Kucharka Zen

Wpisy

  • niedziela, 04 grudnia 2016
    • Sabatical

      W tym miejscu, gdzie już brakuje słów. Mam liście, suche liście, ich szelest znajomy, weźcie mnie i przeprowadźcie na koniec świata, a będę za nim tęsknić, w tropikalnych skwarach i monsunowych duchotach, będę pamiętać niedawną jesień i wszystkie jesienie. W tym miejscu, gdzie już brakuje słów, pamięć zatacza kręgi, zafałszowuje chronologię. W tym miejscu zaburza się czasoprzestrzeń i wszystkie piewsze śniegi są tożsame. Zawsze i zawsze już skocznie w nich cieszy się pies, jego szczeniacze jego młodzieńcze jego podstarzałe, posiwiałe już uszy szybują w ekstazie i czasem nawet ja ją poczuję. A potem nagle wplątuje się w to wspomnienie, niezapowiedzianie, zdradliwie, inny śnieg, sprzed psa, też pierwszy, ale pierwszy mój. W miejscu poza słowami. Skrzypienie i rozdziewiczanie jego połyskliwej białości pikowanymi butami. Lubiłam ich lekkość niespodziewaną, tych butów.

      Z tego miejsca, gdzie nie mam słów, kawałka mapy, którego nikt nijak nie skolonizował, i może dobrze, z tego miejsca zupełnie nie rozumiem swoich ostatnich kilkunastu lat. Tych niby dorosłych decyzji - żeby siedzieć za biurkiem i się staczać w kłopoty z krążeniem, w kłopoty z ciśnieniem, w kłopoty z trawieniem, żeby się gapić w komputer, w tabelki budżetów i żeby drukarki, faksy, skany i maile zastąpiły mi cyrkularność i poetyckość prawdziwych żyć, które tymczasem działy się całkiem gdzie indziej.

      W tym miejscu, które niby paru osobom opowiedziałam, ale jezu, wstydzę się, jezu jak się go wstydzę, nie chcę już być dorosła, nie chcę spinać się wbrew ciału i wytrzymywać. Przestałam rozumieć po co. W tym miejscu czuję lęk nie do opisania przed tym, co w moich nobliwych biurach nazwano profesjonalizmem. Nigdy, krzyczy to miejsce, nigdy już nie rób sobie czegoś takiego, nigdy nie zapomnij kolegi, twój rocznik, dużo za wcześnie, który już stan przedzawałowy, zakrzepica, trzech koleżanek po załamaniu nerwowym, nigdy nie zapomnij jakie to uczucie wypalić się, zjałowieć, wypustynnieć w środku, być takim upiorem, zjawą, która z pozoru zadbana, ubrana, oczy otwarte, tak naprawdę śpi w środku, śpi i płacze i nienawidzi, bo nic więcej jej nie zostało. Przesypia wewnętrznie wszystko, co niekonieczne do przeżycia. Śmiechy przyjaciół. Łaskotki małej dziewczynki, która od kiedy poszła do żłobka, to rozśpiewała się, rozgadała, rozdokazywała. Nie znasz jej. Podobno jest twoją bliską rodziną.

      W tym miejscu wiem doskonale, czego mi najmocniej potrzeba i boję się najdotkliwiej, że to nie występuje. W tym miejscu kocham i nienawidzę, krążą w nim, krążą, wszyskie rozpacze złamanych serc i euforie odwzajemnionych czułości, cała błogość ufania komuś, kto dał mi przywilej bycia blisko. Wszystkie imiona wszystkich osób, niech im się wiedzie, niech im będzie dobrze i lekko, które kiedykolwiek szły obok mnie swoją własną ścieżką, mam szczęście, tych imion trochę było.

      W tym miejscu dzisiaj pamiętam wszystkie straty, spiralą wspomnień schodzę coraz dawniej, chomik, który umarł, praca, z której musiałam odejść, były mąż, który już zawsze będzie były, który niedawno się do mnie po latach odezwał, straty, utraty, podobno trzeba się ćwiczyć w traceniu. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 grudnia 2016 20:25
  • niedziela, 13 listopada 2016
    • Gołąbeczki

      Nie mogłam oderwać oczu. Podobały mi się te krótkie momenty potajemnych powłóczystych spojrzeń. Jedno z nich rzucało okiem na drugie, ukradkiem, sprawdzając. Między krótkimi sekretnymi zerknięciami następowały dłuższe wypowiedzi, skonstruowane z niezrozumiałych jeszcze, ale naśladowanych z zaangażowaniem odłamków dorosłych słów i gestów i min. Dziecinne twarze składały im się w surowy, stanowczy, ekspercki wyraz. Wyrzucali z siebie słowa w przestrzeń, bez kontaktu wzrokowego. Monologi mentorskie, spod których wyziewały zbyt często kanciaste nastoletnie ruchy, gimnazjalna podległość narzuconym autorytetom - klasówki, dzwonki na lekcje, prace domowe. Dziecinnie głodne zachwytu twarzyczki. Wielkie oczy tej ciemnowłosej dziewczyny, jej sweterek z suwakiem, który mówił, że jakaś mama się nią dobrze, czule opiekuje, opatulona, ukochana. Chłopak, trochę pryszczaty, trochę szczerbaty, zaniemawiał momentami z niedowierzania, że ktoś taki kimś takim może się zainteresować. Zerkali. Zbliżali ku sobie wtedy głowy, zwracali ku sobie ciała. Na sekundeczkę wykradzioną, prawdziwą. Gołąbeczki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 listopada 2016 09:19
  • piątek, 04 listopada 2016
    • Chrapała

      Cicho. Pochrapywała cicho, odwrócona twarzą do ściany, owinięta ściśle kosmatym brunatnym wełnianym kocem. Spod koca widać było jej pięty i kawałek łokcia, burosiwe kosmyki posklejane potem. Kiedy tak leżała, bezbronna, w jej kruchości nareszcie mogłam odetchnąć. Patrząc na jej nieświadome ciało, już nawet nie chciałam walczyć ani uciekać. Przestały mi towarzyszyć mordercze fantazje ani też marzenia o jakimś alternatywnym życiorysie. Były przecież takie dni, kiedy każdy ostry, każdy ciężki przedmiot wydawał się mieć szczególną moc przyciągania. Nożyczki, tasak, tłuczek do mięsa, nóż do masła, pogrzebacz, wiertarka, suszarka, młotek, miotła, patelnia, tyle jest w każdym gospodarstwie domowym potencjalnych narzędzi zbrodni. Pochrapywała jak małe dziecko. Przez chwilę byłam razem z nią tu gdzie rzeczywiście byłyśmy, nie musiałam wychodzić z własnego ciała żeby tylko nie stawiać czoła obezwładniającym falom nienawiści.

      Zrób gościowi herbatę. No gdzie jesteś? W toalecie? Znowu? Chora ciągle jesteś, przecież nie można tak ciągle być chorym. Nie tą ściereczką, ta jest od talerzy, tamta z boku pieca jest do rąk. Przyniosłaś mi już te marchewki z komórki? A pamiętałaś o jabłkach? Przecież ci mówiłam, żebyś przy okazji przyniosła też jabłka. Nie mówiłam? Mówiłam. Przecież mówiłam, nie kłam. To przyniesiesz jabłka jak będziesz następnym razem szła. Ze śmieciami. Albo z psem jak będziesz wychodziła. Do sklepu możesz od razu pójść, kefir mi kupić, tylko uważaj na tę pijaczkę za ladą, bo oszukuje na wydawaniu reszty. I nie rozmawiaj z Cygankami. A jakbyś w kiosku była to zdrapkę. Tylko nie tamtą, którą mi kupiłaś ostatnio, bo ja tamtej nie lubię. Nigdy nic nie wygrywam. Tamtą, nie pamiętam jak się nazywa, taką z chmurką albo biedronką. Zapytaj kioskarki. Tylko niech cię nie naciąga na długie rozmowy, bo ci zacznie opowiadać o córce w szpitalu, zięciu w więzieniu, co to go niesprawiedliwie wsadzili, a przecież wiadomo, że to złodziej był, więc jeszcze będzie od ciebie chciała pożyczać pieniądze, ty jej nic nie pożyczaj. I Super Ekspres od razu kup. Nie, nie musisz natychmiast teraz iść. Jak nie zapamiętasz, to sobie zapisz na karteczce. Nie ten talerz. Weź półmisek. Lepiej ci było jak miałaś krótkie włosy. I jak byłaś na diecie, szczuplejsza byłaś, ładniej na tobie ubrania leżały. Jakbyś trochę schudła, to może byś sobie jakiegoś pana nareszcie znalazła.

      To się nigdy nie kończyło. Słowa wylewały się z niej jakby musiała zdążyć je wszystkie z siebie wypluć zanim zabierze ją czas i entropia. Jakby musiała dać czemuś świadectwo dopóki jeszcze działa jej przepona, płuca, tchawica, struny głosowe. Jakby świadka potrzebowała. Mówiła do mnie słowami wszystkich starszych kobiet, które kiedykolwiek w jej życiu zwracały się do kobiet młodszych i malowała mi tymi słowami swój los. To nie o mnie było, wiedziałam, to o niej. Opowiadała mi tym kompulsywnym monologiem wszystko, co przeżyła, cały krajobraz swoich doświadczeń, jak leci, bodziec po bodźcu, rzygała słowami, które koślawo jakoś to wszystko, niedoskonale i niezrozumiale wyrażały. Nie wiedziałam, co chce ode mnie oprócz tego może, że to ja w siebie miałam wziąć jej ból, wziąć i ulżyć. Jak celtycki zjadacz grzechów miałam wessać wraz z jej słowami wszystkie krzywdy nagromadzone przez lata, gorycz i rozpacz i smutek i żal po utracie. Furię i bezradność i lęk. Patrzyłam na nią tępo, wlewały się we mnie jej kolejne emocje, stanowiłam tylko bierne naczynie na jej treść. Przestałam już czuć cokolwiek. Samą siebie przestałam.

      Chciałam. 

      Chciałam czuć. Chciałam jej współczuć kiedy kaszle, kiedy się krztusi gwałtownie. Chciałam nie być robotem, nie wykonywać tych pięknych, pełnych troski czynności machinalnie, bezmyślnie, chciałam mieć wybór a nie nawyk, wolność, a nie przymus. Chciałam żeby mnie pchała w jej stronę prawdziwa i głęboka więź, mus pomagania, coś spontanicznego i prosto z serca. Chciałam chcieć jej się rzucić na pomoc kiedy jedzenie za słone, kiedy mięso za suche, kiedy ksiądz ma kochankę, a burmistrz skorumpowany, kiedy pogoda wywołuje migrenę, kiedy nie spała całą noc i nie działały jej proszki na puchnięcie nóg ani tabletki na ciśnienie, kiedy bezwładnie szurała stopami, powłóczyła ledwo mozolnie próbując przemieszczać się po własnym mieszkaniu, kurczowo trzymając się rogów mebli, stołu, kredensu, futryny, wieszaka. Chciałam patrzeć na nią, być zalewana przez czułość, przez sympatię. Lubić ją chociaż trochę, tak jak się lubi kulawego, zaniedbanego zwierzaka, z ciepłego balsamicznego miejsca w głębi brzucha ją lubić. Tam, gdzie kiedyś we mnie mieszkała opiekuńczość, dzisiaj na mapie emocji stała pustynia. Sucha, jałowa, przegrzana, targana na przemian burzami wściekłości i poczucia porażki. Jestem tu, stoję, budzę się rano, machinalnie wykonuję ruchy dobrej opiekunki, ale w środku wypełnia mnie żrący kwas. Mam zgagę.

      Zgaś tę muzykę, głowa mnie od niej boli, w uszach huczy, chcesz żebym znowu nie mogła spać? Dzwoniłaś do Nowaka? Niech jednak przyniesie te niepryskane jabłka, z sadu za domem, tego, w którym dla rodziny hoduje jabłonie, nie na sprzedaż. Nie będziemy jeść pryskanych. To zadzwoń jeszcze raz. A, i kazałam Agacie nie przychodzić, bo mi kradnie perfumy, poza tym czuć od niej alkoholem, więc nie będzie już u mnie sprzątać. Kto będzie sprzątać? Nie wiem, coś się wymyśli. Że samo się nie wymyśli tylko ty będziesz musiała wymyślić? Wychodzić, wyprosić? I zapłacić? Nie przesadzaj. Powinnaś zrobić prawo jazdy. Mogłabyś jeździć do miasta na zakupy, nie przepłacałybyśmy tutaj w sklepach. Tam w tych supermarketach jest taniej. Chociaż ostatnio przywiozłaś przecież śmierdzącą rybę, sprzedali ci nieświeżą, więc i tam nieuczciwie sprzedają, trzeba wszędzie uważać. Możesz dzisiaj rozmrozić wołowinę mieloną na obiad, zrobić coś. Co uważasz. Najlepiej makaron. Bo na kotlety nie mam ochoty, ostatnio bolała mnie po nich wątroba, były za tłuste. 

      Pochrapywała nierówno, nieregularnie. Czasem jej się wyrywało charczenie, czasem jakiś szum prosto z gardła, czasem tylko westchnienia leciutkie wyfruwały i natychmiast rozpływały się w ciężkim od deszczu powietrzu. To ten deszcz pewnie ją zmógł. Oparłam się o ścianę i nie wiem nawet jak, nie wiem kiedy ześliznęłam się po niej i teraz siedziałam na podłodze. Nie potrafiłam przestać patrzeć jak podnoszą się i opadają jej szerokie plecy. Odziedziczyłam je po niej. Ten moment był dla mnie. Tylko teraz potrafiłam ją znowu zobaczyć taką, jaką była kiedyś, u szczytu życia, kiedy mi się jawiła wielka, spektakularna, niedościgła. Kiedy pełna zachwytu chciałam być blisko niej, trzymać jej rękę, pławić się w jej kobiecym cieple, przytulać do miękkiego brzucha, do obfitych piersi, słuchać jej słodko-krwawych, sprytno-zabobonnych bajek z morałem na wieczór. Jeść jej pierogi, setki od serca faszerowanych ziemniakami pierogów. Słuchać strofowania, że źle lepię i rozumieć, że dostaję tym samym prezent, rodzaj wyprawki na resztę życia. Terminuję u niej, a ona mnie uczy jak przetrwać, jak zdobyć życiodajne zasoby - pożywienie, opiekę, uwagę i miłość.

      Pochrapywała. Stara, niemożliwa despotka. A ja w ciemności siedziałam i pozwalałam kojącemu mrokowi, szumowi deszczu zniekształconemu przez szyby okienne wypłukać się doszczętnie ze wszystkiego, byłam nagle przejrzysta, pusta, pozbawiona zawartości i dobrze. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 04 listopada 2016 22:37
  • wtorek, 18 października 2016
    • Urlop

      Jej życie polegało na prostych rzeczach. Kiedy miała wolne, wydawała pieniądze. Kiedy była zajęta, zarabiała je dla kogoś innego. Dzisiaj miała wolne. Rano wyrwał ją ze snu budzik jej chłopaka. Chwilę mu zajęło wygrzebanie się z pościeli. Najpierw przycisnął ją do siebie. Była mu za to wdzięczna. W gorszych momentach jej ciało pamiętało to uczucie. Ciepłe, silne ramię.

      Dzisiaj miała wolne. Jak przepustka z więzienia, wolność była tylko złudzeniem, bo dokądkolwiek by nie poszła, niosła ze sobą, w sobie, więzienne nawyki. Kiedy brała prysznic, nie czuła go prawie, po karku siekał ją mocny strumień gorącej wody, po plecach spływały jej strumienie, na pośladkach, na udach osadzały się krople, a jej to było obojętne. W jej ruchy wrósł pośpiech, utylitarność każdej porannej czynności, trudno jej było się od tego uwolnić, więc myła się jakby nadal w pracoholicznym transie, machinalnie powtarzając te same co rano czynności. Zaczynała od szamponu, wmasowywała go we włosy, potem płyn do higieny intymnej, chłodny, między nogami. Później, nawet tego nie wiedziała, ale w bezmyślnie tej samej kolejności zataczała na swojej skórze kręgi dłonią umazaną w żelu o zapachu zielonej herbaty. Zapachu też nie czuła. Nie wiedziała kiedy nagle żel był już zmyty i przyszła pora na mydło do twarzy, jej nowy toaletowy gadżet. Po co gadżety jeśli się ich nie doświadcza naprawdę? Jeśli przyjemność z nich płynie tylko przez ułamek sekundy, przy półce sklepowej, kiedy się triumfalnie podnosi nowy produkt i w myślach wpasowuje się go w swoje życie, takie idealne w teorii. Nic już nie chciała. Nic sklepowego.

      A jednak, kiedy wyszła już z psem, wymuszając na swoim umyśle koncentrację na krzewach w cudzych ogrodach, na złociejących liściach kasztanów i klonów, wymuszając na sobie medytację powietrza zimnego na twarzy, ruchu własnych stóp na chodniku, meandrów spaceru swojego czarnego zwierzęcia, połysku jego sierści, niekrytej radości na widok porzuconej przez kogoś na trawie kanapki. Kiedy wyszła już z psem, kiedy mimo urlopu sprawdziła firmową skrzynkę mailową i odpowiedziała na dwie naglące, pilne wiadomości szefowej, grawitacja zaniosła ją w miejsca gdzie znajdzie neutralnych innych, gdzie będzie miała towarzystwo. Nie chciała siedzieć sama w domu. Wzięła rower i pojechała do poleconej przez znajomą kawiarni. Sprzedawano tam filiżanki, obrazy, ramy do luster, lody, ciasta, herbatę. Kawa była rozwodniona, więc zostawiła ją i pojechała do innej kawiarni. Ładnej. Z sufitu zwieszały się dziesiątki nitek, a podwiązane na nich ceramiczne ptaki frunęły donikąd. Za kontuarem stał ktoś obcy. Przy jednym ze stolików siedziały równie obce osoby. Obcy facet klikał sobie coś na laptopie naprzeciwko jej stołu. Piła kawę, czytała książkę na temat roli, jaką odgrywa wstyd i obrzydzenie w tworzeniu systemów prawnych. Napisaną przez prawniczkę i filozofkę. Zmęczyły ją słowa. Popatrzyła znowu wokoło. Facet od laptopa, długowłosy, okrągłolicy, odziany w pomarańczową kraciastą koszulę, śmiał się z jakąś swoją znajomą, potem ona wyszła, zaraz weszła inna, też znajoma (znająca zarówno jego i tę drugą dziewczynę). Zawołał do niej, że to musi być dzień mijania się i niespodziewanych spotkań. Za chwilę człowiek zza kontuaru, mężczyzna w średnim wieku, który pieścił się z jej kawą tak, jakby chciała żeby się z nią każdy pieścił, bo pytał czy ją chce w małej czy dużej filiżance, czy z mleczkiem w środku czy obok, ogrzanym, spienionym, słodkawym, przelanym do maleńkiej mini-butelki na mleko. Potem przyszedł i pytał czy chce jeszcze żeby jej doppio macchiato przyozdobić plamką piany. Poprosiła, żeby przyozdobił i powiedziała grzecznie dziękuję. Doniósł jej jeszcze szklankę wody. Niedługo potem ubrał się w modny krótki płaszcz, zarzucił na ramię młodzieżową skórzaną torbę i wyszedł. Obcy człowiek. Coś się ze nią stało. Nie wiedziała kiedy, może lat temu dziesięć, może osiem, może pięć. Nie była w stanie śledzić tego procesu wstecz. Umiała z tych kawiarnianych przestrzeni korzystać wyłącznie transakcyjnie, anonimowo, w jakiś taki emocjonalnie sterylny sposób. Nie poznawała nikogo, nikt jej nie poznawał, nie robili nic razem. Wchodziła i korzystała tylko z obecności innych ludzi, kupowała za cenę kawy ulgę w samotności, ale pozorną.

      A potem wychodzę. Wypijam ostatnią kroplę espresso, przechylając mocno filiżaneczkę, pozwalam tej cennej kropli spłynąć po ściankach ceramicznych sobie do ust i wychodzę. Do sklepów. Tylko to umiem. Szukam czegoś nawykowo i nie znajduję, idę chyba tylko i wyłącznie potwierdzić swoje rozczarowanie, przekonać się znowu i znowu, że to emocjonalna pustynia. Książki, gry, ubrania, kuchenne gadżety, wszystko to tylko erzac. Więc płaczę. Zdążam tylko, obciążona kolejnym drogim fotograficznym albumem, zabawką dla znajomego dziecka i zaparzaczem herbaty dla mojego chłopaka (chcę się jakoś wkupić, chcę mieć jakieś poczucie kontroli nad tym, jak na mnie patrzą, nie chcę się czuć niepotrzebna, nieciekawa, przestanę wtedy istnieć), zdążam tylko odpiąć ciężki łańcuch od latarni, oswobodzić swojego holendra, wsiąść, do koszyka wstawić zakupy, zdać sobie sprawę, że nie mam żadnej mocy powstrzymać teraz fali zaległych emocji i wreszcie płaczę. Jadę, pokonuję krawężniki i płaczę. Nie chcę być nigdzie. Ani w pracy, która wydaje się należeć do kogoś innego, na czas której muszę zamienić się w żywego trupa, odłączyć, usztywnić, przestać czuć. Nie chcę być w pracy. Ani w domu, którego ściany pojękują echem samotności, dotkliwie przypominają, że nikt mnie do niczego tak naprawdę nie chce. Nie chcę być w domu. I nie chcę i nie chcę już więcej do tych sklepów. Moje miasto jest pobojowiskiem. Mogłabym pójść do kościoła, może to ostatni przyczółek czegoś, co zdaję się pamiętać jak przez mgłę. Nie potrafię już tego znaleźć w muzeach ani teatrach, barach ani klubach. Moje miasto jest pobojowiskiem. W kościołach czuję się najsamotniejsza z tego wszystkiego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 października 2016 16:56
  • poniedziałek, 03 października 2016
    • Głuche, tępe, nieustanne. Czarny protest.

      Takie dudnienie z tyłu głowy, szum niewyobrażalny w uszach, zaburzający równowagę. Takie wstrzymanie oddechu, które się nigdy nie kończy, ściśnięcie ud i pośladków i mięśni wokół dolnej części kręgosłupa i okolic żołądka, z którego nie można się rozluźnić nawet najmądrzejszymi technikami relaksacyjnymi. Furia. Bezradność. Zmieszane z oślepiającym, ogłuszającym, paraliżującym lękiem nieustannym, że zapłacę za każde wykroczenie przeciwko dominującej kulturze, że znajdę się w inter-strefie pomiędzy dobrem i złem, albo gorzej, że powinie mi się noga, o jedną skuchę za dużo, i nie zatrzymam się już na tragicznej spirali marginalizacji. Bo ludzie w ślepym szale ostracyzmu, w stadnym instynkcie linczu, nie zatrzymują się żeby sprawdzić fakty. Zapłacę za każdą transgresję. Jeśli wychylę się za mocno. W jedną i w drugą stronę. Jeśli będę za bardzo miękka, za bardzo ugodowa, słuchająca uważnie i dbająca o relacje, wejdziecie mi na głowę, za darmo weźmiecie rzeczy, które mnie tak dużo kosztują, które wymagają kunsztu i czułego zaangażowania, do których potrzeba uruchomić duszę. Moją miłość zdepczecie, a potem się jeszcze okaże, że to moja własna wina. Weźmiecie wszystkie moje dary jak swoje, jakby to był mój społeczny obowiązek, który nie wymaga rekompensaty, a potem o mnie zapomnicie, bo zawsze byłam niewidzialna i niesłyszalna, bo miękka praca kobiet jest oczywista, to przejrzyste, darmowe umeblowanie waszego świata i kogo to obchodzi, że nieraz okupione cierpieniem, izolacją i chorobą, że strachem o stabilność bytu. Wyśmiane. U nas się wyśmiewa kobiety i wszystko, co kobiece. Kobiety się utożsamia z błędami, z nieporadnością, z niewiedzą, kobiety się tresuje tak, żeby z notesikami w rąsiach latały i zapisywały najbardziej drobiazgowe procedurki, jedne z drugimi sprzeczne, a potem ich upierdliwie pilnowały, zajmując się tym, czy koleżanka uprasowała spódniczkę, czy ktoś podlał kwiatki i czy Iksińska na pewno siedzi w biurze równe etatowe godziny i dziwiły się dlaczego ich nikt nie awansuje w pracy.

      Ja mam problem. Nie odróżniam siły od przemocy, dlatego nie potrafię tej siły w sobie uruchomić. Ja mam problem, bo kiedy tylko przestaję być wyłącznie miękka i wspomagająca, kiedy tylko próbuję głośno coś powiedzieć, nie dając sobie przerwać, nie pozwalając się zakrzyczeć, cierpliwie tłumacząc, że nie trzeba mi objaśniać świata, bo mam oczy i uszy i sama już sporo wiem, dostaję tak po mordzie, że się chowam pod stołem i nie wychodzę przez lata. Kiedy tylko próbuję komuś uświadomić, że zaraz umrę od tych sprzecznych wymagań, że zaraz padnę z przepracowania, bo chociaż jestem feministką, to najzwyczajniej w świecie lubię ludzi i chciałabym żeby i mnie lubili, szanuję ludzi i chcę żeby mnie szanowali. A tymczasem albo jedno, albo drugie. Nie oba na raz. Albo godność i izolacja. Albo sympatia ale upupienie. Dopóki dobrze gram nierozgarniętą dziewczynkę, lubią mnie moi szefowie. Mężczyźni ze mną flirtują, chociaż to bywa upodlające, bo zakładają, że jestem półgłówkiem, kobiety mnie pouczają, łaskawie matkując mi w wybitnie polski sposób "daj, bo nie umiesz". Tak czy inaczej, mam być niekompetentna. Moja kompetencja jest podejrzana, więc szybko znika. Kiedy próbuję dorastać, staję się zagrożeniem ich profesjonalnego bytu i zaczyna się walka. Ja mam problem więc. Nie oni. Nie odróżniam siły od przemocy, bezpieczeństwa od bycia ofiarą, a że przemoc mi się nieraz stała, nie wiem, czy kiedykolwiek do końca uwolnię się od wewnętrznej sraczki, jaką powoduje we mnie jej wspomnienie.

      Dzisiaj kobiety protestują przeciwko polskiemu kultowi siły ślepemu i wymaganiom żeby czyjeś traumy przymusowo dźwigała połowa narodu obdarzona, tak się składa, waginami. Świat pracy zaprojektowany jest dla żonatych mężczyzn, których ktoś opierze i nakarmi, pocieszy i dowartościuje w dobrze posprzątanym domu, dla wojowników twardych, co nie czują własnych ciał i mogą ciągnąć aż do karoshi. Cierpią na tym praktycznie wszyscy. Kobiety bez mężów i kobiety z mężami, lesbijki i geje, single obu płci, nieoprani, nienakarmieni, nieutuleni, a wtłoczeni w system wymagający robotycznej prawie wydolności, teraz już konkurencyjnej globalnie, bo przecież zagrażają nam nie tylko automaty, ale i tani outsourcing siły roboczej do krajów trzeciego świata. Nie chciałabym być polskim mężczyzną, ten to dopiero ma przechlapane, taki musi być nieustannie dominujący i kompetentny, ogarnięty i obrotny, zadaniowy, odważny. Jeśli kobiety są skazywane na nędzne, depresyjne, należące do kogoś innego, do czyjegoś innego ego, służebne życia niewidzialne, to mężczyźni wcale nie mają lepiej. Bo rwą więzy i zostawiają wokół siebie nieświadomie pobojowisko krzywd i goryczy. Przecież tego się od nich wymaga. Mój siostrzeniec, kiedy się spotykamy, zanim zdecyduje czy mi znowu zaufać, najpierw kopie mnie i wali po głowie slipkami na basen, potem się lubieżnie ociera, jakby chciał sprawdzić, całym ciałem opowiadając mi czego go uczą ośmioletni koledzy, w jakim się świecie obraca, mój siostrzeniec wystawia mnie na długotrwałą próbę, czy razem z nim wytrzymam, czy przetrzymam z nim razem świat, w którym musi być dupkiem żeby go zaakceptowali koledzy. Dopiero potem, kiedy zobaczy, że jestem silna i ciepła zarazem, że mieszczę w sobie jego cierpienie, ale mu nie pozwalam na przemoc, dopiero wtedy się do mnie przytula, wpija się we mnie jakby wreszcie, po raz kolejny, znalazł dom. Kocham go bardziej niż siebie, ale nie wiem jak długo wytrzymam. Kiedy stanie się prawdziwym, rasowym kutasem, kiedy już zapomni o swoim ośmioletnim wcieleniu, kiedy uzna, że albo kult siły albo społeczna śmierć, czy będę go nadal lubić. A wy? Czy wolelibyście w tym systemie być katem czy oprawcą?

      Całe życie tak strasznie walczę o to, żeby mnie ktoś zobaczył, usłyszał, potraktował poważnie. Pewnie to zabawne jest, śmiano się ze mnie już tyle razy, hydraulicy, informatycy, trenerzy tańca i karate, nauczycielki, ciotki, babcia, koleżanki, szefowe, zobaczcie, to przecież też były kobiety, bo do męskich kpin się przyzwyczaiłam, kobiety ze mnie drwiły, że mi tak zależy. To źle i tamto niedobrze. Za bardzo mi zależało, znaczy że sama się wpędziłam w wypalenie. Za bardzo ochłodłam, zobojętniałam, za bardzo zadaniowo podeszłam, tym częściej słyszałam że jestem (cytuję): roszczeniowa, arogancka, niesubtelna, że korposucz, onieśmielająca, że kogoś spinam, że destrukcyjna. Albo gorzej. Przestawałam istnieć. Nie miano na mój temat całkiem nic do powiedzenia, jakbym była niewidzialna. Jakbym roztaczała toksyczny zapaszek. Bo co zrobić z samodzielną, inteligentną kobietą? Życie toczyło się wokół wybranych męskich ego, komuś proponowano rosołek, komuś innemu profesurę, ktoś dostał podwyżkę, ktoś asystentkę, ja i moje koleżanki słyszałyśmy, że nie należy narzekać, nie można zawracać głowy, że zacisnąć zęby i pracować jeszcze bardziej, dłużej, pilniej, posłuszniej. Może wtedy. Czekamy jak te księżniczki z bajek na nigdy nie nadchodzące nagrody. Dorosły ekwiwalent świadectwa z czerwonym paskiem. I nie wiem, chyba już nie bardzo chcę czekać. Ale boję się, że jeśli wyjdę do świata i zacznę wymagać, prosić, brać, sama zostanę dupkiem, że przegapię ten moment, kiedy asertywność zmieni się w agresję i będę i ja kutasem. To takie kuszące, takie łatwe jak już się w tym zasmakuje. Ego płata figle, przekonuje, że jest się kimś szczególnym, a słabsi, a powolniejsi to ciapy, ofiary, że sami się proszą. Więc tkwię w tym swoim wahaniu, jestem niezdecydowaniem, kroczę po cienkiej linie, chowając sama przed sobą pokusę żeby wreszcie kogoś pierdolnąć. Ludzie przypisują mi anielskie dobro i diabelne zło, tak jak im wygodnie, kapryśnie, z dnia na dzień obsadzając mnie w roli potulnej, przedmiotowej (powinnam się cieszyć) albo demonicznie obarczonej złem wszego świata (odczłowieczającej, bo skoro jestem zła, to nie trzeba się już wobec mnie przyzwoicie zachowywać). Mogę być tylko kurwą albo dziewicą, wyję z rozpaczy bo życie, ludzkość, więc i ja też, wszystko to jest ambiwalentne - wkurwiające i cudowne zarazem, rozkoszne i straszne i jeszcze poczciwe przy okazji. Dobre dziecko, posłusznie stawałam się cudzymi projekcjami, mam je wrośnięte w fizjologię, nie potrafię nie być czarnym lub białym, nic pośrodku, ponieważ przygotowano mi tylko dwie opcje, anielica i wampir cuchnący, jakby nic całkiem zwyczajnego, głęboko ludzkiego nie istniało pomiędzy, w rozległej strefie szarości. Jaki to akt odwagi wyciągnąć do mnie rękę w momencie kiedy kolejne stado ludzkie decyduje jednomyślnie, nie przyglądając się zbyt uważnie faktom, że teraz mną pogardzają, teraz jestem karaluchem, bo złamałam jakąś fundamentalną procedurę (w tym przypadku publicznie zakwestionowałam obraźliwe słowa szefowej), więc teraz nagle śmierdzę. Lubimy linczować. A ja jestem idiosynkratyczna. Niejednoznaczna, prawdziwa. Istnieję, choćbyście przeczyli mojemu istnieniu, choćbyście patrzyli przeze mnie, jakbym przejrzysta się stała, bezcielesna. Przyjdźcie do mnie, pogadajcie ze mną, z krwi i kości, w całej mojej szarości właśnie. Zobaczcie mnie i usłyszcie, potraktujcie poważnie. Na moich własnych warunkach. Trochę kobiecą, trochę męską, trochę anioła, trochę dupka, na ogół po prostu człowieka, niepowtarzalną. Nudno jest cholernie być tym, czym wam się akurat wydaję.

      Ach. Moja terapeutka twierdzi, że nareszcie wyrosły mi zęby. Strasznie jest ze mnie dumna, a ja na początku nie zrozumiałam o czym do mnie mówi, więc kiedy zapytała czy się cieszę, odpowiedziałam, że nie. Że jeśli dopiero teraz ząbkuję, to ile jeszcze przede mną terapii? A dwa dni potem czytałam coś o dyplomacji i przypomniało mi się, że po angielsku jest taki idiom "to grow some teeth". Może dotyczyć na przykład dyplomatów właśnie, którzy nauczą się pokazywać pazury, którzy nauczą się większej, strategicznie wykorzystywanej twardości. Być może właśnie straciłam niewinności wiecznej ofiary, jakże atrakcyjnej dla pewnego typu mężczyzny, szefa (obu płci zresztą), rodzica. Być może zaczyna się nowy rozdział w moim życiu, bo znam siebie trochę lepiej, bo wrastam we własne ciało, ze wszystkimi jego, również agresywnymi impulsami. Mam prywatną teorię, że dobry, w pełni, dojrzale dobry jest tylko ten, kto co prawda mógłby pokąsać, ale aktywnie wybiera pełną szacunku, otwartą rozmowę, bo gryzienie jest pójściem na skróty. Zobaczymy. 

      A tu trochę bardziej akademicko, angielskojęzycznie, ale niesamowicie ciekawie: https://womensleadership.stanford.edu/whatworks

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Głuche, tępe, nieustanne. Czarny protest.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 października 2016 20:48
  • niedziela, 02 października 2016
    • Za dwa lata

      Za dwa lata nadal będę introwertykiem. Nadal ludzi przyjmę tylko w ograniczonych dawkach, ale z doroślejszą czułością rozpoznam w nich swój własny głód chwały, godności i honoru, głód uwagi i miękkości, głód autentyczności i wolności, nieraz chorobliwie rozrośnięty, nieraz obsesyjny, nieraz wrogi jego wrogom, zagłuszający wszystkie inne sygnały z zewnątrz. Za dwa lata będę więc pogodnym introwertykiem, który rozumie, jak jego skupienie na własnym wnętrzu interpretują inni i dlaczego, wzruszając nieraz ramionami na bardziej kąśliwe, rozżalone czy rozgoryczone ataki. Bo ty zawsze. Bo ty nigdy. Bo ciebie. Bo przez ciebie. Za dwa lata będę introwertykiem, który się umie przyjaźnić z mrukami i z gadułami po równo, któremu rozleje się regularnie pod wpływem kontaktu z innymi miodowo-słoneczne poczucie radości, że wszyscy jesteśmy żywi i już. A potem odpocznę od tej żywości, bo mózg mi się jak zwykle zmęczy, ale odpocznę już bez wyrzutów sumienia i bez lęku, że mnie wszyscy zostawią, że już nigdy. Że zawsze. Że nikt.

      Za dwa lata będę dużo rozmawiać. Będę dużo tańczyć. Będę śpiewać. Pływać. Rozciągać się w jodze, bo wraca mnie sobie. Głęboko oddychać, jakbym była w świecie bezpieczna, jakbym była silna i mądra i jakby mnie otaczali życzliwi, godni zaufania ludzie, żywi, twórczy, inteligentni i otwarci.

      Za dwa lata za oknem zobaczę sad. Siekając marchewki do lekkiej potrawy, którą zjem z kimś, kogo kocham, za dwa lata donikąd mi się nie będzie spieszyć. Wystarczę. Za dwa lata poświęcę kilka godzin uwagi czemuś prostemu. Prostota zorganizuje mi życie, odróżnię rzeczy potrzebne, esencjonalne, ważne, od farfocli.

      Za dwa lata będę chodzić na spacery, bawić się z dziećmi, z psami, z dorosłymi. Będę się śmiać i mieć całą przestrzeń na dystans. Pobłażliwy, moje błędy nie skończą całego świata, nie zrujnują kraju i nie zaburzą sytuacji geopolitycznej, moje błędy, na skalę jednego zwykłego człowieka będą po prostu błędami, nauczę się czegoś, przeskoczę na kolejny etap, zobaczę siebie w nowym wcieleniu.

      Za dwa lata będę się uczyć, pożerać nowe sytuację, nową wiedzę, tworzyć nowe umysłowe połączenia, za dwa lata będę cierpliwie trenować umiejętności, których dzisiaj jeszcze nie mam, będę inną konfiguracją, zdrową, pełną energii, pogodną i chętną do kontaktu. Za dwa lata nie będę ludziom żałować swojego czasu, nie będę się chować za stanowiskiem, za przyzwyczajeniami, za bluzką ze stójką i kurtką skórzaną i czerwonym paznokciem. Za dwa lata będę piękna, bo się będę dużo uśmiechać, bo będę bronić tego, co dla mnie ważne, bo będę cierpliwie budować, pracować, wzmacniać więzy.

      Za dwa lata będę wdzięczna. Zobaczę ile dostałam, ile mam, jak piękni, jak dzielni, jak dobrzy i szlachetni, jak ciekawi, jak kurwa mać są ciekawi ci ludzie wokoło. Będę ich czerpać garściami i lubić bez niepotrzebnych złudzeń. Jacy są.

      Za dwa lata będę czytać, podróżować, spotykać i rosnąć.

      Za dwa lata będę oddychać.

      Będę oddychać jakbym była spokojna, jakby wszystko było w porządku. Za dwa lata w brzuchu poczuję sama siebie, poczuję swoje najgłębsze intuicje, za dwa lata będę miała odwagę wyjść na świat bez zbroi z napięć, z napięć w karku, w szczęce, w krzyżu, w żołądku. Za dwa lata z miękkim podbrzuszem nie będę się wstydzić tego, że kocham i potrzebuję miłości. Nie będę udawać, że dorosłość polega na stoickim samopoświęceniu jeśli to nie jest jedyne dobre wyjście. Jeśli istnieje inne, twórcze, przyjazne użytkownikowi. Jeśli można być dobrym dla siebie i innych, to dlaczego nie być. Za dwa lata poczuję się żywa. Cała żywa. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Za dwa lata”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 października 2016 19:19
  • poniedziałek, 26 września 2016
    • Niewyrzucone

      Po pierwsze kalendarze. Z lat 2009-2013, lat, kiedy konsolidowała się moja dorosłość, rozumiana jako garsonki, wysokie obcasy i kalendarze w skórzanej oprawie. Imponowało mi to. Byłam tak dumna, puchłam z dumy, bo organizowałam swoje życie w racjonalny i beznamiętny, zadaniowy sposób. Byłam tak dumna. Więc pewnie czasem, kiedy rzucę okiem, albo jeszcze rzadziej, kiedy otworzę którykolwiek kalendarz, sztachnę się jego stęchłym zapachem i wzrok mi padnie na nazwisko i numer telefonu osoby, której już nie pamiętam. Czy to był operator kamery, czy hydraulik, czy może agent ubezpieczeniowy? Czy to był ktoś, z kim pracowałam, czy ktoś, kto mi coś naprawił, czy może ktoś, kto sprzedał mi poczucie bezpieczeństwa? Patrzę też wtedy, przerzucając satysfakcjonującym gestem starego karciarza kolejne strony między palcami, patrzę na sprawy załatwiane, nerwy im poświęcone, tak już odległe, tak relatywnie nieistotne. I wyobrażam sobie, że na dzisiejsze sprawy potrafię tak samo popatrzeć. Nie czuć bólu ani frustracji, nie bać się o swoje poczucie godności ani o to, że mi zburzą wątłą równowagę. Przypomnieć sobie, że za pięć lat to będzie tylko wyblakłe odręczne hasło w kalendarzu, do którego nigdy nie zaglądam. Świadectwo moich lat w Mordorze, mojej odsłużonej wachty w korporacji, trzy kolejne kalendarze National Geographic. Oprawione w brąz i wytłaczane złotem, na każdych dwóch stronach harmonogram tygodnia i zdjęcie z jakichś wakacji, na które nie pojadę, bo a) nie stać mnie, a b) nie mam czasu.

      Kiedyś tamte zdjęcia - kwiaty egzotyczne z Kostaryki, wodospady gdzieś w Ameryce Północnej, uśmiechnięte słonie z Indii czy zachód słońca na Bali - kiedyś tamte zdjęcia obudowałam emocjami. A dzisiaj są tylko ładne. Już nie stanowią zabronionych, niemożliwych podróży, już nie kuszą obietnicą spokoju i uwolnienia z hierarchii i procedur. 

      Po drugie ubrania. Opowiadałam koleżance dzisiaj przy kserokopiarce, kiedy pochwaliła mój płaszczyk wyszperany w lokalnym tanim butiku (będę pewnie niedługo odchodzić z pracy, wtedy jeszcze wiedziałam jedynie, że mam spotkanie z szefową, podejrzewałam, że ostateczne, gwóźdź do trumny mojej kariery w tym miejscu, więc stroję się jak wojownik, w zbroje z mięsistych swetrów i płaszczy, z okularów z czarnymi oprawkami i masywnych skórzanych butów, kupiłam sobie też wreszcie, na resztę mojego dorosłego życia czarną skórzaną kurtkę, najwyższa pora, najwyższa, najwyższa pora, uzbrajam się na nową drogę życia, bo będzie ciężko, tyle wiem na pewno), więc mówiłam koleżance na schodach przy dziale IT, że lubię się stroić, bo przypomina mi to jasne momenty z dzieciństwa. Rosebud. Różyczka. Bo przypomina mi to trzy coraz mniejsze, coraz bardziej sfatygowane tekturowe pudła, w których kryły się srebrne i koronkowe i nylonowe rozkosze, niekończąca się fantazja, która w świecie dorosłych mogła trwać może kwadrans, w naszym świecie całą wieczność i jeszcze kilka chichotów więcej. Miałyśmy po parę lat kiedy babcia nas do nich dopuściła. Miałyśmy po parę lat kiedy zaczęłyśmy z siostrą nasze pierwsze pachnące kurzem i wiekowymi tekstyliami przebieranki z kufra pełnego skarbów, który stanowiły te paczki z tektury. Sukienka mamy ze studniówki, noszona może raz, z wczesnych lat siedemdziesiątych, mieniąca się srebrnym brokatem, do tego brokatowe srebrne sandały na kwadratowych obcasach, wielki, jedyny w swoim rodzaju dzień w jej życiu, wszystko było za duże, zwisało z nas, lało się i spadało, ale przez chwilę można było być dorosłą, potykać się o własny tren, można było być księżniczką, można było uciec z burości sztruksowej odziedziczonych po kuzynach (nawet nie naszych własnych) z Ameryki starych ubrań i jeszcze bardziej szarych i ponurych i pragmatycznych ubrań dostępnych w socjalistycznych sklepach. Syntetycznych i elektryzujących, bezkształtnych i bezpłciowych. W pudłach było dużo babcinej bielizny, koronkami obszytych, pruderyjnych koszul nocnych. Nawet jeden kostium kąpielowy się zaplątał. Dziadkowie mieszkali daleko od jezior, daleko od morza, daleko od publicznych pływalni, to było pewnie świadectwo ich jakże ludzkiej potrzeby przygody. Dokądś się kiedyś wyrwali, czegoś kiedyś popróbowali. Dzisiaj czuję ich, jednego zza grobu, drugiego poprzez geriatryczne, przerażone odchodzeniem i zgorzkniałe wcielenie, które tamtej babci nie przypomina wcale, czuję ich nadzieje i nieśmiałe marzenia, nauczyli mnie marzyć, ale nie liczyć na spełnienie, marzyć biernie, marzyć teoretycznie, marzyć hobbystycznie, ale nie karmić w sobie nadziei, dzisiaj czuję moją nastoletnią matkę, blond piękność długonogą, która musiała być, naprawdę, królową tamtej studniówki, zjawiskiem, źródłem niepojętej dla mnie dumy swoich rodziców, jedynaczką, która w końcu wyrwie się z przygiętej do ziemi biedą wioski na sto osób i podbije stolicę. Bo podbiła. Więc kłapałyśmy po deskach pięterka dziadkowego domu w tych sandałkach za dużych o siedem numerów, rok po roku, co wakacje, rytualnie powtarzałyśmy magię i magia nie nikła, nie topniała, nie nudziła nam się, nie powszedniała. Dlatego się dzisiaj stroję. Dlatego mam szafy pełne pięknych ubrań. Hafty, obszycia, błyszczące nitki i kwiatowe wzory, jestem księżniczką, nawet jeśli tylko dla siebie.

      No i wreszcie jedzenie. Zawsze o jakieś sto czterdzieści procent za dużo. Rząd niemiecki doradził obywatelom zaopatrzenie swoich spiżarni na przynajmniej dziesięć dni, nie uprzedzając, czy to będzie superwulkan, terrorystyczne ataki, czy meteoryt, moja siostra zrobiła dodatkowe zakupy mąki, wody i cukru, a ja tylko rzuciłam okiem na swoje półki, na przeciery pomidorowe, na puszki z fasolą, makarony, ciastka, krakersy i dżemy, orzeszki i bakalie i uznałam, że przeżyję dziesięć dni bez najmniejszego problemu. Teraz czy kiedykolwiek, mam nadwyżkę. Pewnie znowu chodzi o to samo, stare lęki, kryzysowe dzieciństwo, straszliwe jedzenie, które kazano mi jeść, bo potem może znów nie być nic w sklepach. Niedobory i niedosyty. Luksusowe produkty, które w pierwszej kolejności należały się ojcu, więc epickie bitwy rozgrywaliśmy o każdą kradzież plasterka polędwicy. Do tej pory codziennie muszę zjeść jakiś delikates, pewnie żeby sobie udowodnić że mogę, że kryzys nie wróci, że nikt mi nie zabroni, że obfitość, obfitość, bezpieczna jestem i głodna nie będę. Dołóżcie do tego dwa pokolenia, które wojnę, stalinizm i biedę strukturalną przerobiły po dziurki w nosie, wyobraźcie sobie w jakim kulcie jedzenia wyrosłam, dziękuję za uwagę, być może już zawsze będzie u mnie nadwyżka. Kalendarzy. Sukienek. Ciecierzycy.

      zenq.blox.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 września 2016 23:09
  • środa, 03 sierpnia 2016
    • Technika relaksacyjna

      Zamknęłam konto na fejsbuku i nagle mam pełno czasu. Mózgu nie wypełniają mi też nadmiernie cudze lęki i manipulacje, nie absorbują narcystyczne rywalizacje i poczucie porażki w porównaniu z resztą (nieporównywalnego) świata. Od czasu kiedy zostawiłam telewizor na strychu poprzedniego mieszkania, to może być najlepsza strategiczna życiowa decyzja. Pełno czasu. Oczywiście nadal mi go na nic nie starcza, ciągle (FOMO) byłabym chętnie w piętnastu miejscach na raz, realizując pół tuzina alternatywnych tożsamości, perfekcyjna pani domu, fashionista, feministka-intelektualistka-profesjonalistka, kochanka z wyobraźnią i bez zahamowań... to tylko garstka przykładów, podana w przypadkowej kolejności. Ściągnęłam sobie w związku z nadwyżką przestrzeni mentalnej kilka aplikacji do medytacji i wczoraj zaczęłam siedmiodniowy program uspokajania skołatanych nerwów. A tyle się działo, że się rozkołatały, rozklekotały, rozchwiały niebezpiecznie. Ja to się w ogóle trzęsę nad swoimi nerwami, bo jeśli nie zarządzę w porę tym ich rozedrganiem, może mi się przydarzyć, zawsze w nieodpowiednim miejscu i czasie, atak paniki, a to nic przyjemnego. Rozkołatane, rozklekotane, rozchwiane. Na przykład - pisałam o tym dopiero co - zostałam cyborgiem ze śrubką w dziąśle. W przyszłym wcieleniu, jeśli bozia nie da zostać zawodowym tancerzem albo prezydentem Stanów Zjednoczonym, poproszę żebym mogła być chirurgiem szczękowym. Science fiction normalnie, przecież ja jestem dzieckiem lat osiemdziesiątych, mnie się taka przyszłość nie śniła w najśmielszych rojeniach nocnych, a obdarzona według calusieńkiego mojego otoczenia byłam nie lada fantazją, nawet drukarkę 3D w okolicach 1983 wynalazłam w swojej głowie. Stała w wyimaginowanym sklepie spożywczym i produkowała cudownie apetyczne fikcyjne potrawy, których w PRL nie było nigdy w asortymencie, więc według mojej najlepszej wiedzy o wszechświecie, po prostu istniały wyłącznie w moim wnętrzu. Na przykład - chłopaka mi wyrzucili w zeszłym tygodniu z wynajmowanego przez niego mieszkania i teraz nagle mieszka u mnie, wszystkie swoje rzeczy przemieścił i porozmieszczał, zapełniając doszczętnie ostatki zapasowych półek i wciskając się w najgłębsze, zapomniane kąty szaf, tylko nam zostało teraz do rozparcelowania wielkie pudło z przyprawami, konserwami, mieszankami ciast bezglutenowych, nie ma bata żeby je gdziekolwiek jeszcze zmieścić do mojej małej zgrabnej kuchenki wypełnionej po brzegi patelniami i silikonowymi formami do babeczek. I powiem wam, że jeszcze półtora roku temu byłam sama od lat chyba dziewięciu nie licząc licznych niezwykle krótkich i spektakularnie nieudanych przygód, więc definiowałam siebie jako osobę pojedynczą permanentnie, nie przewidywałam takiego rozwoju sytuacji, mimo licznych, krótkich, nieudanych. Licznych, kiedyś książkę napiszę o tym, na ile sposobów dwie osoby mogą się nie spotkać, nie zrozumieć, nie zainteresować. Ciekawe, czy dałoby radę sporządzić klasyfikację sposobów niepokochania się nawzajem, sposobów niedogadania, niezbliżenia. Encyklopedia nieudanych randek. Pierwsze hasło: abnegat kontra perfekcjonistka. Kolejne: aspołeczna i żartowniś. Potem jeszcze: bywalczyni salonów kontra domator. I na przykład: tradycjonalista i korpo-feministka.

      Ściągnęłam sobie uroczą aplikację do medytacji, aksamitny głos kobiecy uspokaja i prowadzi przez meandry rozluźnienia, i zaczęłam wczoraj siedmiodniowy program uspokajania skołatanych nerwów, bo jednak mój chłopak sprowadził mi się do jednoosobowego mieszkanka zajmowanego już przeze mnie z psem, a czasem mi się wydaje, że nawet ja i pies to o jedno stworzenie w nadmiarze, więc jego feng shui i moje feng shui dawno było wiadomo, że niekompatybilne są i że będzie kłopot. Ale nie spodziewałam się jak szybko i jak jadowicie to uderzy, bo w ciągu pierwszego tygodnia zaliczyliśmy już płacze, krzyki, trzaskanie drzwiami i cichy foch z cyklu "domyśl się". No głupio. Ale dopuściłam do swoich najprywatniejszych momentów, do swoich najintymniejszych, ukrywanych przed światem przestrzeni drugą osobę i nawet się nie zastanowiłam, jaki to będzie szok dzielić z kimś moją świątynię, moją pustelnię, moje wieloletnie schronienie przed chaosem i zgiełkiem. Sama zaprosiłam przedstawiciela chaosu i zgiełku aby ją ze mną przynajmniej tymczasowo zamieszkał, sama wkopałam się w życie codzienne, gdzie trudno już trzymać siedem dni w tygodniu nieskazitelnie atrakcyjną fasadę, więc wstydy rozmaite i niedoskonałości wyłażą mi ze mnie hurtowo, a ten twierdzi, że nadal mnie kocha i w ogóle jestem najbardziej fantastyczną osobą. Dysonans poznawczy. 

      Nerwów skołatanych nie wyciszy też urlop w formule "mam nowego chłopaka, popiszę się przed nim obyciem w świecie" zamiast po całym roku pracy wyskoczyć gdzieś na odludzie, wygwizdów zielony lub do spa. Oczywiście zamiast tego był istny roller coaster emocji, objazd po całkiem zmienionej, nie do końca dla mnie nagle zrozumiałej Europie XXI wieku, 21 dni w podróży, 4800 kilometrów, 33 odwiedzone stacje kolejowe, 13 przejazdów pociągami 5 narodowych przewoźników i moja ścisła, nieprzemakalna strefa komfortu naruszona w licznych, zbyt wielu by liczyć, miejscach. Rozchybotane, rozchwiane, rozbebeszone. Nie da się jej pewnie odbudować, tej strefy komfortu. Na zawsze zostałam przez tę podróż kimś innym.

      Nie było więc czasu zatrzymać się. Pomyśleć. Wrócić do siebie. Nie było czasu skalibrować na nowo mózgu, przemeblować go z uwzględnieniem nowych danych. Europa jest czymś innym, ja kimś innym, mój dom nagle dzielę z drugą osobą, mój status więc, moja tożsamość, ulega uaktualnieniu. Stąd siedmiodniowy program medytacyjny wydał mi się dobrym pomysłem. Wczoraj ćwiczyłam głębokie, miarowe oddechy i skanowałam sobie przyjemnie ciało od czubka głowy poprzez przestrzeń za oczami, aż po małe palce u stóp. Dzisiaj przysnęłam gdzieś w połowie ciała, na etapie przepony i rozluźniania mięśni brzucha, jeszcze słyszałam coś o udach, oprzytomniałam nieco na moment przy łydkach, a potem już mnie nie było. Podobno zasnęłam, bo wszedł mój chłopak i pytał czy śpię, a ja nie odpowiedziałam. Nie wydawało mi się, żebym spała. Odpłynęło coś we mnie, jakby wewnętrzne struktury poluzowały się, polubiły ten stan, a potem uznały, że one też pójdą na urlop. I udały się dokądś na jakieś zasłużone niewątpliwie wakacje, zostawiając mnie co prawda obudzoną i na jawie, ale bez treści w mózgu. To dziwne uczucie. Nie posiadać w środku celów i problemów, nie mieć zmartwień ani zżerających własny ogon obsesyjnych myśli powtarzalnych, nie mieć nic. Zaniepokoiło mnie to. Ten stan pustki beztreściowej, całkiem neutralny, pozbawiony dyskomfortów wszelkich. Zawieszona między snem a czujnością, wyprana na moment z siebie wewnątrz siebie, przestraszyłam się, że nie pamiętam jak obsługiwać ten stan, jak go opuścić, jak wejść w niego znowu, jak zatrzymać, jak powstrzymać. Tyle było stresu, tyle strachu, tyle bodźców i spięć przez ostatnią dekadę, tak mnie wytarmosiło, tak przeczołgało życie moje na styku wnętrza z zewnętrzem, że teraz nie wiedziałam co zrobić. Nie wiedziałam jak być na jałowym biegu, jak być rozluźniona i pusta. A co będzie pod koniec tygodniowego programu redukującego egzystencjalne dygoty?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Technika relaksacyjna”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 03 sierpnia 2016 22:26
  • wtorek, 02 sierpnia 2016
    • Nagroda pocieszenia

      Ja niestety myślę, że to się wszystko zaczęło od tej Madonny. No bo mam bardzo zgrabny owal twarzy, taką trójkątną uroczą bródkę i chociaż być może to oczy mojej siostry przez całe lata budziły większy podziw zawsze - bo wielkie, bo niespotykanie głębokie, bo długie rzęsy czarująco towarzyszyły zarumienieniom i zażenowaniom, bo niebieskie czysto, nie takie zażółcone, zabrunatnione, niejednoznaczne, poszarzałe jak moje, bo tyle w nich dobra, tyle niewinności. Oczy mojej siostry tak łatwo poddawały się rozmaitym projekcjom, oczy mojej siostry w lustrzanej otwartości odbijały wdzięcznie najlepszą wersję patrzącego. O moich oczach kiedyś jeden pan na portalu randkowym, gdy w końcu grzecznie wydusiłam z siebie po krótkiej korespondencji, że raczej nie będę zainteresowana spotkaniem, ten pan powiedział, że mam złe. Złe oczy mam. Po zdjęciu widać i on to od razu wiedział. Tak marnie zniósł rozczarowanie. Więc może oczy mojej siostry były większe, i nosek zgrabniejszy, kości policzkowe bardziej słowiańskie, czoło niższe i węższe, bardziej proporcjonalne, jak konie na aukcji nas przeanalizowano, jak konie, może zgryz mojej siostry równy, siekacze prostsze i bielsze, a mnie nie wyrosły dwójki, więc do końca życia miałam być trochę szczerbata (w chichotach losu, co mnie meandrami niesie, a ja z nim walczę i tracę energię niepotrzebnie, bo on i tak będzie niósł i może te meandry trzeba zacząć, jak sceniczną drogę górską niespodzianą, podziwiać, w chichotach losu moja szczerbatość od półtora roku oznacza, że chodzę całkowicie bez jedynki, a chodząc całkowicie bez jedynki zaliczam kolejne etapy wszczepiania implantu. Teraz z dziąseł wystaje mi kawał śrubki i nagle sobie zdałam sprawę, że jestem cyborgiem, to nawet zabawne. Więc w chichotach losu tak się to wszystko splątało, tak się porozplątywało, że chirurg szczękowy mi zaproponował hurtowo implant i cztery koronki żeby sobie piękny ceramiczny zgryz zrobić, dosztukowując brakujące od szóstego roku życia dwójki i likwidując szparę i uwaga. Co ja na to. A ja nagle zaczynam sobie zdawać sprawę, że byłam całkiem przywiązana do swoich szpar i braków). No więc zawsze byłam mądrzejszą (a przynajmniej bardziej wygadaną) siostrą swojej piękniejszej siostry. To musi zostawiać jakiś ślad na psychice. Pogadam dzisiaj z terapeutką.

      Ale kiedy po wieczornej kąpieli zawiązywałam czasem pastelowy ręcznik frote w turban, pieszczotliwie wsuwając jego rożek w misterną, ciasną konstrukcję, a z wielką łatwością przyswoiłam techniki drapowania na głowie ręczników, no to nie powiem, podobałam się sobie w lustrze. Widziałam kogoś pięknego. A już w ogóle pięknie to wszystko wyglądało jeśli ten ręcznik ułożyłam w rodzaj starotestamentowej chusty, anielsko niewinna dziewica. Moje wiejsko-miejskie katolickie dojrzewanie wypaliło mi w synapsach ideały warkoczem obdarzone, w śnieżnobiałą suknię odziane, pozbawione co prawda treści, ale swoją obecnością uszlachetniające otoczenie, etycznie nieskalane, pilnujące cudzej moralnej czystości. Jakaś część mnie nadal się rozlicza z tamtych właśnie, boleśnie niewykonalnych misji podświadomych. Upiększać świat swoim własnym pięknem. Uszlachetniać świat własną magiczną szlachetnością. Prawie mnie to wykończyło. Więc wtedy, w tej łazience z czarno-białymi przedwojennymi gorsecikami warszawskimi na podłodze, z wyjedzonym przez psa kiedyś zamkniętego, rozwytego, znudzonego, z wyjedzonym przepierzeniem między umywalką a kuchennym zlewem, w tej łazience, w lustrze zaparowanym zobaczyłam lepszą wersję siebie i sobie wymarzyłam, że będę Maryją. Na dłuższą metę chciałam być zakonnicą. Głównie dlatego, że przydzielono by mi czarno-biały welon na stałe i mogłabym go nosić do woli i nikt by mnie głupio nie pytał po co i dlaczego. Ale do zakonu długa droga, więc krótkofalowo wymyśliłam, że zostanę Maryją w najbliższych Jasełkach. No i wtedy zaczęły się wszystkie problemy. Wszystkie moje fundamentalne, kłopotliwe, nierozwiązane do dzisiaj próby ustalenia sobie jakiejś spójnej na całe życie przydatnej, zbierającej ten życiowy burdel do kupy tożsamości. Więc Maryja mi pasowała. Wyglądałam, przy odrobinie wyobraźni, jak trzeba. Do spowiedzi chodziłam co pierwszy piątek miesiąca, drobiazgowo relacjonując księdzu myśl, mowę, uczynki, a nawet zaniedbania. Ale to Pani wybierała, to jakaś klątwa mojej polskiej biografii, w Anglii przynajmniej miałam od tego chwilę przerwy, krótki oddech, w Anglii, w Stanach, nawet w Belgii przez ten rok kiedy studiowałam, ale tu, w Polsce, przez większość mojego żywota? Pani. Praktycznie zawsze w moim życiu jakaś Pani albo jakiś Pan wybierał, w sumie do dzisiaj, ciągle tak stoję i czekam aż ktoś mnie zauważy, i czekam tak od lat i nie mogę się doczekać, nie wybiera ten, nie wybiera tamten, wiecznie ktoś inny zostaje pupilem, ktoś inny dostaje przywileje, na kogoś innego pada wybór, a ja w najlepszym wypadku dostanę jakąś nagrodę pocieszenia, więc ustaliłam sama ze sobą, roboczo, tymczasowo (tak już trzydzieści kilka lat), że jestem po prostu z natury, z nawyku, z definicji, laureatką nagród pocieszenia, więc już nawet nie podskakuję szczególnie wysoko, więc nawet nie sięgam, więc po prostu zadowalam się niższą półką, więc mam w sobie bierność, rezygnację kogoś, kto podlegał ewaluacjom nie rozumiejąc kryteriów i ciągle odpadał. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie kiedy mnie do chóru jakiegoś pięknego dnia znienacka pobrano. Jakaś Pani z jakimś Panem (Pana się bałam, miał ostre, suche, goryczą przepełnione rysy, nie czytałam w nim w ogóle żadnych innych emocji oprócz pogardy) przyjechali do mojej szkoły szukać chórzystów i okazało się, że mamy z siostrą cudownie perliste sopraniki. Nawet sobie jaj z was nie robię, ktoś mi kazał śpiewać, więc otworzyłam usta i wyprodukowałam absolutnie zdumiewający sopranik. Siostra to samo. Ku absolutnemu zaskoczeniu wszystkich z nami samymi na czele. Sopraniki nasze były śliczniutkie i zgrabniutkie, jeden i drugi po równo, do tego stopnia, że nas nawet rozważano w kategoriach solistek. Zgadliście. Kto inny, z niezrozumiałych, nieczytelnych, nieprzejrzystych dla nas dotąd i nigdy nam nie zakomunikowanych powodów, ktoś inny zaśpiewał tamto solo. A myśmy opadły z powrotem na półkę gorszego sortu. Płakałyśmy trochę. Nawet żeśmy płakały publicznie, nie dało się ukryć, że nam zależało, dwie siostry o delikatnych, aksamitnych, podszytych szeptem sopranach.

      Więc to, co najbardziej pamiętam z dzieciństwa, to te wszystkie konkursy, egzaminy, selekcje i rekrutacje i że dziewięć na dziesięć Pań do niczego mnie nie wybrało. Albo wybierało, ale dotkliwie drugoplanowo, więc w Jasełkach Maryją została jakaś ośmioletnia blond piękność o chabrowych tęczówkach, przynajmniej tyle, że nie moja rodzona, spokrewniona, a ja mogłam być co najmniej pasterzem. Pasterzem. Nie pasterką. Straumatyzowana, skrzywiona kobiecość na wieki wieków amen. Miałam upiększać i uszlachetniać, a zostałam prymitywnym, kanciastym, nieefektownym pastuchem.

      I do dzisiaj mi zostało. Czekam. Aż mnie jakaś Pani. Aż mnie jakiś Pan wreszcie wybierze. Aż mi ktoś z zewnątrz, oficjalnie, odgórnie, przyzna status pierwszoplanowy we własnym życiu. Czekam na ostateczną, nie budzącą wątpliwości, najchętniej wyrażoną na czytelnej nieludzkiej, matematycznej skali ewaluację. Weźcie mnie sobie wyobraźcie na globalnym, recesyjnym rynku pracy, przecież takie nawyki czekania na cud, oddawania się pod opiekę takim czy innym Paniom niczym dobrym nie mogą się skończyć, przecież będę czekać do śmierci, przecież chora i stuletnia, pomarszczona, wątła i napełniona wspomnieniami, przecież zapytam drżącym głosem wnuki, bo tylko wnuki będzie można zapytać, bo kto inny przy moim odejściu zostanie, "Ładnie żyłam? Dobrze było? Powiedzcie. Niech mi ktoś wreszcie napełni mój głód jednoznacznej oceny".

      No i teraz lamentuję tak ciągle i ciągle, drugoplanowa laureatka wszelkich możliwych życiowych nagród pocieszenia, mam całą litanię, którą codziennie jak płaczka wyjękuję, litanię wymówek, litanię cudzych win i zewnętrznych powodów, dla których znowu tym razem nie dałam rady zostać zwycięzcą. Przepraszam, Madonną. Być może każda moja rozmowa, czy byłaby o filmach, czy o grach planszowych, czy o transporcie miejskim, o przyjaźni, o seksie, o ubraniach czy też o kulinariach, każda moja rozmowa z drugim człowiekiem to w gruncie rzeczy rozdrapywanie. Tłumaczenie mamusi, że znowu nie byłam wybitna, że chociaż znów mam świadectwo z czerwonym paskiem, szóstka za szóstką, ale to tylko namiastka tego, co chciałam, bo znów nie zostałam gospodynią klasy, bo lubi mnie tylko Ania, córka woźnej, która jakby wolniej myśli. I kiedy Ania odchodzi ze szkoły, lubi mnie tylko Kamila, Kamila ma nadwagę i nikt się z Kamilą nie bawi, nawet Kamila z Kamilą nie chce się bawić. I nie wiem, czy kiedykolwiek przełknę, czy kiedykolwiek sobie wybaczę, że byłam tylko pasterzem. Że nie jestem solistką. Że jestem zwyczajna, przeciętna, że nikt szczególny, że taka o.

      Wstyd jakby. A przez palce przesypuje się, wytraca, niezauważone, przegapione - życie jest czymś, co się zdarza, kiedy czekasz na prawdziwe życie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 sierpnia 2016 20:38
  • czwartek, 28 lipca 2016
    • Dziewanna

      Dobry boże, jak ja lubię dziewannę. Zaskoczyło mnie to, powiem wam, bo tyle słodkiej dobroci mi się rozlało po wnętrzu i tak nagle nieistotne mi się wydały sprawy jeszcze przed chwilą absorbujące mnie całą, od stóp do głów, od małych palców po czubek. Bo przecież wyszłam na spacer z psem po osiedlu i właściwie od kiedy zamknęłam za sobą drzwi klatki schodowej, od kiedy tylko znalazłam się w okolicach trawnika, a pies wyrwał mi nieco ramię z panewki, bo smycz gdzieś zgubiliśmy przez ten urlop szalony, od dobrych dziesięciu minut nie widziałam osiedla, nie zwracałam uwagi na psa, przeżuwałam natomiast z goryczą beznadziejną upadek rasy ludzkiej, atrofię empatii, nizałam na niewidzialny naszyjnik cierniowy kolejne w mojej kolekcji krzywd i uchybień, naciągnięć i przeoczeń, wykorzystań i niewrażliwości. Ci ludzie, właściciele psiego hotelu, którzy nie mogli się zdecydować kiedy mi psa odwiozą z powrotem. Nie można się było do nich dodzwonić. Nie zadeklarowali się właściwie do oporu. A inaczej się umawialiśmy i jak zwykle, jak zwykle zapłaciłam tym, czego zawsze mam deficyt - własnym wolnym czasem, własnymi nerwami, własnym spokojem. W końcu musiałam, no jak oni mogli, musiałam, jak mogli, wyjść w środku dnia z pracy, pojechać się spocić rowerem i czekać na nich w mieszkaniu nie wiadomo ile im się zejdzie, więc rozwalić sobie dzień i czekać. Obiad przez to przypaliłam, cholera jasna, bo oczywiście zadzwonili kiedy odgrzewałam, zgubili szelki psa, więc myśmy musieli ich szukać, stres, stres, jak tak mogli, a potem nagle się okazało, że mojemu chłopakowi właścicielka mieszkania zapomniała powiedzieć, że zanim je sprzeda, będzie chciała zerwać podłogi i zrobić remont, więc może by się wcześniej wyprowadził, na przykład już dziś. Bo dziś o czternastej będzie w mieszkaniu z Ukraińcem od podłóg. A za trzy dni chcieliby wejść z ciężkim sprzętem, zrywać, układać, cyklinować, lakierować, malować, takie życie, więc mój chłopak, jego brat, no i ja, więc od trzech dni jest przeprowadzka do mojego mieszkania, więcej w nim nagle rzeczy niż miejsca, a mnie znowu ktoś dywan egzystencjalny spod nóg wyrwał bez konsultacji, bez uprzedzenia i nie mam poczucia, nie mam już od tak dawna poczucia, nie mam od dekady poczucia bezpieczeństwa, niczego stałego, paraduje przede mną nieustannie, przetacza się kawalkada obcych, ciągle nowi klienci, nie zdążę się przyzwyczaić, nie zdążę pokochać, żadnych więzi zbudować, już wyjadą, przeprowadzą się, zmienią pracę albo im się odwidzę, i ja też, wyjeżdżam, zmieniam pracę, przeprowadzam się, wynajmuję, sprzedaję, zakochuję, temu konkretnemu, ani mnie samej, nie zmieniło się od półtora roku, niech będą dzięki opatrzności, bo bym chyba zwariowała z samotności. Jak to zwykle ja, przeżuwam też ankiety zadowolenia klientów, tylko pięćdziesiąt procent dało mi maksymalną punktację, jak oni tak mogli, jak mogli, dwadzieścia pięć procent zadowolonych, siedem procent neutralnych, siedem i pół uważa, że jestem do dupy, uzasadnienia negatywnych opinii bolą, bez względu na to, czy są sprawiedliwe i warto je przemyśleć, to i owo poprawić, czy niesprawiedliwe, więc nie warto sobie psuć krwi.

      Takie mniej więcej kłębowisko zmartwień i utrapień się kłębi, doprawione dla smaku wyłączoną dziś między szesnastą a północą wodą, całe szczęście nalałam do garnków. Pięć największych garnków pełnych wody od wczoraj stoi na blacie kuchennym, i jeszcze rondelek, oprócz tych wszystkich pudeł z rzeczami mojego chłopaka, ekspres do kawy, sandały, plecak, niebieska torba z Ikei, burdel na kółkach, sprzątnęłam mu szafę, mam nadzieję, że wystarczy, nie wiem jak to wszystko wytrzymam, wody nie ma, dzisiaj ostatni dzień przed urlopem prawniczki, rano miałam spotkanie w mieście, na łeb na szyję z niego wracałam, bo mi się przypomniało, że muszę przed jej wyjazdem skonsultować umowę, zadzwoniłam, dobra kobieta, kiedyś jej czekoladki kupię, zgodziła się poczekać, dłużej być dziś dostępna, żebym zdążyła, więc mokra, zziajana, wsiadłam do taksówki po spotkaniu i taksówkarka, jak ona mogła, jak mogła, taksówkarka, dziewczyna prowadziła strasznie, mężczyźni nazywają to (nie lubię tego okrutnie, sorry, mężczyźni) dynamiczną jazdą, ja nazywam szarpaną. Próbowałam sobie zamówić w tej żonglerce codziennej zadaniami, terminami, niedoczasem, próbowałam sobie przez telefon zamówić jakiś obiad do biura, ale dostałam chyba od kombinacji mocnej kawy na spotkaniu i stylu jazdy ten bardzo młodej miejskiej wojowniczki, tatuaże pazury włos w dwóch kontrastowych kolorach, zero dzień dobry, dziękuję, przepraszam, zacięta mina, która budzi mój instynktowny lęk, że właśnie się oddaję w ręce kogoś, z kim będzie trudno nawiązać kontakt, kogoś, na kogo dojrzałość nie mogę liczyć, kto na moją prośbę o przyciszenie techno, przyhamowanie, bo sto dwadzieścia zygzakiem wpędzi mnie zaraz w chorobę lokomocyjną, i jeszcze okno, gdyby okno mogła zamknąć byłoby super, ale nic nie powiedziałam, bo po pierwsze zrobiło mi się strasznie niedobrze, więc musiałam wyłączyć i odłożyć telefon, wiecie, ja chciałam pisać książki i myślałam, że w tych książkach muszą być jakieś wstrząsające, spektakularne wydarzenia, bo inaczej nikogo to nie interesuje, co się pisze, więc jestem śmiertelnie obrażona na moje życie, że się głównie składa z choroby lokomocyjnej, noszenia siat i tabelek Excela. Kogo to kurwa, kogo, kto mnie tak wkopał, jak mógł, ach, to ja sama, ale jakie jest inne wyjście i czy na pewno można żyć tak, żeby się życie składało w większej części z zachodów słońca i spotkań z wybitnymi ludźmi, miłości, co jak grom z nieba i przygód, przygód śmiesznych, pouczających, zabawnych.

      Nie wiem, moje życie głównie szczękościskiem się kończy, po tym jak pani w taksówce w końcu nic nie mówię, zamykam oczy i postanawiam, że bardziej się boję jej agresji niezasłużonej niż tego, że się sama porzygam na tapicerkę samochodu, trudno, posprzątam i przeproszę w razie czego, teraz zamknę oczy, użyję techniki mindfulness, medytacji, wczuję się w ciało i może jeśli pozwolę tym torsjom przeze mnie przepływać, to nudności same z siebie ustaną. I wiecie, ustały. Dojechałyśmy pod bramę pracy, miałam półtorej godziny na korektę umowy i sprint do drugiej firmy, w której na drugie pół etatu pracuje prawniczka, więc nieźle. Tylko ponieważ rano zamawiając taksówkę dowiedziałam się, że nie przyjmują kart płatniczych, podrałowałam ofiarnie do bankomatu i wyjęłam sto złotych, po czym taksówkarka odmówiła ich przyjęcia, bo nie miała wydać. Ja to uwielbiam, story of my life, kiedy człowiek, który za moje cholera pieniądze, co dwa dni przynajmniej mi się to zdarza, wymaga ode mnie darmowego wsparcia administracyjnego, bo chyba obsługa klienta kończy się tam, gdzie przestaje mu być wygodnie. Co ja biorę osobiście, cholernie osobiście, za bardzo pewnie się za to urażam, bo kurka wodna ja obsługuję klientów kosztem własnego zdrowia, bo tak mi się to pieruńsko spodobało w Wielkiej Brytanii, tak się nad życie zakochałam w społeczeństwie, które potrafi dla siebie być na co dzień miłe, pomocne, uprzejme i przyjazne, że chciałam tego skarbu, tego przywileju, że tam pomieszkałam i tego zaznałam, oddać u nas, w Polsce, innym Polakom. Więc teraz mi się ulewa, bo pani z taksówki miała koncepcję, że zawrócimy spod mojej pracy i pojedziemy prawie kilometr do najbliższego sklepu, gdzie ja (ja, bo ja jestem darmowym administratorem mojego usługodawcy za własne pieniądze, już nic nie rozumiem, dopiero byłam w Niemczech, w Szwajcarii, we Francji, w Hiszpanii, no jezus), ja będę biegać i prosić o rozmienienie pieniędzy, bo przecież nie ona. Więc powiedziałam, że nie. Że jej nawet zaufam, dam jej tę stówę i niech jedzie szukać sklepu i szukać drobnych, bo ja chciałam pod pracę, jestem pod pracą i nie będę. Do żadnego. Sklepu. Jechać z powrotem. Kurwa. A ona nadal jakaś taka sflaczała, bezradna, bierna, pozbawiona inicjatywy. Ja mam jakiś kompleks starszej siostry, do diaska, bo oczywiście skoro ja mam problem i nie mogę zapłacić tą stówą za taksówkę, a pani twierdzi, że kartą jednak można, ale trzeba uprzedzić wcześniej, to ona bierze terminal, to ja na to, że dyspozytorka twierdzi co innego i drałowałam po tę stówę do bankomatu i już nawet mnie się znudziła ta opowieść do jasnej ciasnej. Kompleks starszej siostry. Więc wzięłam odpowiedzialność, wyuczona bezradność to straszna sprawa. Poszłam do ochrony. Nie mieli drobniejszych. Poprosiłam, żeby nas wyjątkowo wpuścili na obszar zakładu pracy. Wpuścili. Podjechaliśmy do recepcji, tam na ogół mają kasę. Nie mieli. Ale zasugerowali dział finansów, tam nawet sejf jest i zawsze jakaś gotówka. Genialnie. Wsiadam znów w tę cholerną taksówkę. Szczękościsk, zawracamy, dział finansów jest z powrotem pod bramą, więc nie będzie z tej przygody powieści, nie zrobię na tym kasy, nie zrobię kariery, Pulitzera nie dostanę, nie mam też szans na oświecenie buddyjskie zanim nie przyjmę do wiadomości, że to życie wszystko było, ta taksówka, te torsje, przeprowadzki, brak wody, ludzie od hotelu psiego, taka karma i nie ma się co tak tym dręczyć na spacerze z psem. Więc przeżuwam dalej. Po drodze do działu finansów trafiliśmy na dwóch młodych kolegów wracających z lanczu, poprosiłam panią o hamulec, zrolowałam szybę (boże jak ja lubię te starodawne wihajstry, którymi się kręci żeby okno w samochodzie otworzyć) i pytam czy mają stówę rozmienić na pół i nie mają, jeden w ogóle nie posiada gotówki, drugi ma stówę. Dociera do mnie dopiero wtedy, dopiero kiedy roześmiał się któryś przyjaźnie, co? nie możesz zapłacić za tę taksówkę? Kiedy roześmiałam się z wzajemnością i zrozumiałam, że od piętnastu minut jestem uwięziona w taryfie, bo mam sto złotych, sto kurczę polskich świeżo z bankomatu wyjętych złotych i jeżdżę w tę i z powrotem po terenie zakładu, szukam na oślep kogoś, kto akurat przypadkiem ma dwie pięćdziesiątki niebieskie i będę mogła wyjść i poślęczeć nad datami, numerami kont, liczbą godzin i stawką godzinową umowy o dzieło. Nie, nie będzie Pulitzera. Kasia z działu finansów od ręki rozmieniła mi stówę, nawet się uparła, że na drobniejsze rozmieni, więc w sumie lepiej. Jej też czekoladki pewnie powinnam przynieść. Dlaczego by nie.

      Dziewanna.

      Całkiem nagle skończyłam ruminacje bez końca, jeszcze wrócą pewnie, bo to takie moje hobby, pasja mojego życia, taśma non stop puszczająca się sama w środku mojej głowy, w kółko macieju, więc jeszcze zdążę podręczyć się taksówką i stówą i wodą i przeprowadzką, pudłami i tym, że może mi się nie udać Pulitzera zdobyć, a ja tak lubię pisać, tak lubię, tak lubię.

      Dziewanna zahipnotyzowała mnie w spokój, nie wiem, czy się sama zasiała, czy ktoś ją wysiał specjalnie, podlewał i pielęgnował czule w ogródku przed niskim ursynowskim blokiem. Pies mnie ciągnął niemiłosiernie, rwał do przodu, a że smycz też przed urlopem albo w czasie ekspresowej, improwizowanej przeprowadzki zgubiliśmy, wzięłam starą, krótką, skórzaną i kiedy pies chciał kupę zrobić, jezu jedyny, myślałam, że nosem zaryję w tej kupie tak mnie pociągnął. Dziewanna.

      Dziewanna jest jakby wieżę ktoś z lubością zbudował przeplatając mięsiste, różowe kwiaty z włochatymi liśćmi. Jak tort przekładany - biszkopt i masa, biszkopt i masa - tutaj warstwa kwiatów, liście, kwiaty i liście, kwiaty, liście, tak to się pnie i pnie i coraz cieńsze, delikatniejsze, coraz mniejsze, pnie się do nieba. Lubię jak się gną dziewanny pod własnym ciężarem, zmysłowe, luksusowe, jakby z innego, egzotyczniejszego świata, jakby z magicznego obrazu, z tajemniczego, pełnego gigantycznych ważek ogrodu Malczewskiego. Buty mnie uwierały.

      Dziewanna. 

      Myślę, że po pierwsze dziewanna kojarzy mi się z dzieciństwem, z prostą, niczym niezmąconą, przez nikogo nie zepsutą, nie zbrukaną przez jakieś ideologie, jakieś powinności przyjemnością bycia wśród roślin i zwierząt, kiedy jeszcze nie wrosłam w jałowość biologiczną miasta, nie odzwyczaiłam się od mnogości owadów, nie szokowało mnie to nieustanne bzyczenie, pełzanie, wspinanie się mikronóżkami po moich nogach, łażenie mi po kocu, wzbijanie się z niego w powietrze. A po drugie chodziło chyba o tę jednoznaczność dziewanny. Nic mi nigdy złego nie zrobiła żadna dziewanna. Na dziewannie się nie zawiodłam. Nie przestałam jej ufać. Nie miałam też, może to najważniejsze, żadnych wobec dziewanny oczekiwań, żadnych potrzeb, żadnych nierealnych nadziei. Więc dziewanna pojawiła się, nieproszona, znienacka, i wypełniła lukę jakąś, balsamicznie, będąc po prostu. Biała, fioletowa, żółta, otoczona innymi kwiatami, górująca nad nimi, ale nie dumnie, nie arogancko, skromnie, w oczywisty, dziewannom tylko znany prosty sposób.

      Dziewanna. Dziękuję dziewannie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lipca 2016 20:04

Kalendarz

Grudzień 2016

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl