Kucharka Zen

Wpis

piątek, 24 listopada 2017

Klub książki

Tak naprawdę to trochę się wstydziłam tam wchodzić. Po pierwsze przeczytałam tylko niewiele ponad połowę "NW" Zadie Smith, po drugie wcale nieszczególnie chciałam o tej książce rozmawiać, bo mnie zmęczyła i przygnębiła, ale przede wszystkim dlatego, że byłam po całym dniu pracy, terapii, zakupach i spacerze z psem, a transfery między poszczególnymi segmentami mojego dnia pokonywałam rowerem, co oznaczało, że:

zmył mi się makijaż - trochę od wiatru, trochę od płakania nad własnymi emocjami, trochę od długiego dnia po prostu

zmatowiały i uklepały mi się włosy przygniecione przez pół dnia akrylową czapką

wymięła mi się bluzka i sweterek

kurtka poobcierała się o surowy tynk ścian piwnicy kiedy żonglowałam rowerem i torbami z zakupami

Jednym słowem, szłam do ludzi nie wyglądając nawet odrobinę reprezentacyjnie. Powiedziałabym wręcz, że ponieważ mam mózg sformatowany mediami, które powierzchowne są i dla wzrokowców tworzone, czułam, że dowolny obserwator, który by stwierdził, że się nie postarałam, że się zapuściłam, że zaniedbałam, miałby sporo racji. Tyle że na terapii sporo rozmawiam ostatnio o tym poczuciu bycia oglądaną, o tym swoim dowolnym obserwatorze. O tym, że jestem już zmęczona zakładając, że ciągle patrzy na mnie ktoś, że podlegam patrzeniu, że jestem widziana przez nieżyczliwych, taksujących, wielce wymagających gapiów. Odechciewa się z domu wychodzić. Tam przynajmniej zostaję sama ze sobą, niewidziana. Ktoś kiedyś napisał, że w naszej kulturze mężczyźni są wychowywani żeby patrzeć i wybierać, a kobiety żeby być oglądane i wybierane. Wczoraj rozmawiałyśmy z koleżankami o ubraniach i przecenach i jedna z nich przyznała się, że trudno jej kupić buty, bo ma rozmiar 40, który nie występuje w ładnych fasonach. Przyjrzałam się jej i odruchowo powiedziałam, że nie widać po niej tego rozmiaru, tak proporcjonalnie jest zbudowana. I że ja w przeciwieństwie do niej trochę jak hobbit - też mam duże stopy, ale jestem dość niska i przysadzista, więc to robi różnicę. A potem ją od razu przeprosiłam, ją i siebie też, bo to zabrzmiało jakbym komentowała jakość koni dostępnych do kupienia na targu - zdrowe zęby, cienkie pęciny, mocny zad, błyszcząca sierść. W ogóle kobiety same o sobie często tak mówią. Jakby o przedmiotach na sprzedaż. Mam za duży nos, za cienkie włosy, za szerokie plecy, zbyt krzaczaste brwi. Za duży na co? Za cienkie do czego? Więc ten oglądający domyślny kupiec ciągle niezadowolony nas nie nabędzie, wybierze inny egzemplarz?

Trochę się wstydziłam tam wchodzić, bo gdybym podlegała takiemu wyśrubowanemu wymogowi, który nam wmawiają czasopisma i instagramy, patrzący odwróciliby z dezaprobatą wzrok. Ja sama uczę się nie uwewnętrzniać tego (niczyjego tak naprawdę) wzroku, nie podlegać mu od wewnątrz sama, nie zakładać ciągle, że jestem nieżyczliwie oglądana wygłodzonym seksualnie, zakompleksionym, socjopatycznym okiem. Zresztą. Kiedy w końcu weszłam do biblioteki pobliskiego teatru otoczył mnie zapach starego papieru, sypiących się okładek i pożółkłych stron. Przy jasnym stole usiadło nie tak znowu wiele osób. Prowadząca miała włosy w trzech kolorach, bliznę po punkrockowym kolczyku, zero makijażu i niemożebnie wygnieciony sweterek wyjęty moim skromnym zdaniem prosto z pralki, poza tym była ciepła, charyzmatyczna, elokwentna i otwarta. Więc pytanie, co ważniejsze. Oprócz niej nie patrzyło wcale na mnie wzrokiem pełnym dezaprobaty sześcioro innych ludzi. Dziewczynie po mojej lewej, też bez cholernego makijażu, okutanej w szaliki i ciepłe swetry, chyba spodobało się to, co mówiłam o sensie życia, że kiedy pracowałam jako doradca zawodowy spotykałam młodych ludzi, którzy spełnionego życia upatrywali w tak odmiennych ode mnie rzeczach, z takim przekonaniem, że spokorniałam i przestałam im sprzedawać swoją własną, społecznikowską koncepcję sensownego bycia w świecie, że moje hipisowskie pomysły skapitulowały, bo niektórzy chcieli władzy, inni wpływu na rzeczywistość, jeszcze inni prestiżu i pieniędzy, niektórzy służby słabszym i poszkodowanym, ale nie miałam mocy nikogo przekonać do czegokolwiek, więc przestałam próbować. Zaczęłam się zastanawiać nad swoją rolą. Jeśli nie mogłam ich przekonać, pokierować, a tak przecież kształtowano młodzież w moich czasach, rezonując, przekonując, przymuszając trochę, wywierając nacisk, zawstydzając, apelując do sumienia, jeśli nie działały metody, którymi wychowywano mnie, jaka była w takim razie moja rola? Słuchać? Towarzyszyć? Jak towarzyszyć komuś, z kim się światopoglądowo, moralnie nie zgadzam? Gdzie jest granica miękkości w kontakcie z drugim człowiekiem? Kiedy należy powiedzieć, że się z nim nie zgadzam? Na czym polega pomaganie w rozwoju? Być może dziesięć, być może trzydzieści lat później - gdybyśmy się z tymi młodymi ludźmi spotkali - byłoby ciekawie porozmawiać jak nam się wszystkim poukładało. Zrobić bilans. Kobieta obok mnie dużo cytowała Krytykę Polityczną i Bourdieu, mówiła o klasach społecznych i o neoliberaliźmie, że to neoliberalizm narzuca większości z nas system wartości i definicję spełnionego życia, więc się spotkałyśmy ideologicznie, od razu uznałyśmy się za sprzymierzeńców. Zerkałyśmy na siebie szukając odzwierciedlenia. Starsza kobieta obok niej, siwa, w swetrze w kolorze fuksji, który przyciągał wzrok i radował, wydawała się płynąć na kolektywnych emocjach, dorzucając czasem do dyskusji o książkach własne doświadczenia z zaangażowaniem, a już szczególnie ożywiła się kiedy mowa była o humanistach i doktoratach, które w dzisiejszej rzeczywistości nie gwarantują ani pieniędzy ani sukcesu. Coś w niej krzyczało - humanistka, coś krzyczało - nieszczególnie rozpieszczona finansowo. Słuchała tak czujnie, włączała się tak żywo, że myślę, że nawet nie zauważyła jak wyglądam. Uspokoiło mnie to. Dziewczyna u szczytu stołu przesiadła się z wózka inwalidzkiego na obrotowy fotel. Nie czytała książki, którą mieliśmy omawiać, podobnie jak większość grupy, więc angażowała się przede wszystkim w okołoliteracką dyskusję na szersze tematy. Ale odniosłam wrażenie, że uwielbiała literaturę, że książki zasilały jej tożsamość, że je kochała. Pomyślałam sobie jak jesteśmy różni, jak rozmaite rzeczy musi dla nas oznaczać czytanie. Jednym karmi głód duchowy, innym zagłusza samotność, innym jeszcze daje satysfakcję z obcowania z innymi światami, innymi ludzkimi wnętrzami. Ten facet, który wbiegł zdyszany kilka minut po rozpoczęciu spotkania - w czarnym płaszczu, prosto z pracy, wydawał się próbować dotknąć Kultury, mówił wprost, że jest z prowincji, że tam mało kto czyta, że nawet po przeprowadzce do Warszawy ludzie jemu podobni nie chodzą do teatru ani opery, mimo że by mogli, mimo że ich stać i że mają dostęp, ale nie wynieśli z domu takich przyzwyczajeń, ale nie mają takich wzorców. Wydawał się myśleć, że Kultura nobilituje, że dotknięcie jej uszlachetnia. Wydawał się bardzo tego chcieć. Wyszlachetnieć. Być subtelniejszą wersją siebie. Wydawał się też mieć regularny kontakt z tym własnym refleksyjnym, delikatnym kawałkiem. Ujmująco łączył to swoje bycie z prowincji i bycie w stu procentach na miejscu w Warszawie. Po spotkaniu usiadłam jeszcze na kawę z nim i z elegancką, cedzącą słowa, konkretną panią, która spędziła całą sesję klubu książki robiąc dyskretne notatki. Opowiadał, że w ramach pracy (nie dowiedziałyśmy się jakiej) jeździ po Polsce i poznaje lokalne hotele, obserwując przy śniadaniu pary kochanków na schadzkach, słuchając wieczorami zza ściany ich seksu. Opowiadał, że na wschodzie kraju widuje w szczerym polu noclegownie-pałace ociekające kryształem i luksusowym kamieniem, wiecznie żywe marzenie, że do naszego kraju zawita jednak kiedyś Dynastia, obok tych rezydencji wystawnych stoją zagrody zaśmiecone, a z tych zagród przychodzą do pracy obrażone recepcjonistki, które wyraźnie hańbi to zajęcie. Elegancka pani opowiadała, że ma już dosyć jeżdżenia samochodem, bo z dalekiego Wilanowa rozwozi codziennie po szkołach, przedszkolach i zajęciach dodatkowych czwórkę dzieci, więc kupiła sobie rower elektryczny i kiedy ma gorszy dzień, popyla po mieście rowerem, dwójkę najmłodszych transportując przyczepką, a ośmioletnią córkę zgarniając ze szkoły i sadzając na siodełku. Wyobraźcie sobie tylko.

Najbardziej wstrząsnęły mną słowa młodej dziewczyny z ciemnymi włosami, opatulonej, otulonej w dobrej jakości ciuchy, wycofanej przez większość spotkania. Kiedy wreszcie przemówiła - w trakcie dyskusji o przywileju, o społecznym wspinaniu się, o tym, że biedny bogatego nie zrozumie i to z wzajemnością - rozkrzyżowała ochronne ramiona i powiedziała cicho, że czasami równie bolesne jest być od małego na szczycie drabiny, osiągnąć szybko, młodo, wszystko, co jest ogólnie uznane za sukces i nagle nie mieć już zupełnie nic do zrobienia. Wstrząsnęła mną dotkliwa samotność takiego momentu w życiu. Ewidentna prawda przeżyta tego niby abstrakcyjnego, rzuconego niby niedbale w przestrzeń stwierdzenia.

I nagle. Nagle. Dwie godziny później wracałam do domu zdając sobie sprawę, że najmniejszego. Najmniejszego cholera znaczenia nie miało tego wieczoru jak wyglądam.

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
piątek, 24 listopada 2017 10:13

Polecane wpisy

  • Kto napisze historię

    Chodzę po tym moim nieszczęsnym mieście - często skołowana, zagubiona, przebodźcowana - chodzę, a wokół mnie pędzą samochody, ktoś buduje wieżowiec, ktoś zdobyw

  • Kucharka w G'rls Room

    Ej, poszłam dzisiaj na spotkanie z ludźmi, którzy prowadzą prześmiewczy portal i darmową gazetkę na temat absurdów pracy w Mordorze - do sąsiedzkiej kawiarnio-k

  • Bitzu'ist

    Cholera jasna zaczyna coś do mnie docierać. Wcale nie próbowałam przeprowadzać poważnego rachunku sumienia przy okazji pożegnania najdziwniejszego, najmniej sen

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość adaa napisał(a) z *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl komentarz datowany na 2017/11/25 22:24:42:

    Znowu dużo czytania, już zacieram oczy ;-) Wskoczyłam na chwilę, ale opowiem Ci kulisy mojego ostatniego komentarza, zresztą bardzo ucieszyłam się, że udało mi się nim choć trochę poprawić Tobie nastrój.
    Pewnie zauważyłaś, że godzina była całkiem 'chora', bardzo chciałam zmienić ten tryb życia i obiecywałam to również towarzyszowi, bardzo nie chciałam go denerwować, ale jeszcze przed położeniem tak tylko niechcący sobie zajrzałam na kucharkę i o nie! Melodramaty! "Już, już idę" i walę mu tym laptopem po oczach kolejne kilkanaście minut, tak się zagrzałam, że nie mogłam nic z siebie wykrzesać, a przecież tak tego nie zostawię! Jak to w przypadku presji i pośpiechu, nie mogłam nic sklecić, a bardzo chciałam, w końcu traktuję Cię z pewnym namaszczeniem, banały nie wchodziły w grę. Przegrywałam tę walkę coraz bardziej, w końcu wskoczyłam do łóżka, chwilę poleżałam i wylazłam, poszłam pisać - udało się :)
    Co do muzyki, ja też wrzuciłabym coś od Roxette, konkretnie "You don't undersand me", Whitney pewnie też by się jakaś znalazła ;) Do umierania miałam Anathemę One Last Goodbye (Beksiński też sobie upodobał), Lacrimosę i Leszka Żukowskiego Comy; to takie najstarsze, tym się pogrążałam gdy byłam młoda i depresyjna, pochłaniała mnie obojętność i beznadzieja, więc uznałam, że jeszcze trochę bólu nie zaszkodzi :-)
    To tak w ramach znaku życia :)

  • Gość adaa napisał(a) z *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl komentarz datowany na 2017/11/25 22:29:32:

    Btw. Twój opis imprezy to takie moje niespełnione marzenie i głęboka potrzeba. Wierzę, że kiedyś przyjdzie taki dzień, że zgromadzę w jednym miejscu bliskich mi i ważnych ludzi, będzie miło, smacznie i nikt nie poskarży się na głośną muzykę; to będzie znak, że doszłam do odpowiedniego etapu i zaliczyłam kolejny przystanek.
    Ciekawe co to byłoby u Ciebie? Kiedyś strasznie się siebie wstydziłam, byle plama na ubraniu była w stanie mnie rozstroić, niesamowite jak to nagle się rozpłynęło, a nawet niezdrowo odbiło w drugą stronę, teraz mogę wyjść z plamą bez zawahania ;)

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/26 18:39:21:

    Bardzo dziękuję za znak życia. A jeszcze bardziej za listę pogrążaczy do odsłuchania. Właśnie słucham Roxette, na dobry początek, i nagle się okazuje, że jest kawałek Roxette, którego nie znałam. "You don't understand me" dobrze oddaje obecną fazę mojej żałoby po związku. Przeszłam dość długi szok, potem długi żalogniew, potem była rozpacz czarna, a później absolutnie fascynująca faza targowania się z losem. Coś jeszcze mi się wydawało, że zatrzymam, że może jeśli się postaram, jeśli będę super fajna i super interesujące rzeczy będę robić to on jednak zmieni zdanie, albo może na siebie wpadniemy w supermarkecie lub knajpie i wtedy on sobie przypomni wszystko i go olśni, że byłam miłością jego życia. Najciekawszym etapem fazy targowania się było to, że mi się nawet śniło, że się spotykamy i ja wiem, że on widzi, że popełnił błąd. Nie muszę nawet go przekonywać. A teraz zaczynam mieć coraz dłuższe momenty akceptacji. Więc Roxette pasuje. A i Anathema pierwsza klasa. Bezwstydnie smutne to.
    Fajnie, że możesz wychodzić z plamą. Mnie bardzo zaimponowała ta niebosko wymięta prowadząca spotkanie (znana pisarka i feministka i aktywistka miejska nota bene, którą czczę od chyba dekady). Ja mam chyba jakiś niekontrolowany wentyl w postaci ubłoconych butów. Chodzę z psem i ciągle w coś butami włażę, a potem przed pracą nie mam ich czasu czyścić, więc bywa, że jestem wypucowana od czubka głowy aż po kostki nóg, ale niżej jest średniawo.
    A dlaczego ważne, żeby na Twojej wymarzonej imprezie nikt nie poskarżył się na głośną muzykę? Tak mi się to luźno skojarzyło z fragmentem rozmowy z tego samego spotkania klubu książki, kiedy Pan z Prowincji powiedział, że dla niego miarą dobrze przeżytego życia jest pogrzeb, na którym jest dużo ludzi i nikt się nie kłóci. Więc coś podobnego. Niestety, ze mnie wylazł cynizm albo może po prostu znajomość natury ludzkiej i buddyjskie poczucie braku większego wpływu na innych ludzi i powiedziałam, że jest mi trudno sobie wyobrazić imprezę, na której się nikt nie kłóci. Że natomiast jestem w stanie sobie wyobrazić wartościowego, społecznie użytecznego, barwnego człowieka, na którego pogrzebie ludzie się jednak sprzeczają. Może ja cierpię na skrajną wyuczoną bezradność? Nie czuję żebym miała moc pogodzić siostrę i szwagra, żrących się nieustannie siostrzeńców-bliźniaków, babcię, która od pół wieku nienawidzi z wzajemnością siostry swojego świętej pamięci męża. Nie wiem. Taką mam refleksję jako były nauczyciel i doradca i taki trochę psycholog, że chyba bym chciała, żeby ludzie byli dla siebie mili na mojej stypie, ale tylko jeśli mają pozałatwiane stare i zaległe sprawy między sobą i naprawdę się lubią. Bo inaczej to mogą się nawet pokłócić.
    Tak dygresyjnie dzisiaj...

  • Gość napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2017/11/28 08:48:48:

    Dlaczego kobieta potrzebuje mężczyzny?
    Grupa rozwojowa(17.30-20.30): dla kobiet, które zadają sobie pytania o rolę mężczyzny w ich życiu.
    Zapisy mailowe pod adresem:
    Agnieszka Grądek agnieszkagradek@gmail.com
    Anna Borys annamdborys@yahoo.com
    Krucza 17 m.13, Warszawa
    Przemiany - Ośrodek Rozwoju i Psychoterapii

    byłam tam raz i "chyba zgłupiałam" do reszty

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/28 09:42:24:

    Ciekawe. Po tytule szkolenia rozumiem, że teza jest taka, że kobieta w ogóle potrzebuje mężczyzny. Tylko pytanie - po co, do czego, z jakiego powodu. Pewnie trudno uciec przed takim pytaniem. A co to znaczy, że "chyba zgłupiałam" do reszty? To bardzo intrygujące :)

  • Gość adaa napisał(a) z *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl komentarz datowany na 2017/11/30 17:51:01:

    Ha...Ale się wstrzeliłam ze swoją plamą w temat ;) Właśnie na tym polegał mój
    ostatni problem z komentarzem - nie przeczytałam wpisów, a chciałam się
    wpasować w aktualny nastrój, czyli jak zwykle próba uchwycenia czegoś większego na podstawie skrawków. Teraz widzę, że idealnie pasuje tu kolejne słowo klucz: strefa komfortu.
    To niesamowite, często jak Cię czytam mam wrażenie, że to alternatywny
    scenariusz mojego życia, nawet ojciec jakiś taki podobny, tylko sposób
    reagowania odmienny, chociaż ostatecznie doszłyśmy do wielu podobnych ścian i
    ciągniemy tę samą kulę u nogi. Ja jutro wychodzę ze strefy komfortu i też
    dotyczy ona obnażania jakichś swoich - rozdmuchanych przez siebie do
    ogromnych rozmiarów - kobiecych kompleksów. Tym bardziej po przeczytaniu
    Klubu Książki upewniłam się, że najwyższa pora, jak Ty, to ja też ! Ile można bawić się w uprzedzanie potencjalnych...No właśnie czego? To jak ukrywanie, że nie jest się ideałem, ale ideały są takie nudne, godzę się być nieco pod kreską ;) Zawsze miałam
    wręcz autystyczny sposób "radzenia" sobie z podobnym obciążeniem, cieszę się, że
    jestem w zaawansowanej fazie ozdrowieńczej, w zasadzie już trzymam pion i chociaż noga może się jeszcze powinąć, dość szybko otrzepuję kolana. Gdy napisałaś, że prowadząca była wygnieciona, wiedziałam, że będzie dobrze, ale ostatecznie to Ty musiałaś przejść przez drzwi, idąc w niepewne :) I cieszę się z
    powodu powrotu "na stare śmieci", coś mi się wydaje, że Tobie najbardziej
    potrzeba ludzi, miejsc i rzeczy z duszą, a wówczas cała reszta jakoś się ułoży, odżyje czy odzyska ;) To dokładnie jak powrót do siebie z długiej podróży; jeszcze w drodze, ale coraz bliżej do miejsca przeznaczenia. Masz niezwykły dar, wyraźnie czuje sie tutaj ducha dokumentalistki i to takiej do n-tej potęgi, do dna - jakkolwiek dwuznacznie to brzmi. Być może to też zabrzmi nieco niewłaściwie, w końcu to Ty jesteś ekspertem od precyzyjnych przekazów, ja je nieco wykoślawiam, ale mam nie tylko nieodparte wrażenie, a i w zasadzie całkowitą pewność, że właśnie teraz, w momencie w którym ciężko o punkt zaczepienia, a tożsamość jakby się odrywa, czy po prostu rozpada - właśnie teraz tworzy się ten szkielet wspomniany w legendzie, o której napomknęłaś. Zabawne, że nadal tej książki nie przeczytałam,ale gdy już ją na chwilę otworzyłam, to właśnie na tę -dość makabryczną- opowieść natrafiłam. Teraz znowu na nią następuję, tym razem u kucharki.
    A co jeśli ta lama pokazująca paluszek czeka na wyciągnięcie z kieszonki ? Kto wie, może kiedyś nastąpi wielkie Wejście(Wyjście?) Lamicy? ;) Lami palec jest bardzo uniwersalny i nie podlega upływowi czasu, zupełnie jak siarczysta kurwa :) Jutro spotykam się z gościem, który nadal nie umie zapomnieć o faku, którego pokazałam na zdjęciu, ale to stary zacofany dziadek, ciekawe czy uda mi się go choć trochę sprowadzić na 'ciemną stronę' ekspresji ? A może to mnie wprawi w osłupienie i znowu będę wierzgać kopytami jak schwytana sarenka? Nee.
    A ta imprezka...Bo ja się nigdy nie mogę tak naprawdę 'odpalić', większość życia mieszkałam w bloku i o ile słyszałam jak żyją sąsiedzi, ja sama nie miałam tupetu dawać znać o swoich upodobaniach, takich jak głośna muzyka właśnie. Dlatego mam ogromny deficyt, wielka niespełnioną potrzebę sielanki, ta impreza powinna odbyć się tam gdzie pieprz rośnie, aby żaden sąsiad nie mógł zaburzyć mojego spokoju :) Chcę być egoistyczna i chcę całkowicie oddać się chwili, ale nie wykluczam, że co jakiś czas pozwolę komuś puścić inny numer. Nie wykluczam :) Na pogrzebie mogą się kłócić, byle zgodnie z życzeniem nie robili sobie moim kosztem ostatniego pożegnania i nie oglądali trupa, to nie rewia, pewne rzeczy nigdy się nie zmienią, komfort trupa przede wszystkim.
    Mam ochotę dać Ci fajny audiobook, jednocześnie trzeźwiący i kojący, ciekawe połączenie, lubię takie kontrasty. Myślę, że może Ci mocno przypaść do gustu, a nawet do serduszka :)

  • Gość adaa napisał(a) z *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl komentarz datowany na 2017/11/30 18:44:23:

    Co do muzyki i autyzmu, mam tutaj takie małe połączanie :)
    www.youtube.com/watch?v=Yb3XAP0c8WU

    Dla mnie dość nadziejna.

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/30 22:50:56:

    Nadziejna? To jest jakieś objawienie. W swoim czasie katowałam po kilkadziesiąt razy dziennie jej przesłuchanie z "Britain's got talent" i ryczałam za każdym razem. Ale to jest nie z tej ziemi.

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/30 22:58:53:

    Wiesz jak ja czekam i jak się cieszę na te Twoje komentarze? Teraz mi są potrzebne, nie starcza mi samo pisanie bloga. Bo pisanie to jakby pierwszy etap, wydobywanie na światło dzienne z kopalni swojej podświadomości jakichś niespodzianek, które się dopiero objawiają w miarę pisania i nagle odkrywam siebie. Ale potem Ty coś piszesz, jakoś przez siebie przefiltrowujesz moje pisanie, i to nabiera nowych sensów i rezonuje na nowo, jakbyś to oświetlała z innych stron niż ja myślałam, że są najważniejsze. Więc dzięki Tobie zyskuję nowe oglądy. Nowe zrozumienia. Coś pełniejszego, bardziej złożonego, jakby wzbogaconego o innego-podobnego ojca, inne reakcje na tego ojca, podobne, ale nie te same ściany i kule u nogi. Muzykę, której nie znałam, a przecież kiedy jej słucham, to jakbym jednak znała.

    A o Wielkim Wejściu Lamicy (cudowne) i o byciu dokumentalistą i o dochodzeniu do siebie kiedy widzę miejsca i rzeczy i ludzi z duszą coś jeszcze kiedyś napiszę. Na razie od paru akapitów tam w środku Twojego komentarza przechodzą mi ciarki wzdłuż kręgosłupa, więc najwyraźniej jeszcze potrzebuję trochę czasu.

    A na razie trzy sprawy:
    1. Powodzenia na spotkaniu ze zbulwersowanym fakiem człowiekiem
    2. Bardzo Ci życzę tej imprezy, imprezy bywają fajne, a własne to już w ogóle
    3. Jestem chętna na audiobooka

  • Gość adaa napisał(a) z *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl komentarz datowany na 2017/12/02 04:31:39:

    A czy Ty wiesz jak bardzo się cieszę, że jeszcze tyle przed Nami? : ) : )




  • Gość adaa napisał(a) z *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl komentarz datowany na 2017/12/02 04:49:02:

    Ja chwilowo w trasie, ale muszę jeszcze napisać, że zwieńczenie sesji dla dzieciaków fantastycznie przewrotne : )

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/04 09:04:34:

    Fajnie :)

  • Gość adaa napisał(a) z *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl komentarz datowany na 2017/12/05 01:52:02:

    'Fajnie' to takie minimum życiowe, wieszczę Ci liczne odloty ;)
    Na razie nie wiem gdzie się podziać, skaczę po postach niczym z kwiatka na kwiatek, mi to nie przeszkadza, nie wiem jakie jest twoje zdanie, ale zawsze masz moc, aby to zmienić. Staram się na razie jakoś względem Ciebie ustawić, zastanawiam jak 'to' albo Cię ugryźć : ) Teraz to pisanie przypomina mi wydarzenie z mojego życia, gdy kilka lat temu, niedługo po tym jak się rozstałam, pojawił się niezwykły i życzliwy człowiek, który bardzo dużo mi pomógł. Miał niesamowite umiejętności i czytał ze mnie jak z księgi, ja tak nie potrafię, ale dość dobrze radzę sobie niejako ściągając informacje z emocji/uczuć i choćby skrawków jakichś mniej czy bardziej znaczących wydarzeń. Wspominam o tym również dlatego, ponieważ dopiero teraz rozumiem co miał na myśli pisząc, że osobiste poznanie przekreśla możliwość przewidywania - robi się za duże zamieszanie i znacząco wzrasta prawdopodobieństwo błędu. To też jedna z niewielu sytuacji, w których sympatia działa na niekorzyść. Mi zazwyczaj przeszkadza echo dawnego perfekcjonizmu czy poczucie zobowiązania,które narzuca regularność, miałam przez chwilę coś, co lubię nazywać spinką, ale już się rozmyła. Nie chciałabym pogubić swojej spontanicznej i ulotnej przenikliwości; myślę, że możemy jeszcze pouskuteczniać tutaj jakiś rozwojowy barter, ja już wielokrotnie czerpałam u twojego źródełka, pora się odwdzięczyć tym bardziej, że jedyne czego Ci potrzeba to paru hasełek-kluczy lub wręcz powtórzenia za Tobą tego, co często sama piszesz. W podbramkowych momentach nieoceniona jest rola 'obcego' czy wsparcie jakiejś osoby z zewnątrz, kogoś kto spogląda z innych poziomów i może nie tylko bez zaangażowania emocji i wikłania się w konflikty wniknąć w mikroświatek, ale i wesprzeć stabilizującą makroperspektywą. Będę czasem robić jakieś wrzutki na swój temat, najczęściej na zasadzie porównania, traktuj to jako ciekawostkę-przyrodniczą, w końcu uważam Cię za moją sobowtórkę, ale to Ty jesteś postacią pierwszoplanową : ) Na razie zabiorę się do innego postu, wczoraj czytałam parę zaległych notek i zaciekawił mnie twój dokumentalny epizod, a jednocześnie Ci goście...W takich chwilach mam ochotę się teleportować i rozgromić towarzystwo przy użyciu łuku co najmniej... Niestety, kabiny jeszcze chwilowo nie mam, łuku też, ale pod komodą leżą cztery nogi od stołu, trochę nieprzydatne, bo na razie nie umiem podróżować w czasie ;)
    To co, możemy się tak umówić?
    Pamiętam o materiałach dla Ciebie, niebawem podrzucę, ale czy na pewno podany adres jest aktywny? Kiedyś mi odbiło maila, to zupełnie jak gdyby ktoś zwrócił pawia na mój talerzyk z jedzonkiem, widzisz jak ja się za Tobą uganiałam?
    Mam nową muzyczkę, nagrałam na dyktafon, myślałam, że Kowalska. Podoba mi się ten teledysk, jakoś mnie tknęło w paru momentach, wiem, że teledyski mają to do siebie, że są wyreżyserowane, ale czy nie masz wrażenia, że w pewnych momentach robi się niezwykle autentycznie? Nie jestem fanką, ani nawet słuchaczką tej wokalistki, ale jako, że mam dość osobliwą relację z parszywcem o imieniu rak, przypomniałam sobie, że chyba coś było w przeszłości na rzeczy, no i może znowu jest? No i chyba znowu. www.youtube.com/watch?v=sfB-bKD8qc0
    Przepraszam za to dramatyczne zakończenie, wbrew pozorom jest to tunel z wieloma światełkami, tylko mało kto to wie albo zwyczajnie po prostu nie chce wiedzieć.

  • Gość adaa napisał(a) z *.multi.internet.cyfrowypolsat.pl komentarz datowany na 2017/12/06 02:42:35:

    Być może mi się wydaje lub poczyniłam jakieś przeoczenie, ale chyba gdzieś tutaj czytałam całkiem kapitalny fragment o muzyce i świetle, a teraz jakby go nie ma, czyżby wyszedł na mroźny, zimowy spacer czy może to wszystko mi się przyśniło, wiesz coś na ten temat?

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/07 15:38:38:

    Nie no, jak to był kapitalny fragment, to kusi, żeby powiedzieć, że to mój. Ale nie jestem pewna, nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy... I o świetle i o muzyce na pewno kiedyś coś pisałam, bo jak o świetle i muzyce nie pisać? Ostatnio było o jednym i drugim w poście o sesji fotograficznej moich siostrzeńców.

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/07 16:00:21:

    Pierwsze dzisiejsze podziękowanie za to:

    "osobiste poznanie przekreśla możliwość przewidywania - robi się za duże zamieszanie i znacząco wzrasta prawdopodobieństwo błędu. To też jedna z niewielu sytuacji, w których sympatia działa na niekorzyść."

    Ostatnio musiałam napisać szybkiego maila do swojego byłego chłopaka. Jest i zawsze był bardzo uczynny, więc właściwie natychmiast mi pomógł. Tyle że odpowiadając nie zapytał nawet jak się mam i co u mnie. A mnie, kiedy czytałam suchego maila od niego, przeszło coś na kształt prądu elektrycznego od góry do dołu, takiego otrzeźwiającego, bo moje uczucia nie kończą się w jeden moment. Moje zainteresowanie nie wygasa nagle. Kiedy się z kimś zaprzyjaźnię, to się nie odprzyjaźniam ot tak. Pamiętam cały burdelowaty melanż żartów i płakania i robienia razem różnych rzeczy i uczenia się od siebie i pomagania sobie i rośnięcia i malenia i poświęceń z obu stron i cierpienia i zazdrości i złości. Tęsknię za nim czasami, za całym melanżem, bo był żywy i prawdziwy i intensywny i mnie złożył na nowo do kupy, może i coraz mniej tęsknię, ale ciągle bardzo mną wstrząsa, że on za mną (udaje, że?) ani trochę.

    Ale najbardziej niepokojące i nie dające spokoju jest to, że nie przewidziałam, że tak będzie. Nie ochroniłam się przed tym. Nie wybrałam mądrzej. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że znaki na ziemi i niebie były rozmaite, ale że je przegapiłam, że je interpretowałam z nadmierną życzliwością czy może naiwnością czy może nadzieją albo megalomanią. Ale, tak jak mówił ten Twój życzliwy człowiek, bliskość zaburza, rozszarpuje jasne, proste prawdy na niespójne strzępy i skleja je w inną konfigurację, inną mozaikę emocją. Emocja jest zabawnym klejem. Inaczej lepi złość, inaczej czułość, inaczej zaufanie, inaczej bezradność albo strach. To szaleństwo, ale narkotyczne przecież. Najbardziej uzależniająca rzecz pod słońcem, dać sobie roztrzaskać stare prawdy i trzeźwość umysłu i umiejętność przewidywania i pozwolić je mistycznie skleić w jakiś niespodziewany impresjonistyczny obrazek. To jest tak pociągające, żyć impresjonistycznie. Być może niekoniecznie potrzebny jest do tego drugi człowiek, nie wiem.

    Więc może mam wytłumaczenie i wymówkę zarazem, że nie widziałam z góry, co mnie czeka, mimo że przecież słyszałam jego opowieści o starych narzeczonych, z którymi trzeba było urwać kontakt na zimno i odciąć go całkowicie. Dla ich (kurwa mać) dobra. Moja lekcja jest okrutna, ale jedyna możliwa. Nie brać bólu i poczucia niesprawiedliwości, złości i szoku i rozpaczy osobiście. Nie traktować ich jak żadnych prawd o sobie, wręcz przeciwnie, myśleć o nich jak o tymczasowych zjawiskach pogodowych, turbulencjach, które towarzyszą byciu żywym, kochaniu i uczeniu się.

    Do dupy taka lekcja.

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/07 16:00:52:

    A konto mailowe chyba mi google zamknął za nieużywanie, więc mam nowe teraz:

    kucharkazen@gmail.com

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/07 16:16:25:

    Drugie podziękowanie za "wieszczę ci liczne odloty" i "tunel z wieloma światełkami". Chyba nawet zaczyna docierać, że światełka i to niezliczone, już są. Matko, jak piszę to teraz, to dociera, że już nawet tunelu nie ma, a ja się ciągle trzymam niewidzialnych ścian w nieaktualnej ciemności :)

    Trzecie za "poczucie zobowiązania, które narzuca regularność, miałam przez chwilę coś, co lubię nazywać spinką, ale już się rozmyła. Nie chciałabym pogubić swojej spontanicznej i ulotnej przenikliwości". Już czuję, że robimy rozwojowy barter, bo kiedy Cię czytam, rozumiem, że chyba nareszcie rozmontowuję w sobie kilka takich spinających poczuć zobowiązania. Takie zgadywanie, czym ktoś by chciał żebym była żeby zachowywał się wobec mnie przyzwoicie. Co mu muszę dostarczać regularnie i przewidywalnie. W jaki kształt się wygiąć, w jaki wyraz ułożyć twarz.

    Brałam udział w trzyletnim castingu na żonę, którego nie prowadził nawet potencjalny mąż tylko jego rodzina, więc ta masywna ulga, która mi towarzyszy w ostatnich miesiącach, od rozstania, zaczyna mieć sens. Nieudany casting zawsze wali po urażonej dumie. Boli ego. Nawet jeśli człowiek nigdy nie chciał w nim brać udziału, bo chciał najzwyczajniej w świecie z kimś spędzać czas i się go uczyć i dać mu siebie trochę transformować, a nie być synową i bratową i inkubatorem na wnuki/bratanków na nienegocjowalnych, niepisanych warunkach. Ale przecież przegrałam. Nie przeszłam do kolejnego etapu. Co z tego, że mnie nie interesował?

    To jest trochę tak jak kiedyś w liceum, kiedy niegdysiejsza przyjaciółka podeszła do mnie po dwóch latach obrażenia na imprezie i oświadczyła "wybaczam ci". A ja nie wiedziałam i nadal nie wiem za co. Bo podjęłam się wyłącznie spędzania razem czasu i ciepłych uczuć, niczego innego, żadnego dodatkowego, pobocznego pakietu skomplikowanych, nienazwanych, "oczywistych" zobowiązań. Szkoda mi trochę nas wszystkich, że te próby kochania tak się nam rozlatują w palcach, bo je nam zaburza jakieś takie przemocowe wymuszanie na drugiej osobie tego, że nam dostarczy poczucia bezpieczeństwa. Jeśli ja mam do wykonania jakąś pracę, to właśnie taką. Odczepić się od drugiej osoby, nie żądać od niej że się przy niej będę czuć zaopiekowana, że się rozgrzeszę z kawałka odpowiedzialności za własne życie. Ale to strasznie trudne.

Dodaj komentarz