Kucharka Zen

Wpisy

  • wtorek, 07 listopada 2017
    • Ja też, ja też. Dlaczego nie robię już filmów. Polska wersja Harveya Weinsteina.

      Pisałam całkiem niedawno (#metoo) o pewnym względnie znanym reżyserze filmowym, z którym miałam nieszczególną przyjemność przez krótki czas pracować ponad dekadę temu. O tym jak zaprosił mnie na zawodową burzę mózgów do swojego gabineciku przy Woronicza i dyskretnie zamknął za mną drzwi na klucz. Jak zaczął mnie nieproszony, niezaproszony dotykać - plecki, dół plecków, pośladki. Jak się sprytnie wywinęłam spod jego rąk niechcianych. Jak mi się udało, sztywnej ze strachu, otworzyć drzwi i uciec. Nie pisałam o tym, że miał władzę zlecania mi pracy, na której niezwykle mi zależało. Że miał władzę wystawienia mi opinii w męskim klubiku, który rozdawał projekty i role, który mógł mi nieodwracalnie zniszczyć tkaną od paru lat mozolnie i rzetelnie profesjonalną reputację. Nie pisałam o tym, że nawet nie przyszłoby mi do głowy zwrócić się do kogokolwiek z prośbą o pomoc czy interwencję. Że wśród otaczających mnie kobiet problem nie istniał, nie było o nim rozmowy, bo kobiety w telewizji zbyt zajęte były mężczyznami w telewizji - podobnie zresztą jak ja sama. Od mężczyzn przecież wszystko zależało. Że nie poszłam do swojego szefa ani do swojego mentora. Nie ujawniłam niewątpliwego przypadku molestowania seksualnego, wykorzystania pozycji, pogwałcenia zaufania. Nie poszłam do mojego szefa, bo parę miesięcy wcześniej próbowałam go prosić o interwencję w podobnej sprawie.

      Nigdy nie zapomnę tamtej wycieczki na zdjęcia do filmu dokumentalnego, jazdy po całym kraju, od granicy do granicy, zdezelowanym busem w towarzystwie sześciu starych wyjadaczy - kolejny nagradzany reżyser, wybitny operator i sprawna, świetna ekipa, sami faceci i ja - blondynka. Przygoda mojego życia. Tyle że nagradzany reżyser przyszedł w nocy do mojego pokoju "pożyczyć pastę do zębów", a kiedy zamknęłam mu przed nosem drzwi żeby pójść do łazienki, przynieść co trzeba i rzeczywiście pożyczyłam mu pastę Colgate i powiedziałam, że idę spać, wybąkał coś, wściekły, wymamrotał, że nie dogaduje się z żoną, a kiedy powiedziałam "dobranoc", odwrócił się na pięcie i od następnego dnia zdjęciowego rozpoczął się koszmar. Wszystko, co zrobiłam, było złe, głupie i budziło agresję. Zepsuta zabawka. Zepsute zabawki wywołują złość. Najpierw reżysera, potem operatora, następnie aktywny ostracyzm objął wszystkich siedzących w samochodzie mężczyzn, nawet sympatycznego młodego dźwiękowca, który jeszcze dzień wcześniej rozmawiał ze mną jak z kolegą. Zaczęły się maratony złośliwych, obrzydliwych żartów o blondynkach. Jechaliśmy przez cały dzień samochodem, a w samochodzie zaduch, pot, testosteron i przemoc słowna. Wieczorem, przy kolacji z lokalnymi małomiasteczkowymi oficjelami, reżyser wymyślał kolejne absurdalne, poniżające zadania, które symbolicznie degradowały mnie z funkcji asystenta produkcji do poziomu prostytutko-sekretarko-gońca - od "przynieś mi okulary z samochodu" po "opowiedz nam o tym, jak naga tańczysz na rurze" (nie żartuję, burmistrz i zastępca burmistrza prawie popluli się rechocząc lubieżnie, rozochoceni wódeczką). Ja udawałam, że nie istnieję. Że to nie o mnie. Sztywna ze strachu stawałam się kimś innym, całe lata kimś innym się stawałam aż wreszcie, niedawno, przestałam siebie rozpoznawać. Kolejnego dnia, po kilku godzinach samochodowych naprzemiennego ignorowania moich służbowych pytań i robienia żartów na temat blond debilek, coś we mnie strzeliło. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Porwały mi się spodnie. Potrzebowałam do toalety. Do toalety szło się ścieżką między krzakami. Stali tam jacyś młodzi, pijani ludzie. Kiedy wracałam do samochodu, zaczęli wykrzykiwać rozmaite rzeczy o mojej dupie i cipce i cyckach. Dopiero wtedy nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do producenta, który był moim przełożonym. Płakałam, że to, co się dzieje na zdjęciach jest nie do wytrzymania. Zaczął się śmiać, tak po ojcowsku, pobłażliwie. Wytłumaczył mi, że jestem przewrażliwiona i że skoro taka wrażliwa jestem, to nie powinnam pracować w filmie, ale raczej siedzieć sama i malować na szkle.

      Tego "malować na szkle" nie zapomnę do końca życia. Być może dlatego, że nigdy nie spotkałam się z tak otwarcie wrogim, sadystycznie, stadnie, z lubością wręcz odrzucającym mnie światem jak świat sztuki i mediów. Na portalach fotograficznych, na których publikowałam jako dwudziestoparolatka swoje zdjęcia - w poszukiwaniu inspiracji, mentoringu, rozwoju - czekał mnie festiwal bezlitosnej krytyki, której panowie wydawali się oszczędzać innym panom. Na rozmaitych planach filmowych krzyczano na mnie, publicznie mnie opierdzielano za rzeczy, które bywały poza moją kontrolą, z lubością naśmiewano się z moich błędów, niewiedzy czy braku pomyślunku, nieustannie traktowano jak imbecyla, którego głównym atutem jest wartość ozdobna albo seksualna. Od chłopaków, do których szłam po literackie, poetyckie, plastyczne porady słyszałam "odtwórcza", "pozbawiona osobowości", "za bardzo skupiona na sobie", "nieoryginalna". Informacja zwrotna zawsze podana była jak wyrok. Dożywotni. Jak nieodwracalna cecha charakteru, od której się nigdy nie uwolnię. Osobowości nie mam i już. Oryginalności nigdy się nie nauczę, nigdy nie wyćwiczę, nie nabędę. Nie grozi mi rozwój osobisty, dojrzewanie, uniezależnianie się i nabieranie podmiotowości. Nie grozi wyszlifowanie talentów, obrobienie ich, uszlachetnienie w żarze i błocie i gównie życia. Wniosek zawsze był jeden. Dać sobie spokój. Zostałoby mi więc z tych moich nastoletnich marzeń i aspiracji, z moich wieloletnich ćwiczeń i radości, zostałoby mi więc to nieszczęsne "malowanie na szkle". Niegroźne. Ot, dziewczynka sobie maże kwiatki dla innych dziewczynek. Makatki mogłabym też tworzyć. Haftować chusteczki. Ale na pewno nie bawić się w wielką Sztukę czy wielką Literaturę z dorosłymi mężczyznami.

      Doskonale zrozumiałam tę lekcję.

      A teraz nagle jej nie rozumiem. Boli mnie bez sensu. Fantomowy ból z przeszłości, dzisiaj nieaktualny, a jednak podskórnie wciąż obecny, nie zaleczony. Ten mur mężczyzn broniący przede mną bastionu Sztuki, twierdzy Literatury. Jakże byli zgodni. Jak zjednoczeni. Jakże ja musiałam być straszna, zagrażająca, jak silna że aż tak się zmobilizowali.

      Może każda z nas ma swojego Harveya Weinsteina? Albo całą ich serię. Wrogich, broniących swojego terytorium, swoich przywilejów mężczyzn. Drwiną, krytyką, agresywną postawą, umniejszaniem, żartem poniżającym, władczą ręką na pośladku. Dopóki nie zrezygnujesz z prób przynależenia. Dopóki z siebie nie zrezygnujesz po trochu. Dopóki nie zamilkniesz, nie zdysocjujesz się, nie uznasz takiej konstrukcji świata za normę. Dopóki rozpacz, bezradność, nie zadomowi się na stałe w twoim gardle, aż zapomnisz jak się bez niej przełyka, jak mówi swobodnym, rozluźnionym gardłem, jak otwarcie wyraża sprzeciw i słuszny gniew. Dopóki wściekłość nie stanie się obcym, dziwnym, niezrozumiałym tworem, z którego nie można strategicznie korzystać, który dławi i atakuje i każe płakać w najmniej odpowiednich momentach, który obraca się przeciw sobie samemu.

      Teraz nagle nie rozumiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Ja też, ja też. Dlaczego nie robię już filmów. Polska wersja Harveya Weinsteina.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 listopada 2017 10:51
  • sobota, 04 listopada 2017
  • poniedziałek, 30 października 2017
  • niedziela, 29 października 2017
    • Pod męskim wzrokiem

      Olśniło mnie kiedy szłam w nieustępliwym zimnym deszczu, walcząc z szaliko-kapturem furkoczącym na wietrze. Jak febra coś mną trzęsło, ale ani nie porywy wichury ani nie siekąca ulewa, podążałam bowiem do świata mężczyzn, w którym nieliczne kobiety nie przypominają w ogóle kogoś takiego jak ja, spacer, tramwaj, rejestracja, przypinka z moim imieniem i nazwiskiem, kongres, podium i mikrofony i prezes zarządu i bałam się śmiertelnie. I nie pierwszy raz. I wtedy usłyszałam w głowie głos mojego ojca, pierwszego opiekuna, o którym nikt nie pisał książek psychologicznych, a może pisał, ale mi nie wpadły w ręce, ciągle tylko o matkach i o matkach, dalibyście tym matkom wreszcie spokój, przecież nie tylko z matką ma się wczesne relacje. Chyba że to nieistotne. Relacja córki z ojcem jako przygotowanie do pracy na rzecz społeczeństwa, do aktywnego udziału w życiu publicznym. Może miałam nie brać udziału w życiu poza zaciszem kuchni i dziecięcej sypialni, więc teraz przeżywam nieuzasadnione, nienormalne dramaty. Relacja córki z ojcem jako trening orientacji w świecie fizycznej sprawności i zrozumienia i pokochania rzeczy mechanicznych, nieożywionych. Może nie było dla mnie w planach ruszać się swobodnie poza przytulne cztery ściany, a zakres ruchowy powinnam była ograniczyć do suwania żelazka po desce i miarowego kolistego pucowania brudnych talerzy. Relacja córki z ojcem jako pierwszy model wchodzenia w partnerskie związki z osobą przeciwnej płci. Czy nie?

      Więc brnąc przez pionowe strumienie usłyszałam jego głos, poczułam na sobie jego spojrzenie, zakopane pod zwałami innych rzeczy, pod dekadami innych doświadczeń, a przecież stale obecne, ale zawsze je jakoś inaczej nazywałam, inaczej rozumiałam, uznając za część oczywistej konstrukcji świata. Przecież jego głos, jak w gabinecie luster zniekształcany, odzwierciedlany, echem podawany dalej, przecież jego głos jest wszędzie. Jego głosem mówi narrator mojego życia. Temu narratorowi przez całe lata oddawałam nad sobą władzę, oddawałam siebie i swoje życie w ofierze. Był niewidzialny, bo wszechobecny, był oczywisty, bo nie widziałam od niego ucieczki. Nigdy nie przyglądałam mu się krytycznie. Nigdy nie kwestionowałam swojej głębokiej potrzeby sprezentowania mu mocy weryfikowania, selekcjonowania i oceniania treści mojego życia. Z powodzeniem udawałam, że skoro to pełne dezaprobaty spojrzenie to niewygodna prawda, więc mogę ją odciąć, zagłuszyć, żyć jakby jej nie było. Udawać, że nie zależało mi, że nieistotne jak mi się z ojcem i z mężczyznami w ogóle układały relacje, bo przecież tylko z matką mnie coś wiązało. Tylko z matką, tylko z siostrą, tylko z babcią, tylko z serią przyjaciółek. Dzisiejszy ojciec jest bardzo miłym panem o miękkim, zamyślonym spojrzeniu, o ciepłym, refleksyjnym, płynącym jakby skądinąd głosie, jest bardzo sympatycznym panem, z którym coraz bardziej lubię spędzać czas, ale moje wewnętrzne ojcowskie spojrzenie, mój duchowy męski głos to twór rodem z koszmarów. Spojrzenie mojego pierwszego mężczyzny wolałam wymazać, wymazując przy okazji swoje męskie kawałki, wymazując przy okazji przyjaźnie, kumplowania się, wspólne projekty z mężczyznami. Niby wiedziałam jaki był, w jakie wchodziliśmy interakcje, co w nich ceniłam, co lubiłam, co psią miłością darzyłam, a co było bolesne, co nie do wytrzymania, co mnie uformowało, zbudowało mi fundamenty, ale mi zupełnie nie pomogło w późniejszym życiu. Wszystko to wiedziałam rozumowo, ale nigdy nie poczułam, nie złapałam na gorącym uczynku jak mi to robi przemoc, bo nie chciałam o tym myśleć ani o tym pamiętać. 

      Być może potrzebowałam nareszcie zakochać się, autentycznie polubić, uszanować, czułością obdarzyć kogoś odmiennej płci, nareszcie się zaangażować, podejść blisko, zachwycić się jego człowieczeństwem złożonym, przeczuć jego głęboką mądrość, ciepło spojrzeć na jego miotaninę bezsensowną, opiekuńczo zechcieć mu ulżyć w bólu, chcieć więcej, a potem dostać wstrząsającą informację, że on już podziękuje. Być może tylko taki kop w tyłek zmusza do trzeźwego spojrzenia na siebie.

      Aż tu nagle przychodzi jakiś wgląd. Wszystko się dotkliwie, niezapomnianie składa do kupy. Szłam wszechogarniającą mokrą szarością do świata mężczyzn. Bałam się tego obcego tłumu pachnących inaczej, jakby kwaśniej, ostrzej, bardziej piżmowo, kanciastych, zdyscyplinowanych, zorganizowanych w ścisłe hierarchie ludzi w garniturach. Szłam do nich jak ćma do lampy, ale szłam na wątłych nogach bez gwarancji, że mnie utrzymają, szłam zawstydzona swoją innością i obcością, szłam zawstydzona własnym strachem. Nigdy dotąd nie skojarzyłam tego strachu z męskością. Z tym, że do męskości nie wprowadził mnie łagodnie, po przyjacielsku, nie przedstawił mnie jej jak swój swego, pierwszy przyglądający mi się, pierwszy obserwujący moje rośnięcie, uczenie się życia i eksperymentowanie, facet. Męskość kojarzy mi się z żołnierską dyscypliną pozbawioną poczucia humoru, kojarzy mi się z odmawianiem sobie przyjemności, z czystym intelektem, co pogardza zmysłami, z chłodem - nawet fizycznie mi się ze zmarznięciem kojarzy - kojarzy mi się z ogromnym, niezrozumianym, gotowym w każdej chwili wybuchnąć gniewo-wstydem, kojarzy mi się z konfliktami i z omijaniem się nawzajem wielkim, niechętnym łukiem, kojarzy mi się z nadużyciem władzy, z instrumentalnym traktowaniem, z obsesją na punkcie hierarchii, z przemocą wreszcie - fizyczną i psychiczną. Kojarzy mi się z pozorną próżnią emocjonalną, która często ukrywa sprytne projektowanie własnych uczuć na mnie. Uderzyłem, bo byłaś taka żywa, taka prawdziwa, taka wyrazista że aż się prosiłaś. Położyłem ci rękę na pupie, bo ubrałaś się w gruby, nijaki czarny golf. Poza tym masz piersi. Jak śmiesz mieć piersi. Specjalnie te piersi masz, żeby mi zrobić na złość. Odszedłem, opuściłem cię, bo coś ode mnie chciałaś, a ode mnie nie można nic chcieć. Kojarzy mi się też ze skrzętnym, nieumiejętnym ukrywaniem obszarów, w których mogłaby się kryć słabość czy niewiedza, nieporadność czy brak kontroli, potrzeba ciepła, kontaktu, opieki. Z kultem siły.

      I jak tu się przyjaźnić z męskością, skoro zostałam uszczęśliwiona takim do niej wprowadzeniem? Część tego odstręczającego pakietu emocjonalnego tłumaczy prosty fakt, że wzrastałam w babińcu, w getcie kobiet, i że kobiety, które mnie wychowywały mówiły o swoich mężczyznach na dwa sposoby - albo z pogardą jak o nieudacznikach zakłamanych, albo z bezsilnym gniewem jak o nieobliczalnych, samolubnych potworach. Każda moja wycieczka w męski świat równałaby się nie tylko domniemanemu morderczemu niebezpieczeństwu, ale przede wszystkim śmiertelnej zdradzie kobiet, zdradzie społeczności, która mi dała miejsce, rolę, znaczenie, ciepło. Która dała mi tożsamość. Za cenę wielkiego, wielkiego strachu. Druga strona odpowiedzialna za brzemię, które teraz muszę rozmontować to mężczyźni, którzy często pozostawiali ważne dla mnie kobiety samym sobie, z ciężarem nie do udźwignięcia, a mnie, cudownej istocie, eksplozji świętego życia przyglądali się z dezaprobatą, w ważnych rozwojowych momentach nie towarzyszyli za często, a kiedy towarzyszyli to z przymusu, niechętnie, bez zaangażowania, nie zdawali się lubić czy cenić mojego towarzystwa, nie mieli ochoty na zabawę ze mną, na pozwolenie żeby sobie za nimi połazić, ponaśladować ich i się od nich uczyć, mężczyźni, którzy mi próbowali nawet czasem pomóc opanować jakąś "męską" umiejętność - rower, pływanie, prawo jazdy, biznes czy filozofię - ale szybko wybuchali frustracją albo triumfowali ze śmiechem nad moimi nieudanymi próbami rozwoju, ewentualnie szybko machali zrezygnowani ręką, rozgrzeszając się z dalszego mentoringu, przypieczętowując moją tożsamość krzywą, koślawą, tożsamość pozbawioną równowagi, z jedną nóżką bardziej.

      Dlatego tak spektakularne było spotkać kogoś, kto cierpliwie przetrzymywał moje własne detonacje frustracji kiedy się czegoś musiałam uczyć od zera, kiedy odsłaniałam bezbronną niewiedzę, wystawiając się - w głębinach podświadomości - na nieuchronną pogardę i poniżenie. Dlatego tak lecznicze było spędzać z nim czas i móc nie wiedzieć, nie umieć, bezkarnie.

      Mężczyźni którzy korzystali z darmowej siły roboczej i popierali moją potulność, moje przerażenie, musiało to być dla nich wygodne. To mężczyźni, którzy chcieli słodkiej, karnej, najlepiej niezauważalnej dziewczynki. Dziewczynki w nich wpatrzonej, ale niewymagającej. Niekłopotliwej. Całe swoje życie skonstruowałam wokół niekłopotliwości. Dziewczynki do trzewi zawstydzonej, że się urodziła kobietą, do trzewi zawstydzonej, że nie jest taka jak oni. 

      Dzisiaj, kiedy chodzę po mieście, kiedy uczestniczę w miejskiej rywalizacji, hierarchiczności, kiedy opuszczam bezpieczne żeńskie getto (dzisiaj byłam w lokalnej kawiarni na bufetowym wegańskim śniadaniu, któremu towarzyszyła zachwycająca prasówka mojej skądinąd ulubionej pisarki Pauliny Wilk - pokazującej nam codzienne gazety i periodyki z Indii i opowiadającej artykułami z tych publikacji o życiu, o kulturze i  konstrukcji tego społeczeństwa; dziewięćdziesiąt procent uczestników tego wydarzenia, jak zauważyła towarzysząca mi mama, stanowiły kobiety, tata rozejrzał się i zasmucił jakby, kiwając głową), więc kiedy opuszczam getto opiekuńczych, inkluzywnych relacji i oddolnych, lokalnych inicjatyw, robi mi się nagle zimno, nagle strach mnie ogarnia, że nie rozumiem, nie umiem, nie mam kompetencji ani zasobów żeby na planecie facetów dać sobie radę, a w głowie włącza mi się całkiem niepomocny chór rodziców i dziadków i nauczycieli i byłych chłopaków - moje osobiste centrum zarządzania kryzysowego, które szczerze powiedziawszy jak dotąd było tylko kontrproduktywne - zawstydzający, krytyczny, karzący chór. Dyscyplinujący, każący się zebrać do kupy i nie rozklejać. Spiąć. Napiąć. Udawać chojraka. To moje dziedzictwo, to mój męski pierwiastek. Spojrzenie ojcowskie, które kiedy spadam z życiowego roweru wrzeszczy mi w głowie, że się nigdy nie nauczę i że jemu się już nie chce z taką ofiarą bawić w lekcje jazdy. Że się po prostu nie nadaję. Że nigdy. Że zawsze. Że wstyd.

      Terapia, co? Wypłukują się ze mnie leczniczo złogi wieloletnie, co cię nie zabije, to cię wzmocni, kurwa mać. A ja bym po prostu chciała spokojniej. Ja bym chciała lżej. Chciałabym przyjemniej i łatwiej i radośniej. A mnie jest pisane zaangażować się w ten niemożebny bałagan, pisane mi jest, bo nie umiem inaczej, bo to fundamentalne ludzkie oprogramowanie, rzucić się w wir, bronić prawdy mojego życia, być bez wstydu sobą, sprawczo, sprawczo, sprawczo żyć. Cholera by to wzięła. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 października 2017 13:58
  • sobota, 28 października 2017
    • Z widowni

      No i po co mi było pakować się w tę całą psychoterapię? Co prawda dotąd żyłam ułomnie, skromnie i bojaźliwie, żyłam fragmentami siebie, sloganami, stereotypami, żyłam w niejasnym, na wpół uświadomionym poczuciu niedostępności ważnych, życiodajnych rzeczy. W goryczy. Ale nie musiałam się konfrontować z tym. Z chceniem. Z furią. Ze żrącą. Korozyjną. Zazdrością wymieszaną z pełnym niemocy podziwem.

      Fale wstydu. Jedno takie tsunami sprawia, że czuję się odsłonięta, zła, brudna, niegodna zajmować miejsce wśród ludzi, istnieć. Zalewa mnie szum, drętwieję, paraliżująca panika przejmuje nade mną kontrolę. Chcę uciec albo bić na oślep.

      To dopiero jest dziwne. Mam kłopot ze spotkaniami, gdzie ktoś dużo opowiada, a ode mnie oczekuje się siedzieć i słuchać. Nie potrafię już usiedzieć na żadnej widowni. W teatrze ani nawet na poruszającym, fenomenalnym muzycznie koncercie. Czuję na sobie krytyczny bezlitośnie wzrok ojca, wzrok nauczyciela, wykładowcy, egzaminatora, księdza, dyrektora, szefa, eksperta, autorytetu. Kiedy czuję ten wzrok, przestaję się ruszać, zamieram, jak gazela, do której podkrada się drapieżnik, udaję martwą, udaje padlinę żeby tylko przetrwać.

      Na widowniach, nawet kiedy grają komedie, stają mi przed oczami całe lata biernego poddaństwa, dekady bycia zachwyconą wielbicielką dla cudzej podmiotowości, cudzej sprawczości, twórczości i władzy. Bezradna obserwacja jak ktoś inny za mnie decyduje, co jest ważne, o czym warto mówić, na co patrzeć, co podziwiać. Gotuje się we mnie, kotłuje się we mnie żółć. I jeszcze jedno. Jestem kurewsko znudzona. Mam ochotę krzyczeć - jesteście śmiertelnie przewidywalni, przestańcie pierdzielić godzinami abstrakcyjne głupoty! Nie powinno mnie tu w ogóle być. Zaczynam się wiercić. Zaczyna mnie roznosić.

      Może mi to po prostu przypomina wielogodzinne posiedzenia w szkole, to uwięzienie w ławce i niemożność powiedzenia nauczycielowi (to on miał monopol na ocenianie, ta relacja niesymetryczna nigdy nie szła w drugą stronę), że przynudza, że jego monolog nas nie inspiruje ani też nie daje nam wiedzy, zrozumienia czy umiejętności, że wolelibyśmy być w lesie, na podwórku, w świecie, w ruchu - i tam się uczyć działając. Głupieliśmy z nudy i strachu. Teraz też przebieram nóżkami, nosi mnie, kręcę się i podryguję jak nigdy w życiu, jak mi nie było dane w PRL-owskiej podstawówce ani na polskim, niby już wolnym uniwersytecie, jak mi nie było dane na korpospotkaniach. Nadrabiam. U nas sposób sprawowania władzy zakłada, że jeden jest mądry, a reszta głupia. Być może też stają mi przed oczami niegdysiejsze akademie, to, że scena i reflektory i podziw zawsze należały do kogoś innego, ten dystans, ta zazdrość i bierność bywały nie do wytrzymania. Być może moja niemożność wysiedzenia na kongresach i konferencjach, wystąpieniach i prezentacjach i powerpointiadach ma też domieszkę wspomnień o niedzielnych mszach. O konieczności sztywnego wytrzymywania w niewygodnej pozycji, o tłumie i duchocie i opresyjności nieustannego słuchania jacy jesteśmy źli i brudni, słabi i grzeszni, wstrzymywania swoich chęci, potrzeb, pragnień i popędów. Moje ciało to wszystko pamięta. I pragnie biegać. Całować się. Podróżować. Przytulać dzieci i kruche staruszki. Pobić się z kimś na żarty. Albo serio. Powiedzieć, co naprawdę myśli. Zbudować coś. Zburzyć coś innego.

      Na poziomie symbolicznym model jest taki: żeby ktoś mówił, ktoś inny musi słuchać, żeby ktoś rządził, ktoś mu się musi poddać, żeby ktoś błyszczał, ktoś się musi usunąć w cień. Żeby jeden mógł być elitą, drugi musi być plebsem. Czy nie ten paradygmat przyświeca naszej polityce, instytucjom publicznym i systemowi edukacyjnemu? Dzieci i ryby i kobiety i podwładni głosu nie mają. Więc może chodzi o to, że ja częściej niż rzadziej występuję jako plebs. Więc wciśnięta w fotel widowni, konfrontuję się nagle z tym niedemokratycznym konstruowaniem świata i wzbiera we mnie niebezpiecznie, bulgocząc, bunt, zawiść, dzikie chcenie. Chcenie wyjścia z niewidzialności, z nieistotności, chcenie błyszczenia, albo nawet nie. Tak naprawdę mam w głębokim poważaniu błyszczenie, jestem nieśmiała raczej i źle się czuję w niezasłużonym blasku. Tak naprawdę chcę po prostu działać, współdziałać. Tworzyć i współtworzyć.

      Ale przecież nasiąkłam tą kulturą. W niej się urodziłam i ona mnie ukształtowała. Siedzi we mnie głębiej niż jestem gotowa się przyznać. Wstydliwie przypomina o sobie kiedy kupuję na Zalando majestatyczny, carski płaszczyk, który ma mi dodać powagi. Po co miałabym sobie dodawać powagi? Zostałam nauczycielką, trenerką, doradcą, bo mi się to wydawało gwarancją monopolu na opowiadanie świata. Nareszcie miałam kontrolę nad narracją. Nareszcie rząd dusz. Nareszcie ja, a nie kto inny. Trzymałam się tego kurczowo przez lata. Ale potem zaczęłam podróżować, zaznałam podmiotowego traktowania, byłam widziana, słuchana, konsultowana, traktowana poważnie, brana pod uwagę. Ale potem zaczęłam pracować z ludźmi i zrozumiałam, że wcale nie chcę budować pomnikowego, nieomylnego autorytetu, bo to niszczy relacje, generuje wyuczoną bezradność i frustrację dla drugiej strony, a dla mnie lęk i napięcie, bo muszę utrzymać niemożliwą, nierealną fasadę. Potem zaczęłam sama chodzić na warsztaty, na terapię, zatrudniłam się w bardziej egalitarnym, bardziej ideowym sektorze pozarządowym i odeszła mi ochota na rząd dusz. Zakochałam się w formule warsztatu - gdzie prowadzący rezygnuje z honorów i pompy, pozwalając uczestnikom dzielić się, przeżywać i odkrywać, gdzie tyle samo czerpie od nich, co oni od niego. To spotkanie pomiędzy równymi. Dialog. Przestrzeń swobodna i pozbawiona hierarchii. Podobnie moje sesje z terapeutką. Jej słuchanie. Jej nieocenianie, nieradzenie, niemądrzenie się. Jej założenie, że mam w sobie siłę i mądrość żeby sama wziąć odpowiedzialność za własne życie. Że mam potencjał doroślenia.

      Więc może kongresy i wystąpienia, wykłady, odezwy i kazania budzą moje stare demony. Wzrok autorytetu, który ocenia, karze, przymusza i kontroluje zaczynam czuć na sobie. Monolog czyjś zaczyna mnie określać, a przecież określa mnie tylko moje bycie, moje relacje i działania.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Z widowni”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 28 października 2017 18:16
    • Szczury wodne / Przypadkowe akty ciepła

      Pierwszy tydzień w nowym miejscu, które tak naprawdę jest powrotem do starego, dobrze znanego, składa mi się powoli weekendowo w patchwork impresji. Od początku, od przeprowadzki pada przygnębiający, rozleniwiający, męczący oczy, zmiękczający linie deszcz, wczoraj przez moje biurowe okno w suficie oglądałam niespodziewane błyski październikowej burzy. Być może była to pierwsza październikowa burza w moim życiu. Brodzimy z psem w mokrej trawie pobliskiego parku. On skacze. Skacze jak uszczęśliwiony kangurek, on galopuje jak mustang, któremu się przypomniała własna dzikość. Jesienny świt i jeszcze nie obudzili się i nie wylegli na dwór mokotowscy psiarze. Jestem w domu. Jestem u siebie. Ten świat jest mój. Nie muszę się przyzwyczajać do nowego miejsca, bo na pamięć, bo na oślep znam wszystkie ścieżki parkowe. Skręcam bezmyślnie to w prawo, to w lewo, rozpoznając pomniki, stare wierzby, place zabaw. Niedługo zacznę rozpoznawać starszych panów z delikatnymi pudlami, których widywałam lata temu. Na razie spod drzewa przyglądam się przytulonym na kamieniu zmokniętym, zmarzniętym białym rybitwom i przemieszczającym się zdyscyplinowaną formacją kaczkom. Posiedziałabym przytulona do jakiegoś stadka, więc wpraszam się na wieczorne oglądanie "The Voice of Poland" do siostry.

      Zachodzimy z psem do kawiarni w ślepej uliczce z kapliczką u ujścia, gdzie wezmę sobie sobotnie podwójne espresso na owsianym mleku, a pies wzbudzi eksplozję miłości - jego mokre czarne futro pogłaszczą po kolei dwie baristki, właścicielka, a potem z kuchni wyjdzie zwierzolubny kucharz i też się przytuli do psa. Znikąd pojawi się plastereczek szyneczki, a szczęściarz zwierz, otoczony uwielbieniem, zawsze zaciekawiony kulisami restauracyjnymi, nareszcie zostanie zaproszony za kontuar. Zalewa mnie fala rozmiękczającego wzruszenia. Tu jest jakoś inaczej. Teraz jest jakoś inaczej. Coś się niezauważalnie zmieniło.

      Od czasu przeprowadzki, a może wcześniej, od momentu rozstania, mam wrażenie, że budzę na prawo i lewo czułość i chęć pomocy. Że miękkośc mnie otacza. Nawet dwóch młodych twardzieli, dwóch stękających prowokacyjnie, jakby w oczekiwaniu współczucia, jakby tak naprawdę chcieli żebym ja, żeby ktokolwiek, żeby ich rozgrzeszyć z tej twardości, żeby zaopiekować się, zauważyć, wziąć odpowiedzialność za wychylającą się, wyglądającą z rozpruwających się szwów maczyzmu miękkość, żeby jej pomatkować, nawet dwóch młodych chłopaków, którzy przeprowadzali moje mieszkanie, nawet oni się rozgadali i zrobili więcej niż musieli. Ten mniej przystojny, ale bardziej tajemniczy, opowiedział mi jak złamała mu żebra jego dziewczyna, street fighterka, uziemiając go, zakleszczając w jakimś sprytnym chwycie. Opowiedział jak spotykają się ze znajomymi na nieoficjalne sesje, gdzie on uczy ich jak się bić, taki podwarszawski fight club, on wieczorami, po kilkunastu godzinach taszczenia pudeł, dorabia jako ochroniarz. Jemu ostatnio dwóch Ukraińców próbowało ukraść samochód. Jeden wylądował w szpitalu. To przywilej być na chwilę dopuszczonym do innego świata. Przez moment patrzyliśmy na siebie wprost i bez masek.

      Agent nieruchomości, który pomagał mi znaleźć mieszkanie, dryblas z blizną na ustach, ostrożnie sympatyczny, dawkujący nieufnie ciepły kontakt, napisał mi maila, w którym oświadczył, że nigdy nie zdarzyło mu się skojarzyć tak pasujących do siebie jak ja i właścicielka mojego nowego mieszkania osób. Że nigdy nie miał do czynienia z tak przyjemną transakcją. Właścicielka sama z siebie zamontowała na balkonie mieszkania siatkę, dzięki której mój pies nie wypadnie przypadkiem i będzie się mógł w słoneczne dni wylegiwać, wygrzewać, obserwować podwórka. Właścicielka na moje powitanie zostawiła wazon róż i miskę owoców. Agent przyszedł ze swoim współlokatorem żeby mi wyregulować zawiasy w niedomykającym się balkonie. Za nic. Kolega agenta przyniósł ze sobą tylko śrubokręt, a ja ciągle mieszkam na pudłach, więc waliliśmy w zawiasy przypadkowymi sprzętami, drewnianym wałkiem do ciasta.

      Zanim opróżniłam z ostatnich szpargałów poprzednie mieszkanie, przeszłam pół miasta ciągnąc za sobą trzy wielkie przeprowadzkowe kartony - przecież trzeba jeszcze zabrać ze sobą książki kucharskie, moździerz, wazony i obrusy. Padało. Ciągle pada. Kiedy wyszłam z metra, usłyszałam z czeluści podziemnego przejścia głos, który pytał czy mi pomóc. Pomógł pod same drzwi.

      Jeszcze trochę i uwierzę w coś zupełnie nowego na własny temat. Na temat świata.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 28 października 2017 09:48
  • środa, 25 października 2017
    • Pierwszy sen na nowym miejscu

      Parę dni temu przeprowadziłam się do nowego mieszkania. Uczę się jeszcze jego skrzypów i smrodków, łuszczących się farb i krzywych drzwiczek, odpadających haczyków i tykających zegarów. Uczę się odgłosów sąsiedzkich. Drzwi w drzwi mam małego wściekłego pieseczka. Jego właścicielką jest eteryczna pani w średnim wieku, której syn nieufny dziesięć minut wypytywał mnie zza drzwi kim jestem i czego chcę kiedy przyszłam pożyczyć drabinę. Nade mną ktoś ekspansywny, ruchliwy przemieszcza się dużo. Moszczę sobie ciepłe miejsca na kanapie i przyzwyczajam się do profilu materaca. Przymierzam się ze swoimi garnkami, skarpetami, termoforami do rozmaitych pawlaczy i szuflad. Gdzie co będzie pasować logicznie. Układam malowane talerze w szklanej gablotce. Nigdy wcześniej nie miałam szklanej gablotki i chyba właśnie uznaję, że już zawsze taką chcę mieć. Czekam na kuriera, który przywiezie zaciemniające zasłony do sypialni i na technika, który zamontuje router do wifi. Kartony piętrzą się w kuchni, a mnie się nie spieszy żeby je napoczynać. Wyjmuję tylko pojedyncze rzeczy. Koc. Herbatę z czystka. Zapałki, bo kuchenka jest gazowa. Płyn pod prysznic. Spacerujemy z psem w poszukiwaniu najdogodniejszych trawników, ale nie jest rewelacyjnie, mało trawy, dużo psów. Rewelacyjnie za to jest w kwestii knajp i kawiarni. Za rogiem fenomenalna falafelownia, za drugim rogiem kawiarnia-bagietkarnia i kombinat chińsko-tajsko-hinduski, przez ulicę knajpeczka po schodach w dół, gdzie można w taki dzień jak dziś sprezentować sobie grzane wszystko - piwo, wino, prosecco. Grzane prosecco. Kusiło mnie żeby natychmiast zejść i zamówić i zadomowić się, ale zwyciężyło zmęczenie. Padłabym po najmniejszej ilości alkoholu. 

      Przedwczoraj koleżanka zapytała, co mi się śniło w pierwszą noc na nowym miejscu, ale pamiętam tylko jak się wsłuchiwałam w ciemności w zgrzyt tramwajów i w szelest kół na mokrej jezdni, falami, co zielone światło szelest, falami co czerwone cisza. Przypływ i odpływ. Natomiast kolejnej nocy miałam już sen. I to od razu istotny. Szczegóły zamazały mi się, ale pamiętam jeden powtarzający się motyw. Szłam dokądś. Ciągle się dokądś przemieszczam, dziś zrobiłam na piechotę ponad trzynaście kilometrów od Kabat po Mokotów, od agencji nieruchomości przez bankomat po dorabianie kluczy. Szłam więc znów dokądś polskimi, nierównymi chodnikami, ciemnoszare budynki towarzyszyły mi swoimi pokrytymi smogiem fasadami, być może to był Kraków. Mijałam dziupelki monopolowe i odremontowane na sterylny połysk apteki. Przemieszczałam się w tę i z powrotem, miałam jakieś sprawy do załatwienia. Ciągle mam jakieś sprawy do załatwienia. We śnie kilka razy minęłam to samo miejsce, dużą witrynę przez którą było widać coś na kształt poczekalni, świetlicy, miejskiej sypialni. Stały w niej czarne skórzane kanapy, a na nich półleżeli zrelaksowani młodzi ludzie, brodaci mężczyźni i zmęczone kobiety. 

      To jest dla mnie ważny sen, bo kiedy tak biegam po mieście niczego bardziej nie potrzebuję niż podobnej drzemkarni, spokojnego miejsca żeby zamknąć oczy i być nikim, niczym. Ciszy. Półmroku. Biegam po mieście - tachając trzy kartonowe pudła Puławską do kawiarni, wychylając szybko straszliwie niedobrą kawę z jaglanym mlekiem, biegnąc w deszczu do tramwaju, zajmując miejsce w metrze, pozwalając przy wyjściu z metra obcej kobiecie pomóc sobie z pudłami, rozmawiając z nią o tym jak się w dzisiejszych czasach pracuje w przedszkolu, pakując, pakując, sprzątając, wyrzucając śmieci, biegnąc na siłownię, żeby się z niej wypisać a przy okazji jeszcze jeden raz poćwiczyć, wracając do pustego starego mieszkania przez sklep i recepcję, odbierając przesyłki, pozwalając się opierdzielić przez ochroniarza, tłumacząc mu, że OPR jest nie na miejscu, montując nowe gałki do szuflad w miejsce starych, odbierając, w dresie, spocona, na starej kanapie w pustym mieszkaniu o suchym pysku telefon ze Szwajcarii i odbywając na szybko rozmowę w sprawie udziału w międzynarodowym projekcie i stawkach za godzinę mojej pracy i o umowie, jaką podpiszemy, znów sprzątając, wyrzucając śmieci, jadąc autobusem z plecakiem pełnym książek kucharskich do parku, w którym mogę tę książki zostawić żeby je sobie ktoś wziął i został nimi uszczęśliwiony, do kawiarni po jakąś lepszą kawę, do centrum handlowego skopiować klucze do nowego mieszkania dla pani, która jutro wysprząta stare, a za tydzień będzie już przychodzić pod nowy adres, sprawdzam służbowego maila, szybko odpisuję na dwie wiadomości, nagle się orientuję, że muszę wracać, kupuję na szybką jakąś rolkę sushi, bo jadłam tylko banana, maczam ją w wasabi i prawie umieram, a potem biegnę w deszczu do autobusu, a w autobusie czytam artykuł na temat podporządkowania w Polsce seksualności kobiet potrzebom mężczyzn i wrzucam go na Facebooka, na którego wróciłam po rozstaniu z chłopakiem, bo jakoś trzeba żyć i z kimś trzeba gadać, i nagle jestem strasznie zmęczona, a przecież czeka mnie jeszcze wizyta w agencji nieruchomości i podpisanie umowy o pośrednictwo w znajdowaniu najemców, a czeka mnie jeszcze obfotografowanie mieszkania, a czeka mnie przecież jeszcze pakowanie resztek rzeczy, transportowanie ich z uprzejmie pomagającym mi ojcem w nieustępliwej mżawce w nowe miejsce, a potem monter z firmy od wifi, a potem spacer z psem i kaczki i szczury wodne, kaczki będą patrzeć na szczury, szczury będą się przyglądać kaczkom, ja - schowana w życzliwym cieniu mokrej wierzby płaczącej - obserwować będę te interakcje, a potem. A potem a potem a potem a potem. Więc mój sen jest ważny, bo pokazuje mi miasto, w którym znajduje się miejsce na wytchnienie. Dzień, w który można sobie wbudować odpoczynek bez struktury. Dawno mi się takie miasta, miasta z miejscem dla kogoś podobnego do mnie, dla zmęczonej wersji mnie, dla oszołomionej wersji mnie, dla osłabłej, sennej mnie nie śniły. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 25 października 2017 21:13
    • Podwójność

      "Tresura podległości, praktyka odesłania do tylnego rzędu i obraźliwe słowa stanowią incydenty dobrze nam znane. Tylko nie zgadzając się na nie, możemy próbować je opisać, zrozumieć i zmieniać. Jednak kiedy odkrywamy, że mimo wielu starań kobiety wciąż są poniżane i krzywdzone, dopada nas monstrum rozpaczy.

      Ja czuję je obok siebie, bardzo fizycznie. Bo gdyby było tylko poglądem, tekstem, ideą, nie blokowałoby mnie tak skutecznie. Nie dysponuję zbroją, która by mnie ochroniła. Ani świadomość, ani status uniwersytecki, ani napisane powieści o dziewczynach niepokornych, ani autobiograficzne rozliczenia nie budują pancerza.

      Kiedy przychodzi co do czego, mężczyźni przypominają mi, kim jestem."

      Inga Iwasiów w "Tygodniku Powszechnym"

      Chowam siebie przed samą sobą.

      Ostatnio siedziałam u mojej terapeutki, pochowana wstydliwie na pół, jedna ja przed drugą ja – cichociemna – ukryta. Partyzantka ciachnięta na dwa. Wróciłam właśnie z Berlina. Miałam na sobie najśliczniejszą bluzkę mojego życia. Całą przeszłość o niej marzyłam, chociaż dowiedziałam się o tym dopiero teraz. Zobaczcie ile rzeczy poukrywałam w zakątkach zakamarkach. Siedziałam u mojej terapeutki, na sobie miałam bluzkę zapiętą pod szyję wysokim kołnierzykiem, czarną, błyszczącą, w krwistoczerwone różyczki. Byłam kobiecą kobietą. Słyszałam sama siebie jak zza watowanej ściany, wyciszoną warstwami znieczulających iluzji i napięć, jak opowiadam jej o seksie i pożądaniu i o więzi i bliskości, o cierpieniu i tęsknocie, o rozpaczy i uldze. O zdrowieniu. O wolności. Poczuciu winy. Ale przede wszystkim o chceniu. O pragnieniu. I wstydzie. Powiedziałam jej, że kupiłam sobie w swój zakupowy berliński dzień cały komplet wysoko zapinanych wiktoriańskich bluzek, diabelnie seksownych w tej swojej pruderii. Że coś się we mnie obudziło, jestem już kimś innym niż dwa czy trzy lata temu. Ona powiedziała mi, że świadomość mojej seksualności jest moja własna, należy do mnie, już nikt mi jej nie odbierze. Ja jej powiedziałam, że może nie odbierze, ale wyśmieje, ucieknie, odrzuci, odwróci się z obrzydzeniem, zawstydzi. Powiedziałam jej też, że lubię te wiktoriańskie bluzki za to, że sugerują dwie rzeczy na raz. Cnotliwość i bezwstydność. Aż je się chce rozpiąć i znaleźć pod nimi koronkową bieliznę i białe ciało gotowe na dotyk. A przecież nie pokazują zupełnie niczego. Przecież zasłaniają. Ona wtedy użyła słowa „podwójność”. Wydaje mi się, że powiedziała „są podwójne. Jak pani.”

      Jestem podwójna.

      W pracy skwapliwie chowam swoje zmysły i uczucia, swoją czułość i zabawowość, swoją wrażliwość, słabość, liryzm i brak pokory, opiekuńczość, elastyczność, empatię, potrzebę brania i dawania ciepła.

      W miłości skrzętnie ukrywam swoją inteligencję, umiejętności analityczne, organizacyjną smykałkę, obycie, oczytanie, umiejętność nawiązywania kontaktów, doświadczenie, rzetelność, kompetencję.

      Wszędzie skrzętnie ukrywam swój gniew. Rozpacz. I lęk. I rozgoryczenie. I chęć i chcenie i pragnienie i żądzę.

      W swojej głowie mam taki „work-life balance”: dwie odgrodzone połówki, nie komunikujące się ze sobą, zawierają dwie odrębne rzeczywistości, dwa niepołączone, nie porozumiewające się ze sobą światy.

      Jedna ja – ta godna męskiej miłości – zadbana, wesoła, żywiołowa, matczyna i dziewczęca zarazem, zmysłowa ale monogamiczna, więc zmysłowa tylko za pozwoleniem i w towarzystwie jednej osoby, ciepła i wsłuchana w tego najważniejszego drugiego człowieka, wspierająca bezinteresownie i niewymagająca wsparcia, refleksyjna kiedy trzeba, ale na ogół gotowa na każdą przygodę, wierna, lojalna Penelopa, którą można wszędzie zaprowadzić, która – pozbawiona potrzeb i aspiracji – zawsze i wszystko przeczeka z kojącym, dymiącym, domowym obiadem. Niewykonalna fantazja, nierealna projekcja cudzych sprzecznych potrzeb.

      Druga ja, całkiem z nią niekompatybilna - ta godna męskiego szacunku - przewidywalna, punktualna, zdyscyplinowana, lojalna, analityczna, szybko i sprawnie myśląca, trzeźwa, zorganizowana, cierpliwa i spokojna, odważna i zadaniowa, niezauważona w miłości, ale za to poważana w pracy, idealny podwładny.

      Jestem podwójna od kiedy pamiętam. Ja kochana albo ja szanowana. Albo. Było tylko kilka, krótkawych, okresów w moim życiu kiedy tego wewnętrznego podziału nie czułam, czułam się płynna, lekka, swobodna i zintegrowana. Własna. O dziwo nie miałam wtedy problemów ani z pracą ani z międzyludzkimi związkami.

      I rzecz w tym, że to co prawda ja chodzę na terapię, ale nie do końca ja sama wygenerowałam ten problem. Po angielsku mówi się o tym „double bind” – podwójne więzy – a koncepcja podwójnych więzów pojawia się przy okazji ambitnych kobiet wyzwolonych spod ograniczeń udomowienia i podległości, kobiet, które zapragnęły pełni. Chodzi o to, że takie kobiety są karane w dwójnasób – karane poprzez wyśmianie, odrzucenie, krytykę, obojętność czy wręcz przemoc – karane za zbytnią kobiecość (tak, można być za bardzo kobiecym, tak, niedobrze jest być zbyt miękką mamuśką, zbyt uległą kochanką, zbyt ciepłą partnerką, tak, zawsze się znajdą ludzie, którzy stwierdzą, że wydrwione, wykorzystane albo potraktowane przedmiotowo kobiety same sobie były winne) i karane za zbytnią męskość (babochłopy zbyt kompetentne, zbyt agresywne, zbyt skuteczne, zbyt zimne, zbyt zdeterminowane, osamotnione, pozbawione sympatii i wsparcia za karę za czelność stania w jednym rzędzie z panami – i oczywiście – same sobie winne). Niewielu kobietom udaje się skutecznie nawigować pomiędzy społecznymi szykanami i dyskryminacją. Żadna zresztą przyjemność żyć wyłącznie tak, żeby nie budzić negatywnych uczuć i bolesnych reakcji. Równie dobrze można by przestać oddychać. Przestać mówić, myśleć, ruszać się, wykonywać jakiekolwiek czynności, wychodzić z domu i pokazywać się komukolwiek w którejkolwiek ze swoich wersji. Paradoksalnie, ponieważ odstają od kulturowych stereotypów kobiecości, żartują zamiast wyłącznie śmiać się z cudzych błyskotliwych dowcipów, tworzą zamiast tylko podziwiać cudzą twórczość, podróżują zamiast słuchać tylko o przygodach i eskapadach bardziej ekscytujących osób (płci wiadomej), dysponują doświadczeniem, wiedzą i umiejętnościami, które zdobyły same i mają je na własność, nie podlegając mentorskim i opiekuńczym zapędom tych, którzy zawsze muszą wiedzieć lepiej i zawsze być w pozycji eksperta, paradoksalnie to właśnie te pragnące wolności, podmiotowości, ambitne, odważne, zdrowo ciekawe świata kobiety przecina się na pół i wmawia im się, że to ich własna wina. Ale nie.

      Pamiętam jak dziś (#metoo) reżysera, który zaprosił mnie na spotkanie w sprawie wspólnego projektu i nagle zorientowałam się, że zamknął swoje biuro na klucz, a jego ręka znalazła się u dołu moich pleców. Uruchomiłam cały swój spryt i wywinęłam się z tego spotkania stopniowo zbliżając się do drzwi, a potem w odpowiednim momencie otwierając je i uciekając. Ale bolało. Bolała mnie moja własna naiwność, wiara, że ktoś, kto chciałby mnie uwieść będzie przede wszystkim rozmawiał, budował relację, poznawał mnie, słuchał i obserwował sygnały, a ponad to i ponad wszystko, że uszanuje moją wolę lub brak woli zbliżenia się ciała z ciałem. Ciach, na pół, koniecznie trzeba było rodzielić pracę i przyjemność, nikomu nie pokazać tej drugiej części w nieodpowiednim momencie, trzymać je obie za mordę w ryzach. Pamiętam jak dziś (#jateż) jak pewien chłopak z pracy, który nigdy nie miał bliskich koleżanek, bo to było poza sferą jego zainteresowań, i nic nie wiedział o wewnętrznym świecie swojej babci, mamy czy szwagierki, bo skoro nie dzieliły się tymi światami, to może ich po prostu nie miały, próbował mnie poderwać wcale nie pytając mnie o mój świat i moje przemyślenia, rozumiem dlaczego, ale oświadczając, że razem z kolegami nadali punktację dziewczynom z pracy i czy chcę wiedzieć, ile ja dostałam punktów. Powiedziałam mu, że świat to nie supermarket, dziewczyny to nie towary i że mnie się nie podoba taka zabawa i nie interesuje mnie moje miejsce w rankingu. Ciach, na pół. Pamiętam i nigdy nie zapomnę faceta, który powiedział mi, że z dziewczyną można albo spać, albo się przyjaźnić. Że kiedy zaczyna kogoś lubić, to brzydnie mu ten ktoś w łóżku. To czuje autentyczną fizyczną odrazę. Pamiętam odrazę w jego oczach kiedy patrzył na mnie. Odrazę czy przyjaźń? Jakoś to we mnie zostało. Zabolało śmiertelnie i zostało. Wzmocniło mur między moją podwójnością. Ciach, na pół.

      Ale zostało też to, że miałam kiedyś męża. Anglika z kolonialnymi korzeniami. I chociaż nie jest już moim mężem, nadal utrzymujemy kontakt. Mawiam, że jest honorowym, dożywotnim członkiem mojej rodziny. Raz na parę lat rozmawiamy, a te rozmowy są jak powrót do znajomego schroniska w skalistych górach. Mam go w swojej głowie – wspomnienie tej przyjaźni, która karmiła i dawała poczucie bezpieczeństwa, inspirowała i godziła szacunek z fizyczną bliskością – chociaż nie jesteśmy już razem, w trudnych momentach wracam tam i czerpię z tej pamięci. Mój mąż Anglik potrafił pomieścić i zintegrować w głowie szacunek do książek, które przeczytałam, chęć dowiedzenia się, co myślę o polityce i jak mi minął dzień, gniew na antyfeministów, empatię wobec ofiar dyskryminacji z chęcią spania ze mną w jednym łóżku i dotykania mnie tak jak się dotyka czegoś pięknego, godnego pożądania. Miałam innych kolegów, przyjaciół, kochanków, którzy mieścili te dwie mnie w jednej mnie, którym mieściło się w głowie, że jestem i jednym i drugim, że żadnej ściany nie trzeba budować, żadnych elementów mojej tożsamości po partyzancku ukrywać, żeby ten czy inny nieprzygotowany do dorosłych międzyludzkich związków pan nie musiał przypadkiem narażać na szwank swojej nieumiejętności pogodzenia w umyśle złożonej prawdy, wytrzymania ambiwalencji, znalezienia równowagi w sprzecznych emocjach.

      Więc tak, #metoo, #jateż.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 25 października 2017 16:21
  • czwartek, 19 października 2017
    • Jest w nas las

      Dziś rano po przyjściu do pracy zatrzymałam się przy stanowisku recepcyjno-ochroniarskim i z jakiegoś powodu (może dlatego, że pogoda jest piękna, a pogoda to temat wyjściowy dla wszystkich tych porannych pracowych pogaduszek) rozmawialiśmy o lasach - o zbieraniu grzybów, szukaniu jagód, o marynowanych prawdziwkach i o rodzinnych wycieczkach. Dowiedziałam się, że kilka osób, w tym jeden z naszych szefów, wzięło urlopy specjalnie na grzybobranie. Bo taka jesień płodna nam się w tym roku trafiła. Dojrzałość, płodność, o tym też myślę. Zrobiło mi się wewnątrz mszyście, bagniście, wilgotno, zaczęło pachnieć dymem zmieszanym z mżawką i gnijącymi liśćmi. Zaszeleściło mi znajomo. Półmrok we mnie zapanował. I rozpoznanie. Jak gdyby leśność stanowiła nasz wspólny mianownik, polski wspólny mianownik, którego od tak dawna szukałam w epicentrum politycznych, ekonomicznych, kulturowych, pokoleniowych, cywilizacyjnych wręcz wojen, jakie w Polsce toczymy ostatnio na potęgę. Tępiąc się nawzajem, konfliktując, wyniszczając wokół siebie życzliwość i zaufanie. Jak gdybym wreszcie, po bardzo wielu latach tułaczki, odnalazła jakiś element siebie, swój element, w ludziach, ludziach, którzy zbyt długo wydawali mi się nieprzekraczalnie, nieodwracalnie obcy.

      Wróciłam tu przecież po studiach, pracy i małżeństwie z Belgii i Anglii, odmieniona nie do poznania, fundamentalnie wstrząśnięta kontaktem z tamtym światem. Wróciłam, bo mnie ciągnęło do rodziny. A to ciągnięcie, jakby z brzucha ktoś mi wyszarpywał na żywo żołądek-jajniki-macicę, to ciągnięcie, ta więź, miała smak gniotowatych pierogów z kapustą i suszonymi podgrzybkami - nawet ich nie lubię, a taką mają moc. Ta więź, to ciągnięcie, pachniało stogami siana, które zamokły, kurzącą się drogą, ogniskami, pieczonymi jabłkami i spoconą, ciepłą skórą, bliską skórą. Wracają mi wspomnienia wszystkich tęsknot, opuszczeń i utrat. Wszystkich pozrywanych więzi. Nagle składam się z bólu po nich, jak drugi krwioobieg pulsuje we mnie też żyłkowany, organiczny układ blizn wrośniętych w moją tożsamość. Każda inna, ale wszystkie pachną jak przepocone włosy, jak ślina, jak sól, jak śluz, jak żelazista krew. Wszystkie falują cudzym, ale znanym, bezpiecznym tętnem. Mam w sobie tętno kilkuletniej siostry, z którą już nie sypiam przytulona w rozkopanych pierzynach, siostra ma od tego teraz trójkę rozpędzonych, rozkochanych w życiu dzieci. Mam w sobie tętno byłego męża, żywe jeszcze wsłuchiwanie się w cud jego - cudzego - bicia serca, synchronizowanie się dwóch serc. Uspokajania się w jego rytm, bo miał spokojny rytm kontynentu, na którym jeszcze się mało kto spieszy. Mam w sobie tętno psa, który czasem się na chwilę przytuli i pozwoli pogłaskać, posłuchać oddechu, ogrzać się w swojej żywości. Pies lojalny jest ze mną od ponad dwunastu lat, ale przecież nawet jego radośnie czułe ciekawskie nie znające sprzeciwu oczy, nawet jego upominająca się o zabawę łapa, jego uszy do góry postawione w czujności, nawet w tej więzi jest już przecież zalążek przyszłej utraty. Oboje to wiemy, on jakby bardziej. 

      Wracają mi wspomnienia wszystkich utrat więzi. Wyjazdów i rozwodów, odejść i rozstań i umierań. Ale dzięki temu znów pamiętam bycie blisko. Utraty więzi mają kolor dojrzałych sierpniowych liści, temperaturę i wilgotność słonecznego listopadowego świtu, fakturę zeschłego mchu. Smakują jak wodorosty.

      Kiedy wróciłam z Anglii, przez półtorej dekady szukałam - taka, jaka jestem, odmieniona kontaktem z inną kulturą, innym spojrzeniem na świat, systemem wartości i trybem życia, rozkochana w doroślejszej demokracji, w stabilniejszym dobrobycie, w instytucjach, które podmiotowo traktuja obywatela i w obywatelach, którzy sobie nawzajem bardziej ufają - szukałam sposobu żeby przynależeć nie poświęcając, nie amputując, nie zatrzaskując na wsze czasy wielkiej, ważnej, angielskiej części siebie. Na przemian próbowałam wprosić się do rozmaitych grup i zespołów i społeczności, nieodmiennie wpływając jakoś na nie i ulegając ich wpływom, nieodmiennie czując, że brakuje mi zdolności pozostania wiernej jakiejś esencji mojego doświadczenia, jakiejś prawdzie przeżytej, wiernej temu, czego się poza krajem nauczyłam, czego doświadczyłam i kim się przez to stałam. Chroniąc ten kawałek mnie stawałam się jednak coraz bardziej obca, odległa od ludzi mnie otaczających, odcięta od żywego z nimi kontaktu. Wydawało mi się, że moja cudzoziemskość, moje naznaczenie nieopowiadalnym, nieprzekazywalnym, nigdy nikt nie prosił, nie pytał, nie zaciekawiał się, wydawało mi się, że moje ukochanie niepolskich spraw, idei i symboli, niepolskich wartości, nie da się pogodzić z przynależnością. Tragiczny wybór. Odcinać samą siebie albo amputować więzi. Ani bez jednego ani bez drugiego nie da się żyć.

      Ten las. Ten las, te grzyby i mech i jagody i jesień i mżawka i dym palonych na polach traw sczerniałych. Dziś rano rozmawiając przy stanowisku ochroniarsko-recepcyjnym z ochroniarzem i recepcjonistką poczułam wspólność. Możliwość spotkania się w miejscu, które i ja i moi rozmówcy rozpoznajemy jako swoje, jako dobre, jako bezpieczne i znajome. Ten nasz las wewnętrzny owinął nas i stworzył rezonans, symbolicznie wrócił mnie rzeczywistości, w której istnieją inni ludzie. Wróciłam dziś z naprawdę. Naprawdę. Długiej emigracji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jest w nas las”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 października 2017 21:02
  • poniedziałek, 16 października 2017
    • Sklep z cukierkami

      Dla mnie Berlin jest jak sklep z cukierkami dla wygłodniałego dziecka. Może nie karmi, nie uzdrawia, ale coś zaspokaja. Wszędzie sztuka. Nie elitarna, nie skupiona w jakimś centrum czy na jakichś społecznych wysepkach, wszechobecna, dostępna. Sztuka nie wylewa się znikąd na ulicę, tutaj ulica jest ekspresją, latarnie, kosze na śmieci, bramy, okna, tu wszystko może stanowić twórczość. W Polsce przyzwyczaiłam się myśleć, że artysta to ktoś szczególny, ktoś wybrany, ktoś przez Boga namaszczony przy urodzeniu, że uprawianie sztuki jest niewskazane maluczkim, tutaj muszę zaakceptować demokratyczność twórczości, jej codzienność. Moja mama od lat nostalgicznie wzdycha, że chciałaby umieć rysować. Tymczasem ja myślę, że to inny rodzaj tęsknoty, utrzymywany w nienaturalnych ryzach przez mit o wysokiej kulturze, przez nieosiągalny próg jakości, któremu nie sprosta ktoś radośnie, amatorsko, odtwórczo bazgrzący. Chciałabym, żeby się przełamała, żeby zaczęła śpiewać, tańczyć, gadać głupoty i wreszcie, wreszcie, kiedy się tylko da ozdabiać kartkę za kartką własnym, niepowtarzalnym gryzmoleniem. Mój najokrutniejszy chłopak miał regularny zwyczaj zarzucać mi brak oryginalności. Na jego cześć (głupiutka, biedniutka krowa) rytualnie spaliłam wszystkie swoje rysunki. Dopiero teraz wracam do siebie, dwadzieścia lat później niezmordowanie pisząc i szkicując. Notes za notesem. Znowu i znowu mozolnie ucząc się, że kocha tylko ten, kto wspiera nieskrępowanie radosną ekspresję, bo ona jest zdrowieniem, a w rezultacie rozkwitaniem. Siedzę na bananowo żółtej ławce naprzeciw żeliwnego Bertolda Brechta, który też przysiadł wygrzać się w październikowe Babie Lato, ktoś mu zawiesił na szyi kartkę z napisem "die kunst ist kein schlaraffenland". Sztuka nie jest... Google twierdzi, że ostatni wyraz tego zdania oznacza Eldorado, krainę mlekiem i miodem płynącą albo raj dla próżniaków. Kątem oka widzę niebieskowłosą dziewczynę, która je obiad z koleżanką, kosmyk błękitny powiewa na lekkim wietrze, połyskuje w słońcu. Sprewa przecina łagodnie bulwary upstrzone knajpkami wszystkich kuchni świata. Na zewnątrz galerii z bardzo drogą afrykańską rzeźbą wystawiono buddyjsko spokojną, pogodzoną z losem drewnianą zebrę. Gdzie nie spojrzeć rowery. Z pobliskiego dworca Friedrichstrasse wyjeżdżają z dyskretnym świstem pociągi. Ćwierkają ptaki, które nie wyleciały z miasta na zimę. Wokół moich stóp krąży, kluczy osa sprawdzając czy nie upuściłam co nieco sałatki z dynią, burakiem i zieloną fasolką. Dookoła snują się prawie bezgłośnie grupki turystów wszelkich możliwych ras i religii. Rano poszłam na spacer. Bluszcz, graffiti, butiki, kawiarnie. Trafiłam na księgarnię z czasopismami dla ludzi takich jak ja. Dla humanistów zainteresowanych kulturą we wszystkich swoich przejawach. Patrzących dookoła i szukających wzorców, odzwierciedleń i sensów. Berlin jest dla mnie jak sklep z cukierkami dla wygłodniałego dziecka. Czuję tu równocześnie spokój, sytość i przesyt. Czasopisma dla ludzi podobnych do mnie. Czuję się prawie jak w domu, ale w domu posiekanym na małe kawałki. Setki tytułów, sklasyfikowanych niszami, superwyspecjalizowanych. Sztuka Kawy, Wędzone Mięsa, Sushi i Ramen w Tokio, Kawiarniane Rozmowy, Reportaże, Fantastyczny Mężczyzna, Łagodna Kobieta, Kwartalnik Rowerowy, Poezja Południa, Jedzenie i Sport, Prawdziwe Nordyckie Życie, Krytyka Popkultury, Kurator Sztuki, Europejska Fotografia, Wizualne Dziennikarstwo, Opowieści Urbanistyczne, Mężczyźni i Styl, Styl Mężczyzn, Miejski Tatuaż. To wszystko prawdziwe tytuły, spisane jak leci. Kupuję całą torbę książek i, przestymulowana, wychodzę. Może się boję, że w tym twórczym wielogłosie trudno mi będzie znaleźć własne miejsce? Że się mój wątły głosik nie przebije? Że mnie nikt a nikt w tej dwudziestopierwszowiecznej kakofonii nie usłyszy, sam zbyt zajęty autoprezentacją? A jednak trzeba próbować. Ufać, że kakofonia jest złudzeniem, że gdyby wzbić się ponad nią i posłuchać, w wielogłosie ludzkiej twórczości można znaleźć wzorce, sensy i odzwierciedlenia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 października 2017 16:19

Kalendarz

Luty 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl