Kucharka Zen

Wpisy

  • środa, 14 lutego 2018
    • Kim są kobiety

      Zaczęło się niewinnie. Zeszłam w pracy na parter, do recepcji, żeby odebrać jakąś przesyłkę. Zaczęliśmy jak zwykle wymieniać życzliwości - recepcjonistka, ochroniarz i ja. Że pogoda, że zimno, co mamy do jedzenia na obiad. Ponieważ zamawiam czasem dietę pudełkową, ochroniarz zapytał, czy dzisiaj przyjdzie torba z jedzeniem. Ja że nie, on mi na to, że jeśli żona mu kiedyś ugotuje za dużo zupy grzybowej, to on poczęstuje. Na to ja (z kiełkującym dysonansem poznawczym), że to wzruszające i że bardzo dziękuję. I - ponieważ nie mogłam się powstrzymać - że też bym chciała żonę.

      - Oj tak, żona by mi się przydała - rozmarzyła się solidarnie recepcjonistka.

      - A po co paniom by była żona? - zapytał autentycznie zaskoczony ochroniarz.

      - No powiem panu, że ja też bym doceniła żeby mi ktoś w ciepłym, czystym, zadbanym domu czekał po pracy z zupą. Albo jeszcze robił zupę na obiad do roboty. - wyjaśniłam ochroniarzowi.

      - A co to za sztuka zupę ugotować?! - obruszył się. Nagle wiedziałam, w czym tkwi problem. Koleżanka z recepcji dostała szczękościsku i coś wybulgotała przez zęby, a ja uśmiechnęłam się. Życzliwie, bez cienia złości.

      - Pan nie gotuje, prawda? Nigdy pan nie gotował zupy? - zapytałam zaciekawiona i przekonana, że trafiłam w dziesiątkę.

      - Nie. Ale co to za filozofia? Wrzuca się coś do garnka i już.

      Koleżanka nie wytrzymała.

      - Ale wie pan, że zanim się wrzuci to coś do garnka, to pół dnia zajmują zakupy mięsa i warzyw, mycie, obieranie, skubanie, skrobanie, siekanie, krojenie, odszumowywanie, mieszanie, nakrywanie do stołu, zbieranie ze stołu, a potem szorowanie garnków i talerzy. Dlatego ja po prostu zup nie gotuję u siebie w domu. Bo musiałabym rzucić pracę i nic innego nie robić.

      Ochroniarz popatrzył na nią jak na wariatkę.

      - No bo to nienaturalne, że kobiety pracują. - objaśnił nam świat. - Bóg stworzył kobiety żeby zajmowały się domem.

      Gdybym miała precyzyjnie opisać moją wewnętrzną reakcję w tamtej chwili, powiedziałabym pewnie, że zawrzał mi w trzewiach jakiś kwas i bulgocząc się podniósł gwałtownie w stronę przełyku. Mogło tak nawet dosłownie się zdarzyć.

      - Zresztą, - dodał z refleksem, jakby chciał uspokoić mój refluks i rozluźnić nasze stężałe twarze. - kto tak naprawdę lubi pracować?

      - Ja. Czasem lubię, czasem nie lubię. Ale generalnie lubię.

      - I ja.

      - Poza tym, - dorzuciłam - nie wyobrażam sobie żebym miała cały dzień siedzieć sama w domu, robić nudne i powtarzalne rzeczy, których nikt nie docenia i kontakt z ludźmi ograniczyć do tego, że kupuję od nich korpus kurczaka albo włoszczyznę. A potem mi jeszcze ktoś, jak kiedyś mój niegotujący szwagier siostrze, przyjdzie do domu i zacznie kręcić nosem, że on takiej zupy nie lubi albo że już drugi dzień z rzędu jest to samo. Królewicz.

      - Tak jak mówię, - nasz dyskutant przyjął strategię zdartej płyty. - kobiety najlepiej nadają się do prac domowych, mężczyźni do cięższych obowiązków. Tylko takie czasy, że i jedni i drudzy muszą pracować.

      - A pana żona pracuje?

      - Pracuje.

      - A lubi swoją pracę?

      Zgłupiał.

      - Nie wiem.

      - A gotować lubi?

      Zgłupiał.

      - Nie wiem.

      Miałam wrażenie, że sam usłyszał stężenie absurdu, w którym się zagrzebaliśmy.

      - A wie pan, - przypomniało mi się coś. - jak sobie myślę o wsi, na której się wychowywałam, u babci i dziadka, to tam wszyscy harowali. Nie było takiego dziwnego podziału jak w mieście, że facet ma jeden etat, a kobieta przynajmniej dwa - pracowy i domowy, czyszcząco-opiekuńczo-zupowy. Tam było tyle roboty, że od rana do wieczora cała rodzina zasuwała.

      - No tak, ale na pewno pani babcia zajmowała się gotowaniem i domem, a dziadek szedł do cięższych fizycznych prac, zgodnie z naturą.

      - No właśnie nie. Dziadek był słabowity, ciężko przeszedł gruźlicę w młodości i nie wszystko mógł robić. Babcia była silniejsza fizycznie. Więc dziadek na przykład zajmował się zakupami i woził rozmaite rzeczy samochodem, a babcia kopała, nosiła, pieliła, rąbała drewno.

      - No ale inni ludzie na tej samej wsi już żyli zgodnie z naturą.

      - Ja wiem? Tam było masę alkoholików, mężczyzn na rentach inwalidzkich albo z depresją, więc pamiętam, że niekoniecznie. Ludzie się dzielili robotą tak, jak się sensownie dało w ich konkretnej sytuacji.

      - Tak jak mówię, - ochroniarz nie ustępował, a ja miałam deja vu - kobiety najlepiej nadają się do prac domowych, mężczyźni do cięższych obowiązków. Tak Bóg chciał. Do tego nas powołał.

      - A jak pan patrzy na mnie i na koleżankę tutaj i słyszy, że my lubimy pracować a nie lubimy po pracy mieć dodatkowego zupowego etatu, to my się zaliczamy do tych kobiet, o których pan mówi? Czy nie zaliczamy? Bo nie wiem czy pan ma na myśli 99 procent kobiet oprócz nas, czy nas też, ale w takim razie nie powinno nas tu być. Czy ja jestem kobietą według pana definicji?

      Uśmiechnął się szelmowsko. Wiedziałam jaki będzie za chwilę żarcik.

      - No na pierwszy rzut oka chyba jest pani kobietą. Ale nie wiem na pewno.

      - Dobra, nie wchodźmy w ten temat, bo za sekundę będzie nieprzyjemnie.

      - A w ogóle co pani tak poważnie te sprawy traktuje. - tylko czekałam na oskarżenie, że nie mam poczucia humoru.

      - A wie pan, że mnie ten temat bezpośrednio dotyczy? Gdyby wszystkie kobiety zamknąć w domach i kazać im gotować, to dla pana czysty zysk, bo zupy będzie więcej i lepsza i na wykrochmalonym obrusie podana. A dla mnie to by oznaczało rodzaj więzienia. Bo ktoś by mnie zmuszał do robienia rzeczy, których nie cierpię, a zabraniał rzeczy, które kocham, tylko po to, żeby jemu było przyjemniej. Rozmawiamy o moim życiu, o tym jak ma wyglądać, czy ma być do zniesienia czy nie do zniesienia. Jak na mój gust, to bardzo, ale to bardzo poważny temat.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 14 lutego 2018 11:56
  • piątek, 02 lutego 2018
    • Sumienie

      Czytam sobie i słucham sobie i oglądam też, bo są na ten temat obrazki, komiksy oraz filmiki. O himalaistach, którzy ratowali siebie zamiast poświęcać życie dla kolegi. O Polakach, którzy ratowali siebie zamiast poświęcać życie dla żydowskiego sąsiada. Debata narodowa jak rzeka po długotrwałych deszczach rozlewa się po gazetach i profilach na fejsbuku, przystankach autobusowych i stolikach restauracyjnych, po przerwach kawowych w pracy, rodzinnych obiadach, kolejkowych pogaduchach w aptece albo poczekalni u doktora. Nie bardzo wiedziałam dlaczego ograniczam w niej swój własny udział, przebąkuję coś wymijającego kiedy ktoś rzucał skojarzenie, kiedy ktoś prowokował do rozmowy, że to niby bardzo złożona sytuacja, a ja w niej nie byłam, więc wypowiadać się nie mam sumienia. Sumienie. O tym będzie ten wpis.

      Nie bardzo wiedziałam, dlaczego nie umiem nic z pełnym przekonaniem przesądzić, zasądzić, osądzić, dopóki fejsbuk nie podrzucił mi nagle, tak jak tylko on to czasem robi, informacji, że jedna z moich znajomych skomentowała post jakiejś pani. Ludzie komentują rozmaite rzeczy w rozmaitych miejscach, nie wiem dlaczego fejsbuk uznaje, że mnie ich komentarze na obcych profilach interesują, ale tym razem zobaczyłam, że koleżanka wyraża wyważone wsparcie dla żony himalaisty, który zginął na Nanga Parbat i robi to na profilu tejże żony, co mnie zaintrygowało. Okazało się, że polskie piekiełko debatanckie, piekiełko jednoznacznych ocen moralnych, szukania winnych albo przynajmniej kozłów ofiarnych, wytykania palcami i podsumowywania zgodnie z własnym światopoglądem rozpętało się pod wpisem żony Tomka Mackiewicza o śmierci męża. Coś prywatnego i bolesnego nagle zmieniło kaliber i stało się własnością wszystkich - ciekawskich, współczujących, poszukujących współczucia dla siebie, gniewnych, szukających emocji, szukających sensacji, chcących uwagi, chcących wyrazić solidarność, próbujących zrozumieć, próbujących być zrozumianym. Mnie też poniosła ciekawość. Czytałam dalej. Byli ludzie, którzy pisali z wielką empatią i tacy, którzy wyrażali zasadnicze opinie, proste, czarno-białe ewaluacje. Nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jesteśmy w naszej kulturze jednolitą masą i piekiełko równomiernie rozprzestrzeniamy. Uczestniczymy w nim na wiele sposobów. Czasem jedna i ta sama osoba wykaże się wielką szlachetnością i spokojem, czasem ta sama osoba da się ponieść albo bezmyślnie, automatycznie zareaguje i rozogni niepotrzebne bulgotanie emocjonalnej smoły. Ja też.

      To, co dla mnie jest pewnie najtrudniejsze w tych ostatnich rozmowach o "polskich obozach zagłady" i całości doświadczenia tylu Polaków i Żydów, że nie sposób zliczyć, nie sposób ujednolicić, uniwersalizować, uprościć czy generalizować, nie sposób podsumować w narracji czarno-białej, z podziałem na dobre i na złe, to  co dla mnei jest najtrudniejsze, to próba wessania w schemat dziecięcej przypowiastki o dobrej księżniczce i brzydkiej złej czarownicy, o szlachetnym rycerzu i potwornym smoku, rozmaitych sytuacji, które zdarzyły się komuś innemu, gdzieś indziej, w czasie gdy my robiliśmy swoje i doświadczaliśmy własnego życia. Nie byliśmy ani uczestnikami ani świadkami. Nie mamy prawa wypowiadać się, opiniować, osądzać. A jednak próbujemy.

      Myli nam się.

      Być może, próbuję zrozumieć, a jedynym dostępnym dla mnie narzędziem zrozumienia jest moje własne żywe doświadczenie, więc wracam myślami do sytuacji, kiedy to ja ferowałam z lubością i z łatwością jednoznaczne wyroki i niestety, wytłumaczenie jest smutne. Im bardziej czułam się impotentem we własnym życiu - bezradnie pozwalając innym sprawować nad sobą władzę i nie czując się na siłach żeby przeciwstawić się krzywdom albo powalczyć o swoje potrzeby albo wstawić się za słabszymi - im bardziej miałam amputowaną sprawczość, uciszoną podmiotowość, tym większa rosła moja potrzeba udziału w emocjonujących życiach innych ludzi. Udziału bezpiecznego, z widowni, ze stanowiska wszechwiedzącego komentatora, który - posiadając niepełne informacje - popełnia jeszcze gorszy nietakt, jeszcze większe nadużycie - albowiem udaje, że umie zaglądać do wnętrz dusz obcych ludzi, rozumie ich intencje, wie czy są dobrzy czy źli. Słabi czy silni. Ocenia ich stopień przystawania do narodowego etosu bohatera.

      Ostatnio czytałam listę, spisaną przez Umberto Eco, który opisywał kolejno cechy charakterystyczne autorytarnych rządów. Jeden z pierwszych punktów na liście stwierdzał, że totalitarne reżimy konstruując propagandową narrację, przesycającą media, kulturę popularną i system edukacji, ustawiają dla swoich obywateli moralną poprzeczkę na poziomie bohaterstwa. Kiedy pomyślę o tym, jak mnie wychowywano w socjalistycznej szkole, kiedy teraz przerabiam swoje wewnętrzne nieustępliwe ideały na terapii, widzę, że na symbolicznym, duchowym poziomie byłabym dla wielu osób z pokolenia mojej babci godna uwagi i szacunku jedynie w przypadku, gdybym z płonącej stodoły, pod ostrzałem Nazistów, uratowała przynajmniej dwunastkę dzieci - najlepiej mieszankę Polaków i Żydów, wtedy by się nikt nie przyczepił. Pokolenie moich rodziców uszanowałoby mnie za bezkompromisowe strajki solidarnościowe, za nieugięcie się wobec milicjantów i esbeków i urzędników państwowych, ale ja wtedy, ale ja wtedy miałam trzy, cztery, pięć lat i umiałam tylko śpiewać antysystemowe piosenki, co napytało kiedyś w pociągu wielkiej biedy mamie mojej mamy. Wysiadłyśmy w pośpiechu wiele przystanków za wcześnie, w środku zimy. Bohaterstwo. Tyle że za mojego życia bohaterstwo polega na codziennym przyzwoitym traktowaniu współszczurów w korpo i współpasażerów w przeładowanych, przegrzanych autobusach. Tyle że za mojego życia bohaterstwo rozgrywa się na poziomie indywidualnej podmiotowości w pracy i w związku - czy mam prawo powiedzieć "nie" rozmaitym wymaganiom, nie wypalić się dla szefa czy narzeczonego - za mojego życia bohaterstwo to ustawić się w jakiejś sensownej kontrze do konsumpcji i materializmu, do pośpiechu i instrumentalnego traktowania drugiego człowieka. Odmówić patrzenia na Innego jakby był produktem w supermarkecie, wąsko wyspecjalizowanym usługodawcą, który w ramach prostackiej transakcji coś mi oferuje, a potem znika z mojego życia.

      W rozmowach ze starszymi pokoleniami nie czuję zrozumienia czy szacunku do tej odsłony historycznej walki o człowieczeństwo. Dwudziestopierwszowiecznych przepychanek w systemie, który wszystko ekonomizuje, monetaryzuje, który każdego podporządkowuje czyjemuś zyskowi. Zachęca do zniecierpliwienia, do korzystania, do wykorzystywania, do emocjonalnej ślepoty, oducza czucia i wrażliwości. Nie ratujemy Żydów, nie burzymy komunizmu, większość z nas nie zdobywa też z narażeniem życia szczytów. Jedyne, co wiem, mądrym, spokojnym miejscem w sobie, to że nie możemy przykładać moralnej miary własnego życia, z jego delikatnym ekosystemem współzależności, z jego scenerią i mikroklimatem, do cudzego życia. Ani własnej matki, ani siostry, ani też obcego. To niezwykle kuszące, ale to rodzaj przemocy. Rodzaj nadużycia. Sama wiem, jak łatwo zamiast własnym sumieniem zająć się cudzym. Ominąć swędzenie swojej duszy, smrodki nieporozwiązywanych problemów i poczuć winy. Zafiksować się na prostych bajeczkach o Złych i Dobrych, nałożonych jak matryca na organiczny bajzel cudzego życia. Powinnaś była mu wygarnąć, kutafonowi - mówię w gniewie siostrze, a tak naprawdę nie mam bladego pojęcia. Po prostu jej strach, jej wahanie, jej próba wyważonej reakcji budzi moje demony, a ja moich nie chcę twarzą w twarz konfrontować.

      Sumienie to kuriozalny twór. Ale chyba jedyne co możemy to zająć się tylko swoim własnym. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Sumienie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 02 lutego 2018 16:43
  • sobota, 27 stycznia 2018
    • Mówiłam, że w Polsce są męskie i damskie getta? A potem ludzie się kiszą w hermetycznych nuklearnych układach...

      Nie mam więcej pytań. Rozmontował mnie ten artykuł:

      http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,22948839,zonaci-nie-maja-kobiet-przyjaciolek-felieton-mikoszewskiej.html

      Tęsknię za przyjaźniami z facetami. Kumpli bym chciała mieć. Takich bez zobowiązania. Bez damsko-męskich podtekstów. Żeby sobie pobyć w mieszanym towarzystwie, gdzie się ludzie potrafią życzliwie sobą nawzajem interesować, bez wymuszania od razu na sobie nawzajem romantycznych klimatów. Poznać się trzeba najpierw. Obwąchać. Pobyć razem. Poniebyć razem. Zobaczyć w różnych sytuacjach. Tęsknię za siedzeniem w pubie i przyzwyczajaniem się do siebie na luzie, żartowaniem, dyskutowaniem, przekomarzaniem, mądrzeniem się, słuchaniem, zachwycaniem, bulwersowaniem, filozofowaniem. Tęsknię za knajpami, które pamiętam z Belgii i Anglii. Sąsiedzkimi, bezpretensjonalnymi piwiarniami, gdzie można było posiedzieć i pogwarzyć. W Warszawie mam wrażenie, że kiedy tylko wejdę do knajpy, od razu prostuję się na baczność i spinam pośladkami, jak gdyby należało się jakoś lepiej, bardziej zaprezentować (wszyscy tacy umalowani). Więc brakuje mi studenckiego kotłowania się z rówieśnikami obu płci i uczenia się o sobie nawzajem, niezmordowanego. Jakby mi ktoś amputował kończynę. Ostatni raz miałam kolegów na studiach właśnie, potem jeszcze przez chwilę w pracy, ale niewielu hetero, więc jednak czegoś trochę brakowało, a potem nagle miałam ponad trzydziestkę, zostałam dyrektorem tego, kierownikiem owego, pracoholikiem, opustoszało wokół mnie, bo inni ludzie się sparowali i zniknęli w biurach, w gettach rodzinnych i klikach przyjaciół tej samej płci, opustoszało.

      Pamiętam jak mi ktoś powiedział, że niemożliwa jest przyjaźń między mężczyzną a kobietą. Nie zgadzam się z całego serca. Jest możliwa. Wręcz wskazana. Moim zdaniem konieczna, obowiąz-kurde-kowa. Jak to się dzieje, że nie ma w człowieku ciekawości rozmaitych ludzi - niezależnie od płci, wieku, zawodu, religii, upodobań? Jak to możliwe, że się tkwi w jednorodnym, przewidywalnym, wąskim zakresie międzyludzkim i nie wyje do różnorodności, do dowiadywania się, rozwijania, poszerzania perspektyw, spotkań pełnych zaskoczeń, dialogów kontrastowych? Do tego spokoju, który płynie z przynależności do kolorowej, niejednoznacznej, pełnej niespójności grupy homo sapiens, w której można więcej, w której ludzie nie zaganiają siebie nawzajem do nieciekawego, konwencjonalnego, pozbawionego żywotności i kreatywności peletonu.

      Byłam dzisiaj na warsztatach WenDo - asertywności i samoobrony dla kobiet. Dziewczyny, które przyszły były bardzo różne. Jedna pracuje w budowlance, druga w pośredniaku, trzecia jest historykiem sztuki, czwarta opiekuje się dziećmi z przemocowych rodzin. Na początek zrobiłyśmy ćwiczenie zapoznawcze i w małych grupach szukałyśmy czegoś, co mamy ze sobą wspólnego. Okazało się, że wszystkie co do jednej uczestniczki warsztatów mają ciągoty do majsterkowania - naprawiania rowerów, zbijania skrzynek, rąbania drewna, grzebania w sprzętach domowych i w bebechach samochodów - że z kolegami i partnerami życiowymi dziewczyny odkrywają światy dotąd hermetycznie pozamykane, dostępne wyłącznie dla drugiej płci. No fajowo. 

      Po warsztacie znalazłam na fejsbuku wpis koleżanki z Ukrainy/Brukseli, bardzo błyskotliwej politolożki-aktywistki. Opublikowała artykuł, który opisywał prześmiewczo doświadczenia randkowe pewnej kobiety. Przy kilkunastej monologicznej opowieści kolejnego potencjalnego chłopaka o tym samym, co wcześniej, zaczynało się robić wesoło. Za którymś razem, kiedy dziewczyna wróciła do domu śmiertelnie znudzona, zdała sobie sprawę, że te momenty śmiechu po pachy, to momenty kiedy ona przejęła pałeczkę i zaczęła opowiadać dowcipy. Że to ona była zabawna. Z moich kilkunastu internetowych randek przed wielu laty pamiętam takie męskie monologi na jeden temat i stuprocentowy brak pytań o mnie. Kusi, żeby powiedzieć, że to niegrzeczne. Ale może warto na to spojrzeć inaczej. Jeśli chłopcy nie mają sióstr ani regularnego bliskiego kontaktu z koleżankami, skąd mają wiedzieć, że kobiety posiadają podobną do nich w 97% psychikę (były badania, w razie czego pytajcie o źródła, to się pofatyguję i znajdę) i że też lubią wzbudzać zainteresowanie, szacunek, czasem zachwyt wręcz, lubią rozśmieszać lubią intrygować, lubią prowokować do myślenia. Lubią żywą, zaangażowaną, wzajemnie ciekawą interakcję. 

      Przebywanie w getcie mężczyzn kończy się tak, jak mogłam zaobserwować parę tygodni temu w czasie wieczoru typu "otwarty mikrofon" dla tak zwanych stand-upperów, którzy chcieli przy publiczności przećwiczyć materiał. Gdyby którykolwiek z młodych chłopaków (nie występowały żadne dziewczyny) pofatygował się kiedykolwiek potraktować swoje kolejne narzeczone jak pełnoprawnych, wielowątkowych ludzi z mózgiem, gdyby uprawiali też przyjażnie i kumplowali się luźno z dziewczynami poza związkiem, być może uniknęlibyśmy sytuacji, w której każdy następujący po sobie komik opowiadał identyczne, po paru minutach nużące dowcipy o tym, że kobiet się nie da zrozumieć. Ależ da się.

      Olśnił mnie ten artykuł pod linkiem powyższym. Zrozumiałam dlaczego moją dominującą refleksją po tym, jak mnie rzucił mój ostatni chłopak było takie oto przemyślenie, że gdyby przez następne pięć lat zaprzyjaźnił się platonicznie z kilkoma dziewczynami (mógłby zacząć od swojej szwagierki, matki, ciotki, kuzynki i od paru kumpelek, z którymi od dekady chodzi na imprezy, ale nadal wie o nich zero, bo z nimi właściwie nie gada, a jak gada to głównie o sobie), to może nie traktowałby mnie jak groźnego, potencjalnie zdradliwego, obcego ufo i może mielibyśmy się szansę dogadać. Szkoda mnie, oczywiście, bo po co ma boleć kochanie, skoro mogłoby wcale aż tak nie boleć. Ale jeszcze bardziej szkoda chłopaka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Mówiłam, że w Polsce są męskie i damskie getta? A potem ludzie się kiszą w hermetycznych nuklearnych układach...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 27 stycznia 2018 18:30
    • Łyżwiarze

      Tajpej. Na widowni siedzi czarnowłosa skośnooka pani w średnim wieku, na kolanach trzyma stosik flag. Ułożonych na płasko, idealnie równo, w odpowiednim porządku. Jak tylko kolejna para tancerzy kończy swój występ, ona podnosi chorągiew odpowiedniej nacji i entuzjastycznie nią wymachuje, chociaż twarz ma kamienną, z nieodmiennie obojętnym wyrazem. Kiedy zobaczyłam ją na ekranie pierwszy raz, zdziwiłam się, że pochodzi z Nowej Zelandii. A potem zauważyłam pozostałe, idealnie odprasowane, gotowe do użycia flagi - amerykańską, kanadyjską - i zrozumiałam, że wyznaczono jej tę rolę.

      Mała Chinka w czarnym obcisłym kostiumie wyjeżdża na lód ze swoim uśmiechniętym chłopięco partnerem. Oglądam łyżwiarstwo figurowe, bo rozładowały mi się słuchawki, a na siłowni bez muzyki nudno. Pierwszy raz widzę parę zawodowych tancerzy na lodzie, gdzie dziewczyna w ramach odświętnego kostiumu nosi spodnie, legginsy, zamiast świecić kształtnymi pośladkami spod symbolicznej, boleśnie kusej spódniczyny, dla przyjemności męskiej części widowni. Chinka w obszytym kryształkami spodniumie z legginsami może zadbać o własną wygodę, tańczyć bez zmartwień o ładność swojego wyeksponowanego tyłeczka. Bardzo mi się to podoba. Amerykanie, którzy występowali przed chwilą ubrani byli klasycznie - on szarmancki rycerz w granatowym mundurze, ona łabędzia księżniczka w połyskliwej bieli. Pupa tradycyjnie na wierzchu, parę efemerycznych śnieżnych piór w ramach spódnicy.

      Chińczycy oboje są drobni, ale dziewczyna to naprawdę tycia istotka - młodziutka i malutka. Zaczynają tańczyć. Siłownia wyłączyła dźwięk, zamiast ścieżki dźwiękowej zawodów łyżwiarskich zagrzewa nas do boju niespójnym z obrazem pokazywanym na ekranie skocznym disco. Może dzięki temu rozjechaniu wizji i fonii potrafię spojrzeć na te młode ciała czysto technicznie, śledzić ich kolejne akrobacje bez zbędnych sentymentów, wyobrazić sobie jak - na poziomie mięśni - jak to jest być nimi. Kiedyś ta wystudiowana lekkość tanecznych ruchów wydawała mi się banalna. Teraz, spocona na orbitreku, zasiedziałe zwierzę biurowe, teraz lepiej rozumiem nadludzki, obsesyjny wysiłek, który doprowadził garstkę zawodników na poziom światowy. Chińczycy suną bezszelestnie po lodzie. Obracają się, wirują, skaczą. Nagle coś nie idzie maleńkiej dziewczynie i widzę jak siedzi na ziemi, a potem podrywa się na nogi i mknie dalej. Ale worek z błędami już został rozwiązany i zamiast perfekcji oglądam ciała, które straciły kontrolę: sypią się kolejne upadki, potknięcia, rozjeżdża się choreografia. Na orbitreku to ja sztywnieję ze wstydu w ich imieniu. Oni otrzepując się dzielnie wstają, łapią synchronizację, jadą dalej.

      Nigdy nie lubiłam tańca klasycznego, bo od początku, jak baran bezmyślny, trenujesz swoje ciało do perfekcji, a nie do wolnej ekspresji. Standard już istnieje, ktoś inny, lata całe temu, wymyślił go i wypracował. Ty tylko powtarzasz. Nie zmieniasz, nie odkrywasz nic nowego, nie dajesz się niczemu od środka ponieść swobodnie. Ostatnio znów głośno zrobiło się o Tonyi Harding, kilkukrotnej mistrzyni USA w łyżwiarstwie figurowym, którą w 1994 roku - kiedy mnie się jeszcze przed telewizorem wydawało, że to, za co Harding dostaje medale jest banalnie proste i dostępne nawet śmiertelnikom podobnym mnie, wystarczy tylko wyjść na lód - Tonyę Harding w 1994 roku oskarżano o uknucie wraz z byłym mężem napaści na największą rywalkę, piękną dziewczynę z dobrego, zamożnego domu, Nancy Kerrigan. Harding, dziewczyna z klasy pracującej, od małego borykająca się z obciążeniami przytłaczającymi ludzi takich jak ona, wyrosłych w biedzie i nadużyciu, nie sprzyjających jasnemu, konstruktywnemu tkaniu rozwojowej biografii, Harding nigdy nie miała szansy na to, że amerykańska publiczność zobaczy w niej księżniczkę. Była dla swoich rodaków raczej brzydkim, klnącym jak szewc rzemieślnikiem wypacykowanym i nieudolnie naśladującym arystokrację. Potrafię sobie wyobrazić życie, któremu towarzyszy uporczywa nadzieja na cud połączona z nadludzkim, perfekcjonistycznym staraniem, które prowadzi może nawet do sukcesu, ale do tego wyśnionego, niewykonalnego cudu, do przemiany w królewskiego łabędzia już nie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Łyżwiarze”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 27 stycznia 2018 18:21
  • piątek, 26 stycznia 2018
    • Miasteczko

      Miasteczko Wilanów, 8:59 rano. Mroźnie. Jak często w moim mieście dzisiaj, konfrontuję się ze ślepymi fasadami i ślepiami anonimowych aut. Zaglądam w sklepowe okna na parterach. Jest jeszcze za wcześnie na większość lokali usługowych, więc zieją pustką, wygaszone. Otwarty jest Franck Provost i garść ekologicznych spożywczaków. Najwyraźniej fryzjer i dostęp do żywności to usługi pierwszej porannej potrzeby. Przyjechałam za wcześnie, więc eksploruję. Normalnie weszłabym dokądś do środka - porozmawiać, posłuchać, zapoznać lokalną społeczność, ale że to miejska sypialnia, lokalna społeczność właśnie masowo opuszcza miasteczko falą samochodów. Czy pracownicy Provosta opowiedzą mi coś z lokalnego folkloru? Czy są przesiąknięci tym miejscem? Czy tu wyrośli, czy każdy zakamarek tej geografii ich uformował? Miasteczko jest młodsze od nich, a i oni napływowi. Zwiezieni tutaj jak co dzień autobusami pospiesznymi, których numery zaczynają się na pięćset. Rozerwały się więzy człowieka z miejscem. Miejsce nie jest już częścią ich tożsamości, nie określają się przez nie, nie asymilują z krajobrazem tak, że trudno stwierdzić, gdzie kończy się otoczenie a zaczyna człowiek.

      Ostatnio w pracy oglądaliśmy czterdziestominutowy film w ramach szkolenia BHP. Prezenter, młody gładki białozęby, niezwykle szczegółowo omówił czynniki szkodliwe dla psychofizycznego zdrowia w biurach. Wilgotność lub suchość powietrza, obecność pleśni, kurzu i bakterii, promieniowanie elektromagnetyczne, dostęp lub brak dostępu do naturalnego światła, pozycja ciała, temperatura pomieszczeń, relacje międzyludzkie, kultura zarządzania, ilość bodźców, które musi dziennie przerobić układ nerwowy, kontakt z zielenią lub jej całkowity brak. Jesteśmy delikatnym, wrażliwym na otaczający nas ekosystem stworzeniem. Zaskoczyłam się własnym wzruszeniem - że gdzieś jakiś wielki Ojciec Pracodawca czuwa nad moją wygodą i komfortem, że przestudiował jego czynniki, przeanalizował jak wykalibrować idealne biuro i oto prezentuje mi ergonomiczną odpowiedź. Parę dni temu widziałam internetowy mem - obrazek, który pokazywał, że człowieka trzeba regularnie nawadniać, wystawiać na świeże powietrze i światło słoneczne, a w ogóle to dobrze by było grać mu czasem muzykę poważną. Wniosek: człowiek jest najzwyczajniej w świecie trochę bardziej złożoną rośliną doniczkową.

      Podatną na krajobraz, w którym przychodzi mu funkcjonować. O czym chcąć nie chcąc większość z nas musi zapomnieć w Warszawie. Znieczulić się. Udawać, że to nieważne.

      Brakuje mi zasiedziałych miejsc z wrośniętymi w ich geografię rdzennymi mieszkańcami. Uspokajają mnie takie tradycyjne biologiczno-urbanistyczne ekosystemy. Może dlatego sprowadziłam się w zeszłym roku na starą, dobrze znaną, przedwojenną warszawską ulicę? Wiedziałam, że mnie uleczy. Sypie się mi ona trochę, ale przynajmniej na parterze w dziupelce ciemnej pracuje ten sam od kilkudziesięciu lat szewc. Znam już właściciela sklepu zoologicznego w kamienicy obok i załogę kawiarni za rogiem. 

      A tu w Miasteczku wyschnięty kanałek, zlodowaciały śnieg na ścieżce, łyse drzewka, mroźne powietrze, przyjazne, ale jeszcze zamknięte butiki, huk licznych remontów. Słupki, żywopłoty, balkony, samochody, wszędzie samochody.

      Weterynarz kolistymi ruchami masuje brzuch psa. Trzymam głowę bulgoczącego nerwowo zwierzęcia i patrzę na ekran, a na nim czarno-białe oceaniczne głębiny, wyłaniające się i niknące wielorybie kształty. Wątroba. Zagadki podmorskich stworów. Nerki. Śledziona. Guzek? Nie, stan zapalny. Starcze zwyrodnienie. Wnętrze mojego psa to płynny i czarodziejski krajobraz. Czuję się dziwnie zaszczycona, że je mogłam zobaczyć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 26 stycznia 2018 10:47
  • środa, 24 stycznia 2018
    • Gaslighting. Zakrzywianie rzeczywistości.

      Ja chyba wiem, co moja terapeutka próbuje ze mną zrobić. Pojechała teraz na urlop, więc nabieram niejakiego dystansu i widzę, że bronię się przed jej zakusami wszystkimi kończynami, a nawet fantomami kończyn, bo może kiedyś byłam smokiem albo jednorożcem i miałam dodatkowe wypustki, a teraz za nimi tęsknię, moimi wypustkami. Kilka rzeczy mi się składa do kupy, niezbyt to przyjemna kupa, szczerze mówiąc, a jednak dobrze znana, więc chociaż mi w niej okrutnie źle, to już tam sobie przecież umościłam konkretne miejsce i bym została, nowego miejsca szukać wydaje mi się wysiłkiem ponad siły. Pieprzyć terapię.

      Ale oczywiście nie. Skoro to jest pierwsza osoba w moim życiu, która być może jest po mojej stronie i ma w interesie żebym wyzdrowiała, prowadząc mnie, kopiącą na oślep, szarpiącą się gwałtownie, w stronę zdrowych zmysłów. Być przy zdrowych zmysłach - kiedy człowieka nie zalewa regularnie zniekształcająca rzeczywistość złość i strach zaburzający czasoprzestrzeń - być przy zdrowych zmysłach, własnych, osobistych zmysłach, nie zmanipulowanych, nie zafałszowanych, nie podpiętych pod cudzą perspektywę, cudzy interes albo projekcję - to o to przez cały czas chodziło.

      Oglądam transmisje strzępków procesu Larry'ego Nassara, lekarza amerykańskiej ekipy gimnastyczek, który przez lata "badał" swoje ufne sportowe pacjentki dopochwowo, bo jak wiadomo pochwa jest głównym mięśniem potrzebnym w gimnastyce. Żeby nie było, niektóre pacjentki Nassara nie dały się spacyfikować jego zapewnieniom, że nie rozumieją medycyny i że to standardowa procedura - za namową kochających rodziców lub czerpiąc z własnej siły i mądrości złożyły raport - jedne do władz klubu sportowego, inne do uniwersyteckich decydentów, jeszcze inne na policji. Ich doświadczenia zbagatelizowano, wmówiono im, oficjalnie, korzystając z autorytetu jaki daje władza, że są przewrażliwione, że nie wiedzą co mówią, że przesadzają, że się nie znają. Odcieni zakrzywiania rzeczywistości jest wiele i kiedy się pogrzebie wystarczająco głęboko, praktycznie każda kobieta, którą znam była kiedyś zakrzyczana tak konsekwentnie, że dla świętego spokoju i bezpieczeństwa postanowiła zwątpić we własne zmysły. Ból psychiczny to rzecz niewidzialna i łatwo go zakrzyczeć. Kobiecy ból, jak pokazuje coraz więcej badań, systematycznie kwestionują lekarze, odsyłając histeryczne baby do psychologa, bo pewnie niezrównoważone i coś im się wydaje. W przepięknym symbolicznym geście sędzina prowadząca proces Nassara, który przyznał się do winy, więc na pewno poniesie konsekwencje, pozwoliła przemówić jego ofiarom, nie narzucając czasu, który mają na swoje zeznania, nie narzucając liczby kobiet, którym sąd da przestrzeń do wypowiedzi. Płaczę kiedy słucham tych skrzywdzonych ludzkich istot, którym się nareszcie pozwala opowiedzieć własną historię, nazwać krzywdę, przywrócić światu odpowiednie proporcje i nareszcie znaleźć w innych twarzach odzwierciedlenie własnej prawdy.

      Płaczę, bo moja terapeutka uczy mnie ufać własnemu życiu. Własnemu ciału. Samej sobie. Uczy mnie, że istnieją ludzie, którzy mnie zobaczą, a nie zagadają. Usłyszą, a nie zagłuszą.

      Wyrosłam w świecie, w którym nie doznawałam krzywd i nie czułam bólu. Nie było takiej opcji. Nie łamano mi serca. Nie raniono i nie wykorzystywano mnie. Nie pozwalano sobie szastać moim czasem, energią, dobrą wolą, nie nadużywano mojego ciała i mojej energii. Nie manipulowano. Nie zadawano przemocy. Nie ignorowano. Nie zaniedbywano. Nie byłam nigdy traktowana przedmiotowo (podłość) ani instrumentalnie (jeszcze wredniejsza podłość). Nie. Wydawało mi się. Na pewno aż tak nie boli. Chyba trochę przesadzam. Co ja taka wrażliwa, ale o co mi chodzi, oj tam oj tam, przecież nikt nie umarł, on wcale taki nie jest, musiałaś coś mu zrobić żeby się tak zachował, nam wszystkim jest ciężko, niby dlaczego tobie miałoby być lżej.

      Moim rozlicznym opiekunom i szefom nie zależało na tym, żebym miała zdrowe zmysły. To okrutne odkrycie. Wcale nie chciałam tego wiedzieć. Nauczyłam się, że skoro inni mi nie wierzą, i ja nie mogę wierzyć sobie. Bo czy to możliwe, że pod opiekę dostali mnie ludzie, którzy nie chcą mojego dobra? Takie rzeczy się nie zdarzają. Nie. Nie mogę ufać własnemu sprzeciwowi, lękowi, niewygodzie. Całe lata uczyłam się umniejszać własny dyskomfort, zmęczenie i ból. Zamieniać gniew na bezradny, coraz bezdenniejszy ocean smutku. Płakać tym smutkiem wytrenowałam się po godzinach, w prywatności samotnego domu, żeby przypadkiem nikomu nie zrobić kłopotu i nie zawrócić głowy. Wyszkoliłam się przyjmować cudzą perspektywę. Moja własna, rozchwiana, ignorowana, powędrowała do podziemia. Zamiast wewnętrznego domu zbudowałam żelbetową strukturę z regularnego samooszukiwania. Nie, nie jestem zmęczona. Nie, nie sprawia mi to przykrości. Nie, nie boli mnie to. Nie, nie potrzebuję wyjść z tej sytuacji z godnością. Nie, nie zasłużyłam na szacunek i życzliwość. Nie, nie chce mi się spać. Nie, nie czuję, że jesteś dupkiem i robisz coś podłego. Już nie szukałam sprzymierzeńców. Sprzymierzeńcy nie istnieli.

      Dzisiaj znajomy właściciel kawiarni opowiadał mi o zakrzywianiu rzeczywistości w polskiej kulturze biznesowej. Ludzie sobie nagminnie wmawiają najfantastyczniejsze rzeczy - z chciwości albo wstydu, z chęci kontroli nad sytuacją, z feudalnej potrzeby bycia lepszym albo nawet po to, żeby sprawdzić, czy mogą, różnie bywa. Podobno ma klienta, który wiele razy wyszedł nie zapłaciwszy za kawę. Upomniany, stwierdził, że on ma interes wypić ciepły napój, a właściciel kawiarni ma interes dopilnować płatności. Potem, ponieważ właściciel knajpy dorabia sobie w budowlance, dorzucił jeszcze dykteryjkę o parze korpogwiazd, która urządzała mieszkanie i kiedy wyłożyła kuchnię ekskluzywnymi kafelkami, nagle odkryła, że zamiast 600x600, miały wymiary 597x597. W granicach przyjętej w branży normy. Zażądali jednak odszkodowania - za kafelki, za fugę, za robociznę i... za catering, bo kiedy kuchnia była remontowana, nie mogli z niej korzystać i musieli jeść na mieście.

      Kiedy zebrałam szczękę z podłogi, odwdzięczyłam się opowieścią o biurze tłumaczeń, które przysłało mi straszliwie fatalną językowo próbkę przekładu dużego tekstu na angielski, żądając zapłaty pełnej kwoty za całe dzieło w ciemno, zanim dostanę do wglądu plik z całością (prawdopodobnie równie dramatycznej jakości), mimo że wypisałam im w mailu ewidentne błędy gramatyczne i ortograficzne fragmentu, który od nich dostałam, mimo że od początku umawialiśmy się na 70% wpłaty już po odebraniu dzieła, mimo że wiedziałam, że prawo i nasza umowa są po mojej stronie. To, co nastąpiło później było festiwalem tzw. gaslightingu. Szef biura tłumaczeń zrobił z rzeczywistością taki szacher-macher, że poczułam się jak Alicja w krainie niepojętych czarów. Nagle okazało się, że nic wobec mnie nie musi, że ja pisałam w mailach rzeczy, których nigdy nie pisałam, a kiedy odpisywałam mu faktami i cytatami z naszej korespondencji, udawał, że nie nie widzi tych fragmentów wiadomości i czepiał się mojej rzekomej roszczeniowości i histerycznego rozedrgania, twierdząc wspaniałomyślnie, że przecież on jest gotowy mi pomóc (w domyśle - z moją domniemaną chorobą psychiczną). Byłam najzwyczajniej w świecie niezrównoważoną, trudną klientką. Całe życie mnie wytresowało żeby głupieć w obliczu tak zasugerowanych zarzutów - roszczeniowa, niesubtelna, przewrażliwiona, histeryczna, zbyt skupiona na sobie, nadmiernie wymagająca, krnąbrny, niesubordynowany mebel. Nagle rozumiem, że trudność jest bardzo subiektywną rzeczą. I że człowiek nie jest częścią nieruchomego wyposażenia.

      Nagle rozumiem, że mogę napisać do rzecznika konsumentów. Napisałam więc, załączyłam całą swoją wymianę wiadomości, dokumentów i ustaleń z biurem tłumaczeń, a parę dni później prawnik UOKiK przyznał mi stuprocentową rację. Pamiętam, że odczytałam maila od przedstawiciela rzecznika na spacerze z psem, na telefonie. Od tylu lat mam zaburzenia równowagi, od tylu lat kręci mi się w głowie i wtedy, na tym spacerze, nagle przestało. Nagle złapałam balans. Widziałam własnymi oczami, słyszałam swoimi osobistymi uszami, moje ciało było wiarygodne, mój ogląd rzeczywistości trzeźwy i mądry. Nagle przy zdrowych zmysłach - poczułam, że to nie ja jestem źródłem problemu, bo mój kontakt z rzeczywistością jest całkowicie w porządku. Nie. Rzeczywistość nieustannie zakrzywiana przez innych plus mój nawyk kwestionowania własnych odczuć i potrzeb i zmysłów, bo jestem tak przyzwyczajona, że są poddawane w wątpliwość, równa się psychofizyczne rozchwianie. Równa się dysocjacja. Równa się utrata kontaktu ze sobą.

      Być może będzie wam trudno uwierzyć, ale parę dni temu poczułam ogromną wdzięczność za to, że mnie mój były chłopak ze swoją mamą tak przeczołgał. Czasami trzeba zakochać się na zabój żeby się zmusić do przyjrzenia własnym stylom przywiązania. Mój styl przywiązywania się do drugiej osoby zakłada, że kiedy ona powątpiewa w moją uczciwość albo dobre intencje, kiedy zaczyna mi zarzucać fikcyjne cechy i tendencje, składam jej w ofierze własną integralność, własny spokój duszy, własne zaufanie do swoich osobistych zmysłów. Moim miłosnym prezentem dla drugiej osoby jest poświęcenie osobistej prawdy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Gaslighting. Zakrzywianie rzeczywistości.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 24 stycznia 2018 11:36
  • piątek, 12 stycznia 2018
    • Kto napisze historię

      Chodzę po tym moim nieszczęsnym mieście - często skołowana, zagubiona, przebodźcowana - chodzę, a wokół mnie pędzą samochody, ktoś buduje wieżowiec, ktoś zdobywa miliony, ktoś je homara w restauracji, ktoś traci pracę, ktoś bije żonę, ktoś uprawia najlepszy seks swojego życia. Nic nie rozumiem.

      Być może to jest postęp, jeden z tych paradoksów dojrzewania, który, kiedy się go już zaakceptuje, uspokaja. Ale najpierw przeraża. Być może to jest postęp, paradoksalnie, to że się jestem w stanie przyznać do dezorientacji. Wczoraj zgubiłam się w drodze na terapię. Znam tamtą okolicę, bo mieszkałam niedaleko przez parę lat. Bywam tam od roku co tydzień. A jednak się zgubiłam. Lubię i nie lubię się zapodziać."To wielka radość schować się, ale wielka tragedia nie zostać znalezionym." D.W. Winnicott

      Chodzę po tym moim nieszczęsnym mieście, niezakotwiczona, niezadomowiona, nieodnaleziona, ścieżkami, co wydają się nowe i groźne niezależnie jak często je wydeptuję. Chodzę po moim kraju, w którym podobno ważniejszy od spacerowicza jest myśliwy. Ważniejsze od żywej, czującej, myślącej kobiety jest zapotrzebowanie jakiegoś wąsatego pana na wielkopańską władzę nad losem i nad wyborami życiowymi wszystkich kobiet. Ważniejszy od mojej godności i mojego komfortu jako pracownika jest zysk jakiejś globalnej centrali gdzieś tam. Jakiegoś gościa młodocianego, który w raju podatkowym wiedzie rentierski byt, a ja mu nie zazdroszczę. Nie. Nie zamieniłabym się z nim wcale.

      Chodzę i szukam kontaktu z drugim człowiekiem. 

      Nie wiem, jak się duchowo uspokoić, utulić w tym rozedrganiu wielkomiejskim. Pomyślałam dzisiaj, że kiedyś. Kiedyś w przyszłości ten okres w naszej polskiej historii będzie miał swoją nazwę. Jakiś mądry historyk przyjrzy się pobłażliwie i empatycznie naszej szarpaninie społecznej, naszym poplątanym, poszatkowanym, poszarpanym biografiom niespełnionym i nada tej hybrydzie feudalno-neoliberalnej ładną nazwę i ludzie, mądrzejsi od nas tylko pozornie, mądrzejsi bo już w innej epoce zamieszkali, i ludzie pokiwają z politowaniem głowami i powiedzą, boże. Boże, jacy oni biedni byli, jaki wyzysk, jaki nieludzki, bezsensowny system, ten smog, ten hałas, te tłumy bezdomnych, niezakotwiczonych korpo-obywateli przewalające się samochodami, metrem, samolotami w tę i we w tę, mylące ciepłą długotrwałą więź z lajkami na fejsbuku, jak można było tak żyć, jak oni to wytrzymywali? I otrzepią się szybko, wstaną i pójdą robić swoje w tej przyszłości spokojnej i pełnej samozadowolenia, i pomyślą może przez chwilę:

      Jak to dobrze, że żyjemy w XXII wieku. Jak to dobrze, że tamto piekło, które ludzie ludziom. Jak to dobrze, że już po wszystkim. My byśmy nigdy... My nigdy. My już jesteśmy inni.

      I rzeczywiście. Stare stoickie powiedzenie, które kiedyś chciałam sobie wytatuować - na nadgarstku, na łopatce, na pośladku, nie wiem sama - brzmi "This, too, shall pass". Bo stoicy mówili po angielsku, oczywiście, memem internetowym od razu, żeby nam tu w dwudziestym pierwszym było łatwiej. This, too, shall pass. To też, jak wszystko, minie.

      http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,150427,22885774,zycie-w-stolicy-to-szalenstwo-ale-wciagajace-felieton-chutnik.html

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Kto napisze historię”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 12 stycznia 2018 18:44
  • wtorek, 09 stycznia 2018
    • Kucharka w G'rls Room

      IMG_5004

      Ej, poszłam dzisiaj na spotkanie z ludźmi, którzy prowadzą prześmiewczy portal i darmową gazetkę na temat absurdów pracy w Mordorze - do sąsiedzkiej kawiarnio-księgarni. Była mowa o dedlajnach, czelendżach i fakapach. Mordor zamarzł mi w mózgu w obrazek, który się od ponad dekady nie zmieniał - coś koszmarkowatego rodem z Dickensa, hierarchia, nowomowa, błoto, tłum, pot i korki, zakurzone wykładziny i zatkana klimatyzacja, kreatywne parkowanie na trawnikach, romanse z klientami i pijaństwo na wyjazdach integracyjnych, dieta złożona z kawy i drożdżówek, plus szefowie bez podejścia do ludzi. Słuchając dzisiejszych historii zrozumiałam, że przez ostatnie dziesięć lat trochę się pozmieniało, doświadczonych albo wykształconych na Zachodzie menedżerów mamy więcej, ludzie w ogóle są chyba bardziej świadomi rozmaitych zjawisk, a rynek pracownika i asertywni millennialsi sprawiają, że nawet przy Domaniewskiej da się czasem żyć.

      Co pewnie sporo mówi o tym, jak działa ludzka pamięć, jak nasza psychika próbuje uchwycić i zatrzymać w ruchu esencję rozmaitych złożonych, ambiwalentnych, dynamicznych doświadczeń, zrobić z nich coś na kształt prostej, reprezentatywnej fotki, która zawrze w spójnym, logicznym obrazku wiele lat sprzeczności i surrealizmu. Chciałabym myśleć o moim doświadczeniu w Mordorze jako o jednoznacznej feudalnej niesprawiedliwości albo o cudownej romantycznej przygodzie. Jedno albo drugie. Mój mózg nie potrafi jeszcze nałożyć na siebie obu prawd, pozwolić im się przeniknąć, tak jak to w życiu bywa, stworzyć na zasadzie yin i yang całość paradoksalną, ale nie przekłamaną.

      Do Mordoru ciągną kolejni ludzie, z nadzieją, ze złudzeniami, z entuzjazmem albo beznamiętnie. Jedni zostają na lata, inni odchodzą bez żalu "na swoje" (jednym się udaje, innym mniej, niektórzy wracają), innych dopada wypalenie a jeszcze inni zakładają rodziny i przewartościowują swoje życie, nabierając do Mordoru zdrowego dystansu. I co? I dynamicznie i niejednoznacznie.

      Być może kluczem do zrozumienia mojego zaskorupiałego w żalu wspomnienia po budynkach o kosmicznych nazwach Jupiter i Mars i Saturn jest coś, co mi ostatnio powiedziała moja mama. Leżała w szpitalu i bała się, ale nigdy by się do tego nie przyznała. Pytałam czy ma innych pacjentów w swoim trzyosobowym pokoju, ale nie. Powiedziała, że chyba nie miałaby ochoty dzielić się historiami życia z obcymi ludźmi. Że nawet nie wie, co miałaby opowiadać, bo nigdy nikomu nie opowiadała swojego życia jako całości. A przecież jesteśmy zwierzętami, które uwielbiają narracje. Przecież ostatnio u fryzjera przez trzy godziny przerzucaliśmy się z Adrianem - stylistą gwiazd, niedoszłym nauczycielem, dyplomowanym aktorem muzycznym - swoimi opowieściami - ja mu że pracowałam z młodymi ludźmi z trzydziestu krajów w prestiżowej instytucji, on mi, że odmówił czesania Maryli Rodowicz i Magdy Gessler, ale za to Małgosia Foremniak jest najmilszym człowiekiem w całym polskim szołbiznesie. Opowiadamy sobie historie, inaczej chyba nie umiemy. Od kilku lat snuję swoje biograficzne patchworki terapeutce, próbując je zszywać w coraz to nowe, uspokajające kombinacje, powoli ucząc się cieszyć samym twórczym procesem kombinowania jak by tu połączyć fakty w ciekawą tożsamość. A potem inaczej. I znowu. Opowiadamy sobie historie nieustannie, w miłości i przyjaźni, w pracy i w tymczasowych miejskich interakcjach. A moja mama nie chce? Nie umie? Nie spotkała jeszcze słuchacza, który byłby zainteresowany jej całościową historią, jej mitem założycielskim? Opowiadamy sobie historie. Siedziałam wiele lat naprzeciwko kolejnych osób, które tkały biograficzne makatki dla mojego użytku, aż się zmęczyłam. Aż doszłam do ściany, a ścianę nazwałabym świadomością, że to tylko kreacja, tylko sploty ze słów, tylko konfiguracje wyselekcjonowanych elementów, które mają mnie olśnić, wzbudzić moją sympatię albo współczucie, albo podziw albo szacunek. Że najciekawiej jest żyć obok kogoś i doświadczać z nim kontaktu. A jednak narracje uspokajają. Zapytałam moją mamę czy gdyby jednak ktoś ją poprosił o Wielką Opowieść Swojego Życia, to czy byłyby elementy biograficzne, które na pewno by się w takiej historii znalazły. Zastanawiałam się, co wybierze - na ile definiuje się poprzez bycie matką, babcią, pracę, stanowiska, związek z moim ojcem, na ile przez opinie innych ludzi, na ile przez przygody, odkrycia, podróże, doświadczenia. Odpowiedziała, że oprócz paru spraw z dzieciństwa - zmian szkoły, przeprowadzek, na pewno częścią jej Historii byłoby zbyt późne odkrycie, że współpracownicy i klienci nie są jej przyjaciółmi. To pewnie rodzaj współczesnego rytuału przejścia - pierwsza trauma definiująca nas jako dorosłych ludzi - takie zrozumienie, że w pracy możemy nie znaleźć spójnego, życzliwego, wspierającego stada. Zrobiło mi się bardzo smutno, kiedy zrozumiałam, że mojej matce zdarzyło się takie samo jak mnie poczucie fundamentalnego rozczarowania, kluczowego również dla mojej biografii odarcia z tkliwych nadziei i złudzeń, że i ją bolał ten koniec naiwnej młodości tak jak mnie zabolało zrozumienie, że w Mordorze powinni pracować wyłącznie ludzie ze spójnym z Mordorem systemem wartości, że sentymentalne podejście do ludzkich skupisk w niczym tam nie pomaga. Takim też wnioskiem, że to nie miejsce dla ludzi, którzy szukają więzi i ciepła, echem powtarzanym przez prowadzącą, przez gościa i przez widownię, takim samym wnioskiem skończyło się kawiarniano-księgarniane spotkanie na temat warszawskich fakapów i czelendżów.

      Ale ja miałam całkiem o czym innym pisać. Bo przecież się chciałam pochwalić. Na stoliku w księgarnio-kawiarni znalazłam albowiem najnowszy numer pisma G'rls Room, które bardzo lubię, poświęcony tematowi, o którym rzadko się pisze - a mianowicie miesiączce. Są w numerze artykuły o edukacji seksualnej, o kulturowych tradycjach i rytuałach wokół okresu, jest komiks menstruacyjny i są osobiste doświadczenia oraz wspominki i refleksje czytelniczek, w tym mój tekst. Fajna niespodzianka.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Kucharka w G'rls Room”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 stycznia 2018 20:24
  • poniedziałek, 01 stycznia 2018
    • Bitzu'ist

      Cholera jasna zaczyna coś do mnie docierać. Wcale nie próbowałam przeprowadzać poważnego rachunku sumienia przy okazji pożegnania najdziwniejszego, najmniej sensownego roku mojego życia. Bałabym się, że zamiast wyrazistego kalendarium wydarzeń odnajdę piętrową konstrukcję z dezorientacji, zagubienia, bezradności i rozczarowania. Sklejoną wstydem, że mi się tyle nie udało, że tyle nie umiałam i tyle nie wiedziałam. Polukrowaną poczuciem, że nie zatrzymałam się ani na moment, a mimo to ciągle mam wrażenie, że nic a nic nie zrobiłam.

      I tu leży pies pogrzebany.

      Niby nic wielkiego, to zdanie "nic a nic nie zrobiłam". Przypomina mi trochę zarzut młodszej wersji mojego szwagra wobec mojej siostry na jej pierwszym urlopie macierzyńskim: bo ty nic cały dzień nie robisz. A dziewczyna, kiedy tylko bliźniacze przyssawki odkleiły jej się od piersi, sprzątała, prała, suszyła, obierała, siekała, gotowała, zmywała, zmieniała pieluchy i pościel i ręczniki i nie, rzeczywiście nie było widać efektów, szczególnie dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie pochylił się, żeby zdjąć z podłogi skarpetki i nigdy nie prześledził ich drogi z kosza na brudną bieliznę poprzez pralkę, suszarkę, aż do szuflady z innymi skarpetami.

      Tyle że ja proszę państwa mam coś dużo bardziej wstrząsającego do powiedzenia. A mianowicie - nie żebym miała wielkiego kaca, ale trochę się nie wyspałam, trochę się spaliłam na solarium w celu przybliżenia się do nieistniejącego ideału piękna zupełnie dla nikogo, bo sylwestra spędzałam w towarzystwie ulubionych znajomych par z dziećmi i mogłam siedzieć w dresie i perłach, jeśli by mi tylko na to przyszła ochota, ale jednak poszłam na to cholerne solarium w przypływie jakiejś pomroczności jasnej, trochę tego ostatnio jest - no więc siedzę właśnie z dymiącą, purpurową gołą klatą pokrytą syczącym Pantenolem i oglądam sobie serial. W kilku zestawieniach najlepszych seriali zeszłego roku ten konkretny się pojawił, a w szczególności jego drugi sezon, natomiast ja oglądam pierwszy i padam z wrażenia. Wataha, proszę państwa.

      No i Wataha jest o mężczyznach (plus parę kobiet), którzy DZIAŁAJĄ. To ważne, bo działania mężczyzn - takie romantyczne, pociągające, takie ze stereotypu i z filmów i z marzeń i z ideałów - mają kilka wspólnych cech. Dzieją się w przestrzeni publicznej albo w plenerze. Są dynamiczne, wymagają biegania, ścigania, uciekania i generalnie ruchu. Są też niebezpieczne i odpowiedzialne, pojawiają się w nich wyrafinowane narzędzia typu skalpel, aparat fotograficzny lub pistolet.

      Ale nie mop plus rękawice. Nie drewniana łyżka do mieszania gulaszu. Nie płyn do prania ręcznego i para własnych wprawnych rąk. Nie igła i nitka i nie empatia i nie cierpliwe ucho i pojemny rezerwuar na cudze emocje.

      Na wczorajszego sylwestra mój ulubiony kolega, mąż mojej serdecznej koleżanki i ojciec jej dwójki dzieci, przez cztery godziny pichcił wołowinę po burgundzku oraz, w międzyczasie, na takie się wspiął wyżyny sztuki kulinarnej, że jeszcze popełnił drożdżowego zawijasa makowego pod cytrusowym lukrem. Nigdy nie jadłam tak miękkiej, winem i grzybami pachnącej wołowiny. Zlizywaliśmy właśnie ostatnie krople wybitnego sosu z talerzy, kiedy mój dziewięcioletni siostrzeniec, aktualnie przymierzający się do rozmaitych dostępnych męskich tożsamości, zapytał, czy to ciocia takie dobre mięso zrobiła. Pokazaliśmy mu palcami na wujka, a on nie chciał uwierzyć. Chociaż sam lubi nam pomagać w kuchni - ostatnio mył i obierał dla mnie marchewki i siekał inne warzywa do wspólnie przyrządzanej chińszczyzny, teraz powiedział, że mężczyźni nie gotują. Kategorycznie.

      Obawiam się, że gdybym miała wybierać, w mgnieniu oka zostałabym dziennikarzem wojennym zamiast kurą domową, mistrzem świata w kick boxingu a nie matką trojaczków. Tyle że całe dotychczasowe życie zainwestowałam w szlifowanie innego zestawu kompetencji, więc to jest czysto abstrakcyjny wybór. Ale nawet ja na głębokim, romantycznym poziomie uważam, że te męskie misje życiowe są godniejsze szacunku, ciekawsze i bardziej imponujące niż moje miejskie, opiekuńczo-administracyjne czynności. Nawet jeśli pracowałam w telewizji, jeździłam po całym kraju na zdjęcia. Nawet jeśli prowadziłam firmę w Anglii i w Polsce. Nawet jeśli zarządzałam zespołem w międzynarodowej korporacji. Nawet jeśli od zera założyłam nowiutki dział w prestiżowej instytucji. To wszystko jakieś takie babskie mi się wydaje, rozmemłane i nieefektowne. Najważniejsze dla mnie osoby, szczególnie starsze kobiety, miały mi głównie do powiedzenia, co źle zrobiłam albo czego nie zrobiłam, a powinnam była, albo co jeszcze powinnam zrobić, albo co ich zdaniem muszę w przyszłości zrobić inaczej. Coś w stylu klasycznego "a dlaczego tylko piątka?". A dlaczego tylko 98% twoich klientów daje ci maksymalną ocenę? A dlaczego nawiązałaś współpracę z tymi instytucjami, dlaczego nie z tymi, o których ja pomyślałam, ale ci nie powidziałam? A dlaczego zajmujesz się satysfakcją klienta, skoro według badań, jak klient już wybierze szampon, to nawet jakby ten szampon zaczął śmierdzieć, i tak zostanie lojalny marce? Powinnaś była coś tam. Nie powinnaś była coś tam. Świat pełen jest rad i nakazów, sugestii i poleceń służbowych. Ostatnio zdaję sobie sprawę, że połowa moich kompleksów się dawno zdezaktualizowała. Podążanie za tym, co kocham? Od lat, moi drodzy, od lat, ale skoro wszyscy mi ciągle wmawiają, skoro wszyscy nalegają, że powinnam, że to panaceum, ta pasja moja, to chyba znaczy, że za nią nie podążam? A blog? Piszę go po nocach, piszę zdrowa, chora, zmęczona, wypoczęta, wkurzona, zachwycona, piszę i piszę i piszę, piszę kiedy nikt nie komentuje i kiedy komentują wspaniałe osoby zagrzewające do dalszej walki, piszę i piszę i nie przestanę, ale przecież powinnam podążać za swoją pasją, wszyscy tak mówią, a skoro tak mówią, to chyba znaczy, że jeszcze nie podążam??? Skoro więc jako podmioty działające istnieją tylko mężczyźni, a moja tożsamość zbudowana jest z błędów i skuch, a moje działania zostają niezauważone, zagadane dobrymi radami, których od lat nie muszę stosować, bo stosuję je sama z siebie, Jezus Maria, NAWET JA JESTEM GŁĘBOKO PRZEKONANA, ŻE ZUPEŁNIE NIC NIE ROBIĘ. Że jestem kawałkiem społecznej próżni w kształcie niskiej czterdziestoletniej kobiety, duchem przezroczystym.

      Ostatnio pod koniec dnia kompulsywnie sporządzam listy moich własnych działań, bo tak bardzo głęboko uwewnętrzniłam kult męskiego standardu działania, że nie poważam, nie zauważam i nie pamiętam swoich "babskich" czynnosci. Skąd bardzo prosta droga do złudzenia, że przemarnowałam calusieńki dzień. Że nie istnieję. Więc robię listy, żebym znowu zaczęła istnieć. Żeby samą siebie powołać do życia, uznać za podmiot. Weźmy typowy dzień tygodnia. Kiedy tylko otworzyłam oczy, wciągnęłam dres na piżamę i wyszłam na spacer z psem. Nakarmiłam go i napoiłam, pobiegłam na siłownię i zrobiłam pół godziny na orbitreku, wzięłam prysznic i poleciałam do pracy. Zjadłam szybkie śniadanie i wypiłam kawę. Kilkanaście maili, trzy tabele w excelu, dwa telefony, szesnaście rundek w dół i w górę schodów żeby zrobyć rozmaite informacje od rozmaitych osób, ustalić, uzgodnić, wyprosić, wynegocjować, pomóc, doradzić, zastanowić się razem, burzę mózgów uskutecznić, skoordynować przepływ komunikacyjny, trzy artykuły, jeszcze jeden telefon i rozmowa na Skypie z kimś w Cambridge i jestem bliżej zorganizowania trzech szkoleń, jednej sesji zdjęciowej z trzema osobami z dwóch krajów i rozliczenia duńskiej faktury za catering w czasie zagranicznego spotkania, być może znalazłam się też odrobinę bliżej załatwienia z niechętnym tej formie aktywności szefem żeby w ogóle więcej szkoleń robić, przecież ja w tej pracy jestem po to, żeby robić szkolenia, w międzyczasie pocieszyłam jedną koleżankę, która miała trudną relację z matką, a teraz ma ciężki refluks i je tylko marchewkę, inna opowiedziała mi jak nie dosypia i jak jej chorują dzieci i jak ze zmęczenia czasem w samochodzie leci jej krew z nosa, a z trzecią ustaliłam strategię działania pod kątem nowego chłopaka, z którym nie wie, czy chce być, ale na pewno jest lepszy niż poliamoryczny koleś z Tindera. Uskuteczniłam wsparcie moralne kiedy zadzwoniła mama, żeby opowiedzieć o starzejącej się, ślepnącej ciotce, której została tylko ona, bratanica z dalekiego miasta, a która po kolei wyrzuciła z domu wszystkie wynajęte opiekunki, a teraz dwa razy dziennie  zmienia zdanie na temat domu spokojnej starości. Umówiłam hydraulika, zapłaciłam podatek od nieruchomości, zamówiłam książkę na prezent urodzinowy dla siostry i odebrałam części zamienne do suszarki nad wannę, która już się zdążyła zepsuć. Poszłam do domu przez bazarek, kupiłam chleb i inne zdrowe rzeczy na kolację. Odebrałam w sklepie na dole karmę dla psa i wtaszczyłam jej 14 kilogramowy worek na trzecie piętro bez windy. Wyszłam na drugi spacer z kundlem i przynajmniej pięć razy udało mi się zapobiec konsumpcji drobiowej kości, która leżała na chodniku, na trawniku, pod śmietnikiem, w klombie, przy oponie zaparkowanego samochodu, ta okolica od wielu lat jest wymarzonym psim bufetem z darmowymi kośćmi i pysznym spleśniałym chlebkiem dla ptaków. Około 18:00 napisałam post na bloga, zrobiłam rysunek na drugiego bloga, polajkowałam trzy wpisy znajomych, pogadałam z kumplem przez Messengera, przeczytałam artykuł do pracy, zrobiłam pranie, zebrałam suszące się pranie i zawiesiłam mokre na naprawionej uprzednio suszarce. Ugotowałam sobie szybką kolację. Wzięłam jakieś suplementy na trawienie, bo też mam refluks. Umyłam naczynia i przemyłam lodówkę. Wyprasowałam ubrania na jutro. O 22:00 usiadłam do serialu, ale nie mogłam się skupić ze zmęczenia, więc poszłam do łóżka z książką, ale zasnęłam od razu.

      Nic nie robiłam cały dzień. 

      Zanim zasnęłam zdążyłam jeszcze w stuporze nieuzasadnionego chronicznego przemęczenia zdać sobie sprawę, że nic nie pamiętam, że to krzątanie się, prowadzenie domu, organizowanie, koordynowanie i wspieranie odbywa się chyba głównie w mojej głowie i w rozmowach, wydaje się być fikcją i nie zapisuje się na twardym dysku trwałym śladem, składa się z banalnych, powtarzalnych czynności, a nie dzieje się w plenerze, nie odbywa się w dynamicznymn ruchu z pistoletem i w niebezpieczeństwie, na adrenalinie, jest raczej statyczne, przybiurkowe, przyzlewowe, kanapowe. Jakiś tramwaj po drodze czy sklep czy urząd albo poczta. Kolejka. Korek. Niby wyrabiam codziennie przynajmniej dziesięć tysięcy kroków, bo mam krokomierz, który monitoruje moją fizyczną aktywność, ale. 

      Nic nie robiłam cały dzień.

      Tęsknię za tym, co wniósł w moje życie mój były chłopak, chłopak urodzony na wsi i wychowany w kulcie ciężkiej, nieustającej fizycznej pracy, w kulcie działania całym ciałem i obiema rękami: budowania, naprawiania, uprawiania, narzędzi rozmaitych i gadżetów ułatwiających ciężką, nieustającą fizyczną pracę. Dzięki niemu malowałam ściany, pieliłam grządki, skręcałam meble, uczyłam się posługiwać wkrętarką i rozmaitymi funkcjami scyzoryka. Opanowałam narzędzia informatyczne, które może nie były mi potrzebne do szczęścia, ale fajnie je znać i milej się z nimi funkcjonuje. Wataha przypomniała mi o nim. Jemu by się podobał taki serial, ten model męskości, który i mnie imponuje. Mój chłopak razem ze mną sprzymierzył się w niewidzenie całych wielkich, niemęskich, ale i nieszczególnie kobiecych, połaci mojego dnia.

      Jest takie kultowe słowo w Izraelu, bitzu'ism. Czytam właśnie książkę o kulturze innowacji i przedsiębiorczości w tym kraju. O fenomenie małego, otoczonego wrogami narodu, który zamienił się w światowej klasy wylęgarnie start-upów. Na ten sukces składa się wiele złożonych czynników, a jednym z nich jest właśnie bitzu'izm, czyli kult działania. Bitzu'ist to energiczny człowiek czynu, ktoś, kto nie marnuje czasu na dywagacje czy drobiazgowe planowanie, ale robi, rzuca się w wir, eksperymentuje, modyfikuje i znowu działa. A ja uwewnętrzniłam ten sposób, w jaki zawsze patrzyli na mnie znajomi bitzu'iści - doświadczeni producenci i reżyserowie w telewizji, kierownicy i menedżerowie, którym trafiałam pod skrzydła - pobłażliwy, zdziwiony nieco moim podejściem ugrzecznionym, dyplomatycznym, opartym na planowaniu i uzgadnianiu i koordynowaniu. Też jestem skuteczna, tyle że w zupełnie innym stylu. W kulturze Watahy, w romantycznym słowiańskim etosie charyzmatycznych samotnych wojowników, ja - wnuczka i prawnuczka rolników - myślę cyklicznie, relacyjnie, ekologicznie, konstruuję mozolnie misterne długofalowe strategie. Obserwuję, poznaję, zachwycam się, buduję zaufanie. Wydaje mi się, że na kogoś takiego jak ja też jest miejsce w społecznym porządku, całkiem poważne, istotne miejsce w czasach pokoju, ale w związku z tym, że moje marzenia pozwoliłam zaludnić popularnej kulturze, a ona woli adrenalinę i fajerwerki, oficjalnie odmawiam przyjmowania paradygmatu, w którym tylko wojownik jest godny uwagi, a ja za kulisami, w domowym zaciszu "nic nie robię". Robię właśnie. Robię.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Bitzu'ist”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 stycznia 2018 20:52
  • sobota, 30 grudnia 2017
    • Mój pies jest taki piękny

      Mój park już się przygotował na jutrzejsze pożegnanie roku. Miejscami przyobleczony w białe złoto, tu i ówdzie - kokieteryjnie - poukrywany za mlecznobiałą woalką, wybrokacony szronem migotał i kusił strategicznie umiejscowionymi ruchomymi winietkami. Rozkołysany gawron na niestabilnej gałęzi z włoskim orzechem w dziobie. Moja mama pomaga krukom i rozjeżdża, miażdży im orzechy samochodem na podjeździe do garażu. Miażdży, taka piękna onomatopeja.

      Na ławce przycupnęła starsza pani z pieskiem. Wokół niej zastygło w oczekiwaniu stado szaro-czarnych kawek. Ptasie posągi. Na co tak czekają, znieruchomiałe? Dlaczego wybrały akurat tę kobietę z posłusznym białym pudlem?

      Przez staw z podwójnym dnem, a może staw kryjący zapadnięty, zapomniany kawałek miasta, a może staw, który ma na dnie zatopiony czołg, przez staw szczerozłoty prują zgrabne kaczki. Ich płynny ruch koi. Łapię się na nawykowej myśli, że już wystarczy tych zachwytów, bo mam napięty plan. A potem myślę (i jest w tej dosadności taka poezja, że wybucham płaczem): chuj z napiętym planem. Mój pies jest taki piękny.

      http://odkrywcawarszawy.blogspot.com/2013/07/park-morskie-oko-legendy.html?m=1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 30 grudnia 2017 12:11

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl