Kucharka Zen

Wpisy

  • niedziela, 07 października 2018
    • Poza słowami

      Mieszkam w słowach. To mój dorosły dom. Kiedy gubię się w rzeczywistości, zaczynam o niej czytać. W książkach, w cudzych zdaniach wszystko jest prostsze i bardziej zrozumiałe, bo przecież język jest upraszczającą, symboliczną matrycą, którą nakładamy na świat i jego wieloznaczność. Jest siatką, która pozwala się nie zgubić. Więc kiedy mnie przerasta życie, czytam. Gadam. Piszę. Zamieszkuję w bezpiecznym domu utkanym ze słów. Zdradliwym domu, okazuje się. Pozornym. Iluzorycznym.

      Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu uwiesiłam się ostatnio na Tinderze. Chociaż mnie mierzi i męczy, chociaż kusi i odrzuca zarazem, ta aplikacja stanowi fascynującą zagadkę i wchodzę na nią i uciekam z niej w jakiejś zagadkowej schizofrenii. Nie mogę się do niej jednoznacznie ustosunkować. Nie chcę. Jak gdybym miała do odrobienia jakąś ważną lekcję ze zrozumienia współczesnego świata. Jeśli Tindera odrzucę, odrzucę też hurtowo prawdy o kobietach i mężczyznać, o pociągu, o pożądaniu, o więzi i pragnieniu. Prawdy, których przez całe lata nie chciałam przyjąć do wiadomości, a one snują się za mną jak smrodek, a one dręczą i męczą dopóki ich nie pojmę, nie zaakceptuję i nie zintegruję. To nie są czarno-białe prawdy. To nie są prawdy z gatunku - kobiety dobre, a mężczyźni źli lub odwrotnie. To nie są prawdy o tym, że tylko seks albo tylko miłość i że się wykluczają nawzajem te sfery, że szukać można albo szybkiego, bezwysiłkowego numerku z obcym człowiekiem albo konserwatywnej, duszącej roli w świętej, więziennej instytucji małżeństwa. 

      Na Tinderze znalazłam zupełnie zaskakującą prawdę, która umknęła mi przez całe lata funkcjonowania w gettach kobiet - kobiet humanistek, kobiet społeczniczek, kobiet nauczycielek, kobiet psycholożek. W tych gettach mieszka się w utkanych z iluzji domach ze słów i uczuć. Kobiety świetnie śmigają po tych wymiarach rzeczywistości, więc łatwo sobie ze słów i emocji zrobić kokon, udawać, że poza nimi nie istnieją inne wymiary bycia w świecie. Albo zbudować sobie zdaniami złożonymi wieżę wysoką, niedostępną, niby bezpieczną, a jednak odizolowaną, odpychającą, zniechęcającą i jak złotowłose bohaterki bajek czekać w tej wieży na odważnego, cierpliwego, na nietypowego, na rzadko występującego w przyrodzie.

      Miałam kłopot z Tinderem. Z jednej strony zaskoczyło mnie zainteresowanie, z jakim się tam spotkałam. Wrzuciłam na swój profil dziwną kolekcję trochę śmiesznych, trochę zwykłych, codziennych, nieretuszowanych zdjęć, na których moim skromnym zdaniem wyglądam całkiem jak ja. Żeby nie było nieporozumień. I mam dziesiątki fanów. Krótkowłosa, krępa, z lekką nadwagą, bez dekoltów i krótkich spódnic, po prostu sympatyczna i niebrzydka. Więc to pierwsze zaskoczenie przecina maczetą prawdy moje rozliczne kompleksy - że może powinnam lepiej robić ustami zachęcające dzióbki, że może botoks, że częściej na siłownię, że ubieram się w zbyt dużą ilość materiału i że solarium i że blond pasemka i że tipsy i że nogi / uda / dupa / brzuch i biust. Panowie mają w nosie moje kompleksy. To nie tu tkwi sekret mojej samotności. Schody zaczynają się potem. Piszemy do siebie. Hej, cześć, jak ci mija weekend. No to ja elokwentnie, ale niezbyt odstręczającymi zdaniami (już wiem że nie ma co brylować na siłę, bo przeciętny Polak i Polka z rozmaitych powodów czytają dużo mniej książek niż ja, a jeśli już czytają, to zupełnie inne, więc zostawmy książki poza sferą romansu z Tindera, w sumie mnie to nawet nie boli, można się spotykać na wielu innych płaszczyznach), no to ja potoczyście, że mój weekend tak i tak, że spacerek, że ładna pogoda, a jak jego weekend? Uczono mnie sztuki konwersacji, nieskromnie mogę się pochwalić, że szlifowałam ją w międzynarodowych instytucjach z ludźmi z wielu kultur, uczyli mnie ambasadorzy, jestem świetna w te klocki, mogłabym kursy na ten temat prowadzić, ale na Tinderze, na Tinderze mój konwersacyjny kunszt pieprznął z całą siłą w betonową ścianę. No to wstałam, otrzepałam się, opatrzyłam guza i spróbowałam parę razy jeszcze. I za każdym razem nieokrzesanych cham po drugiej stronie ignorował moje wynurzenia, ignorował moje pytanie, co u niego i albo przestawał pisać, albo odpisywał na zupełnie inny temat dwie doby później albo nagle jak Filip z konopi proponował po dwóch wymienionych linijkach dialogu spotkanie. Najlepiej tam, gdzie on i tak planował się wybrać tego wieczoru. Blisko jego hotelu. Obok jego pracy. Albo w klubie, gdzie on będzie z przyjaciółmi.

      Oprócz tego, że Tinder zepsuł nam rynek i popsuł nam całkowicie mężczyzn, albo jeszcze bardziej popsuł tych i tak już popsutych, moja potrzeba kompulsywnego wracania i sprawdzania o co do kuźwy nędzy chodzi w tych potłuczonych rozmowach - ja tu w gotowości do uwodzenia słowem, do flirtu, do werbalnego poznawania się, obwąchiwania, a wszystkim się spieszy do spotkania w realu, i to jeszcze - co wystarczająco wiele razy usłyszałam bez ogródek - do spotkania krótkiego, treściwego, znieczulonego alkoholem i uwieńczonego obowiązkowym seksem, po którym to seksie absolutnie nic sobie nie gwarantujemy. Okej.

      Oprócz tego, że Tinder utrwala jakiś typ międzyludzkiej transakcji, która dla mnie jest nieatrakcyjna, bo seks w moim świecie - nawet jeśli miałby być jednorazowy, a i taki się zdarzał, i taki bywał fajną, satysfakcjonującą przygodą - funkcjonuje w pakiecie z zaufaniem i fascynacją, ze spotkaniem na przynajmniej jednej czy dwóch innych płaszczyznach - może intelektualnej, może emocjonalnej, może werbalnej, może praktycznej - podobne zainteresowania, wspólne projekty, praca czy mieszkanie w tym samym miejscu. Bo seks nie powinien być banalnie łatwy dla jednej strony, przy równoczesnym ponoszeniu całego ryzyka i wszelkich konsekwencji przez drugą. Musiałabym być idiotką żeby pędzić na drugą stronę Warszawy spotkać się na jego warunkach z gościem, który opublikował na swoim profilu jedno niewyraźne zdjęcie, lakoniczny, enigmatyczny opis i jeszcze się nawet nie pofatygował żeby wymienić ze mną ze dwa złamane zdania, z których wyniknie cokolwiek na jego czy mój temat. Statystycznie mi się to nie kalkuluje - pocałowałam zbyt wiele niewartych pocałunku żab, a i seks, rzecz fajna z fajnym partnerem i niefajna z niefajnym, nie zawsze jest wart gnania przez pół Warszawy do obcego człowieka. Oprócz tego jednak w tych moich potłuczonych próbach nawiązania z innymi ludźmi kontaktu było jeszcze coś więcej i tego właśnie i tego właśnie i właśnie tego chyba się wreszcie nauczyłam.

      Ja oczywiście czytałam opracowania kulturoznawców, psychologów, genderystów, które mówią, że u chłopców nie rozwija się inteligencji werbalnej ani emocjonalnej, a u dziewczynek a jakże. Tyle że chyba przez czterdzieści lat nie dotarło do mnie, że to ma autentyczne, praktyczne, czasem druzgoczące konsekwencje w moim osobistym, codziennym, realnym świecie i życiu. Że tłumaczy przynajmniej trochę moją część odpowiedzialności za rozpad ostatniego związku, który pewnie by się i tak rozpadł, ale przynajmniej nie musiałabym się dręczyć pytaniami, jak ja mu w tym pomogłam. Chłopaki w Polsce w przeważającej większości nie czują się pewnie ani bezpiecznie, swobodnie ani przyjemnie w świecie takim jak mój - utkanym ze słów i emocji. Moja wieża ze zdań podwójnie złożonych, z cytatów literackich i elokwentnych wypowiedzi na temat psychologicznych motywacji drugiego człowieka - chociaż piękna, bywa obca i budzi poczucie alienacji w kimś, kogo przez całe życie uczono budować sobie analogiczną wieżę z wiedzy o częściach samochodowych, z języków programistycznych, z legislacji unijnej, z transakcji i transferów między europejskimi drużynami piłkarskimi.

      Nie wiem, co dalej. Wiem tylko, że zaczynam wyłazić czasem, wynurzać się na krótkie spacery (po czym szybko spitalam z powrotem w książki, ale jednak) do innych wymiarów rzeczywistości. Robię sobie maleńkie przyjazne wysepki w miejscach, gdzie spodobały mi się "męskie" światy, do których wcześniej się nie zapuszczałam. Lubię składać meble z Ikei. Lubię uczyć się sztuk walki i tańca. Lubię rower i byłam nawet na warsztatach naprawy rowerów, żeby zrozumieć jak działa. Lubię podróże. Lubię dobry seks z dobrym człowiekiem. 

      Zaczynam być w stanie sobie wyobrazić, że druga osoba nie musi mnie kupować w całości żeby mnie polubić. Że może czytać inne książki albo nie czytać w ogóle i mieć coś wartościowego, pięknego do zaoferowania. Zaczynam przedłużać wypady w rzeczywistość bez słów. Gdzie liczy się spędzanie czasu. Bycie razem. Robienie wspólnych rzeczy. Gdzie to wystarczy bez słownej obróbki. Nie planuję rewolucyjnych ruchów, dożywotniego porzucenia moich starych światów. Za moment skończę pisać ten post i wrócę do dobrego kryminału, który z wielką przyjemnością będę recenzować dla jednego wydawnictwa. Rozumiem po prostu, że nawet najpiękniejszych rzeczy w życiu nie należy się trzymać kurczowo. Że czasem się trzeba zapuścić w nieznane, niezrozumiałe terytoria, bo to wzbogaca i poszerza pole zrozumienia rzeczywistości, bo to rozwija, bo dzięki temu się dojrzewa. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Poza słowami”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 października 2018 13:58
  • wtorek, 11 września 2018
    • Leśmian na wtorek

      "Nocą umówioną, nocą ociemniałą
      Przyszło do mnie ciszkiem to przychętne ciało.
      Przyszło potajemnie — w cudnej bezżałobie, —
      Było mu na imię tak samo jak tobie…

      Zajrzało po drodze w przyszłość i w zwierciadło, —
      Na pościeli zimnej obok się pokładło, —
      Dla mnie się pokładło, bym je mógł całować
      I znużyć — i zużyć — i nie pożałować!

      Lgnęło mi do piersi — ofiarnie pachnące,
      Domyślnie bezwstydne i — posłuszniejące…
      W ciemnościach — w radościach — na granicy łkania
      Mdlało od nadmiaru niedoumierania.

      I nic w nim nie było, prócz czaru i grzechu,
      Prócz bezwiednej woni — wiednego pośpiechu
      I prócz tego dreszczu, co ginie w krwi szumie, —
      A bez niego ciało — ciała nie rozumie."

      Bolesław Leśmian- Napój cienisty- Nocą umówioną

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Leśmian na wtorek”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 września 2018 14:22
  • sobota, 08 września 2018
    • Komedie romantyczne

      Pytanie mam. Bo nie wiem. Wczoraj oglądałam komedię romantyczną. Niezwykle zresztą uroczą, bo bohaterka była inteligentna, utalentowana, samodzielna, społecznie sprawna i wrażliwa. Chętnie bym się z kimś takim utożsamiła. Więc płynęłam sobie emocjonalnym strumieniem, który dyktował mi film. Były tam i pragnienia i napięcie, i frustracja i czułość, i wzruszenie i błogość. Bardzo satysfakcjonująca mieszanka. Kolejny atut filmu stanowił obiekt miłości - wybranek serca bohaterki był złożoną postacią, elokwentnym sportowcem z całą masą empatii, łączył w sobie najpiękniejsze cechy wartościowego człowieka (dowolnej płci, sorry, żaden z jego wspaniałych walorów nie jest wyłącznie przypisany dziewczynom albo chłopakom) - sprawczość, przytomność, umiejętność budowania bliskości i więzi, troskę o innych i lojalność. Kurczę, piękny film wczoraj obejrzałam. Gdybyście mieli ochotę, to jest dostępny na Netfliksie i nazywa się "Sierra Burgess is a loser".

      Ale mniej więcej dziesięć minut po obejrzeniu filmu, kiedy sobie tak nad mijającym dniem medytowałam, uderzył mnie wielki, ziejący, znajomy zaskakująco z mojej własnej biografii brak. Czarna dziura. Musiałam się chwilę zastanowić, czego ten brak dotyczy, gdzie ten film rozjeżdża się z rzeczywistością, w czym zawodzi i jak rozczarowuje. Czy to może moje osobiste rozczarowanie, które z filmem ma niewiele wspólnego?

      A potem nagle już wiedziałam. Kontekst jest taki, że się odrobineczkę zadurzyłam. To bardzo dobrze i bardzo zdrowo i sporo sympatycznych wzruszeń mi to zadurzenie dostarczyło i jeszcze ulgi, bo to oznacza, że będę żyć i będę kochać i nie umrę od ostatniego złamania serca. I jeśli czyta to osoba, która podarowała mi książkę o łataniu złamanych miejsc złotem, to chciałabym, żeby wiedziała, że się załatało. I że złotem właśnie. Że błyszczy i szlachetnieje. I dopiero poczułam całą wagę i piękno tego prezentu. Purezento.

      Zadurzyłam się i mam w kolekcji wspomnień takie cudeńka jak długie trzymanie się za ręce i nie puszczanie chociaż już niby wystarczy, głębokie powłóczyste patrzenie w oczy, czułe głaskanie po plecach i mój ulubiony moment - dyskretny pocałunek w szyję. To, czego nie mam, to pewność, że po drugiej stronie jest ktoś, kto potrzebuje dłuższej, solidniejszej, czułej i lojalnej więzi. Że po drugiej stronie to nie było tylko kapryśne, chwilowe, wakacyjne zauroczenie, które właśnie się skończyło. Że po drugiej stronie w ogóle są takie potrzeby - bliskości, długotrwałej intymności, szacunku i wierności. Zaliczyłam nie tak dawno kilka tygodni na tinderze i moje zrozumienie potrzeb męskiej połowy społeczeństwa uległo gwałtownej degradacji. Jeśli ich oceniać tinderem, mężczyźni chcą kawałka mięsa, który ładnie pachnie i wygląda jak cukiereczek i jest niezwykle łatwo i szybko dostępny. Nie kosztuje nawet flirtu umiejętnego, nie trzeba prawić mu komplementów, udowadniać honorowych intencji ani nawet przesadnie długo uwodzić. Wystarczy wprost zasygnalizować chęć seksu już dziś wieczorem. Tinder skojarzył mi się z automatem sprzedającym batony. Wrzucasz pieniążek i naciskasz guzik. Wylatuje ulubiona czekoladka i zanim nawet pomyślałeś, już ją jesz. Nie zrozumcie mnie źle, ja wcale nie pomstuję na ludzkie biologiczne, bardzo naturalne potrzeby. One są i mój sprzeciw wobec popsucia się rynku matrymonialnego nic w tej kwestii nie zmieni. Wierzę też, że są całe duże grupy mężczyzn i kobiet, które właśnie w tym momencie swojego życia całkiem uczciwie potrzebują prostego seksu bez zobowiązań. Niesmak mi został nie dlatego, że tinder w ogóle istnieje, ale że ja czegoś innego szukam. I nie wiem gdzie i nie wiem jak, rynek nie wydaje się dostarczać oczywistej oferty dla kogoś takiego jak ja, głodnego więzi, ciekawego powolnego, stopniowego poznawania się, lojalnego. Nieodmiennie pomocna w kwestii zaufania do męskich intencji matka moja stwierdziła, że tinder "ocieka spermą". Ten obrazek został mi w wyobraźni jak linoryt. Wyrył się. Wyżarł sobie miejsce pod powiekami. Nie zostawił miejsca na nic innego.

      Jaki to ma związek z wczorajszym filmem? Taki mianowicie, że czerpię swoją wiedzę o świecie z kilku źródeł. A) Z samego świata, z obserwacji, z doświadczania, z osmozy. B) Z relacji innych ludzi, ich słownych deklaracji, ich opowieści o samych sobie. C) Od naukowców - z artykułów o badaniach i z książek, w ramach których ktoś przyjął zdyscyplinowaną naukowo metodę zbierania danych, szerzej niż ja dam radę w codziennym życiu, na większą skalę, a potem przyjął zdyscyplinowaną naukowo metodę znajdowania w tych danych wzorców i wyciągania z nich wniosków. I wreszcie D) czerpię wiedzę o świecie z popkultury - z internetu, z filmów, z powieści i opowieści.

      Co mi mówią te rozmaite źródła wiedzy o mężczyznach i ich potrzebie przedłużonej bliskości? Jakieś straszne, wewnętrznie sprzeczne bzdury. Tinder mówi trudne do zaakceptowania rzeczy. Moja matka równie okropne (chociaż sama świętowała niedawno czterdziestą rocznicę ślubu, a ojciec według moich informacji nie uskutecznił nawet nieudanej próby skoku w bok przez te cztery dekady). Nauka, bardzo mi przykro to powiedzieć, dzieli się dokładnie na pół, zależnie od światopoglądu naukowca, i albo mówi, że mężczyźni to drapieżne ssaki naczelne, wygłodniałe całych tabunów, haremów całych rozmaitych, niekończących się samic, albo mówi, że wszyscy ludzie, obu płci, mają w swoim epicentrum głęboki, intensywny instynkt bliskości i że tylko życie budowaniu takiej bliskości poświęcone ma sens i daje satysfakcję. Moje własne doświadczenia ze świata podrzucają wizje facetów, którzy bardzo czegoś ode mnie potrzebowali, ale mieli tak marny i tak schizofreniczny kontakt z własnymi potrzebami, tak rozczłonkowane te potrzeby (gra słowna, hihi) - że i oni i ja męczyliśmy się z konstruktem Matko-kurwo-służąco-przyjaciółki, gdzie nic z niczym nie dało się pogodzić, a na koniec to i tak była moja wina. Hehe. Na pewno.

      Zataczając wreszcie koło do głównego wątku. Komedie romantyczne. Zobaczcie. Nawet ta wczorajsza, feministyczna, dwudziestopierwszowieczna i nowoczesna komedia mówi o miłości tylko z jednej perspektywy. Miłości - w sensie ciepła, więzi, bliskości, wrażliwości, słabości, kontaktu, wsparcia, zależności - zawsze szuka dziewczyna. Dziewczyna jest petentem. Dziewczyna pragnie i zgłasza potrzebę i stara się i chce jej spełnienia. Dziewczyna ma nadzieję, że obiekt jej pożądań i westchnień łaskawie się zainteresuje, że okaże się mieć w sobie podobną chęć, ukierunkowaną akurat na nią, główną bohaterkę, i że za nią podąży. W naszej kolektywnej wyobraźni w ogóle nie ma czegoś takiego, jak główny bohater w poszukiwaniu więzi. W poszukiwaniu przystani, którą będzie drugi człowiek. W poszukiwaniu czułości, na którą trzeba zapracować, którą trzeba pielęgnować, która jest pracą dwóch osób, w obu przypadkach aktywną, nieustanną. Główni męscy bohaterowie zamiast akceptacji i zrozumienia w oczach drugiego człowieka szukają własnej dumy. Podziwu. Wielkości. Władzy. Prowadzi ich ego. Potrzeba zachwycenia innych samców. Ojca, którego nie było. Ale też poświęcenie, rezygnacja z ciepła i miękkości, przekraczanie własnych granic, naruszanie własnych potrzeb, udowadnianie, że się nie jest "ciotą". Ekspansywność, chęć odkrywania. Dominowania. Zdobywania. Kontrolowania. Siły. Wszystko oczywiście super. Obie płcie mają takie potrzeby i one same w sobie nie są złe. Chyba że się przesadzi, że się coś zaniedba, zakłamie kosztem czegoś innego. Jeśli spojrzycie krytycznym okiem, filmy dla chłopaków pokazują miłość jako naturalny efekt uboczny przerośniętego bohaterstwa głównego bohatera. Jak już zdobył, zabił i podbił, automatycznie pojawia się przy nim - bez wysiłku - cycata psychofanka o dużych wargach i białych zębach, ale bez własnej woli i rozumu - jej całe ciało układa się w chroniczny, bezwarunkowy zachwyt. Ojej, mówi, jaki ty wspaniały. Ojej, wzdycha, weź mnie. Niesamodzielna, nijaka, bierna, znika kiedy staje się niewygodna albo kiedy znowu trzeba ratować świat. Wtedy przeszkadza w Wielkich Rzeczach.

      Ja się wypisuję. Na własne ryzyko, bo być może to oznacza, że będę sama do końca życia. Ale wypisuję się z takiej kultury. Ostatnio na fejsbuku obiekt mojego zadurzenia napisał publicznie pytanie "jak pogodzić sacrum z profanum". Czy to nie dziwne, że mnie to pytanie nawet do głowy nie przyszło? Profanum JEST sacrum. W myciu naczyń, pieszczotliwym targaniu psa, w gotowaniu, w spacerowaniu, w tańczeniu, w oddychaniu, w bitwach kruków na mokotowskich gałęziach i przy koszach na śmieci. Nie ma rozgraniczenia. Chyba że się samemu sobie w środku zrobiło taki mur. I szuka się Wielkich Rzeczy.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Komedie romantyczne”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 08 września 2018 12:13
  • czwartek, 02 sierpnia 2018
    • Sabotaż

      Ela nigdy nie była swoja własna. Zawsze należała do kogoś innego. Dlatego teraz tak nienawidziła tej kobiety w japońskich kurteczkach i połyskliwych sukienkach, która nie chciała jej mieć na własność, bo co to niby ma być za relacja. 

      Dla Eli było tak oczywiste, że ktoś ją zagarnia i pochłania, że ktoś życzy sobie wypełniać ją własnymi uczuciami i zlać się z jej potrzebami, że przestała wiedzieć, co to znaczy być sobą. Nie ona jedna. Kiedyś jej rozwiedziona starsza koleżanka z pracy zwierzyła jej się, a nie zwierzała się zbyt często, że pod koniec swojego małżeństwa znikła prawie całkowicie. Jej umysł zajmował się mężem i synem. Jej ciało stanowiło ruchomy domowy mebel, który spełniał rozliczne, nigdy nie kończące się funkcje. Była robocikiem-zadaniowcem. Nie starczało już miejsca ani energii życiowej na życie wewnętrzne więc wyschła na wiór, więc zanikła, uległa atrofii. Ela zawsze się zastanawiała jak to jest być mężczyzną, któremu znika żona. Czy się tego nie widzi? Czy widzi się, ale jest to znikanie tak wygodne, że nie zwraca się na nie uwagi? Czy może wręcz czerpie się radość, że mogło się drugiego, żywego człowieka zapłodnić wewnętrznie własnymi treściami tak, że już nie zmieściły się jego własne? Czy to jest przyjemne wpływać na drugą osobę aż do wypchnięcia jej osobowości?

      Ela wchłaniała więc światopoglądy swojej rodziny, przyjaciół, dawała się sterować, więcej słuchała niż mówiła, czerpała jakiś rodzaj satysfakcji z rośnięcia cudzego ego kosztem własnego ego. Gorzej, postanowiła zostać buddystką i smętne resztki kręgosłupa, które po serii związków z narcyzami jeszcze jej pozostały, rozmontować do cna. Rozmontowała i wtedy straciła pracę, a pół roku później rzucił ją chłopak i musiała się wyprowadzić z ich wspólnego mieszkania, które naznaczył jako swoje terytorium i za bardzo było jego, żeby ona mogła się tam komfortowo czuć. Napełniona po kokardę cudzymi treściami wyprowadziła się do cudzego mieszkania, szybko znalazła sobie nową robotę, no bo kto by nie przyjął tak łatwej w obsłudze pracownicy, która żadnej misji nie odmówi i żadnej roli się nie boi, która była już wszystkim dla wszystkich tylko nie była sobą samą?

      Mieszkała więc i pracowała i nikła, w buddyjskim zapamiętaniu rozpuszczała swoje ja wdechami i wydechami, przezroczysta, ledwo obecna. Tyle że raz w tygodniu chodziła się spotkać z kobietą w pikowanych żakietach i wełnianych skarpetach. Siedziały na podłodze i obserwowały razem rzeczywistość. Rzeczywistość coraz mniej się Eli podobała, bo rozmowy z kobietą w powiewnych bluzkach uświadomiły jej, że wzrok miała dotąd zamglony i że poruszała się jak w transie, nie przyjmując do wiadomości, jak dziecko, które już nie może słuchać matki, więc wkłada palce do uszu i głośno wrzeszczy "lalalalalalalalalalalalalalala!", próbując ją zagłuszyć, ale przecież coś swędzi, coś nie pozwala zachować spokoju, coś ciągle o sobie przypomina kurwa jego mać, nie można nawet spokojnie zniknąć.

      Bo wiecie, Ela nigdy nie miała zadatków na niekłopotliwy mebel, tylko ten brak zadatków doskonale ukrywała. Podczas kiedy inne dzieci socjalizowały się w przedszkolu, ona odkryła chorowanie jako sposób na dorosłych, którzy jej każą przestać żyć. No bo miała spać kiedy od niej tego żądano, jeść co jej zaserwowano, uśmiechać się i śpiewać dla gości kiedy ktoś miał na nią taki pomysł, miała się nie ruszać i nie robić hałasu. Miała się cieszyć, dlaczego się nie cieszy z prezentu, którego nie chciała, bo chciała inny i głośno o tym mówił. Miała przestać płakać, dlaczego ciągle płacze. Miała się przestać bać, skąd się w niej wzięła taka bojaźliwość. Miała kontrolować swój gniew, w jej domu gniewać mógł się wyłącznie tatuś, reszcie domowników, tak całkiem przypadkiem były to wyłącznie kobiety, reszcie domowników nie wolno było, gniewająca się kobieta to niebezpieczna patologia. Ela szybko odkryła doskonałe sposoby na mikrozarządzanie jej wnętrzem. Po pierwsze choroba. Choroba była świetna. Kiedy chorowała, nie musiała chodzić do przedszkola, więc nie dręczyła jej tam sadystyczna pani drąca się na dzieci, którym nie pozwolono iść do toalety po obiedzie, więc obsikiwały polowe łóżka, na których wszyscy na akord musieli o jednej porze spać. To już było dużo. Ale choroba miała więcej zalet. Raz albo dwa razy dziennie, ktoś sprawdzał czy żyje i robił to z czymś na kształt troski. To był postęp. Jej rodzice, tacy zwykle zapracowani i podirytowani i spięci i zajęci czymś dużo ważniejszym, najczęściej wycofywali się każdy na swoją pozycję, na swój ciasny przyczółek - ojciec przed telewizor albo za biurko, matka do kuchni albo do pralki - a jej kazano zwiewać do cytadeli własnego pokoju i nie zawracać przemęczonych dorosłych głów. Miłość w jej świecie była nie przeszkadzaniem. Najlepsze, co można było zrobić dla drugiego człowieka, to zniknąć i nie sprawiać kłopotów. Więc kiedy była chora, dostawała zupę i rodzaj poirytowanej, niecierpliwej czułości. Genialne. Wpadła więc na pomysł jeszcze bardziej natchniony w swojej prostocie. Jeśli przeziębienie i zapalenie płuc wiążą się jedynie z dyskomfortem kaszlu, kataru i torturą baniek stawianych na plecach, rosyjską ruletką, bo może raz na jakiś czas któryś ze szklanych, płonących w środku bąbli okaże się jednak za gorący i wyparzy jej na skórze okrągłe krwistoczerwone znamię, jeśli to były jedyne koszty chorowania, to może należałoby poeksperymentować z jakąś dłuższą, bardziej chroniczną i dotkliwą formą choroby. Padło na astmę. W ten sposób Ela wywinęła się od przedszkola na dobrych parę lat. Właściwie do samej zerówki przechorowała, zgłaszała się wyłącznie raz na rok po prezent gwiazdkowy dla rejonowych dzieci w postaci plastikowego Dziada Mroza z Rosji z rewelacyjnymi cukierkami. Największą, choć wątpliwą satysfakcję, dziecięce schadenfreude, potwierdzenie słuszności swojej decyzji dostała kiedy wszystkie dzieci z przedszkola wywieziono wszystkimi dostępnymi w Warszawie aktualnie karetkami fiat 125p do szpitala, bo zatruły się znienawidzoną zupą mleczną. Chociaż jak przez mgłę, Ela pamiętała straszliwość kożuchów i żal jej było oczywiście ledwie znanych kolegów i koleżanek, ale cieszyła się, cieszyła się cieszyła. Jedyny problem z astmą był taki, że o pierwszej nad ranem ataki duszącego kaszlu, których żadne z jej bohaterskich, boskich rodziców nie potrafiło powstrzymać swoją dorosłą magią, stawały się dość niepokojące, galopowały w stronę czarności, w stronę obezwładniającego lęku, galopowały w stronę nawracających potem w dorosłości ataków paniki kiedy tylko w jakimś dusznym miejscu zabrakło jej powietrza. Ela nigdy już nie chciała się tak niedotleniać.

      Wyzdrowiała więc, bo astma okazała się w ostatecznym rozrachunku dużym błędem. Wyzdrowiała i zaczęła szukać nowych sposobów na sabotaż dorosłego świata. Pewnie, całe lata później zrozumie, że miała ogromnego pecha, bo dziadkowie straumatyzowani wojną, bo babcia zakamuflowana Żydówka, bo system totalitarny, bo puste półki i kilkudobowe kolejki po elementarne artykuły spożywcze, bo wyłączali wodę, wyłączali prąd, bo ludzie się nawzajem poniżali, a ona myślała, że to jej wina, to żrące poniżenie, którym wszyscy oddychali, bo między mężczyznami i kobietami w tamtych czasach był jednostronny układ, który dla jej ambitnej, imponującej matki musiał wydawać się przeraźliwie rozczarowującą pułapką. Od matki wessała więc w swoje chłonne wnętrze gorycz, nie swoją, nie dziecięcą, ale już wiedziała, że mężczyznom nie należy ufać, że są niedorajdami i należy ich tępić, a najlepiej ich unikać. Astma była próbą wykaszlenia goryczy, rozczarowania, smutku, paraliżującego lęku i poniżenia, którymi oddychało się w jej domu i w jej szkole i w autobusie, na poczcie i w aptece i ona nie chciała w takim świecie żyć, ale coś jej żyć kazało. Nie miała w nim swojego miejsca. Ktoś inny jej urządzał pokój, ktoś inny urządzał szkolne salki - wcale nie dla jej komfortu czy wygody - ktoś inny meblował jej we wnętrzu głowy. Jak to możliwe nie dostać nawet cienia szansy spróbowania być samą sobą? Zanim człowiek w ogóle ma narzędzia do zrozumienia świata. Zaczęła majstrować przy tym swoim chorowaniu. Nauczyła się biernego oporu. Nauczyła się być jak pozbawiona siły kukła, bezwładna, pozbawiona życia i radości. Wysysała z siebie życie, bo nie chciała dawać satysfakcji tym, którzy z jej energii, zachwytu, entuzjazmu, z jej radości, spontaniczności i kreatywności robili zakładników własnych celów. Zawsze była dowodem na to, że jej babcia jest idealną babcią. Była wystawiana na pokaz. Paradowano nią, w galowych bluzkach i cudzych koralach, przed tabunami zazdrosnych ciotek i niechętnych bezdzietnych koleżanek rodziców, które nienawidziły cudzej udanej dziewczynki. Takiej nieswojej, ale takiej za to pokazowej. Więc obumierała sobie w środku, żeby nauczycielki nie miały satysfakcji, że ją tak świetnie wyedukowały. Żeby jej mąż i jej narzeczeni nie mieli przyjemności z tego, że ją tak skutecznie wydrążyli i napełnili sobą. Zobaczcie z jakim entuzjazmem moja kukiełka gra w strzelanki! Jak się zachwyca piłką nożną! Jak ją sobie wytresowałem, jak rewelacyjne gotuje nam kolacje, takie jakie lubię, jak świetnie i z jakim entuzjazmem robi loda, jak ekspercko udaje orgazmy. Jedyne, co umiała, skoro nikt jej nie powiedział, nikt zanim spotkała tamtą kobietę w powłóczystych, w błyszczących, w haftowanych i pikowanych szatach, która nie chciała jej mieć martwej w środku, nie chciała jej mieć wcale, ale chciała z nią spędzać czas zanim nie napełni się swoją własną treścią i własnym życiem, więc Ela buntowała się, Ela walczyła, Ela umierała w środku, jak zawsze, sabotaż polegał na wyniszczającej walce z samą sobą.

      A powinien był polegać na całkiem innej walce. A powinien był polegać na wybuchnięciu gniewem i powiedzeniu nie. Ja. Moje. Mną. O mnie. Tutaj jestem. Ja jestem. Jestem mną.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 sierpnia 2018 22:10
  • poniedziałek, 30 lipca 2018
    • Przyjaciółkowanie

      Najpierw były koleżanki z podwórka. Podwórko tuż pod elektrociepłownią, która wypychała z trzech biało-czerwonych kominów kłęby znajomego białego dymu. Marta oglądała dym z okna swojej maleńkiej sypialni na siódmym piętrze kiedy budziła się za wcześnie i istniało ryzyko, że rodzice zdenerwują się pobudką, którą im zafunduje. Więc gapiła się przez okno w czymś w rodzaju medytacji. Była mistrzynią Zen zanim jeszcze ktokolwiek z jej otoczenia o Zen słyszał. Umiała trwać w "tu i teraz" jak nikt inny. Często nie umiała za to funkcjonować w przestrzeni symbolicznej, którą zamieszkiwali wszyscy inni ludzie, w tej umownej przestrzeni, w której ktoś był ważniejszy, ktoś mniej ważny, ktoś dostawał prawo głośniej i częściej i dłużej mówić, a ktoś inny miał obowiązek zamknąć paszczę i wstrzymać się od wyrażania siebie. Marta od starszych ludzi słyszała regularnie, że "dzieci i ryby głosu nie mają", więc dużo bardziej wolała spędzać czas z koleżankami na podwórku niż z dorosłymi. Ćwiczyła na nich życie, a one na niej ćwiczyły życie. W dobry dzień zjeżdżały działającymi windami na parter i wylegały na wyświechtane, wyłysiałe, brudnawe podwórka z zardzewiałymi placami zabaw, gdzie jednak wszystko ożywało i nabierało kolorów w jakimś dodatkowym wymiarze, w świecie ich własnych wyobrażonych scenariuszy. Ćwiczyły na sobie bycie człowiekiem. No bo przecież zabawy w rodzinę, zabawy w sklep czy szkołę, zabawy w odkrywców, w kosmonautów, w kowbojów i czołgistów, te wszystkie symulacje prawdziwych i fikcyjnych ludzkich ról w rozmaitych systemach społecznych, to wszystko czyste życie. Odreagowywanie prawdziwego życia. Eksperymentowanie z prawdziwym życiem. Bawienie się życiem. Badanie, czym jest życie, a czym absolutnie nie jest, gdzie są jego granice i na ile można je współtworzyć, współumawiać, na ile współdecydować co wolno, czego nie wolno. Poligon doświadczalny, gdzie testuje się znane procedury radzenia sobie z przeszkodami czy napięciem i zderza z procedurami innych dzieci, innych rodzin, uczy się, jakie jeszcze opcje zachowań są do dyspozycji. Wirtualne leczenie chorych sytuacji z życia. Naprawianie pułapek bez wyjścia. Magiczne rozwiązywanie istniejących i nieistniejących problemów. Przekraczanie granic, pilnowanie granic, kwestionowanie, naginanie, obśmiewanie granic, transformowanie granic w kreski wyryte patykiem w ziemi, w linie rysowane kolorową kredą na chodniku, nieprzekraczalne-przekraczalne. Dzieci biorą fragmenty podpatrzonych dorosłych sytuacji i improwizują na ich kanwie. Długo przed zajęciami impro dla spiętych biznesmenów, które dzisiaj oferuje się w każdym większym zachodnim mieście, całe pokolenia dzieci spontanicznie tworzyły scenki z niczego na podwórku. Takie naturalne, niewyuczone impro, którego w miarę upływu czasu mały człowiek się oducza. Potem coraz więcej życia kolonizują rozmaite kulturowe skrypty. Skrypt bycia kobietą, żoną, mamą, kucharką, przedszkolanką, sprzedawczynią, sekretarką. Potem się żyje na pamięć, w automatycznym półśnie.

      Podobno każdy blok na ich osiedlu zamieszkiwała inna grupa zawodowa. W jednym policjanci, w drugim lekarze, w trzecim (Marty) pracownicy naukowi, a w czwartym, jak głosiła plotka, służby wywiadowcze zakamuflowane jako zwyczajne pracujące rodziny z uśmiechniętymi zmęczonymi mamami i nie wzbudzającymi podejrzeń latoroślami. Dziewczyny bawiące się z Martą w przedszkole albo w dziennik telewizyjny były zatem córkami profesorów i adiunktów, ordynatorów i rezydentów, mogły być również córkami agentów podsłuchujących dziecinne symulacje prawdziwego życia i wyłuskujących z tego grania w dom coś prawdziwego na temat antysystemowej działalności co poniektórego ojca lub matki z osiedla.

      Grały z przyjaciółkami w sklep, to Marta pamiętała. Sklep w czasach jej dzieciństwa polegał częściej niż rzadziej na pustych półkach, więc takie też były ramy ich fantazji. Którejkolwiek z koleżanek trafiała się rola ekspedientki, z lubością i triumfalnym uśmiechem monopolistki trzymającej wszystkie karty w ręku zbywała większość pytań kategorycznym "nie ma", "nie przywieźli", "skończyło się". To była tak naprawdę improwizacja na temat władzy. Zgadywanka, w ramach której bezradny klient-petent zgaduje-wypytuje o rozmaite proste produkty pierwszej potrzeby - mleko, masło, jaja, chleb czy ser topiony - i słyszy odmowę i odmowę i znowu odmowę dopóki wreszcie nie trafi na coś całkiem absurdalnego, co akurat w sklepie jest i wtedy przez moment ma cień satysfakcji, krótki moment, bo ekspedientka zawsze w ostatecznym rozrachunku była górą. Cudownie było być ekspedientką. Odpowiedź na to, co można kupić w niewidzialnym sklepie z niewidzialnymi dobrami na niewidocznych półkach, istniała wyłącznie w jej głowie. Była mistrzynią ceremonii. Była szefową podwórka, miała wiedzę, więc miała moc i dominację.

      Być może wszystkie dzieci w wieku późnoprzedszkolnym w gruncie rzeczy ćwiczą nieodłączną hierarchiczność życia wśród ludzi. Marta, mistrzyni Zen, nigdy do końca nie zrozumiała tych niewypowiedzianych, wiecznie zmienianych reguł, które często wydawały się ważniejsze od rzeczywistości namacalnej. Ktoś nagle, z niezrozumiałego dla niej powodu, dostawał prawo zabrać jej zabawki, wyśmiać, namówić całą grupę żeby z Martą się już nie bawiła, pchnąć, obrazić, skrytykować. Reguły gry wśród dziewczynek zmieniały się szybciej niż nadążała je przyswajać, racjonalizować i uwewnętrzniać. Zależały w gruncie rzeczy od dorosłych, którzy w maleńkich, ciasnych, niedogrzanych, pełnych karaluchów mieszkankach dawali przykład i surowy źródłowy materiał do dziecięcych symulacji. Więc może stąd się brały podwórkowe przyjaciółki takie jak Iwona, która dużo opowiadała i dużo obiecywała, ale nigdy nie materializowały się te jej arbuzy, którymi poczęstuje towarzyszki, bo ojciec przywiózł ich za dużo z Bułgarii. Kto wie, czy istniała ta Bułgaria, skoro nigdy nie zaistniał arbuz, a i ojca żadna z dziewczyn nie zobaczyła nawet raz na oczy.

      Była też Justynka, córka profesora, który wyjechał na wymianę akademicką do mitologicznego USA i tym samym po powrocie wywindował swój status w kosmiczne rejestry. Justynka nie umiała się bawić z innymi dziećmi, ale umiała im przeszkadzać i psuć zabawę. Szybko też opanowała sztukę zastraszania. Kiedy poczuła się zapomniana, odrzucona albo znudzona, proponowała innym dziewczynom zabawę w samosąd. Rzucała oskarżenie, którego nie dało się w żaden sposób sprawdzić w stronę arbitralnie wybranej przyjaciółki i patrzyła z diabolicznym uśmiechem satysfakcji jak wątpliwość kiełkuje w umysłach pozostałych. Jak ich twarze zmieniają się, tężeją pod wpływem dysonansu poznawczego, jak wreszcie któraś z nich postanawia, że oskarżenia nie biorą się znikąd i przyłącza się do "silniejszego". Justynka szybko się nudziła. Szybko uznawała, że kolejne zabawy w kolejne wymyślone dorosłe sytuacje są bez sensu. Kiedy niania wołała ją z okna na kolację i dobranockę, coś rozluźniało karki pozostałych dziewczynek, jakiś niewidzialny ciężar znikał. Justynka też grała w niewidoczną grę.

      Była i Patrycja, Patrycja nobliwa i surowa, nalegająca na zabawy w dorosły dom, gdzie każdy miał ograniczoną, monotonną rolę i musiał ją powtarzać do nudności. Patrycja delegowała Martę i inne dziewczyny akurat wyznaczone do roli pani domu, w ciemny kąt podwórka, który w jej wyimaginowanym mieszkaniu był kuchenną klitką, domeną matek i żon. Marta tkwiła więc podczas takich zabaw na wirtualnych pięciu metrach kwadratowych, uwięziona między umowną gazową kuchenką, na której gotowała krochmal i wyparzała pieluchy dla młodszeg dziecka, a pralką, która nie zmieściła się w łazience, a w której wirowały właśnie niewidzialne brudne skarpety męża. Dziewczynka odgrywająca tatę wykonywała rytualną sekwencję ruchów, jedyny wyrazisty uniwersalny odruch ojcowski, który wszystkie dobrze znały z własnych rodzin. Wejście do mieszkania, odwieszenie płaszcza, rzucenie teczki na ziemię, zasiąście w fotelu przed telewizorem i zażądanie obiadu. A potem znowu. I znowu. Bo Patrycja tylko takiego ojca widziała na co dzień. Poza tym albo był w pracy, albo zamierał w formie zombie wyłączonego z domowej aktywności, psioczącego tylko czasem i pomstującego na prognozę pogody lub wyniki sportowe. Patrycja nie umiała improwizować domu.

      Marta czytała książki, bo u siebie w ciasnym M2 zamieszkałym przez pięć osób w różnym wieku wszystkim ciągle przeszkadzała. Nie było gdzie biegać, nie było po co krzyczeć, bo dostałaby lanie od ojca próbującego się skupić na misternej, delikatnej jak koronka, wymagającej perfekcyjnego skupienia i niemożliwej do osiągnięcia ciszy pracy intelektualnej. Więc bardzo wcześnie nauczyła się  czytać, czytanie było ciche, nieruchome i niekłopotliwe, więc czytała godzinami i czytała wszystko, co jej udostępniono w szkole i w domu. Więc zabawy, które proponowała koleżankom były próbami rekonstrukcji fantastycznych scenariuszy z powieści Karola Maya, Astrid Lindgren, Lucy Maud Montgomery, mieszanką Dzikiego Zachodu, którego nigdy nie widziała na oczy, ale czy któremukolwiek obdarzonemu wyobraźnią dziecku zza Żelaznej Kurtyny przeszkadzało to w budowaniu scenek z nieistniejących światów, pełnych życia scenek, pełnych emocji. Marta, mistrzyni Zen, za pan brat z topografią osiedla, brała koleżanki na podboje i eksploracje, na wojny i kolonizatorskie wypady. W chaszczach na obrzeżach ogródków działkowych, które odgradzały osiedle od przemysłowych terenów przy elektrociepłowni, w gęstych krzakach, w które zabroniono im się zapuszczać i Patrycja, szczególnie Patrycja, głośno się broniła przed łamaniem zakazu, a Justynka powtarzała, że to bez sensu, w krzewach kryły się obozy obcych, egzotycznych plemion i kiedy dziewczyny namówiły albo zmusiły płaczącą Patrycję i boczącą się Justynę do powleczenia się za nimi, kiedy doszły do najgęstszych, najciemniejszych i najbardziej kolczastych miejsc, lekko słodkawo śmierdzących moczem, wtedy oczom ich dusz objawiały się improwizowane plemiona i radość współtworzenia przezroczystych bytów pozwalała zapomnieć o dorosłych, którzy zostali w swoich pudełkowatych blokach i w swoich kanciastych rolach. Najbarwniejsze paciorki i pióropusze wyczarowywała Patrycja, zabierając Marcie palmę pierwszeństwa w konkursie na najbujniejsze fantazje na całym podwórku. Iwona, chroniczna konfabulatorka, miała zaskakująco sztampowe wizje Indian i Aborygenów. Justyna dawała się porwać przepływowi kolektywnej radości, chociaż potem nigdy by się nie przyznała do dobrego nastroju. A jednak z tego podwórkowego przyjaciółkowania brudnych, podrapanych i spoconych dziewczyn z potarganymi warkoczykami, córek profesorów, lekarzy i (być może) agentów bezpieki, wynurzało się coś efemerycznie euforycznego, czego wszystkim czterem będzie brakować do końca, do końca dorosłego życia. Chyba że będą miały szczęście i duży, głęboki kryzys - już w innych czasach i w innych dekoracjach - kryzys, który albo zabije albo wzmocni, nie każe wrócić do takiego źródła mocy, które w najbrzydszym nawet świecie i w najtrudniejszym świecie daje siłę żeby jakoś przetrwać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 lipca 2018 16:40
  • sobota, 21 lipca 2018
    • Ale jaja

      Zawsze chciałam być wielkim pisarzem. Wielkich pisarzy czytały wszystkie dzieci w szkole, oni nam opowiadali rzeczywistość, kolorowali nam ją własnymi emocjami, filtrowali nam z niej tylko to, co zgadzało się z ich światopoglądem. Zawsze chciałam mieć GŁOS, taki z wielkiej litery, narzucany innym ludziom jako normalna, jedyna właściwa narracja. Mój głos układałby rzeszom innych sposób interpretowania świata na zewnątrz. Ludzie myśleliby mną, mówiliby mną. Co za władza. Drżyjcie narody...

      Leczę się teraz z tego wielkościowego marzenia. Uczę się być jednym z głosów w wielogłosie. Nie milczeć. Nie milknąć. Nie dać się zakrzyczeć. Nie pozwolić sobie wmówić, że są głosy ważniejsze, że są GŁOSY. Opowiadać o sobie, ale wiedzieć, że to, co opowiem, być może wielu osobom zabrzmi obco, dziwnie, nieswojo. Wielu nie obejdzie. Opowiadać o sobie jednak tak, jakbym była warta wysłuchania. Tak jak wy warci jesteście. Mówić i być gotowa słuchać. Wiedzieć, kiedy na co jest pora. Nie uwięzić głosu w gardle, w dołku żołądka spłakanym, że musi milczeć, bo jacyś inni są zawsze ważniejsi. Chciałam być nauczycielką, bo nauczyciele mogą się do woli mądrzyć. Bo przysługują im monologi. Bo wymuszają na innych słuchanie. Im dalej w las, tym bardziej to moje tradycyjne nauczanie poprzez perorowanie ustępowało mądrości - bo nauczać do dać drugiemu samodzielność. Oddać mu głos i mówić tylko wtedy, kiedy konieczne. Działać w dialogu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 21 lipca 2018 14:10
  • piątek, 20 lipca 2018
    • Anomalie

      Miałam w swojej głowie kilka otorbionych doświadczeń. I wcale nie tylko te traumatyczne, kiedy bezradna i przerażona śmiertelnie nie dostałam pomocy, tylko umarłam w środku. Te wspomnienia, oczywiście, tkwiły w bezczasie, zawieszone, wiecznie obecne, wiecznie nieobecne. Ale co ciekawe, otorbiłam też dobre momenty. Zrobiłam z nich szczelnie zapakowane prezenciki, których nigdy nie otwierałam, i kiedy potrzebowałam się wzmocnić, coś przetrzymać, jakoś się pocieszyć, znad ciastka z kremem odpływałam do duchowej piwniczki z połyskliwymi podarkami. Kłopot polegał chyba na tym, że wchodziłam i patrzyłam. Tylko tyle. Od lat zadowalałam się wyłącznie sprawdzaniem, czy moje błyskotki nadal stoją na swoich półkach, w swoich brokatowych papierkach, kokardami zdobione. Nie zerkałam do środka, odhaczałam tylko. Małżeństwo z człowiekiem, który mnie szanował i nie manipulował mną. Ptaszek na liście. Woda, wiatr, euforia, narty wodne, wieczna młodość. Ptaszek na liście. Seria imprez, na których wiedziałam, co powiedzieć, odzwierciedlana rozbawionymi spojrzeniami widowni, czarująca, uwodzicielska, błysk w oku. Ptaszek na liście. Sprężysty krok joginki, lekkość i spokój i cicha radość spacerów z psem, kiedy był jeszcze szczeniakiem. Ptaszek na liście. Ile to lat już minęło? Gdzieś w czeluściach mojego dziwacznie pojemnego mózgu czaił się cytat z psychologicznego artykułu sprzed dwóch dekad, o tym, że kobiety częściej niż mężczyźni zapadają na depresję. Ile to lat już minęło? Mnie nauczono cierpieć nie kłopocząc nikogo. Funkcjonować w cierpieniu głęboko ukrytym. Miałam więc piwniczkę z cierpieniem i piwniczkę z doświadczeniem pełni życia.

      Dziś rano obudziłam się w okolicach szóstej trzydzieści. Trzynastoletni pies ciężko oddychał i wiercił się w swoim wiklinowym koszu. Przed drzwiami jeszcze nie było torby z dietą pudełkową bez glutenu. Budzik zadzwoni za godzinę. Pęcherz zaraz mi pęknie, opróżniłam go z westchnieniem, które dreszczem przetoczyło mi się wzdłuż kręgosłupa. Wzięłam do ręki komórkę i sprawdziłam swoje konta na Facebooku i Instagramie. Nikt mnie dziś rano nie kochał. Zagrałam więc w grę, która polegała na układaniu kolorowych cukierków trzy lub cztery pod rząd tak, żeby eksplodowały i znikły. Potrzebowałam kawy. 

      Wciągnęłam na nogi pstrokate spodnie od dresu, a na górę czarny tiszert z muminkiem, który coś zabawnego mówił w komiksowym dymku, nie pamiętałam nawet co, wzięłam psa (w kagańcu, żeby nie zjadł znowu czegoś spleśniałego w krzakach na rogu i nie struł się prawie śmiertelnie), poszliśmy do kawiarni za róg po kawę żeby się dobudzić na resztę spaceru. Po drodze zobaczyłam dwóch nażelowanych dryblasów w dopasowanych srebrnoszarych garniturach z drogich sklepów, obaj mieli po pęku białawych reklamówek w dłoniach, w każdej kilogram innych cudów z warzywniaka - kilogram cebuli, kilogram pieczarek, kilogram winogron, kilogram młodych ogórków. Nie wiedziałam nawet, od którego stereotypu, jaki naruszali zacząć mieć dysonans poznawczy. Bo obaj dwumetrowi, z zaciętymi szczękami gangsterów, ale w stylu wyższej korporacyjnej półki, więc kurczę, o co chodziło, o siódmej nad ranem, w środku miasta nieśli zestaw warzyw i owoców. Dokąd? Po co? Dla kogo?

      W znajomej kawiarni, zanim doszłam do kasy, dziewczyna z obsługi, zjawiskowo zmysłowa, ale chyba nieświadoma swoich pełnych ust i kształtów bogini, bo miała wyraz twarzy kogoś, kto nie zaznał dawno czułości, a jednak dziewczyna z obsługi nabiła bez słowa moją ulubioną kawę na terminal i wyciągnęła pieczątkę żeby przybić mi kartę lojalnościową (dziewięć kaw płatnych, dziesiąta za darmo). Czułam się jak dziwak zamawiając zawsze to samo espresso, ale człowiek przede mną powalił mnie na łopatki w konkursie na najbardziej hipsterską kombinację kawową. Zamówił latte na potrójnym espresso bez piany i latte na poczwórnym espresso (nie wymyśliłam tego, nie dałabym rady) z pianą i syropem migdałowym, po czym zmysłowa bogini nalała mu piany do potrójnego espresso. Wzruszył ramionami. Czekałam na swój tekturowy kubeczek na wynos, tymczasem chłopak stojący za mną poprosił o flat white'a, ale ciepłego, w temperaturze najwyżej pięćdziesiąt stopni. Niniejszym stopniał mi kompleks, że jestem rozpieszczoną, wydelikaconą mieszczuszką. Panowie wygrali w przedbiegach.

      Kawa zrobiła mi kilka rzeczy. Rozszerzyła pole widzenia, poprawiła jasność i trzeźwość myślenia, skróciła oddech, przyspieszyła puls i wysuszyła śluzówki. Znałam ten rytm. Najpierw będzie lepiej, a potem gorzej, za pół godziny opadnie mi wszystko, grawitacja zrobi się bezlitosna, senność mnie ogarnie nie do powstrzymania i jakaś taka rozpacz organizmu, który nie umie znów walczyć z chemią, która po nim krąży. Ale dziś planowałam pójść na siłownię, więc jeśli się pospieszę, zostawię psa w domu, chwycę torbę z butami na zmianę i wodą bez gazu, jeśli pobiegnę, przechytrzę zjazd i zanim kofeina mnie osłabi, już zaleją mnie endorfiny na orbitreku. Sprytnie planować. Sprytnie. Planować. 

      Moja siłownia była wielka, sieciówka, pełno tam twarzy, które znałam na pamięć, bo widziałam je regularnie. Ci ludzie mieszkali w tym fitness klubie, nie mogło być inaczej. Umęczeni jacyś tacy. Smutni coś. Kilkanaście orbitreków, trzy rzędy stepperów, dwa rzędy stacjonarnych rowerków, cztery rzędy bieżni i znowu rowerki. Dużo tatuaży. W ogóle moje miasto wytatuowało się w ciągu ostatnich lat na potęgę. Postaci z kreskówek, plemienne ornamenty, dzikie zwierzęta, ilustracje z książek dla dzieci, postaci z popkultury, ale najczęściej, najczęściej tu, w sercu miasta, ludzie mieli tatuaże-szyfry, tatuaże-osobiste-wyznania, tatuaże, które rozumieli wyłącznie oni sami. Kiedyś dziary były informacją dla patrzącego, teraz nagle stały się wiadomością dla samego siebie. Ostatnio zastanawiałam się nad czyimś czarnym sercem z mapą świata w środku. Dla mnie oznaczało miłość podróży albo marzenie o wolności. Czy za dziesięć lat ta dziewczyna z sercem-mapą będzie taką samą dziewczyną? Czy jej marzenia się nie zmienią? Czy jej gust pozostanie taki jak dzisiaj? Bycie w okolicach czterdziestki okazywało się nieprzetłumaczalne. Jak wytłumaczyć komuś w wieku dwadzieścia parę, że przez kolejne dwadzieścia zaliczy kilka życiorysów, wolt i zakrętów, utrat i szoków, po których wszystko jakby całkiem inne się stanie. Że być może na dzisiejszą siebie będzie patrzyć znad tak głębokiej przepaści, że nie dostrzeże już szczegółów, że zapomni, kto to był i dlaczego. O co chodziło i po co?

      Włączyłam sobie jakąś piosenkę spoza regularnej playlisty na YouTubie. Byłam zmęczona swoją playlistą. Plumkało mi więc coś w tle, aksamitne męskie głosy z całego świata lulały mnie w spokój kiedy miarowo naciskałam stopami stopnie maszyny, wyobrażałam sobie, że za tym właśnie aksamitem tęsknią pozbawione ojca dziewczyny, znałam chłopaków, którzy nie rozumieli dlaczego, ale wiedzieli, że ciepłość i głębia miękkiego głosu niesie w sobie nieodpartą obietnicę, uwodzi z nadludzką siłą, uzależnia. Korzystali więc. Ja bym też korzystała. Na wielkim ekranie przed moimi oczami jakiś wrażliwiec z Eurosportu zmontował wzruszającą kompilację. Miałam nowe hobby. Jak detektyw z nosem przy ziemi próbowałam wyśledzić najmniejsze oznaki męskich czułości. To było prawie nie do wytrzymania, widzieć ciepło i miękkość u mężczyzn, o których przyzwyczaiłam się myśleć, że są jak jeden mąż ociekającymi spermą, zimnymi narcyzami i nie odróżniają własnych projekcji od prawdziwych ludzi, którzy przed nimi stoją, mylą bycie obsługiwanym ponad siły z byciem partnerem w miłości. Ale od kiedy zaczęłam patrzeć, nie mogłam przestać. To było wszędzie. Mój szef, dobrze naoliwiona urzędowa maszyna, mieląca prawie bez wysiłku gigabajty informacji codziennie, produkująca racjonalne, wyważone, złożone i długofalowe decyzje jakby nie był człowiekiem tylko automatem do podejmowania strategicznych decyzji, mój szef okazał się wrażliwym obserwatorem. Czasem interweniował z takim humanitarnym wyczuciem, że wytrącał mnie ze starej trajektorii, a ja się broniłam. Nie miałam na taką sytuację żadnej procedury. Nasz wspólny szef, prezes zarządu, żegnając naszą wspólną koleżankę nad stołem z porzeczkami i ciastami, miał łzy w oczach. Bardzo chciałam to odwidzieć, wrócić do świata, gdzie faceci byli przemocowymi oprawcami, a kobiety kopciuchami, którym robiło się łaskę uprawiając z nimi seks kiedy już wypucowały toaletę. Istniały takie, którym się łaski nie robiło, ale mnie wychowano w całkiem innej subkulturze, w subkulturze niewdzięcznej pracy i braku zmysłowych przyjemności. Ale ale. Na ekranie przed orbitrekiem ktoś (facet) wybrał dziwne, śmieszne, straszne, nietypowe, piękne i zachwycające fragmenty wycięte z oficjalnych transmisji rozmaitych zawodów sportowych. Zawody lekkiej atletyki, biegacze rozgrzewający się przed startem, Bułgar Żiwkow, a obok niego drugi Bułgar Żiwkow, chłopaczek ze spektakularnym rudawym afro. Bracia? Albo kamera zamontowana na motocyklu, który za chwilę wypadnie z toru iskrząc jak fajerwerki. Albo wyścig kolarski we Włoszech, filmowany z jadącej wzdłuż trasy platformy, na której stoi dziwny pan i gra na gitarze i wszystko się rusza razem - platforma, cykliści, gitarzysta i horyzont. Porażające. Albo australijska biegaczka półprzytomna po biegu, którą wachluje bezinteresownie fioletowa maskotka mistrzostw świata. Operator kamery, który zaszedł ją - starą przyjaciółkę - od przodu i czesze się w jej szybce. I znowu Żiwkow, Bułgar, ten z obfitą czupryną, sfilmowany tym razem w zwolnionym tempie, biegnie Żiwkow, jego twarz cała porusza się w biegu, biegnie jego koszulka i jego afro powiewa nieregularnie wraz z ruchem biegacza. Coś magnetycznego jest w tym Żiwkowie. Jeszcze raz kolarz, sfilmowany z góry, widać jego opalone przedramiona, z których strąca upartą tłustą muchę. Zirytowany. Za moment zobaczymy skoczka w dal ze Szwecji jak zaczesuje blond loki amora pod opaskę, jest chyba najpiękniejszym człowiekiem w całym kosmosie i facet, który przygotował ten kalejdoskopowy materiał z porażek, triumfów, wypadków i intymnych zakulisowych dziwactw, ze sportowej poezji, ten człowiek to wiedział.

      Miałam w środku, w głowie otorbione szczęścia i spokoje, które dzisiaj pękały. Torbiele pękały. Śniło mi się, że byłam chora i że nagle coś pyknęło mi w środku i nagle wiedziałam, że już nie jestem. Prezenty rozpakowały się same. W mojej piwnicy duchowej jakby przeszło tornado, strzępy papieru i rozszarpane kokardy walały się wszędzie, moja dobra przeszłość zażądała równych praw z moją złą przeszłością, a ja musiałam znaleźć sobie miejsce na cienkiej linii gdzieś pośrodku. Balansować. Robić świeże dobre i nowe złe wspomnienia na bieżąco. Miałam ochotę zamordować swoją terapeutkę. To wszystko stało się podstępem, miało przecież inaczej wyglądać, całkiem inaczej. Zapół godziny zadzwoni do mnie ze Szwajcarii Tracy, moja opiekunka - zaproponuje mi nowych klientów i ja się zgodzę, bo lubię Tracy i lubię klientów, z którymi rozmawiam za pieniądze o życiu. Pośmiejemy się z Tracy z lata na Lazurowym Wybrzeżu, po angielsku, po francusku, a ja, w poczuciu absurdu spróbuję zrozumieć jak to możliwe, kilka godzin tego samego poranka i wszystko wszystkiemu przeczy, wszystko ze wszystkim jest równocześnie możliwe.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 20 lipca 2018 18:38
  • poniedziałek, 16 lipca 2018
    • Temat zamknięty

      Zza lśniących szkieł okularów patrzyły na mnie czujne, powiększone w nienaturalne piękno dziewięcioletnie oczy. Bullshit detector. Ten chłopak był ludzkim wykrywaczem bzdur, kłamstw i manipulacji. Wpatrywał się we mnie powątpiewająco dopóki nie uznał, że być może wyjątkowo nie ściemniam. Tym samym dołączył do rodzinnej sztafety pokoleń, naznaczony skazą niedowierzania patologicznie chroniącym swoje delikatne poczucie sensu narcyzom takim jak jego prababka, jak jego ojciec, napiętnowany przeczuciem fundamentalnej zdrady, której przez lata, a może nigdy, dożywotnio, nie zrozumie. Zobaczyłam w nim baczność mojej matki, obsesyjnie uczciwej, patologicznie racjonalnej, nienawidzącej histerii, dramatu, nieufnej badaczki prawd źródłowych. Dziewięciolatek. Półleżał pookrywany szczelnie ponadwymiarowymi poduchami w kolorze śliwkowym. Poduchy były zimne, surowe, ascetyczne, jak wiele innych rzeczy w pozbawionej nadmiaru czy fanaberii twierdzy, którą domem nazywali jego dziadkowie. Mały zaczął wypytywać gdzie jest mój były chłopak. Sprawdzał mój blef. Wymówił jego imię trzy razy, być może eksperymentował właśnie, testował reakcje swoich bliskich na bolesne, owinięte smrodkiem tabu tematy. Czy skłamią. Czy zignorują pytanie, zmienią temat. Czy obśmieją całą sprawę udając beztroskę. Czy w odruchu uniku na oślep zaatakują byle nie czuć wewnętrznego wrzasku i fetoru zadawnionych ran. Zaatakują dziewięcioletniego chłopca, który wewnętrzną jasnością czuje prawdę, próbuje zrozumieć dlaczego dorośli uciekają od zdrowienia, którym jest intensywne poczucie, otrząśnięcie się i pójście dalej, zamiast tego ściskając kurczowo stary, nieaktualny, znajomy wrzask bólu. Otorbiając go. Oślepienie i ogłuchnięcie i zalanie emocją, fantomem emocji. Pielęgnując niezrozumiałe skazy i blizny tak, że się nigdy nie goją. Więc powiedziałam mu, żeby w tej rodzinie udających przed innymi i przed sobą samymi zobaczył jeszcze jeden, dotąd nieznany wzorzec i mógł wybrać dla siebie z całej gamy mądrych, głupich i absurdalnych opcji, co zrobi gdy go coś złamie na pół, rozbije na drzazgi, ogłuszy, oślepi, przerośnie. Więc powiedziałam mu głośno i wyraźnie i wymówiłam dokładnie, żeby nie było pomyłki, pominięcia, nie mamrotałam, wymówiłam imię mężczyzny, którego i on pokochał, powiedziałam, że pewnie się zdziwił, on i jego brat, pewnie się zdziwili, że szukał ich kiedy chowali się w szafach, a potem nagle zniknął. Kiwnął głową bez przekonania, nikt go pewnie wcześniej o takie rzeczy nie pytał. Powiedziałam spokojnie, ale przecież chciałam eksplodować tą prawdą, bardziej eksplodować, chociaż nie obraziłabym się za implozję, chciałam tą prawdą wrzeszczeć, tupać, płakać, smarkać i rzygać, że pokochałam kogoś naprawdę, że podeszłam blisko i zobaczyłam że on mnie jeszcze przez całe lata nie dopuści do siebie tak, jak ja go byłam gotowa dopuścić. Że mi nie ufa. Że nie mam siły ani mądrości leczyć jego rodziny, chorszej od mojej, bo byłam chora przede wszystkim i najpierw więzami własnego pokrewieństwa. Tam się należała moja uwaga, tak jak jego lojalność niezłomna była przy swoich. On był lekarzem i ofiarą innego systemu powiązań. Nie czas i nie miejsce. Może po prostu rozpoznaliśmy w sobie i rozbłysliśmy rozpoznaniem tak bardzo podobnej biografii, ofiarnego uwięzienia w cudzej traumie. Poświęcenia swojego szczęścia cudzemu nieszczęściu. Jak to przekazać językiem dziewięciolatka? Patrzyły na mnie bliźniacze dwie pary oczu niebieskich, ufnych, że odzwierciedlę prawdę czysto i bez zniekształceń. To ciężkie zobowiązanie. Wyprostowałam się, wzięłam wdech i powiedziałam, że go kochałam, że tęsknię za nim, że będzie częścią mnie do końca życia, więc nie mogę się nawet obrazić, nie mogę go włożyć do pudełka z napisem "złyczłowiek", bo to kłamstwo by było, nieuczciwość. Bo bym musiała wraz z nim ze złością i goryczą włożyć tam też kawałek siebie, swoją czułość do niego, swój zachwyt, nasze wszystkie wspólne przygody, w tym i te przeżyte z bliźniakami. Że z szoku i niedowierzania i poczucia zdrady płakałam bardzo długo, rozpadła się na drzazgi i przestałam widzieć świat za ścianą furii czy łez, ale czasem ludzie odchodzą. Czasem przestają kochać. I to jest smutne, niesprawiedliwe. Czy on bawił się z twoim psem ukochanym, zapytała nagle moja mama, a ja przypomniałam sobie, że właściwie nie. Że go nie głaskał nawet. Tak jak my wszyscy, zesztywnieli z nieswojej, nieaktualnej rozpaczy, musiał markować czułość, której sam nie doznał, której nie dano jego matce, którą odebrano bestialsko babce, której nie mieli pradziadkowie. Z pustyni na pustynię. Próbowałam powiedzieć chłopcom, że zgodziłam się na zniknięcie, że nie próbowałam go zatrzymać. Z innej miłości niż on znał. Z nowej miłości. Z takiej, która nie musi już mieć nic na własność. Uczciwszej. Skomplikowańszej i prostszej zarazem. Kiedy wielkie niebieskie oczy za małymi okularami zatrzepotały niespokojnie, a potem zatrzymały się znów na mnie, spokojniejsze, młody zapytał czy wiem, dlaczego on odszedł. Powiedziałam, że i wiem i nie wiem, ale że się pogodziłam. Kiwnął głową z aprobatą. To była prawda. Nie kłamałam. Temat zamknięty.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Temat zamknięty”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 lipca 2018 22:42
  • czwartek, 12 lipca 2018
    • Delikatność

      Przyglądam się ostatnio delikatności. To nie jest łatwe, bo od paru dekad spieszę się dokądś i piętrzę zadania i udowadniam i staram się i napinam i ścigam. Czasu nie mam. Uwagi brakuje. Żadna z tych rzeczy nie sprzyja obserwacjom łagodności i ciepła, bo delikatność, tkanka łączna między żywym istotami, podtrzymująca życie i karmiąca, bo czułość mieszka w miejscach, gdzie wszystko dzieje się powoli. Jej rodzeństwem syjamskim jest spokój błogi i prostota kojąca i krystaliczna trzeźwość. Tyle skarbów kryje się po drodze do pracy. Dwadzieścia minut spaceru i facet w kawiarnio-butiku robi mi kawę, a ja hamuję na tyle (okej, spóźnię się przez to czterdzieści minut do biura i odpracuję to po południu), że go trochę wysłucham. I dowiem się, że jego żona jest etnolożką i że mieszkała w Australii i w Kanadzie i że badała opowieści lokalnych plemion gdzieś za kołem podbiegunowym, prawie sobie odmrażając  w apogeum tej przygody conieco. I zobaczę po drodze stłuczkę roweru z samochodem, po której kierowca wyjdzie, pomoże cykliście wstać, otrzepie go, obejmie, przeprosi i zapyta, czy wszystko w porządku. A niedaleko pracy wiewiórka zgubi drogę z powrotem do parku rodzimego i stanie zdezorientowana na chodniku przed moim rowerem, a ja jej opowiem jak wrócić, a ona popatrzy na mnie wzrokiem zdziwionym i odejdzie szukać domu sama, bo przecież mówię obcym językiem. I cienie i chmury i odblaski. Psy i koty. Dzieci na hulajnogach. Sezonowe owoce błyszczące w słońcu. Szum liści sympatyczny zaskakująco.

      Pogubiłam się.

      I nagle się okazuje, że odnaleźć się znaczy przyznać jak bardzo byłam zgubiona. Jak wiewiórka stojąca pod kołami mojego roweru i ja odmawiam przyjęcia instrukcji, ignoruję drogowskazy. Bo po drodze prawda zaboli, wkurwi. Dopiero potem uwolni.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Delikatność”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 lipca 2018 15:10
  • niedziela, 08 lipca 2018
    • Podmiotowość

      Skończyłam właśnie czytać książkę o Marii Montessori i jej metodzie pedagogicznej, która zakłada, że dzieci mają naturalny i bardzo silny instynkt uczenia się, rozwoju i interakcji z otoczeniem. Że jeśli stworzyć im bezpieczne i stymulujące środowisko, gdzie nauczyciele nie dyscyplinują, nie przeszkadzają, nie skupiają zbyt dużo uwagi na sobie, ale są uważni, obserwują, pomagają, zachęcają do samodzielności, w rezultacie dzieci robią błyskawiczne postępy i rzadko sprawiają problemy swoim zachowaniem. To maksymalny skrót metodyczny, duże uproszczenie, ale nawet teraz czytając ten swój skrótowy opis nie mogę uwierzyć. Nie potrafię zaakceptować faktu, że nie odwrócę swojego raz a dobrze zrujnowanego peerelowską szkołą dzieciństwa. Że późniejsze szczepionki w postaci pobytu w amerykańskim liceum, międzynarodowym college'u, a potem dwa angielskie uniwersytety, nie dały mi odporności na polskie piekiełko, do którego wróciłam, a które tkwi w nieustającym sprzężeniu zwrotnym z autorytarną, narcystyczną tradycją szkolnictwa, bo taką mamy kulturę, bo tak nas formowano.
      W przedszkolu i szkole mojego dzieciństwa jedliśmy, spaliśmy, sikaliśmy, bawiliśmy się i uspokajali w rytmie narzuconym przez dorosłych, pod sankcją kar dyscyplinarnych i publicznych poniżeń. Szkoły urządzone były nie dla nas i nie przez nas. Ciasne ławki wymyślono dla wygody nauczających. Wielogodzinną bierność, przymusową ciszę i nieruchomość dzieci wprowadzono pod hasłem "dyscypliny", ale w gruncie rzeczy po to, żeby nas zmieścić więcej w dusznych, ciasnych, sraczkowatych klasach. W podstawówce nie trzeba nas było nawet szczególnie dyscyplinować. Dręczyliśmy się rówieśniczo nawzajem. Głos, autorytet, wpływ i kontrolę dostała tylko jedna osoba - pedagog. Wielogodzinne monotonne monologi musiały wystarczyć. Nie było filmów, obrazków, historyjek, rekwizytów, gier, projektów ani symulacji. Nie było pracy zespołowej, czyli tego wszystkiego, co by nas zaangażowało, zainteresowało, zintegrowało, zaispirowało do dalszego rozwoju. Zamiast tego szczuto nas na siebie nawzajem systemem numerycznych ocen i przebrzydłą, bezlitosną "normą rówieśniczą". Ktoś gdzieś w kuratorium postanowił, czym i na jakim etapie będziemy się WSZYSCY interesować, identyczni i podobnie wszechstronni, rozwijający się wzorcowo, według algorytmu wziętego (za przeproszeniem) z dupy. Bo skąd inąd jeśli jeszcze żadne zwyczajne żywe prawdziwe dziecko w historii do niego nie pasowało?
      Przez całe lata próbowałam zintegrować jakoś - zrozumieć i przetrawić - swoje zagraniczne edukacyjne doświadczenia. Dopiero parę dekad później - najpierw jako nauczyciel, potem metodyk i trener czytałam żarłocznie, dokształcałam się, robiłam kursy i szkolenia, studia podyplomowe, poszłam też na psychoterapię - dopiero parę dekad później zrozumiałam i poczułam, co to jest podmiotowość. I że to o podmiotowość właśnie chodziło, towar rozpaczliwie deficytowy w polskim szkolnictwie, a co za tym idzie - w polskich instytucjach, miejscach pracy, rodzinach. Ta kombinacja otwartości, uważności, szacunku i zaufania do drugiego człowieka. Niewiele spotkałam osób, które tak potrafią traktować drugiego, ale spotykam ich coraz więcej. Aktywnie ich szukam, bo chociaż całe moje dorosłe życie było rodzajem spłaty duchowego długu, z wdzięczności rodzicom, którzy mnie wywieźli do zagranicznych szkół i pozwolili poczuć różnicę między człowiekiem wolnym a człowiekiem uwięzionym w opresyjnych relacjach, uczyłam innych próbując nie odbierać im podmiotowości, zmęczyłam się.
      Zmęczyłam się służbą społeczeństwu, która nie jest zrównoważona tak samo podmiotowym traktowaniem dla mnie samej. Moi pracodawcy - w szlachetnej feudalnej tradycji - wymagali, wyśmiewali i opierdzielali na przemian. Ostatnio na warsztacie, kolejnym, na który się zapisałam za własne pieniądze żeby doznać egalitarnej, życzliwej, bezprzemocowej i sprzyjającej rozwojowi atmosfery w grupie, spotkałam dziewczynę, która uczy w demokratycznej szkole. Opowiadała, że to piękna instytucja, oparta na pięknych ideach, gdzie ucznia traktuje się cudnie, ale nauczyciela już nie. Opowiadała, że bezprzemocowość kończy się tam, gdzie zaczyna się hierarchia zawodowa, bo tam panuje najzwyczajniejsza pańszczyzna.
      Myślę, że powoli dobiega końca mój najdłuższy i najgłębszy osobisty kryzys.zostanie mi po nim śladowy posmak goryczy, bo zmieniamy się na lepsze, ale powoli, bo za mojego życia być może już zawsze będę musiała mozolnie sama szukać środowisk, które zamiast zgnoić, podbudują i wzmocnią i podholują trochę w górę. Gorycz. Bo być może nigdy nie rozmontuję w sobie żelbetowych nawyków z autorytarnej szkoły, która latami mordowała we mnie ruchliwość, ciekawość, inicjatywę, towarzyskość i pomysłowość. Wewnątrzsterowność i poczucie sprawczości, zaufanie do siebie i innych. W ich miejsce dostałam implant z obezwładniającego strachu i bezrefleksyjną zależność od instytucjonalnych "autorytetów". Dużo mnie kosztowało i dużo będzie kosztować rozmontowanie tego gorsetu posłuszeństwa. Mam nadzieję, że starczy mi życia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Podmiotowość”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 lipca 2018 16:38

Kalendarz

Październik 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl