jakiś sposób zależna - bo jestem chora i przychodzę po pomoc do takiego lekarza, bo chcę dostać jakieś pozwolenie i jako petent trafiam na takiego urzędnika, bo jeden z moich szefów ma tendencje absolutystyczne. Wtedy to jest dla mnie trudne i nie potrafię w sobie uruchomić empatii wobec nich.

  • Gość adaa napisał(a) z *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl komentarz datowany na 2017/06/03 03:56:56:

    Wiele osób ma mniejsze lub większe ciągoty do dyrygowania innymi bez pytania, wtrącania swoich trzech groszy i robienia za ciotkę, tudzież wujka, dobrą radę, nierzadko podszyte niby to szlachetnymi pobudkami. Pozowanie na mistrza i trenera podbudowuje w jednej chwili, to o wiele trudniejsze od cichego towarzyszenia w zmaganiach. Wśród nich są ludzie, którym wystarczy mgnienie chwili, aby w porę przyhamować swoje i tak niegroźne zapędy. Wcinać się, a deptać kiełkujące życie to dwa przestępstwa różnej rangi, moja narwana dziecięcość była uwikłana w głęboki konflikt i deptana każdego dnia, inność nie odpowiadała poukładanym schematom, była problematyczna, bo przysypywała stare ścieżki i drążyła nowe tunele, niektórzy do dzisiaj, z głupoty i nieświadomości, próbują wyhamować tę przemijającą, ale wciąż tętniącą życiem i bezkompromisowością młodzieńczość i chociaż się nie daję, wiem, że te walki kosztowały mnie najbardziej szalone lata życia, a najgorsza jest bezsensowność tej przeszłości, już dawno obnażyła ludzką ułomność i ślepotę wybraną niczym akt wolnej woli. Nic to, wciąż świszczę jak czajnik z przytkaną pokrywką i czuję smak tego, co się zbliża, ponoć czas nie istnieje, więc już nie liczę, aż nadejdzie czas na te autorytarną 80letnią szuję, wówczas nastąpi nasz mały raj, więcej nam nie trzeba :-)

Dodaj komentarz