Kucharka Zen

Wpis

środa, 14 czerwca 2017

Społeczeństwo zmęczenia

To są na razie ułamki sekund. Jakby zakłócenia w matriksie. Trzylatek śmiejący się do swojej mamy, twarz w twarz, małe ząbki przedszkolaka szczodrze obnażone, ufne oczy, rozświetlona radością twarz. Jezusmaria, poczułam w sobie jego rozgrzaną skórę, krążyła we mnie jego rozbawiona, rozochocona krew. Miałam go przed oczami w zwolnionym tempie, ozłoconego późnym wieczorem wpadającym przez nadtłuczone wykuszowe okno do dużego pokoju jego rodziców. Najedzonego sushi i bezglutenowym ciastem z truskawkami. A potem znowu popadłam w bezczucie, w znany mi dobrze stupor czterdziestolatka. Coś rezonowałam, perorowałam, racjonalizowałam. Intelektualizowaliśmy, generalizowaliśmy, uprawialiśmy projekcję. Dysocjowałam. I znowu. Jezusmaria. Dwulatek, którego zimne stópki zaskoczyły mnie, rozedrgały, postawione na moich wielkich stopiskach chłodziły aż się zatrzęsłam. Wzdłuż kręgosłupa zszedł mi dreszcz delikatny, a z nim zmył się wszelki niepotrzebny szlam. Opadła mnie trwoga i uspokojenie zarazem. Ale siedziałam tam chyba pięć godzin. Perorując, rezonując, dyskutując i plotkując. Zdysocjowana. A jeszcze wcześniej, jezusmaria, tego w ogóle nie da się ubrać w słowa, ta mała, kilkumiesięczna, która zaczyna mieć w pełni ludzką twarz. A ja zaczynam rozumieć jej język. Nie wiem, kiedy ostatnio byłam z czegokolwiek aż tak dumna, kiedy ostatnio cokolwiek rozszczepiało mi te moje wszystkie wewnętrzne skrzepy znieczulające przed prawdziwym życiem i kazało czuć. Przestraszyłam się jej niezmąconej niczym fizyczności. Miała imię, ale istniała tylko ruchami, spojrzeniami, bezzębnymi uśmiechami, czystą fizjologią. Miała imię, ale nieskażona była jeszcze sztywną dorosłą osobowością. Czysta energia, jej drgnięcia mówiły nieskazitelną prawdę. Wymogła na mnie spojrzeniem niezmąconym, uniesionymi w górę rączkami, sprawiła że ją wzięłam na ramiona. Pogłaskałam, dotknęłam brzuszka, pod powierzchnią którego, tak płytko i tak podatnie na awarię, miała maleńkie narządziki. Ciemiączko. Mój chłopak nie bierze jej na ręce, bo się boi tej niesklejonej jeszcze na stałe czaszeczki delikatnej. Łatwo tłuczącej się istoty. Przestraszyłam się nagle. Była tak zależna i tak niewątpliwa jednocześnie. W zeszłym tygodniu ratownik medyczny opowiedział nam, że noworodki są praktycznie niezniszczalne, ale mu nie uwierzyłam. Zupełnie mu nie uwierzyłam.

Pisałam ostatnio, że główną cechą, która mnie określa jest zmęczenie. Samotne, odgradzające od świata, zmęczenie maratończyka, który nie przyjmuje do wiadomości drugiego miejsca, jest w stanie myśleć wyłącznie zero-jedynkowo, jak czujne zwierzę walczy ze światem o przeżycie, ale zaczynam w tym zmęczeniu, przekształcającym się powoli w coś głębszego, autentyczniejszego, wspólnotowego, rozpoznawać innych. Wypalonych, przebodźcowanych, nieufnych, wyeksploatowanych i nieustannie zdobywających. To już nie znużenie dobrobytem, przesyt, to już nie przejedzenie i przebodźcowanie, to nie wyświechtanie wszelkich dotąd przyświecających mi ideałów, to nie zepsucie wewnętrznej busoli, która mnie rzuca chaotycznie zgodnie ze swoją awaryjną logiką to tu, to tam. To już nie rywalizacja patologiczna, nie wyścig z samą sobą, gdzie inni towarzyszą mi tylko na dystans jak zamazane sylwetki kibicujących wzdłuż trasy widzów i wielbicieli. Wczoraj po raz pierwszy od wielu lat wróciłam ze swojej wysokiej elitarnej góry do analogowego bycia z innymi. I chciałabym się tam zadomowić. Po raz pierwszy też, symptomatycznie, logicznie, ktoś się odważył mi powiedzieć, że bywam czasem nie do wytrzymania. Zadufana w sobie, nazwał mnie. Przyjrzałam się czule temu słowu. Zadufana w sobie. Tak jakbym miała przerośnięte, zrakowaciałe zaufanie do samej siebie, taka samowystarczalna po granice przecenienia własnych możliwości, odgradzająca innych od kontaktu z własną duszą, niezdolna polegać na kimkolwiek poza sobą.

"Zmęczenie w społeczeństwie osiągnięć to zmęczenie samotne, które izoluje i odosabnia. (...) Takie poróżniające zmęczenie człowieka 'oślepia i ogłusza'. Ja wypełnia wtedy pole widzenia. (...) Okazuje się ono przemocą, gdyż niszczy każdą wspólnotę, cokolwiek wspólnego, każdą bliskość, a nawet sam język. 'Skazanych na niemotę, zmęczenie zmuszało do przemocy, nawet jeśli mogła się ona wyrazić jedynie w spojrzeniu wypaczającym obraz drugiego'. (...) Głębokie zmęczenie [natomiast] otwiera nawias tożsamości, rzeczy migoczą, błyskają, drżą na swych brzegach. Stają się bardziej nieokreślone, przenikalne i tracą coś ze swojej ostateczności. Ta szczególna bez-różnica nadaje im aury przyjaźni, a sztywne rozgraniczenie względem innego zostaje zniesione."

Byung-Chul Han, "Społeczeństwo zmęczenia" w Krytyce Politycznej #45

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
środa, 14 czerwca 2017 18:23

Polecane wpisy

  • Sklep z cukierkami

    Dla mnie Berlin jest jak sklep z cukierkami dla wygłodniałego dziecka. Może nie karmi, nie uzdrawia, ale coś zaspokaja. Wszędzie sztuka. Nie elitarna, nie skupi

  • Freud

    Lucian Freud. Do dzisiejszego popołudnia nie znosiłam jego obrazów. Rozplaskana ludzka nagość w swojej najbledszej, pozaczerwienianej, pomarszczonej, żółtawej,

  • W kosteczkę

    Moją granatową piżamkę z cekinami kupiła mi mama. Moją granatową piżamkę z cekinami i lamówką w kropeczki dziś po powrocie do hotelu znalazłam złożoną w równą k