Kucharka Zen

Wpisy

  • środa, 14 czerwca 2017
    • Społeczeństwo zmęczenia

      To są na razie ułamki sekund. Jakby zakłócenia w matriksie. Trzylatek śmiejący się do swojej mamy, twarz w twarz, małe ząbki przedszkolaka szczodrze obnażone, ufne oczy, rozświetlona radością twarz. Jezusmaria, poczułam w sobie jego rozgrzaną skórę, krążyła we mnie jego rozbawiona, rozochocona krew. Miałam go przed oczami w zwolnionym tempie, ozłoconego późnym wieczorem wpadającym przez nadtłuczone wykuszowe okno do dużego pokoju jego rodziców. Najedzonego sushi i bezglutenowym ciastem z truskawkami. A potem znowu popadłam w bezczucie, w znany mi dobrze stupor czterdziestolatka. Coś rezonowałam, perorowałam, racjonalizowałam. Intelektualizowaliśmy, generalizowaliśmy, uprawialiśmy projekcję. Dysocjowałam. I znowu. Jezusmaria. Dwulatek, którego zimne stópki zaskoczyły mnie, rozedrgały, postawione na moich wielkich stopiskach chłodziły aż się zatrzęsłam. Wzdłuż kręgosłupa zszedł mi dreszcz delikatny, a z nim zmył się wszelki niepotrzebny szlam. Opadła mnie trwoga i uspokojenie zarazem. Ale siedziałam tam chyba pięć godzin. Perorując, rezonując, dyskutując i plotkując. Zdysocjowana. A jeszcze wcześniej, jezusmaria, tego w ogóle nie da się ubrać w słowa, ta mała, kilkumiesięczna, która zaczyna mieć w pełni ludzką twarz. A ja zaczynam rozumieć jej język. Nie wiem, kiedy ostatnio byłam z czegokolwiek aż tak dumna, kiedy ostatnio cokolwiek rozszczepiało mi te moje wszystkie wewnętrzne skrzepy znieczulające przed prawdziwym życiem i kazało czuć. Przestraszyłam się jej niezmąconej niczym fizyczności. Miała imię, ale istniała tylko ruchami, spojrzeniami, bezzębnymi uśmiechami, czystą fizjologią. Miała imię, ale nieskażona była jeszcze sztywną dorosłą osobowością. Czysta energia, jej drgnięcia mówiły nieskazitelną prawdę. Wymogła na mnie spojrzeniem niezmąconym, uniesionymi w górę rączkami, sprawiła że ją wzięłam na ramiona. Pogłaskałam, dotknęłam brzuszka, pod powierzchnią którego, tak płytko i tak podatnie na awarię, miała maleńkie narządziki. Ciemiączko. Mój chłopak nie bierze jej na ręce, bo się boi tej niesklejonej jeszcze na stałe czaszeczki delikatnej. Łatwo tłuczącej się istoty. Przestraszyłam się nagle. Była tak zależna i tak niewątpliwa jednocześnie. W zeszłym tygodniu ratownik medyczny opowiedział nam, że noworodki są praktycznie niezniszczalne, ale mu nie uwierzyłam. Zupełnie mu nie uwierzyłam.

      Pisałam ostatnio, że główną cechą, która mnie określa jest zmęczenie. Samotne, odgradzające od świata, zmęczenie maratończyka, który nie przyjmuje do wiadomości drugiego miejsca, jest w stanie myśleć wyłącznie zero-jedynkowo, jak czujne zwierzę walczy ze światem o przeżycie, ale zaczynam w tym zmęczeniu, przekształcającym się powoli w coś głębszego, autentyczniejszego, wspólnotowego, rozpoznawać innych. Wypalonych, przebodźcowanych, nieufnych, wyeksploatowanych i nieustannie zdobywających. To już nie znużenie dobrobytem, przesyt, to już nie przejedzenie i przebodźcowanie, to nie wyświechtanie wszelkich dotąd przyświecających mi ideałów, to nie zepsucie wewnętrznej busoli, która mnie rzuca chaotycznie zgodnie ze swoją awaryjną logiką to tu, to tam. To już nie rywalizacja patologiczna, nie wyścig z samą sobą, gdzie inni towarzyszą mi tylko na dystans jak zamazane sylwetki kibicujących wzdłuż trasy widzów i wielbicieli. Wczoraj po raz pierwszy od wielu lat wróciłam ze swojej wysokiej elitarnej góry do analogowego bycia z innymi. I chciałabym się tam zadomowić. Po raz pierwszy też, symptomatycznie, logicznie, ktoś się odważył mi powiedzieć, że bywam czasem nie do wytrzymania. Zadufana w sobie, nazwał mnie. Przyjrzałam się czule temu słowu. Zadufana w sobie. Tak jakbym miała przerośnięte, zrakowaciałe zaufanie do samej siebie, taka samowystarczalna po granice przecenienia własnych możliwości, odgradzająca innych od kontaktu z własną duszą, niezdolna polegać na kimkolwiek poza sobą.

      "Zmęczenie w społeczeństwie osiągnięć to zmęczenie samotne, które izoluje i odosabnia. (...) Takie poróżniające zmęczenie człowieka 'oślepia i ogłusza'. Ja wypełnia wtedy pole widzenia. (...) Okazuje się ono przemocą, gdyż niszczy każdą wspólnotę, cokolwiek wspólnego, każdą bliskość, a nawet sam język. 'Skazanych na niemotę, zmęczenie zmuszało do przemocy, nawet jeśli mogła się ona wyrazić jedynie w spojrzeniu wypaczającym obraz drugiego'. (...) Głębokie zmęczenie [natomiast] otwiera nawias tożsamości, rzeczy migoczą, błyskają, drżą na swych brzegach. Stają się bardziej nieokreślone, przenikalne i tracą coś ze swojej ostateczności. Ta szczególna bez-różnica nadaje im aury przyjaźni, a sztywne rozgraniczenie względem innego zostaje zniesione."

      Byung-Chul Han, "Społeczeństwo zmęczenia" w Krytyce Politycznej #45

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 14 czerwca 2017 18:23
  • niedziela, 11 czerwca 2017
    • Curriculum Vitae

      Mam czterdzieści lat i, jeśli musiałabym być całkiem szczera, a szczerość bolesna bywa tak, że raz na jakiś czas przytyka oddech, nie jestem przesadnie kompetentna w jakiejś konkretnej, wyrazistej dziedzinie. Umiem gotować. Szczególnie dobrze się sprawdzam kiedy w lodówce zostaje trzy przypadkowe składniki na krzyż. Wtedy włącza mi się kryzysowa kreatywność (w końcu wychowałam się w nędznych kulinarnie latach osiemdziesiątych, karmiona serkami topionymi, białym chlebem i mięsopodobną papką w szkolnej stołówce). Kryzysową kreatywność mam w krwioobiegu, jestem pewnie na nią skazana, bo już za późno kłaść nowe zręby swojej osobowości, obfitość neoliberalna - te wszystkie pełne półki i nadmiar, nadmiar, przesyt - zamiast mnie wprawiać w codzienną euforię, bo skraca się czas między odczuciem potrzeby a jej spełnieniem, bo czasem nawet nie wiem, że mam potrzebę, a już ktoś mnie kusi, że ją nasyci, więc ta wielość, do której nie przygotowało mnie moje PRL-owskie wychowanie powoduje rodzaj paraliżu. Znam się na deprywacji. Mam wpojone przez dziadków, którzy przeżyli wojnę i powojenne traumy, że w spiżarce zawsze musi być jakaś puszka, jakiś makaron, jakieś słoiki z przetworami, mam wpojone całowanie chleba, który spadł na ziemię i wyrzuty sumienia jeśli wyrzucam zapomniany, zmarnowany spleśniały dżem z lodówki. Oszołomiona i bezradna staję w supermarkecie i nagle naprawdę nic nie chcę. Chcę być w osiedlowym baraczku warzywno-owocowo-spożywczo-monopolowym. I mieć do wyboru mleko, ser, kiełbasę i śledzia. Wtedy - w prostocie trzech rzeczy na krzyż - wtedy na nowo się odnajdę. Na nowo sobie przypomnę, kim jestem.

      Języki łapię dość łatwo. Słowa lubię. Lubię idiomy, te wszystkie nieprzetłumaczalne byty, które tworzą nie tylko język, ale i sposób filtrowania świata. Kiedy się pozna słowo umami, nie można już wrócić do niewiedzy, że istnieje smak mięsisty, mroczny, grzybowo-wędzony, sycący i satysfakcjonujący. Umami. Lubię nazywać rzeczy, których doświadczam, tworzyć całkiem nowe idiomy, dobierać metafory, rozbierać na małe kawałki istniejące puzzle języka i składać je na powrót w konfiguracje zgodniejsze z otaczającymi mnie zjawiskami.

      Jestem maszyną do uczenia się, poznawania, doznawania, poszerzania sobie horyzontów. Być może to niezdrowe. Trudno mi się zatrzymać w jednym miejscu. Rzadko się nudzę, a nawet jeśli, szybko zaczynam się nudzić z radością, korzystając z niezagospodarowanego czasu żeby się wokół siebie czujniej rozejrzeć. Posłuchać. Ostatnio szłam po podwarszawskiej wsi i dotarło do mnie miarowe skrzyp, skrzyp, skrzyp nienasmarowanej huśtawki ogrodowej. Ucieszyłam się. Że w tę wiejską symfonię, psio-kogucio-gołębio-kosiarkową, nie wtargnął jeszcze podskórny huk metropolii. Przez niego drą się ptaki, gardziołka rozrywają sobie przekrzykiwaniem maszyn. Tutaj nawet subtelne, w mieście niezauważalne, skrzypy nabierają wyrazistości. Więc uczę się, rozwijam, poznaję, jestem żarłocznym, nienasyconym konsumentem nowych, nowych, ciągle nowych rzeczy.

      Mam czterdzieści lat i umiem rozmawiać z ludźmi z różnych kultur. Najdziwniejsze jest to, że nie nauczyłam się dyplomacji wcale a wcale podczas swoich zagranicznych podróży. Podszlifowałam ją tam wyłącznie. Dostałam ją w prezencie od babci-nauczycielki, babci-radnej. Według mnie to nauczycielskie geny i polityczne geny pozwoliły mi umieć rozmawiać. Nie wybrałam sobie biografii, która rzucała mnie raz po raz z miasta na wieś i ze wsi do miasta, która skazała mnie na nawigowanie w przepaści między dwiema mentalnościami - jedną, zanurzoną w biedzie, w naturze i zmysłach, w religii i zabobonach, klanową i kurczową, strukturalnie opresyjną i drugą, brutalną, pełną rywalizacji, bezlitośnie dwulicową, a jednocześnie ciekawszą, barwniejszą i bardziej otwartą, wystawiającą na kontakt z nieznanym, wymagającą nieskończonej elastyczności.  Z tej umiejętności jestem szczególnie dumna. Natychmiastowego wkomponowania się w rozmowę z dowolnym człowiekiem. Koresponduję ostatnio z Duńczykami, mam kumpla o podwójnym, francusko-hiszpańskim obywatelstwie, kumpla Anglika, zaprzyjaźnionego Niemca i serdeczną koleżankę Irlandkę, znajdowałam przez lata wspólny język z Gruzinkami i Marokankami, z Belgami i Szwajcarami. Wczoraj rozmawiałam z informatykiem i architektką krajobrazu, z dwulatkiem, trzylatkiem i pięcioletnim synem alkoholika, przedwczoraj z zakonnicą i dyrektorką ośrodka dla niewidomych dzieci, dzień wcześniej ze strażakiem, ratownikami medycznymi i prezesem fundacji. Od kilku tygodni mailuję po imieniu z dwiema biolożkami molekularnymi i z zespołem, który pracuje nad szczepionką na raka. Dwa tygodnie temu pogadałam z astronautą z NASA i amerykańską socjolożką. Jakaś część mnie nie dopuszcza do siebie tego ogromu szczęścia. Szczęścia, bo to inspirujące, bo to ożywcze, bo to przywilej wielki dostać się na chwilę do cudzych światów. Taksówkarza. Specjalistki od HR. Sąsiada-emeryta. Profesora ekonomii. Psychoterapeutki ruchem i tańcem. Babci trójki dzieci. Mam czterdzieści lat i to jedno umiem na pewno. Przerozmawiałam całe życie, a każda rozmowa budowała mnie, z puzzli tych wszystkich różnorodnych rozmów konstruowałam to, czym dzisiaj jestem. Powinnam być nieskończenie wdzięczna, ale na razie wdzięczność mnie przerasta. Mam alergię na rozmowy rytualne, powtarzalne, nic nie wnoszące, zdradzające fundamentalny brak zaciekawienia innym człowiekiem, wielki strach przed jego innością. Źle reaguję na klanowość okopaną w przekonaniu o własnej racji, o monopolu na kontakt z jedyną, absolutną prawdą. Nie chce mi się delikatnie tłumaczyć, bo wiem, że nieskutecznie wytłumaczę, wiem ile lat sama musiałam dowiadywać się, że absolutnej jedynej, monopolistycznie mojej prawdy nie ma. 

      Nie ma.

      Mam czterdzieści lat i główną moją, kluczową, kompetencją jest coś bardzo nietypowego. Dziwactwo takie. A mianowicie moja demotywacja i moje rozczarowanie. Moja nieufność i moje zmęczenie ogromne. Moje oszołomienie. Moje zagubienie. Śmiem twierdzić, że stanowię wartościowy eksponat, dwudziestopierwszowieczną kobietę, i że każdy rozsądny człowiek powinien się z kimś podobnym do mnie blisko zapoznać, wypytać o moje życie, zainteresować się moim światem. Jestem dzieckiem komunizmu, uczonym zbyt wcześnie i zbyt późno zarazem, nieodwracalnie, korporacyjnych kodów kulturowych, tresowanym na sprawnego konsumenta, jestem też kobietą szkoloną latami do wczuwania się i wyprzedzania cudzych potrzeb, podlegam światu zewnętrznemu prawie patologicznie, więc raz po raz okazuję się bardzo czuła na jego nadużycia, na każdą, nawet mikrą przemoc. Pracowałam w rozmaitych miejscach, oddawałam się pod opiekę rozmaitym osobnikom i społecznościom, głównie mi z tych doświadczeń zostało poczucie skołowania albo zawiedzionego zaufania, wypalenie, porozpadane na drzazgi, nierozpoznawalne ideały, naiwne być może, łopatologicznie proste, raz na zawsze utracone. Brakuje mi tamtej niegdysiejszej ufnej mnie.

      Zderzyłam się w okolicy swoich czterdziestych urodzin z wstrząsającą dość mocno prawdą - moją główną kompetencją jest wyraziste, osobiste, wieloletnie doświadczenie bycia gdzieś na końcu łańcucha pokarmowego, gdzieś na dole hierarchii w naprawdę źle zarządzanych ludzkich skupiskach. Skąd wiem, że byłam źle zarządzana? Ja - świadek i głosiciel trudności codziennych, dyskomfortów egzystencjalnych, życiowych rozpaczy. Bo poznałam też przez kontrast odwrotność permanentnego niedoinformowania, bycia wiecznie przestawianym biernym meblem w cudzej wizji. Bo mieszkałam w kilku zagranicznych krajach i zobaczyłam (między innymi), jak to jest zostać porządnie wdrożoną do pracy, przeszkoloną, pochwaloną za postępy, delikatnie zapytaną skąd się wzięły moje błędy. Bo miałam sensownych szefów. Bo mnie słuchano. Bo jasno komunikowano instrukcje. Bo mówiono co i jak, kiedy i dlaczego. Bo mam doświadczenie terapii, siedzenia parę lat w czystej relacji, naprzeciw człowieka, który słucha i nie ocenia, słucha i nie porównuje, słucha i nie doradza, nie mądrzy się, nie kontroluje, nie mikrozarządza, nie góruje, nie krytykuje, nie manipuluje, nie poniża, nie steruje. Bo kiedy przechodziłam ze stanowiska na stanowisko, kiedy próbowałam sobie wyszarpać w tym wielkomiejskim, a może nawet globalnym konkursie silnych i nieomylnych jakąś pozycję, jakąś wiedzę, jakąś odrobinę pewności siebie, w końcu któregoś dnia poczułam się pewnie.

      Zawodowo stanęłam na dwóch mocnych nogach, zaczęłam wiedzieć, co robię, naprawdę wiedzieć, specjalistka od czegoś konkretnego, nawigować sprawnie w niesprzyjających warunkach, w sztormie znalazłam kierunek, przepływ, jasność. A potem - zapłaciwszy naprawdę wysoką cenę za wspięcie się aż tak wysoko - za prestiż, za bliskość władzy, za ocieranie się o duże pieniądze, o światową politykę, zapłaciwszy za szacunek, za autonomię, za kontakt z kulturową elitą, która przy odrobinie dystansu okazuje się tylko hermetyczną, niszową, momentami bardzo pretensjonalną grupką ludzi - odeszłam. Teraz próbuję pozbierać się po nieodwzajemnionej ofiarności. Źle zarządzana, źle zarządzana, jeśli jestem ekspertem w czymkolwiek, to w byciu osobą, do której nie docierają ważne instytucjonalne informacje, ekspertem w konieczności walczenia żeby się czegokolwiek dowiedzieć, bo ważniejsi ode mnie ludzie w swoim zamkniętym kręgu podejmują decyzje, które mnie bezpośrednio dotyczą. Ekspertem w radzeniu sobie bez. Bez. Nauczyłam się nie być konsultowana, nie być informowana, nauczyłam się radzić sobie kiedy wokół mnie huczy chaotyczny wielogłos, kiedy mało kto pomaga, nauczyłam się improwizować, amortyzować absurdy systemu, świecić oczami przed klientami, próbować zachować przyzwoitość wobec kolegów i koleżanek, ale czasem nie mieć nawet tej satysfakcji - że się mogłam przyzwoicie zachować. Nie wiem nic więcej.

      No może wiem, jak destrukcyjne, dla całego zespołu i dla każdego jego członka - jest podleganie władzy niedojrzałych, niefrasobliwych, niekompetentnych, narcystycznych, przemocowych albo obojętnych osób. Gorzej - a to już druzgocząca i uwalniająca, uspokajająca prawda, to najważniejsza wiedza, jaką mam dzisiaj - wiem ze stuprocentową pewnością, że sama byłabym nielepszym szefem. 

      I co z takim czterdziestoletnim curriculum vitae? Mam regularnie marzenia o chatce w Bieszczadach, farmie lawendy na Suwalszczyźnie, o własnym kiosku z warzywami gdzieś na przedmieściach. Pewnie na koniec powinnam otworzyć okienko w ścianie gdzieś w mieście, z którego będę ludzi karmić prostym, trójskładnikowym jedzeniem, czytać książki w przerwach między wizytami klientów i gadać, nieprzerwanie, niepohamowanie, z ciekawością rozmawiać z ludźmi. Sama otworzę takie okienko. Bez szefa i bez zespołu. Żeby się nie wikłać w nieuniknione wyszarpywanie i monopolizowanie. Czy może nie?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 czerwca 2017 22:30
  • czwartek, 25 maja 2017
    • Dwie kobiety

      W jednym rogu naszej klimatyzowanej sali stoi kobieta-czołg, dyskretnie prążkowane czółenka na cieniutkich obcasikach, elegancki, praktyczny, prosty czarny kostium, haftowana biała bluzka, uosobienie niezreformowanej prymuski, która od dekad zbiera kolejne czerwone paski. I jeszcze migoczące przy każdym jej żywym ruchu, przy energicznej, rwanej ale kontrolowanej gestykulacji kolczyki. Ona mówi na bezdechu, nie wydaje się już od sześciu godzin zaczerpywać powietrza, może jest superherosem, który wcale tlenu nie potrzebuje? Nie straciła ani rezonu, ani wigoru, ani na moment nie wyhamowała, a ja nie nadążam. W następnym wcieleniu może powinnam być prawnikiem? Ona żongluje argumentami, spontanicznie przytacza studium przypadku, przykłady i ilustracje, pamięta artykuły i paragrafy, ustawy, daty, precedensy, wyroki sądów polskich i europejskich. Wypluwa słowa, słowa, słowa, dane, dane, dane, czasem trochę informacji, rzadko wiedzę, nigdy mądrość. Czeka mnie dwa dni bierności. Może za półtorej godziny uda mi się otworzyć usta i wydać dźwięk. Skomentuję wtedy wybór syropów do bardzo dobrej kawy z porządnego ekspresu, który udostępniła nam firma organizująca szkolenie.

      W drugim rogu sali siedzi koordynatorka tego warsztatu, niespójnie łącząca poczciwość, zmysłowość i kompetencje. Jak dziecko przymierzające dla zabawy stereotypy, jest połączeniem skrajnych wersji dziewczęcości (ta filuterna fryzurka, ta przymilność, słodycz w głosie, uśmiech jak pączek róży, uważność na innych, łatwość w obsłudze), kobiecości (niebotyczne pomarańczowe lakierowane szpilki, obcisłe ubrania, kocie ruchy) i nobliwości (rzeczowe, techniczne wypowiedzi, nieustanna wewnętrzna cenzura, hamowanie spontanicznych reakcji). Wydaje mi się, że nie pasuje do tego, co przywykłam widzieć w polskim biznesie. Jest za mało zimna, za mało zadaniowa, zbyt wyrazista, waha się zbyt często i zbyt długo zatrzymuje słuchając drugiej osoby. Nie ma w sobie witalności niespożytej, nie pędzi, brakuje jej też zacięcia wieloletniego w okolicach żuchwy, tej determinacji w zdobywaniu, obycia z agresją i rywalizacją, z konfliktem. W tej pierwszej kobiecie z kolei, tej z kolczykami, mało znajduję miękkości. Wydaje się stanowcza, przekonana i przekonująca, nieustępliwa wręcz, uosabia władzę, zresztą czyż nie stanowi jej rzecznika? Nie musi nawiązywać z nami kontaktu ani zabiegać o naszą aprobatę, ma wyższą pozycję. Jest potencjalnym zagrożeniem.

      Ta pierwsza płaci chyba większą cenę, mimo pozornie wyższych przywilejów. Mój wzrok przyciągają jej kolczyki. Ostatni wentyl, ostatni symbol, ostatni bastion delikatności.

      Ta druga ma w sobie przedwczesną ciotkę-cnotkę - pewnie w podarunku dla nas wszystkich, żebyśmy uznali ją za przyzwoitą młodą damę, hamuje swoją szczenięcą żywość jakby regularnie pociągała za niewidzialne wewnętrzne lejce, ograniczając narowy, które wmawiano jej od małego. Jakąś demoniczną, niezrozumiałą, mroczną część jej samej, jej cień, z którym nigdy się bliżej nie poznała, więc przemocą go krępuje. Posłuszna nam wszystkim na wszelki wypadek, ale komu konkretnie? Nigdy jej nie zapytano, czy sama z siebie wybrałaby akurat elegancję jako sposób na życie.

      Podobnie jak ta pierwsza, nie sprawia wrażenia świadomie ukształtowanej zgodnie z własną naturą.

      Pierwsza pani znalazła dom w przepisach i regulacjach. Zrozumiałych wyłącznie dla nielicznej grupki bliskich władzy terminach i kruczkach. Oprowadza nas po tym wyniosłym gmachu jak dumna gospodyni. Marmury i kandelabry. Jest naszym przewodnikiem po zawiłościach systemu służącego i wszystkim i nikomu konkretnie, w abstrakcji od naszych codziennych, pragmatycznych potyczek życiowych. Ale przeczuwam, podskórnie, że jej intencją nie jest pomóc nam poczuć się w tym majestatycznym domiszczu jak u siebie. Zrozumieć i się oswoić. Myślę, że chciałaby zamrozić status quo. Podoba jej się sytuacja, kiedy nas takich bezbronnych, bezradnych i zależnych prowadzi jak po sznurku, triumfując kiedy widzi przejawy bezbronności, bezradności i zależności, które nieodmiennie interpretuje jako głupotę i publicznie wyśmiewa.

      Druga kobieta tymczasem, w swoim kąciku, dyskretnie, bezszelestnie stuka w komputer i bezgłośnie stempluje nasze certyfikaty uczestnictwa w szkoleniu.

      Za oknem mamy widok na rozsłonecznione miasto. Za oknem tramwaje niosą wyletnionych przedstawicieli innych profesji. Kobiety innych konstrukcji psychicznych. Modne, płodne, poetyckie, wysportowane, ugodowe, skupione, dzielne, zabawne, nadodpowiedzialne, współuzależnione, zadbane, ekspresyjne, uczciwe i z klasą.

      Tak jak kiedyś mnie wychowywano ostrzeżeniami - jaką nie być, kim się nie stać, czym nie grzeszyć, jak się nie zachować, jakiego faux pas nie popełnić, tak ta pierwsza kobieta szkoli nas kazusami niedociągnięć i żenujących wpadek, błędów i uchybień, zakazów i negatywnych przykładów. Ja chciałabym po prostu wiedzieć, co robić. Z długiej litanii wykroczeń obarczonych odpowiedzialnością dyscyplinarną i karną nie umiem wywnioskować sensownej serii konkretnych działań, jakie mi WOLNO wykonać. Nasza przewodniczka po władzy zaprosiła nas dziś więc do domiszcza, w którym tego nie można dotykać, tam nie ma dostępu, tędy nie należy chodzić, na to nie patrzeć, tu nie powinno nas być. Poczułam się raczej jak włamywacz w dobrze strzeżonym banku niż pożądany, czule przyjęty gość.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Dwie kobiety”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 maja 2017 16:44
  • piątek, 19 maja 2017
    • Zmysłowo

      Słońce łaskotało mu twarz pasmami, którym udało się przemknąć przez grube drewniane żaluzje, strażników naszego snu. Jego prążkowane policzki i prążkowane czoło rozluźnione gładkością porannego snu uspokajały i mnie. Leżałam sztywno od piątej, niezdolna ani do snu, ani do ruchu, a przeze mnie falami przechodził jakiś absurdalny przecież za dwadzieścia szósta we własnym łóżku lęk wysokości. Śniły mi się trzydziestopiętrowe ruchome schody. Dziwny szpital-hotel-centrum handlowe, w którym wyznaczono mi staroświecki, taniutki, badziewny pokoik podniebny. A przecież byliśmy w drapaczu chmur, więc skąd, więc skąd te kwieciste zasłonki jak w domu. To kłamstwo, dwudzieste dziewiąte piętro w budynku z żelbetu i szkła to żaden dom. Coś takiego musiało mi się śnić, a ciało  nadal żyło tymi schodami do nieba. Zaczynało się robić gorąco, chociaż rozkopany chaos naszych kołder jeszcze chłodził. Za kilka tygodni przestanie.

      Na śniadanie dostałam kasztanowe babeczki z bananem. Wilgotne. Rozpływały się w ustach.

      Spacer z psem pachniał bzami. Bzy rozlewały mi się lepką słodyczą po mózgu, ale nie miałam nic przeciwko temu. Miasto jest na ogół jałowe. Biorę jak łaskę od losu każdy zmysłowy podarunek, jaki tylko w przypadkowych momentach w akcie szczodrości zaproponuje, jaki można sobie wychodzić jeśli tylko chodzi się dość długo, jaki można mu wykraść jeśli się umie kraść i daje sobie takie prawo. W osiedlowym ogródku, zza czyjegoś kanciastego płotu wychylały się pozamykane ściśle bladozielone włochate pąki na długich krętych łodygach, jak intymne części ciała, które służą miłości. Niektóre z nich wybuchły krwistą czerwienią. Wybuchły w triumf czerwieni. Jak intymne części ciała, które służą rozrodowi.

      Taksówkarz opowiedział mi o swojej siostrze, jego siostra pali wszystkie dowcipy. Był spokojny, wyjątkowo nieagresywny w swoich politycznych poglądach. Chropowata twarz i dyskretne chill-outowe radio. Dres. Zapach syntetycznej cytryny. Oryginalny dowcip odpowiadał na pytanie: jak złapać strusia za pomocą łysego faceta? Zakopać faceta tak, żeby wystawała tylko łysa głowa. Struś pomyśli, że jajo i zacznie wysiadać. Facet wystawi rękę spod piasku i schwyta nielota. W wersji siostry taksówkarza strusia za pomocą łysego faceta łapie się zakopując faceta tak, żeby wystawały wyłącznie jaja. Zaraz, płoszy się siostra, ale dlaczego facet musi być łysy?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 19 maja 2017 15:20
  • czwartek, 04 maja 2017
    • Gryczany makaron z orzechowym sosem i pieczarkami

      Z jakiegoś powodu najbardziej pomysłowa jestem kiedy mam ograniczone zasoby. Moje szare komórki karnie, sprawnie, energicznie rzucają się do akcji. Radośnie generują koncepcje zagospodarowania ostatków z lodówki w twórczy i oszczędny sposób. Mój chłopak gotuje więc w garnku wodę na makaron gryczany, a ja rozgrzewam na dużej patelni oliwę z oliwek, do której dorzucam posiekany młody czosnek. Nienasycona, chcę więcej pomocy. Obok zlewu piętrzą się talerze. Zaczął się jego tydzień ładowania zmywarki. Będzie trzeba jeszcze uprzątnąć przed czwartkową wizytą pani, która u nas sprząta. Nienasycona, chcę jeszcze więcej pomocy. Więc siekam cebulę, bo wiem, że on nie lubi. Yin i yang. Nagotuję tego makaronu dużo, za dużo. Mnie się nie będzie chciało go jeść. Jutro zostawię go w pracowej lodówce, zamiast niego napychając się frytkami z humusem i chrupkimi kosteczkami bakłażana. Przedziwna kombinacja. Połowa przyjemności płynie z tego, że on. Że on go sobie odgrzeje w pracy i domowo i od serca. Cebulkę przeszklam, ale zapominam się w swojej wewnętrznej goryczy, więc kilka jej płatków brązowieje. U niego w domu nie obierało się pieczarek. Babcia nie i mama też nie. U mnie się obiera. Nienasycona, chcę być odciążona od konieczności życia, starania się, ryzykowania, wystawiania na porażkę. Dorzucam pieczarki, pokrojone w kostkę, na patelnię. Podlewam odrobiną sosu sojowego, żeby szybciej puściły sok i poddusiły się i zaczęły intensywnie pachnieć. Wszystko na patelni zabarwia się na brązowo. Dodaję do niej, mieszając drewnianą łyżką, duże kawałki cukinii. Nie będę czekać aż całkiem zmiękną. Niech zostaną odrobinę chrupiące, mięsiste. Kiedy zezłocą się na rogach, dosypię tartego parmezanu i sproszkowanych orzechów włoskich. Doleję oliwy. Wycisnę jeszcze ząbek czosnku. Dodam pieprz i sól. Kiedy kuchenka zawyje alarmem, że skończył się makaronowi czas, on wyłączy makaron i odcedzi go. Nie leni się. Nie miga od pracy. Nienasycona, chcę więcej miłości. Mieszam sos i wsypuję rurki brunatne gryczane do sosu. Pozwalam wszystkim składnikom porządnie się zintegrować. Kocham gotowanie. On nie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 maja 2017 16:02
  • czwartek, 20 kwietnia 2017
    • Odcięta

      Gdybyście sieknęli ją na pół, nie równe pół, w pasie, odcinając nogi od torsu, ale w symboliczne pół, gdzieś w okolicach szyi, żeby głowę oddzielić od serca i macicy, gdybyście ją rozczłonkowali w ten sposób, niewiele by się pewnie zmieniło. Umarłaby szybko, oczywiście, ale przez te ostatnie ułamki sekund, zanim jej mózg zarejestruje nieludzki ból, na poziomie poczucia, kim jest, jaka jest, ta odrębność głowy i reszty ciała nie zrobiłaby jej różnicy.

      Była typowym produktem zachodniej edukacji. Wciśnięta w fotele i krzesła, wsłuchana w abstrakcyjne wypowiedzi, dusząca silniejsze emocje, żyjąca koncepcjami, intelektem. Jej ciało spało, biegało na Orbitreku, jeździło na rowerze, jadło jaglankę na mleku sojowym i pudding chia, uprawiało seks, przytulało się do dzieci w rozmaitym wieku. Jej głowa przyjmowała te doświadczenia jak przez watowaną mgłę, stłumione i mniej prawdziwe. Stłumione i mniej prawdziwe niż kaprys jakiegoś polityka, niż medialna nagonka na uchodźców, niż współpracownik przerażony fluktuacjami walutowymi, które mu rujnują kredytowe plany, niż koleżanka obrażona, że nie można z  nią pogadać o życiowej misji znalezienia jakiegoś faceta, bo faceta trzeba znaleźć żeby móc sobie pozwolić na pełnię czegokolwiek, a przecież i wtedy nawet nie, niż monolog szefa jej szefa i milczenie bezpośredniego przełożonego, który nie skomentował, a więc i nie zasygnalizował, że jest z nią chociaż trochę solidarny w niedowierzaniu w ten cały dom wariatów, podejrzewała, że szef jej szefa cierpi na jakieś schorzenie psychiczne i albo bierze otępiające psychotropy albo ich wcale nie bierze, otorbiony darmową emocjonalną opieką swoich podwładnych nie musi brać odpowiedzialności za to, jak się zachowuje. Liczne przywileje władzy. W jej poprzednim miejscu pracy tylko władza miała prawo do dobrego humoru. Do zmian nastroju. Do odpoczynku. Do snucia opowieści. Do wyznaczania, kto jest dobry, kto zły, kto jest z nami, a kto przeciwko. Tutaj, w nowym miejscu, władza miała przywilej nie brania odpowiedzialności za chaotyczność swojego umysłu. Inni, w tym ona i jej koleżanki, głównie kobiety, zajmowali się nawigowaniem między gwałtownymi wahnięciami jego opinii, paradoksami, przeczeniem samemu sobie, lukami w pamięci, między niespodziewanymi diametralnymi zmianami strategii, które jak dywan wyrwany spod nóg, rujnowały i tak już chwiejne poczucie równowagi. Niszczyły sensowność wykonanej dotąd pracy, odbierały motywację dalszej rzetelnej roboty.

      Wszyscy mamy ślepe punkty.

      Władza. Ci, którzy mogą nam dać zasoby albo je cofnąć - stanowiska, pensje, przynależność, sensowne zajęcie, ubezpieczenie zdrowotne i plan emerytalny - kształtują nas, chcąc nie chcąc. Od kiedy pamięta, znajdowała się pod opieką osób, które nie czuły tej zależności, nie brały za nią odpowiedzialności, były tak głodne, tak nienakarmione, że pasożytniczo wysysały wszystko, co na ślepo dawała żeby tylko się nie bać, że umrze zostawiona sama sobie. I to chyba właśnie to zgadywanie, od małego, wsłuchanie, wpatrzenie, telepatyczne domyślanie się zmiennych nastrojów osób, które miały nad nią władzę sprawiło, że wszystko inne straciło znaczenie. Czy była śpiąca, czy głodna, czy chora, czego chciała, na co miała ochotę - nieważne - kto inny stanowił punkt odniesienia, źródło życia i sensu, tożsamości i stałości. Nauczyła się więc znieczulać, a potem całkiem ignorować resztę siebie - wszystko, co przeszkadzało w ślepym, patologicznym podporządkowaniu. Głowa oddzielnie od reszty siebie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 kwietnia 2017 09:06
  • piątek, 14 kwietnia 2017
    • I wstyd i wstyd

      Odzyskuję po trochu czucie tu i ówdzie. Czuję w sobie jak się poruszają drżąco, wiotko na wietrze kwietniowym gałązki forsycji. Wątłe. Sama się wątła czuję w tym solidnym betonowym, rozpędzonym mieście. Czasem.

      Czuję w sobie jednego ze swoich szefów, jak wymęcza ze swojego hermetycznego, oddzielonego wnętrza towarzyskie rozmówki, jak odzwyczajony od bycia zabawnym dziwi się, że śmiejemy się nagle z jego anegdoty, a tydzień później, dla eksperymentu, próbuje znów opowiedzieć żart i wtedy też, ku jego zaskoczeniu, odzwierciedla się w naszym śmiechu jego możliwa nowa odsłona, dawno zapomniany uroczy on.

      Czuję w sobie smaki kiedy gotuję. Wiem dokładnie, chociaż nie spróbowałam, jak się złoży w całość majonez i oliwa i ocet balsamiczny i musztarda z Dijon. Byłam w Dijon. Czułam w sobie sówkę wyrzeźbioną na ścianie katedry, wygłaskaną spojrzeniami tysięcy turystów, pozbawioną pierwotnych detali wiatrem i słońcem i deszczem i wojnami i obojętnością.

      Czuję w sobie chwilową fascynację, nadzieję na coś dotkliwie absolutnego, która przemknęła przez twarz temu architektowi z długim kucykiem, na zebraniu wspólnoty, kiedy zobaczył moje obojętne zaciekawienie, moją życzliwą wsobność. Zaczął nagle opowiadać o rajdach, o wyścigach, w których bierze udział, przypomniało mi się bycie młodym i witalnym i jedynym we wszechświecie i jednym z kosmosem.

      Moje czucie jest moje.

      Nawet wstyd. Tak bardzo się chciałam nie wstydzić. A czuję, czuję, czuję tyle starego i nowego wstydu, swojego, nie swojego. Zaczynam je wszystkie odróżniać, przesiewać. Wstyd, że jestem za gruba - do kosza. Że za mało ćwiczę - do przemyślenia. Że nie bywam w teatrze - do zignorowania. Że nie prowadzę samochodu, bo nie mam prawa jazdy - do przyjrzenia się. Że nie spełniam oczekiwań innych - do czułego wyśmiania.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 14 kwietnia 2017 18:33
  • niedziela, 05 marca 2017
    • Manifa

      Czasami sobie myślę, że to mniejsza sztuka. Być odważną na korporacyjne sposoby, być buńczuczną, wygadaną, trochę kłótliwą i mocno zdeterminowaną, żyć wygodnym, zrozumiałym dla wszystkich stereotypem wojownika, gardzić słabymi, kopać leżących, w sobie jak chwasty wykrzewić wszelką wątpliwość i miękkość. Zadaniowo żyć, odhaczać kolejne punkty programu, podporządkować każdy moment jakimś celom odległym i cudzym, zapomnieć o miękkich, płynnych granicach codziennej ludzkiej poezji, przestać widzieć i słyszeć, co jest, przestać towarzyszyć zwyczajnym, upierdliwym bliźnim. Uzbrajać się we fryzury i szpilki, ołówkowe spódnice i tusze do brwi, pod którymi czasem nie widać różnicy między radością a smutkiem. Zmęczenie traktować jak wroga, spatologizować senność, chorobę ambiwalentnie widzieć jak wybawienie i klątwę zarazem, wymuszony wyczekany wypoczynek i barierę w wyścigu drapieżnych gryzoni po nieuchwytny absolut.

      Czasem sobie myślę, że kobiecość bezwstydna nie polega zupełnie na seksie z obcymi, bo to łatwizna. Wystarczy pójść do klubu i pić dużo i zostać do jakiejś trzeciej nad ranem, kiedy właściwie o nic innego nikomu nie chodzi i niedobitki się w pijanym widzie przytulają do innych niedobitków, a kiedy już słońce wzejdzie i alkohol przestanie działać przeczołgamy się na kacu i z kapciem w gębie przez jedną z kilku wersji żenującego rytuału: gry w tchórza: kto pierwszy się złamie i pokaże na pokerowej twarzy tę charakterystyczną mieszankę przerażenia, pogardy, zakłopotania i rozczarowania, nadziei i wdzięczności towarzyszącą porankom po jednonocnych przygodach.

      Czasem sobie myślę, że większa sztuka być kobietą z tych miejsc, o których się nie pisze historii, wsłuchaną w kogoś innego, a równocześnie skupioną na sygnałach z własnego środka, wkurwioną i zrezygnowaną zarazem. Wiedzącą, ile nie wie. Uczącą się. Błądzącą. Wiedzącą. Potrafiącą. I gotową sobie poradzić z reakcją niedowiarków, hejterów. Równie bezlitosną kiedy leży po kolejnym potknięciu jak kiedy kwitnie po zasłużonym sukcesie. Taką kobietą, która cierpi po rozstaniach i odrzuceniach. I umie kochać z wzajemnością, podejść do obcego człowieka i oswoić się z nim, jego sobie oswoić, to przecież kawał odważnej roboty. Taką kobietą, która nie udaje odwróconej plecami od własnych ambicji, ale umie zaparzyć komuś kawę i uprać skarpetki, jeśli go lubi i chce dla niego lżej i lepiej. Kobietą, która nikomu nie liczy bilansu przysług, szczodrą, ale nie popychadłem. Kobietą, która umie poprosić o pomoc, a czasem umie jej dla siebie zażądać. Czasem myślę, że trzeba pomieścić w sobie sprzeczne stereotypy, rozpuścić w sobie strach przed ich mroczną stroną i wreszcie wytrzymać świadomość, że ani Madonna ani ladacznica nie różnią się fundamentalnie, że nie ma między nimi grubej krechy, że paradoks bycia człowiekiem jest taki, że się w sobie mieści równocześnie pozorne sprzeczności. I już.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 marca 2017 16:08
    • Miski i stołki

      Chichoty. Rechotałyśmy jak dwie żaby. Lato przeplatało lazurowe upały z burymi burzami, dzięki czemu natura rozpleniła się w czarodziejskim ogrodzie dziadków szczodrze obsypując krzewy owocowe agrestem żółtawym, porzeczkami rubinowymi, jasnozielonymi jabłkami, niedojrzałymi jeszcze, to były czasy sprzed supermarketów i sezonowość potrafiła budzić wielką frustrację. Na niektóre owoce trzeba było czekać dziesięć miesięcy. Pojawiały się na efemerycznych parę tygodni, a potem nagle było za późno, ostatnie felerne, nadjedzone przez osy egzemplarze gniły pod drzewem. Niczego, nawet soczystych, słodkich, krwistych truskawek prosto z krzaka, unurzanych w suchej ziemi, potem mytych w durszlaku, błyszczących kroplami zimnej wody, niczego nie kochałam tak bardzo jak jabłek, których kwaśność wykrzywiająca twarz zaczynała właśnie transformację w słodycz. Tylko trochę słodyczy. Za kilkanaście dni te same jabłka przestaną mi smakować. Będą miękkie i słodkie, niewymagające. Chwilę później przez słodycz zaczną się przebijać lekko sfermentowane tony, a miękkość zmutuje w gąbczastość. Ile ja wtedy smaków znałam i faktur! Jak wyrafinowane były moje kubki smakowe, to były jeszcze czasy przed masową produkcją przecukrzonych jogurtów, jeszcze nikt do naszego jedzenia nie dosypywał glutaminianu sodu, nie znieczuliłam się jeszcze na dyskretną różnorodność zwykłych produktów z ogrodu. Do tej pory po stopniu słodyczy jabłek, w ciemno, wyrwana w nocy z innej strefy czasowej, z zasłoniętymi oczami rozpoznałabym polską porę roku. Po ogórkach, po gruszkach, po agreście, po jabłkach bezbłędnie. Mogłabym z dokładnością do dwóch tygodni określić, czy jest późny lipiec i odgryzam kęs papierówki, czy późny sierpień, czy może jem już zimowe odmiany - czempiony z sadów grodziskich. 

      Dzisiaj gotuję zupę z zielonych warzyw. Dopóki jej nie odcedzę, brunatna piana zasłoni niewielkie kawałki cukinii i brokuła, we wrzącej wodzie wirują paseczki włoszczyzny. W garnku obok próbuję nie przypalić lepkiego ryżu, z którego zrobimy dla dzieci kolorowe kulki, bo kiedyś w orientalnym sklepie kupiliśmy spożywcze barwniki do ryżu właśnie. Dopiero kiedy wymieszam miodowo-kokosowy ryż z niebieskimi okruszkami barwnika zorientuję się, że jest wytrawny, że słono-słodki ryż jest nieporozumieniem smakowymi i do niczego się nie nadaje. Jutro są urodziny mojego chłopaka. Więc francuska zupa, japoński ryż, a pod chińskim wokiem z polskiego supersamu właśnie wyłączyłam indukcyjny palnik, bo chilli con carne gotowe. Będziemy je serwować w kukurydzianych muszlach taco, a Piotrek weźmie nadwyżkę chilli do domu, bo mieszka sam i będzie chciał obiad na niedzielę. Ja bym do niego dolała pół buteleczki tabasco, ale nie wszyscy lubią tak ostre dania.

      Chichoty. Tak jak moja dzisiejsza kuchnia, niegdysiejsza, wiejska, miała brązowe deski w ramach podłogi. Nie wiem, czy kiedykolwiek dotąd widziałam moich dziadków, już zredukowanych o jedną świętej pamięci osobę, jako coś więcej niż niedosyt, niż niespełnione moje potrzeby bez dna. Nie wiem, czy kiedykolwiek zrozumiałam ile w tym domu było ich miłości, w ilu meblach, jak bardzo ten dom miał być nasz. Zadzwonię dzisiaj do babci. Trudno. Będzie mi opowiadała mnie samą, nieznaną mi, nierozpoznawalną. Będzie mi narratorką mojego życia. Trudno. Przynajmniej usłyszę jej głos zanim tego głosu zabraknie. Nie wiem zresztą, czy tak dużo czułości jak wtedy kiedy byłyśmy małe można w ogóle wytrzymać, czy da się za nią kiedykolwiek odwdzięczyć. Za stołeczki malutkie śliczniutkie zamówione u stolarza pięć wsi dalej przez człowieka, który być może nigdy nie zaznał własnego stołeczka, bo mu wojna rozpruła szwy dzieciństwa i rozpadło się, przestało trzymać kupy. Za miednicę napełnianą gorącą wodą prosto z czajnika prosto z pieca kaflowego, w której golusieńkie się obie mieściłyśmy na przedkolacyjne mycie, zmycie z siebie piasku zabaw w chowanego i błota zabaw w berka. Potem kanapki. Potem radiowe słuchowisko. Potem spać. Za kubeczki nasze własne emaliowane. Trzeba sobie może zabronić miłości w ogóle, co? Żeby się już nigdy nie czuć aż tak winnym, że się jej nie potrafi sensownie odwzajemnić? Albo się trzeba nauczyć żyć nieporadnie w przestrzeni przepastnej między swoją a cudzą czułością, czasem tylko, tylko czasem nawiązując chwiejny, niepewny kontakt.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 marca 2017 15:48
  • czwartek, 05 stycznia 2017
    • Dziesięć szczegółów

      Po pierwsze stary wilczur, Lolo, który nie należy do nikogo. Na ogół odpoczywa w okolicach baraku z warzywami, tego na rogu. Czarny, odrobinę skundlony, artretyczny być może, bo nie rozprostowuje całkiem kończyn w stawach. Kiedy nie pochrapuje, obojętny na przechodniów, zadomowiony przy ruchliwej ulicy, udrapowany kojąco na skrawku błotnistego trawnika, patroluje swoje osiedlowe terytorium. Leniwie. Nieśpiesznie przechadza się wśród bloków, jest u siebie.

      Po drugie, mniej więcej przecznicę dalej stoi kolejny okoliczny barak, z osobliwą kolekcją artykułów gospodarstwa domowego wewnątrz. Jeśli szukacie cerat albo pacek na muchy, kubków w kwieciste wzory lub krajalnic do jaj na twardo, wszystko znajdziecie w moim osiedlowym baraku Ten barak jest jak rosyjska ruletka. Być może pójdę tam po małe plastikowe sitko i zastanę właścicielkę, przyzwoicie uprzejmą, umiarkowanie pomocną kobietę w wieku pięćdziesiąt plus. Być może będę pilnie potrzebować chochli albo szczotki do czyszczenia toalet i natknę się na syna właścicielki, zimny, ślepy gniew w ludzkiej formie. Furię tak bliską powierzchni, że wystarczy niefortunne słowo, krzywe spojrzenie, politycznie zabarwione sformułowanie wypowiedziane nie w porę, a on eksploduje słowami pełnymi goryczy i frustracji.

      Po trzecie mała agencja nieruchomości na parterze budynku. Siedzi tam, w kliteczce przeszklonej, ozdobionej ofertami sprzedaży lub najmu z kolorowymi zdjęciami atrakcyjnych wnętrz, zadbana młoda brunetka, właścicielka, i jej pracownik, na pewno przed trzydziestką, chłopak o twarzy cherubina i wyrzeźbionym na siłowni torsie antycznego zapaśnika, sugestywnie widocznym pod opiętą, idealnie wyprasowaną koszulą. Lubię ich widzieć kiedy wracam do domu. Uspokaja mnie ich regularna obecność i staranie o wygląd. Jakby jeszcze istniały proste, stare dobre nawyki, które tak usilnie starała się mi wpoić mama. Jakby miały wartość. Żeby pastować buty, usuwać z wełnianego płaszcza farfocle i dbać o uzębienie.

      Stomatolog-ginekolog. Kiedyś zauważyłam jego lub jej gabinet w czasie spaceru z psem. Wyobraziłam sobie jaskrawo oświetlony bezlitosną jarzeniówką pokój wypełniony narzędziami tortur, wyposażony w sado-masochistyczne konstrukcje z metalu i skórzanych uchwytów unieruchamiających pacjenta podczas gdy pochyla się nad nim odziana w lateks demoniczna pielęgniarka. Prawdopodobnie jednak w dwóch schludnych, prostych, oddzielnych gabinetach pracuje dwóch rzetelnych, sympatycznych specjalistów. Tyle że nie skonsultowali swojego szyldu z żadnym specjalistą od marketingu.

      Po piąte górka. Każde osiedle powinno mieć takie wzniesienie terenu, demokratycznie goszczące właścicieli psów, spacerowiczów, piknikujące rodziny, romansujące pary, samotnych czytelników i grupki degustujące piwo. Dzisiaj spadł śnieg, a potem chwycił przymrozek. Pod stopami chrupało, a spragnione zimy dzieci nareszcie doczekały się wyjścia na sanki. Raz po raz z charakterystycznym szelestem, piszcząc głośno, przemykały obok mnie radosne kulki. Ze szczytu wzniesienia przypatrywali im się czule rodzice. Radosność kulek krążyła zaraźliwie  w szczypiącym powietrzu, wślizgując się we mnie dyskretnie i zostając na dłużej.

      Po szóste grusza. W okolicy skupiły się w klastrach rozmaite osiedla. Na tyłach mojego budynku niskopienne, czteropiętrowe domy mają własne ogródki, a w nich malowane krasnale, porzucone dziecięce zabawki, misterne kompozycje kwiatowe i (nagle zauważyłam) owocowe drzewa. Grusza rozrosła się w niekontrolowany sposób i zadaszyła swoją koroną część chodnika już za ogrodzeniem, dostępna dla przechodniów, kusząca. 

      Po siódme przeszklone balkony. Jeden z okolicznych budynków, nowiutki, ma szklone loggie zamiast balkonów, więc widać, jak w witrynach sklepowych, gusta ich właścicieli. Mam kilka ulubionych balkonów. Na trzecim piętrze buddyści rozwiesili kolorowe chorągiewki. Mają wygodne wiklinowe meble - stolik i dwa fotele. Jest też balkon z parawanem, światłami uwięzionymi w kolorowych kulach z materiału i dwoma leżakami. Inni sąsiedzi urządzili swoją loggię po skandynawsku, kolejni po włosku, ktoś z kolei ma dzieci i używa balkonu w charakterze placu zabaw. Stoją tam rowerki i jest mała rozkładana kanapa. 

      Po ósme patrzę ludziom w okna. Przepraszam ich, nawet jeśli to robię życzliwie, podglądanie to nic eleganckiego. Nie mogę się oprzeć. Naprzeciwko ktoś ma ten sam fotel z Ikei co ja, tylko w innym kolorze, żółty, a mój fioletowy. Piętro wyżej znajduje się gabinet terapeuty, bo ciągle widzę przez okno dwie zanurzone w intensywnej rozmowie osoby siedzące naprzeciw siebie, patrzące na siebie uważnie. Kto ma dziś czas na taką uważność? Na długi, głęboki dialog? Kto oprócz zawodowych psychologów?

      Po dziewiąte jest poczta, na której pracuje najgrzeczniejsza, najdojrzalsza specjalistka od obsługi klienta, jaką kiedykolwiek miałam przyjemność podsłuchać czekając w kolejce.

      Po dziesiąte wreszcie ludzie ze sobą rozmawiają, żartują. W windach, przy biurku ochrony, na parterze w sklepie spożywczym rozmawia się z jego szefem, uśmiałam się też kiedyś razem z panią z warzywniaka i jej znajomymi, znam sporo swoich sąsiadów. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 stycznia 2017 23:11

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl