Kucharka Zen

Wpis

czwartek, 03 stycznia 2019

Limbo

Być może potrzebowałam pozwolenia, jakiegoś oficjalnego zielonego światła, klepnięcia w plecy, które dodaje otuchy i lekko pcha w nową stronę. Miałam sen. Trzy sny. A potem kolejny. Były przyzwoleniem żeby po prostu być. Czymś się stawać, ale nie wiedzieć czym. W ogóle nie wiedzieć. Nie mieć pewności. Dziwić się. Mój nowy kierunek to brak kierunku, to miejsce, w którym już jestem od dłuższego czasu, nawet nie zauważyłam kiedy się w nim zadomowiłam. Umościłam się w nim i już. Przyszłość dzieje się we mnie. Nie mam na nią strategicznego planu, nie mam nawet taktycznych pomysłów. Wstaję rano i patrzę, co się zdarzy.

Jestem oczywiście oszołomiona. Sfrustrowana. Codziennie przechodzi mnie fala strachu i wstydu, że nie mam pojęcia co robię, że nie mam pojęcia gdzie i jak i po co to wszystko, świat taki duży, a ja taka mała, wtedy schronienie jest właśnie tu, gdzie jestem. W dziwnej zbitce teraźniejszości, która zawiera elementy przeszłości i zalążki przyszłości. To mistyczne uczucie, taka kondensacja wszechczasów w momencie obecnym. Uwalniające i intensywne. Z przeszłości razem ze mną podróżują wszyscy moi mężczyźni. Zbiegli się w czasie, chociaż tak naprawdę nigdy się nie poznali. Ich ścieżki się przecież nigdy nie skrzyżowały. Maciek był dawno i krótko i nieprawda. Patrick zapomniał. Jasiek pewnie powiedziałby o Saszy, że brak mu polotu, że jest tchórzem. Sasza o Jaśku, że psychopata. Obaj o Andrzeju, że chyba mi coś padło na mózg. Andrzej o Saszy, że ponury i niekontaktowy, a o Jaśku, że niebezpieczny wariat.

Co by o mnie powiedzieli nigdy nie miało znaczenia. Myślałam, że wystarczy zobaczyć, naprawdę uważnie zobaczyć drugiego człowieka. Nie miałam planu na ciąg dalszy. Ciągle próbuję przywyknąć do odkrycia, że ludzie przestają się kochać. Że zrywają więzi. Ze mną!

A ja się w nich zanurzyłam, utonęłam w nich i rozpłynęłam. Pozwoliłam im przejąć nad sobą część władzy, Jaśkowi manipulacją, Saszy po dobroci, z własnej nieprzymuszonej woli i nigdy tego nie pożałowałam, Andrzejowi głaskaniem, oswajaniem, okazuje się, że są pewne formy nieustępliwego przymusu, które nie mają nic wspólnego z przemocą, ale jednak odzierają z godności, odbierają sprawczość.

Śnili mi się wszyscy ostatnio. Byłam w podróży i natknęłam się na dwóch z nich, nie pamiętam których, zmieniali twarze i tożsamości, jak to we śnie, więc zaczynałam rozmawiać z Saszą i Jaśkiem, a potem nagle z Saszą i Andrzejem. Sasza i Jasiek pasowali do siebie inaczej niż Sasza i Andrzej. Ale sparowani w ten sposób pasowali doskonale. Pierwszych dwóch głębokością studzienną duszy, szerokością horyzontów, bezdennością wrażliwości i ciemnością. Tyle że Sasza miał swoją ciemność schowaną. Kamuflował ją piwnym zapomnieniem, obojętnością chmielową. Jasiek też dużo pił. Jego ciemność była na wierzchu, wyzywająca i mściwa, rodzaj testu. Kto go przeszedł, mógł być dalej dręczony, ale już miał status bliskiego obiektu tortur psychicznych. Sasza z Andrzejem mieli w sobie ziemistość, bezpretensjonalność, mądrość kogoś, kto dorastał patrząc na horyzont i słuchając ptaków. Oddychając czystym powietrzem, może czasem dymem ognisk. Samodzielność kogoś, kto gubił się w lesie i bez niczyjej pomocy znajdował drogę z powrotem. Nieustępliwą wewnętrzną izolację kogoś, kto nigdy nikogo do siebie nie dopuści. Nie naprawdę.

Kiedy rozstaliśmy się z Andrzejem, zaczęłam szukać siły na zewnątrz, bo nie potrafiłam jej szukać w środku. Potrzebowałam instrukcji obsługi. Zaczęłam czytać "Biegnącą z wilkami" i pamiętam jeden fragment, który naprawdę mi pomógł. Był właśnie o gubieniu się w lesie. Był przypowieścią o dziewczynce, która w ciemności i w drżeniu szuka drogi i światła, próbuje się zorientować w miejscach, gdzie nie ma znaków orientacyjnych żadnego rodzaju, nic znajomego, żadnej nadziei na cokolwiek, co da się rozpoznać. Nie wie nawet, czego szuka. Nie pamiętam szczegółów opowieści, oprócz tego, że dziewczynka trafia do jądra ciemności, że trafia do chatki Baby Jagi, która jest przecież wiedźmą, kobietą która wie, mądrą i pogodzoną z mrokiem. Któż lepszy żeby znaleźć ścieżkę wyjścia z rozpaczy, niż osoba, która w jej epicentrum urządziła sobie siedzibę, która mieszka w podszewce ciemności. Baba Jaga poddaje dziewczynkę próbie, a próba to całonocne odsiewanie maku z popiołu. Mozolne i pozornie bezsensowne, ale Pinkola Estes, która napisała "Biegnącą z wilkami", która zebrała przypowieści pomagające uczyć się żyć z całego świata, tłumaczy, że tak jak dotknięcie, zadrżenie, przesycenie się rozpaczą jest obowiązkowym etapem pełnego przeżycia żałoby, przejścia na drugą stronę straty, tak kolejnym obowiązkowym etapem tracenia i zaczynania od nowa jest odsiew starego, nieaktualnego, nieprzystosowawczego od tego, co chcemy sobie zostawić. Nie robi się takich rzeczy chętnie, nie robi się ich z entuzjazmem. Plecak, który chce się zabrać ze sobą w nową podróż powinien przecież zawierać ładunek wszyściutkiego, co dotąd pomagało, nawet jeśli teraz tylko zawadza. 

Więc pewnie jakaś część mnie chce wyjść z tego lasu objuczona absolutnie każdą rzeczą, którą dotąd kiedykolwiek byłam, oblepiona dyplomami, o które nikt już nie pyta, certyfikatami i dokumentacją fotograficzną z lepszych czasów, z czasów jakiejś świetności. Wyświechtanymi maskotkami i totemami, fetyszami i pamiątkami niegdysiejszych sukcesów. Chcę iść przez las machając lśniącą grzywką, którą miałam w młodości, szczuplejsza i bardziej sprężysta, chcę iść i wyobrażać sobie, że maszeruję z wigorem, chociaż przecież tacham za sobą balast ze wszystkich doszłych i niedoszłych mężów, narzeczonych i kochanków. Do jednego podczepiła się nawet niedoszła teściowa. Inny miał siostrę bliźniaczkę i ojca furiata i ich fantomy, ich cienie nam towarzyszą. Byli kochankowie, byłe szefowe, stosik wizytówek z dumnymi nazwami stanowisk, seria zmian wizerunku - szpilki, botki, glany, kolczyki, garsonki, kraciaste koszule, hipisowskie sukienki. Uparłam się i obrosłam sama sobą jak małże obrastają rurkami wieloszczetów, obrosłam odejściami i stratami, jeśli zastygnę w stracie, to prawie jakbym zachowała to, czego już nie ma.

Nie chcę nic odsiewać, chcę tkwić. Dobrze mi tu, nie widzę powodu żeby iść z powrotem przez las. Las jest zimny, gniją w nim liście, błoto przykleja się do gustownych lakierek, czuć stęchlizną i na pewno czają się gdzieniegdzie źli ludzie i dzikie, wrogie zwierzęta. W "Biegnącej z wilkami" trzeba przejść i przez przerażenie. Przerażenie przede wszystkim nierozpoznawalnością nowego świata i nowego w nim siebie.

Nie da rady przeskoczyć tego etapu. Jestem oszołomiona. Nie wiem co dalej. Nic już nie jest znajome. Nic nie daje otuchy ani wytchnienia. Wydawało mi się zawsze, że ludzie wokół mnie są raczej odnalezieni niż zagubieni, że nikt dorosły, nikt w moim wieku nie umaszcza się i nie zagnieżdża bezwstydnie w tej bezradności szerokookiej, w tym braku ukierunkowania, w tym niewiedzeniu chronicznym. A mi tu dobrze. Podróż bezcelowa zdejmuje ze mnie odpowiedzialność, rozbraja napięcie. Pozwala czekać na małe codzienne cuda. Pozwala je w ogóle zauważyć. Ufam sobie, że kiedy przyjdzie odpowiedni czas wyruszę w jakąś energiczniejszą drogę. Teraz zwiedzam. Szukam znaków, drogowskazów, chociaż niemrawo i bez przekonania - znajdą się, to się znajdą. W twarzach ludzi. W gazetach. Na ulicach. Dzisiaj gawron upuścił z wysokiej gałęzi kawałek salcesonu. Różowy, gumowaty, salceson pacnął o dach samochodu zaparkowanego pod drzewem, odbił się z głośnym "puk" i spadł na ulicę tuż przy moich stopach. 

Znak to? W prawo czy w lewo?

http://zenq.blox.pl / http://krzywerysunki.blox.pl / FB - ZenQ

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
zdrowiej
Czas publikacji:
czwartek, 03 stycznia 2019 23:27

Polecane wpisy

  • Szpiegologia

    - Nic się nie działo po ostatnim razie? - Nie, zupełnie nic. Wszystko było w porządku. Smutnawy misiowaty lekarz nie nawiązywał kontaktu wzrokowego, ale zapamię

  • Mikromuzyka

    Jakaś intuicja, nie chcę do tego dorabiać filozofii, nie chcę gloryfikować jakiegoś swojego podskórnego uporu, że niby wiem lepiej, że niby prowadzi mnie jakieś

  • Fałdki

    Terapia jest dziwna. Mam ostatnio wrażenie, raz na jakiś czas mnie ono dopada, w zagadkowych, przypadkowych momentach, nie wiem, na rozdeptanym skrócie między s

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2019/01/05 10:12:24:

    takie małe zen: krocząc drogą, która nie jest drogą

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2019/01/05 14:00:44:

    Dokładnie tak! Dziękuję za ten komentarz :)

  • Gość napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2019/01/05 20:14:57:

    by powodzenia nie napełniały cię pychą,
    by przeciwności cię nie niepokoiły,
    by trudności nie doprowadzały cię do rozpaczy

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2019/01/06 00:09:55:

    Oj tak

  • tomekrado napisał(a) komentarz datowany na 2019/01/10 14:01:04:

    Super wpis, powiem szczerze że mi np pomagają takie wypociny na blogu i czuje się oczyszczony bardziej jak wyrzucę to z siebie. Jak dla mnie to jest taka ostoja spokoju .

  • zdrowiej napisał(a) komentarz datowany na 2019/01/11 17:51:25:

    Tomek, dziękuję. Rozumiem, że "wypociny" nie są komentarzem na temat jakości mojego pisania, tylko Ty tak trochę kokietujesz o swoim pisaniu ;) ?

Dodaj komentarz