Kucharka Zen

Wpis

piątek, 02 lutego 2018

Sumienie

Czytam sobie i słucham sobie i oglądam też, bo są na ten temat obrazki, komiksy oraz filmiki. O himalaistach, którzy ratowali siebie zamiast poświęcać życie dla kolegi. O Polakach, którzy ratowali siebie zamiast poświęcać życie dla żydowskiego sąsiada. Debata narodowa jak rzeka po długotrwałych deszczach rozlewa się po gazetach i profilach na fejsbuku, przystankach autobusowych i stolikach restauracyjnych, po przerwach kawowych w pracy, rodzinnych obiadach, kolejkowych pogaduchach w aptece albo poczekalni u doktora. Nie bardzo wiedziałam dlaczego ograniczam w niej swój własny udział, przebąkuję coś wymijającego kiedy ktoś rzucał skojarzenie, kiedy ktoś prowokował do rozmowy, że to niby bardzo złożona sytuacja, a ja w niej nie byłam, więc wypowiadać się nie mam sumienia. Sumienie. O tym będzie ten wpis.

Nie bardzo wiedziałam, dlaczego nie umiem nic z pełnym przekonaniem przesądzić, zasądzić, osądzić, dopóki fejsbuk nie podrzucił mi nagle, tak jak tylko on to czasem robi, informacji, że jedna z moich znajomych skomentowała post jakiejś pani. Ludzie komentują rozmaite rzeczy w rozmaitych miejscach, nie wiem dlaczego fejsbuk uznaje, że mnie ich komentarze na obcych profilach interesują, ale tym razem zobaczyłam, że koleżanka wyraża wyważone wsparcie dla żony himalaisty, który zginął na Nanga Parbat i robi to na profilu tejże żony, co mnie zaintrygowało. Okazało się, że polskie piekiełko debatanckie, piekiełko jednoznacznych ocen moralnych, szukania winnych albo przynajmniej kozłów ofiarnych, wytykania palcami i podsumowywania zgodnie z własnym światopoglądem rozpętało się pod wpisem żony Tomka Mackiewicza o śmierci męża. Coś prywatnego i bolesnego nagle zmieniło kaliber i stało się własnością wszystkich - ciekawskich, współczujących, poszukujących współczucia dla siebie, gniewnych, szukających emocji, szukających sensacji, chcących uwagi, chcących wyrazić solidarność, próbujących zrozumieć, próbujących być zrozumianym. Mnie też poniosła ciekawość. Czytałam dalej. Byli ludzie, którzy pisali z wielką empatią i tacy, którzy wyrażali zasadnicze opinie, proste, czarno-białe ewaluacje. Nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jesteśmy w naszej kulturze jednolitą masą i piekiełko równomiernie rozprzestrzeniamy. Uczestniczymy w nim na wiele sposobów. Czasem jedna i ta sama osoba wykaże się wielką szlachetnością i spokojem, czasem ta sama osoba da się ponieść albo bezmyślnie, automatycznie zareaguje i rozogni niepotrzebne bulgotanie emocjonalnej smoły. Ja też.

To, co dla mnie jest pewnie najtrudniejsze w tych ostatnich rozmowach o "polskich obozach zagłady" i całości doświadczenia tylu Polaków i Żydów, że nie sposób zliczyć, nie sposób ujednolicić, uniwersalizować, uprościć czy generalizować, nie sposób podsumować w narracji czarno-białej, z podziałem na dobre i na złe, to  co dla mnei jest najtrudniejsze, to próba wessania w schemat dziecięcej przypowiastki o dobrej księżniczce i brzydkiej złej czarownicy, o szlachetnym rycerzu i potwornym smoku, rozmaitych sytuacji, które zdarzyły się komuś innemu, gdzieś indziej, w czasie gdy my robiliśmy swoje i doświadczaliśmy własnego życia. Nie byliśmy ani uczestnikami ani świadkami. Nie mamy prawa wypowiadać się, opiniować, osądzać. A jednak próbujemy.

Myli nam się.

Być może, próbuję zrozumieć, a jedynym dostępnym dla mnie narzędziem zrozumienia jest moje własne żywe doświadczenie, więc wracam myślami do sytuacji, kiedy to ja ferowałam z lubością i z łatwością jednoznaczne wyroki i niestety, wytłumaczenie jest smutne. Im bardziej czułam się impotentem we własnym życiu - bezradnie pozwalając innym sprawować nad sobą władzę i nie czując się na siłach żeby przeciwstawić się krzywdom albo powalczyć o swoje potrzeby albo wstawić się za słabszymi - im bardziej miałam amputowaną sprawczość, uciszoną podmiotowość, tym większa rosła moja potrzeba udziału w emocjonujących życiach innych ludzi. Udziału bezpiecznego, z widowni, ze stanowiska wszechwiedzącego komentatora, który - posiadając niepełne informacje - popełnia jeszcze gorszy nietakt, jeszcze większe nadużycie - albowiem udaje, że umie zaglądać do wnętrz dusz obcych ludzi, rozumie ich intencje, wie czy są dobrzy czy źli. Słabi czy silni. Ocenia ich stopień przystawania do narodowego etosu bohatera.

Ostatnio czytałam listę, spisaną przez Umberto Eco, który opisywał kolejno cechy charakterystyczne autorytarnych rządów. Jeden z pierwszych punktów na liście stwierdzał, że totalitarne reżimy konstruując propagandową narrację, przesycającą media, kulturę popularną i system edukacji, ustawiają dla swoich obywateli moralną poprzeczkę na poziomie bohaterstwa. Kiedy pomyślę o tym, jak mnie wychowywano w socjalistycznej szkole, kiedy teraz przerabiam swoje wewnętrzne nieustępliwe ideały na terapii, widzę, że na symbolicznym, duchowym poziomie byłabym dla wielu osób z pokolenia mojej babci godna uwagi i szacunku jedynie w przypadku, gdybym z płonącej stodoły, pod ostrzałem Nazistów, uratowała przynajmniej dwunastkę dzieci - najlepiej mieszankę Polaków i Żydów, wtedy by się nikt nie przyczepił. Pokolenie moich rodziców uszanowałoby mnie za bezkompromisowe strajki solidarnościowe, za nieugięcie się wobec milicjantów i esbeków i urzędników państwowych, ale ja wtedy, ale ja wtedy miałam trzy, cztery, pięć lat i umiałam tylko śpiewać antysystemowe piosenki, co napytało kiedyś w pociągu wielkiej biedy mamie mojej mamy. Wysiadłyśmy w pośpiechu wiele przystanków za wcześnie, w środku zimy. Bohaterstwo. Tyle że za mojego życia bohaterstwo polega na codziennym przyzwoitym traktowaniu współszczurów w korpo i współpasażerów w przeładowanych, przegrzanych autobusach. Tyle że za mojego życia bohaterstwo rozgrywa się na poziomie indywidualnej podmiotowości w pracy i w związku - czy mam prawo powiedzieć "nie" rozmaitym wymaganiom, nie wypalić się dla szefa czy narzeczonego - za mojego życia bohaterstwo to ustawić się w jakiejś sensownej kontrze do konsumpcji i materializmu, do pośpiechu i instrumentalnego traktowania drugiego człowieka. Odmówić patrzenia na Innego jakby był produktem w supermarkecie, wąsko wyspecjalizowanym usługodawcą, który w ramach prostackiej transakcji coś mi oferuje, a potem znika z mojego życia.

W rozmowach ze starszymi pokoleniami nie czuję zrozumienia czy szacunku do tej odsłony historycznej walki o człowieczeństwo. Dwudziestopierwszowiecznych przepychanek w systemie, który wszystko ekonomizuje, monetaryzuje, który każdego podporządkowuje czyjemuś zyskowi. Zachęca do zniecierpliwienia, do korzystania, do wykorzystywania, do emocjonalnej ślepoty, oducza czucia i wrażliwości. Nie ratujemy Żydów, nie burzymy komunizmu, większość z nas nie zdobywa też z narażeniem życia szczytów. Jedyne, co wiem, mądrym, spokojnym miejscem w sobie, to że nie możemy przykładać moralnej miary własnego życia, z jego delikatnym ekosystemem współzależności, z jego scenerią i mikroklimatem, do cudzego życia. Ani własnej matki, ani siostry, ani też obcego. To niezwykle kuszące, ale to rodzaj przemocy. Rodzaj nadużycia. Sama wiem, jak łatwo zamiast własnym sumieniem zająć się cudzym. Ominąć swędzenie swojej duszy, smrodki nieporozwiązywanych problemów i poczuć winy. Zafiksować się na prostych bajeczkach o Złych i Dobrych, nałożonych jak matryca na organiczny bajzel cudzego życia. Powinnaś była mu wygarnąć, kutafonowi - mówię w gniewie siostrze, a tak naprawdę nie mam bladego pojęcia. Po prostu jej strach, jej wahanie, jej próba wyważonej reakcji budzi moje demony, a ja moich nie chcę twarzą w twarz konfrontować.

Sumienie to kuriozalny twór. Ale chyba jedyne co możemy to zająć się tylko swoim własnym. 

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
piątek, 02 lutego 2018 16:43

Polecane wpisy

  • Czereśnie

    krzywerysunki.blox.pl

  • OPR: Zanim zdiagnozujesz u siebie depresję...

    "Zanim zdiagnozujesz u siebie depresję albo niską samoocenę, sprawdź najpierw czy aby nie otaczasz się dupkami." Cytat przypisywany na przemian Zygmuntowi Freud

  • Życie zapisane w ciele

    Początkowo mnie to martwiło. Ta cisza, która we mnie nastała, ta niechęć do zgiełku, to znużenie rozmowami. Wszystko, co dotąd sprawiało mi radość nagle wydało

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2018/02/07 13:47:17:

    W 1849 roku na posiedzeniu Komisji Oświaty Publicznej Thiers oświadczył: Chcę, by
    duchowieństwo na nowo miało potężny wpływ na oświatę, ponieważ liczę nań, że będzie rozpowszechniało tę piękną filozofię, która naucza, iż człowiek istnieje na tej ziemi, by cierpieć, nie zaś tę, która, na odwrót, wzywa, by używał życia. W ten sposób Thiers, uosobienie drapieżnego egoizmu i ciasnej inteligencji burżuazji, sformułował jej moralność.
    Burżuazja w czasach, gdy walczyła przeciwko szlachcie popieranej przez duchowieństwo, głosiła wolność badań i ateizm. Ale gdy zwyciężyła, zmieniła ton i sposób działania. Dziś chce uczynić z religii podporę swej ekonomicznej i politycznej władzy. W XV i XVI stuleciu radośnie sięgnęła po pogańskie tradycje i gloryfikowała sprawy ciała i jego namiętności, potępiane przez chrześcijaństwo. W naszych
    czasach, obsypana wszelkimi dobrami i rozkoszami, wypiera się swych myślicieli: Rabelais'ów i Diderotów, i zaleca wstrzemięźliwość robotnikom. Moralność kapitalistyczna, żałosna parodia moralności chrześcijańskiej, rzuca klątwę na cielesne sprawy ludzi pracy. Jej ideałem jest redukcja potrzeb wytwórcy do najskrajniejszego minimum, zniweczenie jego radości i namiętności i skazanie go na pełnienie roli
    maszyny pracującej bez przerwy i zmiłowania.
    Zadaniem rewolucyjnych socjalistów jest wznowienie walki, którą toczyli burżuazyjni filozofowie i pamfleciści. Ich obowiązkiem jest zwalczanie moralnych i społecznych teorii kapitalizmu, usunięcie ze świadomości klasy, powołanej do dokonania przemian, przesądów zaszczepionych jej przez klasę panującą i rzucenie w twarz wszystkim obłudnym moralistom, że ziemia nie będzie padołem łez dla robotników, że w przyszłym społeczeństwie komunistycznym, które stworzymy (w miarę możności pokojowo, jeśli nie to przemocą), namiętności ludzkie, ponieważ są z natury dobre, trzeba będzie tylko o tyle hamować, by nie czyniono z nich złego użytku. Osiągnie się ten cel przez zrównoważenie namiętności i harmonijny
    rozwój organizmu ludzkiego. Gdyż rasa ludzka jak stwierdza dr Beddoe osiągnie swój maksymalny stopień energii i mocy moralnej wtedy, gdy zapewni się jej najwyższy stopień rozwoju fizycznego.
    za pracą: Prawo do lenistwa, autor: Paul Lafargue

  • Gość napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2018/02/07 13:52:51:

    polski tekst powyższej pracy dostępny na www.filozofia.uw.edu.pl/skfm/publikacje/lafargue03.pdf

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2018/02/07 15:22:53:

    Uuu, jakie ciekawe. Perełeczki w tym tekście są do przemyślenia i inspiracji. Czyżbym była marksistką? Chociaż im starsza jestem, tym bardziej myślę, że jestem po trochu wszystkim, bo życie jest po trochu konserwatywne i lewicowe i odpowiedzialny, uczciwy człowiek, co to używa własnych oczu i własnego sumienia, nie naciąga swojej interpretacji świata do jednej jedynej ideologii...

  • Gość napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2018/02/07 16:26:55:

    [mężczyźni] Sami oddali we władzę baronów przemysłu swoje żony i dzieci. Własnymi rękami zgasili swe ogniska domowe, sami pozbawili swoje dzieci pokarmu matki. Nieszczęsne kobiety, nie bacząc na ciążę lub okres karmienia, zmuszone są iść do kopalni i zakładów pracy, zamęczać się i wyniszczać swoje nerwy.
    Własnymi rękami odebrali radość i siłę swoim dzieciom. Hańba ! Gdzież są nasze bojowe kobiety, o których opowiadają nam stare dzieje, kobiety zawsze odważne, swobodne w mowie i nie gardzące boskim trunkiem? Gdzież są owe wesołe kumoszki, żywe, ruchliwe, rozsiewające wokół siebie radość życia, dobrze gotujące, chętne do miłości i bez bólu rodzące zdrowe i dzielne dzieci? Obecne dziewczęta i kobiety pracujące w fabrykach [korpo] podobne są do bladych, bezbarwnych kwiatów, anemiczne, o chorych żołądkach i wychudzonych członkach. Nigdy nie doznały zdrowej rozkoszy i nie mogłyby rubasznie opowiedzieć, jak straciły dziewictwo. A dzieci? Dwanaście godzin pracy dla dzieci [dziś to szkoła???]! O nędzo!
    Nawet wszyscy Jules Simonowie z Akademii Nauk Moralnych i Politycznych i wszyscy Germiniuszowie jezuityzmu nie mogliby wymyślić środka bardziej przytępiającego zdolności umysłowe dzieci, bardziej deprawującego ich instynkty i bardziej niszczącego ich organizm niż praca w zepsutej atmosferze kapitalistycznego zakładu pracy...

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2018/02/08 16:11:11:

    Też ciekawy cytat. Ja się zgadzam, że siedzenie na tyłku w jednym miejscu i robienie nudnych, powtarzalnych rzeczy na czyjeś polecenie nie jest najbardziej radosnym obrazkiem - ani dla dziecka, ani dla kobiety, ale powiedziałabym, że mężczyźni też się męczą w korpopracy, przecież jesteśmy podobni w swojej fizycznej potrzebie ruchu, różnorodności, radości, zabawy, kontaktu z naturą i z drugim człowiekiem. Tekst jest stary, więc odzwierciedla niegdysiejszy system wartości - taki model, że mężczyzna idzie na wojnę albo do ciężkiej pracy fizycznej (czyli społeczeństwo oddelegowuje facetów do takiego losu, który oznacza powolne niszczenie psychofizyczne albo śmierć za ojczyznę, smutne), a kobieta powinna być od radości, seksu, gotowania i rodzenia dzieci. W sumie pierwsze trzy rzeczy osobiście mi całkiem pasują :)

  • Gość napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2018/02/08 20:37:57:

    poszukuję - trochę bezskutecznie - równowagi. Drążę temat: Praca.
    Gubię się w gąszczu pułapek zastawionych przez ideologów i uczonych w Piśmie.
    Czy praca to kara - jak chcieliby niektórzy, czy może jednak radość tworzenia?
    Jaka praca? Józef Tischner twierdził, że "polska praca jest chora..."
    Powinnam jeszcze dużo czytać, studiować, może coś znajdę u Lutra , albo Kalwina?

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2018/02/10 13:45:35:

    A dlaczego akurat Luter albo Kalwin? Ciekawi Cię protestancka etyka pracy w kontraście do naszej sarmackiej-romantycznej-feudalnej? Mam czasem wrażenie, że na poziomie indywidualnym, każdy z nas, zainwestował w pracę niezwykle dużo czułości, ale też taki rodzaj zatraceńczego zaangażowania, w którym jest mało nadziei, że ktoś to doceni. No i pracujemy w takich poturbowanych duchowo, rozżalonych zespołach, czekając wszyscy na dobre słowo od kogokolwiek (a im więcej czekamy, tym bardziej nikomu sami nie mówimy dobrego słowa, to taki rodzaj szantażu psychicznego, jak ty mnie nie podziwiasz i nie szanujesz, to ja ciebie też nie będę :)). Ciekawe co Tischner miał na myśli kiedy nazywał polską pracę chorą. Czy coś podobnego jak ja, czy jednak coś zupełnie innego. Moje doświadczenie z pracowaniem w Anglii na przykład jest takie, że w pracy jest dużo mniej napięcia. Z jednej strony na pewno byłam po prostu dużo lepiej, przyzwoiciej traktowana. Moi szefowie płacili mi na czas, szkolili i wdrażali mnie, trochę chwalili, jasno mówili co mogę poprawić, nie przyczepiali się, nie opierdzielali niepotrzebnie. Ale też nie było w tym wszystkim wielkiej misji czy bohaterstwa, praca jak praca, podchodziło się do niej bardzo rzetelnie i profesjonalizm był rzeczą wymaganą, ale też bardziej beznamiętnie. Wiadomo było, że ludzie zarabiają na to, żeby po godzinach fajnie żyć i dobrze spędzać czas.

  • Gość napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2018/02/11 09:55:11:

    Dziękuje za to spostrzeżenie: Praca (w Polsce) jako rodzaj misji czy wręcz bohaterstwa.
    Tego aspektu nie doceniałam, często pracując (za darmo) po godzinach, bo uważałam, że >>tak trzeba dla dobra sprawy, projektu, firmy itp<<. Gdy kolegę wyrzucili nagle z pracy, na pożegnanie przyszedł bardzo rozżalony : "przecież ja się tyle dla firmy poświęcałem kosztem różnych własnych spraw i teraz won, dlaczego?"
    Szef (cynik) szybko dał ripostę: "Bo w drugą stronę to tak nie działa, hahaha!"
    Może w relacjach damsko-męskich jest podobnie???

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2018/02/17 19:21:43:

    Przemyślałam: wydaje mi się, że niestety w relacjach damsko-męskich JEST podobnie...

Dodaj komentarz