Kucharka Zen

Wpis

sobota, 24 czerwca 2017

Leżę

Leżę sobie, a pode mną chłodna, wilgotna do szpiku kości ziemia. Zbiera się na deszcz, na wschodzie ciemne chmury kumulują się w grożną, spiętrzoną plamę, ale ja jeszcze nie idę do domu. Mam czas. Mój brzuch jest pełen po brzegi, kojąco wypełniony dobrze przeżutą trawą, jej ostrymi długimi blaszkami. Syty. Trawa otacza mnie, trawa tworzy miękki dywan pod moimi czterema zmęczonymi nogami. Faluje na lekkim wietrze, tworząc oceaniczny krajobraz. Zieleni się wczesnym latem. Moje jasnobrązowe ciało, ciężkie po całym dniu, chłodzi się dziś. Wczoraj, prawie identycznym wczoraj, bo moje dni zlewają się w ciąg regularnych i nieodróżnialnych jednostek, wczoraj wypełnionym łapaniem i miażdżeniem zębami zielonych źdźbeł, wczoraj wypełnionym miarowym mlaskaniem, wczoraj gorąco nie pozwalało cieszyć się tym prostym światem. Wokół mnie rodzina i przyjaciele, wszyscy przeżuwają cierpliwie. Stare, swojskie stado. Daleko, ale nie aż na horyzoncie, trochę bliżej, pędzi coś długiego, metalowego. Przez przezroczyste otwory widać ludzi, takich jak mój gospodarz, tyle że bardziej zamyślonych, ponapinanych, przestraszonych jakby. Migają mi ci ludzie w tych otworach od świtu do zmierzchu, regularnie to w jedną to drugą stronę gnając długim metalowym wężem. To był dobry dzień.

Dziś chciałabym być podkrakowską krową. Wyobrażam sobie przez krótki uwodzicielski moment życie zredukowane do świetlistego, intensywnego tutaj i teraz. Otulona niskimi wzgórzami, zaopiekowana soczystą zielenią wczesnego lata - na przemian żółtawą, srebrnawą i brązowawą, na przemian połyskliwą i matową, soczystą, wpatrzona bezrefleksyjnie w białopopielate, niezdecydowane dziś niebo, w moich członkach płynąłby fizjologiczny spokój, rezultat przewidywalności, prostoty, powtarzalności. Wszystko wokół - moje stado i moje pole - tak dobrze znajome, tak kojąco niezmienne.

Tymczasem ja mknę odwrócona tyłem do kierunku mknięcia aerodynamiczną strzałą pociągu. Świat przed moimi oczami płynie wstecz. Ucieka mi. Logistyka mojego dnia obejmuje taksówki i przesiadki, dworce, hotele, konferencje, bilety, kupony i rezerwacje. Mam wystąpienie. Mam plakaty i broszury. Koncert w teatrze i jakiś pospieszny obiad. Nie znam tam nikogo. Nigdy nie byłam w żadnym z wyznaczonych miejsc. Będę dziś rozmawiać z młodymi naukowcami. Nie zrozumiem, czym się zajmują. Farmakokinetyka. Bioekwiwalencja. Ktoś z Moskwy opowie o systemie chromoforowej regeneracji (CRS) z siatkówki ośmiornicy. Serio. Ktoś z Szeged będzie opisywał funkcjonalną charakteryzację członków rodziny CRK w wysokich roślinach Arabidopsis thaliana. Obok mnie siedzi milczący obcy człowiek. Może śpi. Łypię na niego kątem oka. Wydaje mi się, że jego oddech zwolnił, pogłębił się, więc nichybnie obściskuje się z Morfeuszem. Odgradzam się od niego ostatecznie wytłumiającymi dźwięk słuchawkami. Mam torbę pełną gadżetów i papierów. Plik dokumentów dotyczących komercjalizacji wyników badań naukowych. Opakowałam się w te wszystkie przedmioty i w wiedzę jak ślimak, co bierze na swoje plecy dom, a jednak tak bardzo, tak bardzo zazdroszczę ciemnobeżowej krasuli.

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
sobota, 24 czerwca 2017 21:13

Polecane wpisy

  • Mróweczka

    Skąd się wie, że się sobie w życiu wydeptało najlepszą z możliwych ścieżek? Jak mróweczka w starym lesie zagubiona, w labiryncie grzybów, patyków, suchych liści

  • Wiatr

    Mamo, przejdę się. Dokąd? Dookoła. Zawinięta ściśle w jasny ręcznik, jak w kokon, chuda śniada dziewczynka z kapiącymi strączkami włosów znikła zanim zdążyłam s

  • Szarości

    Olśniło mnie na 1120 kilometrze autostrady rozciągającej się z północy na południe, olśniło mnie sztywną już od monotonii, katatoniczną z nudów, zaczęłam odpływ