Kucharka Zen

Wpisy

  • poniedziałek, 14 sierpnia 2017
    • Pobojowisko

      Ciągle wracam myślami do tytułu książki jednego z najbardziej znanych zachodnich nauczycieli uważności, Jona Kabat-Zinna, "Życie, piękna katastrofa". Bo niby dlaczego upierać się, że rzeczywistość powinna być jakkolwiek przewidywalna i uporządkowana, po co mozolnie, po co syzyfowo, przyklepywać codziennie, wyrównywać, kreślić jakieś dalekosiężne prognozy, wtłaczać siebie i innych dookoła w ramy tych prognoz, wymuszać na nich spójność z wizją jakąś, z jakimś swoim wewnętrznym teatrem. Skoro i tak to nie odpędza, i tak to nie zapobiega strachom wieczornym. Że on mnie po prostu któregoś dnia przestanie widzieć. Że odbierze mi swoją uwagę i czułość, swoją chęć wsparcia i bycia blisko, bycia w ciągłym kontakcie, bo cokolwiek: bo uzna że jestem za nudna albo za gruba albo za sztywna albo za bardzo samolubna. Czy będzie miał rację czy nie. Że praca dla innych ludzi nigdy nie da mi zewnętrznego szacunku, zaufania, stabilnego, uspokajającego miejsca w stadzie. Że jakakolwiek chwila nieuwagi, niedbałości, ludzkiego powszedniego lenistwa i koniec. Reputacja okaże się rzeczą zerojedynkową, pozbawioną niuansów, że w życiu nie ma przebacz. Nie ma luzu. Nie ma odpoczynku ani na chwilę. Że się stoczę w jakąś chorobę nieodwracalną, że te wszystkie moje nieśmiałe, średnio systematyczne, ale jednak, wysiłki, te wszystkie marchewki, buraki, ogórki, humusy i nasiona chia, te wszystkie rowery, baseny, spacery pod górkę i orbitrek. Boże jak ja lubię orbitrek. Jeśli z mojej psychoterapii wynikło coś pięknego, to chwiejny katastrofalnie związek, który nauczył mnie, że mężczyźni są zdolni do ogromnej czułości, tylko często nią obdarzają nieproporcjonalnie do moich potrzeb a) przedmioty nieożywione, b) aktywność rozmaitą integrującą ich z innymi mężczyznami, c) odmóżdżającą aktywność typu gry komputerowe, d) swoje matki. No i dobra, z tymi matkami to jakoś przeżyję, trudno im się przecież dziwić. Jeśli z mojej terapii wynikło coś pięknego to moja nowiutka, delikatniutka, niemrawa dość świadomość, że inni mają w swoim środku inaczej niż ja i moja świeżutka, wątlutka, niestabilna ciekawość jak to jest być tym kimś innym. Tak naprawdę. Wczoraj popatrzyłam na plastikową linkę z metalową klamrą zawieszoną na masywnej jabłoni i dzięki temu katastrofalnie pięknemu związkowi z zerową gwarancją przyszłości zatrzymałam się na nim wzrokiem. Przyjrzałam mu się. Mojemu ojcu nigdy nie udało się zaprosić mnie do świata, w którym rzeczy, namacalne, materialne, mechaniczne, fizycznie się do siebie odnoszą, są gdzieś jakoś umocowane, jakoś działają, coś się na nich będzie jakoś trzymać i czemuś służyć. Patrzyłam na jabłonkę i rozumiałam, że widzę uchwyt do huśtawki albo hamaka i zaczęłam się zastanawiać, jak jest zrobiony, kto go wymyślił i skonstruował i skąd wiedział o hakach, zawiasach, stosunku masy do siły grawitacji. Może to dobrze, że czterdzieści lat czekałam na zaproszenie do poza-intelektualnego, nie-bibliotecznego świata śrub i zaślepek, klejów i wyrzynarek, wkrętarek i kolanek. Świata, w którym rzeczy dzieją się naprawdę i zostają na lata. Świata mężczyzn pracujących, tradycyjnych, niemiejskich. Może ojciec wstydził się tego? W swoim wyrafinowaniu profesorskim, w swoim idealizmie kulturowym, w swojej sublimacji stołecznej. Jeśli z mojej psychoterapii wynikło cokolwiek zaskakującego, to że potrafię nawiązać komitywę z dziećmi. Potrafię się z nimi niepohamowanie, z obopólną euforyczną korzyścią, wymieniać energią, ładować nawzajem. Uczyć. Inspirować. Mistycznie prawie. Dzięki regularnym sesjom bytności z dziećmi opada wszelka ściema, rozmontowuje się fasada, dzieci są bezlitośnie bezkompromisowe - bądź ze mną, ale uczciwie - wydają się mówić - bądź ze mną, ale nieustraszenie. Nagle w tym bezsensie wszystko ma sens i rzeczywiście, kroczymy razem przez wstrząsająco zachwycające pobojowisko, a dziecko pokazuje mi, że możemy w nim być magicznymi, latającymi dinozaurami, że możemy znajdować niewidzialne jeziora, w których mieszkają dobrotliwe nierdzewne roboty. Więc pozwalam się prowadzić po cudzych światach, płakać mi się chce z bezradności, ale tylko dzięki temu ufam trzylatkowi czy dziewięciolatkowi, niedoskonale wyposażonemu, a przecież tak często mądrzejszemu ode mnie. I tak jak mój chłopak prowadzi mnie w świat nieożywiony i uczy go rozumieć, uczy go kochać, z czułością się mu przyglądając, wchodząc w proste, namacalne zależności, tak dzieci uczą mnie bać się, oswajają na powrót z dawno spłaszczonym, dawno podporządkowanym nudnej dorosłości światem fantazji pełnej oswojonych terrorów. Jeśli z mojej psychoterapii wynikło coś pięknego, to może jeszcze niepojęta, granicząca z cudem równowaga, chociaż całe moja psychofizyczność krzyczy (oszukuje), że wszystko dookoła się wali. Ale przestaję jej wierzyć. A przynajmniej nie całkiem. Składam w sobie rodzaj trzeźwej nadziei, chociaż rozpierzchły się wszystkie moje budujące wizje przyszłości. Biorę kolejny oddech. Stawiam kolejny krok. Zła jestem na swoją psychoterapeutkę. I wdzięczna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 sierpnia 2017 09:19
  • czwartek, 27 lipca 2017
    • Mróweczka

      Skąd się wie, że się sobie w życiu wydeptało najlepszą z możliwych ścieżek? Jak mróweczka w starym lesie zagubiona, w labiryncie grzybów, patyków, suchych liści i majestatycznych paproci, wśród ciasno splątanych mchów szukająca pokarmu, budulca albo towarzystwa. Europa ulega w lipcu i sierpniu pospolitemu ruszeniu. Holenderskie, duńskie, belgijskie przyczepy kempingowe ruszają na południe, ale to nie jedyna i nie oczywista trasa. W połowie drogi do Włoch zatrzymaliśmy się w remontowanym ciągle starym pensjonacie w okolicach Bayreuth, a z nami para Szwedów i para Kanadyjczyk-Niemka, objeżdżający wakacyjnie małe lokalne niemieckie browary w tym regionie. Właściciel powitał nas darmowym drinkiem. Mój chłopak zakończył całodniową jazdę pszenicznym piwem robionym niedaleko. Ja dostałam orzeźwiający gazowany napój z jabłek, również regionalną specjalność. Skrzyżowały nam się nad tymi napojami, na chybotliwej drewnianej ławie, przy stole nakrytym śliską ceratą nasze ścieżynki, nasze urlopowe koncepcje. Skąd się wie, że się podąża w odpowiednim kierunku, że się nie brnie niepotrzebnie w ślepą uliczkę czy niebezpieczny zaułek? Kiedy się patrzy wstecz, jakie kryterium przykładać do własnych życiowych wyborów? Ja wybrałam, że będę uczyć. Szkolić. Doradzać. Bo wychowali mnie nauczyciele i nawet dzisiaj nie potrafię się oprzeć kiedy ktoś wobec mnie przybiera pobłażliwy, mentorski ton. Bo podlegałam opiece silnych, despotycznych kobiet i dla nich interpretowałem lektury, recytowałam wiersze, rysowałam laurki. Chciałam zdobyć zachwyt wiecznie krytycznych bogiń, a później, dużo później zapragnęłam zostać jedną z nich. Niezadowoloną, urażoną, dumną narratorką rzeczywistości. Bo miałam całe lata pieczę nad młodszą siostrą, której z lubością objaśniałam świat i chyba tylko to, chyba tylko to mi w życiu wyszło bez wysiłku. Tylko to czułam, że potrafię. Czy to wystarczający powód żeby wybrać karierę? A kiedy przyjdzie kryzys i zwątpienie, kiedy rozczarowanie zmiesza się ze strachem, że się popełniło fundamentalny błąd, zbyt dawno żeby cofnąć czas, zbyt duży żeby zapomnieć i zbudować od nowa coś nowego. Gorzej. Tylu osobom doradzałem jak się orientować w mnogości dostępnych kierunków, tyle razy analizowaliśmy wyobrażalne alternatywy, że teraz wstyd mi, aż trudno usiedzieć w miejscu z własnym elementarnym zagubieniem. Z własnymi pytaniami o sens i cel, z poczuciem, że każda odpowiedź będzie efemerydą, złudzeniem, które na moment tylko łagodzi egzystencjalne niedowierzanie. Głupio mi. A przez to "głupio" przebłyskuje czasem filuternie, przyjaźnie ulga, puszczając oko jak tamta Włoszka przedwczoraj w Italmarku, starsza, rezolutna kobieta ze szparą między zębami. Mrugnęła do mnie na odchodnym, poprztykawszy się emocjonalnie, ale życzliwie o 10 euro z kasjerem. Postanowiłam, że jeśli mam kimś w życiu zostać, to taką panią. Albo staruszką, która śmignęła mi przed nosem, siwowłosa, bzycząc na skuterze. Tyle lekkości. Więc ulga. Może naprawdę nie trzeba wiedzieć co i dlaczego kryje się za zakrętem. Może jechanie po serpentynach wykutych w skałach majestatycznych nadjeziornych to dobra metafora. Być może za załomem wpadnie na nas rowerzysta, może nie wpadnie, bo usłyszy nasz klakson, a w nagrodę zobaczymy rozmigotane, roztańczone wieczornym światłem fale. Może silosy zardzewiałe. Może port. Albo sardynki suszone w słońcu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 lipca 2017 19:35
  • środa, 26 lipca 2017
    • Wiatr

      Mamo, przejdę się.

      Dokąd?

      Dookoła.

      Zawinięta ściśle w jasny ręcznik, jak w kokon, chuda śniada dziewczynka z kapiącymi strączkami włosów znikła zanim zdążyłam sie jej porządnie przyjrzeć. Zamiast niej, poobserwowałam więc jej dużo mniej ruchliwą matkę.

      Mój chłopak zasnął niespokojnie na słońcu. Jedna noga zgięta w kolanie, druga wyrzucona w wykopie na rozgrzaną gumę materaca, ręce wyciągnięte nad głową, oddycha rwanym, spazmatycznym rytmem pierwszej fazy snu, jego przepona drga, a pod powiekami rozbiegały mu się - jak tamta dziewczynka w ręczniku i inne włoskie dzieci na tej plaży - gałki oczne. Zamilkła cykada w gałęziach bezpośrednio nad nami, zastąpiła ją bardziej wypoczęta koleżanka na dalszym drzewie, w okolicy parterowego budynku przebieralni.

      W płytkiej wodzie, rozmigotanej punktami odbijającymi słońce, brodzą lokalne rodziny. Dzisiaj uczą się kąpać maleńkie dzieci. Przedwczoraj pomyliliśmy plaże i osiedliśmy na takiej dla psów. Dwójka wytatuowanych instruktorów w czarnych piankach łagodnie acz stanowczo zachęcała olbrzymie kudłate czworonogi jakiejś bardzo tutaj popularnej rasy do wskoczenia na powierzchnię małego chwiejnego kajaku. Wszystkimi niepewnymi łapami walczyły już o równowagę na chybotliwej łódeczce dwa skupione szczupłe owczarki. Sprawiały wrażenie dobrze wytresowanych profesjonalistów, przypominając gładkie białe kołnierzyki zza korporacyjnych biurek, nieomylne, dobrze naoliwione, spięte. Boję się ich. Jednych i drugich. Być może ukrywają przed samymi sobą ciśnienie wieloletniego napięcia, które kiedyś poskutkuje gwałtownym wybuchem. Za dużo dyscypliny. 

      Ach, te kudłate psy. Widziałam ich w okolicy przynajmniej cztery. Na parterze naszego domku mieszka jeden. Kiedy o siódmej piętnaście rano kościelne dzwony grają swoją barokową melodię, on popiskuje im do wtóru. Dokładnie jak mój pies, ale gabaryty tutejszego czarnego kudłacza, jego wielkie pudło rezonansowe, sprawiają że pisk zamienia się w tubalne wycie i budzi nas ta zbitka radosnego dzwonienia z gardłowym lamentem żałośliwym co rano.

      Dzisiaj maleńkie dzieci zanurzane są ostrożnie w przyjaznej letniej wodzie jeziora. Założę się, że podpływają do ich nóżek ciekawskie, nieustraszone rybki. Otaczają je omszałe góry. Są z nimi opiekuńczy ojcowie.

      Krajobraz dźwiękowy, oprócz cykad, tworzą przede wszystkim rozpluskane, piszczące dzieci i pełne wigoru okrzyki podrostków - oscylujące jeszcze w niekontrolowany sposób między chropowatą męskością a niepohamowanym cieniusieńkim entuzjazmem, który zdradza ich prawdziwy wiek. Podrostki noszą szorty i grają na bosaka w piłkę nożną. Piasek pod ich stopami, pod moimi pośladkami, jest ciężki, mokry, zimny, nieruchawy. Wyobrażam sobie, że między palcami, jak mnie, zbierają im się kłujące ziarenka, a skórę mają, jak ja, rozgrzaną aż szczypie. Dziewczynki, im starsze, tym cichsze. Przemykają między drzewami w kolorowych falbaniastych staniczkach. 

      Grzechotka.

      Gumowa piłka przez pomyłkę z całej siły kopnięta głucho w drzewo. Wiatr, a nad nami jedna, grożąca być może burzą, nabrzmiała czernią chmura.

      Mamroczący sam do siebie chłopiec, który chyba dodaje sobie otuchy szukając czegoś wśród mokrych śladów cudzych stóp. Za godzinę albo półtorej tą samą niewidzialną ścieżką przejdzie czterolatek w jaskrawoniebieskich majtkach, kiwając zamaszyście jaskrawoniebieskim wiaderkiem i rysując przed sobą patykiem w piachu drogę.

      Zawodzenie dziecka, takie bez przekonania, znużone, rozżalone, rozeźlone. Uspokajające równoważniki zdań jego znudzonej matki.

      Znów wiatr. Suche liście przetaczające się przez plażę. Szeleszczące kartki papieru i łopoczące parasole. Torebki foliowe radośnie, zygzakiem, uciekające właścicielom.

      Skrzypienie ołówka kreślącego litery w czarno-białych kratkach na kartce. Mój chłopak obudził się i rozwiązuje krzyżówkę Skrzypienie grafiti na papierze. Skrzypienie rozgniatanej ząbkami skórki czereśni. Skrzypienie mokrych stóp ocierających się o zmoczoną gumową powierzchnię klapków-japonek.

      Obok nas piękna kobieta karmi obfitą opaloną piersią, jak posąg bogini płodności, blade niemowlę. W tym samym miejscu kilka godzin temu niski Niemiec całował tuż nad nagim biustem dekolt swojej żony. 

      Za nami przejeżdża pociąg. Dzwoni zamykający się przejazd drogowy. Sygnał dźwiękowy pociągu niesie się wśród gór inaczej niż dwa pilne gwizdnięcia promu po tafli jeziora. Prom opływa jezioro trzy razy dziennie. Gdyby wydał dwa dłuższe gwizdnięcia, oznaczałyby one człowieka za burtą. 

      Piłka uderzająca o otwartą dłoń. Piłka odbita kością kolana.

      Liść.

      Wiatr. 

      Reprymenda matki, która każe synowi wolniej pić z puszki coca-colę. Inny chłopiec w jego wieku ustawia właśnie bramkę z patyków. Gra z nimi jedna dziewczyna, kopiąc, biegnąc, stając, jedząc łapczywie śmietankowego loda na patyku.

      Plusk. Ktoś skoczył prosto na pośladki do basenu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 26 lipca 2017 19:50
  • niedziela, 16 lipca 2017
    • Szarości

      Olśniło mnie na 1120 kilometrze autostrady rozciągającej się z północy na południe, olśniło mnie sztywną już od monotonii, katatoniczną z nudów, zaczęłam odpływać w wolne skojarzenia. Byliśmy w Niemczech, przejeżdżaliśmy właśnie przez Monachium. Przywitał nas biały, plastikowy kosz stadionu Bayern Munchen. A potem solidna ściana szkła i betonu, szare tunele i bure ekrany dźwiękoszczelne. Wieżowce i hale przemysłowe. Anonimowe okna, a za nimi dobrze pochowana tajemnica prywatności. Wokół nas błyszczały w słońcu powtarzalne mordki niemieckich maszyn - Audi, Opel, BMW i Mercedes - znów praktycznie srebrne, czarne, granatowe, żeby nie było widać zacieków. Olśniło mnie. Czytam właśnie wieczorami cienką książeczkę mojego ulubionego brytyjskiego artysty Graysona Perry o męskości i kobiecości. Grayson zna się na architekturze i projektowaniu przemysłowym, więc dużo pisze o tym, w jak ogromnym stopniu urbanistyka, architektura i dizajn odzwierciedlają dominację mężczyzn, męskiej perspektywy i męskich potrzeb - nie tylko wśród projektantów i budowniczych, ale przede wszystkim w mentalności naszych decydentów, urzędników i administratorów. Znacie te słynne badania, które uświadomiły zachodniemu światu, że większość kobiet pracujących w biurach permanentnie marznie, bo termostaty ustawione są na męską temperaturę optymalną, niższą niż damska? Okej, tyle już mniej więcej wiedziałam. Miasta takie jak Warszawa, miejsca takie jak Mordor, zbudowane są pod biurowców-kierowców i pod kątem szybkiego, bezbolesnego poruszania się, kosztem spacerów, rowerów, placyków, parczków i spotkań towarzyskich w przyjaznej, cichej atmosferze. Kosztem estetycznej różnorodności. To, czego nie wiedziałam, dopowiedział mi Grayson Perry. Chociaż hołubimy architektów takich jak Gaudi czy Hundertwasser, za ich organiczną, witalną, zmysłową kolorowość, przeważająca większość miejskich projektantów wybiera szarość, srebro, czerń, granat czy brąz. Wejdźcie do sklepu z męskimi ubraniami i zobaczycie tę samą gamę barw - z dodatkiem może khaki czy beżu. Perry opisuje kuszącą teorię, według której statystyczny mężczyzna, którego prehistoryczny odpowiednik polował, więc potrzebował widzieć świat monochromatycznie, pod kątem kontrastów i nagłych ruchów, dzisiaj też ma taki aparat wzroku - i też patrzy szarościami. Ta sama teoria stwierdza, że prymitywne kobiety - zbieraczki - musiały być wyczulone na czerwienie i fiolety jagód czy grzybów i wykształciły mocno zniuansowane widzenie. Wśród moich znajomych dziewczyny regularnie edukują chłopaków przy okazji urządzania mieszkań - między łososiowym, brzoskwiniowym i pomarańczowym jest różnica. Wśród panów zdarza się dużo więcej daltonistów, więc może coś jest na rzeczy. Ja wiem na pewno, że kiedy mknę szarym samochodem po szarym betonie wśród szarych ekranów i srebrnych anonimowych budynków tylko po to, żeby szarym garażem przejść do szarego lobby, a srebrną windą przejechać na resztę dnia do szarego biura z szarą wykładziną i stukać palcami w ciemnoszary komputer, coś w mojej duszy umiera. Przynajmniej na tapecie mam zdjęcie włoskiego jeziora Iseo, w którego stronę mkniemy właśnie trójpasmową szarą wstęgą wśród drzew.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 lipca 2017 22:19
  • sobota, 08 lipca 2017
    • Co mi daje siłę

      Momenty kiedy biegnę. Kiedy rozumiem, całym ciałem, naturę biegania, kiedy oddycham w najmądrzejszym wobec tego ruchu rytmie, kiedy uderzam stopami w twarde podłoże i moje stopy rozumieją czym ono jest i jak w nie uderzać. Momenty kiedy jestem bieganiem. Moje łokcie i klatka piersiowa, brzuch i biodra i uda i łydki synchronizują się ze światem w bieganiu. Czuję się wtedy mądra. I silniejsza niż zwykle.

      Miejska zieleń w Warszawie. Nie wiem, kto się nią zajmuje, czy to scentralizowany zespół w Ratuszu, czy pojedyncze osoby rozsypane po rozmaitych dzielnicach, ale widuję fioletowe tulipany zasadzone wzdłuż torów tramwajowych. Tu i ówdzie zaskakują i zachwycają kompozycje, w które ktoś włożył wrażliwość i czułość, przemyślane, wypieszczone, zupełnie nie jak reszta budzącej respekt, ale nie zawsze przyjaznej stolicy.

      Niedawno byłam w kościele. Przytłoczyło mnie moje życie, przestraszył ogrom samotności, nie dawałam sobie rady ze sobą, z innymi, ze światem. Poszłam na rower i rower mi trochę ulżył w tym ciężarze, bo kluczyłam po okolicznych osiedlach, wjeżdżając w miejsca dotąd nieznane. Zawsze ciekawość koiła mi lęk, więc ciekawa byłam zaułków i zakrętów, cudzych jeszcze przed chwilą, a w momencie ich odkrycia także odrobinę moich. Przejechałam obok kościoła. Kościół nie zachęcał. Był majestatyczny, pomnik instytucji raczej niż miejsce skupienia. Wydał mi się brzydki, architektonicznie niespójny, ale to już mnie nawet nie bolało tak bardzo w duszę, bo przypomniało mi się, że kościoły są ciche, że można w środku poczuć się kojąco, sycąco samemu, że tempo tam zwalnia do człowieczej biologicznej normy, że rozwydrzonej, rozwrzeszczanej, rozhisteryzowanej, rozpędzonej technologii się tam nie wpuszcza, więc po ludzku, analogowo można być. Że zostawiono w nich miejsce na rozpacz, zwątpienie i specyficzny rodzaj izolacji wśród podobnych emocji innych ludzi. Jest się i się nie jest oddzielnym. Że można w nich czuć się, bezkarnie, zwyczajnym, pogubionym, nieporadnym, że można nie wiedzieć co dalej tak bardzo, że oddech zapiera, i że po to właśnie je zbudowano. Więc pchnęłam jedne ciężkie drewniane drzwi, ale były zamknięte. Drugie pchnęłam, nie ruszyły się. Trzecie. Czwarte, ostatnie, małe z boku ustąpiły wreszcie i weszłam w zapach kadzidła i chłodną wilgoć. W kościołach całe wieki radości i cierpień rozstępują się, rozpływają w atmosferze, która robi na nie miejsce. Na zewnątrz kościoła pędzimy, ścigamy się, uprawiamy seks i robimy biznesy, konstruujemy sobie mozolnie ścieżkę kariery, przeżywamy przygody i zawody. Zaskoczyło mnie jak bardzo poczułam się na miejscu wśród śpiewanych jękliwie litanii, w twardej ławce, pod niebotycznym sufitem, jak bardzo ukoiło mnie proste siedzenie w tej przestrzeni. Zrozumiałam, że zaniedbałam coś, że trzeba mi tego było jak powietrza, jak wody, jakiegoś zrównoważenia dla nawykowej nadwyżki aktywności i wysiłku, napięcia i starania, dążenia i kochania. Potrzebowałam się rozpuścić w czymś większym niż ja. Mam nadzieję, że inni wierni, być może bardziej przywiązani do świec i zdrowasiek, mszy i księdza-przewodnika, wybaczą moją ateistyczną wizytę. Gdzieś na fundamentalnie ludzkim poziomie chodzi nam przecież wszystkim o dokładnie to samo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 08 lipca 2017 15:07
  • czwartek, 06 lipca 2017
    • Kac cukrowy

      Ja wiem, że sama sobie to zrobiłam, ale byłoby mi o wiele łatwiej trzymać się myśli, że to jednak świat. Świat mi to zrobił. Twarz mi drętwieje, nogi mam ciężkie, oczy mnie szczypią, głowa mnie boli, cały organizm się na mnie denerwuje, że tak wyśrubowałam tempo równocześnie spuszczając ze standardu dbania o siebie. Ostatni tydzień był festiwalem wszelkiej maści musów czekoladowych oraz spektakularnego niewyspania. Teraz nie mogę wchodzić do sklepów spożywczych, bo kiedy zobaczę batonik, to mnie odrzuca. Od-rzu-ca. Ale z drugiej strony co innego z takim stresem zrobić? Wszystkim w pracy zebrało się przedurlopowo na trzęsionkę roboczą, turbodoładowanie im się włączyło i nagle trzy osoby dziennie zleca mi trzy całkiem nowe projekty na cito, nikt się z nikim ani ze mną tym bardziej nie konsultując. Interesujące. Czyja to wina więc? Moja? Świata?

      Patrzę sobie wstecz na ostatnich piętnaście lat. Wahadło mojego światopoglądu przesadziło już w obie strony. Spróbowałam być narcystycznym, magicznym sprawcą, autorką nieograniczonego sukcesu. Spróbowałam też być bezwolną ofiarą, której zawsze ktoś coś robi, wynikiem okoliczności niesprzyjających i nieprzyjaznych warunków. Ani jedno, ani drugie nie sprawdziło się w pełni. Bycie ofiarą jest wdzięczne. Podobało mi się chyba bardziej niż nadodpowiedzialność i nieustające poczucie, że wszystko ode mnie zależy, więc wszystko jest też w razie porażki czy katastrofy moją własną i wyłączną winą. Podobało mi się zdjęcie z siebie ciężaru wyrzutów sumienia, porażki i wstydu. Że na pewno jakoś zawiniłam. Podobało mi się jasne przesunięcie w łańcuchu przyczyn i skutków ciężaru na zewnątrz. Zrozumienie, że podlegam wpływom i siłom, czy chcę, czy nie chcę. Że ludzie czasem wchodzą na głowę. Czasem krzywdzą. Czasem myślą tylko o sobie. Czasem w ogóle nie pomyślą.

      Teraz sobie kombinuję, że to raczej czasami nieszczęśliwy przypadek, a czasami cudza zła wola, czasami system, a czasami nieporozumienie, bywa, że moje niedopatrzenie czy zaniedbanie, bywa że moja nadgorliwość.

      A tymczasem uczę się, ciągle się uczę, nawigować w niekończącym się sztormie, znajdować wzorce w chaosie bodźców, ale nie przywiązywać się do nich nadto. Uczę się zakochiwać z pełnym zrozumieniem straty i bólu, której zalążek jest w każdym kochaniu. Uczę się rozczarowywać, zostawiać, porzucać, a jednocześnie zostawać, wytrzymywać, zachwycać.

      Być bezradną. Być zaradną.

      Być bez pomysłu. Być pomysłową.

      Być realistką. Być optymistką.

      Czuć nadzieję. Czuć beznadzieję i rozpacz.

      Kto by pomyślał, że nie umiałam dotąd naprawdę czuć żadnej z tych rzeczy. Że moje życie stanowiło znieczulenie albo ucieczkę, przeczekiwanie albo otorbianie się złudzeniami.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 lipca 2017 16:09
  • czwartek, 29 czerwca 2017
    • O polskich pisarzach

      "Filip Springer, Łukasz Orbitowski, and Joanna Bator are inheritors not only of the Cold War’s conflicts, but also of the accelerated westward push Poland made after 1989. Theirs is a generation that jumped over from living in a closed police state to being free to visit New York and Paris—and discover how little their post-Soviet currency and education could buy them there. Theirs is also a generation that saw economic inequality increase vertiginously within Poland itself, as some professions—and indeed, some individual temperaments—adapted to capitalism much more easily than others, in a way that neither the old communist ideologies nor the new capitalist ones could quite account for. Coming down from an early intoxication with capitalism, this generation of writers has adopted narrative modes that are at once deeply historical and deeply speculative. Fantasy and dystopia offer them means of burrowing into the contradictions of their country’s economic and cultural condition."

      Marta Figlerowicz. Boston Review, "The Dystopia Next Door"

      "Filip Springer, Łukasz Orbitowski i Joanna Bator odziedziczyli nie tylko konflikty Zimnej Wojny, ale również przyspieszone pchnięcie na Zachód, które wykonała Polska po 1989 roku. Ich pokolenie przeskoczyło z życia w zamkniętym państwie policyjnym w wolność odwiedzania Nowego Jorku i Paryża - tylko po to, żeby odkryć jak mało da się tam kupić za ich postsowiecką walutę i zdobyć swoją postkomunistyczną edukacją. To również pokolenie, które doświadczyło oszałamiającego skoku nierówności społecznych i ekonomicznych w samej Polsce, kiedy pewne grupy zawodowe - a nawet typy osobowości - przystosowały się do kapitalistycznej rzeczywistości dużo łatwiej niż inne, w sposób niewytłumaczalny ani przez stare komunistyczne, ani przez nowe kapitalistyczne ideologie. To pokolenie pisarzy, które trzeźwieje po wcześniejszym zachłyśnięciu kapitalizmem, a teraz przyjmuje jednocześnie głęboko historyczny i głęboko spekulatywny sposób pisania. Fantastyka i dystopia pozwalają im dokopać się do fundamentalnych sprzeczności ekonomicznego i kulturowego stanu własnego narodu."

      http://bostonreview.net/literature-culture/marta-figlerowicz-dystopia-next-door

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 czerwca 2017 15:26
  • sobota, 24 czerwca 2017
    • Dom Mehoffera

      Kanapa jest w kolorze mchu i ma mszystą aksamitną fakturę. Sama myśl o niej łaskocze wnętrze dłoni. Nie dotykam, bo to przecież muzeum, ale kusi niemożebnie. Kwiaty w obfitości, niektóre suszone, kruche i ostre, ułożone w misterne bukiety w kryształowych wazonach stojących na koronkowych obrusach. Niektóre z kolei malowane, nakładane olejną farbą na płótno ponad wiek temu, poszarzone wieloletnimi warstwami kurzu. Ponad wiek temu, a jednak ciągle jeszcze czuć w tych pokojach właściciela tych kwiatów i autora kwitnących portretów. Na jednym, najbarwniejszym z całej serii podobnych - dama, pianino, dywan pod jej stopami też z motywem roślinnym, liście poskręcane malowniczo. Tę dwójkę ludzi - malarza i elegancką żonę, muzę - otaczały pieszczące zmysły przedmioty. Jej suknia jest biała, długa, z atłasu, wyobrażam sobie jak musiała szeleścić przy najmniejszym ruchu, jak wzbudzać rozkoszne drżenie, jej bluzka w kolorze bardzo dojrzałej, soczystej pomarańczy, z obfitą szarą koronką kaskadami opadającą z jej ramion. Kapelusz jak puch, z leciutkimi śnieżnymi piórami. W ręku ma gałązkę iglastą, na pewno chropowatą, z pozoru niepotrzebną, ale gałązka, bez innej jak tylko estetyczna funkcji, okazuje się nieodzowna dla kompozycji obrazu. Bez niej nie miałby środka ciężkości.

      - Elegancka kobieta. - mówię, porównując kolejne portrety w tej serii, kreacje modne tak dawno temu, a jeszcze dziś budzące podziw, kobiece.

      - A wie pani, że ona też była malarką?

      Nie chcę wiedzieć. Nie chcę znać kolejnej historii malarza, za którym stała ukryta żona/muza/artystka. Polska Camille Claudel. Nie chcę się zastanawiać, dlaczego on, a nie ona. Dlaczego ten dom nosi jego imię, a w sklepie na dole kupujemy jego, nie jej pocztówki, albumy, plakaty. Dopiero teraz, nagle, widzę, że w rogu, prawie za kulisami tego portretu żony artysty z gałązką w ręku (nie wiem, jak miała na imię, przecież to tylko żona) za stołem czeka dziecko, dziecko czeka na matkę, na obiad, stół już gotowy, zastawiony pustą białą porcelaną, a wśród porcelany kolejny bukiet. Już wiem, że to jej bukiety. Żony, muzy, artystki. To ona z miłością i z namaszczeniem układała z nich kompozycje. Nie on. Nie chcę wiedzieć więcej. Nie chcę, bo jeśli usłyszę, poczuję jak to jest być tą kobietą i zacznę krzyczeć, płakać, niszczyć. Więc nie. Rozmawiam z kustoszką, która wmusza we mnie, zanim się orientuję, że to już koniec towarzyskich pogaduszek, historię jej własnego życia. Profesor mikrobiologii, być może właśnie z jej Alma Mater tutaj trafiłam, żeby odpocząć od kwiecistych, niezrozumiałych monologów serii siwowłosych mężczyzn w wymiętych garniturach. Profesor mikrobiologii, zachorowała ciężko, zwolnioną ją z pracy, pierwsza emerytura wprawiła ją w rozpacz, zatrudniła się tutaj, ale wie pani ile tu płacą? Po odliczeniach, po podatkach, po składkach? Nie wiem, i nie chcę wiedzieć, nie rozumiem, dlaczego dzieli się ze mną dziś swoim nieszczęściem, boję się losu starzejących się, zbiedniałych, samotnych starych kobiet, które czepiają się obcych w nadziei na pomoc. A nuż i mnie jest taki sam los zapisany. Ale jak mogę ja pomóc byłej profesor? Umiem tylko tak, że pokazuję jej jeden z obrazów na ścianach i mówię, że mi się wydaje, że Mehoffer lubił świat, że traktował świat z czułością i że musiał też mieć dużą łatwość w kontaktach z ludźmi, bo jego modele - mężczyźni, kobiety, dzieci, starzy i młodzi, wytworni i prostolinijni - wszyscy wyglądają pogodnie, spokojnie i błogo. Tu, w tym domu też jest kojąco, też przyjaźnie. Pani profesor rozluźnia się trochę i nawet jakby uśmiecha. 

      - Tak. - kiwa głową. - Tak mogło być. Proszę pójść ze mną, coś pani pokażę.

      Myślami byłam daleko, w zwielokrotnionym złą akustyką hałasie sal wykładowych, lastryko i stara farba olejna jakby z egzemą, w przemówieniach, w żargonie, w wielogodzinnych sesjach nauczania, które kiedyś, kiedy studiowałam, wymagały długich godzin bierności. Wymagały wstrzymania swojej chęci pytania, zaprzeczania, dyskutowania, dorzucania własnych obserwacji, ruchu, twórczości, aktywności. Chodziliśmy często na wagary. Albo piliśmy wódkę, chichocząc, dobrze ukryci w tylnych ławkach. Żeby wytrzymać. Dzisiaj wracam w uniwersyteckie ławy i - przyzwyczajona do autonomii, sprawczości, przyzwyczajona być podmiotem działającym, mówiącym - nie potrafię przetrwać tylu godzin nieruchomo i anonimowo. Rozpieszczona, nie rozdaję swojej uwagi byle komu i na byle co. Mehoffer to moje zawodowe wagary. Wracam zmysłami do Mehoffera, do buduaru jego żony, do pokoiku japońskiego, cudeńka w krwistobordowym kolorze, macicznym, pieszczotliwie, prymitywnie bezpiecznym. Wdycham tamten świat sprzed ponad stu lat, bez multikin i wrzasku sklepowej muzyki przepychającej się na korytarzach galerii handlowej, nieprzestymulowany, więc gotowy zatrzymać się na drobnym szczególe, zdolny dać na siebie oddziaływać małym zmysłowym rzeczom, bliski ciału i duszy. Na moment, prawie, jestem nikim w najlepszy możliwy sposób. Na moment, prawie, jestem u siebie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 24 czerwca 2017 22:15
    • Leżę

      Leżę sobie, a pode mną chłodna, wilgotna do szpiku kości ziemia. Zbiera się na deszcz, na wschodzie ciemne chmury kumulują się w grożną, spiętrzoną plamę, ale ja jeszcze nie idę do domu. Mam czas. Mój brzuch jest pełen po brzegi, kojąco wypełniony dobrze przeżutą trawą, jej ostrymi długimi blaszkami. Syty. Trawa otacza mnie, trawa tworzy miękki dywan pod moimi czterema zmęczonymi nogami. Faluje na lekkim wietrze, tworząc oceaniczny krajobraz. Zieleni się wczesnym latem. Moje jasnobrązowe ciało, ciężkie po całym dniu, chłodzi się dziś. Wczoraj, prawie identycznym wczoraj, bo moje dni zlewają się w ciąg regularnych i nieodróżnialnych jednostek, wczoraj wypełnionym łapaniem i miażdżeniem zębami zielonych źdźbeł, wczoraj wypełnionym miarowym mlaskaniem, wczoraj gorąco nie pozwalało cieszyć się tym prostym światem. Wokół mnie rodzina i przyjaciele, wszyscy przeżuwają cierpliwie. Stare, swojskie stado. Daleko, ale nie aż na horyzoncie, trochę bliżej, pędzi coś długiego, metalowego. Przez przezroczyste otwory widać ludzi, takich jak mój gospodarz, tyle że bardziej zamyślonych, ponapinanych, przestraszonych jakby. Migają mi ci ludzie w tych otworach od świtu do zmierzchu, regularnie to w jedną to drugą stronę gnając długim metalowym wężem. To był dobry dzień.

      Dziś chciałabym być podkrakowską krową. Wyobrażam sobie przez krótki uwodzicielski moment życie zredukowane do świetlistego, intensywnego tutaj i teraz. Otulona niskimi wzgórzami, zaopiekowana soczystą zielenią wczesnego lata - na przemian żółtawą, srebrnawą i brązowawą, na przemian połyskliwą i matową, soczystą, wpatrzona bezrefleksyjnie w białopopielate, niezdecydowane dziś niebo, w moich członkach płynąłby fizjologiczny spokój, rezultat przewidywalności, prostoty, powtarzalności. Wszystko wokół - moje stado i moje pole - tak dobrze znajome, tak kojąco niezmienne.

      Tymczasem ja mknę odwrócona tyłem do kierunku mknięcia aerodynamiczną strzałą pociągu. Świat przed moimi oczami płynie wstecz. Ucieka mi. Logistyka mojego dnia obejmuje taksówki i przesiadki, dworce, hotele, konferencje, bilety, kupony i rezerwacje. Mam wystąpienie. Mam plakaty i broszury. Koncert w teatrze i jakiś pospieszny obiad. Nie znam tam nikogo. Nigdy nie byłam w żadnym z wyznaczonych miejsc. Będę dziś rozmawiać z młodymi naukowcami. Nie zrozumiem, czym się zajmują. Farmakokinetyka. Bioekwiwalencja. Ktoś z Moskwy opowie o systemie chromoforowej regeneracji (CRS) z siatkówki ośmiornicy. Serio. Ktoś z Szeged będzie opisywał funkcjonalną charakteryzację członków rodziny CRK w wysokich roślinach Arabidopsis thaliana. Obok mnie siedzi milczący obcy człowiek. Może śpi. Łypię na niego kątem oka. Wydaje mi się, że jego oddech zwolnił, pogłębił się, więc nichybnie obściskuje się z Morfeuszem. Odgradzam się od niego ostatecznie wytłumiającymi dźwięk słuchawkami. Mam torbę pełną gadżetów i papierów. Plik dokumentów dotyczących komercjalizacji wyników badań naukowych. Opakowałam się w te wszystkie przedmioty i w wiedzę jak ślimak, co bierze na swoje plecy dom, a jednak tak bardzo, tak bardzo zazdroszczę ciemnobeżowej krasuli.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 24 czerwca 2017 21:13
  • czwartek, 15 czerwca 2017
    • Odzyskiwanie zachwytu

      Próbuję nie konsumować. Naprawdę próbuję. Mam kilka wolnych dni, planuję się bezwstydnie obijać i nie przychodzi mi do głowy prawie nic oprócz konsumpcji (książek, seriali, filmów, kawy, lodów i sushi, kupiłam też trochę ubrań na urlop, wakacje więc również spędzę konsumpcyjnie). Konsumpcji, plus może trochę sportu i seksu. 

      Ale nie. 

      Siedziałam w organicznej kawiarni - takiej, która sprzedaje gryczane kulki mocy, bezglutenowe ciasta orzechowe i serwuje kawę z pięcioma możliwymi rodzajami mleka - krowiego, sojowego, owsianego, bez laktozy i jaglanego. A może mieli jeszcze i migdałowe? Przemiły pan barista otworzył przede mną kawiarnianą lodóweczkę, a w niej wyłącznie kartony z białym płynem, stłoczone jak pasażerowie autobusu w godzinach szczytu. Siedziałam na zewnątrz organicznej kawiarni, mój leżak na granicy słońca i cienia. Zdjęłam espadryle i wystawiłam na działanie witaminy D3 nagie stopy z pomalowanymi czerwonym lakierem paznokciami. Leżak był zielony. Na uszach miałam słuchawki z audiobookiem, w którym seryjny morderca szarpie się właśnie ze swoją dwudziestą ofiarą. Przede mną leżał artykuł o folwarczności relacji międzyludzkich w Polsce, o tym, że od rodzicielstwa poprzez małżeństwo aż po relacje zawodowe i publiczne przeżera nasze interakcje logika nierównej władzy - jesteś albo Panem albo Chamem, nic pomiędzy. Zrozumiałam nagle swoją introwertyczność, ten pomysł żeby wolne dni spędzać obijając się w rozkosznej samotności, w kokonie braku relacji. Ale to zdradliwe, niezdrowe i niedoskonałe rozwiązanie bardziej fundamentalnego problemu jaki mam z wychodzeniem z domu. Mogę mieć doskonałe zrozumienie i współczucie dla swojej własnej niechęci wchodzenia z ludźmi w relacje, które prędzej czy później muszą się skończyć ustaleniem, kto stoi wyżej w jakiejś gatunkowej hierarchii (dla ułatwienia dodam, że na ogół ustępuję, a kiedy mi się zdarzy próbować nieco lepiej się poczuć sama z sobą, mam wrażenie, nieodmiennie, że druga strona czuje się moją wspaniałością osobiście dotknięta, wręcz skrzywdzona, jakbym nie miała prawa być OK nie uznając równocześnie, że ona nie jest OK, jakby ta gra musiała się toczyć zero-jedynkowo).

      Ale byłam wśród ludzi. W pewnym momencie moje socjologiczne rozmyślania przerwały donośne dzwony i przypomniałam sobie, że jestem w Polsce, katolickim kraju, że jest Boże Ciało, że usiadłam w jednej z niewielu czynnych dzisiaj w mojej okolicy knajp, znajdującej się tuż obok kościoła. Że przed kościołem stoi tłum ludzi i proporce powiewają i ministranci w czerwonych kubraczkach zaganiają niesforne owieczki do peletonu pochodowego, że muzyka i że kadzidło, w moje nozdrza wśliznął się znajomy dym kadzidła. Złapałam się na tym, że uznaję tę procesję za kolejną atrakcję tego dnia, w którym wszystko konsumuję. Oglądam, oglądam jej uczestników jak statystów w egzotycznym filmie, egzotycyzuję ich, obserwując ich rytuały i zastanawiając się nad tą, już dzisiaj obcą mi kulturą. Co sprawia, że przy dzisiejszej wielości opcji Polacy nadal tak entuzjastycznie, tak tłumnie zbierają się w kościelne społeczności? Czy ta grupowość pozwala im o czymś zapomnieć? Czy w niej znajdują ukojenie? Uczestnictwo, które mnie już dawno wydaje się obce i prawie niemożliwe? Krępy mężczyzna gotujący się na słońcu w czarnym garniturze przebiegł przede mną w stronę czoła pochodu, z jakąś partyturą. W głębokim, przyciszonym tle tej całej sceny zabrzmiały nagle instrumenty. Zapomniałam już jak to jest być elementem takiej zbiorowości. Nie tęskniłam do niej, kojarzyła mi się z przymusowym ograniczeniem własnego życia wewnętrznego, z ubraniem go w rytuały i formułki, które nie odzwierciedlały wcale moich potrzeb. A jednak. Ciągnęło mnie do tego tłumu. Do samego faktu, że jest razem, że się synchronizuje, że mu przyświeca jakiś wspólny cel, wspólna symbolika go organizuje i spaja.

      Kiedy procesja przeszła, zostały stoiska z obwarzankami i wielobarwnymi wiatraczkami dla dzieci. Sprzedawano też pojemniki z płynem do puszczania baniek mydlanych. Na wprost kawiarni, po przekątnej skweru przed kościołem, w okienku można było kupić lody. Nie jestem tylko konsumentem, ale zabrałam rower i pojechałam do lodziarni. Wybrałam cztery sorbety na wynos, miła Ukrainka spakowała mi je do termicznego styropianowego pudełka. Smak pomarańczy, cytryny z ogórkiem, marakui i mrożonej herbaty. Wzięłam sobie jedną gigantyczną kapiącą gałkę na miejscu, usiadłam na ławeczce. Przede mną na poziomie gruntu z kilku rzędów otworów tryskała woda, w wychoreografowanych sekwencjach. A po płycie tej płaskiej fontanny, jak wszędzie na świecie, gdzie można znaleźć podobne wodotryski, śmigały rozentuzjazmowane dzieci. Dziewczynka w czerwonej tiulowej spódnicy, jak z obrazka, karminowy klejnocik czyjegoś życia, córka czy wnuczka, nie nawiązywała kontaktu wzrokowego ze swoimi opiekunami, więc nie wiedziałam, z kim przyszła. Była całkowicie pochłonięta ściganiem wody, odgadywaniem z wyprzedzeniem logiki tej wodotryskowej choreografii. Tańczyła, kopała, walczyła, śledziła. A ja śledziłam ją. Nie jestem konsumentem, ale przez moment niczym innym nie potrafiłam być. Biernie i bez czucia, ale wchłaniałam te obrazki. Do przemoczonych dzikusów w fontannie na moment dołączyła grupa harcerek. Szare mundury, ciężkie skórzane trzewiki i wełniane skarpety do kolan szybko przemoczyły się w tej rozchichotanej przepychance. Chciałam czuć zachwyt.

      Czy nie na tym właśnie polega bycie konsumentem - lodów, kawy, nawet ludzkich miejskich obrazków takich jak ten pośrodku skweru, rozbrykane umundurowane podlotki poddające się czystej radości, która jednak ani trochę we mnie nie rezonowała. Czasem mam wrażenie, że niegdysiejsze obywatelskie obowiązki dzisiaj zastąpił obowiązek zachwycania się. Dla mnie, jako kobiety, jeszcze dodatkowo zwielokrotniony. Jako konsument powinnam wpadać w zachwyt i automatycznie poddawać się naporowi pokusy - produktu czy usługi. Powinnam ciągle chcieć i ciągle się zadurzać - w politykach, w hotelach i ośrodkach spa, w sukienkach, w zegarkach i w wegańskich barach. Jak inaczej nawigować po neoliberalnym mieście? Co innego zostaje do zrobienia poza zachwytem i pokusą i zakupem i konsumpcją? Kim będę jeśli się sama przed sobą przyznam, że nie odczuwam. Że wypalił się we mnie zachwyt na zawołanie, gotowość do zakochiwania się od pierwszego wejrzenia, żyzność podatnej na sugestię gleby. Niewiele dziś robi na mnie wrażenie. Może to wycofanie zachwytu to rodzaj walki o własną wewnętrzną wolność, o autonomię. Tak się tylko może mogę bronić przed naporem możliwości, przed kakofonią ofert. Mogę nie chcieć. nie cieszyć się, być obojętna. To mój konsumencki przywilej. Nie musieć kupować nic ponad to, czego naprawdę potrzebuję. To mój obywatelski przywilej - nie być zafascynowaną, zaczarowaną, zmanipulowaną charyzmą jakiegoś polityka, celebryty czy coacha. Zapytać, ale o co chodzi? Co w nim takiego szczególnego? Przecież też w prywatności swojego domu je, śpi, puszcza bąki i boi się choroby, szaleństwa, wykluczenia i śmierci, jak my wszyscy. Nie uchroni nas przed tym nikt, nawet on. Moja obojętność jest tarczą przeciwko oczekiwaniu, że zarówno w pracy jak i w przyjaźni będę generować nieustający podziw wobec całej rzeszy ludzi, którzy nie mają najmniejszego zamiaru się odwzajemnić. No to sorry.

      Ale jałowe życie? Całkiem pozbawione zachwytu? Tylko po to, żeby już nikomu się go ode mnie w żadnym niecnym celu nie udało wymanipulować? Przecież to ja na koniec płacę za tę obojętność. Ja wyschłam w środku jak pustynia, uprzedzająco grzeczna, samowystarczalna, chłodna i osobna. Próbuję pohamować tę swoją psio naiwną czułość, którą chętnie bym obdarowała tyle osób. Zaczynam powoli nie dawać rady jej trzymać w karbach. To moje "nie dam", żebyście nie mieli takiej satysfakcji, godzi we mnie samą. Kiedy harcerki wróciły do stolika, gdzie porozkładały samodzielnie pieczone ciasta i ciastka, koślawy sernik odrobinę przypalony, zakalcowate kruche z rabarbarem, wzorcowe brownie, piękne okrągłe amerykańskie i maślane cookies, na płycie fontanny została tylko mikra piękność w czerwonej spódnicy. Zjawiskowa. Nawet ja nie dałam rady się oprzeć jej płynnym, pewnym ruchom, temu zrozumieniu się ze światem zewnętrznym, idealnej harmonii. To nie podlega konsumpcji. To czysta szczodrość. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Odzyskiwanie zachwytu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 czerwca 2017 16:08

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl