Kucharka Zen

Wpisy

  • środa, 04 kwietnia 2018
    • Przebaczenie

      Jestem w takim miejscu, z którego można tylko przebaczyć. Jestem w miejscu, z którego komuś, kogo bardzo kochałam musiałam powiedzieć "proszę, żebyś się już ze mną nie kontaktował", a dzień wcześniej na terapii opowiadałam swojej pani od duszy, że umiem go już zobaczyć całego, że rozumiem, co tak kochałam, kogo tak kochałam, jak zachwycający był kiedy po prostu był, wcale nie wtedy kiedy szczodrze dawał, nie wtedy kiedy mnie uczył i rozwijał, nie wtedy kiedy się mną opiekował, poświęcał dla mnie czy spinał, i rozumiem, że naprawdę go kochałam, niepodważalnie go kochałam, że kiedy mi się wydaje, że chcę umrzeć, to umrzeć musi ten kawałek mnie, który chce jego powrotu. Żebym mogła kochać kogoś innego. Rozumiem. Że nie był mi do niczego potrzebny, doskonale sobie radzę bez niego (no dobrze, może nie doskonale, ale wystarczająco dobrze). Nie był mi potrzebny jako parobek, jako pan złota rączka, ani jako spełniacz emocjonalnych potrzeb. Nagle się okazuje, że ja sobie je spełnię, dziękuję bardzo, że najpiękniejsze kurwa w tym wszystkim było móc towarzyszyć drugiemu człowiekowi w tym jak odkrywa świat, jak siebie odkrywa, jak rozkwita, rozwija się, eksperymentuje, jak oddycha, chodzi, patrzy, jest. Jak się cieszy tworząc, bawiąc się, próbując, rozwiązując problemy, pomagając, zaprzyjaźniając się, jak się boi, jak się przyznaje do strachu, jak to strasznie boli nawet myśleć o jego intensywnej prawdziwości, o tym jak blisko do siebie ni stąd ni z owąd podeszliśmy. Proszę, żebyś się już ze mną nie kontaktował.

      Potem nie jestem w stanie funkcjonować normalnie. Płaczę w najgłupszych momentach. Nie zasłużyłam na to. Nie mogę uwierzyć, że teraz właśnie będę wybaczać, za całe swoje życie, wszystkie niekochania wybaczać.

      To jest miejsce, w którym rozumiem, jak bardzo, jak mocno, jak głęboko, jak naprawdę potrafiłam w życiu kochać. Miejsce, z którego widzę, że to ma wartość, że ja mam przez to wartość. To jest miejsce, w którym rozumiem, że tylko to potrafię i tylko to mogę. Być i kochać. Nic więcej nie ma w gruncie rzeczy znaczenia, reszta to tylko farfocle. Moja miłość jest przeciwieństwem śmierci, jest istnieniem. To jest miejsce mojej niezaprzeczalności. Mojej prawdy. To jest miejsce, z którego niepojęte mi się wydaje jak sobie poczynali ważni dla mnie ludzie z moim sercem. Jak to jest możliwe, że drugi człowiek z jego oceaniczną głębią, z jego bezkresem wewnętrznym, z leczniczością kiedy się odsłoni i kiedy mu się zaufa, jak to możliwe, że on nie zobaczył, że dostał na moment cud. Cud w mojej postaci i w postaci swojego własnego otwarcia się na mnie i w postaci możliwości zostania dla mnie cudem. Jak to możliwe?

      Dotknęłam pewnie teraz swojej najboleśniejszej słabości, ale nagle sobie myślę, że przecież to nie słabość, że ja już zostanę w tym miejscu paraliżującego bólu, bo to moje źródło, bo bez tego bez sensu jest wszystko, bo chociaż poobijana, chociaż delikatna, to przecież tak intensywnie elektryczna jestem tutaj i teraz, czuję każdy swój impuls nerwowy, wiem gdzie się kończę, gdzie zaczynam, nie można mi tego odebrać. Nie można zaprzeczyć.

      Moja mama pytała dlaczego to zrobiłam, dlaczego ci kazałam zniknąć z powierzchni ziemi, ulotnić się z mojego wszechświata, powiedziałam jej, że ja ciebie zobaczyłam pełnego, a ty mnie nie potrafisz. Tak jak sobie amputujesz wielkie połacie samego siebie, tak i mnie potrafisz widzieć tylko fragmentami. Do czegoś jest ci potrzebne to, żebym została tylko zła albo tylko samolubna, ta twoja kolejna była, która odciągała cię od rodziny, potrzebujesz mnie zafałszować, przesadzić, żeby prościej było, żeby nakarmić jakąś potrzebę domknięcia, racji, winy, żeby samemu poczuć się szlachetniej i spokojniej, potrzebne ci jest żeby ta twoja była została jakąś cechą albo funkcją, tylko materialistką albo jedynie obsesyjną kucharką, może zapamiętasz, wspaniałomyślnie, jak nam w łóżku było swobodnie, a może nie stać cię nawet na tyle. Moja mama pytała dlaczego cię odcięłam, ale przecież ty mnie poodcinałeś dużo wcześniej. Miałam być macicą, która wyprodukuje twojej mamie grzeczne wnuki, a i proboszcz nareszcie się zamknie w drzwiach kościoła i przestanie dopytywać się o nie swoje plany prokreacji. Miałam być czystym, zadbanym domem. Miałam być rosołem podczas choroby. Miałam być uchem, które słucha twojego dnia. Byłam tym wszystkim i byłam jeszcze więcej, chciałam tylko tyle i aż tyle żebyś mnie zobaczył całą. Żebyś chciał mnie całą zobaczyć. 

      Ale może to dręczenie. Bo jak można wymagać widzenia nieuszczkniętej, niepozakrywanej siebie od człowieka, który nawet nie wie, że on sam stanowi niewykastrowaną całość, że i jemu niczego do niczego nie brakuje?

      Można nie chcieć mojego podarunku zrobionego z odzwierciedlenia wszystkiego czym jesteś, ale to oznacza, że na początek i przede wszystkim nie chcesz samego siebie. Nie chcesz tak do końca, tak naprawdę zobaczyć swojego odbicia w moich oczach. "Proszę, żebyś się już ze mną nie kontaktował" brzmi okrutnie. Ale może powinnam była to powiedzieć dużo wcześniej. Zanim się nawet rozstaliśmy. Nie mam teraz na ciebie siły. Dałam ci tyle, ile jest w stanie dać człowiek, ale jako nieodrodny syn poranionej matki, nieodrodnej córki straumatyzowanej babki, choćbym ci miodem dupę smarowała, to i tak nie ten miód będzie. Ile wy macie wszyscy do poprzebaczania. Osłabiasz mnie. Nie pomagasz mi zdrowieć i odciągasz mnie od mojej prawdy. Nie mogę ci teraz pomóc. Nie chcę. Nie od tego jestem. Wróć kiedy sam poprzebaczasz i opłaczesz wszystko, co ci zrobiono, wszystko, czego w tobie nie zobaczono, wróć kiedy otrzepiesz i utulisz te kawałki siebie, które nigdy nie miały szansy zaistnieć w świetle dziennym, kiedy będziesz spójny i integralny, kiedy dowiesz się kim jesteś, a kim nie jesteś, głęboki, bezkresny, cudowny, oceaniczny ty, kiedy się odważysz oddzielić od osób, które nie odróżniają własnych potrzeb i uczuć od ciebie, które kolonizują miejsca należące wyłącznie do ciebie. Odkryj wolność, zamieszkaj w niej, bądź lekki, nie potrzebuj już niczego. Wtedy się ze mną skontaktuj. Teraz ja muszę zająć się sobą. Zasłużyłam na to. Bezkresna, głęboka, cudowna, oceaniczna ja.

      Dziękuję ci za wszystko, za ten rozpaczliwy ból też, za ból i za rozczarowanie, za furię ślepą i chęć unicestwienia, dziękuję, bo mnie zmusiły żeby w całej jaskrawości spojrzeć w twarz swojej miłości. Odkryć ją na nowo. Odzyskać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Przebaczenie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 04 kwietnia 2018 20:38
  • wtorek, 03 kwietnia 2018
    • Puszczanie bąków

      - Cześć, smacznego!

      Kiedy przechodzę obok biurowej kuchni już odruchowo wyrzucam z siebie z uśmiechem taką formułkę. W końcu tam prawie ciągle ktoś siedzi i coś konsumuje, więc dziewięć razy na dziesięć trafiam. Tym razem w drodze do windy kątem oka zobaczyłam koleżankę z synem. Przychodzą czasem razem do pracy, to w ogóle miejsce przyjazne dzieciom, więc wzięłam raz czy dwa ze sobą do biura moich siostrzeńców, byli zachwyceni.

      - Dzięki.

      Młody człowiek jest świetnie wychowany.

      - A co jesz?

      - Naleśniki.

      - A z czym?

      - Z jabłkiem.

      - Mmm. Pyszne. Lubię naleśniki z jabłkiem.

      - A chcesz jednego naleśnika, ciocia?

      Rozwaliła mnie ta "ciocia". Rozwaliła. Dziecko skróciło dystans w ułamek sekundy, nagle nie byłam już w szarostalowym biurze, nie marzyłam o wyprowadzeniu się w Bieszczady jakby praca zawodowa była stuprocentowym przeciwieństwem wolności, radości, człowieczeństwa i czułości. Nagle można było zostać spontanicznie poczęstowanym naleśnikiem i włączonym znienacka do kręgu najbliższych cioć. Zakochałam się w tym chłopcu w tym momencie. Roztopiłam się, rozlodowaciłam, została ze mnie na podłodze mokra, ale wzruszona, kałuża.

      - Kurczę, dziękuję ci bardzo, ale nie mogę niestety jeść naleśników, bo nie jem mąki pszennej.

      Mama chłopca przypomniała mu, że ma inną ciocię, tym razem rzeczywiście spokrewnioną, która też nie jada glutenu. Pokiwał głową.

      - Ja po naleśnikach puszczam gazy. - pochwalił się w zamian.

      - Roland! Przy jedzeniu?! - zawołała jego oburzona i wstrząśnięta matka, która przecież nie tak go wychowywała, poza tym jednak byłam znajomą z pracy, a kto wie kto jaki ma kodeks moralny i jak oburzony będzie fizjologią i fizjologicznymi fascynacjami ośmioletniego dziecka. Inna sprawa, że "puszczam gazy" to i tak triumf wychowawczy, bo większość chłopaków w podstawówce powiedziałaby "pierdzę" albo ewentualnie "puszczam bąki".

      - Ja rozumiem, że u ciebie w szkole chłopaki się teraz fascynują bąkami? - spróbowałam zgadnąć.

      - No trochę.

      - I co? Omawiacie różne rodzaje bąków? Głośne, ciche, cichacze, podstępne, śmierdzące, nieśmierdzące?

      Parsknął śmiechem i popatrzył kontrolnie na matkę.

      - Nie-e. 

      Ale ja założę się, że ta-ak.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 kwietnia 2018 22:03
  • środa, 21 marca 2018
    • Breloczek

      Magda patrzyła przez okno pociągu relacji Warszawa-Berlin na Polskę, jaką lubiła najbardziej - płową i popielatą, płaską, podmokłą, jeszcze trochę przypudrowaną śniegiem. Pustą i wyspokojoną. Przedwiosenną. Wczoraj na wschodzie i w centrum szalała śnieżyca, dziś na wysokości Kutna po śnieżycy nie zostało prawie ani śladu, bo tak mocno świeciło marcowe słońce.

       

      Przysadzista kobieta siedząca naprzeciwko Magdy odbijała się półprzezroczystym fantomem w szybie i w tej samej szklanej wersji czytała czasopismo dla gospodyń domowych. Umalowana po zęby śliczna białozęba modelka w nieskazitelnej galowej koszuli patrzyła na Magdę ze szpalt. Modelka trzymała pod pachą plastikową miskę ze szmatkami i środkami czyszczącymi i uśmiechała się szeroko zachęcając do przestudiowania artykułu, który instruował jak doprowadzić podłogi - panele, lakierowane i olejowane parkiety - do lśnienia. Magda myjąc podłogi nigdy nie wyglądała jak ta dziewczyna z gazety. Żadna z jej znajomych kobiet również nie. Na kolanach. Wściekłe, spocone, przemęczone, rozczochrane i rozchełstane tak.

       

      W grudniu 1982 roku Magda miała pięć lat, a jej młodszy brat prawie cztery. Jechali zupełnie innym pociągiem niż ten dzisiejszy - pluszowy i bezszelestny. Wtedy osiem osób wciśnięto na cztery spłowiałe, rudo-brązowe kanapki, od rozszczelnionych okien wiało z zewnątrz zmrożone powietrze, rdzawe syntetyczne zasłonki falowały w przeciągu, a rzężący system ogrzewania, chociaż produkował suche, ultragorące powietrze, przegrywał z zimnem. Dzieci wierciły się opatulone wełnianymi szalikami, popijały słodko-gorzką czarną herbatę z termosu, a ich babcia próbowała je zająć kolorowankami. Być może minęli w trasie, na wysokości Puław albo Ryk, jakiś świeży napis na murze. Zima wasza. Wiosna nasza. Albo zamalowany napis. Na nim nabazgrany szybko farbą drugi, propagandowy, naniesiony przez służby porządkowe. KOR = Żydzi.

       

      W srebrno-błękitnym pociągu z XXI wieku, który wzdycha zamiast stukać, chcąc nie chcąc, Magda wysłuchiwała fragmentów prywatnych żyć innych pasażerów. Komórki pozwalają nie przerywać ważnych życiowych wątków na czas podróży. Następuje niepojęte jeszcze kilka dekad temu (chociażby w czasach pięcioletniej Madzi i jej prawie czteroletniego brata) przesunięcie w czasoprzestrzeni. Z jałowej rzeczywistości kolejowej podróży można się przenieść bez wysiłku do biura, błyskawicznie dołączyć do żony w supermarkecie, bezboleśnie zapowiedzieć się w recepcji hotelu. Czułe słówka przeplatają się więc z negocjacjami w sprawie jakichś zamówień, pertraktacjami czy odwiedzimy was na obiad czy na herbatę, ale naprawdę, przecież nie będziemy wam robić kłopotu! Obcy ludzie wokół Magdy nagle nabierają treści, mięsistości, chcąc nie chcąc Magda dowiaduje się jak mówią, jak podchodzą do bliźniego, jaki mają styl emocjonalny i temperament. Kiedy planowała tę podróż, miała ochotę posiedzieć anonimowo, pobyć w kokonie własnych lektur i zajęć, a tymczasem cudze człowieczeństwo otacza ją i wymusza bierny udział w swojej aktywności. A potem dzwoni komórka Magdy i rachunek się bilansuje. Teraz ona absorbuje sobą otoczenie. Opowiada mamie o płowo-zielonych widokach, które uciekają w tył, o książce, w której wyczytała czułość do świata. Jeśli ktokolwiek podsłuchuje, to Magda nabierze dla niego konkretniejszych kształtów.

       

      W 1982 roku za oknami stukoczącego, zgrzytliwego, szarpiącego w przód i hamującego nagle pociągu w ciemności wczesnego wieczora bieleje niewyraźnie śnieg. Zima zawsze zbliżała Polaków. Ktoś wyjmuje foliową torebkę z garścią cukierków i częstuje współpasażerów, zaczynając oczywiście od dzieci. Brat Magdy jest mały i nie opanował jeszcze międzyludzkich konwenansów, więc wyciąga z torebki ściśniętą piąstkę najeżoną cukierkami. Babcia, zawsze czujna pedagożka, strofuje go uderzając językiem o podniebienie. Tsk, tsk, tsk. Chłopiec na komendę upuszcza nadprogramowe cukierki z powrotem do torebki. Madzi nie trzeba dyscyplinować. Delikatnie wyławia dokładnie jedną landrynkę i ładnie dziękuje siwemu mężczyźnie, który częstował. Najbardziej lubi białe, ale białych nie było. Nie każdy zestaw landrynek w sklepie zawiera tę mleczną, karmelkową odmianę. Po białych następuje wyrwa w upodobaniach pięcioletniej Madzi, długo, długo nic, a potem dopiero pojawiają się w jej świecie czerwone, wiśniowe landryny. Taką właśnie landrynkę bierze Madzia. Wiśniowy cukierek od razu przykleja jej się do podniebienia. Odrobinę hiperwentyluje.

       

      Mijają opustoszałe jeszcze ogródki działkowe, a sąsiad, dobrze zbudowany szpakowaty mężczyzna z kwadratową szczęką kowboja trąca ją delikatnie w ramię i pyta czy mówi po angielsku. Magda kiwa głową. 

      - Co mogę dla pana zrobić?

      - Mogłaby mi pani powiedzieć co to jest za oknem? Te małe ogródki z barakami? Czy tam mieszkają ludzie? Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

      Mężczyzna mówi głębokim, pewnym głosem, jakby przywykł do wydawania poleceń i reprymend. Chyba myśli, że to polska odmiana faveli. Magda nigdy wcześniej nie musiała się nad podobnym pytaniem zastanawiać.

      - To ogródki działkowe - używa brytyjskiego słowa "allotments", na które Amerykanin reaguje wzruszeniem muskularnych ramion.

      - To takie małe kawałki ziemi, gdzie ludzie mieszkający w mieście mogą sobie uprawiać warzywa i owoce na własny użytek. W tych domkach raczej nikt nie mieszka, ale ludzie czasem całymi rodzinami spędzają na działkach weekendy, robią grille, odpoczywają i pracują.

      - Podoba mi się to. - powiedział odrobinę kolonialnym tonem, jakby właśnie oficjalnie zaaprobował i powołał do życia instytucję polskiego ogródka działkowego. Jakby dopuszczenie czegoś do własnej świadomości miało globalną moc stwórczą.

      - Mój dziadek miał taką działkę, - mówi Magda zapraszając Amerykanina do dalszej rozmowy.

      - A jesteś Polką? Twój angielski jest świetny!

      Kiedy pierwszy raz w życiu usłyszała tę formułkę była absolutnie zachwycona. Głównie sama sobą. Po latach spędzonych w Anglii zrozumiała, że to standardowy komplement dla cudzoziemców. Podziękowała jednak.

      - Gdzie się nauczyłaś tak mówić? - zapytał Amerykanin.

      - Kiedy miałam piętnaście lat pojechałam na rok do liceum do Stanów.

      - Mieszkałaś w Stanach? Gdzie?

      - W Illinois. A ty skąd jesteś?

      - Ja jestem z południa. Z Georgii.

       

      Babcia zawsze była rozmowna i łatwo nawiązywała znajomości. Magda przypominała sobie jej pobyt w szpitalu, około 2010 roku, kiedy zamiast ślimaczo powoli wracać do zdrowia, starsza pani po dwóch dniach promieniała konwersując czarująco z dwiema nowymi przyjaciółkami z sali pooperacyjnej, które owinęła sobie wokół palca. W 1982 roku umiała coś jeszcze bardziej wyrafinowanego. Potrafiła spontanicznie wejść w szybką komitywę z obcymi ludźmi w przedziale pociągu, ale mimo serdecznej wylewności nie ujawnić prawie nic na temat swój ani swoich wnuków. Kto wie, z kim tak naprawdę jechało się w przedziale, kto po której był stronie. Wokół Madzi i Pawełka tkała więc misterne konstrukcje niedopowiedzeń pod pozorem lekkich jak piórko rozmówek o zaspach i zawiejach, o nadchodzących świętach, ozdobach choinkowych i kryzysowych prezentach dla dzieci (któraś z pań w przedziale zdobyła trochę kolorowej kory, więc szyła synowej i wnusiom ładne poszewki na jaśki). O jedzeniu, zawsze o jedzeniu. 

       

      Zdarzyło jej się, kiedy już wyczuła odpowiednią atmosferę albo dostała sprzyjającą rozluźnieniu lampeczkę alkoholu, że wyrecytowała zbereźny wierszyk, każąc dzieciom uprzednio zatkać na moment uszy. Wtedy wybuchały fajerwerki dorosłego entuzjazmu, ktoś przypominał sobie podobny kuplecik albo całkiem inny pieprzny żarcik. Dzieci patrzyły tylko zdziwione, nadal karnie zakrywając uszy całymi dłońmi, na pozbawioną fonii szaloną radość rozrechotanych starszych, na co dzień poważnych na granicy rozpaczy, opryskliwych na granicy przemocy, złamanych i pospinanych, teraz trzymających się za brzuchy, rozdygotanych, rozkiwanych.

       

      Amerykanin szybko się przyznał, że jest policjantem, że zawsze chciał pojechać do Europy, że wziął razem z kumplem urlop i że zaczęli w Moskwie, potem była Warszawa, a teraz jadą do Berlina, tak jak Magda. Co Magda planuje robić w Berlinie? To miłe, że zadawał pytania. Magda nie była przyzwyczajona, że mężczyźni są zainteresowani treścią jej duszy (nie brała tego osobiście, wydawali się umiarkowanie zainteresowani treścią czyjejkolwiek, może po prostu nie wiedzieli, że inni ludzie mają dusze?), więc z przyjemnością skorzystała z tej okazji, żeby po raz pierwszy wypowiedzieć na głos to i owo, rozmaite sprawy, które się już w niej nie mieściły, które za długo czekały na wypowiedzenie. Nie czuła do tego faceta pociągu, ale platonicznie komfortowo się czuła w jego towarzystwie. Skracał dystans, chociaż robił to z pozycji jakiejś niewyjaśnionej wyższości. Nietykalności. Samotności.

      -Chciałam trochę odpocząć od Warszawy, pozwiedzać, zawsze lubiłam Berlin, bo to niby duże miasto, a jakieś takie bardziej stateczne, spokojniejsze, osadzone w sobie. Tam nawet w centrum można znaleźć puste i ciche ulice. Ludzie się też jakoś przyjaźniej i bardziej refleksyjnie przemieszczają po Berlinie. Warszawa dokądś pędzi na łeb na szyję, coś próbuje udowodnić, przesadnie się stara, napina, wrzeszczy. To taka histeryczka, ale może jesteśmy na dorobki, może Niemcy już nic nie muszą udowadniać, więc stać ich na spokój? A może ja po prostu jestem za spokojna jak na to miasto? Za powolna. A tobie i twojemu koledze jak się podobała Warszawa?

      Zastanowił się. Jeszcze parę lat temu Magda, produkt swojej wojowniczej kultury, uznałaby, że to przejaw słabości, ten brak gotowych odpowiedzi. Jej rodzice, nauczyciele, księża i politycy zawsze mieli na podorędziu proste i od razu uformowane prawdy ogólne. Jej babcia, w PRLu nauczycielka rosyjskiego, ukształtowana przez Kościół Katolicki, feudalną, mizoginistyczną wieś lubelską i Stalinizm, była mistrzynią produkowania natychmiastowych nie znoszących sprzeciwu twierdzeń o wszystkim. Dopiero jako dorosła kobieta Magda zaczęła rozumieć, że babcine produkcje nie zawsze trzymały się kupy i doceniać szacunek dla rozmówcy, o jakim świadczy przemyślenie pytania i odpowiedź może opóźniona, ale wyważona.

      - Podobała mi się Warszawa – powiedział policjant. – Ludzie są bardzo mili i gościnni. Kilka osób na ulicy nam pomogło, pokierowało, poradziło to i owo, więc wyjeżdżamy z sympatycznymi wspomnieniami. Oczywiście bardzo smutno jest widzieć miasto, które było tak zniszczone przez wojnę. Ktoś powiedziałby, że to nie jest ładne miejsce, taka turystyczna atrakcja pozbawiona czaru, ale jeśli zna się jego historię, to zrozumiałe. Myślę, że Warszawiacy bardzo dużo przeżyli. Mam do nich wielki szacunek.

      Wrażliwy był.

      - A co planujecie robić w Berlinie?

       

      Alkohol, cukierki, zbereźne wierszyki, trzygodzinna podróż upływała w rozochoceniu, ludzie potrafią wytrzymać wszystko, ale nie potrafią opowiedzieć, jak tragedia miesza się z komedią, jak zabawa miesza się z przemocą, jak bycie ofiarą i bycie katem to płynne kategorie, które dotyczą po trochu każdego. W podręcznikach historii rok 1982 będzie opowiedziany grubą, prostacką kreską. Pojawi się w jego opisie garść męskich nazwisk i trochę dat, trochę geograficznych nazw, jakieś pojedyncze, kluczowe wydarzenia. Dla Magdy rok 1982 był rokiem jedzenia byle czego, rodzinnych napięć, których nie rozumiała i które, jak każde dziecko, uznawała za własną winę, biorąc na wątłe dziewczęce ramionka ich brzemię, spinając cały swój organizm żeby zapobiec tragediom. Parę lat później, kiedy odkryje instytucjonalny kościół, kiedy się będzie przygotowywać do męczenniczego życia polskiej kobiety, przetykanego spowiedziami i komuniami, parę lat później ta odpowiedzialność za los świata zamieni się w cowieczorne modlitwy, wielogodzinne sesje negocjacji z bogiem, podczas których, klęcząc w piżamce na tapczanie, Magda kolejno wymieni wszystkich członków rodziny, krewnych i przyjaciół, prosząc boga kolejno żeby im pozwolił żyć zdrowo i szczęśliwie. Nikt nie pisze o dziecięcej duchowości, którą wymusza na małych ludziach historia i nie pisze o tym, jak bardzo dzieci uspokaja radosny rechot dorosłych. Kiedy się na moment rozluźnią opiekunowie na ogół przygnieceni codziennością, dzieci oddychają z ulgą, zdejmują z ramionek bagaż nieszczęść niechybnych i spojrzenie surowego, bezlitosnego boga. Magda i jej braciszek, kiedy dorośli w przedziale na moment stracili czujność, zapomnieli o wrażliwych uszkach dzieciaczków, Magda i jej braciszek odjęli ręce od uszu i usłyszeli, że babcia z nowymi przyjaciółmi śpiewają rozochoceni chórem jakąś sprośną piosenkę. Dzieci poddały się natychmiast energii tej chwili, dały się ponieść entuzjastycznemu śpiewaniu. Paweł nucił. Magda z minimalnym opóźnieniem dośpiewywała słowa, które dopiero co usłyszała do melodii, która wydawała jej się mniej więcej właściwa. Pan od landrynek zachwyca się dziewczynką i zachęca ją do dalszego śpiewania. Babcia dopinguje dziecko, trochę tego zachwytu spłynie przecież i na nią, a Madzia zna tyle piosenek, proszę państwa, wiecie jak ona ładnie śpiewa, jaki ma delikatny głosik, w szkole do chóru ją zaprosili. Madzia nie lubi kiedy babcia kradnie jej zachwyt. Mama robi to samo. Zachwyt nigdy nie należał do niej, a tak chciała, tak bardzo chciała go przynajmniej raz dla siebie zatrzymać. Myśli, że może jeśli zaśpiewa, to nie będzie wątpliwości, że ten moment jest Magdy, a nie jej babci, nikt nie zagarnie tego momentu. Śpiewa więc, śpiewa piosenkę, którą słyszała bardzo wiele razy zza zamkniętych drzwi rodziców, kiedy przychodzili do nich sąsiedzi i znajomi, wszyscy przyciszonymi głosami śpiewali tę piosenkę. Nie bardzo wiadomo, skąd Madzia zna słowa, ale zna, wszystkie co do jednego na pamięć. Śpiewa więc, coraz śmielej, ale nikt nie wyraża zachwytu. Nikt już się nie uśmiecha. W przedziale zapada grobowa cisza.

       

      Magda opowiedziała Amerykaninowi tyle Polski ile dała rady, wytłumaczyła kilka niezrozumiałości, które wyłapał turysta. Co to są kioski „Ruchu”. Dlaczego Warszawiacy jeżdżą tak agresywnie i nagminnie łamią przepisy ruchu drogowego. Nawet rowerzyści. Skąd się wzięło w stolicy Polski tyle pięknych kobiet. Takich jak pani, dodał szarmancko, ale ona jego też nie pociągała, nie naprawdę. Flirt był grzecznościowy po obu stronach. Policjant miał wiedzę na poziomie przeciętnego obywatela wykształconego w USA, mętną świadomość wydarzeń drugiej wojny światowej, komunizmu, znał nazwę „Solidarność” i rozumiał, że polski naród cierpiał wiele. Dziwił się czystym ulicom i punktualnym autobusom Warszawy. Kulturalnie przyznawał, że jadą nowoczesnym pociągiem i że mieszkał w wygodnym hotelu. Ale nie rozumiał, nie głęboko, nie intymnie, jakby się nie starał, nie potrafił ukryć prześwitującego na jego twarzy wyrazu chłopięcego zadziwienia i ulgi, że to nie jego los. Magda pomyślała, że zmieni temat i zapytała go o jego życie w Georgii. Bardzo szybko, zanim się nawet zorientowała, dowiedziała się o nim, że popiera karę śmierci, uważa, że Amerykanie powinni mieć swobodny dostęp do broni, wyznaje tradycyjne wartości i że jest samotny, że szuka kobiety, jakiejś takiej abstrakcyjnej kobiety, jej intuicja mówiła, że dlatego zaczął od Moskwy, dlatego rozdzielili się z kolegą i siedzieli w dwóch różnych miejscach wagonu, że jakimś cudem miały się w ich życiu w trakcie tego urlopu pojawić stereotypowe dziewczyny ze wschodu – szczupłe, odziane w mini i w białe kozaczki, blondwłose, niebieskookie, nieprzesadnie wyemancypowane, więc obrotne w kuchni i bierne w sypialni, naiwnie marzące o amerykańskich kowbojach, wygłodniałe wręcz kowboja, który by je wyratował z głębin biografii naznaczonej ciężką pracą, jałowością, brakiem perspektyw i straumatyzowanymi patologiami w ramach potencjalnych partnerów życiowych. Kowboj, który by je porwał do Georgii, do swojego ładnego, schludnego domu z psem i ogrodem na tyłach. Magda oglądała zdjęcia urządzonego po spartańsku i na brązowo domeczku na telefonie policjanta i kulturalnie wzdychała w odpowiednich miejscach, zastanawiając się, dlaczego przechodzą przez cały ten rytuał, skoro już wiadomo im obojgu, że ona nie pasuje do schematu. Ma trzy dyplomy, zna trzy języki, jest samodzielna finansowo i rozwiedziona. Kiedy rozstawali się na Berlin Hauptbanhof poznała jego partnera i uścisnęła jego dłoń. Policjant pożegnał się elegancko. Życzyli sobie dobrego weekendu i już mieli rozejść się w dwie różne strony kiedy on zaczął szukać czegoś gorączkowo po kieszeniach skórzanej kurtki. W końcu w wewnętrznej kieszeni znalazł zapakowany w foliowy woreczek bladoróżowy breloczek. Włożył jej go w dłoń, uścisnął jeszcze raz, bez uśmiechu, być może policjanci z południa USA po prostu się nie uśmiechają, i zniknął w tłumie Berlińczyków. Otworzyła pięść i zobaczyła litery L.O.V.E.

       

      On natchniony i młody był, ich nie policzyłby nikt
      On im dodawał pieśnią sil, śpiewał, że blisko już świt
      Świec tysiące palili mu, znad głów unosił się dym
      Śpiewał, że czas, by runął mur, oni śpiewali wraz z nim

      Wyrwij murom zęby krat
      Zerwij kajdany, połam bat
      A mury runą, runą, runą
      I pogrzebią stary świat!

      Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów
      Niosła ze sobą starą treść, dreszcze na wskroś serc i dusz
      Śpiewali wiec, klaskali w rytm, jak wystrzał poklask ich brzmiał
      I ciążył łańcuch, zwlekał świt, on wciąż śpiewał i grał

      Wyrwij murom zęby krat
      Zerwij kajdany, połam bat
      A mury runą, runą, runą
      I pogrzebią stary świat!

      Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas
      I z pieśnią, że już blisko świt, szli ulicami miast
      Zwalali pomniki i rwali bruk - Ten z nami! Ten przeciw nam!
      Kto sam, ten nasz najgorszy wróg! A śpiewak także był sam

      Patrzył na równy tłumów marsz
      Milczał wsłuchany w kroków huk
      A mury rosły, rosły, rosły
      Łańcuch kołysał się u nóg...

      Patrzy na równy tłumów marsz
      Milczy wsłuchany w kroków huk
      A mury rosną, rosną, rosną
      Łańcuch kołysze się u nóg...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 21 marca 2018 16:14
  • niedziela, 11 marca 2018
    • Bycie dla siebie oparciem

      "The virtue in most request is conformity" (Najbardziej pożądaną przez innych cnotą jest konformizm) - Emerson

      "People say that what we're all seeking is a meaning for life. I don't think that's what we're really seeking. I think that what we're seeking is an experience of being alive, so that our life experiences on the purely physical plane will have resonances with our own innermost being and reality, so that we actually feel the rapture of being alive" (Mówi się, że wszyscy szukamy sensu życia. Ja tak nie myślę. Myślę, że tym, czego szukamy jest doświadczenie bycia w pełni żywym, tak aby nasze czysto fizyczne, zmysłowe doświadczenia odzwierciedlały naszą najgłębszą wewnętrzną rzeczywistość i nasz wewnętrzny intymny byt - a my odczulibyśmy zachwyt witalności." - Campbell

      Już raz - niedawno - pisałam na zadany temat z artykułu polecającego pisarskie medytacje, które budują oparcie w samym sobie ((https://www.artofmanliness.com/2018/02/28/31-days-greater-self-reliance/). Dzisiaj odsłona druga, bo ostatnio sprawiło mi to sporo przyjemności i okazało się być niezwykle budujące. Temat drugi w cyklu ćwiczeń budowania większej wewnątrzsterowności to odwaga pójścia za swoją własną potrzebą spójności ze światem i witalności, pełni, intensywności. To też pytanie kiedy i dlaczego poświęcamy ten rezonans między własną głębią i światem na zewnątrz dla poczucia bezpieczeństwa, dla głasków i zachwytów innych ludzi, dla przewidywalności. 

      Ja sobie myślę, że zapisałam się na rozmaite zajęcia - na rysunek, na improwizację, zaczęłam w ramach wolontariatu prowadzić konwersacje z angielskiego dla lokalnej społeczności, jadę niedługo na turniej debat parlamentarnych dla kobiet - w poszukiwaniu właśnie tego, w przeczuciu (a może wspomnieniu) pełni. Dlatego też regularnie sztacham się mediami społecznościowymi - obserwuję innych ludzi na pięknych zdjęciach w restauracjach, na szczytach gór, w apogeum imprezy i w zawodowym triumfie - żeby może i na mnie to jakoś spłynęło. Paradoks jest taki, że czepianie się ech pełni w świecie zewnętrznym, próba ich sprowokowania, zmuszenia szybko i przemocą żeby się zdarzyły, to także wymuszanie określonych emocji i zachowań na sobie i na innych. Paradoks jest taki, że - jak na ironię - pełnia na zajęciach rysunku zdarzyła mi się na razie tylko raz - w intensywnym przepływie kiedy eksperymentowałam z węglem i białą kredką i zlałam się na moment zmysłowo z udrapowanym fantazyjnie płótnem, które miałam odzwierciedlić na papierze, ze światłocieniem. Pozwoliłam im sobie być we mnie. Z naciskiem na POZWOLIŁAM.

      Drugie - oczekiwane, upragnione - doświadczenie intensywności bycia - rzeczywiście przyszło w czasie jednych z naszych sąsiedzkich konwersacji - dokładnie wtedy, kiedy puściłam kontrolę i oddałam ją komuś innemu. Do mojej grupy dołączyła bardzo śmiała i asertywna dziewczyna, która spoiła nas wszystkich prosecco i zagarnęła na moment rozmowę, pokierowała nią po swojemu. Usunąwszy się na lekkim radosnym rauszu w cień mogłam ekstatycznie obserwować spontaniczne reakcje ludzi, którzy się zaczynają lubić, ufać sobie, znajdować podobieństwa i odzwierciedlenia.

      Jaskrawe doświadczenie życia zdarzyło mi się też pomiędzy. W przestrzeniach gdzie teoretycznie nic szczególnego nie przynależy - bo przecież praca, przyjaźnie, miłość, pasje - to są zaprogramowane kulturowo miejsca na epifanie i na zachwyty. Kiedy byłam mała unikałam stąpania po rysach i krawędziach płyt chodnikowych. A tymczasem to w rysach i na krawędziach systemu jest to, czego szukam. Więc szłam w szary poranek z psem mokrą ulicą i natrafiliśmy na plastikowego gawrona, który spadł z balkonu w pobliskim bloku, gdzie miał pewnie odstraszać inne ptaki. Mój pies go zaczął wąchać, a mnie, jak prąd, przeszyło wspomnienie-rozpoznanie. Cudownego absurdu. Dysonansu. Pomyślałam, że jeśli tego będzie w moim życiu więcej, to da mi to siłę. To mogę tak żyć.

      Na pewno żadne doświadczenie witalności mi się nie zdarza kiedy go strasznie, nadludzko, w wielkim spięciu chcę. Jak małe dziecko uruchamiam wtedy wszystkie swoje zasoby - napinam mięśnie, mobilizuję systemy witalne, żyłkę pierdzącą i maszynerię wewnętrzną. I nic.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 marca 2018 10:25
  • sobota, 10 marca 2018
    • Kronika niesprawiedliwości

      Nie wiem, może ten blog powinien nazywać się tak, jak dzisiejszy wpis. Kronika niesprawiedliwości. Dziennik ofiary. Pamiętnik pominiętej, niezauważonej, pogrążonej w ciszy i realizującej się bezinteresownie w kulisach. Moja terapeutka się cieszy, że jej po raz kolejny mówię, że jej nienawidzę, no nienawidzę jej. Ja się zastanawiam, czy kiedykolwiek nazwę niesprawiedliwość wprost i na bieżąco, wścieknę się i wykrzyczę sprzeciw w momencie kiedy jeszcze coś można zmienić. Na razie w bezpiecznym pokoiku, na drewnianej podłodze, przy rozbuchanej kozie, bo im dalej od kozy, tym zimniej, na razie w cieplarnianych warunkach terapii wyrażam sprzeciw cichutko i nie ryzykując zbyt wiele.

      A w realu funkcjonuję na granicy ataku paniki. W pomieszaniu i przebodźcowaniu, żonglując swoimi licznymi pokazowymi tożsamościami tak, żeby nikt nie zauważył jak bardzo jestem w środku nienawistna i zgorzkniała. Siedzę w dusznej piwnicy o niskim suficie, mam nadwagę, bo zajadam tęsknotę za spaniem w przytuleniu do czyichś ciepłych pleców. Dwa rzędy przede mną para mężczyzn trzyma się czule za ręce. Jeden z nich, blondyn o delikatnych rysach i prościuteńkim nosie, głaszcze swojego faceta po policzku. Mnie prawie podrywa z krzesła zawiść. Ja chcę tak być głaskana. Nienawidzę ich. Na scenie rozgrywa się rozkoszny absurd w języku angielskim. Cztery osoby wywołują duchy, filmują seksualne demony, próbują ratować toksyczną relację z matką, próbują posklejać rozpadające się małżeństwo. A wszystko improwizowane przez trupę trzech błyskotliwych polskich dziewczyn i jednego faceta z Chicago. Zaśmiewamy się, a w międzyczasie robi się coraz duszniej. Patrzę na jedną z tych dziewczyn, już ją widziałam kiedyś na tej scenie. Jest wysoka, szczupła, zjawiskowa. Jej twarz doskonale gra demona i tak samo idealnie wciela się w rolę niewdzięcznej małżonki. Coraz goręcej, coraz mniej powietrza. Piję łyk wody z butelki, zdejmuję sweter. Ale nie jest mi dobrze, coś buzuje, coś starego i znajomego, coś zupełnie absurdalnie przyklejonego do teatrów, samolotów i metra, do miejsc, gdzie się jest w ciasnej przestrzeni z innymi ludźmi, potrzebuję wyjść, bo inaczej zacznę krzyczeć i przerwę ten spektakl, zabieram płaszcz i sam fakt podniesienia się i przeproszenia dziewczyny z siedzenia obok rozładowuje napięcie. Nie zniosę zdolności tej rudowłosej kobiety na scenie, swojej zazdrości i bezradności, nie zniosę jej urody, jej seksapilu, nie zdzierżę tych dwóch facetów, którzy się niezbyt dawno zakochali, bo dają i dają i dają szczodrze, jakby się wpatrywali nawzajem w dwa cudy. Nie dostałam dzisiaj ataku paniki, jakaś emocjonalna torbiel za to pyknęła mi w głowie i zrozumiałam.

      Wcześniej tego samego dnia skończyłam swój pierwszy w życiu kurs improwizacji. Jestem nieśmiała. Obcy ludzie mnie obezwładniają. Występowanie, i to bez skryptu, przed grupą nieznanych mi osób to obciążenie i wyzwanie. Na ten kurs jeździłam zawsze z duszą na ramieniu, łamałam się cały dzień, negocjowałam sama ze sobą czy może aby nie mam dobrego powodu żeby jednak zostać w domu. Wracały do mnie mdłościami stare okrutne wspomnienia. A jednak każda sesja, rozpędzona, dynamiczna, zmuszająca do bycia tu i teraz, każda sesja zabaw i gier na spontaniczność energetyzowała mnie i inspirowała. Przydawała się też w codziennym życiu. W improwizacji jest na przykład żelazna zasada "tak, i", która oznacza, że kiedy drugi człowiek przychodzi do nas z jakąś "ofertą" - o czymś chce opowiedzieć, coś pokazać, czymś się podzielić ze swojego życia, zdrowo i konstruktywnie i twórczo jest mu na tę ofertę nie reagować typowo po polsku (no co ty mówisz, wcale tak nie jest, oj tam oj tam), ale w duchu "tak, i". Zgodzić się, przyjąć, zaakceptować, po czym dodać coś od siebie. Po cyklu sześciu warsztatów, dzięki którym trochę wróciłam do rzeczywistości, trochę odczarowałam robienie z siebie głupola publicznie, trochę doceniłam jak mamy różną ekspresję jako ludzie, a na dodatek rozluźniłam się nieco, nasz instruktor usadził nas w kółku i oznajmił, że na koniec kursu podzielimy się pozytywną informacją zwrotną, po czym każdy dostanie wskazówki co w przyszłości poprawić.

      Chłopcy w naszej grupie byli świetni. Charakterystyczni, pewni siebie, błyskotliwi, odważni. Każdy miał wyrazistą specjalność (jeden zawsze grał wariatów, drugi zawsze przejmował inicjatywę, trzeci nie bał się kwestionować zasad) i równie wyrazistą słabość (za mało autentycznie, zbyt zachowawczo, zbyt mało ekspresyjnie). Z dziewczynami szybko okazało się co innego. Jak zwykle z opóźnionym zapłonem, w duchu "esprit d'escalier", olśniło mnie, że coś we mnie zgrzytnęło dopiero nad jakimś kurczakiem z brokułami w chińskiej knajpie, kiedy godzinę później trawiłam ten dziwny wiosenny dzień (bez czapki! w okularach słonecznych!). Bo mianowicie okazało się, że dziewczyn nie ma za bardzo za co pochwalić. Natomiast wszystkie, jedna po drugiej, usłyszałyśmy żeby wyjść ze swojej głowy, żeby wyjąć sobie kij z tyłka, żeby przestać przejmować się tym, co ludzie pomyślą (to ja, bardzo słusznie), żeby się nie bać tak bardzo. Nasz instruktor miał w każdym przypadku stuprocentową rację. W punkt. Dziewczyna z kijem w tyłku powinna się go pozbyć. Dziewczyna z syndromem pilnej uczennicy powinna podjąć jakieś ryzyko, dać sobie popłynąć. Ja powinnam wyjść z głowy i - cytując instruktorską poradę dla wszystkich pań - wypić wirtualnego drinka na rozluźnienie. W punkt.

      Jestem przyzwyczajona, że nikt się mną nie zachwyca.

      Jestem przepełniona goryczą, że nikt się mną nie zachwyca.

      Mam w sobie po kokardę gniewu, ze nikt się mną nie zachwyca. Dlaczego nikt się mną nie zachwyca?

      Moi koledzy z warsztatów rzeczywiście bywali zachwycający. Inspirowali mnie. Parę koleżanek też. Kiedy patrzyłam od środka na moje własne postępy i moje własne występy, przez tych sześć tygodni zdarzyło mi się kilka razy coś fajowego, wybuchy śmiechu i trochę zaskoczenia na widowni, parę westchnień i zaciekawień. Zdziwiłam się. Że tak mało można o mnie dobrego powiedzieć. Ale przecież powinnno to dla mnie być oczywiste. Nie budzę zachwytu. Nie tak, jak Piotrek i Wojtek i Maciek. Miernik jest męski. Zawsze był i zawsze będzie. Mężczyźni tak naprawdę są zakochani w innych mężczyznach. Kobiety nie budzą takiego samego respektu i podziwu. Metabolizując ten wieczór na kurczaku z brokułem, za późno, bez refleksu, a za to ze znajomym kwaśnym posmakiem w ustach, że znowu zabrakło mi pewności swojego zdania, może zwariowałam, może przesadzam, może jestem przewrażliwiona, jak zwykle, metabolizując tę rundkę informacji zwrotnych, pomyślałam, że powinnam była powiedzieć na koniec, że te dziewczyny - z kijem w dupie, pospinane, przerażone, w swojej głowie - były niesamowicie odważne. Sam fakt przyjścia i przejścia przez ten cykl warsztatów dla kobiety - zniechęcanej do zabierania głosu, subtelnie karanej za dominację, za popisywanie się, przemilczanej kiedy jest śmieszna, przecież kobiety nie są zabawne - sam fakt przyjścia i przejścia tego doświadczenia jest aktem odwagi. Ja - tchórz - po czterech latach terapii - z sercem na ramieniu i mdłościami w żołądku - popełniłam akt odwagi, akt transgresji decydując się tak odsłonić przy obcych. Później, wieczorem, na scenie, zobaczyłam dziewczyny, które łamią wielowiekowe stereotypy, każda w swoim stylu, brawurowo, międzynarodowo, w obcym języku. Powinnam była do którejś podejść i pogratulować. Zamiast tego siedziałam kisząc się w swojej niemocy, wściekła, zazdrosna, bezradna, bo ile bym nie próbowała, zawsze usłyszę, że jestem za mało. Niewystarczająco. I któregoś dnia, po miesiącach mobbingu, po latach zniechęcania, po dekadach bycia przemilczaną, któregoś dnia zrezygnuję na dobre. Nie ja jedna. Każdy mój dzień jest więc triumfem woli. Każda próba, nawet nieśmiała, jest zwycięstwem nad niechętnym otoczeniem. Każda z tych dziewczyn, które ze mną podjęły ryzyko jest dzielna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kronika niesprawiedliwości”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 10 marca 2018 23:10
  • czwartek, 08 marca 2018
    • Dzień kobiet

      Może być tak, że jestem trochę dziwna. Zeźlona, zgorzkniała, przemądrzała, obrażona na siebie, na was i na rzeczywistość. Może tak być i zaczynam rozumieć dlaczego tak jest. Trochę nie moja wina. Trochę nie ma już sensu marnować energii naroztrząsanie wszystkiego, co było dotąd niezasłużenie bolesne. Trochę i tak będę to musiała przepłakać i odżałować i zrozumieć i poprzebaczać. Ludzie, którym będę przebaczać? Im stały się jeszcze gorsze rzeczy, więc po co dodawać ból do bólu?

      Zaczynam też rozumieć, że dziwna już będę bezpowrotnie. Mogę się własnym kosztem przeciw takiej potrzaskanej i byle jak pozrastanej buntować, ale to klątwa i błogosławieństwo nienegocjowalne. Chodzę po ulicach, których dawno temu nauczyłam się nie lubić - też kiedyś potrzaskanych, też na odwal się połatanych, bliznami naznaczonych, niewystarczająco kochanych i widzę tabuny mężczyzn w różnym wieku pędzących przed siebie ściskając czerwone róże na dzień kobiet. Gimnazjaliści dla nauczycielek, biznesmeni dla współpracownic z biura. W tramwaju ktoś miał gazetę, a w gazecie pomysły na prezenty dla pięknych pań. Kwiatki, perfumy, bielizna. I myślę sobie - jestem dziwna. Bo nie chciałabym tych prezentów od mojego mężczyzny. Chciałabym od niego czasu, uwagi i czułej akceptacji dla swojej własnej i mojej dziwności. Mój były mężczyzna, jak co roku, jest pewnie właśnie teraz na profesjonalnej misji w Biedronce, objuczony naręczami tulipanów w cenie hurtowej dla koleżanek z pracy. Każda myśl o nim jeszcze fizycznie boli. Ale być może czuł, że musi być wierny swojej dziwności, a moja dziwność mu w tym nie pomaga.

      Myślę sobie, słodko-gorzko, że bycie dziwnym ma też trochę zalet. Nigdy nie będę domyślną, standardową kobietą-adresatką prezencików z tramwajowej gazetki, bo od dwóch dekad, jak bym nie próbowała, zawsze znajdę ważniejsze rzeczy do zrobienia niż leżeć i pachnieć aby mojemu mężczyźnie czy komukolwiek innemu było w życiu przyjemniej. Dla siebie natomiast leżeć i pachnieć, z dziką radością. A jeśli bieliznę i perfumy dostaję od kogoś, kto nie bardzo się garnie do współodpowiedzialności za rozmaite praktyczne sprawy typu czynsz i rachunki i prace domowe i wspólne projekty i kondycja naszego związku, to mi się odechciewa leżeć i pachnieć w ogóle, a kwiatka to mam ochotę mu razem z wazonem rozbić na samolubnej wybiórczo ślepej głowie.

      Jestem dziwna, więc mogę sobie pozwolić na mówienie takich rzeczy.

      Ostatnio koleżanka była z siostrą na przymierzaniu sukien ślubnych. Siostra nosi rozmiar 40, ale żaden z odwiedzanych salonów nie miał na stanie nic powyżej 36, co mi się wydaje kłócić ze statystykami, bo przeciętna Polka w wieku rozrodczym to raczej 40/42. W sklepach takie ubrania nikną z półek w pierwszej kolejności, bo najwięcej klientek ich pożąda. Siostra koleżanki po każdej wizycie w salonie ślubnym (przygotowując się na NAJSZCZĘŚLIWSZY dzień swojego całego życia) płakała, że jest tłustym wielorybem, bo sprzedawczynie, jakby w jakiejś koszmarnej dystopijnej zmowie, twierdziły, że musi schudnąć przynajmniej do 38, bo ich rozmiar jest jedyny słuszny. Na przemian wciskały ją na siłę w maciupeńkie, niedopinające się koronkowe bezy albo przykładały te bezy w cenie pięć do siedmiu tysięcy złotych do jej "wielorybiego" ciała i kazały jej sobie wyobrażać jak będzie wyglądała w specjalnie sprowadzanym nienormatywnym rozmiarze.

      Jak już stwierdziliśmy, ja jestem dziwna i nienormatywna i ekscentryczna, więc mogę powiedzieć, że wyhodowaliśmy sobie w tym naszym kulturowym praktykowaniu kobiecości coś chorego, poniżającego i szkodliwego.

      Dziękuję za uwagę i całkiem szczerze życzę wszystkim rozkwitu wewnętrznej kobiety, cokolwiek by to nie oznaczało i jakkolwiek niestandardowa by ona nie była.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Dzień kobiet”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 marca 2018 08:55
  • wtorek, 06 marca 2018
    • Szczęśliwe zakończenia

      Nie jestem w stanie oglądać filmów, wiecie? Od lat nie mam telewizora, ostatnio przyszedł przerażający rachunek za zaległy abonament, więc natychmiast pobiegłam na pocztę i zadeklarowałam stan faktyczny, czyli zero odbiorników czegokolwiek. Kłopot w tym, że nawet na Netfliksie, który oferuje gamę rozmaitych spersonalizowanych materiałów audiowizualnych nie potrafię już oglądać historyjek z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. Czuję się wtedy oszukana. Albo co gorsza zaczynam jak przez całe lata czekać na happy end w prawdziwym życiu. A przecież stoimy na splotach niedomkniętych projektów, niedogadanych spraw, niezrozumianych konfliktów, niespełnionych marzeń i oczekiwań, które okazały się mrzonkami. Niezrealizowanych planów. Nielogicznych wydarzeń i nieuzasadnionych porażek i niezasłużonych szczęść. Żądam wstępu, rozwinięcia i podsumowania. Żądam logiki i sprawiedliwości. Żądam sensu.

      Czy to wszystko dlatego, że przez wiele lat się karmiłam bajkami, w których zło było brzydkie, a dobro grzeczne i miłe, a na koniec historii triumfował ładny i sympatyczny bohater, który generalnie lubił pomagać innym?

      Uczę się powoli żyć z biografią pełną wątków urwanych bez logicznych przyczyn. Procesów, które się inaczej potoczyły. Ludzie, którzy mieli zostać odeszli, ludzie, którzy nie byli potrzebni zostali najlojalniej. Czuję się głupia i zagubiona, ale też coraz częściej czułość we mnie budzą te dzikie, chaotyczne organiczne poruszenia świata, w którym panuje wolna amerykanka. Wracam do swoich słowiańskich korzeni, przyjmując fundamentalnie nadwiślańską filozofię "jakoś to będzie", rozumiejąc, że rządzą nami wariaci z wzdęciem godnościowym, że moim życiem poruszają kaprysy ludzi, którzy mnie nie widzą, nie słyszą, których ja nie interesuję. Jestem nieodwracalnie sama i nikt mi nic nie jest winny. Tym bardziej wdzięczność mnie zalewa wobec osób, które tkwią, trwają, dają.

      Na jakimś fundamentalnym poziomie panuje we mnie nieustająca teraźniejszość, a wszelkie wydarzenia to tylko pozory, falki na nieporuszonej tafli czasoprzestrzeni, fantomy zaburzeń, które bolą tylko o tyle, o ile człowiek przywiązuje się do własnej koncepcji jak powinno być. Nikt mi nie jest nic winien. A szczęśliwe zakończenia mają tę wadę, że po nich włączają się napisy końcowe.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 marca 2018 15:55
  • czwartek, 01 marca 2018
    • Dezorganizacja

      “The primary cause of disorder in ourselves is the seeking of reality promised by another.” ―Jiddu Krishnamurti

      "Podstawową przyczyną nieporządku [choroby] w nas samych jest poszukiwanie rzeczywistości obiecanej przez kogoś innego" - Jiddu Krishnamurti

      Czasem warto przyglądać się językowi, bo kryje w sobie dawno zapomniane mądrości, wytłumaczenia zjawisk, od których odeszliśmy daleko, a szkoda. Angielskie słowa "disorder" i "disease" są pięknym przykładem takiej mądrości, bo chociaż oba przetłumaczyłabym na polski jako chorobę czy przypadłość, ich podstawowe znaczenie jest dużo ciekawsze. Dis- to przedrostek negatywny, oznaczający przeciwieństwo czegoś. "Order" to porządek, struktura. "Disorder" oznacza więc załamanie się porządku wewnętrznego, dysharmonię, nieład. Natomiast "ease" to łatwość, komfort, spokój, a więc "disease" oznacza zaburzenie komfortu i przyjemnego funkcjonowania. Ładne to. I bardzo zgadza się z moim codziennym, cielesnym doświadczaniem rzeczywistości. Pochylam się ostatnio nad swoim wewnętrznym bałaganem [disorder], szukam jakichś oparć, ale niestety szukam ich w sobie, bo zewnętrzne oparcia zawiodły mnie hurtowo i wygląda na to, że stojąc z nosem przy metaforycznej egzystencjalnej ścianie muszę wreszcie dopuścić do siebie własną odpowiedzialność za siebie samą.

      Zaczęłam od cytatu z Krishnamurtiego, bo znalazłam artykulik (https://www.artofmanliness.com/2018/02/28/31-days-greater-self-reliance/) na temat kształtowania cechy, która po angielsku nazywa się "self-reliance", czyli pewność samego siebie, umiejętność polegania na sobie, samowystarczalność albo samosterowność. Nie wiem, czy znajdę dobre, precyzyjne tłumaczenie tego słowa na polski, może dlatego, że my jednak jesteśmy jeszcze bardziej plemienną kulturą, a w indywidualistycznych, protestanckich anglosaskich kulturach poleganie na sobie jest wartością fundamentalną, więc i więcej się o nim mówi, więcej pisze. Artykulik o wewnątrzsterowności podaje 31 inspiracji i zachęca do potraktowania każdej z nich jako przyczynku do własnej pisaniny, do pisemnej medytacji na zadany temat. Dzisiejszy temat dotyczy gonienia za cudzymi obietnicami - za marketingami, za politycznymi mrzonkami, za religijnymi utopiami, za romantycznymi oczekiwaniami wobec innych ludzi. No więc gonię. Ganiam. Mam cały komplet cudzych celów w sobie, z każdej z wymienionych kategorii i odmawiam puszczenia któregokolwiek z nich, chociaż od kurczowego trzymania mam już zbielałe knykcie, zdrętwiałe barki i w ogóle zmęczona jestem śmiertelnie spinaniem się żeby być ciągle lepiej i bardziej. Żeby spełniać i urzeczywistniać. Próbuję być wzorcową kobietą. Prymusem w pracy. Wydaje mi się, że to przyniesie opiekę i bezpieczeństwo, ale własnymi oczami i uszami zbieram informacje sprzeczne z taką nieśmiałą nadzieją. Bo nie, nikt nie weźmie za mnie takiej odpowiedzialności, ani partner, ani mama, ani szef ani moja terapeutka. Nikt za mnie nie będzie zdrowo jadł, wysypiał się, ćwiczył, dbał o relacje z ludźmi, mówił "nie" kiedy już nie chcę czegoś albo nie mogę.

      I właściwie tyle mam do powiedzenia na zadany temat. Codziennie staram się sprawdzać, czy kieruje mną rzeczywistość taka, jaka jest. Czy moje własne potrzeby takie, jakie rzeczywiście są. Czy jakaś obca, trzecia matryca, która mnie głęboko unieszczęśliwia, bo tworzy mi zestaw oczekiwań niespełnialnych - wobec mnie samej i świata na zewnątrz zarazem.

      A jeszcze przy okazji pochyliłabym się nad dwiema perełkami językowymi, których pierwotne znaczenia moim zdaniem pokazują głębokie psychologiczne zrozumienie natury ludzkiej zanim nawet psychologia objawiła się ludzkości jako nauka.

      Postradać zmysły

      Być przy zdrowych zmysłach

      To też jest trochę a propos bycia swoim własnym człowiekiem i sterowania sobą od środka. Jeśli za często zalewa mnie słuszny, ale nie zmetabolizowany gniew, jeśli smutek, jeśli lęk, to każde z tych uczuć, nie przeżytych więc chronicznych, zaburza mocno widzenie rzeczywistości, blokuje informacje na temat świata, które są konieczne żeby w tym świecie sprawnie i samodzielnie funkcjonować. Gniew dosłownie zawęża pole widzenia, a przy okazji zachęca do szybkich, czarno-białych reakcji, do eliminacji tego, co bardzo prymitywnie postrzegamy jako źródło problemu (często jest to osoba). Lęk zaburza postrzeganie przestrzeni. Gorycz namawia do wycofania się z życia i zżera możliwość odczuwania radości. W tym sensie kiedy zaczynają chorować emocje, choruje też nasz zestaw zmysłów. Nie możemy odbierać świata w proporcjach 1:1, w zniuansowany, zrównoważony sposób, bo chronicznie odczuwany smutek na przykład stępia albo całkiem wygasza receptory przyjemności. Świat jawi się więc jako przyjemności pozbawiony, a przecież wystarczy popatrzeć na pierwszego lepszego okolicznego psa i ma się dowód, że radość istnieje w hurtowych ilościach. Postradać zmysły oznacza odejść od optymalnego, zharmonizowanego odbioru rzeczywistości. Być przy zdrowych zmysłach oznacza równowagę psycho-fizyczną, szybkie metabolizowanie i regulowanie najtrudniejszych, zalewających emocji tak, żeby się nie kumulowały i nie odrywały od życia takiego, jakie jest.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 01 marca 2018 12:24
  • wtorek, 27 lutego 2018
    • Czułość

      Na dworze było przynajmniej minus osiem, iskrzyło, skrzyło, skrzypiało. Szczypało. W bebechach supernowoczesnego budynku, w którym pracuję coś się zepsuło i nawiew nawiewał mroźne powietrze z zewnątrz. Naprzeciwko mnie siedziało dwóch mężczyzn w identycznych eleganckich okularach Ray Ban. Obaj byli z wykształcenia chemikami, ten z Polski miał kilkudniowy zarost i jak większość znanych mi polskich ludzi sukcesu - nieważne czy byli trenerami sportowymi, czy właścicielami start-upów, czy może sprzedawcami luksusowych samochodów - wyglądał jak klon męskich modeli z żurnala, klon o dobrze zakamuflowanych cechach osobniczych. Wszystko, co było w nim indywidualne zniknęło pod warstwą wzorcowej opalonej przystojności i mundurkiem z markowych ciuchów. Szkoda. Drobnokościsty Francuz w Ray Banach miał obwiązany wokół szyi stereotypowy paryski szaliczek, a na głowie siwy nieład, jakby nigdy nie musiał dorosnąć i się ogarnąć. Obok nich człowiek z Portugalii, potem staruszek Francuz, który wyglądał jak Mikołajek, kolejny szczuplutki romański Piotruś Pan, który w niezmienionej formie, niewinno-naiwnej, zamroczonej jakby strachem przed światem, uroczy człowiek, który w niezmienionej formie przetrwał w spektakularnym zagubieniu do siedemdziesiątki. Przez większość dnia Mikołajek milczał. Czasem tylko budził się do życia i zadawał półprzytomne pytanie. Obok niego dwie panie profesor. Jedna z Oksfordu, z wystudiowanym brytyjskim akcentem, o specjalizacji, która nieodmiennie mnie fascynuje, z domeny porażająco zdominowanej przez mężczyzn. Druga z Politechniki, przepiękna kobieta z mózgiem, któremu nie przeszkadzały funkcjonować na ostrych, precyzyjnych obrotach futerka i perły i loki stanowiące tego mózgu godną oprawę. A więc można, pomyślałam. A więc można nie wstydzić się zarazem swojej chłodnej analitycznej głowy i swojej potrzeby zmysłowości. A więc mogłabym rozpostrzeć swój intelekt taki, jaki naprawdę jest, tnący jak brzytwa, brudnawy, chaotyczny żywioł, nie temperując go ani nie cenzurując dla nikogo. Nie obawiając się. A więc mogłabym to zrobić nadal ubierając się w te swoje kolorowe kwieciste sukieneczki, bo kto powiedział, że jest w tym sprzeczność.

      Powiedzmy, że to był egzamin komisyjny. Portugalczyk bardzo szybko okazał się najbardziej przytomnym, wszechstronnym, obecnym tu i teraz człowiekiem. Zadawał trzeźwe pytania trafiające w sedno, surowy, ale pomocny. Konstruktywny. Ani na moment nie wycofał się, nie przysnął. Brał odpowiedzialność. Prawdziwy przewodnik stada. Zapragnęłam być jego owieczką. Zresztą dzisiaj zakochałam się w przynajmniej czterech osobach, miewam takie dni kiedy niesubordynacja żywych istot ludzkich budzi moją absolutną czułość i mnie rozmiękcza od środka i nagle moje bezsensowne życie ma sens i nagle mogę ustać w poszukiwaniach, bo nie ma już czego szukać, bo wszystko jest jakie jest i takie ma być. Pewnie zaczyna się ode mnie. Pewnie i siebie czułością darzę w tym moim biologicznym dzikim burdlu wewnętrznym. Nienawidzę mojej terapeutki. Dawno tak bardzo nie bolało mnie i nie zachwycało życie. Moje życie, życie we mnie, życie wokół mnie, które rozpoznaję. 

      Na samym początku zakochałam się w młodym chłopaku, który opowiadał nam o swoich badaniach naukowych. Był tak skromny i kompetentny, że zawstydziłam się swoją życiową arogancką amatorszczyzną. Jestem specjalistką w niczym przekonaną o własnej w niczym nieomylności. Był poważny. Miał podkrążone oczy i dziwne uzębienie. Kiedy się uśmiechał, coś się oduśmiechało wewnątrz mnie.

      Nazwisko po nazwisku, do sali wchodziły kolejne przepytywane osoby. Jedna z nich opowiadała o badaniach nad wielkością ziaren soi i łubinu. Popatrzyłam na jej prześliczną twarz, arcybiałe zęby, idealne niebieskie oczy, wysokie kości policzkowe, założone za uszy i ciągle poprawiane blond włosy, apogeum słowiańskiej genetyki, była naprawdę zjawiskowa, amalgamat wszystkich ważnych dla mnie kobiet, ale denerwowała się jak nikt inny. Jej nerwy zagłuszały jej własne myśli, zagłuszały jej kompetencję, zakrzykiwały odpowiednie angielskie słowa, więc znajdowała tylko najprostsze, nieprecyzyjne terminy, zacinała się i jąkała trzęsącym głosem i z mizerną kontrolą nad dłońmi. Znałam jej nerwy. To nerwy kobiety, która nauczyła się bać autorytetu, bo autorytet nie zwraca na nią uwagi. To nerwy badaczki z prowincji, która przyjechała do Warszawy, a Warszawa pokazuje jej obojętność, spieszy się i ma ważniejsze od niej sprawy na głowie. To nerwy Polki, która usiadła przed ludźmi z dużych ośrodków naukowych i wie, że i bez niej życie toczy się dalej. Że to jedna szansa na milion. Że w tej niesymetrycznej sytuacji jej zależy, a im mniej. Po jej wyjściu dobre dziesięć minut zajęło mi otrząśnięcie się z odzwierciedlonych emocji, które do niej należały. 

      Kilka godzin później, po całej procesji barwnych postaci, do sali egzaminacyjnej weszła drobna dziewczyna, którą już znałam i lubiłam. Byłyśmy kiedyś razem na kilkudniowym szkoleniu. W niej też się czule zadurzyłam. Na początek mechanicznym głosem wyrecytowała to i owo, a ja przestraszyłam się, że się głupio wyuczyła na pamięć czegoś, co lepiej by zabrzmiało spontanicznie, ale potem odpowiadała na szczegółowe pytania tak spokojnie i naturalnie, tak bardzo po swojemu i tak pewnie, że przestałam się o nią martwić. Głównym egzaminatorem był elegancki, bezpretensjonalnie przywódczy Portugalczyk. On nie potrzebował Ray Banów. Tak jak wszystkim dotąd, i jej zadawał trudne pytania, które pomagały nauczyć się i przemyśleć co się wie naprawdę, a czego się trzeba jeszcze dowiedzieć. Był imponujący. Ping-pong pytań i odpowiedzi nabrał dynamicznego rytmu, jakiegoś przepływu, oboje zaczęli się uśmiechać. Nagle zrozumiałam, że on ją pyta z prawdziwym zaciekawieniem, że całkiem niespodziewanie to egzaminator zaczął dowiadywać się nowych, nieznanych spraw od egzaminowanej, nagle zobaczyłam w jego oczach zadziwienie i czułość. Profesjonalną czułość. 

      Nigdy dotąd nie widziałam takiej platonicznej profesjonalnej czułości mężczyzny do kobiety. 

      Nie spodziewałam się też odkryć, w tej samej dokładnie chwili, że przez całe dotychczasowe życie na taką właśnie czułość próbowałam bezskutecznie zasłużyć. Zobaczyłam ją. Nie była skierowana do mnie, ale przynajmniej. Przynajmniej wiem, że istnieje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 lutego 2018 21:31
  • niedziela, 18 lutego 2018
    • Improwizacja

      Czasem zabieram się za pisanie kiedy dopiero mi prześwituje jakiś pomysł. Coś tam się kotłuje trochę euforycznie, trochę płaczliwie. Gdzieś dzwonią, ale czy w kościele czy w remizie ochotniczej straży pożarnej, nie powiem, bo jeszcze nie jestem pewna. Więc zaczynam pukać palcami w klawisze, a nuż mi się spod nich coś wynurzy, coś zabulgocze gwałtownie i niespodziewanie nabierze kształtów. A potem, a potem może znowu coś napiszę i zrozumiem te kształty, ukonkretnią mi się one, nabiorą kolorów i wypełnią się fakturami, a potem, a potem być może najzwyczajniej w świecie, pisząc już trzecią wersję tego niby samego, dotrze do mnie o czym to tak naprawdę jest. Z jasnością pełną i jaskrawą jak dzisiejsze wyczekiwane od tygodni słońce.

      Chodzę od niedawna na warsztaty improwizacji, gdzie uczę się po pierwsze pokory, a po drugie radosnego podejścia do robienia rzeczy głupich, niesmacznych, żenujących i nieśmiesznych. Instruktor podszedł do mnie wczoraj na zajęciach, klepnął po pleckach i powiedział przy wszystkich, że trzeba by mi kij z tyłka usunąć, bo jakaś spięta przyszłam w tym tygodniu. Powiem wam, że po trzech godzinach warsztatu rzeczywiście jakby mniej tego kija tam było, ale na początku miałam ochotę się równo przy wszystkich popłakać, bo trafił w sedno, w masywny wstydliwy kompleks mój, że jestem sztywniarą i zrobił to jeszcze publicznie. To zresztą pikuś przy fakcie, że mniej więcej godzinę później zostałam wywołana na środek kółka złożonego z kilkunastu osób i poproszona o wymienienie pięciu rzeczy, których nie powiedziałabym mojemu byłemu mężowi. Improwizacja jest trochę jak egzorcyzm, nagle się okazuje, że być może największą wartość komediową ma publiczne wywoływanie własnych największych demonów. Więc wymieniłam autentyczne pięć rzeczy, których nigdy w życiu nie usłyszałby ode mnie mój autentyczny, biograficzny, własny były mąż. Skąd wiedzieli? Jak trafili? To nie pierwszy raz mi się na tych zajęciach zdarza taki przypadek i nie pierwszy raz działa oczyszczająco, uwalniająco, zobaczenie perlistych, bulgoczących, rechotliwych reakcji rozbawionej publiczności. Nie wiem, co ze mną będzie w przyszłości, kim zostanę kiedy dorosnę, ale chyba w sobotnie popołudnia dzieje się coś, co formuje jakąś jutrzejszą mnie, coś ważnego.

      Ale wracając do pisania, improwizacja to właśnie coś, co mam wam dzisiaj do zaproponowania, w duchu dawania samej sobie zgody na głupie, nieudane, beznadziejne i nietrafione rzeczy, a nie natychmiastową perfekcję, bo wiem, że coś mi świta, ale muszę sobie pozwolić na strumień świadomości, na ryzyko, że spod palców wyłoni się zupełnie niespodziewane, nie do końca udane coś. Lub wręcz przeciwnie, przebłysk prawdy emocjonalnej, jakieś rozpoznanie, zrozumienie, odkrycie. Proszę bardzo, lecimy.

      Próbuję się na terapii zmierzyć z monumentalnym, żeliwnym pomnikiem, którym od bardzo dawna próbuję się stać, kimś nieomylnym i wybitnym, kimś jednoznacznie godnym szacunku i nigdy nie powodującym żenady, nie wywołującym pogardy. Próbuję zrozumieć, zobaczyć, jak bardzo jestem naszprycowana marzeniami niespełnionymi moich rodziców i dziadków, jak je uwewnętrzniłam (obce ciała) i zaprogramowałam sobie według nich swoje życie, nie do uniesienia życie, życie poza strefą komfortu i niezgodne z psychofizycznym kształtem mnie, jakiejś takiej kwilącej żałośliwie wewnętrznej mnie, która cieszy się ze sportu, rysowania, improwizacji, terapii, dobrych książek i spotkań z innymi, ciepłymi, zwyczajnymi, zrównoważonymi ludźmi.

      Ta kwiląca ja próbuje się cichutko komunikować ze mną pomnikową, żelbetową. Ze mną rozpędzoną jak bączek, zadaniową, sympatyczną, przemądrzałą, hop-do-przodu. Na przykład kiedy wchodzę na tindera i nudzę się tymi wszystkimi pozami i naprawdę mi się nie chce zdrapywać tych powierzchownych bzdur, które panowie deklarują na swój temat dopóki się nie dodrapię do ciapowatych, bezradnych, ciepłych wrażliwych kluch takich jak ja, Nie chce mi się im tłumaczyć, że nie, nie ma pośpiechu, nie musimy od razu, już dzisiaj, po trzech wymienionych powierzchownych grzecznościach skakać do łóżka. Nie, nie musimy natychmiast przyklepać, że będziemy przyjaciółmi z bonusem, bo kiedy ktoś mówi "przyjaciółka z bonusem" - to natychmiast odechciewa mi się zarówno przyjaźni jak i bonusa. Męczą mnie panowie, którzy za mnie decydują "idziemy spać". Jak ojcowie pięcioletnich królewien-córeczek. Albo objaśniają mi jak myślą kobiety. Kiedy piszę, że nie chce mi się rozmawiać przez telefon, wolę pisać albo się spotkać, w odpowiedzi dostaję kategoryczne stwierdzenie "Bo kobiety wolą pisać niż gadać". No kurwa nie, bo ja szczerze mówiąc codziennie wiszę na telefonie parę godzin, ale nie z obcymi, dopiero co zapoznanymi, zaabsorbowanymi sobą facetami, od których despotycznego tatusiowania przez whatsappa, który "muszę" sobie koniecznie zamontować, bo to "obowiązkowe osprzętowanie" (UCIEKAJ! kwili mi żałośliwy wrażliwy mądry głęboko prawdziwy głosik z głębi) wolę sobie w sobotni wieczór poczytać kryminał. Poza tym nie, to nieprawda, że "kobiety lubią mówić o abstrakcyjnych bezcielesnych rzeczach dlatego, że są bardziej fizjologiczne niż faceci, wiesz, miesiączki, poród, krew, kał, śluz, te rzeczy". Poza tym to skandal, że facet śmie opowiadać mi - kobiecie - o kobietach nie sprawdziwszy, czy aby ja też tak mam. Opowiada mi o jakimś betonowym monolicie, w którym cholernie trudno mi znaleźć własne odbicie. A kiedy mu piszę, że się nie zgadzam, zakrzykuje mnie, że on tak myśli, nie, że on to wie. A ja współczuję jego wszystkim dotychczasowym kobietom i nie chcę już się z nim spotkać na kawę, bo ta kawa będzie o nim, o jego książce, o kobietach, którymi nie jestem. Nigdy o mnie.

      Gorzej, gość pisze książkę o tej rzekomej kobiecości, facet pisze o tym, jak to jest być kobietą, ale ponieważ już wszystko wie, przestał sprawdzać z realnymi z krwi i kości kobietami czy to im pasuje, czy ma sens. Gorzej, w tej książce pisze tak naprawdę o sobie, pewnie kwili do swojej wewnętrznej kobiety i nie wie nawet, że opisuje odcięcie od własnego śluzu i własnej fizjologii. W przeciwieństwie do fragmentów książki, które dostałam do przeczytania, w mojej biograficznej, niespisanej książce rzeczywiście tak jest, że kobiety odcinają się od własnego ciała, ale odcinają się inaczej niż on kategorycznie ustalił i nie zmieni zdania, odcinają się i zamiast mówić o sobie, o swoim wewnętrznym wszechświecie, mówią o potrzebach cudzych ciał, o cudzych emocjach i bolączkach, zamiast czuć swoje własne wewnętrzne organy opisują gdzie w mieszkaniu zaległ się kurz, gdzie wypaczył się parkiet, że w szafie trzeba by usystematyzować ubrania. Mylą swoje wewnętrzne zdrowie z dobrostanem swojej społeczności i najbliższych relacji. Dokonują pewnego rodzaju przemieszczenia, przesunięcia. Moja mama zamiast samej siebie karmi swoich wnuków i dziwi się, jedząc chaotycznie i na wpół szkodliwie, że ma kłopoty z trawieniem. A ten facet nie słucha kiedy do niego mówi kobieta.

      Chyba że nie jestem kobietą. Chyba, że używanie kiedykolwiek terminu "kobieta" to bardzo zły znak, to rozpaczliwa próba wtłoczenia miliardów połyskliwych, wielorakich ludzkich fajerwerków, które mają waginy (a czasem nawet nie) do jednej zrozumiałej kategorii. Jak gorset, który równa wszystkie ekscytujące kształty do jednego prostackiego modelu. Duże piersi, małe piersi, średnie piersi, stożkowate i jabłkowate, wszystkie kastruje tak, żeby sterczały pod jedynym właściwym kątem. Więc może po prostu raz na zawsze odpuszczę sobie utożsamianie się z czymkolwiek, co ktokolwiek opisuje używając słowa na "k", bo dziewięć razy na dziesięć to dla mnie brzmi obco i nie rezonuje mi w środku z moją tożsamością. Więc czytam fragmenty książki pana, z którym nie spotkam się jednak na kawę. I ta kobieta w tej książce jest mi obca. Znam podobne do niej fantomy, żywe istoty, które zrobiły z siebie postaci złożone ze złudzeń, z dymu i luster, piętrowych masek, postaci zdysocjowane, zdezintegrowane, ale takie milutkie i ładniutkie i tajemnicze i delikatne na pozór. Głęboko przekonane, że tak naprawdę powinny być mężczyzną, więc próbujące raz na jakiś czas olśnić mężczyzn upodabniając się do nich, dyskutując o rzeczach bezcielesnych i abstrakcyjnych. Sporo facetów, których znam swój kontakt z cielesnością ogranicza do żartów z pierdzenia, wypróżniania się i rechotania z seksu. Do obsesynego, przemocowego, militarnego katowania swojego ciała sportem mimo, że ciało kwili "za dużo" albo "za mocno" albo "za szybko". Kontuzja za kontuzją albo karykaturalny przerost mięśni. I jest jeszcze obsesyjne redukowanie ciał do porno-seksu. To pewnie ci panowie, który w ramach zdjęć profilowych zamieszczają zdekapitowany tors z sześciopakiem (swój własny czy wyszukany w internecie?). Na tinderze osiem osób na dziesięć biega maratony albo pilotuje rakiety kosmiczne będąc równocześnie prezesem kilku globalnych korporacji i posiadając 190cm wzrostu (o co chodzi z tym wzrostem) oraz nieokiełznaną, gwałtowną, niepowstrzymaną potencję? 

      Są też panowie intelektualiści, którzy ciał nie mają. Nie uprawiają sportu, nie jedzą (albo nie wiedzą, co jedzą, bo to drugorzędne), nie śpią, nie łączą golonki i piwa z bólem wątroby ani otyłością związkiem przyczynowo-skutkowym, śmieją się z "ciot", które dbają o swoje ciało i duszę, ciałoduszę - "ciot" joginów, "ciot" wegan, "ciot" hipsterów, "ciot" lubiących i szanujących otaczających ich ludzi obu płci, "ciot" umiejących się przyjaźnić. "Ciot" refleksyjnych, spacerujących, marzących, tworzących, wrażliwych na przyrodę.

      O ile próba wpasowania się w stereotyp istoty zwanej kobietą jest jakimś przeraźliwym piętrowym, dezintegrującym koszmarkiem, to wpychanie samego siebie w zjawisko zwane męskością to czysta przemoc na własnym bycie. Jezusmaria.

      Więc nie pójdę na kawę i nie posłucham o tej książce. A ten mężczyzna pewnie ją wyda i pewnie będzie obwołany gwiazdorem empatii, mistrzem wczuwania się w obcy gatunek, czołowym ekspertem od moczu, kału i krwi kobiecej, a mnie (ani was) nadal nikt nie zapyta o doświadczenia od środka, będę czytać te obce, niezrozumiałe narracje, nieprzystające do prawdy, którą znam, którą kwilę ja.

      A moja prawda jest taka, że już nie wiem, co to znaczy być mężczyzną albo kobietą. Być może przez ostatnich kilka lat byłam bliżej męskiej formuły funkcjonowania w świecie - zostałam sprawnym korpo-żołnierzem, podporządkowałam swoje ciało firmie, hierarchiom, zadaniom, na miękkie relacyjne, twórcze i liryczne głupoty nie miałam czasu, seks był szybkim wyrzuceniem z siebie stresu, egocentrycznym zaspokojeniem fizjologicznego głodu, zmysłowość ginęła w wewnętrznym huku i pośpiechu, bliskość podległa "wyższej potrzebie" mojego stanowiska, władzy, udowadniania, że jestem czegoś warta, bronienia swojej pozycji w zakładowym łańcuchu pokarmowym i utrzymania się na dotychczasowym poziomie komfortu finansowego. Tyle że nawet jeśli teraz wiem, jakie to może być uczucie - od środka - jałowe, przemocowe i hałaśliwe, wyprane z kolorów i rutynowo nudne aż do rzygu, ale też pełne dumy, przepełnione dziwną mieszanką mocy i niemocy, wewnątrzsterowne, skuteczne, wolnościowe, wywołujące respekt, ustawiające ludzi tam, gdzie ich się chce ustawić, dające pewność siebie i generujące charyzmę - więc nawet jeśli teraz myślę, że wiem jakie to uczucie być pewnym typem faceta, a nawet skonsultowałam tę swoją teorię z kilkoma osobami płci męskiej, nie śmiałabym napisać książki z facetem w roli głównej. To nie mój obszar kompetencji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Improwizacja”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 lutego 2018 10:41

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl