Kucharka Zen

Wpis

środa, 26 lipca 2017

Wiatr

Mamo, przejdę się.

Dokąd?

Dookoła.

Zawinięta ściśle w jasny ręcznik, jak w kokon, chuda śniada dziewczynka z kapiącymi strączkami włosów znikła zanim zdążyłam sie jej porządnie przyjrzeć. Zamiast niej, poobserwowałam więc jej dużo mniej ruchliwą matkę.

Mój chłopak zasnął niespokojnie na słońcu. Jedna noga zgięta w kolanie, druga wyrzucona w wykopie na rozgrzaną gumę materaca, ręce wyciągnięte nad głową, oddycha rwanym, spazmatycznym rytmem pierwszej fazy snu, jego przepona drga, a pod powiekami rozbiegały mu się - jak tamta dziewczynka w ręczniku i inne włoskie dzieci na tej plaży - gałki oczne. Zamilkła cykada w gałęziach bezpośrednio nad nami, zastąpiła ją bardziej wypoczęta koleżanka na dalszym drzewie, w okolicy parterowego budynku przebieralni.

W płytkiej wodzie, rozmigotanej punktami odbijającymi słońce, brodzą lokalne rodziny. Dzisiaj uczą się kąpać maleńkie dzieci. Przedwczoraj pomyliliśmy plaże i osiedliśmy na takiej dla psów. Dwójka wytatuowanych instruktorów w czarnych piankach łagodnie acz stanowczo zachęcała olbrzymie kudłate czworonogi jakiejś bardzo tutaj popularnej rasy do wskoczenia na powierzchnię małego chwiejnego kajaku. Wszystkimi niepewnymi łapami walczyły już o równowagę na chybotliwej łódeczce dwa skupione szczupłe owczarki. Sprawiały wrażenie dobrze wytresowanych profesjonalistów, przypominając gładkie białe kołnierzyki zza korporacyjnych biurek, nieomylne, dobrze naoliwione, spięte. Boję się ich. Jednych i drugich. Być może ukrywają przed samymi sobą ciśnienie wieloletniego napięcia, które kiedyś poskutkuje gwałtownym wybuchem. Za dużo dyscypliny. 

Ach, te kudłate psy. Widziałam ich w okolicy przynajmniej cztery. Na parterze naszego domku mieszka jeden. Kiedy o siódmej piętnaście rano kościelne dzwony grają swoją barokową melodię, on popiskuje im do wtóru. Dokładnie jak mój pies, ale gabaryty tutejszego czarnego kudłacza, jego wielkie pudło rezonansowe, sprawiają że pisk zamienia się w tubalne wycie i budzi nas ta zbitka radosnego dzwonienia z gardłowym lamentem żałośliwym co rano.

Dzisiaj maleńkie dzieci zanurzane są ostrożnie w przyjaznej letniej wodzie jeziora. Założę się, że podpływają do ich nóżek ciekawskie, nieustraszone rybki. Otaczają je omszałe góry. Są z nimi opiekuńczy ojcowie.

Krajobraz dźwiękowy, oprócz cykad, tworzą przede wszystkim rozpluskane, piszczące dzieci i pełne wigoru okrzyki podrostków - oscylujące jeszcze w niekontrolowany sposób między chropowatą męskością a niepohamowanym cieniusieńkim entuzjazmem, który zdradza ich prawdziwy wiek. Podrostki noszą szorty i grają na bosaka w piłkę nożną. Piasek pod ich stopami, pod moimi pośladkami, jest ciężki, mokry, zimny, nieruchawy. Wyobrażam sobie, że między palcami, jak mnie, zbierają im się kłujące ziarenka, a skórę mają, jak ja, rozgrzaną aż szczypie. Dziewczynki, im starsze, tym cichsze. Przemykają między drzewami w kolorowych falbaniastych staniczkach. 

Grzechotka.

Gumowa piłka przez pomyłkę z całej siły kopnięta głucho w drzewo. Wiatr, a nad nami jedna, grożąca być może burzą, nabrzmiała czernią chmura.

Mamroczący sam do siebie chłopiec, który chyba dodaje sobie otuchy szukając czegoś wśród mokrych śladów cudzych stóp. Za godzinę albo półtorej tą samą niewidzialną ścieżką przejdzie czterolatek w jaskrawoniebieskich majtkach, kiwając zamaszyście jaskrawoniebieskim wiaderkiem i rysując przed sobą patykiem w piachu drogę.

Zawodzenie dziecka, takie bez przekonania, znużone, rozżalone, rozeźlone. Uspokajające równoważniki zdań jego znudzonej matki.

Znów wiatr. Suche liście przetaczające się przez plażę. Szeleszczące kartki papieru i łopoczące parasole. Torebki foliowe radośnie, zygzakiem, uciekające właścicielom.

Skrzypienie ołówka kreślącego litery w czarno-białych kratkach na kartce. Mój chłopak obudził się i rozwiązuje krzyżówkę Skrzypienie grafiti na papierze. Skrzypienie rozgniatanej ząbkami skórki czereśni. Skrzypienie mokrych stóp ocierających się o zmoczoną gumową powierzchnię klapków-japonek.

Obok nas piękna kobieta karmi obfitą opaloną piersią, jak posąg bogini płodności, blade niemowlę. W tym samym miejscu kilka godzin temu niski Niemiec całował tuż nad nagim biustem dekolt swojej żony. 

Za nami przejeżdża pociąg. Dzwoni zamykający się przejazd drogowy. Sygnał dźwiękowy pociągu niesie się wśród gór inaczej niż dwa pilne gwizdnięcia promu po tafli jeziora. Prom opływa jezioro trzy razy dziennie. Gdyby wydał dwa dłuższe gwizdnięcia, oznaczałyby one człowieka za burtą. 

Piłka uderzająca o otwartą dłoń. Piłka odbita kością kolana.

Liść.

Wiatr. 

Reprymenda matki, która każe synowi wolniej pić z puszki coca-colę. Inny chłopiec w jego wieku ustawia właśnie bramkę z patyków. Gra z nimi jedna dziewczyna, kopiąc, biegnąc, stając, jedząc łapczywie śmietankowego loda na patyku.

Plusk. Ktoś skoczył prosto na pośladki do basenu.

 

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
środa, 26 lipca 2017 19:50

Polecane wpisy

  • Pobojowisko

    Ciągle wracam myślami do tytułu książki jednego z najbardziej znanych zachodnich nauczycieli uważności, Jona Kabat-Zinna, "Życie, piękna katastrofa". Bo niby dl

  • Co mi daje siłę

    Momenty kiedy biegnę. Kiedy rozumiem, całym ciałem, naturę biegania, kiedy oddycham w najmądrzejszym wobec tego ruchu rytmie, kiedy uderzam stopami w twarde pod

  • Kac cukrowy

    Ja wiem, że sama sobie to zrobiłam, ale byłoby mi o wiele łatwiej trzymać się myśli, że to jednak świat. Świat mi to zrobił. Twarz mi drętwieje, nogi mam ciężki