Kucharka Zen

Wpisy

  • piątek, 12 stycznia 2018
    • Kto napisze historię

      Chodzę po tym moim nieszczęsnym mieście - często skołowana, zagubiona, przebodźcowana - chodzę, a wokół mnie pędzą samochody, ktoś buduje wieżowiec, ktoś zdobywa miliony, ktoś je homara w restauracji, ktoś traci pracę, ktoś bije żonę, ktoś uprawia najlepszy seks swojego życia. Nic nie rozumiem.

      Być może to jest postęp, jeden z tych paradoksów dojrzewania, który, kiedy się go już zaakceptuje, uspokaja. Ale najpierw przeraża. Być może to jest postęp, paradoksalnie, to że się jestem w stanie przyznać do dezorientacji. Wczoraj zgubiłam się w drodze na terapię. Znam tamtą okolicę, bo mieszkałam niedaleko przez parę lat. Bywam tam od roku co tydzień. A jednak się zgubiłam. Lubię i nie lubię się zapodziać."To wielka radość schować się, ale wielka tragedia nie zostać znalezionym." D.W. Winnicott

      Chodzę po tym moim nieszczęsnym mieście, niezakotwiczona, niezadomowiona, nieodnaleziona, ścieżkami, co wydają się nowe i groźne niezależnie jak często je wydeptuję. Chodzę po moim kraju, w którym podobno ważniejszy od spacerowicza jest myśliwy. Ważniejsze od żywej, czującej, myślącej kobiety jest zapotrzebowanie jakiegoś wąsatego pana na wielkopańską władzę nad losem i nad wyborami życiowymi wszystkich kobiet. Ważniejszy od mojej godności i mojego komfortu jako pracownika jest zysk jakiejś globalnej centrali gdzieś tam. Jakiegoś gościa młodocianego, który w raju podatkowym wiedzie rentierski byt, a ja mu nie zazdroszczę. Nie. Nie zamieniłabym się z nim wcale.

      Chodzę i szukam kontaktu z drugim człowiekiem. 

      Nie wiem, jak się duchowo uspokoić, utulić w tym rozedrganiu wielkomiejskim. Pomyślałam dzisiaj, że kiedyś. Kiedyś w przyszłości ten okres w naszej polskiej historii będzie miał swoją nazwę. Jakiś mądry historyk przyjrzy się pobłażliwie i empatycznie naszej szarpaninie społecznej, naszym poplątanym, poszatkowanym, poszarpanym biografiom niespełnionym i nada tej hybrydzie feudalno-neoliberalnej ładną nazwę i ludzie, mądrzejsi od nas tylko pozornie, mądrzejsi bo już w innej epoce zamieszkali, i ludzie pokiwają z politowaniem głowami i powiedzą, boże. Boże, jacy oni biedni byli, jaki wyzysk, jaki nieludzki, bezsensowny system, ten smog, ten hałas, te tłumy bezdomnych, niezakotwiczonych korpo-obywateli przewalające się samochodami, metrem, samolotami w tę i we w tę, mylące ciepłą długotrwałą więź z lajkami na fejsbuku, jak można było tak żyć, jak oni to wytrzymywali? I otrzepią się szybko, wstaną i pójdą robić swoje w tej przyszłości spokojnej i pełnej samozadowolenia, i pomyślą może przez chwilę:

      Jak to dobrze, że żyjemy w XXII wieku. Jak to dobrze, że tamto piekło, które ludzie ludziom. Jak to dobrze, że już po wszystkim. My byśmy nigdy... My nigdy. My już jesteśmy inni.

      I rzeczywiście. Stare stoickie powiedzenie, które kiedyś chciałam sobie wytatuować - na nadgarstku, na łopatce, na pośladku, nie wiem sama - brzmi "This, too, shall pass". Bo stoicy mówili po angielsku, oczywiście, memem internetowym od razu, żeby nam tu w dwudziestym pierwszym było łatwiej. This, too, shall pass. To też, jak wszystko, minie.

      http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,150427,22885774,zycie-w-stolicy-to-szalenstwo-ale-wciagajace-felieton-chutnik.html

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Kto napisze historię”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 12 stycznia 2018 18:44
  • wtorek, 09 stycznia 2018
    • Kucharka w G'rls Room

      IMG_5004

      Ej, poszłam dzisiaj na spotkanie z ludźmi, którzy prowadzą prześmiewczy portal i darmową gazetkę na temat absurdów pracy w Mordorze - do sąsiedzkiej kawiarnio-księgarni. Była mowa o dedlajnach, czelendżach i fakapach. Mordor zamarzł mi w mózgu w obrazek, który się od ponad dekady nie zmieniał - coś koszmarkowatego rodem z Dickensa, hierarchia, nowomowa, błoto, tłum, pot i korki, zakurzone wykładziny i zatkana klimatyzacja, kreatywne parkowanie na trawnikach, romanse z klientami i pijaństwo na wyjazdach integracyjnych, dieta złożona z kawy i drożdżówek, plus szefowie bez podejścia do ludzi. Słuchając dzisiejszych historii zrozumiałam, że przez ostatnie dziesięć lat trochę się pozmieniało, doświadczonych albo wykształconych na Zachodzie menedżerów mamy więcej, ludzie w ogóle są chyba bardziej świadomi rozmaitych zjawisk, a rynek pracownika i asertywni millennialsi sprawiają, że nawet przy Domaniewskiej da się czasem żyć.

      Co pewnie sporo mówi o tym, jak działa ludzka pamięć, jak nasza psychika próbuje uchwycić i zatrzymać w ruchu esencję rozmaitych złożonych, ambiwalentnych, dynamicznych doświadczeń, zrobić z nich coś na kształt prostej, reprezentatywnej fotki, która zawrze w spójnym, logicznym obrazku wiele lat sprzeczności i surrealizmu. Chciałabym myśleć o moim doświadczeniu w Mordorze jako o jednoznacznej feudalnej niesprawiedliwości albo o cudownej romantycznej przygodzie. Jedno albo drugie. Mój mózg nie potrafi jeszcze nałożyć na siebie obu prawd, pozwolić im się przeniknąć, tak jak to w życiu bywa, stworzyć na zasadzie yin i yang całość paradoksalną, ale nie przekłamaną.

      Do Mordoru ciągną kolejni ludzie, z nadzieją, ze złudzeniami, z entuzjazmem albo beznamiętnie. Jedni zostają na lata, inni odchodzą bez żalu "na swoje" (jednym się udaje, innym mniej, niektórzy wracają), innych dopada wypalenie a jeszcze inni zakładają rodziny i przewartościowują swoje życie, nabierając do Mordoru zdrowego dystansu. I co? I dynamicznie i niejednoznacznie.

      Być może kluczem do zrozumienia mojego zaskorupiałego w żalu wspomnienia po budynkach o kosmicznych nazwach Jupiter i Mars i Saturn jest coś, co mi ostatnio powiedziała moja mama. Leżała w szpitalu i bała się, ale nigdy by się do tego nie przyznała. Pytałam czy ma innych pacjentów w swoim trzyosobowym pokoju, ale nie. Powiedziała, że chyba nie miałaby ochoty dzielić się historiami życia z obcymi ludźmi. Że nawet nie wie, co miałaby opowiadać, bo nigdy nikomu nie opowiadała swojego życia jako całości. A przecież jesteśmy zwierzętami, które uwielbiają narracje. Przecież ostatnio u fryzjera przez trzy godziny przerzucaliśmy się z Adrianem - stylistą gwiazd, niedoszłym nauczycielem, dyplomowanym aktorem muzycznym - swoimi opowieściami - ja mu że pracowałam z młodymi ludźmi z trzydziestu krajów w prestiżowej instytucji, on mi, że odmówił czesania Maryli Rodowicz i Magdy Gessler, ale za to Małgosia Foremniak jest najmilszym człowiekiem w całym polskim szołbiznesie. Opowiadamy sobie historie, inaczej chyba nie umiemy. Od kilku lat snuję swoje biograficzne patchworki terapeutce, próbując je zszywać w coraz to nowe, uspokajające kombinacje, powoli ucząc się cieszyć samym twórczym procesem kombinowania jak by tu połączyć fakty w ciekawą tożsamość. A potem inaczej. I znowu. Opowiadamy sobie historie nieustannie, w miłości i przyjaźni, w pracy i w tymczasowych miejskich interakcjach. A moja mama nie chce? Nie umie? Nie spotkała jeszcze słuchacza, który byłby zainteresowany jej całościową historią, jej mitem założycielskim? Opowiadamy sobie historie. Siedziałam wiele lat naprzeciwko kolejnych osób, które tkały biograficzne makatki dla mojego użytku, aż się zmęczyłam. Aż doszłam do ściany, a ścianę nazwałabym świadomością, że to tylko kreacja, tylko sploty ze słów, tylko konfiguracje wyselekcjonowanych elementów, które mają mnie olśnić, wzbudzić moją sympatię albo współczucie, albo podziw albo szacunek. Że najciekawiej jest żyć obok kogoś i doświadczać z nim kontaktu. A jednak narracje uspokajają. Zapytałam moją mamę czy gdyby jednak ktoś ją poprosił o Wielką Opowieść Swojego Życia, to czy byłyby elementy biograficzne, które na pewno by się w takiej historii znalazły. Zastanawiałam się, co wybierze - na ile definiuje się poprzez bycie matką, babcią, pracę, stanowiska, związek z moim ojcem, na ile przez opinie innych ludzi, na ile przez przygody, odkrycia, podróże, doświadczenia. Odpowiedziała, że oprócz paru spraw z dzieciństwa - zmian szkoły, przeprowadzek, na pewno częścią jej Historii byłoby zbyt późne odkrycie, że współpracownicy i klienci nie są jej przyjaciółmi. To pewnie rodzaj współczesnego rytuału przejścia - pierwsza trauma definiująca nas jako dorosłych ludzi - takie zrozumienie, że w pracy możemy nie znaleźć spójnego, życzliwego, wspierającego stada. Zrobiło mi się bardzo smutno, kiedy zrozumiałam, że mojej matce zdarzyło się takie samo jak mnie poczucie fundamentalnego rozczarowania, kluczowego również dla mojej biografii odarcia z tkliwych nadziei i złudzeń, że i ją bolał ten koniec naiwnej młodości tak jak mnie zabolało zrozumienie, że w Mordorze powinni pracować wyłącznie ludzie ze spójnym z Mordorem systemem wartości, że sentymentalne podejście do ludzkich skupisk w niczym tam nie pomaga. Takim też wnioskiem, że to nie miejsce dla ludzi, którzy szukają więzi i ciepła, echem powtarzanym przez prowadzącą, przez gościa i przez widownię, takim samym wnioskiem skończyło się kawiarniano-księgarniane spotkanie na temat warszawskich fakapów i czelendżów.

      Ale ja miałam całkiem o czym innym pisać. Bo przecież się chciałam pochwalić. Na stoliku w księgarnio-kawiarni znalazłam albowiem najnowszy numer pisma G'rls Room, które bardzo lubię, poświęcony tematowi, o którym rzadko się pisze - a mianowicie miesiączce. Są w numerze artykuły o edukacji seksualnej, o kulturowych tradycjach i rytuałach wokół okresu, jest komiks menstruacyjny i są osobiste doświadczenia oraz wspominki i refleksje czytelniczek, w tym mój tekst. Fajna niespodzianka.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Kucharka w G'rls Room”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 stycznia 2018 20:24
  • poniedziałek, 01 stycznia 2018
    • Bitzu'ist

      Cholera jasna zaczyna coś do mnie docierać. Wcale nie próbowałam przeprowadzać poważnego rachunku sumienia przy okazji pożegnania najdziwniejszego, najmniej sensownego roku mojego życia. Bałabym się, że zamiast wyrazistego kalendarium wydarzeń odnajdę piętrową konstrukcję z dezorientacji, zagubienia, bezradności i rozczarowania. Sklejoną wstydem, że mi się tyle nie udało, że tyle nie umiałam i tyle nie wiedziałam. Polukrowaną poczuciem, że nie zatrzymałam się ani na moment, a mimo to ciągle mam wrażenie, że nic a nic nie zrobiłam.

      I tu leży pies pogrzebany.

      Niby nic wielkiego, to zdanie "nic a nic nie zrobiłam". Przypomina mi trochę zarzut młodszej wersji mojego szwagra wobec mojej siostry na jej pierwszym urlopie macierzyńskim: bo ty nic cały dzień nie robisz. A dziewczyna, kiedy tylko bliźniacze przyssawki odkleiły jej się od piersi, sprzątała, prała, suszyła, obierała, siekała, gotowała, zmywała, zmieniała pieluchy i pościel i ręczniki i nie, rzeczywiście nie było widać efektów, szczególnie dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie pochylił się, żeby zdjąć z podłogi skarpetki i nigdy nie prześledził ich drogi z kosza na brudną bieliznę poprzez pralkę, suszarkę, aż do szuflady z innymi skarpetami.

      Tyle że ja proszę państwa mam coś dużo bardziej wstrząsającego do powiedzenia. A mianowicie - nie żebym miała wielkiego kaca, ale trochę się nie wyspałam, trochę się spaliłam na solarium w celu przybliżenia się do nieistniejącego ideału piękna zupełnie dla nikogo, bo sylwestra spędzałam w towarzystwie ulubionych znajomych par z dziećmi i mogłam siedzieć w dresie i perłach, jeśli by mi tylko na to przyszła ochota, ale jednak poszłam na to cholerne solarium w przypływie jakiejś pomroczności jasnej, trochę tego ostatnio jest - no więc siedzę właśnie z dymiącą, purpurową gołą klatą pokrytą syczącym Pantenolem i oglądam sobie serial. W kilku zestawieniach najlepszych seriali zeszłego roku ten konkretny się pojawił, a w szczególności jego drugi sezon, natomiast ja oglądam pierwszy i padam z wrażenia. Wataha, proszę państwa.

      No i Wataha jest o mężczyznach (plus parę kobiet), którzy DZIAŁAJĄ. To ważne, bo działania mężczyzn - takie romantyczne, pociągające, takie ze stereotypu i z filmów i z marzeń i z ideałów - mają kilka wspólnych cech. Dzieją się w przestrzeni publicznej albo w plenerze. Są dynamiczne, wymagają biegania, ścigania, uciekania i generalnie ruchu. Są też niebezpieczne i odpowiedzialne, pojawiają się w nich wyrafinowane narzędzia typu skalpel, aparat fotograficzny lub pistolet.

      Ale nie mop plus rękawice. Nie drewniana łyżka do mieszania gulaszu. Nie płyn do prania ręcznego i para własnych wprawnych rąk. Nie igła i nitka i nie empatia i nie cierpliwe ucho i pojemny rezerwuar na cudze emocje.

      Na wczorajszego sylwestra mój ulubiony kolega, mąż mojej serdecznej koleżanki i ojciec jej dwójki dzieci, przez cztery godziny pichcił wołowinę po burgundzku oraz, w międzyczasie, na takie się wspiął wyżyny sztuki kulinarnej, że jeszcze popełnił drożdżowego zawijasa makowego pod cytrusowym lukrem. Nigdy nie jadłam tak miękkiej, winem i grzybami pachnącej wołowiny. Zlizywaliśmy właśnie ostatnie krople wybitnego sosu z talerzy, kiedy mój dziewięcioletni siostrzeniec, aktualnie przymierzający się do rozmaitych dostępnych męskich tożsamości, zapytał, czy to ciocia takie dobre mięso zrobiła. Pokazaliśmy mu palcami na wujka, a on nie chciał uwierzyć. Chociaż sam lubi nam pomagać w kuchni - ostatnio mył i obierał dla mnie marchewki i siekał inne warzywa do wspólnie przyrządzanej chińszczyzny, teraz powiedział, że mężczyźni nie gotują. Kategorycznie.

      Obawiam się, że gdybym miała wybierać, w mgnieniu oka zostałabym dziennikarzem wojennym zamiast kurą domową, mistrzem świata w kick boxingu a nie matką trojaczków. Tyle że całe dotychczasowe życie zainwestowałam w szlifowanie innego zestawu kompetencji, więc to jest czysto abstrakcyjny wybór. Ale nawet ja na głębokim, romantycznym poziomie uważam, że te męskie misje życiowe są godniejsze szacunku, ciekawsze i bardziej imponujące niż moje miejskie, opiekuńczo-administracyjne czynności. Nawet jeśli pracowałam w telewizji, jeździłam po całym kraju na zdjęcia. Nawet jeśli prowadziłam firmę w Anglii i w Polsce. Nawet jeśli zarządzałam zespołem w międzynarodowej korporacji. Nawet jeśli od zera założyłam nowiutki dział w prestiżowej instytucji. To wszystko jakieś takie babskie mi się wydaje, rozmemłane i nieefektowne. Najważniejsze dla mnie osoby, szczególnie starsze kobiety, miały mi głównie do powiedzenia, co źle zrobiłam albo czego nie zrobiłam, a powinnam była, albo co jeszcze powinnam zrobić, albo co ich zdaniem muszę w przyszłości zrobić inaczej. Coś w stylu klasycznego "a dlaczego tylko piątka?". A dlaczego tylko 98% twoich klientów daje ci maksymalną ocenę? A dlaczego nawiązałaś współpracę z tymi instytucjami, dlaczego nie z tymi, o których ja pomyślałam, ale ci nie powidziałam? A dlaczego zajmujesz się satysfakcją klienta, skoro według badań, jak klient już wybierze szampon, to nawet jakby ten szampon zaczął śmierdzieć, i tak zostanie lojalny marce? Powinnaś była coś tam. Nie powinnaś była coś tam. Świat pełen jest rad i nakazów, sugestii i poleceń służbowych. Ostatnio zdaję sobie sprawę, że połowa moich kompleksów się dawno zdezaktualizowała. Podążanie za tym, co kocham? Od lat, moi drodzy, od lat, ale skoro wszyscy mi ciągle wmawiają, skoro wszyscy nalegają, że powinnam, że to panaceum, ta pasja moja, to chyba znaczy, że za nią nie podążam? A blog? Piszę go po nocach, piszę zdrowa, chora, zmęczona, wypoczęta, wkurzona, zachwycona, piszę i piszę i piszę, piszę kiedy nikt nie komentuje i kiedy komentują wspaniałe osoby zagrzewające do dalszej walki, piszę i piszę i nie przestanę, ale przecież powinnam podążać za swoją pasją, wszyscy tak mówią, a skoro tak mówią, to chyba znaczy, że jeszcze nie podążam??? Skoro więc jako podmioty działające istnieją tylko mężczyźni, a moja tożsamość zbudowana jest z błędów i skuch, a moje działania zostają niezauważone, zagadane dobrymi radami, których od lat nie muszę stosować, bo stosuję je sama z siebie, Jezus Maria, NAWET JA JESTEM GŁĘBOKO PRZEKONANA, ŻE ZUPEŁNIE NIC NIE ROBIĘ. Że jestem kawałkiem społecznej próżni w kształcie niskiej czterdziestoletniej kobiety, duchem przezroczystym.

      Ostatnio pod koniec dnia kompulsywnie sporządzam listy moich własnych działań, bo tak bardzo głęboko uwewnętrzniłam kult męskiego standardu działania, że nie poważam, nie zauważam i nie pamiętam swoich "babskich" czynnosci. Skąd bardzo prosta droga do złudzenia, że przemarnowałam calusieńki dzień. Że nie istnieję. Więc robię listy, żebym znowu zaczęła istnieć. Żeby samą siebie powołać do życia, uznać za podmiot. Weźmy typowy dzień tygodnia. Kiedy tylko otworzyłam oczy, wciągnęłam dres na piżamę i wyszłam na spacer z psem. Nakarmiłam go i napoiłam, pobiegłam na siłownię i zrobiłam pół godziny na orbitreku, wzięłam prysznic i poleciałam do pracy. Zjadłam szybkie śniadanie i wypiłam kawę. Kilkanaście maili, trzy tabele w excelu, dwa telefony, szesnaście rundek w dół i w górę schodów żeby zrobyć rozmaite informacje od rozmaitych osób, ustalić, uzgodnić, wyprosić, wynegocjować, pomóc, doradzić, zastanowić się razem, burzę mózgów uskutecznić, skoordynować przepływ komunikacyjny, trzy artykuły, jeszcze jeden telefon i rozmowa na Skypie z kimś w Cambridge i jestem bliżej zorganizowania trzech szkoleń, jednej sesji zdjęciowej z trzema osobami z dwóch krajów i rozliczenia duńskiej faktury za catering w czasie zagranicznego spotkania, być może znalazłam się też odrobinę bliżej załatwienia z niechętnym tej formie aktywności szefem żeby w ogóle więcej szkoleń robić, przecież ja w tej pracy jestem po to, żeby robić szkolenia, w międzyczasie pocieszyłam jedną koleżankę, która miała trudną relację z matką, a teraz ma ciężki refluks i je tylko marchewkę, inna opowiedziała mi jak nie dosypia i jak jej chorują dzieci i jak ze zmęczenia czasem w samochodzie leci jej krew z nosa, a z trzecią ustaliłam strategię działania pod kątem nowego chłopaka, z którym nie wie, czy chce być, ale na pewno jest lepszy niż poliamoryczny koleś z Tindera. Uskuteczniłam wsparcie moralne kiedy zadzwoniła mama, żeby opowiedzieć o starzejącej się, ślepnącej ciotce, której została tylko ona, bratanica z dalekiego miasta, a która po kolei wyrzuciła z domu wszystkie wynajęte opiekunki, a teraz dwa razy dziennie  zmienia zdanie na temat domu spokojnej starości. Umówiłam hydraulika, zapłaciłam podatek od nieruchomości, zamówiłam książkę na prezent urodzinowy dla siostry i odebrałam części zamienne do suszarki nad wannę, która już się zdążyła zepsuć. Poszłam do domu przez bazarek, kupiłam chleb i inne zdrowe rzeczy na kolację. Odebrałam w sklepie na dole karmę dla psa i wtaszczyłam jej 14 kilogramowy worek na trzecie piętro bez windy. Wyszłam na drugi spacer z kundlem i przynajmniej pięć razy udało mi się zapobiec konsumpcji drobiowej kości, która leżała na chodniku, na trawniku, pod śmietnikiem, w klombie, przy oponie zaparkowanego samochodu, ta okolica od wielu lat jest wymarzonym psim bufetem z darmowymi kośćmi i pysznym spleśniałym chlebkiem dla ptaków. Około 18:00 napisałam post na bloga, zrobiłam rysunek na drugiego bloga, polajkowałam trzy wpisy znajomych, pogadałam z kumplem przez Messengera, przeczytałam artykuł do pracy, zrobiłam pranie, zebrałam suszące się pranie i zawiesiłam mokre na naprawionej uprzednio suszarce. Ugotowałam sobie szybką kolację. Wzięłam jakieś suplementy na trawienie, bo też mam refluks. Umyłam naczynia i przemyłam lodówkę. Wyprasowałam ubrania na jutro. O 22:00 usiadłam do serialu, ale nie mogłam się skupić ze zmęczenia, więc poszłam do łóżka z książką, ale zasnęłam od razu.

      Nic nie robiłam cały dzień. 

      Zanim zasnęłam zdążyłam jeszcze w stuporze nieuzasadnionego chronicznego przemęczenia zdać sobie sprawę, że nic nie pamiętam, że to krzątanie się, prowadzenie domu, organizowanie, koordynowanie i wspieranie odbywa się chyba głównie w mojej głowie i w rozmowach, wydaje się być fikcją i nie zapisuje się na twardym dysku trwałym śladem, składa się z banalnych, powtarzalnych czynności, a nie dzieje się w plenerze, nie odbywa się w dynamicznymn ruchu z pistoletem i w niebezpieczeństwie, na adrenalinie, jest raczej statyczne, przybiurkowe, przyzlewowe, kanapowe. Jakiś tramwaj po drodze czy sklep czy urząd albo poczta. Kolejka. Korek. Niby wyrabiam codziennie przynajmniej dziesięć tysięcy kroków, bo mam krokomierz, który monitoruje moją fizyczną aktywność, ale. 

      Nic nie robiłam cały dzień.

      Tęsknię za tym, co wniósł w moje życie mój były chłopak, chłopak urodzony na wsi i wychowany w kulcie ciężkiej, nieustającej fizycznej pracy, w kulcie działania całym ciałem i obiema rękami: budowania, naprawiania, uprawiania, narzędzi rozmaitych i gadżetów ułatwiających ciężką, nieustającą fizyczną pracę. Dzięki niemu malowałam ściany, pieliłam grządki, skręcałam meble, uczyłam się posługiwać wkrętarką i rozmaitymi funkcjami scyzoryka. Opanowałam narzędzia informatyczne, które może nie były mi potrzebne do szczęścia, ale fajnie je znać i milej się z nimi funkcjonuje. Wataha przypomniała mi o nim. Jemu by się podobał taki serial, ten model męskości, który i mnie imponuje. Mój chłopak razem ze mną sprzymierzył się w niewidzenie całych wielkich, niemęskich, ale i nieszczególnie kobiecych, połaci mojego dnia.

      Jest takie kultowe słowo w Izraelu, bitzu'ism. Czytam właśnie książkę o kulturze innowacji i przedsiębiorczości w tym kraju. O fenomenie małego, otoczonego wrogami narodu, który zamienił się w światowej klasy wylęgarnie start-upów. Na ten sukces składa się wiele złożonych czynników, a jednym z nich jest właśnie bitzu'izm, czyli kult działania. Bitzu'ist to energiczny człowiek czynu, ktoś, kto nie marnuje czasu na dywagacje czy drobiazgowe planowanie, ale robi, rzuca się w wir, eksperymentuje, modyfikuje i znowu działa. A ja uwewnętrzniłam ten sposób, w jaki zawsze patrzyli na mnie znajomi bitzu'iści - doświadczeni producenci i reżyserowie w telewizji, kierownicy i menedżerowie, którym trafiałam pod skrzydła - pobłażliwy, zdziwiony nieco moim podejściem ugrzecznionym, dyplomatycznym, opartym na planowaniu i uzgadnianiu i koordynowaniu. Też jestem skuteczna, tyle że w zupełnie innym stylu. W kulturze Watahy, w romantycznym słowiańskim etosie charyzmatycznych samotnych wojowników, ja - wnuczka i prawnuczka rolników - myślę cyklicznie, relacyjnie, ekologicznie, konstruuję mozolnie misterne długofalowe strategie. Obserwuję, poznaję, zachwycam się, buduję zaufanie. Wydaje mi się, że na kogoś takiego jak ja też jest miejsce w społecznym porządku, całkiem poważne, istotne miejsce w czasach pokoju, ale w związku z tym, że moje marzenia pozwoliłam zaludnić popularnej kulturze, a ona woli adrenalinę i fajerwerki, oficjalnie odmawiam przyjmowania paradygmatu, w którym tylko wojownik jest godny uwagi, a ja za kulisami, w domowym zaciszu "nic nie robię". Robię właśnie. Robię.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Bitzu'ist”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 stycznia 2018 20:52
  • sobota, 30 grudnia 2017
    • Mój pies jest taki piękny

      Mój park już się przygotował na jutrzejsze pożegnanie roku. Miejscami przyobleczony w białe złoto, tu i ówdzie - kokieteryjnie - poukrywany za mlecznobiałą woalką, wybrokacony szronem migotał i kusił strategicznie umiejscowionymi ruchomymi winietkami. Rozkołysany gawron na niestabilnej gałęzi z włoskim orzechem w dziobie. Moja mama pomaga krukom i rozjeżdża, miażdży im orzechy samochodem na podjeździe do garażu. Miażdży, taka piękna onomatopeja.

      Na ławce przycupnęła starsza pani z pieskiem. Wokół niej zastygło w oczekiwaniu stado szaro-czarnych kawek. Ptasie posągi. Na co tak czekają, znieruchomiałe? Dlaczego wybrały akurat tę kobietę z posłusznym białym pudlem?

      Przez staw z podwójnym dnem, a może staw kryjący zapadnięty, zapomniany kawałek miasta, a może staw, który ma na dnie zatopiony czołg, przez staw szczerozłoty prują zgrabne kaczki. Ich płynny ruch koi. Łapię się na nawykowej myśli, że już wystarczy tych zachwytów, bo mam napięty plan. A potem myślę (i jest w tej dosadności taka poezja, że wybucham płaczem): chuj z napiętym planem. Mój pies jest taki piękny.

      http://odkrywcawarszawy.blogspot.com/2013/07/park-morskie-oko-legendy.html?m=1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 30 grudnia 2017 12:11
  • środa, 27 grudnia 2017
    • Open mic

      Idę przez nocne miasto, pustawe międzyświątecznie, brnę przez coś, co wcale nie jest miastem, nie jest nawet smogiem, chyba jest samotnością, więc to brnięcie to stan wewnętrzny, oporność od środka, chyba jest samotnością, ale tyle lat przed nim uciekałam, że już mu nie potrafię nadać odpowiedniej nazwy. Temu brnięciu. Wiem tylko, że jest gęste, oblepia i dławi, wiem że szczególnie lubi mnie opadać w tramwajach i wzdłuż zatłoczonych ulic. W metrze i w samolotach. Mam urlop, a bez pracy gubię się w dniach tygodnia. Najprawdopodobniej kończy się środa. Mijam kwiaciarnię. W wysokim oknie odbijają się latarnie, a ich nieostre fantomy przenikają się z bukietami zbitych, jędrnych róż, lilii i goździków, też niewyraźnych w tej ciemnicy. Za rogiem czeka mnie najlepszy drink mojego życia. Poprosiłam barmana o coś kwaśnego i orzeźwiającego. Kazał mi usiąść i poczekać. Wybrałam sobie mały okrągły stolik przy samej scenie, umościłam się w pomarańczowym pluszowym fotelu. Zdążyłam wziąć jakąś książkę z regału i ją przejrzeć pobieżnie i już za chwilę stała przede mną pękata szklanka z brzoskwiniowym płynem. Ciemny pomarańcz jakiegoś miąższu opadał na dno. Zamieszałam słomką. Na prośbę barmana upiłam ostrożny łyczek żeby sprawdzić, czy o to chodziło. To było dużo ciekawsze niż sobie wyobraziłam. Dużo oryginalniejsze niż moje najśmielsze pomysły. Anyż, ziołowa goryczka, cytrusy.

      Na scenie, w rządku pod szarą ścianą, pojawiły się instrumenty. Gitara, mandolina, klarnet, srzypce, kufel piwa.

      Kraciaste spodnie, bródka. Mieszkam w Budapeszcie, ale jestem z Transylwanii. Chłopak, który śpiewa, ma na nadgarstku grzechotkę, a ona bez dodatkowego wysiłku wybija rytm razem z uderzaniem strun przy kolejnych akordach. Czoło zroszone potem. Oczy zamknięte. Without loooo-ove. Where would you be now?

      Dawno nie byłam sama w knajpie. Mam na sobie różową szminkę i koronkową bluzkę i wysokie czarne kozaki. Mój żołądek jest z galarety. Zastanawia się - to miejsce skąd pochodzi siła i życie - czy ktokolwiek widzi jak się trzęsie, czy ktokolwiek wie, jak się kiedyś, bardzo dawno temu, jak się kiedyś przestraszyłam najgłębszą głębią żołądka. Moja terapeutka mówi, że traumatyzujący lęk paraliżuje tak bardzo, że nie pozwala podejmować decyzji, więc nie można się z niego rozliczać jako z tchórzostwa. A ja się jednak wstydzę każdego, nawet niedoszłego, ataku paniki. Powoli odzyskuję władzę w członkach, powoli budzi się do życia moje centrum sterowania. Jej wzrok nie ocenia, więc mięknę pod nim, rozpuszcza moje zawstydzenie. Chcę być widziana, chcę być niewidzialna.

      Gdyby nie zostawił mnie chłopak, być może jeszcze długo nie dotarłabym do tego miejsca. Nie byłabym go nawet ciekawa.

      Gitara węgiersko-rumuńskiego muzyka ma specjalnie wbudowane czarne elementy - dwa klawisze perkusyjne i coś w rodzaju kalimby, z drutami, za które się szarpie. Razem z grzechotką i pedałem, dzięki któremu można bębnić bez udziału rąk stanowią chyba wyposażenie zawodowego grajka ulicznego. Śpiewa po węgiersku piosenkę o tytule "nieważkość". Drugi brodaty chłopak siedzi na podłodze, akompaniuje na skrzypcach, fałszuje i ma to w stuprocentowym poważaniu. Chciałabym być taka jak on.

      Ostatnia piosenka jest znów po węgiersku, ale do wtóru mandoliny. Mandolina wyrywa mnie z ponurości. To fizycznie niemożliwe myśleć ponure myśli i słuchać mandoliny. Może taki już mój los, może tak już będę funkcjonować rozpięta w połowie drogi między lękiem a radością, może to absolutnie nic zdrożnego, tylko inni to lepiej ukrywają. 

      Zanim wyjdę porozmawiam jeszcze przez moment z przystojnym barmanem. Ma ładne oczy, tatuaże na przedramionach i radiowy głos. Flirtuje od niechcenia, więc i ja, chcąc nie chcąc, mozolnie przypominam sobie jak flirtować. Różowa szminka, koronkowa bluzka, żołądek jak galareta. Być może jestem czymś więcej niż umysłem wykonującym pracę za pieniądze. Być może jeszcze da się we mnie wzbudzić zapomniane, zaskorupiałe źródło miodowej, miękkiej słodyczy. Czasem, były korposzczur, wielkomiejski trybik, zapominam, że jestem i ciałem. Barman nieustraszenie patrzy mi w oczy. Każe zgadywać. Mówię cytrusy. Kręci głową. Mówię anyżek. Zaprzecza. Mówię tonik. Śmieje się ze mnie. Nieustraszenie patrzy mi w oczy. Ja spuszczam wzrok i szarpię się ze śladami szminki rozmazanej na kartach kredytowych w portfelu. Proszę go o serwetkę. Sprawdzam w torbie jak duże spustoszenie poczyniła szminka, ale nie jest źle. Wracam do rozmowy. Wreszcie chłopak przyznaje się, co mi zmiksował we wstrząsająco dobrym drinku. Aperol i sok ananasowy. Będzie więc trzeba kupić sobie Aperol. I znaleźć na YouTubie jakieś nagrania rozradowanej mandoliny.

      O, proszę: https://youtu.be/2ZogsGp-T4o

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 27 grudnia 2017 21:47
  • wtorek, 26 grudnia 2017
    • 5 błędów, których powinieneś unikać, przechowując jedzenie w lodówce podczas świąt

      Czego nie umiecie? Żyć nie umiecie, moi kochani.

      Boże, ile tego jest! Według artykułu, który mi się ostatnio zasugerował na fejsbuku na przykład, nie umiem składać życzeń świątecznych. Czterdzieści lat szlifowania sztuki lukrowanej życzliwości podczas dorocznych opłatków w szkole i pracy, trzy dziesięciogodzinne szkolenia z protokołu dyplomatycznego i kilkanaście lat przeświętowanych w międzynarodowych środowiskach, wszystko do kosza, bo ktoś właśnie popełnił poradnik, z którego wynika, że źle i niekompetentnie, bo istnieją eksperci w niszy savoir-vivre'u życzeniowego o specjalizacji gwiazdkowej, a ja takiego papieru nie posiadam bynajmniej.

      To trochę jak autorki książek o jedynie właściwej metodzie składania ubrań w szufladach. To trochę jak specjaliści od jednej marki albo jednego typu produktu. Trochę (sypnę się po głowie popiołem, a niech tam) jak doradcy rozwoju zawodowego.

      To trochę jak hiper-wyspecjalizowane YouTuberki od regulacji brwi, które śledzą w moim imieniu bieżące, sezonowe trendy w tej kwestii i dzielą się wspaniałomyślnie tą mikrowiedzą, przy okazji strasząc trochę, że jeśli nie obejrzę kolejnego filmiku, skażę się na dramat i śmieszność niemodności. Rozumiem, że w długiej perspektywie konsekwencją będzie to, że umrę stara, brzydka, niekochana i niebzykana, bo brwi. Moje brwi - powiem wam uczciwie - obejrzane już były przez kilka specjalistek, za pieniądze, bo raz na jakiś czas pada mi na mózg i postanawiam, że może jednak czasopisma kobiece wiedzą coś, czego ja nie wiem o atrakcyjności i o związkach międzyludzkich, a moja terapeutka myli się, że atrakcyjna jest przede wszystkim i niezależnie od wieku radość życia, a wtedy robię coś z paznokciami, brwiami, kolorem włosów albo pigmentem skóry, więc zabrałam brwi do kilku ekspertek i za każdym razem usłyszały inny zarzut, nieraz sprzeczny z poprzednim. Za gęste, za bardzo wyregulowane, za mało naturalne, nieodżywione, zaniedbane. Moje brwi, zawstydzone prawie w niebyt, postanowiły się więc zaopatrzyć w baterię rekomendowanych środków pielęgnacyjnych i oprócz starej dobrej pęsetki mają obecnie na stanie kredkę, tusz, odżywkę i dwa odcienie cieni. Serio. Mam bardzo niemodne, ale za to niezwykle zdyscyplinowane, świetnie zaopatrzone brwi o spektakularnie niskiej samoocenie. Zahukane, oklapnięte, znerwicowane brwi, którym nie pozwala się po prostu być sobą. Kredki nie polecam, ale raz trzeba było spróbować. Odżywki nie używam, bo mi się to wydaje absurdalne, ale jest w komplecie z cieniami, a cienie są fajne. Przynajmniej jeden, bo drugi - jak to zwykle w przypadku kompletów cieni - w ogóle mi nie pasuje. Nikt mnie lojalnie nie uprzedził, że z wiekiem brwi przerzedzają się, a maźnięcie ciemnobrązowym cieniem tworzy iluzję obfitej, zdrowej młodości, więc skoro mam jakąś kuriozalną fiksację na brwiach akurat, to przynajmniej brwi będę miała na pozór młodzieńcze. Może mnie ktoś jeszcze bzyknie jednak, taką niemodną acz ciemnobrewą, przed emeryturą.

      No więc nie umiem składać gwiazdkowych życzeń (ostracyzm), nie potrafię przechowywać jedzenia w lodówce podczas świąt (wybicie całej ukochanej rodziny poprzez zatrucie pokarmowe), nie nadążam podążać za mikrotrendami (samotna śmierć z braku seksu), ale nie umiem też bardzo wielu innych, bardziej fundamentalnych rzeczy. Kiedy ponad dwanaście lat temu zdecydowałam się przygarnąć psa, rzeczywiście brak mi było jakichkolwiek kynologicznych kompetencji, a czarny zakapior sikał po parkiecie, jadł meble i skarpety, terroryzował gości i dręczył wyciem sąsiadów. Potrzebowałam nabyć bardzo dużo wiedzy piorunująco szybko. Przychodziły mi do głowy cztery źródła informacji, a każde z nich miało wady i zalety.

      1. Rodzina i znajomi, zawsze gotowi służyć pomocą, podzielili się na dwa obozy, zależnie od osobowości. Jedni z entuzjazmem i szczegółowo analizowali, co robię źle i dlaczego w ogóle nie powinnam mieć psa. Nie pomagało. Drudzy uniwersalizowali własne doświadczenia i na podstawie swoich psów, ewentualnie psów krewnych i przyjaciół, serwowali mi ogólne zasady. To źródło wiedzy okazało się dobrym materiałem do eksperymentów i część sensownych nawyków, które mamy z psem do dzisiaj zawdzięczamy grupie zaprzyjaźnionych psiarzy.

      2. Byli też przechodnie. Przechodnie, podobnie jak pierwsza wymieniona grupa znajomych, wydawali na ogół sądy kategoryczne, druzgoczące i ad hominem. Jak pani może swojemu psu pozwalać na... (tu wstaw zachowanie typowego zdrowego, zrównoważonego zwierzęcia)??? Dopiero po latach, porównując notatki z zaprzyjaźnionymi świeżo upieczonymi rodzicami, zrozumiałam, że obcy na ulicy i "życzliwi" znajomi nie wytykali mi rażących, karygodnych skuch i że ja tak naprawdę wiedziałam lepiej, co robię. Młode matki podobnie jak właścicielki psów dyscyplinowane są publicznie przede wszystkim, w przeważającej, przerażającej większości przez osoby, które nigdy nie miały pod opieką ani psa ani dziecka. Stąd łatwość ferowania czarno-białych wyroków z piorunującą pewnością siebie. W duchu "Google wie wszystko, ale Polak wie lepiej". W duchu efektu Dunninga-Krugera.

      3 i 4. No ale piekło zaczęło się, kiedy zaczęłam korzystać z kolektywnej mądrości poradników, a gdy w gąszczu zwalczających się pazurami do ostatniej krwi szkół i fanatyzmów wybrałam parę książek w miarę rozsądnych, odkryłam, że poradniki bywają fajne, tyle że jakimś cudem nie opisują nigdy mojego indywidualnego przypadku, więc nie pomagają w niczym szczególnym, wpadłam w toksyczną spiralę internetu i polskich internetowych forów. I znowu zaliczyłam ćwiczenie z tego, że kiedy prosi się drugiego człowieka o pomoc czy poradę, trzeba wziąć pod uwagę, że najpierw przemówi jego ego - często rozrośnięte, nierzadko chore, a na forach internetowych ten proces przybiera apokaliptyczne rozmiary i patologiczne formy.

      Bywa komicznie, pod warunkiem, oczywiście, że się nie jest w palącej życiowej potrzebie - zdrowotnej, emocjonalnej czy zawodowej. Ostatnio kiedy próbowałam jakiś termin niszowy przetłumaczyć na angielski, weszłam na forum "specjalistów" i ku swojej wielkiej uciesze, bo mnie czas szczególnie nie naglił, stwierdziłam, że nigdzie, NIGDZIE na forum, na trzech stronach reakcji na pytanie o właściwe tłumaczenie specjalistycznego słowa, nie pada odpowiedź. Internauci są zbyt zajęci wytykaniem sobie nawzajem braku precyzji, niekompetencji, a przede wszystkim całkiem niemerytorycznym rzucaniem się sobie do gardeł, że znika w tym wszystkim sens i cel istnienia tej społeczności i tej platformy komunikacyjnej. Krwawe igrzyska o honor i reputację, których nikt nie wygrywa. Społeczność zepsuta, chora, patologiczna.

      Bo to społeczność zawodzi. Kiedy wreszcie, zmęczona kakofonią postprawd, pseudoprawd i gówno-prawd, udałam się za grubsze pieniądze do specjalisty, takiego oficjalnego, w białym fartuchu i z dyplomami, dostałam jak zwykle opierdziel, że nie powinnam mieć psa, bo pewnie go swoją niekompetencją doprowadzę do choroby, szaleństwa, a wreszcie na bank uśmiercę, a potem jakieś enigmatyczne, magiczne porady jak u szamana, z których wynikało, że muszę dopłacić drugie tyle i wtedy czarnoksiężnik mi może coś wyczaruje. Zasięgnęłam drugiej opinii. Również za własne pieniądze. Uśredniłam, podzieliłam przez trzy i eksperymentowałam dalej.

      W końcu wreszcie postanowiłam uspokoić się, przestać tak cholernie trząść nad swoją rzekomą niekompetencją, popatrzeć i posłuchać, co ma mi do powiedzenia mój pies i wtedy, mozolnie, eksperymentalnie, intuicyjnie i w bliskiej współpracy, wyszliśmy razem z kryzysu. 

      Podobny proces przechodziłam za każdym razem kiedy zaczynałam pracę. Pomagało mi masę ludzi, ale na koniec sama musiałam wprowadzić się na stanowisko i wdrożyć do nowej organizacji.

      Podobny proces przeszłam ucząc się dbać o swoje zdrowie kiedy zachorowałam ze stresu i z przepracowania - znajomi, książki, internet, specjaliści rozmaitej maści, miotałam się w tej swojej niewiedzy i zależności, zdruzgotana faktem, że tylu osób nie obowiązuje wobec mnie przyzwoitość, empatia, że rozpadł się społeczny kontrakt, że w chwilach bezradności, słabości, i tak trzeba być czujnym, trzeźwym, i tak obowiązuje zasada ograniczonego zaufania, bo mój alergolog, gastrolog czy dentysta może mi wmówić problem nieistniejący, policzyć trzy razy więcej niż to konieczne i spać spokojnie w nocy. Druga opinia, trzecia opinia. W przypadku usuwania górnej jedynki z poważnym stanem zapalnym dopiero trzeciemu chirurgowi szczękowemu zaufałam ze swoją szczęką. Dobre kilkaset złotych biedniejsza.

      No więc po co w ogóle pisać o złych doradcach i nieuczciwych ekspertach? O źródłach wiedzy i niewiedzy? Może dlatego, że taka jest teraz kondycja naszego świata i nie ja jedna zdruzgotana jestem brakiem siatki bezpieczeństwa. Z jakiegoś powodu regularnie wyobrażam sobie, że tak musiało być w czasach Wielkiego Kryzysu w Ameryce. Każdy zdany był tylko na siebie. Coś społecznego się rozmontowało, coś międzyludzkiego uległo spektakularnemu zniszczeniu. Norman Davies pisał o Polsce tak, że tłumacząc ją swoim zagranicznym kolegom musi ich poprosić żeby sobie wyobrazili chaotyczne podbijanie Dzikiego Zachodu albo świat sycylijskiej mafii - każdy sobie, liczy się tylko garstka najbliższych, a obcemu zrobić można wszystko - sciemnić, zmanipulować, oszukać, im bardziej bezbronny i naiwny, tym bardziej sam sobie winny, że go ktoś wykorzystał. Więc po co w ogóle o tym piszę? Może dlatego, że jesteśmy społecznymi istotami i czerpiemy wiedzę od siebie nawzajem, chcąc nie chcąc zależymy od siebie i musimy sobie zaufać. Może dlatego, że teraz dużo się mówi o postprawdzie, o kryzysie zaufania do elit i do rządzących. Może dlatego, że dopiero na terapii trafiłam na kogoś, kto nie wykorzystał mojej bezbronności i uczy mnie się samej uczyć, uczy mnie samodzielnie nabierać wiedzy i umiejętności, pozwala mi być coraz bardziej kompetentną, a kiedy gadam głupoty nie poniża, nie triumfuje, nie poucza, nie wykorzystuje. Może dlatego, że spędziłam właśnie trzy świąteczne dni z babcią, która zawsze wszystko wie, nawet kiedy wcale nie wie, a ja wzrastając w jej cieniu nauczyłam się głupieć na zawołanie, wątpić we własną mądrość i kompetencję, równocześnie ulegając podobnemu jak ona złudzeniu, że wątpliwości, niewiedza czy bezradność to słabość i zaproszenie do nadużycia. Bo ile razy człowiek zaufał fałszywym ekspertom? Ile razy dał się nabrać, naciągnąć, zmanipulować? Jestem trochę chłopkiem-roztropkiem, w duchu efektu Dunninga-Kramera, przerażonym, że jeśli odsłonię się w swojej niekompetencji i bezradności, zaraz się zlecą sępy. Jestem produktem swojej chorej kultury, w której bardzo dawno temu zdemontowano społeczną tkankę zaufania i solidarności.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 grudnia 2017 15:23
  • niedziela, 24 grudnia 2017
    • Wigilia

      Moja całodobowa siłownia otwarła się na parę godzin wigilijnym przedpołudniem. W damskiej szatni nikogusieńko. W hali maszynowej garstka ćwiczących, ale ja tu musiałam przyjść żeby nie zwariować. Żeby naładować baterie na dwa dni, bo w drugi dzień świąt znów otwierają. Kątem oka rejestruję napakowanego mężczyznę, który siedzi i energicznie szarpie za dwie linki z ciężarkami na wysokości twarzy. Szarpie i puszcza, szarpie i puszcza. Wygląda jakby chciał sobie wybić tymi ciężarkami dziury w policzkach.

      Słucham energetyzującej muzyki, oglądam mistrzostwa świata w lekkiej atletyce na Eurosporcie, myślę trochę ze złościo-podziwem o ostatniej sesji terapii, na której wbiło mnie fizycznie w ścianę od zatęchłego ze starości, wrośniętego mi w fizjologię strachu. Jak ja się boję. Rozmawiałyśmy o traumie transgeneracyjnej - o tym jak pokolenie co przeżyło dewastację wojny wychowało pokolenie co przeżyło dewastację totalitaryzmu, a ono z kolei wyposażyło na przyszłość w ideały pokolenie, które musi sobie radzić z przemocą i bezdusznością turbokapitalizmu w jego prowincjonalnej, nadgorliwej, postkomunistyczno-katolickiej wersji, która takim ludziom jak na przykład ja nie zostawia sensownego ruchu. No więc każde z naszych pokoleń ma swoich herosów. Moi dziadkowie musieli swoją wiejską dziecięcą bierność z uszami po sobie i ogonem między nogami skonfrontować z bohaterami powstania w Warszawie, nieustraszonymi. Moi rodzice musieli żyć w cieniu Solidarności, w jakimś drugim szeregu, który coś tam raz ukrył, komuś pomógł to i owo przeszmuglować, ale dla spokoju psychicznego, dla zdrowia, dla nietykalności rodziny, częściej pokornie, wbrew sobie, ugryzł się w język, spuścił wzrok, udał, że go nie ma. A ja? A i ja muszę sobie jakoś wybaczyć, bo ani nadczłowiekiem ani rewolucjonistą nie jestem. Boję się, najzwyczajniej się boję: bezrobocia, samotności, choroby, odrzucenia. Wszystkiego liznęłam po trochu, więc wiem, że wypadnięcie poza peleton to wielka cena za wolność wewnętrzną.

      Ale wstydzę się, wstydzę się swojej mierności, swojej bierności, swojego konformizmu. Moja terapeutka mówi, że towarzyszące mi od jakiegoś czasu metafory prostytutki i wiedźmy mogą być interesującym materiałem do przemyśleń. Bo czy nie prostytuowałam się? Dla narzeczonych, pracodawców, klientów? Czy nie zaprzedawałam im wypalonego ciała i wyjałowionej duszy?
      Na ekranie przepiękne młode kobiety o sprężystych, silnych, smukłych ciałach biegną na 1500 metrów. Mięśnie ud pulsują im pod skórą w rytm stóp odbijających się od bieżni. Takie młodziutkie są, takie doskonałe, tyle w nich bezwstydnej witalności, tak się ta witalność synchronizuje radośnie z moimi endorfinami. Witalność. Ja swoją prostytuuję, wynajmuję innym aż mi jej nie starcza dla samej siebie, bo boję się, że czarownice umierają chore, same i wykluczone.

      Podobno im lepiej idzie terapia, tym pacjent więcej czuje. Dziękuję bardzo. Kiedy dziewczyna z RPA pada na ziemię za linią mety, śmiertelnie wyeksploatowana, kiedy podnosi ciężką głowę i dowiaduje się, że została mistrzynią świata, płacze ona i płaczę ja. Biegnę, biegnę, muzyka gra mi w słuchawkach, przed chwilą czułam euforię, teraz zwyciężam razem z nią. Mój ojciec był dziecięcym mistrzem Warszawy w rzucie młotem. Potem etat i dwójka dzieci. Jakaś jego część musiała nas nienawidzić. Mieliśmy być zwycięzcami. Bohaterami. Świętymi. Nadludźmi. Podobno im lepiej idzie terapia, tym pacjent więcej czuje. Dziękuję bardzo. Tyle mam sobie niezdobytych medali do wybaczenia. Tyle szarf i dyplomów i nagród. Nie wiem, czy się potrafię z nimi pożegnać. Nawet jeśli nigdy naprawdę nie były w zasięgu ręki. Nawet jeśli dziś spędzę cały dzień próbując nie udusić mojej babci nad opłatkiem, a być może takie powszednie akty heroizmu zasługują na chociażby rzężącą, chociaż fałszującą, chociażby słabą fanfarę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Wigilia”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 grudnia 2017 15:33
  • wtorek, 19 grudnia 2017
    • Kintsugi

      "A na pocałunki jeszcze przyjdzie czas - powiedział Książę z Bajki schodząc ze Śpiącej Królewny". Taki żarcik znalazłam w kompilacji perełek internetu, ręcznie zebranych najlepszych z najlepszych dowcipów, którymi dzielą się użytkownicy. Przysiadłabym z wrażenia, gdybym nie siedziała. Całkiem niewinnie szukałam dla kolegi czegoś zabawnego na poprawienie humoru. Nie wiedziałam, że ktoś mi przy tej okazji przypomni, że ja i podobne mi istoty to karaluchy i można nas bezkarnie zgniatać. Próbuję się przyzwyczaić do świata, w którym występuje tak głęboka pogarda i odczłowieczenie, że ktoś nie tylko wykorzystuje nieprzytomną osobę, ale potem jeszcze sobie samemu poprawia humor, że to fajne było i że pewnie koledzy będą pod wrażeniem, że tak k**wę potraktował, tak jej pokazał. Ale k**wa śpi, więc nie bardzo wiem, czym zawiniła. Ale to jest jakiś stały kulturowy motyw w pewnych kręgach - że skoro kobiety są słabe i jękliwe, skoro lubią czuć się bezpieczne, skoro bierne są i usłużne, skoro pragną czułości i opieki, to się same podkładają, jakoś bardziej uzasadniona jest przemoc wobec nich, bo silny i wykorzystujący ma jakieś potworne, niczym nieuzasadnione poczucie wyższości.

      A z drugiej strony dzisiaj cały dzień spędziłam z facetem, który rozmawiał ze mną jakbym była kompetentna, inteligentna i w ogóle jakaś fajna, a ja ostatnio na takie sytuacje nie mam procedury, więc tylko się przyglądałam zaskoczona. Przysiadłabym z wrażenia, gdybym już nie siedziała.

      Kiedy miałam osiemnaście lat, serce złamało mi się tak mniej więcej pośrodku. Nie wiedziałam jeszcze, że wcześniej łamane i zrastane było po wielokroć, ale regenerowało się szybko, ale blizny wchłaniały się prawie całkowicie, niezauważalne już, więc ten chłopak, który przyjechał, zauważył mnie, zachwycił, pozwolił odczuć moje przyciąganie, moją władzę, moje piękno i wielkość, boże jaka dzięki niemu byłam spektakularna, podejrzewam że świeciłam w nocy, pocałował i wkradł mi się w miejsce, które z własnej, nieprzymuszonej woli zmiękło i pozwoliło na więcej, więc ten chłopak zapadł mi na zawsze w pamięć. Nosiłam bliznę po jego wyjeździe miesiącami, płakałam tak, jakby to był powód do dumy, ten ból nobilitował. Wydawał się jak śmierć za życia, nie do uwierzenia było, że wstanę po nim i pójdę dalej, więc tarzałam się w nim, wzmagałam go, podtrzymywałam i utrwalałam. To takie romantyczne przecież, mieć złamane serce po wielkiej miłości.

      Chciałam napisać krótki wpisik o tym, że dwadzieścia lat później mam serce nawet nie złamane, ale połamane, w tylu miejscach, że nawet nie wiem, od czego zacząć. Bo zapomniałam jak się zabliźniać, jak nie cierpieć nadmiernie, jak się otrzepywać i podnosić głowę. Chciałam napisać, że teraz się dopiero uczę emocjonalnego odpowiednika japońskiej sztuki kintsugi - sklejania rozbitych naczyń ceramicznych złotym klejem tak, żeby to posklejane naczynie ze złotym żyłkowaniem w miejscu spojenia stanowiło coś nowego, dzieło sztuki przypominające o kruchości i absolutnie jedyne w swoim rodzaju, niepodrabialne, niekopiowalne. Moje serce połamane jest niedokończonymi pożegnaniami, ale nie tylko z ludźmi. Z marzeniami niecałkiem spełnionymi. Z planami, które spaliły na panewce. Z misjami niedokończonymi. Z niezrealizowanymi potencjałami. Z ulotnością tej wielkości, co się czasem budziła w kontakcie ze światem - tego świecenia w nocy. Z  przyszłościami, co się nie urzeczywistniły. 

      Ale ten wpisik jest o pogardzie. Jak pewnie wszystkie wpisy na moim blogu, w mniejszym lub większym stopniu. Trudno mi sobie wyobrazić kim bym bez pogardy została w życiu, o ile spokojniejsza i bardziej pogodzona ze sobą bym była, o ile zdrowsza. Ale jak żyć w świecie, który tak bardzo żartuje z kobiecych złamanych serc i tak głęboko ma w nosie kobiece złamane życia? Jak żyć w świecie, który w najlepszym wypadku nie widzi mnie, mojej pracy, mojego starania, mojej czułości, a w najgorszym odczłowiecza mnie, robi ze mnie kłodę bez czucia, wygodnie sobie usprawiedliwia gangsterskie wykorzystania, musiało przecież być tak, że zasłużyłam - na obojętność, na okrucieństwo, na wykluczenie.

      Moja terapeutka, jak się okazuje - ku mojej złości, ku bezradnej rozpaczy - wraca mnie do miejsc, w których jednoczę się z wszystkimi, którzy kiedykolwiek pogardzali mną i mnie podobnym stworzeniom, w których ze strachu, z paraliżującego, ślepego, biologicznego strachu solidaryzuję się nie z samą sobą, ale z tym, kto mnie krzywdzi, kto mnie ignoruje, kto mną pomiata i mną pogardza. Śmieję się z żartów uprzedmiatawiających, graniczących z kryminałem, niedopuszczalnych, bo inaczej zadzieje się jeszcze większa agresja, gdybym stanęła lojalnie sama za sobą, wyobrażam sobie, że dostałoby mi się jeszcze bardziej jeszcze bardziej jeszcze bardziej, zemstowo, odwetowo, sadystycznie. Moja terapeutka pokazuje mi złoto na styku skorup mojego serca. W miejscach, do których przysięgłam sobie, na poziomie trzewi, upodlenia, odczłowieczenia, w miejscach, do których przysięgłam sobie nigdy nie wracać. Tam, gdzie korporacja potraktowała mnie jak kłopotliwy zasób, coś na kształt krnąbrnego umeblowania. Tam, gdzie polityka potraktowała mnie jak przeszkodę i sprytnie doprowadziła mnie do tego, że się sama usunęłam z drogi. Tam, gdzie ci bardziej bezwzględni, bardziej drapieżni zastraszyli, wyśmiali, wykluczyli. Tam, gdzie ci bardziej przerażeni postraszyli aż prawie postradałam zmysły. Moja terapeutka skleja mnie złotym klejem, ale na stykach skorup znowu boli, a przecież ułożyłam sobie życie tak, żeby do tego nigdy więcej nie doszło, dziwne, nie tęsknię za miejscami, za ludźmi, za honorami ani miłościami, tęsknię za samą sobą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 grudnia 2017 19:00
  • niedziela, 17 grudnia 2017
    • Podróże w czasie

       - Panie dyrektorze, gdzie pan jest?

      - Ktoś wie, gdzie jest pan dyrektor?

      - Pan dyrektor powinien zaśpiewać!

      Zamęt. Stoję na wpół ukryta za drewnianymi drzwiami, obok dziecięcego chóru oraz pewnego wąsatego mężczyzny otoczonego wianuszkiem kobiet w średnim wieku. Zaskakująco dźwięcznym mezzosopranem śpiewałam przed chwilą kolędy przed publicznością złożoną - zgadując po powierzchowności najpłytszej i najszybciej dostępnej - z kierowców autobusów, księgowych, urzędników i nauczycieli, ubranych skromnie, uczesanych schludnie, wpatrzonych w piejące z przodu pałacowej sali, ubrane na galowo pociechy.

      Dyrygentka rozgląda się w poszukiwaniu szefa tej państwowej placówki kulturalnej, marmurami wykładanej i parkietem odrobinę wypaczonym. W pałacyku umeblowanym przed paroma dekadami, niezmienionym od lat kurz wydaje się namacalny, chociaż przecież czysto jest, ale żyrandole poszarzałe, ściany pożółkłe, na wszystkim osadził się charakterystyczną warstwą czas. Jest tu coś na kształt recepcji - biureczko z udrapowaną na nim zmęczoną, zniechęconą panią i podobnie nieobecnym panem. Jest szatnia dwiema paniami w syntetycznych fartuszkach zarządzana. Brakuje tylko kanapek zawiniętych w papier śniadaniowy, herbaty w szklankach z uszkiem i poczucia, że jestem petentem, że z definicji przeszkadzam. Nikt nie wie, co się dzieje. Pytam gdzie są sąsiedzkie warsztaty tworzenia bombek, bo chcę poznać lokalną społeczność, a potem zawiesić swoje choinkowe dzieło na drzewku przy pobliskim skwerze. Energiczna kobieta w garsonce zagania mnie na widownię, na koncert, ale ja nie na koncert przecież. Łaskawie zgadza się więc, że może skoro w sali obok siedzą przy stole wąsaty pan i jego asysta - wianuszek pań w średnim wieku - skoro nawlekają łańcuchy i brokatem obklejają kuliste przedmioty, proszę bardzo, mogę do nich dołączyć. Wchodzę więc i słucham jak mężczyzna wygłasza znad bombek polityczne tyrady. Jedna z kobiet coś czasem dopowiada. Mnie to męczy, nawet jeśli w polsko-polskiej wojnie jestem po tej samej co oni stronie, męczy mnie dalekość i hermetyczność tych, którzy rządzą, bezradność nasza na poziomie chodnika obezwładnia, więc niezauważona, niezapoznana, niewprowadzona, zajmuję miejsce i zaczynam wycinać z folii aluminiowej kształty gwiazdopodobne. 

      A potem nagle ktoś nam każe biec do drugiej sali i dołączyć do chóru. Mnie towarzyszy coraz wyraźniejsze ostatnio, regularne poczucie, że nie wiem, jak się znalazłam tam, gdzie jestem. Nie wiem, dlaczego robię to, co robię, tak jakbym się wybudzała ze śpiączki, ale coraz bardziej lubię to zagubienie, tę absurdalność, tę nowość starego świata, jego dotkliwość i jaskrawość. Niesie ze sobą ona czasem perełeczki-niespodzianeczki, takie jak to śpiewanie z chórem dziecięcym, którego nie planowałam w ogóle, które mi się nawet nie wyobraziło kiedy wstawałam rano jako część planu dnia. Ten mezzosopran, co się ze mnie wydobył. Moje dni mnie zaskakują. Jak film, który się wokół mnie wyświetla wymagając wzięcia udziału, jakiegoś zaangażowania, ale że nie udostępniono mi scenariusza, improwizuję. Mozolnie sobie przypominam sztukę spontanicznego współtworzenia rzeczywistości. Stare skrypty zawiodły. Nowych jeszcze nie ma.

      Narasta przeczucie, powoli się do czegoś szykuję,  coś we mnie wie, że nastąpi za moment niespodzianeczka-perełeczka. Stoję na wpół za drzwiami. Jestem przekonana, że dołączyć do chóru miał tylko pan wąsaty i jego świta, ja tu się zaplątałam, nieplanowana byłam, niezagospodarowana, nikt nie wie, kim jestem i jaką mam funkcję. Cieszę się tą nieoznaczonością. Zamieszanie, poszukiwania dyrektora, który chyba ma coś zaśpiewać, dyrygentka zdecydowanym głosem zarządza chaosem.

      - Zróbmy tak może, że pan Zbyszek pójdzie poszukać pana dyrektora, a my w tym czasie wymyślimy jaką kolendę dyrektor zaśpiewa. Co? Zrobimy tak?

      Wąsaty pan Zbyszek oddziela się od chóru i wyrusza w poszukiwaniu kierownika placówki. Widownia złożona z mokotowskiej klasy pracującej i średniej jak jeden mąż podchwytuje pomysł czyjejś mamy. Oj Maluśki, Maluśki. Nie znam słów. Ciekawe, czy zna pan dyrektor.

      Oj Maluśki, Maluśki. Parkiet za moimi plecami, na korytarzu skrzypi w rytm trzech par kroków. Zbliżają się. Pan Zbyszek wpada, za nim drobna blondynka w czarnej mini i na gustownych cienkich obcasach, w nierozłącznym tandemie z dyrektorem. Dyrektor staje przed chórem, zasłania mnie, kokietuje, wzbrania się, zauważa, przeprasza, przesuwa się, wyznacza gustowną blondynkę jako zastępstwo. Blondynka uzgadnia szybko i pewnie tonację z przerażonym ciężko młodym mężczyczną za fortepianem, a potem nagle śpiewa wybraną przez siebie kolendę, profesjonalnie, operowo, monumentalnie, śmiertelnie poważnie, co licuje z żyrandolami przykurzonymi i zaskoczoną widownią. Brawa rozsypują się nierównomiernie dźwiękiem po sali.

      - Ale może jednak pan dyrektor zaśpiewa? - nie ustępuje pan Zbyszek, w końcu po coś go fatygowano. Dyrektor uśmiecha się, kręci głową, że nie. - To może wszyscy zaśpiewajmy? Oj Maluśki?

      Dyrygentka pyta widownię, czy może ktoś chce dołączyć do chóru. Patrzę na publiczność karną, bierną z nadzieją, gdyby ktoś dołączył, nie byłabym już jedynym zaplątanym przypadkowym cywilem, ale nikt nie chce. Pozostaję surrealistycznym rodzynkiem, niską panią w zielonej bluzce z falbanami i zimowych butach z futerkiem, która zobaczyła w oknie mięsnego za rogiem plakat, że sąsiedzkie warsztaty, że inicjatywa lokalna, ale nie zauważyła, że odgórna, przez Ratusz i dom kultury zorganizowana, więc teraz zalicza z szeroko otwartymi oczami jakiś przedziwny powrót do przeszłości. Pan dyrektor i pan Zbyszek są produktem innej kultury, innego świata, który nadal wyspami istnieje. Najciekawsze było to, że plakat zapraszał ludność mokotowską do udziału, zachęcając do przyniesienia własnych materiałów bombkarskich, a teraz jedna z pań, które nie przedstawiły siebie ani swojej koncepcji, ale domyślam się, że są pomysłodawczyniami, irytuje się, że przecież przyniosła wstążki, że nie miało być łańcuchów, że bombek za dużo zrobionych, że spray złoty niewyeksploatowany, podejrzliwie patrzy na moją twórczość przy użyciu folii z domu przytarganej. Przypomina mi się szkoła podstawowa, zajęcia z plastyki, ale właściwie ze wszystkiego innego też. To frustrujące domyślanie się, jaką miała na nas koncepcję nauczycielka i czym ją tym razem zawiedliśmy. Byliśmy regularnym rozczarowaniem dla dorosłych, którzy to wszystko wyobrażali sobie inaczej. Obok plakatu reklamującego to wydarzenie wisiał w witrynie mięsnego drugi, podobny plakat, który zachęcał do oddolnych konsultacji z nowiutką, świeżutką organizacją sąsiedzką. Pomyliły mi się plakaty, byłam przekonana, że znajdę się wśród młodych ludzi, którzy warsztaty prowadzą już całkiem inaczej. Żywiołu ludzkiej twórczości nie hamują uprzednią koncepcją. Byłam na rozmaitych spotkaniach, gdzie uczestnik dostawał pełną dowolność i sygnał, że każdy jego wkład będzie ciekawy, cenny, pełnowartościowy. Nikt się nikim nie rozczarowywał. Te nowe warsztaty, demokratyczniejsze, z bardziej płaską hierarchią, bo prowadzący jest tylko ułatwiaczem, nic więcej nie wie i nie oznacza niż reszta biorących udział ludzi, te nowe warsztaty uczą mnie sprawczości, rozpuszczają moje skamieniałe wewnętrzne nawyki posłuszeństwa ślepego, bierności, poupychanej po kątach niewyrażanej frustracji i tego poczucia właśnie, tego starego, dobrze znanego poczucia, że jestem nikim, że scena należy tylko do dyrektorów i do ładnych młodych pań ze słowiczymi głosami, a reszta z nas może co najwyżej powtórować chóralnie. 

      Noszę taki balast niewyrażonej goryczy, żółci nieprzetrawionej, nawet nie wiedziałam. Pan dyrektor nadal nie śpiewa. My za to śpiewamy. Oj Maluśki, Maluśki, Maluśki. Kończą mi się słowa, więc wpatruję się w ładną starszą kobietę w pierwszym rzędzie, która zna przynajmniej pierwszą zwrotkę. Z niewielkim opóźnieniem, zgadując co dalej i czytając jej z ruchu ust, markuję trochę, a trochę śpiewam. Potem chór milknie. Drugą zwrotkę zna tylko jedna osoba. Szara kobieta ze świty pana Zbyszka, popielate włosy obcięte na miskę, workowata bluzka, wygodne korekcyjne obuwie i nadwaga, standardowy pakiet składający się na niewidzialnego społecznie człowieka po menopauzie, nagle tylko ją było słychać, mocno stojącą na nogach, schowaną w samym środku jasnych główek innych śpiewaków, nagle tylko jej głos, ani piękny, ani mocny, ale konkretny i kompetentny, ona znała tę kolendę i lubiła tę kolendę i śpiewała tę kolendę do oniemiałej, zmęczonej panem dyrektorem i panią z operową prezencją i panem Zbyszkiem z jego monopolizowaniem dyskusji w wianuszku zahukanych wielbicielek, sprowadzaniem wszystkiego do polityki, do oniemiałej mnie, której do gardła, do ust w podkowę wygiętych, do oczu podchodziło wzruszenie, perełeczka-niespodzianeczka stała tuż obok mnie i pokazywała, że oprócz władzy - oblężonej, obwarowanej przemocą, zabarykadowanej za zamkniętymi drzwiami zakurzonych pałacyków, oprócz władzy i urody - danej nierówno, niesprawiedliwie, zasłużenie albo nie, można by długo dyskutować, oprócz wladzy i urody jest jeszcze jeden rodzaj mocy, dostępny nam wszystkim.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 grudnia 2017 12:10
  • niedziela, 10 grudnia 2017
    • Wglądy Wonder Woman

      Wciągnąwszy na siebie koszulkę z symbolem Wonder Woman, a na nią szarą bluzę z tą samą komiksową nadkobietą, poszłam spalić trochę czekoladowego tortu na zajęciach Fat Burning w pobliskiej siłowni. Kiedy weszłam do sali, wszystkie dziewczyny miały przed sobą schodek-stepper, więc skoro już wykonałam wysiłek i doczołgałam się do fitness klubu, uznałam, że chyba jest zastępstwo i trudno, zostanę.

      Niedługo potem do sali wpadła energiczna dziewczyna, która poprowadziła zaawansowane zajęcia ze stepu z szybko zmieniającą się choreografią. Step-touch, Mambo, Knee-up, V-step, Chasse, Cha-Cha, podwójny kick, Pivot i Reverse. Po kwadransie kręciło mi się w głowie, zgubiłam rytm, zapomniałam kroków, przestałam słuchać prowadzącej, przestałam patrzeć na dziewczyny ćwiczące przede mną, które myliły się podobnie często jak ja. Omiotłam salę wzrokiem. Nie byłam jedyną osobą, która stanęła zrezygnowana w miejscu. Wśród kilkudziesięciu ćwiczących zapanował chaos. Dziewczyny, które jeszcze ćwiczyły, często robiły coś całkiem innego niż reszta, we własnych rytmach albo całkiem w drugą stronę niż grupa. Prowadzącej nie przeszkadzał opór kilkudziesięciu uczestniczek. Raz na jakiś czas tylko odwracała się i wołała: "Będzie dobrze? Łapiecie to?" Dwie koleżanki za moimi plecami uczciwie odkrzykiwały wtedy: "Nie!" Ale instruktorki nie wybijało ich "nie" z rytmu. Nie zatrzymując się na moment, pobłażliwie pouczała, że jeśli ktoś nie nadąża, może wrócić do prostszych kroków i robić choreografię z początku sesji. A co jeśli nawet to było za trudne? - pytałam teatralnym szeptem, zagłuszana przez muzykę, na przemian wściekła na nią i na siebie.

      Targało mną trochę na tej sesji, a na koniec i tak muszę podziękować wszystkim autorom tego piętrowego bałaganu - regularnej instruktorce zajęć Fat Burning, która nie konsultując się z menedżerem klubu w ostatniej chwili zamieniła się na terminy z koleżanką od Stepa, klubowi, który w tej sytuacji zgłupiał i nie poinformował o zmianie zajęć ani na swojej stronie internetowej ani nawet na kartce na drzwiach sali, no i oczywiście niezbitej z tropu dziewczynie od Stepa, która (Będzie dobrze? Łapiecie to?) przez 60 minut nie zauważyła, nie odczytała zdezorganizowanej, zdezorientowanej, zdemotywowanej grupy. I tak muszę im podziękować. Poszłam potem porozmawiać z recepcją, dowiedzieć się co się stało, nawet nie na skargę i nie z pretensją, tylko z prośbą o lepszą komunikację, bo od lat nie ćwiczyłam stepa, nie pamiętałam nawet podstawowych kroków i nie dostałam szansy podjąć decyzji, że może pójdę na inne zajęcia, wcześniej, później, zamiast.

      Puenta jest inna. Kiedy walczyłam na sali z chaosem, wśród ogłupiałych innych dziewczyn, z nieprzytomną instruktorką, głośną muzyką i własną słabością, przetaczały się przeze mnie arcyciekawe zjawiska. Jak w soczewce zobaczyłam dużo większe wzorce moich reakcji na pewien typ sytuacji. Zrozumiałam cudze reakcje na nowo. To duży bonus takich nieudanych zajęć. Step-touch, Mambo, Knee-up, V-step, Chasse, Cha-Cha, podwójny kick, Pivot i Reverse. Moja pierwsza reakcja kiedy się pogubiłam to furia na samą siebie. Znowu nie nadążam. Znowu nie umiem. Gubię się, nie daję rady. Ofiara. Moja druga, prawie natychmiastowa reakcja to złość na prowadzącą. Jej "Będzie dobrze? Łapiecie?" wywołało w różnych osobach różne zachowania. Niektórzy jasno sygnalizowali, że nie. Ja też próbowałam, ale szybko zrezygnowałam kiedy zauważyłam, że instruktorka zanim nawet zareagujemy odwraca się i pędzi dalej nic nie modyfikując. Potem zaczęłam telepać się między biernym oporem a bezradnością. Robiłam miny. Klęłam. Razem z koleżankami zza pleców wołałam "nie!". Demonstracyjnie schodziłam ze step-schodka i stałam jak kołek. Znów zalewało mnie poczucie porażki i bezsensu. A potem gniew, że nie mogę się nawet dobrze bawić, że nie jest mi dane poczuć się kompetentnie, że robię z siebie publicznie idiotkę. A potem znów próbowałam, mimo wszystko, złapać skrawki, strzępy choreografii, znów próbowałam i fragmentami składałam te puzzle w większe całości, uczyłam się, uczyłam się szybko.

      Gardło ścisnął mi wgląd. Że tak żyję w ogóle. Że nawet jeśli mogłabym mieć uzasadnioną pretensję do dorosłych, którzy przez całą moją edukację dziecięcą przypominali tę rozpędzoną, nieświadomą moich potrzeb instruktorkę, obcy i obojętni, głusi na coraz cichsze protesty i piski moje i moich milknących, oporujących rówieśników, a całe połacie, całe wielkie przestrzenie mojego życia wypełniał chaos, nad którym przestałam panować, to jednak ja, to ja zrezygnowałam z uczenia się, poniesiona przez furię - złość to na siebie, to na świat - poczucie niekompetencji, przegranej, beznadziei. Gardło ścisnął mi wgląd, wgląd, że to złudzenie. Że dopóki nie zrezygnuję, mam szansę nauczyć się więcej, nabrać wprawy, naumieć. Że nie da się całe życie być Wonder Woman. Bo między przyziemnym, przychodnikowym, codziennym byciem a triumfami nadkobiety rozciąga się ogromna liczba momentów takich, jak te fatalne zajęcia ze Stepa, nabrzmiałych potencjałem, tylko pozornie straconych.

      A drugi wgląd mi równocześnie wycisnął pojedyńczą łzę. Step-touch, Mambo, Knee-up, V-step, Chasse, Cha-Cha, podwójny kick, Pivot i Reverse. Przecież ja też uczyłam rozmaitych ludzi rozmaitych rzeczy, byłam lektorką, trenerką, mentorką, coachem, doradcą, byłam żoną i córką i ciotką i siostrą i we wszystkich tych relacjach ludzie stawiali wściekły opór - jak ja na zajęciach ze Stepa dogadująca teatralnie prowadzącej, jak te dziewczyny zza moich pleców ze swoim demonstracyjnym, sarkastycznym "nie", jak dziewczyna obok, która przewracała oczami, jak tamta dziewczyna pod ścianą, która podśmiewała się z instruktorki z koleżanką, jak pół sali sabotującej, paraliżującej zajęcia, które stanęło w pewnym momencie i przestało ćwiczyć w ogóle, jak kilka osób, które dotarły do recepcji przede mną żeby złożyć reklamacje, jak grupa dziewczyn głośno komentująca zajęcia w szatni. Ten opór, ta złość, te zażalenia i śmiechy i sarkazm - rzeczy, których się przez pół życia bałam - wychodzą z tego samego miejsca, które poczułam dziś w sobie - miejsca słabości, dezorientacji, poczucia porażki, rozczarowania, nie bycia zobaczoną.

      A trzeci wgląd był jak elektrowstrząs, który boli i leczy. Nigdy nie odzyskam życia zmarnowanego na bierność, na rezygnację, na przepełnione złością na siebie i świat poczucie porażki. Ale właśnie odzyskałam świadomość, że nadal żyję i nadal się uczę. Że na koniec reakcja na chaos (Czyja to była wina? Moja? Regularnej instruktorki, która nie przyszła? Dziewczyny, która pojawiła się pełna entuzjazmu na zajęciach żeby nas zarazić stepem? Klubu? Tej koleżanki, która walczyła z choreografią przede mną i której za cholerę nie mogłam naśladować, bo myliła się raz po raz? Mamusi? Tatusia? Polskiej szkoły?), że na koniec reakcja na chaos to mój wybór i mogę, już mogę, wybrać rozwój i wzrost, bo do tego zostałam powołana do życia na naszym łez padole.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Wglądy Wonder Woman”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 grudnia 2017 14:13

Kalendarz

Styczeń 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl