Kucharka Zen

Wpisy

  • czwartek, 12 lipca 2018
    • Delikatność

      Przyglądam się ostatnio delikatności. To nie jest łatwe, bo od paru dekad spieszę się dokądś i piętrzę zadania i udowadniam i staram się i napinam i ścigam. Czasu nie mam. Uwagi brakuje. Żadna z tych rzeczy nie sprzyja obserwacjom łagodności i ciepła, bo delikatność, tkanka łączna między żywym istotami, podtrzymująca życie i karmiąca, bo czułość mieszka w miejscach, gdzie wszystko dzieje się powoli. Jej rodzeństwem syjamskim jest spokój błogi i prostota kojąca i krystaliczna trzeźwość. Tyle skarbów kryje się po drodze do pracy. Dwadzieścia minut spaceru i facet w kawiarnio-butiku robi mi kawę, a ja hamuję na tyle (okej, spóźnię się przez to czterdzieści minut do biura i odpracuję to po południu), że go trochę wysłucham. I dowiem się, że jego żona jest etnolożką i że mieszkała w Australii i w Kanadzie i że badała opowieści lokalnych plemion gdzieś za kołem podbiegunowym, prawie sobie odmrażając  w apogeum tej przygody conieco. I zobaczę po drodze stłuczkę roweru z samochodem, po której kierowca wyjdzie, pomoże cykliście wstać, otrzepie go, obejmie, przeprosi i zapyta, czy wszystko w porządku. A niedaleko pracy wiewiórka zgubi drogę z powrotem do parku rodzimego i stanie zdezorientowana na chodniku przed moim rowerem, a ja jej opowiem jak wrócić, a ona popatrzy na mnie wzrokiem zdziwionym i odejdzie szukać domu sama, bo przecież mówię obcym językiem. I cienie i chmury i odblaski. Psy i koty. Dzieci na hulajnogach. Sezonowe owoce błyszczące w słońcu. Szum liści sympatyczny zaskakująco.

      Pogubiłam się.

      I nagle się okazuje, że odnaleźć się znaczy przyznać jak bardzo byłam zgubiona. Jak wiewiórka stojąca pod kołami mojego roweru i ja odmawiam przyjęcia instrukcji, ignoruję drogowskazy. Bo po drodze prawda zaboli, wkurwi. Dopiero potem uwolni.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 lipca 2018 15:10
  • niedziela, 08 lipca 2018
    • Podmiotowość

      Skończyłam właśnie czytać książkę o Marii Montessori i jej metodzie pedagogicznej, która zakłada, że dzieci mają naturalny i bardzo silny instynkt uczenia się, rozwoju i interakcji z otoczeniem. Że jeśli stworzyć im bezpieczne i stymulujące środowisko, gdzie nauczyciele nie dyscyplinują, nie przeszkadzają, nie skupiają zbyt dużo uwagi na sobie, ale są uważni, obserwują, pomagają, zachęcają do samodzielności, w rezultacie dzieci robią błyskawiczne postępy i rzadko sprawiają problemy swoim zachowaniem. To maksymalny skrót metodyczny, duże uproszczenie, ale nawet teraz czytając ten swój skrótowy opis nie mogę uwierzyć. Nie potrafię zaakceptować faktu, że nie odwrócę swojego raz a dobrze zrujnowanego peerelowską szkołą dzieciństwa. Że późniejsze szczepionki w postaci pobytu w amerykańskim liceum, międzynarodowym college'u, a potem dwa angielskie uniwersytety, nie dały mi odporności na polskie piekiełko, do którego wróciłam, a które tkwi w nieustającym sprzężeniu zwrotnym z autorytarną, narcystyczną tradycją szkolnictwa, bo taką mamy kulturę, bo tak nas formowano.
      W przedszkolu i szkole mojego dzieciństwa jedliśmy, spaliśmy, sikaliśmy, bawiliśmy się i uspokajali w rytmie narzuconym przez dorosłych, pod sankcją kar dyscyplinarnych i publicznych poniżeń. Szkoły urządzone były nie dla nas i nie przez nas. Ciasne ławki wymyślono dla wygody nauczających. Wielogodzinną bierność, przymusową ciszę i nieruchomość dzieci wprowadzono pod hasłem "dyscypliny", ale w gruncie rzeczy po to, żeby nas zmieścić więcej w dusznych, ciasnych, sraczkowatych klasach. W podstawówce nie trzeba nas było nawet szczególnie dyscyplinować. Dręczyliśmy się rówieśniczo nawzajem. Głos, autorytet, wpływ i kontrolę dostała tylko jedna osoba - pedagog. Wielogodzinne monotonne monologi musiały wystarczyć. Nie było filmów, obrazków, historyjek, rekwizytów, gier, projektów ani symulacji. Nie było pracy zespołowej, czyli tego wszystkiego, co by nas zaangażowało, zainteresowało, zintegrowało, zaispirowało do dalszego rozwoju. Zamiast tego szczuto nas na siebie nawzajem systemem numerycznych ocen i przebrzydłą, bezlitosną "normą rówieśniczą". Ktoś gdzieś w kuratorium postanowił, czym i na jakim etapie będziemy się WSZYSCY interesować, identyczni i podobnie wszechstronni, rozwijający się wzorcowo, według algorytmu wziętego (za przeproszeniem) z dupy. Bo skąd inąd jeśli jeszcze żadne zwyczajne żywe prawdziwe dziecko w historii do niego nie pasowało?
      Przez całe lata próbowałam zintegrować jakoś - zrozumieć i przetrawić - swoje zagraniczne edukacyjne doświadczenia. Dopiero parę dekad później - najpierw jako nauczyciel, potem metodyk i trener czytałam żarłocznie, dokształcałam się, robiłam kursy i szkolenia, studia podyplomowe, poszłam też na psychoterapię - dopiero parę dekad później zrozumiałam i poczułam, co to jest podmiotowość. I że to o podmiotowość właśnie chodziło, towar rozpaczliwie deficytowy w polskim szkolnictwie, a co za tym idzie - w polskich instytucjach, miejscach pracy, rodzinach. Ta kombinacja otwartości, uważności, szacunku i zaufania do drugiego człowieka. Niewiele spotkałam osób, które tak potrafią traktować drugiego, ale spotykam ich coraz więcej. Aktywnie ich szukam, bo chociaż całe moje dorosłe życie było rodzajem spłaty duchowego długu, z wdzięczności rodzicom, którzy mnie wywieźli do zagranicznych szkół i pozwolili poczuć różnicę między człowiekiem wolnym a człowiekiem uwięzionym w opresyjnych relacjach, uczyłam innych próbując nie odbierać im podmiotowości, zmęczyłam się.
      Zmęczyłam się służbą społeczeństwu, która nie jest zrównoważona tak samo podmiotowym traktowaniem dla mnie samej. Moi pracodawcy - w szlachetnej feudalnej tradycji - wymagali, wyśmiewali i opierdzielali na przemian. Ostatnio na warsztacie, kolejnym, na który się zapisałam za własne pieniądze żeby doznać egalitarnej, życzliwej, bezprzemocowej i sprzyjającej rozwojowi atmosfery w grupie, spotkałam dziewczynę, która uczy w demokratycznej szkole. Opowiadała, że to piękna instytucja, oparta na pięknych ideach, gdzie ucznia traktuje się cudnie, ale nauczyciela już nie. Opowiadała, że bezprzemocowość kończy się tam, gdzie zaczyna się hierarchia zawodowa, bo tam panuje najzwyczajniejsza pańszczyzna.
      Myślę, że powoli dobiega końca mój najdłuższy i najgłębszy osobisty kryzys.zostanie mi po nim śladowy posmak goryczy, bo zmieniamy się na lepsze, ale powoli, bo za mojego życia być może już zawsze będę musiała mozolnie sama szukać środowisk, które zamiast zgnoić, podbudują i wzmocnią i podholują trochę w górę. Gorycz. Bo być może nigdy nie rozmontuję w sobie żelbetowych nawyków z autorytarnej szkoły, która latami mordowała we mnie ruchliwość, ciekawość, inicjatywę, towarzyskość i pomysłowość. Wewnątrzsterowność i poczucie sprawczości, zaufanie do siebie i innych. W ich miejsce dostałam implant z obezwładniającego strachu i bezrefleksyjną zależność od instytucjonalnych "autorytetów". Dużo mnie kosztowało i dużo będzie kosztować rozmontowanie tego gorsetu posłuszeństwa. Mam nadzieję, że starczy mi życia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Podmiotowość”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 lipca 2018 16:38
  • sobota, 16 czerwca 2018
  • niedziela, 03 czerwca 2018
    • OPR: Zanim zdiagnozujesz u siebie depresję...

      "Zanim zdiagnozujesz u siebie depresję albo niską samoocenę, sprawdź najpierw czy aby nie otaczasz się dupkami." Cytat przypisywany na przemian Zygmuntowi Freudowi i Williamowi Gibsonowi, ale w rzeczywistości stworzony przez osobę o nicku @debihope na Twitterze.

      Przebłysnęło i znikło, ale wróci. Przebłysnęło, zarejestrowałam to, odrobina nadziei, krótkie spięcie neuronów o podnoszącej na duchu treści, wgląd w przyczyny mojego wieloletniego przygnębienia. Nadzieja, nadzieja, nadzieja. Bo, widzicie, ja po prostu nie chciałam tak dalej żyć. Żyć chciałam jak najbardziej, oddychać, chodzić, myśleć, czytać, gotować, jeść, rozmawiać, śmiać się, bawić, tańczyć, pracować, osiągać, obserwować, spać i śnić, marzyć, robić postępy, być. Bardzo chciałam. Tylko nie na trajektorii, którą zaprogramowałam lata temu, nie na ścieżce, którą podążałam od dekad. Nieaktualnej, ponad siły męczącej i w gruncie rzeczy straszliwej. Nie chciałam się dręczyć, poświęcać, wytrzymywać bez przyjemności, nie chciałam znosić cierpliwie, odraczać, ustępować i rezygnować. Nie chciałam przełykać rozczarowań, bo przecież kiedyś ktoś, a tak naprawdę nigdy nikt. Już tłumaczę, o co chodzi.

      Cała rzecz złożyła mi się do kupy dziś rano. Poszłam na swoje ulubione zajęcia Fat Burning. Nie było zbyt dużo dziewczyn, ale jakoś ciasno się zrobiło, bo nie ustawiłyśmy się na sali racjonalnie. Ktoś dyszał mi w same plecy, tuż przede mną i obok mnie tłum dziewczyn, tak jakby nie patrzyły wokół, jakby uznały, że ktoś inny ustąpi. Uznałam swoje prawo do strefy komfortu i poprosiłam dziewczynę skaczącą tuż za mną, żeby się przesunęła do tyłu. Naprawdę przesadziła z bliskością (jak ci ludzie, którzy stoją tuż za wami w kolejce do kasy w supermarkecie, wjeżdżają wam w tyłek swoim koszykiem, zaglądają przez ramię w listę zakupów, ignorują kulturową przestrzeń osobistą, która większości ludzi wydaje się oczywista). Dziewczyna popatrzyła na mnie wilkiem. No tak, opierdzieliłam ją, więc jestem zła. Ale wycofała się nieco, żeby po pięciu minutach znów ziać mi do ucha. 

      Nie powinnam narzekać. Ostatnio do pustego autobusu wtoczyła się pani, która od razu z pretensją kazała mi usunąć swoje liczne tobołki z siedzenia obok, bo właśnie ten fotel sobie upatrzyła. Zebrałam koc, plecak, torbę i łubiankę pełną truskawek w piętrową wieżę na kolanach i pod nogami, ale zapytałam, czy nie byłoby dla niej problemem spróbować jednak usiąść gdzieś indziej (cały cholerny puściutki autobus, klimatyzacja i luksus). Rzuciła z goryczą i pogardą (nie domyśliłaś się, suko), że ma kłopoty z chodzeniem i nie będzie piąć się na schodek, czego by wymagało zajęcie większości pozostałych wolnych miejsc. Rozumiem kłopoty z chodzeniem, ale powiedziałam pani, że nie znam jej i nie potrafię zdiagnozować jej przypadłości z samego pierwszego wejrzenia, po czym przewidzieć, że się zeźli na mnie, bo telepatycznie nie spełniłam jej potrzeb zanim nawet wsunęła stopę z przystanku do pojazdu.

      Znam te pretensje. Te milczące przepychanki. To oczekiwanie, że rozstąpi się przede mną tłum i umożliwi mi bezbolesne, bezwysiłkowe życie. Znam tę nadzieję, że moja delikatność, czujność na innych i ich potrzeby, moje ustępowanie, schodzenie z drogi, czytanie między wierszami, że to zaprocentuje i świat mi się odwdzięczy tym samym (dupa). W siłowni to mnie zalała pretensja, że dziewczyny, tak jak się to na ogół dzieje z dziewczynami w przestrzeni publicznej, nie rozsunęły się same i nie zrobiły mi miejsca. Może nie mam prawa tego milcząco wymagać, ale mam prawo zwerbalizować swoją potrzebę komfortowej przestrzeni i poprosić grzecznie o umożliwienie mi ćwiczenia bez ryzyka, że komuś niechcący wybiję zęby albo ktoś zrobi to mnie. Tak zrobiłam. Grzecznie. Spokojnie. Bez gierek i manipulacji. Dostałam za to wzrokiem pełnym nienawiści. Ten sam wzrok chciałam zafundować pani w autobusie, ale uznałam, że mam lepsze sposoby spożytkowania swojej energii, uznałam też, że to może taka karma, za wszystkie lata, kiedy zachowywałam się podobnie do pani, kiedy nie rozróżniałam własnych wewnętrznych stanów od otoczenia, kiedy od świata zewnętrznego żądałam skonfigorowania się tak, żeby to mnie było wygodnie. Z pretensją i goryczą, bo ja się tak mocno poświęcam. Ale.

      Ale to i tak przedziwna sprawa, to takie wybuchanie w przypadkowych momentach, wobec osób, które nie stanowią przesadnego zagrożenia, opierniczanie się nawzajem przez baby wściekłe, że je ciągle ktoś opiernicza, te kobiety w średnim i starszym wieku, z narosłą latami pretensją do świata, który z kolei do nich miał ciągle pretensję. To dziwna sprawa kiedy tak się nam wszystkim w głowie pomiesza, tak się wokół naszych prostych, zwyczajnych potrzeb zrobi skomplikowany, wielopiętrowy bałagan, że nie potrafimy powiedzieć wprost, tylko się uciekamy do opierdzielu.

      Bo opierdziel to bohater mojego dzisiejszego wpisu. Przedwczoraj opierdzieliła mnie pani w 195, dziś rano ja opierdzieliłam dziewczynę na siłowni. Kiedy w zeszłym tygodniu poprosiłam panią z parteru żeby nie kosiła kosiarką ogródka w niedzielę, bo ja tylko niedzielne popołudnie mam na odpoczynek, wściekła się i wyrzuciła z siebie pretensję, że ona nie ma kiedy kosić, a ja jej w życiu przeszkadzam. Moje potrzeby kontra twoje potrzeby i najtrudniej, najtrudniej, najtrudniej powiedzieć coś wprost i bez agresji.

      Nie mam nawet siły wchodzić w temat systematycznego i systemowego ignorowania kobiecych potrzeb. Ostatnio BBC opublikowało artykuł, w którym opisało zbiorczo kilka różnych badań. Według tych badań kobiety, które idą do lekarza z niejednoznacznymi objawami diagnozowane są wolniej i dłużej od mężczyzn. W przypadku niektórych chorób to różnica kilku miesięcy. W przypadku innych - całe lata (diagnozy chronicznych, autoimmunologicznych chorób potrafią zająć 6 lat dla panów i 12 dla pań). Niektóre kobiety nie dożywają ostatecznej diagnozy. Całe tabuny kobiet słyszą, że są przewrażliwione, że histeryczne, że nie potrafią zarządzać stresem, że za bardzo się przejmują, że to psychika, że na pewno depresja. Między 40 a 60% kobiet ze zdiagnozowaną depresją okazuje się chorych na co innego, a depresja jest tylko naturalnym efektem ubocznym gehenny tułania się po lekarzach, niepewności, co się z nimi dzieje fizycznie i poczucia spektakularnego niezrozumienia oraz obojętności systemu.

      Jeszcze bardziej wstrząsające badanie, również opublikowane przez BBC, sprawdzało jak szybko matki reagują na płacz dzieci płci męskiej i o ile dłużej zajmuje im reakcja na taki sam płacz dziewczynek. Naukowcy uznali, że skoro matki systematycznie ignorują wołanie swoich córek, a synami zajmują się od razu, być może podświadomie od najmłodszych lat chcą córki uczyć, że życie jest ciężkie, niewdzięczne i żeby się nie spodziewały, że świat odpowie na ich potrzeby. Takie kwiatki. Zanim zdiagnozujesz u siebie depresję, sprawdź czy aby na pewno nie masz powodu do przygnębienia, bo ludzie wokół ciebie zachowują się trochę do dupy.

      No ale nie o tym ten wpis tylko o opierdzielach. Na siłowni nasza instruktorka była chyba w złym humorze, bo wyjątkowo bezlitośnie drwiła z rozmaitych błędów, które popełniałyśmy. Anonimowo wyśmiewała pomyloną lewą i prawą, ramiona za nisko, krok zbyt rozbudowany (to nie Zumba! Po co tańczycie Zumbę?). Nie wiedziałam, czy to do mnie, czy do kogoś innego, ale na wszelki wypadek zaczęłam przestępować z nogi na nogę prosto i topornie, bo to nie Zumba, podniosłam ramiona i sprawdziłam, którą ręką macham. Chyba opierdzielała kogoś innego, ale i tak poczułam się kolektywnie zbesztana i pomyślałam, że mi wystarczy. Bo, widzicie, dokąd nie pójdę, ktoś mnie ciągle w moim kraju beszta. Pani w sklepie, że nie mam równo odliczonych pieniędzy. Pan na ulicy, że go nie zobaczyłam tyłem głowy i nie ustąpiłam, wymagając od niego wysiłku wyminięcia mnie. Pani w kawiarni, że w ogóle jakiś klient się pojawia, a ona jeszcze nie jadła śniadania. Pani w przychodni, że nie domyśliłam się, gdzie jest wieszak na kurtki (nie było informacji, znów zawiodła telepatia), pani w autobusie, że życie jej nie oszczędzało, moja babcia, że świat jest przerażający, przyjaciółki, że się nigdy nie możemy spotkać kiedy spontanicznie dzwonią, że mają akurat czas za pięć minut, szef, że nikt (czyli on) nie wytłumaczył mi zakresu obowiązków, koleżanki że zadaję za dużo pytań, albo za mało, albo w sam raz, były chłopak, że byłam chora i że chciałam żeby mniej więcej się określał kiedy będzie w mieszkaniu, za które nie płacił czynszu. Były mąż, że mi przeszkadza, że jest alkoholikiem.

      Czasem mam wrażenie, że ten cały blog jest o tym. Mój ojciec - kiedy jeździ samochodem - wrzeszczy na innych kierowców i denerwuje się kiedy łamią przepisy. Od czterdziestu lat tak robi, aż wreszcie ostatnio go spytałam, dlaczego od czterech dekad reaguje dokładnie na te same sytuacje jakby to był niespodzianka. Przecież doskonale wie, że tak będzie. Mieszkamy w Warszawie, ludzie jeżdżą nieprzytomnie albo po kowbojsku - zawsze tak było i jeszcze długo tak będzie, szkoda jego nerwów, szkoda jego wielkiego, wieloletniego dnia świstaka. Szkoda życia.

      Jak zwykle najpierw wypowiadam wielką mądrość do kogoś, długo zanim zobaczę jak się ma do mojego ułomnego życia i niedoskonałego mózgu. A ma się. Co to za niespodzianka od 41 lat, że w Polsce opierdziel, straszenie, szantaż albo wmawianie poczucia winy to dyżurna technika wywierania wpływu tak, żeby drugi człowiek wziął pod uwagę nasze potrzeby. Powinnam być świetnie obeznana z tym faktem i mieć na niego stuprocentową odporność, bo tak było zawsze i jeszcze długo tak będzie. Więc kiedy opienicza mnie kolega z pracy, że się nie uśmiecham (po co mu i na co  fałszywy uśmiech osoby, która przez masywną migrenę czuje pulsujący ból zęba?), to nie o mnie. To nic nowego. Więc kiedy grupa, której odwołuję z trzygodzinnym zapasem regularne zajęcia co do jednej osoby pisze mi pełne pretensji maile (prawie już wychodziłam z domu / zobacz na zdjęciu - sfotografowałam jak pocałowałam klamkę / chciałem z tobą o czymś pogadać, a teraz będę musiał napisać maila / nie lubię tracić zajęć, itp itd), a nikt zupełnie nie zapytał, czy wszystko u mnie w porządku, może wypadek miałam albo chora jestem - to żadne zaskoczenie. Kiedy mój najemca pisze mi sms-a (pani korespondencja ZNÓW ZALEGA  w skrzynce), coś między opierdzielem a wyrzutem sumienia - jadę opróżnić skrzynkę i widzę, że to głównie reklamy i że zaleganie nie stanowi dla najemcy kłopotu, bo moje listy nie zajmują nawet ćwierci skrzynki - to norma, to coś zwyczajnego i międzyludzkiego, nic osobistego, on tak ma, cały naród tak ma, moje życie to slalom, którego znaki przestankowe stanowią zbesztania, groźby i manipulacje, a ja od czterdziestu lat przekonana jestem, że coś zrobiłam nie tak.

      Najwyższa pora wypocić, wypłukać, wydetoksować z organizmu cudze opierdzielanie jako część mojej tożsamości. Prawie całe życie spędziłam dotąd unikając wyrzutów, bo bolą. Traktowałam wasze potrzeby poważnie, poczciwina, próbowałam was wszystkich ugłaskać, zadowolić, uprzedzić potrzeby żebyście nigdy nie musieli się mną specjalnie przejmować. I dupa.

      Najwyższa pora zrozumieć, że liczba OPRów, jakie w życiu zebrałam nie świadczy o mojej niekompetencji ani o złu we mnie tkwiącym. Traktowałam was, moi bliźni, śmiertelnie poważnie, ale chyba nie należy. Nie do końca, nie kiedy nadużywacie czegoś, co jest przemocowe, nadużyciowe, mam prawo to zignorować, wyśmiać, spokojnie wyperswadować, mam prawo odejść i nie wracać, mam prawo zirytować się i nie lubić tego zachowania. Mam prawo nie chcieć tak dłużej żyć. Od pretensji do pretensji. Od zbesztania do zbesztania, jak wańka-wstańka-furiatka, która wmawia sobie entuzjazm, a narasta w niej niechęć. To nie w porządku tak po mnie jechać i nie ma żadnego powodu żebyście to robili. 

      Harvard Business Review przeprowadził duże badanie dowódców w amerykańskiej armii. Przeanalizował opinie wystawiane przez przełożonych podwładnym - mężczyznom i kobietom. Mężczyźni dostawali informacje zwrotne, które zawierały trzy do czterech razy więcej pozytywnych niż negatywnych przymiotników. Kobiety dostawały informacje zwrotne, które zawierały trzy do czterech razy więcej negatywnych niż pozytywnych przymiotników. Te nieliczne pozytywne miały niewiele wspólnego z kompetencją (ciepła, entuzjastyczna, energiczna). Żeby nie badać tylko subiektywnych opinii, HBR zmierzył obiektywne osiągnięcia badanych podwładnych - testy fizyczne i intelektualne, mierzalne efekty ich pracy (np. zdobyte kontrakty, sprzedane produkty, projekty, które zakończyły się na czas i z sukcesem). Obie płcie dawały sobie radę na tym samym obiektywnym poziomie.

      Świat zewnętrzny stanowi skrzywione lustro. Poruszam się po nim szukając przyjaznych punktów odniesienia, ale regularnie dostaję od niego po dupie, po mordzie, po nerach. Czasopisma kobiece opierdzielają mnie, że jestem za gruba, kochankowie, że nie mam wydepilowanych okolic bikini, mama że nie wyprasowałam spódnicy, przełożony że nie rozumiem jego niejasnego maila. Brałam was poważnie. Uwewnętrzniałam swoje odbicia w waszych oczach. Teraz muszę się nauczyć mierzyć i ważyć siebie jakąś wewnętrzną aparaturą mierzącą. Teraz muszę wbudować sobie w duszę permanentny dystans i przymrużenie oka, zniecierpliwioną życzliwość, pełną dystansu empatię, beznamiętność mistrza zen, który regularnie odpoczywa od ludzkich bzdur w samotności.

      I tyle. Zanim zdiagnozujesz u siebie depresję i niską samoocenę, zastanów się, komu i dlaczego pozwalasz być swoim lustrem, znajdź w sobie własny miernik, spróbuj stwierdzić poziomem wkurwu i goryczy czy przypadkiem nie dałaś otoczeniu jeździć po sobie jak po łysej kobyle, czy nie nagradzałaś potulnością i posłuszeństwem podłości, czy nie kładłaś po sobie uszu kiedy ktoś cię nadużywał, ignorował, wymuszał, zastraszał. Zastanów się też, na co na pewno nie masz siły - czy na ten dodatkowy wysiłek, którym jest zadbanie o swoje potrzeby, zakomunikowanie ich jasno i prosto światu, brak zgody na ich ignorowanie - czy może to, co dotąd - posępne zapadanie się w bezradność kiedy świat - uchachany i zadowolony z siebie - opierdziela cię za to, że śmiesz mu przeszkadzać, a potem idzie dalej, zostawiając cię w tyle. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 czerwca 2018 14:22
  • środa, 30 maja 2018
    • Życie zapisane w ciele

      Początkowo mnie to martwiło. Ta cisza, która we mnie nastała, ta niechęć do zgiełku, to znużenie rozmowami. Wszystko, co dotąd sprawiało mi radość nagle wydało mi się śmiertelnie męczące i zabójczo nudne. A przecież ja uwielbiałam gadać. Wiecie ile ja lat z lubością przekonwersowałam? Czy to były zmarnowane lata? Czy może istnieje limit gadania i ja swój - tak jak limit klubowego imprezowania i limit picia alkoholu i limit żywienia się kanapkami, drożdżówkami oraz kawą - i ja swój limit z powodzeniem zaliczyłam, a teraz pora milczeć? Pora przyglądać się, słuchać, chodzić i robić i tworzyć i kochać, ale już nie gadać? Gadać tylko wtedy, kiedy coś istotnego należy uzgodnić, coś wyjaśnić, komuś ulżyć, coś dla kogoś pilnie nazwać i określić, zdefiniować i wypowiedzieć, bo inaczej się nie da. Ale na co dzień obserwować, przeżywać, doświadczać, czuć. 

      Moje dotychczasowe życie utkane było ze słów, ze spotkań z innymi, podczas których to spotkań padało bardzo dużo rzeczowników i czasowników i przymiotników, znaki przestankowe i raz na jakiś czas strategiczny przysłówek. Wymiana informacji, społeczne głaski, ustalanie hierarchii, zabieganie o podziw albo szacunek. Słowa były moim pośrednikiem, pośrednikiem między jakimś takim chaotycznym, jasno-mrocznym trzonem mnie, czującą i żyjącą esencją tego, czym jestem, a burdelem świata, który atakował wszystkie nienawykłe do takiej wielości i złożoności bodźców zmysły. Zanim porządnie oswoiłam jakąkolwiek nową sytuację, kupowałam sobie trzy książki na jej temat i w ten sposób uczyłam się nadawać jej strukturę, tak zapoznawałam się z niesionymi przez nią możliwymi szansami i zagrożeniami, w ten sposób konstruowałam sobie kokon bezpieczeństwa, który pozwoliłby mi raźniej wkroczyć w kolejny etap oswajania, etap konsultacji z innymi ludźmi, którzy z kolei opowiadali mi o tej samej nowej sytuacji (wszystko jedno - o nowej pracy, nowej dzielnicy, do której się przeprowadziłam, nowym stanie cywilnym, nowym statusie właścicielki psa albo osoby wynajmującej komuś mieszkanie czy też właścicielki firmy). Druga warstwa mojego ochronnego kokonu składała się więc z cudzych słów. Słowo po słowie po słowie po słowie inni wskazywali mi na co uważać, a w co się angażować, dokąd iść i kogo unikać. Nie zawsze przychodziło mi nawet do głowy weryfikowanie tych punktów widzenia. Inaczej przecież musiałabym się całkiem bez przygotowania rzucić na głęboką i rwącą wodę przeraźliwie nieocenzurowanej, niezorganizowanej zupy zwanej rzeczywistością. Gdyby nie przygotowały mnie na nią cudze słowa, stawałabym twarzą w twarz z nieokreślonością, nieogarnialnością wszechświata. Przerosłoby mnie to. Przygniotło. Przytłoczyło. Wolałam nie mieć swojego własnego światopoglądu, wolałam wypożyczać sobie cudze oglądy kosmosu i mieszkać w nich jak w tymczasowych domach, jak w wynajmowanych mieszkaniach. Okej, mieszkania do wynajęcia urządzane są w czyimś innym guście i według obcej mi logiki, przyoszczędza się też w nich na tym i owym - sypiałam więc na nierównych materacach i walczyłam regularnie z suwanymi drzwiami, które wypadały z szyn, z wypaczonymi oknami, z przegniłymi blatami kuchennymi, ale przynajmniej. Przynajmniej w ten sposób nie musiałam nigdy przeżywać własnego autentycznego, wszechogarniającego przerażenia intensywnością i skomplikowanością życia.

      Przewińmy szybciutko cztery lata terapii i już regularnie staję zagubiona na rozmaitych skrzyżowaniach i oszołamiają mnie ciągle jakieś chaosy. Tyle że przynajmniej moje życie jest moje. Moje rozedrganie własne, nie cudze. Przynajmniej wiem, co przeżyłam, a co jest tylko zdradliwym choć trafnym słowem z drugiej ręki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 30 maja 2018 16:33
  • piątek, 18 maja 2018
    • Wspólnota mieszkaniowa / Boli mnie ego

      Na spotkaniu wspólnoty mieszkaniowej zebraliśmy się w siódemkę, plus trzy panie administratorki. Jak to ja, jak to wszędzie i zawsze ostatnio, chciałam stamtąd uciec. No bo zobaczcie: pani po mojej lewej przyszła w chmurze perfum, w aurze stanowiska (prezes zarządu), oraz z brodatym opalonym eleganckim panem wymachującym torbą z bardzo drogiego bardzo modnego sklepu odzieżowego, którego to pana przedstawiła jako "mój partner". Pani siedząca obok nich po pierwsze posiadała najwięcej udziałów we wspólnocie, w związku z czym miała moc przesuwać nasze spotkanie kilka razy od marca do maja bez konsultacji z nami, tak, żeby jej było wygodniej, bo inaczej nie zebralibyśmy kworum, poza tym pani siedząca obok nich miała na sobie botoks i była wyposażona w niewywracalne poczucie własnej racji i wyższości swojego interesu nad czyimkolwiek innym (o czym za chwilę). Pan, który z kolei zasiadł obok niej - jedyna znana mi tam osoba - przyholował ze sobą wieloletnią historię zamieszkiwania w rzeczonej wspólnocie - mieszkał w klatce drugiej naszego budynku od kilkudziesięciu lat, szacunek ponieważ od długiego czasu ochotniczo zajmuje się wspólnym ogródkiem i urządza go wedle własnej fantazji, a także niezbity autorytet jedynego mężczyzny-właściciela-mieszkania w naszym gronie. Obok niego przycupnęła zgarbiona para małżeńska, tak jak ja wynajmująca komuś we wspólnym budynku mieszkanie. We dwoje raźniej. Zawsze można grać w dobrego/złego policjanta, zawsze ktoś wymyśli lepszy argument, poprze, podeprze. A potem, po mojej prawej, trio pań z administracji. Tercet. Triumwirat. Tryptyk.

      Zjadłam nerwowo cukierka. Napiłam się gazowanej wody z plastikowego kubeczka.

      Bo ja sama przyszłam. Bez autorytetu. Bez władzy. Bez stanowiska. Bez historii zaangażowania. Bo ja sama. Bez botoksu. Bez zjawiskowej urody. Bez partnera, bez koleżanek, bez męża. Goła. Wyposażona tylko w jakąś chaotyczną mieszankę, jakieś resztki przytomności, inteligencji, uroku i ciepła, wątpliwą pewność siebie. Świadomość własnego interesu i tego, że jakby co, będę przegłosowana. Że mogę się rozliczać nie z własnej skuteczności, ale jedynie z tego, że spróbowałam. Że sama siebie nie zostawiłam jak sieroty. Że nie zrezygnowałam w przedbiegach, tylko dlatego, że się tych ludzi boję, bo od kiedy pamiętam bardzo nieelegancko mnie zakrzykiwali. Czy moglibyśmy, proszę państwa, skonsultować datę rozkuwania kafelków w łazienkach zanim zaplanujemy montaż liczników wody? Bo powiem szczerze, że byłoby mi bardzo na rękę, gdyby to się zdarzyło kiedy wygaśnie moim studentkom umowa najmu, żeby im nie robić remontu na głowach, a ja będę akurat miała miesiąc na remoncik i wymianę glazury zanim się tam sama wprowadzę. To bym załatwiła dwie sprawy za jednym zamachem. I nie musiałabym robić dwa razy kucia i glazurowania. 

      Ależ co pani. Przecież my też mamy najemców i nie będziemy na panią czekać. Ależ co pani. Przecież to raptem dwa kafelki będą skute, to żaden kłopot dla pani. Mówi kobieta z botoksem, przyzwyczajona do posłuchu, która nie ma bladego pojęcia ile to będzie kafelków, bo fachowiec sprawdza sytuację w każdym z mieszkań oddzielnie i w jednych trzeba przesuwać całą wannę (pan weteran wspólnoty), a w innych nie będzie żadnego kucia w ogóle (pani z botoksem). Wszyscy kiwają głowami, bo nikt nie chce podpaść pięknej pewnej siebie pani z większością udziałów. Pani prezes wraz z partnerem, jak to zwykle, ruszają z lubością w męsplikację, tłumaczą mi, żebym nie wpadała w histerię (nie wpadam, jestem śmiertelnie spokojna, po czterech latach terapii, wiem, co czuję, a co mi wmawia otoczenie, bo mu tak wygodniej), tłumaczą mi, że nie ma się czym przejmować (nie przejmuję się, dbam o to, żeby nie robić sobie w życiu niepotrzebnych kosztów i kłopotów, tak jak oni), tłumaczą mi jak wygląda kucie kafelków (wiem, bo kułam już kilka razy, ale męsplikacja jest silniejszą potrzebą niż fakt, że pouczana zna temat lepiej od pouczającego). 

      Znam tę scenę od dekad. Patrzę na nią z mieszanką rozbawienia i znudzenia. Kiedy pani z zarządu i jej partner kończą wreszcie, powtarzam jak zdarta płyta, jak gdyby nigdy nic, że poproszę o kontakt do człowieka od liczników, to obejrzy moje mieszkanie, zorientujemy się ile montaż wygeneruje kosztów i zniszczeń i dodatkowej roboty, ile będzie trwał i wtedy zdecydujemy w moim indywidualnym przypadku, czy będzie kłopot, czy nie będzie kłopotu w ogóle, bo przecież tylko dwa kafelki.

      Coś się zmieniło. Coś przesunęło. Moje własne przyznanie samej sobie faktu istnienia. Realności bytu wśród tych ludzi wyposażonych w rozmaite atrybuty siły i wpływu, moja świadomość, że ważę i znaczę coś, bo chcę ważyć i znaczyć, bo żyję i jestem niewątpliwa. Coś się zmieniło.

      Ale część mnie, moje kwiczące, wijące się, kopiące na oślep ego, część mnie płakała, gdzie byłaś, gdzie byłaś Kucharko Zen, kiedy ci ludzie budowali pozycję, przymierza, kiedy zdobywali stanowiska i popleczników, pieniądze i wpływy? Co ty - Kucharko Zen - w tym czasie zbudowałaś. Buddyjska dziwaczko, tak byłaś zajęta traceniem, uczeniem się jak odpuszczać, jak dawać wolność, jak nie wymuszać, nie zastraszać, jak obserwować z czułością, jak siebie traktować bez przemocy, buddyjska dziwaczko, nie masz na potwierdzenie swojego istnienia ani męża czy dzieci, ani pałacu, ani dobrze prosperującej firmy czy pięknej twarzy poprawionej chirurgicznie, opalonej na solarium, odzianej w skandynawskie lny za setki złotych. Jedyna osoba, której tam zazdrościłam to ten facet uprawiający ogródek. Nikt inny nie pchał się żeby z nim pielić i podlewać, sadzić i pielęgnować. On ma władzę nad wspólnym poletkiem zieleni i autorytet kogoś, kto przez lata skromnie i konsekwentnie robił małą wspólną realną rzecz. Ja mam swoje niekończące się pytania, swojego focha, swój strach i bierną agresję, swoje bolące ego, swoją szybkość myślenia, słowa i argumenty, głębię, twórczą improwizację, spokój, upór czy konsekwencję, swoją gołość i zwykłość i świadomość, że władza to rzecz, którą trudno zbudować i łatwo stracić. Swoje oswojone szaleństwo. Swoje ugłaskane demony. Ja mam jakieś budzące się powoli, podnoszące po latach lęku głowę oparcie w sobie. Ja mam obecność i przytomność. I tyle.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Wspólnota mieszkaniowa / Boli mnie ego”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 18 maja 2018 09:53
  • środa, 16 maja 2018
    • Ja tu mieszkam

      Pojechałam na dziesięć dni do lasu. Jestem już tak przyzwyczajona do permanentnego miejsko-zawodowego przeciążenia, do bycia na granicy wypalenia, do tego, że wypalenie i przebodźcowanie są zawsze o krok, że sukcesem każdego dnia jest to, że tym razem nie miałam ataku paniki, i tak już od lat, więc moim najwierniejszym towarzyszem okazuje się nigdy nie nadchodzący, ale nieodmiennie czyhający gdzieś na marginesach życia obezwładniający niepokój. Jestem tak przyzwyczajona do uczucia, że nie ogarniam, nie nadążam, nie mam kontroli, że się pogubiłam, że nie jestem wcale centrum swojego obezwładniającego rwącego życiowego potoku, nie jestem głównym nurtem, jestem tylko szczątkiem siebie, który usiłuje dogonić poczucie względnego zrozumienia, zakorzenić się jakoś, chwycić czegoś, zbudować tożsamość, która połączy elastyczność ze stałością i pozwoli jakoś w tym wszystkim nawigować. Jestem tak przyzwyczajona do czołganiny, że nawet nie pamiętam, nie mam dostępu do żywego wspomnienia o tym, jak to było wypocząć. Jak to było się uspokoić. Osiągnąć pokój. Stabilność. Zatrzymać się. Zaufać.

      Pojechałam na dziesięć dni do lasu i myślałam, że przez pierwsze pięć, może sześć, będę zombie. Z warszawskim hukiem w głowie, ogłuszona nadmiarem, przestraszona nowych ludzi, będę się przemieszczać ledwie rejestrując co się dzieje. Przywykła do tego, że nie warto rejestrować, że tylko czasem zdarzają się cudeńka. Dziecko z matką na hulajnogach. Zabawny piesek jak z kreskówki prowadzący swojego pana przez ulicę. Magiczne palce kwiaciarki improwizujące łąkę fioletowo-zieloną, dziką, na moich niewyspanych oczach zachwyconych. Kwiaciarka przeprasza, że to tak długo trwało, a ja się śmieję, że nie chcę iść do pracy, że wolę tu jeszcze postać i ją poobserwować jak czaruje i że jej dziękuję. Bo to było zachwycające widowisko. Więc byłam w lesie, stęskniona za lasem, wygłodniała lasu. Maslow nie ujął potrzeby lasu w swojej piramidzie potrzeb, ale to jest fizjologiczna potrzeba, tak jak picie, jedzenie, dach nad głową i seks. Może Maslow miał łatwiejszy dostęp do lasu niż niezmotoryzowana przepracowana Warszawianka. A może był przyzwyczajony brać poważnie takie swoje potrzeby i nie przyszłoby mu do głowy, że można cierpieć z niedoboru zieleni, z tęsknoty za horyzontem, z zapomnienia rytmu natury, z furii wynikłej ze smrodu i hałasu, bo ciało już nie wie, już zbyt dawno nie zaznało, jak to jest oddychać świeżym powietrzem, jak to jest słyszeć ciszę poprzetykaną dyskretnym bzyczeniem i świstem, szmerami i szeptami, kiedy akustyczne tło jego życia nie wymaga większego wysiłku, ba, pozwala z siebie czerpać nieskończoną kojącą przyjemność.

      Pojechałam na dziesięć dni do lasu i wróciłam do siebie po dwóch. Po czterech miałam już w sobie energię i radość, których nie zaznałam od dekady. Po dziesięciu wracałam do domu w odpowiednich, naturalnych psychofizycznych proporcjach. Bardziej swoja. Z poczuciem większej harmonii i zrozumienia.

      Wróciłam do Warszawy i dzień czy dwa po powrocie szłam swoją ulicą i spłynęło na mnie błogie poczucie, że jestem stąd. Że mam dom, który jest epicentrum mojego małego lokalnego światka, że mam swoje znajome okolice, regularnie widziane twarze, stałą pracę i miejsca, w których systematycznie bywam, w których czuję się swojsko. Że tu mieszkam.

      "Ja tu mieszkam" nie jest dla mnie oczywistością. Być może czyta to ktoś, kto czuje się bezpiecznie zakorzeniony, ale ja nie byłam. Odsprzedałam poczucie lokalności, poczucie że jestem u siebie, że mam dom, odsprzedałam je podpisując kolejne umowy o pracę w dynamicznych międzynarodowych instytucjach, aspirując do zrobienia z siebie samej bytu nieskończenie elastycznego, nieustannie rozwijającego się, ambitnego, odkrywającego, twórczego, ruchliwego, bytu, który się nie przywiązuje, bo kiedy się człowiek przywiąże, to mu rzeczy i ludzie nie potrafią być obojętni, nie może od nich odejść bez bólu, nie może zostawić bez wyrzutów sumienia, nie może w kłopotach wzruszyć ramionami i pójść. A ja próbowałam tak żyć właśnie. Tak żyć.

      "Ja tu mieszkam" zobowiązuje, ale też uzasadnia wiele potrzeb i uczuć. "Ja tu mieszkam" oznacza, że mam prawo denerwować się, że tuż obok domu przechodzi mi trójpasmowa ulica, którą ludzie pędzą ponad sto na godzinę. Jakby mi ktoś w salonie po głowie szusował. Że ktoś włącza kosiarkę w niedzielę po południu tuż pod balkonem. Że ktoś inny przez dwie godziny pod oknem rozgrzewa silnik w samochodzie. Bo bycie gdzieś w domu, nawet w Warszawie, wypełnionej napływowymi młodymi ludźmi, którzy szybko i beznamiętnie przemieszczają się między Mordorem a daleką dzielnicą taniego nocowania w wielkich wielorodzinnych bloczydłach, nawet w Warszawie, w której ciągle coś się dzieje, bycie gdzieś w domu oznacza odpoczywanie, spanie, snucie się, nudzenie, łażenie, lenienie się. Ciszę. Bezruch. Nie tylko bywanie w teatrach i kawiarniach, na szkoleniach i warsztatach, osiąganie, zdobywanie, dominowanie, udowadnianie sobie, latanie po knajpach, gdzie się spotyka coraz to nowych przyjaciół i potencjalnych kochanków, rzeźbienie ciała na siłowni i ulepszanie go w salonach kosmetyczno-fryzjerskich. Mieszkam tu. Jestem u siebie. Zwalniam i widzę kobietę, która energicznie sprząta chodnik przed mięsnym. W kawiarni za rogiem, zanim nawet otworzę usta, zamówię i zapłacę, znajduję już swoją kawę na mleku owsianym. Robi mi ją bez słowa wysoki blondyn, którego głosu nigdy nie słyszałam. Z balkonu trzy domy dalej macha mi mama z córką. Kilka przecznic stąd jedna dziewczyna zna mojego psa. Kilka przecznic dalej weterynarz uratował mu życie.

      Zwalniam. Zakorzeniam się. Robię się zwyczajniejsza, na pozór nudniejsza, swojsza. Mieszkam tu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 16 maja 2018 16:00
  • wtorek, 01 maja 2018
    • Dojrzałość

      Ten facet, który leży obok mnie był do niedawna policjantem. Pracował w mieście, od którego się twardnieje. Widział rzeczy nie do wymazania. Uczy nas medytacji. Wesołek. Sportowiec z młodzieńczą krzepą. Nie wierzę w ani jeden jego żartobliwy unik kiedy ktoś mu zadaje pytanie wprost. Tak bardzo chciałabym go pogładzić po policzku, tak bardzo pogłaskać jego spracowaną rękę. Moje najciemniejsze miejsca widzą jego jasność. Taki paradoks.

      Nic się radykalnie nie zmienia kiedy dojrzewasz. Nie na poziomie najgłębszych emocji i motywacji. Być może sprawiasz wrażenie bardziej stoickiego, możesz mieć więcej dystansu i mniej siły, a twoje dzieci być może traktują cię jak żelbetową ścianę bez emocji, w którą można walić bez ograniczeń. W pracy nikt cię nie zauważa, masz po prostu robić i nie zawracać sobą głowy, bo dorosły jesteś, a dorośli sobie jakoś radzą, kogo by obchodziło jak. A jednak. A jednak kruchość jest niezmienna, głupie porywy serca niezmienne i płacz po stracie wewnętrzny, nieutulony, latami hodowany na dystans, kiedy mu wreszcie spojrzeć w oczy (tak wzuszająco piękna jest czułość, jaką był on podszyty) też jest taki jak kiedyś. Identyczny jak kiedyś. W swojej prawdziwości najintymniejszej człowiek pozostaje cudem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 maja 2018 20:24
  • niedziela, 22 kwietnia 2018
    • Autentyczność

      Oj, żegnam się, kawałek po kawałku, ze swoim młodzieńczym zachłyśnięciem internetową duchowością. W tym miesiącu tematem głównych moich dylematów i napięć jest autentyczność. W moim systemie wartości była ona bowiem celem absolutnym i nigdy niestety nie osiągniętym. Zamiast wzrastać w autentyczności, mówić co myślę, wyrażać co czuję, brać czego potrzebuję, wydawałam się z każdym kolejnym rokiem mojego życia w tym świecie zapadać coraz głębiej w poczucie nieuczciwości. I bezradności z tą nieuczciwością związanej - bo nie widziałam innego wyjścia jak tylko mówić dokładnie nie to, co myślę. Coraz częściej i częściej znajdowałam się naprzeciwko drugiego człowieka z bolesną świadomością, że moje usta produkują komunikat całkowicie niespójny z moim ciałem. Z pracy codziennie wracam z kolekcją takich wspomnień. Przychodzi mój przełożony i pyta, czy  mogę coś zrobić. Ja nie chcę, nie lubię, nie mogę. Ale oczywiście z uśmiechem mówię, tak, z przyjemnością. Siedzę z innym z moich coraz liczniejszych szefów, on każde moje pytanie traktuje jak przejaw niekompetencji, a nie - zgodnie z moją intencją - jako chęć zaangażowania go w proces tworzenia projektu, który doskonale wiem, jak zrobić. I mogłabym mu powiedzieć, że mnie właśnie obraża, ale nie mówię. Mogłabym mu powiedzieć, jak bardzo nie rozumiem brzęczącego, łomotliwego dysonansu między tym, że pisze przecudownej wrażliwości książki na temat polskich poetów, a na młode kobiety takie jak ja nie ma nawet kszty wrażliwości i za jego plecami wszyscy ostrzegają, że piekielnie trudno się z nim pracuje.

      Czym jest więc ten święty graal autentyczności? Wydawało mi się, że wysiaduję na cotygodniowych sesjach psychoterapii właśnie po to, żeby go znaleźć i zdobyć. A przynajmniej po to, żeby znaleźć mądry, wyrafinowany sposób na zredukowanie niespójności.

      Mam trochę zdjęć z imprez, które pokazują dysonans między moim samopoczuciem a moją fasadą w sposób niezwykle wymowny. Ostatnio ktoś zrobił mi fotografię, na której - zgarbiona i sztywna - wyłamuję sobie dłonie, Wokół mnie jogiczne ciała psychoterapeutów, tatuażystek i poetek, śliczna, wyrafinowana grupa wkomponowana w ekstatyczne kwitnienie wiosny, a ja się czuję niepewnie, a ja się czuję nieswojo, a ja się czuję obco. Gdyby natomiast zrobić transkrypcję naszej rozmowy, nie ilustrowaną tym zdjęciem osoby skądinąd, osoby, której ciało chce do domu odespać kaca, które chce się przytulić do kogoś, kogo nazwie domem, które chce dom nosić w sobie, ale nie umie go znaleźć, gdyby zrobić transkrypcję, odnaleźlibyście w niej sympatyczną, entuzjastyczną, otwartą i zainteresowaną innymi osóbkę o żywej inteligencji i ciętym dowcipie. Odnaleźlibyście kogoś, kto wyczuwa nastroje, kto wkomponowuje się w grupową dynamikę, kto potrafi się dostosować do każdej grupy. Wczoraj po południu mokotowscy hipsterzy i dizajnerzy, potem improwizatorzy i pozarządowcy, dzisiaj artyści i jogini, jutro korporacyjne gwiazdy. Zawsze taktownie, zawsze z zaciekawieniem i wrażliwością. Zawsze otwarcie, przyjaźnie, życzliwie, z szacunkiem. 

      I kiedy to piszę, mam wrażenie, że zrzucam skórę. Że wyłania mi się spod tej skóry człowiek dorosły i przytomny, delikatny do granic możliwości, więc i niezwykle zmęczony. Głównie wewnętrzną walką o brak dysonansu. O bezgraniczną, bezrefleksyjną, niecenzurowaną spójność, której nawet nie chcę stosować. Lubię siebie - dyplomatkę. Lubię siebie mówiącą "tak" drugiej osobie - tak, opowiedz mi o swoim świecie własnymi słowami, tak, pokaż mi czym jesteś, co cię teraz zajmuje, tak, przemów własnym językiem, jestem jego ciekawa. Nie będę cię zmieniać, dominować nad tobą, próbować cię kontrolować. Nie będę manipulować. Tak, dzięki temu odbywam codzienne podróże do wnętrz ludzkich mikrokosmosów, jest ich dużo, nie we wszystkich czuję się dobrze widziana, nie we wszystkich chcę zostać na długo, nie w każdym się cieszę, że zawitałam. 

      Ale nie jestem w stanie być tą nową, koronkowej wrażliwości wersją siebie nieustannie. Potrzebuję się raz na jakiś czas wycofywać. Potrzebuję się też pogodzić, że czasem trafię na człowieka, który sprawi, że pożałuję swojej otwartości. Który mnie wewnątrz w kontakcie przybrudzi, naruszy, wybije z równowagi.

      Niektóre mikrokosmosy nudzą mnie, inne nużą, przerażają, degustują, inne fascynują, inne kuszą, inne zachwycają. Poruszam się wokół nich na palcach, a wewnątrz mnie rozbłyskują fajerwerki wszystkich możliwych emocji. Nie wyobrażacie sobie nawet ile we mnie wzbudzacie energetycznych wyładowań, ile zjawisk pogodowych się przeze mnie przetacza na styku mnie i was. Nie umiem się bronić przed waszymi światami, ale nie chcę się na nie zamykać. Zapomniałam już jak do nich wkraczać delikatnie, jak się w nich rozgaszczać, jak rozglądać bez szkody dla siebie, jak się spotykać, żeby nam obojgu było dobrze. Nie pamiętam, nie wiem, jak nie nadszarpnąć ich właścicieli, nieskończenie delikatnych, a jednak silniejszych niż mi się wydaje. Nie jestem pewna kiedy mi przysługuje prawo odejść, kiedy tupnąć, kiedy odmówić, kiedy się zatrzasnąć z hukiem i nie pozwolić na emocjonalne spotkanie. Tyle jest wersji człowieczeństwa, tyle przemocy, tyle strachu, tyle nieczytelności, niedopowiedzialności. Tyle ukrytego. Tyle nigdy nie do odkrycia. 

      Spotykam, spotykam niezmordowanie. Potrzebuję elastyczności. Żeby na was uważać, żeby na siebie uważać. Mam momenty paniki przed takim życiem. A z momentami paniki przeplatają się momenty euforii. Bo wkraczam w zupełnie nową przygodę. Bo się już nie mogę doczekać. Bo nie ma zasad. Bo nigdy nic nie wiadomo. Zaczynam się czuć świeża i bezbronna równocześnie. Otwarta na przyszłość i bezgranicznie nią umęczona. Chętna i niechętna. Ciekawa i wściekła, że znowu i znowu i znowu będę próbować, wywracać się, denerwować, próbować, wywracać, triumfować, próbować, wywracać, uczyć się i wzrastać. Ogarnia mnie fala czułości wobec ludzi i ich zbiorowego szaleństwa. Zaczynam mieć w sobie pokój. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Autentyczność”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 kwietnia 2018 09:17
  • niedziela, 08 kwietnia 2018
    • Rok słyszenia "nie"

      Rok słyszenia "nie"

      Nigdy nie myślałam, że to powiem. Dziękuję wszystkim, którzy mi w odchodzącym, czterdziestym pierwszym roku mojego życia odmówili. Dziękuję tym, którym nie byłam potrzebna, którzy nie chcieli się ze mną przyjaźnić, pracować, tworzyć domu. Dziękuję wszystkim, którzy poszli swoją drogą, zignorowali, zapomnieli, pozwolili odpłynąć i nie próbowali zatrzymać. Wam dziękuję najbardziej. Myślę, że gdyby zmapować rzeczywistość według popkultury i towarzyskich rozmówek, większość z nas aspiruje do pozycji władzy albo charyzmy, z której wywiera nieograniczony wpływ na otoczenie. Jeśli by się sobie samemu trzeźwo i bezlitośnie przyjrzeć - ja i ty tak samo chcemy żeby się nam świat skonfigurował w przyjazny, łatwy, uspokajający i bezwysiłkowy ciepły dom. W takim domu wszyscy jesteśmy rozwydrzonymi, przerażonymi bachorkami. Kochankowie i kochanki ścielą nam się tabunami pod oknami, swipe left, swipe right. Jemy co chcemy i kiedy chcemy, a kurier ubera pnie się na trzecie piętro bez windy żebyśmy my, broń Boże, nie dostali zadyszki przed obiadem. Bluzki, książki i perfumy kosztują nas jedno kliknięcie i już są na progu. Chcielibyśmy jak najszybciej zostać prezesem, kierownikiem, dyrektorem i jeszcze i jeszcze i jeszcze najchętniej teleportować się z miejsca na miejsce. Tymczasem bozia dała przeciętną urodę, ciało, które się łatwo męczy i choruje, ułomny mózg. Nie wiem jak wy, ale ja mam ograniczoną moc generowania szczęścia na zawołanie. Większość mojego szczęścia pojawia się przypadkiem, absurdalnie i niezasłużenie. Wymaga głównie przytomności i otwartości i gotowości żeby czuć wdzięczność i zachwyt, żeby pozwolić życiu przemówić takim, jakie jest. A życie na pewno nie jest bezbolesne. Dziękuję moim szefom, że nie kupili od razu moich pomysłów. Teraz jestem bardziej gotowa żeby je dostosować do potrzeb innych ludzi i twardych realiów. Teraz o nie z większym przekonaniem powalczę. Dziękuję byłej szefowej, która nie walczyła, nie prosiła, nie negocjowała żebym została. Przeżyłam dzięki temu najbardziej pouczającą żałobę swojego życia. Dziękuję tym paru facetom, którzy próbowali mnie kochać i dać mi się kochać. Dzięki wam wzrosłam, ozdrowiałam, odzyskałam nadzieję. Dzięki wam potłukłem się na małe kawałki, stanęłam oko w oko z rozpaczą i furią i zrozumiałam, że nikt poza mną samą nie złoży mnie z powrotem do kupy. Dziękuję osobom, które nie czytają tego bloga, które milczeniem odpowiadają na moje tworzenie. Dzięki wam zaczynam umieć pisać dla siebie, z czystej potrzeby, a nie po to, żeby w kimś wywołać jakąkolwiek reakcję. Świat potrzebuje niezmąconej, upartej, wściekłej pasji tworzenia, bez względu na to, ilu osobom przypadną owoce takiej twórczości do gustu. Wasze "tak" jest podarunkiem. Jest o was, a nie o mnie. Ma wielką wartość i powinno nas się w szkole uczyć jak rozpoznawać i szanować szczere, autentyczne, niewymuszone "tak". Nie cisnąć, nie strzelać focha, nie straszyć, nie manipulować.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Rok słyszenia "nie"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 kwietnia 2018 10:44

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl