Kucharka Zen

Wpis

sobota, 24 czerwca 2017

Dom Mehoffera

Kanapa jest w kolorze mchu i ma mszystą aksamitną fakturę. Sama myśl o niej łaskocze wnętrze dłoni. Nie dotykam, bo to przecież muzeum, ale kusi niemożebnie. Kwiaty w obfitości, niektóre suszone, kruche i ostre, ułożone w misterne bukiety w kryształowych wazonach stojących na koronkowych obrusach. Niektóre z kolei malowane, nakładane olejną farbą na płótno ponad wiek temu, poszarzone wieloletnimi warstwami kurzu. Ponad wiek temu, a jednak ciągle jeszcze czuć w tych pokojach właściciela tych kwiatów i autora kwitnących portretów. Na jednym, najbarwniejszym z całej serii podobnych - dama, pianino, dywan pod jej stopami też z motywem roślinnym, liście poskręcane malowniczo. Tę dwójkę ludzi - malarza i elegancką żonę, muzę - otaczały pieszczące zmysły przedmioty. Jej suknia jest biała, długa, z atłasu, wyobrażam sobie jak musiała szeleścić przy najmniejszym ruchu, jak wzbudzać rozkoszne drżenie, jej bluzka w kolorze bardzo dojrzałej, soczystej pomarańczy, z obfitą szarą koronką kaskadami opadającą z jej ramion. Kapelusz jak puch, z leciutkimi śnieżnymi piórami. W ręku ma gałązkę iglastą, na pewno chropowatą, z pozoru niepotrzebną, ale gałązka, bez innej jak tylko estetyczna funkcji, okazuje się nieodzowna dla kompozycji obrazu. Bez niej nie miałby środka ciężkości.

- Elegancka kobieta. - mówię, porównując kolejne portrety w tej serii, kreacje modne tak dawno temu, a jeszcze dziś budzące podziw, kobiece.

- A wie pani, że ona też była malarką?

Nie chcę wiedzieć. Nie chcę znać kolejnej historii malarza, za którym stała ukryta żona/muza/artystka. Polska Camille Claudel. Nie chcę się zastanawiać, dlaczego on, a nie ona. Dlaczego ten dom nosi jego imię, a w sklepie na dole kupujemy jego, nie jej pocztówki, albumy, plakaty. Dopiero teraz, nagle, widzę, że w rogu, prawie za kulisami tego portretu żony artysty z gałązką w ręku (nie wiem, jak miała na imię, przecież to tylko żona) za stołem czeka dziecko, dziecko czeka na matkę, na obiad, stół już gotowy, zastawiony pustą białą porcelaną, a wśród porcelany kolejny bukiet. Już wiem, że to jej bukiety. Żony, muzy, artystki. To ona z miłością i z namaszczeniem układała z nich kompozycje. Nie on. Nie chcę wiedzieć więcej. Nie chcę, bo jeśli usłyszę, poczuję jak to jest być tą kobietą i zacznę krzyczeć, płakać, niszczyć. Więc nie. Rozmawiam z kustoszką, która wmusza we mnie, zanim się orientuję, że to już koniec towarzyskich pogaduszek, historię jej własnego życia. Profesor mikrobiologii, być może właśnie z jej Alma Mater tutaj trafiłam, żeby odpocząć od kwiecistych, niezrozumiałych monologów serii siwowłosych mężczyzn w wymiętych garniturach. Profesor mikrobiologii, zachorowała ciężko, zwolnioną ją z pracy, pierwsza emerytura wprawiła ją w rozpacz, zatrudniła się tutaj, ale wie pani ile tu płacą? Po odliczeniach, po podatkach, po składkach? Nie wiem, i nie chcę wiedzieć, nie rozumiem, dlaczego dzieli się ze mną dziś swoim nieszczęściem, boję się losu starzejących się, zbiedniałych, samotnych starych kobiet, które czepiają się obcych w nadziei na pomoc. A nuż i mnie jest taki sam los zapisany. Ale jak mogę ja pomóc byłej profesor? Umiem tylko tak, że pokazuję jej jeden z obrazów na ścianach i mówię, że mi się wydaje, że Mehoffer lubił świat, że traktował świat z czułością i że musiał też mieć dużą łatwość w kontaktach z ludźmi, bo jego modele - mężczyźni, kobiety, dzieci, starzy i młodzi, wytworni i prostolinijni - wszyscy wyglądają pogodnie, spokojnie i błogo. Tu, w tym domu też jest kojąco, też przyjaźnie. Pani profesor rozluźnia się trochę i nawet jakby uśmiecha. 

- Tak. - kiwa głową. - Tak mogło być. Proszę pójść ze mną, coś pani pokażę.

Myślami byłam daleko, w zwielokrotnionym złą akustyką hałasie sal wykładowych, lastryko i stara farba olejna jakby z egzemą, w przemówieniach, w żargonie, w wielogodzinnych sesjach nauczania, które kiedyś, kiedy studiowałam, wymagały długich godzin bierności. Wymagały wstrzymania swojej chęci pytania, zaprzeczania, dyskutowania, dorzucania własnych obserwacji, ruchu, twórczości, aktywności. Chodziliśmy często na wagary. Albo piliśmy wódkę, chichocząc, dobrze ukryci w tylnych ławkach. Żeby wytrzymać. Dzisiaj wracam w uniwersyteckie ławy i - przyzwyczajona do autonomii, sprawczości, przyzwyczajona być podmiotem działającym, mówiącym - nie potrafię przetrwać tylu godzin nieruchomo i anonimowo. Rozpieszczona, nie rozdaję swojej uwagi byle komu i na byle co. Mehoffer to moje zawodowe wagary. Wracam zmysłami do Mehoffera, do buduaru jego żony, do pokoiku japońskiego, cudeńka w krwistobordowym kolorze, macicznym, pieszczotliwie, prymitywnie bezpiecznym. Wdycham tamten świat sprzed ponad stu lat, bez multikin i wrzasku sklepowej muzyki przepychającej się na korytarzach galerii handlowej, nieprzestymulowany, więc gotowy zatrzymać się na drobnym szczególe, zdolny dać na siebie oddziaływać małym zmysłowym rzeczom, bliski ciału i duszy. Na moment, prawie, jestem nikim w najlepszy możliwy sposób. Na moment, prawie, jestem u siebie.

 

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
sobota, 24 czerwca 2017 22:15

Polecane wpisy

  • Mróweczka

    Skąd się wie, że się sobie w życiu wydeptało najlepszą z możliwych ścieżek? Jak mróweczka w starym lesie zagubiona, w labiryncie grzybów, patyków, suchych liści

  • Wiatr

    Mamo, przejdę się. Dokąd? Dookoła. Zawinięta ściśle w jasny ręcznik, jak w kokon, chuda śniada dziewczynka z kapiącymi strączkami włosów znikła zanim zdążyłam s

  • Szarości

    Olśniło mnie na 1120 kilometrze autostrady rozciągającej się z północy na południe, olśniło mnie sztywną już od monotonii, katatoniczną z nudów, zaczęłam odpływ