Kucharka Zen

Wpisy

  • środa, 25 października 2017
    • Pierwszy sen na nowym miejscu

      Parę dni temu przeprowadziłam się do nowego mieszkania. Uczę się jeszcze jego skrzypów i smrodków, łuszczących się farb i krzywych drzwiczek, odpadających haczyków i tykających zegarów. Uczę się odgłosów sąsiedzkich. Drzwi w drzwi mam małego wściekłego pieseczka. Jego właścicielką jest eteryczna pani w średnim wieku, której syn nieufny dziesięć minut wypytywał mnie zza drzwi kim jestem i czego chcę kiedy przyszłam pożyczyć drabinę. Nade mną ktoś ekspansywny, ruchliwy przemieszcza się dużo. Moszczę sobie ciepłe miejsca na kanapie i przyzwyczajam się do profilu materaca. Przymierzam się ze swoimi garnkami, skarpetami, termoforami do rozmaitych pawlaczy i szuflad. Gdzie co będzie pasować logicznie. Układam malowane talerze w szklanej gablotce. Nigdy wcześniej nie miałam szklanej gablotki i chyba właśnie uznaję, że już zawsze taką chcę mieć. Czekam na kuriera, który przywiezie zaciemniające zasłony do sypialni i na technika, który zamontuje router do wifi. Kartony piętrzą się w kuchni, a mnie się nie spieszy żeby je napoczynać. Wyjmuję tylko pojedyncze rzeczy. Koc. Herbatę z czystka. Zapałki, bo kuchenka jest gazowa. Płyn pod prysznic. Spacerujemy z psem w poszukiwaniu najdogodniejszych trawników, ale nie jest rewelacyjnie, mało trawy, dużo psów. Rewelacyjnie za to jest w kwestii knajp i kawiarni. Za rogiem fenomenalna falafelownia, za drugim rogiem kawiarnia-bagietkarnia i kombinat chińsko-tajsko-hinduski, przez ulicę knajpeczka po schodach w dół, gdzie można w taki dzień jak dziś sprezentować sobie grzane wszystko - piwo, wino, prosecco. Grzane prosecco. Kusiło mnie żeby natychmiast zejść i zamówić i zadomowić się, ale zwyciężyło zmęczenie. Padłabym po najmniejszej ilości alkoholu. 

      Przedwczoraj koleżanka zapytała, co mi się śniło w pierwszą noc na nowym miejscu, ale pamiętam tylko jak się wsłuchiwałam w ciemności w zgrzyt tramwajów i w szelest kół na mokrej jezdni, falami, co zielone światło szelest, falami co czerwone cisza. Przypływ i odpływ. Natomiast kolejnej nocy miałam już sen. I to od razu istotny. Szczegóły zamazały mi się, ale pamiętam jeden powtarzający się motyw. Szłam dokądś. Ciągle się dokądś przemieszczam, dziś zrobiłam na piechotę ponad trzynaście kilometrów od Kabat po Mokotów, od agencji nieruchomości przez bankomat po dorabianie kluczy. Szłam więc znów dokądś polskimi, nierównymi chodnikami, ciemnoszare budynki towarzyszyły mi swoimi pokrytymi smogiem fasadami, być może to był Kraków. Mijałam dziupelki monopolowe i odremontowane na sterylny połysk apteki. Przemieszczałam się w tę i z powrotem, miałam jakieś sprawy do załatwienia. Ciągle mam jakieś sprawy do załatwienia. We śnie kilka razy minęłam to samo miejsce, dużą witrynę przez którą było widać coś na kształt poczekalni, świetlicy, miejskiej sypialni. Stały w niej czarne skórzane kanapy, a na nich półleżeli zrelaksowani młodzi ludzie, brodaci mężczyźni i zmęczone kobiety. 

      To jest dla mnie ważny sen, bo kiedy tak biegam po mieście niczego bardziej nie potrzebuję niż podobnej drzemkarni, spokojnego miejsca żeby zamknąć oczy i być nikim, niczym. Ciszy. Półmroku. Biegam po mieście - tachając trzy kartonowe pudła Puławską do kawiarni, wychylając szybko straszliwie niedobrą kawę z jaglanym mlekiem, biegnąc w deszczu do tramwaju, zajmując miejsce w metrze, pozwalając przy wyjściu z metra obcej kobiecie pomóc sobie z pudłami, rozmawiając z nią o tym jak się w dzisiejszych czasach pracuje w przedszkolu, pakując, pakując, sprzątając, wyrzucając śmieci, biegnąc na siłownię, żeby się z niej wypisać a przy okazji jeszcze jeden raz poćwiczyć, wracając do pustego starego mieszkania przez sklep i recepcję, odbierając przesyłki, pozwalając się opierdzielić przez ochroniarza, tłumacząc mu, że OPR jest nie na miejscu, montując nowe gałki do szuflad w miejsce starych, odbierając, w dresie, spocona, na starej kanapie w pustym mieszkaniu o suchym pysku telefon ze Szwajcarii i odbywając na szybko rozmowę w sprawie udziału w międzynarodowym projekcie i stawkach za godzinę mojej pracy i o umowie, jaką podpiszemy, znów sprzątając, wyrzucając śmieci, jadąc autobusem z plecakiem pełnym książek kucharskich do parku, w którym mogę tę książki zostawić żeby je sobie ktoś wziął i został nimi uszczęśliwiony, do kawiarni po jakąś lepszą kawę, do centrum handlowego skopiować klucze do nowego mieszkania dla pani, która jutro wysprząta stare, a za tydzień będzie już przychodzić pod nowy adres, sprawdzam służbowego maila, szybko odpisuję na dwie wiadomości, nagle się orientuję, że muszę wracać, kupuję na szybką jakąś rolkę sushi, bo jadłam tylko banana, maczam ją w wasabi i prawie umieram, a potem biegnę w deszczu do autobusu, a w autobusie czytam artykuł na temat podporządkowania w Polsce seksualności kobiet potrzebom mężczyzn i wrzucam go na Facebooka, na którego wróciłam po rozstaniu z chłopakiem, bo jakoś trzeba żyć i z kimś trzeba gadać, i nagle jestem strasznie zmęczona, a przecież czeka mnie jeszcze wizyta w agencji nieruchomości i podpisanie umowy o pośrednictwo w znajdowaniu najemców, a czeka mnie jeszcze obfotografowanie mieszkania, a czeka mnie przecież jeszcze pakowanie resztek rzeczy, transportowanie ich z uprzejmie pomagającym mi ojcem w nieustępliwej mżawce w nowe miejsce, a potem monter z firmy od wifi, a potem spacer z psem i kaczki i szczury wodne, kaczki będą patrzeć na szczury, szczury będą się przyglądać kaczkom, ja - schowana w życzliwym cieniu mokrej wierzby płaczącej - obserwować będę te interakcje, a potem. A potem a potem a potem a potem. Więc mój sen jest ważny, bo pokazuje mi miasto, w którym znajduje się miejsce na wytchnienie. Dzień, w który można sobie wbudować odpoczynek bez struktury. Dawno mi się takie miasta, miasta z miejscem dla kogoś podobnego do mnie, dla zmęczonej wersji mnie, dla oszołomionej wersji mnie, dla osłabłej, sennej mnie nie śniły. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 25 października 2017 21:13
    • Podwójność

      "Tresura podległości, praktyka odesłania do tylnego rzędu i obraźliwe słowa stanowią incydenty dobrze nam znane. Tylko nie zgadzając się na nie, możemy próbować je opisać, zrozumieć i zmieniać. Jednak kiedy odkrywamy, że mimo wielu starań kobiety wciąż są poniżane i krzywdzone, dopada nas monstrum rozpaczy.

      Ja czuję je obok siebie, bardzo fizycznie. Bo gdyby było tylko poglądem, tekstem, ideą, nie blokowałoby mnie tak skutecznie. Nie dysponuję zbroją, która by mnie ochroniła. Ani świadomość, ani status uniwersytecki, ani napisane powieści o dziewczynach niepokornych, ani autobiograficzne rozliczenia nie budują pancerza.

      Kiedy przychodzi co do czego, mężczyźni przypominają mi, kim jestem."

      Inga Iwasiów w "Tygodniku Powszechnym"

      Chowam siebie przed samą sobą.

      Ostatnio siedziałam u mojej terapeutki, pochowana wstydliwie na pół, jedna ja przed drugą ja – cichociemna – ukryta. Partyzantka ciachnięta na dwa. Wróciłam właśnie z Berlina. Miałam na sobie najśliczniejszą bluzkę mojego życia. Całą przeszłość o niej marzyłam, chociaż dowiedziałam się o tym dopiero teraz. Zobaczcie ile rzeczy poukrywałam w zakątkach zakamarkach. Siedziałam u mojej terapeutki, na sobie miałam bluzkę zapiętą pod szyję wysokim kołnierzykiem, czarną, błyszczącą, w krwistoczerwone różyczki. Byłam kobiecą kobietą. Słyszałam sama siebie jak zza watowanej ściany, wyciszoną warstwami znieczulających iluzji i napięć, jak opowiadam jej o seksie i pożądaniu i o więzi i bliskości, o cierpieniu i tęsknocie, o rozpaczy i uldze. O zdrowieniu. O wolności. Poczuciu winy. Ale przede wszystkim o chceniu. O pragnieniu. I wstydzie. Powiedziałam jej, że kupiłam sobie w swój zakupowy berliński dzień cały komplet wysoko zapinanych wiktoriańskich bluzek, diabelnie seksownych w tej swojej pruderii. Że coś się we mnie obudziło, jestem już kimś innym niż dwa czy trzy lata temu. Ona powiedziała mi, że świadomość mojej seksualności jest moja własna, należy do mnie, już nikt mi jej nie odbierze. Ja jej powiedziałam, że może nie odbierze, ale wyśmieje, ucieknie, odrzuci, odwróci się z obrzydzeniem, zawstydzi. Powiedziałam jej też, że lubię te wiktoriańskie bluzki za to, że sugerują dwie rzeczy na raz. Cnotliwość i bezwstydność. Aż je się chce rozpiąć i znaleźć pod nimi koronkową bieliznę i białe ciało gotowe na dotyk. A przecież nie pokazują zupełnie niczego. Przecież zasłaniają. Ona wtedy użyła słowa „podwójność”. Wydaje mi się, że powiedziała „są podwójne. Jak pani.”

      Jestem podwójna.

      W pracy skwapliwie chowam swoje zmysły i uczucia, swoją czułość i zabawowość, swoją wrażliwość, słabość, liryzm i brak pokory, opiekuńczość, elastyczność, empatię, potrzebę brania i dawania ciepła.

      W miłości skrzętnie ukrywam swoją inteligencję, umiejętności analityczne, organizacyjną smykałkę, obycie, oczytanie, umiejętność nawiązywania kontaktów, doświadczenie, rzetelność, kompetencję.

      Wszędzie skrzętnie ukrywam swój gniew. Rozpacz. I lęk. I rozgoryczenie. I chęć i chcenie i pragnienie i żądzę.

      W swojej głowie mam taki „work-life balance”: dwie odgrodzone połówki, nie komunikujące się ze sobą, zawierają dwie odrębne rzeczywistości, dwa niepołączone, nie porozumiewające się ze sobą światy.

      Jedna ja – ta godna męskiej miłości – zadbana, wesoła, żywiołowa, matczyna i dziewczęca zarazem, zmysłowa ale monogamiczna, więc zmysłowa tylko za pozwoleniem i w towarzystwie jednej osoby, ciepła i wsłuchana w tego najważniejszego drugiego człowieka, wspierająca bezinteresownie i niewymagająca wsparcia, refleksyjna kiedy trzeba, ale na ogół gotowa na każdą przygodę, wierna, lojalna Penelopa, którą można wszędzie zaprowadzić, która – pozbawiona potrzeb i aspiracji – zawsze i wszystko przeczeka z kojącym, dymiącym, domowym obiadem. Niewykonalna fantazja, nierealna projekcja cudzych sprzecznych potrzeb.

      Druga ja, całkiem z nią niekompatybilna - ta godna męskiego szacunku - przewidywalna, punktualna, zdyscyplinowana, lojalna, analityczna, szybko i sprawnie myśląca, trzeźwa, zorganizowana, cierpliwa i spokojna, odważna i zadaniowa, niezauważona w miłości, ale za to poważana w pracy, idealny podwładny.

      Jestem podwójna od kiedy pamiętam. Ja kochana albo ja szanowana. Albo. Było tylko kilka, krótkawych, okresów w moim życiu kiedy tego wewnętrznego podziału nie czułam, czułam się płynna, lekka, swobodna i zintegrowana. Własna. O dziwo nie miałam wtedy problemów ani z pracą ani z międzyludzkimi związkami.

      I rzecz w tym, że to co prawda ja chodzę na terapię, ale nie do końca ja sama wygenerowałam ten problem. Po angielsku mówi się o tym „double bind” – podwójne więzy – a koncepcja podwójnych więzów pojawia się przy okazji ambitnych kobiet wyzwolonych spod ograniczeń udomowienia i podległości, kobiet, które zapragnęły pełni. Chodzi o to, że takie kobiety są karane w dwójnasób – karane poprzez wyśmianie, odrzucenie, krytykę, obojętność czy wręcz przemoc – karane za zbytnią kobiecość (tak, można być za bardzo kobiecym, tak, niedobrze jest być zbyt miękką mamuśką, zbyt uległą kochanką, zbyt ciepłą partnerką, tak, zawsze się znajdą ludzie, którzy stwierdzą, że wydrwione, wykorzystane albo potraktowane przedmiotowo kobiety same sobie były winne) i karane za zbytnią męskość (babochłopy zbyt kompetentne, zbyt agresywne, zbyt skuteczne, zbyt zimne, zbyt zdeterminowane, osamotnione, pozbawione sympatii i wsparcia za karę za czelność stania w jednym rzędzie z panami – i oczywiście – same sobie winne). Niewielu kobietom udaje się skutecznie nawigować pomiędzy społecznymi szykanami i dyskryminacją. Żadna zresztą przyjemność żyć wyłącznie tak, żeby nie budzić negatywnych uczuć i bolesnych reakcji. Równie dobrze można by przestać oddychać. Przestać mówić, myśleć, ruszać się, wykonywać jakiekolwiek czynności, wychodzić z domu i pokazywać się komukolwiek w którejkolwiek ze swoich wersji. Paradoksalnie, ponieważ odstają od kulturowych stereotypów kobiecości, żartują zamiast wyłącznie śmiać się z cudzych błyskotliwych dowcipów, tworzą zamiast tylko podziwiać cudzą twórczość, podróżują zamiast słuchać tylko o przygodach i eskapadach bardziej ekscytujących osób (płci wiadomej), dysponują doświadczeniem, wiedzą i umiejętnościami, które zdobyły same i mają je na własność, nie podlegając mentorskim i opiekuńczym zapędom tych, którzy zawsze muszą wiedzieć lepiej i zawsze być w pozycji eksperta, paradoksalnie to właśnie te pragnące wolności, podmiotowości, ambitne, odważne, zdrowo ciekawe świata kobiety przecina się na pół i wmawia im się, że to ich własna wina. Ale nie.

      Pamiętam jak dziś (#metoo) reżysera, który zaprosił mnie na spotkanie w sprawie wspólnego projektu i nagle zorientowałam się, że zamknął swoje biuro na klucz, a jego ręka znalazła się u dołu moich pleców. Uruchomiłam cały swój spryt i wywinęłam się z tego spotkania stopniowo zbliżając się do drzwi, a potem w odpowiednim momencie otwierając je i uciekając. Ale bolało. Bolała mnie moja własna naiwność, wiara, że ktoś, kto chciałby mnie uwieść będzie przede wszystkim rozmawiał, budował relację, poznawał mnie, słuchał i obserwował sygnały, a ponad to i ponad wszystko, że uszanuje moją wolę lub brak woli zbliżenia się ciała z ciałem. Ciach, na pół, koniecznie trzeba było rodzielić pracę i przyjemność, nikomu nie pokazać tej drugiej części w nieodpowiednim momencie, trzymać je obie za mordę w ryzach. Pamiętam jak dziś (#jateż) jak pewien chłopak z pracy, który nigdy nie miał bliskich koleżanek, bo to było poza sferą jego zainteresowań, i nic nie wiedział o wewnętrznym świecie swojej babci, mamy czy szwagierki, bo skoro nie dzieliły się tymi światami, to może ich po prostu nie miały, próbował mnie poderwać wcale nie pytając mnie o mój świat i moje przemyślenia, rozumiem dlaczego, ale oświadczając, że razem z kolegami nadali punktację dziewczynom z pracy i czy chcę wiedzieć, ile ja dostałam punktów. Powiedziałam mu, że świat to nie supermarket, dziewczyny to nie towary i że mnie się nie podoba taka zabawa i nie interesuje mnie moje miejsce w rankingu. Ciach, na pół. Pamiętam i nigdy nie zapomnę faceta, który powiedział mi, że z dziewczyną można albo spać, albo się przyjaźnić. Że kiedy zaczyna kogoś lubić, to brzydnie mu ten ktoś w łóżku. To czuje autentyczną fizyczną odrazę. Pamiętam odrazę w jego oczach kiedy patrzył na mnie. Odrazę czy przyjaźń? Jakoś to we mnie zostało. Zabolało śmiertelnie i zostało. Wzmocniło mur między moją podwójnością. Ciach, na pół.

      Ale zostało też to, że miałam kiedyś męża. Anglika z kolonialnymi korzeniami. I chociaż nie jest już moim mężem, nadal utrzymujemy kontakt. Mawiam, że jest honorowym, dożywotnim członkiem mojej rodziny. Raz na parę lat rozmawiamy, a te rozmowy są jak powrót do znajomego schroniska w skalistych górach. Mam go w swojej głowie – wspomnienie tej przyjaźni, która karmiła i dawała poczucie bezpieczeństwa, inspirowała i godziła szacunek z fizyczną bliskością – chociaż nie jesteśmy już razem, w trudnych momentach wracam tam i czerpię z tej pamięci. Mój mąż Anglik potrafił pomieścić i zintegrować w głowie szacunek do książek, które przeczytałam, chęć dowiedzenia się, co myślę o polityce i jak mi minął dzień, gniew na antyfeministów, empatię wobec ofiar dyskryminacji z chęcią spania ze mną w jednym łóżku i dotykania mnie tak jak się dotyka czegoś pięknego, godnego pożądania. Miałam innych kolegów, przyjaciół, kochanków, którzy mieścili te dwie mnie w jednej mnie, którym mieściło się w głowie, że jestem i jednym i drugim, że żadnej ściany nie trzeba budować, żadnych elementów mojej tożsamości po partyzancku ukrywać, żeby ten czy inny nieprzygotowany do dorosłych międzyludzkich związków pan nie musiał przypadkiem narażać na szwank swojej nieumiejętności pogodzenia w umyśle złożonej prawdy, wytrzymania ambiwalencji, znalezienia równowagi w sprzecznych emocjach.

      Więc tak, #metoo, #jateż.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 25 października 2017 16:21
  • czwartek, 19 października 2017
    • Jest w nas las

      Dziś rano po przyjściu do pracy zatrzymałam się przy stanowisku recepcyjno-ochroniarskim i z jakiegoś powodu (może dlatego, że pogoda jest piękna, a pogoda to temat wyjściowy dla wszystkich tych porannych pracowych pogaduszek) rozmawialiśmy o lasach - o zbieraniu grzybów, szukaniu jagód, o marynowanych prawdziwkach i o rodzinnych wycieczkach. Dowiedziałam się, że kilka osób, w tym jeden z naszych szefów, wzięło urlopy specjalnie na grzybobranie. Bo taka jesień płodna nam się w tym roku trafiła. Dojrzałość, płodność, o tym też myślę. Zrobiło mi się wewnątrz mszyście, bagniście, wilgotno, zaczęło pachnieć dymem zmieszanym z mżawką i gnijącymi liśćmi. Zaszeleściło mi znajomo. Półmrok we mnie zapanował. I rozpoznanie. Jak gdyby leśność stanowiła nasz wspólny mianownik, polski wspólny mianownik, którego od tak dawna szukałam w epicentrum politycznych, ekonomicznych, kulturowych, pokoleniowych, cywilizacyjnych wręcz wojen, jakie w Polsce toczymy ostatnio na potęgę. Tępiąc się nawzajem, konfliktując, wyniszczając wokół siebie życzliwość i zaufanie. Jak gdybym wreszcie, po bardzo wielu latach tułaczki, odnalazła jakiś element siebie, swój element, w ludziach, ludziach, którzy zbyt długo wydawali mi się nieprzekraczalnie, nieodwracalnie obcy.

      Wróciłam tu przecież po studiach, pracy i małżeństwie z Belgii i Anglii, odmieniona nie do poznania, fundamentalnie wstrząśnięta kontaktem z tamtym światem. Wróciłam, bo mnie ciągnęło do rodziny. A to ciągnięcie, jakby z brzucha ktoś mi wyszarpywał na żywo żołądek-jajniki-macicę, to ciągnięcie, ta więź, miała smak gniotowatych pierogów z kapustą i suszonymi podgrzybkami - nawet ich nie lubię, a taką mają moc. Ta więź, to ciągnięcie, pachniało stogami siana, które zamokły, kurzącą się drogą, ogniskami, pieczonymi jabłkami i spoconą, ciepłą skórą, bliską skórą. Wracają mi wspomnienia wszystkich tęsknot, opuszczeń i utrat. Wszystkich pozrywanych więzi. Nagle składam się z bólu po nich, jak drugi krwioobieg pulsuje we mnie też żyłkowany, organiczny układ blizn wrośniętych w moją tożsamość. Każda inna, ale wszystkie pachną jak przepocone włosy, jak ślina, jak sól, jak śluz, jak żelazista krew. Wszystkie falują cudzym, ale znanym, bezpiecznym tętnem. Mam w sobie tętno kilkuletniej siostry, z którą już nie sypiam przytulona w rozkopanych pierzynach, siostra ma od tego teraz trójkę rozpędzonych, rozkochanych w życiu dzieci. Mam w sobie tętno byłego męża, żywe jeszcze wsłuchiwanie się w cud jego - cudzego - bicia serca, synchronizowanie się dwóch serc. Uspokajania się w jego rytm, bo miał spokojny rytm kontynentu, na którym jeszcze się mało kto spieszy. Mam w sobie tętno psa, który czasem się na chwilę przytuli i pozwoli pogłaskać, posłuchać oddechu, ogrzać się w swojej żywości. Pies lojalny jest ze mną od ponad dwunastu lat, ale przecież nawet jego radośnie czułe ciekawskie nie znające sprzeciwu oczy, nawet jego upominająca się o zabawę łapa, jego uszy do góry postawione w czujności, nawet w tej więzi jest już przecież zalążek przyszłej utraty. Oboje to wiemy, on jakby bardziej. 

      Wracają mi wspomnienia wszystkich utrat więzi. Wyjazdów i rozwodów, odejść i rozstań i umierań. Ale dzięki temu znów pamiętam bycie blisko. Utraty więzi mają kolor dojrzałych sierpniowych liści, temperaturę i wilgotność słonecznego listopadowego świtu, fakturę zeschłego mchu. Smakują jak wodorosty.

      Kiedy wróciłam z Anglii, przez półtorej dekady szukałam - taka, jaka jestem, odmieniona kontaktem z inną kulturą, innym spojrzeniem na świat, systemem wartości i trybem życia, rozkochana w doroślejszej demokracji, w stabilniejszym dobrobycie, w instytucjach, które podmiotowo traktuja obywatela i w obywatelach, którzy sobie nawzajem bardziej ufają - szukałam sposobu żeby przynależeć nie poświęcając, nie amputując, nie zatrzaskując na wsze czasy wielkiej, ważnej, angielskiej części siebie. Na przemian próbowałam wprosić się do rozmaitych grup i zespołów i społeczności, nieodmiennie wpływając jakoś na nie i ulegając ich wpływom, nieodmiennie czując, że brakuje mi zdolności pozostania wiernej jakiejś esencji mojego doświadczenia, jakiejś prawdzie przeżytej, wiernej temu, czego się poza krajem nauczyłam, czego doświadczyłam i kim się przez to stałam. Chroniąc ten kawałek mnie stawałam się jednak coraz bardziej obca, odległa od ludzi mnie otaczających, odcięta od żywego z nimi kontaktu. Wydawało mi się, że moja cudzoziemskość, moje naznaczenie nieopowiadalnym, nieprzekazywalnym, nigdy nikt nie prosił, nie pytał, nie zaciekawiał się, wydawało mi się, że moje ukochanie niepolskich spraw, idei i symboli, niepolskich wartości, nie da się pogodzić z przynależnością. Tragiczny wybór. Odcinać samą siebie albo amputować więzi. Ani bez jednego ani bez drugiego nie da się żyć.

      Ten las. Ten las, te grzyby i mech i jagody i jesień i mżawka i dym palonych na polach traw sczerniałych. Dziś rano rozmawiając przy stanowisku ochroniarsko-recepcyjnym z ochroniarzem i recepcjonistką poczułam wspólność. Możliwość spotkania się w miejscu, które i ja i moi rozmówcy rozpoznajemy jako swoje, jako dobre, jako bezpieczne i znajome. Ten nasz las wewnętrzny owinął nas i stworzył rezonans, symbolicznie wrócił mnie rzeczywistości, w której istnieją inni ludzie. Wróciłam dziś z naprawdę. Naprawdę. Długiej emigracji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jest w nas las”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 października 2017 21:02
  • poniedziałek, 16 października 2017
    • Sklep z cukierkami

      Dla mnie Berlin jest jak sklep z cukierkami dla wygłodniałego dziecka. Może nie karmi, nie uzdrawia, ale coś zaspokaja. Wszędzie sztuka. Nie elitarna, nie skupiona w jakimś centrum czy na jakichś społecznych wysepkach, wszechobecna, dostępna. Sztuka nie wylewa się znikąd na ulicę, tutaj ulica jest ekspresją, latarnie, kosze na śmieci, bramy, okna, tu wszystko może stanowić twórczość. W Polsce przyzwyczaiłam się myśleć, że artysta to ktoś szczególny, ktoś wybrany, ktoś przez Boga namaszczony przy urodzeniu, że uprawianie sztuki jest niewskazane maluczkim, tutaj muszę zaakceptować demokratyczność twórczości, jej codzienność. Moja mama od lat nostalgicznie wzdycha, że chciałaby umieć rysować. Tymczasem ja myślę, że to inny rodzaj tęsknoty, utrzymywany w nienaturalnych ryzach przez mit o wysokiej kulturze, przez nieosiągalny próg jakości, któremu nie sprosta ktoś radośnie, amatorsko, odtwórczo bazgrzący. Chciałabym, żeby się przełamała, żeby zaczęła śpiewać, tańczyć, gadać głupoty i wreszcie, wreszcie, kiedy się tylko da ozdabiać kartkę za kartką własnym, niepowtarzalnym gryzmoleniem. Mój najokrutniejszy chłopak miał regularny zwyczaj zarzucać mi brak oryginalności. Na jego cześć (głupiutka, biedniutka krowa) rytualnie spaliłam wszystkie swoje rysunki. Dopiero teraz wracam do siebie, dwadzieścia lat później niezmordowanie pisząc i szkicując. Notes za notesem. Znowu i znowu mozolnie ucząc się, że kocha tylko ten, kto wspiera nieskrępowanie radosną ekspresję, bo ona jest zdrowieniem, a w rezultacie rozkwitaniem. Siedzę na bananowo żółtej ławce naprzeciw żeliwnego Bertolda Brechta, który też przysiadł wygrzać się w październikowe Babie Lato, ktoś mu zawiesił na szyi kartkę z napisem "die kunst ist kein schlaraffenland". Sztuka nie jest... Google twierdzi, że ostatni wyraz tego zdania oznacza Eldorado, krainę mlekiem i miodem płynącą albo raj dla próżniaków. Kątem oka widzę niebieskowłosą dziewczynę, która je obiad z koleżanką, kosmyk błękitny powiewa na lekkim wietrze, połyskuje w słońcu. Sprewa przecina łagodnie bulwary upstrzone knajpkami wszystkich kuchni świata. Na zewnątrz galerii z bardzo drogą afrykańską rzeźbą wystawiono buddyjsko spokojną, pogodzoną z losem drewnianą zebrę. Gdzie nie spojrzeć rowery. Z pobliskiego dworca Friedrichstrasse wyjeżdżają z dyskretnym świstem pociągi. Ćwierkają ptaki, które nie wyleciały z miasta na zimę. Wokół moich stóp krąży, kluczy osa sprawdzając czy nie upuściłam co nieco sałatki z dynią, burakiem i zieloną fasolką. Dookoła snują się prawie bezgłośnie grupki turystów wszelkich możliwych ras i religii. Rano poszłam na spacer. Bluszcz, graffiti, butiki, kawiarnie. Trafiłam na księgarnię z czasopismami dla ludzi takich jak ja. Dla humanistów zainteresowanych kulturą we wszystkich swoich przejawach. Patrzących dookoła i szukających wzorców, odzwierciedleń i sensów. Berlin jest dla mnie jak sklep z cukierkami dla wygłodniałego dziecka. Czuję tu równocześnie spokój, sytość i przesyt. Czasopisma dla ludzi podobnych do mnie. Czuję się prawie jak w domu, ale w domu posiekanym na małe kawałki. Setki tytułów, sklasyfikowanych niszami, superwyspecjalizowanych. Sztuka Kawy, Wędzone Mięsa, Sushi i Ramen w Tokio, Kawiarniane Rozmowy, Reportaże, Fantastyczny Mężczyzna, Łagodna Kobieta, Kwartalnik Rowerowy, Poezja Południa, Jedzenie i Sport, Prawdziwe Nordyckie Życie, Krytyka Popkultury, Kurator Sztuki, Europejska Fotografia, Wizualne Dziennikarstwo, Opowieści Urbanistyczne, Mężczyźni i Styl, Styl Mężczyzn, Miejski Tatuaż. To wszystko prawdziwe tytuły, spisane jak leci. Kupuję całą torbę książek i, przestymulowana, wychodzę. Może się boję, że w tym twórczym wielogłosie trudno mi będzie znaleźć własne miejsce? Że się mój wątły głosik nie przebije? Że mnie nikt a nikt w tej dwudziestopierwszowiecznej kakofonii nie usłyszy, sam zbyt zajęty autoprezentacją? A jednak trzeba próbować. Ufać, że kakofonia jest złudzeniem, że gdyby wzbić się ponad nią i posłuchać, w wielogłosie ludzkiej twórczości można znaleźć wzorce, sensy i odzwierciedlenia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 października 2017 16:19
  • niedziela, 15 października 2017
    • Freud

      IMG_4510

      Lucian Freud. Do dzisiejszego popołudnia nie znosiłam jego obrazów. Rozplaskana ludzka nagość w swojej najbledszej, pozaczerwienianej, pomarszczonej, żółtawej, niebieskawej, tłustawej, znudzonej, samotnej, nieocenzurowanej brzydocie. Jakiś mój lęk zawsze spotykał się z obrazami Freuda, wnuka ojca psychoanalizy, jednego z najsłynniejszych dwudziestowiecznych angielskich artystów, że jeśli się zacznie zdrapywać brokat i puder, rozczesywać tapiry i lakiery, jeśli się z nas wszystkich zdejmie uważnie dobrane ubrania w stylu tej czy innej subkultury, zakodowane w kostiumy i fryzury i miny kulturowe przekazy - jestem potężny, mądry, jestem lojalny, jestem twardy, jestem zmysłowa, mam kontrolę i wpływ, jestem obrotna, sprytna, jestem przenikliwa. Jeśli się z nas zmyje warstwę misternie nakładanej fasady, a potem następną warstwę i kolejną, jeśli się nas parę godzin, parę dni, parę tygodni przetrzyma bez sztafażu, tak jak Freud kazał swoim modelom pozować, dzień po dniu, tygodniami, aż z nich zeszło napięcie, aż brak zaufania zniknął, aż gorsety obyczajowe się poluzowały. Aż coś się obnażyło. On potrafił wydobyć z ludzi ich najgłębszą brzydotę tak, że nagle przestało być ważne być ładnym.

      Parę lat temu w Budapeszcie byłam na wystawie Toulouse-Lautreca, który malował prostytutki, artystów, pijaków i inne, nieraz koślawe postaci z półświatka, często w cywilu, za kulisami teatrzyku wieczornych ekscesów. On też to potrafił. W szarawym świetle świtu złapać senność, załzawione jeszcze oczy ze śpiochami w kącikach, rozlazłą ufność. Biologiczną bliskość. Fundamentalną bezradność.

      Tu w Berlinie Freud ma wystawę swoich grafik. Cienkie kreski jego miedziorytów krzyżują się w cudownie chaotycznym tańcu światła i cienia, nie rozumiem, jak on to robił, każdego potrafił oszpecić tak, że nagle się robił codzienny i prawdziwy. Ulubioną modelką Freuda była "wielka Sue", zjawiskowa, otyła pracownica urzędu do spraw społecznych, Sue Tilley. Przystanęłam przed hipnotyzującą grafiką przedstawiającą "Kobietę z tatuażem na ramieniu", Sue właśnie. Tę grafikę sprzedano parę lat temu na aukcji za £121,250. Jeden z obrazów olejnych Freuda przedstawiających tę samą modelkę ktoś kupił za rekordowe dwadzieścia milionów funtów. Dlaczego? Nie mogłam oderwać wzroku od przysypiającej, opierającej wykrzywioną twarz na dłoni, potężnej kobiecie z podwójnym podbródkiem i cienkimi włosami i z atramentowym kwiatem utrwalonym w skórze masywnego ramienia. Z tyloma podobnymi kobietami jeździłam autobusem i nagle jedna z nich objawiła mi się intymnie, nago, bezwstydnie i bezpretensjonalnie. Może zobaczyłam w niej coś, czego życzliwe lustra mi dotąd oszczędziły? Za mną grupa niemieckich gości muzeum rozrechotała się nagle intensywnie, rubasznie. Odwróciłam się żeby zobaczyć, co ich tak rozbawiło. Gruba Sue. Pokazywali ją sobie palcami, śmiejąc się w głos. A ja pomyślałam, że powinno się nas wszystkich szkolić w kochaniu brzydoty. Prędzej czy później, w nieunikniony sposób, i my sami zbrzydniemy. I jak się wtedy, odebrawszy medialny trening podziwu dla gładkości, dla młodości, dla symetrii i pełnej witalności, jak się wtedy sami zdołamy pogodzić ze sobą? Czytałam ostatnio przypowieść o miłości między dwojgiem ludzi. O momencie przełomowym, a właściwie serii takich momentów, kiedy kochanek konfrontuje się z wewnętrzną brzydotą kochanki i wzajemnie. Jeśli się w sobie nawzajem znajdzie ciepło i siłę i mądrość wytrzymania tej brzydoty, związek ma szansę przetrwać wielkie sztormy. Ale. Ale przecież nie wszyscy jesteśmy Freudem. Lucianem Freudem, którego przez lata podejrzewałam o zgorzknienie i cynizm, o skrzywione spojrzenie, o perwersję i wielki emocjonalny chłód, a dziś zobaczyłam, że jak on i ja chciałabym przejść próg akceptacji koślawości ludzkiej i małości powszedniej, nużącej powtarzalności, paraliżującej przewidywalności drugiego człowieka kiedy już przestanie być świeży i nowy i ekscytujący. Freud pokochał szpetność i pokazywał jak ją mądrze podziwiać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 października 2017 20:13
  • sobota, 14 października 2017
    • W kosteczkę

      Moją granatową piżamkę z cekinami kupiła mi mama. Moją granatową piżamkę z cekinami i lamówką w kropeczki dziś po powrocie do hotelu znalazłam złożoną w równą kosteczkę na posłanym nieskazitelnie łóżku. Prawdopodobnie nigdy nie spotkam się twarzą w twarz z osobą, która zrobiła mi taką maleńką wielką przyjemność. Ma na imię Regina.

      Podczas jednej z kawowych przerw w berlińskiej konferencji poszłam kupić mniej lurowatą kawę, ale studencka kawiarnia po drugiej stronie ulicy była zamknięta, więc powędrowałam dalej, do piekarni, w której wiedziałam, że serwują espresso, podwójne espresso, mocniejsze niż jestem przyzwyczajona, a chociaż lubię szatańsko intensywne macchiato, po tym telepało mnie godzinami. Nie pamiętam szczegółów rozmowy, ale wpadłam na dwóch chłopaków z konferencji, jeden był organizatorem i mieszkał w Berlinie, drugi robił badania w Cambridge, wczoraj miał prezentację o wykrywaniu raka przełyku. Usiedliśmy razem. Coś było o miastach, o czynszach, o jedzeniu i o powrotach do Polski, a potem zażartowałam. Neurony styknęły mi o kilka sekund za późno. Nadal nie mogę spać po rozstaniu, noszę na przegubie czarną bransoletkę, która mierzy mi sen. Wczoraj zmierzyła niewiele ponad trzy godziny, więc coraz częściej, egzotycznie, surrealistycznie, mózg mi nie łączy jak co dzień, tylko niecodziennie łączy. Nawet zaczynam to lubić, to płatanie od środka samej sobie niespodzianek. Tym razem z opóźnieniem włączyłam się na powrót do akcji i zorientowałam się, że mam przed sobą niezrozumiały obrazek: chłopak, który siedzi naprzeciw mnie odchylił się niebezpiecznie na krześle, wykrzywił ostre rysy twarzy w szczodrym grymasie, zmrużył oczy i właśnie tymi szparkami zobaczył, że zaraz wypadnie  mu z ręki zapiekanka z mozzarellą. Drugi wyglądał nie lepiej. Jakby płakał. Jakby go brzuch bolał, a on z tego bólu zawodził. Nie potrafiłam przez dobry moment zonterpretować tego co się działo. A potem jednak styknęło - oni się śmiali, oni się śmiali z mojego żartu. Śmiali się z mojego żartu. Z mojego żartu się śmiali.

      Dawno nikt się nie śmiał. I czy to dawno znaczy, że ja nie jestem śmieszna? Nie zmieniłam się ostatnio jakoś diametralnie. Dzisiejszy żart był taki jak zwykle. Inteligentny, śmiem twierdzić, przenikliwy, oparty na wrażliwości sporej i jakiejś tam wiedzy o świecie. Na mojej prywatnej dziesięciostopniowej skali dałabym mu mocne osiem. Nieprzesadnie prowokujący do takiego rechotu, jaki powodują polskie kabarety na przykład. Albo amerykańskie sitcomy czy francuskie komedie. Ale. Śmiali się z mojego żartu, z mojego żartu się śmiali.

      Ciągle, jak upiór, ściga mnie wspomnienie, że kiedyś, dawno co prawda, że kiedyś przyjaźniłam się z facetami. I że miałam z nimi żywy kontakt. Człowiek z człowiekiem. Całe spektrum - od nudy przez inteligentne światopoglądowe potyczki, przez wspólne przygody i konflikty aż po głupkowate śmiechy z niczego. Jak upiór ściga mnie wspomnienie. Że to było łatwe, tak jak tym razem nad kawą i pieczoną kanapką w Berlinie. Ale potem mówię sobie, że mi się coś pomyliło. Tyle lat nikogo nie rozśmieszałam, tyle lat byłam w otaczających mnie oczach nieinteresująca, niekompetentna, niesympatyczna, nieśmieszna, niekontaktowa, zagrażająca, niegodna zaufania, oziębła, kłopotliwa, nierozgarnięta, nieposłuszna. Odzwyczaiłam się od męskiej przyjaźni.

      Wczoraj wieczorem, w restauracji, której kelnerzy uśmiechali się ciepło i mieli jakiś taki niecodzienny kontakt z nami, gośćmi, nad prosecco i wegańskim curry z jesiennych warzyw, pod sufitem wisiały wielkie pomarańczowe świetliste kule jak księżyce w pełni pyzate, wczoraj wieczorem kilka kobiet badaczek i jeden mężczyzna, też naukowiec, rozmawiało ze mną o osobistych doświadczeniach w polskich instytucjach naukowych. O powrotach z zagranicy na przykład. Jedna mówiła, że po siedmiu latach na swoim wydziale, po siedmiu latach od powrotu z dłuższego wyjazdu na Zachód, nadal wśród kolegów fizyków jest "tą nową". Druga - prawdopodobnie najsłynniejsza polska biolożka molekularna - opowiedziała, że ma kolegę, który zmienił uniwersytety i po dekadzie zespół nowej uczelni w dalszym ciągu nie zaakceptował go jako swojego. Potem - kieliszek czy dwa wina później - panie przyznały, że wśród spójnych, zgranych męskich grup w swoich dziedzinach być może zawsze będą obce, być może zawsze będą odstawać.

      Czytam książkę, która skojarzyła mi się z tą wczorajszą rozmową i tym dzisiejszym śmianiem się przy drugim śniadaniu i kawie. Rozdział, który teraz czytam, opowiada o znajdowaniu swojego plemienia. Ludzi, którzy będą lubić i akceptować i wspierać - w granicach rozsądku, jak to ludzie - ale jednak bardziej przyjmą niż odrzucą. Moje polskie doświadczenia przypominają doświadczenia naukowców, z którymi rozmawiałam nad kolacją - serię prób, mniej lub bardziej udanych - wejścia do kolejnych zamkniętych grup, które raz po raz sygnalizowały, że nie jestem ich. Obca, gość na cudzym terytorium, nikt od lat nie zachichotał nawet z uprzejmości kiedy błyskotliwie połączyłam niepołączalne w niespodziewaną anegdotę. Nikt nie dzielił moich wartości. Zawsze trochę nie pasowałam. Książka, którą czytam i opowieści moich kolacyjnych towarzyszy pod krągłymi księżycami, nad korzennym pomarańczowym curry, stanowią dowód, że to nie tylko ja. Że wykluczanie to może być jakaś nasza narodowa specjalność, nagminna, że jesteśmy homogeniczną, chronicznie przestraszoną nacją klanów, a im bardziej jesteśmy przestraszeni, tym ściślej zamykamy się w bezpiecznych, powtarzalnych schematach, w bezpiecznych, niezmiennych wspólnotach. Te same zakodowane dowcipy, te same cytaty z tych samych filmów, ten sam sport narodowy przeżywany prawie tak samo przez setki tysięcy kibiców, to samo biesiadowanie z identycznymi zakąskami i napojami, muzyką, którą znamy od lat i wiemy, że lubimy, te same kroki w tańcu, nie spróbujemy, olaboga, nie daj boże, nie spróbujemy niczego nowego, nie dopuścimy nikogo nowego. Przez lata uczyłam angielskiego i z kilkuset korpouczniów, którzy przeszli przez moją salkę lekcyjną dziewięć na dziesięć osób jeździ na wakacje do Egiptu, lubi sushi, a w domu gotuje makaron ze szpinakiem i serem pleśniowym.

      Dzisiaj ktoś się zaśmiał z mojego żartu. Wczoraj ktoś sprawił, że poczułam się mniej samotna, mniej osamotniona. Może to znaczy, że nie trzeba przez całe życie kroczyć jako obcy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „W kosteczkę”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 14 października 2017 22:04
  • piątek, 13 października 2017
    • Atak odprysków

      Bombardują mnie wspomnienia. Atakami dywanowymi. Znienacka. To jest naprawdę dziwne i niepokojące. Takie pamiętanie bez uprzedzenia. Siedzę na konferencji i słucham jednym uchem prześlicznej świetlistej brunetki, której dziecko kwili w kącie w ramionach taty, podczas gdy ona snuje ilustrowane opowiadania o fotosyntezie, a potem drugim uchem słucham przystojnego brodacza z uniwersytetu w Cambridge, który mówi z kolei o wczesnym wykrywaniu raka przełyku. W sam raz na wyjazd do Berlina, który ma mnie wyleczyć z miłości, którą miłość moja twierdzi, że żeśmy oboje źle ulokowali. Jakże się można rozminąć. Ale rak przełyku? Ze zdjęciami?

      Bombardują mnie wspomnienia, odzyskuję je, ale w tak dziwnym trybie, jezu. Pojawiają się nagle, jak odłamki szkła, które wdzierają się do wewnątrz, po czym wcale nie bolą. I wiecie co do mnie wraca? Szukanie. Czekanie. Niewiadome. Przełomy. Nuda. Bezradność. Strach przed nieznanym. Obawa, przed odrzuceniem. Samotność. Samo wraca, okruchami drapiąc i nie pozwalając utkwić w złudzeniu, że życie może się składać wyłącznie z triumfów. Stoję na przykład przed szarym blokiem, wokół mnie inne masywne wielkopłytowe potwory, wokół mnie zima, a we mnie coś na kształt beznadziei. Mam dziewiętnaście lat. Mój chłopak jest okrutny. Idę na setną imprezę i już się nawet nie spodziewam, ćma ciągnąca do światła, zziębnięty samotnik na oślep czołgający się do ludzi, nie spodziewam się ciepła.

      A potem znowu coś wraca inwazyjnie. Nad miską chilli con carne z dwiema niezwykle kulturalnymi koleżankami, w kantynie niedaleko uniwersytetu Humboldta.

      Spaceruję po ulicy w Brukseli, w Lansing, w Brighton, w Londynie, w Warszawie, w Nowym Targu, ktoś na mnie gwiżdże, ktoś coś woła (w Paryżu jeden człowiek szedł za mną po nocy, Paryż jest taki piękny o szóstej nad ranem, i mówił mi rzeczy, które chciałam usłyszeć, w Paryżu profesor psychologii specjalizujący się we wpływie kolejności urodzin na osobowość badał dlaczego stanowię wyjątkowy przypadek starszego rodzeństwa zbuntowanego bardziej  niż młodsze, w Paryżu mieszkałam z rodziną architektów, która się na mnie obraziła, że jestem z Polski, a nie wyznaję rzymskokatolickiej religii, przestali się do mnie odzywać na dwa z trzech tygodni mojego pobytu u nich, a jeszcze ktoś z nich wyjadł mi po kryjomu bagietkę i pasztet z lodówki), ktoś woła, ja się nie uśmiecham i czeka mnie tam w tej Brukseli, Londynie, Paryżu, Nowym Targu coś, ale nie wiem dokładnie co, czy przygoda, czy porażka, czy romans, czy odkrycie nowych sposobów na życie i rozwój gwałtowny, czy cud, czy nuda i zniechęcenie, czy ataki paniki kiedy wypalę za dużo świeżo zalegalizowanego w Belgii zioła, kace paraliżujące, dobry seks, zły seks, wiersze i rysunki miłosne wsunięte do mojego mieszkanka szparą pod drzwiami, rozczarowania, nowe potrawy, parki i trans o piątej nad ranem na techno party czy może rozmowy pod gwiazdami z kimś, kto mnie nauczy przyjaźni. Pijackie wyznania miłości. Stroboskopowe koncerty The Prodigy na wielkiej arenie. Festiwal muzyczny, po którym nie dałam rady sama trafić do domu. Moby jest genialny na żywo. Pikniki w jedyny słoneczny dzień w roku. Nocne włamanie na cmentarz i rozcięta dłoń, którą dezynfekowałam wódką (nigdy nie dezynfekujcie skaleczeń alkoholem, mówią lekarze z Belgii), Sikhijski dentysta pochylony złowrogo nad upiornie bolącym zębem. Zaprzyjaźniony marokański sklepikarz na rogu, który obieca mi zdobyć jakoś ukradzionego mi właśnie walkmana, bo zna kogoś kto zna kogoś kto z kimś się spotyka. Zjawiskowo piękny tatuażysta przekłuje mi nos. Pofarbuję włosy na czerwono, a w tym czasie koleżance nad piersią pojawi się niebieski atramentowy delfin. Dowiem się czegoś o tożsamości ekspatów - ludzi bez narodowości, bez domu, dzięki temu przemyślę własną tożsamość. Zacznę pisać do szkolnej gazety i będę tańczyć po fotelach na koncercie Bregovica. Zakocham się w gotyckich tryptykach i secesyjnych willach, we frytkach z mulami, w Brugii. W greckich knajpach, które serwują gołąbki z liści winogron w białym sosie, a potem już nigdzie takiego sosu nie znajdę. Berlin jest słoneczny. Ciepła jesień nareszcie, chociaż już w tym roku zwątpiłam w jej nadejście. Czy ja sama wymazałam to wszystko z pamięci? Tylko po to, żeby się chronić przed zwątpieniem, strachem i bezradnością? Jakim cudem istniałam wysterylizowana z tych wspomnień przez ostatnią dekadę? Komu dziękować za to, że na powrót wypełniam się pamięcią i wracam do siebie? Temu człowiekowi, który zanim zdążyłam zorientować się co mnie kopnęło w nery, pierwszy stwierdził, że czas być osobno, być może z wielkiej głupoty, być może z wielkiej mądrości, którą zawsze u niego podejrzewałam? Nigdy w życiu. A może kiedyś, zobaczę. Podobno kontakt z własnymi wspomnieniami to jedna z oznak zdrowej duszy. Może i tak byłam na te odpryski, odłamki, okruchy gotowa. Potrzebowałam tylko wstrząsu. Może już czas był. Idę ulicą Saskiej Kępy oddać film do istniejącej jeszcze wtedy wypożyczalni. Nagle nie mogę oddychać. Tamtą drogą chodziłam z chłopakiem, który mnie najpiękniej w świecie całował. Który poznał mnie blisko i zapomniał. Na list nie odpowiedział. Komu podarowywać siebie, żeby to miało sens? Tamtą drogą chodziłam do szkoły. Tamtą drogą szłam szukać suki ukochanej, która uciekła w cieczce ku miłości. Wiedziałam dokładnie gdzie ją znaleźć. Sama bym tam poszła kochać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Atak odprysków”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 13 października 2017 19:19
  • czwartek, 12 października 2017
    • Niewidzialne. Agata.

      To jest niewidzialne. Nie ma smaku, zapachu,  konsystencji. Czuć to tylko od środka, a od środka niby nic, ale coś spina gardło, coś trzyma w gorsecie kręgosłup, coś skręca w supeł żołądek, coś paraliżuje ruchy i watą owija jasność myśli. To jest niewidzialne. Nie potrafiłabym tego narysować. Dotknąć i opisać jego kształtu, wielkości, stwierdzić gdzie się kończy, a gdzie zaczyna, jakie jest, a jakie nie jest. Wiem tylko, że to coś powoduje zamęt i dezintegrację. Że wtedy śnią się sny o zagubieniu, obcości i o niemożności powrotu do domu.

      Tak naprawdę dopiero wtedy wiadomo, że było, kiedy znika. Tak jak dzisiaj. W przedziale drugiej klasy pociągu relacji Warszawa-Berlin. Siedzimy już razem piątą godzinę. W miejsce mrukliwego faceta w średnim wieku, który usilnie udając że nas nie widzi i nie słyszy, ale całym ciałem sygnalizując skrajną frustrację, kończył korektę prezentacji po angielsku na swoim małym laptopiku i tego drugiego faceta, gościa o pogodnej, przyjaznej, otwartej twarzy, o czystych chłopięcych oczach, gawędziarza zainteresowanego wyłącznie niezmordowaną męsplikacją - teraz opowiem wam o technikach jazdy na snowboardzie, teraz o najlepszych miejscach na wypady wakacyjne, teraz o serach owczych w Bułgarii, teraz o tym, że cząber śródziemnomorski ma niewyjaśnioną wyższość nad polskim, teraz o jeziorze w okolicy Kruszwicy, a teraz o wierzeniach starosłowiańskich i mitach na temat Słowian, tylko mi nie przerywajcie i nie miejcie nic równie ciekawego do powiedzenia, bądźcie pozbawionymi osobowości, pozbawionymi treści biernymi fankami - w miejsce tych dwóch facetów usiadły prawie identyczne, a jednak obce sobie nawzajem, szczupłe blondynki wyposażone w figury z siłowni, obcisłe spodnie i nieodłączne telefony komórkowe. Obok siebie miałam koleżankę z pracy. A naprzeciwko Agatę. Migotało mi w głowie jakieś przeczucie co do Agaty. Bo raz na jakiś czas przerywała bezpretensjonalnie męsplikatorowi, jakby to stanowiło najnaturalniejszą rzecz w świecie, a to już samo w sobie jest dużym wyzwaniem, i opowiadała wtedy to i owo, coś nieodmiennie prostego i własnego i ciekawego. O chlebie z czarnuszką. Albo o swoim ojcu, choleryku, budowniczym mieszkalnych barek i o tym jak razem pływali barką po Sprewie zamiast zwiedzać Berlin jak para turystów.

      A teraz, kiedy panowie - ten z wyczuwalnym, namacalnym prawie wkurwem i ten z całkowitym brakiem zaciekawienia wiedzą innych ludzi, sypiący szczodrze własnymi encyklopedycznymi ciekawostkami - kiedy panowie wysiedli w Poznaniu, atmosfera w ułamek sekundy oczyściła się, w przedziale zwolniła się przestrzeń dla naszych własnych pokorniejszych, skromniejszych ego. A my potrafiłyśmy rozmawiać tak, żeby każda dostała czas i miejsce na wypowiedź. Agata była fajna. Fajna Agata zdawała się myśleć, że my z koleżanką również jesteśmy fajne. Ta nasza kolektywna fajność popchnęła nas w potoczystą, naturalną wymianę opowieści, z rzadka doprawionych wulgaryzmem, często ilustrowanych osobistym doświadczeniem, otwierających i zbliżających, przypominających mi za co lubię kobiety. Tego gościa głodnego podziwu, tego gościa z oczami nienasyconymi widokiem zachwyconych oczu widowni, tego gościa bardzo próbowałam polubić. Było w nim coś głęboko poczciwego, ta prostota jego intencji - zachwyć się mną. Zachwyć. Zachwyć, dlaczego się mną nie zachwycasz? Ta prostota jego nienasyconego głodu sprawiała, że budził rodzaj opiekuńczości. Zafrasowała mnie jednak moja równoczesna z poczuciem, że to w gruncie rzeczy miły człowiek głęboka, niepohamowana irytacja. Sympatio-niechęć. Zniecierpliwienie, bo monopolizował publiczną przecież przestrzeń bezwstydnie. Bo w swojej naturalnej wydawałoby się chęci spodobania się i zaimponowania - jak drapieżnik zagarnął za dużo. Jak drapieżnik, jak bachor, jak tyran, jak to odróżnić? Poczułam jakby mnie osobiście coś zabrał. Mój czas na mówienie. Na bycie słuchaną. Należący mi się sprawiedliwie segment konwersacji. Miałam wrażenie, że zepsuł świetnie zapowiadającą się rozmowę czterech arcyciekawych osób, bo tylko on wśród nas mógł być interesujący. Bo jego głód bycia ciekawym zaślepiał.

      Przecież kiedy Agata demonstracyjnie wpatrzyła się w okno, moja koleżanka ziewnęła niedyskretnie, a ja zaczęłam udawać, że śpię, on nadal mówił ze swadą.

      A teraz byłyśmy same i jakieś niewidoczne, pozbawione smaku, zapachu, faktury napięcie zeszło z nas nagle, dostałyśmy wreszcie szansę rozmawiać. O szefach, szefowych, lekarzach, pacjentach, diagnozach, bezradności, empatii, wypaleniu i odpoczynku, przyjaźniach i zdradach, rozczarowaniach i wysiłkach, o rezygnacjach, o wolności i przemocy, o życiu. Siedziałam naprzeciwko Agaty i nagle wróciłam do siebie. Po latach. Do domu. Nagle przestałam być nie-sobą. Nagle się okazało, że problem nigdy. Nigdy nie leżał we mnie tak bardzo, jak bardzo go w sobie umiejscawiałam. Dziękuję Agacie i życzę jej żeby w Berlinie znalazła odpoczynek. I żeby w następnej pracy szef dał żyć, a ludzie pokazali, że ją cenią i że widzą jak ciężko, jak dobrze pracuje. Żeby sercem odpowiedzieli na serce. Dużo dobrych rzeczy życzę Agacie, bo była autentyczna i mnie dzięki temu przypomniała gdzie jestem w domu. Wszędzie. Byle bym tylko już nigdy nie starała się tak mocno być kimś, kim nie jestem.

      To jest niewidzialne. Nie ma smaku, zapachu,  konsystencji. Czuć to tylko od środka, a od środka niby nic, ale coś spina gardło, coś trzyma w gorsecie kręgosłup, coś skręca w supeł żołądek, coś paraliżuje ruchy. To jest niewidzialne. Nie potrafiłabym tego narysować. Dotknąć i opisać jego kształtu, wielkości, stwierdzić gdzie się kończy, a gdzie zaczyna, jakie jest, a jakie nie jest. Wiem tylko, że to coś powoduje zamęt i dezintegrację. Że wtedy śnią się sny o zagubieniu, obcości i o niemożności powrotu do domu. Że się wtedy wątpi w to, co jest mną, a co mną nie jest, że się siebie od siebie oddziela, ucieka się od siebie, zdusza, zaniedbuje się wielkie połaci najbliższej sobie, najważniejszej osoby. Porzuca się siebie, jak sierotę. To coś jest nienamacalne i trudno o tym mówić, a jednak dzisiaj, w cenie biletu była kawa, herbata i woda mineralna, a także rozmowa, która dotknęła właśnie tego. Że się oddało nad częścią siebie władzę komuś innemu. Poświęciło wolność i miłość własną, które się z urzędu człowiekowi należą, dla iluzji bliskości. Iluzji misji. Iluzji przynależności. Iluzji spełnienia. Tak się chciało, tak się bardzo chciało osiągnąć coś, co nie poddaje się chceniu, woli, przymusowi, tak się chciało, że się odpłynęło w złudzenia. Symulowało się euforię. Naginało rzeczywistość żeby urzeczywistnić coś, co występuje wyłącznie samo z siebie, niespodzianie i spontanicznie. Zakrzywiało w wewnętrznym gabinecie luster wszystkie zwierciadła aż przestało się rozpoznawać prawdę. Siebie. Agata przeszmuglowała pakunek prawdy o mnie do mnie do środka. Nie próbowała pewnie, po prostu była szczera. Przyznała się do swoich rozmaitych wkurwów, rozterek, goryczy, zmęczeń, starań i strachów. Jak znachor naprostowała mój pokrzywiony kościec. A ja byłam gotowa na to spotkanie. Nareszcie. I nagle siedząc naprzeciwko Agaty przestałam się dręczyć pytaniem, co ze mną nie tak, bo wszystko tak. Tak jak z Agatą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Niewidzialne. Agata.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 października 2017 22:08
  • niedziela, 08 października 2017
    • Gdzie czuć rozpacz

      No bo niby gdzie w naszej kulturze robimy miejsce na rozpacz? Dokąd pójść żeby razem z kimś lamentować, zawodzić, łkać i wyć?  Z kim rwać włosy z głowy, z kim kiwać się miarowo, kojąco, sieroco, rozdzierająco? Żal się przeżywa późnym wieczorem, samemu, w czterech ścianach. Żal się przerabia raz w tygodniu przez pięćdziesiąt minut z psychoterapeutą.

      Chłopak, którego wczoraj poznałam, mieszkał w Australii, Holandii i Niemczech, kiedy wraca do Warszawy mówi, że zalewa go zewsząd - w autobusach, sklepach i na ulicach - zalewa go ludzka rozpacz i nie wie jak się przed nią obronić. Miasto nieutulonych w rozpaczy. A ja? Czy mnie ktoś z tych nieutulonych utuli? Żyjemy na skrwawionych ziemiach, mamy w DNA traumę i tragedię, jak tabu obecną wszędzie, a równocześnie nigdzie nie obecną, bo zbyt jesteśmy zajęci biesiadowaniem imieninowym, tort, wódeczka, rosołek, bigosik, nawet na stypie mówi się przecież o wszystkim tylko nie o tym, że komuś żałoba orze od środka bebechy.

      Taksówki, tramwaje, metro, metro, taksówki. Tylko w tranzycie jest miejsce na nadprogramowe uczucia. W tramwaju trzy młodziutkie Ukrainki rozmawiały szybko tuż nade mną. Centrum Warszawy należy do młodości. Młodość nie rozpacza? Zapomniałam już. Naprzeciwko mnie w okolicach stacji Stare Bielany siadło w metrze dwóch pięknych panów z Mongolii. Mieli magnetycznie symetryczne twarze. Stoickie. Może więc lepiej potrafią znosić straty. Wczoraj pewna dziewczyna z Kijowa opowiedziała mi jak w romantycznym porywie przeprowadziła się z mężem do Gdyni. Bo marzyło jej się mieszkanie nad morzem. Dopiero na miejscu odkryła, że to konkretne morze jest zimne. A mieszkanie daleko od zimnego morza. I pracy nie ma. No rozpacz. Do metra wsypał się tłum w biało-czerwonych szalikach. Spać mi się chce, a w środku coś mi w męczarniach umiera. No przecież nie będę wyć po szczęściu, co to po czasie odkryłam, jak bardzo je czułam, dla widowni złożonej z tabuna kibiców. Wysiadam. Znów tramwaj.

      Wcześniej jechałam taksówką. "Obrońca łapie się za głowę. Musi przebić się przez te wszystkie maziaje, które sobie nałożył na włosy." W radiu leci mecz, ale kierowca, zwalisty, dumny właściciel lombardu w nieskazitelnie białej koszuli, przycisza kiedy go proszę. A komentator opowiada akcję z taką emocją, takim życiem, że po kwadransie podkręcamy gałkę głośności. To lepsze niż rozgrywka w telewizji, stwierdzamy, tak jak książki są lepsze od filmów, bo uruchamiają wyobraźnię. Na głośnomówiącym nagle włącza się władczo mama taksówkarza i pyta czy syn słucha meczu. On na to, że słucha z jedną panią. Czuję się mniej sama. Raźniej się czuję.

      "Kontuzja, była kontuzja! Lewandowski sprawdza, czy ma krew na włosach, łapie się za tył głowy i potrząsa nią jak bocian. Jak bocian. Żebyście to państwo widzieli!" Taksówka dowiozła mnie do opery, a w operze Sebastian Karpiel-Bułecka łka na skrzypkach tkliwą kołysankę góralską. Górale chyba jeszcze potrafią rozpaczać. Rozbija mnie ta piosenka na małe kawałki. Tramwaj. Autobus. Rozpacz. Ale mecz był świetny. Jak bocian, proszę państwa, jak bocian.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Gdzie czuć rozpacz”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 października 2017 21:31
  • wtorek, 03 października 2017
    • O 6:30

      O 6:30 rano półmrok zamazuje kontury, zmiękcza pudełkowatą architekturę Ursynowa i może nawet da się tu mieszkać, ale na mnie już czas. O 6:30 rano bezsenność usztywnia kości, ale nie boli, to naturalne, bo przecież jestem w pełnej gotowości żeby działać, ze złości, że moje życie nie jest całkiem moje, ale kto by chciał mieć swoje skoro to oznacza rozstania i utraty. Deszcz nieśmiało się dobija przez kir parasolki, ale ja przez najbliższe pół godziny, godzinę będę wolna od żałoby. Spacer, gorący prysznic, metro, praca, to wszystko może nie koi, ale znieczula. O 6:30 jeszcze wierzę, że dostaję szansę zacząć ten dzień jak gdyby nic się nie skończyło, jakbym nie wypuszczała z rąk, nie przegrywała, jakbym nie była królową pogorzeliska pełnego szczątków z przeszłości. Jakby moim głównym zadaniem nie było nadpalone kości pieszczotliwie zebrać, przejrzeć, powyrzucać niepotrzebne, zostawić niezbędne, z tych niezbędnych, otrzepanych, obmytych, zbudować sobie nowy kręgosłup, nowy szkielet, zostać kimś nowym. Dzień zaczyna się tak, jak zaczynają się wszystkie dni, jakby leżał w nim nieskończony potencjał.

      O 6:30 rano pies szarpie ekstatycznie, nie może się doczekać biegu i powietrza, wąchania cudzych śladów i spotykania się z innymi żywymi istotami, nie przeszkadza mu przemoczone futro ani wilgotny ziąb. Na patio mojego budynku rosną egzotyczne trzciny, ciężkie teraz od wilgoci, zamyślone jakby, całkiem nie z tego świata dzisiaj o świcie jasnoszarym. Wkraczam na chodnik błyszczący deszczem i nagle coś uskakuje mi spod nóg, coś, czego nie widuje się u nas na osiedlu, co się nie zgadza z tym betonem dookoła, z ludźmi w garniturach jak maszyny wtłoczonymi w harmonogram regularny, z pędzącymi już w stronę centrum samochodami i ze znakami interpunkcyjnymi mojego ursynowskiego życia - samolotami rejsowymi, które wzbijają się, wzbijają pasażerów dokądś, kto wie dokąd. Czas i na mnie.

      Spod nóg coś wyskakuje, kica mikroskopijnymi zrywami w stronę donic z żywopłotem, zatrzymuje się na ścianie i zastyga. Nie mogę w to uwierzyć, schylam się, patrzę przez półmrok, zostawiłam w domu okulary. Czy to ta pora roku? Czy to możliwe, że pod blokiem zobaczyłam małą, młodą żabkę? Nie widziałam żaby w mieście od czterech dekad. Nigdy nie widziałam żaby w mieście. Stają mi nagle w eksplozji wspomnień, stają mi przed oczyma duszy migracje małych żabek pod koniec każdego lata mojej wczesnej młodości, na wsi. Trawy i krzewy były ich pełne, roiło się od nich w wilgotnych zakamarkach tamtego kameralnego, do zniesienia świata. Sygnalizowały koniec lata i konieczność powrotu do Warszawy. Moje ciało sobie przypomina wszędobylskie, odskakujące, wskakujące, przeskakujące małe brązowe stworki, slalom między falą za falą małych stworzeń, co usiłowały przedostać się przez ścieżki, drogi polne, bite piaszczyste trakty i, niestety, próbowały też przekroczyć jezdnie międzymiastowe. Omijanie żabich trupków na poboczu i obserwowanie szczęściar, którym udawało się przejść ten karkołomny rytuał dojrzałości. Sekundowałyśmy im z siostrą. Darwinowskim zwycięzcom.

      O 6:30 rano Warszawa jest jeszcze trochę moja. Jeszcze trochę niczyja inna. Jeszcze trochę czysta, niezanieczyszczona znaczeniami bez znaczenia. O 6:30 rano jeszcze nie myślę moim napiętym harmonogramem, skonsultować umowę szkoleniową, wprowadzić oświadczenie o danych osobowych na stronę internetową, wysłać maila do jednego człowieka z Kopenhagi, obejrzeć mieszkanie, pójść do lekarza dusz, może mi moją trochę ustabilizuje, wyjść z psem, zjeść coś, nauczyć się odrobinę samoobrony. A jutro będzie inny dzień. I inna 6:30 rano.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „O 6:30”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 października 2017 11:20

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl