Kucharka Zen

Wpis

wtorek, 07 listopada 2017

Ja też, ja też. Dlaczego nie robię już filmów. Polska wersja Harveya Weinsteina.

Pisałam całkiem niedawno (#metoo) o pewnym względnie znanym reżyserze filmowym, z którym miałam nieszczególną przyjemność przez krótki czas pracować ponad dekadę temu. O tym jak zaprosił mnie na zawodową burzę mózgów do swojego gabineciku przy Woronicza i dyskretnie zamknął za mną drzwi na klucz. Jak zaczął mnie nieproszony, niezaproszony dotykać - plecki, dół plecków, pośladki. Jak się sprytnie wywinęłam spod jego rąk niechcianych. Jak mi się udało, sztywnej ze strachu, otworzyć drzwi i uciec. Nie pisałam o tym, że miał władzę zlecania mi pracy, na której niezwykle mi zależało. Że miał władzę wystawienia mi opinii w męskim klubiku, który rozdawał projekty i role, który mógł mi nieodwracalnie zniszczyć tkaną od paru lat mozolnie i rzetelnie profesjonalną reputację. Nie pisałam o tym, że nawet nie przyszłoby mi do głowy zwrócić się do kogokolwiek z prośbą o pomoc czy interwencję. Że wśród otaczających mnie kobiet problem nie istniał, nie było o nim rozmowy, bo kobiety w telewizji zbyt zajęte były mężczyznami w telewizji - podobnie zresztą jak ja sama. Od mężczyzn przecież wszystko zależało. Że nie poszłam do swojego szefa ani do swojego mentora. Nie ujawniłam niewątpliwego przypadku molestowania seksualnego, wykorzystania pozycji, pogwałcenia zaufania. Nie poszłam do mojego szefa, bo parę miesięcy wcześniej próbowałam go prosić o interwencję w podobnej sprawie.

Nigdy nie zapomnę tamtej wycieczki na zdjęcia do filmu dokumentalnego, jazdy po całym kraju, od granicy do granicy, zdezelowanym busem w towarzystwie sześciu starych wyjadaczy - kolejny nagradzany reżyser, wybitny operator i sprawna, świetna ekipa, sami faceci i ja - blondynka. Przygoda mojego życia. Tyle że nagradzany reżyser przyszedł w nocy do mojego pokoju "pożyczyć pastę do zębów", a kiedy zamknęłam mu przed nosem drzwi żeby pójść do łazienki, przynieść co trzeba i rzeczywiście pożyczyłam mu pastę Colgate i powiedziałam, że idę spać, wybąkał coś, wściekły, wymamrotał, że nie dogaduje się z żoną, a kiedy powiedziałam "dobranoc", odwrócił się na pięcie i od następnego dnia zdjęciowego rozpoczął się koszmar. Wszystko, co zrobiłam, było złe, głupie i budziło agresję. Zepsuta zabawka. Zepsute zabawki wywołują złość. Najpierw reżysera, potem operatora, następnie aktywny ostracyzm objął wszystkich siedzących w samochodzie mężczyzn, nawet sympatycznego młodego dźwiękowca, który jeszcze dzień wcześniej rozmawiał ze mną jak z kolegą. Zaczęły się maratony złośliwych, obrzydliwych żartów o blondynkach. Jechaliśmy przez cały dzień samochodem, a w samochodzie zaduch, pot, testosteron i przemoc słowna. Wieczorem, przy kolacji z lokalnymi małomiasteczkowymi oficjelami, reżyser wymyślał kolejne absurdalne, poniżające zadania, które symbolicznie degradowały mnie z funkcji asystenta produkcji do poziomu prostytutko-sekretarko-gońca - od "przynieś mi okulary z samochodu" po "opowiedz nam o tym, jak naga tańczysz na rurze" (nie żartuję, burmistrz i zastępca burmistrza prawie popluli się rechocząc lubieżnie, rozochoceni wódeczką). Ja udawałam, że nie istnieję. Że to nie o mnie. Sztywna ze strachu stawałam się kimś innym, całe lata kimś innym się stawałam aż wreszcie, niedawno, przestałam siebie rozpoznawać. Kolejnego dnia, po kilku godzinach samochodowych naprzemiennego ignorowania moich służbowych pytań i robienia żartów na temat blond debilek, coś we mnie strzeliło. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Porwały mi się spodnie. Potrzebowałam do toalety. Do toalety szło się ścieżką między krzakami. Stali tam jacyś młodzi, pijani ludzie. Kiedy wracałam do samochodu, zaczęli wykrzykiwać rozmaite rzeczy o mojej dupie i cipce i cyckach. Dopiero wtedy nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do producenta, który był moim przełożonym. Płakałam, że to, co się dzieje na zdjęciach jest nie do wytrzymania. Zaczął się śmiać, tak po ojcowsku, pobłażliwie. Wytłumaczył mi, że jestem przewrażliwiona i że skoro taka wrażliwa jestem, to nie powinnam pracować w filmie, ale raczej siedzieć sama i malować na szkle.

Tego "malować na szkle" nie zapomnę do końca życia. Być może dlatego, że nigdy nie spotkałam się z tak otwarcie wrogim, sadystycznie, stadnie, z lubością wręcz odrzucającym mnie światem jak świat sztuki i mediów. Na portalach fotograficznych, na których publikowałam jako dwudziestoparolatka swoje zdjęcia - w poszukiwaniu inspiracji, mentoringu, rozwoju - czekał mnie festiwal bezlitosnej krytyki, której panowie wydawali się oszczędzać innym panom. Na rozmaitych planach filmowych krzyczano na mnie, publicznie mnie opierdzielano za rzeczy, które bywały poza moją kontrolą, z lubością naśmiewano się z moich błędów, niewiedzy czy braku pomyślunku, nieustannie traktowano jak imbecyla, którego głównym atutem jest wartość ozdobna albo seksualna. Od chłopaków, do których szłam po literackie, poetyckie, plastyczne porady słyszałam "odtwórcza", "pozbawiona osobowości", "za bardzo skupiona na sobie", "nieoryginalna". Informacja zwrotna zawsze podana była jak wyrok. Dożywotni. Jak nieodwracalna cecha charakteru, od której się nigdy nie uwolnię. Osobowości nie mam i już. Oryginalności nigdy się nie nauczę, nigdy nie wyćwiczę, nie nabędę. Nie grozi mi rozwój osobisty, dojrzewanie, uniezależnianie się i nabieranie podmiotowości. Nie grozi wyszlifowanie talentów, obrobienie ich, uszlachetnienie w żarze i błocie i gównie życia. Wniosek zawsze był jeden. Dać sobie spokój. Zostałoby mi więc z tych moich nastoletnich marzeń i aspiracji, z moich wieloletnich ćwiczeń i radości, zostałoby mi więc to nieszczęsne "malowanie na szkle". Niegroźne. Ot, dziewczynka sobie maże kwiatki dla innych dziewczynek. Makatki mogłabym też tworzyć. Haftować chusteczki. Ale na pewno nie bawić się w wielką Sztukę czy wielką Literaturę z dorosłymi mężczyznami.

Doskonale zrozumiałam tę lekcję.

A teraz nagle jej nie rozumiem. Boli mnie bez sensu. Fantomowy ból z przeszłości, dzisiaj nieaktualny, a jednak podskórnie wciąż obecny, nie zaleczony. Ten mur mężczyzn broniący przede mną bastionu Sztuki, twierdzy Literatury. Jakże byli zgodni. Jak zjednoczeni. Jakże ja musiałam być straszna, zagrażająca, jak silna że aż tak się zmobilizowali.

Może każda z nas ma swojego Harveya Weinsteina? Albo całą ich serię. Wrogich, broniących swojego terytorium, swoich przywilejów mężczyzn. Drwiną, krytyką, agresywną postawą, umniejszaniem, żartem poniżającym, władczą ręką na pośladku. Dopóki nie zrezygnujesz z prób przynależenia. Dopóki z siebie nie zrezygnujesz po trochu. Dopóki nie zamilkniesz, nie zdysocjujesz się, nie uznasz takiej konstrukcji świata za normę. Dopóki rozpacz, bezradność, nie zadomowi się na stałe w twoim gardle, aż zapomnisz jak się bez niej przełyka, jak mówi swobodnym, rozluźnionym gardłem, jak otwarcie wyraża sprzeciw i słuszny gniew. Dopóki wściekłość nie stanie się obcym, dziwnym, niezrozumiałym tworem, z którego nie można strategicznie korzystać, który dławi i atakuje i każe płakać w najmniej odpowiednich momentach, który obraca się przeciw sobie samemu.

Teraz nagle nie rozumiem.

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
wtorek, 07 listopada 2017 10:51

Polecane wpisy

  • Wglądy Wonder Woman

    Wciągnąwszy na siebie koszulkę z symbolem Wonder Woman, a na nią szarą bluzę z tą samą komiksową nadkobietą, poszłam spalić trochę czekoladowego tortu na z

  • Wiedźma na sobotę

    Czasem czytam, za każdym razem w punkt:  https://wiedzmaradzi.pl/2017/09/08/zaganianie/ A tymczasem idę prasować i lepić pierogi, ale tylko dla siebie i os

  • Szymborska na piątek

    "Przepraszam przypadek, że nazywam go koniecznością. Przepraszam koniecznośc, jeśli jednak się mylę. Niech się nie gniewa szczęście, że biorę je jak swoje. N

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2017/11/07 19:27:38:

    Zostałam Panią Dyrektor w wieku 28 lat, bo jestem ładna i Prezes też mnie lubi. Otrzymałam sekretarkę, duży gabinet, służbową luksusową limuzynę na specjalne zamówienie - skóry i tapicerkę sama wybierałam. Dostałam fundusz reprezentacyjny i zaczęłam szaleć po knajpach.
    Wciąż jednak czuję się niedoceniana. Po dwóch miesiącach pracy i zajściu w ciążę od razu poszłam na zwolnienie lekarskie, a moje stanowisko objął (czasowo jako p.o. dyrektora ) dużo starszy pracownik (taki 55+).
    Prezes dał go na to stanowisko, bo jest wyjątkowo kompetentny, doświadczony i zawodowo bez zastrzeżeń. Oczywiście nie oddałam temu p.o. samochodu(był mi przecież potrzebny na zwolnieniu lekarskim), ani nie pozwoliłam korzystać z mojego gabinetu. Facet tyrał przez kilkanaście miesięcy i zrobił (wreszcie) porządek w dokumentach, pozałatwiał zaległe tematy, mój oddział zaczął dobrze funkcjonować. Teraz wróciłam już na swoje, ale nie mam za wiele czasu dla firmy, bo moja córeczka jest jeszcze taka mała. Sekretarka powiedziała mi, że ten p.o. dobrze się wykazywał, a przy tym był mało wymagający: jeździł starym gratem, tyrał po 16 godzin, a i finansowo (sprawdziłam w kadrach) kosztował około 1/3 mojego etatu.
    Moim zdaniem to i tak miał za dużo. Dobrze, że nie miał premii niezależnej od wyniku oddziału tak jak ja. Ja swoją premię już wydałam - byliśmy z partnerem w Hiszpanii, a potem w Meksyku- na zwolnieniu miałam dużo czasu. Zwolniłam też z pracy tego p.o. - za dużo wie o firmie, a jak taki fachowiec, to przecież szybko znajdzie sobie nową robotę.
    Uważam, że kobiety są w dużo gorszej sytuacji niż mężczyźni, którym się wydaje, że praca jest najważniejsza.

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/07 20:07:48:

    Wiesz co, przeczytałam Twój komentarz i po pierwsze bladego pojęcia nie mam, co to ma do opisanej na blogu historii. Nie odnosi się do niej. Nie nawiązuje. Nie jest na temat doświadczeń molestowania i przekraczania osobistych granic.

    Druga możliwość jest taka, że to jest rzeczywiście odpowiedź na mojego posta. W takim wypadku mam nieodparte wrażenie, że próbujesz (ironizując) robić jakieś z fantazji pochodzące uogólnienie o leniwych, roszczeniowych, rozwydrzonych, niewdzięcznych kobietach, które naciągają system i masowo awansują kosztem starszych, bardziej zasługujących kolegów i o biednych, harujących, niesprawiedliwie traktowanych mężczyznach.

    Jest jeszcze trzecia opcja - mylę się co do tego ironizowania - i to jest osobista, bardzo niesprawiedliwa historia, Twoje własne doświadczenie bycia wysiudanym przez młodą, drapieżną, niekompetentną kobietę. Jeśli tak jest, serdecznie współczuję. Bardzo chętnie podyskutuję o osobistych doświadczeniach, bo świat nikogo nie rozpieszcza przesadnie (o takim ja napisałam i wyobrażam sobie, że sensownie możemy rozmawiać tylko na poziomie dzielenia się doświadczeniami, a nie generalizacji albo fantazji).

    Możemy się też poprzerzucać statystykami, merytorycznie porozmawiać - ilu jest w Polsce mężczyzn, a ile kobiet na stanowiskach menedżerskich, czy statystycznie zarabiają tyle samo za tę samą pracę, w jakim tempie awansują, czy wypadają z rynku pracy, itp.

    Tu na przykład można sobie poczytać o kobietach na kierowniczych stanowiskach: www.newsweek.pl/biznes/kobiety-zajmuja-tylko-7-proc-stanowisk-prezesowskich-newsweek-pl,artykuly,348812,1.html.

    A tutaj jest analiza sytuacji kobiet na rynku pracy w ogóle: rynekpracy.org/wiadomosc/628153.html

  • Gość napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2017/11/08 07:18:30:

    To nie jest tekst ironizujący - oparłam go na faktach wprost z naszego korpo, a ponieważ są to luźne cytaty Pani Dyrektor z kilku lat, to może powinnam dać to w cudzysłów.
    Myślę, że mój wpis choć troszkę nawiązuje do opisanej sytuacji " prostytutko-sekretarko-gońca" (podoba mi się ta trój zbitka, wiele osób tak właśnie chciało by widzieć innych).
    Odnośnie załączonych linków, to nie bardzo przejmuję się różnymi profesorskimi badaniami statystycznymi, gdyż z autopsji wiem, że płeć ma niewielkie znaczenie, gdy zderzy się z prostactwem i chamstwem. Brak wrażliwości na innych, egoizm posunięty do granic absurdu, często pełna alienacja - to przydarza się obu płciom. Nie zmieni tego żadna statystyka, gdyż doświadczamy każdej sytuacji osobiście. To co osobiste najbardziej boli i dotyka.
    Czytając Twojego bloga przypomniałam sobie to zdarzenie (widziałam minę tego p.o.), zresztą w naszym korpo to nic nadzwyczajnego, całe zespoły idą na przemiał, stanowiąc niejako nawóz historii i podłoże przyszłych sukcesów.
    W telewizji i w kulturze takie feudalne rozpasanie , a na zewnątrz -zza szybki ekranu odbiornika- takie piękne teksty i słowa.
    Wybitny twórca w kalesonach, to prawie jak mój korpo prezes około 4 nad ranem wychodzący z domku mojej koleżanki podczas integracji nad jeziorem. Nie wiem czy koleżanka była zadowolona z tego faktu, nie śmiałam pytać.

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/08 11:04:32:

    No to w takim razie bardzo przepraszam, bo wygląda na to, że moja fantazja o tym, kto komentuje i dlaczego całkiem rozminęła się z Twoimi intencjami.
    To prawda niestety, że przy (nie)sprzyjających warunkach ludzie obu płci potrafią innych traktować przedmiotowo, wręcz okrutnie. Twoje korpo brzmi trochę jak przedsionek piekła, szczerze mówiąc. A przynajmniej z tych fragmentów, o których piszesz wynika, że można by tam łatwo stracić wiarę w ludzi. Chociaż ja nie jestem obiektywna. Moje cztery lata w Mordorze odbiły mi się takim piętnem na duszy, że chociaż już jestem bardzo daleko, chociaż to niby dawno i niby nieprawda, nadal się z tego leczę. Że ludzie ludziom.

  • Gość napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2017/11/08 13:32:56:

    Mając w pamięci Twój wpis, nie mogę zrozumieć, dlaczego w USA wciąż ściga się "światowej sławy pedofila -reżysera", a w Europie (tej cywilizowanej) robi się mu klakę, nagradza i gości na salonach.
    A w Polsce ? Tutaj "sławny reżyser z łódzkiej filmówki", obdarzany jest boskim kultem i wszelkimi możliwymi przywilejami.
    Nie chcę nawet zgadywać, ile dziewczyn przeszło przez jego piekło, ile poległo na starcie, "bo się nie nadawało".
    Jeżeli jemu wolno, to mnie (temu w kalesonach bez pasty do zębów) też....

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/08 14:17:32:

    Myślę, że jest dokładnie tak jak piszesz. Jesteśmy (na swoje szczęście i nieszczęście) fundamentalnie społecznymi stworzeniami i jeśli jakieś środowisko postępuje według jakiegoś (nie)etycznego kodu, to będziemy się tego kodu trzymać i nie będziemy się nad nim przesadnie zastanawiać. Dlatego takim bohaterstwem i taką odwagą jest być wiernym jakiejś takiej własnej fundamentalnie ludzkiej wrażliwości, współczuciu, czułości wobec innych istot, kultywować otwartość, kwestionować niepisane społeczne zasady, jeśli cos nam świta, że kogoś jakoś krzywdzą. Ja wiem, że za to się płaci ogromną cenę, bo większość rzeczy, które w życiu straciłam to bła właśnie cena zapłacona za kręgosłup moralny, za wrażliwość. Ale wczoraj ktoś mi powiedział, że teraz pracuję w instytucji, w której pracują przyzwoici ludzie i że mnie też pamięta jako przyzwoitego człowieka. I przez moment pomyślałam, że w takim razie, jakkolwiek bolało, warto było. Dla tych paru słów.

    Jeśli jakaś wspólnota jednomyślnie krzywdzi konkretną kategorię człowieka (wszystko jedno - sekretarki, woźnych, Murzynów, Arabów, kobiety, dzieci, otyłych, gejów), to w naszych leniwych mózgach najłatwiej sobie to wytłumaczyć tak, że musi w tym tkwić jakaś sprawiedliwość, że ci ludzie sobie jakoś na to zasłużyli. No przecież nie cierpi się bez powodu. Przecież przemocy nie zadaje się innym jeśli jakoś tego nie sprowokowali, prawda? Sekretarki są głupie, woźni nierozgarnięci i brudni, Murzyni lubieżni i tępi, Arabowie brutalni i nieczyści, kobiety nierozgarnięte i nadmiernie emocjonalne, dzieci najzwyczajniej w świecie samolubne, otyli są leniwi i nieestetyczni, a geje to po pierwsze pederaści, a po drugie mafia, bo opanowali całe media i pomagają tylko swoim.

    A wracając do Twojego korpo - pamiętam rozmowy z prezesami i właścicielami firm, którzy traktowali swoich podwładnych jak wyrobników, zastraszając ich, traktując instrumentalnie, płacąc im "na waciki" i dziwiąc się ich "niewdzięczności", "lenistwu", "roszczeniowości". Zawsze mnie to szokowało, jak łatwo można się rozgrzeszyć z tego, że inni pracują na mój zysk i chwałę, ale co mnie się należy, a co im, to dwa zupełnie inne standardy. Nasze mózgi mają defekt. Pewnie na tym polega dojrzewanie, żeby sobie uświadomić na ile sposobów samemu się innych podporządkowuje swoim kaprysom i potrzebom - matkę, partnera, dzieci, przyjaciół, ludzi z pracy, nawet szefa - i przynajmniej próbować się zachowywać przyzwoiciej.

Dodaj komentarz