Kucharka Zen

Wpis

sobota, 09 grudnia 2017

Wiedźma na sobotę

Czasem czytam, za każdym razem w punkt: https://wiedzmaradzi.pl/2017/09/08/zaganianie/

A tymczasem idę prasować i lepić pierogi, ale tylko dla siebie i osób, które zaakceptowały, że chodzę własnymi drogami, przestały mnie zaganiać (o co chodzi z tym zaganianiem? Przeczytajcie wpis wiedźmy pod powyższym linkiem), nie dziwią się już mojej autonomii i potrafią połączyć fakt, że jestem chora / zmęczona / zła z faktem, że od rana do wieczora coś robię i część rzecz, które robię jest trudna i wyczerpująca, i większość tych rzeczy nie dzieje się magicznym niewidzialnym bezwysiłkowym sposobem, coś mnie kosztuje. W przeciwieństwie do absolutnie fantastycznie opisanego osobnika z powyższego artykułu oraz jego matki, którzy kogoś mi przeraźliwie przypominają.

Po tym jak tańczyłam z moją terapeutką na naszej ostatniej sesji, przez chwilę jeszcze rozmawiałyśmy. O tym, że chciałabym być jakaś - piękna, radosna, spokojna, empatyczna, twórcza. Bo takich ludzi się kocha. I że to mi się wydaje jakieś zewnętrzne, nieosiągalne dla mnie. A ona mnie pyta jak się czułam kiedy tańczyłam całą sobą, kiedy sobą zataczałam koła razem z całym wszechświatem. Piękna, radosna, spokojna, empatyczna, twórcza. Zacisnęłam swój wściekły kobiecy szczękościsk. Powiedziałam, że nie chcę być taka, na złość nie chcę, bo wtedy wygra moja mama, babcia, wygra mój były chłopak. Wygra ta kobieta, która powiedziała, że utyłam. Ta kobieta, która dała mi na Gwiazdkę książkę "Jak zdobyć faceta". Ci wszyscy ludzie, którzy ze smutnych i trudnych miejsc zaganiali mnie w sztuczne szczęście, którzy nakazywali - jakby to była zewnętrzna powinność - bycie kobiecym ideałem - ideałem córki, ideałem narzeczonej - bez względu na miejsce, w jakim akurat byłam, na moje uczucia i potrzeby. A jeśli mieli rację, że mnie nie akceptowali w mojej słabości i brzydocie i w moich trudnościach, w moich frustracjach i walkach i smutkach i złościach? Jeśli mieli rację, że zaakceptować mnie można tylko zdrową, wesolutką, wsłuchaną w innych, skocznie i rezolutnie nie zawracającą sobą nikomu głowy? Więc będę nieszczęśliwa żeby nie wyszło na to, że życie jest tragicznie niewykonalne, że rzeczywiście nie należało mnie kochać, że uzasadnione były te ich obojętności i opuszczenia, wymuszenia i irytacje moim oporem, moim upartym tkwieniem w samolubnej furii i markotności.

To jest jakieś ogromne wyzwanie dla mnie, traktować takiego typowego polskiego faceta zaopatrzonego w czczącą go bezwarunkowo, służąco-matkę, traktować go poważnie i nie pozwolić się skurczyć swojej do niego miłości, a równocześnie trzeźwo podchodzić do tego, jak dużego zrozumienia, empatii i wsparcia można się od niego spodziewać. Nie wpaść w gorycz ani furię, nie wpaść w poczucie krzywdy permanentne, poczucie niesprawiedliwości, wykorzystania. W moim mózgu facet przeskakuje wtedy z anielskiego piedestału - mój sprzymierzeniec i przyjaciel, źródło bezpieczeństwa i ciepła - do dołu z diabłami - wróg mojego spokoju i odpoczynku, źródło dyskomfortu, zmęczenia i bólu, samolub i pasożyt bezwstydny. Nie lubię argumentów, które czasem słyszę - że kobieta powinna wykonać jakiś dodatkowy wysiłek żeby jej (kochający?) facet nie wykorzystywał, bo to przecież normalne i naturalne, że on będzie dążył do maksymalnej wygody i nie ma w interesie samopoświęcenia. Wściekam się, kiedy to słyszę, bo to na moją kobiecą odpowiedzialność za absolutnie wszystko nakłada kolejny ciężar odpowiedzialności - za to, żeby mnie przyzwoicie traktowano. A jak ja mam niby tego dokonać? Jaki mam wpływ na cudze poczucie przyzwoitości i jego ogląd świata? Podobno da się jakoś balansować pośrodku - między frustracją wściekłą a ślepym uwielbieniem albo wrośnięciem w rolę kuchto-ofiary. Bronić siebie nie znienawidziwszy drugiej osoby, z sympatią. Stawiać granice bez niechęci do tego, kto je regularnie narusza, z czułością odróżniając człowieka od zachowania. Może to kwestia skupienia się na jak najczęstszych wizytach w miejscach, dzięki którym czuję się piękna, radosna, spokojna, empatyczna, twórcza i zrobienia swojemu mężczyźnie dokładnie tyle przestrzeni w swoim życiu, na ile mam ochotę, bez złudzeń, bez naiwności. Może to kwestia otwartego, konsekwentnego pokazywania mu, że mi przeszkadza i irytuje mnie kiedy mi zaburza kontakt z moją pięknością, radosnością, spokojem, empatią i twórczością? Może to on ma się wpasować w moje życie tak samo jak ja się pokojowo dopasuje do jego? Kochanie go tyle, na ile sobie zapracuje miłością, która się objawia aktywnym działaniem i wsparciem i szacunkiem. Zawsze robiłam więcej i miałam nadzieję, że wcześniej czy później mój facet to zobaczy, doceni, a potem powolutku, z wdzięczności, z czułości, urośnie, dorośnie, wrośnie w to szczodre miejsce dla prawdziwego partnera. Cóż.

Wiecie, co ostatnio zauważyłam? Po niedawnej przeprowadzce odpuściłam sobie standardy czystości niegdysiejsze. Zawsze zmyte naczynia i schludne wypucowane przestrzenie i lodówkę z zapasami zdrowymi na tydzień. Mam górę już noszonych dresów na podłodze w sypialni, bo a nuż je włożę na spacer z psem, albo zrobię sobie "dzień trolla" - taki bez prysznica i we wczorajszych ciuchach, tylko dla mnie. Na kanapie rezyduje na stałe notes z rysunkami, komputer i skaner i dwa koce - moje stanowisko artystyczne. W kuchni jeszcze nie zdecydowałam się na koncepcję zagospodarowania przestrzeni, więc stoi tam kosz na brudną bieliznę i lampy fotograficzne. Nie jest mi ani dobrze ani źle w tym bałaganie. To, co ciekawe, to fakt że przez ileś lat bycia samą, pielęgnowałam zupełnie dla nikogo, nadmiarowo, niepotrzebnie, nawyki dobrej żony. Przygotowywałam pusty dom na przyjęcie dobrego męża. Nie dla siebie. Dla jakiegoś domyślnego mężczyzny. Albo nawet jeszcze gorzej - bo dla jego domyślnej matki. Nie spuściłam ze standardu nawet w przepracowaniu, w chorobie, w depresji. Przez dobre osiem czy dziewięć lat zawsze w każdej chwili mój dom mogła poddać wizytacji wymagająca teściowa dowolnego sortu i po oględzinach stwierdzić, że synuś może łaskawie zaszczycić to wypielęgnowane ognisko domowe swoją obecnością. Do mojej pierwszej skuchy oczywiście.

Trzeba by wreszcie wyluzować w kwestii własnych domniemanych skuch.

Strasznie smutne jest to, jak dużo życia zmarnowałam w ten sposób - wyrzucając na bieżąco śmieci, piorąc pościel pachnącą, układając cholerne kwiaty i utrzymując swój kunszt kulinarny na odpowiednim poziomie. To, że nikt mnie nie zapytał, czy marzę o byciu wzorcową żoną to jedno. To, że ja sama siebie o to przez tyle lat nie zapytałam, to już szokujące. Feministka od siedmiu boleści. Bo nie, nie mam ochoty obsługiwać cudzej rodziny. Moja wizja dobrego, fajnego życia zakłada, że pod jednym dachem będą dwie osoby, które mają każda swoją pracę, swoje pasje, osoby zdrowe, aktywne fizycznie, dbające o higienę psychiczną i o więzi międzyludzkie - ale umiejące się też gdzieś spotkać, sprzymierzone chęcią bycia razem.

Nie przeszłam ostatniego castingu na ofiarną synową, ale ten casting byłby po prostu zabawny, naprawdę niewarty energii, gdyby nie to, że w mojej własnej głowie to ja traktowałam go śmiertelnie poważnie. Najbardziej bolało zawiedzenie chóru moich wewnętrznych psychicznych teściowych i zrozumienie, że babcia, mama, że wychowywały, trenowały, warunkowały mnie żebym kiedyś synową została właśnie, perfekcyjną służącą pod domyślnym surowym wzrokiem obcej kobiety, w cudzym domu. Miałam byc bezdomna! Taki był dla mnie społeczny plan, bez strefy komfortu, jeśli mozolnie, bohatersko nie stworzę jej sama, na permanentnie niższym, służebnym, podporządkowanym statusie. A ja karnie uwewnętrzniłam ten ideał. Miałam jakiejś kobiecie tak naprawdę zostać oddana na własność, odwieczna klątwa dziewczyn w wieku rozrodczym porzucających rodzinny dom i wszelkie duchowe domy dla oddania się nowej kulturze i tradycjom, dla wejścia do domu mężczyzny i jego matki. Jeśli prawie trzy lata partyzanckiej wojny w trójkącie ja-chłopak-mamusia (cierpiętnicza, surowa, karząca strażniczka lokalnej tradycji, która - nawet kiedy już nie trzeba, kiedy już mogłaby żyć swobodnie - poświęci własne życie dla swoich pięknych chłopców, a potem, byle tylko się nie okazało, że jej dotychczasowe udupienie było bez sensu i celu, udupi kogoś innego przedłużając ten cykl o następne pokolenie), jeśli trzy lata partyzanckiej wojny, w której właściwie wszyscy przegrali kiedy mamusia "wygrała" były darem od losu, to przede wszystkim dlatego, że zobaczyłam nareszcie co wyrabiam, co ze mną wyrabiała moja kultura i moje społeczeństwo, zobaczyłam nareszcie, że nie chcę i nie muszę. Chcę być blisko z drugim człowiekiem, lubię być w związku, ale bliskość i więź to jedno, a z góry przegrany casting rodzinny na ciepłą zupę dla szanownego pana, który nigdy nie mówi, kiedy na tę zupę wróci do domu, to zupełnie inna para kaloszy. 

Ostatnio koleżanka z pracy weszła do mojego biura i powiedziała, że dziewczyna jej brata zostaje na weekend z jej dziećmi, że będzie się nimi opiekować i kąpać i usypiać i bawić i gotować im i kazała jej się niczym nie przejmować, po prostu wyjechać sobie na fajny weekend, zostawić pustą lodówkę i zero instrukcji, nie zawracać sobie głowy tym, gdzie będzie spała i zająć się sobą i wrócić kiedy będzie miała ochotę. Poza tym tygodniami pomagała im w remoncie, malowała ściany, skręcała meble, dowoziła jedzenie i picie dla innych remontujących. Zaskoczona, odpowiedziałam, że to jakaś strasznie fajna osoba. Koleżanka popukała się w głowę. "Ja o tobie mówię, idiotko. Nie mam żadnego brata."

A w ramach bonusa, żeby zatoczyć eleganckie koło od wiedźmy do wiedźmy, oto amatorsko przetłumaczony fragment mojej książki do poduszki, "Zapytaj Babę Jagę. Porady nie z tego świata na rozwiązanie codziennych problemów." Napisała Taisia Kitaiskaia. Polecam jeśli gdzieś dorwiecie.

Droga Babo Jago,

Mijają lata, a ja jestem coraz bardziej rozczarowana mężczyznami. Czy wszyscy sensowni faceci są gdzieś pochowani? Jak odzyskać wiarę w brzydką płeć?

BABA JAGA:

Szukasz zbyt intensywnie. Jesteś jak sokół zataczający koła nad leśnym poszyciem i wszystkie delikatne maleństwa chowają się przed tobą zalęknione. Dlaczego potrzebujesz ściskać jedno z nich w swoich szponach i nazywać swoją własnością? Użyj swojego dzioba i swojej siły żeby zebrać jagódki, a potem umość sobie dobre gniazdko, w którym będziesz mieć ochotę mieszkać, bo to wtedy jakieś wyględne i niespotykane stworzenie może się pojawić, równe tobie we wspaniałości upierzenia i przenikliwości wzroku.

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
sobota, 09 grudnia 2017 11:20

Polecane wpisy

  • Delikatność

    Przyglądam się ostatnio delikatności. To nie jest łatwe, bo od paru dekad spieszę się dokądś i piętrzę zadania i udowadniam i staram się i napinam i ścigam. Cza

  • Podmiotowość

    Skończyłam właśnie czytać książkę o Marii Montessori i jej metodzie pedagogicznej, która zakłada, że dzieci mają naturalny i bardzo silny instynkt uczenia się,

  • Czereśnie

    krzywerysunki.blox.pl

Komentarze

Dodaj komentarz

  • 40cztery napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/09 12:02:00:

    A nie mogłaś od razu wyprowadzić się z facetem Ty od Twojej a on od swojej matki?

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/09 12:23:23:

    Nie rozumiem? Fizycznie wyprowadzić się? Nie mieszkaliśmy z matkami. Ja od swojej wyprowadziłam się dwadzieścia lat temu. Czy o coś innego pytasz?

  • Gość 40cztery napisał(a) z *.ipv4.supernova.orange.pl komentarz datowany na 2017/12/09 12:48:00:

    Czyli facet pozostał na smyczy u swojej Matki, mimo że mieszkał juz z Tobą? Trudny przypadek

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/09 18:47:02:

    Nom. Wszyscy tak mówią :)

  • 40cztery napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/09 21:27:38:

    Wyskocz na bok, inni też istnieją. I nie ciągają ze sobą matek

Dodaj komentarz