Kucharka Zen

Wpisy

  • wtorek, 21 listopada 2017
    • Rachunek zysków i strat

      Gdyby moje emocje było widać i słychać, przy każdym moim kroku grzechotałyby głośno obijając mi się o ledwo dyszące wątłe ciało w środku, obciążając je niemożebnie pancerzem, który miał chronić jak kokon, a stał się niewygodnym ołowianym balastem.

      Nie chcę zaglądać do środka, bo w środku zobaczę bladego, wystraszonego robaczka niepewnego własnych ruchów, nie mogącego zdecydować, czy chce być wyrazistym, rozbzyczanym świetlikiem, na którego wszyscy zwracają uwagę, czy mrokolubną, dobrze ukrytą, wiecznie miękką dżdżownicą delikatną.

      A może żukiem świetnie chronionym chityną? Tyle lat utożsamiałam się z własnymi ochronnymi strukturami. Moją chityną były nagromadzone przez lata dobre wspomnienia i fantastyczne, nierealne fantazje, niewykonalne dzieła, nieosiągalne misje, wyśrubowane standardy, nieustępliwe nadzieje.

      Postukuje, grzechocze, chrzęści i dudni moja zbroja z niegdysiejszych szczęść, których nie chcę puścić, które chcę rozgrywać w myślach w nieskończoność, bo może to je sprowadzi z powrotem, może to odczaruje ich utratę. Młodsza ja, ładniejsza ja, zdrowsza, pewniejsza, śmielsza ja, której już nie ma. Ja z potencjałem nieskończonym. Utrzymuję przy życiu nieistniejące, niemożliwe do odzyskania rzeczywistości. Wydaje mi się, że mnie ogrzewają w zimnym, trudnym, najeżonym wyzwaniami świecie. Nie grzeją ani trochę, spalone już na popiół, nieaktualne. Nie mogą pomóc, nawet gdyby chciały. 

      Moja terapeutka mówi - rozczarowanie. I nagle chodzę po mieście i rozumiem te wszystkie uczucia, które mi od wielu lat towarzyszą - złość wielka i rozpacz wielka i niechęć do wszystkiego, co jest, bo jest tylko tym, czym jest, a nie tym, czym ja bym je chciała. Niespełnione marzenia, niezrealizowane ambicje, nieuchwytne szczęścia. Rozczarowanie. To słowo, które kluczem otwiera moje zagadkowe dotąd poczucie zgrzytliwego niedopasowania w świecie, moją furię na świat. Nagle czuję się chodzącym rozczarowaniem. Nagle rozumiem moją matkę - chodzące rozczarowanie. Moją siostrę - rozczarowanie. Gdzieś tam, przywalona, zakopana pod zwałami nieudanych, niefortunnych, bolesnych, smutnych, frustrujących, niemożliwych nadziei, gdzieś tam w każdej z nas trzech, zdrętwiałych z jakiejś pracy nad siły - żeby niespełnienie nie sparaliżowało do końca, żeby nie obezwładniło, żeby jeszcze jakoś funkcjonować, przykleić uśmiech coraz mniej szczery, budzić się rano i udawać, że się chce, przeżartych poczuciem gorzkiego zawodu, wszechogarniającego niezadowolenia, gdzieś tam, w tej ruinie żałobnej bije żywe źródło. To jest dopiero cud. Może trzeba, może trzeba opłakać nieskończone wypuszczanie z rąk, tracenie, żegnanie się, może trzeba wyjść wreszcie z szoku i przestać negocjować z losem, może kiedy łzy się skończą, a popiół wściekłej, żałośliwej pożogi opadnie ukazując zgliszcza w całej swojej smutnej, tragicznej okazałości, w tym krajobrazie zmartwiałym zobaczycie siebie, jeszcze żywych. I po tym wszystkim. Po tym wszystkim. To jest niepojęte i niesamowite. I może to jest nieprzekazywalne nikomu młodszemu piękno bycia w średnim wieku, przeżycia już tylu zawodów i życia mimo wszystko. Jeśli się nauczycie opłakiwać. Jeśli się nauczymy odżałowywać. Jeśli się nauczymy dopuszczać ból i furię utraty.

      Mnie mówiono - przecież nikt nie umarł. A w książkach psychologicznych piszą, że właśnie tak. Że umarłam ja. Że umarła jakaś moja delikatna wizja siebie, jakaś moja chwiejna tożsamość, jakiś domek z kart, ale mój. Że umarła jakaś miłość. Jakaś nadzieja. I że każdą z tych rzeczy trzeba mozolnie opłakać i nie ma drogi na skróty. 

      Od trzech miesięcy wytrzymuję mniej więcej do trzeciej-czwartej po południu, a potem przychodzi jakiś paroksyzm. Czy to już wszystko? Czy tylko tyle mogłam się od życia spodziewać? Czy musi tak boleć, żebym doceniła to, co we mnie jeszcze żywe, przez te wszystkie lata i wszystkie mrzonki, wszystkie niesprawiedliwości i wszystkie pożegnania przetrwałam w formie, której nie umiałam zobaczyć, nie nauczyłam się docenić. Delikatniutka, drobniutka, ledwo ciepła. Ale ja. Ale prawdziwa.

      Piszą w tych moich psychologicznych książkach, że dobra psychoterapia doprowadza człowieka do jego żałób nieodbytych. No ja od razu hurtowo. Wszystkie zaległe płakania o trzeciej-czwartej po południu. Już nawet chyba nie płaczę po miłości, której mi żal od obolałych cebulek włosów po pięty i palce u stóp, żal każdą komórką ciała, że już po wszystkim. To był katalizator, który mnie zmusił żeby na siebie popatrzeć. Żeby zobaczyć, że nie jestem nawet w stanie być tam, gdzie jestem, robić tego, co robię, czuć siebie bez niepotrzebnych upiększeń. Bo tak bardzo zajęta jestem nieprzeżywaniem żalu i wściekłego rozczarowania. Moja terapeutka mówi "utrata". Kolejne słowo-klucz otwiera tamy wszelakie i nagle tańczy mi przed oczami grupa ludzi, których polubiłam bezwarunkowo, miasteczko nadmorskie, które pozwoliło mi się poczuć radośnie w domu, najlepsza przyjaciółka, z którą dzieliłam emocje i inspiracje jak nigdy z nikim, mąż, który od pierwszej rozmowy otulił mnie akceptacją i zrozumieniem, szefowa, którą podziwiałam, która mi dała wolność zawodowego tworzenia, najbardziej imponującą z dotychczasowych mnie. A teraz ten chłopak, szczodrość, której sobie nie wyobrażałam, serce i mądrość, których istnienia nie podejrzewałam na świecie, na które nie wiedziałam, że nie muszę specjalnie zasługiwać. Otrzepuję je z popiołu. Nieaktualne. Nie ma już o co negocjować z Bogiem, nie wskrzesi żadnej z tych przeszłości, ale kiedy tak szlocham, kiedy tak mnie boli, równocześnie, paradoksalnie, odzyskuję je wszystkie, bo nie będę ich kurczowo ożywiać - trupków z przeszłości - żeby nie czuć się sama, nie czuć się przestraszona, nie czuć się bezbronna. 

      Może przestaną tak pobrzękiwać, chrzęścić upiornie przy każdym moim kroku, może przestaną mnie opóźniać, spowalniać, przyginać do ziemi. Najukochańszy balast.

      „Człowiek na ścieżce indywiduacji musi udać się na poszukiwania,
      Musi się przekonać co mówi jego dusza,
      Musi przejść przez samotność jeszcze nie stworzonej krainy.”

      Jedyne, co mi jakoś pomaga w tym trudnym miejscu nagromadzonego żałowania i rozczarowania, to dwie bajki, które znalazłam w "Biegnącej z Wilkami". Pięknie, że ludzie kiedyś opowiadali sobie baśniami i przypowieściami mądrość biegnącą wstecz całe pokolenia. Głos przodków ostrzegał i radził, opiekował się zza grobu opowieściami. Jedna z bajek mówi o psychicznej figurze zbieraczki kości, starej, mądrej kobiecie, która cierpliwie wyszukuje, gromadzi i układa kostki i kosteczki rozproszone i pochowane dopóty dopóki nie ułożą się w szkielet, który ona wreszcie - skompletowany - na nowo powoła do życia. Druga bajka występuje w wielu wariantach i mówi o wygnaniu do ciemnego, strasznego, nieznajomego lasu, w którego jądrze czai się jędza, wiedźma, Baba Jaga. Kobieta przerażająca, ale i mądra, konfrontująca zagubionego człowieka z jego własnymi demonami, obdarzająca go wreszcie światłem, które pozwoli mu bezpiecznie wrócić przez puszczę do domu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Rachunek zysków i strat”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 listopada 2017 18:24
  • sobota, 18 listopada 2017
    • Wszystko, co błyszczy

      W soboty oglądam "The Voice of Poland". Czasem się wpraszam do siostry, czasem do rodziców, czasami siedzę w domu i przyklejam się do laptopa z błyszczącymi ludźmi. Tomaszów Mazowiecki, Olsztyn, Elbląg, Obryte, Kościerzyna, Ustroń, Sokołów Podlaski, Nowa Wieś, Gniezno, Kromolin - małe ojczyzny uczestników programu. Te układy taneczne wirujących pup, te pióra i brokaty, te obcisłe kostiumy i eksplozje sztucznych ogni, to wszystko, przesadne jak efekty specjalne w filmach o superbohaterach, odrywa uwagę od głosów ładnych, ciekawych, silnych, czasem wybitnych, ale nawet nie głosy są bohaterami programu, tylko wyniesienie dziewczyn i chłopaków z sąsiedztwa na sceny warszawskie. Odzianie i uczesanie, wytrenowanie i oprawienie zwyczajności swojskiej tak, żeby błyszczała gwiazdorsko. Ja się nabieram. A czasem się nie nabieram. Temu i owemu widać braki w uzębieniu, ten i owy bywa na bakier z polską gramatyką albo angielską wymową, nie wszystko da się szybko nadrobić. Niektórzy zwalają z nóg talentem, ale naprawdę nie o tym, nie o tym ten program naprawdę jest.

      Rano poszliśmy z psem do parku. Listopad zelżał i pozwolił sobie na trochę pieszczotliwego słońca. Pies popędził nad stawik z kaczkami i łyskami zaparkowanymi od dłuższego czasu nieruchomo na brzegu. Przegonił je do zimnej wody, wzbudzając panikę, stateczne ptaki jeszcze przez parę minut otrząsały się gwałtownie, jakby ich ciałka przechodził prąd.

      Wracając wstąpiliśmy do kawiarni za rogiem, jednej z tych śniadaniowni z komunalnym stołem, gdzie ludzie czytają sobie w sobotę gazety, gdzie siadają do jajecznicy albo racuchów pary z dziećmi albo bez. Smutnemu chłopcu spadła, stoczyła się z blatu czarna kredka. Pies zanurkował po nią pod stół, ja za nim.

      Wczesnym popołudniem miałam się spotkać w centrum na kawę z bardzo dawno nie widzianymi znajomymi. Bałam się trochę, że nie znajdziemy wspólnych tematów. Albo że wspólne tematy okażą się standardowym porównywaniem powierzchownych sukcesów. Rankingiem instagramowalnych fajerwerków życiowych. Nie mam już na to siły. Przestaję wierzyć w fasady, budzą moją agresję, mam je ochotę ludziom rozmontować, zerwać z twarzy, jednak zamiast demaskować ich, dyskretnie zmieniam tor rozmowy, opowiadam o swoich wątpliwościach i potknięciach, o nadziejach i trudnościach, o tym, czego się uczę, co mnie instpiruje, pytam, o codzienność, o zwyczajność. Nie wszyscy mają na to tolerancję.

      Wymyśliłam sobie, że pojadę do centrum rowerem, sprawdzę czy da się go bez problemu parkować tu i tam. Da się. Wymyśliłam, że wyruszę wcześniej, że zaliczę kooperatywę spożywczą na Wilczej, o której opowiadała mi niedawno mama. Mają żółte buraki i chleb z samopszy. Że odwiedzę TK Maxxa, w którym nie gościłam od paru lat. Że wreszcie sprawię sobie przyjemność i zawitam do królestwa mikroprzyjemności, tymczasowych, jednorazowych, bezwstydnych, Tigera z Norwegii. Tiger przy Marszałkowskiej miał dzisiaj w ciasnym zakamarku sklepowym upchniętą całą sekcję jednorożców. Przeciskiwałam się w wąskiej przestrzeni z grupą kobiet żeby dotrzeć do tych mitycznych stworzeń, żeby dorwać jakieś najbardziej okazyjne. Pluszowe, papierowe, plastikowe koniki z naroślami na pyskach. Brokat. Róż. Wściekły fiolet. Moja trzyletnia siostrzenica nie może się zdecydować, czy jest księżniczką, czy syreną, czy dziką poskramiaczką jednorożców właśnie. Moja ulubiona jej wersja to ta ostatnia, nieokiełznana, nieprzesłodzona - kiedy łapie swojego konika My Little Pony za grzywę i wymachuje nim na oślep jak kowboj, co się zamierza lassem, wywrzaskując całymi płucami entuzjazm. Jej bracia i ja chronimy wtedy na gwałt oczy, bo kto wie gdzie wyląduje z hukiem mały różowy rumak.

      Mam takie dziwne złudzenie - stare jak świat, od paru dekad niezmienne - że w centrum Warszawy - tym z Rotundą, Pałacem Kultury i dawnymi Domami Centrum, dzieje się jakieś prawdziwsze, bardziej błyszczące, bardziej wzorcowe życie, że po Śródmieściu chodzi rasa Nadludzi - tam grawitują ci z błyszczących czasopism, ci najbogatsi, najmodniejsi, najbardziej rozpoznawalni, najbardziej ogarnięci życiowo, gwiazdy i gwiazdorzy, prezesi, ministrowie, literaci i prezenterzy, jakaś monolityczna, homogeniczna elita, która tak naprawdę rządzi moim krajem w moim imieniu. Zabawne, nie? Że muszę w coś takiego wierzyć. Bo z wysokości siodełka rowerowego, klucząc między przechodniami, widziałam wszelkie możliwe typy i formy i gabaryty ludzkie, okutane w grubawe puchowe płaszcze, słyszałam języki rozmaite - szwedzki, rosyjski, włoski, angielski - zaobserwowałam subkultury od turbokonsumenckiej i hipsterskiej przez turystyczną i kulinarnie ciekawską po taksówkarską i księgowo-urzędniczą, ale to, czego nie zobaczyłam, to ten mój mityczny monolit elitarny, to ci Nadludzie bywali, do których ewidentnie aspirują wiecznie żywe wewnętrzne szczątki niegdysiejszej dwudziestoletniej mnie. Bo to dwudziestoletnia ja przecież wymyśliła sobie taki skrót myślowy. To mnie niegdysiejszej, młodej i prostszej w konstrukcji, mnie niedzisiejszej się wydawało, że skoro knajpy i kluby i instytucje rozmaite zgromadziły się na jednym geograficznym obszarze, to tam się właśnie gnieździ, tam tubylców stanowi tłum celebrytów i decydentów z pierwszych stron gazet. To niemożliwe przecież, że elita jest rozproszona, że nie ma swojego geograficznego domu, że bywa tu, bywa tam, że rozczłonkowała się na grupy, klany i podgrupki, że co raz do niej ktoś dołącza, a ktoś inny odpada z peletonu, ktoś wyniesiony do niej z poziomu chodnika zostaje, ktoś na chodnik z piedestału strącony. Że modom podlega. Że kapryśnie efemeryczna jest. Z momentu na moment się zmienia. Że jej nie ma tak naprawdę.

      Tymczasem to ścisłe centrum, które wzbudzało we mnie rodzaj nabożnej tęsknoty niesprawdzanej od dawna, tymczasem ścisłe centrum wzdłuż mojej rowerowej trasy zdechłe trochę, monotonne, opustoszałe, wlepiało we mnie niewiele mówiące ślepia kolejnych knajp. Francuskie bistro, wege bar, dziupelka z ziemniakami, zapiekankarnia, kanapkarnia, tajskie, japońskie, burgerowe, rosyjskie, włoskie, wietnamskie, meksykańskie. I wszędzie pełno ludzi konsumujących karnie, ale to wszystko. Jeszcze niedawno szalałam za złudzeniem, jakie oferują te restauracje, za możliwością wyrwania się z ciasnego biura i ciasnawego mieszkania, ze smogu ulic głośnych i tłocznych do przestrzeni udekorowanej iluzją innego kraju, innej rzeczywistości, innej kultury i logiki, do przestrzeni przypominającej, że gdzieś są morza, gdzieś klify nad oceanem, gdzieś lasy, łąki, starożytne ruiny. Do złudzenia Gdzie Indziej. Tyle że ja już nie umiem udawać. Dla mnie cesarz jest nagi. Centrum już mi nie błyszczy. Chodzą po nim zwykli ludzie na tym samym co ja głodzie. Głodzie sensu, miłości, pełni, absolutu, poezji, zachwytu, cholera wie. Trafiają do kawiarni, do knajpy albo, tak jak ja dzisiaj, do TK Maxxa. Sweter ze stuprocentowej wełny za 139 złotych to naprawdę okazja, ale przepychanie się łokciami między weekendowym tłokiem polującym na przecenione mydełka nie przybliża do niczego, co naprawdę błyszczy. Cesarz jest nagi.

      Dobra wiadomość jest taka, że od dzisiaj Śródmieście być może nareszcie przestanie we mnie budzić nabożną trwogę niegodnego plebsu. Bo dałam się omamić mirażom, makietom, bo się sama nie wyprowadzałam z błędu patrząc w udekorowane witryny bez złudzeń. Zła wiadomość jest taka, że nadal szukam absolutu. Nadal staram się - ćma spragniona światła - znaleźć coś, co choć trochę błyszczy. Dobra wiadomość jest taka, że kiedy się przytuliliśmy i wycałowaliśmy na powitanie, zaczęliśmy na spotkaniu ze starymi, dawno nie widzianymi znajomymi rozmawiać tak, jakbyśmy widzieli się wczoraj i kontynuowali szczere kumpelskie porównywanie notatek z nieretuszowanego życia. Nieretuszowanego. Tak, że przez dwie godziny poczułam się mniej samotna. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 18 listopada 2017 19:15
  • niedziela, 12 listopada 2017
    • A z czego ty jesteś dumny?

      Ja mogę wam nawet powiedzieć czego się boję najbardziej. Zabawne, bo kiedy teraz o tym myślę, a szczególnie teraz, kiedy o tym zaczynam pisać, takie trochę śmieszne mi się to wydaje. Trochę niewarte aż tak intensywnych emocji. A jednak. Jakbym całe życie spędziła broniąc się przed wyimaginowanym atakiem, okopując się, stawiając fortyfikacje, tak jakbym od małego prowadziła rozmowę z nieżyczliwym, wrogim rozmówcą, który syczy - nie warto. Nie warto cię kochać. Nie jesteś warta kochania.

      Banał, co nie?

      Najbardziej się boję, że ktoś mi kiedyś po złości zarzuci, że nie warto. Że taka monotematyczna jestem - ciągle o tych poszkodowanych kobietach i tych drapieżcach mężczyznach, o patriarchacie, o władzy, o wyzysku, a tak naprawdę to przecież chodzi o to, że w miłości mi nie wyszło, że chłopak mnie rzucił i że na pewno mnie nikt nie chce i już nigdy nie będzie chciał. Nikt nawet oka nie zawiesi. Nikt dotknąć nie będzie miał ochoty. Nie bez powodu się tego boję, jakiegoś takiego publicznego wydrwienia, komisyjnego stwierdzenia, że moja chęć bycia kochaną jest wstydliwa i nie przystoi, a już na pewno nie spotka się z wzajemnością. Nie bez powodu się tego boję, bo jestem niesubtelną, krnąbrną, samolubną, bo jestem roszczeniową, zadufaną w sobie i nieposłuszną, bo za dużo potrzebuję, bo za dużo daję, bo za wiele bym chciała, bo wymagam, bo nie wymagam, bo przecież ostatnio jakiś mądry pan się wypowiedział publicznie, w którejś telewizji, że te feministki, co to ciągle maszerują, to brzydkie są i nikt ich bzykać nie chce. Wisi to nade mną. Ta moja domniemana niebzykalność. Nawet jeśli przeczą jej liczne fakty, z zagadkowego powodu wydaje się ostatecznym, śmiertelnym ciosem w walce o kulturową dominację, o godność, o istnienie w publicznej przestrzeni. Niebzykalność. 

      Całą swoją młodość czytałam literaturę, Wielką Literaturę, i oglądałam filmy, w których zgorzkniali, nieufni mężczyźni zwątpiwszy w Świat i w Miłość, kolekcjonowali bezwstydnie trofea łatwe i niewymagające - jakieś kolejne głupie gęsi zachwycone bezwarunkowo ich tanimi sztuczkami. Nasiąkałam tym komunikatem, z braku jakichkolwiek wewnątrzsterownych, sprawczych, samodzielnych kobiet, które tworzyły swoją własną tożsamość w działaniu, z braku jakichkolwiek aktywnych modeli, nasiąkałam modelem biernej, żałosnej, psio zapatrzonej, intelektualnie niesamodzielnej dziuni. Stawałam się taką dziunią. Pamiętam jak mój były chłopak wyśmiewał się z pewnego kolegi i jego niegdysiejszej dziewczyny, że stworzyli sobie związek, w którym ona była jego lustrem. W każdym związku są dwie strony. W związku patrzącego na siebie w lustrze drugiego człowieka też są dwie strony. Współtworzą tę sytuację oboje, jedno idzie na łatwiznę, trochę oszukuje, trochę wykorzystuje sytuację, drugie za bardzo się stara i za mocno z siebie rezygnuje.

      Nie wiem dlaczego, naprawdę nie wiem, być może dlatego, że sobie pojechałam za granicę i cała seria facetów potraktowała mnie tam wzorcowo, jakbym miała osobowość i była ciekawa sama w sobie, a jeden dał mi swoją przyjaźnią i otwartością i gotowością na bliskość kapitał na całe lata, rodzaj kokonu, który mnie chronił przed drapieżcami, rodzaj papierka lakmusowego, którym mierzyłam toksyczność kolejnych randek i romansów. Więc nie wiem, czy to powód, ale bardzo szybko przestałam być w życiu dziunią, przestałam być głupią gęsią (i piszę te dwa słowa na "g" z ogromnym zrozumieniem i współczuciem, wcale nie uważam, że te młode, pełne nadziei dziewczyny same są sobie winne, po prostu wychowano je w ten sposób, bo to dla wielu osób niezwykle wygodne, po prostu karmiono je takimi mitami, bo te mity przez lata były pożywką i fundamentem popularnej kultury, ramą, na której opierała się konstrukcja społeczeństwa, podwaliną nuklearnej, patriarchalnej rodziny, mit o księciu na białym koniu, który w gruncie rzeczy oznacza, że kobieta nie ma być samodzielna i sprawcza, ma być bierna, ma czekać, bo mężczyzna tylko, bo wyłącznie mężczyzna - ekonomicznie i społecznie - może ją wydźwignąć z bagna marnej, miernej, bezsensownie depresyjnej egzystencji). Być może coś mnie przez to ominęło, ale śmiem nie sądzić, że wiele straciłam.

      Kiedy podróżowałam po Polsce z ekipami filmowymi zaskakiwało mnie z jaką łatwością panowie machali swoimi telewizyjnymi identyfikatorami stawiając drinka lokalnym dwudziestolatkom, nie obiecując nic, nie zobowiązując się do niczego, ot, parę słodkich słówek, odrobina uwagi, która w życiu tych niewidzialnych, pozaniedbywanych dziewczyn była tak bardzo deficytowa, odrobina uwagi, odrobina czułości, kilka drinków i już. Same sobie winne były, po co takie naiwne? Oddawać się komuś za złudzenie ważności. Efemeryczne. A jednak przecież wykorzystując nieustępliwą nadzieję tych dziewczyn, że ktoś je cudem uwolni, że je ktoś uratuje od ich zaduchu lokalnego, od życia bez perspektyw. Że wywiezie do lepszego świata, że awansuje społecznie. Nie wierzę, że moi koledzy nie mieli świadomości, że wykorzystują społeczną nierówność, że nie widzieli, nie wiedzieli, że każda ze stron inaczej patrzy na tę transakcję. Oni biorą za darmo coś, co wcale nie było dane w takiej intencji.

      Chciałabym wierzyć, że w przestrzeni między gęsią naiwnością, wyuczoną bezradnością, magicznym myśleniem dziecinnym i chęcią oddania się pod opiekę, a cynizmem, zgorzknieniem, nieufnością chroniczną i wynikającym z nich instrumentalnym traktowaniem innych jest trzecia jakość. Jest przestrzeń na spotkanie i ciekawość siebie nawzajem. Na wzmocnienie siebie nawzajem. Na uratowanie się, ale nie poprzez wyręczanie drugiej osoby, tylko poprzez dawanie jej czułego zainteresowania i wspieranie w samodzielności, w rozwoju.

      Ale pielęgnuję jeszcze, okazuje się, stare lęki. Lęki, że ktoś mnie sprowadzi - w tym ogólnokrajowym supermarkecie z tanimi albo wręcz darmowymi kobietami, z kobietami wymiennymi, kobietami, których osobowości nie mają znaczenia dopóki wypełniają swoje ograniczone role i nie piszczą i nie kwiczą i nie lamentują i nie gderają za mocno - dopóki bez protestu, posłusznie realizują swój los - więc mam lęki, że ktoś mnie sprowadzi do funkcji kwiczącej wymienialnej laleczki z niższej półki, która zbyt kłopotliwa jest, więc ją należy wymienić na łatwiejszy w obsłudze model i wyrzucić na stosik z bublami. Ktoś mnie uprzedmiotowi i podważy moją użyteczność w kategoriach przedmiotu właśnie. Ktoś obrazi moją instrumentalną przydatność, celowość mojej bytności w tym cholernym supermarkecie. A ja mu, głupia gęś, uwierzę, że to rzeczywiście moja własna osobista tragedia, nie być dobrym popychadłem. Nie pozwolić się łatwo sprowadzić do rangi rzeczy. Nie dać wykorzystać. No porażka.

      Trudno mi się przestawić na logikę oglądania świata, według której słowa drwiące, pogardliwe, ośmieszające i poniżające świadczą o mówiącym, a nie o opisywanym. O jego wizji świata, o systemie wartości, o wąskości horyzontów, o małości celów. O lęku kpiarza, co to zaatakuje pierwszy, prewencyjnie, żeby jego nikomu nie przyszło do głowy zdegradować przy ludziach w ten sam sposób. O strachu nierozumiejącego, który nie zadał sobie trudu, żeby się dowiedzieć, o czym mówi, ale mówi, bo a nuż mu ujdzie na sucho agresja. Przemoc mu ujdzie na sucho. Ale co to za przemoc, jeśli wszyscy na nią sobie pozwalają?

      Ja dużo rzeczy straciłam w życiu, z wielu miejsc i relacji odeszłam sama, z innych mnie po jakimś czasie wyproszono, do innych nigdy nie zapraszano, a jeszcze inne odrzuciły mnie z definicji i nigdy nie zmieniły o mnie zdania. Ja dużo rzeczy ważnych dla mnie musiałam pożegnać i rzeczywiście - jeśli ktoś mi kiedyś zarzuci, że jestem przegrana, że mam w sobie gorycz, że złość i że żal, że nie potrafię sobie z tymi dotkliwymi rozczarowaniami poradzić - będzie miał rację. Jestem pragnącą, czującą, sprawczą istotą, która trochę oklapła ostatnio, którą trochę to tracenie permanentne przerosło. Będzie miał rację. Tyle że będzie miał rację na temat kondycji ludzkiej w ogóle, a nie kondycji mojej szczególnie. Co to w takim razie za sensacja? Co to za niespodzianka? Że cierpię, bo mi się marzenia tkliwe nie pospełniały? A to ja jedna? Większość z nas naprzegrywała się w życiu, napopełniała kosztownych błędów, goniła nie za tym, co trzeba, przeceniła swoje siły, chciała za bardzo, chciała za głupio, większość z nas poobijana jest dotkliwie, porozczarowywana do granic wytrzymałości, większość z nas w rezultacie trzyma się swojej mniejszej czy większej strefy komfortu kurczowo, ostrożnie, nie wyściubiając zbyt daleko nosa, bo nie chce czuć tego, co ja czuję teraz, co ten mój lęk osłania nieudolnie, a z czym jednak trzeba by sobie poradzić żeby jakoś żyć dalej. To podłe uczucie. To podłe, podłe, podłe uczucie. Porażka. Bezradność. Rozpacz. Beznadzieja. Poczucie bycia oszukanym. Opuszczonym. Samotność. I słowo-klucz: rozczarowanie. Kiedy po trzech latach terapii moja pani od duszy wypowiedziała to słowo, nagle wszystko już było zrozumiałe. Rozczarowanie. To podłe, podłe, podłe uczucie. Jest w nim złudzenie, że się nigdy nie skończy. Zawiera się w nim kłamstwo, że stanowi jedyną prawdę o życiu, że poza nim nic nie istnieje. Sadza człowieka w ciemnym tunelu i twierdzi, że żadne światło na żadnym końcu nie istnieje. Ani światło. Ani koniec. Tylko tunel.

      Ale na najgłębszym dnie tego podłego uczucia kryje się miłość. Zdolność do miłości. To daje w życiu równowagę, daje poczucie odpowiednich proporcji, daje kierunek i sens. Tyle że bardzo czarny, bardzo groźny i bardzo najeżony rozmaitymi bolesnymi głupotami las tam prowadzi. Zgubić się można. Człowieka bierze ochota, żeby jednak zawrócić, wybrać coś pozornie łatwiejszego. I często wybiera. Zatrzymuje się w połowie drogi, żeby tylko nie usłyszeć tego głosu - nikt cię nie pokocha, nie jesteś wart(a) miłości, niebzykalny/a jesteś i już. Kobiety częściej osuwają się w niemoc i beznadzieję. Mężczyźni czasem w traktowanie świata na kształt sklepu z cukierkami, do którego skądś wytrzasnęli prywatny klucz, więc biorą. Tyle że cukierkami się nie najesz.

      Tak, mój niewidzialny rozmówco, którego tak się całe życie boję. Nemezis, atakujący cynicznie od środka. Kochałam. Większość życia spędziłam kochając kogoś albo coś i działając w imię tej miłości. Może nieporadnie. Ale. Kochałam i traciłam. Czasem ktoś mnie nie chciał. Czasem odrzucił. Czasem się tego całego kochania przestraszył i odszedł. Czasem chciał zostać, ale na zasadach, których nie byłam gotowa zaakceptować. A z czego ty jesteś najbardziej dumny na świecie?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „A z czego ty jesteś dumny?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 listopada 2017 14:38
  • środa, 08 listopada 2017
    • Jest dokładnie tak, jak jest. A skoro tak jest, to może tak ma być?

      Klub Fitness

      Jestem nieumyta. Moje zimnoblond włosy sterczą tak, jak je ukształtowała w nocy poduszka. Na mojej koszulce naszyto kieszonkę. Z kieszonki wystaje szyja i głowa rezolutnej lamy. Całkiem niewinnie, ale gdyby uchylić szary materiał i zajrzeć do środka, lama pokazuje nieznanym sprawcom środkowy palec. Nigdy nie dorosnę. Już mi się nie wydaje, że dorosłość oznacza ostateczne pożegnanie ze swoją wewnętrzną gimbazą. Jezu, jaka to ulga, brakowałoby mi jej. Brakowało jak amputowanej kończyny. Lubiłam ją całą sobą, jest częścią mojej prawdy, ta panienka z krótkimi włosami, w kraciastych koszulach i bojówkach z wypchanymi kieszeniami, Nirvana, Pearl Jam, Metallica, Burroughs, Ginsberg, Camus. Moszczę w sobie wygodne legowisko dla wiecznie żywej nastoletniej mnie. A nuż, młoda waleczna wilczyczka, a nuż mi się kiedyś przyda w życiu jej gotowość do walki o słuszną sprawę, jej niezłomne, pozbawione wątpliwości serce, jej powątpiewanie w autorytety i hegemonie, w stereotypy i symbole, jej czysta, lojalna przyjaźń. Naciskam stopami na pedały orbitreka, ramiona zataczają okręgi. W wyciszających dźwięki otoczenia słuchawkach lecą kolejno poniższe piosenki:

      https://youtu.be/ymNFyxvIdaM

      https://youtu.be/y2bX2UkQpRI

      https://youtu.be/OwdlqquJDK4

      Ćwiczę w wielkiej hali pełnej maszyn. Ta hala znajduje się dwie kondygnacje pod ziemią. Ta hala była kiedyś głównym kinem socjalistycznej Warszawy. W podstawówce zabrano mnie tutaj na film "Kosmiczne jaja". Dziesiątki maszyn, a na nich dziesiątki aktywnych, dbających o zdrowie ludzi. Steppery, rowerki, bieżnie, a w ostatnim rzędzie orbitreki, które lubię jakbym wracała do duchowego domu. Dlaczego? Być może kiedyś zrozumiem. Na razie idę kolistym ruchem donikąd, trzy, cztery, pięć kilometrów, dwieście kalorii, a obok przechodzi trzech korpomężczyzn, którzy właśnie skończyli rozgrywkę w squasha. Lekko zarumienieni, odrobinę spoceni, nieskazitelnie opakowani w markowe ubrania, przystojni i niedostępni zarazem jakąś taką oczywistą, nawykową, nieprzemyślaną, niekwestionowaną pewnością siebie. Biegnę, biegnę, a towarzyszy mi muzyczny podkład jak następuje:

      https://youtu.be/6JCLY0Rlx6Q

      https://youtu.be/8Uee_mcxvrw

      https://youtu.be/ewRjZoRtu0Y

      Nie oglądam meczu, który puszczono nam na dużym ekranie w miejscu, gdzie kiedyś puszczano długie fabularne metraże. Czasem moje oczy wędrują do niego bezwiednie. Arsenal i Chelsea. Napastnik wbiegł do bramki, bramkarz obrócił go w stronę boiska i pomógł wrócić na murawę, napastnik potknął się, chwycił za słupek, wyratował. Być może sobie to wyobraziłam, ale sprawiał wrażenie zakłopotanego. Zawstydzonego, jakby każdy jego ruch powinien być nieomylny. Nagle zastanawiam się, czy bycie mężczyzną nie oznacza przypadkiem nieustannego rozliczania się z wywróceń i niezręczności, jakby obowiązkiem wyewoluowanego człowieka - ostatecznym egzystencjalnym celem - było zostać Messim, superherosem sprawności, perfekcyjnie naoliwioną maszyną. Obok mnie stęka dziewczyna, która ewidentnie nie jest Messim, od dzieciństwa zaprogramowanym na zwycięstwo, nie bardzo rozumie ten konkretny model orbitreka, walczy z pedałami, jeszcze nie łapie rytmu, jeszcze nie czuje logiki tego sprzętu, ale zaraz zacznie. Za chwilę wpadnie w przepływ. Nagle rozumiem swojego byłego chłopaka, nakarmionego mrzonkami o katalońskich mega-sportowcach i mistrzach gier komputerowych, w których bohaterowie podbijają, dominują, zdobywają, kontrolują. Jakaś jego część musiała czuć do samego siebie, a w związku z tym i do mnie, pogardę bezgraniczną. Musiała być niewyobrażalnie rozczarowana. Jakaś część mnie już nigdy nie chce na co dzień funkcjonować w takiej amplitudzie zachwytu i obrzydzenia. Miłości i wstydu.

      https://youtu.be/WdFu6Kb4Au4

      https://youtu.be/2GEArZJBSsQ

      Tak jak dziewczyna na orbitreku obok, i ja wpadam w przepływ. Nie myślę już o poszczególnych ruchach, jestem ruchem, oddycham, czuję samą siebie w ciele, prędkość, radość, to ten moment, kiedy uderzają endorfiny. Zamykam oczy i tylko czuję. A potem je otwieram i widzę przed sobą innych ćwiczących, miarowo, zsynchronizowanych z sąsiadem, z rytmem maszyny, z muzyką, z biciem własnego serca. Na krótki moment euforia pozwala mi myśleć, że uczestniczę w jakimś kolektywie zjednoczonym ruchem. Czuję siebie i czuję ich. Wspólnie żyjemy i biegniemy donikąd. Wystarczymy. Jest dokładnie tak, jak jest. A skoro tak jest, to może tak ma być.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 08 listopada 2017 14:04
  • wtorek, 07 listopada 2017
    • Ja też, ja też. Dlaczego nie robię już filmów. Polska wersja Harveya Weinsteina.

      Pisałam całkiem niedawno (#metoo) o pewnym względnie znanym reżyserze filmowym, z którym miałam nieszczególną przyjemność przez krótki czas pracować ponad dekadę temu. O tym jak zaprosił mnie na zawodową burzę mózgów do swojego gabineciku przy Woronicza i dyskretnie zamknął za mną drzwi na klucz. Jak zaczął mnie nieproszony, niezaproszony dotykać - plecki, dół plecków, pośladki. Jak się sprytnie wywinęłam spod jego rąk niechcianych. Jak mi się udało, sztywnej ze strachu, otworzyć drzwi i uciec. Nie pisałam o tym, że miał władzę zlecania mi pracy, na której niezwykle mi zależało. Że miał władzę wystawienia mi opinii w męskim klubiku, który rozdawał projekty i role, który mógł mi nieodwracalnie zniszczyć tkaną od paru lat mozolnie i rzetelnie profesjonalną reputację. Nie pisałam o tym, że nawet nie przyszłoby mi do głowy zwrócić się do kogokolwiek z prośbą o pomoc czy interwencję. Że wśród otaczających mnie kobiet problem nie istniał, nie było o nim rozmowy, bo kobiety w telewizji zbyt zajęte były mężczyznami w telewizji - podobnie zresztą jak ja sama. Od mężczyzn przecież wszystko zależało. Że nie poszłam do swojego szefa ani do swojego mentora. Nie ujawniłam niewątpliwego przypadku molestowania seksualnego, wykorzystania pozycji, pogwałcenia zaufania. Nie poszłam do mojego szefa, bo parę miesięcy wcześniej próbowałam go prosić o interwencję w podobnej sprawie.

      Nigdy nie zapomnę tamtej wycieczki na zdjęcia do filmu dokumentalnego, jazdy po całym kraju, od granicy do granicy, zdezelowanym busem w towarzystwie sześciu starych wyjadaczy - kolejny nagradzany reżyser, wybitny operator i sprawna, świetna ekipa, sami faceci i ja - blondynka. Przygoda mojego życia. Tyle że nagradzany reżyser przyszedł w nocy do mojego pokoju "pożyczyć pastę do zębów", a kiedy zamknęłam mu przed nosem drzwi żeby pójść do łazienki, przynieść co trzeba i rzeczywiście pożyczyłam mu pastę Colgate i powiedziałam, że idę spać, wybąkał coś, wściekły, wymamrotał, że nie dogaduje się z żoną, a kiedy powiedziałam "dobranoc", odwrócił się na pięcie i od następnego dnia zdjęciowego rozpoczął się koszmar. Wszystko, co zrobiłam, było złe, głupie i budziło agresję. Zepsuta zabawka. Zepsute zabawki wywołują złość. Najpierw reżysera, potem operatora, następnie aktywny ostracyzm objął wszystkich siedzących w samochodzie mężczyzn, nawet sympatycznego młodego dźwiękowca, który jeszcze dzień wcześniej rozmawiał ze mną jak z kolegą. Zaczęły się maratony złośliwych, obrzydliwych żartów o blondynkach. Jechaliśmy przez cały dzień samochodem, a w samochodzie zaduch, pot, testosteron i przemoc słowna. Wieczorem, przy kolacji z lokalnymi małomiasteczkowymi oficjelami, reżyser wymyślał kolejne absurdalne, poniżające zadania, które symbolicznie degradowały mnie z funkcji asystenta produkcji do poziomu prostytutko-sekretarko-gońca - od "przynieś mi okulary z samochodu" po "opowiedz nam o tym, jak naga tańczysz na rurze" (nie żartuję, burmistrz i zastępca burmistrza prawie popluli się rechocząc lubieżnie, rozochoceni wódeczką). Ja udawałam, że nie istnieję. Że to nie o mnie. Sztywna ze strachu stawałam się kimś innym, całe lata kimś innym się stawałam aż wreszcie, niedawno, przestałam siebie rozpoznawać. Kolejnego dnia, po kilku godzinach samochodowych naprzemiennego ignorowania moich służbowych pytań i robienia żartów na temat blond debilek, coś we mnie strzeliło. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Porwały mi się spodnie. Potrzebowałam do toalety. Do toalety szło się ścieżką między krzakami. Stali tam jacyś młodzi, pijani ludzie. Kiedy wracałam do samochodu, zaczęli wykrzykiwać rozmaite rzeczy o mojej dupie i cipce i cyckach. Dopiero wtedy nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do producenta, który był moim przełożonym. Płakałam, że to, co się dzieje na zdjęciach jest nie do wytrzymania. Zaczął się śmiać, tak po ojcowsku, pobłażliwie. Wytłumaczył mi, że jestem przewrażliwiona i że skoro taka wrażliwa jestem, to nie powinnam pracować w filmie, ale raczej siedzieć sama i malować na szkle.

      Tego "malować na szkle" nie zapomnę do końca życia. Być może dlatego, że nigdy nie spotkałam się z tak otwarcie wrogim, sadystycznie, stadnie, z lubością wręcz odrzucającym mnie światem jak świat sztuki i mediów. Na portalach fotograficznych, na których publikowałam jako dwudziestoparolatka swoje zdjęcia - w poszukiwaniu inspiracji, mentoringu, rozwoju - czekał mnie festiwal bezlitosnej krytyki, której panowie wydawali się oszczędzać innym panom. Na rozmaitych planach filmowych krzyczano na mnie, publicznie mnie opierdzielano za rzeczy, które bywały poza moją kontrolą, z lubością naśmiewano się z moich błędów, niewiedzy czy braku pomyślunku, nieustannie traktowano jak imbecyla, którego głównym atutem jest wartość ozdobna albo seksualna. Od chłopaków, do których szłam po literackie, poetyckie, plastyczne porady słyszałam "odtwórcza", "pozbawiona osobowości", "za bardzo skupiona na sobie", "nieoryginalna". Informacja zwrotna zawsze podana była jak wyrok. Dożywotni. Jak nieodwracalna cecha charakteru, od której się nigdy nie uwolnię. Osobowości nie mam i już. Oryginalności nigdy się nie nauczę, nigdy nie wyćwiczę, nie nabędę. Nie grozi mi rozwój osobisty, dojrzewanie, uniezależnianie się i nabieranie podmiotowości. Nie grozi wyszlifowanie talentów, obrobienie ich, uszlachetnienie w żarze i błocie i gównie życia. Wniosek zawsze był jeden. Dać sobie spokój. Zostałoby mi więc z tych moich nastoletnich marzeń i aspiracji, z moich wieloletnich ćwiczeń i radości, zostałoby mi więc to nieszczęsne "malowanie na szkle". Niegroźne. Ot, dziewczynka sobie maże kwiatki dla innych dziewczynek. Makatki mogłabym też tworzyć. Haftować chusteczki. Ale na pewno nie bawić się w wielką Sztukę czy wielką Literaturę z dorosłymi mężczyznami.

      Doskonale zrozumiałam tę lekcję.

      A teraz nagle jej nie rozumiem. Boli mnie bez sensu. Fantomowy ból z przeszłości, dzisiaj nieaktualny, a jednak podskórnie wciąż obecny, nie zaleczony. Ten mur mężczyzn broniący przede mną bastionu Sztuki, twierdzy Literatury. Jakże byli zgodni. Jak zjednoczeni. Jakże ja musiałam być straszna, zagrażająca, jak silna że aż tak się zmobilizowali.

      Może każda z nas ma swojego Harveya Weinsteina? Albo całą ich serię. Wrogich, broniących swojego terytorium, swoich przywilejów mężczyzn. Drwiną, krytyką, agresywną postawą, umniejszaniem, żartem poniżającym, władczą ręką na pośladku. Dopóki nie zrezygnujesz z prób przynależenia. Dopóki z siebie nie zrezygnujesz po trochu. Dopóki nie zamilkniesz, nie zdysocjujesz się, nie uznasz takiej konstrukcji świata za normę. Dopóki rozpacz, bezradność, nie zadomowi się na stałe w twoim gardle, aż zapomnisz jak się bez niej przełyka, jak mówi swobodnym, rozluźnionym gardłem, jak otwarcie wyraża sprzeciw i słuszny gniew. Dopóki wściekłość nie stanie się obcym, dziwnym, niezrozumiałym tworem, z którego nie można strategicznie korzystać, który dławi i atakuje i każe płakać w najmniej odpowiednich momentach, który obraca się przeciw sobie samemu.

      Teraz nagle nie rozumiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Ja też, ja też. Dlaczego nie robię już filmów. Polska wersja Harveya Weinsteina.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 listopada 2017 10:51
  • sobota, 04 listopada 2017
  • poniedziałek, 30 października 2017
  • niedziela, 29 października 2017
    • Pod męskim wzrokiem

      Olśniło mnie kiedy szłam w nieustępliwym zimnym deszczu, walcząc z szaliko-kapturem furkoczącym na wietrze. Jak febra coś mną trzęsło, ale ani nie porywy wichury ani nie siekąca ulewa, podążałam bowiem do świata mężczyzn, w którym nieliczne kobiety nie przypominają w ogóle kogoś takiego jak ja, spacer, tramwaj, rejestracja, przypinka z moim imieniem i nazwiskiem, kongres, podium i mikrofony i prezes zarządu i bałam się śmiertelnie. I nie pierwszy raz. I wtedy usłyszałam w głowie głos mojego ojca, pierwszego opiekuna, o którym nikt nie pisał książek psychologicznych, a może pisał, ale mi nie wpadły w ręce, ciągle tylko o matkach i o matkach, dalibyście tym matkom wreszcie spokój, przecież nie tylko z matką ma się wczesne relacje. Chyba że to nieistotne. Relacja córki z ojcem jako przygotowanie do pracy na rzecz społeczeństwa, do aktywnego udziału w życiu publicznym. Może miałam nie brać udziału w życiu poza zaciszem kuchni i dziecięcej sypialni, więc teraz przeżywam nieuzasadnione, nienormalne dramaty. Relacja córki z ojcem jako trening orientacji w świecie fizycznej sprawności i zrozumienia i pokochania rzeczy mechanicznych, nieożywionych. Może nie było dla mnie w planach ruszać się swobodnie poza przytulne cztery ściany, a zakres ruchowy powinnam była ograniczyć do suwania żelazka po desce i miarowego kolistego pucowania brudnych talerzy. Relacja córki z ojcem jako pierwszy model wchodzenia w partnerskie związki z osobą przeciwnej płci. Czy nie?

      Więc brnąc przez pionowe strumienie usłyszałam jego głos, poczułam na sobie jego spojrzenie, zakopane pod zwałami innych rzeczy, pod dekadami innych doświadczeń, a przecież stale obecne, ale zawsze je jakoś inaczej nazywałam, inaczej rozumiałam, uznając za część oczywistej konstrukcji świata. Przecież jego głos, jak w gabinecie luster zniekształcany, odzwierciedlany, echem podawany dalej, przecież jego głos jest wszędzie. Jego głosem mówi narrator mojego życia. Temu narratorowi przez całe lata oddawałam nad sobą władzę, oddawałam siebie i swoje życie w ofierze. Był niewidzialny, bo wszechobecny, był oczywisty, bo nie widziałam od niego ucieczki. Nigdy nie przyglądałam mu się krytycznie. Nigdy nie kwestionowałam swojej głębokiej potrzeby sprezentowania mu mocy weryfikowania, selekcjonowania i oceniania treści mojego życia. Z powodzeniem udawałam, że skoro to pełne dezaprobaty spojrzenie to niewygodna prawda, więc mogę ją odciąć, zagłuszyć, żyć jakby jej nie było. Udawać, że nie zależało mi, że nieistotne jak mi się z ojcem i z mężczyznami w ogóle układały relacje, bo przecież tylko z matką mnie coś wiązało. Tylko z matką, tylko z siostrą, tylko z babcią, tylko z serią przyjaciółek. Dzisiejszy ojciec jest bardzo miłym panem o miękkim, zamyślonym spojrzeniu, o ciepłym, refleksyjnym, płynącym jakby skądinąd głosie, jest bardzo sympatycznym panem, z którym coraz bardziej lubię spędzać czas, ale moje wewnętrzne ojcowskie spojrzenie, mój duchowy męski głos to twór rodem z koszmarów. Spojrzenie mojego pierwszego mężczyzny wolałam wymazać, wymazując przy okazji swoje męskie kawałki, wymazując przy okazji przyjaźnie, kumplowania się, wspólne projekty z mężczyznami. Niby wiedziałam jaki był, w jakie wchodziliśmy interakcje, co w nich ceniłam, co lubiłam, co psią miłością darzyłam, a co było bolesne, co nie do wytrzymania, co mnie uformowało, zbudowało mi fundamenty, ale mi zupełnie nie pomogło w późniejszym życiu. Wszystko to wiedziałam rozumowo, ale nigdy nie poczułam, nie złapałam na gorącym uczynku jak mi to robi przemoc, bo nie chciałam o tym myśleć ani o tym pamiętać. 

      Być może potrzebowałam nareszcie zakochać się, autentycznie polubić, uszanować, czułością obdarzyć kogoś odmiennej płci, nareszcie się zaangażować, podejść blisko, zachwycić się jego człowieczeństwem złożonym, przeczuć jego głęboką mądrość, ciepło spojrzeć na jego miotaninę bezsensowną, opiekuńczo zechcieć mu ulżyć w bólu, chcieć więcej, a potem dostać wstrząsającą informację, że on już podziękuje. Być może tylko taki kop w tyłek zmusza do trzeźwego spojrzenia na siebie.

      Aż tu nagle przychodzi jakiś wgląd. Wszystko się dotkliwie, niezapomnianie składa do kupy. Szłam wszechogarniającą mokrą szarością do świata mężczyzn. Bałam się tego obcego tłumu pachnących inaczej, jakby kwaśniej, ostrzej, bardziej piżmowo, kanciastych, zdyscyplinowanych, zorganizowanych w ścisłe hierarchie ludzi w garniturach. Szłam do nich jak ćma do lampy, ale szłam na wątłych nogach bez gwarancji, że mnie utrzymają, szłam zawstydzona swoją innością i obcością, szłam zawstydzona własnym strachem. Nigdy dotąd nie skojarzyłam tego strachu z męskością. Z tym, że do męskości nie wprowadził mnie łagodnie, po przyjacielsku, nie przedstawił mnie jej jak swój swego, pierwszy przyglądający mi się, pierwszy obserwujący moje rośnięcie, uczenie się życia i eksperymentowanie, facet. Męskość kojarzy mi się z żołnierską dyscypliną pozbawioną poczucia humoru, kojarzy mi się z odmawianiem sobie przyjemności, z czystym intelektem, co pogardza zmysłami, z chłodem - nawet fizycznie mi się ze zmarznięciem kojarzy - kojarzy mi się z ogromnym, niezrozumianym, gotowym w każdej chwili wybuchnąć gniewo-wstydem, kojarzy mi się z konfliktami i z omijaniem się nawzajem wielkim, niechętnym łukiem, kojarzy mi się z nadużyciem władzy, z instrumentalnym traktowaniem, z obsesją na punkcie hierarchii, z przemocą wreszcie - fizyczną i psychiczną. Kojarzy mi się z pozorną próżnią emocjonalną, która często ukrywa sprytne projektowanie własnych uczuć na mnie. Uderzyłem, bo byłaś taka żywa, taka prawdziwa, taka wyrazista że aż się prosiłaś. Położyłem ci rękę na pupie, bo ubrałaś się w gruby, nijaki czarny golf. Poza tym masz piersi. Jak śmiesz mieć piersi. Specjalnie te piersi masz, żeby mi zrobić na złość. Odszedłem, opuściłem cię, bo coś ode mnie chciałaś, a ode mnie nie można nic chcieć. Kojarzy mi się też ze skrzętnym, nieumiejętnym ukrywaniem obszarów, w których mogłaby się kryć słabość czy niewiedza, nieporadność czy brak kontroli, potrzeba ciepła, kontaktu, opieki. Z kultem siły.

      I jak tu się przyjaźnić z męskością, skoro zostałam uszczęśliwiona takim do niej wprowadzeniem? Część tego odstręczającego pakietu emocjonalnego tłumaczy prosty fakt, że wzrastałam w babińcu, w getcie kobiet, i że kobiety, które mnie wychowywały mówiły o swoich mężczyznach na dwa sposoby - albo z pogardą jak o nieudacznikach zakłamanych, albo z bezsilnym gniewem jak o nieobliczalnych, samolubnych potworach. Każda moja wycieczka w męski świat równałaby się nie tylko domniemanemu morderczemu niebezpieczeństwu, ale przede wszystkim śmiertelnej zdradzie kobiet, zdradzie społeczności, która mi dała miejsce, rolę, znaczenie, ciepło. Która dała mi tożsamość. Za cenę wielkiego, wielkiego strachu. Druga strona odpowiedzialna za brzemię, które teraz muszę rozmontować to mężczyźni, którzy często pozostawiali ważne dla mnie kobiety samym sobie, z ciężarem nie do udźwignięcia, a mnie, cudownej istocie, eksplozji świętego życia przyglądali się z dezaprobatą, w ważnych rozwojowych momentach nie towarzyszyli za często, a kiedy towarzyszyli to z przymusu, niechętnie, bez zaangażowania, nie zdawali się lubić czy cenić mojego towarzystwa, nie mieli ochoty na zabawę ze mną, na pozwolenie żeby sobie za nimi połazić, ponaśladować ich i się od nich uczyć, mężczyźni, którzy mi próbowali nawet czasem pomóc opanować jakąś "męską" umiejętność - rower, pływanie, prawo jazdy, biznes czy filozofię - ale szybko wybuchali frustracją albo triumfowali ze śmiechem nad moimi nieudanymi próbami rozwoju, ewentualnie szybko machali zrezygnowani ręką, rozgrzeszając się z dalszego mentoringu, przypieczętowując moją tożsamość krzywą, koślawą, tożsamość pozbawioną równowagi, z jedną nóżką bardziej.

      Dlatego tak spektakularne było spotkać kogoś, kto cierpliwie przetrzymywał moje własne detonacje frustracji kiedy się czegoś musiałam uczyć od zera, kiedy odsłaniałam bezbronną niewiedzę, wystawiając się - w głębinach podświadomości - na nieuchronną pogardę i poniżenie. Dlatego tak lecznicze było spędzać z nim czas i móc nie wiedzieć, nie umieć, bezkarnie.

      Mężczyźni którzy korzystali z darmowej siły roboczej i popierali moją potulność, moje przerażenie, musiało to być dla nich wygodne. To mężczyźni, którzy chcieli słodkiej, karnej, najlepiej niezauważalnej dziewczynki. Dziewczynki w nich wpatrzonej, ale niewymagającej. Niekłopotliwej. Całe swoje życie skonstruowałam wokół niekłopotliwości. Dziewczynki do trzewi zawstydzonej, że się urodziła kobietą, do trzewi zawstydzonej, że nie jest taka jak oni. 

      Dzisiaj, kiedy chodzę po mieście, kiedy uczestniczę w miejskiej rywalizacji, hierarchiczności, kiedy opuszczam bezpieczne żeńskie getto (dzisiaj byłam w lokalnej kawiarni na bufetowym wegańskim śniadaniu, któremu towarzyszyła zachwycająca prasówka mojej skądinąd ulubionej pisarki Pauliny Wilk - pokazującej nam codzienne gazety i periodyki z Indii i opowiadającej artykułami z tych publikacji o życiu, o kulturze i  konstrukcji tego społeczeństwa; dziewięćdziesiąt procent uczestników tego wydarzenia, jak zauważyła towarzysząca mi mama, stanowiły kobiety, tata rozejrzał się i zasmucił jakby, kiwając głową), więc kiedy opuszczam getto opiekuńczych, inkluzywnych relacji i oddolnych, lokalnych inicjatyw, robi mi się nagle zimno, nagle strach mnie ogarnia, że nie rozumiem, nie umiem, nie mam kompetencji ani zasobów żeby na planecie facetów dać sobie radę, a w głowie włącza mi się całkiem niepomocny chór rodziców i dziadków i nauczycieli i byłych chłopaków - moje osobiste centrum zarządzania kryzysowego, które szczerze powiedziawszy jak dotąd było tylko kontrproduktywne - zawstydzający, krytyczny, karzący chór. Dyscyplinujący, każący się zebrać do kupy i nie rozklejać. Spiąć. Napiąć. Udawać chojraka. To moje dziedzictwo, to mój męski pierwiastek. Spojrzenie ojcowskie, które kiedy spadam z życiowego roweru wrzeszczy mi w głowie, że się nigdy nie nauczę i że jemu się już nie chce z taką ofiarą bawić w lekcje jazdy. Że się po prostu nie nadaję. Że nigdy. Że zawsze. Że wstyd.

      Terapia, co? Wypłukują się ze mnie leczniczo złogi wieloletnie, co cię nie zabije, to cię wzmocni, kurwa mać. A ja bym po prostu chciała spokojniej. Ja bym chciała lżej. Chciałabym przyjemniej i łatwiej i radośniej. A mnie jest pisane zaangażować się w ten niemożebny bałagan, pisane mi jest, bo nie umiem inaczej, bo to fundamentalne ludzkie oprogramowanie, rzucić się w wir, bronić prawdy mojego życia, być bez wstydu sobą, sprawczo, sprawczo, sprawczo żyć. Cholera by to wzięła. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 października 2017 13:58
  • sobota, 28 października 2017
    • Z widowni

      No i po co mi było pakować się w tę całą psychoterapię? Co prawda dotąd żyłam ułomnie, skromnie i bojaźliwie, żyłam fragmentami siebie, sloganami, stereotypami, żyłam w niejasnym, na wpół uświadomionym poczuciu niedostępności ważnych, życiodajnych rzeczy. W goryczy. Ale nie musiałam się konfrontować z tym. Z chceniem. Z furią. Ze żrącą. Korozyjną. Zazdrością wymieszaną z pełnym niemocy podziwem.

      Fale wstydu. Jedno takie tsunami sprawia, że czuję się odsłonięta, zła, brudna, niegodna zajmować miejsce wśród ludzi, istnieć. Zalewa mnie szum, drętwieję, paraliżująca panika przejmuje nade mną kontrolę. Chcę uciec albo bić na oślep.

      To dopiero jest dziwne. Mam kłopot ze spotkaniami, gdzie ktoś dużo opowiada, a ode mnie oczekuje się siedzieć i słuchać. Nie potrafię już usiedzieć na żadnej widowni. W teatrze ani nawet na poruszającym, fenomenalnym muzycznie koncercie. Czuję na sobie krytyczny bezlitośnie wzrok ojca, wzrok nauczyciela, wykładowcy, egzaminatora, księdza, dyrektora, szefa, eksperta, autorytetu. Kiedy czuję ten wzrok, przestaję się ruszać, zamieram, jak gazela, do której podkrada się drapieżnik, udaję martwą, udaje padlinę żeby tylko przetrwać.

      Na widowniach, nawet kiedy grają komedie, stają mi przed oczami całe lata biernego poddaństwa, dekady bycia zachwyconą wielbicielką dla cudzej podmiotowości, cudzej sprawczości, twórczości i władzy. Bezradna obserwacja jak ktoś inny za mnie decyduje, co jest ważne, o czym warto mówić, na co patrzeć, co podziwiać. Gotuje się we mnie, kotłuje się we mnie żółć. I jeszcze jedno. Jestem kurewsko znudzona. Mam ochotę krzyczeć - jesteście śmiertelnie przewidywalni, przestańcie pierdzielić godzinami abstrakcyjne głupoty! Nie powinno mnie tu w ogóle być. Zaczynam się wiercić. Zaczyna mnie roznosić.

      Może mi to po prostu przypomina wielogodzinne posiedzenia w szkole, to uwięzienie w ławce i niemożność powiedzenia nauczycielowi (to on miał monopol na ocenianie, ta relacja niesymetryczna nigdy nie szła w drugą stronę), że przynudza, że jego monolog nas nie inspiruje ani też nie daje nam wiedzy, zrozumienia czy umiejętności, że wolelibyśmy być w lesie, na podwórku, w świecie, w ruchu - i tam się uczyć działając. Głupieliśmy z nudy i strachu. Teraz też przebieram nóżkami, nosi mnie, kręcę się i podryguję jak nigdy w życiu, jak mi nie było dane w PRL-owskiej podstawówce ani na polskim, niby już wolnym uniwersytecie, jak mi nie było dane na korpospotkaniach. Nadrabiam. U nas sposób sprawowania władzy zakłada, że jeden jest mądry, a reszta głupia. Być może też stają mi przed oczami niegdysiejsze akademie, to, że scena i reflektory i podziw zawsze należały do kogoś innego, ten dystans, ta zazdrość i bierność bywały nie do wytrzymania. Być może moja niemożność wysiedzenia na kongresach i konferencjach, wystąpieniach i prezentacjach i powerpointiadach ma też domieszkę wspomnień o niedzielnych mszach. O konieczności sztywnego wytrzymywania w niewygodnej pozycji, o tłumie i duchocie i opresyjności nieustannego słuchania jacy jesteśmy źli i brudni, słabi i grzeszni, wstrzymywania swoich chęci, potrzeb, pragnień i popędów. Moje ciało to wszystko pamięta. I pragnie biegać. Całować się. Podróżować. Przytulać dzieci i kruche staruszki. Pobić się z kimś na żarty. Albo serio. Powiedzieć, co naprawdę myśli. Zbudować coś. Zburzyć coś innego.

      Na poziomie symbolicznym model jest taki: żeby ktoś mówił, ktoś inny musi słuchać, żeby ktoś rządził, ktoś mu się musi poddać, żeby ktoś błyszczał, ktoś się musi usunąć w cień. Żeby jeden mógł być elitą, drugi musi być plebsem. Czy nie ten paradygmat przyświeca naszej polityce, instytucjom publicznym i systemowi edukacyjnemu? Dzieci i ryby i kobiety i podwładni głosu nie mają. Więc może chodzi o to, że ja częściej niż rzadziej występuję jako plebs. Więc wciśnięta w fotel widowni, konfrontuję się nagle z tym niedemokratycznym konstruowaniem świata i wzbiera we mnie niebezpiecznie, bulgocząc, bunt, zawiść, dzikie chcenie. Chcenie wyjścia z niewidzialności, z nieistotności, chcenie błyszczenia, albo nawet nie. Tak naprawdę mam w głębokim poważaniu błyszczenie, jestem nieśmiała raczej i źle się czuję w niezasłużonym blasku. Tak naprawdę chcę po prostu działać, współdziałać. Tworzyć i współtworzyć.

      Ale przecież nasiąkłam tą kulturą. W niej się urodziłam i ona mnie ukształtowała. Siedzi we mnie głębiej niż jestem gotowa się przyznać. Wstydliwie przypomina o sobie kiedy kupuję na Zalando majestatyczny, carski płaszczyk, który ma mi dodać powagi. Po co miałabym sobie dodawać powagi? Zostałam nauczycielką, trenerką, doradcą, bo mi się to wydawało gwarancją monopolu na opowiadanie świata. Nareszcie miałam kontrolę nad narracją. Nareszcie rząd dusz. Nareszcie ja, a nie kto inny. Trzymałam się tego kurczowo przez lata. Ale potem zaczęłam podróżować, zaznałam podmiotowego traktowania, byłam widziana, słuchana, konsultowana, traktowana poważnie, brana pod uwagę. Ale potem zaczęłam pracować z ludźmi i zrozumiałam, że wcale nie chcę budować pomnikowego, nieomylnego autorytetu, bo to niszczy relacje, generuje wyuczoną bezradność i frustrację dla drugiej strony, a dla mnie lęk i napięcie, bo muszę utrzymać niemożliwą, nierealną fasadę. Potem zaczęłam sama chodzić na warsztaty, na terapię, zatrudniłam się w bardziej egalitarnym, bardziej ideowym sektorze pozarządowym i odeszła mi ochota na rząd dusz. Zakochałam się w formule warsztatu - gdzie prowadzący rezygnuje z honorów i pompy, pozwalając uczestnikom dzielić się, przeżywać i odkrywać, gdzie tyle samo czerpie od nich, co oni od niego. To spotkanie pomiędzy równymi. Dialog. Przestrzeń swobodna i pozbawiona hierarchii. Podobnie moje sesje z terapeutką. Jej słuchanie. Jej nieocenianie, nieradzenie, niemądrzenie się. Jej założenie, że mam w sobie siłę i mądrość żeby sama wziąć odpowiedzialność za własne życie. Że mam potencjał doroślenia.

      Więc może kongresy i wystąpienia, wykłady, odezwy i kazania budzą moje stare demony. Wzrok autorytetu, który ocenia, karze, przymusza i kontroluje zaczynam czuć na sobie. Monolog czyjś zaczyna mnie określać, a przecież określa mnie tylko moje bycie, moje relacje i działania.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Z widowni”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 28 października 2017 18:16
    • Szczury wodne / Przypadkowe akty ciepła

      Pierwszy tydzień w nowym miejscu, które tak naprawdę jest powrotem do starego, dobrze znanego, składa mi się powoli weekendowo w patchwork impresji. Od początku, od przeprowadzki pada przygnębiający, rozleniwiający, męczący oczy, zmiękczający linie deszcz, wczoraj przez moje biurowe okno w suficie oglądałam niespodziewane błyski październikowej burzy. Być może była to pierwsza październikowa burza w moim życiu. Brodzimy z psem w mokrej trawie pobliskiego parku. On skacze. Skacze jak uszczęśliwiony kangurek, on galopuje jak mustang, któremu się przypomniała własna dzikość. Jesienny świt i jeszcze nie obudzili się i nie wylegli na dwór mokotowscy psiarze. Jestem w domu. Jestem u siebie. Ten świat jest mój. Nie muszę się przyzwyczajać do nowego miejsca, bo na pamięć, bo na oślep znam wszystkie ścieżki parkowe. Skręcam bezmyślnie to w prawo, to w lewo, rozpoznając pomniki, stare wierzby, place zabaw. Niedługo zacznę rozpoznawać starszych panów z delikatnymi pudlami, których widywałam lata temu. Na razie spod drzewa przyglądam się przytulonym na kamieniu zmokniętym, zmarzniętym białym rybitwom i przemieszczającym się zdyscyplinowaną formacją kaczkom. Posiedziałabym przytulona do jakiegoś stadka, więc wpraszam się na wieczorne oglądanie "The Voice of Poland" do siostry.

      Zachodzimy z psem do kawiarni w ślepej uliczce z kapliczką u ujścia, gdzie wezmę sobie sobotnie podwójne espresso na owsianym mleku, a pies wzbudzi eksplozję miłości - jego mokre czarne futro pogłaszczą po kolei dwie baristki, właścicielka, a potem z kuchni wyjdzie zwierzolubny kucharz i też się przytuli do psa. Znikąd pojawi się plastereczek szyneczki, a szczęściarz zwierz, otoczony uwielbieniem, zawsze zaciekawiony kulisami restauracyjnymi, nareszcie zostanie zaproszony za kontuar. Zalewa mnie fala rozmiękczającego wzruszenia. Tu jest jakoś inaczej. Teraz jest jakoś inaczej. Coś się niezauważalnie zmieniło.

      Od czasu przeprowadzki, a może wcześniej, od momentu rozstania, mam wrażenie, że budzę na prawo i lewo czułość i chęć pomocy. Że miękkośc mnie otacza. Nawet dwóch młodych twardzieli, dwóch stękających prowokacyjnie, jakby w oczekiwaniu współczucia, jakby tak naprawdę chcieli żebym ja, żeby ktokolwiek, żeby ich rozgrzeszyć z tej twardości, żeby zaopiekować się, zauważyć, wziąć odpowiedzialność za wychylającą się, wyglądającą z rozpruwających się szwów maczyzmu miękkość, żeby jej pomatkować, nawet dwóch młodych chłopaków, którzy przeprowadzali moje mieszkanie, nawet oni się rozgadali i zrobili więcej niż musieli. Ten mniej przystojny, ale bardziej tajemniczy, opowiedział mi jak złamała mu żebra jego dziewczyna, street fighterka, uziemiając go, zakleszczając w jakimś sprytnym chwycie. Opowiedział jak spotykają się ze znajomymi na nieoficjalne sesje, gdzie on uczy ich jak się bić, taki podwarszawski fight club, on wieczorami, po kilkunastu godzinach taszczenia pudeł, dorabia jako ochroniarz. Jemu ostatnio dwóch Ukraińców próbowało ukraść samochód. Jeden wylądował w szpitalu. To przywilej być na chwilę dopuszczonym do innego świata. Przez moment patrzyliśmy na siebie wprost i bez masek.

      Agent nieruchomości, który pomagał mi znaleźć mieszkanie, dryblas z blizną na ustach, ostrożnie sympatyczny, dawkujący nieufnie ciepły kontakt, napisał mi maila, w którym oświadczył, że nigdy nie zdarzyło mu się skojarzyć tak pasujących do siebie jak ja i właścicielka mojego nowego mieszkania osób. Że nigdy nie miał do czynienia z tak przyjemną transakcją. Właścicielka sama z siebie zamontowała na balkonie mieszkania siatkę, dzięki której mój pies nie wypadnie przypadkiem i będzie się mógł w słoneczne dni wylegiwać, wygrzewać, obserwować podwórka. Właścicielka na moje powitanie zostawiła wazon róż i miskę owoców. Agent przyszedł ze swoim współlokatorem żeby mi wyregulować zawiasy w niedomykającym się balkonie. Za nic. Kolega agenta przyniósł ze sobą tylko śrubokręt, a ja ciągle mieszkam na pudłach, więc waliliśmy w zawiasy przypadkowymi sprzętami, drewnianym wałkiem do ciasta.

      Zanim opróżniłam z ostatnich szpargałów poprzednie mieszkanie, przeszłam pół miasta ciągnąc za sobą trzy wielkie przeprowadzkowe kartony - przecież trzeba jeszcze zabrać ze sobą książki kucharskie, moździerz, wazony i obrusy. Padało. Ciągle pada. Kiedy wyszłam z metra, usłyszałam z czeluści podziemnego przejścia głos, który pytał czy mi pomóc. Pomógł pod same drzwi.

      Jeszcze trochę i uwierzę w coś zupełnie nowego na własny temat. Na temat świata.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 28 października 2017 09:48

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl