Kucharka Zen

Wpisy

  • piątek, 15 września 2017
    • Piszę piszę

      Czasami boję się pisać, tak bardzo bezpiecznie czuję się wśród liter, tak kołysze mnie w spokój stukanie delikatne w klawisze. Zdradliwie prawie, a co jeśli stracę czujność i zapamiętam się, co jeśli nagle od reszty życia zacznę wymagać tej samej błogości, która mnie otula pośród słów cudzych i własnych, w narracjach, w fantazjach, w wewnętrznych wszechświatach? Pamiętam, miałam kiedyś maszynę do pisania, pisało się wtedy gniewem, bo męska maszyna nieoliwiona wymagała siły, litery nie poddawały się bez walki, a ja miałam siłę tylko w gniewie, jak trzcina, miękka, poddańczo podatna na naciski, tnę kiedy się mnie próbuje wykorzenić. Pamiętam tamtą maszynę niechętną, tamto mozolne wymuszanie na niej wyrazów i zdań. Teraz klawiatury się głaszcze, teraz można pisać w niemocy porannej i zwiotczeniu wieczornym. Teraz można galopować wyćwiczonymi palcami po QWERTY, z radością wirtuoza, kiedyś kiedyś nie. Pamiętam. Kiedyś wszystko było trudniejsze.

      Piszę piszę, nie nadążam, tak piszę, piszę kiedy mogę i nie mogę, kiedy wiem i nie wiem. Pisałam zanim moi rówieśnicy dowiedzieli się, że istnieje abecadło. Czytałam zanim moi rówieśnicy zainteresowali się nawet istnieniem książek. Moim pierwszym przyjacielem był D'Artagnan. Piszę piszę. Piszę z respektem, z poczuciem, że porywam się na coś półboskiego, na moje dziewczęce dzieciństwo z zatęchłych pożółkłych kartek patrzyli krytycznie dziewiętnastowieczni brodacze. Jak starotestamentowy Ojciec, wydawali się niedostępni. Więcej. Nigdy nieosiągalni. Więc piszę piszę, jakbym wkraczała na terytorium należące do siwowłosych patriarchów, piszę piszę, w poczuciu transgresji, nieodpowiednie to dla mnie zajęcie, a moje wstydliwe tekstowe produkcje odczuwam jak wtargnięcie do gmachu którego niegodnam. Tam Platon i Dostojewski, tam Hemingway, tam Dickens i Zola. Żaden z nich nie aprobowałby. Żaden nie kiwnąłby zachęcająco głową, żaden nie klepnąłby po ramionku. Piszę piszę, o dziewczyńskim życiu, wypełnionym strzępami cudzych emocji i skrzepami cudzych nieszczęść, które współnoszę, wypełnionym supermarketowym siatkarstwem i chroniczną, dławiącą bezradnością, bo za zamkniętymi drzwiami ktoś inny coś umawia z kimś innym, a potem ja ponoszę konsekwencje. Więc ciężar pisania jak grzech starotestamentowy, bezwstydnie piszę swoje gorycze i swoje nudy, swoje rozczarowania i swoje nostalgie, a nie powinnam przecież, nie wolno mi, ot dziwactwo dziewczynki, która nie chciała się nigdy do końca pogodzić z ograniczeniami swojej płci. Nieszkodliwe szufladowe bzdurki. Boję się źle postawić wyraz, boję się wmusić moją ukochaną rzeczywistość w nieadekwatne zdania. Jakbym miała grafomanią zdradzić ludzi zobaczonych, zasłyszane dialogi, przetaczające się przeze mnie fale emocji. Życie samo w sobie. Tych braci na schodach do metra, jeden duży drugi mały, jeden niósł w futerale na plecach gitarę, drugi niósł na plecach gitarę. Duży dużą, mały małą. Dobrze? Prawdziwie? Właściwie? Czy razem ze mną odwracacie się aż boi szyja, czy patrzycie za nimi wyczuwając młodszego brata zagapienie się w starszego? Czy te zbitki liter cokolwiek w was kiedykolwiek poruszają, czy wzniecają rozpoznanie, czy zastanawiają, czy gniewają? Boję się, że jeśli tę jedną rzecz, której nie potrafię porzucić, której nigdy nikomu nie poświęciłam, zepsuję nieumiejętnością albo niedbałością, i ona, i ona, tak jak wszystko, jak wszyscy, przestanie odwzajemniać moje psie uwielbienie.

      Piszę, piszę, fizjologiczne, bezwarunkowo, a pisząc kocham, kochając piszę, jestem pisaniem, pisanie jest mną. Jedna krzywa kreska, jedna zapomniana kropka i świat być może się ode mnie odwróci. Bóg się odwróci. Myślałam, że piszę dla innych ludzi, dla nawiązania dialogu, ale i bez dialogu piszę, i w milczenie i w ciszę piszę. Piszę, bo żyję, żyję bo piszę.

      Widziałam tancerzy, którzy cali są tańcem i niczym innym już nie potrafią, tancerzy, którzy oddychają, jedzą, piją, mówią, śpią tańcem, rozpaczliwie prawie. Ale widziałam też tancerzy radosnych, czułych, rozwibrowanych ekstatycznie. Którzy być może mogliby nie tańczyć, ale dlaczegoż przestawać, skoro to takie dobre i piękne i proste i sensowne?

      Widziałam widziałam. 

      Oglądam czasem programy, w których iskra boża pięknym ludziom pozwala śpiewać. Ja wiem, że tam jest konkurencja, że sędziowie oceniają, że stawką jest wyniesienie ponad szarą masę nas, przeciętniaków, w coś innego, w jakieś podniecające niewiadome lepsze coś. Nie wiem, czy bardziej chcę po takich programach płakać czy biec do świata i go potrząsnąć, sama śpiewać czy zniszczyć coś, zniszczyć. Bóg iskry porozdawał nierówno, może mi się wydaje, że spłynie na mnie trochę tamtej telewizyjnej transcendencji, trochę euforii, która unosi, wynosi, amnezji poddaje. 

      Piszę piszę.

      Zawsze jest niebezpieczeństwo, że to tylko moje modły do wewnętrznego absolutu, do pamięci o czymś bardzo dawnym. Zawsze jest niebezpieczeństwo, że przeciętność to dożywotnia przypadłość, że się nie można rozwinąć ponad pewien poziom, że się utknie i zostanie. Ale pamiętam. Pamiętam. Kiedyś frunęłam. Kiedyś kochałam. Kiedyś byłam wielka, umiałam znieść samą siebie, swoje pożądania i rozpacze, zawiści destrukcyjne i chcenia niepohamowane. Kiedyś byłam odważna. Kiedyś kiedyś.

      Piszę piszę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Piszę piszę”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 15 września 2017 21:14
  • niedziela, 10 września 2017
    • Izba przyjęć. Druga rano.

      "Może pan się zaopatrzyć w wodę, kanapki, z sześć godzin się zejdzie". W niewielkim pomieszczeniu poczekalni stało około trzydziestu granatowych, niewygodnych krzeseł i nic więcej. Świetlówki przejaskrawiały nasze podkrążone oczy. Bebechy szpitala i wszyscy jego pracownicy chowali się skrzętnie za rzędem zatrzaśniętych drzwi, zza których odzywało się raz na jakiś czas upragnione "Ewa Kowalczyk" albo "Janusz Pietrzyński", zawsze omijając tych z nas, którzy czekali najdłużej. Trzy czterdziestokilkuletnie stewardessy strzeliste, smukłe, eleganckie w markowych czarnych ciuchach nawet w tym świetle prezentowały się doskonale. Przykładały sobie do nosów zamoczone wylanym drinkiem żurnale, sprawdzały czy nadal czuć na błyszczącym papierze alkohol i przyciszonymi głosami analizowały proces schodzenia z tego świata poprzez zatrucie czadem pod kątem jego relatywnych zalet. Poszkodowana powłóczyła nogami. Poszkodowana stewardessa kokieteryjnie wystawiała dyskretnie opalone ramię, z którego opadała bluzka i powłóczyła, szurała nogami. Próbowałam podsłuchać więcej, zgadnąć więcej, coś zdiagnozować. Najstarsza z nich ziewała szeroko i w sumie tyle. Poważna para inteligentów w stonowanych ubraniach czekała w wielogodzinnym milczeniu na informację o babci skierowanej na kardiologię. Siedzieli obok siebie wpatrując się w podłogę. Ich twarze nie zdradzały nic oprócz może wielkomiejskiej łagodności, dobrych manier mimo wszystko, wszędzie i zawsze. Wściekły człowiek z obciętym palcem wbiegał i wybiegał w przypadkowych momentach. Drugi, z obandażowanym i zakrwawionym kciukiem chodził nerwowo w tę i z powrotem. Przez kilka pierwszych godzin myślałam, że to jedna i ta sama osoba. Dwóch bardzo wesołych mężczyzn po alkoholu ("lepiej żartować niż chorować") zasiadło, rozgościło się, po czym zostało błyskawicznie wezwanych do środka, za tajemnicze lekarskie drzwi, za kulisy. A potem dwaj żatrownisie szybko, szybciej niż się pojawili, wyszli. Ratownik medyczny wwiózł kogoś, po czym wymaszerował z powrotem na zewnątrz i przysięgam, że kiedy przemierzał poczekalnię, miał zamknięte oczy, łapiąc cenne sekundy drzemki w ruchu, poruszając się być może dzięki echolokacji, bo przez ten krótki moment, zanim wrócił do ambulansu, jeszcze mógł. Odziana w pudrowy różowy sweterek nastolatka z opuchniętą kostką stukała dźwięcznymi tipsami w ekran telefonu ignorując również pudrowo różową, zafrasowaną matkę. Kiedy wreszcie ją zbadano, wyszła i od niechcenia opowiedziała, co lekarze stwierdzili, zapominając, myląc, mamrocząc i wzruszając ramionami. "Jakiś obrzęk, jakaś woda, coś tam z limfą," mówiła niechętnie. Matka łowiła łapczywie każde słowo tej diagnozy wyglądając jakby walczyła ze ścierającymi się instynktami zdzielenia i przytulenia tej swojej dziewuchy do piersi. W międzyczasie dwa razy wjechały puste nosze, raz pojawił się niczyj wózek inwalidzki, wtoczono też człowieka z obandażowaną głową, a później skuloną, delikatną, siwiutką starszą panią. Wrócił fotel inwalidzki, ale teraz siedziała w nim szara kobieta w szarym golfie z cienkim szarym końskim ogonem, zgarbiona żeby zmniejszyć ból gdzieś w brzuchu albo w klatce piersiowej. Toczyło ją trzech rozgadanych odblaskowych pomarańczowych mężczyzn ("jak tak dalej pójdzie sam tutaj wylądujesz"). Przed chwilą była awantura, ale nie wiem o co. "Może pan nas zaskarżyć jeśli pan chce," zawołał na cały głos pielęgniarz. Ułamek sekundy później nasz pacjent wyszedł ze zdiagnozowanym zapaleniem gardła, ale przedtem zdążył się zapodziać wśród krętych korytarzy i skomplikowanego labiryntu sal, schowków, wnęk i gabinetów. Pustych. Pogrążonych w półmroku. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 września 2017 10:37
  • środa, 06 września 2017
    • Na twardo

      No więc, po pierwsze, był ich cały koszyk. Prawdziwy, pleciony ręcznie, wiklinowy, wypełniony precyzyjnie ułożonym stosikiem nadal ciepłych jaj na twardo jeszcze w skorupkach. Niezależnie od tego, która z sióstr została tego dnia wyznaczona do jajecznego dyżuru, trzymała kosz mocno i delikatnie zarazem, jak kruche niemowlę w łamliwej kołysce. Podniecające było nagle dostać tak dużą odpowiedzialność. A z dużą odpowiedzialnością przychodzi ogromny niepokój. Moją głowę przepełniały wyraziste wizje tragicznych wypadków, jajka wysypujące się, spadające, odbijające się, rozbijające, roztańczone na ziemi, rozwirowane, zgniecione pod kopytami konia albo kołami wozu. Z trzaskiem, najpierw ostro i wyraźnie, potem miękko i rozplaskiem. To było najgorsze. Ten rozplask czegoś, co równie dobrze mogłoby być żywe.

      Jestem teraz dużo starsza. Pracuję jako ktoś na kształt urzędnika i kiedy zaczyna mnie roznosić, kiedy nie wytrzymuję już wypluwania z siebie PRowych tekstów zmielonych z wcześniej powstałych PRowych tekstów w moim szarym zimnym biurze, dysocjuję się, uciekam, moja głowa podróżuje wstecz w czasie, do tamtych wycieczek. I kiedy wspominam, kiedy smakuję te wspomnienia z całym tym rozbijaniem się, trzaskiem skorupek, piskiem nieoliwionych kół i rozplaskami białek na bitej drodze, tik-tak zawieszenia w czasie, obojętne tik-tak, nie tak jak dzisiaj kiedy pracuję i wszystko jest na jakąś godzinę, ciągle się z czymś ścigam, tik tak kopyt na jezdni, kiedy wspominam, nie potrafię rozkleić tych jajek na twardo od całej reszty wyprawy po jagody wozem drewnianym, który wiózł naszą piątkę do lasu i z powrotem. Jak wszystkie ukochane rytuały, tak i ten stapia się w gestalt, w zbitkę, w amalgamat, i nie ma sensu go rozbierać na części składowe. Dzieciństwo nie ma składowych części do analizowania. To czysta synestezja.

      No więc na ogół działało to tak, że nasza babcia zrobiła całą masę niewidzialnej kobiecej roboty bardzo wcześnie rano. I kiedy już zeszłyśmy z góry do kuchni, o nieludzkiej godzinie szóstej, całkiem ubrane i gotowe do drogi, kuchnia była wysprzątana, jedzenie ugotowane, przygotowane, spakowane, garnki umyte, gorące jajka ułożone w koszyku, szary pszenny chleb, który tak uwielbiałyśmy, chleb, który jadła cała Polska, pokrojony już w kromki, posmarowany masłem, złożony w eleganckie kanapki, owinięty białym woskowanym papierem śniadaniowym. Być może w środku krył się kawałek sera, kiełbasy albo boczku. Niedługo usłyszymy stukot wozu wuja na ulicy przed domem i będziemy się z siostrą ścigać do twardych drewnianych ławek niewygodnych, żałując, że jest już późny sierpień, żniwa skończone, a całe siano świata przewiezione do stodół, więc nie pojedziemy patrząc na świat z góry umoszczone w wygodnej, miękkiej, kłującej żółtej kopie.

      Jagodowy las leżał jakąś godzinę drogi, ale godziny mijały szybko w towarzystwie babci i wujenki, jej szwagierki, które kłóciły się zawzięcie, głośno, do pierwszej krwi, o wszystko. A jednak, jednak, jakimś cudem nie było w tych kłótniach agresji, nie było przemocy, tylko żywość emocji, od których wszystko wokół ożywało. Teatralność tych kłótni dostarczała nam rozrywki. Wujo, brat babci, który prowadził wóz, pozostawał milczący przez całą drogę. Stoicki, tak jak większość cichych, silnych mężczyzn jakich znałam. A raczej nie znałam, jeśli miałabym już być bezlitośnie uczciwa. Udało mi się przejść przez życie wśród elokwentnych, dominujących kobiet i ich wycofanych mężów, którzy na zawsze pozostali nieznajomi. Z tymi nieznajomymi dzieliłam rozmaite przygody, ale nigdy nie podzieliłam z nimi długich, głębokich, odsłaniających coś prawdziwego rozmów, dzięki którym zrozumiałabym być może cokolwiek z ich wewnętrznych żyć. Chyba że ich nie mieli. To najłatwiejsze robocze założenie o mężczyznach, z którym mogłabym żyć - że to egzotyczne, dziwne plemię - zabawne do obserwacji, niemożliwe do poznania i zrozumienia.

      Jagodowy las nie był ani głęboki ani mroczny, więc nie bałam się go. W tym lesie nie wyobrażałam sobie społeczności trolli, zbójników, gwałcicieli i terrorystów, którzy niechybnie zamieszkiwali starsze, bardziej niepokojące z okolicznych lasów. Światło słoneczne, przefiltrowane przez roztrzęsione listki migotało. Trawa i mech i krzewy jagodowe tworzyły rodzaj luksusowego zielonego kobierca przypominającego aksamit. Brodziłyśmy w nim z siostrą, a brodzenie stanowiło przyjemność nie mniejszą niż polowanie na najtłustsze, najsoczystsze, najokrąglejsze czarne owoce. Obie dostałyśmy po pustym litrowym słoiku do napełnienia. Powoli, stopniowo napełniałyśmy je. Uwielbiałam ten proces. Dodawanie po jednej małej kuleczce, wpadanie w trans, który towarzyszy prostym, powtarzalnym czynnościom i nagle ćwierć słoika była już pełna. Co okazywało się oczywistym osiągnięciem i wymagało zerknięcia w stronę siostry, młodszej, zwinniejszej, być może więc szybszej w tym konkretnym sporcie. Rywalizacja. Rywalizacja wydawała się wtedy tak zdrowa i naturalna i radosna. Nawet dla nas, dziewczynek, nie podejrzewających jeszcze, że niedługo zacznie się nas trenować w ugodowości. Pół słoika pełne. Piszczałyśmy z dumy. Babcia, pochylona nad swoim kawałkiem jagodowiska, patrzyła wtedy w naszą stronę i zarządzała przerwę na drugie śniadanie. 

      Jajka na twardo.

      Moja siostra uwielbiała babcine kury. Ganiała je po całym podwórku. Obserwowała ich interakcje. Zaprzyjaźniała się z nimi. Nadawała im imiona. Przytulała tak blisko, że zaczynałam się martwić. Bo może zmiażdży ich kruche, łamliwe kości. Chodziła za nimi jak lojalny kurczaczek. Próbowała nauczyć je latać i odkrywała, raz po raz, że nie potrafią. Któregoś słonecznego letniego dnia, być może kilka dni po jednym z naszych jagodowych pikników, kiedy piątka dorosłych uważnie obierała ze skorupek jaja gotowane na twardo i jadła je, kęs po suchym kęsie, popijając ciepławą, słodką herbatą z termosu. Ten zestaw - jaja i herbata - był też typowym posiłkiem na długie podróże pociągiem. Pamiętam, że kiedy ktoś w ośmioosobowym przedziale zainicjował jedzenie jaj, jaja wyjmowali też wszyscy inni pasażerowie, bo jaja lekko cuchnące siarką potrafiły zaśmierdzieć całą wspólną przestrzeń, więc jak śmierdzieć, to najlepiej kolektywnie. No więc może kilka dni po jednej z jagodowych wypraw, w okolicach końca lata, kiedy jabłka zaczynały pachnieć bardzo słodko, a liście gdzieniegdzie trzaskały pod butem, trawę palono wszędzie na polach, ten połączony zapach dymu, zgnilizny i dojrzałości na zawsze już dla mnie będzie oznaczać jesień, być może jednego z takich dni jedna z kur wypluła coś swoim kuperkiem, zgubiła coś, co wyglądało dziwnie i nie na miejscu. Kury babci były zdyscyplinowanymi stworzeniami. Niosły jajka w prywatności kurnika, w nocy, jakby w sekrecie. Mnie i siostrę wysyłano rano żeby je znaleźć i zebrać w słomie pod grzędą. Ale to, teraz, nagle spuszczone na ziemię w środku dnia, pośrodku podwórza, to teraz miało kształt jaja. Było miękkie, pozbawione skorupki, półprzezroczyste, przypominało zastygniętą galaretę, dymiło i miało kształt jaja. 

      To było jajo na miękko.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 06 września 2017 20:25
  • poniedziałek, 04 września 2017
    • Ość

      To historia-staruszka. I historia, która nie należy wyłącznie do mnie, jej główną bohaterką jest ktoś zupełnie inny, więc mogę co najwyżej opowiedzieć o niej z pozycji obserwatora. A pozycja obserwatora była siedząca, lekko zgarbiona, przekrzywiona na tapicerowanym krześle, przy dużym drewnianym stole jeszcze nie nakrytym do kolacji. Siedziałam czytając coś, a może udając, że czytam, bo starsza pani mówiła, mówiła, mówiła. Jej monolog mienił się wszystkimi emocjami, najwięcej tam było dumy, samotności i rozpaczy, ale ona wydawała się tego nie wiedzieć, to przecież były tylko ciekawostki z telewizji i z sąsiedztwa, kto zachorował, kto ma dziecko z księdzem, kto znalazł wreszcie miłość po wieloletnich porażkach. Schowałam nos w gazecie, jej mąż wpadł, jak to zwykle on w stupor. Niby był, ciałem, fizycznie, zwaliście, na swoim wytartym fotelu pod oknem, milczący i wpatrzony w przestrzeń. Ale nie było go. Nie uczestniczył. Córka starszej pani odpłynęła w smażenie wigilijnego karpia. Skwierczał na patelni kiedy rybne soki uderzyły gwałtownie w rozgrzany olej.

      Ta scena mogłaby trwać przez cały wieczór, ale w pewnej chwili córka starszej pani podeszła do stołu z talerzem pełnym złocistych, obtoczonych w mące kawałeczków mięsistej ryby. Usiadła i zaczęła je jeść, skupiona na każdym kęsie. Monolog nieprzerwany momentami zamieniał się w monotonne, rytmiczne wypluwanie słów, pozbawionych znaczenia, bo nie znałam tych ludzi, tych nazwisk, tych zależności i relacji, ale zabarwionych intensywnymi, zawsze kryzysowymi emocjami. Miałam wrażenie, od kiedy pamiętam, że tej starej kobiecie co chwila trzeba się było rzucać na ratunek. Nagliła, skarżyła się, błagała. Przez jakiś czas próbowałam. Ratować ją. Ale zawsze odganiała mnie jak natrętnego owada.

      - Ja zaraz wrócę. - powiedziała nagle znad ryby, cichuteńko, moja matka. - Pojadę tylko do szpitala i wrócę.

      Wiem dlaczego tak dyskretnie sama siebie wyprosiła z tej kuchni. Babcia zrobiłaby z ości utkniętej w jej gardle własną historię i znów zostałaby centrum uwagi. Dziadek milcząco, niekłopotliwie zszedłby na zawał. Więc usunęła się w stronę samochodu, a nam zajęło kilka sekund zrozumienie, co się właśnie zdarzyło. Babcia przygotowywała już lament, było to widać. Dziadek pobladł. Musiałam coś zrobić.

      - Pojadę z nią. - oświadczyłam. - Ktoś musi zostać przy telefonie. Biorę komórkę i będę dzwonić. Zadzwonię kiedy już dojedziemy na ostry dyżur. A potem kiedy się wszystko wyjaśni. Jeśli będziecie chcieli coś wiedzieć, dzwońcie do mnie, nie do niej.

      Za chwilę siedziałyśmy w zimnym samochodzie. Ja bez prawa jazdy. Tak ratowałam w kryzysie własną matkę. Ona, prewencyjnie nie mówiąc zupełnie nic, żeby ość nie przemieściła się przypadkiem głębiej w migdałek, wsiadła, zapięła pas, włożyła kluczyk w stacyjkę. Było biało. Jechałyśmy powoli, stabilnie. Milczałam. Nie mogłam jej próbować rozbawić, rozładować sytuacji, bo śmiech wydawał mi się ryzykowną czynnością.

      - Wiesz gdzie jest szpital? - zapytałam. - Czy wyguglować w telefonie?

      Wokół nas śnieg uspokajał i tak na ogół kojący krajobraz, tłumił dźwięki. W półmroku byłyśmy same na drodze. Między siódmą a ósmą. Na ostrym dyżurze będą się kłębić struci alkoholem mężczyźni, dla których nie było przedwigilijnej roboty, niepotrzebni mężczyźni. Laryngolog strajkuje, dowiemy się, bo lekarze mają zatarg z dyrekcją, a żaden inny lekarz nie będzie mógł bez prawnych konsekwencji nawet zajrzeć, a tym bardziej próbować usunąć matce z gardła ości karpiowej. Wyślą nas do miasta wojewódzkiego. Przejedziemy w milczeniu kolejne czterdzieści nocnych, otulonych białoniebieskim śniegiem równin. W ciemności czarne kikuty drzew będą wyciągać wyliniałe szpony to do nas, to do nieba, bezwietrzne powietrze nie poruszy ich dramatycznych sylwetek. Przez godzinę całkowitej ciszy zejdzie z nas obu napięcie i pojawi się coś mistycznego. Pogodzenie z absurdem. Pogodna obojętność.

      Przystojna pani laryngolog, samotna w przepastnych półmrokach szpitalnych korytarzy, rzuci okiem, wróci do gabinetu po pęsetę. W ułamek sekundy, wprawnym ruchem, uzdrowi mi matkę. W drodze powrotnej matka przemówi. A potem znów zamilkniemy. Pozwolimy uldze obmyć się od środka. Zadzwonimy do babci i dziadka. I znów zanurkujemy w nocnej śnieżnej przedświątecznej ciszy.

      Tak mi się przypomniało.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 września 2017 16:47
  • niedziela, 03 września 2017
    • Stanowisko pracy

      Śmialiśmy się tam, oczywiście. Siedzieliśmy stłoczeni na maleńkiej powierzchni, większymi i mniejszymi grupkami, czasem zamykaliśmy drzwi, ale ten pokoik nie miał wentylacji, więc nagrzewał się. Pracowały w nim zresztą trzy cudem tu pomieszczone komputery, więc potrafiło się zrobić duszno, sucho, jakby jakieś tajemnicze siły wsysały w ściany cały tlen zostawiając nam toksyczną próżnię. Ale przynajmniej dyrektorka nie otwierała drzwi swojego gabinetu i nie paradowała sugestywnie po korytarzu, tak jak to miała w zwyczaju robić kiedy jej zasób ludzki zachowywał się zbyt radośnie. Przemierzała więc te pięć metrów pokrytego wykładziną korytarza rzucając nam bezsilne, pogardliwe, znaczące spojrzenia. Po czym wracała do siebie. Więc często, prewencyjnie, zatrzaskiwaliśmy drzwi ryzykując omdlenie, chichotaliśmy do woli, a potem wynurzaliśmy się z tej szafy wnękowej (chciałaś swoje własne biuro?) purpurowi z przegrzania, słabi z niedotlenienia. Ale szczęśliwi. Pamiętam jeden dzień, nie zapowiadający się szczególnie, kiedy Alex, kolega, z którym chadzałem na wieczorne zajęcia Street Dance, a w przerwach obiadowych ćwiczyliśmy rozmaite proste choreografie - dzięki niemu zobaczyłam jak płynnie można łączyć w całość poszczególne kroki, zrozumiałam, że niektórzy ludzie są inteligentni ciałem tak, jak ja jestem inteligentna słowami - więc Alex wpadł do tej mojej klitki, odsunął mój fotel od komputera i włączył zmysłowy kawałek Kings of Leon, który po prostu ociekał seksem. Coś się nam pewnie przypomniało porzuconego na rzecz bezpiecznego zatrudnienia, ale jeszcze dostępnego w czeluściach pamięci. Wysłuchaliśmy tej narastającej jak zbliżający się orgazm piosenki kilkanaście razy, bo tak bardzo nie przystawała do zimna, do obojętności tego tanim kosztem, bez wyobraźni urządzonego, nijakiego biurowca w Mordorze. Jej zmysłowość była naszym nieszkodliwym aktem buntu w świecie, który - czego jeszcze nie wiedzieliśmy, ale już zaczynaliśmy podejrzewać, byliśmy młodzi i uroczo narcystyczni - wchłaniał i wypluwał ludzi takich jak my, młodych, zapalonych, głodnych uwagi i wpływu, gotowych do poświęceń i podatnych na sugestie. Bez zawahania. Czytałam wczoraj artykuł o badaniach naukowych, w ramach których grupy ochotników wykonywały rutynowe zadania biurowe w czterech różnych rodzajach przestrzeni roboczej. Badano wpływ architektury biurowej na wydajność i motywację pracownika. Pierwszy rodzaj biura to minimalistyczna, prawie fabryczna przestrzeń, odgórnie zaprojektowana, gdzie każde stanowisko pracy jest identyczne, ergonomiczne, a na biurkach i wokół nich nic nie przeszkadza się skupić. Drugi rodzaj to biuro również zaprojektowane przez architekta, ale z myślą o komforcie i przyjemności pracujących. Architekt wybrał więc w nim żywe kolory, postawił doniczkowe kwiaty, starannie dobrał obrazy na ścianę. W trzecim biurze każdy pracownik dostaje pozwolenie na zmodyfikowanie własnego stanowiska pracy tak, żeby mu było swojsko i wygodnie. Może siedzieć na krześle, na fotelu obrotowym albo na piłce do fizjoterapii. Może przynieść na biurko zdjęcia rodziny, a na ścianie powiesić swoje ulubione plakaty. W ostatnim, czwartym biurze panowały identyczne zasady - można było dostosować swoją przestrzeń do własnych potrzeb, ale po kilku tygodniach i tak wkraczał zatrudniony przez pracodawcę architekt i zmieniał to i owo, żeby "uspójnić wizualnie" całe biuro. Jak myślicie, w której przestrzeni zasób ludzki pracował o 30% wydajniej i przestał się uskarżać na psychosomatyczne objawy niechęci do własnej codziennej rzeczywistości?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 września 2017 11:19
  • piątek, 01 września 2017
    • W przedpokoju

      - Boże. Pani ma naprawdę niesamowitą pracę. - powiedziałam mojej psychoterapeutce kiedy kończyłyśmy ostatnią sesję. - Wchodzę. Zaczynamy to nasze tygodniowe pięćdziesiąt minut i nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Dzisiaj siedziałyśmy razem w przedpokoju mieszkania, w którym spędziłam dzieciństwo. Weszłyśmy w najstarszy sen, który pamiętam. Razem. Była pani ze mną w moim najstarszym śnie i w mojej przeszłości, a sen i przeszłość okazały się filtrem, przez który patrzę na teraźniejszość. Tak jakbyśmy właściwie przez ostatnie dwa lata nie rozmawiały o niczym innym. Jesteśmy w przedpokoju. Od dwóch lat.

      Przedpokój był ciemny. Jak to przedpokój. Nie posiadał własnych okien, więc kiedy wszystkie pięć par drzwi, którymi można było z niego wyjść zamknięto, sprawiał wrażenie izolatki. Trudno było uniknąć poczucia, że się zostało wtrąconym do lochu. W moim najstarszym śnie mam pewnie około trzech lat i siedzę w przedpokoju, bo nigdzie indziej nie ma dla mnie miejsca. To ma sens. Tak to wtedy wyglądało. Czy z rodzinnymi kompromisami tak zawsze jest, że w sumie nikt z nich nie wychodzi szczęśliwy? No bo moja matka mieszkała w kuchni. Mój ojciec wciśnięty był w kąt dużego pokoju. Rodzice spali na rozkładanej kanapie. Siostra dzieliła ze mną pokój i przez całe lata toczyłyśmy krwawe boje terytorialne. Nie dziwię się ani nie buntuję. Jakaś część mnie rozumie, że wszyscy koniec końców jesteśmy bezdomni. Za moimi plecami są drzwi frontowe do mieszkania, ale dopiero teraz, po trzydziestu kilku latach, psychoterapeutka uświadomi mi, że również te drzwi mogę otworzyć. Po mojej prawej stronie łazieneczka z lastryko na podłodze, zagracona do granic możliwości, nie mieści się w niej pralka, trzeba się przeciskać. Do łazienki będę się co wieczór zakradać (skrzyp, skrzyp, próbując nie hałasować nagimi stopami na stopniach drewnianej drabinki naszego piętrowego łóżka) żeby przy zgaszonym świetle podglądać po dzienniku Niewolnicę Isaurę i Dynastię. Nie wolno nam ich było oglądać.

      Obok drzwi do łazienki są drzwi do naszej sypialni. Też niewielkiej, z oknami na dymiącą Elektrociepłownię Siekierki i egzotyczne, tajemnicze ogródki działkowe, o których już wtedy krążyły miejskie legendy. Drzwi są zamknięte i trzyletnia ja musi wolą całego swojego małego duszociała powstrzymywać się przed wejściem. W dziecięcym pokoju śpi moja nowa siostra. Wiem już, mądrością ostatnich dwunastu miesięcy swojego jakże krótkiego życia, że niemowlaków nie karmi się paluszkami i nie poi sokiem porzeczkowym. Towarzyszą mi płaszcze. Kożuch babci. Wełniana jesionka ojca. Siostra pojawiła się w moim domu i w moim życiu w lutym 1979 roku, podczas zimy stulecia. Żeby dodać smaczku tej opowieści o przedpokoju, wtedy być może wyganiano mnie właśnie tam, bo w pozostałych pomieszczeniach nieszczelne okna bloku z wielkiej płyty przepuszczały śmiercionośne mrozy. Elektrociepłownia Siekierki przestała chwilowo dostarczać ciepła. Kaloryfery odmówiły posłuszeństwa. W kuchni wszystkie gazowe palniki płonęły wysokim płomieniem, a i piekarnik grzał tak, jak mógł. Gdyby sytuacja się pogorszyła, nie wątpię, że rodzice podpaliliby trochę drogocennych książek ojca-profesora i z nich zrobili palenisko, żebyśmy nie pozamarzali. Maleńka nowiuteńka dziewczynka, opatulona wełnianymi swetrami i ja, pewnie też czymś okutana, gnieździłyśmy się w przedsionku, bo był najprzytulniejszy, położony najbliżej wnętrza budynku, najmniej wystawiony na zimno. 

      Ale w moim najstarszym śnie jest już rok po zimie stulecia. Małe dziecko przeżyło nie tylko mrozy, ale i moje próby dokarmiania. Smacznie śpi w moim, MOIM, pokoju, który już przestał być tylko mój, schronienie, banicja kiedy coś przeskrobię, miejsce wielogodzinnego leżakowania w ciemności, kiedy mam już nie czytać i nie gadać, ale jeszcze nie mogę spać. Dziwna, wieloznaczna norka, w której szukam spokoju, a równocześnie, nie raz, próbuję zrozumieć dlaczego wszyscy są na mnie tak bardzo źli. 

      Trzecie drzwi wymontowano z framugi, więc została tylko otwarta rama, a jednak czuję respekt przed świątynną prywatnością tego miejsca jeszcze bardziej namacalny niż strach przed obudzeniem siostry. To królestwo mojej matki, jedyny kawałek podłogi, który należy do niej. Wąska, klitkowata, kiszkowata kuchnia, gdzie pracuje na swój trzeci etat i jest zmęczona. Zła. Samotna. Gdzie przeszkadzamy jej my ze swoją niekończącą się towarzyskością, z naszymi niewyczerpanymi potrzebami, z tym naszym zaabsorbowaniem sobą i instrumentalnym, jak to u dzieci, podejściu do instytucji matki Polki.

      Więc i te drzwi nie. A czwarte drzwi już całkiem odpadają, bo za przepierzeniem pracuje umysłowo ojciec, który potrzebuje do tego ciszy, a ja jestem antytezą ciszy, a na kanapie śpi tam babcia, wezwana do kryzysowej opieki nad którąś z nas. Chyba mną, bo ciągle wydaje mi się towarzyszyć babcia właśnie. Dzisiaj babcia pamięta mnie głównie z tamtego okresu. Buntu i kształtowania się oddzielnej tożsamości. Nieporadnego, chorobliwie samodzielnego dziecka. Nie zauważyła kolejnych trzydziestu ośmiu lat zmian. Nie widzi kobiety, która przed nią siada, kobiety, która odkrywała, zdobywała, budowała, kochała i traciła. Jakaś część naszej relacji nigdy nie opuściła przedpokoju.

      Poczekalni. 

      To do tego pokoju najbardziej chcę wejść. Tutaj mieszkają mężczyźni, którzy dyskutują o losach świata i decydują o moim losie. Tutaj pracują profesorowie. Tutaj się je. Tutaj się bawi. Tu ogląda telewizję. Tu jest się wychowywanym. Tutaj przychodzą goście do rodziców, piją wino, śmieją się, tata gra na gitarze. Nie pamiętam śmiejącego się taty. Jego śmiech rozlegał się zza zamkniętych drzwi. Więc czekam aż mnie ktoś wpuści i tym razem wujkowi Markowi nie wymsknie się coś, co pewnie myślą ci wszyscy peerelowscy dorośli stłoczeni z dziećmi w małych mieszkankach, stłamszeni w niesympatycznych blokach na brzydkich osiedlach. Dzieci i ryby głosu nie mają.

      Czekam. Ale dzisiaj jest już ze mną w tej poczekalni moja terapeutka. Obejrzałyśmy razem każdy kąt, każdą klamkę, szalik na wieszaku, but na wycieraczce. Ale za mną, już wiem, są piąte drzwi. A za nimi świat, którym nie interesował się żaden z zajętych, zmęczonych, bezdomnych dorosłych, a który ja znałam miłośnie i blisko. Bunkry na tyłach osiedla. Plac zabaw z huśtawką, z której spadłam i obiłam sobie głowę. Zasikana piaskownica. Górka, z której można było zjeżdżać kiedy trawa wystarczająco zmokła. Jeziorko, nad którym slalomem omijało się grupki pijących w krzakach mężczyzn, ale to miało posmak przygody. Szkoła, gdzie był jeden chłopak o bardzo czerwonej twarzy, ale nic więcej nie pamiętam. Koleżanki z wirtualnego sklepu, gdzie sprzedawałyśmy błoto i perz. Winda z tym panem, który zapraszał na cukierki. Przeraźliwie puste, pogrążone w niepokojącym półmroku piwnice. Mieszkanie naprzeciwko, gdzie mieszkał mój najlepszy w życiu kolega (nauczy mnie bawić się żelaźniakami i dużo się będziemy razem śmiać) razem z mamą, która karmiła mnie zupełnie inaczej niż moja, razem ze starszym bratem, w którego uśmiechu za rok się zakocham i pozostanę zakochana na ponad dekadę. Pięć pięter wyżej jest mieszka ten pan, który mnie będzie uczył rysować, a potem umrze nagle. I na nazwisko ma jak dzikie zwierzę. Dwa mieszkania dalej para hipisów, którzy przyjaźnią się z moimi rodzicami, a z których dziećmi nigdy nie uda mi się blisko zaprzyjaźnić (chociaż w umyśle pozostanie mi figura ich starszej córki, co to zawsze wszystko robiła lepiej, szybciej, mądrzej niż ja, cztery lata starsza, więc. Więc).

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 01 września 2017 16:13
  • poniedziałek, 28 sierpnia 2017
    • Rzeczy

      Mamy dłonie czarne od kurzu, którego nie widać gołym okiem. Jedno z nas przesuwa po podłodze ciężkie tekturowe pudło z książkami, żeby go nie dźwigać i nie nadwyrężyć sobie kręgosłupa. Więc szura, w taki charakterystyczny sposób - słyszę w tym szuraniu opierające się przemieszczaniu drobinki kurzu i niemiłosierne tarcie powierzchni o powierzchnię. Jak drapanie paznokciem po szkolnej tablicy, jak pisk polerowanego szkła, ten dźwięk swędzi mnie w zęby i wwierca się w mózg.

      Rzeczy, rzeczy, rzeczy, rzeczy. Na ulicy stoi zielony kontener, a my do zielonego kontenera wrzucamy z lubością nadgryziony kosz-legowisko dla psa, dziurawą kapę na łóżko, drugą dziurawą kapę, stare zdjęcia, kubły z zaschniętą farbą. Rzeczy, które nade mną przez lata ciążyły, rzeczy które kurzyły się na moim strychu, ale w przedziwnym symbolicznym przemieszczeniu wydawały się jeszcze bardziej ciążyć i jeszcze bardziej kurzyć w moim umyśle. Tam, gdzie zostały prawie dekadę temu zepchnięte w opuszczony zakamarek, skąd nawoływały głuchym echem wyrzutu sumienia, ciążyły i kurzyły się.

      Rzeczy, wylewają się z półek, zalegają, rozrastają się, mnożą, pączkują, nie kontroluję przyrostu rzeczy. Ciągle coś wynoszę, oddaję, wymieniam, wyrzucam. Ostatnio byłam w antykwariacie obcojęzycznym, gdzie można przehandlować swoje dwie książki na jedną. Przyszłam z sześcioma, wyszłam z trzema i uważam to za wielki sukces. Uwielbiam również dziuple w parkach. Widzieliście kiedyś takie dziuple z przezroczystą kurtynką z plastiku, za którą można zostawić swoje używane powieści i rozpadające się podręczniki, a wziąć w zamian czyjś inny tomik poezji po węgiersku albo instrukcję obsługi telefaksu z lat 90tych? Nie, przepraszam, wyzłośliwiam się. Lubię te dziuple i ciągle coś tam zostawiam. Denerwują mnie tylko ludzie, którzy z takiego sympatycznego narzędzia sąsiedzkiej wymiany i bezpłatnego, bezinteresownego źródła kultury robią składzik na swoje śmieci bez okładek albo antykwariat na książki, których nikt nie kupi na OLX ani Allegro, bo są po węgiersku właśnie. Autentyk, widziałam na własne oczy.

      Mój chłopak jest zbulwersowany. Bierze do ręki wytartą stertę papieru, ledwo trzymającą się antycznym już prawie klejem, z wizerunkiem rycerza na okładce.

      - Jak to może się nazywać "Przyłbice i kaptury" i nie być encyklopedią przyłbic i kapturów? Spodziewałem się typologii średniowiecznych nakryć głowy, z ilustracjami w kolorze, a to powieść! Zero obrazków!

      Rzeczy, rzeczy, rzeczy. Dzisiaj administracja podstawiła kontener i zatrudniła trzech uroczych Ukraińców do opróżnienia bezpańskich piwnic i strychów w moim budynku na Mokotowie. Umówiliśmy się, że przy okazji i my opróżnimy mój, podczepiając się pod duży metalowy kosz na wielkie gabaryty. Więc wróciłam w przeszłość. Swoje fotograficzne przygody, antyramy z wielkimi czarno-białymi odbitkami, teraz każdy ma aparat w telefonie, kto by się spodziewał. Kiedy wykluwały się moje nastoletnie marzenia fotograf był KIMŚ, miał dostęp do rzadkiego sprzętu i niecodzienny zestaw umiejętności, teraz już wszyscy, teraz już każdy. Internet zamieszkują miliony miliony zdjęć. Więc powiększalnik ze strychu trzeba uprzątnąć poszarzały od nieużywania, lampy studyjne i blendy i płachtę czarnego materiału - tło sesji zdjęciowych rozmaitych koleżanek, córek znajomych mamy, pań, które zażyczyły sobie gustownych portretów na tyły książek, które kiedyś napiszą, mojej fryzjerki nawet, która chciała mężowi do więzienia posłać kilka aktów wysmakowanych, mąż w więzieniu był zachwycony, a ja odkryłam, że piękno jest subiektywne, skoro sama portretowana, tak jak wielu zresztą pozujących mi modeli-amatorów, kręci nosem. Moje poczucie bezwzględnej piękności tego, co wyszło mi spod palca na guziku migawki, boże, za słabe było żeby mnie nadal cieszyło robienie zdjęć. Migotało i znikało, zaraz zaczynałam wątpić. Tracić je z oczu, przekonywać się sama w wielogodzinnych wewnętrznych rozmowach, że może nie umiem. Stare starutkie marzenia.

      Szklanki, paterki, taborety, które potrzebują nowej tapicerki - po dziadkach.

      Stare listy i stare zdjęcia. Stare poduszki. Stare ubrania. To kiedyś byłam ja. Głaskałam jakiś czarny aksamitny żakiet, w który się niegdyś mieściłam, który onegdaj wisiał w szafie na honorowym miejscu. Chwilę potem przyjechała koleżanka z mamą i z przyjemnością oddałam im czarny aksamit. Telewizor. Toster. Kuferek podróżny.

      Rzeczy rzeczy rzeczy. Wylewają się, zalewają, jak powódź. Jest ich więcej niż mnie. Ktoś mnie dzisiaj oskarżył przyjaźnie o to, że się z rzeczami utożsamiam. Opowiedziałam mu o czasach mojego dzieciństwa. Tęsknię po prostu za kryzysowym nabożeństwem, z jakim się kiedyś traktowało swój skromny stan posiadania. Jedną parę kaloszy, która musiała wystarczyć na dekadę, bo kto wie kiedy znowu kalosze rzucą do sklepów. Ciasne kalosze, które kiedyś były rozczłapanymi, zbyt dużymi gumowcami aż z nich wyrosłam. Jedna lalka. Jedna sukienka. Do dzisiaj pamiętam wytartego, wyprzytulanego w niebyt prawie misia z oklapniętym uchem w spodenkach ogrodniczkach uszytych przez mamę. Jeden sweter od cioci z Lubelszczyzny, w motywy fantazyjne, stworzony podczas wielogodzinnych sesji robienia na drutach. Nie było opcji nie lubienia takich swetrów. Jeden nóż ostry na cały dom. Trzy nieostre. Tamten nóż moja babcia ma do dziś. Dziadka nie ma żeby ostrzyć. A nóż jest i nadal - w czasach dobrobytu, obfitości, nadmiaru, przesytu - jest nadal jedynym krojącym narzędziem w jej kuchni.

      Na strychu klocki, które mi kiedyś służyły do zabaw edukacyjnych, w innym życiu, dwa czy trzy życia temu. Czy jest jeszcze na świecie ktoś, kto zachował jakąś ciągłość tożsamości, ktoś, kogo nie rzuciło na rafy, na mielizny, nie przeczołgało przez sztormowe fale tak, że się musiał chwilę sam sobie przyglądać żeby się rozpoznać, żeby zaznajomić na nowo ze sobą?

      Cała reklamówka klocków. Trzepaczka do dywanów użyta dwa razy bez większego sukcesu.

      Rzeczy rzeczy rzeczy. Rządzą moim życiem, nie ja nimi, o nie.

      Kiczowate obrazki, kilimki, pudełko na kapelusze i kufer malowany na biżuterię trafiły do mamy mojego chłopaka. Siostra wzięła wiatrak, torbę na kółkach (swoją własną, jak się okazuje, co robiła na moim strychu?) i drabinkę. Koleżanka posążek afrykański, plakat i wazon, który posłuży jej za akwarium.

      Zawahałam się tylko dwa razy.

      Najpierw przy brązowej walizce z lat siedemdziesiątych. Moja mama wyjechała z nią ze swojej wsi do Warszawy kilkanaście żyć temu. Ja cztery biografie wcześniej, ktoś inny o podobnej do mnie twarzy, ktoś o tych samych korzeniach, ale z inną tożsamością, to nie mogłam być ja, ktoś o moim imieniu i nazwisku z tą samą walizką opuszczał Polskę dla Belgii. Zadzwoniłam do niej. Powiedziałam, że mogę jej ją oddać, mogę znaleźć jakiś składzik i tam ją przetrzymać, mogę sprzedać albo mogę wyrzucić. Bo zielony kontener. Że to jej decyzja. Ale kłuło mnie. Źle mi było. Bo pamiętam jeszcze czasy kiedy to była jedna z dwóch walizek w naszym domu, mieliśmy dużą i małą i z nabożeństwem się je obie, jak rzadkie klejnoty traktowało, uważało żeby nie zarysować, żeby nie rzucali nimi ludzie na lotnisku, żeby nie zepsuł się w jednej zamek, a w drugiej suwak. Potem przyszedł czas Samsonite'a i nic już nie było tak samo. Próbowałam zagłuszyć delikatny głos z przeszłości, z ery, kiedy ja sama trzęsłam się nad każdą rzeczą, każda rzecz miała epicką historię, wiązała się z ludźmi, z wyjazdami, wyrzeczeniami, przebaczeniami albo zerwaniami. Każda rzecz cieszyła, napełniała ciepłym balsamicznym czymś po brzegi, nie. Nie po brzegi. Wylewało się to coś ciepłego, kipiało, więc cieszyła albo wręcz przeciwnie, bolała. Fizycznie bolała. Próbowałam się bronić:

      - Bo wiesz, - powiedziałam do mamy - bo wiesz, to były czasy, przecież to były czasy - jąkałam się - wiesz, takie czasy, kiedy nie miało się wiele. Teraz walizki prawie rosną na drzewach. Teraz wszyscy chcielibyśmy tak jak wtedy umieć kochać przedmioty. Kupujemy i kupujemy, a tamto uczucie nie przychodzi. Nie wywołamy tej więzi kolejnym wydatkiem. Nie da rady nabyć sobie ciepłych uczuć jeśli zakupiony przedmiot nie wiąże się z życiem, z czuciem, z kochaniem, z traceniem, z tęsknieniem. Więc mogę jej nie wyrzucać. Jeśli chcesz. Zostawić ją.

      - Wyrzuć.Nie potrzebuję jej. Nie czuję do niej sentymentu. To zresztą nie są dobre wspomnienia.

      - Pożegnam ją ładnie. Widziała kawałek świata.

      - No to pożegnaj.

      Potem pogłaskałam jeszcze jedną rzecz oprócz ciemnożółtej skóry pierwszej walizki, która należała do mojej matki, która towarzyszyła jej w ucieczce od zbyt ciasnego świata do świata o surowszych jeszcze, bardziej bezlitosnych zasadach. Dziadek podarował mi lata temu czapkę-leninówkę. Nie miał dużo. Nie gromadził rzeczy. Więc kiedy mi coś dał, to było istotne. Nosiłam ją przez kilka zim dopóki się całkiem nie rozpadła. Też była jasnobrązowa, jak walizka. Jakaś część mnie, muskając z włosem rozprutą już i odkształconą czapkę z daszkiem od dziadka czuła. Czuła jakby nawiązała bezpośredni, autentyczny kontakt z dobrym, cichym człowiekiem w zaświatach.

      Więc.

      Rzeczy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 sierpnia 2017 22:02
  • niedziela, 27 sierpnia 2017
    • gaga

      Nad nami wisi majestatycznie kryształowy żyrandol, pod nami nieznacznie skrzypią klepki zakurzonego parkietu. Wokół drobnej brunetki wije się w wewnątrzsterownych rytmach może z dwadzieścia pięć osób. Boso. Stopy czują drewno. Bałam się, że akustyka tej stalinowskiej sali zadusi głos naszej nauczycielki z Izraela, owinie go jak wata, wytłumi, i trzeba będzie bardzo blisko stać, żeby cokolwiek dosłyszeć, ale nie, mówi cichuteńko, za moimi plecami gra dyskretna muzyka, wszystko rejestruję bez problemu. Tłumaczę z angielskiego na ruchy stóp i kostek, kolan i bioder, żeber i ramion. Dziewczyna stoi prosto, chudziutka, ma zdyscyplinowane ćwiczeniami ciało, w przeciwieństwie do mojego, puszczonego swobodnie i nie wtłoczonego w żadne struktury (czy to dobrze? Czy to źle? Czy któraś z nas ma więcej racji? Więcej mądrości życiowej? Czy jedna z nas jest szczęśliwsza?), uciekam od struktury, nie wytrzymuję na dietach, w biurach, w ćwiczeniowych rutynach, nienawidzę nawet wycieczek z przewodnikiem, który mówi gdzie patrzeć, kiedy patrzeć, co widzieć. Jej zdyscyplinowane ćwiczeniami ciało pozbawione krągłości nie napina ubrań, więc wiszą na niej luźno, za luźno, wąziutkie jak na dziecko dresowe spodnie. Za chwilę będziemy na wystawie figur stalowych, wśród symboli zamieszkujących męskie fantazje, będzie tam zrobiony ze złomu Aston Martin, Mercedes, motocykle, na które można wsiąść i zrobić sobie zdjęcie, figurki z Gwiezdnych Wojen, Obcego i Wojownicznych Żółwi Ninja. Kiedy już znudziło mi się podziwianie robotycznej siły i nadludzkiej szybkości uchwyconej w konstrukcjach z łańcuchów rowerowych, śrub, nakrętek, wkrętów, kół zębatych i wygiętych blach i powiedziałam swojemu chłopakowi, że wystawa jest chłopacka, zapytał jakie rzeźby można by zrobić ze złomowanej stali dla kobiet. Nie umiałam mu odpowiedzieć. Wiedziałam tylko, że najbliższe mojemu wewnętrznemu krajobrazowi było najeżone ostrzami, niepokojące siedzisko z „Gry o Tron”. Jeszcze jedna fotka ajfonem – upozowany wojowniczo obok ponad dwumetrowej postaci z „Avatara” mężczyzna mojego życia – i kątem oka zobaczyłam parę. Najpierw pomyślałam, że to ojciec i córka. Ona miała twarzyczkę w kształcie serca i wielgachne oczy, cieniuteniusieńkie nożynki w rurkowatych spodniach i maksymalnie metr pięćdziesiąt wzrostu. Może z czternaście lat. Ale potem, dyskretnie zerkając w ich stronę w drodze do wyjścia z wystawy, dojrzałam jego rękę pieszczotliwą na zagłębieniu jej pleców, pomiędzy paskiem spodni a kusą bluzeczką, na odsłoniętej skórze, głaskał jej tę skórę, a ona mówiła tak dojrzale, patrzyła tak dorośle. Więc jeśli nie czternastolatka, to anorektyczka i wstrząsnęła mną ta scena, bo zapytałam sama siebie, co to jest w takim razie miłość. Czy ten mężczyzna obok niej ma prawo korzystać z jej nienaturalnej kruchości? Czerpać przyjemność z obcowania z kobietą sztucznie przyhamowaną w rozmiarze i kształcie gimnazjalistki? Czy powinni oboje cieszyć się filigranowością i dziewczęcą delikatnością tej młodej kobiety, jeśli w ten sposób wspierają ją w chorobie i zatrzymują jej rozkwitanie? Ciała kobiece opowiadają tyle historii. Może powinnam była ją ratować jakoś? Rzucić się w sukurs, powiedzieć coś jej, wykrzyczeć temu facetowi? Ale wpatrywała się w niego z rozanieleniem, cieszyła się eksponatami jak dzieciaczek, ale przecież nie wiedziałam o nich nic, może on spędzał bezsenne noce przy jej łóżku szpitalnym kiedy leczyła swoje zaburzenie dietetyczne? I dzisiaj świętowali razem jakiś maleńki triumf, jakieś niewielkie zwycięstwo. Może zjadła jabłko albo pół kanapki.

      Gaga to taniec rodem z Izraela. Tańczyliśmy przez bitą godzinę, bez zatrzymywania się, czuliśmy ruch w swoich wnętrzach, koncentryczny, zaczynający się od drobniutkiej, nieskończenie elastycznej dziewczyny o ciepłych, czujnych czarnych oczach i dużym semickim nosie, której szare spodnie  opadały z braku krągłości, uczyliśmy się integrować ruch od stóp przez kostki i kolana, biodra i klatkę piersiową, aż po czubek głowy i opuszki palców, maleńka odważna dziewczyna rozprzestrzeniała magię mądrego, dającego siłę ruchu, dzieliła się ruchem, zarażała ruchem.  Czy powinnam była potem podbiec do tamtej drugiej chudej drobnej dziewczyny? Jaki mamy obowiązek wobec obcych ludzi? Jaką powinność? Na czym polega przyzwoitość wobec współprzechodnia w wielkim mieście?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 sierpnia 2017 10:07
  • piątek, 25 sierpnia 2017
    • Pchli targ

      Na ogół nie czuję poezji w mieście. Poezja to takie uczucie, że w środku rozmiękczają się proste, grube kreski, roztapiają rozmaite głębokie emocjonalne zmarzliny i przesuwają się czule płyty tektoniczne osobowości, w ogóle osobowość zamienia się w bardzo luźną konstrukcję, niezobowiązującą zupełnie, trochę zabawną, trochę niepraktyczną i żadna myśl nie przeraża, bo one sobie wszystkie, te myśli, radośnie hulają po tych swoich aksonach i mają w głębokim beztroskim poważaniu to, czy mnie się załącza jakiś snobizm, czy wstyd, czy może mi się uruchamia autocenzura, harcują jakby mi się zepsuło superego. Awaria superego. Lubię.

      Ale, tak jak mówię, rzadko mi się w ostatnich latach uruchamia wewnętrzna poezja, zupełnie nie wydają się mnie ruszać te wszystkie równiutkie przejścia dla pieszych, kioski z gazetami, neutralnie tapicerowane siedzenia metra, kolejne strzeżone luksusowe apartamentowce na Mokotowie, siaty pełne bezglutenowych chlebów, zbliżeniowe karty czipowe i magiczne pikanie tychże kart przyłożonych do terminali, kasjerki i ekspedientki, baristki i kurierzy, wszyscy grający tę samą wersję chłodnego rzeczowego profesjonalizmu, fakso-drukarko-skanery i pałerpointy, którymi wypełniają mi się dni. Ewentualnie poezja uruchamia mi się z dużym opóźnieniem, tyle teraz bodźców do zmetabolizowania, przesyt, więc tydzień po fakcie, zmieszana i wstrząśnięta z fragmentami gier na smartfona i maili od sklepów typu Zalando, nagle jest przebłysk jakiejś ładnej chwili i nagle jest liryka. W ogóle Zalando zamieszkało mi mózg i jakiejś części mnie wydaje się, że mamy więź, wiecie, taką jaką się ma z siostrą albo siostrzenicą. Ciepławą więź, emocjonalną bliskość. Zalando jest mi bliskie. Jego interfejs mam nie tylko na smartfonie ale i pod powiekami. Więc uruchamia mi się mieszanina serialu angielskiego o morderstwie, gierki w której buduję schron w świecie postapokaliptycznym i poluję na radioaktywne szczury oraz audiobooka o prawniczce, która bada sprawę pedofila i wspomina własnego dziadka, który ją dotykał w miejscach, które jeszcze długo powinny należeć tylko do niej, i wszystko to mi się zlewa ze wspomnieniem czegoś realnego sprzed kilku dni i z opóźnieniem przeżywam swoje życie, te jego ciekawe, frapujące fragmenty, które wolałabym doświadczać na bieżąco. I tyle tej poezji. Więc taka jakaś trzeźwa i nudnawa chodzę po mieście. Odurzona odrobinę, znieczulona, z opóźnioną reakcją na bodźce różnorakie, bo ich za dużo. Ostatni raz, oprócz kontaktów z dziećmi, które nieodmiennie ze mnie wytrząsają wszelkie wzdęcia godnościowe i coś na kształt beznamiętnego zmęczonego zachwytu budzą, gdybym tylko nie była taka zmęczona, ostatni raz wzbudziła we mnie ferment pielęgniarka.

      Ostatni raz wzbudziła ferment we mnie - wstrząśnięcie i zmieszanie - pielęgniarka. Źle się czułam, nie chciałam iść do pracy. Poszłam do lekarza. Miał awarię prądu, wysłał mnie do innego oddziału, tam pani uznała, że symuluję, ale (niechętnie) wysłała mnie na badanie gardła, czy nie mam w gardle przypadkiem pneumokoków. Pielęgniarka była kulturalna i rzeczowa, ale coś w niej dodatkowo zmiękło kiedy się zaśmiałam i przyznałam, że pierwszy raz mam robione takie badanie i jestem go ciekawa. Coś się w niej obudziło, coś, czego nie było jeszcze pół sekundy wcześniej, jakbym wywołała w niej czułość, a ja się przecież odzwyczaiłam budzić czułość w obcych. Może to Warszawa. Może to ja. Może to mój wiek. Moja płeć. Moja twarz. Nie wiem, odzwyczaiłam się.

      Więc. Wyjęła fioleczkę nie za dużą, przejrzystą, plastikową, z namaszczeniem, jak alchemik. Z lubością zaczęła mi tłumaczyć, że zaraz wstrzyknie do niej delikatnie parę kropel płynu.

      - Proszę zobaczyć jaki kolor. Jaki to kolor?

      - Czerwony. O, czerwony.

      - To teraz proszę patrzeć uważnie. Wlewam biały płyn i jaki kolor się robi?

      - Biały? Ojej, biały, czerwony zniknął.

      - Ja to czasem dzieciom pokazuje, żeby pani wiedziała jak się cieszą z tego. Taki mały eksperyment. Zapominają, że się boją badania.

      - A dorośli nie? Przecież to magia! Mnie się podoba. 

      - No to proszę poczekać jak pani zrobię wymaz i zanurzę wacik w tym roztworze. On się zabarwia albo się nie zabarwia. Jeśli się nie pojawi żaden inny pacjent, może pani zostać i poczekać razem ze mną na wyniki.

      Pacjent pojawił się, więc chwila alchemii minęła. Zresztą wymaz z gardła to okropieństwo. Czar niby prysł, ale mnie się te fiolki śniły potem. Splątane ze scenami z filmiku na YouTubie o zarządzaniu czasem i z urywkami rozmów z mamą i z siostrą, która jechała właśnie na wakacje i chciała pożyczyć lodówkę samochodową. A wszystko działo się w ciemnym, dzikim lesie, ale nie nadążałam za zmianami, więc nie przyjrzałam się temu lasu. Lasowi.

      Samowar. Srebrny, nie za duży, prostszy niż te stare, rosyjskie, tradycyjne. Wyglądał jakby czekał. Zawsze myślałam o samowarach jak o ludziach. Wyglądał jakby go ktoś tu zostawił, w czymś na kształt poczekalni dla przedmiotów, a on, porzucony, lojalnie wyglądał właściciela. Stoicki i cierpliwy, nieustępliwie czekał.

      Bożonarodzeniowe ochraniacze na kije golfowe. Zestaw trzech zrolowanych mufek, każda czerwona z białym obramowaniem, jak dla Mikołaja. Założę się, że to był prezent dla golfisty, zabawny dla ofiarowującego, kłopotliwy dla obdarowanego. Leżał kilka lat na regale w garażu i kurzył się, aż przyniosła go tu i ułożyła na półce obok innych bibelotów zniecierpliwiona żona lub sam właściciel, który potrzebował miejsca na atrybuty nowego hobby, na przykład wspinaczki, więc woreczek z talkiem albo buty gumowe o rozmiar czy dwa za małe. Nie wiem, dlaczego zakładam, że golfista musi być żonaty. Nie czytałam statystyk.

      Dużo szpilek, rzemyki, brokaty i cekiny, koturny i marzenia o życiu, które składa się z tańca, seksu i muzyki, z podziwu i z poczucia przepływu. Tylko i wyłącznie. Też mam takie marzenia i do tej pory nie pogodziłam się z ich nierealnoscią. W jakimś alternatywnym, równoległym wszechświecie jestem gwiazdą disco, mam duże piersi, pachnę piżmem i skradają się do mnie po parkiecie przystojni młodzi modele o wydepilowanych klatach, prosząc o członkostwo w moim haremie, obiecując, że będą mi codziennie parzyć herbatę i przynosić gazety do łóżka. Przegląd prasy zagranicznej.

      Przewodniki po Turcji, Grecji, Tunezji, Algierii, Argentynie, Niemczech, Węgrzech i Szwajcarii. Nie potrafię zgadnąć, czy to ślady po wycieczkach, które doszły do skutku czy namiastki podróży dla kogoś, kogo nie było stać na bilet i hotel. Albo się bał latać i żył wizjami złożonymi z tekstu przewodników, filmików na Discovery, opowieści przyjaciół i zdjęć w czasopiśmie Travel.

      Zabawki. W kształcie sów. Świń. Drażetek m&m's. Białych niedźwiedzi z napisem "Zakopane" wyszytym na brzuchu (trochę koszmarnie?).

      Filmy po hiszpańsku, cała kolekcja hitów hollywoodzkich w wersji iberyjskiej.

      Stare czasopisma. Całe pudło National Geographic. 

      Kurtki skórzane, bolerka i żakiety. Zawsze o trzy rozmiary za duże na mnie. O dwa za małe. Albo nie w moim stylu. Całkiem nie w moim stylu. Staram się wyobrazić sobie właścicielki tych porzuconych fragmentów garderoby. Ich fantazje na własny temat. Ich złudzenia. Ich praktyczną przyziemność. Ich kształty i zapachy. Jedną z nich widzę, prawie widzę, jej włosy krótkie, ciemnoblond i słabość do kadzidełek, do dobrze przyprawionych dań i do orientalnych ciuszków.

      Łyżwy, trzy pary. I jedna para łyżworolek. Chyba męskich, albo na dużą kobietę o szerokich stopach.

      Syntetyczne sukienki. W tym miejscu króluje poliester.

      Dużo Biblii. Dlaczego ludzie pozbywają się swoich biblii? Czy biblie powinny podlegać kupnu, sprzedaży lub wymianie? Czy to nie jest jakieś duchowe faux pas jednak?

      Encyklopedie drinków i encyklopedie robotów ze świata Gwiezdnych Wojen, prawie nowe, ilustrowane i bardzo szczegółowe

      Pudełka na biżuterię, pudełka po czekoladkach, po herbatnikach i po herbatach. Blaszane. Ciekawe, czy ludzie rzeczywiście kupują cudze wspomnienia po tym i owym smaku. Czy wydają na takie pudełka pieniądze. Gdzie je stawiają. Co w nich trzymają. Czy się nimi chwalą?

      Korale i koraliki, naszyjnik w kształcie fioletowego buta, połyskliwy.

      Mini odkurzacz, blender, spieniacz do mleka - wszystkie w podartych pudełkach, posklejanych taśmą klejącą. Nie ma gwarancji, że działają.

      Nigdy nie otwierane opakowanie z białymi legginsami. Legginsy są wykończone koronką. Zaczynam sobie fantazjować o tym, co by się musiało stać, wewnętrznie, na poziomie osobistych doznań i doświadczeń, żebym się zamieniła w kogoś, kto nosi białe legginsy wykończone koronką. Uznaję, że niewiele. Musiałoby mi po prostu mniej zależeć na nieistotnych rzeczach. Musiałabym nie być snobem.

      Różowe słuchawki.

      Niebieskie, zabudowane plastikowe buty do chodzenia po skalistych plażach.

      Poliestrowy krawat z królikiem, który robi pranie ręczne w rzece. Chyba wrócę jutro po ten krawat.

      Zużyta książeczka z naklejkami "konie i kucyki". Naklejki są ponaklejane w odpowiednie miejsca. Denerwuję się na anonimową osobę, której się uroiło, że to komuś sprzeda. Uznaję, że jest bezczelnym kombinatorem i że byśmy się nie polubili (eufemizm). Im jestem starsza, tym częściej stwierdzam, że kogoś nie lubię. Mnie też ludzie lubią jakoś mniej jakby, ale nie jest mi od tego bardziej źle.

      Ceramiczna sowa.

      Pralka Frania.

      Dwulitrowy kufel z pejzażem typu "drzewa i ptaki" namalowanym na wybrzuszonym szkle.

      Telefon z melodyjką. Jest biały i ma plastikowe guziki do wybierania numeru. Marzyłam o takim kiedy byłam mała.

      Zestaw do robienia odlewów brzucha kobiety w ciąży. Serio.

      Podręcznik "jak być interesującym w 10 prostych krokach". Z podtytułem "dokąd pojechać, co przeczytać, o czym rozmawiać". Nie oszukuję. Nie kupujcie tej książki. Spotkałam kilka osób, które jeździły, czytały i mówiły dużo, a jednak nie nazwałabym ich interesującymi.

      Filmy o barbie, pakiet trzech płyt DVD. Biedne te dziewczynki.

      Dywany wszelkich gabarytów i stylów. Najbardziej w pchlich targach poetycko mnie nastraja różnorodność. Bezwstydny brak tematu przewodniego. Zero narzuconych struktur, pełna dowolność, rozpasana przypadkowość. Tu i ówdzie dochodzą do mnie głosy dzieci, może pierwszo-, a może drugoklasistów z podstawówki, zaciągniętych tu przez babcie i absolutnie zachwyconych. Ja też. Ja też zachwycam się, choć w przeciwieństwie do tych babć i dzieci zupełnie nic stąd nie chcę.

      Narty. Jedna para, oparta o ścianę nonszalancko. Narty w ogóle sprawiają na mnie wrażenie zblazowanych.

      Kask motocyklowy.

      Czapka kapitańska.

      Glukometr.

      Poezja pchlego targu. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 25 sierpnia 2017 20:19
  • poniedziałek, 14 sierpnia 2017
    • Pobojowisko

      Ciągle wracam myślami do tytułu książki jednego z najbardziej znanych zachodnich nauczycieli uważności, Jona Kabat-Zinna, "Życie, piękna katastrofa". Bo niby dlaczego upierać się, że rzeczywistość powinna być jakkolwiek przewidywalna i uporządkowana, po co mozolnie, po co syzyfowo, przyklepywać codziennie, wyrównywać, kreślić jakieś dalekosiężne prognozy, wtłaczać siebie i innych dookoła w ramy tych prognoz, wymuszać na nich spójność z wizją jakąś, z jakimś swoim wewnętrznym teatrem. Skoro i tak to nie odpędza, i tak to nie zapobiega strachom wieczornym. Że on mnie po prostu któregoś dnia przestanie widzieć. Że odbierze mi swoją uwagę i czułość, swoją chęć wsparcia i bycia blisko, bycia w ciągłym kontakcie, bo cokolwiek: bo uzna że jestem za nudna albo za gruba albo za sztywna albo za bardzo samolubna. Czy będzie miał rację czy nie. Że praca dla innych ludzi nigdy nie da mi zewnętrznego szacunku, zaufania, stabilnego, uspokajającego miejsca w stadzie. Że jakakolwiek chwila nieuwagi, niedbałości, ludzkiego powszedniego lenistwa i koniec. Reputacja okaże się rzeczą zerojedynkową, pozbawioną niuansów, że w życiu nie ma przebacz. Nie ma luzu. Nie ma odpoczynku ani na chwilę. Że się stoczę w jakąś chorobę nieodwracalną, że te wszystkie moje nieśmiałe, średnio systematyczne, ale jednak, wysiłki, te wszystkie marchewki, buraki, ogórki, humusy i nasiona chia, te wszystkie rowery, baseny, spacery pod górkę i orbitrek. Boże jak ja lubię orbitrek. Jeśli z mojej psychoterapii wynikło coś pięknego, to chwiejny katastrofalnie związek, który nauczył mnie, że mężczyźni są zdolni do ogromnej czułości, tylko często nią obdarzają nieproporcjonalnie do moich potrzeb a) przedmioty nieożywione, b) aktywność rozmaitą integrującą ich z innymi mężczyznami, c) odmóżdżającą aktywność typu gry komputerowe, d) swoje matki. No i dobra, z tymi matkami to jakoś przeżyję, trudno im się przecież dziwić. Jeśli z mojej terapii wynikło coś pięknego to moja nowiutka, delikatniutka, niemrawa dość świadomość, że inni mają w swoim środku inaczej niż ja i moja świeżutka, wątlutka, niestabilna ciekawość jak to jest być tym kimś innym. Tak naprawdę. Wczoraj popatrzyłam na plastikową linkę z metalową klamrą zawieszoną na masywnej jabłoni i dzięki temu katastrofalnie pięknemu związkowi z zerową gwarancją przyszłości zatrzymałam się na nim wzrokiem. Przyjrzałam mu się. Mojemu ojcu nigdy nie udało się zaprosić mnie do świata, w którym rzeczy, namacalne, materialne, mechaniczne, fizycznie się do siebie odnoszą, są gdzieś jakoś umocowane, jakoś działają, coś się na nich będzie jakoś trzymać i czemuś służyć. Patrzyłam na jabłonkę i rozumiałam, że widzę uchwyt do huśtawki albo hamaka i zaczęłam się zastanawiać, jak jest zrobiony, kto go wymyślił i skonstruował i skąd wiedział o hakach, zawiasach, stosunku masy do siły grawitacji. Może to dobrze, że czterdzieści lat czekałam na zaproszenie do poza-intelektualnego, nie-bibliotecznego świata śrub i zaślepek, klejów i wyrzynarek, wkrętarek i kolanek. Świata, w którym rzeczy dzieją się naprawdę i zostają na lata. Świata mężczyzn pracujących, tradycyjnych, niemiejskich. Może ojciec wstydził się tego? W swoim wyrafinowaniu profesorskim, w swoim idealizmie kulturowym, w swojej sublimacji stołecznej. Jeśli z mojej psychoterapii wynikło cokolwiek zaskakującego, to że potrafię nawiązać komitywę z dziećmi. Potrafię się z nimi niepohamowanie, z obopólną euforyczną korzyścią, wymieniać energią, ładować nawzajem. Uczyć. Inspirować. Mistycznie prawie. Dzięki regularnym sesjom bytności z dziećmi opada wszelka ściema, rozmontowuje się fasada, dzieci są bezlitośnie bezkompromisowe - bądź ze mną, ale uczciwie - wydają się mówić - bądź ze mną, ale nieustraszenie. Nagle w tym bezsensie wszystko ma sens i rzeczywiście, kroczymy razem przez wstrząsająco zachwycające pobojowisko, a dziecko pokazuje mi, że możemy w nim być magicznymi, latającymi dinozaurami, że możemy znajdować niewidzialne jeziora, w których mieszkają dobrotliwe nierdzewne roboty. Więc pozwalam się prowadzić po cudzych światach, płakać mi się chce z bezradności, ale tylko dzięki temu ufam trzylatkowi czy dziewięciolatkowi, niedoskonale wyposażonemu, a przecież tak często mądrzejszemu ode mnie. I tak jak mój chłopak prowadzi mnie w świat nieożywiony i uczy go rozumieć, uczy go kochać, z czułością się mu przyglądając, wchodząc w proste, namacalne zależności, tak dzieci uczą mnie bać się, oswajają na powrót z dawno spłaszczonym, dawno podporządkowanym nudnej dorosłości światem fantazji pełnej oswojonych terrorów. Jeśli z mojej psychoterapii wynikło coś pięknego, to może jeszcze niepojęta, granicząca z cudem równowaga, chociaż całe moja psychofizyczność krzyczy (oszukuje), że wszystko dookoła się wali. Ale przestaję jej wierzyć. A przynajmniej nie całkiem. Składam w sobie rodzaj trzeźwej nadziei, chociaż rozpierzchły się wszystkie moje budujące wizje przyszłości. Biorę kolejny oddech. Stawiam kolejny krok. Zła jestem na swoją psychoterapeutkę. I wdzięczna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 sierpnia 2017 09:19

Kalendarz

Wrzesień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl