Kucharka Zen

Wpisy

  • środa, 27 grudnia 2017
    • Open mic

      Idę przez nocne miasto, pustawe międzyświątecznie, brnę przez coś, co wcale nie jest miastem, nie jest nawet smogiem, chyba jest samotnością, więc to brnięcie to stan wewnętrzny, oporność od środka, chyba jest samotnością, ale tyle lat przed nim uciekałam, że już mu nie potrafię nadać odpowiedniej nazwy. Temu brnięciu. Wiem tylko, że jest gęste, oblepia i dławi, wiem że szczególnie lubi mnie opadać w tramwajach i wzdłuż zatłoczonych ulic. W metrze i w samolotach. Mam urlop, a bez pracy gubię się w dniach tygodnia. Najprawdopodobniej kończy się środa. Mijam kwiaciarnię. W wysokim oknie odbijają się latarnie, a ich nieostre fantomy przenikają się z bukietami zbitych, jędrnych róż, lilii i goździków, też niewyraźnych w tej ciemnicy. Za rogiem czeka mnie najlepszy drink mojego życia. Poprosiłam barmana o coś kwaśnego i orzeźwiającego. Kazał mi usiąść i poczekać. Wybrałam sobie mały okrągły stolik przy samej scenie, umościłam się w pomarańczowym pluszowym fotelu. Zdążyłam wziąć jakąś książkę z regału i ją przejrzeć pobieżnie i już za chwilę stała przede mną pękata szklanka z brzoskwiniowym płynem. Ciemny pomarańcz jakiegoś miąższu opadał na dno. Zamieszałam słomką. Na prośbę barmana upiłam ostrożny łyczek żeby sprawdzić, czy o to chodziło. To było dużo ciekawsze niż sobie wyobraziłam. Dużo oryginalniejsze niż moje najśmielsze pomysły. Anyż, ziołowa goryczka, cytrusy.

      Na scenie, w rządku pod szarą ścianą, pojawiły się instrumenty. Gitara, mandolina, klarnet, srzypce, kufel piwa.

      Kraciaste spodnie, bródka. Mieszkam w Budapeszcie, ale jestem z Transylwanii. Chłopak, który śpiewa, ma na nadgarstku grzechotkę, a ona bez dodatkowego wysiłku wybija rytm razem z uderzaniem strun przy kolejnych akordach. Czoło zroszone potem. Oczy zamknięte. Without loooo-ove. Where would you be now?

      Dawno nie byłam sama w knajpie. Mam na sobie różową szminkę i koronkową bluzkę i wysokie czarne kozaki. Mój żołądek jest z galarety. Zastanawia się - to miejsce skąd pochodzi siła i życie - czy ktokolwiek widzi jak się trzęsie, czy ktokolwiek wie, jak się kiedyś, bardzo dawno temu, jak się kiedyś przestraszyłam najgłębszą głębią żołądka. Moja terapeutka mówi, że traumatyzujący lęk paraliżuje tak bardzo, że nie pozwala podejmować decyzji, więc nie można się z niego rozliczać jako z tchórzostwa. A ja się jednak wstydzę każdego, nawet niedoszłego, ataku paniki. Powoli odzyskuję władzę w członkach, powoli budzi się do życia moje centrum sterowania. Jej wzrok nie ocenia, więc mięknę pod nim, rozpuszcza moje zawstydzenie. Chcę być widziana, chcę być niewidzialna.

      Gdyby nie zostawił mnie chłopak, być może jeszcze długo nie dotarłabym do tego miejsca. Nie byłabym go nawet ciekawa.

      Gitara węgiersko-rumuńskiego muzyka ma specjalnie wbudowane czarne elementy - dwa klawisze perkusyjne i coś w rodzaju kalimby, z drutami, za które się szarpie. Razem z grzechotką i pedałem, dzięki któremu można bębnić bez udziału rąk stanowią chyba wyposażenie zawodowego grajka ulicznego. Śpiewa po węgiersku piosenkę o tytule "nieważkość". Drugi brodaty chłopak siedzi na podłodze, akompaniuje na skrzypcach, fałszuje i ma to w stuprocentowym poważaniu. Chciałabym być taka jak on.

      Ostatnia piosenka jest znów po węgiersku, ale do wtóru mandoliny. Mandolina wyrywa mnie z ponurości. To fizycznie niemożliwe myśleć ponure myśli i słuchać mandoliny. Może taki już mój los, może tak już będę funkcjonować rozpięta w połowie drogi między lękiem a radością, może to absolutnie nic zdrożnego, tylko inni to lepiej ukrywają. 

      Zanim wyjdę porozmawiam jeszcze przez moment z przystojnym barmanem. Ma ładne oczy, tatuaże na przedramionach i radiowy głos. Flirtuje od niechcenia, więc i ja, chcąc nie chcąc, mozolnie przypominam sobie jak flirtować. Różowa szminka, koronkowa bluzka, żołądek jak galareta. Być może jestem czymś więcej niż umysłem wykonującym pracę za pieniądze. Być może jeszcze da się we mnie wzbudzić zapomniane, zaskorupiałe źródło miodowej, miękkiej słodyczy. Czasem, były korposzczur, wielkomiejski trybik, zapominam, że jestem i ciałem. Barman nieustraszenie patrzy mi w oczy. Każe zgadywać. Mówię cytrusy. Kręci głową. Mówię anyżek. Zaprzecza. Mówię tonik. Śmieje się ze mnie. Nieustraszenie patrzy mi w oczy. Ja spuszczam wzrok i szarpię się ze śladami szminki rozmazanej na kartach kredytowych w portfelu. Proszę go o serwetkę. Sprawdzam w torbie jak duże spustoszenie poczyniła szminka, ale nie jest źle. Wracam do rozmowy. Wreszcie chłopak przyznaje się, co mi zmiksował we wstrząsająco dobrym drinku. Aperol i sok ananasowy. Będzie więc trzeba kupić sobie Aperol. I znaleźć na YouTubie jakieś nagrania rozradowanej mandoliny.

      O, proszę: https://youtu.be/2ZogsGp-T4o

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 27 grudnia 2017 21:47
  • wtorek, 26 grudnia 2017
    • 5 błędów, których powinieneś unikać, przechowując jedzenie w lodówce podczas świąt

      Czego nie umiecie? Żyć nie umiecie, moi kochani.

      Boże, ile tego jest! Według artykułu, który mi się ostatnio zasugerował na fejsbuku na przykład, nie umiem składać życzeń świątecznych. Czterdzieści lat szlifowania sztuki lukrowanej życzliwości podczas dorocznych opłatków w szkole i pracy, trzy dziesięciogodzinne szkolenia z protokołu dyplomatycznego i kilkanaście lat przeświętowanych w międzynarodowych środowiskach, wszystko do kosza, bo ktoś właśnie popełnił poradnik, z którego wynika, że źle i niekompetentnie, bo istnieją eksperci w niszy savoir-vivre'u życzeniowego o specjalizacji gwiazdkowej, a ja takiego papieru nie posiadam bynajmniej.

      To trochę jak autorki książek o jedynie właściwej metodzie składania ubrań w szufladach. To trochę jak specjaliści od jednej marki albo jednego typu produktu. Trochę (sypnę się po głowie popiołem, a niech tam) jak doradcy rozwoju zawodowego.

      To trochę jak hiper-wyspecjalizowane YouTuberki od regulacji brwi, które śledzą w moim imieniu bieżące, sezonowe trendy w tej kwestii i dzielą się wspaniałomyślnie tą mikrowiedzą, przy okazji strasząc trochę, że jeśli nie obejrzę kolejnego filmiku, skażę się na dramat i śmieszność niemodności. Rozumiem, że w długiej perspektywie konsekwencją będzie to, że umrę stara, brzydka, niekochana i niebzykana, bo brwi. Moje brwi - powiem wam uczciwie - obejrzane już były przez kilka specjalistek, za pieniądze, bo raz na jakiś czas pada mi na mózg i postanawiam, że może jednak czasopisma kobiece wiedzą coś, czego ja nie wiem o atrakcyjności i o związkach międzyludzkich, a moja terapeutka myli się, że atrakcyjna jest przede wszystkim i niezależnie od wieku radość życia, a wtedy robię coś z paznokciami, brwiami, kolorem włosów albo pigmentem skóry, więc zabrałam brwi do kilku ekspertek i za każdym razem usłyszały inny zarzut, nieraz sprzeczny z poprzednim. Za gęste, za bardzo wyregulowane, za mało naturalne, nieodżywione, zaniedbane. Moje brwi, zawstydzone prawie w niebyt, postanowiły się więc zaopatrzyć w baterię rekomendowanych środków pielęgnacyjnych i oprócz starej dobrej pęsetki mają obecnie na stanie kredkę, tusz, odżywkę i dwa odcienie cieni. Serio. Mam bardzo niemodne, ale za to niezwykle zdyscyplinowane, świetnie zaopatrzone brwi o spektakularnie niskiej samoocenie. Zahukane, oklapnięte, znerwicowane brwi, którym nie pozwala się po prostu być sobą. Kredki nie polecam, ale raz trzeba było spróbować. Odżywki nie używam, bo mi się to wydaje absurdalne, ale jest w komplecie z cieniami, a cienie są fajne. Przynajmniej jeden, bo drugi - jak to zwykle w przypadku kompletów cieni - w ogóle mi nie pasuje. Nikt mnie lojalnie nie uprzedził, że z wiekiem brwi przerzedzają się, a maźnięcie ciemnobrązowym cieniem tworzy iluzję obfitej, zdrowej młodości, więc skoro mam jakąś kuriozalną fiksację na brwiach akurat, to przynajmniej brwi będę miała na pozór młodzieńcze. Może mnie ktoś jeszcze bzyknie jednak, taką niemodną acz ciemnobrewą, przed emeryturą.

      No więc nie umiem składać gwiazdkowych życzeń (ostracyzm), nie potrafię przechowywać jedzenia w lodówce podczas świąt (wybicie całej ukochanej rodziny poprzez zatrucie pokarmowe), nie nadążam podążać za mikrotrendami (samotna śmierć z braku seksu), ale nie umiem też bardzo wielu innych, bardziej fundamentalnych rzeczy. Kiedy ponad dwanaście lat temu zdecydowałam się przygarnąć psa, rzeczywiście brak mi było jakichkolwiek kynologicznych kompetencji, a czarny zakapior sikał po parkiecie, jadł meble i skarpety, terroryzował gości i dręczył wyciem sąsiadów. Potrzebowałam nabyć bardzo dużo wiedzy piorunująco szybko. Przychodziły mi do głowy cztery źródła informacji, a każde z nich miało wady i zalety.

      1. Rodzina i znajomi, zawsze gotowi służyć pomocą, podzielili się na dwa obozy, zależnie od osobowości. Jedni z entuzjazmem i szczegółowo analizowali, co robię źle i dlaczego w ogóle nie powinnam mieć psa. Nie pomagało. Drudzy uniwersalizowali własne doświadczenia i na podstawie swoich psów, ewentualnie psów krewnych i przyjaciół, serwowali mi ogólne zasady. To źródło wiedzy okazało się dobrym materiałem do eksperymentów i część sensownych nawyków, które mamy z psem do dzisiaj zawdzięczamy grupie zaprzyjaźnionych psiarzy.

      2. Byli też przechodnie. Przechodnie, podobnie jak pierwsza wymieniona grupa znajomych, wydawali na ogół sądy kategoryczne, druzgoczące i ad hominem. Jak pani może swojemu psu pozwalać na... (tu wstaw zachowanie typowego zdrowego, zrównoważonego zwierzęcia)??? Dopiero po latach, porównując notatki z zaprzyjaźnionymi świeżo upieczonymi rodzicami, zrozumiałam, że obcy na ulicy i "życzliwi" znajomi nie wytykali mi rażących, karygodnych skuch i że ja tak naprawdę wiedziałam lepiej, co robię. Młode matki podobnie jak właścicielki psów dyscyplinowane są publicznie przede wszystkim, w przeważającej, przerażającej większości przez osoby, które nigdy nie miały pod opieką ani psa ani dziecka. Stąd łatwość ferowania czarno-białych wyroków z piorunującą pewnością siebie. W duchu "Google wie wszystko, ale Polak wie lepiej". W duchu efektu Dunninga-Krugera.

      3 i 4. No ale piekło zaczęło się, kiedy zaczęłam korzystać z kolektywnej mądrości poradników, a gdy w gąszczu zwalczających się pazurami do ostatniej krwi szkół i fanatyzmów wybrałam parę książek w miarę rozsądnych, odkryłam, że poradniki bywają fajne, tyle że jakimś cudem nie opisują nigdy mojego indywidualnego przypadku, więc nie pomagają w niczym szczególnym, wpadłam w toksyczną spiralę internetu i polskich internetowych forów. I znowu zaliczyłam ćwiczenie z tego, że kiedy prosi się drugiego człowieka o pomoc czy poradę, trzeba wziąć pod uwagę, że najpierw przemówi jego ego - często rozrośnięte, nierzadko chore, a na forach internetowych ten proces przybiera apokaliptyczne rozmiary i patologiczne formy.

      Bywa komicznie, pod warunkiem, oczywiście, że się nie jest w palącej życiowej potrzebie - zdrowotnej, emocjonalnej czy zawodowej. Ostatnio kiedy próbowałam jakiś termin niszowy przetłumaczyć na angielski, weszłam na forum "specjalistów" i ku swojej wielkiej uciesze, bo mnie czas szczególnie nie naglił, stwierdziłam, że nigdzie, NIGDZIE na forum, na trzech stronach reakcji na pytanie o właściwe tłumaczenie specjalistycznego słowa, nie pada odpowiedź. Internauci są zbyt zajęci wytykaniem sobie nawzajem braku precyzji, niekompetencji, a przede wszystkim całkiem niemerytorycznym rzucaniem się sobie do gardeł, że znika w tym wszystkim sens i cel istnienia tej społeczności i tej platformy komunikacyjnej. Krwawe igrzyska o honor i reputację, których nikt nie wygrywa. Społeczność zepsuta, chora, patologiczna.

      Bo to społeczność zawodzi. Kiedy wreszcie, zmęczona kakofonią postprawd, pseudoprawd i gówno-prawd, udałam się za grubsze pieniądze do specjalisty, takiego oficjalnego, w białym fartuchu i z dyplomami, dostałam jak zwykle opierdziel, że nie powinnam mieć psa, bo pewnie go swoją niekompetencją doprowadzę do choroby, szaleństwa, a wreszcie na bank uśmiercę, a potem jakieś enigmatyczne, magiczne porady jak u szamana, z których wynikało, że muszę dopłacić drugie tyle i wtedy czarnoksiężnik mi może coś wyczaruje. Zasięgnęłam drugiej opinii. Również za własne pieniądze. Uśredniłam, podzieliłam przez trzy i eksperymentowałam dalej.

      W końcu wreszcie postanowiłam uspokoić się, przestać tak cholernie trząść nad swoją rzekomą niekompetencją, popatrzeć i posłuchać, co ma mi do powiedzenia mój pies i wtedy, mozolnie, eksperymentalnie, intuicyjnie i w bliskiej współpracy, wyszliśmy razem z kryzysu. 

      Podobny proces przechodziłam za każdym razem kiedy zaczynałam pracę. Pomagało mi masę ludzi, ale na koniec sama musiałam wprowadzić się na stanowisko i wdrożyć do nowej organizacji.

      Podobny proces przeszłam ucząc się dbać o swoje zdrowie kiedy zachorowałam ze stresu i z przepracowania - znajomi, książki, internet, specjaliści rozmaitej maści, miotałam się w tej swojej niewiedzy i zależności, zdruzgotana faktem, że tylu osób nie obowiązuje wobec mnie przyzwoitość, empatia, że rozpadł się społeczny kontrakt, że w chwilach bezradności, słabości, i tak trzeba być czujnym, trzeźwym, i tak obowiązuje zasada ograniczonego zaufania, bo mój alergolog, gastrolog czy dentysta może mi wmówić problem nieistniejący, policzyć trzy razy więcej niż to konieczne i spać spokojnie w nocy. Druga opinia, trzecia opinia. W przypadku usuwania górnej jedynki z poważnym stanem zapalnym dopiero trzeciemu chirurgowi szczękowemu zaufałam ze swoją szczęką. Dobre kilkaset złotych biedniejsza.

      No więc po co w ogóle pisać o złych doradcach i nieuczciwych ekspertach? O źródłach wiedzy i niewiedzy? Może dlatego, że taka jest teraz kondycja naszego świata i nie ja jedna zdruzgotana jestem brakiem siatki bezpieczeństwa. Z jakiegoś powodu regularnie wyobrażam sobie, że tak musiało być w czasach Wielkiego Kryzysu w Ameryce. Każdy zdany był tylko na siebie. Coś społecznego się rozmontowało, coś międzyludzkiego uległo spektakularnemu zniszczeniu. Norman Davies pisał o Polsce tak, że tłumacząc ją swoim zagranicznym kolegom musi ich poprosić żeby sobie wyobrazili chaotyczne podbijanie Dzikiego Zachodu albo świat sycylijskiej mafii - każdy sobie, liczy się tylko garstka najbliższych, a obcemu zrobić można wszystko - sciemnić, zmanipulować, oszukać, im bardziej bezbronny i naiwny, tym bardziej sam sobie winny, że go ktoś wykorzystał. Więc po co w ogóle o tym piszę? Może dlatego, że jesteśmy społecznymi istotami i czerpiemy wiedzę od siebie nawzajem, chcąc nie chcąc zależymy od siebie i musimy sobie zaufać. Może dlatego, że teraz dużo się mówi o postprawdzie, o kryzysie zaufania do elit i do rządzących. Może dlatego, że dopiero na terapii trafiłam na kogoś, kto nie wykorzystał mojej bezbronności i uczy mnie się samej uczyć, uczy mnie samodzielnie nabierać wiedzy i umiejętności, pozwala mi być coraz bardziej kompetentną, a kiedy gadam głupoty nie poniża, nie triumfuje, nie poucza, nie wykorzystuje. Może dlatego, że spędziłam właśnie trzy świąteczne dni z babcią, która zawsze wszystko wie, nawet kiedy wcale nie wie, a ja wzrastając w jej cieniu nauczyłam się głupieć na zawołanie, wątpić we własną mądrość i kompetencję, równocześnie ulegając podobnemu jak ona złudzeniu, że wątpliwości, niewiedza czy bezradność to słabość i zaproszenie do nadużycia. Bo ile razy człowiek zaufał fałszywym ekspertom? Ile razy dał się nabrać, naciągnąć, zmanipulować? Jestem trochę chłopkiem-roztropkiem, w duchu efektu Dunninga-Kramera, przerażonym, że jeśli odsłonię się w swojej niekompetencji i bezradności, zaraz się zlecą sępy. Jestem produktem swojej chorej kultury, w której bardzo dawno temu zdemontowano społeczną tkankę zaufania i solidarności.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 grudnia 2017 15:23
  • niedziela, 24 grudnia 2017
    • Wigilia

      Moja całodobowa siłownia otwarła się na parę godzin wigilijnym przedpołudniem. W damskiej szatni nikogusieńko. W hali maszynowej garstka ćwiczących, ale ja tu musiałam przyjść żeby nie zwariować. Żeby naładować baterie na dwa dni, bo w drugi dzień świąt znów otwierają. Kątem oka rejestruję napakowanego mężczyznę, który siedzi i energicznie szarpie za dwie linki z ciężarkami na wysokości twarzy. Szarpie i puszcza, szarpie i puszcza. Wygląda jakby chciał sobie wybić tymi ciężarkami dziury w policzkach.

      Słucham energetyzującej muzyki, oglądam mistrzostwa świata w lekkiej atletyce na Eurosporcie, myślę trochę ze złościo-podziwem o ostatniej sesji terapii, na której wbiło mnie fizycznie w ścianę od zatęchłego ze starości, wrośniętego mi w fizjologię strachu. Jak ja się boję. Rozmawiałyśmy o traumie transgeneracyjnej - o tym jak pokolenie co przeżyło dewastację wojny wychowało pokolenie co przeżyło dewastację totalitaryzmu, a ono z kolei wyposażyło na przyszłość w ideały pokolenie, które musi sobie radzić z przemocą i bezdusznością turbokapitalizmu w jego prowincjonalnej, nadgorliwej, postkomunistyczno-katolickiej wersji, która takim ludziom jak na przykład ja nie zostawia sensownego ruchu. No więc każde z naszych pokoleń ma swoich herosów. Moi dziadkowie musieli swoją wiejską dziecięcą bierność z uszami po sobie i ogonem między nogami skonfrontować z bohaterami powstania w Warszawie, nieustraszonymi. Moi rodzice musieli żyć w cieniu Solidarności, w jakimś drugim szeregu, który coś tam raz ukrył, komuś pomógł to i owo przeszmuglować, ale dla spokoju psychicznego, dla zdrowia, dla nietykalności rodziny, częściej pokornie, wbrew sobie, ugryzł się w język, spuścił wzrok, udał, że go nie ma. A ja? A i ja muszę sobie jakoś wybaczyć, bo ani nadczłowiekiem ani rewolucjonistą nie jestem. Boję się, najzwyczajniej się boję: bezrobocia, samotności, choroby, odrzucenia. Wszystkiego liznęłam po trochu, więc wiem, że wypadnięcie poza peleton to wielka cena za wolność wewnętrzną.

      Ale wstydzę się, wstydzę się swojej mierności, swojej bierności, swojego konformizmu. Moja terapeutka mówi, że towarzyszące mi od jakiegoś czasu metafory prostytutki i wiedźmy mogą być interesującym materiałem do przemyśleń. Bo czy nie prostytuowałam się? Dla narzeczonych, pracodawców, klientów? Czy nie zaprzedawałam im wypalonego ciała i wyjałowionej duszy?
      Na ekranie przepiękne młode kobiety o sprężystych, silnych, smukłych ciałach biegną na 1500 metrów. Mięśnie ud pulsują im pod skórą w rytm stóp odbijających się od bieżni. Takie młodziutkie są, takie doskonałe, tyle w nich bezwstydnej witalności, tak się ta witalność synchronizuje radośnie z moimi endorfinami. Witalność. Ja swoją prostytuuję, wynajmuję innym aż mi jej nie starcza dla samej siebie, bo boję się, że czarownice umierają chore, same i wykluczone.

      Podobno im lepiej idzie terapia, tym pacjent więcej czuje. Dziękuję bardzo. Kiedy dziewczyna z RPA pada na ziemię za linią mety, śmiertelnie wyeksploatowana, kiedy podnosi ciężką głowę i dowiaduje się, że została mistrzynią świata, płacze ona i płaczę ja. Biegnę, biegnę, muzyka gra mi w słuchawkach, przed chwilą czułam euforię, teraz zwyciężam razem z nią. Mój ojciec był dziecięcym mistrzem Warszawy w rzucie młotem. Potem etat i dwójka dzieci. Jakaś jego część musiała nas nienawidzić. Mieliśmy być zwycięzcami. Bohaterami. Świętymi. Nadludźmi. Podobno im lepiej idzie terapia, tym pacjent więcej czuje. Dziękuję bardzo. Tyle mam sobie niezdobytych medali do wybaczenia. Tyle szarf i dyplomów i nagród. Nie wiem, czy się potrafię z nimi pożegnać. Nawet jeśli nigdy naprawdę nie były w zasięgu ręki. Nawet jeśli dziś spędzę cały dzień próbując nie udusić mojej babci nad opłatkiem, a być może takie powszednie akty heroizmu zasługują na chociażby rzężącą, chociaż fałszującą, chociażby słabą fanfarę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Wigilia”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 grudnia 2017 15:33
  • wtorek, 19 grudnia 2017
    • Kintsugi

      "A na pocałunki jeszcze przyjdzie czas - powiedział Książę z Bajki schodząc ze Śpiącej Królewny". Taki żarcik znalazłam w kompilacji perełek internetu, ręcznie zebranych najlepszych z najlepszych dowcipów, którymi dzielą się użytkownicy. Przysiadłabym z wrażenia, gdybym nie siedziała. Całkiem niewinnie szukałam dla kolegi czegoś zabawnego na poprawienie humoru. Nie wiedziałam, że ktoś mi przy tej okazji przypomni, że ja i podobne mi istoty to karaluchy i można nas bezkarnie zgniatać. Próbuję się przyzwyczaić do świata, w którym występuje tak głęboka pogarda i odczłowieczenie, że ktoś nie tylko wykorzystuje nieprzytomną osobę, ale potem jeszcze sobie samemu poprawia humor, że to fajne było i że pewnie koledzy będą pod wrażeniem, że tak k**wę potraktował, tak jej pokazał. Ale k**wa śpi, więc nie bardzo wiem, czym zawiniła. Ale to jest jakiś stały kulturowy motyw w pewnych kręgach - że skoro kobiety są słabe i jękliwe, skoro lubią czuć się bezpieczne, skoro bierne są i usłużne, skoro pragną czułości i opieki, to się same podkładają, jakoś bardziej uzasadniona jest przemoc wobec nich, bo silny i wykorzystujący ma jakieś potworne, niczym nieuzasadnione poczucie wyższości.

      A z drugiej strony dzisiaj cały dzień spędziłam z facetem, który rozmawiał ze mną jakbym była kompetentna, inteligentna i w ogóle jakaś fajna, a ja ostatnio na takie sytuacje nie mam procedury, więc tylko się przyglądałam zaskoczona. Przysiadłabym z wrażenia, gdybym już nie siedziała.

      Kiedy miałam osiemnaście lat, serce złamało mi się tak mniej więcej pośrodku. Nie wiedziałam jeszcze, że wcześniej łamane i zrastane było po wielokroć, ale regenerowało się szybko, ale blizny wchłaniały się prawie całkowicie, niezauważalne już, więc ten chłopak, który przyjechał, zauważył mnie, zachwycił, pozwolił odczuć moje przyciąganie, moją władzę, moje piękno i wielkość, boże jaka dzięki niemu byłam spektakularna, podejrzewam że świeciłam w nocy, pocałował i wkradł mi się w miejsce, które z własnej, nieprzymuszonej woli zmiękło i pozwoliło na więcej, więc ten chłopak zapadł mi na zawsze w pamięć. Nosiłam bliznę po jego wyjeździe miesiącami, płakałam tak, jakby to był powód do dumy, ten ból nobilitował. Wydawał się jak śmierć za życia, nie do uwierzenia było, że wstanę po nim i pójdę dalej, więc tarzałam się w nim, wzmagałam go, podtrzymywałam i utrwalałam. To takie romantyczne przecież, mieć złamane serce po wielkiej miłości.

      Chciałam napisać krótki wpisik o tym, że dwadzieścia lat później mam serce nawet nie złamane, ale połamane, w tylu miejscach, że nawet nie wiem, od czego zacząć. Bo zapomniałam jak się zabliźniać, jak nie cierpieć nadmiernie, jak się otrzepywać i podnosić głowę. Chciałam napisać, że teraz się dopiero uczę emocjonalnego odpowiednika japońskiej sztuki kintsugi - sklejania rozbitych naczyń ceramicznych złotym klejem tak, żeby to posklejane naczynie ze złotym żyłkowaniem w miejscu spojenia stanowiło coś nowego, dzieło sztuki przypominające o kruchości i absolutnie jedyne w swoim rodzaju, niepodrabialne, niekopiowalne. Moje serce połamane jest niedokończonymi pożegnaniami, ale nie tylko z ludźmi. Z marzeniami niecałkiem spełnionymi. Z planami, które spaliły na panewce. Z misjami niedokończonymi. Z niezrealizowanymi potencjałami. Z ulotnością tej wielkości, co się czasem budziła w kontakcie ze światem - tego świecenia w nocy. Z  przyszłościami, co się nie urzeczywistniły. 

      Ale ten wpisik jest o pogardzie. Jak pewnie wszystkie wpisy na moim blogu, w mniejszym lub większym stopniu. Trudno mi sobie wyobrazić kim bym bez pogardy została w życiu, o ile spokojniejsza i bardziej pogodzona ze sobą bym była, o ile zdrowsza. Ale jak żyć w świecie, który tak bardzo żartuje z kobiecych złamanych serc i tak głęboko ma w nosie kobiece złamane życia? Jak żyć w świecie, który w najlepszym wypadku nie widzi mnie, mojej pracy, mojego starania, mojej czułości, a w najgorszym odczłowiecza mnie, robi ze mnie kłodę bez czucia, wygodnie sobie usprawiedliwia gangsterskie wykorzystania, musiało przecież być tak, że zasłużyłam - na obojętność, na okrucieństwo, na wykluczenie.

      Moja terapeutka, jak się okazuje - ku mojej złości, ku bezradnej rozpaczy - wraca mnie do miejsc, w których jednoczę się z wszystkimi, którzy kiedykolwiek pogardzali mną i mnie podobnym stworzeniom, w których ze strachu, z paraliżującego, ślepego, biologicznego strachu solidaryzuję się nie z samą sobą, ale z tym, kto mnie krzywdzi, kto mnie ignoruje, kto mną pomiata i mną pogardza. Śmieję się z żartów uprzedmiatawiających, graniczących z kryminałem, niedopuszczalnych, bo inaczej zadzieje się jeszcze większa agresja, gdybym stanęła lojalnie sama za sobą, wyobrażam sobie, że dostałoby mi się jeszcze bardziej jeszcze bardziej jeszcze bardziej, zemstowo, odwetowo, sadystycznie. Moja terapeutka pokazuje mi złoto na styku skorup mojego serca. W miejscach, do których przysięgłam sobie, na poziomie trzewi, upodlenia, odczłowieczenia, w miejscach, do których przysięgłam sobie nigdy nie wracać. Tam, gdzie korporacja potraktowała mnie jak kłopotliwy zasób, coś na kształt krnąbrnego umeblowania. Tam, gdzie polityka potraktowała mnie jak przeszkodę i sprytnie doprowadziła mnie do tego, że się sama usunęłam z drogi. Tam, gdzie ci bardziej bezwzględni, bardziej drapieżni zastraszyli, wyśmiali, wykluczyli. Tam, gdzie ci bardziej przerażeni postraszyli aż prawie postradałam zmysły. Moja terapeutka skleja mnie złotym klejem, ale na stykach skorup znowu boli, a przecież ułożyłam sobie życie tak, żeby do tego nigdy więcej nie doszło, dziwne, nie tęsknię za miejscami, za ludźmi, za honorami ani miłościami, tęsknię za samą sobą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 grudnia 2017 19:00
  • niedziela, 17 grudnia 2017
    • Podróże w czasie

       - Panie dyrektorze, gdzie pan jest?

      - Ktoś wie, gdzie jest pan dyrektor?

      - Pan dyrektor powinien zaśpiewać!

      Zamęt. Stoję na wpół ukryta za drewnianymi drzwiami, obok dziecięcego chóru oraz pewnego wąsatego mężczyzny otoczonego wianuszkiem kobiet w średnim wieku. Zaskakująco dźwięcznym mezzosopranem śpiewałam przed chwilą kolędy przed publicznością złożoną - zgadując po powierzchowności najpłytszej i najszybciej dostępnej - z kierowców autobusów, księgowych, urzędników i nauczycieli, ubranych skromnie, uczesanych schludnie, wpatrzonych w piejące z przodu pałacowej sali, ubrane na galowo pociechy.

      Dyrygentka rozgląda się w poszukiwaniu szefa tej państwowej placówki kulturalnej, marmurami wykładanej i parkietem odrobinę wypaczonym. W pałacyku umeblowanym przed paroma dekadami, niezmienionym od lat kurz wydaje się namacalny, chociaż przecież czysto jest, ale żyrandole poszarzałe, ściany pożółkłe, na wszystkim osadził się charakterystyczną warstwą czas. Jest tu coś na kształt recepcji - biureczko z udrapowaną na nim zmęczoną, zniechęconą panią i podobnie nieobecnym panem. Jest szatnia dwiema paniami w syntetycznych fartuszkach zarządzana. Brakuje tylko kanapek zawiniętych w papier śniadaniowy, herbaty w szklankach z uszkiem i poczucia, że jestem petentem, że z definicji przeszkadzam. Nikt nie wie, co się dzieje. Pytam gdzie są sąsiedzkie warsztaty tworzenia bombek, bo chcę poznać lokalną społeczność, a potem zawiesić swoje choinkowe dzieło na drzewku przy pobliskim skwerze. Energiczna kobieta w garsonce zagania mnie na widownię, na koncert, ale ja nie na koncert przecież. Łaskawie zgadza się więc, że może skoro w sali obok siedzą przy stole wąsaty pan i jego asysta - wianuszek pań w średnim wieku - skoro nawlekają łańcuchy i brokatem obklejają kuliste przedmioty, proszę bardzo, mogę do nich dołączyć. Wchodzę więc i słucham jak mężczyzna wygłasza znad bombek polityczne tyrady. Jedna z kobiet coś czasem dopowiada. Mnie to męczy, nawet jeśli w polsko-polskiej wojnie jestem po tej samej co oni stronie, męczy mnie dalekość i hermetyczność tych, którzy rządzą, bezradność nasza na poziomie chodnika obezwładnia, więc niezauważona, niezapoznana, niewprowadzona, zajmuję miejsce i zaczynam wycinać z folii aluminiowej kształty gwiazdopodobne. 

      A potem nagle ktoś nam każe biec do drugiej sali i dołączyć do chóru. Mnie towarzyszy coraz wyraźniejsze ostatnio, regularne poczucie, że nie wiem, jak się znalazłam tam, gdzie jestem. Nie wiem, dlaczego robię to, co robię, tak jakbym się wybudzała ze śpiączki, ale coraz bardziej lubię to zagubienie, tę absurdalność, tę nowość starego świata, jego dotkliwość i jaskrawość. Niesie ze sobą ona czasem perełeczki-niespodzianeczki, takie jak to śpiewanie z chórem dziecięcym, którego nie planowałam w ogóle, które mi się nawet nie wyobraziło kiedy wstawałam rano jako część planu dnia. Ten mezzosopran, co się ze mnie wydobył. Moje dni mnie zaskakują. Jak film, który się wokół mnie wyświetla wymagając wzięcia udziału, jakiegoś zaangażowania, ale że nie udostępniono mi scenariusza, improwizuję. Mozolnie sobie przypominam sztukę spontanicznego współtworzenia rzeczywistości. Stare skrypty zawiodły. Nowych jeszcze nie ma.

      Narasta przeczucie, powoli się do czegoś szykuję,  coś we mnie wie, że nastąpi za moment niespodzianeczka-perełeczka. Stoję na wpół za drzwiami. Jestem przekonana, że dołączyć do chóru miał tylko pan wąsaty i jego świta, ja tu się zaplątałam, nieplanowana byłam, niezagospodarowana, nikt nie wie, kim jestem i jaką mam funkcję. Cieszę się tą nieoznaczonością. Zamieszanie, poszukiwania dyrektora, który chyba ma coś zaśpiewać, dyrygentka zdecydowanym głosem zarządza chaosem.

      - Zróbmy tak może, że pan Zbyszek pójdzie poszukać pana dyrektora, a my w tym czasie wymyślimy jaką kolendę dyrektor zaśpiewa. Co? Zrobimy tak?

      Wąsaty pan Zbyszek oddziela się od chóru i wyrusza w poszukiwaniu kierownika placówki. Widownia złożona z mokotowskiej klasy pracującej i średniej jak jeden mąż podchwytuje pomysł czyjejś mamy. Oj Maluśki, Maluśki. Nie znam słów. Ciekawe, czy zna pan dyrektor.

      Oj Maluśki, Maluśki. Parkiet za moimi plecami, na korytarzu skrzypi w rytm trzech par kroków. Zbliżają się. Pan Zbyszek wpada, za nim drobna blondynka w czarnej mini i na gustownych cienkich obcasach, w nierozłącznym tandemie z dyrektorem. Dyrektor staje przed chórem, zasłania mnie, kokietuje, wzbrania się, zauważa, przeprasza, przesuwa się, wyznacza gustowną blondynkę jako zastępstwo. Blondynka uzgadnia szybko i pewnie tonację z przerażonym ciężko młodym mężczyczną za fortepianem, a potem nagle śpiewa wybraną przez siebie kolendę, profesjonalnie, operowo, monumentalnie, śmiertelnie poważnie, co licuje z żyrandolami przykurzonymi i zaskoczoną widownią. Brawa rozsypują się nierównomiernie dźwiękiem po sali.

      - Ale może jednak pan dyrektor zaśpiewa? - nie ustępuje pan Zbyszek, w końcu po coś go fatygowano. Dyrektor uśmiecha się, kręci głową, że nie. - To może wszyscy zaśpiewajmy? Oj Maluśki?

      Dyrygentka pyta widownię, czy może ktoś chce dołączyć do chóru. Patrzę na publiczność karną, bierną z nadzieją, gdyby ktoś dołączył, nie byłabym już jedynym zaplątanym przypadkowym cywilem, ale nikt nie chce. Pozostaję surrealistycznym rodzynkiem, niską panią w zielonej bluzce z falbanami i zimowych butach z futerkiem, która zobaczyła w oknie mięsnego za rogiem plakat, że sąsiedzkie warsztaty, że inicjatywa lokalna, ale nie zauważyła, że odgórna, przez Ratusz i dom kultury zorganizowana, więc teraz zalicza z szeroko otwartymi oczami jakiś przedziwny powrót do przeszłości. Pan dyrektor i pan Zbyszek są produktem innej kultury, innego świata, który nadal wyspami istnieje. Najciekawsze było to, że plakat zapraszał ludność mokotowską do udziału, zachęcając do przyniesienia własnych materiałów bombkarskich, a teraz jedna z pań, które nie przedstawiły siebie ani swojej koncepcji, ale domyślam się, że są pomysłodawczyniami, irytuje się, że przecież przyniosła wstążki, że nie miało być łańcuchów, że bombek za dużo zrobionych, że spray złoty niewyeksploatowany, podejrzliwie patrzy na moją twórczość przy użyciu folii z domu przytarganej. Przypomina mi się szkoła podstawowa, zajęcia z plastyki, ale właściwie ze wszystkiego innego też. To frustrujące domyślanie się, jaką miała na nas koncepcję nauczycielka i czym ją tym razem zawiedliśmy. Byliśmy regularnym rozczarowaniem dla dorosłych, którzy to wszystko wyobrażali sobie inaczej. Obok plakatu reklamującego to wydarzenie wisiał w witrynie mięsnego drugi, podobny plakat, który zachęcał do oddolnych konsultacji z nowiutką, świeżutką organizacją sąsiedzką. Pomyliły mi się plakaty, byłam przekonana, że znajdę się wśród młodych ludzi, którzy warsztaty prowadzą już całkiem inaczej. Żywiołu ludzkiej twórczości nie hamują uprzednią koncepcją. Byłam na rozmaitych spotkaniach, gdzie uczestnik dostawał pełną dowolność i sygnał, że każdy jego wkład będzie ciekawy, cenny, pełnowartościowy. Nikt się nikim nie rozczarowywał. Te nowe warsztaty, demokratyczniejsze, z bardziej płaską hierarchią, bo prowadzący jest tylko ułatwiaczem, nic więcej nie wie i nie oznacza niż reszta biorących udział ludzi, te nowe warsztaty uczą mnie sprawczości, rozpuszczają moje skamieniałe wewnętrzne nawyki posłuszeństwa ślepego, bierności, poupychanej po kątach niewyrażanej frustracji i tego poczucia właśnie, tego starego, dobrze znanego poczucia, że jestem nikim, że scena należy tylko do dyrektorów i do ładnych młodych pań ze słowiczymi głosami, a reszta z nas może co najwyżej powtórować chóralnie. 

      Noszę taki balast niewyrażonej goryczy, żółci nieprzetrawionej, nawet nie wiedziałam. Pan dyrektor nadal nie śpiewa. My za to śpiewamy. Oj Maluśki, Maluśki, Maluśki. Kończą mi się słowa, więc wpatruję się w ładną starszą kobietę w pierwszym rzędzie, która zna przynajmniej pierwszą zwrotkę. Z niewielkim opóźnieniem, zgadując co dalej i czytając jej z ruchu ust, markuję trochę, a trochę śpiewam. Potem chór milknie. Drugą zwrotkę zna tylko jedna osoba. Szara kobieta ze świty pana Zbyszka, popielate włosy obcięte na miskę, workowata bluzka, wygodne korekcyjne obuwie i nadwaga, standardowy pakiet składający się na niewidzialnego społecznie człowieka po menopauzie, nagle tylko ją było słychać, mocno stojącą na nogach, schowaną w samym środku jasnych główek innych śpiewaków, nagle tylko jej głos, ani piękny, ani mocny, ale konkretny i kompetentny, ona znała tę kolendę i lubiła tę kolendę i śpiewała tę kolendę do oniemiałej, zmęczonej panem dyrektorem i panią z operową prezencją i panem Zbyszkiem z jego monopolizowaniem dyskusji w wianuszku zahukanych wielbicielek, sprowadzaniem wszystkiego do polityki, do oniemiałej mnie, której do gardła, do ust w podkowę wygiętych, do oczu podchodziło wzruszenie, perełeczka-niespodzianeczka stała tuż obok mnie i pokazywała, że oprócz władzy - oblężonej, obwarowanej przemocą, zabarykadowanej za zamkniętymi drzwiami zakurzonych pałacyków, oprócz władzy i urody - danej nierówno, niesprawiedliwie, zasłużenie albo nie, można by długo dyskutować, oprócz wladzy i urody jest jeszcze jeden rodzaj mocy, dostępny nam wszystkim.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 grudnia 2017 12:10
  • niedziela, 10 grudnia 2017
    • Wglądy Wonder Woman

      Wciągnąwszy na siebie koszulkę z symbolem Wonder Woman, a na nią szarą bluzę z tą samą komiksową nadkobietą, poszłam spalić trochę czekoladowego tortu na zajęciach Fat Burning w pobliskiej siłowni. Kiedy weszłam do sali, wszystkie dziewczyny miały przed sobą schodek-stepper, więc skoro już wykonałam wysiłek i doczołgałam się do fitness klubu, uznałam, że chyba jest zastępstwo i trudno, zostanę.

      Niedługo potem do sali wpadła energiczna dziewczyna, która poprowadziła zaawansowane zajęcia ze stepu z szybko zmieniającą się choreografią. Step-touch, Mambo, Knee-up, V-step, Chasse, Cha-Cha, podwójny kick, Pivot i Reverse. Po kwadransie kręciło mi się w głowie, zgubiłam rytm, zapomniałam kroków, przestałam słuchać prowadzącej, przestałam patrzeć na dziewczyny ćwiczące przede mną, które myliły się podobnie często jak ja. Omiotłam salę wzrokiem. Nie byłam jedyną osobą, która stanęła zrezygnowana w miejscu. Wśród kilkudziesięciu ćwiczących zapanował chaos. Dziewczyny, które jeszcze ćwiczyły, często robiły coś całkiem innego niż reszta, we własnych rytmach albo całkiem w drugą stronę niż grupa. Prowadzącej nie przeszkadzał opór kilkudziesięciu uczestniczek. Raz na jakiś czas tylko odwracała się i wołała: "Będzie dobrze? Łapiecie to?" Dwie koleżanki za moimi plecami uczciwie odkrzykiwały wtedy: "Nie!" Ale instruktorki nie wybijało ich "nie" z rytmu. Nie zatrzymując się na moment, pobłażliwie pouczała, że jeśli ktoś nie nadąża, może wrócić do prostszych kroków i robić choreografię z początku sesji. A co jeśli nawet to było za trudne? - pytałam teatralnym szeptem, zagłuszana przez muzykę, na przemian wściekła na nią i na siebie.

      Targało mną trochę na tej sesji, a na koniec i tak muszę podziękować wszystkim autorom tego piętrowego bałaganu - regularnej instruktorce zajęć Fat Burning, która nie konsultując się z menedżerem klubu w ostatniej chwili zamieniła się na terminy z koleżanką od Stepa, klubowi, który w tej sytuacji zgłupiał i nie poinformował o zmianie zajęć ani na swojej stronie internetowej ani nawet na kartce na drzwiach sali, no i oczywiście niezbitej z tropu dziewczynie od Stepa, która (Będzie dobrze? Łapiecie to?) przez 60 minut nie zauważyła, nie odczytała zdezorganizowanej, zdezorientowanej, zdemotywowanej grupy. I tak muszę im podziękować. Poszłam potem porozmawiać z recepcją, dowiedzieć się co się stało, nawet nie na skargę i nie z pretensją, tylko z prośbą o lepszą komunikację, bo od lat nie ćwiczyłam stepa, nie pamiętałam nawet podstawowych kroków i nie dostałam szansy podjąć decyzji, że może pójdę na inne zajęcia, wcześniej, później, zamiast.

      Puenta jest inna. Kiedy walczyłam na sali z chaosem, wśród ogłupiałych innych dziewczyn, z nieprzytomną instruktorką, głośną muzyką i własną słabością, przetaczały się przeze mnie arcyciekawe zjawiska. Jak w soczewce zobaczyłam dużo większe wzorce moich reakcji na pewien typ sytuacji. Zrozumiałam cudze reakcje na nowo. To duży bonus takich nieudanych zajęć. Step-touch, Mambo, Knee-up, V-step, Chasse, Cha-Cha, podwójny kick, Pivot i Reverse. Moja pierwsza reakcja kiedy się pogubiłam to furia na samą siebie. Znowu nie nadążam. Znowu nie umiem. Gubię się, nie daję rady. Ofiara. Moja druga, prawie natychmiastowa reakcja to złość na prowadzącą. Jej "Będzie dobrze? Łapiecie?" wywołało w różnych osobach różne zachowania. Niektórzy jasno sygnalizowali, że nie. Ja też próbowałam, ale szybko zrezygnowałam kiedy zauważyłam, że instruktorka zanim nawet zareagujemy odwraca się i pędzi dalej nic nie modyfikując. Potem zaczęłam telepać się między biernym oporem a bezradnością. Robiłam miny. Klęłam. Razem z koleżankami zza pleców wołałam "nie!". Demonstracyjnie schodziłam ze step-schodka i stałam jak kołek. Znów zalewało mnie poczucie porażki i bezsensu. A potem gniew, że nie mogę się nawet dobrze bawić, że nie jest mi dane poczuć się kompetentnie, że robię z siebie publicznie idiotkę. A potem znów próbowałam, mimo wszystko, złapać skrawki, strzępy choreografii, znów próbowałam i fragmentami składałam te puzzle w większe całości, uczyłam się, uczyłam się szybko.

      Gardło ścisnął mi wgląd. Że tak żyję w ogóle. Że nawet jeśli mogłabym mieć uzasadnioną pretensję do dorosłych, którzy przez całą moją edukację dziecięcą przypominali tę rozpędzoną, nieświadomą moich potrzeb instruktorkę, obcy i obojętni, głusi na coraz cichsze protesty i piski moje i moich milknących, oporujących rówieśników, a całe połacie, całe wielkie przestrzenie mojego życia wypełniał chaos, nad którym przestałam panować, to jednak ja, to ja zrezygnowałam z uczenia się, poniesiona przez furię - złość to na siebie, to na świat - poczucie niekompetencji, przegranej, beznadziei. Gardło ścisnął mi wgląd, wgląd, że to złudzenie. Że dopóki nie zrezygnuję, mam szansę nauczyć się więcej, nabrać wprawy, naumieć. Że nie da się całe życie być Wonder Woman. Bo między przyziemnym, przychodnikowym, codziennym byciem a triumfami nadkobiety rozciąga się ogromna liczba momentów takich, jak te fatalne zajęcia ze Stepa, nabrzmiałych potencjałem, tylko pozornie straconych.

      A drugi wgląd mi równocześnie wycisnął pojedyńczą łzę. Step-touch, Mambo, Knee-up, V-step, Chasse, Cha-Cha, podwójny kick, Pivot i Reverse. Przecież ja też uczyłam rozmaitych ludzi rozmaitych rzeczy, byłam lektorką, trenerką, mentorką, coachem, doradcą, byłam żoną i córką i ciotką i siostrą i we wszystkich tych relacjach ludzie stawiali wściekły opór - jak ja na zajęciach ze Stepa dogadująca teatralnie prowadzącej, jak te dziewczyny zza moich pleców ze swoim demonstracyjnym, sarkastycznym "nie", jak dziewczyna obok, która przewracała oczami, jak tamta dziewczyna pod ścianą, która podśmiewała się z instruktorki z koleżanką, jak pół sali sabotującej, paraliżującej zajęcia, które stanęło w pewnym momencie i przestało ćwiczyć w ogóle, jak kilka osób, które dotarły do recepcji przede mną żeby złożyć reklamacje, jak grupa dziewczyn głośno komentująca zajęcia w szatni. Ten opór, ta złość, te zażalenia i śmiechy i sarkazm - rzeczy, których się przez pół życia bałam - wychodzą z tego samego miejsca, które poczułam dziś w sobie - miejsca słabości, dezorientacji, poczucia porażki, rozczarowania, nie bycia zobaczoną.

      A trzeci wgląd był jak elektrowstrząs, który boli i leczy. Nigdy nie odzyskam życia zmarnowanego na bierność, na rezygnację, na przepełnione złością na siebie i świat poczucie porażki. Ale właśnie odzyskałam świadomość, że nadal żyję i nadal się uczę. Że na koniec reakcja na chaos (Czyja to była wina? Moja? Regularnej instruktorki, która nie przyszła? Dziewczyny, która pojawiła się pełna entuzjazmu na zajęciach żeby nas zarazić stepem? Klubu? Tej koleżanki, która walczyła z choreografią przede mną i której za cholerę nie mogłam naśladować, bo myliła się raz po raz? Mamusi? Tatusia? Polskiej szkoły?), że na koniec reakcja na chaos to mój wybór i mogę, już mogę, wybrać rozwój i wzrost, bo do tego zostałam powołana do życia na naszym łez padole.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Wglądy Wonder Woman”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 grudnia 2017 14:13
  • sobota, 09 grudnia 2017
    • Wiedźma na sobotę

      Czasem czytam, za każdym razem w punkt: https://wiedzmaradzi.pl/2017/09/08/zaganianie/

      A tymczasem idę prasować i lepić pierogi, ale tylko dla siebie i osób, które zaakceptowały, że chodzę własnymi drogami, przestały mnie zaganiać (o co chodzi z tym zaganianiem? Przeczytajcie wpis wiedźmy pod powyższym linkiem), nie dziwią się już mojej autonomii i potrafią połączyć fakt, że jestem chora / zmęczona / zła z faktem, że od rana do wieczora coś robię i część rzecz, które robię jest trudna i wyczerpująca, i większość tych rzeczy nie dzieje się magicznym niewidzialnym bezwysiłkowym sposobem, coś mnie kosztuje. W przeciwieństwie do absolutnie fantastycznie opisanego osobnika z powyższego artykułu oraz jego matki, którzy kogoś mi przeraźliwie przypominają.

      Po tym jak tańczyłam z moją terapeutką na naszej ostatniej sesji, przez chwilę jeszcze rozmawiałyśmy. O tym, że chciałabym być jakaś - piękna, radosna, spokojna, empatyczna, twórcza. Bo takich ludzi się kocha. I że to mi się wydaje jakieś zewnętrzne, nieosiągalne dla mnie. A ona mnie pyta jak się czułam kiedy tańczyłam całą sobą, kiedy sobą zataczałam koła razem z całym wszechświatem. Piękna, radosna, spokojna, empatyczna, twórcza. Zacisnęłam swój wściekły kobiecy szczękościsk. Powiedziałam, że nie chcę być taka, na złość nie chcę, bo wtedy wygra moja mama, babcia, wygra mój były chłopak. Wygra ta kobieta, która powiedziała, że utyłam. Ta kobieta, która dała mi na Gwiazdkę książkę "Jak zdobyć faceta". Ci wszyscy ludzie, którzy ze smutnych i trudnych miejsc zaganiali mnie w sztuczne szczęście, którzy nakazywali - jakby to była zewnętrzna powinność - bycie kobiecym ideałem - ideałem córki, ideałem narzeczonej - bez względu na miejsce, w jakim akurat byłam, na moje uczucia i potrzeby. A jeśli mieli rację, że mnie nie akceptowali w mojej słabości i brzydocie i w moich trudnościach, w moich frustracjach i walkach i smutkach i złościach? Jeśli mieli rację, że zaakceptować mnie można tylko zdrową, wesolutką, wsłuchaną w innych, skocznie i rezolutnie nie zawracającą sobą nikomu głowy? Więc będę nieszczęśliwa żeby nie wyszło na to, że życie jest tragicznie niewykonalne, że rzeczywiście nie należało mnie kochać, że uzasadnione były te ich obojętności i opuszczenia, wymuszenia i irytacje moim oporem, moim upartym tkwieniem w samolubnej furii i markotności.

      To jest jakieś ogromne wyzwanie dla mnie, traktować takiego typowego polskiego faceta zaopatrzonego w czczącą go bezwarunkowo, służąco-matkę, traktować go poważnie i nie pozwolić się skurczyć swojej do niego miłości, a równocześnie trzeźwo podchodzić do tego, jak dużego zrozumienia, empatii i wsparcia można się od niego spodziewać. Nie wpaść w gorycz ani furię, nie wpaść w poczucie krzywdy permanentne, poczucie niesprawiedliwości, wykorzystania. W moim mózgu facet przeskakuje wtedy z anielskiego piedestału - mój sprzymierzeniec i przyjaciel, źródło bezpieczeństwa i ciepła - do dołu z diabłami - wróg mojego spokoju i odpoczynku, źródło dyskomfortu, zmęczenia i bólu, samolub i pasożyt bezwstydny. Nie lubię argumentów, które czasem słyszę - że kobieta powinna wykonać jakiś dodatkowy wysiłek żeby jej (kochający?) facet nie wykorzystywał, bo to przecież normalne i naturalne, że on będzie dążył do maksymalnej wygody i nie ma w interesie samopoświęcenia. Wściekam się, kiedy to słyszę, bo to na moją kobiecą odpowiedzialność za absolutnie wszystko nakłada kolejny ciężar odpowiedzialności - za to, żeby mnie przyzwoicie traktowano. A jak ja mam niby tego dokonać? Jaki mam wpływ na cudze poczucie przyzwoitości i jego ogląd świata? Podobno da się jakoś balansować pośrodku - między frustracją wściekłą a ślepym uwielbieniem albo wrośnięciem w rolę kuchto-ofiary. Bronić siebie nie znienawidziwszy drugiej osoby, z sympatią. Stawiać granice bez niechęci do tego, kto je regularnie narusza, z czułością odróżniając człowieka od zachowania. Może to kwestia skupienia się na jak najczęstszych wizytach w miejscach, dzięki którym czuję się piękna, radosna, spokojna, empatyczna, twórcza i zrobienia swojemu mężczyźnie dokładnie tyle przestrzeni w swoim życiu, na ile mam ochotę, bez złudzeń, bez naiwności. Może to kwestia otwartego, konsekwentnego pokazywania mu, że mi przeszkadza i irytuje mnie kiedy mi zaburza kontakt z moją pięknością, radosnością, spokojem, empatią i twórczością? Może to on ma się wpasować w moje życie tak samo jak ja się pokojowo dopasuje do jego? Kochanie go tyle, na ile sobie zapracuje miłością, która się objawia aktywnym działaniem i wsparciem i szacunkiem. Zawsze robiłam więcej i miałam nadzieję, że wcześniej czy później mój facet to zobaczy, doceni, a potem powolutku, z wdzięczności, z czułości, urośnie, dorośnie, wrośnie w to szczodre miejsce dla prawdziwego partnera. Cóż.

      Wiecie, co ostatnio zauważyłam? Po niedawnej przeprowadzce odpuściłam sobie standardy czystości niegdysiejsze. Zawsze zmyte naczynia i schludne wypucowane przestrzenie i lodówkę z zapasami zdrowymi na tydzień. Mam górę już noszonych dresów na podłodze w sypialni, bo a nuż je włożę na spacer z psem, albo zrobię sobie "dzień trolla" - taki bez prysznica i we wczorajszych ciuchach, tylko dla mnie. Na kanapie rezyduje na stałe notes z rysunkami, komputer i skaner i dwa koce - moje stanowisko artystyczne. W kuchni jeszcze nie zdecydowałam się na koncepcję zagospodarowania przestrzeni, więc stoi tam kosz na brudną bieliznę i lampy fotograficzne. Nie jest mi ani dobrze ani źle w tym bałaganie. To, co ciekawe, to fakt że przez ileś lat bycia samą, pielęgnowałam zupełnie dla nikogo, nadmiarowo, niepotrzebnie, nawyki dobrej żony. Przygotowywałam pusty dom na przyjęcie dobrego męża. Nie dla siebie. Dla jakiegoś domyślnego mężczyzny. Albo nawet jeszcze gorzej - bo dla jego domyślnej matki. Nie spuściłam ze standardu nawet w przepracowaniu, w chorobie, w depresji. Przez dobre osiem czy dziewięć lat zawsze w każdej chwili mój dom mogła poddać wizytacji wymagająca teściowa dowolnego sortu i po oględzinach stwierdzić, że synuś może łaskawie zaszczycić to wypielęgnowane ognisko domowe swoją obecnością. Do mojej pierwszej skuchy oczywiście.

      Trzeba by wreszcie wyluzować w kwestii własnych domniemanych skuch.

      Strasznie smutne jest to, jak dużo życia zmarnowałam w ten sposób - wyrzucając na bieżąco śmieci, piorąc pościel pachnącą, układając cholerne kwiaty i utrzymując swój kunszt kulinarny na odpowiednim poziomie. To, że nikt mnie nie zapytał, czy marzę o byciu wzorcową żoną to jedno. To, że ja sama siebie o to przez tyle lat nie zapytałam, to już szokujące. Feministka od siedmiu boleści. Bo nie, nie mam ochoty obsługiwać cudzej rodziny. Moja wizja dobrego, fajnego życia zakłada, że pod jednym dachem będą dwie osoby, które mają każda swoją pracę, swoje pasje, osoby zdrowe, aktywne fizycznie, dbające o higienę psychiczną i o więzi międzyludzkie - ale umiejące się też gdzieś spotkać, sprzymierzone chęcią bycia razem.

      Nie przeszłam ostatniego castingu na ofiarną synową, ale ten casting byłby po prostu zabawny, naprawdę niewarty energii, gdyby nie to, że w mojej własnej głowie to ja traktowałam go śmiertelnie poważnie. Najbardziej bolało zawiedzenie chóru moich wewnętrznych psychicznych teściowych i zrozumienie, że babcia, mama, że wychowywały, trenowały, warunkowały mnie żebym kiedyś synową została właśnie, perfekcyjną służącą pod domyślnym surowym wzrokiem obcej kobiety, w cudzym domu. Miałam byc bezdomna! Taki był dla mnie społeczny plan, bez strefy komfortu, jeśli mozolnie, bohatersko nie stworzę jej sama, na permanentnie niższym, służebnym, podporządkowanym statusie. A ja karnie uwewnętrzniłam ten ideał. Miałam jakiejś kobiecie tak naprawdę zostać oddana na własność, odwieczna klątwa dziewczyn w wieku rozrodczym porzucających rodzinny dom i wszelkie duchowe domy dla oddania się nowej kulturze i tradycjom, dla wejścia do domu mężczyzny i jego matki. Jeśli prawie trzy lata partyzanckiej wojny w trójkącie ja-chłopak-mamusia (cierpiętnicza, surowa, karząca strażniczka lokalnej tradycji, która - nawet kiedy już nie trzeba, kiedy już mogłaby żyć swobodnie - poświęci własne życie dla swoich pięknych chłopców, a potem, byle tylko się nie okazało, że jej dotychczasowe udupienie było bez sensu i celu, udupi kogoś innego przedłużając ten cykl o następne pokolenie), jeśli trzy lata partyzanckiej wojny, w której właściwie wszyscy przegrali kiedy mamusia "wygrała" były darem od losu, to przede wszystkim dlatego, że zobaczyłam nareszcie co wyrabiam, co ze mną wyrabiała moja kultura i moje społeczeństwo, zobaczyłam nareszcie, że nie chcę i nie muszę. Chcę być blisko z drugim człowiekiem, lubię być w związku, ale bliskość i więź to jedno, a z góry przegrany casting rodzinny na ciepłą zupę dla szanownego pana, który nigdy nie mówi, kiedy na tę zupę wróci do domu, to zupełnie inna para kaloszy. 

      Ostatnio koleżanka z pracy weszła do mojego biura i powiedziała, że dziewczyna jej brata zostaje na weekend z jej dziećmi, że będzie się nimi opiekować i kąpać i usypiać i bawić i gotować im i kazała jej się niczym nie przejmować, po prostu wyjechać sobie na fajny weekend, zostawić pustą lodówkę i zero instrukcji, nie zawracać sobie głowy tym, gdzie będzie spała i zająć się sobą i wrócić kiedy będzie miała ochotę. Poza tym tygodniami pomagała im w remoncie, malowała ściany, skręcała meble, dowoziła jedzenie i picie dla innych remontujących. Zaskoczona, odpowiedziałam, że to jakaś strasznie fajna osoba. Koleżanka popukała się w głowę. "Ja o tobie mówię, idiotko. Nie mam żadnego brata."

      A w ramach bonusa, żeby zatoczyć eleganckie koło od wiedźmy do wiedźmy, oto amatorsko przetłumaczony fragment mojej książki do poduszki, "Zapytaj Babę Jagę. Porady nie z tego świata na rozwiązanie codziennych problemów." Napisała Taisia Kitaiskaia. Polecam jeśli gdzieś dorwiecie.

      Droga Babo Jago,

      Mijają lata, a ja jestem coraz bardziej rozczarowana mężczyznami. Czy wszyscy sensowni faceci są gdzieś pochowani? Jak odzyskać wiarę w brzydką płeć?

      BABA JAGA:

      Szukasz zbyt intensywnie. Jesteś jak sokół zataczający koła nad leśnym poszyciem i wszystkie delikatne maleństwa chowają się przed tobą zalęknione. Dlaczego potrzebujesz ściskać jedno z nich w swoich szponach i nazywać swoją własnością? Użyj swojego dzioba i swojej siły żeby zebrać jagódki, a potem umość sobie dobre gniazdko, w którym będziesz mieć ochotę mieszkać, bo to wtedy jakieś wyględne i niespotykane stworzenie może się pojawić, równe tobie we wspaniałości upierzenia i przenikliwości wzroku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Wiedźma na sobotę”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 09 grudnia 2017 11:20
  • piątek, 08 grudnia 2017
    • Szymborska na piątek

      "Przepraszam przypadek, że nazywam go koniecznością.
      Przepraszam koniecznośc, jeśli jednak się mylę.
      Niech się nie gniewa szczęście, że biorę je jak swoje.
      Niech mi zapomną umarli, że ledwie tlą się w pamięci.
      Przepraszam czas za mnogość przeoczonego świata na sekundę.
      Przepraszam dawną miłość, że nową uważam za pierwszą.
      Wybaczcie mi, daleki wojny, że noszę kwiaty do domu.
      Wybaczcie, otwarte rany, że kłuję się w palec.
      Przepraszam wołających z otchłani za płytę z menuetem.
      Przepraszam ludzi na dworcach za sen o piatej rano.
      Daruj, szczuta nadziejo, że śmieję się czasem.
      Darujcie mi, pustynie, że z łyżką wody nie biegnę.
      I ty, jastrzębiu, od lat ten sam, w tej samej klatce,
      zapatrzony bez ruchu zawsze w ten sam punkt,
      odpuść mi, nawet gdybyś był ptakiem wypchanym.
      Przepraszam ścięte drzewo za cztery nogi stołowe.
      Przepraszam wielkie pytania za małe odpowiedzi.
      Prawdo, nie zwracaj na mnie zbyt bacznej uwagi.
      Powago, okaż mi wspaniałomyślność.
      Ścierp, tajemnico bytu, że nie mogę być wszędzie.
      Przepraszam wszystkich, że nie mogę być każdym i każdą.
      Wiem, że póki żyję, nic mnie nie usprawiedliwia,
      ponieważ sama sobie stoję na przeszkodzie.
      Nie miej mi za złe, mowo, że pożyczam patetycznych słów,
      a potem trudu dokładam, żeby wydały się lekkie."

      Wisława Szymborska- Pod jedną gwiazdką

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 08 grudnia 2017 13:16
    • Złe miejsca

      drzewo

      Za oknem chwieją się, kiwają gwałtownie nagie bezlistne gałęzie na tle grudniowej białoszarości opresyjnego nieba. Za oknem samotne drzewo podwórkowe między przedwojennymi kamienicami chybocze się zdecydowanie z lewa na prawo. Wiatr tak nie porusza wiązami. Wiatr jest delikatniejszy, bardziej chaotyczny i kapryśny, szarpnie tu, szarpnie tam. To nie może być wiatr. Wychylam się z kanapy, dopiero co usiadłam. Na wysokości trzeciego piętra siedzi w uprzęż wyposażony człowiek w niebieskim kombinezonie. Wychyla się to w jedną, to w drugą stronę, a z nim drzewo. W kontrolowany sposób potrząsa jednym z konarów dopóki ten nie odłączy się od pnia. Wtedy delikatnie pociąga go w swoją stronę, po czym spuszcza po linie w dół drzewa. Ja próbuję zrozumieć co to jest sprawczość, skoro wszystkie moje dotychczasowe próby osiągania celów, wpływania na rzeczywistość, zatrzymywania miłości, skoro wszystkie moje kurczowe próby spełzły na tak bardzo bolesnym niczym. Chciałabym żeby mnie ktoś tu znalazł, na dnie zwątpienia we własne działania, w dobrą wolę świata, żeby wyciągnął, ale nie jestem małym dzieckiem, więc wyciągam się sama. Nie ma nic bardziej gorzkiego niż wyjść z tunelu i zdać sobie sprawę, że człowiek nadal się nawykowo garbi, mruży oczy i szuka ściany, wzdłuż której mógłby się przeczołgać. Z braku pomysłu na to, co dalej pozostaje tylko ślepa wiara. Jakiś rodzaj zaufania, ale nie wiadomo nawet czemu i komu. To takie czyste, zwyczajne, pozbawione dodatkowych znaczeń "nadal tutaj jestem". Takie trzeźwe, elastyczne, otwarte, bez złudzeń "skoro jestem, to zobaczmy co dalej".

      panie w panterkę

      Niedawno mieliśmy duże firmowe wydarzenie na Zamku Królewskim. Stałyśmy z koleżanką na klatce schodowej, w pół drogi między szatnią a intarsjowaną salą pod kryształowymi żyrandolami, gdzie będą grały dwie śliczne skrzypaczki i kierowałyśmy ruchem. Nie robiłam takich rzeczy od chyba dwudziestu lat, ale lubię je, bo są proste, bezmyślne. Uśmiecham się i mówię po raz siedemdziesiąty czwarty sympatyczne "dzień dobry, zapraszamy na pierwsze piętro". Po którymś kolejnym "dzień dobry" jestem w wyśmienitym nastroju, bo ciało uśmiechające się poinformowało umysł zadziwiony, że humor dopisuje, a umysł ukojony magiczną dobrą wolą "dzień dobry" powtórzonego wystarczającą liczbę razy i odpowiedziami starszych państwa, którzy wspinali się na górę po schodach, umysł ukojony zaakceptował, że może w takim razie dzień rzeczywiście niezły jest, dziękuję bardzo.

      Pół godzinki później byłyśmy już z inną koleżanką pod wystawną salą i podsłuchiwałyśmy pod drzwiami występu skrzypaczek. Dołączył do nas kolega, a z nim znajomo wyglądający stateczny pan z orlim nosem i w wyrazistych biało-niebieskich okularach. Pan był osadzony w tym miejscu, ewidentnie u siebie. Władczy nieco, bezpośredni. Opowiadał coś o "małpach", że widział na widowni dwie "małpy", że one zawsze przychodzą na takie imprezy. Ja miałam właśnie zabulgotać, że jak się o kobietach wyraża (na fali zniewag niedawnych, bo wcześniej ubrany w żołnierski kostium strażnik nazwał mi koleżankę "skarbem", a mnie przypadkiem spotkana właścicielka mieszkania, od której kiedyś wynajmowałam przez dwa lata i którą z dużym sentymentem wspominałam, oznajmiła, że mnie nie pamięta, ale to pewnie dlatego, że utyłam), więc miałam zabulgotać i na pana z Zamku, ale dalsza jego rozmowa z moim kolegą wskazywała na to, że mówią czymś pomiędzy szyfrem a żargonem i to chyba nie chodzi o kobiety w ogóle, tylko o rodzaj bankietowego sępa, który zjawia się na rozmaitych imprezach niezaproszony, z wyłożoną uprzednio solidną folią torebką, żeby pojeść, popić i zaopatrzyć się w aprowizację bufetową - roladki, śledziki, pierożki - na kilka kolejnych dni. W okolicach opowieści o panu, który udawał profesora na bankiecie dla naukowców, ale wychodząc z kolacji został zatrzymany z wystającym z kieszeni wędzonym węgorzem zorientowałam się, że człowiek z orlim nosem jest szefem zamkowej restauracji i że wie, o czym mówi, a "małpy" to inaczej tak zwane "wernisażystki" czyli seryjne złodziejki jedzenia. Kierownik restauracji powtórzył, że widział przynajmniej dwie stałe bywalczynie zamkowych bankietów, a mnie tknęło. Stanęły mi przed oczami panie charakterystyczne, a odstające odrobinę od reszty wieczorowego towarzystwa.

      - Czy jeśli powiem "panterka, złoto i tapir" to takie hasło brzmi znajomo? - zapytałam go. Poklepał mnie po ramieniu. 

      - Widać, że zna się pani na ludziach. 

      To był mój najdumniejszy moment tego tygodnia.

      dyskoteka

      Dobę później dostałam gorączki. Takiego dziwnego wieczornego kaca, który nie pozwala wyjść z domu, a nawet czytać czy oglądać głupich filmów. Dzisiaj płaczę. Płaczę i boli mnie głowa i chcę do domu i jestem w domu. A wszystko dlatego, że mnie moja terapeutka wraca do życia, a ja nie chcę. Nie wiem, może dlatego, że to nielojalne wobec wszystkich, których kiedykolwiek kochałam, a którzy bywali zazdrośni o inne źródła mojej radości i żywotności. Może wręcz przeciwnie. Jeśli wrócę do życia, to oni wygrają, bo się okaże, że kiedy leżałam i kwiczałam, a oni naciskali żebym się wzięła w garść i złożyła do kupy, a ja chciałam żeby mi pomogli, albo przynajmniej ze mną chwilę pobyli w tym bólu, taka samotna się czułam, tak zdradzona, opuszczona, tak zła na nich, kto by pomyślał, że jestem typem, co sobie odmrozi nos żeby babci zrobić na złość, co się odetnie od szczęścia byle tylko mieć rację, że trzeba się zatrzymać, trzeba pobyć w rozpaczy zanim się znowu będzie pędzić do szczęścia, do biesiady, do ludzi.

      Ta konkretna sesja była słowotokiem, dygresjami poprzecinanym, zygzakiem prowadzącym od uczucia do uczucia, od skojarzenia do skojarzenia, bolesno-wzruszającym. O światełkach w tunelu, o tym, że już wyszłam, że w ogóle jest światło, że tkam połączenia między momentami przyjemności, zachwytu, spokoju, a momentami bezsensu i zwątpienia. Że powoli w tych ciemnych zaczynam kojarzyć, że były i będą jasne. A w tych jasnych pamiętam, że trzeba je zapamiętać, że je nanizać na niteczkę żeby powstał amulet ochronny na złe czasy.

      Na koniec moja terapeutka zapytała czy mam ochotę na dyskotekę. Obawiam się, że mogłam na nią popatrzeć jakby spadła z choinki prosto na głowę. W duchu "skoro już tu jestem i nie mam lepszego pomysłu, to zobaczmy co dalej" powiedziałam, że okej. Puściła piosenkę rezolutną i lekką i zaczęła tańczyć. Więc ja też. Szaleństwo. Spróbujcie tak kiedyś, poobserwujcie wtedy jak się wam porusza w przestrzeni, czy czujecie na sobie czyjś wzrok - tej drugiej osoby? Czy bezosobowy? Krytyczny? Prześmiewczy? Pożądliwy? Zazdrosny? Kobiecy czy męski? A kiedy czujecie ten wzrok, czy macie swobodę ruchów, czy sprawia wam przyjemność bycie, życie, tańczenie? Czy czasem może zapominacie się w choreografii, noga zatoczy szczególnie rozkoszne półkole, podąży za nią biodro i nagle jesteście jednym ze światem? Jak często zdarzy się wam być centrum ruchu, kołem zamachowym kosmosu, w harmonii z nim? A potem przyjrzyjcie się tej drugiej osobie, jak tańczy, czy podobnie jak wy, czy inaczej, zapożyczcie od niej jakiś ruch, włączcie do swojego repertuaru, zobaczcie czy ona wasze też czasem powtarza, wejdźcie w dialog i bądźcie szczęśliwi. Magia.

      aborcja i narkotyki / zle miejsca

      W chłodni z serami i wędlinami podnoszę po kolei śnieżnobiałe prostokąty owczego pecorino. Na koniec wybieram twardy żółtawy trójkąt sera, który może jutro zetrę na obiad do makaronu z mięsem z białej kiełbasy i sosem grzybowym. W koszyku mam już słoiczek pasty z prawdziwków. Rozprowadzę ją po powierzchni patelni rozgrzanej, wśród szklistych drobin cebuli i drzazg czosnku, beżowawo. To moje włoskie odkrycie - mięso z białej kiełbasy, które wyjmuje się z otoczki i rozdrabnia przed podsmażeniem, miękko i soczyście. Ale to może jutro. Teraz stoję nad twarożkami i sprawdzam skład. Podejrzewam u siebie nietolerancję laktozy, ale któryś z kolei naturopata czy zielarz czy magik czy może hochsztapler, u którego usiłowałam się leczyć z wewnętrznego ścisku na styku biologii i cywilizacji, powiedział mi, że owcze mleko nie powoduje tych samych sensacji co krowie. Więc sobie czasem dogadzam.

      - ...zebrać wszystkich na dyskusję o aborcji. Jaką dyskusję? Mogą zebrać wszystkich i po prostu stwierdzić, że nie można i tyle! O czym tu dyskutować?

      Nie znoszący sprzeciwu, radośnie pewny siebie głos zza lady z wędlinami spotyka się z entuzjastycznym pomrukiwaniem zgodnym. Trochę mi to przypomina debaty w brytyjskim parlamencie, gdzie mówca wychodzi przed ławy swojej frakcji politycznej, a za sobą ma poparcie, które po bardziej soczystych sentencjach, po szczególnie wyrazistych sloganach, po mocniejszych atakach na opozycję, odzwierciedla echem. Taki tłum potakiwaczy. Aye, aye, aye. Tak, tak, tak. Mamroczą sprzymierzeńcy, koledzy i koleżanki zza pleców. A ja, jak często, ze swoim poglądem, że życie jest pogmatwane więc i aborcja nie jest prostym, jednomyślnym, oczywistym tematem, że każda niezbita prawda, każdy niesprawdzony aksjomat kogoś prędzej czy póżniej krzywdzi, czuję się w mniejszości.

      - To gimnazjum dopiero, po co tym dzieciom mącić w głowie? - dorzuca młodsza koleżanka od wędlin.

      - Poza tym co oni za argumenty w takiej dyskusji wymyślą? Co oni mają na ten temat do powiedzenia? - zza półki z winami wychyla się dwudziestokilkuletni chłopak, który wypakowuje właśnie pudło z kolejnymi butelkami wytrawnego czerwonego.

      - U nas chcieli zrobić apel na temat narkotyków i uzależnień. Po co tym dzieciakom opowiadać o takich rzeczach? Jeszcze im coś głupiego wpadnie do głowy.

      Chcę się wtrącić znad mojej ricotty, że i w gimnazjum życie potrafi się skomplikować, że się już wtedy, właśnie wtedy ma do czynienia z "takimi rzeczami", że bez przygotowania, bez opieki i wsparcia, w próżni wytwarzanej przez tabu i milczących dorosłych, dzieci i tak jakoś radzą sobie same. Albo nie radzą. Wiem, bo pamiętam. Wiem, bo przez rok szkoliłam się żeby zostać szkolnym trenerem profilaktyki uzależnień i przeciwdziałania przemocy. Byłam w szkołach. Słyszałam, co mówią dzieciaki. Nie wtrącam się jednak, bo część z mojego sprzeciwu wygłasza za mnie taktownie, ostrożnie ta starsza kobieta zza szynek, mortadel i boczków, którą początkowo podejrzewałam o zamykający usta opozycji, samozadowolony radykalizm.

      - Ja wiem, że każdy mówi, że jego dzieci nie. Bo jego dzieci są grzeczne, z dobrego domu, wychowane, kulturalne, ale przecież ich koledzy i koleżanki już rozmaite rzeczy robią. Więc chyba jednak trzeba z nimi rozmawiać.

      - Mnie ją dajcie na tydzień na wychowanie, to jej wybiję z głowy wszystkie głupie pomysły. - rzuca buńczucznie młody brodaty maczo znad kasy.

      A ja płacę za swoje mini-prosecco, swój ser i borowiki i wychodzę. W mżawce, która nie ustępuje chyba od miesiąca, która się być może zlokalizowała dokładnie nad moją okolicą i wisi nade mną od przeprowadzki, w mżawce chłodnej brnę do domu pakować prezenty i wraca do mnie to, co powiedziała drobna, ruda dziewczyna z delikatesów. Po co dzieciakom opowiadać o takich rzeczach? Jeszcze im coś głupiego wpadnie do głowy.

      Tak jakby sama wzmianka o narkotykach i aborcji miała moc zakazić młodość złem. Pobrudzić na zawsze. Kiedy myślę o przestrzeniach tabu w czasach mojego dorastania, z braku mapy, opcje rozrysowywały mi chwilowe emocje, z braku podręcznika edukowały mnie koleżanki i koledzy, a oprócz tego byli monumentalni, majestatyczni dorośli, którzy grzmieli coś abstrakcyjnego, radykalnego, obcego straszliwie z ambon, moralizowali zza biurek, straszyli ogniem piekielnym z ekranów i z książek. Nie pamiętam żeby ktokolwiek zszedł do nas z tego piedestału, gdzie tylko dobro i mądrość niezbita, gdzie autorytet spiżowy. Nie pamiętam na etapie własnych rozterek dziewczęcych kogoś, kto by mi na powszednim, codziennym poziomie chodnika, na poziomie emocji, na poziomie życia potowarzyszył. Wtedy jeszcze nie istniała instytucja psychologa szkolnego, nie było trenerów profilaktyki. Było wyłącznie tabu, cisza paraliżująca, wchodzenie w tereny niezbadane, sensacją i poczuciem grzechu opieczętowane, wkradanie się tam półlegalne, samotne, po alkoholu, co łagodził strach.

      Chodzimy teraz po nierozpoznanych terenach, nad którymi unosi się smog poczucia winy i smród lęku, chodzimy po tych obszarach niezmapowanych i je mapujemy z moją terapeutką. A ja dużo myślę, dużo myślę o łatwości, z którą relegujemy my, ludzie, rozmaite tematy, słowa, czyny, ludzi do tego smogu i smrodu, nie zrozumiawszy, nie wziąwszy choć trochę odpowiedzialności. Te złe miejsca, miejsca gdzie mieszkają szaleńcy, narkomani, prostytutki, kobiety co dokonały aborcji, mordercy i pedofile, cykliści, wegetarianie i feministki, wiedźmy i artyści przymierający głodem, chorzy i starzy, grubi i niepełnosprawni, uchodźcy i plebs z prowincji, Żydzi, Murzyni, Arabowie. Znam te miejsca i bywam w nich często. Całe życie stąpałam delikatnie, grzeczna dziewczynka, po nieprzewidywalnym polu minowym, byle mnie tylko, byle mnie tylko rozmówca nie wysłał na banicję, byle mnie tylko, byle mnie tylko moja społeczność nie odrzuciła, nie ekskomunikowała. Do złych miejsc.

      Badam też "złe miejsca" w sobie. Kiedy kogoś nie lubię, kiedy na kogoś mnie złość bierze, kiedy ktoś z dobrego w niedobrego się przeistacza i być może mogę go wtedy bezkarnie potraktować jak wroga - pozbawić przyzwoitego, kulturalnego, szacunkiem podszytego, otwartego pytania - co tam w tobie się dzieje? Skąd się taki wziąłeś? Dlaczego robisz rzeczy, które ranią? Bolą? Niszczą? Jak to jest, że nie wiesz, co spowodowałeś? Że uciekasz od konsekwencji? Że nie czujesz swojej odpowiedzialności? Kiedy kogoś skażę na wygnanie, tak jak ja bywałam skazana bez sądu, kolektywnie, bez wiedzy, bez woli mojej, bez konsultacji przez tą i ową społeczność, tak jak ja traciłam co kocham, traciłam budowane przez lata, bo ktoś mnie do złych miejsc wyganał z niezrozumienia, z braku chęci zrozumienia, bo dziwna byłam, bo inna. Kiedy kogoś skażę na wygnanie, czy się usprawiedliwiam? Czy mój strach i ból i złość i poczucie krzywdy zaburzają mi zrozumienie jego człowieczeństwa i wgląd w jego - równoważny, odzwierciedlony - ból i strach i złość i poczucie krzywdy? Kiedy się spotkają bóle i złości i strachy? Czy zawsze musi nastąpić eskalacja? Wchodzę więc w strefę konfliktu i odrzucenia, zerwanych więzi i złamanych serc i zaczynam rozumieć jak to się stało za każdym razem, i że to niewiarygodnie głupie i że to niczyja wina. I że szkoda, ale też że już po ptokach.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 08 grudnia 2017 13:04
  • niedziela, 03 grudnia 2017
    • Patrzę na ciebie

      Kiedy spędzam czas z małymi chłopaczkami, a przez ostatnich kilka lat małe chłopaczki objawiają mi się coraz częściej, idzie na mnie narastająca fala, tsunami czułych ojców, lojalnych, rzetelnych szefów honorowych, kumpli zabawnych i elokwentnych, ale przede wszystkim małych, nieprawdopodobnie fajnych facecików. Czy świat się ostatnio bardziej zaludnia niewielkimi, nieporadnymi jeszcze mężczyznami, czy to ja ich zaczynam dopuszczać do świadomości? Większość moich dzieciatych koleżanek i kolegów z pracy ma synów. Moja siostra też ma dwóch, od dłuższego czasu, jeden z nich ma w twarzy trochę mnie, a to przerasta moje zrozumienie (Czy mogłaby się nami zajmować ciocia Zenek? Bo my się z nią śmiejemy i robimy eksperymenty i żartujemy i jest fajnie?). Mój były chłopak i ja regularnie zajmowaliśmy się jego dwoma bratankami. Ten młodszy zaczarował mnie z wzajemnością. Miałam z nim niepowtarzalną, niezrozumiale silną nić porozumienia od kiedy zrozumiał, że będę go traktować z szacunkiem licującym z jego ogromną wewnętrzną mądrością, że pozwolę mu pokazać sobie czego potrzebuje i jak chciałby ze mną wejść w interakcję, że będę się z nim bawić, będę się nim opiekować, będę mu towarzyszyć, albo zostawię go w spokoju, dam mu wolność, że kiedy gotuję, on będzie jak dorosły gotował ze mną, kiedy składam meble, on je będzie też składał, na swoim własnym poziomie rozwoju wkręcając pojedyncze śruby bezpiecznym nieostrym śrubokrętem (Przyszła ciocia Zenek? Jest ciocia Zenek? Zastanawiałam się, czy pytał tak już po moim rozstaniu z jego wujkiem. Już pewnie nie pyta, dla własnego dobra, bo dorośli nie zawsze pielęgnują swoje więzi i nie zawsze rwą je po to, żeby dzieciom było łatwiej i lżej). Dzisiaj spędziłam popołudnie z jedną ze swoich najstarszych koleżanek i jej dwoma chłopakami (Ciocia. Chcesz żeby ciocia jeszcze przyszła? Taaa). Z dziećmi rozumiem o co chodzi w tym wszystkim. Mam stuprocentową jasność. I wystarczę. 

      To z dorosłymi facetami mam problem. Oglądałam dziś fragment przemówienia australijskiego komika, Tima Minchina, którego szanuję za opakowaną w błazenadę mądrość cyniczną (Nie ma za co: https://youtu.be/OJRe0sxQT80). Podkochuję się w nim od kilku lat, w tym jego dystansie do siebie i do życia, w otwartej depresyjności, z której robi żarty nieobraźliwe, w absurdalności świata, którą rozumie intymnie, za którą się nie obraża i której nie uważa za własną porażkę. Ale przede wszystkim w przenikliwym, trzeźwym kontakcie z rzeczywistością. Podkochuję się w nim, podziwiam go, chciałabym, żeby był moim kolejnym mężem. Patrzyłam sobie na niego z tym tęsknym, smutnym pragnieniem dożywotniego rozmawiania z takim partnerem życiowym, pomyślałam sobie - tęsknie i smutno, z rezygnacją, tak jak czasem myślę o randkowaniu, zwłaszcza rozmawiając z uroczą dwudziestoparoletnią koleżanką z pracy, która uskutecznia tinderową selekcję kandydatów i spotyka się i próbuje i chodzi na kolacje i drinki i do teatru - pomyślałam sobie z prewencyjną rezygnacją, że to bez sensu. Że mężczyznami - tą ich miłością i czułością do świata, do rzeczy, do pracy, do rozmaitych pasji - można się oczywiście zachwycić ogromnie. Ale że mężczyźni, których znam nie mają zwyczaju kobiet w swoim życiu zapraszać do udziału w swojej iskrze bożej, do talentu i radości i mądrości własnego życia na równych warunkach. Iskra boża spotyka iskrę bożą. To takiego dialogu bym pragnęła, takiej dożywotniej rozmowy. A nie, cytując mojego niezwykle kompetentnego skądinąd kolegę-prawnika: "Boże jaka ta moja żona jest głupia." Nie lubię go wtedy straszliwie, bo jego pogarda świadczy tylko o nim.

      Nie chcę być lustrem, echem czyichś słów. Podziwiaczką etatową. Nie chcę się podkładać i ogłupiać i ograniczać tylko po to, żeby ktoś się poczuł w moim towarzystwie lepiej. Nie chcę podlegać męskiej pogardzie wobec mojej domniemanej niższości intelektualnej czy twórczej, bo intelekt i sztuka to obok pieniędzy i władzy ostatnie bastiony męskiej dominacji. Nie chcę być instrumentalnie zredukowana do funkcji kochanki albo kuchty, z odciętym dostępem do jego duszy, do swojej własnej duszy, bo co? Bo ją pożrę? Pochłonę? Zniszczę? Urażę? Zepsuję? Nabrudzę? Zbanalizuję? A może podporządkuję sobie? Albo jej zagrożę? Bo mój talent i moje piękno wewnętrzne nie mogą z twoim, mężczyzno ukochany, współistnieć? 

      Takiej miłości powinni nas uczyć w szkole.

      Dlaczego potrafię spotkać się z cudem życia niepohamowanego w trzylatku czy dziewięciolatku, a w trzydziesto- czy czterdziestolatku widzę ten sam cud przywalony fundamentalną niewiarą w moją podmiotowość i równorzędność, przysypany głodem aprobaty, żądzą kontroli albo ślepą chcicą, które mnie sobie podporządkują, bo cały świat, od pornosów po strukturę płac, od czasopism po żarty kumpli o blondynkach i o teściowych upewnia go w przekonaniu, że istnieję żeby spełniać jego narcystyczne, bachorskie fantazje, żeby go trzymać w szczeniackości gimnazjalnej, żeby wyrobić w nim oczekiwanie, że moją rolą jest wpasować się w strukturę jego potrzeb bezboleśnie - zupa na stole, koronkowe majteczki, które łatwo z pupki zerwać, matczyna troska kiedy się przeziębi, telepatyczne wczytanie się w jego kompleksy i wycofanie własnych ambicji kiedy on nie spełnia swoich (cytując tekst jednego bardzo zbliżonego do mnie faceta kiedy jego żonie zaproponowano dwa spektakularne awansy w tym samym czasie: "to przez ciebie ja zmarnowałem sobie życie")? Dlaczego wczoraj, rozmawiając z mamą, muszę ją pytać z jakiego powodu i ja i moja siostra związujemy się z mężczyznami niezainteresowanymi naszą treścią, naszym życiem, redukującymi nasze bogactwo do oceny stopnia, w jaki wywiązujemy się z odpowiedniej emocjonalno-domowo-seksualnej obsługi? Pozbawionymi empatii (albo zdolności do mentalizacji, taki ładny psychologiczny termin), pozbawionymi litości kiedy my jej najbardziej właśnie potrzebujemy. To taki tępy ból, to rozczarowanie. Że się nie spotkamy. Że może nawet będę go podziwiać, tego mojego mężczyznę, będę go pożądać, trochę się go bać, że mogę się poddać jego woli, dać zdominować, ale że nie będę go lubić. NIE BĘDĘ GO LUBIĆ. Że on odcina życiodajny kontakt z najfajniejszymi miejscami w sobie najfajniejszym miejscom we mnie- w przeciwieństwie do małych chłopców - trzyletnich, pięcioletnich, dziewięcioletnich - którzy jeszcze mnie do siebie i swoich pięknych krajobrazów dopuszczają, którzy jeszcze chcą się ze mną bawić. 

      Nie wiem, czy tego bloga czytają jacykolwiek mężczyźni. Może ktoś jeszcze został, nie uznawszy, ze kobiece pisanie to rzecz wyłącznie kobieca, a nie rzecz ciekawa poznawczo dla wszystkich, że kobiece pisanie nie wnosi nic ważnego, uniwersalnego, cennego do puli pisaniny ogólnoludzkiej, że lepiej czytać faceta trolla, faceta dupka, faceta dyletanta, faceta megalomana, faceta szafującego postprawdą, faceta mizogina pogardliwego, faceta imbecyla, niż najwrażliwszą, najbardziej nawet przenikliwą babę. Wiem, że ta i owa moja koleżanka związała się z partnerem przez większe niż zwykle Pe i czerpie ze swojego związku radość i siłę i satysfakcję, wsparcie, a nie tylko frustrację, że nie musi dla niego poświęcać siebie, odcinać wielkich płatów i połaci własnej tożsamości. Wiem, że się patrzy na jednostki, a nie generalizuje. Więc w populacji męskiej na pewno zdarzają się osobniki zdolne dawać i brać. Czerpać z mądrosci i siły swojej kobiety i inspirować się nią w zamian za jej chłonność i otwartość na męską siłę i mądrość. Symetrycznie. Ale z jakiegoś powodu ja wybieram tych niesymetrycznych. Pozwalam im nazywać mój rozwibrowany, żywy świat i tym nazywaniem, tym narzucaniem nierozumiejącej narracji zawężać mnie. Moją otwartość intelektualną kwitować "bo ty masz za dużo książek, po co ciągle książki kupujesz?". Moje wyczulenie na cudze potrzeby i emocje, współodczuwanie bólu, zrozumienie złożoności ludzkiego, relacyjnego świata, "co ty taka wrażliwa jesteś?" Moje wysokie standardy etyczne "bez sensu się tak przejmujesz". Moją siłę i samowystarczalność "sorry, ale jesteś zadufana w sobie" (może tylko sobie dotąd mogłam ufać?). Moją elokwencję, umiejętność nazywania rzeczy, komunikację sprawną "ale ty gaduła jesteś".  Moją samoświadomość "ty tak lubisz analizować ciężkie tematy". Moją umiejętność zadbania o siebie i swoją stabilną sytuację ekonomiczną "ty zawsze wyczujesz gdzie są pieniądze i pójdziesz za pieniędzmi" (od lat pracuję w instytucjach pozarządowych, zlitujcie się, rozumiem, że głowa rodziny, główny żywiciel może harować w korpo, a ja w NGOsie z funduszami europejskimi nie, bo to czysty egoizm chcieć mieć na porządnego lekarza). Moją z mlekiem matki wyssaną dyplomatyczną umiejętność dogadania się z rozmaitymi ludźmi, elementarną ich ciekawość i szacunek "to hipokryzja, na pewno każdemu mówisz co innego". 

      Moja terapeutka sugeruje, żebym sobie na razie, a może w ogóle, odpuściła. Darowała mężczyzn. Poszłam więc do klubu, w którym bywają lesbijki. Patrzyłam, słuchałam, przymierzałam się do jakiejś własnej fantazji, że może z kobietą byłoby mi łatwiej. Na koniec okazuje się, że niezależnie od płci i orientacji cała rzecz rozbija się o konkretnego człowieka. Chciałabym was lubić, panowie, jako ogół. Lubię jednostki. Moją wyobraźnię przerasta jak można funkcjonować nie dbając o to, czy lubią cię, nie tylko szanują, ale czy darzą czułością i sympatią osoby płci przeciwnej. Tyle pogardy w mediach, tyle w polityce, tyle w piwnicach informatyków i w biurach prezesów czy profesorów. Ostatnio widziałam ceremonię wręczania nagród, podczas której jeden naukowiec wygłosił przepiękną mowę dziękczynną dla swojej żony, również profesora, naprawdę ją zobaczył w jej całokształcie - emocjonalne, intelektualne, merytoryczne. Jest mi trudno zrozumieć jak można żyć pogardzając, uprzedmiotawiając połowę ludzkości.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 grudnia 2017 19:46

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl