Kucharka Zen

Wpis

czwartek, 15 czerwca 2017

Odzyskiwanie zachwytu

Próbuję nie konsumować. Naprawdę próbuję. Mam kilka wolnych dni, planuję się bezwstydnie obijać i nie przychodzi mi do głowy prawie nic oprócz konsumpcji (książek, seriali, filmów, kawy, lodów i sushi, kupiłam też trochę ubrań na urlop, wakacje więc również spędzę konsumpcyjnie). Konsumpcji, plus może trochę sportu i seksu. 

Ale nie. 

Siedziałam w organicznej kawiarni - takiej, która sprzedaje gryczane kulki mocy, bezglutenowe ciasta orzechowe i serwuje kawę z pięcioma możliwymi rodzajami mleka - krowiego, sojowego, owsianego, bez laktozy i jaglanego. A może mieli jeszcze i migdałowe? Przemiły pan barista otworzył przede mną kawiarnianą lodóweczkę, a w niej wyłącznie kartony z białym płynem, stłoczone jak pasażerowie autobusu w godzinach szczytu. Siedziałam na zewnątrz organicznej kawiarni, mój leżak na granicy słońca i cienia. Zdjęłam espadryle i wystawiłam na działanie witaminy D3 nagie stopy z pomalowanymi czerwonym lakierem paznokciami. Leżak był zielony. Na uszach miałam słuchawki z audiobookiem, w którym seryjny morderca szarpie się właśnie ze swoją dwudziestą ofiarą. Przede mną leżał artykuł o folwarczności relacji międzyludzkich w Polsce, o tym, że od rodzicielstwa poprzez małżeństwo aż po relacje zawodowe i publiczne przeżera nasze interakcje logika nierównej władzy - jesteś albo Panem albo Chamem, nic pomiędzy. Zrozumiałam nagle swoją introwertyczność, ten pomysł żeby wolne dni spędzać obijając się w rozkosznej samotności, w kokonie braku relacji. Ale to zdradliwe, niezdrowe i niedoskonałe rozwiązanie bardziej fundamentalnego problemu jaki mam z wychodzeniem z domu. Mogę mieć doskonałe zrozumienie i współczucie dla swojej własnej niechęci wchodzenia z ludźmi w relacje, które prędzej czy później muszą się skończyć ustaleniem, kto stoi wyżej w jakiejś gatunkowej hierarchii (dla ułatwienia dodam, że na ogół ustępuję, a kiedy mi się zdarzy próbować nieco lepiej się poczuć sama z sobą, mam wrażenie, nieodmiennie, że druga strona czuje się moją wspaniałością osobiście dotknięta, wręcz skrzywdzona, jakbym nie miała prawa być OK nie uznając równocześnie, że ona nie jest OK, jakby ta gra musiała się toczyć zero-jedynkowo).

Ale byłam wśród ludzi. W pewnym momencie moje socjologiczne rozmyślania przerwały donośne dzwony i przypomniałam sobie, że jestem w Polsce, katolickim kraju, że jest Boże Ciało, że usiadłam w jednej z niewielu czynnych dzisiaj w mojej okolicy knajp, znajdującej się tuż obok kościoła. Że przed kościołem stoi tłum ludzi i proporce powiewają i ministranci w czerwonych kubraczkach zaganiają niesforne owieczki do peletonu pochodowego, że muzyka i że kadzidło, w moje nozdrza wśliznął się znajomy dym kadzidła. Złapałam się na tym, że uznaję tę procesję za kolejną atrakcję tego dnia, w którym wszystko konsumuję. Oglądam, oglądam jej uczestników jak statystów w egzotycznym filmie, egzotycyzuję ich, obserwując ich rytuały i zastanawiając się nad tą, już dzisiaj obcą mi kulturą. Co sprawia, że przy dzisiejszej wielości opcji Polacy nadal tak entuzjastycznie, tak tłumnie zbierają się w kościelne społeczności? Czy ta grupowość pozwala im o czymś zapomnieć? Czy w niej znajdują ukojenie? Uczestnictwo, które mnie już dawno wydaje się obce i prawie niemożliwe? Krępy mężczyzna gotujący się na słońcu w czarnym garniturze przebiegł przede mną w stronę czoła pochodu, z jakąś partyturą. W głębokim, przyciszonym tle tej całej sceny zabrzmiały nagle instrumenty. Zapomniałam już jak to jest być elementem takiej zbiorowości. Nie tęskniłam do niej, kojarzyła mi się z przymusowym ograniczeniem własnego życia wewnętrznego, z ubraniem go w rytuały i formułki, które nie odzwierciedlały wcale moich potrzeb. A jednak. Ciągnęło mnie do tego tłumu. Do samego faktu, że jest razem, że się synchronizuje, że mu przyświeca jakiś wspólny cel, wspólna symbolika go organizuje i spaja.

Kiedy procesja przeszła, zostały stoiska z obwarzankami i wielobarwnymi wiatraczkami dla dzieci. Sprzedawano też pojemniki z płynem do puszczania baniek mydlanych. Na wprost kawiarni, po przekątnej skweru przed kościołem, w okienku można było kupić lody. Nie jestem tylko konsumentem, ale zabrałam rower i pojechałam do lodziarni. Wybrałam cztery sorbety na wynos, miła Ukrainka spakowała mi je do termicznego styropianowego pudełka. Smak pomarańczy, cytryny z ogórkiem, marakui i mrożonej herbaty. Wzięłam sobie jedną gigantyczną kapiącą gałkę na miejscu, usiadłam na ławeczce. Przede mną na poziomie gruntu z kilku rzędów otworów tryskała woda, w wychoreografowanych sekwencjach. A po płycie tej płaskiej fontanny, jak wszędzie na świecie, gdzie można znaleźć podobne wodotryski, śmigały rozentuzjazmowane dzieci. Dziewczynka w czerwonej tiulowej spódnicy, jak z obrazka, karminowy klejnocik czyjegoś życia, córka czy wnuczka, nie nawiązywała kontaktu wzrokowego ze swoimi opiekunami, więc nie wiedziałam, z kim przyszła. Była całkowicie pochłonięta ściganiem wody, odgadywaniem z wyprzedzeniem logiki tej wodotryskowej choreografii. Tańczyła, kopała, walczyła, śledziła. A ja śledziłam ją. Nie jestem konsumentem, ale przez moment niczym innym nie potrafiłam być. Biernie i bez czucia, ale wchłaniałam te obrazki. Do przemoczonych dzikusów w fontannie na moment dołączyła grupa harcerek. Szare mundury, ciężkie skórzane trzewiki i wełniane skarpety do kolan szybko przemoczyły się w tej rozchichotanej przepychance. Chciałam czuć zachwyt.

Czy nie na tym właśnie polega bycie konsumentem - lodów, kawy, nawet ludzkich miejskich obrazków takich jak ten pośrodku skweru, rozbrykane umundurowane podlotki poddające się czystej radości, która jednak ani trochę we mnie nie rezonowała. Czasem mam wrażenie, że niegdysiejsze obywatelskie obowiązki dzisiaj zastąpił obowiązek zachwycania się. Dla mnie, jako kobiety, jeszcze dodatkowo zwielokrotniony. Jako konsument powinnam wpadać w zachwyt i automatycznie poddawać się naporowi pokusy - produktu czy usługi. Powinnam ciągle chcieć i ciągle się zadurzać - w politykach, w hotelach i ośrodkach spa, w sukienkach, w zegarkach i w wegańskich barach. Jak inaczej nawigować po neoliberalnym mieście? Co innego zostaje do zrobienia poza zachwytem i pokusą i zakupem i konsumpcją? Kim będę jeśli się sama przed sobą przyznam, że nie odczuwam. Że wypalił się we mnie zachwyt na zawołanie, gotowość do zakochiwania się od pierwszego wejrzenia, żyzność podatnej na sugestię gleby. Niewiele dziś robi na mnie wrażenie. Może to wycofanie zachwytu to rodzaj walki o własną wewnętrzną wolność, o autonomię. Tak się tylko może mogę bronić przed naporem możliwości, przed kakofonią ofert. Mogę nie chcieć. nie cieszyć się, być obojętna. To mój konsumencki przywilej. Nie musieć kupować nic ponad to, czego naprawdę potrzebuję. To mój obywatelski przywilej - nie być zafascynowaną, zaczarowaną, zmanipulowaną charyzmą jakiegoś polityka, celebryty czy coacha. Zapytać, ale o co chodzi? Co w nim takiego szczególnego? Przecież też w prywatności swojego domu je, śpi, puszcza bąki i boi się choroby, szaleństwa, wykluczenia i śmierci, jak my wszyscy. Nie uchroni nas przed tym nikt, nawet on. Moja obojętność jest tarczą przeciwko oczekiwaniu, że zarówno w pracy jak i w przyjaźni będę generować nieustający podziw wobec całej rzeszy ludzi, którzy nie mają najmniejszego zamiaru się odwzajemnić. No to sorry.

Ale jałowe życie? Całkiem pozbawione zachwytu? Tylko po to, żeby już nikomu się go ode mnie w żadnym niecnym celu nie udało wymanipulować? Przecież to ja na koniec płacę za tę obojętność. Ja wyschłam w środku jak pustynia, uprzedzająco grzeczna, samowystarczalna, chłodna i osobna. Próbuję pohamować tę swoją psio naiwną czułość, którą chętnie bym obdarowała tyle osób. Zaczynam powoli nie dawać rady jej trzymać w karbach. To moje "nie dam", żebyście nie mieli takiej satysfakcji, godzi we mnie samą. Kiedy harcerki wróciły do stolika, gdzie porozkładały samodzielnie pieczone ciasta i ciastka, koślawy sernik odrobinę przypalony, zakalcowate kruche z rabarbarem, wzorcowe brownie, piękne okrągłe amerykańskie i maślane cookies, na płycie fontanny została tylko mikra piękność w czerwonej spódnicy. Zjawiskowa. Nawet ja nie dałam rady się oprzeć jej płynnym, pewnym ruchom, temu zrozumieniu się ze światem zewnętrznym, idealnej harmonii. To nie podlega konsumpcji. To czysta szczodrość. 

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
czwartek, 15 czerwca 2017 16:08

Polecane wpisy

  • Dom Mehoffera

    Kanapa jest w kolorze mchu i ma mszystą aksamitną fakturę. Nie dotykam, bo to przecież muzeum, ale kusi niemożebnie. Kwiaty w obfitości, niektóre suszone, kruch

  • Curriculum Vitae

    Mam czterdzieści lat i, jeśli musiałabym być całkiem szczera, a szczerość bolesna bywa tak, że raz na jakiś czas przytyka oddech, nie jestem przesadnie kompeten

  • Dwie kobiety

    W jednym rogu naszej klimatyzowanej sali stoi kobieta-czołg, dyskretnie prążkowane czółenka na cieniutkich obcasikach, elegancki, praktyczny, prosty czarny kost