Kucharka Zen

Wpis

poniedziałek, 01 stycznia 2018

Bitzu'ist

Cholera jasna zaczyna coś do mnie docierać. Wcale nie próbowałam przeprowadzać poważnego rachunku sumienia przy okazji pożegnania najdziwniejszego, najmniej sensownego roku mojego życia. Bałabym się, że zamiast wyrazistego kalendarium wydarzeń odnajdę piętrową konstrukcję z dezorientacji, zagubienia, bezradności i rozczarowania. Sklejoną wstydem, że mi się tyle nie udało, że tyle nie umiałam i tyle nie wiedziałam. Polukrowaną poczuciem, że nie zatrzymałam się ani na moment, a mimo to ciągle mam wrażenie, że nic a nic nie zrobiłam.

I tu leży pies pogrzebany.

Niby nic wielkiego, to zdanie "nic a nic nie zrobiłam". Przypomina mi trochę zarzut młodszej wersji mojego szwagra wobec mojej siostry na jej pierwszym urlopie macierzyńskim: bo ty nic cały dzień nie robisz. A dziewczyna, kiedy tylko bliźniacze przyssawki odkleiły jej się od piersi, sprzątała, prała, suszyła, obierała, siekała, gotowała, zmywała, zmieniała pieluchy i pościel i ręczniki i nie, rzeczywiście nie było widać efektów, szczególnie dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie pochylił się, żeby zdjąć z podłogi skarpetki i nigdy nie prześledził ich drogi z kosza na brudną bieliznę poprzez pralkę, suszarkę, aż do szuflady z innymi skarpetami.

Tyle że ja proszę państwa mam coś dużo bardziej wstrząsającego do powiedzenia. A mianowicie - nie żebym miała wielkiego kaca, ale trochę się nie wyspałam, trochę się spaliłam na solarium w celu przybliżenia się do nieistniejącego ideału piękna zupełnie dla nikogo, bo sylwestra spędzałam w towarzystwie ulubionych znajomych par z dziećmi i mogłam siedzieć w dresie i perłach, jeśli by mi tylko na to przyszła ochota, ale jednak poszłam na to cholerne solarium w przypływie jakiejś pomroczności jasnej, trochę tego ostatnio jest - no więc siedzę właśnie z dymiącą, purpurową gołą klatą pokrytą syczącym Pantenolem i oglądam sobie serial. W kilku zestawieniach najlepszych seriali zeszłego roku ten konkretny się pojawił, a w szczególności jego drugi sezon, natomiast ja oglądam pierwszy i padam z wrażenia. Wataha, proszę państwa.

No i Wataha jest o mężczyznach (plus parę kobiet), którzy DZIAŁAJĄ. To ważne, bo działania mężczyzn - takie romantyczne, pociągające, takie ze stereotypu i z filmów i z marzeń i z ideałów - mają kilka wspólnych cech. Dzieją się w przestrzeni publicznej albo w plenerze. Są dynamiczne, wymagają biegania, ścigania, uciekania i generalnie ruchu. Są też niebezpieczne i odpowiedzialne, pojawiają się w nich wyrafinowane narzędzia typu skalpel, aparat fotograficzny lub pistolet.

Ale nie mop plus rękawice. Nie drewniana łyżka do mieszania gulaszu. Nie płyn do prania ręcznego i para własnych wprawnych rąk. Nie igła i nitka i nie empatia i nie cierpliwe ucho i pojemny rezerwuar na cudze emocje.

Na wczorajszego sylwestra mój ulubiony kolega, mąż mojej serdecznej koleżanki i ojciec jej dwójki dzieci, przez cztery godziny pichcił wołowinę po burgundzku oraz, w międzyczasie, na takie się wspiął wyżyny sztuki kulinarnej, że jeszcze popełnił drożdżowego zawijasa makowego pod cytrusowym lukrem. Nigdy nie jadłam tak miękkiej, winem i grzybami pachnącej wołowiny. Zlizywaliśmy właśnie ostatnie krople wybitnego sosu z talerzy, kiedy mój dziewięcioletni siostrzeniec, aktualnie przymierzający się do rozmaitych dostępnych męskich tożsamości, zapytał, czy to ciocia takie dobre mięso zrobiła. Pokazaliśmy mu palcami na wujka, a on nie chciał uwierzyć. Chociaż sam lubi nam pomagać w kuchni - ostatnio mył i obierał dla mnie marchewki i siekał inne warzywa do wspólnie przyrządzanej chińszczyzny, teraz powiedział, że mężczyźni nie gotują. Kategorycznie.

Obawiam się, że gdybym miała wybierać, w mgnieniu oka zostałabym dziennikarzem wojennym zamiast kurą domową, mistrzem świata w kick boxingu a nie matką trojaczków. Tyle że całe dotychczasowe życie zainwestowałam w szlifowanie innego zestawu kompetencji, więc to jest czysto abstrakcyjny wybór. Ale nawet ja na głębokim, romantycznym poziomie uważam, że te męskie misje życiowe są godniejsze szacunku, ciekawsze i bardziej imponujące niż moje miejskie, opiekuńczo-administracyjne czynności. Nawet jeśli pracowałam w telewizji, jeździłam po całym kraju na zdjęcia. Nawet jeśli prowadziłam firmę w Anglii i w Polsce. Nawet jeśli zarządzałam zespołem w międzynarodowej korporacji. Nawet jeśli od zera założyłam nowiutki dział w prestiżowej instytucji. To wszystko jakieś takie babskie mi się wydaje, rozmemłane i nieefektowne. Najważniejsze dla mnie osoby, szczególnie starsze kobiety, miały mi głównie do powiedzenia, co źle zrobiłam albo czego nie zrobiłam, a powinnam była, albo co jeszcze powinnam zrobić, albo co ich zdaniem muszę w przyszłości zrobić inaczej. Coś w stylu klasycznego "a dlaczego tylko piątka?". A dlaczego tylko 98% twoich klientów daje ci maksymalną ocenę? A dlaczego nawiązałaś współpracę z tymi instytucjami, dlaczego nie z tymi, o których ja pomyślałam, ale ci nie powidziałam? A dlaczego zajmujesz się satysfakcją klienta, skoro według badań, jak klient już wybierze szampon, to nawet jakby ten szampon zaczął śmierdzieć, i tak zostanie lojalny marce? Powinnaś była coś tam. Nie powinnaś była coś tam. Świat pełen jest rad i nakazów, sugestii i poleceń służbowych. Ostatnio zdaję sobie sprawę, że połowa moich kompleksów się dawno zdezaktualizowała. Podążanie za tym, co kocham? Od lat, moi drodzy, od lat, ale skoro wszyscy mi ciągle wmawiają, skoro wszyscy nalegają, że powinnam, że to panaceum, ta pasja moja, to chyba znaczy, że za nią nie podążam? A blog? Piszę go po nocach, piszę zdrowa, chora, zmęczona, wypoczęta, wkurzona, zachwycona, piszę i piszę i piszę, piszę kiedy nikt nie komentuje i kiedy komentują wspaniałe osoby zagrzewające do dalszej walki, piszę i piszę i nie przestanę, ale przecież powinnam podążać za swoją pasją, wszyscy tak mówią, a skoro tak mówią, to chyba znaczy, że jeszcze nie podążam??? Skoro więc jako podmioty działające istnieją tylko mężczyźni, a moja tożsamość zbudowana jest z błędów i skuch, a moje działania zostają niezauważone, zagadane dobrymi radami, których od lat nie muszę stosować, bo stosuję je sama z siebie, Jezus Maria, NAWET JA JESTEM GŁĘBOKO PRZEKONANA, ŻE ZUPEŁNIE NIC NIE ROBIĘ. Że jestem kawałkiem społecznej próżni w kształcie niskiej czterdziestoletniej kobiety, duchem przezroczystym.

Ostatnio pod koniec dnia kompulsywnie sporządzam listy moich własnych działań, bo tak bardzo głęboko uwewnętrzniłam kult męskiego standardu działania, że nie poważam, nie zauważam i nie pamiętam swoich "babskich" czynnosci. Skąd bardzo prosta droga do złudzenia, że przemarnowałam calusieńki dzień. Że nie istnieję. Więc robię listy, żebym znowu zaczęła istnieć. Żeby samą siebie powołać do życia, uznać za podmiot. Weźmy typowy dzień tygodnia. Kiedy tylko otworzyłam oczy, wciągnęłam dres na piżamę i wyszłam na spacer z psem. Nakarmiłam go i napoiłam, pobiegłam na siłownię i zrobiłam pół godziny na orbitreku, wzięłam prysznic i poleciałam do pracy. Zjadłam szybkie śniadanie i wypiłam kawę. Kilkanaście maili, trzy tabele w excelu, dwa telefony, szesnaście rundek w dół i w górę schodów żeby zrobyć rozmaite informacje od rozmaitych osób, ustalić, uzgodnić, wyprosić, wynegocjować, pomóc, doradzić, zastanowić się razem, burzę mózgów uskutecznić, skoordynować przepływ komunikacyjny, trzy artykuły, jeszcze jeden telefon i rozmowa na Skypie z kimś w Cambridge i jestem bliżej zorganizowania trzech szkoleń, jednej sesji zdjęciowej z trzema osobami z dwóch krajów i rozliczenia duńskiej faktury za catering w czasie zagranicznego spotkania, być może znalazłam się też odrobinę bliżej załatwienia z niechętnym tej formie aktywności szefem żeby w ogóle więcej szkoleń robić, przecież ja w tej pracy jestem po to, żeby robić szkolenia, w międzyczasie pocieszyłam jedną koleżankę, która miała trudną relację z matką, a teraz ma ciężki refluks i je tylko marchewkę, inna opowiedziała mi jak nie dosypia i jak jej chorują dzieci i jak ze zmęczenia czasem w samochodzie leci jej krew z nosa, a z trzecią ustaliłam strategię działania pod kątem nowego chłopaka, z którym nie wie, czy chce być, ale na pewno jest lepszy niż poliamoryczny koleś z Tindera. Uskuteczniłam wsparcie moralne kiedy zadzwoniła mama, żeby opowiedzieć o starzejącej się, ślepnącej ciotce, której została tylko ona, bratanica z dalekiego miasta, a która po kolei wyrzuciła z domu wszystkie wynajęte opiekunki, a teraz dwa razy dziennie  zmienia zdanie na temat domu spokojnej starości. Umówiłam hydraulika, zapłaciłam podatek od nieruchomości, zamówiłam książkę na prezent urodzinowy dla siostry i odebrałam części zamienne do suszarki nad wannę, która już się zdążyła zepsuć. Poszłam do domu przez bazarek, kupiłam chleb i inne zdrowe rzeczy na kolację. Odebrałam w sklepie na dole karmę dla psa i wtaszczyłam jej 14 kilogramowy worek na trzecie piętro bez windy. Wyszłam na drugi spacer z kundlem i przynajmniej pięć razy udało mi się zapobiec konsumpcji drobiowej kości, która leżała na chodniku, na trawniku, pod śmietnikiem, w klombie, przy oponie zaparkowanego samochodu, ta okolica od wielu lat jest wymarzonym psim bufetem z darmowymi kośćmi i pysznym spleśniałym chlebkiem dla ptaków. Około 18:00 napisałam post na bloga, zrobiłam rysunek na drugiego bloga, polajkowałam trzy wpisy znajomych, pogadałam z kumplem przez Messengera, przeczytałam artykuł do pracy, zrobiłam pranie, zebrałam suszące się pranie i zawiesiłam mokre na naprawionej uprzednio suszarce. Ugotowałam sobie szybką kolację. Wzięłam jakieś suplementy na trawienie, bo też mam refluks. Umyłam naczynia i przemyłam lodówkę. Wyprasowałam ubrania na jutro. O 22:00 usiadłam do serialu, ale nie mogłam się skupić ze zmęczenia, więc poszłam do łóżka z książką, ale zasnęłam od razu.

Nic nie robiłam cały dzień. 

Zanim zasnęłam zdążyłam jeszcze w stuporze nieuzasadnionego chronicznego przemęczenia zdać sobie sprawę, że nic nie pamiętam, że to krzątanie się, prowadzenie domu, organizowanie, koordynowanie i wspieranie odbywa się chyba głównie w mojej głowie i w rozmowach, wydaje się być fikcją i nie zapisuje się na twardym dysku trwałym śladem, składa się z banalnych, powtarzalnych czynności, a nie dzieje się w plenerze, nie odbywa się w dynamicznymn ruchu z pistoletem i w niebezpieczeństwie, na adrenalinie, jest raczej statyczne, przybiurkowe, przyzlewowe, kanapowe. Jakiś tramwaj po drodze czy sklep czy urząd albo poczta. Kolejka. Korek. Niby wyrabiam codziennie przynajmniej dziesięć tysięcy kroków, bo mam krokomierz, który monitoruje moją fizyczną aktywność, ale. 

Nic nie robiłam cały dzień.

Tęsknię za tym, co wniósł w moje życie mój były chłopak, chłopak urodzony na wsi i wychowany w kulcie ciężkiej, nieustającej fizycznej pracy, w kulcie działania całym ciałem i obiema rękami: budowania, naprawiania, uprawiania, narzędzi rozmaitych i gadżetów ułatwiających ciężką, nieustającą fizyczną pracę. Dzięki niemu malowałam ściany, pieliłam grządki, skręcałam meble, uczyłam się posługiwać wkrętarką i rozmaitymi funkcjami scyzoryka. Opanowałam narzędzia informatyczne, które może nie były mi potrzebne do szczęścia, ale fajnie je znać i milej się z nimi funkcjonuje. Wataha przypomniała mi o nim. Jemu by się podobał taki serial, ten model męskości, który i mnie imponuje. Mój chłopak razem ze mną sprzymierzył się w niewidzenie całych wielkich, niemęskich, ale i nieszczególnie kobiecych, połaci mojego dnia.

Jest takie kultowe słowo w Izraelu, bitzu'ism. Czytam właśnie książkę o kulturze innowacji i przedsiębiorczości w tym kraju. O fenomenie małego, otoczonego wrogami narodu, który zamienił się w światowej klasy wylęgarnie start-upów. Na ten sukces składa się wiele złożonych czynników, a jednym z nich jest właśnie bitzu'izm, czyli kult działania. Bitzu'ist to energiczny człowiek czynu, ktoś, kto nie marnuje czasu na dywagacje czy drobiazgowe planowanie, ale robi, rzuca się w wir, eksperymentuje, modyfikuje i znowu działa. A ja uwewnętrzniłam ten sposób, w jaki zawsze patrzyli na mnie znajomi bitzu'iści - doświadczeni producenci i reżyserowie w telewizji, kierownicy i menedżerowie, którym trafiałam pod skrzydła - pobłażliwy, zdziwiony nieco moim podejściem ugrzecznionym, dyplomatycznym, opartym na planowaniu i uzgadnianiu i koordynowaniu. Też jestem skuteczna, tyle że w zupełnie innym stylu. W kulturze Watahy, w romantycznym słowiańskim etosie charyzmatycznych samotnych wojowników, ja - wnuczka i prawnuczka rolników - myślę cyklicznie, relacyjnie, ekologicznie, konstruuję mozolnie misterne długofalowe strategie. Obserwuję, poznaję, zachwycam się, buduję zaufanie. Wydaje mi się, że na kogoś takiego jak ja też jest miejsce w społecznym porządku, całkiem poważne, istotne miejsce w czasach pokoju, ale w związku z tym, że moje marzenia pozwoliłam zaludnić popularnej kulturze, a ona woli adrenalinę i fajerwerki, oficjalnie odmawiam przyjmowania paradygmatu, w którym tylko wojownik jest godny uwagi, a ja za kulisami, w domowym zaciszu "nic nie robię". Robię właśnie. Robię.

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
poniedziałek, 01 stycznia 2018 20:52

Polecane wpisy

  • Leśmian na wtorek

    "Nocą umówioną, nocą ociemniałą Przyszło do mnie ciszkiem to przychętne ciało. Przyszło potajemnie — w cudnej bezżałobie, — Było mu na imię tak s

  • Komedie romantyczne

    Pytanie mam. Bo nie wiem. Wczoraj oglądałam komedię romantyczną. Niezwykle zresztą uroczą, bo bohaterka była inteligentna, utalentowana, samodzielna, społecznie

  • Sabotaż

    Ela nigdy nie była swoja własna. Zawsze należała do kogoś innego. Dlatego teraz tak nienawidziła tej kobiety w japońskich kurteczkach i połyskliwych sukienkach,

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość adaa napisał(a) z *.neoplus.adsl.tpnet.pl komentarz datowany na 2018/01/02 01:11:18:

    Niesamowite.
    Gdybym zrobiła chociaż 1/2 tego wszystkiego, spojrzałabym na siebie wzrokiem pełnym aprobaty i sama sobie z uznaniem pokiwała głową: "jesteś świetna, bejb".
    W zasadzie nie znam mężczyzny, który podołałby tym wszystkim czynnościom nawet w swojej szczytowej formie, tylko kobieta jest tak wielofunkcyjna, a to cecha bliska geniuszu, może po prostu genialna.
    Zabawne, że mężczyźni z mojego otoczenia mają kiepskie zdanie o innych mężczyznach i doskonałe na temat kobiet :) Ponad wszystko cenią ich wszechstronność, intelekt i mądrość, delikatność, empatię oraz gotowość do heroicznej pracy i poświęceń. Fajne te moje chłopaki :) Czasem muszę uważać, bo niektórych idzie zdmuchnąć niezapowiedzianym kichnięciem.

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2018/01/02 10:30:13:

    Cześć i czołem w nowym roku :) Po pierwsze bardzo dziękuję za kolejne porcje wsparcia. Po drugie bardzo dziękuję za świętego Antoniego, który przyszedł na maila (lektor rzeczywiście ma kojący głos i spróbuję sobie go słuchać porcjami do snu).

    Po trzecie bardzo dziękuję za ten komentarz, chociaż ostatnio mnie jakoś bardzo frustrują wszystkie formy wsparcia, bo mam kryzys i wydaje mi się, że się zwijam, a nie rozwijam i że raczej tkwię niż dojrzewam. A jeśli moja terapeutka jeszcze raz użyje słowa "dojrzały" albo "dojrzałość", to ucieknę z krzykiem. Coś mi strasznie nie pasuje to słowo - potocznie używa się go zawsze zero-jedynkowo. Ktoś jest dojrzały (dobrze) albo niedojrzały (źle). Nie chcę uciekać przed odpowiedzialnością za własne życie i udawać, że jestem równomiernie dorosła i że nie zdarzają mi się nieporadności i wyuczone bezradności i że nie mam obszarów zamrożonych dawno temu w rozwoju. Ale ponieważ ostatnio rozmawiałyśmy o traumie i o lęku i ponieważ logika traumy nie jest taka, że ktoś sobie świadomie wybiera, że będzie bachorem w jakiejś dziedzinie, tylko po prostu zamarł w strachu i nie potrafi sam z tego się wykaraskać, mam w sobie aktualnie ogromną niechęć do rozmaitych rozwojowych porad i wskazówek budowanych na takim założeniu, że wyuczona bezradność to rodzaj lenistwa czy złośliwości czy głupoty na własne życzenie. To jednak bardziej skomplikowane i przy odrobinie empatii okazuje się, że propaganda sukcesu, którą bezmyślnie uprawiamy - młodości, witalności, siły, dynamizmu, elastyczności - jest niefajna, bo zostawia całe rzesze ludzi samym sobie bez narzędzi żeby się wydźwignąć w dalszy rozwój. No dobrze, ale to taki mój lament na dzisiaj, trochę nie a propos.

    Natomiast już a propos Twojego komentarza - czytałam kiedyś bardzo fajną książkę o historii świata z punktu widzenia kobiet. I tam był opis społeczności zbieracko-myśliwskiej, w której mężczyźni mieli jedno, grupowe zadanie, raz na miesiąc: upolować dużego zwierza na mięso. Polowali zespołowo, sprytnie, nie narażając się na przesadne ryzyko śmierci czy kalectwa. A potem przez resztę miesiąca odpoczywali. Natomiast kobiety pracowały od rana do nocy, oprócz opieki nad dziećmi, chorymi, rannymi i starszymi, zajmowały się zbieractwem (80% pożywienia plemienia pochodziło z ich pracy), magazynowaniem i przygotowywaniem jedzenia, obrabianiem skór i materiałów na ubrania, szyciem ubrań, produkcją butów, wyplataniem koszy, wyrabianiem i naprawianiem narzędzi, itp itd. Niewiele się zmieniło.

  • Gość adaa napisał(a) z *.neoplus.adsl.tpnet.pl komentarz datowany na 2018/01/03 01:30:39:

    Jebać dojrzałość i propagandy sukcesu. Gdybyś miała rzeczywiście uciekać od terapeutki, możesz odwiedzić alternatywnie miejsce, w którym za kasę demoluje się przedmioty znajdujące w pokoju. Już widzę jakie poruszenie wywołałaby Pani w wiktoriańskiej bluzeczce i eleganckim płaszczu 8) Zawsze to jakaś namiastka autentycznej demolki, niedawno niechcący zamiast w klatkę piersiową, trafiłam zbitym w kulkę ciastem w oko mojego towarzysza - padł jak zastrzelony, ciasto go rozłożyło :) Niestety satysfakcja zerowa, trzeba było rzucić talerzem, talerz mniej cierpi.

  • Gość adaa napisał(a) z *.neoplus.adsl.tpnet.pl komentarz datowany na 2018/01/03 01:38:42:

    Gwoli ścisłości, nie jestem przemocowcem, to zdarzyło mi się pierwszy raz, ale zachował się bardzo nieładnie, a ja akurat miałam w dłoni ciasto, a w serduszku wielkie poczucie niesprawiedliwości i wynikającą z niego rozgoryczenie. Jak to się stało, że ścinając trajektorię lotu trafiłam w oko? Karma przejęła tor ruchu :)

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2018/01/03 07:15:37:

    Ojej... Marzę o demolce! Od lat marzę. Pobiłam kiedyś swojego męża. Piąstkami w klatę, więc raczej śmiesznie niż strasznie, ale powinnam była rzucić w niego talerzem. A czy Twój towarzysz przeżył atak ciastem? Widzi na oko? Wyciągnął wnioski i obiecał poprawę?

  • Gość Ania napisał(a) z *.neoplus.adsl.tpnet.pl komentarz datowany na 2018/01/04 11:13:17:

    Bardzo fajny wpis i uwierz że masz wiele racji mężczyźni wiele rzeczy nie rozumieją pamiętaj że wszystko to muszą być Twoje Wybory :D

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2018/01/04 14:23:12:

    Hej, bardzo dziękuję za komentarz i miłe słowa. Całe szczęście w przyrodzie jest symetria i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że tak jak mężczyźni wiele rzeczy nie rozumieją, tak i kobiety często rozumieją mniej niż myślą. Wszystkim nam nieraz brakuje wyobraźni i empatii. Może główna różnica polega na tym, że kobietom od małego wpaja się konieczność wczuwania się w psychologię partnera życiowego, a mężczyznom wręcz przeciwnie. Na czym cierpią wszyscy.
    A portal masz ciekawy. Ciekawy pomysł :) Przeczytałam sobie artykuł o grach komputerowych kontra planszowych i zgadzam się, że te drugie mają więcej zalet :)

Dodaj komentarz