Kucharka Zen

Wpisy

  • środa, 03 sierpnia 2016
    • Technika relaksacyjna

      Zamknęłam konto na fejsbuku i nagle mam pełno czasu. Mózgu nie wypełniają mi też nadmiernie cudze lęki i manipulacje, nie absorbują narcystyczne rywalizacje i poczucie porażki w porównaniu z resztą (nieporównywalnego) świata. Od czasu kiedy zostawiłam telewizor na strychu poprzedniego mieszkania, to może być najlepsza strategiczna życiowa decyzja. Pełno czasu. Oczywiście nadal mi go na nic nie starcza, ciągle (FOMO) byłabym chętnie w piętnastu miejscach na raz, realizując pół tuzina alternatywnych tożsamości, perfekcyjna pani domu, fashionista, feministka-intelektualistka-profesjonalistka, kochanka z wyobraźnią i bez zahamowań... to tylko garstka przykładów, podana w przypadkowej kolejności. Ściągnęłam sobie w związku z nadwyżką przestrzeni mentalnej kilka aplikacji do medytacji i wczoraj zaczęłam siedmiodniowy program uspokajania skołatanych nerwów. A tyle się działo, że się rozkołatały, rozklekotały, rozchwiały niebezpiecznie. Ja to się w ogóle trzęsę nad swoimi nerwami, bo jeśli nie zarządzę w porę tym ich rozedrganiem, może mi się przydarzyć, zawsze w nieodpowiednim miejscu i czasie, atak paniki, a to nic przyjemnego. Rozkołatane, rozklekotane, rozchwiane. Na przykład - pisałam o tym dopiero co - zostałam cyborgiem ze śrubką w dziąśle. W przyszłym wcieleniu, jeśli bozia nie da zostać zawodowym tancerzem albo prezydentem Stanów Zjednoczonym, poproszę żebym mogła być chirurgiem szczękowym. Science fiction normalnie, przecież ja jestem dzieckiem lat osiemdziesiątych, mnie się taka przyszłość nie śniła w najśmielszych rojeniach nocnych, a obdarzona według calusieńkiego mojego otoczenia byłam nie lada fantazją, nawet drukarkę 3D w okolicach 1983 wynalazłam w swojej głowie. Stała w wyimaginowanym sklepie spożywczym i produkowała cudownie apetyczne fikcyjne potrawy, których w PRL nie było nigdy w asortymencie, więc według mojej najlepszej wiedzy o wszechświecie, po prostu istniały wyłącznie w moim wnętrzu. Na przykład - chłopaka mi wyrzucili w zeszłym tygodniu z wynajmowanego przez niego mieszkania i teraz nagle mieszka u mnie, wszystkie swoje rzeczy przemieścił i porozmieszczał, zapełniając doszczętnie ostatki zapasowych półek i wciskając się w najgłębsze, zapomniane kąty szaf, tylko nam zostało teraz do rozparcelowania wielkie pudło z przyprawami, konserwami, mieszankami ciast bezglutenowych, nie ma bata żeby je gdziekolwiek jeszcze zmieścić do mojej małej zgrabnej kuchenki wypełnionej po brzegi patelniami i silikonowymi formami do babeczek. I powiem wam, że jeszcze półtora roku temu byłam sama od lat chyba dziewięciu nie licząc licznych niezwykle krótkich i spektakularnie nieudanych przygód, więc definiowałam siebie jako osobę pojedynczą permanentnie, nie przewidywałam takiego rozwoju sytuacji, mimo licznych, krótkich, nieudanych. Licznych, kiedyś książkę napiszę o tym, na ile sposobów dwie osoby mogą się nie spotkać, nie zrozumieć, nie zainteresować. Ciekawe, czy dałoby radę sporządzić klasyfikację sposobów niepokochania się nawzajem, sposobów niedogadania, niezbliżenia. Encyklopedia nieudanych randek. Pierwsze hasło: abnegat kontra perfekcjonistka. Kolejne: aspołeczna i żartowniś. Potem jeszcze: bywalczyni salonów kontra domator. I na przykład: tradycjonalista i korpo-feministka.

      Ściągnęłam sobie uroczą aplikację do medytacji, aksamitny głos kobiecy uspokaja i prowadzi przez meandry rozluźnienia, i zaczęłam wczoraj siedmiodniowy program uspokajania skołatanych nerwów, bo jednak mój chłopak sprowadził mi się do jednoosobowego mieszkanka zajmowanego już przeze mnie z psem, a czasem mi się wydaje, że nawet ja i pies to o jedno stworzenie w nadmiarze, więc jego feng shui i moje feng shui dawno było wiadomo, że niekompatybilne są i że będzie kłopot. Ale nie spodziewałam się jak szybko i jak jadowicie to uderzy, bo w ciągu pierwszego tygodnia zaliczyliśmy już płacze, krzyki, trzaskanie drzwiami i cichy foch z cyklu "domyśl się". No głupio. Ale dopuściłam do swoich najprywatniejszych momentów, do swoich najintymniejszych, ukrywanych przed światem przestrzeni drugą osobę i nawet się nie zastanowiłam, jaki to będzie szok dzielić z kimś moją świątynię, moją pustelnię, moje wieloletnie schronienie przed chaosem i zgiełkiem. Sama zaprosiłam przedstawiciela chaosu i zgiełku aby ją ze mną przynajmniej tymczasowo zamieszkał, sama wkopałam się w życie codzienne, gdzie trudno już trzymać siedem dni w tygodniu nieskazitelnie atrakcyjną fasadę, więc wstydy rozmaite i niedoskonałości wyłażą mi ze mnie hurtowo, a ten twierdzi, że nadal mnie kocha i w ogóle jestem najbardziej fantastyczną osobą. Dysonans poznawczy. 

      Nerwów skołatanych nie wyciszy też urlop w formule "mam nowego chłopaka, popiszę się przed nim obyciem w świecie" zamiast po całym roku pracy wyskoczyć gdzieś na odludzie, wygwizdów zielony lub do spa. Oczywiście zamiast tego był istny roller coaster emocji, objazd po całkiem zmienionej, nie do końca dla mnie nagle zrozumiałej Europie XXI wieku, 21 dni w podróży, 4800 kilometrów, 33 odwiedzone stacje kolejowe, 13 przejazdów pociągami 5 narodowych przewoźników i moja ścisła, nieprzemakalna strefa komfortu naruszona w licznych, zbyt wielu by liczyć, miejscach. Rozchybotane, rozchwiane, rozbebeszone. Nie da się jej pewnie odbudować, tej strefy komfortu. Na zawsze zostałam przez tę podróż kimś innym.

      Nie było więc czasu zatrzymać się. Pomyśleć. Wrócić do siebie. Nie było czasu skalibrować na nowo mózgu, przemeblować go z uwzględnieniem nowych danych. Europa jest czymś innym, ja kimś innym, mój dom nagle dzielę z drugą osobą, mój status więc, moja tożsamość, ulega uaktualnieniu. Stąd siedmiodniowy program medytacyjny wydał mi się dobrym pomysłem. Wczoraj ćwiczyłam głębokie, miarowe oddechy i skanowałam sobie przyjemnie ciało od czubka głowy poprzez przestrzeń za oczami, aż po małe palce u stóp. Dzisiaj przysnęłam gdzieś w połowie ciała, na etapie przepony i rozluźniania mięśni brzucha, jeszcze słyszałam coś o udach, oprzytomniałam nieco na moment przy łydkach, a potem już mnie nie było. Podobno zasnęłam, bo wszedł mój chłopak i pytał czy śpię, a ja nie odpowiedziałam. Nie wydawało mi się, żebym spała. Odpłynęło coś we mnie, jakby wewnętrzne struktury poluzowały się, polubiły ten stan, a potem uznały, że one też pójdą na urlop. I udały się dokądś na jakieś zasłużone niewątpliwie wakacje, zostawiając mnie co prawda obudzoną i na jawie, ale bez treści w mózgu. To dziwne uczucie. Nie posiadać w środku celów i problemów, nie mieć zmartwień ani zżerających własny ogon obsesyjnych myśli powtarzalnych, nie mieć nic. Zaniepokoiło mnie to. Ten stan pustki beztreściowej, całkiem neutralny, pozbawiony dyskomfortów wszelkich. Zawieszona między snem a czujnością, wyprana na moment z siebie wewnątrz siebie, przestraszyłam się, że nie pamiętam jak obsługiwać ten stan, jak go opuścić, jak wejść w niego znowu, jak zatrzymać, jak powstrzymać. Tyle było stresu, tyle strachu, tyle bodźców i spięć przez ostatnią dekadę, tak mnie wytarmosiło, tak przeczołgało życie moje na styku wnętrza z zewnętrzem, że teraz nie wiedziałam co zrobić. Nie wiedziałam jak być na jałowym biegu, jak być rozluźniona i pusta. A co będzie pod koniec tygodniowego programu redukującego egzystencjalne dygoty?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Technika relaksacyjna”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 03 sierpnia 2016 22:26
  • wtorek, 02 sierpnia 2016
    • Nagroda pocieszenia

      Ja niestety myślę, że to się wszystko zaczęło od tej Madonny. No bo mam bardzo zgrabny owal twarzy, taką trójkątną uroczą bródkę i chociaż być może to oczy mojej siostry przez całe lata budziły większy podziw zawsze - bo wielkie, bo niespotykanie głębokie, bo długie rzęsy czarująco towarzyszyły zarumienieniom i zażenowaniom, bo niebieskie czysto, nie takie zażółcone, zabrunatnione, niejednoznaczne, poszarzałe jak moje, bo tyle w nich dobra, tyle niewinności. Oczy mojej siostry tak łatwo poddawały się rozmaitym projekcjom, oczy mojej siostry w lustrzanej otwartości odbijały wdzięcznie najlepszą wersję patrzącego. O moich oczach kiedyś jeden pan na portalu randkowym, gdy w końcu grzecznie wydusiłam z siebie po krótkiej korespondencji, że raczej nie będę zainteresowana spotkaniem, ten pan powiedział, że mam złe. Złe oczy mam. Po zdjęciu widać i on to od razu wiedział. Tak marnie zniósł rozczarowanie. Więc może oczy mojej siostry były większe, i nosek zgrabniejszy, kości policzkowe bardziej słowiańskie, czoło niższe i węższe, bardziej proporcjonalne, jak konie na aukcji nas przeanalizowano, jak konie, może zgryz mojej siostry równy, siekacze prostsze i bielsze, a mnie nie wyrosły dwójki, więc do końca życia miałam być trochę szczerbata (w chichotach losu, co mnie meandrami niesie, a ja z nim walczę i tracę energię niepotrzebnie, bo on i tak będzie niósł i może te meandry trzeba zacząć, jak sceniczną drogę górską niespodzianą, podziwiać, w chichotach losu moja szczerbatość od półtora roku oznacza, że chodzę całkowicie bez jedynki, a chodząc całkowicie bez jedynki zaliczam kolejne etapy wszczepiania implantu. Teraz z dziąseł wystaje mi kawał śrubki i nagle sobie zdałam sprawę, że jestem cyborgiem, to nawet zabawne. Więc w chichotach losu tak się to wszystko splątało, tak się porozplątywało, że chirurg szczękowy mi zaproponował hurtowo implant i cztery koronki żeby sobie piękny ceramiczny zgryz zrobić, dosztukowując brakujące od szóstego roku życia dwójki i likwidując szparę i uwaga. Co ja na to. A ja nagle zaczynam sobie zdawać sprawę, że byłam całkiem przywiązana do swoich szpar i braków). No więc zawsze byłam mądrzejszą (a przynajmniej bardziej wygadaną) siostrą swojej piękniejszej siostry. To musi zostawiać jakiś ślad na psychice. Pogadam dzisiaj z terapeutką.

      Ale kiedy po wieczornej kąpieli zawiązywałam czasem pastelowy ręcznik frote w turban, pieszczotliwie wsuwając jego rożek w misterną, ciasną konstrukcję, a z wielką łatwością przyswoiłam techniki drapowania na głowie ręczników, no to nie powiem, podobałam się sobie w lustrze. Widziałam kogoś pięknego. A już w ogóle pięknie to wszystko wyglądało jeśli ten ręcznik ułożyłam w rodzaj starotestamentowej chusty, anielsko niewinna dziewica. Moje wiejsko-miejskie katolickie dojrzewanie wypaliło mi w synapsach ideały warkoczem obdarzone, w śnieżnobiałą suknię odziane, pozbawione co prawda treści, ale swoją obecnością uszlachetniające otoczenie, etycznie nieskalane, pilnujące cudzej moralnej czystości. Jakaś część mnie nadal się rozlicza z tamtych właśnie, boleśnie niewykonalnych misji podświadomych. Upiększać świat swoim własnym pięknem. Uszlachetniać świat własną magiczną szlachetnością. Prawie mnie to wykończyło. Więc wtedy, w tej łazience z czarno-białymi przedwojennymi gorsecikami warszawskimi na podłodze, z wyjedzonym przez psa kiedyś zamkniętego, rozwytego, znudzonego, z wyjedzonym przepierzeniem między umywalką a kuchennym zlewem, w tej łazience, w lustrze zaparowanym zobaczyłam lepszą wersję siebie i sobie wymarzyłam, że będę Maryją. Na dłuższą metę chciałam być zakonnicą. Głównie dlatego, że przydzielono by mi czarno-biały welon na stałe i mogłabym go nosić do woli i nikt by mnie głupio nie pytał po co i dlaczego. Ale do zakonu długa droga, więc krótkofalowo wymyśliłam, że zostanę Maryją w najbliższych Jasełkach. No i wtedy zaczęły się wszystkie problemy. Wszystkie moje fundamentalne, kłopotliwe, nierozwiązane do dzisiaj próby ustalenia sobie jakiejś spójnej na całe życie przydatnej, zbierającej ten życiowy burdel do kupy tożsamości. Więc Maryja mi pasowała. Wyglądałam, przy odrobinie wyobraźni, jak trzeba. Do spowiedzi chodziłam co pierwszy piątek miesiąca, drobiazgowo relacjonując księdzu myśl, mowę, uczynki, a nawet zaniedbania. Ale to Pani wybierała, to jakaś klątwa mojej polskiej biografii, w Anglii przynajmniej miałam od tego chwilę przerwy, krótki oddech, w Anglii, w Stanach, nawet w Belgii przez ten rok kiedy studiowałam, ale tu, w Polsce, przez większość mojego żywota? Pani. Praktycznie zawsze w moim życiu jakaś Pani albo jakiś Pan wybierał, w sumie do dzisiaj, ciągle tak stoję i czekam aż ktoś mnie zauważy, i czekam tak od lat i nie mogę się doczekać, nie wybiera ten, nie wybiera tamten, wiecznie ktoś inny zostaje pupilem, ktoś inny dostaje przywileje, na kogoś innego pada wybór, a ja w najlepszym wypadku dostanę jakąś nagrodę pocieszenia, więc ustaliłam sama ze sobą, roboczo, tymczasowo (tak już trzydzieści kilka lat), że jestem po prostu z natury, z nawyku, z definicji, laureatką nagród pocieszenia, więc już nawet nie podskakuję szczególnie wysoko, więc nawet nie sięgam, więc po prostu zadowalam się niższą półką, więc mam w sobie bierność, rezygnację kogoś, kto podlegał ewaluacjom nie rozumiejąc kryteriów i ciągle odpadał. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie kiedy mnie do chóru jakiegoś pięknego dnia znienacka pobrano. Jakaś Pani z jakimś Panem (Pana się bałam, miał ostre, suche, goryczą przepełnione rysy, nie czytałam w nim w ogóle żadnych innych emocji oprócz pogardy) przyjechali do mojej szkoły szukać chórzystów i okazało się, że mamy z siostrą cudownie perliste sopraniki. Nawet sobie jaj z was nie robię, ktoś mi kazał śpiewać, więc otworzyłam usta i wyprodukowałam absolutnie zdumiewający sopranik. Siostra to samo. Ku absolutnemu zaskoczeniu wszystkich z nami samymi na czele. Sopraniki nasze były śliczniutkie i zgrabniutkie, jeden i drugi po równo, do tego stopnia, że nas nawet rozważano w kategoriach solistek. Zgadliście. Kto inny, z niezrozumiałych, nieczytelnych, nieprzejrzystych dla nas dotąd i nigdy nam nie zakomunikowanych powodów, ktoś inny zaśpiewał tamto solo. A myśmy opadły z powrotem na półkę gorszego sortu. Płakałyśmy trochę. Nawet żeśmy płakały publicznie, nie dało się ukryć, że nam zależało, dwie siostry o delikatnych, aksamitnych, podszytych szeptem sopranach.

      Więc to, co najbardziej pamiętam z dzieciństwa, to te wszystkie konkursy, egzaminy, selekcje i rekrutacje i że dziewięć na dziesięć Pań do niczego mnie nie wybrało. Albo wybierało, ale dotkliwie drugoplanowo, więc w Jasełkach Maryją została jakaś ośmioletnia blond piękność o chabrowych tęczówkach, przynajmniej tyle, że nie moja rodzona, spokrewniona, a ja mogłam być co najmniej pasterzem. Pasterzem. Nie pasterką. Straumatyzowana, skrzywiona kobiecość na wieki wieków amen. Miałam upiększać i uszlachetniać, a zostałam prymitywnym, kanciastym, nieefektownym pastuchem.

      I do dzisiaj mi zostało. Czekam. Aż mnie jakaś Pani. Aż mnie jakiś Pan wreszcie wybierze. Aż mi ktoś z zewnątrz, oficjalnie, odgórnie, przyzna status pierwszoplanowy we własnym życiu. Czekam na ostateczną, nie budzącą wątpliwości, najchętniej wyrażoną na czytelnej nieludzkiej, matematycznej skali ewaluację. Weźcie mnie sobie wyobraźcie na globalnym, recesyjnym rynku pracy, przecież takie nawyki czekania na cud, oddawania się pod opiekę takim czy innym Paniom niczym dobrym nie mogą się skończyć, przecież będę czekać do śmierci, przecież chora i stuletnia, pomarszczona, wątła i napełniona wspomnieniami, przecież zapytam drżącym głosem wnuki, bo tylko wnuki będzie można zapytać, bo kto inny przy moim odejściu zostanie, "Ładnie żyłam? Dobrze było? Powiedzcie. Niech mi ktoś wreszcie napełni mój głód jednoznacznej oceny".

      No i teraz lamentuję tak ciągle i ciągle, drugoplanowa laureatka wszelkich możliwych życiowych nagród pocieszenia, mam całą litanię, którą codziennie jak płaczka wyjękuję, litanię wymówek, litanię cudzych win i zewnętrznych powodów, dla których znowu tym razem nie dałam rady zostać zwycięzcą. Przepraszam, Madonną. Być może każda moja rozmowa, czy byłaby o filmach, czy o grach planszowych, czy o transporcie miejskim, o przyjaźni, o seksie, o ubraniach czy też o kulinariach, każda moja rozmowa z drugim człowiekiem to w gruncie rzeczy rozdrapywanie. Tłumaczenie mamusi, że znowu nie byłam wybitna, że chociaż znów mam świadectwo z czerwonym paskiem, szóstka za szóstką, ale to tylko namiastka tego, co chciałam, bo znów nie zostałam gospodynią klasy, bo lubi mnie tylko Ania, córka woźnej, która jakby wolniej myśli. I kiedy Ania odchodzi ze szkoły, lubi mnie tylko Kamila, Kamila ma nadwagę i nikt się z Kamilą nie bawi, nawet Kamila z Kamilą nie chce się bawić. I nie wiem, czy kiedykolwiek przełknę, czy kiedykolwiek sobie wybaczę, że byłam tylko pasterzem. Że nie jestem solistką. Że jestem zwyczajna, przeciętna, że nikt szczególny, że taka o.

      Wstyd jakby. A przez palce przesypuje się, wytraca, niezauważone, przegapione - życie jest czymś, co się zdarza, kiedy czekasz na prawdziwe życie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 sierpnia 2016 20:38
  • czwartek, 28 lipca 2016
    • Dziewanna

      Dobry boże, jak ja lubię dziewannę. Zaskoczyło mnie to, powiem wam, bo tyle słodkiej dobroci mi się rozlało po wnętrzu i tak nagle nieistotne mi się wydały sprawy jeszcze przed chwilą absorbujące mnie całą, od stóp do głów, od małych palców po czubek. Bo przecież wyszłam na spacer z psem po osiedlu i właściwie od kiedy zamknęłam za sobą drzwi klatki schodowej, od kiedy tylko znalazłam się w okolicach trawnika, a pies wyrwał mi nieco ramię z panewki, bo smycz gdzieś zgubiliśmy przez ten urlop szalony, od dobrych dziesięciu minut nie widziałam osiedla, nie zwracałam uwagi na psa, przeżuwałam natomiast z goryczą beznadziejną upadek rasy ludzkiej, atrofię empatii, nizałam na niewidzialny naszyjnik cierniowy kolejne w mojej kolekcji krzywd i uchybień, naciągnięć i przeoczeń, wykorzystań i niewrażliwości. Ci ludzie, właściciele psiego hotelu, którzy nie mogli się zdecydować kiedy mi psa odwiozą z powrotem. Nie można się było do nich dodzwonić. Nie zadeklarowali się właściwie do oporu. A inaczej się umawialiśmy i jak zwykle, jak zwykle zapłaciłam tym, czego zawsze mam deficyt - własnym wolnym czasem, własnymi nerwami, własnym spokojem. W końcu musiałam, no jak oni mogli, musiałam, jak mogli, wyjść w środku dnia z pracy, pojechać się spocić rowerem i czekać na nich w mieszkaniu nie wiadomo ile im się zejdzie, więc rozwalić sobie dzień i czekać. Obiad przez to przypaliłam, cholera jasna, bo oczywiście zadzwonili kiedy odgrzewałam, zgubili szelki psa, więc myśmy musieli ich szukać, stres, stres, jak tak mogli, a potem nagle się okazało, że mojemu chłopakowi właścicielka mieszkania zapomniała powiedzieć, że zanim je sprzeda, będzie chciała zerwać podłogi i zrobić remont, więc może by się wcześniej wyprowadził, na przykład już dziś. Bo dziś o czternastej będzie w mieszkaniu z Ukraińcem od podłóg. A za trzy dni chcieliby wejść z ciężkim sprzętem, zrywać, układać, cyklinować, lakierować, malować, takie życie, więc mój chłopak, jego brat, no i ja, więc od trzech dni jest przeprowadzka do mojego mieszkania, więcej w nim nagle rzeczy niż miejsca, a mnie znowu ktoś dywan egzystencjalny spod nóg wyrwał bez konsultacji, bez uprzedzenia i nie mam poczucia, nie mam już od tak dawna poczucia, nie mam od dekady poczucia bezpieczeństwa, niczego stałego, paraduje przede mną nieustannie, przetacza się kawalkada obcych, ciągle nowi klienci, nie zdążę się przyzwyczaić, nie zdążę pokochać, żadnych więzi zbudować, już wyjadą, przeprowadzą się, zmienią pracę albo im się odwidzę, i ja też, wyjeżdżam, zmieniam pracę, przeprowadzam się, wynajmuję, sprzedaję, zakochuję, temu konkretnemu, ani mnie samej, nie zmieniło się od półtora roku, niech będą dzięki opatrzności, bo bym chyba zwariowała z samotności. Jak to zwykle ja, przeżuwam też ankiety zadowolenia klientów, tylko pięćdziesiąt procent dało mi maksymalną punktację, jak oni tak mogli, jak mogli, dwadzieścia pięć procent zadowolonych, siedem procent neutralnych, siedem i pół uważa, że jestem do dupy, uzasadnienia negatywnych opinii bolą, bez względu na to, czy są sprawiedliwe i warto je przemyśleć, to i owo poprawić, czy niesprawiedliwe, więc nie warto sobie psuć krwi.

      Takie mniej więcej kłębowisko zmartwień i utrapień się kłębi, doprawione dla smaku wyłączoną dziś między szesnastą a północą wodą, całe szczęście nalałam do garnków. Pięć największych garnków pełnych wody od wczoraj stoi na blacie kuchennym, i jeszcze rondelek, oprócz tych wszystkich pudeł z rzeczami mojego chłopaka, ekspres do kawy, sandały, plecak, niebieska torba z Ikei, burdel na kółkach, sprzątnęłam mu szafę, mam nadzieję, że wystarczy, nie wiem jak to wszystko wytrzymam, wody nie ma, dzisiaj ostatni dzień przed urlopem prawniczki, rano miałam spotkanie w mieście, na łeb na szyję z niego wracałam, bo mi się przypomniało, że muszę przed jej wyjazdem skonsultować umowę, zadzwoniłam, dobra kobieta, kiedyś jej czekoladki kupię, zgodziła się poczekać, dłużej być dziś dostępna, żebym zdążyła, więc mokra, zziajana, wsiadłam do taksówki po spotkaniu i taksówkarka, jak ona mogła, jak mogła, taksówkarka, dziewczyna prowadziła strasznie, mężczyźni nazywają to (nie lubię tego okrutnie, sorry, mężczyźni) dynamiczną jazdą, ja nazywam szarpaną. Próbowałam sobie zamówić w tej żonglerce codziennej zadaniami, terminami, niedoczasem, próbowałam sobie przez telefon zamówić jakiś obiad do biura, ale dostałam chyba od kombinacji mocnej kawy na spotkaniu i stylu jazdy ten bardzo młodej miejskiej wojowniczki, tatuaże pazury włos w dwóch kontrastowych kolorach, zero dzień dobry, dziękuję, przepraszam, zacięta mina, która budzi mój instynktowny lęk, że właśnie się oddaję w ręce kogoś, z kim będzie trudno nawiązać kontakt, kogoś, na kogo dojrzałość nie mogę liczyć, kto na moją prośbę o przyciszenie techno, przyhamowanie, bo sto dwadzieścia zygzakiem wpędzi mnie zaraz w chorobę lokomocyjną, i jeszcze okno, gdyby okno mogła zamknąć byłoby super, ale nic nie powiedziałam, bo po pierwsze zrobiło mi się strasznie niedobrze, więc musiałam wyłączyć i odłożyć telefon, wiecie, ja chciałam pisać książki i myślałam, że w tych książkach muszą być jakieś wstrząsające, spektakularne wydarzenia, bo inaczej nikogo to nie interesuje, co się pisze, więc jestem śmiertelnie obrażona na moje życie, że się głównie składa z choroby lokomocyjnej, noszenia siat i tabelek Excela. Kogo to kurwa, kogo, kto mnie tak wkopał, jak mógł, ach, to ja sama, ale jakie jest inne wyjście i czy na pewno można żyć tak, żeby się życie składało w większej części z zachodów słońca i spotkań z wybitnymi ludźmi, miłości, co jak grom z nieba i przygód, przygód śmiesznych, pouczających, zabawnych.

      Nie wiem, moje życie głównie szczękościskiem się kończy, po tym jak pani w taksówce w końcu nic nie mówię, zamykam oczy i postanawiam, że bardziej się boję jej agresji niezasłużonej niż tego, że się sama porzygam na tapicerkę samochodu, trudno, posprzątam i przeproszę w razie czego, teraz zamknę oczy, użyję techniki mindfulness, medytacji, wczuję się w ciało i może jeśli pozwolę tym torsjom przeze mnie przepływać, to nudności same z siebie ustaną. I wiecie, ustały. Dojechałyśmy pod bramę pracy, miałam półtorej godziny na korektę umowy i sprint do drugiej firmy, w której na drugie pół etatu pracuje prawniczka, więc nieźle. Tylko ponieważ rano zamawiając taksówkę dowiedziałam się, że nie przyjmują kart płatniczych, podrałowałam ofiarnie do bankomatu i wyjęłam sto złotych, po czym taksówkarka odmówiła ich przyjęcia, bo nie miała wydać. Ja to uwielbiam, story of my life, kiedy człowiek, który za moje cholera pieniądze, co dwa dni przynajmniej mi się to zdarza, wymaga ode mnie darmowego wsparcia administracyjnego, bo chyba obsługa klienta kończy się tam, gdzie przestaje mu być wygodnie. Co ja biorę osobiście, cholernie osobiście, za bardzo pewnie się za to urażam, bo kurka wodna ja obsługuję klientów kosztem własnego zdrowia, bo tak mi się to pieruńsko spodobało w Wielkiej Brytanii, tak się nad życie zakochałam w społeczeństwie, które potrafi dla siebie być na co dzień miłe, pomocne, uprzejme i przyjazne, że chciałam tego skarbu, tego przywileju, że tam pomieszkałam i tego zaznałam, oddać u nas, w Polsce, innym Polakom. Więc teraz mi się ulewa, bo pani z taksówki miała koncepcję, że zawrócimy spod mojej pracy i pojedziemy prawie kilometr do najbliższego sklepu, gdzie ja (ja, bo ja jestem darmowym administratorem mojego usługodawcy za własne pieniądze, już nic nie rozumiem, dopiero byłam w Niemczech, w Szwajcarii, we Francji, w Hiszpanii, no jezus), ja będę biegać i prosić o rozmienienie pieniędzy, bo przecież nie ona. Więc powiedziałam, że nie. Że jej nawet zaufam, dam jej tę stówę i niech jedzie szukać sklepu i szukać drobnych, bo ja chciałam pod pracę, jestem pod pracą i nie będę. Do żadnego. Sklepu. Jechać z powrotem. Kurwa. A ona nadal jakaś taka sflaczała, bezradna, bierna, pozbawiona inicjatywy. Ja mam jakiś kompleks starszej siostry, do diaska, bo oczywiście skoro ja mam problem i nie mogę zapłacić tą stówą za taksówkę, a pani twierdzi, że kartą jednak można, ale trzeba uprzedzić wcześniej, to ona bierze terminal, to ja na to, że dyspozytorka twierdzi co innego i drałowałam po tę stówę do bankomatu i już nawet mnie się znudziła ta opowieść do jasnej ciasnej. Kompleks starszej siostry. Więc wzięłam odpowiedzialność, wyuczona bezradność to straszna sprawa. Poszłam do ochrony. Nie mieli drobniejszych. Poprosiłam, żeby nas wyjątkowo wpuścili na obszar zakładu pracy. Wpuścili. Podjechaliśmy do recepcji, tam na ogół mają kasę. Nie mieli. Ale zasugerowali dział finansów, tam nawet sejf jest i zawsze jakaś gotówka. Genialnie. Wsiadam znów w tę cholerną taksówkę. Szczękościsk, zawracamy, dział finansów jest z powrotem pod bramą, więc nie będzie z tej przygody powieści, nie zrobię na tym kasy, nie zrobię kariery, Pulitzera nie dostanę, nie mam też szans na oświecenie buddyjskie zanim nie przyjmę do wiadomości, że to życie wszystko było, ta taksówka, te torsje, przeprowadzki, brak wody, ludzie od hotelu psiego, taka karma i nie ma się co tak tym dręczyć na spacerze z psem. Więc przeżuwam dalej. Po drodze do działu finansów trafiliśmy na dwóch młodych kolegów wracających z lanczu, poprosiłam panią o hamulec, zrolowałam szybę (boże jak ja lubię te starodawne wihajstry, którymi się kręci żeby okno w samochodzie otworzyć) i pytam czy mają stówę rozmienić na pół i nie mają, jeden w ogóle nie posiada gotówki, drugi ma stówę. Dociera do mnie dopiero wtedy, dopiero kiedy roześmiał się któryś przyjaźnie, co? nie możesz zapłacić za tę taksówkę? Kiedy roześmiałam się z wzajemnością i zrozumiałam, że od piętnastu minut jestem uwięziona w taryfie, bo mam sto złotych, sto kurczę polskich świeżo z bankomatu wyjętych złotych i jeżdżę w tę i z powrotem po terenie zakładu, szukam na oślep kogoś, kto akurat przypadkiem ma dwie pięćdziesiątki niebieskie i będę mogła wyjść i poślęczeć nad datami, numerami kont, liczbą godzin i stawką godzinową umowy o dzieło. Nie, nie będzie Pulitzera. Kasia z działu finansów od ręki rozmieniła mi stówę, nawet się uparła, że na drobniejsze rozmieni, więc w sumie lepiej. Jej też czekoladki pewnie powinnam przynieść. Dlaczego by nie.

      Dziewanna.

      Całkiem nagle skończyłam ruminacje bez końca, jeszcze wrócą pewnie, bo to takie moje hobby, pasja mojego życia, taśma non stop puszczająca się sama w środku mojej głowy, w kółko macieju, więc jeszcze zdążę podręczyć się taksówką i stówą i wodą i przeprowadzką, pudłami i tym, że może mi się nie udać Pulitzera zdobyć, a ja tak lubię pisać, tak lubię, tak lubię.

      Dziewanna zahipnotyzowała mnie w spokój, nie wiem, czy się sama zasiała, czy ktoś ją wysiał specjalnie, podlewał i pielęgnował czule w ogródku przed niskim ursynowskim blokiem. Pies mnie ciągnął niemiłosiernie, rwał do przodu, a że smycz też przed urlopem albo w czasie ekspresowej, improwizowanej przeprowadzki zgubiliśmy, wzięłam starą, krótką, skórzaną i kiedy pies chciał kupę zrobić, jezu jedyny, myślałam, że nosem zaryję w tej kupie tak mnie pociągnął. Dziewanna.

      Dziewanna jest jakby wieżę ktoś z lubością zbudował przeplatając mięsiste, różowe kwiaty z włochatymi liśćmi. Jak tort przekładany - biszkopt i masa, biszkopt i masa - tutaj warstwa kwiatów, liście, kwiaty i liście, kwiaty, liście, tak to się pnie i pnie i coraz cieńsze, delikatniejsze, coraz mniejsze, pnie się do nieba. Lubię jak się gną dziewanny pod własnym ciężarem, zmysłowe, luksusowe, jakby z innego, egzotyczniejszego świata, jakby z magicznego obrazu, z tajemniczego, pełnego gigantycznych ważek ogrodu Malczewskiego. Buty mnie uwierały.

      Dziewanna. 

      Myślę, że po pierwsze dziewanna kojarzy mi się z dzieciństwem, z prostą, niczym niezmąconą, przez nikogo nie zepsutą, nie zbrukaną przez jakieś ideologie, jakieś powinności przyjemnością bycia wśród roślin i zwierząt, kiedy jeszcze nie wrosłam w jałowość biologiczną miasta, nie odzwyczaiłam się od mnogości owadów, nie szokowało mnie to nieustanne bzyczenie, pełzanie, wspinanie się mikronóżkami po moich nogach, łażenie mi po kocu, wzbijanie się z niego w powietrze. A po drugie chodziło chyba o tę jednoznaczność dziewanny. Nic mi nigdy złego nie zrobiła żadna dziewanna. Na dziewannie się nie zawiodłam. Nie przestałam jej ufać. Nie miałam też, może to najważniejsze, żadnych wobec dziewanny oczekiwań, żadnych potrzeb, żadnych nierealnych nadziei. Więc dziewanna pojawiła się, nieproszona, znienacka, i wypełniła lukę jakąś, balsamicznie, będąc po prostu. Biała, fioletowa, żółta, otoczona innymi kwiatami, górująca nad nimi, ale nie dumnie, nie arogancko, skromnie, w oczywisty, dziewannom tylko znany prosty sposób.

      Dziewanna. Dziękuję dziewannie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lipca 2016 20:04
  • środa, 27 lipca 2016
    • Syryjczyk

      Miał ciemne, bujne, w nieładzie. Takie, które rosną jak chcą, nie poddając się narzuconym porządkom. W ogóle musiał taki być. Nie poddawać się. Skoro studiował choreografię w Damaszku, potem chyba w Marsylii, gdzieś na południu śródziemnomorskim Francji w każdym razie, skoro mu wybuchła wojna i musiał zostać w Europie. Wyglądał mi jak skarcony chłopiec, smutny, zbesztany, wsobny malec. Wątły jak jasna cholera, nie można być takim wątłym, bo się przecież otoczenie w zażenowanie graniczące z rozpaczą wprawia. Więc brawa na koniec jego tanecznego występu były nijakie. Niby tak, niby klaszczemy i to mocno, ale tylko raz wychodził na scenę wywołany aplauzem, a już kolejni tancerze, dwie pary, musiały wychodzić po dwa albo trzy, do wtóru hucznej, gromkiej klaskaniny.

      Kusiło mnie, żeby napisać, że miał smutne oczy, ale cholera. To było coś innego. Nie smutne, to za proste słowo. Trochę martwe, trochę przyzwyczajone sprawiać wrażenie smutnych, trochę nienawykłe do konstruktywnego kontaktu. Chudziusieńki, z zapadniętą, ledwo tylko muśniętą czarnym owłosieniem klatką piersiową, żeberko delikatne żeberkiem pogania, pępek prawie niewidoczny w tym wszystkim, dwie patykowate nożyny, no pożal się boże.

      I jeszcze bez muzyki tańczył. Był tylko on i my, na widowni, biali i na tyle zamożni żeby sobie kupić bilet na festiwalowy spektakl w Awinionie za piętnaście euro na głowę. Na tyłach kamienicy, na giętkich, profilowanych, plastikowych wąskich krzesłach pousadzani bok w bok. Czułam na biodrach biodra sąsiadów. Cisza, że aż echo huczało każdego jego ruchu. Postał trochę patrząc na nas, jego ciało na nas patrzyło, takie samotne na tej niewielkiej scenie, takie wystawione ludziom na widok, kruche, poddane osądom i projekcjom. Miał na sobie białą, prostą koszulę i beżowe spodnie. Był boso. Stopy też suche, kościste, ale i umięśnione, wyrobione, tancerskie, musiał na nich ćwiczyć pointy i piruety pracowicie przez lata. Przy brzegu sceny stały czarne wojskowe buciory. Włożył je boleśnie powoli i zaczął tańczyć, zaczął opowiadać ciałem, w ciszy, językiem, który mówił prosto do mojego własnego ciała, intensywnie wprawiając je w wewnętrzny ruch - współczucie, zadziwienie, zachwyt, obrzydzenie, pogardę, rozpacz, strach, niedowierzanie. Przetaczały się przeze mnie w reakcji na przykładowe syryjskie ciało, które opowiadało najpierw, maszerując, przyklękając, salutując, podporządkowując się, gnąc, kuląc, chowając, opowiadało najpierw jak to jest być ludzkim ciałem, biologicznym bytem w kraju na skraju wojny, w górę wzniósł ręce i nagle nie byłam pewna, czy się poddaje czyjejś przemocy, czy oddaje w czyjąś opiekę, czy błaga o pomoc, czy modli, czy tańczy. Drgania jego ramion, takie wężowate, płynne, sprawiły, że przypomniałam sobie jakiś film, na którym tańczyli arabscy mężczyźni, ruchem ramion właśnie, niezapomnianym, charakterystycznym.

      Gdyby stało przede mną na scenie chińskie ciało, nie opowiadałoby mi swojej biografii tak samo, tamtejszy kolektywizm wymusza zupełnie inny zestaw ruchów, powściągliwość w gestach i mimice, wewnętrzne zapadanie się, wyczulenie delikatne na drgnięcia, na kaprysy, na drugą osobę. Gdyby stało przede mną na scenie ciało z byłego NRD, opowiedziałoby mi może o czujności, o ostrożności wrytej w najdrobniejsze mięśnie, hiperczułej, o samokontroli i napięciu, o tym, jak się uwewnętrznia bycie podsłuchiwanym, bycie śledzonym, bycie poddanym nieustannej ocenie, ciągłe zagrożenie symbolicznym wykluczeniem ze wspólnoty. I biedę, biedę kolektywną by mi opowiedziało, głód kolorów i smaków i folgowania sobie i wyjątkowości jednostkowej, wyjścia przed szereg. Gdyby stało przede mną ciało Francuzki, szczupłe, opalone, zadbane, z błyszczącymi, bujnymi, zebranymi w dziewczęcy koński ogon włosami, szczupłonogie, być może zrozumiałabym wady i zalety życia poświęconego utrzymaniu dziewczęcości nawet po sześćdziesiątce. Jak dobrze jest, jak dumnie, wystawić biust jędrny, pokręcić ładną pupą. Jak cudownie się nieustannie flirtuje, jak męcząco się nieustannie flirtuje, jak przecież nie wszystko w życiu, nie wszystko na świecie jest kurwa o seksie. Jak jednak czegoś brakuje. Gdyby stało przede mną na scenie polskie ciało, opowiedziałoby mi o szukaniu aprobaty, o przedszkolankach, paniach w szkole, szefach i politykach kapryśnych, o dławiącym poczuciu, że się nie zrealizuje swojego potencjału, bo nikt go nie ma w interesie zobaczyć. Więc polskie ciało miałoby odrobinę nadwagi i sprane nieco ubrania i w rezygnacji opuszczone ramiona i w niemej złości, bulgoczącej gdzieś pod powierzchnią bez przerwy, foch, foch na ślepo kierowany ku bliźniemu, mściwie, niezasłużenie, karny kutas, bo ludzie są do dupy, w niewyrażonej furii zaciśnięta szczęka, w trzymaniu fasonu ściśnięte pośladki, w graniu tradycyjnych, religijnych, kulturowych, płciowych ról stężałe ruchy, kanciaste takie, bo strach się wychylać, bo bezpieczniej ograniczyć sobie zasięg i gamę.

      Gdyby stało przede mną wtedy inne ciało, nie pomyślałabym sobie: on te ręce, te falujące, pulsujące ręce wznosi do nieba, a może do mnie? A może stoi w tłumie uchodźców, przed chwilą przecież przestał maszerować i zaczął dreptać, jakby go zagarnęła i ograniczyła swoim powolnym boleśnie posuwistym przemieszczaniem się fala uchodźców, ślimacząca się człowiek za człowiekiem, kroczek po kroczku się ślimacząca długa kolejka do wolności od wojny, głodu i choroby. Nadzieja. Więc może on teraz te ręce trochę do boga w modlitwie a trochę do celnika na granicy unijnej, zobacz mnie, zaufaj, wpuść, pozwól umęczonemu ciału zaznać czegoś innego, poznać inne ruchy. A może to taniec był, podrygiwanie na dyskotece, może go w końcu wpuszczono, syryjskiego uchodźcę i ośmielił się nieco, i wychylił z wewnętrznej banicji, z zastygnięcia w ubogim repertuarze ruchów na jaki pozwalała mu stara ojczyzna, i wychynął i spróbował być wolnym. Tylko czy ciało, tresowane przez lata, czy ciało jego umiało inaczej? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 27 lipca 2016 18:29
  • poniedziałek, 25 lipca 2016
    • Czy baliście się terrorystów?

      Baliśmy się. Ja się bałam. Szczególnie ostatniego dnia. Byliśmy w Lipsku. Lipsk wygląda całkiem jak Warszawa, rozorany historią, odbudowany jakoś tak przypadkowo, bez miłości. Piękny dworzec kolejowy. Ale nie mieliśmy już siły zwiedzać Lipska po tych trzech tygodniach zjeżdżania Europy, po tych kilkunastu dniach podróży pociągiem, zrobiliśmy sobie kawał przygody i nagle ja już nie miałam ochoty na dodatkowe bodźce, nie chciałam na chybcika przyswajać sobie kolejnego miasta, kolejnej drogi z dworca do hotelu, domofonu, windy, schodów, lokalizacji najbliższego sklepu spożywczego (w Lipsku zresztą chyba nie ma sklepów spożywczych, tych naszych swojskich, osiedlowych, na każdym rogu, samoobsługowych albo małych dziupelek, chodziłam po dzielnicy, w której się zatrzymaliśmy i nie uświadczyłam ani jednego sklepu spożywczego). Więc zaszyliśmy się na cały dzień w hotelu, gotowaliśmy sobie jakieś obiadki, piliśmy kawę, oglądaliśmy jakiś serial na telefonie, uprawialiśmy seks, sprawdzaliśmy fejsbuka. I nagle na tym fejsbuku. Znowu. Po raz kolejny. Informacja, że gdzieś ktoś oszalał i zaatakował obcych ludzi. I nie wiadomo. Niemiec. Nie Niemiec. Niemiec z dziada pradziada, czy może świeży, jeszcze nie bardzo zasymilowany Niemiec, a może Niemiec dopiero w pierwszym czy drugim pokoleniu. Jeszcze nie wiadomo. BBC coś tam podaje, obiecuje, że będzie uzupełniać informacje na bieżąco. Pięć osób zabitych. Centrum handlowe. Monachium. Sprawca uciekł. Policja go ściga. Służby bezpieczeństwa proszą o pozostawanie w domach. Więc ulżyło mi, że siedzę pod kołdrą, od rana nie przebrałam się nawet z piżamy, podróżnej, już nienajświeższej, w ubranie, nie wzięłam nawet prysznica, siedzę w łóżku w hotelu, więc prawdopodobnie nie, dzisiaj nikt mnie nie zastrzeli w miejscu publicznym, bo się donikąd nie wybieram. Mam jabłka i wodę mineralną i chleb i ser na kanapki. Natomiast jutro, jutro tak. Jutro będę na dworcu, jutro będę na dworcu w Lipsku, a potem w pociągu, a później w Berlinie, na wielkim kilkupiętrowym, wymarzonym dla terrorystów Berlin Hautbanhof, i boję się.

      Moja mama nawet już nie dzwoniła szczerze mówiąc. Ile razy można się martwić, że dzieci ktoś rozjedzie na deptaku, zadźga siekierą w przedziale albo zastrzeli przed MacDonaldem? Zadzwoniła bardzo późno wieczorem, myślałam, że coś się stało, kiedy byliśmy w Carcassonne, we Francji. Wtedy, w dzień Bastylii, wszystkie sklepy były pozamykane, nie jeździły autobusy, telewizja nadawała parady wojskowe i Hollande'a, który całuje jakichś weteranów, samoloty zostawiające na niebieskim niebie niebieskie i białe i czerwone ślady i wtedy, jeszcze nie przebrzmiały dźwięki Marsylianki, w dzień Bastylii, w Nicei, ktoś wjechał w kogoś jakimś samochodem i chyba też pozabijał jakichś ludzi, znowu BBC coś podawała, ale najpierw zadzwoniła drżącym głosem moja mama zapytać czy jesteśmy, usłyszeć nasz głos. Kiedy moja matka się martwi, moje centrum zarządzania, moje najgłębsze, intymne wnętrze, trzon bezpieczeństwa rozpada się odrobinę. Zostaje puste, pozbawione treści, nieskolonizowane nic. I wtedy się rozpadłam, a na fejsbuku, dzięki darmowemu wi-fi w hotelu po kolei CNN i Wyborcza i Washington Post i Guardian podawały, podawały fakty, publikowały zdjęcia, uzupełniały krwawą układankę. Kto, kogo, dlaczego. Czy na pewno ISIS. Czy może samotny szaleniec. I co to jest szaleniec. I coraz to nowe spekulacje, te same co zwykle, przewidywalne oskarżenia, że multi kulti winne, że nie można tak mieszać, tak relatywizować, że za dużo, że za dużo, że za dużo uchodźców, że Zachód, że Unia Europejska popełniła kolosalny błąd wierząc w integrację muzułmańskich migrantów. I głosy bardziej złożone, chór politologów badających wielogłosem akademickim czy przypadkiem kolonialna historia Francuzów nie jest grzechem, za który płacić będą w nieskończoność. Bo czy można podporządkować sobie, korzystać, instrumentalnie traktować, przemocy strukturalnej poddawać przez lata bezkarnie i potem cieszyć się tak zdobytym dobrobytem na wszystkie wieki wieków? I dziewczęco niepewny głos mojej mamy, na końcu łańcuszka zmartwionych kobiet, siostra, babcia, ciocia. Już do siebie tam w Polsce poprzedzwaniały, już przedyskutowały scenariusze, teorie, interpretacje, już któraś którejś zaproponowała, że może nam by zasugerować, żebyśmy szybciej wrócili. Albo przynajmniej ominęli południe Francji. I uważali w miejscach publicznych. Tylko na co? Na co uważać i jak uważać? Sztuka przetrwania w Europie XXI wieku, nie zostałam wyposażona w taką umiejętność. Tego w szkołach nie uczą, nie uczą, uczą tylko tabeli pierwiastków i stolic wszystkich krajów świata oraz ja się akurat uczyłam łaciny, a Boris Johnson podobno twierdzi, że trzeba by biednych i marginalizowanych uczyć właśnie łaciny, bo dzięki temu pokochają języki i pokochają naukę i zaczną sami z siebie się kształcić. Już sobie wyobrażam tych Drezdeńskich, tych Stuttgarckich, tych z Lucerny czy z Paryża Afgańczyków i Syryjczyków jak nagle przejrzeli na oczy, bo ktoś ich poddał inspirującej deklinacji albo objaśnił, co znaczy "per aspera ad astra".

      Drżący głos mamy, zniekształcony przez roaming i późną jak na nią noc. Czy u was wszystko w porządku? A może wyjedźcie z tej Francji. A może wcześniej pojedźcie do Niemiec, tam bezpieczniej. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że w Niemczech będziemy bardziej się bać. Że nastraszą nas gazety i publicyści i polityczne partie i rząd i dziennik telewizyjny, tak nastraszą, że stracimy własną organiczną czujność i nie odróżnimy już własnej mądrości od tego, co wcisnęli nam ci wszyscy krzykacze spanikowani, rozhisteryzowani do głów. I ja sobie w swojej głowie próbuję ułożyć ten świat, który widzę, tę Europę, której cztery tysiące osiemset kilometrów przejechaliśmy zobaczywszy po trochu Niemiec, Szwajcarii, Francji i Hiszpanii, pociągiem, pociągiem. Długo jeszcze zmysłowy śpiew komunikatów kolejowych, opóźniony pociąg z Lyonu do Strassbourga, wypadek na torach, ustalamy długość spóźnienia, długo jeszcze będzie dzwonił mi w uszach, śląc dreszcz stresu wzdłuż kręgosłupa. Długo nie zapomnę dworców niemieckich, gdzie hidżaby i twarze i gesty i języki i kody kulturowe, do których nie miałam treningu się przyzwyczaić, oswoić. W Niemczech i Francji jest po cztery miliony siedemset tysięcy Muzułmanów według najnowszych statystyk publikowanych przez Pew Research. Z ciekawostek, najbardziej nieprzyjazne Islamowi narody to Węgry i Polska, znane głównie z tego, że przeciętny obywatel tych państw nie spotkał na swojej życiowej drodze ani jednego, ANI JEDNEGO, człowieka wyznającego inną religię, ani jednego imigranta czy uchodźcy, ani jednego przedstawiciela innej rasy. I uwaga. Największy odsetek obywateli z pozytywną opinią o Muzułmanach odnotowano... w Niemczech, we Francji i w Wielkiej Brytanii, czyli w krajach, które od dekad przyjmują migrantów i mają najdłuższą historię udanej integracji.

      Przy czterech milionach siedmiuset tysiącach osób, które często mieszkają w gettach na biednych przedmieściach i przyjmują od rdzennych mieszkańców najpodlejsze, najniżej płatne zajęcia, statystycznie, psychologicznie prawdopodobieństwo, że ktoś nie wytrzyma i zrobi coś strasznego, krwawego, nienawistnego, zwłaszcza jeśli w otoczeniu ma charyzmatycznych, manipulanckich, sprzedających mu wizję dżihadu dorosłych, prawdopodobieństwo powinno być dużo większe, że to się wydarzy, niż że nie. Więc wydarza się rzadziej niż tym ludziom dzieją się bolesności rozmaite i dyskryminacje niezasłużone, ale boję się.

      Tak samo jak się boję tego, jak dużo nienawiści do głowy nawciskali mi politycy, nawciskali mi komentatorzy, nawciskały mi media i rozmaite ciotki-ekspertki, wujkowie-autorytety, lokalne pogardliwe roztropki, ta nasza kulturowa potrzeba linczu na obcym, tak samo jak się boję nienawiści, jaką mi napełniono moją bezrefleksyjną głowę, moją dusze naiwną, niechęci do Niemców na przykład, do żąbojadów, do Angoli. To taki sport narodowy - kpić z nich, umniejszać, że ordnung, że nudni, że pastelowi, że bezduszni, że tacy sami wszyscy i emocji pozbawieni, robotony wypełniające rozkazy, a potem zaczynam pracować z jednym Niemcem, z Niemką i jakieś ciepło, honorowość, przyzwoitość z nich się w moim kierunku wyzwala i nie chcę już słuchać politologów od siedmiu boleści. Ani o Niemcach, ani o Francuzach, ani tym bardziej o Islamie. Mam własne oczy i patrzę. Mam bilet na pociąg, a w pociągu konduktor mi pomógł i cztery osoby doradziły, wytłumaczyły, uśmiechnęły się. Wszystko Niemcy. Ale co? Mam narodową misję wypatrywać w nich zalążków nazizmu? Niedowierzać tej ich życzliwej pomocy? Mam mózg samodzielny, nie jakoś szczególnie naiwny, jestem zdolna odróżnić sprzedawane mi od dzieciństwa prawdy. Że wszyscy Niemcy to potencjalni faszyści, tak już mają w kulturze, że Rosjanie potrzebują dyktatury, bo inaczej nie potrafią, a każdy Ahmed pewnie marzy o tym żeby mnie, mnie szczególnie i mnie konkretnie wysadzić. I boję się. Boję się, oczywiście. I płaczę z rodziną Muzułmanki, matki dzieciom, wierzącej, porządnej pewnie kobiety, która zginęła w dzień Bastylii na pięknej promenadzie des Anglais pod kołami ciężarówki i płaczę z ludźmi, którzy siedzą w szpitalach i czekają czy ich bliski wygra walkę o życie, bo wsiadł do pociągu, bo wsiadł, bo wsiadł do pociągu nie tego, nie wtedy, nie trzeba było. Bo jakiś zagubiony młodziutki Afgańczyk dał się ponieść, dał się ogłupić komuś, czyjaś nienawiść nie dała się już powstrzymać, wylała się, przelała na zewnątrz, udzieliła innym. Bilans krzywd rozrósł się i eksplodował nagle. I płaczę, bo w MacDonaldzie w Monachium były czternastoletnie dzieciaki. Komu co złego zrobił nastolatek, czy zdążył tak bardzo nagrzeszyć żeby nad tymi frytkami zasłużyć na tyle furii, na taką morderczą nienawiść? Ach, tym razem nie ISIS. BBC nie próżnuje i na bieżąco donosi, tłumaczy, interpretuje. Tym razem chłopak, który fascynował się Breivikiem, który nienawidził za co innego, kogo innego, jego furia ślepa wykipiała w końcu. Facebook dawkuje kolejne fakty, ale już za późno, pół świata ma już interpretację, już światopoglądowe wojny się toczą, te same co zwykle, każdy wie, co który z jego znajomych będzie miał na ten temat do powiedzenia, z góry wiadomo, takie rzeczy ustalają się raz, a potem nawet fakty nie zmienią, nie wpłyną, więc większość z nas już wie i nic nas nie wybije z niezbitej pewności. Już się nią podzieliliśmy, już żyją te nasze teorie własnym życiem, krążą w krwioobiegu kolektywnym ludzkich idei, już nabierają znamion prawd ostatecznych, już funkcjonują w eterze jako jakiś rodzaj kulturowej waluty, nienawiść bulgocze, strach rodzi fantasmagorie bez hamulców racjonalnych, wizje wroga, ktoś musi zostać w tej roli obsadzony, nie można się bać tak jak ja, tak niekonkretnie, bez obiektu, wiedząc, że znalezienie obiektu to pójście na tragiczne, tragiczne w skutkach skróty. Więc wracam do Polski, z ulgą, bo mogę oczy odwrócić od krzywd reszty świata, tak jak z zażenowaniem odwróciłam od Syryjczyka, który (choreograf) swoim tańcem opowiedział o życiu w kraju, w którym wzrasta się w kulcie militarnym, w przemocy i w religijnym fanatyźmie, zobaczyłam za dużo, jestem tym wszystkim prawdom coś winna, prawdom, w których nie ma prostoty ani jednoznacznie winnych, wiadomo tylko, kto nie wytrzymał w tym tsunami przemocy i kogo poniosło, kto był najsłabszym ogniwem, więc wiem swoje, wracam do Polski i likwiduję konto na Fejsbuku. Będę sama. Sama będę decydować czy nienawidzić. I czy kogoś, czy czegoś. Czy w ogóle.

      Ale boję się. I modlę, żebym nigdy nie musiała dotknąć krzywdy, której już się nie wytrzyma, furii, której się nie da powstrzymać. Żebym nie musiała.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 lipca 2016 23:28
  • czwartek, 23 czerwca 2016
    • banał

      Za oknem przeplata się gruchający miłośnie spod dachu gołąb miejski z melodyjką, co się dobywa z dziecięcej zabawki. Chmury oklejają spod nieba perspektywę. Wczoraj o tej porze siedziałam na ławce, pies wiercił się niecierpliwie, zlizywał sobie ze swędzącego ogona futro. Przed oczami przepływały mi sąsiedzkie matki, sąsiedzcy ojcowie, osiedlowe starsze panie z niechętnymi spacerom w taki skwar psami. Jedna para z wózkiem przykuła mój wzrok. Najpierw on, wypięty wyrzeźbioną piersią w ciasnym tiszercie bardziej w przód niż by tego wymagała ergonomia ruchu, ale przystojny, przystojny. Ona boleśnie zwyczajna, trochę sprana, włosy ułożone w najprostszy kucyk, naturalnie ładna. Jeśli pies Pawłowa ślinił się na dźwięk dzwonka, bo jego mózg przyzwyczaił się go łączyć z podawaniem posiłku, mój wewnętrzny pies Pawłowa reaguje na inne kobiety automatycznym, wtresowanym w anatomię mózgu przykładaniem ich do medialnego standardu, większe wargi, jędrniejszy biust, wyprasowana w kancik sukienka z najnowszych kolekcji, manikiurpedikiur i wosk. I automatycznym skrzywieniem wewnętrznym, niższościo-wyższością, okrucieństwem, bezlitosnością. Nie przystaje.

      A ta dziewczyna, szara trochę, ciemnoblond i niewymalowana, z tej ławki osiedlowej objawiła mi się w całej swojej zwyczajnej ładności macierzyńskiej. Spocona może. Zmęczona może. Niezadbana, cokolwiek to znaczy, ale chyba kiedyś żyłam w świecie, w którym zadbanie znaczyło dokładnie to, co jej wystarczyło - wziąć prysznic, umyć włosy, uprane, czyste schludne ubranie włożyć na siebie, nie dłubać w nosie i dobrze się opiekować bliskimi. 

      To banał i głupio mi wypisywać na blogu oczywiste oczywistości, ona była ładna, bo po prostu była ładna, taka się obudziła rano, nie wymagając brwi i pośladków i sutków i zębów podrasowanych. I głupio mi, że mnie tak jak psa Pawłowa zaczarowało, ogłupiło coś na tyle lat, zafałszowując straszliwie obraz rzeczywistości, że sobie, że innym, że optyka mi się pokrzywiła pokracznie i nagle wszystko gładkie musiało być, nagle wszystko nienaturalnie niezwyczajne, w plastik, w syntetykę wpadające i nieludzkie. I przestałam świat widzieć. I zaczęłam się świata bać. Może to duże miasta robią. Może media. Może moje własne głody akceptacji kurczowo kurczowo chwytające prostych sposobów żeby się szybko, na skróty do jakiejś lepszej ligi wywindować. Złote buty i czerwone paznokcie.

      I nagle od wczoraj patrzę i patrzę i nagle właściwie wszystkie mijane po drodze dziewczyny, te w dresach i te wygolone, wytatuowane i asymetrycznie obcięte, te obarczone trójką dzieci i pomarszczone, i nagle właściwie wszystkie są ładne, bo są.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 14:44
  • sobota, 07 maja 2016
    • A na zachodzie

      A na zachodzie kotłowały się deszczowe majowe chmurzydła sinoszare, a na zachodzie pobłyskiwały dumnie, pobłyskiwały wyprężone w nowoczesną iluzję nieśmiertelności warszawskie drapacze chmur, a na zachodzie zachodziła krwista kula słońca o zamazanych konturach, jak pożar, jak nuklearna łuna co za chwilę pożre miasto, a my pruliśmy ping ping ping przęsła pomarańczowe strzelistego mostu, a my pruliśmy, a ja żałowałam, że przez to wszystko nie pędzę trochę wolniej, przeplatając uczestnictwo intensywne w kotłowaninie życia przestrzennością refleksji, momentami nieuchronnego żałowania wszystkiego, co zmienia się nie do poznania i co odchodzi. Jak ja płakałam za tą wsią, z której wypruliśmy z powrotem ku miastu, jakby mi się już nigdy żadna wieś, żadne mruganie gwałtowne oczami w dymie soczystym, w dymie przesyconym słodkim umami grillowanej karkówki, jakby mi się już nigdy wibrująca pszczołami kwitnąca na różowo, gubiąca na wietrze mżawkę delikatnych płatków czereśnia, jakby mi się już nigdy pola świeżo zaorane i spacer bezterminowy przydarzyć na nowo nie miały. Coś we mnie jakichś rozlicznych żałób nie przeżyło porządnie i tam na tym moście, na moście zapłakałam w krwisty zachód słońca zapatrzona, a na zachodzie płonęło.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 07 maja 2016 22:02
  • czwartek, 05 maja 2016
    • Nic

      Czasami nie czuję zupełnie nic. Mam wtedy nieodmiennie taką myśl, że zdradzam jakąś swoją fundamentalną ludzką, a może bardziej kobiecą, w naszej tradycyjnej, czczącej siłę i dominację, rywalizację i megalomanię kulturze, może bardziej kobiecą powinność. Kochać. Nie mieć w dupie. Brać odpowiedzialność. Bo spotkałam na swojej drodze dużo więcej facetów niż kobiet, którym nie przeszłoby nawet przez myśl rozliczać się z niewykonalnego standardu nieustającego kochania.

      Nic.

      Nic nie ma zapachu, nie ma smaku, na chwilę pozwala odpocząć od kwasot i goryczy, od słoności smutku i parzącego jak surowe chilli gniewu, od gonitwy myśli obezwładniającej, każącej się zaangażować, wkręcić w ten, czy kolejny wir, stary nawykowy wir bez dna. Do absurdu, do rozpaczy, do logicznej, logicznej (a przecież życie nie jest logiczne), do logicznej ostatecznej konkluzji. Nic nie boli. I nie sprawia radości. Nic jest obojętne, bezbarwne, nic oddycha miarowo, czyste krystalicznie, spokojne.

      Jestem kobietą, więc powinno mi zależeć. Na pracy. Na sympatii kolegów i koleżanek. Na dobrym samopoczuciu i seksualnym zaspokojeniu mojego chłopaka, na zachwycie i aprobacie przechodniów, którzy mijając mnie dostrzegą moją skromną ponadczasową nie kłującą w oczy elegancję, na zazdrości gości, którzy odwiedzą mój nowoczesny schludny modnie eklektyczny dom. Na rozwoju każdego szkraba, którego ktoś powierzy mojej opiece, na wytartych kurzach i ugotowanych zdrowych obiadach, na moim własnym zdrowiu. 

      Nic.

      Największe tabu naszej kultury, kobieta, która nic do nikogo i niczego nie czuje. Której nie można zmusić do uczuć, bo ma je autonomiczne, a czasem ich właśnie, właśnie nie ma. 

      Nic.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 maja 2016 14:15
  • czwartek, 28 kwietnia 2016
    • Romantyczność i niedotykalni

      Przyglądam się ostatnio swoim marzeniom. Ambicjom, powinnam powiedzieć, aspiracjom, bo przecież i mnie przysługuje ambitność, chociaż czasem, w pewnych co bardziej konserwatywnych albo też myślących stadnie, tradycyjnie środowiskach, czasem ambitność moja, młodej kobiety, wydaje się dość wstydliwym faux pas. No bo jak to tak?

      Przyglądam się więc ostatnio moim aspiracjom i ponieważ jako dziecko nie byłam zachęcana do społecznej aktywności, wręcz kultywowano moją domowość i relacyjność, nawyk marzenia mam oderwany od realiów, literacki, zbudowany na niemych konwersacjach z setkami dziewiętnastowiecznych narratorów. Mężczyzn. Stąd wielość i wielorakość nieporozumień, jakimi moje życie dotychczasowe było usłane jak jakaś absurdalna ścieżka zdrowia. Tragicznych czasem (wyrzucono mnie z jednej pracy za takie rozjechanie się ideałów z ich wykonaniem, z innej pracy odeszłam wypalona, teraz walczę na oślep o jakąkolwiek prywatno-zawodową równowagę, więc jakiś tam rozwój się dokonał znaczy).

      Zmałpowałam więc narcystyczne swoje marzenia mesjańskie o ratowaniu jednoosobowym świata od moich starych przyjaciół - Dostojewskiego i Hugo i Mickiewicza i jeszcze paru innych, doprawionych dawką goryczy, dawką rozczarowania, dawką dekonstrukcji kulturowej - taki Camus, na przykład, albo żółcią przepełniony i niechętny ludzkości Sartre, tacy wyalienowani, zostawieni samym sobie biedacy - Kerouac, Burroughs, Ginsberg. Sierotki społeczne na własne życzenie destrukcyjnie kręcące się wokół własnej osi, buntem kierowane.

      I co mi wyszło? Romantyczność niewykonalna. W ciągu ostatniej dekady dorzuciłam sobie jeszcze solidną porcję toksycznych przekazów z mediów rozmaitych i fasadowego porównywania penisów z fejsbuka. Pierwszy i podstawowy problem - nie mam penisa żeby go z czyimkolwiek innym zmierzyć, zważyć, przeanalizować. A rojenia o wielkości mam wybitnie męskie.

      Dlaczego tak mówię? Bo przyszło mi do głowy ostatnio, że nasze kulturowe półboskie wyobrażenia o sukcesie, to, jak o nim mówił Steve Jobs, jak o nich mówi Sheryl Sandberg czy Hilary Clinton, to wykastrowane z pewnej fundamentalnej prawdy iluzje. Bo za każdym charyzmatycznym herosem stoi cała kasta nietykalnych, niewidzialna, niesłyszalna, pogardzana świta. Kasta kobiet - asystentek, żon, matek, sprzątaczek i administratorek. I każdego, kto się na konferencji TED albo w czaspiśmie "Sukces" wychwala swoją dominacją nad światem - polityka, aktora, pisarza, prezeskę czy może podróżniczkę - należałoby poddać uprzednio standardowemu kwestionariuszowi, który by szedł jakoś tak:

      1. Kto czyści twoje sedesy?

      2. Kto gotuje twoje posiłki?

      3. Kto pilnuje twojego kalendarza?

      4. Kto kupuje prezenty twoim bliskim?

      5. Kto odkurza twoje biuro?

      6. Kto zaprasza upierdliwych gości na firmowane twoim nazwiskiem wydarzenia?

      7. Kto pisze twoje przemówienia?

      8. Kto zajmuje się płaceniem twoich rachunków, kto oblicza twoje podatki, kto chodzi w twoim imieniu do urzędów?

      9. Kto wozi twój samochód do serwisu i go tankuje?

      10. Kto prasuje twoje koszule?

      11. Kto parzy twoją kawę?

      12. Kto drukuje i kseruje dokumenty potrzebne ci do przygotowania spotkań?

      13. Kto wstawia twoje brudne naczynia do zmywarki?

      14. Kto przygotowuje umowy i konsultuje je z prawnikami żebyś mógł realizować swoje ambitne projekty?

      15. Kto karmi twoje psy i koty?

      16. Kto ściemnia przez telefon w twoim imieniu osobom, z którymi nie masz ochoty rozmawiać?

      I tak dalej, bo przecież tę listę można by rozbudować wielokrotnie, w postępnie geometrycznym. Może jestem radykałem, bo sama wynajmuję osobę do sprzątania mieszkania i zamawiam pięć dietetycznych posiłków dziennie z dostawą pod drzwi, ale uważam, że herosem, który rzeczywiście stawił czoła życiem można nazwać tylko kogoś, kto na jakimś etapie swojego życia na większość z powyższych pytań mógł odpowiedzieć "ja". Bo tylko on rozumie godność i wartość tych prac. Bo tylko on docenia swój przywilej kiedy te "wsparciowe" czynności wykonuje (za przyzwoitą opłatą!) za niego ktoś inny. Dobrze by było żeby tę osobę znał po imieniu. Żeby z nią rozmawiał. Żeby się interesował komfortem jej pracy. Bo czasem tak czuć, tak bardzo czuć w wypowiedziach rozmaitych prezesów, ministrów i dyrektorów marzenie o oderwaniu się od tego codziennego brudu, o powrocie do czasów kastowych, do czasów feudalnych, gdy dzieci i ryby i wyrobnicy powszedni głosu nie mieli. Tak sobie ostatnio przemyśliwuję.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 kwietnia 2016 10:57
  • wtorek, 26 kwietnia 2016
    • Demony indukcji

      Co wiem o pani, która sprząta moje mieszkanie? Składa mi się ona na kalejdoskop przypadkowych odprysków, fragmentów i impresji. Czy powinnam mieć jej spójniejszy obraz? Czy wystarczy, że ma imię, że jest zlepkiem rozmów o lekarzach, o sprawie rozwodowej jej syna, o wdowieństwie i tym, jak nadal stanowi część rodziny swojego świętej pamięci legendy-męża? Czy wystarczy, że kojarzy mi się z niebieskim płynem zostawionym żeby odmoczył mi sedes, z karteczkami wyrwanymi z małego magnetycznego notesika, zostawionymi na blacie kuchennym z wykaligrafowaną informacją o środkach czyszczących, które mam kupić na następny raz? Mleczko do ceramiki, sprej do kabiny prysznicowej, mydło do drewnianych podłóg. Okrągłe litery osoby przywykłej do odręcznego pisania. Ja już nie potrafię. Chodzę w pracy na lekcje francuskiego i sadzę przeraźliwe kulfony człowieka doby internetu. Moje palce wyszły tak szybko z wprawy. Dwie dekady notatek ołówkowych, flirtowania z piórem na atramentowe naboje, które podobno dostosowuje się do unikalnego ułożenia dłoni właściciela. Tak szybko straciłam nawyk całego mojego dzieciństwa. Pani polonistka z prawobrzeżnej podstawówki wykazała się nadludzką cierpliwością kiedy w kratkach zeszytów trzydziestka jej podopiecznych z zagryzionymi z wysiłku językami mozolnie misternie krzywiła po kolei a, b, c, okrągłe i pracowite.

      Co wiem, o pani, która sprząta moje mieszkanie? Wchłaniam świat oczami, więc znam jej płaszczyki i apaszki i torebki, eleganckie, kobiece, pastelowe symbole niegdysiejszego statusu, albowiem niegdyś była kadrową. Słyszę we wnętrzu swojej głowy jak mówi, jak z dbałością wymawia słowo po słowie, jak dba o godność i szacunek, niegdyś życiową koniecznością zdegradowana do wycierania kurzu w cudzych domach. Znam na pamięć kolor jej włosów, ile to już lat, ile lat. Zauważam, kiedy je sobie podkręci inaczej, kiedy podetnie bardziej niż zwykle, uroczyściej, na sylwestra albo komunię wnuczki, wychowywanej w imieniu matki, która zdezerterowała i syna, który pracowicie, acz niekonsekwentnie zarabia pieniądze, który znów związał się z nieodpowiednią kobietą. Szpitale, cmentarze, sądy rozwodowe, kolejki w ZUSie, szkolne zebrania, weterynarzy, to jej życie. I przemieszczanie się, przemieszczanie się przez pół miasta transportem publicznym. Wiem, że odstawia rzeczy nie na miejsce. Szczoteczkę do zębów odstawia do szafki z ręcznikami, odkurzacz porzuca na środku pokoju, czasem coś znajduję w surrealistycznym miejscu i nauczyłam się już, nauczyłam transformować irytację w czułość, polubiłam te niespodzianki, powroty do domu i gorączkowe poszukiwania elementarnych akcesoriów, przemeblowaną bez sensu infrastrukturę mojego życia. Bo w zamian dostaję lśniącą kuchenkę i wypucowany całkiem bez potrzeby czajnik. Tak, że się w nim odbijam i błyszczę. I wiem o niej również, że się tak wstydzi kiedy coś złamie, kiedy stłucze, kiedy jej coś odpadnie, że nie mówi. Że ukrywa, że ciszą zasłania. Rozumiem.

      Rozumiem też coś, co się dzieje coraz częściej ostatnio. W nowym mieszkaniu mam kuchenkę indukcyjną. Kiedyś szłam później niż zwykle do pracy. Ona robi sobie zawsze kawę na początek dnia. Przynosi w torebce foliowej kanapkę. Jabłko, jak kiedyś do szkoły się nosiło prowiant. I przynosi taki sam przezroczysty woreczek z dwiema porcjami zmielonej kawy. Nastawia sobie wodę w czajniku i zalewa w kubku mocną turecką szatańską mieszankę. Od lat odmawia korzystania z kaw, które mam w domu. Ale od kiedy pojawiła się indukcyjna kuchenka, jest kłopot. Więc tamtego dnia, kiedy spotkałyśmy się rano usłyszałam z łazienki pikanie, gorączkowe pi-piiii-pi-pi, a potem znowu. Rozpoznałam ten dźwięk, ale było go dużo za dużo, za mocno, była w nim złość, a potem jeszcze sfrustrowane fukanie. I znowu, pi-piiii-pi-pipiiiii. Poszłam do kuchni, żeby pomóc. Pokazałam raz. Ona spróbowała powtórzyć, ale nie wyszło. Drugi raz, wolniej, prościej, stopniowo. Przeszłyśmy przez ten rytuał kilka razy, tydzień później znów, a dwa tygodnie potem jeszcze raz. I coś nie bardzo. Pi-piipi-piiiip. Znienawidziła indukcyjną kuchenkę, obraziła się na nią. A ja, tłumacząc jej, pokazując, pozwalając samej spróbować, wyłapałam ten moment, moment kluczowy, kiedy uznaje, że to ponad jej siły, że się nie nauczy, że nie umie, że bez sensu, że się boi. Nie chce zepsuć. Jest głupia.

      Zobaczyłam ten moment jeszcze raz, kiedy łomot doszedł mnie rano w środę, w dzień sprzątania, bo ona szarpała się z drzwiami od balkonu. Rzeczywiście, są nietypowe. Trzeba przekręcić klamkę - raz w bok, potem drugi raz w górę, dwoma oddzielnymi ruchami - a potem pociągnąć do siebie, po czym dopiero wtedy, jak drzwi parawanu przesunąć w prawo. Sekwencja ruchów, której nie trzeba jakoś szczególnie rozumieć, trzeba jej się po prostu nauczyć na pamięć, wryć w pamięć ciała, wytrenować mięśnie żeby raz za razem wykonywały tę choreografię, aż wreszcie stanie się automatyczna, odruchowa, bezmyślna. Ale nie. Znów był moment kiedy ona uznała, że nie nauczy się, że to zbyt trudne, a ona zbyt tępa. Nie powiedziała tego, ale jej złość, jej atak na oślep - że drzwi, że ja, że bez sensu, jej atak na oślep mi pokazał, jak bardzo się boi, jak jej się wrogo, niezrozumiale, jak bezsensownie jawi świat. I że pewnie kiedyś za taką powolność, ociężałość umysłu, że pewnie kiedyś ją karano, że krzyczano na nią, że teraz ona już ten krzyk słyszy wewnątrz siebie, że on ją jeszcze bardziej blokuje, że proste łańcuchy czynności - guziczek włączania kuchenki, wybór palnika, przesunięcie palcem jak po ekranie smartfona żeby nastawić poziom grzania płyty - że nawet one blokują jej się w umyśle. Kiedyś odebrałam w pracy telefon. Krzyczała do słuchawki, że drzwi balkonowe tym razem jej się całkiem zepsuły, że zablokowały, że ona nie wie co zrobić i czy je może zostawić. Wiedziałam, że instrukcje przez telefon nie mają szansy zadziałać, za dużo już razy i na zbyt dużo różnych sposobów próbowałam obejść jej wewnętrzne demony i pokazać jak to się robi. Więc poprosiłam żeby je zostawiła tak jak są, że wracam z pracy za kilka godzin, a na dworze nie jest całe szczęście zbyt zimno. Zbyt zimno? - wykrzyknęła na fali paniki i poniżenia, które podpowiadała jej przeszłość - Nie, nie jest mi zimno, tylko chciałam pani powiedzieć, żeby się pani nie zdenerwowała kiedy pani wróci z domu.

      Nie zdenerwowałabym się. Pani, która u mnie sprząta - jej niebieskie zalewanie WC Kaczką sedesu, jej nieodgadnione porzucanie szmatek do kurzu na stole w jadalni albo noża do chleba na łóżku, jej cotygodniowe przestawianie stacji radiowych i rosyjska ruletka - co dziś będzie grało, kiedy włączę starożytny radiomagnetofon, czy jazz, czy złote przeboje, czy może dziennikarz katolickiego programu będzie mówił o obchodach Bożego Ciała w tym roku? To wszystko jest częścią mnie, mojego życia, nie mam potrzeby z tym walczyć ani zmieniać tego na siłę. Tylko szkoda. Szkoda, że ona aż tak się boi zwykłych codziennych i całkiem niewinnych spraw. I szkoda, że nie umiem jej powiedzieć, że nie ma czego. I że rozumiem. I że sama mam takie same, tak samo niewinne pozornie demony.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 kwietnia 2016 11:28

Kalendarz

Sierpień 2016

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl