Kucharka Zen

Wpisy

  • niedziela, 24 września 2017
    • Minibus

      Siedzę w dusznym, przepełnionym po brzegi busie międzymiastowym. Bilet mam w smsie, kierowca podejrzliwie pyta, czy zapłaciłam za niego złotówkę, ja się dziwię, bo przecież 29 złotych. Pokazuje mi jakieś skróty i znaki na ekranie telefonu, współczesna technologiczna mistyka myślę, mówię, że to może jakiś podatek albo zniżka. Wpuszcza mnie wreszcie. Są dwa wolne miejsca, siadam obok mężczyzny, który zajął półtora fotela. Dopiero po chwili wiercenia się przesuwa biodra i zwalnia mi trochę przestrzeni. Dziękuję mu. Wydaje się zaskoczony.

      Teraz jedziemy przez mżawkę, mijamy wiadukty, szyby stopniowo zachodzą mgłą od naszych oddechów. Kierowca zapełnił autobus do granic wydolności, grupa młodych kobiet stoi od ponad godziny w korytarzyku między nami, szczęściarzami z rezerwacją, nie ma się czego trzymać, więc moje ramię i czyjaś pupa spotykają się niezręcznie. Nad przednią szybą przyświeca tej półlegalnej podróży na wschód obrazek melancholijnej Matki Boskiej. Nauczono mnie, że być kobietą to zawsze i dla wszystkich nieodmiennie los, który się dzielnie przetrzymuje. Nauczono mnie więc, jak Matka Boska cierpliwa, jak Madonna niezłomna, wytrzymywać. Być ponad to. Aż żyłka pierdząca pójdzie. Tak jak te dzielne dziewczyny na korytarzyku. Bez słowa. Rozumiem teraz z trzema dekadami opóźnienia fenomen włoskiej gwiazdy pop o maryjnym pseudonimie. Postaci, która odmówiła zaciskania zębów i uskuteczniła całkowicie odwrotny życiorys. Mój były mąż miał w zwyczaju mówić, że jeśli jest ktokolwiek, z kim by mnie zdradził, to tylko Madonna.

      Nad nami wylatują na południe dwa niesymetryczne klucze czarnych ptaków. Nagle przypomina mi się. Przypomina mi się coś, co kiedyś wiedziałam doskonale, ale postanowiłam zapomnieć, cholera wie dlaczego, może wygodniej tak. Może bezpieczniej. Że życie nie toczy się w telewizji ani nie kryje w korporacyjnej prezentacji, próżno go szukać w radiu i w instytucjach publicznych, nie płynie naprawdę w poradnikach psychologicznych ani na fejsbuku ani też na kongresach, gdzie grupy prawie identycznych mężczyzn w średnim wieku coś recytują, a potem inne grupy recytują coś bardzo podobnego, wariację na temat. Widziałam parę dni temu swojego prezesa po dwóch dniach podobnej konferencji, słuchania, debatowania, bratania się. Wyglądał jakby mu wydłubano ze środka duszę. Szarpnął za drzwi naszej taksówki, bo próbowałyśmy łapać ten sam pociąg. Otworzył, spanikował, że to nie pusta taksówka, spróbował zamknąć, a my zawołałyśmy żeby jechał z nami. Kierowca opowiadał o kultowych krakowskich kiełbaskach sprzedawanych nocą z Nyski zaparkowanej pod halą targową. I o architekturze. Prezes na krótki moment wrócił do życia i nawet - zanim znów zapadł w stupor - ochoczo podzielił sie refleksją na temat życia we Wrocławiu, wśród mostów, w latach siedemdziesiątych. Kierowca uwielbiał Wrocław. Więc życie nie toczy się na wykładach ani w gazetach, tylko w takich busach jak ten, w którym właśnie siedzę. Poupychane między siedzenia. Dwie panie za mną obiecują sobie poczęstunek serem z czarnuszką, przekomarzają się kto kiedy ile zje. Facet obok mnie, w czarnej skórze i czapce z napisem Harley Davidson, studiuje prawo na swoim wielkim telefonie, a potem dzwoni do kolegi i bulwersuje się, że kolega nie oglądał w telewizji koncertu, który on widział wczoraj na żywo. Życie toczy się w zaułkach, pochowane po prywatnych mieszkaniach, powciskane w krótkie rozmowy na papierosku za winklem biurowca, budzi się w rozmowie z właścicielką małego lokalnego butiku z włoskimi ciuchami i z taksówkarzem. Oni są węzłami komunikacyjnymi współczesnego miasta, oni czują jego puls.

      Życie jest nieoficjalne. Wczoraj rano, kiedy jeszcze nie byłam pewna jak duży dywan wyszarpnie mi się nagle spod nóg i jak duże mi zostanie do sprzątania pobojowisko, wróciłam z bankomatu żeby zapłacić gotówką za długi, rozkosznie miękki beżowy sweter, który przetrwał dobę, dobę szoku i trudnych rozmów i chyba-rozstań i ulgi i wstydu i spokoju i smutku, a potem się kuźwa rozpruł. Gadatliwa dziewczyna, która mi go doradziła całą sobą zapraszała do rozmowy.

      - Do zobaczenia, mam nadzieję. Pani chyba u nas pierwszy raz?

      Kiwnęłam głową.

      - No to proszę wpadać. Jak mnie nie będzie, to będzie moja mama, bo razem prowadzimy ten sklep. Od niedawna, parę miesięcy temu otwierałyśmy.

      - No tak, przecież wcześniej tu był butik z bielizną.

      Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam wychodzić, ale coś mnie jeszcze intrygowało.

      - A da się z mamą prowadzić biznes? Bo ja się czasem zastanawiam - czy z moją mamą albo siostrą chciałabym założyć firmę.

      Rozpromieniła się.

      - Oj da! Moja mama jest świetna! Wie pani, że to ona sama wybierała większość tych ubrań?

      - No to ma niezły gust.

      - Oj ma. A wie pani, że ona przedtem była psychiatrą? I odeszła z zawodu, już nie mogła tego wszystkiego wytrzymać.

      - No tak, bo to przecież ciężki zawód, intensywny, z ludźmi trudno bywa. Może się po prostu nie da tak pracować całe życie?

      - Ja pani powiem, że ona już miała dosyć. Na sam koniec mówiła, że ludzie sami sobie tworzą problemy, sami sobie fundują dramaty, a potem się dziwią, że są nieszczęśliwi.

      - Coś w tym jest.

      - Te wszystkie dziewczyny: poznają faceta na dyskotece, nic o nim nie wiedzą oprócz tego, że ma ładne oczy... Ładne oczy!

      - Albo że dobrze tańczy?

      - Albo tak. A potem szybko ślub, szybko mieszkamy razem i nagle się dziwią, że on bije.

      - No tak.

      Ja się czasem boję, że jestem magnesem na rozpacz, że ją bezbłędnie rozpoznaję w ludziach, że mnie do niej ciągnie, że kusi, że coś w mojej twarzy zachęca żeby wyszła na zewnątrz, swoja i własna, żeby się wylała, cała rozpacz świata. Jak Madonna noszę ją na barkach.

      - A alkoholicy? Wie pani jak ich trzeba pilnować? Mama pracowała na Sobieskiego...

      - Ojej, no to hardkor...

      - No, i oni ciągle uciekali. Do monopolowego za rogiem. A jacy sprytni? Wie pani, że trzeba było rozkręcać nogi u stołów, bo oni tam sobie małpeczki wódki chowali?

      Zaczynam się śmiać, bo to przecież bardzo pomysłowe, ale mi trochę głupio, bo to przecież smutne.

      - Ale to dobrzy ludzie, wie pani? Pijacy to dobrzy ludzie.

      - Wiem, - mówię. - Miałam męża pijaka i on był najlepszym człowiekiem jakiego znałam, ciepłym, wrażliwym i tak mniej więcej do północy, do pierwszej nad ranem był świetny, a potem poziom alkoholu przekraczał pewien poziom i już nie był.

      - Mój ojciec był alkoholikiem, wie pani?

      Oczywiście. Coś we mnie wiedziało.

      - Kochany człowiek. Mama go któregoś dnia wyrzuciła z domu, rozwiodła się z nim. Trzeba odciąć wszystko. Wszystko. Zostawić samego żeby dotknął dna. On już dwadzieścia pięć lat jest czysty. Ułożył sobie życie, pracuje. I ze mną odbudował bardzo pięknie relację. Odzyskałam tatę.

      Zaczynam płakać tam w tym butiku, ale ona rozumie, ta dziewczyna rozumie, bo tam u niej jest prawdziwe życie. A teraz siedzę między cudzymi ramionami, nadgarstkami i pośladkami, busik trzęsie na podziurawionej jezdni, szyby zachodzą białą parą. Boli mnie podbrzusze. Tam jest wstyd i skrzętnie ukrywana seria wydarzeń, które nie są mną, są po prostu spotkaniami i nieporozumieniami i rozstaniami, są roziskrzonymi rozpoznaniem, wyślizgującą się z rąk chwilą bliskości, są dusznością, kiedy się kogoś próbuje za wszelką cenę trzymać niedaleko. Są ogłupiającą, paraliżującą nudą kiedy ktoś usiłuje udawać, że jestem czymś innym niż jestem, czymś bliższym jego półświadomym marzeniom. Nauczono mnie (kto? Babcia? Mama? Koleżanki z liceum? Kolorowe czasopisma? Madonna?), nauczono mnie skrzętnie ukrywać, tak jakby to stanowiło moją tożsamość, jakby o mnie świadczyło, nauczono mnie wstydzić się śmiertelnie odrzuceń i rozejść, zdrad, porzuceń i rozczarowań. Każdy gwałt na mojej duszy był jakoby moją winą. Jakoś o mnie świadczył. Każde oskarżenie miało moc sprawczą. Słowo stawało się ciałem, stawało się mną. Nauczono mnie patrzeć na bolesne wydarzenia jak na brudną, brzydką, śmierdzącą prawdę o mnie samej. Więc nie ujawniałam jeśli nie było koniecznie trzeba męża, który uciekał w alkohol. Czy ode mnie? Nie, pił i przedtem i potem. Nic nie zmieniłam. Odcięłam wszystko, a on nie dotknął dna i się od nie odbił. Ale to przecież ja, Matka Teresa, nic nie zmieniwszy zawiodłam w swojej uświęconej leczniczej roli, nie uratowałam kolejnego straumatyzowanego mężczyzny przed samym sobą, nie sprawiłam, że jego nieczułe miejsca poczują, że jego okrutnie zranione miejsca przestaną zadawać okrucieństwo.

      Lista osobistych porażek. Kogoś nie zatrzymałam. Kogoś nie uratowałam. Kogoś nie udało mi się pokochać. Ktoś nie chciał pójść na drugą randkę, ktoś inny przyznać, że mnie potrzebuje, ktoś inny jeszcze potrzebował, ale niezdrowo. Ktoś nie oddzwonił. Ktoś nie mógł przestać zostawiać wierszy pod moimi drzwiami. Ktoś nie powstrzymał się przed słowami, które bardzo ranią. Ktoś przerzucił na mnie winę. Ktoś inny odpowiedzialność. Ktoś inny znowu przestał się interesować, sprawił że się poczułam ćwiartką siebie. Więc nie jestem tym, co mi się zdarzyło, nie jestem kolekcją fiask upchniętych tak ciasno we wstydliwej duchowej ciemności, że już wrzeszczą, że nie dają o sobie zapomnieć. To jest prawda. Prawda o mnie, ale i o drugim człowieku i o świecie. Życie jest gdzieś pomiędzy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Minibus”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 września 2017 09:57
  • wtorek, 19 września 2017
    • Biegnąca z wilkami

      Kraków zapamiętam na długo. Najpierw byłyśmy na Kazimierzu rozbłyśniętym niezobowiązująco nocną mżawką i lampionami nadknajpianymi. Pustawym. Wybrałyśmy lokal zadymiony atmosferycznie, gin z tonikiem i bloody mary z dużą ilością tabasco. Wzięłyśmy miskę orzeszków ziemnych. Przez drzwi raz po raz wsypywała się i wysypywała zwarta grupa katatonicznych prawie z ubzdryngolenia Szkotów bełkoczących chwiejnie, chwiejących się bełkotliwie. Dzikusy. Było w nich coś znajomego, zrozumiałego, budzącego czułość. Moja terapeutka sugeruje żebym przeczytała znowu Biegnącą z Wilkami. Jeszcze doba i znów deszczowy Kazimierz przyniesie przebłysk zrozumienia, ale o tym za chwilę. Z niewyspania, nienajedzenia, z przepracowania i podróży pociągiem drugi słodko-gorzki Gordon's z Kinleyem sprawia, że sama się gubię w swoich dygresjach. Wpływam i wypływam z własnego toku myślowego, nagle się z niego wynurzając, zdziwiona dokąd mnie zawiódł, a koleżanka trochę się podśmiewa, że przecież nie całkiem o to pytała.


      Myślałam, że może w knajpie ktoś nas spróbuje poderwać, ale nie. Ludzie zanurzeni są w swoich światach hermetycznych i nie wyściubiają z nich nawet nosa. Dopiero dzisiaj jakiś zamiejscowy profesor filozofii podchodzi do naszego stoiska w wielkiej hali wystawienniczej, zadaje parę pytań, wysłuchuje odpowiedzi, bierze broszury, ulotki i wreszcie prosi o moją wizytówkę.


      - Ja wiem, że każdy z tych projektów ma osobę kontaktową, - mówi - ale kiedy patrzę na pani buzię, to sobie myślę, że to z panią chcę jeszcze rozmawiać.


      Myślę, że mu się moja buzia zlała z rozmaitymi innymi rzeczami, a z życzliwości poprzestanę na wersji, że zlała mu się z moim ostrym jak żyleta intelektem i z pomocną, empatyczną osobowością. Koleżanka twierdzi, że profesor był przystojny. Ja nagle odkrywam, że dla mnie nie, że w tym ludzkim gąszczu nikt mi się przesadnie nie podoba, że jednak lubię młodych, ciepłych, głuptakowatych, czarujących dzikusów myślących na oślep i czarno-biało całym swoim słowiańskim sercem. Przynajmniej sprawiają, że coś czuję. Godzinę wcześniej obezwładniająco beznamiętny głos z megafonu oznajmił alarm pożarowy i kazał nam spokojnie opuścić budynek. Spacerem przeszłyśmy przez obrotowe drzwi (fatalne żeby opróżnić duży budynek z trzech tysięcy delegatów na raz), skręciłyśmy za róg i wpadłyśmy na boczne wyjście, przez które akurat ewakuowano ministra szkolnictwa i jego świtę złożoną głównie z wysokich młodych kobiet na chwiejnych obcasach. Minister-wicepremier zachował w tym całym procesie godność i nieskazitelną fryzurę.


      Dzisiaj nagle się nie wstydzę, że jestem dziewczyną, że kocham, że pożądam, że świat mnie rusza, a koleżanka budzi niecierpliwą czułość starszej wilczycy. Nagle widzę, jakie pokłady wstydu musiałam w sobie nosić dotąd. Staje mi przed oczami babcia, która na widok mężczyzny gwałtownie wracała do życia, wypinała pierś do przodu, włączała promienny uśmiech i błysk w oku i nagle degradowała nas, mnie i siostrę, do funkcji posługaczek. No co się tak gapisz, zrób panu herbatę! Zapytaj czy zje ciasto! Fizycznie zrzucam z siebie tkany wstydem głębokim, poniżeniem i odrzuceniem szkielet sztuczny z cudzych wstydliwych, brudnawych, niewypowiadalnych fantazji na mój temat, którymi jakże karnie próbowałam żyć. To już nie jest opowieść podręcznej. Nie obowiązuje mnie już ten gorset.


      Ach, Kraków. Na dziedzińcu japońskiego muzeum prawie wybiłam sobie zęby ślizgając się w kałuży. Wewnątrz wystawa zdjęć wrażliwego fotografa-dokumentalisty przeniosła mnie w czarno-biały bezczas lat pięćdziesiątych. Zaciekawiło mnie dlaczego przeplata bezlitosne sceny ubóstwa ze zrujnowanej powojennej Nysy kolażem bezimiennych, pozbawionych twarzy damskich pup. Zaczynam się domyślać, że młoda pupa musi być rodzajem domyślnej nagrody za znój i nieprzerwaną brutalność męskiego życia. A na półce sklepu muzealnego znalazłam książkę mojej terapeutki na temat rzadki i niszowy. Znak? Ach i zgubiłam się rozkosznie wśród starych wąskich nisko zabudowanych uliczek nad Wisłą. Ach i wieczorem nagle zdałam sobie sprawę, że z okna hotelu patrzę na wiadukt i cmentarz i znam je, wiadukt kolejowy pokryty graffiti, a za nim wtulony we wzgórze i w wierzby park pełen strzelistych grobów, bo piętnaście lat temu z amerykańskim przyjacielem próbowaliśmy tam wejść. Cmentarz żydowski był wtedy zamknięty, kręciliśmy się tam i z powrotem, szukaliśmy choćby furtki, ale nie szło się nawet włamać przez wysokie mury (a już raz z innym przyjacielem wspinaliśmy się w nocy na cmentarz, więc byłabym recydywistką, kusiła mnie recydywa). Więc nagle rozumiem, że to tamten, ten sam, i wreszcie go widzę, nie wtedy, nie tak jak sobie wymarzyłam, ale jednak. Japońskie muzeum to też niegdysiejsze nieudane marzenie, które nagle, inaczej, kiedy indziej się wypełnia. Moja ukochana, czczona i psio naśladowana wychowawczyni z liceum chciała nas tam zaprowadzić, ale czasu starczyło tylko na Wawel. Ponad dwadzieścia lat temu, aż trudno uwierzyć, to wszystko utonęło przysypane pokładami nieistotnych głupot. Spełniam stare, archaiczne jakby, dawno zapomniane fantazje do ostatniej chwili nie wiedząc, że to robię. Jak na rauszu po ginie z tonikiem nagle wynurzam się z amnezji i nagle rozumiem. Idę w mżawce bulwarem nadwiślańskim, po rzece płynie ponton motorowy, a w nim wrzeszczy do siebie dwóch mężczyzn. Nagle orientują się obaj, że na nich patrzę i patrzą na mnie, a ja wracam w tym absurdalnym, niepokojącym momencie porozumienia do siebie. Biegnącej z wilkami. Nigdy nie było się czego wstydzić. Szczególnie nie tego, że jestem do cholery kobietą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 września 2017 23:14
  • piątek, 15 września 2017
    • Piszę piszę

      Czasami boję się pisać, tak bardzo bezpiecznie czuję się wśród liter, tak kołysze mnie w spokój stukanie delikatne w klawisze. Zdradliwie prawie, a co jeśli stracę czujność i zapamiętam się, co jeśli nagle od reszty życia zacznę wymagać tej samej błogości, która mnie otula pośród słów cudzych i własnych, w narracjach, w fantazjach, w wewnętrznych wszechświatach? Pamiętam, miałam kiedyś maszynę do pisania, pisało się wtedy gniewem, bo męska maszyna nieoliwiona wymagała siły, litery nie poddawały się bez walki, a ja miałam siłę tylko w gniewie, jak trzcina, miękka, poddańczo podatna na naciski, tnę kiedy się mnie próbuje wykorzenić. Pamiętam tamtą maszynę niechętną, tamto mozolne wymuszanie na niej wyrazów i zdań. Teraz klawiatury się głaszcze, teraz można pisać w niemocy porannej i zwiotczeniu wieczornym. Teraz można galopować wyćwiczonymi palcami po QWERTY, z radością wirtuoza, kiedyś kiedyś nie. Pamiętam. Kiedyś wszystko było trudniejsze.

      Piszę piszę, nie nadążam, tak piszę, piszę kiedy mogę i nie mogę, kiedy wiem i nie wiem. Pisałam zanim moi rówieśnicy dowiedzieli się, że istnieje abecadło. Czytałam zanim moi rówieśnicy zainteresowali się nawet istnieniem książek. Moim pierwszym przyjacielem był D'Artagnan. Piszę piszę. Piszę z respektem, z poczuciem, że porywam się na coś półboskiego, na moje dziewczęce dzieciństwo z zatęchłych pożółkłych kartek patrzyli krytycznie dziewiętnastowieczni brodacze. Jak starotestamentowy Ojciec, wydawali się niedostępni. Więcej. Nigdy nieosiągalni. Więc piszę piszę, jakbym wkraczała na terytorium należące do siwowłosych patriarchów, piszę piszę, w poczuciu transgresji, nieodpowiednie to dla mnie zajęcie, a moje wstydliwe tekstowe produkcje odczuwam jak wtargnięcie do gmachu którego niegodnam. Tam Platon i Dostojewski, tam Hemingway, tam Dickens i Zola. Żaden z nich nie aprobowałby. Żaden nie kiwnąłby zachęcająco głową, żaden nie klepnąłby po ramionku. Piszę piszę, o dziewczyńskim życiu, wypełnionym strzępami cudzych emocji i skrzepami cudzych nieszczęść, które współnoszę, wypełnionym supermarketowym siatkarstwem i chroniczną, dławiącą bezradnością, bo za zamkniętymi drzwiami ktoś inny coś umawia z kimś innym, a potem ja ponoszę konsekwencje. Więc ciężar pisania jak grzech starotestamentowy, bezwstydnie piszę swoje gorycze i swoje nudy, swoje rozczarowania i swoje nostalgie, a nie powinnam przecież, nie wolno mi, ot dziwactwo dziewczynki, która nie chciała się nigdy do końca pogodzić z ograniczeniami swojej płci. Nieszkodliwe szufladowe bzdurki. Boję się źle postawić wyraz, boję się wmusić moją ukochaną rzeczywistość w nieadekwatne zdania. Jakbym miała grafomanią zdradzić ludzi zobaczonych, zasłyszane dialogi, przetaczające się przeze mnie fale emocji. Życie samo w sobie. Tych braci na schodach do metra, jeden duży drugi mały, jeden niósł w futerale na plecach gitarę, drugi niósł na plecach gitarę. Duży dużą, mały małą. Dobrze? Prawdziwie? Właściwie? Czy razem ze mną odwracacie się aż boi szyja, czy patrzycie za nimi wyczuwając młodszego brata zagapienie się w starszego? Czy te zbitki liter cokolwiek w was kiedykolwiek poruszają, czy wzniecają rozpoznanie, czy zastanawiają, czy gniewają? Boję się, że jeśli tę jedną rzecz, której nie potrafię porzucić, której nigdy nikomu nie poświęciłam, zepsuję nieumiejętnością albo niedbałością, i ona, i ona, tak jak wszystko, jak wszyscy, przestanie odwzajemniać moje psie uwielbienie.

      Piszę, piszę, fizjologiczne, bezwarunkowo, a pisząc kocham, kochając piszę, jestem pisaniem, pisanie jest mną. Jedna krzywa kreska, jedna zapomniana kropka i świat być może się ode mnie odwróci. Bóg się odwróci. Myślałam, że piszę dla innych ludzi, dla nawiązania dialogu, ale i bez dialogu piszę, i w milczenie i w ciszę piszę. Piszę, bo żyję, żyję bo piszę.

      Widziałam tancerzy, którzy cali są tańcem i niczym innym już nie potrafią, tancerzy, którzy oddychają, jedzą, piją, mówią, śpią tańcem, rozpaczliwie prawie. Ale widziałam też tancerzy radosnych, czułych, rozwibrowanych ekstatycznie. Którzy być może mogliby nie tańczyć, ale dlaczegoż przestawać, skoro to takie dobre i piękne i proste i sensowne?

      Widziałam widziałam. 

      Oglądam czasem programy, w których iskra boża pięknym ludziom pozwala śpiewać. Ja wiem, że tam jest konkurencja, że sędziowie oceniają, że stawką jest wyniesienie ponad szarą masę nas, przeciętniaków, w coś innego, w jakieś podniecające niewiadome lepsze coś. Nie wiem, czy bardziej chcę po takich programach płakać czy biec do świata i go potrząsnąć, sama śpiewać czy zniszczyć coś, zniszczyć. Bóg iskry porozdawał nierówno, może mi się wydaje, że spłynie na mnie trochę tamtej telewizyjnej transcendencji, trochę euforii, która unosi, wynosi, amnezji poddaje. 

      Piszę piszę.

      Zawsze jest niebezpieczeństwo, że to tylko moje modły do wewnętrznego absolutu, do pamięci o czymś bardzo dawnym. Zawsze jest niebezpieczeństwo, że przeciętność to dożywotnia przypadłość, że się nie można rozwinąć ponad pewien poziom, że się utknie i zostanie. Ale pamiętam. Pamiętam. Kiedyś frunęłam. Kiedyś kochałam. Kiedyś byłam wielka, umiałam znieść samą siebie, swoje pożądania i rozpacze, zawiści destrukcyjne i chcenia niepohamowane. Kiedyś byłam odważna. Kiedyś kiedyś.

      Piszę piszę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Piszę piszę”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 15 września 2017 21:14
  • niedziela, 10 września 2017
    • Izba przyjęć. Druga rano.

      "Może pan się zaopatrzyć w wodę, kanapki, z sześć godzin się zejdzie". W niewielkim pomieszczeniu poczekalni stało około trzydziestu granatowych, niewygodnych krzeseł i nic więcej. Świetlówki przejaskrawiały nasze podkrążone oczy. Bebechy szpitala i wszyscy jego pracownicy chowali się skrzętnie za rzędem zatrzaśniętych drzwi, zza których odzywało się raz na jakiś czas upragnione "Ewa Kowalczyk" albo "Janusz Pietrzyński", zawsze omijając tych z nas, którzy czekali najdłużej. Trzy czterdziestokilkuletnie stewardessy strzeliste, smukłe, eleganckie w markowych czarnych ciuchach nawet w tym świetle prezentowały się doskonale. Przykładały sobie do nosów zamoczone wylanym drinkiem żurnale, sprawdzały czy nadal czuć na błyszczącym papierze alkohol i przyciszonymi głosami analizowały proces schodzenia z tego świata poprzez zatrucie czadem pod kątem jego relatywnych zalet. Poszkodowana powłóczyła nogami. Poszkodowana stewardessa kokieteryjnie wystawiała dyskretnie opalone ramię, z którego opadała bluzka i powłóczyła, szurała nogami. Próbowałam podsłuchać więcej, zgadnąć więcej, coś zdiagnozować. Najstarsza z nich ziewała szeroko i w sumie tyle. Poważna para inteligentów w stonowanych ubraniach czekała w wielogodzinnym milczeniu na informację o babci skierowanej na kardiologię. Siedzieli obok siebie wpatrując się w podłogę. Ich twarze nie zdradzały nic oprócz może wielkomiejskiej łagodności, dobrych manier mimo wszystko, wszędzie i zawsze. Wściekły człowiek z obciętym palcem wbiegał i wybiegał w przypadkowych momentach. Drugi, z obandażowanym i zakrwawionym kciukiem chodził nerwowo w tę i z powrotem. Przez kilka pierwszych godzin myślałam, że to jedna i ta sama osoba. Dwóch bardzo wesołych mężczyzn po alkoholu ("lepiej żartować niż chorować") zasiadło, rozgościło się, po czym zostało błyskawicznie wezwanych do środka, za tajemnicze lekarskie drzwi, za kulisy. A potem dwaj żatrownisie szybko, szybciej niż się pojawili, wyszli. Ratownik medyczny wwiózł kogoś, po czym wymaszerował z powrotem na zewnątrz i przysięgam, że kiedy przemierzał poczekalnię, miał zamknięte oczy, łapiąc cenne sekundy drzemki w ruchu, poruszając się być może dzięki echolokacji, bo przez ten krótki moment, zanim wrócił do ambulansu, jeszcze mógł. Odziana w pudrowy różowy sweterek nastolatka z opuchniętą kostką stukała dźwięcznymi tipsami w ekran telefonu ignorując również pudrowo różową, zafrasowaną matkę. Kiedy wreszcie ją zbadano, wyszła i od niechcenia opowiedziała, co lekarze stwierdzili, zapominając, myląc, mamrocząc i wzruszając ramionami. "Jakiś obrzęk, jakaś woda, coś tam z limfą," mówiła niechętnie. Matka łowiła łapczywie każde słowo tej diagnozy wyglądając jakby walczyła ze ścierającymi się instynktami zdzielenia i przytulenia tej swojej dziewuchy do piersi. W międzyczasie dwa razy wjechały puste nosze, raz pojawił się niczyj wózek inwalidzki, wtoczono też człowieka z obandażowaną głową, a później skuloną, delikatną, siwiutką starszą panią. Wrócił fotel inwalidzki, ale teraz siedziała w nim szara kobieta w szarym golfie z cienkim szarym końskim ogonem, zgarbiona żeby zmniejszyć ból gdzieś w brzuchu albo w klatce piersiowej. Toczyło ją trzech rozgadanych odblaskowych pomarańczowych mężczyzn ("jak tak dalej pójdzie sam tutaj wylądujesz"). Przed chwilą była awantura, ale nie wiem o co. "Może pan nas zaskarżyć jeśli pan chce," zawołał na cały głos pielęgniarz. Ułamek sekundy później nasz pacjent wyszedł ze zdiagnozowanym zapaleniem gardła, ale przedtem zdążył się zapodziać wśród krętych korytarzy i skomplikowanego labiryntu sal, schowków, wnęk i gabinetów. Pustych. Pogrążonych w półmroku. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 września 2017 10:37
  • środa, 06 września 2017
    • Na twardo

      No więc, po pierwsze, był ich cały koszyk. Prawdziwy, pleciony ręcznie, wiklinowy, wypełniony precyzyjnie ułożonym stosikiem nadal ciepłych jaj na twardo jeszcze w skorupkach. Niezależnie od tego, która z sióstr została tego dnia wyznaczona do jajecznego dyżuru, trzymała kosz mocno i delikatnie zarazem, jak kruche niemowlę w łamliwej kołysce. Podniecające było nagle dostać tak dużą odpowiedzialność. A z dużą odpowiedzialnością przychodzi ogromny niepokój. Moją głowę przepełniały wyraziste wizje tragicznych wypadków, jajka wysypujące się, spadające, odbijające się, rozbijające, roztańczone na ziemi, rozwirowane, zgniecione pod kopytami konia albo kołami wozu. Z trzaskiem, najpierw ostro i wyraźnie, potem miękko i rozplaskiem. To było najgorsze. Ten rozplask czegoś, co równie dobrze mogłoby być żywe.

      Jestem teraz dużo starsza. Pracuję jako ktoś na kształt urzędnika i kiedy zaczyna mnie roznosić, kiedy nie wytrzymuję już wypluwania z siebie PRowych tekstów zmielonych z wcześniej powstałych PRowych tekstów w moim szarym zimnym biurze, dysocjuję się, uciekam, moja głowa podróżuje wstecz w czasie, do tamtych wycieczek. I kiedy wspominam, kiedy smakuję te wspomnienia z całym tym rozbijaniem się, trzaskiem skorupek, piskiem nieoliwionych kół i rozplaskami białek na bitej drodze, tik-tak zawieszenia w czasie, obojętne tik-tak, nie tak jak dzisiaj kiedy pracuję i wszystko jest na jakąś godzinę, ciągle się z czymś ścigam, tik tak kopyt na jezdni, kiedy wspominam, nie potrafię rozkleić tych jajek na twardo od całej reszty wyprawy po jagody wozem drewnianym, który wiózł naszą piątkę do lasu i z powrotem. Jak wszystkie ukochane rytuały, tak i ten stapia się w gestalt, w zbitkę, w amalgamat, i nie ma sensu go rozbierać na części składowe. Dzieciństwo nie ma składowych części do analizowania. To czysta synestezja.

      No więc na ogół działało to tak, że nasza babcia zrobiła całą masę niewidzialnej kobiecej roboty bardzo wcześnie rano. I kiedy już zeszłyśmy z góry do kuchni, o nieludzkiej godzinie szóstej, całkiem ubrane i gotowe do drogi, kuchnia była wysprzątana, jedzenie ugotowane, przygotowane, spakowane, garnki umyte, gorące jajka ułożone w koszyku, szary pszenny chleb, który tak uwielbiałyśmy, chleb, który jadła cała Polska, pokrojony już w kromki, posmarowany masłem, złożony w eleganckie kanapki, owinięty białym woskowanym papierem śniadaniowym. Być może w środku krył się kawałek sera, kiełbasy albo boczku. Niedługo usłyszymy stukot wozu wuja na ulicy przed domem i będziemy się z siostrą ścigać do twardych drewnianych ławek niewygodnych, żałując, że jest już późny sierpień, żniwa skończone, a całe siano świata przewiezione do stodół, więc nie pojedziemy patrząc na świat z góry umoszczone w wygodnej, miękkiej, kłującej żółtej kopie.

      Jagodowy las leżał jakąś godzinę drogi, ale godziny mijały szybko w towarzystwie babci i wujenki, jej szwagierki, które kłóciły się zawzięcie, głośno, do pierwszej krwi, o wszystko. A jednak, jednak, jakimś cudem nie było w tych kłótniach agresji, nie było przemocy, tylko żywość emocji, od których wszystko wokół ożywało. Teatralność tych kłótni dostarczała nam rozrywki. Wujo, brat babci, który prowadził wóz, pozostawał milczący przez całą drogę. Stoicki, tak jak większość cichych, silnych mężczyzn jakich znałam. A raczej nie znałam, jeśli miałabym już być bezlitośnie uczciwa. Udało mi się przejść przez życie wśród elokwentnych, dominujących kobiet i ich wycofanych mężów, którzy na zawsze pozostali nieznajomi. Z tymi nieznajomymi dzieliłam rozmaite przygody, ale nigdy nie podzieliłam z nimi długich, głębokich, odsłaniających coś prawdziwego rozmów, dzięki którym zrozumiałabym być może cokolwiek z ich wewnętrznych żyć. Chyba że ich nie mieli. To najłatwiejsze robocze założenie o mężczyznach, z którym mogłabym żyć - że to egzotyczne, dziwne plemię - zabawne do obserwacji, niemożliwe do poznania i zrozumienia.

      Jagodowy las nie był ani głęboki ani mroczny, więc nie bałam się go. W tym lesie nie wyobrażałam sobie społeczności trolli, zbójników, gwałcicieli i terrorystów, którzy niechybnie zamieszkiwali starsze, bardziej niepokojące z okolicznych lasów. Światło słoneczne, przefiltrowane przez roztrzęsione listki migotało. Trawa i mech i krzewy jagodowe tworzyły rodzaj luksusowego zielonego kobierca przypominającego aksamit. Brodziłyśmy w nim z siostrą, a brodzenie stanowiło przyjemność nie mniejszą niż polowanie na najtłustsze, najsoczystsze, najokrąglejsze czarne owoce. Obie dostałyśmy po pustym litrowym słoiku do napełnienia. Powoli, stopniowo napełniałyśmy je. Uwielbiałam ten proces. Dodawanie po jednej małej kuleczce, wpadanie w trans, który towarzyszy prostym, powtarzalnym czynnościom i nagle ćwierć słoika była już pełna. Co okazywało się oczywistym osiągnięciem i wymagało zerknięcia w stronę siostry, młodszej, zwinniejszej, być może więc szybszej w tym konkretnym sporcie. Rywalizacja. Rywalizacja wydawała się wtedy tak zdrowa i naturalna i radosna. Nawet dla nas, dziewczynek, nie podejrzewających jeszcze, że niedługo zacznie się nas trenować w ugodowości. Pół słoika pełne. Piszczałyśmy z dumy. Babcia, pochylona nad swoim kawałkiem jagodowiska, patrzyła wtedy w naszą stronę i zarządzała przerwę na drugie śniadanie. 

      Jajka na twardo.

      Moja siostra uwielbiała babcine kury. Ganiała je po całym podwórku. Obserwowała ich interakcje. Zaprzyjaźniała się z nimi. Nadawała im imiona. Przytulała tak blisko, że zaczynałam się martwić. Bo może zmiażdży ich kruche, łamliwe kości. Chodziła za nimi jak lojalny kurczaczek. Próbowała nauczyć je latać i odkrywała, raz po raz, że nie potrafią. Któregoś słonecznego letniego dnia, być może kilka dni po jednym z naszych jagodowych pikników, kiedy piątka dorosłych uważnie obierała ze skorupek jaja gotowane na twardo i jadła je, kęs po suchym kęsie, popijając ciepławą, słodką herbatą z termosu. Ten zestaw - jaja i herbata - był też typowym posiłkiem na długie podróże pociągiem. Pamiętam, że kiedy ktoś w ośmioosobowym przedziale zainicjował jedzenie jaj, jaja wyjmowali też wszyscy inni pasażerowie, bo jaja lekko cuchnące siarką potrafiły zaśmierdzieć całą wspólną przestrzeń, więc jak śmierdzieć, to najlepiej kolektywnie. No więc może kilka dni po jednej z jagodowych wypraw, w okolicach końca lata, kiedy jabłka zaczynały pachnieć bardzo słodko, a liście gdzieniegdzie trzaskały pod butem, trawę palono wszędzie na polach, ten połączony zapach dymu, zgnilizny i dojrzałości na zawsze już dla mnie będzie oznaczać jesień, być może jednego z takich dni jedna z kur wypluła coś swoim kuperkiem, zgubiła coś, co wyglądało dziwnie i nie na miejscu. Kury babci były zdyscyplinowanymi stworzeniami. Niosły jajka w prywatności kurnika, w nocy, jakby w sekrecie. Mnie i siostrę wysyłano rano żeby je znaleźć i zebrać w słomie pod grzędą. Ale to, teraz, nagle spuszczone na ziemię w środku dnia, pośrodku podwórza, to teraz miało kształt jaja. Było miękkie, pozbawione skorupki, półprzezroczyste, przypominało zastygniętą galaretę, dymiło i miało kształt jaja. 

      To było jajo na miękko.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 06 września 2017 20:25
  • poniedziałek, 04 września 2017
    • Ość

      To historia-staruszka. I historia, która nie należy wyłącznie do mnie, jej główną bohaterką jest ktoś zupełnie inny, więc mogę co najwyżej opowiedzieć o niej z pozycji obserwatora. A pozycja obserwatora była siedząca, lekko zgarbiona, przekrzywiona na tapicerowanym krześle, przy dużym drewnianym stole jeszcze nie nakrytym do kolacji. Siedziałam czytając coś, a może udając, że czytam, bo starsza pani mówiła, mówiła, mówiła. Jej monolog mienił się wszystkimi emocjami, najwięcej tam było dumy, samotności i rozpaczy, ale ona wydawała się tego nie wiedzieć, to przecież były tylko ciekawostki z telewizji i z sąsiedztwa, kto zachorował, kto ma dziecko z księdzem, kto znalazł wreszcie miłość po wieloletnich porażkach. Schowałam nos w gazecie, jej mąż wpadł, jak to zwykle on w stupor. Niby był, ciałem, fizycznie, zwaliście, na swoim wytartym fotelu pod oknem, milczący i wpatrzony w przestrzeń. Ale nie było go. Nie uczestniczył. Córka starszej pani odpłynęła w smażenie wigilijnego karpia. Skwierczał na patelni kiedy rybne soki uderzyły gwałtownie w rozgrzany olej.

      Ta scena mogłaby trwać przez cały wieczór, ale w pewnej chwili córka starszej pani podeszła do stołu z talerzem pełnym złocistych, obtoczonych w mące kawałeczków mięsistej ryby. Usiadła i zaczęła je jeść, skupiona na każdym kęsie. Monolog nieprzerwany momentami zamieniał się w monotonne, rytmiczne wypluwanie słów, pozbawionych znaczenia, bo nie znałam tych ludzi, tych nazwisk, tych zależności i relacji, ale zabarwionych intensywnymi, zawsze kryzysowymi emocjami. Miałam wrażenie, od kiedy pamiętam, że tej starej kobiecie co chwila trzeba się było rzucać na ratunek. Nagliła, skarżyła się, błagała. Przez jakiś czas próbowałam. Ratować ją. Ale zawsze odganiała mnie jak natrętnego owada.

      - Ja zaraz wrócę. - powiedziała nagle znad ryby, cichuteńko, moja matka. - Pojadę tylko do szpitala i wrócę.

      Wiem dlaczego tak dyskretnie sama siebie wyprosiła z tej kuchni. Babcia zrobiłaby z ości utkniętej w jej gardle własną historię i znów zostałaby centrum uwagi. Dziadek milcząco, niekłopotliwie zszedłby na zawał. Więc usunęła się w stronę samochodu, a nam zajęło kilka sekund zrozumienie, co się właśnie zdarzyło. Babcia przygotowywała już lament, było to widać. Dziadek pobladł. Musiałam coś zrobić.

      - Pojadę z nią. - oświadczyłam. - Ktoś musi zostać przy telefonie. Biorę komórkę i będę dzwonić. Zadzwonię kiedy już dojedziemy na ostry dyżur. A potem kiedy się wszystko wyjaśni. Jeśli będziecie chcieli coś wiedzieć, dzwońcie do mnie, nie do niej.

      Za chwilę siedziałyśmy w zimnym samochodzie. Ja bez prawa jazdy. Tak ratowałam w kryzysie własną matkę. Ona, prewencyjnie nie mówiąc zupełnie nic, żeby ość nie przemieściła się przypadkiem głębiej w migdałek, wsiadła, zapięła pas, włożyła kluczyk w stacyjkę. Było biało. Jechałyśmy powoli, stabilnie. Milczałam. Nie mogłam jej próbować rozbawić, rozładować sytuacji, bo śmiech wydawał mi się ryzykowną czynnością.

      - Wiesz gdzie jest szpital? - zapytałam. - Czy wyguglować w telefonie?

      Wokół nas śnieg uspokajał i tak na ogół kojący krajobraz, tłumił dźwięki. W półmroku byłyśmy same na drodze. Między siódmą a ósmą. Na ostrym dyżurze będą się kłębić struci alkoholem mężczyźni, dla których nie było przedwigilijnej roboty, niepotrzebni mężczyźni. Laryngolog strajkuje, dowiemy się, bo lekarze mają zatarg z dyrekcją, a żaden inny lekarz nie będzie mógł bez prawnych konsekwencji nawet zajrzeć, a tym bardziej próbować usunąć matce z gardła ości karpiowej. Wyślą nas do miasta wojewódzkiego. Przejedziemy w milczeniu kolejne czterdzieści nocnych, otulonych białoniebieskim śniegiem równin. W ciemności czarne kikuty drzew będą wyciągać wyliniałe szpony to do nas, to do nieba, bezwietrzne powietrze nie poruszy ich dramatycznych sylwetek. Przez godzinę całkowitej ciszy zejdzie z nas obu napięcie i pojawi się coś mistycznego. Pogodzenie z absurdem. Pogodna obojętność.

      Przystojna pani laryngolog, samotna w przepastnych półmrokach szpitalnych korytarzy, rzuci okiem, wróci do gabinetu po pęsetę. W ułamek sekundy, wprawnym ruchem, uzdrowi mi matkę. W drodze powrotnej matka przemówi. A potem znów zamilkniemy. Pozwolimy uldze obmyć się od środka. Zadzwonimy do babci i dziadka. I znów zanurkujemy w nocnej śnieżnej przedświątecznej ciszy.

      Tak mi się przypomniało.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 września 2017 16:47
  • niedziela, 03 września 2017
    • Stanowisko pracy

      Śmialiśmy się tam, oczywiście. Siedzieliśmy stłoczeni na maleńkiej powierzchni, większymi i mniejszymi grupkami, czasem zamykaliśmy drzwi, ale ten pokoik nie miał wentylacji, więc nagrzewał się. Pracowały w nim zresztą trzy cudem tu pomieszczone komputery, więc potrafiło się zrobić duszno, sucho, jakby jakieś tajemnicze siły wsysały w ściany cały tlen zostawiając nam toksyczną próżnię. Ale przynajmniej dyrektorka nie otwierała drzwi swojego gabinetu i nie paradowała sugestywnie po korytarzu, tak jak to miała w zwyczaju robić kiedy jej zasób ludzki zachowywał się zbyt radośnie. Przemierzała więc te pięć metrów pokrytego wykładziną korytarza rzucając nam bezsilne, pogardliwe, znaczące spojrzenia. Po czym wracała do siebie. Więc często, prewencyjnie, zatrzaskiwaliśmy drzwi ryzykując omdlenie, chichotaliśmy do woli, a potem wynurzaliśmy się z tej szafy wnękowej (chciałaś swoje własne biuro?) purpurowi z przegrzania, słabi z niedotlenienia. Ale szczęśliwi. Pamiętam jeden dzień, nie zapowiadający się szczególnie, kiedy Alex, kolega, z którym chadzałem na wieczorne zajęcia Street Dance, a w przerwach obiadowych ćwiczyliśmy rozmaite proste choreografie - dzięki niemu zobaczyłam jak płynnie można łączyć w całość poszczególne kroki, zrozumiałam, że niektórzy ludzie są inteligentni ciałem tak, jak ja jestem inteligentna słowami - więc Alex wpadł do tej mojej klitki, odsunął mój fotel od komputera i włączył zmysłowy kawałek Kings of Leon, który po prostu ociekał seksem. Coś się nam pewnie przypomniało porzuconego na rzecz bezpiecznego zatrudnienia, ale jeszcze dostępnego w czeluściach pamięci. Wysłuchaliśmy tej narastającej jak zbliżający się orgazm piosenki kilkanaście razy, bo tak bardzo nie przystawała do zimna, do obojętności tego tanim kosztem, bez wyobraźni urządzonego, nijakiego biurowca w Mordorze. Jej zmysłowość była naszym nieszkodliwym aktem buntu w świecie, który - czego jeszcze nie wiedzieliśmy, ale już zaczynaliśmy podejrzewać, byliśmy młodzi i uroczo narcystyczni - wchłaniał i wypluwał ludzi takich jak my, młodych, zapalonych, głodnych uwagi i wpływu, gotowych do poświęceń i podatnych na sugestie. Bez zawahania. Czytałam wczoraj artykuł o badaniach naukowych, w ramach których grupy ochotników wykonywały rutynowe zadania biurowe w czterech różnych rodzajach przestrzeni roboczej. Badano wpływ architektury biurowej na wydajność i motywację pracownika. Pierwszy rodzaj biura to minimalistyczna, prawie fabryczna przestrzeń, odgórnie zaprojektowana, gdzie każde stanowisko pracy jest identyczne, ergonomiczne, a na biurkach i wokół nich nic nie przeszkadza się skupić. Drugi rodzaj to biuro również zaprojektowane przez architekta, ale z myślą o komforcie i przyjemności pracujących. Architekt wybrał więc w nim żywe kolory, postawił doniczkowe kwiaty, starannie dobrał obrazy na ścianę. W trzecim biurze każdy pracownik dostaje pozwolenie na zmodyfikowanie własnego stanowiska pracy tak, żeby mu było swojsko i wygodnie. Może siedzieć na krześle, na fotelu obrotowym albo na piłce do fizjoterapii. Może przynieść na biurko zdjęcia rodziny, a na ścianie powiesić swoje ulubione plakaty. W ostatnim, czwartym biurze panowały identyczne zasady - można było dostosować swoją przestrzeń do własnych potrzeb, ale po kilku tygodniach i tak wkraczał zatrudniony przez pracodawcę architekt i zmieniał to i owo, żeby "uspójnić wizualnie" całe biuro. Jak myślicie, w której przestrzeni zasób ludzki pracował o 30% wydajniej i przestał się uskarżać na psychosomatyczne objawy niechęci do własnej codziennej rzeczywistości?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 września 2017 11:19
  • piątek, 01 września 2017
    • W przedpokoju

      - Boże. Pani ma naprawdę niesamowitą pracę. - powiedziałam mojej psychoterapeutce kiedy kończyłyśmy ostatnią sesję. - Wchodzę. Zaczynamy to nasze tygodniowe pięćdziesiąt minut i nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Dzisiaj siedziałyśmy razem w przedpokoju mieszkania, w którym spędziłam dzieciństwo. Weszłyśmy w najstarszy sen, który pamiętam. Razem. Była pani ze mną w moim najstarszym śnie i w mojej przeszłości, a sen i przeszłość okazały się filtrem, przez który patrzę na teraźniejszość. Tak jakbyśmy właściwie przez ostatnie dwa lata nie rozmawiały o niczym innym. Jesteśmy w przedpokoju. Od dwóch lat.

      Przedpokój był ciemny. Jak to przedpokój. Nie posiadał własnych okien, więc kiedy wszystkie pięć par drzwi, którymi można było z niego wyjść zamknięto, sprawiał wrażenie izolatki. Trudno było uniknąć poczucia, że się zostało wtrąconym do lochu. W moim najstarszym śnie mam pewnie około trzech lat i siedzę w przedpokoju, bo nigdzie indziej nie ma dla mnie miejsca. To ma sens. Tak to wtedy wyglądało. Czy z rodzinnymi kompromisami tak zawsze jest, że w sumie nikt z nich nie wychodzi szczęśliwy? No bo moja matka mieszkała w kuchni. Mój ojciec wciśnięty był w kąt dużego pokoju. Rodzice spali na rozkładanej kanapie. Siostra dzieliła ze mną pokój i przez całe lata toczyłyśmy krwawe boje terytorialne. Nie dziwię się ani nie buntuję. Jakaś część mnie rozumie, że wszyscy koniec końców jesteśmy bezdomni. Za moimi plecami są drzwi frontowe do mieszkania, ale dopiero teraz, po trzydziestu kilku latach, psychoterapeutka uświadomi mi, że również te drzwi mogę otworzyć. Po mojej prawej stronie łazieneczka z lastryko na podłodze, zagracona do granic możliwości, nie mieści się w niej pralka, trzeba się przeciskać. Do łazienki będę się co wieczór zakradać (skrzyp, skrzyp, próbując nie hałasować nagimi stopami na stopniach drewnianej drabinki naszego piętrowego łóżka) żeby przy zgaszonym świetle podglądać po dzienniku Niewolnicę Isaurę i Dynastię. Nie wolno nam ich było oglądać.

      Obok drzwi do łazienki są drzwi do naszej sypialni. Też niewielkiej, z oknami na dymiącą Elektrociepłownię Siekierki i egzotyczne, tajemnicze ogródki działkowe, o których już wtedy krążyły miejskie legendy. Drzwi są zamknięte i trzyletnia ja musi wolą całego swojego małego duszociała powstrzymywać się przed wejściem. W dziecięcym pokoju śpi moja nowa siostra. Wiem już, mądrością ostatnich dwunastu miesięcy swojego jakże krótkiego życia, że niemowlaków nie karmi się paluszkami i nie poi sokiem porzeczkowym. Towarzyszą mi płaszcze. Kożuch babci. Wełniana jesionka ojca. Siostra pojawiła się w moim domu i w moim życiu w lutym 1979 roku, podczas zimy stulecia. Żeby dodać smaczku tej opowieści o przedpokoju, wtedy być może wyganiano mnie właśnie tam, bo w pozostałych pomieszczeniach nieszczelne okna bloku z wielkiej płyty przepuszczały śmiercionośne mrozy. Elektrociepłownia Siekierki przestała chwilowo dostarczać ciepła. Kaloryfery odmówiły posłuszeństwa. W kuchni wszystkie gazowe palniki płonęły wysokim płomieniem, a i piekarnik grzał tak, jak mógł. Gdyby sytuacja się pogorszyła, nie wątpię, że rodzice podpaliliby trochę drogocennych książek ojca-profesora i z nich zrobili palenisko, żebyśmy nie pozamarzali. Maleńka nowiuteńka dziewczynka, opatulona wełnianymi swetrami i ja, pewnie też czymś okutana, gnieździłyśmy się w przedsionku, bo był najprzytulniejszy, położony najbliżej wnętrza budynku, najmniej wystawiony na zimno. 

      Ale w moim najstarszym śnie jest już rok po zimie stulecia. Małe dziecko przeżyło nie tylko mrozy, ale i moje próby dokarmiania. Smacznie śpi w moim, MOIM, pokoju, który już przestał być tylko mój, schronienie, banicja kiedy coś przeskrobię, miejsce wielogodzinnego leżakowania w ciemności, kiedy mam już nie czytać i nie gadać, ale jeszcze nie mogę spać. Dziwna, wieloznaczna norka, w której szukam spokoju, a równocześnie, nie raz, próbuję zrozumieć dlaczego wszyscy są na mnie tak bardzo źli. 

      Trzecie drzwi wymontowano z framugi, więc została tylko otwarta rama, a jednak czuję respekt przed świątynną prywatnością tego miejsca jeszcze bardziej namacalny niż strach przed obudzeniem siostry. To królestwo mojej matki, jedyny kawałek podłogi, który należy do niej. Wąska, klitkowata, kiszkowata kuchnia, gdzie pracuje na swój trzeci etat i jest zmęczona. Zła. Samotna. Gdzie przeszkadzamy jej my ze swoją niekończącą się towarzyskością, z naszymi niewyczerpanymi potrzebami, z tym naszym zaabsorbowaniem sobą i instrumentalnym, jak to u dzieci, podejściu do instytucji matki Polki.

      Więc i te drzwi nie. A czwarte drzwi już całkiem odpadają, bo za przepierzeniem pracuje umysłowo ojciec, który potrzebuje do tego ciszy, a ja jestem antytezą ciszy, a na kanapie śpi tam babcia, wezwana do kryzysowej opieki nad którąś z nas. Chyba mną, bo ciągle wydaje mi się towarzyszyć babcia właśnie. Dzisiaj babcia pamięta mnie głównie z tamtego okresu. Buntu i kształtowania się oddzielnej tożsamości. Nieporadnego, chorobliwie samodzielnego dziecka. Nie zauważyła kolejnych trzydziestu ośmiu lat zmian. Nie widzi kobiety, która przed nią siada, kobiety, która odkrywała, zdobywała, budowała, kochała i traciła. Jakaś część naszej relacji nigdy nie opuściła przedpokoju.

      Poczekalni. 

      To do tego pokoju najbardziej chcę wejść. Tutaj mieszkają mężczyźni, którzy dyskutują o losach świata i decydują o moim losie. Tutaj pracują profesorowie. Tutaj się je. Tutaj się bawi. Tu ogląda telewizję. Tu jest się wychowywanym. Tutaj przychodzą goście do rodziców, piją wino, śmieją się, tata gra na gitarze. Nie pamiętam śmiejącego się taty. Jego śmiech rozlegał się zza zamkniętych drzwi. Więc czekam aż mnie ktoś wpuści i tym razem wujkowi Markowi nie wymsknie się coś, co pewnie myślą ci wszyscy peerelowscy dorośli stłoczeni z dziećmi w małych mieszkankach, stłamszeni w niesympatycznych blokach na brzydkich osiedlach. Dzieci i ryby głosu nie mają.

      Czekam. Ale dzisiaj jest już ze mną w tej poczekalni moja terapeutka. Obejrzałyśmy razem każdy kąt, każdą klamkę, szalik na wieszaku, but na wycieraczce. Ale za mną, już wiem, są piąte drzwi. A za nimi świat, którym nie interesował się żaden z zajętych, zmęczonych, bezdomnych dorosłych, a który ja znałam miłośnie i blisko. Bunkry na tyłach osiedla. Plac zabaw z huśtawką, z której spadłam i obiłam sobie głowę. Zasikana piaskownica. Górka, z której można było zjeżdżać kiedy trawa wystarczająco zmokła. Jeziorko, nad którym slalomem omijało się grupki pijących w krzakach mężczyzn, ale to miało posmak przygody. Szkoła, gdzie był jeden chłopak o bardzo czerwonej twarzy, ale nic więcej nie pamiętam. Koleżanki z wirtualnego sklepu, gdzie sprzedawałyśmy błoto i perz. Winda z tym panem, który zapraszał na cukierki. Przeraźliwie puste, pogrążone w niepokojącym półmroku piwnice. Mieszkanie naprzeciwko, gdzie mieszkał mój najlepszy w życiu kolega (nauczy mnie bawić się żelaźniakami i dużo się będziemy razem śmiać) razem z mamą, która karmiła mnie zupełnie inaczej niż moja, razem ze starszym bratem, w którego uśmiechu za rok się zakocham i pozostanę zakochana na ponad dekadę. Pięć pięter wyżej jest mieszka ten pan, który mnie będzie uczył rysować, a potem umrze nagle. I na nazwisko ma jak dzikie zwierzę. Dwa mieszkania dalej para hipisów, którzy przyjaźnią się z moimi rodzicami, a z których dziećmi nigdy nie uda mi się blisko zaprzyjaźnić (chociaż w umyśle pozostanie mi figura ich starszej córki, co to zawsze wszystko robiła lepiej, szybciej, mądrzej niż ja, cztery lata starsza, więc. Więc).

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 01 września 2017 16:13
  • poniedziałek, 28 sierpnia 2017
    • Rzeczy

      Mamy dłonie czarne od kurzu, którego nie widać gołym okiem. Jedno z nas przesuwa po podłodze ciężkie tekturowe pudło z książkami, żeby go nie dźwigać i nie nadwyrężyć sobie kręgosłupa. Więc szura, w taki charakterystyczny sposób - słyszę w tym szuraniu opierające się przemieszczaniu drobinki kurzu i niemiłosierne tarcie powierzchni o powierzchnię. Jak drapanie paznokciem po szkolnej tablicy, jak pisk polerowanego szkła, ten dźwięk swędzi mnie w zęby i wwierca się w mózg.

      Rzeczy, rzeczy, rzeczy, rzeczy. Na ulicy stoi zielony kontener, a my do zielonego kontenera wrzucamy z lubością nadgryziony kosz-legowisko dla psa, dziurawą kapę na łóżko, drugą dziurawą kapę, stare zdjęcia, kubły z zaschniętą farbą. Rzeczy, które nade mną przez lata ciążyły, rzeczy które kurzyły się na moim strychu, ale w przedziwnym symbolicznym przemieszczeniu wydawały się jeszcze bardziej ciążyć i jeszcze bardziej kurzyć w moim umyśle. Tam, gdzie zostały prawie dekadę temu zepchnięte w opuszczony zakamarek, skąd nawoływały głuchym echem wyrzutu sumienia, ciążyły i kurzyły się.

      Rzeczy, wylewają się z półek, zalegają, rozrastają się, mnożą, pączkują, nie kontroluję przyrostu rzeczy. Ciągle coś wynoszę, oddaję, wymieniam, wyrzucam. Ostatnio byłam w antykwariacie obcojęzycznym, gdzie można przehandlować swoje dwie książki na jedną. Przyszłam z sześcioma, wyszłam z trzema i uważam to za wielki sukces. Uwielbiam również dziuple w parkach. Widzieliście kiedyś takie dziuple z przezroczystą kurtynką z plastiku, za którą można zostawić swoje używane powieści i rozpadające się podręczniki, a wziąć w zamian czyjś inny tomik poezji po węgiersku albo instrukcję obsługi telefaksu z lat 90tych? Nie, przepraszam, wyzłośliwiam się. Lubię te dziuple i ciągle coś tam zostawiam. Denerwują mnie tylko ludzie, którzy z takiego sympatycznego narzędzia sąsiedzkiej wymiany i bezpłatnego, bezinteresownego źródła kultury robią składzik na swoje śmieci bez okładek albo antykwariat na książki, których nikt nie kupi na OLX ani Allegro, bo są po węgiersku właśnie. Autentyk, widziałam na własne oczy.

      Mój chłopak jest zbulwersowany. Bierze do ręki wytartą stertę papieru, ledwo trzymającą się antycznym już prawie klejem, z wizerunkiem rycerza na okładce.

      - Jak to może się nazywać "Przyłbice i kaptury" i nie być encyklopedią przyłbic i kapturów? Spodziewałem się typologii średniowiecznych nakryć głowy, z ilustracjami w kolorze, a to powieść! Zero obrazków!

      Rzeczy, rzeczy, rzeczy. Dzisiaj administracja podstawiła kontener i zatrudniła trzech uroczych Ukraińców do opróżnienia bezpańskich piwnic i strychów w moim budynku na Mokotowie. Umówiliśmy się, że przy okazji i my opróżnimy mój, podczepiając się pod duży metalowy kosz na wielkie gabaryty. Więc wróciłam w przeszłość. Swoje fotograficzne przygody, antyramy z wielkimi czarno-białymi odbitkami, teraz każdy ma aparat w telefonie, kto by się spodziewał. Kiedy wykluwały się moje nastoletnie marzenia fotograf był KIMŚ, miał dostęp do rzadkiego sprzętu i niecodzienny zestaw umiejętności, teraz już wszyscy, teraz już każdy. Internet zamieszkują miliony miliony zdjęć. Więc powiększalnik ze strychu trzeba uprzątnąć poszarzały od nieużywania, lampy studyjne i blendy i płachtę czarnego materiału - tło sesji zdjęciowych rozmaitych koleżanek, córek znajomych mamy, pań, które zażyczyły sobie gustownych portretów na tyły książek, które kiedyś napiszą, mojej fryzjerki nawet, która chciała mężowi do więzienia posłać kilka aktów wysmakowanych, mąż w więzieniu był zachwycony, a ja odkryłam, że piękno jest subiektywne, skoro sama portretowana, tak jak wielu zresztą pozujących mi modeli-amatorów, kręci nosem. Moje poczucie bezwzględnej piękności tego, co wyszło mi spod palca na guziku migawki, boże, za słabe było żeby mnie nadal cieszyło robienie zdjęć. Migotało i znikało, zaraz zaczynałam wątpić. Tracić je z oczu, przekonywać się sama w wielogodzinnych wewnętrznych rozmowach, że może nie umiem. Stare starutkie marzenia.

      Szklanki, paterki, taborety, które potrzebują nowej tapicerki - po dziadkach.

      Stare listy i stare zdjęcia. Stare poduszki. Stare ubrania. To kiedyś byłam ja. Głaskałam jakiś czarny aksamitny żakiet, w który się niegdyś mieściłam, który onegdaj wisiał w szafie na honorowym miejscu. Chwilę potem przyjechała koleżanka z mamą i z przyjemnością oddałam im czarny aksamit. Telewizor. Toster. Kuferek podróżny.

      Rzeczy rzeczy rzeczy. Wylewają się, zalewają, jak powódź. Jest ich więcej niż mnie. Ktoś mnie dzisiaj oskarżył przyjaźnie o to, że się z rzeczami utożsamiam. Opowiedziałam mu o czasach mojego dzieciństwa. Tęsknię po prostu za kryzysowym nabożeństwem, z jakim się kiedyś traktowało swój skromny stan posiadania. Jedną parę kaloszy, która musiała wystarczyć na dekadę, bo kto wie kiedy znowu kalosze rzucą do sklepów. Ciasne kalosze, które kiedyś były rozczłapanymi, zbyt dużymi gumowcami aż z nich wyrosłam. Jedna lalka. Jedna sukienka. Do dzisiaj pamiętam wytartego, wyprzytulanego w niebyt prawie misia z oklapniętym uchem w spodenkach ogrodniczkach uszytych przez mamę. Jeden sweter od cioci z Lubelszczyzny, w motywy fantazyjne, stworzony podczas wielogodzinnych sesji robienia na drutach. Nie było opcji nie lubienia takich swetrów. Jeden nóż ostry na cały dom. Trzy nieostre. Tamten nóż moja babcia ma do dziś. Dziadka nie ma żeby ostrzyć. A nóż jest i nadal - w czasach dobrobytu, obfitości, nadmiaru, przesytu - jest nadal jedynym krojącym narzędziem w jej kuchni.

      Na strychu klocki, które mi kiedyś służyły do zabaw edukacyjnych, w innym życiu, dwa czy trzy życia temu. Czy jest jeszcze na świecie ktoś, kto zachował jakąś ciągłość tożsamości, ktoś, kogo nie rzuciło na rafy, na mielizny, nie przeczołgało przez sztormowe fale tak, że się musiał chwilę sam sobie przyglądać żeby się rozpoznać, żeby zaznajomić na nowo ze sobą?

      Cała reklamówka klocków. Trzepaczka do dywanów użyta dwa razy bez większego sukcesu.

      Rzeczy rzeczy rzeczy. Rządzą moim życiem, nie ja nimi, o nie.

      Kiczowate obrazki, kilimki, pudełko na kapelusze i kufer malowany na biżuterię trafiły do mamy mojego chłopaka. Siostra wzięła wiatrak, torbę na kółkach (swoją własną, jak się okazuje, co robiła na moim strychu?) i drabinkę. Koleżanka posążek afrykański, plakat i wazon, który posłuży jej za akwarium.

      Zawahałam się tylko dwa razy.

      Najpierw przy brązowej walizce z lat siedemdziesiątych. Moja mama wyjechała z nią ze swojej wsi do Warszawy kilkanaście żyć temu. Ja cztery biografie wcześniej, ktoś inny o podobnej do mnie twarzy, ktoś o tych samych korzeniach, ale z inną tożsamością, to nie mogłam być ja, ktoś o moim imieniu i nazwisku z tą samą walizką opuszczał Polskę dla Belgii. Zadzwoniłam do niej. Powiedziałam, że mogę jej ją oddać, mogę znaleźć jakiś składzik i tam ją przetrzymać, mogę sprzedać albo mogę wyrzucić. Bo zielony kontener. Że to jej decyzja. Ale kłuło mnie. Źle mi było. Bo pamiętam jeszcze czasy kiedy to była jedna z dwóch walizek w naszym domu, mieliśmy dużą i małą i z nabożeństwem się je obie, jak rzadkie klejnoty traktowało, uważało żeby nie zarysować, żeby nie rzucali nimi ludzie na lotnisku, żeby nie zepsuł się w jednej zamek, a w drugiej suwak. Potem przyszedł czas Samsonite'a i nic już nie było tak samo. Próbowałam zagłuszyć delikatny głos z przeszłości, z ery, kiedy ja sama trzęsłam się nad każdą rzeczą, każda rzecz miała epicką historię, wiązała się z ludźmi, z wyjazdami, wyrzeczeniami, przebaczeniami albo zerwaniami. Każda rzecz cieszyła, napełniała ciepłym balsamicznym czymś po brzegi, nie. Nie po brzegi. Wylewało się to coś ciepłego, kipiało, więc cieszyła albo wręcz przeciwnie, bolała. Fizycznie bolała. Próbowałam się bronić:

      - Bo wiesz, - powiedziałam do mamy - bo wiesz, to były czasy, przecież to były czasy - jąkałam się - wiesz, takie czasy, kiedy nie miało się wiele. Teraz walizki prawie rosną na drzewach. Teraz wszyscy chcielibyśmy tak jak wtedy umieć kochać przedmioty. Kupujemy i kupujemy, a tamto uczucie nie przychodzi. Nie wywołamy tej więzi kolejnym wydatkiem. Nie da rady nabyć sobie ciepłych uczuć jeśli zakupiony przedmiot nie wiąże się z życiem, z czuciem, z kochaniem, z traceniem, z tęsknieniem. Więc mogę jej nie wyrzucać. Jeśli chcesz. Zostawić ją.

      - Wyrzuć.Nie potrzebuję jej. Nie czuję do niej sentymentu. To zresztą nie są dobre wspomnienia.

      - Pożegnam ją ładnie. Widziała kawałek świata.

      - No to pożegnaj.

      Potem pogłaskałam jeszcze jedną rzecz oprócz ciemnożółtej skóry pierwszej walizki, która należała do mojej matki, która towarzyszyła jej w ucieczce od zbyt ciasnego świata do świata o surowszych jeszcze, bardziej bezlitosnych zasadach. Dziadek podarował mi lata temu czapkę-leninówkę. Nie miał dużo. Nie gromadził rzeczy. Więc kiedy mi coś dał, to było istotne. Nosiłam ją przez kilka zim dopóki się całkiem nie rozpadła. Też była jasnobrązowa, jak walizka. Jakaś część mnie, muskając z włosem rozprutą już i odkształconą czapkę z daszkiem od dziadka czuła. Czuła jakby nawiązała bezpośredni, autentyczny kontakt z dobrym, cichym człowiekiem w zaświatach.

      Więc.

      Rzeczy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 sierpnia 2017 22:02
  • niedziela, 27 sierpnia 2017
    • gaga

      Nad nami wisi majestatycznie kryształowy żyrandol, pod nami nieznacznie skrzypią klepki zakurzonego parkietu. Wokół drobnej brunetki wije się w wewnątrzsterownych rytmach może z dwadzieścia pięć osób. Boso. Stopy czują drewno. Bałam się, że akustyka tej stalinowskiej sali zadusi głos naszej nauczycielki z Izraela, owinie go jak wata, wytłumi, i trzeba będzie bardzo blisko stać, żeby cokolwiek dosłyszeć, ale nie, mówi cichuteńko, za moimi plecami gra dyskretna muzyka, wszystko rejestruję bez problemu. Tłumaczę z angielskiego na ruchy stóp i kostek, kolan i bioder, żeber i ramion. Dziewczyna stoi prosto, chudziutka, ma zdyscyplinowane ćwiczeniami ciało, w przeciwieństwie do mojego, puszczonego swobodnie i nie wtłoczonego w żadne struktury (czy to dobrze? Czy to źle? Czy któraś z nas ma więcej racji? Więcej mądrości życiowej? Czy jedna z nas jest szczęśliwsza?), uciekam od struktury, nie wytrzymuję na dietach, w biurach, w ćwiczeniowych rutynach, nienawidzę nawet wycieczek z przewodnikiem, który mówi gdzie patrzeć, kiedy patrzeć, co widzieć. Jej zdyscyplinowane ćwiczeniami ciało pozbawione krągłości nie napina ubrań, więc wiszą na niej luźno, za luźno, wąziutkie jak na dziecko dresowe spodnie. Za chwilę będziemy na wystawie figur stalowych, wśród symboli zamieszkujących męskie fantazje, będzie tam zrobiony ze złomu Aston Martin, Mercedes, motocykle, na które można wsiąść i zrobić sobie zdjęcie, figurki z Gwiezdnych Wojen, Obcego i Wojownicznych Żółwi Ninja. Kiedy już znudziło mi się podziwianie robotycznej siły i nadludzkiej szybkości uchwyconej w konstrukcjach z łańcuchów rowerowych, śrub, nakrętek, wkrętów, kół zębatych i wygiętych blach i powiedziałam swojemu chłopakowi, że wystawa jest chłopacka, zapytał jakie rzeźby można by zrobić ze złomowanej stali dla kobiet. Nie umiałam mu odpowiedzieć. Wiedziałam tylko, że najbliższe mojemu wewnętrznemu krajobrazowi było najeżone ostrzami, niepokojące siedzisko z „Gry o Tron”. Jeszcze jedna fotka ajfonem – upozowany wojowniczo obok ponad dwumetrowej postaci z „Avatara” mężczyzna mojego życia – i kątem oka zobaczyłam parę. Najpierw pomyślałam, że to ojciec i córka. Ona miała twarzyczkę w kształcie serca i wielgachne oczy, cieniuteniusieńkie nożynki w rurkowatych spodniach i maksymalnie metr pięćdziesiąt wzrostu. Może z czternaście lat. Ale potem, dyskretnie zerkając w ich stronę w drodze do wyjścia z wystawy, dojrzałam jego rękę pieszczotliwą na zagłębieniu jej pleców, pomiędzy paskiem spodni a kusą bluzeczką, na odsłoniętej skórze, głaskał jej tę skórę, a ona mówiła tak dojrzale, patrzyła tak dorośle. Więc jeśli nie czternastolatka, to anorektyczka i wstrząsnęła mną ta scena, bo zapytałam sama siebie, co to jest w takim razie miłość. Czy ten mężczyzna obok niej ma prawo korzystać z jej nienaturalnej kruchości? Czerpać przyjemność z obcowania z kobietą sztucznie przyhamowaną w rozmiarze i kształcie gimnazjalistki? Czy powinni oboje cieszyć się filigranowością i dziewczęcą delikatnością tej młodej kobiety, jeśli w ten sposób wspierają ją w chorobie i zatrzymują jej rozkwitanie? Ciała kobiece opowiadają tyle historii. Może powinnam była ją ratować jakoś? Rzucić się w sukurs, powiedzieć coś jej, wykrzyczeć temu facetowi? Ale wpatrywała się w niego z rozanieleniem, cieszyła się eksponatami jak dzieciaczek, ale przecież nie wiedziałam o nich nic, może on spędzał bezsenne noce przy jej łóżku szpitalnym kiedy leczyła swoje zaburzenie dietetyczne? I dzisiaj świętowali razem jakiś maleńki triumf, jakieś niewielkie zwycięstwo. Może zjadła jabłko albo pół kanapki.

      Gaga to taniec rodem z Izraela. Tańczyliśmy przez bitą godzinę, bez zatrzymywania się, czuliśmy ruch w swoich wnętrzach, koncentryczny, zaczynający się od drobniutkiej, nieskończenie elastycznej dziewczyny o ciepłych, czujnych czarnych oczach i dużym semickim nosie, której szare spodnie  opadały z braku krągłości, uczyliśmy się integrować ruch od stóp przez kostki i kolana, biodra i klatkę piersiową, aż po czubek głowy i opuszki palców, maleńka odważna dziewczyna rozprzestrzeniała magię mądrego, dającego siłę ruchu, dzieliła się ruchem, zarażała ruchem.  Czy powinnam była potem podbiec do tamtej drugiej chudej drobnej dziewczyny? Jaki mamy obowiązek wobec obcych ludzi? Jaką powinność? Na czym polega przyzwoitość wobec współprzechodnia w wielkim mieście?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 sierpnia 2017 10:07

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl