Kucharka Zen

Wpis

piątek, 18 maja 2018

Wspólnota mieszkaniowa / Boli mnie ego

Na spotkaniu wspólnoty mieszkaniowej zebraliśmy się w siódemkę, plus trzy panie administratorki. Jak to ja, jak to wszędzie i zawsze ostatnio, chciałam stamtąd uciec. No bo zobaczcie: pani po mojej lewej przyszła w chmurze perfum, w aurze stanowiska (prezes zarządu), oraz z brodatym opalonym eleganckim panem wymachującym torbą z bardzo drogiego bardzo modnego sklepu odzieżowego, którego to pana przedstawiła jako "mój partner". Pani siedząca obok nich po pierwsze posiadała najwięcej udziałów we wspólnocie, w związku z czym miała moc przesuwać nasze spotkanie kilka razy od marca do maja bez konsultacji z nami, tak, żeby jej było wygodniej, bo inaczej nie zebralibyśmy kworum, poza tym pani siedząca obok nich miała na sobie botoks i była wyposażona w niewywracalne poczucie własnej racji i wyższości swojego interesu nad czyimkolwiek innym (o czym za chwilę). Pan, który z kolei zasiadł obok niej - jedyna znana mi tam osoba - przyholował ze sobą wieloletnią historię zamieszkiwania w rzeczonej wspólnocie - mieszkał w klatce drugiej naszego budynku od kilkudziesięciu lat, szacunek ponieważ od długiego czasu ochotniczo zajmuje się wspólnym ogródkiem i urządza go wedle własnej fantazji, a także niezbity autorytet jedynego mężczyzny-właściciela-mieszkania w naszym gronie. Obok niego przycupnęła zgarbiona para małżeńska, tak jak ja wynajmująca komuś we wspólnym budynku mieszkanie. We dwoje raźniej. Zawsze można grać w dobrego/złego policjanta, zawsze ktoś wymyśli lepszy argument, poprze, podeprze. A potem, po mojej prawej, trio pań z administracji. Tercet. Triumwirat. Tryptyk.

Zjadłam nerwowo cukierka. Napiłam się gazowanej wody z plastikowego kubeczka.

Bo ja sama przyszłam. Bez autorytetu. Bez władzy. Bez stanowiska. Bez historii zaangażowania. Bo ja sama. Bez botoksu. Bez zjawiskowej urody. Bez partnera, bez koleżanek, bez męża. Goła. Wyposażona tylko w jakąś chaotyczną mieszankę, jakieś resztki przytomności, inteligencji, uroku i ciepła, wątpliwą pewność siebie. Świadomość własnego interesu i tego, że jakby co, będę przegłosowana. Że mogę się rozliczać nie z własnej skuteczności, ale jedynie z tego, że spróbowałam. Że sama siebie nie zostawiłam jak sieroty. Że nie zrezygnowałam w przedbiegach, tylko dlatego, że się tych ludzi boję, bo od kiedy pamiętam bardzo nieelegancko mnie zakrzykiwali. Czy moglibyśmy, proszę państwa, skonsultować datę rozkuwania kafelków w łazienkach zanim zaplanujemy montaż liczników wody? Bo powiem szczerze, że byłoby mi bardzo na rękę, gdyby to się zdarzyło kiedy wygaśnie moim studentkom umowa najmu, żeby im nie robić remontu na głowach, a ja będę akurat miała miesiąc na remoncik i wymianę glazury zanim się tam sama wprowadzę. To bym załatwiła dwie sprawy za jednym zamachem. I nie musiałabym robić dwa razy kucia i glazurowania. 

Ależ co pani. Przecież my też mamy najemców i nie będziemy na panią czekać. Ależ co pani. Przecież to raptem dwa kafelki będą skute, to żaden kłopot dla pani. Mówi kobieta z botoksem, przyzwyczajona do posłuchu, która nie ma bladego pojęcia ile to będzie kafelków, bo fachowiec sprawdza sytuację w każdym z mieszkań oddzielnie i w jednych trzeba przesuwać całą wannę (pan weteran wspólnoty), a w innych nie będzie żadnego kucia w ogóle (pani z botoksem). Wszyscy kiwają głowami, bo nikt nie chce podpaść pięknej pewnej siebie pani z większością udziałów. Pani prezes wraz z partnerem, jak to zwykle, ruszają z lubością w męsplikację, tłumaczą mi, żebym nie wpadała w histerię (nie wpadam, jestem śmiertelnie spokojna, po czterech latach terapii, wiem, co czuję, a co mi wmawia otoczenie, bo mu tak wygodniej), tłumaczą mi, że nie ma się czym przejmować (nie przejmuję się, dbam o to, żeby nie robić sobie w życiu niepotrzebnych kosztów i kłopotów, tak jak oni), tłumaczą mi jak wygląda kucie kafelków (wiem, bo kułam już kilka razy, ale męsplikacja jest silniejszą potrzebą niż fakt, że pouczana zna temat lepiej od pouczającego). 

Znam tę scenę od dekad. Patrzę na nią z mieszanką rozbawienia i znudzenia. Kiedy pani z zarządu i jej partner kończą wreszcie, powtarzam jak zdarta płyta, jak gdyby nigdy nic, że poproszę o kontakt do człowieka od liczników, to obejrzy moje mieszkanie, zorientujemy się ile montaż wygeneruje kosztów i zniszczeń i dodatkowej roboty, ile będzie trwał i wtedy zdecydujemy w moim indywidualnym przypadku, czy będzie kłopot, czy nie będzie kłopotu w ogóle, bo przecież tylko dwa kafelki.

Coś się zmieniło. Coś przesunęło. Moje własne przyznanie samej sobie faktu istnienia. Realności bytu wśród tych ludzi wyposażonych w rozmaite atrybuty siły i wpływu, moja świadomość, że ważę i znaczę coś, bo chcę ważyć i znaczyć, bo żyję i jestem niewątpliwa. Coś się zmieniło.

Ale część mnie, moje kwiczące, wijące się, kopiące na oślep ego, część mnie płakała, gdzie byłaś, gdzie byłaś Kucharko Zen, kiedy ci ludzie budowali pozycję, przymierza, kiedy zdobywali stanowiska i popleczników, pieniądze i wpływy? Co ty - Kucharko Zen - w tym czasie zbudowałaś. Buddyjska dziwaczko, tak byłaś zajęta traceniem, uczeniem się jak odpuszczać, jak dawać wolność, jak nie wymuszać, nie zastraszać, jak obserwować z czułością, jak siebie traktować bez przemocy, buddyjska dziwaczko, nie masz na potwierdzenie swojego istnienia ani męża czy dzieci, ani pałacu, ani dobrze prosperującej firmy czy pięknej twarzy poprawionej chirurgicznie, opalonej na solarium, odzianej w skandynawskie lny za setki złotych. Jedyna osoba, której tam zazdrościłam to ten facet uprawiający ogródek. Nikt inny nie pchał się żeby z nim pielić i podlewać, sadzić i pielęgnować. On ma władzę nad wspólnym poletkiem zieleni i autorytet kogoś, kto przez lata skromnie i konsekwentnie robił małą wspólną realną rzecz. Ja mam swoje niekończące się pytania, swojego focha, swój strach i bierną agresję, swoje bolące ego, swoją szybkość myślenia, słowa i argumenty, głębię, twórczą improwizację, spokój, upór czy konsekwencję, swoją gołość i zwykłość i świadomość, że władza to rzecz, którą trudno zbudować i łatwo stracić. Swoje oswojone szaleństwo. Swoje ugłaskane demony. Ja mam jakieś budzące się powoli, podnoszące po latach lęku głowę oparcie w sobie. Ja mam obecność i przytomność. I tyle.

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
piątek, 18 maja 2018 09:53

Polecane wpisy

  • Męski wzrok

    Foto: Katinka Herbert (GB) To zdjęcie wygrało prestiżową międzynarodową nagrodę. W zawilgoconym, odrapanym wnętrzu, wśród przypadkowych bibelotów i religijnych

  • Ciała odcieleśnione

    Mój stary przyjaciel jest teraz w sztokholmskim hotelu. Po całodziennej konferencji zjadł jakiś kawałek dziczyzny z sosem ze szwedzkich jagód, wypił zimne

  • Poza słowami

    Mieszkam w słowach. To mój dorosły dom. Kiedy gubię się w rzeczywistości, zaczynam o niej czytać. W książkach, w cudzych zdaniach wszystko jest prostsze i bardz

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2018/05/21 14:44:16:

    ja tam wolę Kucharkę Zen z jej siłą woli,
    od tej hordy nowobogacko-botoksowo-partnersko-prostaczej z ego niczym bolek przed sejmem.
    Dla mnie liczy się ta niewidzialna siła pozwalająca przeżyć w zgodzie ze sobą każdą następującą chwilę,
    a z mamoną tylko kłopot. Chciałabym zobaczyć tych "ustawionych bogaczy" w chwili poważnej życiowej próby, gdy łokcie i pięści to za mało. Łatwo rozpoznać hołotę, bo od zawsze najmądrzejsza i najwrzaskliwsza i "po pasliedniej modie na bogato odieta".

    Kto skąpo sieje, skąpo żąć będzie...

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2018/05/23 11:20:45:

    Doceniam słowa wsparcia :) I nawet mam w sobie sporo życiowego żalu (tyle lat tego było, szkoda życia) wobec ludzi, którzy zastraszali, zakrzykiwali, szczuli, robili ze mnie wariatkę, histeryczkę, minimalizowali, bagatelizowali, wyśmiewali albo krytykowali moje słowa, argumenty, światopogląd albo w ogóle moje istnienie na świecie. Tylko po to, żeby siebie samych sztucznie wzmocnić. Czasami dla zabawy doprowadzam czyjeś rozumowanie do absurdu kiedy mnie tak szczuje i wychodzi na to, że jedynym logicznym wyjściem z sytuacji, które by go w pełni zadowalało byłoby moje całkowite unicestwienie. Ale najlepiej żebym sama się pochlastała czy rzuciła z mostu, bo ci agresywni ludzie niechętnie wezmą za własne uczucia jakąkolwiek odpowiedzialność. Ja? Ja nie robię takich rzeczy, o co ci chodzi, wydaje ci się, ja jestem porządnym człowiekiem, jesteś przewrażliwiona, widzisz rzeczy, których nie ma. I tak w kółko macieju.

    Ostatnio jedna pani mnie w ten sposób eliminowała ze swojego otoczenia, a ja się na koniec dałam wyeliminować, bo uznałam, że nic na siłę. Tylko pani równocześnie wyeliminowała ze swojego otoczenia świeże, nowe spojrzenie, bogactwo perspektyw, różnorodność i twórczość podejść do problemów, wielogłos, elastyczność, delikatność, inną wrażliwość. Kiedy się spakowałam, zabrałam je ze sobą. Więc jeśli ktoś chce mieszkać w zatęchłym, niezmiennym, nieruchomym emocjonalnie świecie, bo wtedy i tylko wtedy może utrzymać na chwilę złudzenie, że jest bezpieczny i że funkcjonuje na własnych zasadach, to krzyżyk na drogę. Zaczynam dorastać do tego, że miłość ani przyjaźń nie polegają na nieustających próbach eksterminacji drugiej osoby i jej potrzeb, zainteresowań, upodobań, perspektyw - całego tego wewnętrznego bogactwa - tylko na dopuszczeniu, że ktoś we mnie zrobi wstrząs i jak w kalejdoskopie poprzestawia mi krajobraz. Im bardziej go kocham i dopuszczam blisko do siebie, tym bardziej wstrząśnie nieodwołalnie. Im więcej takich sytuacji, że ktoś się boi mnie autentycznej i niecenzurowanej, że wtłacza w jakieś prostackie ramy, że próbuje mój głos uciszyć i moje zdanie zdemontować, tym więcej mam czułości wobec ludzi, bo rozumiem, że wychodzi z nich bachorkowatość, przestraszenie, że nie radzą sobie z sytuacją, że ich świat przerasta, że drugi człowiek ich przerasta i nie mają na bycie w tej samej przestrzeni z oddzielnym ludzkim bytem żadnego mądrzejszego sposobu. Bo ja, po czterech latach terapii, przestałam wątpić w swoje własne istnienie. W swoje własne prawo do istnienia. I zrozumiałam, że istnienie innych osób jest tak samo prawomocne jak moje. To skarb wreszcie to pojąć. A w Polsce, gdzie się ciągle wszyscy linczujemy i eksterminujemy na symbolicznym społecznym poziomie, to naprawdę bezcenny stan wewnętrzny. Spokój. Bo wiem, że jestem, oddycham, nie ulegam wątpliwości, mam prawo tu być, zużywać powietrze, zabierać miejsce i głos.

    A z drugiej strony męczy mnie to, ta taka nieustanna czujność żeby mnie i mojego prawa do funkcjonowania w społeczeństwie kolejna - często nawet dość bliska - osoba nie próbowała zniszczyć doszczętnie, bo jej się wydaje, że życie jest zero-jedynkowe. Ja jestem OK, ty nie jesteś OK. Żebym ja postawiła na swoim, ciebie muszę zmieszać z błotem. Męczy mnie strasznie i regularnie muszę sobie iść być sama i odpocząć.

  • wildfemale napisał(a) komentarz datowany na 2018/05/31 18:05:19:

    Fajny wpis, również wspieram. Takie scenki dzieją się także nie tylko na spotkaniach wspólnot. O samych takich spotkaniach nie mam zielonego pojęcia. Szczerze mówiąc, aktualnie poszukuję porad w zakresie zakupu mieszkania, gdyż taki planuję.
    Dużo w tym Twoim dialogu wewnętrznym Zdrowego Dorosłego:)

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2018/05/31 22:46:52:

    Serio??? Serio? Naprawdę? Jeśli naprawdę jest tam dużo Zdrowego Dorosłego, to może cztery lata psychoterapii zaczynają odnosić jakiś skutek wreszcie. Kurczę. Dzięki serdeczne. Mam nadzieję, że dorośleję :)
    A za zakup mieszkania trzymam mocno kciuki.

Dodaj komentarz