Kucharka Zen

Wpisy

  • piątek, 18 maja 2018
    • Wspólnota mieszkaniowa / Boli mnie ego

      Na spotkaniu wspólnoty mieszkaniowej zebraliśmy się w siódemkę, plus trzy panie administratorki. Jak to ja, jak to wszędzie i zawsze ostatnio, chciałam stamtąd uciec. No bo zobaczcie: pani po mojej lewej przyszła w chmurze perfum, w aurze stanowiska (prezes zarządu), oraz z brodatym opalonym eleganckim panem wymachującym torbą z bardzo drogiego bardzo modnego sklepu odzieżowego, którego to pana przedstawiła jako "mój partner". Pani siedząca obok nich po pierwsze posiadała najwięcej udziałów we wspólnocie, w związku z czym miała moc przesuwać nasze spotkanie kilka razy od marca do maja bez konsultacji z nami, tak, żeby jej było wygodniej, bo inaczej nie zebralibyśmy kworum, poza tym pani siedząca obok nich miała na sobie botoks i była wyposażona w niewywracalne poczucie własnej racji i wyższości swojego interesu nad czyimkolwiek innym (o czym za chwilę). Pan, który z kolei zasiadł obok niej - jedyna znana mi tam osoba - przyholował ze sobą wieloletnią historię zamieszkiwania w rzeczonej wspólnocie - mieszkał w klatce drugiej naszego budynku od kilkudziesięciu lat, szacunek ponieważ od długiego czasu ochotniczo zajmuje się wspólnym ogródkiem i urządza go wedle własnej fantazji, a także niezbity autorytet jedynego mężczyzny-właściciela-mieszkania w naszym gronie. Obok niego przycupnęła zgarbiona para małżeńska, tak jak ja wynajmująca komuś we wspólnym budynku mieszkanie. We dwoje raźniej. Zawsze można grać w dobrego/złego policjanta, zawsze ktoś wymyśli lepszy argument, poprze, podeprze. A potem, po mojej prawej, trio pań z administracji. Tercet. Triumwirat. Tryptyk.

      Zjadłam nerwowo cukierka. Napiłam się gazowanej wody z plastikowego kubeczka.

      Bo ja sama przyszłam. Bez autorytetu. Bez władzy. Bez stanowiska. Bez historii zaangażowania. Bo ja sama. Bez botoksu. Bez zjawiskowej urody. Bez partnera, bez koleżanek, bez męża. Goła. Wyposażona tylko w jakąś chaotyczną mieszankę, jakieś resztki przytomności, inteligencji, uroku i ciepła, wątpliwą pewność siebie. Świadomość własnego interesu i tego, że jakby co, będę przegłosowana. Że mogę się rozliczać nie z własnej skuteczności, ale jedynie z tego, że spróbowałam. Że sama siebie nie zostawiłam jak sieroty. Że nie zrezygnowałam w przedbiegach, tylko dlatego, że się tych ludzi boję, bo od kiedy pamiętam bardzo nieelegancko mnie zakrzykiwali. Czy moglibyśmy, proszę państwa, skonsultować datę rozkuwania kafelków w łazienkach zanim zaplanujemy montaż liczników wody? Bo powiem szczerze, że byłoby mi bardzo na rękę, gdyby to się zdarzyło kiedy wygaśnie moim studentkom umowa najmu, żeby im nie robić remontu na głowach, a ja będę akurat miała miesiąc na remoncik i wymianę glazury zanim się tam sama wprowadzę. To bym załatwiła dwie sprawy za jednym zamachem. I nie musiałabym robić dwa razy kucia i glazurowania. 

      Ależ co pani. Przecież my też mamy najemców i nie będziemy na panią czekać. Ależ co pani. Przecież to raptem dwa kafelki będą skute, to żaden kłopot dla pani. Mówi kobieta z botoksem, przyzwyczajona do posłuchu, która nie ma bladego pojęcia ile to będzie kafelków, bo fachowiec sprawdza sytuację w każdym z mieszkań oddzielnie i w jednych trzeba przesuwać całą wannę (pan weteran wspólnoty), a w innych nie będzie żadnego kucia w ogóle (pani z botoksem). Wszyscy kiwają głowami, bo nikt nie chce podpaść pięknej pewnej siebie pani z większością udziałów. Pani prezes wraz z partnerem, jak to zwykle, ruszają z lubością w męsplikację, tłumaczą mi, żebym nie wpadała w histerię (nie wpadam, jestem śmiertelnie spokojna, po czterech latach terapii, wiem, co czuję, a co mi wmawia otoczenie, bo mu tak wygodniej), tłumaczą mi, że nie ma się czym przejmować (nie przejmuję się, dbam o to, żeby nie robić sobie w życiu niepotrzebnych kosztów i kłopotów, tak jak oni), tłumaczą mi jak wygląda kucie kafelków (wiem, bo kułam już kilka razy, ale męsplikacja jest silniejszą potrzebą niż fakt, że pouczana zna temat lepiej od pouczającego). 

      Znam tę scenę od dekad. Patrzę na nią z mieszanką rozbawienia i znudzenia. Kiedy pani z zarządu i jej partner kończą wreszcie, powtarzam jak zdarta płyta, jak gdyby nigdy nic, że poproszę o kontakt do człowieka od liczników, to obejrzy moje mieszkanie, zorientujemy się ile montaż wygeneruje kosztów i zniszczeń i dodatkowej roboty, ile będzie trwał i wtedy zdecydujemy w moim indywidualnym przypadku, czy będzie kłopot, czy nie będzie kłopotu w ogóle, bo przecież tylko dwa kafelki.

      Coś się zmieniło. Coś przesunęło. Moje własne przyznanie samej sobie faktu istnienia. Realności bytu wśród tych ludzi wyposażonych w rozmaite atrybuty siły i wpływu, moja świadomość, że ważę i znaczę coś, bo chcę ważyć i znaczyć, bo żyję i jestem niewątpliwa. Coś się zmieniło.

      Ale część mnie, moje kwiczące, wijące się, kopiące na oślep ego, część mnie płakała, gdzie byłaś, gdzie byłaś Kucharko Zen, kiedy ci ludzie budowali pozycję, przymierza, kiedy zdobywali stanowiska i popleczników, pieniądze i wpływy? Co ty - Kucharko Zen - w tym czasie zbudowałaś. Buddyjska dziwaczko, tak byłaś zajęta traceniem, uczeniem się jak odpuszczać, jak dawać wolność, jak nie wymuszać, nie zastraszać, jak obserwować z czułością, jak siebie traktować bez przemocy, buddyjska dziwaczko, nie masz na potwierdzenie swojego istnienia ani męża czy dzieci, ani pałacu, ani dobrze prosperującej firmy czy pięknej twarzy poprawionej chirurgicznie, opalonej na solarium, odzianej w skandynawskie lny za setki złotych. Jedyna osoba, której tam zazdrościłam to ten facet uprawiający ogródek. Nikt inny nie pchał się żeby z nim pielić i podlewać, sadzić i pielęgnować. On ma władzę nad wspólnym poletkiem zieleni i autorytet kogoś, kto przez lata skromnie i konsekwentnie robił małą wspólną realną rzecz. Ja mam swoje niekończące się pytania, swojego focha, swój strach i bierną agresję, swoje bolące ego, swoją szybkość myślenia, słowa i argumenty, głębię, twórczą improwizację, spokój, upór czy konsekwencję, swoją gołość i zwykłość i świadomość, że władza to rzecz, którą trudno zbudować i łatwo stracić. Swoje oswojone szaleństwo. Swoje ugłaskane demony. Ja mam jakieś budzące się powoli, podnoszące po latach lęku głowę oparcie w sobie. Ja mam obecność i przytomność. I tyle.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wspólnota mieszkaniowa / Boli mnie ego”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 18 maja 2018 09:53
  • środa, 16 maja 2018
    • Ja tu mieszkam

      Pojechałam na dziesięć dni do lasu. Jestem już tak przyzwyczajona do permanentnego miejsko-zawodowego przeciążenia, do bycia na granicy wypalenia, do tego, że wypalenie i przebodźcowanie są zawsze o krok, że sukcesem każdego dnia jest to, że tym razem nie miałam ataku paniki, i tak już od lat, więc moim najwierniejszym towarzyszem okazuje się nigdy nie nadchodzący, ale nieodmiennie czyhający gdzieś na marginesach życia obezwładniający niepokój. Jestem tak przyzwyczajona do uczucia, że nie ogarniam, nie nadążam, nie mam kontroli, że się pogubiłam, że nie jestem wcale centrum swojego obezwładniającego rwącego życiowego potoku, nie jestem głównym nurtem, jestem tylko szczątkiem siebie, który usiłuje dogonić poczucie względnego zrozumienia, zakorzenić się jakoś, chwycić czegoś, zbudować tożsamość, która połączy elastyczność ze stałością i pozwoli jakoś w tym wszystkim nawigować. Jestem tak przyzwyczajona do czołganiny, że nawet nie pamiętam, nie mam dostępu do żywego wspomnienia o tym, jak to było wypocząć. Jak to było się uspokoić. Osiągnąć pokój. Stabilność. Zatrzymać się. Zaufać.

      Pojechałam na dziesięć dni do lasu i myślałam, że przez pierwsze pięć, może sześć, będę zombie. Z warszawskim hukiem w głowie, ogłuszona nadmiarem, przestraszona nowych ludzi, będę się przemieszczać ledwie rejestrując co się dzieje. Przywykła do tego, że nie warto rejestrować, że tylko czasem zdarzają się cudeńka. Dziecko z matką na hulajnogach. Zabawny piesek jak z kreskówki prowadzący swojego pana przez ulicę. Magiczne palce kwiaciarki improwizujące łąkę fioletowo-zieloną, dziką, na moich niewyspanych oczach zachwyconych. Kwiaciarka przeprasza, że to tak długo trwało, a ja się śmieję, że nie chcę iść do pracy, że wolę tu jeszcze postać i ją poobserwować jak czaruje i że jej dziękuję. Bo to było zachwycające widowisko. Więc byłam w lesie, stęskniona za lasem, wygłodniała lasu. Maslow nie ujął potrzeby lasu w swojej piramidzie potrzeb, ale to jest fizjologiczna potrzeba, tak jak picie, jedzenie, dach nad głową i seks. Może Maslow miał łatwiejszy dostęp do lasu niż niezmotoryzowana przepracowana Warszawianka. A może był przyzwyczajony brać poważnie takie swoje potrzeby i nie przyszłoby mu do głowy, że można cierpieć z niedoboru zieleni, z tęsknoty za horyzontem, z zapomnienia rytmu natury, z furii wynikłej ze smrodu i hałasu, bo ciało już nie wie, już zbyt dawno nie zaznało, jak to jest oddychać świeżym powietrzem, jak to jest słyszeć ciszę poprzetykaną dyskretnym bzyczeniem i świstem, szmerami i szeptami, kiedy akustyczne tło jego życia nie wymaga większego wysiłku, ba, pozwala z siebie czerpać nieskończoną kojącą przyjemność.

      Pojechałam na dziesięć dni do lasu i wróciłam do siebie po dwóch. Po czterech miałam już w sobie energię i radość, których nie zaznałam od dekady. Po dziesięciu wracałam do domu w odpowiednich, naturalnych psychofizycznych proporcjach. Bardziej swoja. Z poczuciem większej harmonii i zrozumienia.

      Wróciłam do Warszawy i dzień czy dwa po powrocie szłam swoją ulicą i spłynęło na mnie błogie poczucie, że jestem stąd. Że mam dom, który jest epicentrum mojego małego lokalnego światka, że mam swoje znajome okolice, regularnie widziane twarze, stałą pracę i miejsca, w których systematycznie bywam, w których czuję się swojsko. Że tu mieszkam.

      "Ja tu mieszkam" nie jest dla mnie oczywistością. Być może czyta to ktoś, kto czuje się bezpiecznie zakorzeniony, ale ja nie byłam. Odsprzedałam poczucie lokalności, poczucie że jestem u siebie, że mam dom, odsprzedałam je podpisując kolejne umowy o pracę w dynamicznych międzynarodowych instytucjach, aspirując do zrobienia z siebie samej bytu nieskończenie elastycznego, nieustannie rozwijającego się, ambitnego, odkrywającego, twórczego, ruchliwego, bytu, który się nie przywiązuje, bo kiedy się człowiek przywiąże, to mu rzeczy i ludzie nie potrafią być obojętni, nie może od nich odejść bez bólu, nie może zostawić bez wyrzutów sumienia, nie może w kłopotach wzruszyć ramionami i pójść. A ja próbowałam tak żyć właśnie. Tak żyć.

      "Ja tu mieszkam" zobowiązuje, ale też uzasadnia wiele potrzeb i uczuć. "Ja tu mieszkam" oznacza, że mam prawo denerwować się, że tuż obok domu przechodzi mi trójpasmowa ulica, którą ludzie pędzą ponad sto na godzinę. Jakby mi ktoś w salonie po głowie szusował. Że ktoś włącza kosiarkę w niedzielę po południu tuż pod balkonem. Że ktoś inny przez dwie godziny pod oknem rozgrzewa silnik w samochodzie. Bo bycie gdzieś w domu, nawet w Warszawie, wypełnionej napływowymi młodymi ludźmi, którzy szybko i beznamiętnie przemieszczają się między Mordorem a daleką dzielnicą taniego nocowania w wielkich wielorodzinnych bloczydłach, nawet w Warszawie, w której ciągle coś się dzieje, bycie gdzieś w domu oznacza odpoczywanie, spanie, snucie się, nudzenie, łażenie, lenienie się. Ciszę. Bezruch. Nie tylko bywanie w teatrach i kawiarniach, na szkoleniach i warsztatach, osiąganie, zdobywanie, dominowanie, udowadnianie sobie, latanie po knajpach, gdzie się spotyka coraz to nowych przyjaciół i potencjalnych kochanków, rzeźbienie ciała na siłowni i ulepszanie go w salonach kosmetyczno-fryzjerskich. Mieszkam tu. Jestem u siebie. Zwalniam i widzę kobietę, która energicznie sprząta chodnik przed mięsnym. W kawiarni za rogiem, zanim nawet otworzę usta, zamówię i zapłacę, znajduję już swoją kawę na mleku owsianym. Robi mi ją bez słowa wysoki blondyn, którego głosu nigdy nie słyszałam. Z balkonu trzy domy dalej macha mi mama z córką. Kilka przecznic stąd jedna dziewczyna zna mojego psa. Kilka przecznic dalej weterynarz uratował mu życie.

      Zwalniam. Zakorzeniam się. Robię się zwyczajniejsza, na pozór nudniejsza, swojsza. Mieszkam tu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 16 maja 2018 16:00
  • wtorek, 01 maja 2018
    • Dojrzałość

      Ten facet, który leży obok mnie był do niedawna policjantem. Pracował w mieście, od którego się twardnieje. Widział rzeczy nie do wymazania. Uczy nas medytacji. Wesołek. Sportowiec z młodzieńczą krzepą. Nie wierzę w ani jeden jego żartobliwy unik kiedy ktoś mu zadaje pytanie wprost. Tak bardzo chciałabym go pogładzić po policzku, tak bardzo pogłaskać jego spracowaną rękę. Moje najciemniejsze miejsca widzą jego jasność. Taki paradoks.

      Nic się radykalnie nie zmienia kiedy dojrzewasz. Nie na poziomie najgłębszych emocji i motywacji. Być może sprawiasz wrażenie bardziej stoickiego, możesz mieć więcej dystansu i mniej siły, a twoje dzieci być może traktują cię jak żelbetową ścianę bez emocji, w którą można walić bez ograniczeń. W pracy nikt cię nie zauważa, masz po prostu robić i nie zawracać sobą głowy, bo dorosły jesteś, a dorośli sobie jakoś radzą, kogo by obchodziło jak. A jednak. A jednak kruchość jest niezmienna, głupie porywy serca niezmienne i płacz po stracie wewnętrzny, nieutulony, latami hodowany na dystans, kiedy mu wreszcie spojrzeć w oczy (tak wzuszająco piękna jest czułość, jaką był on podszyty) też jest taki jak kiedyś. Identyczny jak kiedyś. W swojej prawdziwości najintymniejszej człowiek pozostaje cudem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 maja 2018 20:24
  • niedziela, 22 kwietnia 2018
    • Autentyczność

      Oj, żegnam się, kawałek po kawałku, ze swoim młodzieńczym zachłyśnięciem internetową duchowością. W tym miesiącu tematem głównych moich dylematów i napięć jest autentyczność. W moim systemie wartości była ona bowiem celem absolutnym i nigdy niestety nie osiągniętym. Zamiast wzrastać w autentyczności, mówić co myślę, wyrażać co czuję, brać czego potrzebuję, wydawałam się z każdym kolejnym rokiem mojego życia w tym świecie zapadać coraz głębiej w poczucie nieuczciwości. I bezradności z tą nieuczciwością związanej - bo nie widziałam innego wyjścia jak tylko mówić dokładnie nie to, co myślę. Coraz częściej i częściej znajdowałam się naprzeciwko drugiego człowieka z bolesną świadomością, że moje usta produkują komunikat całkowicie niespójny z moim ciałem. Z pracy codziennie wracam z kolekcją takich wspomnień. Przychodzi mój przełożony i pyta, czy  mogę coś zrobić. Ja nie chcę, nie lubię, nie mogę. Ale oczywiście z uśmiechem mówię, tak, z przyjemnością. Siedzę z innym z moich coraz liczniejszych szefów, on każde moje pytanie traktuje jak przejaw niekompetencji, a nie - zgodnie z moją intencją - jako chęć zaangażowania go w proces tworzenia projektu, który doskonale wiem, jak zrobić. I mogłabym mu powiedzieć, że mnie właśnie obraża, ale nie mówię. Mogłabym mu powiedzieć, jak bardzo nie rozumiem brzęczącego, łomotliwego dysonansu między tym, że pisze przecudownej wrażliwości książki na temat polskich poetów, a na młode kobiety takie jak ja nie ma nawet kszty wrażliwości i za jego plecami wszyscy ostrzegają, że piekielnie trudno się z nim pracuje.

      Czym jest więc ten święty graal autentyczności? Wydawało mi się, że wysiaduję na cotygodniowych sesjach psychoterapii właśnie po to, żeby go znaleźć i zdobyć. A przynajmniej po to, żeby znaleźć mądry, wyrafinowany sposób na zredukowanie niespójności.

      Mam trochę zdjęć z imprez, które pokazują dysonans między moim samopoczuciem a moją fasadą w sposób niezwykle wymowny. Ostatnio ktoś zrobił mi fotografię, na której - zgarbiona i sztywna - wyłamuję sobie dłonie, Wokół mnie jogiczne ciała psychoterapeutów, tatuażystek i poetek, śliczna, wyrafinowana grupa wkomponowana w ekstatyczne kwitnienie wiosny, a ja się czuję niepewnie, a ja się czuję nieswojo, a ja się czuję obco. Gdyby natomiast zrobić transkrypcję naszej rozmowy, nie ilustrowaną tym zdjęciem osoby skądinąd, osoby, której ciało chce do domu odespać kaca, które chce się przytulić do kogoś, kogo nazwie domem, które chce dom nosić w sobie, ale nie umie go znaleźć, gdyby zrobić transkrypcję, odnaleźlibyście w niej sympatyczną, entuzjastyczną, otwartą i zainteresowaną innymi osóbkę o żywej inteligencji i ciętym dowcipie. Odnaleźlibyście kogoś, kto wyczuwa nastroje, kto wkomponowuje się w grupową dynamikę, kto potrafi się dostosować do każdej grupy. Wczoraj po południu mokotowscy hipsterzy i dizajnerzy, potem improwizatorzy i pozarządowcy, dzisiaj artyści i jogini, jutro korporacyjne gwiazdy. Zawsze taktownie, zawsze z zaciekawieniem i wrażliwością. Zawsze otwarcie, przyjaźnie, życzliwie, z szacunkiem. 

      I kiedy to piszę, mam wrażenie, że zrzucam skórę. Że wyłania mi się spod tej skóry człowiek dorosły i przytomny, delikatny do granic możliwości, więc i niezwykle zmęczony. Głównie wewnętrzną walką o brak dysonansu. O bezgraniczną, bezrefleksyjną, niecenzurowaną spójność, której nawet nie chcę stosować. Lubię siebie - dyplomatkę. Lubię siebie mówiącą "tak" drugiej osobie - tak, opowiedz mi o swoim świecie własnymi słowami, tak, pokaż mi czym jesteś, co cię teraz zajmuje, tak, przemów własnym językiem, jestem jego ciekawa. Nie będę cię zmieniać, dominować nad tobą, próbować cię kontrolować. Nie będę manipulować. Tak, dzięki temu odbywam codzienne podróże do wnętrz ludzkich mikrokosmosów, jest ich dużo, nie we wszystkich czuję się dobrze widziana, nie we wszystkich chcę zostać na długo, nie w każdym się cieszę, że zawitałam. 

      Ale nie jestem w stanie być tą nową, koronkowej wrażliwości wersją siebie nieustannie. Potrzebuję się raz na jakiś czas wycofywać. Potrzebuję się też pogodzić, że czasem trafię na człowieka, który sprawi, że pożałuję swojej otwartości. Który mnie wewnątrz w kontakcie przybrudzi, naruszy, wybije z równowagi.

      Niektóre mikrokosmosy nudzą mnie, inne nużą, przerażają, degustują, inne fascynują, inne kuszą, inne zachwycają. Poruszam się wokół nich na palcach, a wewnątrz mnie rozbłyskują fajerwerki wszystkich możliwych emocji. Nie wyobrażacie sobie nawet ile we mnie wzbudzacie energetycznych wyładowań, ile zjawisk pogodowych się przeze mnie przetacza na styku mnie i was. Nie umiem się bronić przed waszymi światami, ale nie chcę się na nie zamykać. Zapomniałam już jak do nich wkraczać delikatnie, jak się w nich rozgaszczać, jak rozglądać bez szkody dla siebie, jak się spotykać, żeby nam obojgu było dobrze. Nie pamiętam, nie wiem, jak nie nadszarpnąć ich właścicieli, nieskończenie delikatnych, a jednak silniejszych niż mi się wydaje. Nie jestem pewna kiedy mi przysługuje prawo odejść, kiedy tupnąć, kiedy odmówić, kiedy się zatrzasnąć z hukiem i nie pozwolić na emocjonalne spotkanie. Tyle jest wersji człowieczeństwa, tyle przemocy, tyle strachu, tyle nieczytelności, niedopowiedzialności. Tyle ukrytego. Tyle nigdy nie do odkrycia. 

      Spotykam, spotykam niezmordowanie. Potrzebuję elastyczności. Żeby na was uważać, żeby na siebie uważać. Mam momenty paniki przed takim życiem. A z momentami paniki przeplatają się momenty euforii. Bo wkraczam w zupełnie nową przygodę. Bo się już nie mogę doczekać. Bo nie ma zasad. Bo nigdy nic nie wiadomo. Zaczynam się czuć świeża i bezbronna równocześnie. Otwarta na przyszłość i bezgranicznie nią umęczona. Chętna i niechętna. Ciekawa i wściekła, że znowu i znowu i znowu będę próbować, wywracać się, denerwować, próbować, wywracać, triumfować, próbować, wywracać, uczyć się i wzrastać. Ogarnia mnie fala czułości wobec ludzi i ich zbiorowego szaleństwa. Zaczynam mieć w sobie pokój. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Autentyczność”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 kwietnia 2018 09:17
  • niedziela, 08 kwietnia 2018
    • Rok słyszenia "nie"

      Rok słyszenia "nie"

      Nigdy nie myślałam, że to powiem. Dziękuję wszystkim, którzy mi w odchodzącym, czterdziestym pierwszym roku mojego życia odmówili. Dziękuję tym, którym nie byłam potrzebna, którzy nie chcieli się ze mną przyjaźnić, pracować, tworzyć domu. Dziękuję wszystkim, którzy poszli swoją drogą, zignorowali, zapomnieli, pozwolili odpłynąć i nie próbowali zatrzymać. Wam dziękuję najbardziej. Myślę, że gdyby zmapować rzeczywistość według popkultury i towarzyskich rozmówek, większość z nas aspiruje do pozycji władzy albo charyzmy, z której wywiera nieograniczony wpływ na otoczenie. Jeśli by się sobie samemu trzeźwo i bezlitośnie przyjrzeć - ja i ty tak samo chcemy żeby się nam świat skonfigurował w przyjazny, łatwy, uspokajający i bezwysiłkowy ciepły dom. W takim domu wszyscy jesteśmy rozwydrzonymi, przerażonymi bachorkami. Kochankowie i kochanki ścielą nam się tabunami pod oknami, swipe left, swipe right. Jemy co chcemy i kiedy chcemy, a kurier ubera pnie się na trzecie piętro bez windy żebyśmy my, broń Boże, nie dostali zadyszki przed obiadem. Bluzki, książki i perfumy kosztują nas jedno kliknięcie i już są na progu. Chcielibyśmy jak najszybciej zostać prezesem, kierownikiem, dyrektorem i jeszcze i jeszcze i jeszcze najchętniej teleportować się z miejsca na miejsce. Tymczasem bozia dała przeciętną urodę, ciało, które się łatwo męczy i choruje, ułomny mózg. Nie wiem jak wy, ale ja mam ograniczoną moc generowania szczęścia na zawołanie. Większość mojego szczęścia pojawia się przypadkiem, absurdalnie i niezasłużenie. Wymaga głównie przytomności i otwartości i gotowości żeby czuć wdzięczność i zachwyt, żeby pozwolić życiu przemówić takim, jakie jest. A życie na pewno nie jest bezbolesne. Dziękuję moim szefom, że nie kupili od razu moich pomysłów. Teraz jestem bardziej gotowa żeby je dostosować do potrzeb innych ludzi i twardych realiów. Teraz o nie z większym przekonaniem powalczę. Dziękuję byłej szefowej, która nie walczyła, nie prosiła, nie negocjowała żebym została. Przeżyłam dzięki temu najbardziej pouczającą żałobę swojego życia. Dziękuję tym paru facetom, którzy próbowali mnie kochać i dać mi się kochać. Dzięki wam wzrosłam, ozdrowiałam, odzyskałam nadzieję. Dzięki wam potłukłem się na małe kawałki, stanęłam oko w oko z rozpaczą i furią i zrozumiałam, że nikt poza mną samą nie złoży mnie z powrotem do kupy. Dziękuję osobom, które nie czytają tego bloga, które milczeniem odpowiadają na moje tworzenie. Dzięki wam zaczynam umieć pisać dla siebie, z czystej potrzeby, a nie po to, żeby w kimś wywołać jakąkolwiek reakcję. Świat potrzebuje niezmąconej, upartej, wściekłej pasji tworzenia, bez względu na to, ilu osobom przypadną owoce takiej twórczości do gustu. Wasze "tak" jest podarunkiem. Jest o was, a nie o mnie. Ma wielką wartość i powinno nas się w szkole uczyć jak rozpoznawać i szanować szczere, autentyczne, niewymuszone "tak". Nie cisnąć, nie strzelać focha, nie straszyć, nie manipulować.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Rok słyszenia "nie"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 kwietnia 2018 10:44
  • środa, 04 kwietnia 2018
    • Przebaczenie

      Jestem w takim miejscu, z którego można tylko przebaczyć. Jestem w miejscu, z którego komuś, kogo bardzo kochałam musiałam powiedzieć "proszę, żebyś się już ze mną nie kontaktował", a dzień wcześniej na terapii opowiadałam swojej pani od duszy, że umiem go już zobaczyć całego, że rozumiem, co tak kochałam, kogo tak kochałam, jak zachwycający był kiedy po prostu był, wcale nie wtedy kiedy szczodrze dawał, nie wtedy kiedy mnie uczył i rozwijał, nie wtedy kiedy się mną opiekował, poświęcał dla mnie czy spinał, i rozumiem, że naprawdę go kochałam, niepodważalnie go kochałam, że kiedy mi się wydaje, że chcę umrzeć, to umrzeć musi ten kawałek mnie, który chce jego powrotu. Żebym mogła kochać kogoś innego. Rozumiem. Że nie był mi do niczego potrzebny, doskonale sobie radzę bez niego (no dobrze, może nie doskonale, ale wystarczająco dobrze). Nie był mi potrzebny jako parobek, jako pan złota rączka, ani jako spełniacz emocjonalnych potrzeb. Nagle się okazuje, że ja sobie je spełnię, dziękuję bardzo, że najpiękniejsze kurwa w tym wszystkim było móc towarzyszyć drugiemu człowiekowi w tym jak odkrywa świat, jak siebie odkrywa, jak rozkwita, rozwija się, eksperymentuje, jak oddycha, chodzi, patrzy, jest. Jak się cieszy tworząc, bawiąc się, próbując, rozwiązując problemy, pomagając, zaprzyjaźniając się, jak się boi, jak się przyznaje do strachu, jak to strasznie boli nawet myśleć o jego intensywnej prawdziwości, o tym jak blisko do siebie ni stąd ni z owąd podeszliśmy. Proszę, żebyś się już ze mną nie kontaktował.

      Potem nie jestem w stanie funkcjonować normalnie. Płaczę w najgłupszych momentach. Nie zasłużyłam na to. Nie mogę uwierzyć, że teraz właśnie będę wybaczać, za całe swoje życie, wszystkie niekochania wybaczać.

      To jest miejsce, w którym rozumiem, jak bardzo, jak mocno, jak głęboko, jak naprawdę potrafiłam w życiu kochać. Miejsce, z którego widzę, że to ma wartość, że ja mam przez to wartość. To jest miejsce, w którym rozumiem, że tylko to potrafię i tylko to mogę. Być i kochać. Nic więcej nie ma w gruncie rzeczy znaczenia, reszta to tylko farfocle. Moja miłość jest przeciwieństwem śmierci, jest istnieniem. To jest miejsce mojej niezaprzeczalności. Mojej prawdy. To jest miejsce, z którego niepojęte mi się wydaje jak sobie poczynali ważni dla mnie ludzie z moim sercem. Jak to jest możliwe, że drugi człowiek z jego oceaniczną głębią, z jego bezkresem wewnętrznym, z leczniczością kiedy się odsłoni i kiedy mu się zaufa, jak to możliwe, że on nie zobaczył, że dostał na moment cud. Cud w mojej postaci i w postaci swojego własnego otwarcia się na mnie i w postaci możliwości zostania dla mnie cudem. Jak to możliwe?

      Dotknęłam pewnie teraz swojej najboleśniejszej słabości, ale nagle sobie myślę, że przecież to nie słabość, że ja już zostanę w tym miejscu paraliżującego bólu, bo to moje źródło, bo bez tego bez sensu jest wszystko, bo chociaż poobijana, chociaż delikatna, to przecież tak intensywnie elektryczna jestem tutaj i teraz, czuję każdy swój impuls nerwowy, wiem gdzie się kończę, gdzie zaczynam, nie można mi tego odebrać. Nie można zaprzeczyć.

      Moja mama pytała dlaczego to zrobiłam, dlaczego ci kazałam zniknąć z powierzchni ziemi, ulotnić się z mojego wszechświata, powiedziałam jej, że ja ciebie zobaczyłam pełnego, a ty mnie nie potrafisz. Tak jak sobie amputujesz wielkie połacie samego siebie, tak i mnie potrafisz widzieć tylko fragmentami. Do czegoś jest ci potrzebne to, żebym została tylko zła albo tylko samolubna, ta twoja kolejna była, która odciągała cię od rodziny, potrzebujesz mnie zafałszować, przesadzić, żeby prościej było, żeby nakarmić jakąś potrzebę domknięcia, racji, winy, żeby samemu poczuć się szlachetniej i spokojniej, potrzebne ci jest żeby ta twoja była została jakąś cechą albo funkcją, tylko materialistką albo jedynie obsesyjną kucharką, może zapamiętasz, wspaniałomyślnie, jak nam w łóżku było swobodnie, a może nie stać cię nawet na tyle. Moja mama pytała dlaczego cię odcięłam, ale przecież ty mnie poodcinałeś dużo wcześniej. Miałam być macicą, która wyprodukuje twojej mamie grzeczne wnuki, a i proboszcz nareszcie się zamknie w drzwiach kościoła i przestanie dopytywać się o nie swoje plany prokreacji. Miałam być czystym, zadbanym domem. Miałam być rosołem podczas choroby. Miałam być uchem, które słucha twojego dnia. Byłam tym wszystkim i byłam jeszcze więcej, chciałam tylko tyle i aż tyle żebyś mnie zobaczył całą. Żebyś chciał mnie całą zobaczyć. 

      Ale może to dręczenie. Bo jak można wymagać widzenia nieuszczkniętej, niepozakrywanej siebie od człowieka, który nawet nie wie, że on sam stanowi niewykastrowaną całość, że i jemu niczego do niczego nie brakuje?

      Można nie chcieć mojego podarunku zrobionego z odzwierciedlenia wszystkiego czym jesteś, ale to oznacza, że na początek i przede wszystkim nie chcesz samego siebie. Nie chcesz tak do końca, tak naprawdę zobaczyć swojego odbicia w moich oczach. "Proszę, żebyś się już ze mną nie kontaktował" brzmi okrutnie. Ale może powinnam była to powiedzieć dużo wcześniej. Zanim się nawet rozstaliśmy. Nie mam teraz na ciebie siły. Dałam ci tyle, ile jest w stanie dać człowiek, ale jako nieodrodny syn poranionej matki, nieodrodnej córki straumatyzowanej babki, choćbym ci miodem dupę smarowała, to i tak nie ten miód będzie. Ile wy macie wszyscy do poprzebaczania. Osłabiasz mnie. Nie pomagasz mi zdrowieć i odciągasz mnie od mojej prawdy. Nie mogę ci teraz pomóc. Nie chcę. Nie od tego jestem. Wróć kiedy sam poprzebaczasz i opłaczesz wszystko, co ci zrobiono, wszystko, czego w tobie nie zobaczono, wróć kiedy otrzepiesz i utulisz te kawałki siebie, które nigdy nie miały szansy zaistnieć w świetle dziennym, kiedy będziesz spójny i integralny, kiedy dowiesz się kim jesteś, a kim nie jesteś, głęboki, bezkresny, cudowny, oceaniczny ty, kiedy się odważysz oddzielić od osób, które nie odróżniają własnych potrzeb i uczuć od ciebie, które kolonizują miejsca należące wyłącznie do ciebie. Odkryj wolność, zamieszkaj w niej, bądź lekki, nie potrzebuj już niczego. Wtedy się ze mną skontaktuj. Teraz ja muszę zająć się sobą. Zasłużyłam na to. Bezkresna, głęboka, cudowna, oceaniczna ja.

      Dziękuję ci za wszystko, za ten rozpaczliwy ból też, za ból i za rozczarowanie, za furię ślepą i chęć unicestwienia, dziękuję, bo mnie zmusiły żeby w całej jaskrawości spojrzeć w twarz swojej miłości. Odkryć ją na nowo. Odzyskać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Przebaczenie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 04 kwietnia 2018 20:38
  • wtorek, 03 kwietnia 2018
    • Puszczanie bąków

      - Cześć, smacznego!

      Kiedy przechodzę obok biurowej kuchni już odruchowo wyrzucam z siebie z uśmiechem taką formułkę. W końcu tam prawie ciągle ktoś siedzi i coś konsumuje, więc dziewięć razy na dziesięć trafiam. Tym razem w drodze do windy kątem oka zobaczyłam koleżankę z synem. Przychodzą czasem razem do pracy, to w ogóle miejsce przyjazne dzieciom, więc wzięłam raz czy dwa ze sobą do biura moich siostrzeńców, byli zachwyceni.

      - Dzięki.

      Młody człowiek jest świetnie wychowany.

      - A co jesz?

      - Naleśniki.

      - A z czym?

      - Z jabłkiem.

      - Mmm. Pyszne. Lubię naleśniki z jabłkiem.

      - A chcesz jednego naleśnika, ciocia?

      Rozwaliła mnie ta "ciocia". Rozwaliła. Dziecko skróciło dystans w ułamek sekundy, nagle nie byłam już w szarostalowym biurze, nie marzyłam o wyprowadzeniu się w Bieszczady jakby praca zawodowa była stuprocentowym przeciwieństwem wolności, radości, człowieczeństwa i czułości. Nagle można było zostać spontanicznie poczęstowanym naleśnikiem i włączonym znienacka do kręgu najbliższych cioć. Zakochałam się w tym chłopcu w tym momencie. Roztopiłam się, rozlodowaciłam, została ze mnie na podłodze mokra, ale wzruszona, kałuża.

      - Kurczę, dziękuję ci bardzo, ale nie mogę niestety jeść naleśników, bo nie jem mąki pszennej.

      Mama chłopca przypomniała mu, że ma inną ciocię, tym razem rzeczywiście spokrewnioną, która też nie jada glutenu. Pokiwał głową.

      - Ja po naleśnikach puszczam gazy. - pochwalił się w zamian.

      - Roland! Przy jedzeniu?! - zawołała jego oburzona i wstrząśnięta matka, która przecież nie tak go wychowywała, poza tym jednak byłam znajomą z pracy, a kto wie kto jaki ma kodeks moralny i jak oburzony będzie fizjologią i fizjologicznymi fascynacjami ośmioletniego dziecka. Inna sprawa, że "puszczam gazy" to i tak triumf wychowawczy, bo większość chłopaków w podstawówce powiedziałaby "pierdzę" albo ewentualnie "puszczam bąki".

      - Ja rozumiem, że u ciebie w szkole chłopaki się teraz fascynują bąkami? - spróbowałam zgadnąć.

      - No trochę.

      - I co? Omawiacie różne rodzaje bąków? Głośne, ciche, cichacze, podstępne, śmierdzące, nieśmierdzące?

      Parsknął śmiechem i popatrzył kontrolnie na matkę.

      - Nie-e. 

      Ale ja założę się, że ta-ak.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 kwietnia 2018 22:03
  • środa, 21 marca 2018
    • Breloczek

      Magda patrzyła przez okno pociągu relacji Warszawa-Berlin na Polskę, jaką lubiła najbardziej - płową i popielatą, płaską, podmokłą, jeszcze trochę przypudrowaną śniegiem. Pustą i wyspokojoną. Przedwiosenną. Wczoraj na wschodzie i w centrum szalała śnieżyca, dziś na wysokości Kutna po śnieżycy nie zostało prawie ani śladu, bo tak mocno świeciło marcowe słońce.

       

      Przysadzista kobieta siedząca naprzeciwko Magdy odbijała się półprzezroczystym fantomem w szybie i w tej samej szklanej wersji czytała czasopismo dla gospodyń domowych. Umalowana po zęby śliczna białozęba modelka w nieskazitelnej galowej koszuli patrzyła na Magdę ze szpalt. Modelka trzymała pod pachą plastikową miskę ze szmatkami i środkami czyszczącymi i uśmiechała się szeroko zachęcając do przestudiowania artykułu, który instruował jak doprowadzić podłogi - panele, lakierowane i olejowane parkiety - do lśnienia. Magda myjąc podłogi nigdy nie wyglądała jak ta dziewczyna z gazety. Żadna z jej znajomych kobiet również nie. Na kolanach. Wściekłe, spocone, przemęczone, rozczochrane i rozchełstane tak.

       

      W grudniu 1982 roku Magda miała pięć lat, a jej młodszy brat prawie cztery. Jechali zupełnie innym pociągiem niż ten dzisiejszy - pluszowy i bezszelestny. Wtedy osiem osób wciśnięto na cztery spłowiałe, rudo-brązowe kanapki, od rozszczelnionych okien wiało z zewnątrz zmrożone powietrze, rdzawe syntetyczne zasłonki falowały w przeciągu, a rzężący system ogrzewania, chociaż produkował suche, ultragorące powietrze, przegrywał z zimnem. Dzieci wierciły się opatulone wełnianymi szalikami, popijały słodko-gorzką czarną herbatę z termosu, a ich babcia próbowała je zająć kolorowankami. Być może minęli w trasie, na wysokości Puław albo Ryk, jakiś świeży napis na murze. Zima wasza. Wiosna nasza. Albo zamalowany napis. Na nim nabazgrany szybko farbą drugi, propagandowy, naniesiony przez służby porządkowe. KOR = Żydzi.

       

      W srebrno-błękitnym pociągu z XXI wieku, który wzdycha zamiast stukać, chcąc nie chcąc, Magda wysłuchiwała fragmentów prywatnych żyć innych pasażerów. Komórki pozwalają nie przerywać ważnych życiowych wątków na czas podróży. Następuje niepojęte jeszcze kilka dekad temu (chociażby w czasach pięcioletniej Madzi i jej prawie czteroletniego brata) przesunięcie w czasoprzestrzeni. Z jałowej rzeczywistości kolejowej podróży można się przenieść bez wysiłku do biura, błyskawicznie dołączyć do żony w supermarkecie, bezboleśnie zapowiedzieć się w recepcji hotelu. Czułe słówka przeplatają się więc z negocjacjami w sprawie jakichś zamówień, pertraktacjami czy odwiedzimy was na obiad czy na herbatę, ale naprawdę, przecież nie będziemy wam robić kłopotu! Obcy ludzie wokół Magdy nagle nabierają treści, mięsistości, chcąc nie chcąc Magda dowiaduje się jak mówią, jak podchodzą do bliźniego, jaki mają styl emocjonalny i temperament. Kiedy planowała tę podróż, miała ochotę posiedzieć anonimowo, pobyć w kokonie własnych lektur i zajęć, a tymczasem cudze człowieczeństwo otacza ją i wymusza bierny udział w swojej aktywności. A potem dzwoni komórka Magdy i rachunek się bilansuje. Teraz ona absorbuje sobą otoczenie. Opowiada mamie o płowo-zielonych widokach, które uciekają w tył, o książce, w której wyczytała czułość do świata. Jeśli ktokolwiek podsłuchuje, to Magda nabierze dla niego konkretniejszych kształtów.

       

      W 1982 roku za oknami stukoczącego, zgrzytliwego, szarpiącego w przód i hamującego nagle pociągu w ciemności wczesnego wieczora bieleje niewyraźnie śnieg. Zima zawsze zbliżała Polaków. Ktoś wyjmuje foliową torebkę z garścią cukierków i częstuje współpasażerów, zaczynając oczywiście od dzieci. Brat Magdy jest mały i nie opanował jeszcze międzyludzkich konwenansów, więc wyciąga z torebki ściśniętą piąstkę najeżoną cukierkami. Babcia, zawsze czujna pedagożka, strofuje go uderzając językiem o podniebienie. Tsk, tsk, tsk. Chłopiec na komendę upuszcza nadprogramowe cukierki z powrotem do torebki. Madzi nie trzeba dyscyplinować. Delikatnie wyławia dokładnie jedną landrynkę i ładnie dziękuje siwemu mężczyźnie, który częstował. Najbardziej lubi białe, ale białych nie było. Nie każdy zestaw landrynek w sklepie zawiera tę mleczną, karmelkową odmianę. Po białych następuje wyrwa w upodobaniach pięcioletniej Madzi, długo, długo nic, a potem dopiero pojawiają się w jej świecie czerwone, wiśniowe landryny. Taką właśnie landrynkę bierze Madzia. Wiśniowy cukierek od razu przykleja jej się do podniebienia. Odrobinę hiperwentyluje.

       

      Mijają opustoszałe jeszcze ogródki działkowe, a sąsiad, dobrze zbudowany szpakowaty mężczyzna z kwadratową szczęką kowboja trąca ją delikatnie w ramię i pyta czy mówi po angielsku. Magda kiwa głową. 

      - Co mogę dla pana zrobić?

      - Mogłaby mi pani powiedzieć co to jest za oknem? Te małe ogródki z barakami? Czy tam mieszkają ludzie? Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

      Mężczyzna mówi głębokim, pewnym głosem, jakby przywykł do wydawania poleceń i reprymend. Chyba myśli, że to polska odmiana faveli. Magda nigdy wcześniej nie musiała się nad podobnym pytaniem zastanawiać.

      - To ogródki działkowe - używa brytyjskiego słowa "allotments", na które Amerykanin reaguje wzruszeniem muskularnych ramion.

      - To takie małe kawałki ziemi, gdzie ludzie mieszkający w mieście mogą sobie uprawiać warzywa i owoce na własny użytek. W tych domkach raczej nikt nie mieszka, ale ludzie czasem całymi rodzinami spędzają na działkach weekendy, robią grille, odpoczywają i pracują.

      - Podoba mi się to. - powiedział odrobinę kolonialnym tonem, jakby właśnie oficjalnie zaaprobował i powołał do życia instytucję polskiego ogródka działkowego. Jakby dopuszczenie czegoś do własnej świadomości miało globalną moc stwórczą.

      - Mój dziadek miał taką działkę, - mówi Magda zapraszając Amerykanina do dalszej rozmowy.

      - A jesteś Polką? Twój angielski jest świetny!

      Kiedy pierwszy raz w życiu usłyszała tę formułkę była absolutnie zachwycona. Głównie sama sobą. Po latach spędzonych w Anglii zrozumiała, że to standardowy komplement dla cudzoziemców. Podziękowała jednak.

      - Gdzie się nauczyłaś tak mówić? - zapytał Amerykanin.

      - Kiedy miałam piętnaście lat pojechałam na rok do liceum do Stanów.

      - Mieszkałaś w Stanach? Gdzie?

      - W Illinois. A ty skąd jesteś?

      - Ja jestem z południa. Z Georgii.

       

      Babcia zawsze była rozmowna i łatwo nawiązywała znajomości. Magda przypominała sobie jej pobyt w szpitalu, około 2010 roku, kiedy zamiast ślimaczo powoli wracać do zdrowia, starsza pani po dwóch dniach promieniała konwersując czarująco z dwiema nowymi przyjaciółkami z sali pooperacyjnej, które owinęła sobie wokół palca. W 1982 roku umiała coś jeszcze bardziej wyrafinowanego. Potrafiła spontanicznie wejść w szybką komitywę z obcymi ludźmi w przedziale pociągu, ale mimo serdecznej wylewności nie ujawnić prawie nic na temat swój ani swoich wnuków. Kto wie, z kim tak naprawdę jechało się w przedziale, kto po której był stronie. Wokół Madzi i Pawełka tkała więc misterne konstrukcje niedopowiedzeń pod pozorem lekkich jak piórko rozmówek o zaspach i zawiejach, o nadchodzących świętach, ozdobach choinkowych i kryzysowych prezentach dla dzieci (któraś z pań w przedziale zdobyła trochę kolorowej kory, więc szyła synowej i wnusiom ładne poszewki na jaśki). O jedzeniu, zawsze o jedzeniu. 

       

      Zdarzyło jej się, kiedy już wyczuła odpowiednią atmosferę albo dostała sprzyjającą rozluźnieniu lampeczkę alkoholu, że wyrecytowała zbereźny wierszyk, każąc dzieciom uprzednio zatkać na moment uszy. Wtedy wybuchały fajerwerki dorosłego entuzjazmu, ktoś przypominał sobie podobny kuplecik albo całkiem inny pieprzny żarcik. Dzieci patrzyły tylko zdziwione, nadal karnie zakrywając uszy całymi dłońmi, na pozbawioną fonii szaloną radość rozrechotanych starszych, na co dzień poważnych na granicy rozpaczy, opryskliwych na granicy przemocy, złamanych i pospinanych, teraz trzymających się za brzuchy, rozdygotanych, rozkiwanych.

       

      Amerykanin szybko się przyznał, że jest policjantem, że zawsze chciał pojechać do Europy, że wziął razem z kumplem urlop i że zaczęli w Moskwie, potem była Warszawa, a teraz jadą do Berlina, tak jak Magda. Co Magda planuje robić w Berlinie? To miłe, że zadawał pytania. Magda nie była przyzwyczajona, że mężczyźni są zainteresowani treścią jej duszy (nie brała tego osobiście, wydawali się umiarkowanie zainteresowani treścią czyjejkolwiek, może po prostu nie wiedzieli, że inni ludzie mają dusze?), więc z przyjemnością skorzystała z tej okazji, żeby po raz pierwszy wypowiedzieć na głos to i owo, rozmaite sprawy, które się już w niej nie mieściły, które za długo czekały na wypowiedzenie. Nie czuła do tego faceta pociągu, ale platonicznie komfortowo się czuła w jego towarzystwie. Skracał dystans, chociaż robił to z pozycji jakiejś niewyjaśnionej wyższości. Nietykalności. Samotności.

      -Chciałam trochę odpocząć od Warszawy, pozwiedzać, zawsze lubiłam Berlin, bo to niby duże miasto, a jakieś takie bardziej stateczne, spokojniejsze, osadzone w sobie. Tam nawet w centrum można znaleźć puste i ciche ulice. Ludzie się też jakoś przyjaźniej i bardziej refleksyjnie przemieszczają po Berlinie. Warszawa dokądś pędzi na łeb na szyję, coś próbuje udowodnić, przesadnie się stara, napina, wrzeszczy. To taka histeryczka, ale może jesteśmy na dorobki, może Niemcy już nic nie muszą udowadniać, więc stać ich na spokój? A może ja po prostu jestem za spokojna jak na to miasto? Za powolna. A tobie i twojemu koledze jak się podobała Warszawa?

      Zastanowił się. Jeszcze parę lat temu Magda, produkt swojej wojowniczej kultury, uznałaby, że to przejaw słabości, ten brak gotowych odpowiedzi. Jej rodzice, nauczyciele, księża i politycy zawsze mieli na podorędziu proste i od razu uformowane prawdy ogólne. Jej babcia, w PRLu nauczycielka rosyjskiego, ukształtowana przez Kościół Katolicki, feudalną, mizoginistyczną wieś lubelską i Stalinizm, była mistrzynią produkowania natychmiastowych nie znoszących sprzeciwu twierdzeń o wszystkim. Dopiero jako dorosła kobieta Magda zaczęła rozumieć, że babcine produkcje nie zawsze trzymały się kupy i doceniać szacunek dla rozmówcy, o jakim świadczy przemyślenie pytania i odpowiedź może opóźniona, ale wyważona.

      - Podobała mi się Warszawa – powiedział policjant. – Ludzie są bardzo mili i gościnni. Kilka osób na ulicy nam pomogło, pokierowało, poradziło to i owo, więc wyjeżdżamy z sympatycznymi wspomnieniami. Oczywiście bardzo smutno jest widzieć miasto, które było tak zniszczone przez wojnę. Ktoś powiedziałby, że to nie jest ładne miejsce, taka turystyczna atrakcja pozbawiona czaru, ale jeśli zna się jego historię, to zrozumiałe. Myślę, że Warszawiacy bardzo dużo przeżyli. Mam do nich wielki szacunek.

      Wrażliwy był.

      - A co planujecie robić w Berlinie?

       

      Alkohol, cukierki, zbereźne wierszyki, trzygodzinna podróż upływała w rozochoceniu, ludzie potrafią wytrzymać wszystko, ale nie potrafią opowiedzieć, jak tragedia miesza się z komedią, jak zabawa miesza się z przemocą, jak bycie ofiarą i bycie katem to płynne kategorie, które dotyczą po trochu każdego. W podręcznikach historii rok 1982 będzie opowiedziany grubą, prostacką kreską. Pojawi się w jego opisie garść męskich nazwisk i trochę dat, trochę geograficznych nazw, jakieś pojedyncze, kluczowe wydarzenia. Dla Magdy rok 1982 był rokiem jedzenia byle czego, rodzinnych napięć, których nie rozumiała i które, jak każde dziecko, uznawała za własną winę, biorąc na wątłe dziewczęce ramionka ich brzemię, spinając cały swój organizm żeby zapobiec tragediom. Parę lat później, kiedy odkryje instytucjonalny kościół, kiedy się będzie przygotowywać do męczenniczego życia polskiej kobiety, przetykanego spowiedziami i komuniami, parę lat później ta odpowiedzialność za los świata zamieni się w cowieczorne modlitwy, wielogodzinne sesje negocjacji z bogiem, podczas których, klęcząc w piżamce na tapczanie, Magda kolejno wymieni wszystkich członków rodziny, krewnych i przyjaciół, prosząc boga kolejno żeby im pozwolił żyć zdrowo i szczęśliwie. Nikt nie pisze o dziecięcej duchowości, którą wymusza na małych ludziach historia i nie pisze o tym, jak bardzo dzieci uspokaja radosny rechot dorosłych. Kiedy się na moment rozluźnią opiekunowie na ogół przygnieceni codziennością, dzieci oddychają z ulgą, zdejmują z ramionek bagaż nieszczęść niechybnych i spojrzenie surowego, bezlitosnego boga. Magda i jej braciszek, kiedy dorośli w przedziale na moment stracili czujność, zapomnieli o wrażliwych uszkach dzieciaczków, Magda i jej braciszek odjęli ręce od uszu i usłyszeli, że babcia z nowymi przyjaciółmi śpiewają rozochoceni chórem jakąś sprośną piosenkę. Dzieci poddały się natychmiast energii tej chwili, dały się ponieść entuzjastycznemu śpiewaniu. Paweł nucił. Magda z minimalnym opóźnieniem dośpiewywała słowa, które dopiero co usłyszała do melodii, która wydawała jej się mniej więcej właściwa. Pan od landrynek zachwyca się dziewczynką i zachęca ją do dalszego śpiewania. Babcia dopinguje dziecko, trochę tego zachwytu spłynie przecież i na nią, a Madzia zna tyle piosenek, proszę państwa, wiecie jak ona ładnie śpiewa, jaki ma delikatny głosik, w szkole do chóru ją zaprosili. Madzia nie lubi kiedy babcia kradnie jej zachwyt. Mama robi to samo. Zachwyt nigdy nie należał do niej, a tak chciała, tak bardzo chciała go przynajmniej raz dla siebie zatrzymać. Myśli, że może jeśli zaśpiewa, to nie będzie wątpliwości, że ten moment jest Magdy, a nie jej babci, nikt nie zagarnie tego momentu. Śpiewa więc, śpiewa piosenkę, którą słyszała bardzo wiele razy zza zamkniętych drzwi rodziców, kiedy przychodzili do nich sąsiedzi i znajomi, wszyscy przyciszonymi głosami śpiewali tę piosenkę. Nie bardzo wiadomo, skąd Madzia zna słowa, ale zna, wszystkie co do jednego na pamięć. Śpiewa więc, coraz śmielej, ale nikt nie wyraża zachwytu. Nikt już się nie uśmiecha. W przedziale zapada grobowa cisza.

       

      Magda opowiedziała Amerykaninowi tyle Polski ile dała rady, wytłumaczyła kilka niezrozumiałości, które wyłapał turysta. Co to są kioski „Ruchu”. Dlaczego Warszawiacy jeżdżą tak agresywnie i nagminnie łamią przepisy ruchu drogowego. Nawet rowerzyści. Skąd się wzięło w stolicy Polski tyle pięknych kobiet. Takich jak pani, dodał szarmancko, ale ona jego też nie pociągała, nie naprawdę. Flirt był grzecznościowy po obu stronach. Policjant miał wiedzę na poziomie przeciętnego obywatela wykształconego w USA, mętną świadomość wydarzeń drugiej wojny światowej, komunizmu, znał nazwę „Solidarność” i rozumiał, że polski naród cierpiał wiele. Dziwił się czystym ulicom i punktualnym autobusom Warszawy. Kulturalnie przyznawał, że jadą nowoczesnym pociągiem i że mieszkał w wygodnym hotelu. Ale nie rozumiał, nie głęboko, nie intymnie, jakby się nie starał, nie potrafił ukryć prześwitującego na jego twarzy wyrazu chłopięcego zadziwienia i ulgi, że to nie jego los. Magda pomyślała, że zmieni temat i zapytała go o jego życie w Georgii. Bardzo szybko, zanim się nawet zorientowała, dowiedziała się o nim, że popiera karę śmierci, uważa, że Amerykanie powinni mieć swobodny dostęp do broni, wyznaje tradycyjne wartości i że jest samotny, że szuka kobiety, jakiejś takiej abstrakcyjnej kobiety, jej intuicja mówiła, że dlatego zaczął od Moskwy, dlatego rozdzielili się z kolegą i siedzieli w dwóch różnych miejscach wagonu, że jakimś cudem miały się w ich życiu w trakcie tego urlopu pojawić stereotypowe dziewczyny ze wschodu – szczupłe, odziane w mini i w białe kozaczki, blondwłose, niebieskookie, nieprzesadnie wyemancypowane, więc obrotne w kuchni i bierne w sypialni, naiwnie marzące o amerykańskich kowbojach, wygłodniałe wręcz kowboja, który by je wyratował z głębin biografii naznaczonej ciężką pracą, jałowością, brakiem perspektyw i straumatyzowanymi patologiami w ramach potencjalnych partnerów życiowych. Kowboj, który by je porwał do Georgii, do swojego ładnego, schludnego domu z psem i ogrodem na tyłach. Magda oglądała zdjęcia urządzonego po spartańsku i na brązowo domeczku na telefonie policjanta i kulturalnie wzdychała w odpowiednich miejscach, zastanawiając się, dlaczego przechodzą przez cały ten rytuał, skoro już wiadomo im obojgu, że ona nie pasuje do schematu. Ma trzy dyplomy, zna trzy języki, jest samodzielna finansowo i rozwiedziona. Kiedy rozstawali się na Berlin Hauptbanhof poznała jego partnera i uścisnęła jego dłoń. Policjant pożegnał się elegancko. Życzyli sobie dobrego weekendu i już mieli rozejść się w dwie różne strony kiedy on zaczął szukać czegoś gorączkowo po kieszeniach skórzanej kurtki. W końcu w wewnętrznej kieszeni znalazł zapakowany w foliowy woreczek bladoróżowy breloczek. Włożył jej go w dłoń, uścisnął jeszcze raz, bez uśmiechu, być może policjanci z południa USA po prostu się nie uśmiechają, i zniknął w tłumie Berlińczyków. Otworzyła pięść i zobaczyła litery L.O.V.E.

       

      On natchniony i młody był, ich nie policzyłby nikt
      On im dodawał pieśnią sil, śpiewał, że blisko już świt
      Świec tysiące palili mu, znad głów unosił się dym
      Śpiewał, że czas, by runął mur, oni śpiewali wraz z nim

      Wyrwij murom zęby krat
      Zerwij kajdany, połam bat
      A mury runą, runą, runą
      I pogrzebią stary świat!

      Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów
      Niosła ze sobą starą treść, dreszcze na wskroś serc i dusz
      Śpiewali wiec, klaskali w rytm, jak wystrzał poklask ich brzmiał
      I ciążył łańcuch, zwlekał świt, on wciąż śpiewał i grał

      Wyrwij murom zęby krat
      Zerwij kajdany, połam bat
      A mury runą, runą, runą
      I pogrzebią stary świat!

      Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas
      I z pieśnią, że już blisko świt, szli ulicami miast
      Zwalali pomniki i rwali bruk - Ten z nami! Ten przeciw nam!
      Kto sam, ten nasz najgorszy wróg! A śpiewak także był sam

      Patrzył na równy tłumów marsz
      Milczał wsłuchany w kroków huk
      A mury rosły, rosły, rosły
      Łańcuch kołysał się u nóg...

      Patrzy na równy tłumów marsz
      Milczy wsłuchany w kroków huk
      A mury rosną, rosną, rosną
      Łańcuch kołysze się u nóg...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 21 marca 2018 16:14
  • niedziela, 11 marca 2018
    • Bycie dla siebie oparciem

      "The virtue in most request is conformity" (Najbardziej pożądaną przez innych cnotą jest konformizm) - Emerson

      "People say that what we're all seeking is a meaning for life. I don't think that's what we're really seeking. I think that what we're seeking is an experience of being alive, so that our life experiences on the purely physical plane will have resonances with our own innermost being and reality, so that we actually feel the rapture of being alive" (Mówi się, że wszyscy szukamy sensu życia. Ja tak nie myślę. Myślę, że tym, czego szukamy jest doświadczenie bycia w pełni żywym, tak aby nasze czysto fizyczne, zmysłowe doświadczenia odzwierciedlały naszą najgłębszą wewnętrzną rzeczywistość i nasz wewnętrzny intymny byt - a my odczulibyśmy zachwyt witalności." - Campbell

      Już raz - niedawno - pisałam na zadany temat z artykułu polecającego pisarskie medytacje, które budują oparcie w samym sobie ((https://www.artofmanliness.com/2018/02/28/31-days-greater-self-reliance/). Dzisiaj odsłona druga, bo ostatnio sprawiło mi to sporo przyjemności i okazało się być niezwykle budujące. Temat drugi w cyklu ćwiczeń budowania większej wewnątrzsterowności to odwaga pójścia za swoją własną potrzebą spójności ze światem i witalności, pełni, intensywności. To też pytanie kiedy i dlaczego poświęcamy ten rezonans między własną głębią i światem na zewnątrz dla poczucia bezpieczeństwa, dla głasków i zachwytów innych ludzi, dla przewidywalności. 

      Ja sobie myślę, że zapisałam się na rozmaite zajęcia - na rysunek, na improwizację, zaczęłam w ramach wolontariatu prowadzić konwersacje z angielskiego dla lokalnej społeczności, jadę niedługo na turniej debat parlamentarnych dla kobiet - w poszukiwaniu właśnie tego, w przeczuciu (a może wspomnieniu) pełni. Dlatego też regularnie sztacham się mediami społecznościowymi - obserwuję innych ludzi na pięknych zdjęciach w restauracjach, na szczytach gór, w apogeum imprezy i w zawodowym triumfie - żeby może i na mnie to jakoś spłynęło. Paradoks jest taki, że czepianie się ech pełni w świecie zewnętrznym, próba ich sprowokowania, zmuszenia szybko i przemocą żeby się zdarzyły, to także wymuszanie określonych emocji i zachowań na sobie i na innych. Paradoks jest taki, że - jak na ironię - pełnia na zajęciach rysunku zdarzyła mi się na razie tylko raz - w intensywnym przepływie kiedy eksperymentowałam z węglem i białą kredką i zlałam się na moment zmysłowo z udrapowanym fantazyjnie płótnem, które miałam odzwierciedlić na papierze, ze światłocieniem. Pozwoliłam im sobie być we mnie. Z naciskiem na POZWOLIŁAM.

      Drugie - oczekiwane, upragnione - doświadczenie intensywności bycia - rzeczywiście przyszło w czasie jednych z naszych sąsiedzkich konwersacji - dokładnie wtedy, kiedy puściłam kontrolę i oddałam ją komuś innemu. Do mojej grupy dołączyła bardzo śmiała i asertywna dziewczyna, która spoiła nas wszystkich prosecco i zagarnęła na moment rozmowę, pokierowała nią po swojemu. Usunąwszy się na lekkim radosnym rauszu w cień mogłam ekstatycznie obserwować spontaniczne reakcje ludzi, którzy się zaczynają lubić, ufać sobie, znajdować podobieństwa i odzwierciedlenia.

      Jaskrawe doświadczenie życia zdarzyło mi się też pomiędzy. W przestrzeniach gdzie teoretycznie nic szczególnego nie przynależy - bo przecież praca, przyjaźnie, miłość, pasje - to są zaprogramowane kulturowo miejsca na epifanie i na zachwyty. Kiedy byłam mała unikałam stąpania po rysach i krawędziach płyt chodnikowych. A tymczasem to w rysach i na krawędziach systemu jest to, czego szukam. Więc szłam w szary poranek z psem mokrą ulicą i natrafiliśmy na plastikowego gawrona, który spadł z balkonu w pobliskim bloku, gdzie miał pewnie odstraszać inne ptaki. Mój pies go zaczął wąchać, a mnie, jak prąd, przeszyło wspomnienie-rozpoznanie. Cudownego absurdu. Dysonansu. Pomyślałam, że jeśli tego będzie w moim życiu więcej, to da mi to siłę. To mogę tak żyć.

      Na pewno żadne doświadczenie witalności mi się nie zdarza kiedy go strasznie, nadludzko, w wielkim spięciu chcę. Jak małe dziecko uruchamiam wtedy wszystkie swoje zasoby - napinam mięśnie, mobilizuję systemy witalne, żyłkę pierdzącą i maszynerię wewnętrzną. I nic.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 marca 2018 10:25
  • sobota, 10 marca 2018
    • Kronika niesprawiedliwości

      Nie wiem, może ten blog powinien nazywać się tak, jak dzisiejszy wpis. Kronika niesprawiedliwości. Dziennik ofiary. Pamiętnik pominiętej, niezauważonej, pogrążonej w ciszy i realizującej się bezinteresownie w kulisach. Moja terapeutka się cieszy, że jej po raz kolejny mówię, że jej nienawidzę, no nienawidzę jej. Ja się zastanawiam, czy kiedykolwiek nazwę niesprawiedliwość wprost i na bieżąco, wścieknę się i wykrzyczę sprzeciw w momencie kiedy jeszcze coś można zmienić. Na razie w bezpiecznym pokoiku, na drewnianej podłodze, przy rozbuchanej kozie, bo im dalej od kozy, tym zimniej, na razie w cieplarnianych warunkach terapii wyrażam sprzeciw cichutko i nie ryzykując zbyt wiele.

      A w realu funkcjonuję na granicy ataku paniki. W pomieszaniu i przebodźcowaniu, żonglując swoimi licznymi pokazowymi tożsamościami tak, żeby nikt nie zauważył jak bardzo jestem w środku nienawistna i zgorzkniała. Siedzę w dusznej piwnicy o niskim suficie, mam nadwagę, bo zajadam tęsknotę za spaniem w przytuleniu do czyichś ciepłych pleców. Dwa rzędy przede mną para mężczyzn trzyma się czule za ręce. Jeden z nich, blondyn o delikatnych rysach i prościuteńkim nosie, głaszcze swojego faceta po policzku. Mnie prawie podrywa z krzesła zawiść. Ja chcę tak być głaskana. Nienawidzę ich. Na scenie rozgrywa się rozkoszny absurd w języku angielskim. Cztery osoby wywołują duchy, filmują seksualne demony, próbują ratować toksyczną relację z matką, próbują posklejać rozpadające się małżeństwo. A wszystko improwizowane przez trupę trzech błyskotliwych polskich dziewczyn i jednego faceta z Chicago. Zaśmiewamy się, a w międzyczasie robi się coraz duszniej. Patrzę na jedną z tych dziewczyn, już ją widziałam kiedyś na tej scenie. Jest wysoka, szczupła, zjawiskowa. Jej twarz doskonale gra demona i tak samo idealnie wciela się w rolę niewdzięcznej małżonki. Coraz goręcej, coraz mniej powietrza. Piję łyk wody z butelki, zdejmuję sweter. Ale nie jest mi dobrze, coś buzuje, coś starego i znajomego, coś zupełnie absurdalnie przyklejonego do teatrów, samolotów i metra, do miejsc, gdzie się jest w ciasnej przestrzeni z innymi ludźmi, potrzebuję wyjść, bo inaczej zacznę krzyczeć i przerwę ten spektakl, zabieram płaszcz i sam fakt podniesienia się i przeproszenia dziewczyny z siedzenia obok rozładowuje napięcie. Nie zniosę zdolności tej rudowłosej kobiety na scenie, swojej zazdrości i bezradności, nie zniosę jej urody, jej seksapilu, nie zdzierżę tych dwóch facetów, którzy się niezbyt dawno zakochali, bo dają i dają i dają szczodrze, jakby się wpatrywali nawzajem w dwa cudy. Nie dostałam dzisiaj ataku paniki, jakaś emocjonalna torbiel za to pyknęła mi w głowie i zrozumiałam.

      Wcześniej tego samego dnia skończyłam swój pierwszy w życiu kurs improwizacji. Jestem nieśmiała. Obcy ludzie mnie obezwładniają. Występowanie, i to bez skryptu, przed grupą nieznanych mi osób to obciążenie i wyzwanie. Na ten kurs jeździłam zawsze z duszą na ramieniu, łamałam się cały dzień, negocjowałam sama ze sobą czy może aby nie mam dobrego powodu żeby jednak zostać w domu. Wracały do mnie mdłościami stare okrutne wspomnienia. A jednak każda sesja, rozpędzona, dynamiczna, zmuszająca do bycia tu i teraz, każda sesja zabaw i gier na spontaniczność energetyzowała mnie i inspirowała. Przydawała się też w codziennym życiu. W improwizacji jest na przykład żelazna zasada "tak, i", która oznacza, że kiedy drugi człowiek przychodzi do nas z jakąś "ofertą" - o czymś chce opowiedzieć, coś pokazać, czymś się podzielić ze swojego życia, zdrowo i konstruktywnie i twórczo jest mu na tę ofertę nie reagować typowo po polsku (no co ty mówisz, wcale tak nie jest, oj tam oj tam), ale w duchu "tak, i". Zgodzić się, przyjąć, zaakceptować, po czym dodać coś od siebie. Po cyklu sześciu warsztatów, dzięki którym trochę wróciłam do rzeczywistości, trochę odczarowałam robienie z siebie głupola publicznie, trochę doceniłam jak mamy różną ekspresję jako ludzie, a na dodatek rozluźniłam się nieco, nasz instruktor usadził nas w kółku i oznajmił, że na koniec kursu podzielimy się pozytywną informacją zwrotną, po czym każdy dostanie wskazówki co w przyszłości poprawić.

      Chłopcy w naszej grupie byli świetni. Charakterystyczni, pewni siebie, błyskotliwi, odważni. Każdy miał wyrazistą specjalność (jeden zawsze grał wariatów, drugi zawsze przejmował inicjatywę, trzeci nie bał się kwestionować zasad) i równie wyrazistą słabość (za mało autentycznie, zbyt zachowawczo, zbyt mało ekspresyjnie). Z dziewczynami szybko okazało się co innego. Jak zwykle z opóźnionym zapłonem, w duchu "esprit d'escalier", olśniło mnie, że coś we mnie zgrzytnęło dopiero nad jakimś kurczakiem z brokułami w chińskiej knajpie, kiedy godzinę później trawiłam ten dziwny wiosenny dzień (bez czapki! w okularach słonecznych!). Bo mianowicie okazało się, że dziewczyn nie ma za bardzo za co pochwalić. Natomiast wszystkie, jedna po drugiej, usłyszałyśmy żeby wyjść ze swojej głowy, żeby wyjąć sobie kij z tyłka, żeby przestać przejmować się tym, co ludzie pomyślą (to ja, bardzo słusznie), żeby się nie bać tak bardzo. Nasz instruktor miał w każdym przypadku stuprocentową rację. W punkt. Dziewczyna z kijem w tyłku powinna się go pozbyć. Dziewczyna z syndromem pilnej uczennicy powinna podjąć jakieś ryzyko, dać sobie popłynąć. Ja powinnam wyjść z głowy i - cytując instruktorską poradę dla wszystkich pań - wypić wirtualnego drinka na rozluźnienie. W punkt.

      Jestem przyzwyczajona, że nikt się mną nie zachwyca.

      Jestem przepełniona goryczą, że nikt się mną nie zachwyca.

      Mam w sobie po kokardę gniewu, ze nikt się mną nie zachwyca. Dlaczego nikt się mną nie zachwyca?

      Moi koledzy z warsztatów rzeczywiście bywali zachwycający. Inspirowali mnie. Parę koleżanek też. Kiedy patrzyłam od środka na moje własne postępy i moje własne występy, przez tych sześć tygodni zdarzyło mi się kilka razy coś fajowego, wybuchy śmiechu i trochę zaskoczenia na widowni, parę westchnień i zaciekawień. Zdziwiłam się. Że tak mało można o mnie dobrego powiedzieć. Ale przecież powinnno to dla mnie być oczywiste. Nie budzę zachwytu. Nie tak, jak Piotrek i Wojtek i Maciek. Miernik jest męski. Zawsze był i zawsze będzie. Mężczyźni tak naprawdę są zakochani w innych mężczyznach. Kobiety nie budzą takiego samego respektu i podziwu. Metabolizując ten wieczór na kurczaku z brokułem, za późno, bez refleksu, a za to ze znajomym kwaśnym posmakiem w ustach, że znowu zabrakło mi pewności swojego zdania, może zwariowałam, może przesadzam, może jestem przewrażliwiona, jak zwykle, metabolizując tę rundkę informacji zwrotnych, pomyślałam, że powinnam była powiedzieć na koniec, że te dziewczyny - z kijem w dupie, pospinane, przerażone, w swojej głowie - były niesamowicie odważne. Sam fakt przyjścia i przejścia przez ten cykl warsztatów dla kobiety - zniechęcanej do zabierania głosu, subtelnie karanej za dominację, za popisywanie się, przemilczanej kiedy jest śmieszna, przecież kobiety nie są zabawne - sam fakt przyjścia i przejścia tego doświadczenia jest aktem odwagi. Ja - tchórz - po czterech latach terapii - z sercem na ramieniu i mdłościami w żołądku - popełniłam akt odwagi, akt transgresji decydując się tak odsłonić przy obcych. Później, wieczorem, na scenie, zobaczyłam dziewczyny, które łamią wielowiekowe stereotypy, każda w swoim stylu, brawurowo, międzynarodowo, w obcym języku. Powinnam była do którejś podejść i pogratulować. Zamiast tego siedziałam kisząc się w swojej niemocy, wściekła, zazdrosna, bezradna, bo ile bym nie próbowała, zawsze usłyszę, że jestem za mało. Niewystarczająco. I któregoś dnia, po miesiącach mobbingu, po latach zniechęcania, po dekadach bycia przemilczaną, któregoś dnia zrezygnuję na dobre. Nie ja jedna. Każdy mój dzień jest więc triumfem woli. Każda próba, nawet nieśmiała, jest zwycięstwem nad niechętnym otoczeniem. Każda z tych dziewczyn, które ze mną podjęły ryzyko jest dzielna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kronika niesprawiedliwości”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 10 marca 2018 23:10

Kalendarz

Maj 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl