Kucharka Zen

Wpisy

  • piątek, 29 września 2017
    • Czy możesz mi pokazać jak ją udusić?

      Patrzymy sobie w oczy. Nie spuszczam wzroku, całe moje ciało jest napięte, gotowe. Znam ją od jakichś czterdziestu minut, ale to stanie naprzeciwko jest naładowane groźbą i obietnicą, intymne i intensywne. Dużo mówi, chociaż teraz zamilkła. Dużo mówi o seksie i o szukaniu miłości. Ma koleżanki, które lubią przemoc. I dziecko. W szatni poleci mi czystą, niezatłoczoną, przyjazną siłownię. Ładna jest. Trzyma głowę wysoko. Ma w sobie godność, którą skądś znam. Patrzymy sobie w oczy, synchronizuję się z nią, próbuję przewidzieć jej następny ruch. Kiedy zaczyna zginać biodro i kalibrować ramię do ciosu, odskakuję. I znowu i znowu, dawno nie czułam się tak kompetentna.

      - Dobra jest. - mówi instruktor. Rozglądam się zdezorientowana, a potem nagle rozumiem, że to o mnie. Nikogo oprócz naszej trójki nie ma na zajęciach.

      - Ale dlaczego? - pyta dziewczyna. - Nie mogę jej w ogóle dotknąć. 

      - Ty coś ćwiczysz? - zwracają się do mnie. 

      - Kiedyś. Aikido. Chodzę dwa razy w tygodniu na siłownię. Jeżdżę na rowerze. Trochę pływam. Czasem joga.

      - Jogę widać, jak się rozciągaliśmy to widziałem. Ale czujna jesteś oprócz tego, umiesz się ruszać, nie jak te niemrawe wieszaki, które tu czasem przychodzą, sztywne mięśniaki. I uczysz się szybko. Słuchasz, co się do ciebie mówi.

      Robię coś pomiędzy dygnięciem a barokowym ukłonem. Instruktor każe mojej przeciwniczce skoncentrować się na nogach. Pokazuje, że nigdy mnie nie dosięgnie, jeśli kiedy odskoczę będzie się wychylać z bioder, zostając nogami w tym samym miejscu. Dziewczyna natychmiast zmienia taktykę i nagle nie mam już z nią szans. Jest wyższa, ma dłuższe nogi i dłuższe ramiona. Podoba mi się to. To wpatrzenie w siebie nawzajem, to wczucie się w mikroruchy drugiej osoby. Rodzaj porozumienia. Myślę, że coś straciłam w dzieciństwie. Albo zapomniałam z dzieciństwa. Podoba mi się konieczność czujności i satysfakcja z precyzyjnego ruchu. Podoba mi się, podoba mi się, a jej się nudzi.

      - Obiecałeś, że mi pokażesz jak ją dusić.

      I nagle wokół szyi mam ściśle owinięte ramię tej dziewczyny, zdeterminowanej żeby mi fachowo zablokować tchawicę. Mogę oddychać, ale ledwo. Odkrywam, że drze się do mnie od wewnątrz niepohamowany naturalny instynkt. Mój niepohamowany naturalny instynkt każe wyrwać się, uciekać jak najdalej, zawłaszcza mózg i kieruje mi ruchami zanim się nawet zdążę połapać. Zginam się w pasie, nogi niosą mnie odruchowo w ruchu przeciwnym do przeciwniczki, głowa próbuje walczyć z zaciskającym się ramieniem. Ten łysy, wytatuowany facet z brodą instruuje żeby zrobić coś dokładnie odwrotnego, przytulić się jak najbliżej, wtopić się ciałem w ciało i dziewczynę trzy razy uderzyć wolną ręką w jaja. Z braku jaj, walę ją otwartą dłonią w udo, ale ta symulacja nie pomaga mi zrozumieć, co się dzieje. Gdyby to rzeczywiście był dusiciel, gdyby rzeczywiście miał mosznę, od razu poczułabym efekt. Być może zgiąłby się wpół, jak ja przed chwilą, być może odruchowo poluzowałby uścisk, pozwoliwszy mi tym samym na następny ruch. Dziewczyna nie reaguje, nie rusza się, bo robię tak, żeby jej nie bolało. Więc nie wiem, czego dokładnie się uczę, sekwencji ruchów nie połączonych głębszym zrozumieniem.

      - Tutaj na zajęciach uderzamy otwartą dłonią. W rzeczywistości, gdyby taki bankomatowy dusiciel się do was dobierał od tyłu, walicie pięścią, o tak. - pokazuje potężny twardziel o proszących oczach chłopca.

      - Ale wiesz, że ja się teraz nagle muszę nauczyć działać wbrew automatycznemu odruchowi? To, co pokazujesz jest dokładnie odwrotne od mojego instynktu - rzucam. Patrzy na mnie jakby nigdy wcześniej nikt mu nic takiego nie powiedział. - Chłopaki się tłuką w dzieciństwie. Więc mają całe lata na to, żeby intuicyjnie wyłapać, co robi ciało przeciwnika kiedy się wykona rozmaite ruchy czy ciosy. Dziewczyny nie mają takiego treningu. Więc ja polegam na instynkcie. I na nawykach całego życia. Ani jedno ani drugie nie zgadza się z tym, co właśnie do mnie mówisz.

      - Dziewczyny się ciągną za włosy. - dorzuca moja przeciwniczka.

      - No i bez sensu. - kwituje instruktor i pokazuje nam po kolei wszystkie wady szarpania się za włosy. Rzeczywiście. Całkiem bez sensu.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Czy możesz mi pokazać jak ją udusić?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 29 września 2017 15:41
  • czwartek, 28 września 2017
    • Creepy

      Hipsterska knajpeczka "na wizawi" głównej komendy policji. Sto dwadzieścia kilo żywej wagi, czarne mokasyny, biała koszula i złoty łańcuszek, wąsik sypie się niezdecydowanie, szpakowata fryzura na Dona Johnsona z Miami Vice dopełnia obrazu. Człowiek mówi, Panie Patryku ja do pana będę dzwonił, tak szybko, że nie wyławiam poszczególnych słów, niech pan posłucha, panie Patryku, prokurator już się za to zabrał, człowiek mówi tak szybko, że przez moment jestem pewna, że to obcy język. Słucham, staram się zidentyfikować czy to Rumunia, czy Mołdawia, czy Ukraina może, albo Gruzja. Przez kawiarnię przetaczają się młode matki i właściciele lokalnych biznesów, wytatuowani sąsiedzi i przechodzący tędy w drodze do biur pracownicy pozarządówek. Ta dziewczyna, łysa, z koczkiem ciemnych dredów związanych na czubku głowy, jest zjawiskowa. Nieustająca kolejka generuje coraz to nowe espresso i latte. Młynek mieli, dysza do podgrzewania mleka szumi. Panie Patryku, dobra, no dobra, skoro pan tak twierdzi, to może tak lepiej. Towarzysz pana w białej koszuli, o wyglądzie starego wyjadacza korporacji taksówkowej, a może wieloletniego właściciela kantoru, rzęzi przepalonym gardłem, papierosy nie zostawiły mu dużo strun głosowych. W tle blues, ktoś z uczuciem szarpie struny stalowej gitary.

      Kiedy dwaj panowie wytaczają się na dwór planować strategię na przesłuchanie, pytam zaprzyjaźnionego baristę czy często mu się zdarzają klienci z komendy, a on mówi, że nie za często. A kiedy przychodzą, najczęściej odbywają przyciszone konsultacje z adwokatem. Creepy, mówi. Najbardziej creepy była sytuacja kiedy usłyszałem jak prawnik radzi młodemu dresiarzowi żeby zeznał, że dziewczyna była pijana i sama go podrywała. Nogi się pode mną uginają. Chcę się rzucać na pomoc, ale to nie ja jestem świadkiem, to już się stało. Zło, mówię, czyste zło. Barista uśmiecha się smutno i mówi, że tak, usłyszał zło, ale to był urywek rozmowy, ale wyrwany z kontekstu, ale tajemnica rozmów między klientem a adwokatem. Nogi się pode mną uginają. Jakiś dreszcz mną wstrząsa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 września 2017 15:33
  • wtorek, 26 września 2017
    • Metro

      Końcówka września, rok szkolny się rozhulał, w metrze nagle jakby dwa razy więcej osób, więc nie usiadłam. Trzymam książkę niezręcznie, palcem próbuję ją otworzyć, łokciem ustabilizować torbę spadającą z ramienia, całym ciałem przywieram do drążka, udaję, to niepisana etykieta transportu publicznego, że nie patrzę na współpasażerów. Pan w drzwiach czyta Nabokowa. Gorąco jest i wilgoć paruje niewidzialnie z naszych przemoczonych płaszczy. Widzę plecy, puchowe, pikowane, ciemnoszare. I inne plecy. Lniane, białe, solidne, nie bojące się ciężkiej fizycznej pracy. Wydaje mi się, że należą do kogoś, kto nie znosi abstrakcji, pragmatycznego, konkretnego, nie babrającego się w uczuciach ani poezjach. Torby widzę. Płócienną z obrazkiem jelenia i napisem "mam dzikość w sercu". Też miewam. Metro Wilanowska. Pół wagonu wytacza się żeby złapać przesiadkę. Na miejsce nieobecnych wchodzi drugie tyle pasażerów. Pod moją prawą pachą rząd młodych ludzi ogląda coś na ekranach telefonów. Fejsbuk. Ten gość tuż przy mnie studiuje mangę. Przy zejściu do metra, na dole schodów, różowiutka dziewczynka w różowej kurtce i różowych rajstopach tańczy bezgłośną choreografię. Zgaduję, że jej jednoosobowa widownia, mama, ogląda coś, czego córka nauczyła się na pierwszych przedszkolnych zajęciach po rozpoczęciu roku. Jest taki rodzaj stuporu, w który się wpada w metrze. Brunetka naprzeciwko trzyma na kolanach dwie torby i wpatruje się w okno, za którym mijamy nieodmiennie ciemność w podziemnych tunelach. Nagle widzę więcej takich osób. Przysadzista blondynka ma twarz bez wyrazu. Potężny mężczyzna w okularach, a obok niego chudy okularnik ze strzępiastą, niezdyscyplinowaną brodą, wszyscy utkwili wzrok w niczym konkretnym. Zawiesili się, a jednak nie śpią. Jak telewizory w stanie czuwania, oszczędzają energię, ale w razie potrzeby gotowi są poderwać się do akcji. Stacja Służew. Drzwi otwierają się z lewej strony.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 września 2017 20:59
  • niedziela, 24 września 2017
    • Minibus

      Siedzę w dusznym, przepełnionym po brzegi busie międzymiastowym. Bilet mam w smsie, kierowca podejrzliwie pyta, czy zapłaciłam za niego złotówkę, ja się dziwię, bo przecież 29 złotych. Pokazuje mi jakieś skróty i znaki na ekranie telefonu, współczesna technologiczna mistyka myślę, mówię, że to może jakiś podatek albo zniżka. Wpuszcza mnie wreszcie. Są dwa wolne miejsca, siadam obok mężczyzny, który zajął półtora fotela. Dopiero po chwili wiercenia się przesuwa biodra i zwalnia mi trochę przestrzeni. Dziękuję mu. Wydaje się zaskoczony.

      Teraz jedziemy przez mżawkę, mijamy wiadukty, szyby stopniowo zachodzą mgłą od naszych oddechów. Kierowca zapełnił autobus do granic wydolności, grupa młodych kobiet stoi od ponad godziny w korytarzyku między nami, szczęściarzami z rezerwacją, nie ma się czego trzymać, więc moje ramię i czyjaś pupa spotykają się niezręcznie. Nad przednią szybą przyświeca tej półlegalnej podróży na wschód obrazek melancholijnej Matki Boskiej. Nauczono mnie, że być kobietą to zawsze i dla wszystkich nieodmiennie los, który się dzielnie przetrzymuje. Nauczono mnie więc, jak Matka Boska cierpliwa, jak Madonna niezłomna, wytrzymywać. Być ponad to. Aż żyłka pierdząca pójdzie. Tak jak te dzielne dziewczyny na korytarzyku. Bez słowa. Rozumiem teraz z trzema dekadami opóźnienia fenomen włoskiej gwiazdy pop o maryjnym pseudonimie. Postaci, która odmówiła zaciskania zębów i uskuteczniła całkowicie odwrotny życiorys. Mój były mąż miał w zwyczaju mówić, że jeśli jest ktokolwiek, z kim by mnie zdradził, to tylko Madonna.

      Nad nami wylatują na południe dwa niesymetryczne klucze czarnych ptaków. Nagle przypomina mi się. Przypomina mi się coś, co kiedyś wiedziałam doskonale, ale postanowiłam zapomnieć, cholera wie dlaczego, może wygodniej tak. Może bezpieczniej. Że życie nie toczy się w telewizji ani nie kryje w korporacyjnej prezentacji, próżno go szukać w radiu i w instytucjach publicznych, nie płynie naprawdę w poradnikach psychologicznych ani na fejsbuku ani też na kongresach, gdzie grupy prawie identycznych mężczyzn w średnim wieku coś recytują, a potem inne grupy recytują coś bardzo podobnego, wariację na temat. Widziałam parę dni temu swojego prezesa po dwóch dniach podobnej konferencji, słuchania, debatowania, bratania się. Wyglądał jakby mu wydłubano ze środka duszę. Szarpnął za drzwi naszej taksówki, bo próbowałyśmy łapać ten sam pociąg. Otworzył, spanikował, że to nie pusta taksówka, spróbował zamknąć, a my zawołałyśmy żeby jechał z nami. Kierowca opowiadał o kultowych krakowskich kiełbaskach sprzedawanych nocą z Nyski zaparkowanej pod halą targową. I o architekturze. Prezes na krótki moment wrócił do życia i nawet - zanim znów zapadł w stupor - ochoczo podzielił sie refleksją na temat życia we Wrocławiu, wśród mostów, w latach siedemdziesiątych. Kierowca uwielbiał Wrocław. Więc życie nie toczy się na wykładach ani w gazetach, tylko w takich busach jak ten, w którym właśnie siedzę. Poupychane między siedzenia. Dwie panie za mną obiecują sobie poczęstunek serem z czarnuszką, przekomarzają się kto kiedy ile zje. Facet obok mnie, w czarnej skórze i czapce z napisem Harley Davidson, studiuje prawo na swoim wielkim telefonie, a potem dzwoni do kolegi i bulwersuje się, że kolega nie oglądał w telewizji koncertu, który on widział wczoraj na żywo. Życie toczy się w zaułkach, pochowane po prywatnych mieszkaniach, powciskane w krótkie rozmowy na papierosku za winklem biurowca, budzi się w rozmowie z właścicielką małego lokalnego butiku z włoskimi ciuchami i z taksówkarzem. Oni są węzłami komunikacyjnymi współczesnego miasta, oni czują jego puls.

      Życie jest nieoficjalne. Wczoraj rano, kiedy jeszcze nie byłam pewna jak duży dywan wyszarpnie mi się nagle spod nóg i jak duże mi zostanie do sprzątania pobojowisko, wróciłam z bankomatu żeby zapłacić gotówką za długi, rozkosznie miękki beżowy sweter, który przetrwał dobę, dobę szoku i trudnych rozmów i chyba-rozstań i ulgi i wstydu i spokoju i smutku, a potem się kuźwa rozpruł. Gadatliwa dziewczyna, która mi go doradziła całą sobą zapraszała do rozmowy.

      - Do zobaczenia, mam nadzieję. Pani chyba u nas pierwszy raz?

      Kiwnęłam głową.

      - No to proszę wpadać. Jak mnie nie będzie, to będzie moja mama, bo razem prowadzimy ten sklep. Od niedawna, parę miesięcy temu otwierałyśmy.

      - No tak, przecież wcześniej tu był butik z bielizną.

      Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam wychodzić, ale coś mnie jeszcze intrygowało.

      - A da się z mamą prowadzić biznes? Bo ja się czasem zastanawiam - czy z moją mamą albo siostrą chciałabym założyć firmę.

      Rozpromieniła się.

      - Oj da! Moja mama jest świetna! Wie pani, że to ona sama wybierała większość tych ubrań?

      - No to ma niezły gust.

      - Oj ma. A wie pani, że ona przedtem była psychiatrą? I odeszła z zawodu, już nie mogła tego wszystkiego wytrzymać.

      - No tak, bo to przecież ciężki zawód, intensywny, z ludźmi trudno bywa. Może się po prostu nie da tak pracować całe życie?

      - Ja pani powiem, że ona już miała dosyć. Na sam koniec mówiła, że ludzie sami sobie tworzą problemy, sami sobie fundują dramaty, a potem się dziwią, że są nieszczęśliwi.

      - Coś w tym jest.

      - Te wszystkie dziewczyny: poznają faceta na dyskotece, nic o nim nie wiedzą oprócz tego, że ma ładne oczy... Ładne oczy!

      - Albo że dobrze tańczy?

      - Albo tak. A potem szybko ślub, szybko mieszkamy razem i nagle się dziwią, że on bije.

      - No tak.

      Ja się czasem boję, że jestem magnesem na rozpacz, że ją bezbłędnie rozpoznaję w ludziach, że mnie do niej ciągnie, że kusi, że coś w mojej twarzy zachęca żeby wyszła na zewnątrz, swoja i własna, żeby się wylała, cała rozpacz świata. Jak Madonna noszę ją na barkach.

      - A alkoholicy? Wie pani jak ich trzeba pilnować? Mama pracowała na Sobieskiego...

      - Ojej, no to hardkor...

      - No, i oni ciągle uciekali. Do monopolowego za rogiem. A jacy sprytni? Wie pani, że trzeba było rozkręcać nogi u stołów, bo oni tam sobie małpeczki wódki chowali?

      Zaczynam się śmiać, bo to przecież bardzo pomysłowe, ale mi trochę głupio, bo to przecież smutne.

      - Ale to dobrzy ludzie, wie pani? Pijacy to dobrzy ludzie.

      - Wiem, - mówię. - Miałam męża pijaka i on był najlepszym człowiekiem jakiego znałam, ciepłym, wrażliwym i tak mniej więcej do północy, do pierwszej nad ranem był świetny, a potem poziom alkoholu przekraczał pewien poziom i już nie był.

      - Mój ojciec był alkoholikiem, wie pani?

      Oczywiście. Coś we mnie wiedziało.

      - Kochany człowiek. Mama go któregoś dnia wyrzuciła z domu, rozwiodła się z nim. Trzeba odciąć wszystko. Wszystko. Zostawić samego żeby dotknął dna. On już dwadzieścia pięć lat jest czysty. Ułożył sobie życie, pracuje. I ze mną odbudował bardzo pięknie relację. Odzyskałam tatę.

      Zaczynam płakać tam w tym butiku, ale ona rozumie, ta dziewczyna rozumie, bo tam u niej jest prawdziwe życie. A teraz siedzę między cudzymi ramionami, nadgarstkami i pośladkami, busik trzęsie na podziurawionej jezdni, szyby zachodzą białą parą. Boli mnie podbrzusze. Tam jest wstyd i skrzętnie ukrywana seria wydarzeń, które nie są mną, są po prostu spotkaniami i nieporozumieniami i rozstaniami, są roziskrzonymi rozpoznaniem, wyślizgującą się z rąk chwilą bliskości, są dusznością, kiedy się kogoś próbuje za wszelką cenę trzymać niedaleko. Są ogłupiającą, paraliżującą nudą kiedy ktoś usiłuje udawać, że jestem czymś innym niż jestem, czymś bliższym jego półświadomym marzeniom. Nauczono mnie (kto? Babcia? Mama? Koleżanki z liceum? Kolorowe czasopisma? Madonna?), nauczono mnie skrzętnie ukrywać, tak jakby to stanowiło moją tożsamość, jakby o mnie świadczyło, nauczono mnie wstydzić się śmiertelnie odrzuceń i rozejść, zdrad, porzuceń i rozczarowań. Każdy gwałt na mojej duszy był jakoby moją winą. Jakoś o mnie świadczył. Każde oskarżenie miało moc sprawczą. Słowo stawało się ciałem, stawało się mną. Nauczono mnie patrzeć na bolesne wydarzenia jak na brudną, brzydką, śmierdzącą prawdę o mnie samej. Więc nie ujawniałam jeśli nie było koniecznie trzeba męża, który uciekał w alkohol. Czy ode mnie? Nie, pił i przedtem i potem. Nic nie zmieniłam. Odcięłam wszystko, a on nie dotknął dna i się od nie odbił. Ale to przecież ja, Matka Teresa, nic nie zmieniwszy zawiodłam w swojej uświęconej leczniczej roli, nie uratowałam kolejnego straumatyzowanego mężczyzny przed samym sobą, nie sprawiłam, że jego nieczułe miejsca poczują, że jego okrutnie zranione miejsca przestaną zadawać okrucieństwo.

      Lista osobistych porażek. Kogoś nie zatrzymałam. Kogoś nie uratowałam. Kogoś nie udało mi się pokochać. Ktoś nie chciał pójść na drugą randkę, ktoś inny przyznać, że mnie potrzebuje, ktoś inny jeszcze potrzebował, ale niezdrowo. Ktoś nie oddzwonił. Ktoś nie mógł przestać zostawiać wierszy pod moimi drzwiami. Ktoś nie powstrzymał się przed słowami, które bardzo ranią. Ktoś przerzucił na mnie winę. Ktoś inny odpowiedzialność. Ktoś inny znowu przestał się interesować, sprawił że się poczułam ćwiartką siebie. Więc nie jestem tym, co mi się zdarzyło, nie jestem kolekcją fiask upchniętych tak ciasno we wstydliwej duchowej ciemności, że już wrzeszczą, że nie dają o sobie zapomnieć. To jest prawda. Prawda o mnie, ale i o drugim człowieku i o świecie. Życie jest gdzieś pomiędzy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Minibus”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 września 2017 09:57
  • wtorek, 19 września 2017
    • Biegnąca z wilkami

      Kraków zapamiętam na długo. Najpierw byłyśmy na Kazimierzu rozbłyśniętym niezobowiązująco nocną mżawką i lampionami nadknajpianymi. Pustawym. Wybrałyśmy lokal zadymiony atmosferycznie, gin z tonikiem i bloody mary z dużą ilością tabasco. Wzięłyśmy miskę orzeszków ziemnych. Przez drzwi raz po raz wsypywała się i wysypywała zwarta grupa katatonicznych prawie z ubzdryngolenia Szkotów bełkoczących chwiejnie, chwiejących się bełkotliwie. Dzikusy. Było w nich coś znajomego, zrozumiałego, budzącego czułość. Moja terapeutka sugeruje żebym przeczytała znowu Biegnącą z Wilkami. Jeszcze doba i znów deszczowy Kazimierz przyniesie przebłysk zrozumienia, ale o tym za chwilę. Z niewyspania, nienajedzenia, z przepracowania i podróży pociągiem drugi słodko-gorzki Gordon's z Kinleyem sprawia, że sama się gubię w swoich dygresjach. Wpływam i wypływam z własnego toku myślowego, nagle się z niego wynurzając, zdziwiona dokąd mnie zawiódł, a koleżanka trochę się podśmiewa, że przecież nie całkiem o to pytała.


      Myślałam, że może w knajpie ktoś nas spróbuje poderwać, ale nie. Ludzie zanurzeni są w swoich światach hermetycznych i nie wyściubiają z nich nawet nosa. Dopiero dzisiaj jakiś zamiejscowy profesor filozofii podchodzi do naszego stoiska w wielkiej hali wystawienniczej, zadaje parę pytań, wysłuchuje odpowiedzi, bierze broszury, ulotki i wreszcie prosi o moją wizytówkę.


      - Ja wiem, że każdy z tych projektów ma osobę kontaktową, - mówi - ale kiedy patrzę na pani buzię, to sobie myślę, że to z panią chcę jeszcze rozmawiać.


      Myślę, że mu się moja buzia zlała z rozmaitymi innymi rzeczami, a z życzliwości poprzestanę na wersji, że zlała mu się z moim ostrym jak żyleta intelektem i z pomocną, empatyczną osobowością. Koleżanka twierdzi, że profesor był przystojny. Ja nagle odkrywam, że dla mnie nie, że w tym ludzkim gąszczu nikt mi się przesadnie nie podoba, że jednak lubię młodych, ciepłych, głuptakowatych, czarujących dzikusów myślących na oślep i czarno-biało całym swoim słowiańskim sercem. Przynajmniej sprawiają, że coś czuję. Godzinę wcześniej obezwładniająco beznamiętny głos z megafonu oznajmił alarm pożarowy i kazał nam spokojnie opuścić budynek. Spacerem przeszłyśmy przez obrotowe drzwi (fatalne żeby opróżnić duży budynek z trzech tysięcy delegatów na raz), skręciłyśmy za róg i wpadłyśmy na boczne wyjście, przez które akurat ewakuowano ministra szkolnictwa i jego świtę złożoną głównie z wysokich młodych kobiet na chwiejnych obcasach. Minister-wicepremier zachował w tym całym procesie godność i nieskazitelną fryzurę.


      Dzisiaj nagle się nie wstydzę, że jestem dziewczyną, że kocham, że pożądam, że świat mnie rusza, a koleżanka budzi niecierpliwą czułość starszej wilczycy. Nagle widzę, jakie pokłady wstydu musiałam w sobie nosić dotąd. Staje mi przed oczami babcia, która na widok mężczyzny gwałtownie wracała do życia, wypinała pierś do przodu, włączała promienny uśmiech i błysk w oku i nagle degradowała nas, mnie i siostrę, do funkcji posługaczek. No co się tak gapisz, zrób panu herbatę! Zapytaj czy zje ciasto! Fizycznie zrzucam z siebie tkany wstydem głębokim, poniżeniem i odrzuceniem szkielet sztuczny z cudzych wstydliwych, brudnawych, niewypowiadalnych fantazji na mój temat, którymi jakże karnie próbowałam żyć. To już nie jest opowieść podręcznej. Nie obowiązuje mnie już ten gorset.


      Ach, Kraków. Na dziedzińcu japońskiego muzeum prawie wybiłam sobie zęby ślizgając się w kałuży. Wewnątrz wystawa zdjęć wrażliwego fotografa-dokumentalisty przeniosła mnie w czarno-biały bezczas lat pięćdziesiątych. Zaciekawiło mnie dlaczego przeplata bezlitosne sceny ubóstwa ze zrujnowanej powojennej Nysy kolażem bezimiennych, pozbawionych twarzy damskich pup. Zaczynam się domyślać, że młoda pupa musi być rodzajem domyślnej nagrody za znój i nieprzerwaną brutalność męskiego życia. A na półce sklepu muzealnego znalazłam książkę mojej terapeutki na temat rzadki i niszowy. Znak? Ach i zgubiłam się rozkosznie wśród starych wąskich nisko zabudowanych uliczek nad Wisłą. Ach i wieczorem nagle zdałam sobie sprawę, że z okna hotelu patrzę na wiadukt i cmentarz i znam je, wiadukt kolejowy pokryty graffiti, a za nim wtulony we wzgórze i w wierzby park pełen strzelistych grobów, bo piętnaście lat temu z amerykańskim przyjacielem próbowaliśmy tam wejść. Cmentarz żydowski był wtedy zamknięty, kręciliśmy się tam i z powrotem, szukaliśmy choćby furtki, ale nie szło się nawet włamać przez wysokie mury (a już raz z innym przyjacielem wspinaliśmy się w nocy na cmentarz, więc byłabym recydywistką, kusiła mnie recydywa). Więc nagle rozumiem, że to tamten, ten sam, i wreszcie go widzę, nie wtedy, nie tak jak sobie wymarzyłam, ale jednak. Japońskie muzeum to też niegdysiejsze nieudane marzenie, które nagle, inaczej, kiedy indziej się wypełnia. Moja ukochana, czczona i psio naśladowana wychowawczyni z liceum chciała nas tam zaprowadzić, ale czasu starczyło tylko na Wawel. Ponad dwadzieścia lat temu, aż trudno uwierzyć, to wszystko utonęło przysypane pokładami nieistotnych głupot. Spełniam stare, archaiczne jakby, dawno zapomniane fantazje do ostatniej chwili nie wiedząc, że to robię. Jak na rauszu po ginie z tonikiem nagle wynurzam się z amnezji i nagle rozumiem. Idę w mżawce bulwarem nadwiślańskim, po rzece płynie ponton motorowy, a w nim wrzeszczy do siebie dwóch mężczyzn. Nagle orientują się obaj, że na nich patrzę i patrzą na mnie, a ja wracam w tym absurdalnym, niepokojącym momencie porozumienia do siebie. Biegnącej z wilkami. Nigdy nie było się czego wstydzić. Szczególnie nie tego, że jestem do cholery kobietą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 września 2017 23:14
  • piątek, 15 września 2017
    • Piszę piszę

      Czasami boję się pisać, tak bardzo bezpiecznie czuję się wśród liter, tak kołysze mnie w spokój stukanie delikatne w klawisze. Zdradliwie prawie, a co jeśli stracę czujność i zapamiętam się, co jeśli nagle od reszty życia zacznę wymagać tej samej błogości, która mnie otula pośród słów cudzych i własnych, w narracjach, w fantazjach, w wewnętrznych wszechświatach? Pamiętam, miałam kiedyś maszynę do pisania, pisało się wtedy gniewem, bo męska maszyna nieoliwiona wymagała siły, litery nie poddawały się bez walki, a ja miałam siłę tylko w gniewie, jak trzcina, miękka, poddańczo podatna na naciski, tnę kiedy się mnie próbuje wykorzenić. Pamiętam tamtą maszynę niechętną, tamto mozolne wymuszanie na niej wyrazów i zdań. Teraz klawiatury się głaszcze, teraz można pisać w niemocy porannej i zwiotczeniu wieczornym. Teraz można galopować wyćwiczonymi palcami po QWERTY, z radością wirtuoza, kiedyś kiedyś nie. Pamiętam. Kiedyś wszystko było trudniejsze.

      Piszę piszę, nie nadążam, tak piszę, piszę kiedy mogę i nie mogę, kiedy wiem i nie wiem. Pisałam zanim moi rówieśnicy dowiedzieli się, że istnieje abecadło. Czytałam zanim moi rówieśnicy zainteresowali się nawet istnieniem książek. Moim pierwszym przyjacielem był D'Artagnan. Piszę piszę. Piszę z respektem, z poczuciem, że porywam się na coś półboskiego, na moje dziewczęce dzieciństwo z zatęchłych pożółkłych kartek patrzyli krytycznie dziewiętnastowieczni brodacze. Jak starotestamentowy Ojciec, wydawali się niedostępni. Więcej. Nigdy nieosiągalni. Więc piszę piszę, jakbym wkraczała na terytorium należące do siwowłosych patriarchów, piszę piszę, w poczuciu transgresji, nieodpowiednie to dla mnie zajęcie, a moje wstydliwe tekstowe produkcje odczuwam jak wtargnięcie do gmachu którego niegodnam. Tam Platon i Dostojewski, tam Hemingway, tam Dickens i Zola. Żaden z nich nie aprobowałby. Żaden nie kiwnąłby zachęcająco głową, żaden nie klepnąłby po ramionku. Piszę piszę, o dziewczyńskim życiu, wypełnionym strzępami cudzych emocji i skrzepami cudzych nieszczęść, które współnoszę, wypełnionym supermarketowym siatkarstwem i chroniczną, dławiącą bezradnością, bo za zamkniętymi drzwiami ktoś inny coś umawia z kimś innym, a potem ja ponoszę konsekwencje. Więc ciężar pisania jak grzech starotestamentowy, bezwstydnie piszę swoje gorycze i swoje nudy, swoje rozczarowania i swoje nostalgie, a nie powinnam przecież, nie wolno mi, ot dziwactwo dziewczynki, która nie chciała się nigdy do końca pogodzić z ograniczeniami swojej płci. Nieszkodliwe szufladowe bzdurki. Boję się źle postawić wyraz, boję się wmusić moją ukochaną rzeczywistość w nieadekwatne zdania. Jakbym miała grafomanią zdradzić ludzi zobaczonych, zasłyszane dialogi, przetaczające się przeze mnie fale emocji. Życie samo w sobie. Tych braci na schodach do metra, jeden duży drugi mały, jeden niósł w futerale na plecach gitarę, drugi niósł na plecach gitarę. Duży dużą, mały małą. Dobrze? Prawdziwie? Właściwie? Czy razem ze mną odwracacie się aż boi szyja, czy patrzycie za nimi wyczuwając młodszego brata zagapienie się w starszego? Czy te zbitki liter cokolwiek w was kiedykolwiek poruszają, czy wzniecają rozpoznanie, czy zastanawiają, czy gniewają? Boję się, że jeśli tę jedną rzecz, której nie potrafię porzucić, której nigdy nikomu nie poświęciłam, zepsuję nieumiejętnością albo niedbałością, i ona, i ona, tak jak wszystko, jak wszyscy, przestanie odwzajemniać moje psie uwielbienie.

      Piszę, piszę, fizjologiczne, bezwarunkowo, a pisząc kocham, kochając piszę, jestem pisaniem, pisanie jest mną. Jedna krzywa kreska, jedna zapomniana kropka i świat być może się ode mnie odwróci. Bóg się odwróci. Myślałam, że piszę dla innych ludzi, dla nawiązania dialogu, ale i bez dialogu piszę, i w milczenie i w ciszę piszę. Piszę, bo żyję, żyję bo piszę.

      Widziałam tancerzy, którzy cali są tańcem i niczym innym już nie potrafią, tancerzy, którzy oddychają, jedzą, piją, mówią, śpią tańcem, rozpaczliwie prawie. Ale widziałam też tancerzy radosnych, czułych, rozwibrowanych ekstatycznie. Którzy być może mogliby nie tańczyć, ale dlaczegoż przestawać, skoro to takie dobre i piękne i proste i sensowne?

      Widziałam widziałam. 

      Oglądam czasem programy, w których iskra boża pięknym ludziom pozwala śpiewać. Ja wiem, że tam jest konkurencja, że sędziowie oceniają, że stawką jest wyniesienie ponad szarą masę nas, przeciętniaków, w coś innego, w jakieś podniecające niewiadome lepsze coś. Nie wiem, czy bardziej chcę po takich programach płakać czy biec do świata i go potrząsnąć, sama śpiewać czy zniszczyć coś, zniszczyć. Bóg iskry porozdawał nierówno, może mi się wydaje, że spłynie na mnie trochę tamtej telewizyjnej transcendencji, trochę euforii, która unosi, wynosi, amnezji poddaje. 

      Piszę piszę.

      Zawsze jest niebezpieczeństwo, że to tylko moje modły do wewnętrznego absolutu, do pamięci o czymś bardzo dawnym. Zawsze jest niebezpieczeństwo, że przeciętność to dożywotnia przypadłość, że się nie można rozwinąć ponad pewien poziom, że się utknie i zostanie. Ale pamiętam. Pamiętam. Kiedyś frunęłam. Kiedyś kochałam. Kiedyś byłam wielka, umiałam znieść samą siebie, swoje pożądania i rozpacze, zawiści destrukcyjne i chcenia niepohamowane. Kiedyś byłam odważna. Kiedyś kiedyś.

      Piszę piszę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Piszę piszę”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 15 września 2017 21:14
  • niedziela, 10 września 2017
    • Izba przyjęć. Druga rano.

      "Może pan się zaopatrzyć w wodę, kanapki, z sześć godzin się zejdzie". W niewielkim pomieszczeniu poczekalni stało około trzydziestu granatowych, niewygodnych krzeseł i nic więcej. Świetlówki przejaskrawiały nasze podkrążone oczy. Bebechy szpitala i wszyscy jego pracownicy chowali się skrzętnie za rzędem zatrzaśniętych drzwi, zza których odzywało się raz na jakiś czas upragnione "Ewa Kowalczyk" albo "Janusz Pietrzyński", zawsze omijając tych z nas, którzy czekali najdłużej. Trzy czterdziestokilkuletnie stewardessy strzeliste, smukłe, eleganckie w markowych czarnych ciuchach nawet w tym świetle prezentowały się doskonale. Przykładały sobie do nosów zamoczone wylanym drinkiem żurnale, sprawdzały czy nadal czuć na błyszczącym papierze alkohol i przyciszonymi głosami analizowały proces schodzenia z tego świata poprzez zatrucie czadem pod kątem jego relatywnych zalet. Poszkodowana powłóczyła nogami. Poszkodowana stewardessa kokieteryjnie wystawiała dyskretnie opalone ramię, z którego opadała bluzka i powłóczyła, szurała nogami. Próbowałam podsłuchać więcej, zgadnąć więcej, coś zdiagnozować. Najstarsza z nich ziewała szeroko i w sumie tyle. Poważna para inteligentów w stonowanych ubraniach czekała w wielogodzinnym milczeniu na informację o babci skierowanej na kardiologię. Siedzieli obok siebie wpatrując się w podłogę. Ich twarze nie zdradzały nic oprócz może wielkomiejskiej łagodności, dobrych manier mimo wszystko, wszędzie i zawsze. Wściekły człowiek z obciętym palcem wbiegał i wybiegał w przypadkowych momentach. Drugi, z obandażowanym i zakrwawionym kciukiem chodził nerwowo w tę i z powrotem. Przez kilka pierwszych godzin myślałam, że to jedna i ta sama osoba. Dwóch bardzo wesołych mężczyzn po alkoholu ("lepiej żartować niż chorować") zasiadło, rozgościło się, po czym zostało błyskawicznie wezwanych do środka, za tajemnicze lekarskie drzwi, za kulisy. A potem dwaj żatrownisie szybko, szybciej niż się pojawili, wyszli. Ratownik medyczny wwiózł kogoś, po czym wymaszerował z powrotem na zewnątrz i przysięgam, że kiedy przemierzał poczekalnię, miał zamknięte oczy, łapiąc cenne sekundy drzemki w ruchu, poruszając się być może dzięki echolokacji, bo przez ten krótki moment, zanim wrócił do ambulansu, jeszcze mógł. Odziana w pudrowy różowy sweterek nastolatka z opuchniętą kostką stukała dźwięcznymi tipsami w ekran telefonu ignorując również pudrowo różową, zafrasowaną matkę. Kiedy wreszcie ją zbadano, wyszła i od niechcenia opowiedziała, co lekarze stwierdzili, zapominając, myląc, mamrocząc i wzruszając ramionami. "Jakiś obrzęk, jakaś woda, coś tam z limfą," mówiła niechętnie. Matka łowiła łapczywie każde słowo tej diagnozy wyglądając jakby walczyła ze ścierającymi się instynktami zdzielenia i przytulenia tej swojej dziewuchy do piersi. W międzyczasie dwa razy wjechały puste nosze, raz pojawił się niczyj wózek inwalidzki, wtoczono też człowieka z obandażowaną głową, a później skuloną, delikatną, siwiutką starszą panią. Wrócił fotel inwalidzki, ale teraz siedziała w nim szara kobieta w szarym golfie z cienkim szarym końskim ogonem, zgarbiona żeby zmniejszyć ból gdzieś w brzuchu albo w klatce piersiowej. Toczyło ją trzech rozgadanych odblaskowych pomarańczowych mężczyzn ("jak tak dalej pójdzie sam tutaj wylądujesz"). Przed chwilą była awantura, ale nie wiem o co. "Może pan nas zaskarżyć jeśli pan chce," zawołał na cały głos pielęgniarz. Ułamek sekundy później nasz pacjent wyszedł ze zdiagnozowanym zapaleniem gardła, ale przedtem zdążył się zapodziać wśród krętych korytarzy i skomplikowanego labiryntu sal, schowków, wnęk i gabinetów. Pustych. Pogrążonych w półmroku. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 września 2017 10:37
  • środa, 06 września 2017
    • Na twardo

      No więc, po pierwsze, był ich cały koszyk. Prawdziwy, pleciony ręcznie, wiklinowy, wypełniony precyzyjnie ułożonym stosikiem nadal ciepłych jaj na twardo jeszcze w skorupkach. Niezależnie od tego, która z sióstr została tego dnia wyznaczona do jajecznego dyżuru, trzymała kosz mocno i delikatnie zarazem, jak kruche niemowlę w łamliwej kołysce. Podniecające było nagle dostać tak dużą odpowiedzialność. A z dużą odpowiedzialnością przychodzi ogromny niepokój. Moją głowę przepełniały wyraziste wizje tragicznych wypadków, jajka wysypujące się, spadające, odbijające się, rozbijające, roztańczone na ziemi, rozwirowane, zgniecione pod kopytami konia albo kołami wozu. Z trzaskiem, najpierw ostro i wyraźnie, potem miękko i rozplaskiem. To było najgorsze. Ten rozplask czegoś, co równie dobrze mogłoby być żywe.

      Jestem teraz dużo starsza. Pracuję jako ktoś na kształt urzędnika i kiedy zaczyna mnie roznosić, kiedy nie wytrzymuję już wypluwania z siebie PRowych tekstów zmielonych z wcześniej powstałych PRowych tekstów w moim szarym zimnym biurze, dysocjuję się, uciekam, moja głowa podróżuje wstecz w czasie, do tamtych wycieczek. I kiedy wspominam, kiedy smakuję te wspomnienia z całym tym rozbijaniem się, trzaskiem skorupek, piskiem nieoliwionych kół i rozplaskami białek na bitej drodze, tik-tak zawieszenia w czasie, obojętne tik-tak, nie tak jak dzisiaj kiedy pracuję i wszystko jest na jakąś godzinę, ciągle się z czymś ścigam, tik tak kopyt na jezdni, kiedy wspominam, nie potrafię rozkleić tych jajek na twardo od całej reszty wyprawy po jagody wozem drewnianym, który wiózł naszą piątkę do lasu i z powrotem. Jak wszystkie ukochane rytuały, tak i ten stapia się w gestalt, w zbitkę, w amalgamat, i nie ma sensu go rozbierać na części składowe. Dzieciństwo nie ma składowych części do analizowania. To czysta synestezja.

      No więc na ogół działało to tak, że nasza babcia zrobiła całą masę niewidzialnej kobiecej roboty bardzo wcześnie rano. I kiedy już zeszłyśmy z góry do kuchni, o nieludzkiej godzinie szóstej, całkiem ubrane i gotowe do drogi, kuchnia była wysprzątana, jedzenie ugotowane, przygotowane, spakowane, garnki umyte, gorące jajka ułożone w koszyku, szary pszenny chleb, który tak uwielbiałyśmy, chleb, który jadła cała Polska, pokrojony już w kromki, posmarowany masłem, złożony w eleganckie kanapki, owinięty białym woskowanym papierem śniadaniowym. Być może w środku krył się kawałek sera, kiełbasy albo boczku. Niedługo usłyszymy stukot wozu wuja na ulicy przed domem i będziemy się z siostrą ścigać do twardych drewnianych ławek niewygodnych, żałując, że jest już późny sierpień, żniwa skończone, a całe siano świata przewiezione do stodół, więc nie pojedziemy patrząc na świat z góry umoszczone w wygodnej, miękkiej, kłującej żółtej kopie.

      Jagodowy las leżał jakąś godzinę drogi, ale godziny mijały szybko w towarzystwie babci i wujenki, jej szwagierki, które kłóciły się zawzięcie, głośno, do pierwszej krwi, o wszystko. A jednak, jednak, jakimś cudem nie było w tych kłótniach agresji, nie było przemocy, tylko żywość emocji, od których wszystko wokół ożywało. Teatralność tych kłótni dostarczała nam rozrywki. Wujo, brat babci, który prowadził wóz, pozostawał milczący przez całą drogę. Stoicki, tak jak większość cichych, silnych mężczyzn jakich znałam. A raczej nie znałam, jeśli miałabym już być bezlitośnie uczciwa. Udało mi się przejść przez życie wśród elokwentnych, dominujących kobiet i ich wycofanych mężów, którzy na zawsze pozostali nieznajomi. Z tymi nieznajomymi dzieliłam rozmaite przygody, ale nigdy nie podzieliłam z nimi długich, głębokich, odsłaniających coś prawdziwego rozmów, dzięki którym zrozumiałabym być może cokolwiek z ich wewnętrznych żyć. Chyba że ich nie mieli. To najłatwiejsze robocze założenie o mężczyznach, z którym mogłabym żyć - że to egzotyczne, dziwne plemię - zabawne do obserwacji, niemożliwe do poznania i zrozumienia.

      Jagodowy las nie był ani głęboki ani mroczny, więc nie bałam się go. W tym lesie nie wyobrażałam sobie społeczności trolli, zbójników, gwałcicieli i terrorystów, którzy niechybnie zamieszkiwali starsze, bardziej niepokojące z okolicznych lasów. Światło słoneczne, przefiltrowane przez roztrzęsione listki migotało. Trawa i mech i krzewy jagodowe tworzyły rodzaj luksusowego zielonego kobierca przypominającego aksamit. Brodziłyśmy w nim z siostrą, a brodzenie stanowiło przyjemność nie mniejszą niż polowanie na najtłustsze, najsoczystsze, najokrąglejsze czarne owoce. Obie dostałyśmy po pustym litrowym słoiku do napełnienia. Powoli, stopniowo napełniałyśmy je. Uwielbiałam ten proces. Dodawanie po jednej małej kuleczce, wpadanie w trans, który towarzyszy prostym, powtarzalnym czynnościom i nagle ćwierć słoika była już pełna. Co okazywało się oczywistym osiągnięciem i wymagało zerknięcia w stronę siostry, młodszej, zwinniejszej, być może więc szybszej w tym konkretnym sporcie. Rywalizacja. Rywalizacja wydawała się wtedy tak zdrowa i naturalna i radosna. Nawet dla nas, dziewczynek, nie podejrzewających jeszcze, że niedługo zacznie się nas trenować w ugodowości. Pół słoika pełne. Piszczałyśmy z dumy. Babcia, pochylona nad swoim kawałkiem jagodowiska, patrzyła wtedy w naszą stronę i zarządzała przerwę na drugie śniadanie. 

      Jajka na twardo.

      Moja siostra uwielbiała babcine kury. Ganiała je po całym podwórku. Obserwowała ich interakcje. Zaprzyjaźniała się z nimi. Nadawała im imiona. Przytulała tak blisko, że zaczynałam się martwić. Bo może zmiażdży ich kruche, łamliwe kości. Chodziła za nimi jak lojalny kurczaczek. Próbowała nauczyć je latać i odkrywała, raz po raz, że nie potrafią. Któregoś słonecznego letniego dnia, być może kilka dni po jednym z naszych jagodowych pikników, kiedy piątka dorosłych uważnie obierała ze skorupek jaja gotowane na twardo i jadła je, kęs po suchym kęsie, popijając ciepławą, słodką herbatą z termosu. Ten zestaw - jaja i herbata - był też typowym posiłkiem na długie podróże pociągiem. Pamiętam, że kiedy ktoś w ośmioosobowym przedziale zainicjował jedzenie jaj, jaja wyjmowali też wszyscy inni pasażerowie, bo jaja lekko cuchnące siarką potrafiły zaśmierdzieć całą wspólną przestrzeń, więc jak śmierdzieć, to najlepiej kolektywnie. No więc może kilka dni po jednej z jagodowych wypraw, w okolicach końca lata, kiedy jabłka zaczynały pachnieć bardzo słodko, a liście gdzieniegdzie trzaskały pod butem, trawę palono wszędzie na polach, ten połączony zapach dymu, zgnilizny i dojrzałości na zawsze już dla mnie będzie oznaczać jesień, być może jednego z takich dni jedna z kur wypluła coś swoim kuperkiem, zgubiła coś, co wyglądało dziwnie i nie na miejscu. Kury babci były zdyscyplinowanymi stworzeniami. Niosły jajka w prywatności kurnika, w nocy, jakby w sekrecie. Mnie i siostrę wysyłano rano żeby je znaleźć i zebrać w słomie pod grzędą. Ale to, teraz, nagle spuszczone na ziemię w środku dnia, pośrodku podwórza, to teraz miało kształt jaja. Było miękkie, pozbawione skorupki, półprzezroczyste, przypominało zastygniętą galaretę, dymiło i miało kształt jaja. 

      To było jajo na miękko.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 06 września 2017 20:25
  • poniedziałek, 04 września 2017
    • Ość

      To historia-staruszka. I historia, która nie należy wyłącznie do mnie, jej główną bohaterką jest ktoś zupełnie inny, więc mogę co najwyżej opowiedzieć o niej z pozycji obserwatora. A pozycja obserwatora była siedząca, lekko zgarbiona, przekrzywiona na tapicerowanym krześle, przy dużym drewnianym stole jeszcze nie nakrytym do kolacji. Siedziałam czytając coś, a może udając, że czytam, bo starsza pani mówiła, mówiła, mówiła. Jej monolog mienił się wszystkimi emocjami, najwięcej tam było dumy, samotności i rozpaczy, ale ona wydawała się tego nie wiedzieć, to przecież były tylko ciekawostki z telewizji i z sąsiedztwa, kto zachorował, kto ma dziecko z księdzem, kto znalazł wreszcie miłość po wieloletnich porażkach. Schowałam nos w gazecie, jej mąż wpadł, jak to zwykle on w stupor. Niby był, ciałem, fizycznie, zwaliście, na swoim wytartym fotelu pod oknem, milczący i wpatrzony w przestrzeń. Ale nie było go. Nie uczestniczył. Córka starszej pani odpłynęła w smażenie wigilijnego karpia. Skwierczał na patelni kiedy rybne soki uderzyły gwałtownie w rozgrzany olej.

      Ta scena mogłaby trwać przez cały wieczór, ale w pewnej chwili córka starszej pani podeszła do stołu z talerzem pełnym złocistych, obtoczonych w mące kawałeczków mięsistej ryby. Usiadła i zaczęła je jeść, skupiona na każdym kęsie. Monolog nieprzerwany momentami zamieniał się w monotonne, rytmiczne wypluwanie słów, pozbawionych znaczenia, bo nie znałam tych ludzi, tych nazwisk, tych zależności i relacji, ale zabarwionych intensywnymi, zawsze kryzysowymi emocjami. Miałam wrażenie, od kiedy pamiętam, że tej starej kobiecie co chwila trzeba się było rzucać na ratunek. Nagliła, skarżyła się, błagała. Przez jakiś czas próbowałam. Ratować ją. Ale zawsze odganiała mnie jak natrętnego owada.

      - Ja zaraz wrócę. - powiedziała nagle znad ryby, cichuteńko, moja matka. - Pojadę tylko do szpitala i wrócę.

      Wiem dlaczego tak dyskretnie sama siebie wyprosiła z tej kuchni. Babcia zrobiłaby z ości utkniętej w jej gardle własną historię i znów zostałaby centrum uwagi. Dziadek milcząco, niekłopotliwie zszedłby na zawał. Więc usunęła się w stronę samochodu, a nam zajęło kilka sekund zrozumienie, co się właśnie zdarzyło. Babcia przygotowywała już lament, było to widać. Dziadek pobladł. Musiałam coś zrobić.

      - Pojadę z nią. - oświadczyłam. - Ktoś musi zostać przy telefonie. Biorę komórkę i będę dzwonić. Zadzwonię kiedy już dojedziemy na ostry dyżur. A potem kiedy się wszystko wyjaśni. Jeśli będziecie chcieli coś wiedzieć, dzwońcie do mnie, nie do niej.

      Za chwilę siedziałyśmy w zimnym samochodzie. Ja bez prawa jazdy. Tak ratowałam w kryzysie własną matkę. Ona, prewencyjnie nie mówiąc zupełnie nic, żeby ość nie przemieściła się przypadkiem głębiej w migdałek, wsiadła, zapięła pas, włożyła kluczyk w stacyjkę. Było biało. Jechałyśmy powoli, stabilnie. Milczałam. Nie mogłam jej próbować rozbawić, rozładować sytuacji, bo śmiech wydawał mi się ryzykowną czynnością.

      - Wiesz gdzie jest szpital? - zapytałam. - Czy wyguglować w telefonie?

      Wokół nas śnieg uspokajał i tak na ogół kojący krajobraz, tłumił dźwięki. W półmroku byłyśmy same na drodze. Między siódmą a ósmą. Na ostrym dyżurze będą się kłębić struci alkoholem mężczyźni, dla których nie było przedwigilijnej roboty, niepotrzebni mężczyźni. Laryngolog strajkuje, dowiemy się, bo lekarze mają zatarg z dyrekcją, a żaden inny lekarz nie będzie mógł bez prawnych konsekwencji nawet zajrzeć, a tym bardziej próbować usunąć matce z gardła ości karpiowej. Wyślą nas do miasta wojewódzkiego. Przejedziemy w milczeniu kolejne czterdzieści nocnych, otulonych białoniebieskim śniegiem równin. W ciemności czarne kikuty drzew będą wyciągać wyliniałe szpony to do nas, to do nieba, bezwietrzne powietrze nie poruszy ich dramatycznych sylwetek. Przez godzinę całkowitej ciszy zejdzie z nas obu napięcie i pojawi się coś mistycznego. Pogodzenie z absurdem. Pogodna obojętność.

      Przystojna pani laryngolog, samotna w przepastnych półmrokach szpitalnych korytarzy, rzuci okiem, wróci do gabinetu po pęsetę. W ułamek sekundy, wprawnym ruchem, uzdrowi mi matkę. W drodze powrotnej matka przemówi. A potem znów zamilkniemy. Pozwolimy uldze obmyć się od środka. Zadzwonimy do babci i dziadka. I znów zanurkujemy w nocnej śnieżnej przedświątecznej ciszy.

      Tak mi się przypomniało.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 września 2017 16:47
  • niedziela, 03 września 2017
    • Stanowisko pracy

      Śmialiśmy się tam, oczywiście. Siedzieliśmy stłoczeni na maleńkiej powierzchni, większymi i mniejszymi grupkami, czasem zamykaliśmy drzwi, ale ten pokoik nie miał wentylacji, więc nagrzewał się. Pracowały w nim zresztą trzy cudem tu pomieszczone komputery, więc potrafiło się zrobić duszno, sucho, jakby jakieś tajemnicze siły wsysały w ściany cały tlen zostawiając nam toksyczną próżnię. Ale przynajmniej dyrektorka nie otwierała drzwi swojego gabinetu i nie paradowała sugestywnie po korytarzu, tak jak to miała w zwyczaju robić kiedy jej zasób ludzki zachowywał się zbyt radośnie. Przemierzała więc te pięć metrów pokrytego wykładziną korytarza rzucając nam bezsilne, pogardliwe, znaczące spojrzenia. Po czym wracała do siebie. Więc często, prewencyjnie, zatrzaskiwaliśmy drzwi ryzykując omdlenie, chichotaliśmy do woli, a potem wynurzaliśmy się z tej szafy wnękowej (chciałaś swoje własne biuro?) purpurowi z przegrzania, słabi z niedotlenienia. Ale szczęśliwi. Pamiętam jeden dzień, nie zapowiadający się szczególnie, kiedy Alex, kolega, z którym chadzałem na wieczorne zajęcia Street Dance, a w przerwach obiadowych ćwiczyliśmy rozmaite proste choreografie - dzięki niemu zobaczyłam jak płynnie można łączyć w całość poszczególne kroki, zrozumiałam, że niektórzy ludzie są inteligentni ciałem tak, jak ja jestem inteligentna słowami - więc Alex wpadł do tej mojej klitki, odsunął mój fotel od komputera i włączył zmysłowy kawałek Kings of Leon, który po prostu ociekał seksem. Coś się nam pewnie przypomniało porzuconego na rzecz bezpiecznego zatrudnienia, ale jeszcze dostępnego w czeluściach pamięci. Wysłuchaliśmy tej narastającej jak zbliżający się orgazm piosenki kilkanaście razy, bo tak bardzo nie przystawała do zimna, do obojętności tego tanim kosztem, bez wyobraźni urządzonego, nijakiego biurowca w Mordorze. Jej zmysłowość była naszym nieszkodliwym aktem buntu w świecie, który - czego jeszcze nie wiedzieliśmy, ale już zaczynaliśmy podejrzewać, byliśmy młodzi i uroczo narcystyczni - wchłaniał i wypluwał ludzi takich jak my, młodych, zapalonych, głodnych uwagi i wpływu, gotowych do poświęceń i podatnych na sugestie. Bez zawahania. Czytałam wczoraj artykuł o badaniach naukowych, w ramach których grupy ochotników wykonywały rutynowe zadania biurowe w czterech różnych rodzajach przestrzeni roboczej. Badano wpływ architektury biurowej na wydajność i motywację pracownika. Pierwszy rodzaj biura to minimalistyczna, prawie fabryczna przestrzeń, odgórnie zaprojektowana, gdzie każde stanowisko pracy jest identyczne, ergonomiczne, a na biurkach i wokół nich nic nie przeszkadza się skupić. Drugi rodzaj to biuro również zaprojektowane przez architekta, ale z myślą o komforcie i przyjemności pracujących. Architekt wybrał więc w nim żywe kolory, postawił doniczkowe kwiaty, starannie dobrał obrazy na ścianę. W trzecim biurze każdy pracownik dostaje pozwolenie na zmodyfikowanie własnego stanowiska pracy tak, żeby mu było swojsko i wygodnie. Może siedzieć na krześle, na fotelu obrotowym albo na piłce do fizjoterapii. Może przynieść na biurko zdjęcia rodziny, a na ścianie powiesić swoje ulubione plakaty. W ostatnim, czwartym biurze panowały identyczne zasady - można było dostosować swoją przestrzeń do własnych potrzeb, ale po kilku tygodniach i tak wkraczał zatrudniony przez pracodawcę architekt i zmieniał to i owo, żeby "uspójnić wizualnie" całe biuro. Jak myślicie, w której przestrzeni zasób ludzki pracował o 30% wydajniej i przestał się uskarżać na psychosomatyczne objawy niechęci do własnej codziennej rzeczywistości?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 września 2017 11:19

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl