Kucharka Zen

Wpisy

  • niedziela, 10 grudnia 2017
    • Wglądy Wonder Woman

      Wciągnąwszy na siebie koszulkę z symbolem Wonder Woman, a na nią szarą bluzę z tą samą komiksową nadkobietą, poszłam spalić trochę czekoladowego tortu na zajęciach Fat Burning w pobliskiej siłowni. Kiedy weszłam do sali, wszystkie dziewczyny miały przed sobą schodek-stepper, więc skoro już wykonałam wysiłek i doczołgałam się do fitness klubu, uznałam, że chyba jest zastępstwo i trudno, zostanę.

      Niedługo potem do sali wpadła energiczna dziewczyna, która poprowadziła zaawansowane zajęcia ze stepu z szybko zmieniającą się choreografią. Step-touch, Mambo, Knee-up, V-step, Chasse, Cha-Cha, podwójny kick, Pivot i Reverse. Po kwadransie kręciło mi się w głowie, zgubiłam rytm, zapomniałam kroków, przestałam słuchać prowadzącej, przestałam patrzeć na dziewczyny ćwiczące przede mną, które myliły się podobnie często jak ja. Omiotłam salę wzrokiem. Nie byłam jedyną osobą, która stanęła zrezygnowana w miejscu. Wśród kilkudziesięciu ćwiczących zapanował chaos. Dziewczyny, które jeszcze ćwiczyły, często robiły coś całkiem innego niż reszta, we własnych rytmach albo całkiem w drugą stronę niż grupa. Prowadzącej nie przeszkadzał opór kilkudziesięciu uczestniczek. Raz na jakiś czas tylko odwracała się i wołała: "Będzie dobrze? Łapiecie to?" Dwie koleżanki za moimi plecami uczciwie odkrzykiwały wtedy: "Nie!" Ale instruktorki nie wybijało ich "nie" z rytmu. Nie zatrzymując się na moment, pobłażliwie pouczała, że jeśli ktoś nie nadąża, może wrócić do prostszych kroków i robić choreografię z początku sesji. A co jeśli nawet to było za trudne? - pytałam teatralnym szeptem, zagłuszana przez muzykę, na przemian wściekła na nią i na siebie.

      Targało mną trochę na tej sesji, a na koniec i tak muszę podziękować wszystkim autorom tego piętrowego bałaganu - regularnej instruktorce zajęć Fat Burning, która nie konsultując się z menedżerem klubu w ostatniej chwili zamieniła się na terminy z koleżanką od Stepa, klubowi, który w tej sytuacji zgłupiał i nie poinformował o zmianie zajęć ani na swojej stronie internetowej ani nawet na kartce na drzwiach sali, no i oczywiście niezbitej z tropu dziewczynie od Stepa, która (Będzie dobrze? Łapiecie to?) przez 60 minut nie zauważyła, nie odczytała zdezorganizowanej, zdezorientowanej, zdemotywowanej grupy. I tak muszę im podziękować. Poszłam potem porozmawiać z recepcją, dowiedzieć się co się stało, nawet nie na skargę i nie z pretensją, tylko z prośbą o lepszą komunikację, bo od lat nie ćwiczyłam stepa, nie pamiętałam nawet podstawowych kroków i nie dostałam szansy podjąć decyzji, że może pójdę na inne zajęcia, wcześniej, później, zamiast.

      Puenta jest inna. Kiedy walczyłam na sali z chaosem, wśród ogłupiałych innych dziewczyn, z nieprzytomną instruktorką, głośną muzyką i własną słabością, przetaczały się przeze mnie arcyciekawe zjawiska. Jak w soczewce zobaczyłam dużo większe wzorce moich reakcji na pewien typ sytuacji. Zrozumiałam cudze reakcje na nowo. To duży bonus takich nieudanych zajęć. Step-touch, Mambo, Knee-up, V-step, Chasse, Cha-Cha, podwójny kick, Pivot i Reverse. Moja pierwsza reakcja kiedy się pogubiłam to furia na samą siebie. Znowu nie nadążam. Znowu nie umiem. Gubię się, nie daję rady. Ofiara. Moja druga, prawie natychmiastowa reakcja to złość na prowadzącą. Jej "Będzie dobrze? Łapiecie?" wywołało w różnych osobach różne zachowania. Niektórzy jasno sygnalizowali, że nie. Ja też próbowałam, ale szybko zrezygnowałam kiedy zauważyłam, że instruktorka zanim nawet zareagujemy odwraca się i pędzi dalej nic nie modyfikując. Potem zaczęłam telepać się między biernym oporem a bezradnością. Robiłam miny. Klęłam. Razem z koleżankami zza pleców wołałam "nie!". Demonstracyjnie schodziłam ze step-schodka i stałam jak kołek. Znów zalewało mnie poczucie porażki i bezsensu. A potem gniew, że nie mogę się nawet dobrze bawić, że nie jest mi dane poczuć się kompetentnie, że robię z siebie publicznie idiotkę. A potem znów próbowałam, mimo wszystko, złapać skrawki, strzępy choreografii, znów próbowałam i fragmentami składałam te puzzle w większe całości, uczyłam się, uczyłam się szybko.

      Gardło ścisnął mi wgląd. Że tak żyję w ogóle. Że nawet jeśli mogłabym mieć uzasadnioną pretensję do dorosłych, którzy przez całą moją edukację dziecięcą przypominali tę rozpędzoną, nieświadomą moich potrzeb instruktorkę, obcy i obojętni, głusi na coraz cichsze protesty i piski moje i moich milknących, oporujących rówieśników, a całe połacie, całe wielkie przestrzenie mojego życia wypełniał chaos, nad którym przestałam panować, to jednak ja, to ja zrezygnowałam z uczenia się, poniesiona przez furię - złość to na siebie, to na świat - poczucie niekompetencji, przegranej, beznadziei. Gardło ścisnął mi wgląd, wgląd, że to złudzenie. Że dopóki nie zrezygnuję, mam szansę nauczyć się więcej, nabrać wprawy, naumieć. Że nie da się całe życie być Wonder Woman. Bo między przyziemnym, przychodnikowym, codziennym byciem a triumfami nadkobiety rozciąga się ogromna liczba momentów takich, jak te fatalne zajęcia ze Stepa, nabrzmiałych potencjałem, tylko pozornie straconych.

      A drugi wgląd mi równocześnie wycisnął pojedyńczą łzę. Step-touch, Mambo, Knee-up, V-step, Chasse, Cha-Cha, podwójny kick, Pivot i Reverse. Przecież ja też uczyłam rozmaitych ludzi rozmaitych rzeczy, byłam lektorką, trenerką, mentorką, coachem, doradcą, byłam żoną i córką i ciotką i siostrą i we wszystkich tych relacjach ludzie stawiali wściekły opór - jak ja na zajęciach ze Stepa dogadująca teatralnie prowadzącej, jak te dziewczyny zza moich pleców ze swoim demonstracyjnym, sarkastycznym "nie", jak dziewczyna obok, która przewracała oczami, jak tamta dziewczyna pod ścianą, która podśmiewała się z instruktorki z koleżanką, jak pół sali sabotującej, paraliżującej zajęcia, które stanęło w pewnym momencie i przestało ćwiczyć w ogóle, jak kilka osób, które dotarły do recepcji przede mną żeby złożyć reklamacje, jak grupa dziewczyn głośno komentująca zajęcia w szatni. Ten opór, ta złość, te zażalenia i śmiechy i sarkazm - rzeczy, których się przez pół życia bałam - wychodzą z tego samego miejsca, które poczułam dziś w sobie - miejsca słabości, dezorientacji, poczucia porażki, rozczarowania, nie bycia zobaczoną.

      A trzeci wgląd był jak elektrowstrząs, który boli i leczy. Nigdy nie odzyskam życia zmarnowanego na bierność, na rezygnację, na przepełnione złością na siebie i świat poczucie porażki. Ale właśnie odzyskałam świadomość, że nadal żyję i nadal się uczę. Że na koniec reakcja na chaos (Czyja to była wina? Moja? Regularnej instruktorki, która nie przyszła? Dziewczyny, która pojawiła się pełna entuzjazmu na zajęciach żeby nas zarazić stepem? Klubu? Tej koleżanki, która walczyła z choreografią przede mną i której za cholerę nie mogłam naśladować, bo myliła się raz po raz? Mamusi? Tatusia? Polskiej szkoły?), że na koniec reakcja na chaos to mój wybór i mogę, już mogę, wybrać rozwój i wzrost, bo do tego zostałam powołana do życia na naszym łez padole.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Wglądy Wonder Woman”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 grudnia 2017 14:13
  • sobota, 09 grudnia 2017
    • Wiedźma na sobotę

      Czasem czytam, za każdym razem w punkt: https://wiedzmaradzi.pl/2017/09/08/zaganianie/

      A tymczasem idę prasować i lepić pierogi, ale tylko dla siebie i osób, które zaakceptowały, że chodzę własnymi drogami, przestały mnie zaganiać (o co chodzi z tym zaganianiem? Przeczytajcie wpis wiedźmy pod powyższym linkiem), nie dziwią się już mojej autonomii i potrafią połączyć fakt, że jestem chora / zmęczona / zła z faktem, że od rana do wieczora coś robię i część rzecz, które robię jest trudna i wyczerpująca, i większość tych rzeczy nie dzieje się magicznym niewidzialnym bezwysiłkowym sposobem, coś mnie kosztuje. W przeciwieństwie do absolutnie fantastycznie opisanego osobnika z powyższego artykułu oraz jego matki, którzy kogoś mi przeraźliwie przypominają.

      Po tym jak tańczyłam z moją terapeutką na naszej ostatniej sesji, przez chwilę jeszcze rozmawiałyśmy. O tym, że chciałabym być jakaś - piękna, radosna, spokojna, empatyczna, twórcza. Bo takich ludzi się kocha. I że to mi się wydaje jakieś zewnętrzne, nieosiągalne dla mnie. A ona mnie pyta jak się czułam kiedy tańczyłam całą sobą, kiedy sobą zataczałam koła razem z całym wszechświatem. Piękna, radosna, spokojna, empatyczna, twórcza. Zacisnęłam swój wściekły kobiecy szczękościsk. Powiedziałam, że nie chcę być taka, na złość nie chcę, bo wtedy wygra moja mama, babcia, wygra mój były chłopak. Wygra ta kobieta, która powiedziała, że utyłam. Ta kobieta, która dała mi na Gwiazdkę książkę "Jak zdobyć faceta". Ci wszyscy ludzie, którzy ze smutnych i trudnych miejsc zaganiali mnie w sztuczne szczęście, którzy nakazywali - jakby to była zewnętrzna powinność - bycie kobiecym ideałem - ideałem córki, ideałem narzeczonej - bez względu na miejsce, w jakim akurat byłam, na moje uczucia i potrzeby. A jeśli mieli rację, że mnie nie akceptowali w mojej słabości i brzydocie i w moich trudnościach, w moich frustracjach i walkach i smutkach i złościach? Jeśli mieli rację, że zaakceptować mnie można tylko zdrową, wesolutką, wsłuchaną w innych, skocznie i rezolutnie nie zawracającą sobą nikomu głowy? Więc będę nieszczęśliwa żeby nie wyszło na to, że życie jest tragicznie niewykonalne, że rzeczywiście nie należało mnie kochać, że uzasadnione były te ich obojętności i opuszczenia, wymuszenia i irytacje moim oporem, moim upartym tkwieniem w samolubnej furii i markotności.

      To jest jakieś ogromne wyzwanie dla mnie, traktować takiego typowego polskiego faceta zaopatrzonego w czczącą go bezwarunkowo, służąco-matkę, traktować go poważnie i nie pozwolić się skurczyć swojej do niego miłości, a równocześnie trzeźwo podchodzić do tego, jak dużego zrozumienia, empatii i wsparcia można się od niego spodziewać. Nie wpaść w gorycz ani furię, nie wpaść w poczucie krzywdy permanentne, poczucie niesprawiedliwości, wykorzystania. W moim mózgu facet przeskakuje wtedy z anielskiego piedestału - mój sprzymierzeniec i przyjaciel, źródło bezpieczeństwa i ciepła - do dołu z diabłami - wróg mojego spokoju i odpoczynku, źródło dyskomfortu, zmęczenia i bólu, samolub i pasożyt bezwstydny. Nie lubię argumentów, które czasem słyszę - że kobieta powinna wykonać jakiś dodatkowy wysiłek żeby jej (kochający?) facet nie wykorzystywał, bo to przecież normalne i naturalne, że on będzie dążył do maksymalnej wygody i nie ma w interesie samopoświęcenia. Wściekam się, kiedy to słyszę, bo to na moją kobiecą odpowiedzialność za absolutnie wszystko nakłada kolejny ciężar odpowiedzialności - za to, żeby mnie przyzwoicie traktowano. A jak ja mam niby tego dokonać? Jaki mam wpływ na cudze poczucie przyzwoitości i jego ogląd świata? Podobno da się jakoś balansować pośrodku - między frustracją wściekłą a ślepym uwielbieniem albo wrośnięciem w rolę kuchto-ofiary. Bronić siebie nie znienawidziwszy drugiej osoby, z sympatią. Stawiać granice bez niechęci do tego, kto je regularnie narusza, z czułością odróżniając człowieka od zachowania. Może to kwestia skupienia się na jak najczęstszych wizytach w miejscach, dzięki którym czuję się piękna, radosna, spokojna, empatyczna, twórcza i zrobienia swojemu mężczyźnie dokładnie tyle przestrzeni w swoim życiu, na ile mam ochotę, bez złudzeń, bez naiwności. Może to kwestia otwartego, konsekwentnego pokazywania mu, że mi przeszkadza i irytuje mnie kiedy mi zaburza kontakt z moją pięknością, radosnością, spokojem, empatią i twórczością? Może to on ma się wpasować w moje życie tak samo jak ja się pokojowo dopasuje do jego? Kochanie go tyle, na ile sobie zapracuje miłością, która się objawia aktywnym działaniem i wsparciem i szacunkiem. Zawsze robiłam więcej i miałam nadzieję, że wcześniej czy później mój facet to zobaczy, doceni, a potem powolutku, z wdzięczności, z czułości, urośnie, dorośnie, wrośnie w to szczodre miejsce dla prawdziwego partnera. Cóż.

      Wiecie, co ostatnio zauważyłam? Po niedawnej przeprowadzce odpuściłam sobie standardy czystości niegdysiejsze. Zawsze zmyte naczynia i schludne wypucowane przestrzenie i lodówkę z zapasami zdrowymi na tydzień. Mam górę już noszonych dresów na podłodze w sypialni, bo a nuż je włożę na spacer z psem, albo zrobię sobie "dzień trolla" - taki bez prysznica i we wczorajszych ciuchach, tylko dla mnie. Na kanapie rezyduje na stałe notes z rysunkami, komputer i skaner i dwa koce - moje stanowisko artystyczne. W kuchni jeszcze nie zdecydowałam się na koncepcję zagospodarowania przestrzeni, więc stoi tam kosz na brudną bieliznę i lampy fotograficzne. Nie jest mi ani dobrze ani źle w tym bałaganie. To, co ciekawe, to fakt że przez ileś lat bycia samą, pielęgnowałam zupełnie dla nikogo, nadmiarowo, niepotrzebnie, nawyki dobrej żony. Przygotowywałam pusty dom na przyjęcie dobrego męża. Nie dla siebie. Dla jakiegoś domyślnego mężczyzny. Albo nawet jeszcze gorzej - bo dla jego domyślnej matki. Nie spuściłam ze standardu nawet w przepracowaniu, w chorobie, w depresji. Przez dobre osiem czy dziewięć lat zawsze w każdej chwili mój dom mogła poddać wizytacji wymagająca teściowa dowolnego sortu i po oględzinach stwierdzić, że synuś może łaskawie zaszczycić to wypielęgnowane ognisko domowe swoją obecnością. Do mojej pierwszej skuchy oczywiście.

      Trzeba by wreszcie wyluzować w kwestii własnych domniemanych skuch.

      Strasznie smutne jest to, jak dużo życia zmarnowałam w ten sposób - wyrzucając na bieżąco śmieci, piorąc pościel pachnącą, układając cholerne kwiaty i utrzymując swój kunszt kulinarny na odpowiednim poziomie. To, że nikt mnie nie zapytał, czy marzę o byciu wzorcową żoną to jedno. To, że ja sama siebie o to przez tyle lat nie zapytałam, to już szokujące. Feministka od siedmiu boleści. Bo nie, nie mam ochoty obsługiwać cudzej rodziny. Moja wizja dobrego, fajnego życia zakłada, że pod jednym dachem będą dwie osoby, które mają każda swoją pracę, swoje pasje, osoby zdrowe, aktywne fizycznie, dbające o higienę psychiczną i o więzi międzyludzkie - ale umiejące się też gdzieś spotkać, sprzymierzone chęcią bycia razem.

      Nie przeszłam ostatniego castingu na ofiarną synową, ale ten casting byłby po prostu zabawny, naprawdę niewarty energii, gdyby nie to, że w mojej własnej głowie to ja traktowałam go śmiertelnie poważnie. Najbardziej bolało zawiedzenie chóru moich wewnętrznych psychicznych teściowych i zrozumienie, że babcia, mama, że wychowywały, trenowały, warunkowały mnie żebym kiedyś synową została właśnie, perfekcyjną służącą pod domyślnym surowym wzrokiem obcej kobiety, w cudzym domu. Miałam byc bezdomna! Taki był dla mnie społeczny plan, bez strefy komfortu, jeśli mozolnie, bohatersko nie stworzę jej sama, na permanentnie niższym, służebnym, podporządkowanym statusie. A ja karnie uwewnętrzniłam ten ideał. Miałam jakiejś kobiecie tak naprawdę zostać oddana na własność, odwieczna klątwa dziewczyn w wieku rozrodczym porzucających rodzinny dom i wszelkie duchowe domy dla oddania się nowej kulturze i tradycjom, dla wejścia do domu mężczyzny i jego matki. Jeśli prawie trzy lata partyzanckiej wojny w trójkącie ja-chłopak-mamusia (cierpiętnicza, surowa, karząca strażniczka lokalnej tradycji, która - nawet kiedy już nie trzeba, kiedy już mogłaby żyć swobodnie - poświęci własne życie dla swoich pięknych chłopców, a potem, byle tylko się nie okazało, że jej dotychczasowe udupienie było bez sensu i celu, udupi kogoś innego przedłużając ten cykl o następne pokolenie), jeśli trzy lata partyzanckiej wojny, w której właściwie wszyscy przegrali kiedy mamusia "wygrała" były darem od losu, to przede wszystkim dlatego, że zobaczyłam nareszcie co wyrabiam, co ze mną wyrabiała moja kultura i moje społeczeństwo, zobaczyłam nareszcie, że nie chcę i nie muszę. Chcę być blisko z drugim człowiekiem, lubię być w związku, ale bliskość i więź to jedno, a z góry przegrany casting rodzinny na ciepłą zupę dla szanownego pana, który nigdy nie mówi, kiedy na tę zupę wróci do domu, to zupełnie inna para kaloszy. 

      Ostatnio koleżanka z pracy weszła do mojego biura i powiedziała, że dziewczyna jej brata zostaje na weekend z jej dziećmi, że będzie się nimi opiekować i kąpać i usypiać i bawić i gotować im i kazała jej się niczym nie przejmować, po prostu wyjechać sobie na fajny weekend, zostawić pustą lodówkę i zero instrukcji, nie zawracać sobie głowy tym, gdzie będzie spała i zająć się sobą i wrócić kiedy będzie miała ochotę. Poza tym tygodniami pomagała im w remoncie, malowała ściany, skręcała meble, dowoziła jedzenie i picie dla innych remontujących. Zaskoczona, odpowiedziałam, że to jakaś strasznie fajna osoba. Koleżanka popukała się w głowę. "Ja o tobie mówię, idiotko. Nie mam żadnego brata."

      A w ramach bonusa, żeby zatoczyć eleganckie koło od wiedźmy do wiedźmy, oto amatorsko przetłumaczony fragment mojej książki do poduszki, "Zapytaj Babę Jagę. Porady nie z tego świata na rozwiązanie codziennych problemów." Napisała Taisia Kitaiskaia. Polecam jeśli gdzieś dorwiecie.

      Droga Babo Jago,

      Mijają lata, a ja jestem coraz bardziej rozczarowana mężczyznami. Czy wszyscy sensowni faceci są gdzieś pochowani? Jak odzyskać wiarę w brzydką płeć?

      BABA JAGA:

      Szukasz zbyt intensywnie. Jesteś jak sokół zataczający koła nad leśnym poszyciem i wszystkie delikatne maleństwa chowają się przed tobą zalęknione. Dlaczego potrzebujesz ściskać jedno z nich w swoich szponach i nazywać swoją własnością? Użyj swojego dzioba i swojej siły żeby zebrać jagódki, a potem umość sobie dobre gniazdko, w którym będziesz mieć ochotę mieszkać, bo to wtedy jakieś wyględne i niespotykane stworzenie może się pojawić, równe tobie we wspaniałości upierzenia i przenikliwości wzroku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Wiedźma na sobotę”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 09 grudnia 2017 11:20
  • piątek, 08 grudnia 2017
    • Szymborska na piątek

      "Przepraszam przypadek, że nazywam go koniecznością.
      Przepraszam koniecznośc, jeśli jednak się mylę.
      Niech się nie gniewa szczęście, że biorę je jak swoje.
      Niech mi zapomną umarli, że ledwie tlą się w pamięci.
      Przepraszam czas za mnogość przeoczonego świata na sekundę.
      Przepraszam dawną miłość, że nową uważam za pierwszą.
      Wybaczcie mi, daleki wojny, że noszę kwiaty do domu.
      Wybaczcie, otwarte rany, że kłuję się w palec.
      Przepraszam wołających z otchłani za płytę z menuetem.
      Przepraszam ludzi na dworcach za sen o piatej rano.
      Daruj, szczuta nadziejo, że śmieję się czasem.
      Darujcie mi, pustynie, że z łyżką wody nie biegnę.
      I ty, jastrzębiu, od lat ten sam, w tej samej klatce,
      zapatrzony bez ruchu zawsze w ten sam punkt,
      odpuść mi, nawet gdybyś był ptakiem wypchanym.
      Przepraszam ścięte drzewo za cztery nogi stołowe.
      Przepraszam wielkie pytania za małe odpowiedzi.
      Prawdo, nie zwracaj na mnie zbyt bacznej uwagi.
      Powago, okaż mi wspaniałomyślność.
      Ścierp, tajemnico bytu, że nie mogę być wszędzie.
      Przepraszam wszystkich, że nie mogę być każdym i każdą.
      Wiem, że póki żyję, nic mnie nie usprawiedliwia,
      ponieważ sama sobie stoję na przeszkodzie.
      Nie miej mi za złe, mowo, że pożyczam patetycznych słów,
      a potem trudu dokładam, żeby wydały się lekkie."

      Wisława Szymborska- Pod jedną gwiazdką

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 08 grudnia 2017 13:16
    • Złe miejsca

      drzewo

      Za oknem chwieją się, kiwają gwałtownie nagie bezlistne gałęzie na tle grudniowej białoszarości opresyjnego nieba. Za oknem samotne drzewo podwórkowe między przedwojennymi kamienicami chybocze się zdecydowanie z lewa na prawo. Wiatr tak nie porusza wiązami. Wiatr jest delikatniejszy, bardziej chaotyczny i kapryśny, szarpnie tu, szarpnie tam. To nie może być wiatr. Wychylam się z kanapy, dopiero co usiadłam. Na wysokości trzeciego piętra siedzi w uprzęż wyposażony człowiek w niebieskim kombinezonie. Wychyla się to w jedną, to w drugą stronę, a z nim drzewo. W kontrolowany sposób potrząsa jednym z konarów dopóki ten nie odłączy się od pnia. Wtedy delikatnie pociąga go w swoją stronę, po czym spuszcza po linie w dół drzewa. Ja próbuję zrozumieć co to jest sprawczość, skoro wszystkie moje dotychczasowe próby osiągania celów, wpływania na rzeczywistość, zatrzymywania miłości, skoro wszystkie moje kurczowe próby spełzły na tak bardzo bolesnym niczym. Chciałabym żeby mnie ktoś tu znalazł, na dnie zwątpienia we własne działania, w dobrą wolę świata, żeby wyciągnął, ale nie jestem małym dzieckiem, więc wyciągam się sama. Nie ma nic bardziej gorzkiego niż wyjść z tunelu i zdać sobie sprawę, że człowiek nadal się nawykowo garbi, mruży oczy i szuka ściany, wzdłuż której mógłby się przeczołgać. Z braku pomysłu na to, co dalej pozostaje tylko ślepa wiara. Jakiś rodzaj zaufania, ale nie wiadomo nawet czemu i komu. To takie czyste, zwyczajne, pozbawione dodatkowych znaczeń "nadal tutaj jestem". Takie trzeźwe, elastyczne, otwarte, bez złudzeń "skoro jestem, to zobaczmy co dalej".

      panie w panterkę

      Niedawno mieliśmy duże firmowe wydarzenie na Zamku Królewskim. Stałyśmy z koleżanką na klatce schodowej, w pół drogi między szatnią a intarsjowaną salą pod kryształowymi żyrandolami, gdzie będą grały dwie śliczne skrzypaczki i kierowałyśmy ruchem. Nie robiłam takich rzeczy od chyba dwudziestu lat, ale lubię je, bo są proste, bezmyślne. Uśmiecham się i mówię po raz siedemdziesiąty czwarty sympatyczne "dzień dobry, zapraszamy na pierwsze piętro". Po którymś kolejnym "dzień dobry" jestem w wyśmienitym nastroju, bo ciało uśmiechające się poinformowało umysł zadziwiony, że humor dopisuje, a umysł ukojony magiczną dobrą wolą "dzień dobry" powtórzonego wystarczającą liczbę razy i odpowiedziami starszych państwa, którzy wspinali się na górę po schodach, umysł ukojony zaakceptował, że może w takim razie dzień rzeczywiście niezły jest, dziękuję bardzo.

      Pół godzinki później byłyśmy już z inną koleżanką pod wystawną salą i podsłuchiwałyśmy pod drzwiami występu skrzypaczek. Dołączył do nas kolega, a z nim znajomo wyglądający stateczny pan z orlim nosem i w wyrazistych biało-niebieskich okularach. Pan był osadzony w tym miejscu, ewidentnie u siebie. Władczy nieco, bezpośredni. Opowiadał coś o "małpach", że widział na widowni dwie "małpy", że one zawsze przychodzą na takie imprezy. Ja miałam właśnie zabulgotać, że jak się o kobietach wyraża (na fali zniewag niedawnych, bo wcześniej ubrany w żołnierski kostium strażnik nazwał mi koleżankę "skarbem", a mnie przypadkiem spotkana właścicielka mieszkania, od której kiedyś wynajmowałam przez dwa lata i którą z dużym sentymentem wspominałam, oznajmiła, że mnie nie pamięta, ale to pewnie dlatego, że utyłam), więc miałam zabulgotać i na pana z Zamku, ale dalsza jego rozmowa z moim kolegą wskazywała na to, że mówią czymś pomiędzy szyfrem a żargonem i to chyba nie chodzi o kobiety w ogóle, tylko o rodzaj bankietowego sępa, który zjawia się na rozmaitych imprezach niezaproszony, z wyłożoną uprzednio solidną folią torebką, żeby pojeść, popić i zaopatrzyć się w aprowizację bufetową - roladki, śledziki, pierożki - na kilka kolejnych dni. W okolicach opowieści o panu, który udawał profesora na bankiecie dla naukowców, ale wychodząc z kolacji został zatrzymany z wystającym z kieszeni wędzonym węgorzem zorientowałam się, że człowiek z orlim nosem jest szefem zamkowej restauracji i że wie, o czym mówi, a "małpy" to inaczej tak zwane "wernisażystki" czyli seryjne złodziejki jedzenia. Kierownik restauracji powtórzył, że widział przynajmniej dwie stałe bywalczynie zamkowych bankietów, a mnie tknęło. Stanęły mi przed oczami panie charakterystyczne, a odstające odrobinę od reszty wieczorowego towarzystwa.

      - Czy jeśli powiem "panterka, złoto i tapir" to takie hasło brzmi znajomo? - zapytałam go. Poklepał mnie po ramieniu. 

      - Widać, że zna się pani na ludziach. 

      To był mój najdumniejszy moment tego tygodnia.

      dyskoteka

      Dobę później dostałam gorączki. Takiego dziwnego wieczornego kaca, który nie pozwala wyjść z domu, a nawet czytać czy oglądać głupich filmów. Dzisiaj płaczę. Płaczę i boli mnie głowa i chcę do domu i jestem w domu. A wszystko dlatego, że mnie moja terapeutka wraca do życia, a ja nie chcę. Nie wiem, może dlatego, że to nielojalne wobec wszystkich, których kiedykolwiek kochałam, a którzy bywali zazdrośni o inne źródła mojej radości i żywotności. Może wręcz przeciwnie. Jeśli wrócę do życia, to oni wygrają, bo się okaże, że kiedy leżałam i kwiczałam, a oni naciskali żebym się wzięła w garść i złożyła do kupy, a ja chciałam żeby mi pomogli, albo przynajmniej ze mną chwilę pobyli w tym bólu, taka samotna się czułam, tak zdradzona, opuszczona, tak zła na nich, kto by pomyślał, że jestem typem, co sobie odmrozi nos żeby babci zrobić na złość, co się odetnie od szczęścia byle tylko mieć rację, że trzeba się zatrzymać, trzeba pobyć w rozpaczy zanim się znowu będzie pędzić do szczęścia, do biesiady, do ludzi.

      Ta konkretna sesja była słowotokiem, dygresjami poprzecinanym, zygzakiem prowadzącym od uczucia do uczucia, od skojarzenia do skojarzenia, bolesno-wzruszającym. O światełkach w tunelu, o tym, że już wyszłam, że w ogóle jest światło, że tkam połączenia między momentami przyjemności, zachwytu, spokoju, a momentami bezsensu i zwątpienia. Że powoli w tych ciemnych zaczynam kojarzyć, że były i będą jasne. A w tych jasnych pamiętam, że trzeba je zapamiętać, że je nanizać na niteczkę żeby powstał amulet ochronny na złe czasy.

      Na koniec moja terapeutka zapytała czy mam ochotę na dyskotekę. Obawiam się, że mogłam na nią popatrzeć jakby spadła z choinki prosto na głowę. W duchu "skoro już tu jestem i nie mam lepszego pomysłu, to zobaczmy co dalej" powiedziałam, że okej. Puściła piosenkę rezolutną i lekką i zaczęła tańczyć. Więc ja też. Szaleństwo. Spróbujcie tak kiedyś, poobserwujcie wtedy jak się wam porusza w przestrzeni, czy czujecie na sobie czyjś wzrok - tej drugiej osoby? Czy bezosobowy? Krytyczny? Prześmiewczy? Pożądliwy? Zazdrosny? Kobiecy czy męski? A kiedy czujecie ten wzrok, czy macie swobodę ruchów, czy sprawia wam przyjemność bycie, życie, tańczenie? Czy czasem może zapominacie się w choreografii, noga zatoczy szczególnie rozkoszne półkole, podąży za nią biodro i nagle jesteście jednym ze światem? Jak często zdarzy się wam być centrum ruchu, kołem zamachowym kosmosu, w harmonii z nim? A potem przyjrzyjcie się tej drugiej osobie, jak tańczy, czy podobnie jak wy, czy inaczej, zapożyczcie od niej jakiś ruch, włączcie do swojego repertuaru, zobaczcie czy ona wasze też czasem powtarza, wejdźcie w dialog i bądźcie szczęśliwi. Magia.

      aborcja i narkotyki / zle miejsca

      W chłodni z serami i wędlinami podnoszę po kolei śnieżnobiałe prostokąty owczego pecorino. Na koniec wybieram twardy żółtawy trójkąt sera, który może jutro zetrę na obiad do makaronu z mięsem z białej kiełbasy i sosem grzybowym. W koszyku mam już słoiczek pasty z prawdziwków. Rozprowadzę ją po powierzchni patelni rozgrzanej, wśród szklistych drobin cebuli i drzazg czosnku, beżowawo. To moje włoskie odkrycie - mięso z białej kiełbasy, które wyjmuje się z otoczki i rozdrabnia przed podsmażeniem, miękko i soczyście. Ale to może jutro. Teraz stoję nad twarożkami i sprawdzam skład. Podejrzewam u siebie nietolerancję laktozy, ale któryś z kolei naturopata czy zielarz czy magik czy może hochsztapler, u którego usiłowałam się leczyć z wewnętrznego ścisku na styku biologii i cywilizacji, powiedział mi, że owcze mleko nie powoduje tych samych sensacji co krowie. Więc sobie czasem dogadzam.

      - ...zebrać wszystkich na dyskusję o aborcji. Jaką dyskusję? Mogą zebrać wszystkich i po prostu stwierdzić, że nie można i tyle! O czym tu dyskutować?

      Nie znoszący sprzeciwu, radośnie pewny siebie głos zza lady z wędlinami spotyka się z entuzjastycznym pomrukiwaniem zgodnym. Trochę mi to przypomina debaty w brytyjskim parlamencie, gdzie mówca wychodzi przed ławy swojej frakcji politycznej, a za sobą ma poparcie, które po bardziej soczystych sentencjach, po szczególnie wyrazistych sloganach, po mocniejszych atakach na opozycję, odzwierciedla echem. Taki tłum potakiwaczy. Aye, aye, aye. Tak, tak, tak. Mamroczą sprzymierzeńcy, koledzy i koleżanki zza pleców. A ja, jak często, ze swoim poglądem, że życie jest pogmatwane więc i aborcja nie jest prostym, jednomyślnym, oczywistym tematem, że każda niezbita prawda, każdy niesprawdzony aksjomat kogoś prędzej czy póżniej krzywdzi, czuję się w mniejszości.

      - To gimnazjum dopiero, po co tym dzieciom mącić w głowie? - dorzuca młodsza koleżanka od wędlin.

      - Poza tym co oni za argumenty w takiej dyskusji wymyślą? Co oni mają na ten temat do powiedzenia? - zza półki z winami wychyla się dwudziestokilkuletni chłopak, który wypakowuje właśnie pudło z kolejnymi butelkami wytrawnego czerwonego.

      - U nas chcieli zrobić apel na temat narkotyków i uzależnień. Po co tym dzieciakom opowiadać o takich rzeczach? Jeszcze im coś głupiego wpadnie do głowy.

      Chcę się wtrącić znad mojej ricotty, że i w gimnazjum życie potrafi się skomplikować, że się już wtedy, właśnie wtedy ma do czynienia z "takimi rzeczami", że bez przygotowania, bez opieki i wsparcia, w próżni wytwarzanej przez tabu i milczących dorosłych, dzieci i tak jakoś radzą sobie same. Albo nie radzą. Wiem, bo pamiętam. Wiem, bo przez rok szkoliłam się żeby zostać szkolnym trenerem profilaktyki uzależnień i przeciwdziałania przemocy. Byłam w szkołach. Słyszałam, co mówią dzieciaki. Nie wtrącam się jednak, bo część z mojego sprzeciwu wygłasza za mnie taktownie, ostrożnie ta starsza kobieta zza szynek, mortadel i boczków, którą początkowo podejrzewałam o zamykający usta opozycji, samozadowolony radykalizm.

      - Ja wiem, że każdy mówi, że jego dzieci nie. Bo jego dzieci są grzeczne, z dobrego domu, wychowane, kulturalne, ale przecież ich koledzy i koleżanki już rozmaite rzeczy robią. Więc chyba jednak trzeba z nimi rozmawiać.

      - Mnie ją dajcie na tydzień na wychowanie, to jej wybiję z głowy wszystkie głupie pomysły. - rzuca buńczucznie młody brodaty maczo znad kasy.

      A ja płacę za swoje mini-prosecco, swój ser i borowiki i wychodzę. W mżawce, która nie ustępuje chyba od miesiąca, która się być może zlokalizowała dokładnie nad moją okolicą i wisi nade mną od przeprowadzki, w mżawce chłodnej brnę do domu pakować prezenty i wraca do mnie to, co powiedziała drobna, ruda dziewczyna z delikatesów. Po co dzieciakom opowiadać o takich rzeczach? Jeszcze im coś głupiego wpadnie do głowy.

      Tak jakby sama wzmianka o narkotykach i aborcji miała moc zakazić młodość złem. Pobrudzić na zawsze. Kiedy myślę o przestrzeniach tabu w czasach mojego dorastania, z braku mapy, opcje rozrysowywały mi chwilowe emocje, z braku podręcznika edukowały mnie koleżanki i koledzy, a oprócz tego byli monumentalni, majestatyczni dorośli, którzy grzmieli coś abstrakcyjnego, radykalnego, obcego straszliwie z ambon, moralizowali zza biurek, straszyli ogniem piekielnym z ekranów i z książek. Nie pamiętam żeby ktokolwiek zszedł do nas z tego piedestału, gdzie tylko dobro i mądrość niezbita, gdzie autorytet spiżowy. Nie pamiętam na etapie własnych rozterek dziewczęcych kogoś, kto by mi na powszednim, codziennym poziomie chodnika, na poziomie emocji, na poziomie życia potowarzyszył. Wtedy jeszcze nie istniała instytucja psychologa szkolnego, nie było trenerów profilaktyki. Było wyłącznie tabu, cisza paraliżująca, wchodzenie w tereny niezbadane, sensacją i poczuciem grzechu opieczętowane, wkradanie się tam półlegalne, samotne, po alkoholu, co łagodził strach.

      Chodzimy teraz po nierozpoznanych terenach, nad którymi unosi się smog poczucia winy i smród lęku, chodzimy po tych obszarach niezmapowanych i je mapujemy z moją terapeutką. A ja dużo myślę, dużo myślę o łatwości, z którą relegujemy my, ludzie, rozmaite tematy, słowa, czyny, ludzi do tego smogu i smrodu, nie zrozumiawszy, nie wziąwszy choć trochę odpowiedzialności. Te złe miejsca, miejsca gdzie mieszkają szaleńcy, narkomani, prostytutki, kobiety co dokonały aborcji, mordercy i pedofile, cykliści, wegetarianie i feministki, wiedźmy i artyści przymierający głodem, chorzy i starzy, grubi i niepełnosprawni, uchodźcy i plebs z prowincji, Żydzi, Murzyni, Arabowie. Znam te miejsca i bywam w nich często. Całe życie stąpałam delikatnie, grzeczna dziewczynka, po nieprzewidywalnym polu minowym, byle mnie tylko, byle mnie tylko rozmówca nie wysłał na banicję, byle mnie tylko, byle mnie tylko moja społeczność nie odrzuciła, nie ekskomunikowała. Do złych miejsc.

      Badam też "złe miejsca" w sobie. Kiedy kogoś nie lubię, kiedy na kogoś mnie złość bierze, kiedy ktoś z dobrego w niedobrego się przeistacza i być może mogę go wtedy bezkarnie potraktować jak wroga - pozbawić przyzwoitego, kulturalnego, szacunkiem podszytego, otwartego pytania - co tam w tobie się dzieje? Skąd się taki wziąłeś? Dlaczego robisz rzeczy, które ranią? Bolą? Niszczą? Jak to jest, że nie wiesz, co spowodowałeś? Że uciekasz od konsekwencji? Że nie czujesz swojej odpowiedzialności? Kiedy kogoś skażę na wygnanie, tak jak ja bywałam skazana bez sądu, kolektywnie, bez wiedzy, bez woli mojej, bez konsultacji przez tą i ową społeczność, tak jak ja traciłam co kocham, traciłam budowane przez lata, bo ktoś mnie do złych miejsc wyganał z niezrozumienia, z braku chęci zrozumienia, bo dziwna byłam, bo inna. Kiedy kogoś skażę na wygnanie, czy się usprawiedliwiam? Czy mój strach i ból i złość i poczucie krzywdy zaburzają mi zrozumienie jego człowieczeństwa i wgląd w jego - równoważny, odzwierciedlony - ból i strach i złość i poczucie krzywdy? Kiedy się spotkają bóle i złości i strachy? Czy zawsze musi nastąpić eskalacja? Wchodzę więc w strefę konfliktu i odrzucenia, zerwanych więzi i złamanych serc i zaczynam rozumieć jak to się stało za każdym razem, i że to niewiarygodnie głupie i że to niczyja wina. I że szkoda, ale też że już po ptokach.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 08 grudnia 2017 13:04
  • niedziela, 03 grudnia 2017
    • Patrzę na ciebie

      Kiedy spędzam czas z małymi chłopaczkami, a przez ostatnich kilka lat małe chłopaczki objawiają mi się coraz częściej, idzie na mnie narastająca fala, tsunami czułych ojców, lojalnych, rzetelnych szefów honorowych, kumpli zabawnych i elokwentnych, ale przede wszystkim małych, nieprawdopodobnie fajnych facecików. Czy świat się ostatnio bardziej zaludnia niewielkimi, nieporadnymi jeszcze mężczyznami, czy to ja ich zaczynam dopuszczać do świadomości? Większość moich dzieciatych koleżanek i kolegów z pracy ma synów. Moja siostra też ma dwóch, od dłuższego czasu, jeden z nich ma w twarzy trochę mnie, a to przerasta moje zrozumienie (Czy mogłaby się nami zajmować ciocia Zenek? Bo my się z nią śmiejemy i robimy eksperymenty i żartujemy i jest fajnie?). Mój były chłopak i ja regularnie zajmowaliśmy się jego dwoma bratankami. Ten młodszy zaczarował mnie z wzajemnością. Miałam z nim niepowtarzalną, niezrozumiale silną nić porozumienia od kiedy zrozumiał, że będę go traktować z szacunkiem licującym z jego ogromną wewnętrzną mądrością, że pozwolę mu pokazać sobie czego potrzebuje i jak chciałby ze mną wejść w interakcję, że będę się z nim bawić, będę się nim opiekować, będę mu towarzyszyć, albo zostawię go w spokoju, dam mu wolność, że kiedy gotuję, on będzie jak dorosły gotował ze mną, kiedy składam meble, on je będzie też składał, na swoim własnym poziomie rozwoju wkręcając pojedyncze śruby bezpiecznym nieostrym śrubokrętem (Przyszła ciocia Zenek? Jest ciocia Zenek? Zastanawiałam się, czy pytał tak już po moim rozstaniu z jego wujkiem. Już pewnie nie pyta, dla własnego dobra, bo dorośli nie zawsze pielęgnują swoje więzi i nie zawsze rwą je po to, żeby dzieciom było łatwiej i lżej). Dzisiaj spędziłam popołudnie z jedną ze swoich najstarszych koleżanek i jej dwoma chłopakami (Ciocia. Chcesz żeby ciocia jeszcze przyszła? Taaa). Z dziećmi rozumiem o co chodzi w tym wszystkim. Mam stuprocentową jasność. I wystarczę. 

      To z dorosłymi facetami mam problem. Oglądałam dziś fragment przemówienia australijskiego komika, Tima Minchina, którego szanuję za opakowaną w błazenadę mądrość cyniczną (Nie ma za co: https://youtu.be/OJRe0sxQT80). Podkochuję się w nim od kilku lat, w tym jego dystansie do siebie i do życia, w otwartej depresyjności, z której robi żarty nieobraźliwe, w absurdalności świata, którą rozumie intymnie, za którą się nie obraża i której nie uważa za własną porażkę. Ale przede wszystkim w przenikliwym, trzeźwym kontakcie z rzeczywistością. Podkochuję się w nim, podziwiam go, chciałabym, żeby był moim kolejnym mężem. Patrzyłam sobie na niego z tym tęsknym, smutnym pragnieniem dożywotniego rozmawiania z takim partnerem życiowym, pomyślałam sobie - tęsknie i smutno, z rezygnacją, tak jak czasem myślę o randkowaniu, zwłaszcza rozmawiając z uroczą dwudziestoparoletnią koleżanką z pracy, która uskutecznia tinderową selekcję kandydatów i spotyka się i próbuje i chodzi na kolacje i drinki i do teatru - pomyślałam sobie z prewencyjną rezygnacją, że to bez sensu. Że mężczyznami - tą ich miłością i czułością do świata, do rzeczy, do pracy, do rozmaitych pasji - można się oczywiście zachwycić ogromnie. Ale że mężczyźni, których znam nie mają zwyczaju kobiet w swoim życiu zapraszać do udziału w swojej iskrze bożej, do talentu i radości i mądrości własnego życia na równych warunkach. Iskra boża spotyka iskrę bożą. To takiego dialogu bym pragnęła, takiej dożywotniej rozmowy. A nie, cytując mojego niezwykle kompetentnego skądinąd kolegę-prawnika: "Boże jaka ta moja żona jest głupia." Nie lubię go wtedy straszliwie, bo jego pogarda świadczy tylko o nim.

      Nie chcę być lustrem, echem czyichś słów. Podziwiaczką etatową. Nie chcę się podkładać i ogłupiać i ograniczać tylko po to, żeby ktoś się poczuł w moim towarzystwie lepiej. Nie chcę podlegać męskiej pogardzie wobec mojej domniemanej niższości intelektualnej czy twórczej, bo intelekt i sztuka to obok pieniędzy i władzy ostatnie bastiony męskiej dominacji. Nie chcę być instrumentalnie zredukowana do funkcji kochanki albo kuchty, z odciętym dostępem do jego duszy, do swojej własnej duszy, bo co? Bo ją pożrę? Pochłonę? Zniszczę? Urażę? Zepsuję? Nabrudzę? Zbanalizuję? A może podporządkuję sobie? Albo jej zagrożę? Bo mój talent i moje piękno wewnętrzne nie mogą z twoim, mężczyzno ukochany, współistnieć? 

      Takiej miłości powinni nas uczyć w szkole.

      Dlaczego potrafię spotkać się z cudem życia niepohamowanego w trzylatku czy dziewięciolatku, a w trzydziesto- czy czterdziestolatku widzę ten sam cud przywalony fundamentalną niewiarą w moją podmiotowość i równorzędność, przysypany głodem aprobaty, żądzą kontroli albo ślepą chcicą, które mnie sobie podporządkują, bo cały świat, od pornosów po strukturę płac, od czasopism po żarty kumpli o blondynkach i o teściowych upewnia go w przekonaniu, że istnieję żeby spełniać jego narcystyczne, bachorskie fantazje, żeby go trzymać w szczeniackości gimnazjalnej, żeby wyrobić w nim oczekiwanie, że moją rolą jest wpasować się w strukturę jego potrzeb bezboleśnie - zupa na stole, koronkowe majteczki, które łatwo z pupki zerwać, matczyna troska kiedy się przeziębi, telepatyczne wczytanie się w jego kompleksy i wycofanie własnych ambicji kiedy on nie spełnia swoich (cytując tekst jednego bardzo zbliżonego do mnie faceta kiedy jego żonie zaproponowano dwa spektakularne awansy w tym samym czasie: "to przez ciebie ja zmarnowałem sobie życie")? Dlaczego wczoraj, rozmawiając z mamą, muszę ją pytać z jakiego powodu i ja i moja siostra związujemy się z mężczyznami niezainteresowanymi naszą treścią, naszym życiem, redukującymi nasze bogactwo do oceny stopnia, w jaki wywiązujemy się z odpowiedniej emocjonalno-domowo-seksualnej obsługi? Pozbawionymi empatii (albo zdolności do mentalizacji, taki ładny psychologiczny termin), pozbawionymi litości kiedy my jej najbardziej właśnie potrzebujemy. To taki tępy ból, to rozczarowanie. Że się nie spotkamy. Że może nawet będę go podziwiać, tego mojego mężczyznę, będę go pożądać, trochę się go bać, że mogę się poddać jego woli, dać zdominować, ale że nie będę go lubić. NIE BĘDĘ GO LUBIĆ. Że on odcina życiodajny kontakt z najfajniejszymi miejscami w sobie najfajniejszym miejscom we mnie- w przeciwieństwie do małych chłopców - trzyletnich, pięcioletnich, dziewięcioletnich - którzy jeszcze mnie do siebie i swoich pięknych krajobrazów dopuszczają, którzy jeszcze chcą się ze mną bawić. 

      Nie wiem, czy tego bloga czytają jacykolwiek mężczyźni. Może ktoś jeszcze został, nie uznawszy, ze kobiece pisanie to rzecz wyłącznie kobieca, a nie rzecz ciekawa poznawczo dla wszystkich, że kobiece pisanie nie wnosi nic ważnego, uniwersalnego, cennego do puli pisaniny ogólnoludzkiej, że lepiej czytać faceta trolla, faceta dupka, faceta dyletanta, faceta megalomana, faceta szafującego postprawdą, faceta mizogina pogardliwego, faceta imbecyla, niż najwrażliwszą, najbardziej nawet przenikliwą babę. Wiem, że ta i owa moja koleżanka związała się z partnerem przez większe niż zwykle Pe i czerpie ze swojego związku radość i siłę i satysfakcję, wsparcie, a nie tylko frustrację, że nie musi dla niego poświęcać siebie, odcinać wielkich płatów i połaci własnej tożsamości. Wiem, że się patrzy na jednostki, a nie generalizuje. Więc w populacji męskiej na pewno zdarzają się osobniki zdolne dawać i brać. Czerpać z mądrosci i siły swojej kobiety i inspirować się nią w zamian za jej chłonność i otwartość na męską siłę i mądrość. Symetrycznie. Ale z jakiegoś powodu ja wybieram tych niesymetrycznych. Pozwalam im nazywać mój rozwibrowany, żywy świat i tym nazywaniem, tym narzucaniem nierozumiejącej narracji zawężać mnie. Moją otwartość intelektualną kwitować "bo ty masz za dużo książek, po co ciągle książki kupujesz?". Moje wyczulenie na cudze potrzeby i emocje, współodczuwanie bólu, zrozumienie złożoności ludzkiego, relacyjnego świata, "co ty taka wrażliwa jesteś?" Moje wysokie standardy etyczne "bez sensu się tak przejmujesz". Moją siłę i samowystarczalność "sorry, ale jesteś zadufana w sobie" (może tylko sobie dotąd mogłam ufać?). Moją elokwencję, umiejętność nazywania rzeczy, komunikację sprawną "ale ty gaduła jesteś".  Moją samoświadomość "ty tak lubisz analizować ciężkie tematy". Moją umiejętność zadbania o siebie i swoją stabilną sytuację ekonomiczną "ty zawsze wyczujesz gdzie są pieniądze i pójdziesz za pieniędzmi" (od lat pracuję w instytucjach pozarządowych, zlitujcie się, rozumiem, że głowa rodziny, główny żywiciel może harować w korpo, a ja w NGOsie z funduszami europejskimi nie, bo to czysty egoizm chcieć mieć na porządnego lekarza). Moją z mlekiem matki wyssaną dyplomatyczną umiejętność dogadania się z rozmaitymi ludźmi, elementarną ich ciekawość i szacunek "to hipokryzja, na pewno każdemu mówisz co innego". 

      Moja terapeutka sugeruje, żebym sobie na razie, a może w ogóle, odpuściła. Darowała mężczyzn. Poszłam więc do klubu, w którym bywają lesbijki. Patrzyłam, słuchałam, przymierzałam się do jakiejś własnej fantazji, że może z kobietą byłoby mi łatwiej. Na koniec okazuje się, że niezależnie od płci i orientacji cała rzecz rozbija się o konkretnego człowieka. Chciałabym was lubić, panowie, jako ogół. Lubię jednostki. Moją wyobraźnię przerasta jak można funkcjonować nie dbając o to, czy lubią cię, nie tylko szanują, ale czy darzą czułością i sympatią osoby płci przeciwnej. Tyle pogardy w mediach, tyle w polityce, tyle w piwnicach informatyków i w biurach prezesów czy profesorów. Ostatnio widziałam ceremonię wręczania nagród, podczas której jeden naukowiec wygłosił przepiękną mowę dziękczynną dla swojej żony, również profesora, naprawdę ją zobaczył w jej całokształcie - emocjonalne, intelektualne, merytoryczne. Jest mi trudno zrozumieć jak można żyć pogardzając, uprzedmiotawiając połowę ludzkości.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 grudnia 2017 19:46
  • sobota, 02 grudnia 2017
    • Dzielne dzieci

      Za Laboratorium Psychoedukacji:

      "Profesor Katarzyna Schier: Wiem, że to co powiem może wzbudzić wątpliwości niektórych lekarzy, ale na to są naprawdę mocne dowody w badaniach. Psychika ma znaczenie w atopowym zapaleniu skóry, reumatoidalnym zapaleniu stawów, w chorobie Hashimoto, astmie, alergii. Coraz częściej mówi się o tym, że także w cukrzycy dziecięcej. Chciałabym być dobrze zrozumiana – stresująca dla dziecka nie musi być „zła opieka rodzicielska”. To się naprawdę zdarza rzadko. Ale stresujące są rozmaite wyzwania, które mogą być ponad siły dziecka, coś co stawia jego organizm w sytuacji stałego pobudzenia, czyli jest brzemieniem ponad siły, zarówno dla umysłu, jak i ciała (mózgu) maluszka. 
      Justyna Dąbrowska: Coraz więcej jest tych zachorowań, z czym pani to wiąże? 
      K.S.: Trudno odpowiedzieć w sposób jednoznaczny. Myślę, że bardzo się zmieniło nasze życie. Chociaż mniej jest głodu i chorób, które kiedyś zabijały miliony, to coraz większy jest taki jednostajny stres, pośpiech, presja i ogromna rywalizacja. Nie wszyscy znajdują dla siebie miejsce w tym wyścigu. Mamy teraz w Polsce około stu tysięcy dzieci, które zostały sierotami z powodu czasowego wyjazdu rodzica lub rodziców do pracy za granicę. To znaczy, że mamy co najmniej pół miliona ludzi w bardzo trudnej emocjonalnie sytuacji. Ja bym szukała przyczyn w takich doświadczeniach. Do tego dochodzi brak społecznego przyzwolenia na to, by dać rodzicom małych dzieci przestrzeń do bycia z tymi dziećmi. Tak, by w tym szczególnym czasie (bo dzieci krótko są małe) nie trzeba było w tak morderczy sposób rywalizować z przestrzenią zawodową. Dziś rodzicom nie daje się taryfy ulgowej. Poza tym jest problem migracji, wykorzenienia. A także dewaluowania myślenia wspólnotowego i wartości więzi. Wielopokoleniowa rodzina stwarzała możliwość, tego że zawsze pod ręką był jakiś dorosły, który mógł się zając dzieckiem. To dość wymagające zadanie rozkładało się na wiele osób. A dziś stanowimy społeczeństwo „samowystarczalnych jednostek”. Polacy są w szczególnej sytuacji bo jako kraj stojący pomiędzy dwoma gigantami, doświadczyliśmy wielu utrat. Nie ma chyba w Polsce rodziny, która by nie była tym dotknięta. I jestem przekonana, że to rzutuje na sposób w jaki funkcjonujemy. Mamy w Polsce całe pokolenie ludzi, którzy musieli być dzielnymi dziećmi, dzielnymi czyli takimi które sobie poradzą. To tkwi bardzo silnie w kulturze. Proszę sobie przypomnieć „W pustyni i w puszczy”. To jest opowieść o dwójce dzieci, które są ponad siły dorosłe. W dodatku osierocone, bez matek. To jest ten nasz tragiczny wzorzec. Wszechobecny. To jest wielopokoleniowy przekaz. 
      J.D.: Co naprawdę znaczy„bądź dzielny”?
      K.S.: To znaczy „nie potrzebuj”. Małe dziecko, kiedy jest zalęknione, niespokojne, potrzebuje spojrzeć w twarz matki i zobaczyć komunikat: „będzie dobrze”. A u nas, często dziecko patrzy w twarz rodzica i widzi taki sam niepokój. Nasi dziadkowie często wiedzieli z doświadczenia, że nie może być dobrze, wielokrotnie nie mieli nadziei."
      fragment rozmowy dla miesięcznika Dziecko

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 02 grudnia 2017 18:06
  • czwartek, 30 listopada 2017
    • Sesja zdjęciowa

      Kawiarnia teatralna przypominała halę fabryczną, wybebeszoną z maszyn, a potem minimalistycznie wyposażoną w hipsterskie komunalne sosnowe stoły i proste krzesła. Jej szarości uspokajały. Jej szczodre, wysokie okna zalewały stoliki w swoim pobliżu białym słonecznym światłem. Im dalej od ściany okien, tym mniej kontrastów, ale przejrzyste wazony, nawet w głębi, w cieniach, połyskiwały odbijając daleką jaskrawość. 

      Słucham właśnie w tle piosenki, pisząc sobie, pisząc, słucham na YouTubie jak brzydka, dziwna kobieta śpiewa całym światem, jakby bóg istniał. Piszę i słucham i przywołuję tę powódź słońca, skąpane w niej szarości miejskie i przypomina mi się, że dla mnie też kiedyś tak było. Że obcowałam z tym, co ta kobieta w tle składa do boskiej kupy powietrzem i wibracjami własnej przepony. Że rozumiałam światło, że w nim tańczyłam, że pływałam, że pozwalałam mu się opatulać, głaskać, pieścić, że je podziwiałam i studiowałam, kiedyś, dawno temu znałam jego niuanse, mleczne październikowe, żółtozłote pod koniec lata, boleśnie białe przed burzą, że je chwytałam jak rzadki okaz motyla na kliszach starym Zenithem ojca. Potem był Canon. Później Nikon. Ostatnio ochroniarz w pracy przyznał się, że trochę robi czasem zdjęć. Pokazał mi w telefonie portret filuternej wiewiórki wyglądającej zza drzewa. Później dał się namówić i spisał mi linki portali, na których wystawia z żoną trofea czarno-białe ze spacerów po mieście - piękne i wyraziste twarze przechodniów, muzyków, portrecistów ze Starówki.

      Umówiłam się z siostrą, że w świetlistej hali kawiarnianej sfotografuję jej dzieci, bo co święta daje naszej babci, ich prababci, kalendarz z ich dwunastoma aktualnymi wizerunkami. Od lat te fotograficzne kalendarze dokumentują ich wzrastanie i metamorfozy subtelne. Pamiętam te najwcześniejsze, psotne i pucułowate. I te przedszkolne, kiedy odkryli powagę fotografii. Byłam ciekawa jacy mi się objawią w tym roku. Jakimi się będzie chwalić pęczniejąc z dumy przed sąsiadkami prababcia.

      Jak piskorze złośliwe nie poddali się mojej koncepcji. Chciałam ich najpierw przekupić śniadaniem. Oswoić trochę z aparatem nad herbatą z cynamonem i imbirem. Cykać im zdjęcia tu i tam, byle jak, ale ciągle, dopóki nie zobojętnieje im to cykanie, dopóki nie minie im sztywnienie, zastyganie lepszym profilem, prężenie się, robienie min i uciekanie wzrokiem. Cykałam nieostre zdjęcia kiedy wyławiali laski cynamonu i pytali czy mogą je zachować na później. Oddałam im własną, wyłowioną z mojej herbaty i osuszoną serwetką. Ja zamówiłam omlet. Siostra i jeden z bliźniaków chałkę smażoną w jajku, słodkie francuskie tosty ociekające rozkoszą. Drugi bliźniak wchłonił zanim zdążyłam się przyjrzeć stos placków z bananem i nutellą, a szwagier znad telefonu jakieś jajko. Trzyletnia dzikuska była nie do sfotografowania. Jej owsiane ciastko czekało krusząc się samoczynnie na przerwę między berkiem z obcymi dziećmi, zapasami przy użyciu skajowych wałków ukradzionych z pobliskiej kanapy i inwazjami na stanowisko teatralnego kasjera oraz niestrzeżoną szatnię. Jeden z chłopaków odrobinę je nadgryzł.

      Sfrustrowałam się. Ja jestem dorosła. Pracowałam w korporacjach generujących zyski i kuźniach polityczno-dyplomatycznych elit gdzie ważna była władza i hierarchia, więc nauczyłam się (teraz mozolnie oduczam), wytresowałam się (odtresowuję), uwarunkowałam się i przyzwyczaiłam i jestem fundamentalnie zadaniowa. Jestem przeżarta zadaniowością. Mój umysł zaprząta od przebudzenia sekwencja czynności, które w dłuższej perspektywie ułożą się w spełnienie bardziej złożonych celów, a taktyczne cele złożą się kiedyś w całe skomplikowane projekty. Być może gdzieś po drodze zgubiłam duszę. Być może niezauważalnie dla siebie, wbrew najczystszym intencjom, niechcący zaczęłam ludzi traktować jak elementy zadań, instrumentalnie.

      Nie jestem socjopatą, gdzieś na rubieżach swojej duszy zachowałam wrażliwość, walczyłam o to całą sobą, żeby się tak całkiem do końca nie wypalić, nie zwęglić, ale trudno bywało i być może. Być może stałam się trochę kimś innym niż kiedyś, kimś kogo już trochę trudniej lubić, a łatwiej szanować. Imponującym zadaniowcem. Zaczynam rozumieć rozmaitych znajomych facetów i niektóre moje korpo-koleżanki, to taki niezauważalny proces, jak gotowana żaba, stopniowo człowiek programuje swoje ciało i mózg i emocje tak, żeby generowały odpowiednie rezultaty, przestaje widzieć, że coś po drodze traci.

      Chciałam żeby ta sesja zdjęciowa wyglądała tak sprawnie, tak wydajnie, tak była naoliwiona dobrze jak ja - profesjonalna maszyna do zadań, celów i projektów, bezbłędna. Ale z dziećmi się nie da. Łapanie trzylatki w jakiejkolwiek stabilnej pozie przy równoczesnym kalibrowaniu ostrości i kadrowaniu przypominało ćwiczenie z absurdu. Alternatywą byłoby tylko zatrzymać ją w miejscu przemocą, a ja w przemoc nie wierzę, nie wierzę w łamanie niezłomnej woli trzylatek spektakularnych, zbyt są zbliżone do cudu, więc ganiałam za nią, ganiałam, łapałam ostrość i gubiłam ostrość, namawiałam, manipulowałam, żebrałam, przekonywałam i czarowałam, ale głównie ganiałam. Gdybym miała nauczyciela duchowego, buddyjskiego guru, byłby ze mnie dumny, bo w miarę tego chaotycznego berka zaczynało do mnie docierać, że trzeba z dzieckiem być w tu i w teraz, trzeba porzucić wszelkie koncepcje, nie realizować celów ani zadań, projekt jest tylko jeden - poddać się przepływowi, dać się poprowadzić spontaniczności małego człowieka, zaufać, uwierzyć, nabrać pokory. Czujnie, ale bez napięcia.

      Chłopcy byli niewiele łatwiejsi w obsłudze. Jeden co prawda karnie pozował, nawet sam wymyślił - podchodząc do półki z papierowymi broszurami i repertuarami teatru - że się ułoży w pozycję refleksyjnego czytelnika, ale ludziom, którzy pozują, którzy myślą, że w ten sposób współpracują z fotografem paradoksalnie najtrudniej zrobić dobre zdjęcie. Drugi łobuzował. Łypał. Wypróbowywał grymasy, krywił się, jak kontorsjonista wyginał. Przypominał Indianina, który próbuje zapobiec kradzieży duszy, próbuje nie dać się złapać i utrwalić, przyszpilić.

      Po południu zgrałam zdjęcia do komputera. Przekonana, że niewiele będzie z tej sesji, że garść pojedynczych, przypadkowych zdjęć prześlę siostrze z przeprosinami za tylko tyle, zaczęłam selekcję. Kilka godzin później skończyłam i miałam na pulpicie folder z czymś, co nie do końca podlegało racjonalnemu zrozumieniu. Zdjęcia mojej siostrzenicy to wszystko jaskraworóżowe zygzaki roztańczone w przestrzeni hali teatru. Szarość podłóg i ścian, a w nich życie w ruchu, czasem skrawek uśmiechu, trochę jak kot z Cheshire znikający zanim się porządnie pojawił. Portrety pozującego bliźniaka są ostre, dobrze skadrowane, jasne i kontrastowe, on na nich uśmiechnięty albo poważny, coraz przystojniejszy. Porządne fotografie. Drugi bliźniak złapany w swojej nieufności, z przymrużonymi ironicznie, podejrzliwie oczami, oglądający się, złapany z boku, uchwycony tylko kilka razy w stanie spoczynku, bez błaznowania. A jednak to te prześmiewcze, szydercze nieco, niepoważne zdjęcia wyszły najciekawiej. 

      Przez dobrych parę lat, w odległej przeszłości, której dziś nawet nie rozpoznaję jako własnej, robiłam zdjęcia portretowe znajomym. Ładne zdjęcia. Ale teraz zaczynam się zastanawiać, czy nie inaczej przypadkiem niż ładnością łapie się przebłyski czyjejś osobowości. Może Indianie mieli rację z tą duszą. Przy odpowiedniej dawce pokory, kiedy się człowiek uwolni od powinności zrobienia ładnego zdjęcia, na gorącym uczynku przyłapie coś innego niż zwykle. Jak ta brzydka, dziwna pani co śpiewa bogiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 listopada 2017 22:40
  • środa, 29 listopada 2017
    • Tacierzyństwo

      Staram się obserwować z otwartą głową, nie spieszyć się z wnioskami, nie ogłaszać triumfalnie, że już widzę jasne prawdy i proste wzorce. Chociaż to kuszące. Bo co? Chodzić po świecie i nic nie wiedzieć na pewno? Patrzeć i słuchać i uczestniczyć i być w każdej chwili gotową rozmontować sobie nawyki i filtry i stereotypy? To brzmi jak wielki wysiłek. Kwestionować. Pytać. Mylić się. Znów się mylić. I jeszcze i jeszcze. Przyznawać do błędu. Zmieniać zdanie.

      Jakkolwiek to mi trudno przyznać, zaczynam rozumieć swoje i cudze trzymanie się kurczowe stref komfortu. Trzymanie się przyzwyczajeń w działaniu i w myśleniu. Prostych prawd. Starych przekonań. Rozumiem lęk, który towarzyszy wchodzeniu w nieznane, lęk przed utratą równowagi i poczucia bezpieczeństwa. Rozumiem strach przed rozpadem tożsamości - tego poczucia, że jestem i byłam kimś konkretnym, że mam ciągłość, że inni ludzie mnie znają z czegoś konkretnego, że mnie za jakiś zestaw cech albo jakieś konsekwentne, powtarzalne działania cenią. Dlatego tak się uczepiamy rozmaitych swoich niefortunnych, ale znanych relacji, różnych już dawno wypalonych pasji, nieaktualnych sposobów radzenia sobie ze złożonością świata, starożytnych aspiracji i marzeń niespójnych z naszymi możliwościami, niekompatybilnych z opcjami, które podsuwa nam świat.

      To gwoli wstępu, żeby się trochę usprawiedliwić. Bo chciałabym się przyznać, że się (trochę, przynajmniej trochę, moje ego nie jest jeszcze gotowe na globalną porażkę) myliłam. Zamiast obserwować rzeczywistość i modyfikować swoje poglądy stałam na straży uproszczonej wizji świata, która pozwalała mi podejmować szybkie decyzje i generować błyskawiczne oceny sytuacji. Czułam, że się zagrzebuję coraz głębiej, że mnie przywala coraz grubszą warstwą gruzu życie, bo gdzieś popełniam systematyczny błąd. Ale nie chciałam się, nie chciałam się sobie i światu zbyt uważnie przyglądać. Taki szmat życia trzeba by uznać za (odrobinę, przynajmniej odrobinę, jeszcze nie jestem gotowa na rewolucję) chybiony.

      Więc zaczyna do mnie docierać, że być może mogę być ociupinkę podobna do własnego ojca i gdybym się na całe życie nie okopała w goryczy wobec jego młodzieńczej do mnie niechęci, w odwzajemnionej pogardzie, być może byłabym dzisiaj pełniejsza, głębsza, bogatsza, bardziej spokojna. Być może mogłabym dopuścić do siebie tę część mnie, która pochodzi od niego. Z całym kłopotliwym przybytkiem inwentarza. Jego wrażliwość, szlachetność, ciekawość intelektualną, ciepło i samodyscyplinę, jego pracowitość i prawość. Jego lojalność. Jego furię buzującą tuż pod powierzchnią, frustrację banalnymi przeszkodami, ślepotę społeczną, jego perfekcjonizm, pryncypialność i zależność od cudzej aprobaty. To wszystko ja.

      Powoli, początkowo z niesmakiem, niucham. Macam w sobie te miejsca, które bolą. Te miejsca, które nienawidzą. Te, które pogardzają, które się wstydzą i które kochają. Miejsca pretensji, niedowierzania, rozpaczy i niemocy. Powoli zaczynam też spędzać więcej czasu ze starszym panem, który złagodniał. I ze sobą trochę delikatniejszą, powolniejszą, uważniejszą, nieco mniej skorą do szybkich moralnych ocen. Ze sobą nie upychającą wstydliwych, niechcianych cech po kątach, nie chowającą się przed cudzym spojrzeniem, kiedy nie nadążam, kiedy się wściekam, kiedy choruję, kiedy jestem głupia, bezmyślna, nierozgarnięta, samolubna.

      Dzięki temu być może ciągle widzę na swojej drodze do pracy, i w pracy też, ojców. Wczoraj szłam przez ulicę za dzieciaczkiem na wściekłozielonej rowerko-hulajnodze, za którym biegł uchachany równie jak synek młody tatuś. To, jak do siebie z epicentrum radości mówili, jak się synchronizowali w ruchu, to było śliczne. W tramwajach widzę ojców targających ciężkie szkolne plecaki za córkami. Ojców objaśniających świat. Ojców opatulających, instruujących, trzymających za ręką. Kiedy wysiadam i znów przechodzę przez pasy, widzę ojców chroniących przed pędzącymi samochodami. Na spacerze z psem mijam ojca, którego dwójka dzieci ślimaczy się, bije, upuszcza coś, rzuca ze złości o ziemię. On nie krzyczy, jak mój kiedyś. Tylko spokojnie tłumaczy, że chciałby dokądś z nimi dotrzeć na czas.

      Ostatnio w czasie szkolenia usiadłam do obiadu z dwoma panami, którzy wybrali z bufetu dietetyczne dania, jak ja. Zaczęliśmy rozmowę o jedzeniu i bardzo szybko się dowiedziałam, że jeden ma syna cukrzyka, a drugi dzieci z celiakia i nietolerancją laktozy. Obaj naukowcy, cytowali badania, statystyki, dowiedziałam się, że około 5% społeczeństwa ma gen odpowiedzialny za celiakię. Nieco poniżej kolejnych pięciu procent ma alergię na gluten. A następne 5% nie toleruje glutenu. Piętnaście procent populacji to już dużo. W obu rodzinach całe gospodarstwo domowe przeszło na ścisłą dietę, obaj panowie nauczyli się gotować na bazie nowych mąk i bezcukrowych składników, poznali warzywa o niskim indeksie glikemicznym i przestawili z tradycyjnego polskiego jedzenia na całkiem nietradycyjne. Zaimponowali mi. Patrzyłam na te udomowione twarze, rzetelnych, systematycznych panów i zastanawiałam się (wiem, może to dziwne skojarzenie w takim momencie) jak ich istnienie pogodzić z tym, co dla mnie symbolizuje Harvey Weinstein, z moim feministycznym, ale zakorzenionym głęboko w przekazach mamy i babci i koleżanek z dzieciństwa, lęku przed męskimi drapieżnikami, przekonaniu o naturalnej, nieokiełznanej, brutalnej sile męskiego pożądania, którym mnie kultura karmiła tak długo, że aż przenikło mi do kręgosłupa i przestałam móc krytycznie na nie spoglądać. Czy ci ojcowie współcześni to ludzie pogodzeni ze swoimi mroczniejszymi instynktami? Czy raczej ludzie, którzy je kneblują, skuwają kajdanami i udają, że nie ma, ale przyjdzie czas, że ich od środka zaatakują zwierzęce, dzikie żądze i z domatorów zamienią się w agresorów i zdrajców i zadawaczy wielkiego emocjonalnego bólu? Tak by wynikało z prawd sączonych mi do ucha od małego. Czy może rzeczywistość jest taka, że - podobnie jak ja na mojej własnej terapii - człowiek, który uświadomi sobie swoje najgwałtowniejsze impulsy przestaje się ich bać i przestaje padać ich bierną, nieświadomą, skołowaną ofiarą. Nie ma już wtedy smolistych zakamarków, bo się na nie poświeciło snopem świadomej uwagi i łatwiej znając własne tworzyć solidniejsze więzi z innymi, mieć więcej zrozumienia dla ich wstydliwych, nieoświetlonych miejsc. Więc może, być może, jakaś część tych solidnych nowych ojców to świadomi ludzie, którzy oswoili swoją (rzekomo nieokiełznaną), tak przerażającą dla niektórych seksualność, swoją agresję, swoją potrzebę dominacji. Być może Harvey Weinstein - karykaturalna postać patologicznie korzystająca z władzy - to przypadek człowieka, który nie potrafił ucywilizować, uspokoić swoich naturalnych przecież żądz, który daje im upust w nieproporcjonalny i niezdrowy sposób, lecząc jakieś braki rozwojowe, jakieś traumy własne kosztem zależnych od siebie ludzi, bo nie nauczono go mądrzej, spokojniej, inaczej. Nie wiem, jaka jest ostateczna odpowiedź. Wiem, że wychowanie, jakie ja odebrałam - gdzie pewne "grzeszne" uczucia, "złe" uczucia relegowano do mentalnego kosza na śmieci i z hukiem zatrzaskiwano mu pokrywę, równocześnie robiąc ze mnie ofiarę własnych nieuświadomionych, nienazwanych, niezaprzyjaźnionych, ukrytych, napiętnowanych, pozawstydzanych instynktów i potrzeb, wiem, że takie wychowanie nikomu z nas nie pomaga naprawdę dojrzeć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 29 listopada 2017 11:44
  • piątek, 24 listopada 2017
    • Klub książki

      Tak naprawdę to trochę się wstydziłam tam wchodzić. Po pierwsze przeczytałam tylko niewiele ponad połowę "NW" Zadie Smith, po drugie wcale nieszczególnie chciałam o tej książce rozmawiać, bo mnie zmęczyła i przygnębiła, ale przede wszystkim dlatego, że byłam po całym dniu pracy, terapii, zakupach i spacerze z psem, a transfery między poszczególnymi segmentami mojego dnia pokonywałam rowerem, co oznaczało, że:

      zmył mi się makijaż - trochę od wiatru, trochę od płakania nad własnymi emocjami, trochę od długiego dnia po prostu

      zmatowiały i uklepały mi się włosy przygniecione przez pół dnia akrylową czapką

      wymięła mi się bluzka i sweterek

      kurtka poobcierała się o surowy tynk ścian piwnicy kiedy żonglowałam rowerem i torbami z zakupami

      Jednym słowem, szłam do ludzi nie wyglądając nawet odrobinę reprezentacyjnie. Powiedziałabym wręcz, że ponieważ mam mózg sformatowany mediami, które powierzchowne są i dla wzrokowców tworzone, czułam, że dowolny obserwator, który by stwierdził, że się nie postarałam, że się zapuściłam, że zaniedbałam, miałby sporo racji. Tyle że na terapii sporo rozmawiam ostatnio o tym poczuciu bycia oglądaną, o tym swoim dowolnym obserwatorze. O tym, że jestem już zmęczona zakładając, że ciągle patrzy na mnie ktoś, że podlegam patrzeniu, że jestem widziana przez nieżyczliwych, taksujących, wielce wymagających gapiów. Odechciewa się z domu wychodzić. Tam przynajmniej zostaję sama ze sobą, niewidziana. Ktoś kiedyś napisał, że w naszej kulturze mężczyźni są wychowywani żeby patrzeć i wybierać, a kobiety żeby być oglądane i wybierane. Wczoraj rozmawiałyśmy z koleżankami o ubraniach i przecenach i jedna z nich przyznała się, że trudno jej kupić buty, bo ma rozmiar 40, który nie występuje w ładnych fasonach. Przyjrzałam się jej i odruchowo powiedziałam, że nie widać po niej tego rozmiaru, tak proporcjonalnie jest zbudowana. I że ja w przeciwieństwie do niej trochę jak hobbit - też mam duże stopy, ale jestem dość niska i przysadzista, więc to robi różnicę. A potem ją od razu przeprosiłam, ją i siebie też, bo to zabrzmiało jakbym komentowała jakość koni dostępnych do kupienia na targu - zdrowe zęby, cienkie pęciny, mocny zad, błyszcząca sierść. W ogóle kobiety same o sobie często tak mówią. Jakby o przedmiotach na sprzedaż. Mam za duży nos, za cienkie włosy, za szerokie plecy, zbyt krzaczaste brwi. Za duży na co? Za cienkie do czego? Więc ten oglądający domyślny kupiec ciągle niezadowolony nas nie nabędzie, wybierze inny egzemplarz?

      Trochę się wstydziłam tam wchodzić, bo gdybym podlegała takiemu wyśrubowanemu wymogowi, który nam wmawiają czasopisma i instagramy, patrzący odwróciliby z dezaprobatą wzrok. Ja sama uczę się nie uwewnętrzniać tego (niczyjego tak naprawdę) wzroku, nie podlegać mu od wewnątrz sama, nie zakładać ciągle, że jestem nieżyczliwie oglądana wygłodzonym seksualnie, zakompleksionym, socjopatycznym okiem. Zresztą. Kiedy w końcu weszłam do biblioteki pobliskiego teatru otoczył mnie zapach starego papieru, sypiących się okładek i pożółkłych stron. Przy jasnym stole usiadło nie tak znowu wiele osób. Prowadząca miała włosy w trzech kolorach, bliznę po punkrockowym kolczyku, zero makijażu i niemożebnie wygnieciony sweterek wyjęty moim skromnym zdaniem prosto z pralki, poza tym była ciepła, charyzmatyczna, elokwentna i otwarta. Więc pytanie, co ważniejsze. Oprócz niej nie patrzyło wcale na mnie wzrokiem pełnym dezaprobaty sześcioro innych ludzi. Dziewczynie po mojej lewej, też bez cholernego makijażu, okutanej w szaliki i ciepłe swetry, chyba spodobało się to, co mówiłam o sensie życia, że kiedy pracowałam jako doradca zawodowy spotykałam młodych ludzi, którzy spełnionego życia upatrywali w tak odmiennych ode mnie rzeczach, z takim przekonaniem, że spokorniałam i przestałam im sprzedawać swoją własną, społecznikowską koncepcję sensownego bycia w świecie, że moje hipisowskie pomysły skapitulowały, bo niektórzy chcieli władzy, inni wpływu na rzeczywistość, jeszcze inni prestiżu i pieniędzy, niektórzy służby słabszym i poszkodowanym, ale nie miałam mocy nikogo przekonać do czegokolwiek, więc przestałam próbować. Zaczęłam się zastanawiać nad swoją rolą. Jeśli nie mogłam ich przekonać, pokierować, a tak przecież kształtowano młodzież w moich czasach, rezonując, przekonując, przymuszając trochę, wywierając nacisk, zawstydzając, apelując do sumienia, jeśli nie działały metody, którymi wychowywano mnie, jaka była w takim razie moja rola? Słuchać? Towarzyszyć? Jak towarzyszyć komuś, z kim się światopoglądowo, moralnie nie zgadzam? Gdzie jest granica miękkości w kontakcie z drugim człowiekiem? Kiedy należy powiedzieć, że się z nim nie zgadzam? Na czym polega pomaganie w rozwoju? Być może dziesięć, być może trzydzieści lat później - gdybyśmy się z tymi młodymi ludźmi spotkali - byłoby ciekawie porozmawiać jak nam się wszystkim poukładało. Zrobić bilans. Kobieta obok mnie dużo cytowała Krytykę Polityczną i Bourdieu, mówiła o klasach społecznych i o neoliberaliźmie, że to neoliberalizm narzuca większości z nas system wartości i definicję spełnionego życia, więc się spotkałyśmy ideologicznie, od razu uznałyśmy się za sprzymierzeńców. Zerkałyśmy na siebie szukając odzwierciedlenia. Starsza kobieta obok niej, siwa, w swetrze w kolorze fuksji, który przyciągał wzrok i radował, wydawała się płynąć na kolektywnych emocjach, dorzucając czasem do dyskusji o książkach własne doświadczenia z zaangażowaniem, a już szczególnie ożywiła się kiedy mowa była o humanistach i doktoratach, które w dzisiejszej rzeczywistości nie gwarantują ani pieniędzy ani sukcesu. Coś w niej krzyczało - humanistka, coś krzyczało - nieszczególnie rozpieszczona finansowo. Słuchała tak czujnie, włączała się tak żywo, że myślę, że nawet nie zauważyła jak wyglądam. Uspokoiło mnie to. Dziewczyna u szczytu stołu przesiadła się z wózka inwalidzkiego na obrotowy fotel. Nie czytała książki, którą mieliśmy omawiać, podobnie jak większość grupy, więc angażowała się przede wszystkim w okołoliteracką dyskusję na szersze tematy. Ale odniosłam wrażenie, że uwielbiała literaturę, że książki zasilały jej tożsamość, że je kochała. Pomyślałam sobie jak jesteśmy różni, jak rozmaite rzeczy musi dla nas oznaczać czytanie. Jednym karmi głód duchowy, innym zagłusza samotność, innym jeszcze daje satysfakcję z obcowania z innymi światami, innymi ludzkimi wnętrzami. Ten facet, który wbiegł zdyszany kilka minut po rozpoczęciu spotkania - w czarnym płaszczu, prosto z pracy, wydawał się próbować dotknąć Kultury, mówił wprost, że jest z prowincji, że tam mało kto czyta, że nawet po przeprowadzce do Warszawy ludzie jemu podobni nie chodzą do teatru ani opery, mimo że by mogli, mimo że ich stać i że mają dostęp, ale nie wynieśli z domu takich przyzwyczajeń, ale nie mają takich wzorców. Wydawał się myśleć, że Kultura nobilituje, że dotknięcie jej uszlachetnia. Wydawał się bardzo tego chcieć. Wyszlachetnieć. Być subtelniejszą wersją siebie. Wydawał się też mieć regularny kontakt z tym własnym refleksyjnym, delikatnym kawałkiem. Ujmująco łączył to swoje bycie z prowincji i bycie w stu procentach na miejscu w Warszawie. Po spotkaniu usiadłam jeszcze na kawę z nim i z elegancką, cedzącą słowa, konkretną panią, która spędziła całą sesję klubu książki robiąc dyskretne notatki. Opowiadał, że w ramach pracy (nie dowiedziałyśmy się jakiej) jeździ po Polsce i poznaje lokalne hotele, obserwując przy śniadaniu pary kochanków na schadzkach, słuchając wieczorami zza ściany ich seksu. Opowiadał, że na wschodzie kraju widuje w szczerym polu noclegownie-pałace ociekające kryształem i luksusowym kamieniem, wiecznie żywe marzenie, że do naszego kraju zawita jednak kiedyś Dynastia, obok tych rezydencji wystawnych stoją zagrody zaśmiecone, a z tych zagród przychodzą do pracy obrażone recepcjonistki, które wyraźnie hańbi to zajęcie. Elegancka pani opowiadała, że ma już dosyć jeżdżenia samochodem, bo z dalekiego Wilanowa rozwozi codziennie po szkołach, przedszkolach i zajęciach dodatkowych czwórkę dzieci, więc kupiła sobie rower elektryczny i kiedy ma gorszy dzień, popyla po mieście rowerem, dwójkę najmłodszych transportując przyczepką, a ośmioletnią córkę zgarniając ze szkoły i sadzając na siodełku. Wyobraźcie sobie tylko.

      Najbardziej wstrząsnęły mną słowa młodej dziewczyny z ciemnymi włosami, opatulonej, otulonej w dobrej jakości ciuchy, wycofanej przez większość spotkania. Kiedy wreszcie przemówiła - w trakcie dyskusji o przywileju, o społecznym wspinaniu się, o tym, że biedny bogatego nie zrozumie i to z wzajemnością - rozkrzyżowała ochronne ramiona i powiedziała cicho, że czasami równie bolesne jest być od małego na szczycie drabiny, osiągnąć szybko, młodo, wszystko, co jest ogólnie uznane za sukces i nagle nie mieć już zupełnie nic do zrobienia. Wstrząsnęła mną dotkliwa samotność takiego momentu w życiu. Ewidentna prawda przeżyta tego niby abstrakcyjnego, rzuconego niby niedbale w przestrzeń stwierdzenia.

      I nagle. Nagle. Dwie godziny później wracałam do domu zdając sobie sprawę, że najmniejszego. Najmniejszego cholera znaczenia nie miało tego wieczoru jak wyglądam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Klub książki”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 24 listopada 2017 10:13
  • wtorek, 21 listopada 2017
    • Mieszkania

      Zastanawia mnie to błyskawiczne zdrowienie i dochodzenie do równowagi, które się dzieje w moim nowym, starym mieszkanku. Między gotowaniem, czytaniem książek, kąpielami i moszczeniem sobie miejsca czuję, że tutaj wszystko jest jak trzeba. Zardzewiałe kaloryfery pomalowane nierówno na biało. Sufity trzy metry nade mną. Nieszczególnie szczelne okna, tykające zegary, każdy oznajmia inną godzinę, wypaczone nieco szafy i pawlacze, niedomykające się drzwi sprzed dekad, przetarty, skrzypiący parkiet, to wszystko mnie zachwyca i uszczęśliwia. Jakbym wróciła do świata erozji, takiego jak ja. Świata kolejnych pokoleń, domorosłych napraw, zużycia i zaniedbania. Niedoskonałości. Nieubłaganego, nieskrywanego upływu czasu. Ten budynek sprzed wojny nie okłamuje mnie. Nareszcie coś na ludzką skalę. Tęskniłam. Zastanawia mnie, dlaczego w poprzednim, nowiutkim, wyremontowanym na błysk ("podwyższony standard" według mojej agentki nieruchomości) ze stanu deweloperskiego mieszkanku urządzanym przez projektantkę wnętrz, perfekcyjnie funkcjonalnym, nigdy nie nauczyłam się być szczęśliwa. Chodziłam po nim ostrożnie, żeby nic nie zaburzyć, jakby mnie ktoś przeniósł żywcem w dwuwymiarowy świat czasopism wnętrzarskich, w wysprzątane, inscenizowane, retuszowane wnętrza pozbawione dzieci i zwierząt domowych. Obce wydawały mi się metaliczne, nowoczesne windy, obce kamienne ściany i podłogi korytarzy, nieprzyjazna skarpa ze starannie dobraną przez architektów krajobrazu roślinnością. Nie pomogły dogodne sklepy i restauracje, apteka i fryzjer, piekarnia i drogeria na parterze budynku. Zjeżdżasz windą w kapciach i dresie i bezwysiłkowo, w półśnie jeszcze, kupujesz bułkę, lody, tabletki na gardło. Multikino rzut beretem. Nieważne. Nieważna była łazienka z wodoodpornym głośnikiem na Bluetooth, który plumkał mi pod prysznicem ulubione przeboje. Nic nie zmieniło oszklone patio z leżakami i widokiem na całe osiedle. No dobrze, raz, jeden raz oglądałam z niego burzę gwałtowną nad Ursynowem, było piękno i straszno, to dobre wspomnienie. Ale kuchnia, która pomieściła wszystkie moje patelnie, brytfanki, blendery, w przeciwieństwie do tej teraz, niepraktycznej pod absolutnie każdym względem, kuchnia sterylna prawie w swojej ergonomii, bez skazy, nie inspirowała tak, jak teraz dziwna przestrzeń z jednym maleńkim, porysowanym blacikiem i fatalną suszarką, bez zmywarki, a za to z widokiem na inne przedwojenne budynki, w których oknach wysiadują samotne znudzone starsze kobiety, spłoszone nagle, znikające za firanką gdy je przyłapię okno w okno na inwigilacji sąsiedztwa. Tam się czułam jakbym żyła w piętrowym kłamstwie o świecie i ludziach. W bezczasowe fikcji, gdzie nikt nie starzeje się, nikt się nie myli, nie istnieje bałagan, dezorganizacja, brak struktury. Czy to możliwe, że ta przestrzeń, te wszystkie dizajnerskie sąsiedzkie balkony symulujące kosmopolityczną różnorodność, te nieomylne, kompetentne twarze sąsiadów-technokratów, że od niej i ja zastygłam w pozie, że straciłam niepokorną spontaniczność i pamięć cykliczności, nieubłagalności naszej, mojej biologii?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 listopada 2017 22:12

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl