Kucharka Zen

Wpisy

  • piątek, 15 lutego 2019
    • Szpiegologia

      - Nic się nie działo po ostatnim razie?

      - Nie, zupełnie nic. Wszystko było w porządku.

      Smutnawy misiowaty lekarz nie nawiązywał kontaktu wzrokowego, ale zapamiętałam go z poprzedniego tygodnia jako względnie sympatycznego, rzetelnego internistę, coś tam nawet miłego powiedział ostatnio, więc nie czepiałabym się już patrzenia na siebie. Cała wizyta miała charakter formalności. Chodziło przecież przede wszystkim o to, żebym tego konkretnego dnia, w okienku godzinowym 10:30-13:00 pobrała zastrzyk w ramię w gabinecie na pierwszym piętrze.

      Zapadło milczenie. Doktor coś stukał bardzo powoli w komputer, generował kolejny papierek, który należało włożyć do koperty wypełnionej innymi papierami, nawet im się nie przyglądałam, a potem przekazać na górze pielęgniarce od szczepień.

      - Zastanawiałem się przez dłuższy czas...

      Podniosłam wzrok. Lekarz zawiesił głos, nadal się zastanawiał.

      -...jak to sformułować...

      Zaniepokoiłam się nieco, a on brał długie oddechy, ważył słowa, pozwalał im się najpierw przetoczyć przez umysł, porządnie tam się uformować, dopiero wtedy mówił.

      -...bo to przecież dosyć osobiste pytanie...

      Czekałam na dalszy ciąg tego osobistego pytania, Szukałam w swojej osobistej wewnętrznej bazie podobnych i pokrewnych sytuacji osobistych pytań, które mogłyby teraz paść. Przyszło mi do głowy wyłącznie coś ginekologicznego albo podryw, ale szczepionka na wściekliznę nie uzasadnia pytań o sprawy intymne, a lekarz miał na palcu dużą, złotą, zdobioną, bardzo wyraźnie sygnalizującą stan cywilny obrączkę, poza tym nie sprawiał wrażenia erotomana-gawędziarza. Wcale a wcale. Cisza przedłużała się. Zrozumiałam, że to był już koniec wypowiedzi. Internista nie zrobił wstępu do kolejnego żenującego pytania. Wytłumaczył mi po prostu dlaczego na początku wizyty zainteresował się efektami ubocznymi szczepionki. Pomyślałam, że sprawia wrażenie kogoś, kogo sporo kosztuje taki kontakt. Mówienie wydawało się być dla niego wysiłkiem. Nie jąkał się, ale być może kiedyś miał problem z jąkaniem i wyuczył się takiego cedzenia słów żeby nim jakoś zarządzić. Uznałam jego wypowiedź za rodzaj przyjaznego gestu i postanowiłam, że się takim gestem odwzajemnię.

      - A wie pan, że sporo osób, z którymi rozmawiałam, nawet taksówkarz, który mnie tutaj wiózł mocno mnie o to wypytywał i weterynarz, z którym się konsultowałam też tak twierdził, więc bardzo dużo osób ciągle uważa, że szczepionka na wściekliznę to bardzo bolesny zastrzyk w brzuch, po którym człowiek trzy dni choruje jak pies. Rozumiem, że kiedyś tak było?

      Lekarz podniósł wzrok, nieznacznie, nie całkiem, nie tak, żeby spotkać moje oczy, ale prawie.

      - W latach siedemdziesiątych...

      Walczyłam ze sobą, żeby nie dokończyć za niego zdania.

      -...tak jeszcze było. To były bardzo nieprzyjemne dla pacjenta...

      Walczyłam ze sobą, żeby na głos nie zgadywać, co chce dalej powiedzieć.

      -...zastrzyki.

      Milczenie. Nie byłam pewna, czy to już koniec, czy powinnam jeszcze poczekać. Uznałam, że poczekam.

      -...Ale potem...

      Wiedziałam, jaki jest logiczny dalszy ciąg.

      -...nowe generacje szczepionek...

      Zacisnęłam usta.

      -...zmieniły...

      Rozejrzałam się po gabinecie. Mój dokument potwierdzający odbycie wizyty lekarskiej leżał gotowy do podpisu w drukarce. 

      -...sytuację. Ale moim zdaniem...

      Jakby czytając mi w myślach, internista zgarnął papier i przełożył go na biurko.

      -...cały mit bolesnej szczepionki...

      Sięgnął do szuflady.

      -...można przypisać programowi pierwszemu...

      Wyciągnął pieczątkę.

      -...Polskiego Radia, który w tamtych czasach...

      Uważnie podstemplował dokument.

      -...oprócz informacji, że towarzysz Gierek...

      Złożył podpis i schował pieczątkę.

      -...przeciął tą lub ową wstęgę czy sznurek...

      Miał poczucie humoru. Zaśmiałam się.

      -...emitował fragmenty książek i audycje teatralne...

      Delikatnie złożył zadrukowaną, postemplowaną, podpisaną kartkę na pół.

      -...a można było tej stacji słuchać daleko poza Polską...

      Chciałam być pomocna i prawie mi się wyrwało, że pewnie w państwach ościennych.

      -...nawet w Afryce...

      - Tak daleko?

      - Tak daleko.

      - Nie miałam pojęcia.

      Znów zapadło milczenie. Lekarz wsunął złożoną kartkę do koperty z moim nazwiskiem.

      -...codziennie po wiadomościach w pierwszym programie...

      Przesunął kopertę bezszelestnie w moją stronę.

      -...nadawano podobny komunikat o tym, że poszukuje się właściciela psa...

      Wpatrywałam się w niego jak zaczarowana. Każde słowo było podarunkiem.

      -...który pogryzł jakieś dziecko, żeby się zgłosił i wtedy dziecko uniknie...

      Serii bolesnych zastrzyków.

      -...serii bolesnych zastrzyków w brzuch, które mają nieprzyjemne efekty...

      Uboczne.

      -...uboczne. Codziennie po wiadomościach był taki komunikat.

      - I dlatego do tej pory pokutuje mit strasznego zastrzyku w brzuch? To jest siła mediów!

      - Natomiast wiele osób podejrzewało...

      ...

      -...bo kogo w Szczecinie obchodzi...

      ...

      -...że pies pogryzł dziecko w Elblągu...

      - No tak, rzeczywiście, przecież to materiał do wiadomości lokalnych. Tak jak wypadki komunikacyjne na przykład.

      -...że to są zaszyfrowane wiadomości dla szpiegów...

      - Jak to? Dla szpiegów? Czyli, że jeśli padnie nazwa jakiejś miescowości albo rasa psa, to coś konkretnego oznacza?

      -...na przykład jeśli po wiadomościach o dziewiętnastej...

      Pomyślałam sobie, że jest jakaś magia w niespodziankach, które podsuwa życie. W tym, że wstaję rano i nie wiem. Po prostu nie wiem, kogo spotkam, jaki on będzie, o czym porozmawiamy, jak. I kiedy spłynie na mnie łaska zachwytu.

      -...pies pogryzie dziewczynkę, to coś tam. A jeśli chłopca...

      ...

      -...to coś zupełnie innego.

      Lekarz spojrzał mi na ułamek sekundy w oczy, szukając reakcji. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością za tę opowieść. Podziękowałam, powiedziałam, że to naprawdę ciekawe, że nie miałam pojęcia, życzyłam dobrego dnia  i wyszłam. Rzuciłam tylko okiem za siebie kiedy zamykałam drzwi. On też się do siebie uśmiechał.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Szpiegologia”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 15 lutego 2019 17:10
  • poniedziałek, 11 lutego 2019
    • Mikromuzyka

      Jakaś intuicja, nie chcę do tego dorabiać filozofii, nie chcę gloryfikować jakiegoś swojego podskórnego uporu, że niby wiem lepiej, że niby prowadzi mnie jakieś mętne wspomnienie lepszych czasów, lepszej mnie, że to mądrość podświadoma, cholera wie, a jednak jakaś intuicja kazała mi się poddać. Wbrew temu, że na przykład Rosa Parks albo Hillary Clinton walczyły mimo wszystko. Że Sheryl Sandberg każe się angażować mimo trudności. Że Nelson Mandela trwał na stanowisku. Że znam ludzi, zrównoważonych, stałych, którzy wytrzymują w jednej pracy przez dekady. Wbrew mitom o przedsiębiorcach, którzy po trupach i za wszelką cenę realizują amerykańskie marzenie, tworzą startupy, a kiedy bankrutują, otrzepują się natychmiast i prą do przodu. Ja się poddałam. Jakiś kawałek mnie odmówił słuchania rad żeby się trzymać, żeby dążyć i zdobywać, odmówił udowadniania własnej determinacji. Pamiętał Winstona Churchilla, który odniósł sromotną porażkę i wycofał się na lata, żeby potem zostać kimś dużo większym niż by się ktokolwiek spodziewał. Pamiętam Katniss Everdeen, która chowała się w samotność, wątpiła, zbierała siły, rezygnowała, pozwalała się namówić, wracała niechętnie do gry.

      Jakaś intuicja kazała mi nie działać, powstrzymać się, obserwować, chociaż przez lata przyzwyczaiłam się do kompulsywnego robienia. Do zadaniowego skakania z czynności w czynność. Reaktywnego działania. Z ukochanej pracy przeszłam od razu do innej pracy. Po dwóch latach z tej drugiej odchodzę. Chciałabym powiedzieć, że to dlatego, że popełniłam błąd, że za szybko, że zbyt gwałtownie i bez zastanowienia, pewnie tak było, ale jak zwykle w życiu, za dużo się w międzyczasie nauczyłam, zbyt wielu cudnych ludzi spotkałam, zbyt wiele rozmów odbyłam, tańców przetańczyłam, obiadów zjadłam plując ze śmiechu, zbyt wiele razy płakałam, szarpałam się, kopałam się z koniem żeby to ogłosić tak całkiem porażką. Czymś pozbawionym znaczenia. Niechlubnym. A jednak brnęłam i brnęłam coraz dalej od dumy, od poczucia siły i godności, w poczucie przegranej, w rozmontowanie dotychczasowego systemu wartości, który mnie przecież niósł przez życie, dawał szkielet podtrzymujący mnie w pionie i soczewkę do skupiania z rzeczywistości wybranych, uznanych za istotne rzeczy, żebym się nie pogubiła w detalach. Poddać się. Pogubić właśnie. Jak w jądro ciemności, w grawitacyjny lej, coś mnie pchało w odpuszczanie.

      Coś mi kazało wejść w nurt poczucia bezsiły, nurt rozczarowania i frustracji. Przestać się starać. Przestać spinać. Zacząć dryfować. Odsiać na tym takim specjalnym sicie, co go kiedyś używali poszukiwacze złota, piasek i muł. I zobaczyć czy zostanie szlachetny kruszec. Dzisiaj poddałam się. Dwa razy. Mikromuzyce.

      Drugi raz był wieczorem. Łamie mnie w kościach, gardło pobolewa, dobra książka kusi ("Educated" Tary Westover). Mam w sobie ostatnio wielką niechęć do wychodzenia z domu, ale miesiące temu umówiłam się ze znajomymi, że pójdziemy na koncert Mikromusic. Widziałam ich kiedyś na żywo nad Wisłą, było atmosferycznie, przyjemnie. Śpiewałam do wtóru "Takiego chłopaka". Poszłam więc. Siedziałam i słuchałam pierwszych piosenek. Niebieskawe słupy światła bawiły się same ze sobą, muzycy kochali to, co robią. Natalia, wokalistka, opowiadała historie między muzycznymi kawałkami. Jedna historia była o tym, że szła kiedyś do pracy. Do pracy w kancelarii prawnej specjalizującej się w windykacji, jej ojciec chciał żeby była prawniczką. Szła złożyć wypowiedzenie, bo chciała śpiewać. Mniej więcej w tym samym czasie (tu snop niebieskiego światła głaszcze obłości łysej głowy jednego z muzyków, potężnego brodacza), brodacz, który uczył informatyki w szkole został akurat zwolniony. Reszta jest, jak to się mówi, historią.

      A ja siedzę w teatralnym fotelu, bo jesteśmy w teatrze, i znowu nie mogę sobie ufać. Zespół gra pierwsze takty kolejnej piosenki, dedykowane ojcu Natalii, który nigdy w nią przesadnie nie wierzył, a ja jakoś trudno znoszę to wszystko, to moje odejście z pracy bez pomysłu na kolejny krok, to odejście Natalii, która miała przecież rację, ale takie rzeczy wie się dopiero po latach, kiedy jest się jednym z popularniejszych współczesnych polskich zespołów, łamie mnie w kościach, gardło mnie boli, zbiera się we mnie nieadekwatna reakcja, bo chcę tańczyć, tutaj, teraz, natychmiast, wrzeszczeć razem z zespołem, bić głośno brawo, dźgnąć koleżankę obok i przekrzykiwać muzykę coś tam coś tam o niej odkrywczego, zabawnego, żarcik żarcik. Chcę biegać, wybiec na szeroki świat i go podbijać, znaleźć chętnego faceta i się z nim natychmiast całować, chcę tańczyć, chcę być Natalią, chcę być sobą, ale w wersji mniej zawstydzonej, podryguję trochę żeby dać upust tym gwałtownym falom nadmiarowej energii, ale czy ona jest aby na pewno nadmiarowa? Czy to jest zdrowe, że na koncercie, który aż prosi o kiwanie się i podrygiwanie, o machanie rękami i tupanie nogami, że na takim koncercie wszyscy wcisnęliśmy zadki w fotele i grzecznie bijemy brawo bez efektów specjalnych, bo moim skromnym zdaniem cała reszta widowni boi się blamażu jeszcze bardziej niż ja. Ale nazbierało się we mnie napięcia, napięcia twórczego, złości, niemocy, sfrustrowanych pragnień. Siedzę z nimi, zazdroszczę tej dziewczynie i jej muzykom wolnej ekspresji, wolności tworzenia, spójności pracy z duszą, chociaż może są zmęczeni, grają przecież drugi koncert pod rząd. A kiedy ciśnienie rośnie mi ponad miarę i naprawdę chcę wybiec podbijać, działać, odkrywać i tworzyć, poddaję się.

      Poddaję się syntezatorowi i gitarze, głosowi tej dziewczyny, mądrości przesyconej słodyczą, głębi i znajomości jej poetyckich słów. Posłuchajcie tylko, dajcie się ponieść, rozebrać na kawałki, zdezintegrować, poddajcie sie. 

      synu cudem jesteś z mojego ciała
      i owocem przytulania
      dotykania, całowania
      zostałam tu sama

      miałeś wolę i nadzieję
      budowałeś, naprawiałeś
      zostawiłeś zgliszcza

      synu, nie zaczynaj żadnej nowej wojny

      rany 
      wylizuję i całuję

      znów naprawiam cię i czuję

      moje stado się rozbiega

      synu, nie zaczynaj żadnej nowej wojny

      Bo ja się poddałam, rozmyłam, nie było z czym walczyć, po co działać, jeśli się można wstrzymać i pozwolić na siebie wpływać mikromuzyce. Każdy instrument oddzielnie i wokal oddzielnie zapraszały w rozchodzące się ścieżki, a razem słuchane harmonizowały, koiły.

      Ale w końcu wychodzę z koncertu, bo muszę. Wychodzę wcześniej, źle się czuję całym ciałem, łamią mnie kości, jest mi niedobrze, gardło zaczyna naprawdę boleć, ale to, co w gruncie rzeczy się dzieje to wspomnienie dużo ważniejszego poddania się. Dużo bliższej mojemu epicentrum mikromuzyki.

      Wprosiłam się do babci na drugie śniadanie. Babci przyniosłam sałatkę jarzynową i faworki z trzeciego z kolei sklepu, żeby sobie porównała i wybrała najbardziej ulubione, to tam jej je będę odtąd kupować. Dzisiaj były najlepsze ze wszystkich trzech degustacji. Babcia parę godzin później zadzwoniła, że zjadła całe pudełko faworków zamiast obiadu. Odpowiedziałam, że nie ponoszę za to odpowiedzialności, ja byłam tylko posłańcem. Nie wiem, czy dobrze czytam między wierszami, nigdy nie byłam przesadnie sprawnym telepatą. Wydawało mi się, że słyszałam półnutę pretensji.

      Ale wcześniej babcia nie chciała nic jeść. Skubnęła jednego faworka, ja natomiast, zgodnie z wcześniejszą umową, wchłaniałam kanapki z szynką i sałatkę, bo byłam głodna. Po burzliwej kłótni o to, czy na pewno zarówno sąsiad obok i sąsiad z góry mają obaj mechaniczne piły, których się nie wahają używać (ja uważam, że nie, babcia uważa, że to jeden i ten sam człowiek, który nie tylko ma piłę, ale też w ułamek sekundy przemieszcza się między ścianami), po półgodzinnej serii opowieści o tym, co zawiera ostatni Teletydzień: streszczenia ulubionych telenowel, kulinarne przepisy, horoskop (powinnam dbać o gardło, bo zapowiadają mi się wielkie nowe zawodowe wyzwania, skąd oni wiedzieli? Poza tym mam spotkać kogoś, kto wreszcie doceni moją temperamentność, lubię kiedy babcia czyta mi horoskopy, przenoszę się w całkiem inaczej smakujący wszechświat, bogatszy, obfitszy jakby) babcia wysłała mnie po swoje stare zeszyty z przepisami, bo twierdziła, że znalazła tam wybitny boeuf strogonoff, który jej kiedyś przyrządziłam i że pora przyrządzić go znowu (w sensie ja przyrządzę go jej). Karnie przyniosłam wypłowiałe różowawe zeszycisko, napęczniałe od wycinków z gazet.  Zaczęłyśmy komisyjnie szukać wołowiny a la Strogonow. Babcia omówiła każdy przepis - gdzie go znalazła, od kogo go dostała, z jakiej okazji to czy owo ciasto robiła, jak smakował ten przepis w czasie lekcji gotowania w kole gospodyń wiejskich, jak w babcinym, a jak w wykonaniu koleżanki z pracy (babcia wygrała, ale babcia generalnie wygrywa wszelkie konkursy, więc nic nowego). Boeuf Strogonoff był w jakimś innym zeszycie.

      Znów się pokłóciłyśmy, tym razem o aloes.

      - O, tu jakiś specyfik z aloesu. Tym się leczyłam, to było świetne. - chwali się babcia kiedy trafia na kartkę z zeszytu pokrytą jej charakterystycznym kanciasto-okrąglastym pismem.

      - A skąd brałaś aloes?

      - Aloes! - krzyczy do mnie. - A-lo-es, taka roślina!

      - Wiem, babciu, co to jest aloes. Pytam skąd brałaś aloes.

      Macha niedbale ręką w stronę parapetu. Triumfuje, bo nie wiem takiej oczywistości.

      - Zawsze rósł jakiś aloes. W doniczce.

      - A co robiłaś żeby z niego dostać sok?

      - No w doniczce - niedosłyszy. - Taki kwiatek, który rośnie w ziemi, wsadzasz go w ziemię i w doniczkę i podlewasz. 

      - Ja wiem co to jest kwiatek doniczkowy. Pytam jak sok się z niego pozyskuje.

      - A skąd ja mam wiedzieć. - denerwuje się. - Przecież nie pamiętam. To dawno było.

      Szukałyśmy więc dalej. Obok babci, niby przypadkiem, leżał strategicznie przygotowany stosik cieńszych zeszytów-wspominek. Od kiedy przeprowadziła się do Warszawy, po osiemdziesięciu latach na Lubelszczyźnie, wzburzyły się jakby jej wewnętrzne głębiny, a ona jak nurek popłynęła tam, gdzie młodzieńcza chwała, gdzie największe triumfy, najwyśmienitsze dania, aktywizm lokalny, monumentalne fryzury na lakier, jeszcze szczęśliwe małżeństwo ze świętej pamięci dziadkiem i zachwyceni podopieczni, całe wielopokoleniowe rzesze podopiecznych. Babcia mówiła już półtorej godziny. Nie zauważyła, że włożyłam piękne kolczyki, że ubrałam się na spotkanie z nią specjalnie w sukienkę, zapomniała podziękować za smaczne faworki, za pojemnik sałaki, którą przecież lubi, na później. Zaczynałam mieć regularny szczękościsk, ale w kolejnym zeszycie były wiersze. Przez ułamek sekundy spadłam z krzesła, bo myślałam, że to ona je pisała, że dowiaduję się właśnie całkiem nowiutkiego faktu z jej życia, jednego z tych faktów, które zmieniają całościowo biografię, nadają jej nowego kolorytu, smaku, którego wcześniej w niej wcale nie było. Zapytałam ją, czy to ona pisała. Ale powiedziała, że nie. Że to teksty piosenek, które lubiła. A obok tekstów piosenek koloryzowane wycinki z żurnali z lat sześćdziesiątych. Koki, loki, klipsy i wydęte usta. Obściskująca się para. Wszystko z uwagą, z czułością wycięte po konturach, marzenia o lepszym życiu. Babcia zaczyna śpiewać. Fragmenty, rwane, czasem zaczynane od środka, czasem porzucone w połowie zdania, bo zobaczyła kolejną piosenkę, "Batumi", a przecież tak ją kiedyś lubiła.

      - Batumi! - wykrzykuje roześmiana. - Znasz Batumi?

      Chcę zabłysnąć, że to w Gruzji, ale ostatnio kiedy wiedziałam coś, czego ona nie chciała się przyznać, że nie wie, kazała mi się nie pouczać. Śpiewa dalej. O Batumi. A ja zwalniam szczękościsk i robię coś, na co przez lata nie miałam czasu ani przestrzeni wewnętrznej. Poddaję się. Tej niewinności odsłoniętej. Dziewczęcości nie do odzyskania. Temu zaufaniu, tej chęci olśnienia, tej nostalgii. 

      W swych wędrówkach przeszłyśmy wiele miast
      Wiele mórz i rzek, wiele gór wśród gwiazd
      Ale miasto, o którym śpiewamy dziś
      Milsze jest, bo z nim wiążą się nasze sny.

      Batumi, ech Batumi
      Herbaciane pola Batumi
      Cykadami dźwięczący świt
      Świadkiem był szczęścia chwil.
      Batumi, ech Batumi
      Herbaciane pola Batumi
      Cykadami dźwięczący świt
      Świadkiem był szczęścia chwil.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 lutego 2019 01:05
  • sobota, 09 lutego 2019
    • Fałdki

      Terapia jest dziwna. Mam ostatnio wrażenie, raz na jakiś czas mnie ono dopada, w zagadkowych, przypadkowych momentach, nie wiem, na rozdeptanym skrócie między starym chodnikiem a kostką brukową, tam, gdzie posesja nie należy do nikogo, więc przejmuje ją błoto i rozkład, graffitti i chwasty. Idę między wyspami ubóstwa, bogactwa, PRLu i Europy, dosztukowuję temu mojemu miastu jakąś ciągłość, której tak naprawdę w nim wcale nie ma, wysiłkiem wyobraźni dopowiadam sobie historię, w ramach której Warszawa jest jakaś, jest jednolita, ma tożsamość. Tymczasem Warszawa jest właśnie w tych wyrwach między tożsamościami, w tych niczyich miejscach, na rozchodzących się szwach, na spawach, jeżdże po niej rowerem i to jest jakiś niezwykle kontrkulturowy środek transportu, bo kiedy się przebijam przejściami podziemnymi, kiedy walczę z kończącymi się nagle chodnikami, z krawężnikami nieprzewidzianymi dla wózków ani spacerówek ani dwukołowych pojazdów, kiedy zakopuję się w błocie kolejnej budowy, kiedy śmiga mi przed nosem rozpędzona ciężarówka, która nie powinna tak szybko się poruszać osiedlowymi dróżkami, wtedy właśnie widzę, czym jest Warszawa. Warszawa jest Frankensteinem. Zszytym z przypadkowych kawałków. Zakochani w niej hipsterzy robią piękne filmy i teledyski, rodzaj reklamy dla swoich zagranicznych kolegów i koleżanek, przyjedźcie, odwiedźcie, zadurzcie się jak my. Montażowe sztuczki spajają praskie knajpeczki, magiczne miejsca Powiśla, BUW i Centrum Kopernika, spacerową Chmielną, atmosferyczne Pawilony, skwerki i parki Starego Mokotowa i robią z tych wysepek syntetyczne nowoczesne miasto, w którym nie widać wolskich okien zabitych dyktą ani zapuszczonych boisk czy niczyich baraków. Strajk pracowników szpitala. Muzeum Flipperów. Kolejka do rejestracji w przychodni. Sieciowa kawa. Bydło i Powidło. Są też materiały promocyjne władz miasta. One z tego franken-chaosu wybierają maczystowskie, ultrakapitalistyczne powody do dumy. Przyrodzenie w turbo-wzwodzie. One też używają montażu, tyle że montują ze sobą całkiem inne kawałki układanki. Szklane fasady drapaczy chmur, cały Mordor nowoczesnych biurowców i podziemnych parkingów, dynamiczne centra handlowe, przelotowe drogi, po których pędzi postęp techniczny, laboratoria i parki technologiczne, lobby hotelu, w którym całkiem inny kolega z zagranicy - tym razem nie hipster artysta, który uprawia nieoficjalną dyplomację kulturalną, nie youtuber czy influencer, tym razem inwestor, przedstawiciel kapitału zachodniego, potencjalny pracodawca, outsourcer siły roboczej do tańszych krajów na wschodzie, on w tym hotelu zażyje kąpieli i sauny i masażu, zje kiełbaskę na śniadanie, a potem zostawi u nas kasę.

      I nagle w tych moich miejsach pomiędzy, w miejscach rozchodzących się szwów. Tam, gdzie fragment dzielnicy, który niedługo ktoś zabuduje, przejęli okoliczni psiarze i zrobili sobie wybieg nieoficjalny na skrawku łąki, wśród paru jeszcze niewyciętych, stareńkich bezpańskich drzew, z wielością patyków, które mój pies obszczekuje, bo chce żebym mu zdjęła kaganiec i wtedy on porwie takiego badyla i będzie go dumnie obnosić, psie trofeum, wszem i wobec, w jednym z tych miejsc na pograniczu, miejsc nigdzie i po nic, miejsc spoza zmontowanych promocyjnych filmików, znów się we mnie dzieje wgląd.

      Bo ja łagodnieję, proszę państwa. Mam coraz częstsze momenty słodyczy, czułości, wzruszenia, spokoju. Łagodnieję wyraźnie i systematycznie. Strukturalnie. Wobec siebie i świata. I kiedy się przyłapuję na tym łagodnieniu, nagle dobitnie rozumiem, że w takim razie, skoro to tak nowe uczucie, skoro to stan, którego przedtem nie znałam, na który liczyć nie mogłam, to znaczy, że ja dotąd (nie wiedząc o tym) w środku siebie byłam ostra, surowa, przymuszająca się i siłowa. To znaczy, że przesiąkłam bezlitosnością. I nawet kiedy byłam miła i ciepła, to też jakoś na sobie wymuszałam, to też było siłowe i nienaturalne, bo w środku ostrość, kwaśność, ścisk.

      I jeszcze jedna rzecz się dzieje równocześnie z tym łagodnieniem. Zaczynam sobie sama ufać. No bo komuś, kto nie jest oprawcą-przemocowcem tylko empatycznym obserwatorem ufać dużo łatwiej. Więc podstawiam sama sobie znękany, sterany łebek do głaskania i myślę, że może kiedyś przyjdzie taki moment, że się sobie poddam, że przestanę ze sobą walczyć jak okrutny nadzorca niewolników z krnąbrnym, wściekłym poddanym. A tymczasem, w miarę narastania wewnętrznej słodyczy, w miarę kojenia, leczenia, uspokajania, zabliźniania się, dzieje się coś jeszcze.

      Wyprostowują się fałdki.

      To są fałdki ze wstydem, pochowane w zaprasowanych zakamarkach rzeczy, których nie chcę nawet sama przed sobą przyznawać. Teraz rozprasowują się i dają mi wewnętrzną przestrzeń, pozwalają więcej rozumieć - z siebie i z innych. To są fałdki ze skrzętnie ukrywanymi rzeczami, którymi nie wolno się dzielić z innymi ludźmi. Czasem może nawet słusznie, co one kogo obchodzą, może lepiej, że są oddelegowane za kulisy. Nie każdy musi znać szczególiki mojej fizjologii, klient, szef, pani w sklepie, współpasażer. Niektóre pokamuflowane rzeczy są w pełni naturalne, ale jakoś się je dziwnie traktuje w naszej kulturze. Tymi rzeczami trzeba sprytnie, twórczo zarządzać. Na bieżąco decydować czy w danej sytuacji z daną osobą mogą być na wierzchu, czy nie muszę, czy nie powinny. To takie kulturowe przyzwyczajenia albo ślepe punkty, często niezgodne ze zwykłą ludzką prawdą. Na przykład to, że kobiety czują pożądanie właściwie tak, jak mężczyźni, ale mają dużo do stracenia będąc ze swoim pragnieniem stuprocentowo otwarte. Na przykład to, że kobiety są inteligentne i ambitne, potrafią myśleć strategicznie i działać przywódczo. Nie każdy chce im dać do tego prawo. Na przykład, że kobiety śmiertelnie nudzi nieustanne kogucenie męskie, niezmordowane popisy i porównywanie penisów, które często dzieje się kobiet kosztem. Na przykład, że nie wszystkie kobiety i nie zawsze czują naturalną, zalewającą wszystko inne opiekuńczość i troskę i anielską dobroć/cierpliwość/wyrozumiałość. Bo to zestaw postaw i zachowań, które wyrobić w sobie może każdy, niezależnie od płci. Dalaj Lama nazywa to etyką troski. Ja bardzo tę nazwę lubię.

      Więc łagodnieję, rozprasowują mi się wstydliwe fałdki i okazuje się, że w sumie nie było w nich wcale ani trochę zaprasowanych jakichś wielce diabelskich sekretów, nie wylało się z nich wielkie cuchnące zło, którym w Polsce się ciągle straszymy. Jakaś grzeszność wynaturzona. Wręcz przeciwnie. Przestrzennośc się rozpostarła. Oddech pogłębił. Otwartość na różnorodność w drugim człowieku i moją własną wewnętrzną różnorodność. Repertuar zachowań się poszerzył. Tolerancja pogłębiła. Zakorzeniłam się w świecie. Czuję się trochę jak pomarszczony, łagodny mistrz Yoda. 

      Dzisiaj napotkałam jedną, głęboko wstydliwą fałdkę. To bardzo ciekawa fałda. Fałdzisko. Z trzeciej kategorii fałd, której jeszcze nie opisywałam. Bo to są fałdy wstydu ofiary, której nie pozwolono mówić otwarcie o krzywdzie. Niby głupotę robiłam, bo sobie korespondowałam na pewnym portalu z jakimś gościem z Rumunii. Potem napisał do mnie człowiek z dalszego kraju, ale napisał życzliwie, więc odpisałam. Pytał, jak się mam. Na to ja, że leniwie. Na to on, że powinnam natychmiast wypić kawę albo zrobić serię pompek. No więc przed terapią wpadłabym w popłoch. No bo przystojny czarnowłosy mężczyzna wyraził dezaprobatę i kazał mi się natychmiast poprawić. To właściwie odruch bezwarunkowy - zacząć się tłumaczyć albo histerycznie dokonywać wewnętrznego rachunku sumienia. Popłoch. O boże, może rzeczywiście jestem leniem. Może mężczyźni tego nie lubią, olaboga. Pomyślałam, że mój wewnętrzny mistrz Yoda patrzy na moją poranną korespondencję, uśmiecha się ciepło, takim odrobinę znużonym uśmiechem, a potem wzrusza ramionami. Odpisałam facetowi, że lubię się lenić. Obudziłam się wcześnie, zdążyłam wyjść z psem, spotkać się z mamą, zrobić zakupy. Ale moja fałda-fałdzisko wibrowała wstydem. Zrugał mnie mężczyzna. Jestem złą kobietą. Śmierdzącym nierobem. Umrę niekochana. I będę sama sobie winna.

      Co to za głębokie wstydy? Skąd się wzięły? Dlaczego ja się wstydzę tego, że jakiś buc w ogóle się nie zainteresował moim życiem tylko uczepił się jednego słowa i w swojej wielkiej arogancji uznał, że już wszystko o mnie wie i że ma prawo mnie pouczać? Dlaczego takich buców - w szkole, w pracy, w związku, na Tinderze, tolerowałam, ba, pozwalałam im wchodzić sobie na głowę, a potem jeszcze sie strasznie żenowałam, kryjąc po kątach duszy, kryjąc przed najbliższymi jakże bolesną, jakże niewypowiadalną prawdę. Ulokowałam potrzebę czułości i aprobaty w człowieku, który nie potrafi jej unieść. W niewychowanym. Nieczułym. Aroganckim. Dominującym. Zimnym. Przemocowym. W krzywdzącym, niesprawiedliwym, pozbawionym interpersonalnych kompetencji człowieku.

      I ja czuję wstyd za to, że on MI to robi? Że ja SOBIE pozwalam to robić? Że moja czarodziejska lecznicza magia znów zawiodła? Że nie posiadłam cudownej pielęgniarskiej mocy leczenia swojego mężczyzny (a w tym przypadku całkiem obcego mężczyzny) z wewnętrznego okrucieństwa czy zwykłej przyziemnej chamowatości? Skoro on nie ma wbudowanego w duszę swojego osobistego duchowego mistrza Yody, mój Yoda nic wielkiego w interakcji z tym mężczyzną nie wskóra. Cytując Julię Roberts: "Kobiety, nie jesteście centrum rehabilitacyjnym dla źle wychowanych mężczyzn. Nie jest waszym zadaniem naprawić ich, zmienić, matkować im ani sprawić żeby dorośli. Potrzebujecie partnera a nie projektu." Tylko dlaczego ja się wstydzę? O czym jest ta konkretna zaprasowana fałdka, która otwiera się mozolnie i niechętnie. Która ostrzega, że będzie strasznie boleć. Że umrę z bólu. Że umrę niekochana jeśli ją ruszę chociaż na milimetr. Że puszka Pandory. 

      Mam niejasne podejrzenie, że ta konkretna fałda gdzieś na zagięciu, między pliskami i zmarszczkami, w ciemnym zakamarku kryje wypłowiałą naklejkę z napisem "miłość". Nie mogę się doczekać rozbicia złudzeń, rozmontowania mitów i stereotypów. Napisania mojej historii miłosnych porażek całkiem od nowa, na spokojnie i na moich zasadach. Mistrz Yoda uśmiecha się, ale jakby miał mokre oczy. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Fałdki”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 09 lutego 2019 12:18
  • sobota, 26 stycznia 2019
    • Babcia opowiada mi historie

      dzie_babci
      Byłam dzisiaj u babci z faworkami. Okazało się, że bardzo je lubi, więc skoro przechodziłam obok piekarni, kupiłam jej pudełko pachnących wanilią i suto obsypanych cukrem pudrem, usmażonych na żółto-złoto, prawie pomarańczowo, rasowych faworeczków. Moja babcia jest gawędziarką. A ja, nawet nie wiem kiedy i jak, amputowałam sobie pamięć o tym, jak mnie kiedyś te jej gawędy tuliły do snu, jak szokowały, straszyły, koiły, fascynowały. Jak dostarczały wiedzy o świecie większym i bardziej skomplikowanym niż byłam w stanie pojąć dziecięcym umysłem. Bajanie babci, w czasach kiedy w czarno-białym telewizorze za kapuśniaczkiem z czarno-białych zakłóceń ledwo się dało zobaczyć siermiężne bajki o misiach i psach i wilkach i zającach, więc się słuchało radia, więc się czytało książki, więc się poddawało rytmom babcinego bajania.Ale ja odpłynęłam w świat i zła byłam tak strasznie na babcię, na babcię wsiową i zabobonną, na babcię zanurzoną w plemiennej, klanowej kulturze małego hermetycznego światka, gdzie proboszcz albo wójt jest ostateczną wyrocznią nawet jeśli gada bzdury i robi tymi bzdurami realną krzywdę realnym ludziom. Babcię naszprycowaną sensacjami z telenowel i dzienników, z religijnych stacji radiowych i sensacyjnych tabloidów. Na babcię byłam zła, bo powtarzała zasłyszane, niesprawdzone, niesprawiedliwe i nieprawdziwe półprawdy, pseudoprawdy, faktoidy, plotki i pomówienia. Byłam zła na babcię, bo odpłynęłam w świat racjonalny. Korporacyjny. Męski. Gdzie emocje, bajanie, kojenie, zmyślanie nie miały racji bytu. Więc tułałam się odpłynąwszy za daleko w świat, który nijak nie uspokajał swoimi zimnymi, sterylnymi, racjonalnymi operacjami na danych i nie umiałam cofnąć tej amputacji, która się kiedyś w imię czegoś dokonała. Być może poświęciłam tę część siebie, w której babcia nadal gadała, w której żyła, rzucała się i buntowała, w której była witalność, kłótliwość, czar i urok bezsprzeczny, megalomania i magia.

      Ale dzisiaj nad faworkami jakoś inaczej na nią patrzyłam. Tydzień temu zrobiłam jej parę zdjęć, bo ubrała się pięknie i uczesała, umalowała i oblekła w korale na dzień babci, na cześć prawnuków i prawnuczki. Potem, wczoraj czy przedwczoraj, kopiując z jednego ze zdjęć próbowałam ją narysować na szarym papierze. Zobaczyłam jaka jest nadal piękna. Jakie to wzruszające jak się stara. Jak mam podobne do niej usta. Uszy. Policzki. Jak się cieszę, że będę kiedyś tak się starzeć jak ona.

      Dzisiaj nad faworkami babcia opowiadała mi o sąsiedzie, który nieustannie coś naprawia i poprawia wiertarką. Wierci piątek, świątek i niedziela, rano w południe wieczorem. Babcia wysłała już niejaką panią Swietłanę do recepcji żeby interweniować i twierdzi, że interwencja była skuteczna, bo przestał majsterkować prawie natychmiast. Twierdzi również, że zawsze przestaje kiedy ktoś - moja mama lub ja - wpada do niej z wizytą. Mówi też, że ostatnio postanowił się zemścić i zaczął na złość wiercić nie obok, ale nad babcią, w mieszkaniu piętro wyżej. Jest z tą historią kilka podstawowych problemów. Po pierwsze mieszkanie, w którym sąsiad wierci na co dzień, w co wierzę babci, bo dlaczego miałaby zmyślać, że wierci, wiele osób, ze mną na czele, miała takich sąsiadów-naprawiaczy, kompulsywnych miłośników wiertarek, którym co raz - tuż przed wyjściem do pracy, po niedzielnym obiedzie, między myciem zębów a snem - przypominało się regularnie, że mają do zrobienia pilną poprawkę. Nie wiem. Półeczkę wyrównać. Wwiercić haczyk na nowy obrazek. Spełnić marzenie żony o wieszaku na płaszcze. Zrobić ażurowy wzorek z setek dziurek w ścianie w salonie zamiast użerać się z fototapetą. Coś na pewno musiało go pchać ku nieustającemu wierceniu. Jakaś misja. Jakaś wizja. Jakaś obsesja. Więc wierzę, że ten sąsiad istnieje. Kłopot polega na tym, że źródło wiercenia to mieszkanie, które znajduje się w oddzielnym budynku. Kamienicy bok w bok z apartamentowcem, w którym mieszka babcia. W związku z tym ochroniarz z recepcji babcinego budynku nie ma prawa zwracać uwagi lokatorowi zupełnie innego domu mieszkalnego, więc ten fragment opowieści nie trzyma się kupy.

      Drugi kłopot jest z fragmentem o złośliwym i mściwym wierceniu na górze. Że to ten sam nienasycony demon wiertarki. Kiedy zwracam babci uwagę, że to mało prawdopodobne, że facet ma dwa mieszkania w dwóch różnych budynkach, jedno obok babci, a drugie tuż nad nią i że ze złości na to, że uruchomiła ochronę w celu zwrócenia mu uwagi przemieszcza się do budynku obok, tego z ochroną właśnie, i zaczyna w odwecie wiercić w podłogę, która stanowi strop babci lokalu. Babcia rezolutnie odparła, że może w takim razie facet zna właścicieli mieszkania tuż nad nią i się wprosił do nich z wiertarką. 

      Żeby powiercić?

      Żeby powiercić. - potwierdza śmiertelnie poważnie, a ja mam nagle olśnienie.

      Kiedy babcia opowiada następną opowieść - o tym, jak kiedy jeszcze mieszkała na Lubelszczyźnie jej pies podwórkowy przepędził z okolic domu wszystkie ptaki oprócz jednego. I ten ptaszek przyfruwał jeść psu z miski kiedy pies się w inną stronę zagapił. A kiedy miał pisklęta, przyfruwał, bez lęku przed Miśkiem, z pisklętami - kiedy babcia snuje tę nową opowieść, myślę sobie, ululana jej magią, że to przecież nie ma znaczenia. Nie ma znaczenia czy to prawda. Czy to się zgadza z prawami psychologii, fizyki, biologii. Babcia jest bajarką, czarodziejką słowa i nastroju. Po co się czepiać i psuć jej zabawę. Nikt inny przecież - nikt przed nią i nikt po niej - nikt tak jak ona mnie nie potrafi zahipnotyzować, zachwycić, przenieść w wymiar, w którym jest mi lepiej i spokojniej. Otworzyć jakąś niewidzialną klapkę w przestrzeni tego brzydkiego miasta, wśród ludzi logicznych i egoistycznych, przetransportować mnie w ułamku sekundy do Narnii, gdzie sąsiedzi robią ażurowe wzorki w ścianach innych sąsiadów, a ptaki nie boją się psów, którym udało się opustoszyć podwórko z myszy i kotów i innych skrzydlatych stworzeń, ale te konkretne ptaki-chojraki z pisklakami sfruwają na miskę żeby zjeść trochę karmy i dostarczyć mi po latach lirycznego duchowego schronienia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Babcia opowiada mi historie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 26 stycznia 2019 14:16
  • piątek, 25 stycznia 2019
    • Flipper

      Wiecie pewnie jak wygląda automat do gry we flippera? Wybita przez mechanizm sprężynowy piłeczka odbija się od serii przeszkód i wędruje rozmaitymi tunelami, ścieżkami, platformami, a wszystko dzięki temu, że z dużą prędkością odbija się od jednej z dwóch dźwigni, które sprawny gracz w odpowiednim momencie uruchamia naciskając guziki po bokach maszyny.

      No więc czuję się od jakiegoś czasu właśnie jak taka piłeczka. Moja metafora wymaga pewnie dodatkowego wytłumaczenia, bo o co niby chodzi, jakie tunele, ścieżki i platformy? Co to ma do mnie i do mojego życia? A ma mianowicie taką rzecz, że ja czasem potrzebuję pomocy albo ciepła albo wsparcia albo wręcz żeby ktoś przez moment przejął za mnie odpowiedzialność. Zanim uznacie, że jestem niesamodzielnym bachorkiem, przypomnijcie sobie swoje momenty bezradności, braku wiedzy czy kompetencji. Kiedy jesteście chorzy na jakąś całkiem nową, nieznaną jeszcze sobie chorobę i idziecie po poradę do lekarza. Kiedy ktoś coś zrobił w pracy i nie rozumiecie dlaczego i jak to się dzieje, że człowiek człowiekowi z czystym sumieniem takie rzeczy. Kiedy zaczynacie coś nowego - nowy związek, nowe stanowisko, nowy dom po przeprowadzce, nowe życie po rozwodzie, rodzicielstwo. Kiedy próbujecie sobie rozrysować mapę tego świeżego, nieznanego jeszcze terytorium. Można sobie oczywiście próbować ze wszystkim dać radę samemu, ale nie spotkałam jeszcze nikogo, kto umiałby równocześnie każdą rzecz na świecie: sam siebie wyleczyć kiedy majaczy w gorączce, sam sobie naprawić telewizor, komputer, samochód, źle wypełnionego PITa, moczenie nocne zestresowanego synka i własną zwichrowaną psychikę, sam bez pomocy przyjaciół czy rodziny w porę zauważyć i zdusić w zarodku paroksyzmy zbyt dumnego ego, nadmiernych ambicji, przerośniętej potrzeby podziwu, jakiegoś wzdęcia godnościowego, które sieje w życiu spustoszenie, jakiegoś błędu w oglądzie rzeczywistości, który prowadzi do niepotrzebnych konfliktów itp itd.

      Moja piłeczka z flippera już wie, że nie da rady sama. Rozpędzona wpada w kolejny dzień życia, w rozbuchane miasto, w zahipnotyzowany tłum. Wie już, że nie jest ani lepsza ani gorsza od kogokolwiek innego, ale że mimo to jest jedyna w swoim rodzaju i że istnieje, że nie da jej się odmówić prawa do przestrzeni, do głosu, do powietrza. Skoro więc istnieje, skoro żyje, skoro porusza się po jakiejś trajektorii i rozumie już, że sama nie da rady, zwraca się do innych po ciepło, po akceptację, po czułość, po wsparcie. I odbija się od nich, mimo wielu dobrych chęci. I słyszy - nie teraz. Nie w ten sposób. Nie dam rady. Nie mam czasu. Nie jesteś dla mnie wystarczająco ważna. Mam inne priorytety. Nikt mi za to nie płaci. Jestem zmęczony. Jestem zajęty. Idź sobie. Odbija się od innych ludzi i pędzi dalej w przestrzeń, na oślep, niedokochana, bo seria obiektów, które zaprasza do wspólnej zabawy, jedno po drugim, po kolei, mówi - nie ja. Poszukaj kogoś innego. Zaczynam rozumieć, dlaczego jako nastolatka zakodowałam sobie jakieś takie niezwykle silne, utopijne marzenie o księciu na białym koniu. No bo skoro nie mama (bo praca, bo pranie, bo obiad, bo moja siostra, bo ojciec, bo babcia), skoro nie tata (bo praca, bo nie zawracaj głowy, bo nie umiem i nie znam się na babskich potrzebach), skoro nie nauczycielki (bo wypalenie, bo czterdziestoosobowa klasa, bo marna pensja, bo to nie moje dziecko), skoro nie babcia (bo trauma wojenna, bo starszych trzeba szanować i być im posłusznym i wy młodzi za dużo byście chcieli i nie wiecie co to życie), skoro nie inni dorośli (bo nie zawracaj głowy, trzeba być twardym, zajęty jestem, nara), skoro nie koleżanki (bo Maciek z szóstej de się do mnie uśmiechnął i ona tego nie wytrzyma psychicznie, ona już się nie może ze mną przyjaźnić, bo się nie domyśliłam, że jak się do mnie uśmiechnął, to było nielojalne wobec niej, bo ona przecież mi nie powiedziała, ale powinnam się domyślić, że jej się Maciek podoba). No więc skoro nikt z tej długiej listy ludzi nie jest właściwym obiektem, to kto jak nie jakiś mityczny, mistyczny Romeo?

      Kto uniesie taką odpowiedzialność? Żaden Romeo, który się mi napatoczył nie uniósł i w sumie trudno do nich mieć większe pretensje. A z drugiej strony przecież nie amputuję sobie potrzeby więzi, bo nie jest trzecią kończyną, bo nie jest wyrostkiem robaczkowym, bo nie jest anomalią, defektem, nie jest dziwna ani patologiczna, jest NORMALNA. Więc jak żyć?

      Jak wybierać sobie obiekty do współpracy, do przyjaźni, do więzi żeby nie obijać się jak flipper i nie słyszeć ciągle "nie teraz", "nie ty", "nie w ten sposób"? Wczoraj złożyłam w pracy wypowiedzenie, bo dotarło do mnie nareszcie, że niezależnie od pracy nad siły, niezależnie od inwestycji emocjonalnej, niezależnie od tego jak bardzo mi zależy, jak się staram, jak świetne wyniki przynoszę, moi szefowie mają system wartości, który nie obejmuje docenienia kogoś takiego jak ja. Krzyżyk im na drogę, nie mam nawet żalu, mam dużo podziwu i wdzięczności, ale już nie chcę funkcjonować w środowisku, w którym będę dożywotnio niewidzialna i niekochana. Niezależnie iledziesiąt tysięcy euro przyniosę instytucji w zębach, ile prestiżowych kontaktów zbuduję, ile pięknych spotkań zorganizuję, które ludzie będą pamiętać przez lata, ktoś, kto sam tego nie umie i nie rozumie będzie to zawsze uważał za banalne, za nieistotne, za bezwartościowe. Bo mierzy cały świat sobą, bo tylko tak umie. Bo różnorodność, bo inność mu zagraża, bo go przeraża, bo grozi, że jego wartość będzie przekreślona. A przecież można współistnieć.

      Kiedy stałam przy ksero i robiłam sobie kopię wypowiedzenia, rozmawiałam z koleżanką, która powiedziała, że szkoda. A ja jej powiedziałam, że tak i że będę płakać, płakać za życiem, którego nie odzyskam, za miłością, którą chybiłam, bo ją dałam na tacy komuś, kto nie chciał, kto nie zobaczył, kto nigdy nienakarmiony przegapił. Za ludźmi, z którymi coś mnie jednak łączyło, a którym dałam mniej swojej czułości, bo wszystko pakowałam w tego, kto nie docenił. I powiedziałam jej jeszcze, tej koleżance, że chyba nareszcie nauczyłam się tego, co próbowała mi wytłumaczyć pewna trudna ale mądra kobieta. Że idzie się tam, gdzie da się coś zbudować, a nie tam, gdzie trzeba nieustannie udowadniać komuś swoją wartość. Że się nie walczy z upartymi. Tylko się bierze swoją cenną energię i pakuje ją tam, gdzie jest już gotowość żeby ją docenić. Żeby dać jej rozkwitnąć.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Flipper”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 25 stycznia 2019 13:50
  • środa, 23 stycznia 2019
    • Kobieta bezkontekstowa

      Szłam wczoraj późnym popołudniem na spotkanie. Ubrana tak, jak się ubrałam dwanaście godzin wcześniej, wielofunkcyjnie. Zawsze się podśmiewałam z pań w średnim wieku, które uprawiają taką eklektyczną stylówę - fryzura a la Dynastia, kolczyki boho, kurtka wojskowa z kieszeniami, koszulka z koronką, bojówki i szpileczki, a na to zarzucona pragmatyczna puchówka, a na niej udrapowany różowy szaliczek z diamencikami. Czyli:

      jestem słodką dziewczynką i potrzebuję silnego ramienia

      jestem fachowcem, który żadnej pracy się nie boi i wszystko ogarnia

      jestem seksowną kobietą i w każdej chwili możesz mnie porwać w swój zmysłowy uścisk (tylko sprawdzę w kalendarzu, czy w ciągu najbliższych trzech miesięcy mam wolne pięć minut na szybki numerek, może być za dwa tygodnie w czwartek o 13:07?)

      jestem nobliwą matroną i służę za wzorzec cnót i nikt do niczego nie może się przyczepić, bo moja bezgraniczna empatia sprawia, że biorę wszystkich i wszystko i zawsze pod uwagę kiedykolwiek podejmuję jakąkolwiek decyzję

      jestem matką Polką siatkarką i nie mam czasu się zastanawiać nad wyglądem, bo jest piąta po południu, a ja mam jeszcze do zaliczenia pocztę, supermarket, spacer z psem, gotowanie zupy, pranie, aptekę, rozmowę z matką, przeprosiny, bo nawrzeszczałam na koleżankę i w okolicach pierwszej nad ranem powinnam dokończyć jeden dokument do pracy, bo jutro o siódmej rano mam spotkanie i nie zdążę.

      Karma, jak wiadomo, jest złośliwą bestią i ma perwersyjne poczucie humoru, więc jak wróciła bumerangiem, tak mnie pieprznęła centralnie w moje wykremowane, wyfluidowane czółko i zrobiła głośne "boing". Bo, proszę państwa, oto wczoraj zrozumiałam, że stałam się właśnie taką kobietą. Lakierki na nogach, bo przecież idę do pracy. Ale na płaskim obcasie, bo przecież, jak statystyczna polska kobieta, porządnie się dzisiaj nałażę. Długa plisowana spódnica, bo będę cały dzień jeździć rowerem, a poza tym nie trzeba prasować. Kolorowy sweter, bo też w sumie nie widać, że wymięty, poza tym w pracy naprawiają ogrzewanie, więc zimno. Czarna praktyczna bluzka z głębokim dekoltem ponieważ a nuż, chociaż cholera wie jak, gdzieś się natknę na swojego przyszłego drugiego męża i jednak przynajmniej ten symboliczny dekolt zasygnalizuje, że jestem kobietą. Plastikowe kolczyki dla nastolatek, bo uznałam, że przekłuję sobie uszy i to będzie drugi symbol mojej kobiecości, więcej nie da rady, ale kiedy byłam w salonie piękności, zostały im tylko antyalergiczne modele dla nastolatek, więc z trzech dostępnych opcji - róż, zieleń, błękit, wybrałam błękit jako najmniej niekompatybilny z moim stylem życia (styl życia "worek kartofli"). Ukoronowaniem dzisiejszej stylówy - zaczynam myśleć, że powinnam założyć humorystyczny profil na instagramie pod hasłem "zwyczajna pracująca kobieta" - była czarna puchówka, bo na czarnej nie widać brudu, poza tym jest mróz, poza tym rower, poza tym puchówka to uniwersalna rzecz, która w pracy będzie akceptowalna, oraz się nada na spacer z psem i zakupy i rozwieszanie ogłoszeń, że szukam właściciela małego buldożka, który mnie pogryzł w niedzielę, bo jeśli jest szczepiony, to ja nie muszę jechać na Wolę do szpitala zakaźnego i się sama szczepić przez kilka tygodni z rzędu przeciw wściekliźnie, moje życie jest jedną wielką przygodą. Po drodze odbiorę telefon ze Szwajcarii i moja przełożona będzie próbowała namówić mnie na obniżoną dokładnie o połowę stawkę godzinową, przekonując mnie, że to niezwykle korzystne, ale w międzyczasie wygadując się niechcący, że inni mają wyższe stawki i ktoś mnie trochę oszukał przy negocjowaniu umowy. Dobrze, że przez telefon nie widać jak wyglądam. Makijaż - dyskretny, ale solidny, bo nie będę miała czasu w ciągu dnia żeby go poprawić - zmywa się kiedy za mocno trę czoło we frustracji lub bezradności, nieodłącznych elementach dorosłego ludzkiego życia.

      Śmiać mi się chce. Co jest pewnie zdrowym objawem.

      I teraz tak. Apogeum wczorajszego dnia było spotkanie z całkiem obcą osobą, uznajmy że była to randka, chociaż nie była, ale miała wszelkie cechy randki. Idę na randkę. Po pracy wsiadam na rower, gnam do domu, w którym nie zdążę nic zjeść, ale zdążę wyjść na sprint z psem, jakiś koktajl na bazie jeżyn popołudniowy przelewa mi się w żołądku, więc strategicznie nie zjem nic również na randce, będzie burczało mi w brzuchu, kawy też nie wypiję, bo sobie zafunduję refluks, a jak będzie refluks, to będę w złym humorze i nie skupię się wystarczająco na drugiej osobie, tylko na sobie się skupię, na tym jak tradycyjnie podle się czuję i zlew pełen garnków, a pani od sprzątania miała operację na cieśń nadgarstka... co to za życie i chyba jestem w czarnej życiowej dupie, ale trochę już z tego zaczynam się śmiać, wszystko na opak, ale ile można grać ofiarę, jak mówi moja nowa instruktorka jogi, która przechodziła ulicą i z budynku, który akurat mijała spadła na nią latarnia, wstrząs mózgu, migreny przez wiele tygodni, ile się można użalać nad własnym statusem poszkodowanego przez życie.

      Więc idę na randkę, w tym samym ubraniu, które strategicznie i wielofunkcyjnie skomponowałam dwanaście godzin wcześniej. Nie mam nawet momentu żeby poprawić makijaż, więc czuję się rozmazana od czasu rozmowy ze Szwajcarią, w żołądku chlupot, na dworze minus pięć, a ja muszę zdjąć rękawiczki i po drodze na randkę (w jedynej na dzielni w miarę cichej, pustej i przestrzennej knajpie, w której nie ma tłumu i będę w stanie - zmęczona po robocie, zestresowana, przebodźcowana - słyszeć zarówno rozmówcę jak i własne myśli) porozwieszać ogłoszenia, że szukam małego czarnego buldożka, a właściwie informacji o tym, czy jest zdrowy, bo kiedy ostatnio postanowiłam się zrelaksować i pójsć do parku, buldożek podbiegł - cudny szczeniak - machnął ogonem, po czym użarł mnie w zaoferowaną do obwąchania dłoń, ale dopiero później zauważyłam, że do krwi, więc teraz, po dwudniowym śledztwie, wiem, że muszę znaleźć właściciela i że jeśli przez najbliższe dziesięć do czternastu dni mały buldog nie padnie, to znaczy, że i ja nie padnę, czyli nie muszę się szczepić. Wiem, wiem, wszystko wiem. Byłam u internisty, u weterynarza, czytałam polsko- i angielskojęzyczne źródła, życie jest nieustającą przygodą.

      Kłopot polega na tym, że w drodze na randkę zepsuła się taśma klejąca, którą wzięłam w celu solidnego przymocowania świetnie napisanych ogłoszeń, które jednocześnie (nieskromnie powiem) bardzo sprytnie zaprojektowałam graficznie oraz sformułowałam tak, żeby właściciel buldożka nie tylko się nie przestraszył, ale również rzeczywiście napisał mi maila na specjalnie w tym celu stworzony adres szukambuldozka-małpa-gmail-com, pod fałszywym imieniem (Właścicielka) i nazwiskiem (Kundelka) i uwolnił mnie od konieczności jeżdżenia na drugi koniec miasta i pobierania w publicznym szpitalu rytualnego opierdzielu za to, że żyję, poruszam się, zawracam głowę, w komplecie z bolesnymi zastrzykami.

      Kiedy piszę "zepsuła się taśma klejąca" mam na myśli, że ja ją zepsułam. Do umówionej kawiarni dotarłam więc zmęczona, zestresowana, sfrustrowana, ze zgrabiałymi palcami, niezrealizowanym planem dnia i zepsutym humorem. Ubrana w wielofunkcyjną kreację i trochę spocona, z bulgotem w jelitach i z nierozwieszonym plikiem pięknie zaprojektowanych ogłoszeń o buldożku. Pisałam już, że moje życie stanowi niekończącą się, fascynującą przygodę? Bo stanowi. Natomiast siedząc i czekając aż osoba, z którą byłam umówiona zamówi swoją herbatę i dołączy do mnie na kameralnej kanapie na uboczu, poza zasięgiem oślepiających jarzeniówek (świetny patent na randkę, doskonale uwydatnia wszystkie obszary na twarzy, z których zmył się był podkład oraz puder), więc siedząc i czekając zastanawiałam się, jak to robią inni? Jak pracują, utrzymują i ogarniają dom, płacą rachunki i podatki, utrzymują przyzwoite relacje z rodziną i jeszcze chodzą na randki? Czy mają więcej siły? Czy inną konstrukcję psychiczną? Czy są jakoś bardziej zdeterminowani żeby znaleźć drugą połówkę, mniej niż ja zblazowani i nie do końca przekonani, po co te drugie połówki są, jeśli utrzymuję się sama, poruszam po mieście sama, mam zainteresowania, pasje, przyjaciół, rodzinę i znajomych, mam terapeutkę, jem zdrowo, uprawiam sport, drobne naprawy oraz prace domowe wykonują w moim imieniu wynajmowani w tym celu fachowcy, do czego służy ktoś płci przeciwnej, kto nie ma szczególnych kompetencji w kwestiach emocjonalnych, więc w tym jednym obszarze, w którym ktoś by akurat się mocno przydał, ze statystyk i z osobistego doświadczenia wiem, że szukam igły w stogu siana.

      Ale może nie ma nawet co deliberować. Nie chodziłabym do terapeutki gdybym nie chciała czuć się kochana, akceptowana, doceniona, zobaczona, zrozumiana. Gdybym nie pragnęła autentycznego kontaktu z drugim człowiekiem, autentycznego kontaktu, czyli kontaktu z kimś, kto mnie zobaczy taką spoconą, zgrabiałą, z rozwianym włosem i zmytym przez trudy dnia makijażem i właśnie taką pokocha, jakieś piękno, jakąś szlachetność w tym wszystkim zobaczy, bo przecież jest w tym piękno. Piękno przygody, bycia żywym, zaangażowania w strumień ludzkiej aktywności. A prawda życiowa jest inna. Prawda życiowa jest taka, że obcy człowiek, który przychodzi ze mną na randkę chce fajnie spędzić czas z kimś radosnym, wypoczętym, przyjaznym, otwartym, kimś, kto jego zobaczy w całości i bez cenzury i takiego polubi. Kimś bezkontekstowym. Musiałabym więc - i robię to nawykowo - schować te wszystkie prawdy o swoim dniu, które wam powyżej tak elokwentnie opisałam - ukryć je w fałdkach umysłu, w zaułkach i zakamarkach, pieczołowicie pokamuflować tego buldożka i tę wściekliznę i ten telefon ze Szwajcarii i refluks po koktajlu z jeżyn i brudne gary w zlewie, bo pani, która u mnie sprząta wraca dopiero po zdjęciu szwów. Żadna z tych rzeczy nie stanowi materiału na randkową rozmowę, nie na początek znajomości, nie na ten czas obwąchiwania, kiedy tak łatwo się zniechęcić, bo wszystko jest właśnie wyjęte z szerszych kontekstów, a szersze konteksty wydają się ciężkie i przyziemne, nie wedle standardów popkulturowych, przecież powinnam zamiast tego wszystkiego być jakąś taką szczupłą, instagramowo opaloną blond trzpiotką, która wpadła tylko na chwilę do tej kawiarni między podróżą na Kubę a wolontariatem dla ONZ, trzpiotką malowniczą, bez obciążeń, bezkontekstową.

      Wiem, że doprowadzam rozmaite rzeczy do absurdu, karykaturalizuję, koloryzuję. Wiem, że są ludzie, którzy unoszą prawdę o innych ludziach w całości. Ja po prostu nie lubię randek. Wolę poznawać ludzi wolniej, mniej zadaniowo, wolę organicznie natykać się na kogoś i go obserwować, gadać z nim, robić razem to i owo, nie lubię siadać i zgrywać kobiety bezkontekstowej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 23 stycznia 2019 12:02
  • piątek, 18 stycznia 2019
    • Zmieniam papier toaletowy

      Okazuje się, że jest kilka sytuacji mocno sprzyjających ważnym, inspirującym wglądom w moim osobistym życiu. Po pierwsze wglądy regularnie mi się zdarzają w drodze do pracy. Ja, widzicie, chodzę do pracy na piechotę, dość ładnymi i względnie spokojnymi ulicami. Czasem tymi samymi ulicami jeżdżę rowerem. Spacerowanie i rowerowanie sprzyja jakiemuś takiemu rozprzężeniu, które jest szczególnie przyjazne dla głębokiej, emocjonalnej, twórczej pracy mózgu. Prawa półkula, rozumiecie, generuje całkiem zaskakujące oglądy pozornie nierozwiązywalnych sytuacji i samoczynnie, bezwysiłkowo, generuje banalnie proste i czasem nawet bezbolesne rozwiązania. 

      Spacery z psem nie prowadzą do wglądów. Może dlatego, że wymagają czujności na bieżąco. Zza każdego rogu może wychynąć Rottweiler bez smyczy i kagańca. Na każdym trawniku może się nagle w krzaczorach pojawić kusząca, spleśniała kiełbaska, po której resztę dnia spędzimy u weterynarza pod kroplówką (to były niezapomniane czterdzieste pierwsze urodziny).

      Natomiast służy mi bieganie. Służy joga. I służą, olaboga, posiedzenia w łazience. I to wcale nie stereotypowe kąpiele z bąbelkami. Obawiam się, że bąbelki nie gwarantują psychologicznej głębi. Natomiast ma ona ewidentnie coś wspólnego z rozluźnieniem zwieraczy.

      Dzisiejszy łazienkowy wgląd towarzyszył przyziemnemu gestowi, który wykonywałam już tysiące razy w przeszłości. Sięgnęłam mianowicie po rolkę papieru toaletowego, żeby przywiesić nowy tam, gdzie się właśnie skończył stary. Gestowi towarzyszyła odruchowa myśl, rodzaj dumy z tego, że tak sprawnie zarządzam domowymi procesami, że wystarczy sięgnąć po nowy papier kiedy zużyje się ostatni płatek starego, Że tak mam skalibrowane życie na poziomie mikronawyków, że rozmaite operacje wykonuję w ułamek sekundy, że są one zautomatyzowane, zoptymalizowane.

      I smutno mi się zrobiło i dziwnie, bo takich bezrefleksyjnych, świetnie zaprojektowanych operacji jest w moim życiu tysiące. Wyinżynierowane sprytnie przez lata teraz sprawiają, że proste przyziemne czynności nie przeszkadzają mi w ważniejszych działaniach wyższego rzędu. Sekwencja bezmyślnych ruchów: wyślizguję się z łóżka / wślizguję się w dres / zapinam psa / wychodzę z domu / zbieram kupę w biodegradowalną torebkę. Wybieranie jednej z już chyba kilkunastu prostych czarnych sukienek, których nie trzeba prasować do pracy. Malowanie tuszem rzęs rano, suszenie włosów na szczotkę. Lista środków czyszczących i higienicznych, do której dopisuję automatycznie każdą rzecz, która się kończy i raz w miesiącu idę do drogerii hurtowo zakupić dezodoranty, proszki do prania i spryskiwacze do szyb. Nad żadną z tych rzeczy już od lat się nie muszę zastanawiać. I może dobrze. A może niekoniecznie, bo wgląd.

      Bo wgląd był w gruncie rzeczy dwufazowy. Pierwsza faza nastąpiła wczoraj, w trakcie kameralnej sesji jogi z jakąś taką bardzo "normalną" nauczycielką, cokolwiek znaczy słowo "normalna", kluczowe dla mojego wglądu. No bo robiliśmy jakąś asanę typu trójkąt i ja się napinałam i usztywniałam i zapominałam oddychać i trochę się tej pani bałam, tak jak od małego nauczycieli i szefów i w ogóle autorytetów, więc czekałam na opierdziel albo na drwinę, ale ponieważ pani była normalna, to z nikogo się nie wyśmiewała, nad nikim nie triumfowała i w ogóle "pozwalała" nam (w sensie, że nie przeszkadzała) ćwiczyć w kontakcie z własnymi ciałami, chyba że ktoś coś całkiem nie tak robił albo był w trakcie krzywdzenia siebi samego, to wtedy dyskretnie poprawiała, więc nagle się okazało, że mam pełną wolność ćwiczenia tak, jak mi mówi mój wewnętrzny, osobisty, jedyny dla mnie i mojego ciała odpowiedni ogląd sytuacji. To ja decydowałam, czy jeszcze, czy już, czy boli, czy za sztywno, czy oddycham, jak się w tym czuję. Nie opierdziel z zewnątrz ani nie aprobata prowadzącego. Prymuska, prymuska. Przez moment poczułam całą siebie. Przez myśl mi przemknęło, że właśnie oto odzyskałam siebie.

      No i dzisiaj, ten papier toaletowy, ten gest tak bezwysiłkowy, bezmyślny wymiany rolek w pędzie, bez zatrzymania się czy refleksji, jakby to nawet nie był mój własny gest. Jakby nie podlegał do końca mojej woli. Nagle zrozumiałam, że jestem automatem, który stał się dwudziestoczterogodzinną własnością pracodawcy. Odsprzedałam ciało i duszę za jednym razem, chociaż moja umowa przynajmniej z pozoru opiewała na coś całkiem innego, chociaż mój zakres obowiązków wydawał się całkiem, kurczę, rozsądny. Ale przez całe lata pracowałam tak, że żeby generować pewien poziom wyników, pewną jakość usług wobec moich kolejnych szefów. I rok po roku podporządkowywałam coraz więcej pracy. Bo widzicie. Nagle się okazało, że gdybym wychodziła i drinkowała ze znajomymi wieczorami, to w poniedziałki byłabym w pracy nie do życia. Nie było takiej opcji. Kolejnym szefom malała tolerancja na błędy, z każdym kolejnym stanowiskiem było coraz bardziej ewidentne, że jestem zastępowalna, że konkurencja czuwa i dyszy w szyję, że nie ma czasu na zmęczenie, kaca, wątpliwości. Nawet jeśli to ja utrzymywałam się w takiej groźnej i toksycznej iluzji, żaden przełożony jakoś przesadnie mnie z niej nie wyprowadzał. Nie mam pretensji do nikogo z moich konkretnych szefów. Zrobiłam to sobie sama. Oni nie protestowali, ale byli tylko ludźmi, wszyscy istniejemy w strukturze, w kulturze, w jakimś przyjętym stosunku pracy. Być może całkiem nieracjonalne jest wymagać od jakiejkolwiek konkretnej osoby żeby działała wbrew własnym interesom, interesom firmy, nawet jeśli widzi, że one wymagają od podwładnych poświęcenia zdrowia fizycznego, psychicznego, życia osobistego i towarzyskiego, odcinania coraz to kolejnych kawałków swojej duszy. Bo kiedy przestałam chodzić na drinki ze znajomymi, żeby po pierwsze zaliczyć absolutne minimum sześciu czy siedmiu godzin snu, których wymagało bycie przytomnym przez osiem do czternastu godzin dziennie w biurze, to straciłam cenne wsparcie, cenny dystans, który daje rozmowa z osobami niezaangażowanymi w konkretne miejsce pracy i relacje międzyludzkie w tym właśnie miejscu. Kiedy się traci dystans, traci się spokój. Kiedy się traci czas na odskocznie i mechanizm patrzenia na ważne rzeczy - a praca jest ważna - z nowych, twórczych perspektyw - a to między innymi, poza masą innych fajnych rzeczy, zapewnia rodzina i przyjaciele, traci się powoli luz i poczucie humoru i zdolność do spokoju i możliwość podejmowania mądrych, wyważonych, sensownych decyzji. Człowiek zaczyna latać na krótkim emocjonalnym postronku, nagle wszystko jest potencjalnie gwałtowną, histeryczną emocją.

      I nie pomaga, że wszyscy wokół mają podobnie.

      I nagle ubieranie się nie jest dla ekspresji radosnej, ale dla pracodawcy - żeby klienci uznali, że wyglądam schludnie i wiarygodnie.

      I nagle jedzenie jest nie dla przyjemności zmysłowej tylko dla zapewnienia odpowiedniego poziomu energii żeby pracować.

      I nagle czytanie książek to tylko dokształcanie, rozwijanie kompetencji.

      I nagle wakacje to kolejne zadanie do wykonania - szybki, skuteczny, jak najkrótszy czas do pełnej regeneracji. Naładowania baterii jakby się było czyimś gadżetem i niczym więcej. Nagle jedzie się do spa na masaże i baseny i detoks, bo zwiedzanie pięknych egzotycznych miast nie spełni funkcji regeneracyjnej aż tak skutecznie. A nuż człowiek nie wypocznie? A następny urlop za pół roku albo za rok, jeśli starczy pieniędzy.

      I nagle sport to sposób żeby mieć wydolność i odporność na piętrzące się i niekończące sytuacje biurowe.

      I nagle seks to obowiązek, który pozwala utrzymać związek, ale odciąga od rozwiązywania kolejnych piętrowych międzynarodowych problemów korporacyjnych w nocy przed snem, no bo kiedy?

      I nagle wymiana papieru toaletowego, którą po dwudziestu latach pracy zawodowej dopiero się zauważa. Tu i teraz. Czuje się w sobie własny ruch nadgarstka. Patrzy się na zużytą rolkę. I to nie w kategoriach zadaniowych - czy już wpisywać papier na listę zakupów, czy jeszcze nie trzeba. Tak po prostu, jak fascynujące zjawisko pogodowe. Oto ja. Oto papier. Jestem tu. Żyję. Odzyskuję własne ciało.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Zmieniam papier toaletowy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 18 stycznia 2019 11:45
  • czwartek, 03 stycznia 2019
    • Limbo

      Być może potrzebowałam pozwolenia, jakiegoś oficjalnego zielonego światła, klepnięcia w plecy, które dodaje otuchy i lekko pcha w nową stronę. Miałam sen. Trzy sny. A potem kolejny. Były przyzwoleniem żeby po prostu być. Czymś się stawać, ale nie wiedzieć czym. W ogóle nie wiedzieć. Nie mieć pewności. Dziwić się. Mój nowy kierunek to brak kierunku, to miejsce, w którym już jestem od dłuższego czasu, nawet nie zauważyłam kiedy się w nim zadomowiłam. Umościłam się w nim i już. Przyszłość dzieje się we mnie. Nie mam na nią strategicznego planu, nie mam nawet taktycznych pomysłów. Wstaję rano i patrzę, co się zdarzy.

      Jestem oczywiście oszołomiona. Sfrustrowana. Codziennie przechodzi mnie fala strachu i wstydu, że nie mam pojęcia co robię, że nie mam pojęcia gdzie i jak i po co to wszystko, świat taki duży, a ja taka mała, wtedy schronienie jest właśnie tu, gdzie jestem. W dziwnej zbitce teraźniejszości, która zawiera elementy przeszłości i zalążki przyszłości. To mistyczne uczucie, taka kondensacja wszechczasów w momencie obecnym. Uwalniające i intensywne. Z przeszłości razem ze mną podróżują wszyscy moi mężczyźni. Zbiegli się w czasie, chociaż tak naprawdę nigdy się nie poznali. Ich ścieżki się przecież nigdy nie skrzyżowały. Maciek był dawno i krótko i nieprawda. Patrick zapomniał. Jasiek pewnie powiedziałby o Saszy, że brak mu polotu, że jest tchórzem. Sasza o Jaśku, że psychopata. Obaj o Andrzeju, że chyba mi coś padło na mózg. Andrzej o Saszy, że ponury i niekontaktowy, a o Jaśku, że niebezpieczny wariat.

      Co by o mnie powiedzieli nigdy nie miało znaczenia. Myślałam, że wystarczy zobaczyć, naprawdę uważnie zobaczyć drugiego człowieka. Nie miałam planu na ciąg dalszy. Ciągle próbuję przywyknąć do odkrycia, że ludzie przestają się kochać. Że zrywają więzi. Ze mną!

      A ja się w nich zanurzyłam, utonęłam w nich i rozpłynęłam. Pozwoliłam im przejąć nad sobą część władzy, Jaśkowi manipulacją, Saszy po dobroci, z własnej nieprzymuszonej woli i nigdy tego nie pożałowałam, Andrzejowi głaskaniem, oswajaniem, okazuje się, że są pewne formy nieustępliwego przymusu, które nie mają nic wspólnego z przemocą, ale jednak odzierają z godności, odbierają sprawczość.

      Śnili mi się wszyscy ostatnio. Byłam w podróży i natknęłam się na dwóch z nich, nie pamiętam których, zmieniali twarze i tożsamości, jak to we śnie, więc zaczynałam rozmawiać z Saszą i Jaśkiem, a potem nagle z Saszą i Andrzejem. Sasza i Jasiek pasowali do siebie inaczej niż Sasza i Andrzej. Ale sparowani w ten sposób pasowali doskonale. Pierwszych dwóch głębokością studzienną duszy, szerokością horyzontów, bezdennością wrażliwości i ciemnością. Tyle że Sasza miał swoją ciemność schowaną. Kamuflował ją piwnym zapomnieniem, obojętnością chmielową. Jasiek też dużo pił. Jego ciemność była na wierzchu, wyzywająca i mściwa, rodzaj testu. Kto go przeszedł, mógł być dalej dręczony, ale już miał status bliskiego obiektu tortur psychicznych. Sasza z Andrzejem mieli w sobie ziemistość, bezpretensjonalność, mądrość kogoś, kto dorastał patrząc na horyzont i słuchając ptaków. Oddychając czystym powietrzem, może czasem dymem ognisk. Samodzielność kogoś, kto gubił się w lesie i bez niczyjej pomocy znajdował drogę z powrotem. Nieustępliwą wewnętrzną izolację kogoś, kto nigdy nikogo do siebie nie dopuści. Nie naprawdę.

      Kiedy rozstaliśmy się z Andrzejem, zaczęłam szukać siły na zewnątrz, bo nie potrafiłam jej szukać w środku. Potrzebowałam instrukcji obsługi. Zaczęłam czytać "Biegnącą z wilkami" i pamiętam jeden fragment, który naprawdę mi pomógł. Był właśnie o gubieniu się w lesie. Był przypowieścią o dziewczynce, która w ciemności i w drżeniu szuka drogi i światła, próbuje się zorientować w miejscach, gdzie nie ma znaków orientacyjnych żadnego rodzaju, nic znajomego, żadnej nadziei na cokolwiek, co da się rozpoznać. Nie wie nawet, czego szuka. Nie pamiętam szczegółów opowieści, oprócz tego, że dziewczynka trafia do jądra ciemności, że trafia do chatki Baby Jagi, która jest przecież wiedźmą, kobietą która wie, mądrą i pogodzoną z mrokiem. Któż lepszy żeby znaleźć ścieżkę wyjścia z rozpaczy, niż osoba, która w jej epicentrum urządziła sobie siedzibę, która mieszka w podszewce ciemności. Baba Jaga poddaje dziewczynkę próbie, a próba to całonocne odsiewanie maku z popiołu. Mozolne i pozornie bezsensowne, ale Pinkola Estes, która napisała "Biegnącą z wilkami", która zebrała przypowieści pomagające uczyć się żyć z całego świata, tłumaczy, że tak jak dotknięcie, zadrżenie, przesycenie się rozpaczą jest obowiązkowym etapem pełnego przeżycia żałoby, przejścia na drugą stronę straty, tak kolejnym obowiązkowym etapem tracenia i zaczynania od nowa jest odsiew starego, nieaktualnego, nieprzystosowawczego od tego, co chcemy sobie zostawić. Nie robi się takich rzeczy chętnie, nie robi się ich z entuzjazmem. Plecak, który chce się zabrać ze sobą w nową podróż powinien przecież zawierać ładunek wszyściutkiego, co dotąd pomagało, nawet jeśli teraz tylko zawadza. 

      Więc pewnie jakaś część mnie chce wyjść z tego lasu objuczona absolutnie każdą rzeczą, którą dotąd kiedykolwiek byłam, oblepiona dyplomami, o które nikt już nie pyta, certyfikatami i dokumentacją fotograficzną z lepszych czasów, z czasów jakiejś świetności. Wyświechtanymi maskotkami i totemami, fetyszami i pamiątkami niegdysiejszych sukcesów. Chcę iść przez las machając lśniącą grzywką, którą miałam w młodości, szczuplejsza i bardziej sprężysta, chcę iść i wyobrażać sobie, że maszeruję z wigorem, chociaż przecież tacham za sobą balast ze wszystkich doszłych i niedoszłych mężów, narzeczonych i kochanków. Do jednego podczepiła się nawet niedoszła teściowa. Inny miał siostrę bliźniaczkę i ojca furiata i ich fantomy, ich cienie nam towarzyszą. Byli kochankowie, byłe szefowe, stosik wizytówek z dumnymi nazwami stanowisk, seria zmian wizerunku - szpilki, botki, glany, kolczyki, garsonki, kraciaste koszule, hipisowskie sukienki. Uparłam się i obrosłam sama sobą jak małże obrastają rurkami wieloszczetów, obrosłam odejściami i stratami, jeśli zastygnę w stracie, to prawie jakbym zachowała to, czego już nie ma.

      Nie chcę nic odsiewać, chcę tkwić. Dobrze mi tu, nie widzę powodu żeby iść z powrotem przez las. Las jest zimny, gniją w nim liście, błoto przykleja się do gustownych lakierek, czuć stęchlizną i na pewno czają się gdzieniegdzie źli ludzie i dzikie, wrogie zwierzęta. W "Biegnącej z wilkami" trzeba przejść i przez przerażenie. Przerażenie przede wszystkim nierozpoznawalnością nowego świata i nowego w nim siebie.

      Nie da rady przeskoczyć tego etapu. Jestem oszołomiona. Nie wiem co dalej. Nic już nie jest znajome. Nic nie daje otuchy ani wytchnienia. Wydawało mi się zawsze, że ludzie wokół mnie są raczej odnalezieni niż zagubieni, że nikt dorosły, nikt w moim wieku nie umaszcza się i nie zagnieżdża bezwstydnie w tej bezradności szerokookiej, w tym braku ukierunkowania, w tym niewiedzeniu chronicznym. A mi tu dobrze. Podróż bezcelowa zdejmuje ze mnie odpowiedzialność, rozbraja napięcie. Pozwala czekać na małe codzienne cuda. Pozwala je w ogóle zauważyć. Ufam sobie, że kiedy przyjdzie odpowiedni czas wyruszę w jakąś energiczniejszą drogę. Teraz zwiedzam. Szukam znaków, drogowskazów, chociaż niemrawo i bez przekonania - znajdą się, to się znajdą. W twarzach ludzi. W gazetach. Na ulicach. Dzisiaj gawron upuścił z wysokiej gałęzi kawałek salcesonu. Różowy, gumowaty, salceson pacnął o dach samochodu zaparkowanego pod drzewem, odbił się z głośnym "puk" i spadł na ulicę tuż przy moich stopach. 

      Znak to? W prawo czy w lewo?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Limbo”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 stycznia 2019 23:27
  • wtorek, 25 grudnia 2018
    • Sen wigilijny

      Śniło mi się, że byłam rewolucjonistką. Nie chciałam być buntownikiem, nie planowałam tego, zostałam tą rolą uszczęśliwiona przez łańcuch przypadków, ludzkich słabości, nieporozumień, niedomówień, zdrad i manipulacji. Jednym słowem - moją biografię. Moja początkowa intencja, widzicie, była bardzo prosta. Chciałam żyć w harmonii społecznej, znaleźć swoje proste, zwyczajne miejsce przynależności, chciałam pełnić jakąś wykonalną dla mnie rolę, wartościową dla innych, zauważoną według odpowiednich proporcji, ani przesadnie czczona, ani niewidzialna. To się okazało zbyt trudne w Polsce, kraju systemowego marnowania ludzkiego potencjału. 

      Okazało się, że żyję w świecie, gdzie ta prosta potrzeba odbija się w zwielokrotnionej karykaturze krzywych zwierciadeł. Nie wszystkim jest z nią po drodze, niektórzy mają odmienne wizje po co jestem im potrzebna, do czego mają służyć inni ludzie tacy jak ja, innym się znowu wydaje, że to przecież zło i samolubność, chcieć dla siebie trochę miejsca w społeczności. Są tacy patologicznie nieufni, którzy nic nigdy od nikogo (ode mnie) nie wezmą, bo przecież niemożliwe, że daję bezinteresownie. Coś muszę chcieć w zamian. A jeszcze inni zawsze grali w zero-jedynkową grę, gdzie zwycięzca bierze wszystko. W grę o totalną kontrolę. Uważajcie na nich. Są bardzo biedni i bardzo im jest w środku źle, ale wkraczacie do ich świata na własną odpowiedzialność.

      Zaczęło się od tego, że dostałam szeregową rolę w jakiejś podziemnej organizacji. Nie wiedziałam jeszcze jakiej, ale wyznaczono mi rolę pomocniczą, a mój kolega miał stworzyć merytoryczne materiały na strategiczne spotkanie z przedstawicielami władz, naszą jedyną możliwość żeby do nich przemówić, jedyne takie wydarzenie, podczas którego byłyby obecne kluczowe postaci z wystarczającą władzą żeby wprowadzić zmiany, przeprowadzić reformy, należało ich tylko przekonać. Kolega miał więc przygotować wsad merytoryczny, a ja, jako dziewczyna, zostałam wyznaczona do roli łączniczki. Nawet jeśli wiedziałam, że chłopak był niesłowny i niesolidny, nikt mnie nie słuchał, poza tym w imię Sprawy należało poświęcić swoje ego i nie grać na własny sukces. Miałam rolę. Pokornie tę rolę grałam. Bo przecież kim ja jestem.

      Przyzwyczaiłam się być pionkiem. Ufać mądrości mojego stada. Naprawdę nie przyszło mi do głowy, że w teatrze ludzkim, w którym się poruszam główne role grają... uwaga... ludzie. Zwykli. Omylni. Że czasem są niewiarygodnie mądrzy. A czasem trzeba wkroczyć i interweniować, bo nie są. Że funkcje są umowne. Szef, podwładny, to nie jest i nie powinno być zrobione z żelbetu. Że mogę więc te role naginać, poszerzać, kwestionować, podśmiewać się z ich ograniczeń, traktować z przymrużeniem oka. Że mogę poza nie wyjść. Że jestem czymś więcej i czymś mniej zarazem.

      Biegłam przez las żeby zdążyć na czas do ruin kościoła, w którym odbywała się uroczysta msza. Tam w środku był mój szef, przywódca rewolucji, któremu udało się przeniknąć do warstw sprawujących władzę i zdobyć ich zaufanie. Kolega, który miał przygotować materiały zniknął w kluczowym momencie, ale zakładałam, że dostarczy mi wsad do przemowy, solidne dane i argumenty, w jakimś dogodnym momencie, przez kogoś, kogo spotkam po drodze. Być może go zatrzymano, tak jak mnie przed chwilą. Być może trafił na nieprzewidziane przeszkody, jak ja (wiercąc się i rozkopując pościel przez pół nocy, to był frustrujący sen), być może musiał się dowiedzieć, że ktoś, komu ufał, stoi jednak po drugiej stronie barykady. Ktoś mu odmówił pomocy. Ktoś zdradził.

      Na drodze leśnej tuż przed basztą, która stanowiła przedmurze kościoła zobaczyłam kolegę z liceum, potomka wydawców słynnej polskiej encyklopedii. Nie zauważył mnie, ale znał jakieś skróty, wiedział gdzie jest wyrwa wycięta w ogrodzeniu, więc poszłam dyskretnie za nim i dzięki niemu dostałam się do wnętrza baszty, gdzie zakonnica opiekująca się grupką sierot rozpoznała mnie i poinformowała, że materiały nie dotarły. Dostałam od niej szkolny zeszyt i na kolanie spisałam statystyki i argumentację dla mojego szefa, który utknął wewnątrz kościoła. Okazało się, że mam to wszystko w głowie. I w małym palcu. Mogłam to zrobić od samego początku. Zakonnica obiecała, że dostarczy ważny karteluszek - w ostatniej chwili, bo to była ostatnia chwila - do odpowiedniej osoby.

      Coś mnie jednak tknęło. Zakonnica wydawała się budzić zaufanie, ale zaufanie to zasób, z którego w świecie dorosłych należy korzystać umiejętnie. Kiedy robiłam notatki dla swojego szefa, użyłam staromodnej kalki do pisania na maszynie, więc miałam dwie kopie. Jedną dałam jej, w razie gdyby miało się okazać, że jest agentem status quo. Drugą wcisnęłam dyskretnie do kieszeni i wymknęłam się jeszcze dyskretniej z baszty przez chaszcze docierając do świątyni, w której zebrały się tłumy odzianych w garnitury prezesów, prezydentów,  ministrów i biskupów. Znalazłam szefa. Zobaczyłam ulgę w jego oczach kiedy się przed nim pojawiłam. Ale i strach i rozczarowanie i jakby wstyd. Przekazałam mu złożone w maleńką kosteczkę notatki, a on zwrócił mi je natychmiast. Ze spuszczonym wzrokiem wyszeptał, że straszono jego rodzinę. Że nie może przerwać uroczystości. Że to jest pierwszy i być może ostatni moment, jedyny moment kiedy moglibyśmy do tych ludzi przemówić i dotrzeć, ale on tego nie zrobi.

      A kto może to zrobić? - zapytałam przytomnie. Spojrzał na mnie i wskazał w moją stronę. 

      Tylko ty tutaj jesteś. Musisz to zrobić ty. Właśnie teraz.

      Nie zastanawiałam się długo. Robiłam to już przedtem. Nie było czasu się bać. Rozmawiałam całe lata z władzą. Umiałam być zakrzykiwana, powstrzymywana, krytykowana, wyśmiewana, mieszana z błotem, nie brana poważnie. To był kapitał czterdziestu lat życia. Nic już mi nowego nie mogli zrobić. Nic, co by mi się dotychczas już nie przydarzyło. Dotąd nie wiedziałam jaki to skarb wiedzieć co mnie czeka i dlaczego i nagle odkryć, że już się nie boję. Wyszłam na przód ołtarza, wzięłam mikrofon od księdza prowadzącego mszę jakby całe życie mi się należał i przemówiłam.

      Mówiłam spokojnie, ale przekonująco. Mówiłam do tych ludzi przyjaźnie, bo wiem jak myślą, wiem, co do nich dotrze. Mówiłam, że tak jak oni kiedyś, byłam idealistką.  Że wierzę w to, że chcą wyedukować szlachetnych, światłych obywateli działających na rzecz szerszej społeczności, budujących siłę i dobrobyt kraju. Że chcą solidnych rodzin, w których będzie miłość. Wiem też - z badań naukowych, ale i z doświadczenia całego życia - że dzieci dorastają do roli dorosłych samodzielnie, we własnym tempie, że to ukoronowanie ludzkiej dorosłości - miłość i służba społeczności (miłość i praca, mówił Freud) - to rezultat danie dzieciom wolności uczenia się, którą się otacza czułą troską, której się nie przeszkadza, być może tylko dając dobry przykład. To nie jest rezultat mikrozarządzania treściami, które dzieci mają w głowach. To nie jest rezultat kontroli nad listą lektur i kolejnością oraz sposobem przyswajania wiedzy. To nie klasówk i nie egzaminy i nie oceny. To nie rezultat ślepego podlegania narzuconym autorytetom. Mówiłam o wynikach międzynarodowych testów, które mierzą rzeczy prawie nieprzydatne w dorosłości, o dobrych praktykach z innych systemów edukacji, o wiedzy, którą mamy, bezcennej, sprawdzonej po milion razy - o etapach rozwojowych dzieci i dorosłych. Mówiłam o tym, że trzeba dzieci przede wszystkim uczyć umiejętności społecznych. Budowania więzi i współpracy, rozumienia inności, znajdowania sprawiedliwych rozwiązań konfliktu, negocjowania swoich interesów przy poszanowaniu interesów drugiego człowieka. Opowiedziałam o swoich siostrzeńcach, którzy na gwiazdkę dostali jedną grę komputerową na spółkę i pokłócili się straszliwie o to, kto będzie grać pierwszy. Był płacz. Było zgrzytanie zębów i śmiertelne obrażenie. A potem, po wieloosobowych negocjacjach, jeden z nich wymyślił, że posłużą się systemem zapisywania kto kiedy i ile grał, ile zarobił i co za to kupił w grze i dzięki temu będą sobie mogli przekazywać konsolę w jasny i przejrzysty sposób. To nie są rzeczy, których ci chłopcy nauczyli się w szkole. A to prawdopodobnie najważniejsze rzeczy na świecie.

      A potem się obudziłam.

      A tydzień później moja terapeutka zepsuła mi zabawę równocześnie przenosząc mnie na całkiem nowy poziom. Powiedziała, że nie byłam łączniczką między różnymi postaciami w świecie zewnętrznym. Że to leczący sen, w którym byłam łączniczką między rozmaitymi częściami / aspektami samej siebie. Ciągle to trawię.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 grudnia 2018 13:09
  • niedziela, 16 grudnia 2018
    • Ekskluzywny znaczy wykluczający

      No więc jeśli to wszystko czemukolwiek służy, to służy czemuś większemu (okazuje się) niż mi się wcześniej wydawało. Naprawdę. Jakby jakaś siła mądrzejsza ode mnie stała gdzieś na jakimś podniebnym balkonie, patrzyła jak jęczę, jak lamentuję, jak się miotam, jak się wygłupiam i śmiała się z matczyną czułością, bo przecież od zawsze był dla mnie większy, och jaki większy plan.

      No więc ja tak z przyzwyczajenia walę głową w okoliczne mury, przejmuję się, że do mnie koleżanka się przestała odzywać, bo się ośmieliłam zirytować czymś, co zrobiła, a ja wtedy całe swoje człowieczeństwo przekreśliłam, bo zła jestem, bo jestem złą przyjaciółką. Albo inna koleżanka, matko jedyna, jakieś siedem lat temu wściekła się na mnie, bo zwróciłam jej uwagę - słusznie niesłusznie nieważne - ja uważam, że słusznie, ale to przecież nie znaczy, że ona też, i kto takie rzeczy rozstrzyga, ona w każdym razie uznała, że to dobry moment żeby wytoczyć działa najcięższego kalibru i mi wykrzyczała w twarz, że zawsze myślała, że mój mąż jest gejem. Ale się na mnie zemściła. Jak przez całe życie mam zwyczaj w konflikcie szukać jakiejś wyższej instancji. Kiedy uczyłam się kłócić, uczyłam się kłócić na młodszej siostrze - silniejszej fizycznie i czasem nieco sprytniejszej, nieraz wykorzystującej pozycję beniaminka - rozjemcą zawsze była moja mama. Mama została więc na długie dekady arbitrem sprawiedliwości w ogóle. I nagle widzę. I się wstydzę. Że jestem wielce niesamodzielna w sytuacji gniewu i nieporozumienia. Że szukam wtedy kogoś doroślejszego, kto mi przyzna rację, bo przecież ta druga osoba też jest w gniewie, więc ona nie tylko mi jej nie przyzna, ale ponieważ żyjemy w Polsce, a w Polsce jest kulturowo przyjęte, że w kłótni niszczymy się nawzajem zero-jedynkowo, albo ty, albo ja, wszystkie chwyty dozwolone, zrobię z ciebie wariatkę, twój mąż był gejem, idź rzuć się z mostu, nawet jeśli masz rację, a moja matka zachowała się jak chamski, niesprawiedliwy bachor, przeproś moją matkę, bo ona się domaga przeprosin, poza tym ma władzę wykluczenia cię z naszej rodziny.

      Wykluczano mnie już tyle razy, że nauczyłam się poświęcać kawałki siebie żeby tylko znów się nie znaleźć na marginesie. Powinnam się była być może już dotąd uodpornić, ale wiecie, to najgłębszy ludzki instynkt - przynależeć. I najintensywniejszy ludzki strach - zostać wyrzuconym poza nawias.

      Tyle ludzkiej aktywności dokładnie na niemej groźbie wykluczenia się opiera. Zamknięte kluby i stowarzyszenia, polityka zamkniętych drzwi, podejmowanie decyzji politycznych w nocy, pod nieobecność opozycji, szantaże emocjonalne i mobbing. Naszą polską psychikę, moją polską dziewczęcą kobiecą psychikę rozorały liczne wykluczenia. Im byłam bardziej ambitna, tym mi częściej i dosadniej mówiono, że sama się o taką przemoc proszę. Ale nie. Przemoc pozostaje decyzją przemocowca. Ten, który wyklucza, ten, kto dyskryminuje - to on ma problem i on odczłowiecza, on umniejsza, zagłusza, on zadaje ból.

      Niektórzy z wykluczenia robią cnotę. Kiedy widzicie słowo "ekskluzywny" - od razu przestaję mieć ochotę należeć do tego klubu, spędzać noc w tym hotelu, kupować tę torebkę lub jeść w restauracji. Zestresuje mnie sama świadomość, że ktoś będzie ode mnie wymagał wtopienia się w tłum niezwykle spiętych, bardzo przejętych samymi sobą, obsesyjnie pilnujących swoich i cudzych ruchów, zachowań, wyglądu ludzi. To męczące. Poza tym popatrzcie tylko - to słowo pochodzi od czasownika "exclude" (po angielsku) albo "exclure" po francusku, które z kolei pochodzą z łaciny. 

      exclūdō 

      1. odcinam, wykluczam, odłączam, pozbywam się, separuję, nie pozwalam, uniemożliwiam; 
      2. wypędzam, naciskam, wyrzucam, wyprowadzam.

      Bardzo sympatyczny wyrazik, zawierający w sobie pozorny spokój wynikający z tego, że jacyś strażnicy naszej luksusowości gdzieś tam rozpędzają rozjuszone, niedowartościowane, żądne tych samych przywilejów tłumy. Syndrom oblężonej twierdzy. Nie chciałabym.

      Moja terapeutka zapytała mnie po mojej ostatniej przygodzie z wożeniem taksówkami gwiazdora światowej nauki czy nie chciałabym, tak jak on, być obsługiwana, sypiać w pięciogwiazdkowych hotelach z basenem i siłownią i bezglutenową dietą, czy nie chciałabym mieć rzeszy asystentek i świty sekretarek. A ja bym autentycznie nie chciała. Byłam kiedyś asystentką jednek aktorki, kupowałam jej pierogi i wycierałam nos kiedy wrzeszczała na niesprawiedliwy świat, asystowałam znanym reżyserom, którym "mylił się" mój zakres obowiązków i stopniowo zaczynał zawierać cuda-niewidy, w tym seksualne usługi. Nie chciałabym mieć takiej obsługi. Mam panią, która sprząta moje mieszkanie. To nie jest łatwa relacja. Intymna i obojętna zarazem. Fair i nie fair. Niby relacja pracodawcy i pracownika, ale przecież to nigdy nie jest takie proste. I właśnie dlatego. Bo nie potrafię w sobie wyłączyć świadomości, kim jest OSOBA, która czyści moje zlewy i odkurza podłogi. I jak bardzo łatwiej mam w życiu pod pewnymi względami. I jak to jest głęboko arbitralne.

      Ta medytacja nad wykluczeniem wbrew pozorom do czegoś zmierza. 

      Od kiedy pamiętam, wykluczenie było moim chlebem powszednim. Zawsze ktoś inny był faworytem pani wychowawczyni. Ktoś inny zdobywał mężczyznę moich marzeń. Ktoś inny gwiazdorzył w robocie. Ktoś inny wystawiał swoje rysunki w galerii pod hasłem geniusz, ktoś inny wydawał książkę. Ktoś inny też zdobywał aprobatę i uwagę mentorów, którzy wyciągali go za uszy na kolejne poziomy rozwoju, którzy stymulowali go do pracy i postępów, którzy dzielili się wiedzą i doświadczeniem. Ja dostawałam opierdziel, że kawa nie tego koloru (autentyk, pracowałam wtedy w studiu filmowym i panowie montażyści zafundowali mi godzinny rytuał poniżenia, odsyłając mnie z kolejnymi kawami z powrotem do kuchni dopóki kawa nie była wystarczająco "miodowa" w odcieniu). 

      Kiedy płakałam nad niesprawiedliwością świata, słyszałam "oj tam, oj tam". Kiedy płaczę teraz nad niespełnionymi marzeniami, słyszę "a ty myślisz, że ty jedna masz niespełnione marzenia? A moje? A moje? A ja?". Zaczynam rozumieć, jak bardzo to nie do wytrzymania musiało być kiedy łapałam dowolną, nieprzygotowaną na taki ocean kwaśnej gorzkiej porażki i wypłakiwałam całe życie wykluczeń, całe kolekcje niespełnionych tkliwych nadziei, że przygarnie mnie, że wypielęgnuje czułe, życzliwe stado, że kiedyś doznam miłości, która pozwala rosnąć i stawać się lepszą wersją siebie.

      Zaczynam doceniać niezłomność swojej psychoterapeutki, której zużyłam hurtowe ilości chusteczek do płakania, do płakania nad nienależeniem, nad byciem odcinaną, odłączaną, wyrzucaną, separowaną, niewidzialną i nieistniejącą tym samym. Bo wiecie, przez te lata chciałam, żeby mi powiedziała, tak jak tego się spodziewałam po mamie, tak jak się przyzwyczaiłam spodziewać po ważnych osobach, że mam rację, że zostałam skrzywdzona.

      Nienawidzę jej z wielką furią, bo mi tego nie mówi. Nawet jeśli to prawda, nawet jeśli mogłybyśmy szlochać razem nad niesprawiedliwością świata, celem terapii nie jest ugrzęznąć w rozpaczy. Celem terapii nie jest znaleźć sobie sprzymierzeńca w zgryzocie, chóru, który razem ze mną zaśpiewa, że miałam rację i że ktoś nie miała prawa jakoś wobec mnie postąpić, zadać mi bólu. Niezależnie od racji, w obiektywnym świecie z sytuacji krzywdy, przemocy, niesprawiedliwości, konfliktu, wychodzą bardzo często dwie osoby z całkiem odmiennymi odczuciami i wizjami tego, co naprawdę się stało, często - o paradoksie - bardziej skrzywdzony i słabszy czuje się ten, kto miał większą i bardziej bolesną siłę rażenia, kto po sobie zostawił większe zgliszcze w świecie wewnętrznym drugiej osoby. Wiecie, ci wszyscy delikatni panowie, którzy nie rozumieją jak ich ktoś mógł oskarżyć o molestowanie? Jak to rujnuje ich reputację? Więc przepytają molestowaną, której reputacja najwyraźniej nie została wystarczająco zbrukana, czy przypadkiem nie prowokowała strojem albo tym, że spała.

      Moja terapeutka nie wzmacnia mnie w poczuciu bycia ofiarą. Nienawidzę jej za to, bo być może nigdy nie dostanę satysfakcji, którą przynosi poczucie, że ktoś się ze mną solidaryzuje, że ktoś uznał i potwierdził moją krzydę, ktoś mój ból nazwał bólem, cierpienie zobaczył jako cierpienie a nie jako upierdliwą cechę osobowościową, która utrudnia kontakt. 

      Moja terapeutka, jak ta opatrzność na podniebnym balkonie, ma dla mnie większe plany. Żebym przebaczyła. Żebym się nauczyła rozumieć i przebaczać na przyszłość. Nie dla tych ludzi, którzy łażą i obsrywają cudze życia, bo nie potrafią inaczej. Dla siebie. Jeśli się nauczę im przebaczać, przebaczę i sobie. Te najgłębsze, najstarsze przewiny dziecinne, te powody, dla których mnie kiedyś, zanim jeszcze rozumiałam, zanim dałam sobie z tym radę poradzić - dla których mnie kiedyś pozbawiano przynależności, życzliwości, praw podstawowych, człowieczeństwa i głosu i wpływu na swój los.

      Na początku ostatniej sesji zobaczyłam na jej twarzy coś, co mnie zaniepokoiło. Może zmęczenie albo frustrację albo niechęć albo smutek, to był ułamek sekundy. Ale i ja na ułamek sekundy przestraszyłam się, że nie będzie w stanie mi pomóc. Że jej wewnętrzne kłopoty sprawią, żę już mnie przestanie być w stanie widzieć jako człowieka, nie usłyszy, nie zobaczy, nie pomoże. Jakiś stary lęk mi się włączył, przed śmiercią z braku uwagi, przed samotnością niezaopiekowanej bezbronności. A potem sobie zdałam sprawę, że to jedyna relacja w moim życiu, w której mogę liczyć na pomoc. Bez względu na okolicznośći. Bez obrażania się, szantażowania, manipulowania i wykluczania.

      Ciągnęło mnie przez całe życie do ekskluzywnych klubów, być może z jednego i bardzo głupiego powodu wyłącznie. Bo mi powiedziano, że nie mogę tam wejść. Więc się pakowałam wbrew wszystkiemu. Wchodziłam w męskie światy. W telewizyjne i filmowe przygody. Do prestiżowych instytucji. Do polityki. Do nauki. A potem, kiedy się okazało, że to wcale nie jest fajne miejsce, Nie dla kogoś takiego jak ja, często pakowałam manatki i szłam sobie gdzie indziej.

      Ekskluzywność to szkodliwe złudzenie. To trick ego. To niebezpieczna fata morgana. Podążaj za ekskluzywnością a znajdziesz się w świecie masek i fałszywości, w środowisku, gdzie rywalizacja zeżarła ludzkie odruchy. Gorzej, sam siebie złapiesz na ekskluzywnym myśleniu, na syndromie oblężonej twierdzy, gdzie przecież musi być jakiś powód, że należysz do wykluczającego klubu, jakoś zasłużyłeś na to szczególnie, w przeciwieństwie do reszty plebsu wijącego się wokół.

      Na koniec wkleję wam obrazek, który jak dla mnie jest bardzo, ale to bardzo na temat. Dla chętnych mogę go przetłumaczyć w komentarzach.

      Image result for guerilla girls

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Ekskluzywny znaczy wykluczający”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 grudnia 2018 16:02

Kalendarz

Luty 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl