Kucharka Zen

Wpisy

  • czwartek, 20 kwietnia 2017
    • Odcięta

      Gdybyście sieknęli ją na pół, nie równe pół, w pasie, odcinając nogi od torsu, ale w symboliczne pół, gdzieś w okolicach szyi, żeby głowę oddzielić od serca i macicy, gdybyście ją rozczłonkowali w ten sposób, niewiele by się pewnie zmieniło. Umarłaby szybko, oczywiście, ale przez te ostatnie ułamki sekund, zanim jej mózg zarejestruje nieludzki ból, na poziomie poczucia, kim jest, jaka jest, ta odrębność głowy i reszty ciała nie zrobiłaby jej różnicy.

      Była typowym produktem zachodniej edukacji. Wciśnięta w fotele i krzesła, wsłuchana w abstrakcyjne wypowiedzi, dusząca silniejsze emocje, żyjąca koncepcjami, intelektem. Jej ciało spało, biegało na Orbitreku, jeździło na rowerze, jadło jaglankę na mleku sojowym i pudding chia, uprawiało seks, przytulało się do dzieci w rozmaitym wieku. Jej głowa przyjmowała te doświadczenia jak przez watowaną mgłę, stłumione i mniej prawdziwe. Stłumione i mniej prawdziwe niż kaprys jakiegoś polityka, niż medialna nagonka na uchodźców, niż współpracownik przerażony fluktuacjami walutowymi, które mu rujnują kredytowe plany, niż koleżanka obrażona, że nie można z  nią pogadać o życiowej misji znalezienia jakiegoś faceta, bo faceta trzeba znaleźć żeby móc sobie pozwolić na pełnię czegokolwiek, a przecież i wtedy nawet nie, niż monolog szefa jej szefa i milczenie bezpośredniego przełożonego, który nie skomentował, a więc i nie zasygnalizował, że jest z nią chociaż trochę solidarny w niedowierzaniu w ten cały dom wariatów, podejrzewała, że szef jej szefa cierpi na jakieś schorzenie psychiczne i albo bierze otępiające psychotropy albo ich wcale nie bierze, otorbiony darmową emocjonalną opieką swoich podwładnych nie musi brać odpowiedzialności za to, jak się zachowuje. Liczne przywileje władzy. W jej poprzednim miejscu pracy tylko władza miała prawo do dobrego humoru. Do zmian nastroju. Do odpoczynku. Do snucia opowieści. Do wyznaczania, kto jest dobry, kto zły, kto jest z nami, a kto przeciwko. Tutaj, w nowym miejscu, władza miała przywilej nie brania odpowiedzialności za chaotyczność swojego umysłu. Inni, w tym ona i jej koleżanki, głównie kobiety, zajmowali się nawigowaniem między gwałtownymi wahnięciami jego opinii, paradoksami, przeczeniem samemu sobie, lukami w pamięci, między niespodziewanymi diametralnymi zmianami strategii, które jak dywan wyrwany spod nóg, rujnowały i tak już chwiejne poczucie równowagi. Niszczyły sensowność wykonanej dotąd pracy, odbierały motywację dalszej rzetelnej roboty.

      Wszyscy mamy ślepe punkty.

      Władza. Ci, którzy mogą nam dać zasoby albo je cofnąć - stanowiska, pensje, przynależność, sensowne zajęcie, ubezpieczenie zdrowotne i plan emerytalny - kształtują nas, chcąc nie chcąc. Od kiedy pamięta, znajdowała się pod opieką osób, które nie czuły tej zależności, nie brały za nią odpowiedzialności, były tak głodne, tak nienakarmione, że pasożytniczo wysysały wszystko, co na ślepo dawała żeby tylko się nie bać, że umrze zostawiona sama sobie. I to chyba właśnie to zgadywanie, od małego, wsłuchanie, wpatrzenie, telepatyczne domyślanie się zmiennych nastrojów osób, które miały nad nią władzę sprawiło, że wszystko inne straciło znaczenie. Czy była śpiąca, czy głodna, czy chora, czego chciała, na co miała ochotę - nieważne - kto inny stanowił punkt odniesienia, źródło życia i sensu, tożsamości i stałości. Nauczyła się więc znieczulać, a potem całkiem ignorować resztę siebie - wszystko, co przeszkadzało w ślepym, patologicznym podporządkowaniu. Głowa oddzielnie od reszty siebie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 kwietnia 2017 09:06
  • piątek, 14 kwietnia 2017
    • I wstyd i wstyd

      Odzyskuję po trochu czucie tu i ówdzie. Czuję w sobie jak się poruszają drżąco, wiotko na wietrze kwietniowym gałązki forsycji. Wątłe. Sama się wątła czuję w tym solidnym betonowym, rozpędzonym mieście. Czasem.

      Czuję w sobie jednego ze swoich szefów, jak wymęcza ze swojego hermetycznego, oddzielonego wnętrza towarzyskie rozmówki, jak odzwyczajony od bycia zabawnym dziwi się, że śmiejemy się nagle z jego anegdoty, a tydzień później, dla eksperymentu, próbuje znów opowiedzieć żart i wtedy też, ku jego zaskoczeniu, odzwierciedla się w naszym śmiechu jego możliwa nowa odsłona, dawno zapomniany uroczy on.

      Czuję w sobie smaki kiedy gotuję. Wiem dokładnie, chociaż nie spróbowałam, jak się złoży w całość majonez i oliwa i ocet balsamiczny i musztarda z Dijon. Byłam w Dijon. Czułam w sobie sówkę wyrzeźbioną na ścianie katedry, wygłaskaną spojrzeniami tysięcy turystów, pozbawioną pierwotnych detali wiatrem i słońcem i deszczem i wojnami i obojętnością.

      Czuję w sobie chwilową fascynację, nadzieję na coś dotkliwie absolutnego, która przemknęła przez twarz temu architektowi z długim kucykiem, na zebraniu wspólnoty, kiedy zobaczył moje obojętne zaciekawienie, moją życzliwą wsobność. Zaczął nagle opowiadać o rajdach, o wyścigach, w których bierze udział, przypomniało mi się bycie młodym i witalnym i jedynym we wszechświecie i jednym z kosmosem.

      Moje czucie jest moje.

      Nawet wstyd. Tak bardzo się chciałam nie wstydzić. A czuję, czuję, czuję tyle starego i nowego wstydu, swojego, nie swojego. Zaczynam je wszystkie odróżniać, przesiewać. Wstyd, że jestem za gruba - do kosza. Że za mało ćwiczę - do przemyślenia. Że nie bywam w teatrze - do zignorowania. Że nie prowadzę samochodu, bo nie mam prawa jazdy - do przyjrzenia się. Że nie spełniam oczekiwań innych - do czułego wyśmiania.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 14 kwietnia 2017 18:33
  • niedziela, 05 marca 2017
    • Manifa

      Czasami sobie myślę, że to mniejsza sztuka. Być odważną na korporacyjne sposoby, być buńczuczną, wygadaną, trochę kłótliwą i mocno zdeterminowaną, żyć wygodnym, zrozumiałym dla wszystkich stereotypem wojownika, gardzić słabymi, kopać leżących, w sobie jak chwasty wykrzewić wszelką wątpliwość i miękkość. Zadaniowo żyć, odhaczać kolejne punkty programu, podporządkować każdy moment jakimś celom odległym i cudzym, zapomnieć o miękkich, płynnych granicach codziennej ludzkiej poezji, przestać widzieć i słyszeć, co jest, przestać towarzyszyć zwyczajnym, upierdliwym bliźnim. Uzbrajać się we fryzury i szpilki, ołówkowe spódnice i tusze do brwi, pod którymi czasem nie widać różnicy między radością a smutkiem. Zmęczenie traktować jak wroga, spatologizować senność, chorobę ambiwalentnie widzieć jak wybawienie i klątwę zarazem, wymuszony wyczekany wypoczynek i barierę w wyścigu drapieżnych gryzoni po nieuchwytny absolut.

      Czasem sobie myślę, że kobiecość bezwstydna nie polega zupełnie na seksie z obcymi, bo to łatwizna. Wystarczy pójść do klubu i pić dużo i zostać do jakiejś trzeciej nad ranem, kiedy właściwie o nic innego nikomu nie chodzi i niedobitki się w pijanym widzie przytulają do innych niedobitków, a kiedy już słońce wzejdzie i alkohol przestanie działać przeczołgamy się na kacu i z kapciem w gębie przez jedną z kilku wersji żenującego rytuału: gry w tchórza: kto pierwszy się złamie i pokaże na pokerowej twarzy tę charakterystyczną mieszankę przerażenia, pogardy, zakłopotania i rozczarowania, nadziei i wdzięczności towarzyszącą porankom po jednonocnych przygodach.

      Czasem sobie myślę, że większa sztuka być kobietą z tych miejsc, o których się nie pisze historii, wsłuchaną w kogoś innego, a równocześnie skupioną na sygnałach z własnego środka, wkurwioną i zrezygnowaną zarazem. Wiedzącą, ile nie wie. Uczącą się. Błądzącą. Wiedzącą. Potrafiącą. I gotową sobie poradzić z reakcją niedowiarków, hejterów. Równie bezlitosną kiedy leży po kolejnym potknięciu jak kiedy kwitnie po zasłużonym sukcesie. Taką kobietą, która cierpi po rozstaniach i odrzuceniach. I umie kochać z wzajemnością, podejść do obcego człowieka i oswoić się z nim, jego sobie oswoić, to przecież kawał odważnej roboty. Taką kobietą, która nie udaje odwróconej plecami od własnych ambicji, ale umie zaparzyć komuś kawę i uprać skarpetki, jeśli go lubi i chce dla niego lżej i lepiej. Kobietą, która nikomu nie liczy bilansu przysług, szczodrą, ale nie popychadłem. Kobietą, która umie poprosić o pomoc, a czasem umie jej dla siebie zażądać. Czasem myślę, że trzeba pomieścić w sobie sprzeczne stereotypy, rozpuścić w sobie strach przed ich mroczną stroną i wreszcie wytrzymać świadomość, że ani Madonna ani ladacznica nie różnią się fundamentalnie, że nie ma między nimi grubej krechy, że paradoks bycia człowiekiem jest taki, że się w sobie mieści równocześnie pozorne sprzeczności. I już.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 marca 2017 16:08
    • Miski i stołki

      Chichoty. Rechotałyśmy jak dwie żaby. Lato przeplatało lazurowe upały z burymi burzami, dzięki czemu natura rozpleniła się w czarodziejskim ogrodzie dziadków szczodrze obsypując krzewy owocowe agrestem żółtawym, porzeczkami rubinowymi, jasnozielonymi jabłkami, niedojrzałymi jeszcze, to były czasy sprzed supermarketów i sezonowość potrafiła budzić wielką frustrację. Na niektóre owoce trzeba było czekać dziesięć miesięcy. Pojawiały się na efemerycznych parę tygodni, a potem nagle było za późno, ostatnie felerne, nadjedzone przez osy egzemplarze gniły pod drzewem. Niczego, nawet soczystych, słodkich, krwistych truskawek prosto z krzaka, unurzanych w suchej ziemi, potem mytych w durszlaku, błyszczących kroplami zimnej wody, niczego nie kochałam tak bardzo jak jabłek, których kwaśność wykrzywiająca twarz zaczynała właśnie transformację w słodycz. Tylko trochę słodyczy. Za kilkanaście dni te same jabłka przestaną mi smakować. Będą miękkie i słodkie, niewymagające. Chwilę później przez słodycz zaczną się przebijać lekko sfermentowane tony, a miękkość zmutuje w gąbczastość. Ile ja wtedy smaków znałam i faktur! Jak wyrafinowane były moje kubki smakowe, to były jeszcze czasy przed masową produkcją przecukrzonych jogurtów, jeszcze nikt do naszego jedzenia nie dosypywał glutaminianu sodu, nie znieczuliłam się jeszcze na dyskretną różnorodność zwykłych produktów z ogrodu. Do tej pory po stopniu słodyczy jabłek, w ciemno, wyrwana w nocy z innej strefy czasowej, z zasłoniętymi oczami rozpoznałabym polską porę roku. Po ogórkach, po gruszkach, po agreście, po jabłkach bezbłędnie. Mogłabym z dokładnością do dwóch tygodni określić, czy jest późny lipiec i odgryzam kęs papierówki, czy późny sierpień, czy może jem już zimowe odmiany - czempiony z sadów grodziskich. 

      Dzisiaj gotuję zupę z zielonych warzyw. Dopóki jej nie odcedzę, brunatna piana zasłoni niewielkie kawałki cukinii i brokuła, we wrzącej wodzie wirują paseczki włoszczyzny. W garnku obok próbuję nie przypalić lepkiego ryżu, z którego zrobimy dla dzieci kolorowe kulki, bo kiedyś w orientalnym sklepie kupiliśmy spożywcze barwniki do ryżu właśnie. Dopiero kiedy wymieszam miodowo-kokosowy ryż z niebieskimi okruszkami barwnika zorientuję się, że jest wytrawny, że słono-słodki ryż jest nieporozumieniem smakowymi i do niczego się nie nadaje. Jutro są urodziny mojego chłopaka. Więc francuska zupa, japoński ryż, a pod chińskim wokiem z polskiego supersamu właśnie wyłączyłam indukcyjny palnik, bo chilli con carne gotowe. Będziemy je serwować w kukurydzianych muszlach taco, a Piotrek weźmie nadwyżkę chilli do domu, bo mieszka sam i będzie chciał obiad na niedzielę. Ja bym do niego dolała pół buteleczki tabasco, ale nie wszyscy lubią tak ostre dania.

      Chichoty. Tak jak moja dzisiejsza kuchnia, niegdysiejsza, wiejska, miała brązowe deski w ramach podłogi. Nie wiem, czy kiedykolwiek dotąd widziałam moich dziadków, już zredukowanych o jedną świętej pamięci osobę, jako coś więcej niż niedosyt, niż niespełnione moje potrzeby bez dna. Nie wiem, czy kiedykolwiek zrozumiałam ile w tym domu było ich miłości, w ilu meblach, jak bardzo ten dom miał być nasz. Zadzwonię dzisiaj do babci. Trudno. Będzie mi opowiadała mnie samą, nieznaną mi, nierozpoznawalną. Będzie mi narratorką mojego życia. Trudno. Przynajmniej usłyszę jej głos zanim tego głosu zabraknie. Nie wiem zresztą, czy tak dużo czułości jak wtedy kiedy byłyśmy małe można w ogóle wytrzymać, czy da się za nią kiedykolwiek odwdzięczyć. Za stołeczki malutkie śliczniutkie zamówione u stolarza pięć wsi dalej przez człowieka, który być może nigdy nie zaznał własnego stołeczka, bo mu wojna rozpruła szwy dzieciństwa i rozpadło się, przestało trzymać kupy. Za miednicę napełnianą gorącą wodą prosto z czajnika prosto z pieca kaflowego, w której golusieńkie się obie mieściłyśmy na przedkolacyjne mycie, zmycie z siebie piasku zabaw w chowanego i błota zabaw w berka. Potem kanapki. Potem radiowe słuchowisko. Potem spać. Za kubeczki nasze własne emaliowane. Trzeba sobie może zabronić miłości w ogóle, co? Żeby się już nigdy nie czuć aż tak winnym, że się jej nie potrafi sensownie odwzajemnić? Albo się trzeba nauczyć żyć nieporadnie w przestrzeni przepastnej między swoją a cudzą czułością, czasem tylko, tylko czasem nawiązując chwiejny, niepewny kontakt.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 marca 2017 15:48
  • czwartek, 05 stycznia 2017
    • Dziesięć szczegółów

      Po pierwsze stary wilczur, Lolo, który nie należy do nikogo. Na ogół odpoczywa w okolicach baraku z warzywami, tego na rogu. Czarny, odrobinę skundlony, artretyczny być może, bo nie rozprostowuje całkiem kończyn w stawach. Kiedy nie pochrapuje, obojętny na przechodniów, zadomowiony przy ruchliwej ulicy, udrapowany kojąco na skrawku błotnistego trawnika, patroluje swoje osiedlowe terytorium. Leniwie. Nieśpiesznie przechadza się wśród bloków, jest u siebie.

      Po drugie, mniej więcej przecznicę dalej stoi kolejny okoliczny barak, z osobliwą kolekcją artykułów gospodarstwa domowego wewnątrz. Jeśli szukacie cerat albo pacek na muchy, kubków w kwieciste wzory lub krajalnic do jaj na twardo, wszystko znajdziecie w moim osiedlowym baraku Ten barak jest jak rosyjska ruletka. Być może pójdę tam po małe plastikowe sitko i zastanę właścicielkę, przyzwoicie uprzejmą, umiarkowanie pomocną kobietę w wieku pięćdziesiąt plus. Być może będę pilnie potrzebować chochli albo szczotki do czyszczenia toalet i natknę się na syna właścicielki, zimny, ślepy gniew w ludzkiej formie. Furię tak bliską powierzchni, że wystarczy niefortunne słowo, krzywe spojrzenie, politycznie zabarwione sformułowanie wypowiedziane nie w porę, a on eksploduje słowami pełnymi goryczy i frustracji.

      Po trzecie mała agencja nieruchomości na parterze budynku. Siedzi tam, w kliteczce przeszklonej, ozdobionej ofertami sprzedaży lub najmu z kolorowymi zdjęciami atrakcyjnych wnętrz, zadbana młoda brunetka, właścicielka, i jej pracownik, na pewno przed trzydziestką, chłopak o twarzy cherubina i wyrzeźbionym na siłowni torsie antycznego zapaśnika, sugestywnie widocznym pod opiętą, idealnie wyprasowaną koszulą. Lubię ich widzieć kiedy wracam do domu. Uspokaja mnie ich regularna obecność i staranie o wygląd. Jakby jeszcze istniały proste, stare dobre nawyki, które tak usilnie starała się mi wpoić mama. Jakby miały wartość. Żeby pastować buty, usuwać z wełnianego płaszcza farfocle i dbać o uzębienie.

      Stomatolog-ginekolog. Kiedyś zauważyłam jego lub jej gabinet w czasie spaceru z psem. Wyobraziłam sobie jaskrawo oświetlony bezlitosną jarzeniówką pokój wypełniony narzędziami tortur, wyposażony w sado-masochistyczne konstrukcje z metalu i skórzanych uchwytów unieruchamiających pacjenta podczas gdy pochyla się nad nim odziana w lateks demoniczna pielęgniarka. Prawdopodobnie jednak w dwóch schludnych, prostych, oddzielnych gabinetach pracuje dwóch rzetelnych, sympatycznych specjalistów. Tyle że nie skonsultowali swojego szyldu z żadnym specjalistą od marketingu.

      Po piąte górka. Każde osiedle powinno mieć takie wzniesienie terenu, demokratycznie goszczące właścicieli psów, spacerowiczów, piknikujące rodziny, romansujące pary, samotnych czytelników i grupki degustujące piwo. Dzisiaj spadł śnieg, a potem chwycił przymrozek. Pod stopami chrupało, a spragnione zimy dzieci nareszcie doczekały się wyjścia na sanki. Raz po raz z charakterystycznym szelestem, piszcząc głośno, przemykały obok mnie radosne kulki. Ze szczytu wzniesienia przypatrywali im się czule rodzice. Radosność kulek krążyła zaraźliwie  w szczypiącym powietrzu, wślizgując się we mnie dyskretnie i zostając na dłużej.

      Po szóste grusza. W okolicy skupiły się w klastrach rozmaite osiedla. Na tyłach mojego budynku niskopienne, czteropiętrowe domy mają własne ogródki, a w nich malowane krasnale, porzucone dziecięce zabawki, misterne kompozycje kwiatowe i (nagle zauważyłam) owocowe drzewa. Grusza rozrosła się w niekontrolowany sposób i zadaszyła swoją koroną część chodnika już za ogrodzeniem, dostępna dla przechodniów, kusząca. 

      Po siódme przeszklone balkony. Jeden z okolicznych budynków, nowiutki, ma szklone loggie zamiast balkonów, więc widać, jak w witrynach sklepowych, gusta ich właścicieli. Mam kilka ulubionych balkonów. Na trzecim piętrze buddyści rozwiesili kolorowe chorągiewki. Mają wygodne wiklinowe meble - stolik i dwa fotele. Jest też balkon z parawanem, światłami uwięzionymi w kolorowych kulach z materiału i dwoma leżakami. Inni sąsiedzi urządzili swoją loggię po skandynawsku, kolejni po włosku, ktoś z kolei ma dzieci i używa balkonu w charakterze placu zabaw. Stoją tam rowerki i jest mała rozkładana kanapa. 

      Po ósme patrzę ludziom w okna. Przepraszam ich, nawet jeśli to robię życzliwie, podglądanie to nic eleganckiego. Nie mogę się oprzeć. Naprzeciwko ktoś ma ten sam fotel z Ikei co ja, tylko w innym kolorze, żółty, a mój fioletowy. Piętro wyżej znajduje się gabinet terapeuty, bo ciągle widzę przez okno dwie zanurzone w intensywnej rozmowie osoby siedzące naprzeciw siebie, patrzące na siebie uważnie. Kto ma dziś czas na taką uważność? Na długi, głęboki dialog? Kto oprócz zawodowych psychologów?

      Po dziewiąte jest poczta, na której pracuje najgrzeczniejsza, najdojrzalsza specjalistka od obsługi klienta, jaką kiedykolwiek miałam przyjemność podsłuchać czekając w kolejce.

      Po dziesiąte wreszcie ludzie ze sobą rozmawiają, żartują. W windach, przy biurku ochrony, na parterze w sklepie spożywczym rozmawia się z jego szefem, uśmiałam się też kiedyś razem z panią z warzywniaka i jej znajomymi, znam sporo swoich sąsiadów. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 stycznia 2017 23:11
  • piątek, 30 grudnia 2016
    • Rozczarowania

      „Nową jakość możemy dodać do naszego życia dopiero wtedy, kiedy opłaczemy nasze rozczarowanie. Nigdy już nie otrzymamy tego, czego nie dostaliśmy. To marzenie się nie spełni. Rany można zaleczyć, ale blizny nigdy nie znikną. I to właśnie trzeba opłakać”.

      Marta Stark

      Nie ma kiedy płakać. Samochód niesie mnie, mknie, zgniecioną między plecakami z mokrymi ręcznikami i torebkami z zimniejącymi panierowanymi kawałkami kurczaka z KFC. Mam też ekologiczne soki owocowe, czapkę FC Barcelona, którą kupiłam kierowcy na Mikołajki, kilka szalików, kurtkę z obszytym futrem kapturem, jakiś notes. Buty zimowe w reklamówce. Nie ma kiedy opłakiwać, bo pędzimy czteropasmówką, wśród innych rozpędzonych metalowych puszek wypełnionych ludźmi, czapkami, plecakami i rozczarowaniami. Ekrany blokujące hałas i oklejone czarnymi sylwetkami ptaków, gnamy na złamanie karku. Nie ma czasu na rozczarowanie, nie chc go przeżywać przy tych wszystkich ludziach, czuję się taka odsłonięta tutaj, na drugim pod względem prędkości pasie, ktoś nas wyprzedza, ktoś być może, być może widzi przez szybę, przez moją nieprzeniknioną twarz tę nadzieję niezłomną, która nie chce się dać skruszyć codzienności, ale jej upór, ale jej uporczywe trwanie, jej sztywność zaczyna uwierać bardziej niż mogłoby boleć dopuszczenie do siebie tego wszystkiego, czym nie jestem i być może nigdy nie będę.

      Są ludzie, którzy potrafią pięknie pisać o rozczarowaniu, wokół niego budują zwykłe, głęboko rozpoznawalne opowieści o codziennym człowieczeństwie. Nieefektowni bohaterowie zostawiają za sobą kilwater pełen gaf i głupot popełnionych z pośpiechu albo bezmyślności. Jakie to znajome. Być może nudnawość moich powszednich toreb z zakupami i wymiętych, nabrzmiałych z przepracowania miejskich twarzy współtowarzyszy stołecznej niedoli, być może bycie piewcą tej nieciekawości, w najboleśniejszych, najprawdziwszych detalach, być może można sobie wyobrazić gorszy los niż samotność dobrego seksu i bezcelowość ciepłej kawiarnianej rozmowy. Być może to nie taka zła nagroda pocieszenia po niespełnionych, niespełnialnych, spektakularnych wizjach dominacji świata. 

      Ale trzeba mieć czas przepłakać. Swoją szczupłość i żywotność niegdysiejszą. Swoją arogancką nieomylność. Swoje przekonanie, że się zmieni cały świat, dołączając do jakiejś nieuchwytnej globalnej elity. Że się będzie podróżowało, że podbijało - serca, umysły i dusze, całe miasta, całe klasy społeczne. Czuję taką czułość dla swojej młodzieńczej prostoty widzenia, tej grubej kreski, pozbawionej niuansów, którą rysowałam sobie światopogląd. Mam macierzyński prawie instynkt utulenia jej ostatni raz zanim, zanim się przyjrzę sobie takiej, jaka jestem, z bliznami po nieosiągniętym, po instrumentalnie potraktowanym, po niemożliwym. Nie przyszło mi nigdy dotąd do głowy, że cała terapeutyczność dojrzewania polega na zaakceptowaniu, że blizny nigdy nie znikną. Że będą, że się razem z nimi będzie kuśtykało po świecie, że się będzie nimi niedowidziało, potykało, płakało.

      Więc trzeba mieć czas.

      Żeby potem, być może, wrosnąć w samą siebie. Bez pogardy, bez niepotrzebnego wstydu. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Rozczarowania”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 30 grudnia 2016 20:23
  • czwartek, 29 grudnia 2016
    • Idę dalej

      Czasem mnie dziwi, że nadal tu jestem. Że obudził mnie kolejny dzień rano. Człowiek jest, zdaje się, podszyty dziecinnymi przekonaniami, że to czy tamto na pewno go zabije, nastraszony przez babcie i ciocie, po czym dzień po dniu odkrywa, że nie. Nie zabiła go nuda, nie zabiły nadużycia władzy, nie zabiły niezrealizowane ambicje i brzydota architektury mazowieckiej, nie zabiła go byle jaka dieta i jeszcze go nie zabił siedzący tryb pracy. Nadal żyje mimo zdrad i niezrozumień, mimo zrujnowanej reputacji, która krąży gdzieś tam, poza jego mocą i wolą, która za zamkniętymi drzwiami snuje się jak smrodek z ust innych, niekoniecznie życzliwych. O tak, nieżyczliwość też go nie zabiła. Dzisiaj na przykład znów wstałam rano i znowu przebyłam godzinę po godzinie, cała i zdrowa wyszłam z tego przeżycia, nie wiedząc z góry zupełnie nic, o tym, co mnie czeka. O ósmej, bo wakacje, zadzwonił budzik, bolało mnie gardło, grube żaluzje blokowały świat zewnętrzny, więc mogło być i ciemno i jasno, pochmurno i słonecznie, zimno, deszczowo, sucho, kto wie. Kiedy mój chłopak pociągnął za sznurek przy oknie, objawił nam się krajobraz oszroniony i pozłocony porannym słońcem zarazem, pomarańczowo-niebieski. Internet w telefonie mówił, że czeka nas konfrontacja z minus trzema stopniami. Na śniadanie zjedliśmy kanapki z morelowym dżemem, zamiast masła rozsmarowaliśmy serek topiony. I pasztet był. I herbata. 

      A potem, kilka godzin później, pływałam we mgle, trochę pociągając nosem. Moje stopy zanurzone były w solankowej zupie o temperaturze ludzkiego ciała, moja głowa wynurzała się w warstwę jedenastostopniowej pary wodnej. Oglądałam ludzi. Dwie ponure kobiety, jedna biała, z wątłym kucykiem przyklejonym do mokrych pleców, druga śniada, Mulatka, siostry? Siedziały w milczeniu całymi godzinami wpatrując się w przestrzeń, obok siebie, ale każda pozostawiona z własnymi nieszczęściami. Piękna dziewczyna z wytatuowanym mięśniakiem, który nie mógł uwierzyć, że zdobył takie trofeum. Większość młodych mężczyzn tutaj wydawała się permanentnie zaskoczona, onieśmielona nieco wręcz, wspaniałością swoich partnerek. Potem podsłuchiwałam rozmowę dwóch księży. Leżeli w samych slipkach, całkiem cywilnymi brzuchami do góry, rozplaskani jak i ja wśród nasyconego solą powietrza tężni, na kamiennych ogrzewanych fotelach. Tak jak w każdej branży używa się charakterystycznego żargonu, ich rozmowa miała wplecione całkiem zwyczajnie, w całkiem już pewnie nieuświadomiony sposób, słowa przez nas, laików, przez nas, mieszczuchów, używane rzadko, wstydliwie, albo sarkastycznie, z przymrużeniem oka, z wyraźnie zaznaczonym dystansem. Niechętnie. Miłośc, braterstwo, Jezus. Czystość i grzech. Rozmawiali też o wątpliwościach, o zwątpieniu i przebudzeniu. I o seksie. 

      Jeden z księży, nie ten blady, rudo-ryży o obficie owłosionej klatce piersiowej, ten z pokaźną nadwagą, opowiadał o swoich najwstydliwszych myślach, o terapii, która pozwoliła mu wrócić do bezpośredniego kontaktu z Jezusem. Przebudzić się na nowo.

      Dopiero później ktoś mi uświadomił, że nie podsłuchuje się takich rozmów bez wyrzutów sumienia. A ja nie wiem. Nie do końca czuję intymność tych tematów, nie całkiem się zgadzam, że muszą należeć do jakiejś ukrytej dla obcych sfery, pogrzebanej za fasadą łatwiejszą do strawienia, czarno-białą. Wydają mi się konieczne. Skąd inaczej wiedzieć, że z Jezusem nawet ksiądz nie rozmawia bez barier, skąd pamiętać, że księża są ludźmi, że się boją swoich mniej łatwych i mniej atrakcyjnych wewnętrznych pejzaży, że szukają pomocy, że wątpią. Że błądzą. Bez tego, bez tej wiedzy, czy nie skończymy żyjąc w krainie fantomów, pomnikowych, nieistniejących postaci bez przypominającej nasz własny wewnętrzny świat treści? Przestaniemy się rozpoznawać w innych, bo inni będą łatwiejsi w odbiorze, jacyś tacy czystsi, bardziej konsekwentni, przewidywalni, mniej skomplikowani niż my? Nasze matki, aseksualne, anielsko cierpliwe, pozbawione własnych zainteresowań, potrzeb, ambicji, nasze matki nigdy nie zamarzą o trzepnięciu dziecka po pupie albo wywiezieniu go na miesiąc do jakiegoś specjalnego hotelu, gdzie można po prostu zapłacić za święty spokój, bez konieczności ponoszenia niekończących się emocjonalnych kosztów babcinej czy mężowskiej pomocy. Nasi szefowie i politycy nigdy nie będą gadać bzdur bez pokrycia. Nasi nauczyciele nie będą popełniać błędów ani uczyć się, bo doskonałość to ich cecha konieczna. A my, wstydliwie niepewni, żałośliwie przestraszeni, będziemy z trudem znajdować cokolwiek godnego dumy czy pochwały w sobie samych. Bo jak?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 grudnia 2016 22:10
  • niedziela, 04 grudnia 2016
    • Sabatical

      W tym miejscu, gdzie już brakuje słów. Mam liście, suche liście, ich szelest znajomy, weźcie mnie i przeprowadźcie na koniec świata, a będę za nim tęsknić, w tropikalnych skwarach i monsunowych duchotach, będę pamiętać niedawną jesień i wszystkie jesienie. W tym miejscu, gdzie już brakuje słów, pamięć zatacza kręgi, zafałszowuje chronologię. W tym miejscu zaburza się czasoprzestrzeń i wszystkie piewsze śniegi są tożsame. Zawsze i zawsze już skocznie w nich cieszy się pies, jego szczeniacze jego młodzieńcze jego podstarzałe, posiwiałe już uszy szybują w ekstazie i czasem nawet ja ją poczuję. A potem nagle wplątuje się w to wspomnienie, niezapowiedzianie, zdradliwie, inny śnieg, sprzed psa, też pierwszy, ale pierwszy mój. W miejscu poza słowami. Skrzypienie i rozdziewiczanie jego połyskliwej białości pikowanymi butami. Lubiłam ich lekkość niespodziewaną, tych butów.

      Z tego miejsca, gdzie nie mam słów, kawałka mapy, którego nikt nijak nie skolonizował, i może dobrze, z tego miejsca zupełnie nie rozumiem swoich ostatnich kilkunastu lat. Tych niby dorosłych decyzji - żeby siedzieć za biurkiem i się staczać w kłopoty z krążeniem, w kłopoty z ciśnieniem, w kłopoty z trawieniem, żeby się gapić w komputer, w tabelki budżetów i żeby drukarki, faksy, skany i maile zastąpiły mi cyrkularność i poetyckość prawdziwych żyć, które tymczasem działy się całkiem gdzie indziej.

      W tym miejscu, które niby paru osobom opowiedziałam, ale jezu, wstydzę się, jezu jak się go wstydzę, nie chcę już być dorosła, nie chcę spinać się wbrew ciału i wytrzymywać. Przestałam rozumieć po co. W tym miejscu czuję lęk nie do opisania przed tym, co w moich nobliwych biurach nazwano profesjonalizmem. Nigdy, krzyczy to miejsce, nigdy już nie rób sobie czegoś takiego, nigdy nie zapomnij kolegi, twój rocznik, dużo za wcześnie, który już stan przedzawałowy, zakrzepica, trzech koleżanek po załamaniu nerwowym, nigdy nie zapomnij jakie to uczucie wypalić się, zjałowieć, wypustynnieć w środku, być takim upiorem, zjawą, która z pozoru zadbana, ubrana, oczy otwarte, tak naprawdę śpi w środku, śpi i płacze i nienawidzi, bo nic więcej jej nie zostało. Przesypia wewnętrznie wszystko, co niekonieczne do przeżycia. Śmiechy przyjaciół. Łaskotki małej dziewczynki, która od kiedy poszła do żłobka, to rozśpiewała się, rozgadała, rozdokazywała. Nie znasz jej. Podobno jest twoją bliską rodziną.

      W tym miejscu wiem doskonale, czego mi najmocniej potrzeba i boję się najdotkliwiej, że to nie występuje. W tym miejscu kocham i nienawidzę, krążą w nim, krążą, wszyskie rozpacze złamanych serc i euforie odwzajemnionych czułości, cała błogość ufania komuś, kto dał mi przywilej bycia blisko. Wszystkie imiona wszystkich osób, niech im się wiedzie, niech im będzie dobrze i lekko, które kiedykolwiek szły obok mnie swoją własną ścieżką, mam szczęście, tych imion trochę było.

      W tym miejscu dzisiaj pamiętam wszystkie straty, spiralą wspomnień schodzę coraz dawniej, chomik, który umarł, praca, z której musiałam odejść, były mąż, który już zawsze będzie były, który niedawno się do mnie po latach odezwał, straty, utraty, podobno trzeba się ćwiczyć w traceniu. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 grudnia 2016 20:25
  • niedziela, 13 listopada 2016
    • Gołąbeczki

      Nie mogłam oderwać oczu. Podobały mi się te krótkie momenty potajemnych powłóczystych spojrzeń. Jedno z nich rzucało okiem na drugie, ukradkiem, sprawdzając. Między krótkimi sekretnymi zerknięciami następowały dłuższe wypowiedzi, skonstruowane z niezrozumiałych jeszcze, ale naśladowanych z zaangażowaniem odłamków dorosłych słów i gestów i min. Dziecinne twarze składały im się w surowy, stanowczy, ekspercki wyraz. Wyrzucali z siebie słowa w przestrzeń, bez kontaktu wzrokowego. Monologi mentorskie, spod których wyziewały zbyt często kanciaste nastoletnie ruchy, gimnazjalna podległość narzuconym autorytetom - klasówki, dzwonki na lekcje, prace domowe. Dziecinnie głodne zachwytu twarzyczki. Wielkie oczy tej ciemnowłosej dziewczyny, jej sweterek z suwakiem, który mówił, że jakaś mama się nią dobrze, czule opiekuje, opatulona, ukochana. Chłopak, trochę pryszczaty, trochę szczerbaty, zaniemawiał momentami z niedowierzania, że ktoś taki kimś takim może się zainteresować. Zerkali. Zbliżali ku sobie wtedy głowy, zwracali ku sobie ciała. Na sekundeczkę wykradzioną, prawdziwą. Gołąbeczki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 listopada 2016 09:19
  • piątek, 04 listopada 2016
    • Chrapała

      Cicho. Pochrapywała cicho, odwrócona twarzą do ściany, owinięta ściśle kosmatym brunatnym wełnianym kocem. Spod koca widać było jej pięty i kawałek łokcia, burosiwe kosmyki posklejane potem. Kiedy tak leżała, bezbronna, w jej kruchości nareszcie mogłam odetchnąć. Patrząc na jej nieświadome ciało, już nawet nie chciałam walczyć ani uciekać. Przestały mi towarzyszyć mordercze fantazje ani też marzenia o jakimś alternatywnym życiorysie. Były przecież takie dni, kiedy każdy ostry, każdy ciężki przedmiot wydawał się mieć szczególną moc przyciągania. Nożyczki, tasak, tłuczek do mięsa, nóż do masła, pogrzebacz, wiertarka, suszarka, młotek, miotła, patelnia, tyle jest w każdym gospodarstwie domowym potencjalnych narzędzi zbrodni. Pochrapywała jak małe dziecko. Przez chwilę byłam razem z nią tu gdzie rzeczywiście byłyśmy, nie musiałam wychodzić z własnego ciała żeby tylko nie stawiać czoła obezwładniającym falom nienawiści.

      Zrób gościowi herbatę. No gdzie jesteś? W toalecie? Znowu? Chora ciągle jesteś, przecież nie można tak ciągle być chorym. Nie tą ściereczką, ta jest od talerzy, tamta z boku pieca jest do rąk. Przyniosłaś mi już te marchewki z komórki? A pamiętałaś o jabłkach? Przecież ci mówiłam, żebyś przy okazji przyniosła też jabłka. Nie mówiłam? Mówiłam. Przecież mówiłam, nie kłam. To przyniesiesz jabłka jak będziesz następnym razem szła. Ze śmieciami. Albo z psem jak będziesz wychodziła. Do sklepu możesz od razu pójść, kefir mi kupić, tylko uważaj na tę pijaczkę za ladą, bo oszukuje na wydawaniu reszty. I nie rozmawiaj z Cygankami. A jakbyś w kiosku była to zdrapkę. Tylko nie tamtą, którą mi kupiłaś ostatnio, bo ja tamtej nie lubię. Nigdy nic nie wygrywam. Tamtą, nie pamiętam jak się nazywa, taką z chmurką albo biedronką. Zapytaj kioskarki. Tylko niech cię nie naciąga na długie rozmowy, bo ci zacznie opowiadać o córce w szpitalu, zięciu w więzieniu, co to go niesprawiedliwie wsadzili, a przecież wiadomo, że to złodziej był, więc jeszcze będzie od ciebie chciała pożyczać pieniądze, ty jej nic nie pożyczaj. I Super Ekspres od razu kup. Nie, nie musisz natychmiast teraz iść. Jak nie zapamiętasz, to sobie zapisz na karteczce. Nie ten talerz. Weź półmisek. Lepiej ci było jak miałaś krótkie włosy. I jak byłaś na diecie, szczuplejsza byłaś, ładniej na tobie ubrania leżały. Jakbyś trochę schudła, to może byś sobie jakiegoś pana nareszcie znalazła.

      To się nigdy nie kończyło. Słowa wylewały się z niej jakby musiała zdążyć je wszystkie z siebie wypluć zanim zabierze ją czas i entropia. Jakby musiała dać czemuś świadectwo dopóki jeszcze działa jej przepona, płuca, tchawica, struny głosowe. Jakby świadka potrzebowała. Mówiła do mnie słowami wszystkich starszych kobiet, które kiedykolwiek w jej życiu zwracały się do kobiet młodszych i malowała mi tymi słowami swój los. To nie o mnie było, wiedziałam, to o niej. Opowiadała mi tym kompulsywnym monologiem wszystko, co przeżyła, cały krajobraz swoich doświadczeń, jak leci, bodziec po bodźcu, rzygała słowami, które koślawo jakoś to wszystko, niedoskonale i niezrozumiale wyrażały. Nie wiedziałam, co chce ode mnie oprócz tego może, że to ja w siebie miałam wziąć jej ból, wziąć i ulżyć. Jak celtycki zjadacz grzechów miałam wessać wraz z jej słowami wszystkie krzywdy nagromadzone przez lata, gorycz i rozpacz i smutek i żal po utracie. Furię i bezradność i lęk. Patrzyłam na nią tępo, wlewały się we mnie jej kolejne emocje, stanowiłam tylko bierne naczynie na jej treść. Przestałam już czuć cokolwiek. Samą siebie przestałam.

      Chciałam. 

      Chciałam czuć. Chciałam jej współczuć kiedy kaszle, kiedy się krztusi gwałtownie. Chciałam nie być robotem, nie wykonywać tych pięknych, pełnych troski czynności machinalnie, bezmyślnie, chciałam mieć wybór a nie nawyk, wolność, a nie przymus. Chciałam żeby mnie pchała w jej stronę prawdziwa i głęboka więź, mus pomagania, coś spontanicznego i prosto z serca. Chciałam chcieć jej się rzucić na pomoc kiedy jedzenie za słone, kiedy mięso za suche, kiedy ksiądz ma kochankę, a burmistrz skorumpowany, kiedy pogoda wywołuje migrenę, kiedy nie spała całą noc i nie działały jej proszki na puchnięcie nóg ani tabletki na ciśnienie, kiedy bezwładnie szurała stopami, powłóczyła ledwo mozolnie próbując przemieszczać się po własnym mieszkaniu, kurczowo trzymając się rogów mebli, stołu, kredensu, futryny, wieszaka. Chciałam patrzeć na nią, być zalewana przez czułość, przez sympatię. Lubić ją chociaż trochę, tak jak się lubi kulawego, zaniedbanego zwierzaka, z ciepłego balsamicznego miejsca w głębi brzucha ją lubić. Tam, gdzie kiedyś we mnie mieszkała opiekuńczość, dzisiaj na mapie emocji stała pustynia. Sucha, jałowa, przegrzana, targana na przemian burzami wściekłości i poczucia porażki. Jestem tu, stoję, budzę się rano, machinalnie wykonuję ruchy dobrej opiekunki, ale w środku wypełnia mnie żrący kwas. Mam zgagę.

      Zgaś tę muzykę, głowa mnie od niej boli, w uszach huczy, chcesz żebym znowu nie mogła spać? Dzwoniłaś do Nowaka? Niech jednak przyniesie te niepryskane jabłka, z sadu za domem, tego, w którym dla rodziny hoduje jabłonie, nie na sprzedaż. Nie będziemy jeść pryskanych. To zadzwoń jeszcze raz. A, i kazałam Agacie nie przychodzić, bo mi kradnie perfumy, poza tym czuć od niej alkoholem, więc nie będzie już u mnie sprzątać. Kto będzie sprzątać? Nie wiem, coś się wymyśli. Że samo się nie wymyśli tylko ty będziesz musiała wymyślić? Wychodzić, wyprosić? I zapłacić? Nie przesadzaj. Powinnaś zrobić prawo jazdy. Mogłabyś jeździć do miasta na zakupy, nie przepłacałybyśmy tutaj w sklepach. Tam w tych supermarketach jest taniej. Chociaż ostatnio przywiozłaś przecież śmierdzącą rybę, sprzedali ci nieświeżą, więc i tam nieuczciwie sprzedają, trzeba wszędzie uważać. Możesz dzisiaj rozmrozić wołowinę mieloną na obiad, zrobić coś. Co uważasz. Najlepiej makaron. Bo na kotlety nie mam ochoty, ostatnio bolała mnie po nich wątroba, były za tłuste. 

      Pochrapywała nierówno, nieregularnie. Czasem jej się wyrywało charczenie, czasem jakiś szum prosto z gardła, czasem tylko westchnienia leciutkie wyfruwały i natychmiast rozpływały się w ciężkim od deszczu powietrzu. To ten deszcz pewnie ją zmógł. Oparłam się o ścianę i nie wiem nawet jak, nie wiem kiedy ześliznęłam się po niej i teraz siedziałam na podłodze. Nie potrafiłam przestać patrzeć jak podnoszą się i opadają jej szerokie plecy. Odziedziczyłam je po niej. Ten moment był dla mnie. Tylko teraz potrafiłam ją znowu zobaczyć taką, jaką była kiedyś, u szczytu życia, kiedy mi się jawiła wielka, spektakularna, niedościgła. Kiedy pełna zachwytu chciałam być blisko niej, trzymać jej rękę, pławić się w jej kobiecym cieple, przytulać do miękkiego brzucha, do obfitych piersi, słuchać jej słodko-krwawych, sprytno-zabobonnych bajek z morałem na wieczór. Jeść jej pierogi, setki od serca faszerowanych ziemniakami pierogów. Słuchać strofowania, że źle lepię i rozumieć, że dostaję tym samym prezent, rodzaj wyprawki na resztę życia. Terminuję u niej, a ona mnie uczy jak przetrwać, jak zdobyć życiodajne zasoby - pożywienie, opiekę, uwagę i miłość.

      Pochrapywała. Stara, niemożliwa despotka. A ja w ciemności siedziałam i pozwalałam kojącemu mrokowi, szumowi deszczu zniekształconemu przez szyby okienne wypłukać się doszczętnie ze wszystkiego, byłam nagle przejrzysta, pusta, pozbawiona zawartości i dobrze. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 04 listopada 2016 22:37

Kalendarz

Kwiecień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl