Kucharka Zen

Wpis

środa, 08 listopada 2017

Jest dokładnie tak, jak jest. A skoro tak jest, to może tak ma być?

Klub Fitness

Jestem nieumyta. Moje zimnoblond włosy sterczą tak, jak je ukształtowała w nocy poduszka. Na mojej koszulce naszyto kieszonkę. Z kieszonki wystaje szyja i głowa rezolutnej lamy. Całkiem niewinnie, ale gdyby uchylić szary materiał i zajrzeć do środka, lama pokazuje nieznanym sprawcom środkowy palec. Nigdy nie dorosnę. Już mi się nie wydaje, że dorosłość oznacza ostateczne pożegnanie ze swoją wewnętrzną gimbazą. Jezu, jaka to ulga, brakowałoby mi jej. Brakowało jak amputowanej kończyny. Lubiłam ją całą sobą, jest częścią mojej prawdy, ta panienka z krótkimi włosami, w kraciastych koszulach i bojówkach z wypchanymi kieszeniami, Nirvana, Pearl Jam, Metallica, Burroughs, Ginsberg, Camus. Moszczę w sobie wygodne legowisko dla wiecznie żywej nastoletniej mnie. A nuż, młoda waleczna wilczyczka, a nuż mi się kiedyś przyda w życiu jej gotowość do walki o słuszną sprawę, jej niezłomne, pozbawione wątpliwości serce, jej powątpiewanie w autorytety i hegemonie, w stereotypy i symbole, jej czysta, lojalna przyjaźń. Naciskam stopami na pedały orbitreka, ramiona zataczają okręgi. W wyciszających dźwięki otoczenia słuchawkach lecą kolejno poniższe piosenki:

https://youtu.be/ymNFyxvIdaM

https://youtu.be/y2bX2UkQpRI

https://youtu.be/OwdlqquJDK4

Ćwiczę w wielkiej hali pełnej maszyn. Ta hala znajduje się dwie kondygnacje pod ziemią. Ta hala była kiedyś głównym kinem socjalistycznej Warszawy. W podstawówce zabrano mnie tutaj na film "Kosmiczne jaja". Dziesiątki maszyn, a na nich dziesiątki aktywnych, dbających o zdrowie ludzi. Steppery, rowerki, bieżnie, a w ostatnim rzędzie orbitreki, które lubię jakbym wracała do duchowego domu. Dlaczego? Być może kiedyś zrozumiem. Na razie idę kolistym ruchem donikąd, trzy, cztery, pięć kilometrów, dwieście kalorii, a obok przechodzi trzech korpomężczyzn, którzy właśnie skończyli rozgrywkę w squasha. Lekko zarumienieni, odrobinę spoceni, nieskazitelnie opakowani w markowe ubrania, przystojni i niedostępni zarazem jakąś taką oczywistą, nawykową, nieprzemyślaną, niekwestionowaną pewnością siebie. Biegnę, biegnę, a towarzyszy mi muzyczny podkład jak następuje:

https://youtu.be/6JCLY0Rlx6Q

https://youtu.be/8Uee_mcxvrw

https://youtu.be/ewRjZoRtu0Y

Nie oglądam meczu, który puszczono nam na dużym ekranie w miejscu, gdzie kiedyś puszczano długie fabularne metraże. Czasem moje oczy wędrują do niego bezwiednie. Arsenal i Chelsea. Napastnik wbiegł do bramki, bramkarz obrócił go w stronę boiska i pomógł wrócić na murawę, napastnik potknął się, chwycił za słupek, wyratował. Być może sobie to wyobraziłam, ale sprawiał wrażenie zakłopotanego. Zawstydzonego, jakby każdy jego ruch powinien być nieomylny. Nagle zastanawiam się, czy bycie mężczyzną nie oznacza przypadkiem nieustannego rozliczania się z wywróceń i niezręczności, jakby obowiązkiem wyewoluowanego człowieka - ostatecznym egzystencjalnym celem - było zostać Messim, superherosem sprawności, perfekcyjnie naoliwioną maszyną. Obok mnie stęka dziewczyna, która ewidentnie nie jest Messim, od dzieciństwa zaprogramowanym na zwycięstwo, nie bardzo rozumie ten konkretny model orbitreka, walczy z pedałami, jeszcze nie łapie rytmu, jeszcze nie czuje logiki tego sprzętu, ale zaraz zacznie. Za chwilę wpadnie w przepływ. Nagle rozumiem swojego byłego chłopaka, nakarmionego mrzonkami o katalońskich mega-sportowcach i mistrzach gier komputerowych, w których bohaterowie podbijają, dominują, zdobywają, kontrolują. Jakaś jego część musiała czuć do samego siebie, a w związku z tym i do mnie, pogardę bezgraniczną. Musiała być niewyobrażalnie rozczarowana. Jakaś część mnie już nigdy nie chce na co dzień funkcjonować w takiej amplitudzie zachwytu i obrzydzenia. Miłości i wstydu.

https://youtu.be/WdFu6Kb4Au4

https://youtu.be/2GEArZJBSsQ

Tak jak dziewczyna na orbitreku obok, i ja wpadam w przepływ. Nie myślę już o poszczególnych ruchach, jestem ruchem, oddycham, czuję samą siebie w ciele, prędkość, radość, to ten moment, kiedy uderzają endorfiny. Zamykam oczy i tylko czuję. A potem je otwieram i widzę przed sobą innych ćwiczących, miarowo, zsynchronizowanych z sąsiadem, z rytmem maszyny, z muzyką, z biciem własnego serca. Na krótki moment euforia pozwala mi myśleć, że uczestniczę w jakimś kolektywie zjednoczonym ruchem. Czuję siebie i czuję ich. Wspólnie żyjemy i biegniemy donikąd. Wystarczymy. Jest dokładnie tak, jak jest. A skoro tak jest, to może tak ma być.

 

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
środa, 08 listopada 2017 14:04

Polecane wpisy

  • Wglądy Wonder Woman

    Wciągnąwszy na siebie koszulkę z symbolem Wonder Woman, a na nią szarą bluzę z tą samą komiksową nadkobietą, poszłam spalić trochę czekoladowego tortu na z

  • Wiedźma na sobotę

    Czasem czytam, za każdym razem w punkt:  https://wiedzmaradzi.pl/2017/09/08/zaganianie/ A tymczasem idę prasować i lepić pierogi, ale tylko dla siebie i os

  • Szymborska na piątek

    "Przepraszam przypadek, że nazywam go koniecznością. Przepraszam koniecznośc, jeśli jednak się mylę. Niech się nie gniewa szczęście, że biorę je jak swoje. N