Kucharka Zen

Wpisy

  • czwartek, 28 kwietnia 2016
    • Romantyczność i niedotykalni

      Przyglądam się ostatnio swoim marzeniom. Ambicjom, powinnam powiedzieć, aspiracjom, bo przecież i mnie przysługuje ambitność, chociaż czasem, w pewnych co bardziej konserwatywnych albo też myślących stadnie, tradycyjnie środowiskach, czasem ambitność moja, młodej kobiety, wydaje się dość wstydliwym faux pas. No bo jak to tak?

      Przyglądam się więc ostatnio moim aspiracjom i ponieważ jako dziecko nie byłam zachęcana do społecznej aktywności, wręcz kultywowano moją domowość i relacyjność, nawyk marzenia mam oderwany od realiów, literacki, zbudowany na niemych konwersacjach z setkami dziewiętnastowiecznych narratorów. Mężczyzn. Stąd wielość i wielorakość nieporozumień, jakimi moje życie dotychczasowe było usłane jak jakaś absurdalna ścieżka zdrowia. Tragicznych czasem (wyrzucono mnie z jednej pracy za takie rozjechanie się ideałów z ich wykonaniem, z innej pracy odeszłam wypalona, teraz walczę na oślep o jakąkolwiek prywatno-zawodową równowagę, więc jakiś tam rozwój się dokonał znaczy).

      Zmałpowałam więc narcystyczne swoje marzenia mesjańskie o ratowaniu jednoosobowym świata od moich starych przyjaciół - Dostojewskiego i Hugo i Mickiewicza i jeszcze paru innych, doprawionych dawką goryczy, dawką rozczarowania, dawką dekonstrukcji kulturowej - taki Camus, na przykład, albo żółcią przepełniony i niechętny ludzkości Sartre, tacy wyalienowani, zostawieni samym sobie biedacy - Kerouac, Burroughs, Ginsberg. Sierotki społeczne na własne życzenie destrukcyjnie kręcące się wokół własnej osi, buntem kierowane.

      I co mi wyszło? Romantyczność niewykonalna. W ciągu ostatniej dekady dorzuciłam sobie jeszcze solidną porcję toksycznych przekazów z mediów rozmaitych i fasadowego porównywania penisów z fejsbuka. Pierwszy i podstawowy problem - nie mam penisa żeby go z czyimkolwiek innym zmierzyć, zważyć, przeanalizować. A rojenia o wielkości mam wybitnie męskie.

      Dlaczego tak mówię? Bo przyszło mi do głowy ostatnio, że nasze kulturowe półboskie wyobrażenia o sukcesie, to, jak o nim mówił Steve Jobs, jak o nich mówi Sheryl Sandberg czy Hilary Clinton, to wykastrowane z pewnej fundamentalnej prawdy iluzje. Bo za każdym charyzmatycznym herosem stoi cała kasta nietykalnych, niewidzialna, niesłyszalna, pogardzana świta. Kasta kobiet - asystentek, żon, matek, sprzątaczek i administratorek. I każdego, kto się na konferencji TED albo w czaspiśmie "Sukces" wychwala swoją dominacją nad światem - polityka, aktora, pisarza, prezeskę czy może podróżniczkę - należałoby poddać uprzednio standardowemu kwestionariuszowi, który by szedł jakoś tak:

      1. Kto czyści twoje sedesy?

      2. Kto gotuje twoje posiłki?

      3. Kto pilnuje twojego kalendarza?

      4. Kto kupuje prezenty twoim bliskim?

      5. Kto odkurza twoje biuro?

      6. Kto zaprasza upierdliwych gości na firmowane twoim nazwiskiem wydarzenia?

      7. Kto pisze twoje przemówienia?

      8. Kto zajmuje się płaceniem twoich rachunków, kto oblicza twoje podatki, kto chodzi w twoim imieniu do urzędów?

      9. Kto wozi twój samochód do serwisu i go tankuje?

      10. Kto prasuje twoje koszule?

      11. Kto parzy twoją kawę?

      12. Kto drukuje i kseruje dokumenty potrzebne ci do przygotowania spotkań?

      13. Kto wstawia twoje brudne naczynia do zmywarki?

      14. Kto przygotowuje umowy i konsultuje je z prawnikami żebyś mógł realizować swoje ambitne projekty?

      15. Kto karmi twoje psy i koty?

      16. Kto ściemnia przez telefon w twoim imieniu osobom, z którymi nie masz ochoty rozmawiać?

      I tak dalej, bo przecież tę listę można by rozbudować wielokrotnie, w postępnie geometrycznym. Może jestem radykałem, bo sama wynajmuję osobę do sprzątania mieszkania i zamawiam pięć dietetycznych posiłków dziennie z dostawą pod drzwi, ale uważam, że herosem, który rzeczywiście stawił czoła życiem można nazwać tylko kogoś, kto na jakimś etapie swojego życia na większość z powyższych pytań mógł odpowiedzieć "ja". Bo tylko on rozumie godność i wartość tych prac. Bo tylko on docenia swój przywilej kiedy te "wsparciowe" czynności wykonuje (za przyzwoitą opłatą!) za niego ktoś inny. Dobrze by było żeby tę osobę znał po imieniu. Żeby z nią rozmawiał. Żeby się interesował komfortem jej pracy. Bo czasem tak czuć, tak bardzo czuć w wypowiedziach rozmaitych prezesów, ministrów i dyrektorów marzenie o oderwaniu się od tego codziennego brudu, o powrocie do czasów kastowych, do czasów feudalnych, gdy dzieci i ryby i wyrobnicy powszedni głosu nie mieli. Tak sobie ostatnio przemyśliwuję.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 kwietnia 2016 10:57
  • wtorek, 26 kwietnia 2016
    • Demony indukcji

      Co wiem o pani, która sprząta moje mieszkanie? Składa mi się ona na kalejdoskop przypadkowych odprysków, fragmentów i impresji. Czy powinnam mieć jej spójniejszy obraz? Czy wystarczy, że ma imię, że jest zlepkiem rozmów o lekarzach, o sprawie rozwodowej jej syna, o wdowieństwie i tym, jak nadal stanowi część rodziny swojego świętej pamięci legendy-męża? Czy wystarczy, że kojarzy mi się z niebieskim płynem zostawionym żeby odmoczył mi sedes, z karteczkami wyrwanymi z małego magnetycznego notesika, zostawionymi na blacie kuchennym z wykaligrafowaną informacją o środkach czyszczących, które mam kupić na następny raz? Mleczko do ceramiki, sprej do kabiny prysznicowej, mydło do drewnianych podłóg. Okrągłe litery osoby przywykłej do odręcznego pisania. Ja już nie potrafię. Chodzę w pracy na lekcje francuskiego i sadzę przeraźliwe kulfony człowieka doby internetu. Moje palce wyszły tak szybko z wprawy. Dwie dekady notatek ołówkowych, flirtowania z piórem na atramentowe naboje, które podobno dostosowuje się do unikalnego ułożenia dłoni właściciela. Tak szybko straciłam nawyk całego mojego dzieciństwa. Pani polonistka z prawobrzeżnej podstawówki wykazała się nadludzką cierpliwością kiedy w kratkach zeszytów trzydziestka jej podopiecznych z zagryzionymi z wysiłku językami mozolnie misternie krzywiła po kolei a, b, c, okrągłe i pracowite.

      Co wiem, o pani, która sprząta moje mieszkanie? Wchłaniam świat oczami, więc znam jej płaszczyki i apaszki i torebki, eleganckie, kobiece, pastelowe symbole niegdysiejszego statusu, albowiem niegdyś była kadrową. Słyszę we wnętrzu swojej głowy jak mówi, jak z dbałością wymawia słowo po słowie, jak dba o godność i szacunek, niegdyś życiową koniecznością zdegradowana do wycierania kurzu w cudzych domach. Znam na pamięć kolor jej włosów, ile to już lat, ile lat. Zauważam, kiedy je sobie podkręci inaczej, kiedy podetnie bardziej niż zwykle, uroczyściej, na sylwestra albo komunię wnuczki, wychowywanej w imieniu matki, która zdezerterowała i syna, który pracowicie, acz niekonsekwentnie zarabia pieniądze, który znów związał się z nieodpowiednią kobietą. Szpitale, cmentarze, sądy rozwodowe, kolejki w ZUSie, szkolne zebrania, weterynarzy, to jej życie. I przemieszczanie się, przemieszczanie się przez pół miasta transportem publicznym. Wiem, że odstawia rzeczy nie na miejsce. Szczoteczkę do zębów odstawia do szafki z ręcznikami, odkurzacz porzuca na środku pokoju, czasem coś znajduję w surrealistycznym miejscu i nauczyłam się już, nauczyłam transformować irytację w czułość, polubiłam te niespodzianki, powroty do domu i gorączkowe poszukiwania elementarnych akcesoriów, przemeblowaną bez sensu infrastrukturę mojego życia. Bo w zamian dostaję lśniącą kuchenkę i wypucowany całkiem bez potrzeby czajnik. Tak, że się w nim odbijam i błyszczę. I wiem o niej również, że się tak wstydzi kiedy coś złamie, kiedy stłucze, kiedy jej coś odpadnie, że nie mówi. Że ukrywa, że ciszą zasłania. Rozumiem.

      Rozumiem też coś, co się dzieje coraz częściej ostatnio. W nowym mieszkaniu mam kuchenkę indukcyjną. Kiedyś szłam później niż zwykle do pracy. Ona robi sobie zawsze kawę na początek dnia. Przynosi w torebce foliowej kanapkę. Jabłko, jak kiedyś do szkoły się nosiło prowiant. I przynosi taki sam przezroczysty woreczek z dwiema porcjami zmielonej kawy. Nastawia sobie wodę w czajniku i zalewa w kubku mocną turecką szatańską mieszankę. Od lat odmawia korzystania z kaw, które mam w domu. Ale od kiedy pojawiła się indukcyjna kuchenka, jest kłopot. Więc tamtego dnia, kiedy spotkałyśmy się rano usłyszałam z łazienki pikanie, gorączkowe pi-piiii-pi-pi, a potem znowu. Rozpoznałam ten dźwięk, ale było go dużo za dużo, za mocno, była w nim złość, a potem jeszcze sfrustrowane fukanie. I znowu, pi-piiii-pi-pipiiiii. Poszłam do kuchni, żeby pomóc. Pokazałam raz. Ona spróbowała powtórzyć, ale nie wyszło. Drugi raz, wolniej, prościej, stopniowo. Przeszłyśmy przez ten rytuał kilka razy, tydzień później znów, a dwa tygodnie potem jeszcze raz. I coś nie bardzo. Pi-piipi-piiiip. Znienawidziła indukcyjną kuchenkę, obraziła się na nią. A ja, tłumacząc jej, pokazując, pozwalając samej spróbować, wyłapałam ten moment, moment kluczowy, kiedy uznaje, że to ponad jej siły, że się nie nauczy, że nie umie, że bez sensu, że się boi. Nie chce zepsuć. Jest głupia.

      Zobaczyłam ten moment jeszcze raz, kiedy łomot doszedł mnie rano w środę, w dzień sprzątania, bo ona szarpała się z drzwiami od balkonu. Rzeczywiście, są nietypowe. Trzeba przekręcić klamkę - raz w bok, potem drugi raz w górę, dwoma oddzielnymi ruchami - a potem pociągnąć do siebie, po czym dopiero wtedy, jak drzwi parawanu przesunąć w prawo. Sekwencja ruchów, której nie trzeba jakoś szczególnie rozumieć, trzeba jej się po prostu nauczyć na pamięć, wryć w pamięć ciała, wytrenować mięśnie żeby raz za razem wykonywały tę choreografię, aż wreszcie stanie się automatyczna, odruchowa, bezmyślna. Ale nie. Znów był moment kiedy ona uznała, że nie nauczy się, że to zbyt trudne, a ona zbyt tępa. Nie powiedziała tego, ale jej złość, jej atak na oślep - że drzwi, że ja, że bez sensu, jej atak na oślep mi pokazał, jak bardzo się boi, jak jej się wrogo, niezrozumiale, jak bezsensownie jawi świat. I że pewnie kiedyś za taką powolność, ociężałość umysłu, że pewnie kiedyś ją karano, że krzyczano na nią, że teraz ona już ten krzyk słyszy wewnątrz siebie, że on ją jeszcze bardziej blokuje, że proste łańcuchy czynności - guziczek włączania kuchenki, wybór palnika, przesunięcie palcem jak po ekranie smartfona żeby nastawić poziom grzania płyty - że nawet one blokują jej się w umyśle. Kiedyś odebrałam w pracy telefon. Krzyczała do słuchawki, że drzwi balkonowe tym razem jej się całkiem zepsuły, że zablokowały, że ona nie wie co zrobić i czy je może zostawić. Wiedziałam, że instrukcje przez telefon nie mają szansy zadziałać, za dużo już razy i na zbyt dużo różnych sposobów próbowałam obejść jej wewnętrzne demony i pokazać jak to się robi. Więc poprosiłam żeby je zostawiła tak jak są, że wracam z pracy za kilka godzin, a na dworze nie jest całe szczęście zbyt zimno. Zbyt zimno? - wykrzyknęła na fali paniki i poniżenia, które podpowiadała jej przeszłość - Nie, nie jest mi zimno, tylko chciałam pani powiedzieć, żeby się pani nie zdenerwowała kiedy pani wróci z domu.

      Nie zdenerwowałabym się. Pani, która u mnie sprząta - jej niebieskie zalewanie WC Kaczką sedesu, jej nieodgadnione porzucanie szmatek do kurzu na stole w jadalni albo noża do chleba na łóżku, jej cotygodniowe przestawianie stacji radiowych i rosyjska ruletka - co dziś będzie grało, kiedy włączę starożytny radiomagnetofon, czy jazz, czy złote przeboje, czy może dziennikarz katolickiego programu będzie mówił o obchodach Bożego Ciała w tym roku? To wszystko jest częścią mnie, mojego życia, nie mam potrzeby z tym walczyć ani zmieniać tego na siłę. Tylko szkoda. Szkoda, że ona aż tak się boi zwykłych codziennych i całkiem niewinnych spraw. I szkoda, że nie umiem jej powiedzieć, że nie ma czego. I że rozumiem. I że sama mam takie same, tak samo niewinne pozornie demony.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 kwietnia 2016 11:28
  • sobota, 23 kwietnia 2016
    • Implantologia

      Śnili mi się dentyści całą bożą noc, stomatolodzy, chirurdzy-implantolodzy, śniły mi się wizyty, wiertła, fotele, ssaki i strzykawki ze znieczuleniami. Mój uśpiony mózg macał fantomy formówek, tampony z gazy i wpatrywał się ślepo w lekarską lampę skierowaną mu prosto w oczy, pod nasadą głowy czując boleśnie zagłówek fotela. Rozbrzmiewało w nim pneumatyczne syczenie, bzyczenie, znajomy pisk borowania, i ten specyficzny dźwięczny odgłos uderzania metalem o kość. Rozświetlił się wspomneniami i fantazjami, emocjami - strachem, wstydem, złością na rodziców, że zostawili samą sobie z tak niezrozumiałym doświadczeniem, nieuniknioność zaufania do tego człowieka o nalanej twarzy, co się z ciepłym głosem i współodczuwaniem pochyla koronkową robotą w maleńkości mojej jamy ustnej misternie, cierpliwie, bezpiecznie, sterylnie.

      Obudziłam się sztywna ze strachu. Napięta, miękka w nogach, sucha w ustach, ograniczona do nudnych, powtarzalnych, lękowych myśli, rozstrojona w jelitach, ucieczkowo nastawiona. Obudziłam się zła, że mobilizacja całym ciałem tak nieprzyjemna jest, że to trudne do zniesienia uczucie.

      Po czterdziestu mniej więcej minutach zabiegu, wkłucie wkłucie wkłucie, drętwienie, czekanie, napięcie, jak ja bardzo, jak całą sobą, jak ze wszystkich sił, głową, śliną, żuchwą, płucami, żołądkiem, jak ja się całą sobą spięłam żeby pomóc temu dentyście. Jak ja z całych sił skupiłam się w idealnego, żywego, pulsującego dentystycznego asystenta, idealnego pacjenta. Jak wczuwając się delikatne drgania jego instrumentów, wyobrażając sobie w tej skoncentrowanej ciszy, w znieczulonym braku bodźców procesy stomatologiczne, całą sobą, swoim systemem nerwowym kalibrując się w kogoś, kto nie sprawi kłopotu.

      Pomyślelibyście, że w takim właśnie momencie zrozumiałam, przypomniałam sobie, że kiedy uczyłam się chodzić do dentystów właśnie tak - całym dziecięcym, ofiarującym samo siebie, całym kochającym kilkuletnim żywym ciałkiem - tak uczyłam się być ich pacjentem. Jak wiązką lasera skupiając całą swoją świadomość, wszystko we mnie, na pomocy dentyście, spinając mięśnie i obsesyjnie śledząc jego ruchy. Podobnie nauczyłam się być pasażerem na tylnym siedzeniu - pomagać tacie poprzez wewnętrzny paraliż, poprzez zamrożenie fizjologicznych procesów na obraz i podobieństwo spokojnego, cierpliwego, niekłopotliwego dzieciaka. Tak samo, poświęceniem mistycznej prawie inteligencji swojego ciała w ofierze drugiej osobie, w ofierze kolektywowi, tak samo nauczyłam się zahamowywać wewnętrzne zjawiska i je podporządkowywać grzecznemu, nieruchomemu nie wierceniu się, nie sikaniu, nie pierdzeniu i nie bekaniu na lekcjach, spaniu na leżakowaniach, przełykaniu zimnej zupy mlecznej mimo głodu w trakcie punktualnego, fabrycznie regularnego obiadu. Przepraszam. Centralnie planowana ekonomio mojego dzieciństwa, kolektywy przedszkolne, autokarowe, teatralne, kościelne, przepraszam, że zawiodłam. Zdradziłam was swoją wewnętrzną żywością, swoją niesubordynowaną zwierzęcą energią, której nie utrzymałam w kagańcu. Przepraszam, bo będę wierna tej wykluwającej się, przez całe życie demonizowanej niepojętej rzeczy:

      W czterdziestej piątej minucie implantacji, przygwożdżona swoim napięciem do wyprofilowanego skaju fotela postanowiłam spróbować nie pomagać chirurgowi, który skądinąd balsamicznie kojącym tenorem poradził, że nie trzeba się tak spinać, że nie muszę, więc skoro miałam jego błogosławieństwo, postanowiłam po raz pierwszy w życiu spróbować nie pomagać całą sobą. Przeniosłam uwagę gdzie indziej. Przecież oprócz kłów i siekaczy i dziąseł mam jeszcze palce u nóg w czarnych sportowych butach i męskich skarpetach w kolorowe grochy (włożonych rano żeby mi raźniej było). Przecież mam kolana, ściśnięte bez sensu, przyciśnięte do siebie nawzajem w tej niemożebnej, niekoniecznej mobilizacji, przecież mam łokcie i nadgarstki i knykcie w jakąś modlitewną sztywność złożone od początku wizyty. Zaczęłam ruszać - palcami, rozluźniać, zwracać wreszcie uwagę na resztę siebie, na całość siebie, zapomnianą, zignorowaną w tym stomatologicznym lęku dziecinnym. Płuca, przepona, oddychać, nie zapomnieć oddychać. Gardło, przełykać. Uszy, pyk, pyk, ciśnienie. Głowa, trochę przesunąć, bo potylica już boli. W czterdziestej siódmej może, może ósmej minucie implantacji, między szwami żwawymi rękami chirurga haftowanymi, postanowiłam nie wczuwać się w szycie, nie śledzić jego dłoni sprawnych, precyzyjnych, postanowiłam nie stawać się jego dłońmi, a sobą. A sobą się stać. I wreszcie. Wreszcie przypomniałam sobie staruszkę prawdę znajomą, coś pięknego, coś, co mnie znowu może przez życie prowadzić po prostu. Moje ciało, gdy mu zaufać, przestawia się na organiczny, bezsłowny rodzaj inteligencji. Nikt inny, w żadnym słusznym czy szczytnym celu, w imieniu czegokolwiek, nie ma do niego prawa własności. Moje ciało jest moje, bo tylko kiedy jest moje - nie mojego szefa, mojego kochanka, matki mojej czy księdza, moje ciało tylko kiedy jest moje, kiedy zaufam mu bez żadnego ku temu powodu, jakbym rzucała się w przepaść, której dna nie widziałam, moje ciało jest mądre zmysłem jakimś trudnym do opisania. Wie, co robić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 23 kwietnia 2016 13:29
  • środa, 20 kwietnia 2016
    • Wewnętrzna symfonia

      Moja psychoterapeutka (za którą podczas jej kilkutygodniowego urlopu zaskakująco zaskakująco mocno tęskniłam), moja terapeutka w powłóczystych, w pikowanych, w młodzieńczych, tanecznych szatach, moja terapeutka rozmawiała dzisiaj ze mną o pierwszym nieboszczyku, którego w życiu widziałam. I o tym dlaczego czasem mam wielką ochotę wyskoczyć przez okno, a dlaczego czasem wskoczyć pod pociąg.

      No więc pierwszy w moim życiu nieboszczyk to jedyny brat mojej babci, jedyny wuj mojej mamy, miał osiemdziesiąt osiem lat i podobno rano jeszcze przejeżdżał sobie skądś dokądś na rowerze, a po południu chodził sobie po kuchni, a potem nagle padł i nie wstał i ktoś mówi, że to najlepszy sposób na śmierć. Ale ja bym wolała we śnie, albo tak powolnie, stopniowo, odchodzić, odpływać, zmniejszać intensywność swojej obecności w świecie, gasnąć.

      Może po kolei. Zanim zobaczyłam pogodną, pogodzoną twarz Wuja, nastąpił absurdalny epizod, który też muszę komuś opowiedzieć, bo z takich rzeczy prawdziwe życie się składa, a nie z teledysków jędrnymi pupami wypełnionych i wiecznej nieomylnej nieśmiertelnej młodości. Zawróciło mi to wszystko na parę dobrych lat w głowie, a teraz muszę robić codzienny wysiłek, żeby pamiętać, żeby opamiętać się i być wierna prawdziwym ludzkim, biologicznym, analogowym prawom wszechświata. One są powolne i idiosynkratyczne, one są frustrujące, nudne, raz po raz zbierają się przypadkiem w jakieś takie cudowne i dziwne klastry wypadków, a czasem zaskakują okrucieństwem i co z tym zrobić, co zrobić? Media głupie są. Więc teraz dla przykładu podam anegdotę z życia wziętą i myślę, że chętnie zobaczyłabym ją w filmie jakimś, tyle że ani widownia ani też krytycy nie uwierzyliby mi, oskarżając o przerysowanie. Babcia moja, siostra nieboszczyka Wuja, też jest już po osiemdziesiątce i mieszka sama, bo nie tak dawno owdowiała, dziadek mój świętej pamięci snuje się jeszcze, snuje kojącą, przyjazną, niekontrowersyjną swoja niegdysiejszą obecnością po kątach tego domu, jego pokój spartański nietknięty, nikt nie ma odwagi zaburzyć, zniszczyć jego ostatnich śladów. Zaczynam wierzyć, że ludzie nie wszystcy odchodzą, że nie od razu, że trzeba im odejść dać czas. Analogowo.

      Więc babcia mieszka sama, jeździ na wózku i jest mocno despotyczna, ale kto by nie był w jej wieku i w jej sytuacji, więc babcia komenderuje mną i moją matką bezlitośnie (w trzeciej osobie) kiedy tylko nas widzi, a jeszcze bardziej kiedy ma jakąś życzliwą widownię. Więc osoby dramatu to ja, babcia i kuzynka z Radomia ogromnej kruczoczarnej piękności, wysoka, smukła, dumna, pomocna. Stoimy nad babci wózkiem inwalidzkim, szykując ją do transferu. Babcia ma z wózka zsiąść, przejść mozolnie do ganku (nie chce pomocy ani oparcia, ona sama, ja mam to po niej), następnie zsunąć się schodek po schodku stopniowo na podjazd, a tam będzie czekał samochód i drugi, terenowy, przystosowany do cmentarnych wertepów, wózek składany w bagażniku. Babcia pokrzykuje, wydaje niezrozumiałe instrukcje, połóż tamto tam, ale co i gdzie, babciu? No tamto. Ale co? No poduszkę, aha, poduszkę, ale którą? No tę. I denerwuje się babcia, denerwuję się ja, wysokokontekstowa komunikacja międzypokoleniowa, czytanie między wierszami nigdy nie było moją mocną stroną, więc dopytuję jakbym wolno myślała. Którą poduszkę? No siedzisko. Ale to siedzisko z twojego wózka, to czarne przenośne? No a które? Dobrze. Ja i kuzynka z Radomia rzucamy się na siedzisko, wziąć i wyminąć z nim babcię w wyścigu do samochodu, położyć je na przednim, pasażerskim fotelu zanim ona tam dotrze, uniknąć kolejnej awantury. No więc kuzynka była wolniejsza, ja zerwałam czarną poduszkę z wózka babci ułamek sekundy przed nią i ja pierwsza oniemiałam, bo babcia, bo babcia, siedzi na swoim inwalidzkim pojeździe - pewnie się boi złodziei, morderców i gwałcicieli - siedzi na tasaku zakończonym tłuczkiem do mięsa. Pamiętam ten tasak z dzieciństwa, zgłupiałyśmy, ja i kuzynka, dokumentnie. Jak dwa słupy soli, zamarłyśmy i obie równocześnie wybuchłyśmy zakłopotanym, absurdalnym rechotem. Tasak. Tasak z plastikowym trzonkiem którym kiedyś, kiedyś kiedy to babcia mną się opiekowała, kiedyś tłukło się oporną wieprzowinę w miękkie, cienkie, delikatne wewnątrz a chrupiące na zewnątrz schabowe.

      A potem był pogrzeb. Najpierw ksiądz, zawodowiec, recytował słowa, które we mnie nie budziły emocji. Żadnych. Zerkałam natomiast na jedyne dziecko Wuja, mojego kuzyna, który, zwalisty chłop, ojciec czterech córek, z których jednej nie było, bo nie żyje, a drugiej nie było, bo wyjechała szukać lepszych żyć za granicą. Mój kuzyn, jego szerokie plecy drżały przez całe sześćdziesiąt minut mszy. Razem z nim drżały plecy jego drobniutkiej jak ptaszek żony, a za nimi w ławeczce w centralnej nawie kościoła drżały dwa ptaszki - dwie wnuczki wuja. I moja babcia, siostra jedyna, wszyscy poobrażani, pokłóceni, zjednoczeni w tym drżeniu, w tym zanoszeniu się niemym szlochem. Zawsze w kościołach czuję się nie na miejscu, ale to może raczej problem kościoła, nie mój. Zaczynam ostatnio tak myśleć.

      Więc potem cmentarz. Tam leżą pradziadkowie moi, leży dziadek, którego nie umiem pożegnać, więc się ciągle ciągle gdzieś nade mną unosi, czekając cierpliwie, jak to on, bez słowa skargi, czekając aż będę gotowa. Aż gotowa będzie jego córka-jedynaczka, moja mama, i moja siostra, która za nim najbardziej, najczęściej i najsmutniej, najprawdziwiej od serca popłakuje. Ale dzień należał do Wuja, jego syna, wnuczek i siostry, oraz garści krewnych i znajomych, życzliwych bywalców pogrzebów, żegnali z nami już tyle osób, deja vu. Ksiądz coś śpiewał, coś recytował, coś pokropywał wodą święconą i odymiał z kadzidła, puste, dla mnie puste te gesty, jakiś sprzeciw wewnętrzny poczułam, dziką nieokiełznaną nienawiść, a potem pomyślałam, że nic ta nienawiść nie załatwi, księdzu potrzebni są wierni, wiernym potrzebny jest ksiądz. Nie mieszkam tu już z nimi, ścigają mnie demony mojego dzieciństwa, niegdysiejsze kościoły i ówcześni księża. Nie lubię pamiętać tego, co we mnie w środku narobił kościół, komunie, spowiedzi, grzech i wszechmogący wieczny Ojciec. Nie lubię myśleć, w kontraście, jaką lekkość, jaką wolność wyszarpałam sobie poza kościołem. To już nie moja historia i nie mnie sądzić jak tym licznym ciotkom, pociotkom, jak im ten kościół w kalejdoskopowe, rozliczne i niejednoznaczne sposoby wewnętrzne pomaga. Niezrozumiale dla mnie, a jednak. Więc rozproszyłam w sobie nienawiść do księdza i do tych ludzi, do społeczności, która kiedyś trzymała mnie w tak ścisłej uprzęży obyczajów, plotkami, strofowaniem, zaciskaniem gorsetów. Teraz jestem dorosła. Oni starzeją się i odchodzą. O, na przykład Wuj wziął i odszedł, więc po co, po co mi ta nienawiść. To tylko przykrywka dla faktu, że nam się drogi rozeszły i ja już niewiele z ich świata rozumiem. Z wzajemnością.

      Ksiądz skończył, moja mama spróbowała (przez łzy) od serca i prosto z uczuć pożegnać się z Wujem, ale babcia, babcię o słowiańskiej duszy poniosło, załkała, zawyła i zaczęła krzyczeć, otwórzcie trumnę, otwórzcie trumnę, otwórzcie! No i wtedy nagle zrozumiałam, że nie będzie wyboru, że zobaczę nie na swoich warunkach, nie w dogodnym momencie, ale właśnie teraz, właśnie teraz anielsko spokojną, pozbawioną napięć twarz Wuja pośmiertną. I już. Nie zemdlałam, nie uciekłam, nie dostałam torsji, całkiem to było naturalne i znośne. Babcia popłakała, przytuliła się, uścisnęła mu zsiniałe dłonie i kazała mi się odturlać na terenowym wózku w stronę wieńców, bo chciała dopilnować gdzie i jak go położą czterej panowie z zakładu pogrzebowego na płycie grobowej. I już. Tak wygląda prawdziwe życie. A raczej śmierć.

      Natomiast jeśli chodzi o to, że mi się czasem włącza impuls wyskoczenia przez okno, moja powłóczysta, smukła, poważna terapeutka (opalona po urlopie na słońcu) mówi, że to jest fantazja, która się pojawia w momentach dużego napięcia, że taką fantazją uspokajam napięcie. Niezła kurczę fantazja. Zatrzymajcie świat, ja wysiadam.

      Ale oczywiście ma rację. Skubana.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 20 kwietnia 2016 15:58
  • piątek, 26 lutego 2016
  • niedziela, 20 grudnia 2015
    • Bo w życiu można kochać wszystko

      Gdyby tylko. Gdybyśmy tylko aż tak się nie bali. Gdyby nas nie wychowywano przez przestraszanie, na wyrost, na wszelki wypadek, gdyby nas nie straszono własnymi sromotnymi fizjologiami, gdyby nas nie przerażano niezrozumiałymi przyczynowo-skutkowymi łańcuchami (jak działa elektryczność? Lepiej nie wiedzieć i nie podchodzić. Jaka jest wewnętrzna logika psów? Bezpieczniej nie zbliżać się i uważać na zapas). Gdyby nas tak nie usztywniono ze strachu, sami zdecydowalibyśmy czego się bać. A co kochać, co kochać całym ciałem, z czym tańczyć w egzystencjalnej choreografii przyjaznej. Bo psy mają swoją wewnętrzną logikę, bo szczekają wtedy kiedy potrzebują i przynoszą zabawkę z jakiegoś powodu i nie ma w tym nic złego, nie ma groźnego, nie jeśli się rozumie. Więc wszystko można kochać, tylko miłośc to najzwyczajniejsza otwartość, przyjazność, gotowość przyjęcia bez oceny. Nic romantycznego, żadne tam serduszka i amorki, na takie wymysły trzeba uważać. Bo miłość to krojenie gotowanego jajka w kostkę, uważnie, pieszczotliwie, tak jak trzeba, po mistrzowsku. Bo miłość to jazda na rowerze, w pięknej równowadze, w tempie niewymuszonym, w stylu charakterystycznym dla siebie. I dla tego konkretnego roweru. Piękne to. Bo miłość to chodzenie po chodniku stopami, których nie wykrzywiają niedobrane buty, ciałem, którego nie spina niekonieczny pośpiech. Bo miłość to zakupy tylko takie jakie trzeba. To balansowanie na swój własny sposób, wyczuwanie, zaangażowane nieustannie, czujne ale rozluźnione, to decydowanie ile stresu jest potrzebne, a ile nadprogramowe, to bycie bez tłumaczenia się i przepraszania za swoją obecność. Nie ma w zajmowaniu przestrzeni nic złego. Dopóki nie zagarnia jej się dla siebie za dużo, dopóki nie wymusza się na innych jakichś niezasłużonych, niesprawiedliwych przywilejów. Więc miłość to "live and let live" to taniec, taniec z rzeczywistością tak, jakby się do tego miało prawo, jak równy z równym, jak pełnowartościowy byt wśród innych pełnowartościowych bytów, zafascynowany ich innością, pewny ich podobieństwa fundamentalnego. Miłość nic nie chce. Miłość raduje się samą interakcją. Więc poprzestraszano nas w dzieciństwie. Samych siebie - swoich emocji, gniewów i nadziei, apetytów i pragnień, swoich jelit i odbytów, swoich pochew i jąder. I przestraszono nas dzikości świata wokół, jego nieprzewidwywalności, potencjalnej wrogości, na wszelki wypadek, bez opamiętania i nieproporcjonalnie. Błyskawic, dzikich zwierząt, samochodów, wiertarek, trzęsień ziemi i chorób. I przestraszono nas siebie nawzajem. Postraszono nas ludźmi, co wierzą inaczej, czeszą się inaczej, inaczej uprawiają rodzinę i pracę. 

      A tymczasem to wszystko, to wszystko można kochać. I nie mówię zupełnie o łzawych, sentymentalnych, przelukrowanych czułostkach. Nie mówię o jakiejś nieustającej błogości. Mówię o adekwatności uczuć. Że bać się trzeba dużo rzadziej niż się boimy. A ciekawym być, a wchodzącym w dialog jakiś, w wymianę, a ciekawym być i otwartym warto być dużo częściej niż na to sobie pozwalamy. Ale przecież. Ale przecież tak nas edukowano. Złe. Dobre. Brzydkie. Ładne. Lepsze. Gorsze. Brudne. Czyste. Bezpieczne. Niebezpieczne.

      Zamieszkać pomiędzy, to dopiero wolność.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Bo w życiu można kochać wszystko”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 grudnia 2015 12:22
  • poniedziałek, 30 listopada 2015
    • Zasłony dymne

      Znowu podsłuchuję rozmowy kawiarniane. Między telefoniczną grą w mozolne budowanie miast, krzew drzewo mały czerwony domek willa pałac katedra zamek na skale, którym to miastom nieustannie zagrażają pojawiające się znienacka skaczące zorro-pandy, między esemesem "kocham cię" spektakularnie zwyczajnym (jakie to cudowne jeśli można być za to tak łatwo niewdzięcznym, jakby to nie był ewenement kosmiczny, to spotkanie, ta bliskość) a artykułem z Le Monde Diplomatique (puchnę z dumy, czytam po francusku) o tym, że u źródła wielu nowożytnych wojen i konfliktów leży niezrozumienie zmian klimatycznych i złe zarządzanie efektami wieloletnich susz w Syrii na przykład, bo odłogiem leżą syryjskie naturalne zasoby podczas gdy rząd tego spragnionego deszczu kraju eksploatuje wielkie wodochłonne uprawy pszenicy i jęczmienia na użytek Zachodu. Więc jesteśmy na tej rozoranej naszymi autostradami, przekopanej do cna w poszukiwaniu węgla i ropy i złota i diamentów planety, co się stopniowo przydusza astmatycznie naszymi wyziewami, więc jesteśmy wszyscy zespołem naczyń połączonych, więc te nasze szczyty klimatyczne w absolutnie ostatniej chwili, za późno dla niefortunnych żabek i muszek i innych wymarłych elementów naszego misternie, niepojęcie zorganizowanego ekosystemu, więc te szczyty klimatyczne trzeba trzeba. Trzeba koniecznie, bo kiedy roztopi się odrobinę jakiś lodowiec gdzieś arktyczny, to w Egipcie przestanie padać deszcz, a nad Meksyk nadciągnie huragan, więc jakieś żywe istoty nagle nie będą mieć co jeść i czego pić i nie wolno nam chyba udawać, że tak nie jest. Że na świecie panuje jakaś boska sprawiedliwość, więc ja, niżej podpisana, czytająca po francusku nad włoskim espresso w warszawskiej kawiarni między wierszami wyprodukowanego w chinach smartfona, więc ja obuta w hiszpańskie buty i odziana w płaszcz szwedzkiego pikowanego projektu, czy ja mam jakieś większe prawo jeść i pić i oddychać?

      A obok mnie dwie cudownej urody licealistki złotowłose długonogie, jak z cholernej gazety, zwyciężczynie loterii genetycznej smukłe gazele siedzą bok w bok, a ja słucham ich rozmów jednym uchem, łowię odłamki i próbuję zrozumieć, w jakim krajobrazie się poruszają, co im się w głowach przetacza gdy obserwują ten sam niby co ja świat, a jednak jakże inny, jak inna musi być nawet dla nich ta kawiarnia z białymi obiciami sof i pasiastymi poduszkami. To jest chyba pokolenie, któremu kazano od razu być gotowym produktem, wiedzieć, umieć, wpisywać się w wyfotoszopowane społeczne ideały, więc te dwa głosy koło mnie, ten dwugłos przedwcześnie dojrzały opowiada sobie nawzajem o udanych i nieudanych, rokujących i nierokujących związkach. Związkach. Nawet ja o swoim związku nie śmiałabym chyba "związek" powiedzieć, więc milczę o nim, nie chcąc kategoryzować, ograniczać, to takie poważne. Związek. Ale koło mnie toczy się dialog poważny, dojrzały, językiem kompetentnych w dziedzinie psychoterapii, a potem nagle, a potem nagle przemienia się w chichot, zdrobnienie imienia, telefon do taty, czy może jakiemuś koledze założyć podsłuch, bo ściemnia, bo kłamie pewnie, że mu się smartfon popsuł, że esemesów nie odbiera, że nie odpisuje właśnie dlatego. Ten chichot jest dużo bardziej nastoletni, teraz w moim podsłuchiwaniu nie ma żadnego dysonansu, nie zgrzyta mi nic. Jest tak, jak się przyzwyczaiłam, odwiecznych praw młodości nie zaburzyła współczesność, dała im tylko nieco inną scenografię, wciskając w dłonie technologie, wymagając nienaturalnej elastyczności, każąc znosić bombardowanie bodźcami. Ale dziewczynki to tylko dziewczynki. One wychodzą na papierosa, a ja nagle rozumiem, że dałam się nabrać, że sama innych nabieram. Tyle dymnych zasłon. Tyle teatru, a za kulisami przecież dzieje się to, co zawsze. Co zawsze. Co zawsze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 listopada 2015 20:42
  • niedziela, 29 listopada 2015
    • Krajobrazy z przeszłości

      Czasem zapominam, że to mój mózg po prostu tak działa. Że idę dokądś i coś się dzieje i nagle eksplodują mi w ciele uczucia, odczucia, nagle mi w głowie rozbłyskują wspomnienia - obrazy, zapachy, dźwięki, jakieś postaci grają w jakimś teatrze z przeszłości, a ja nie mam zwyczaju regularnie uaktualniać oprogramowania. Czasem zapominam, że tamte ważne osoby już dawno nie są tak ważne. I czasem to znak, że warto do nich wrócić, tych konkretnych ludzi, coś z nimi znów nawiązać, jakoś do nich się zbliżyć i pozwolić im na siebie zadziałać. A czasami to znak, że już po wszystkim, że dawno i nieprawda.

      Mój mózg po prostu tak działa. Podsuwa dawne pasje, dawne dramaty, figury z dzieciństwa, procedury bezpieczeństwa, archaiczne strategie przetrwania.

      Coraz częściej znajduję się gdzieś oszołomiona, nagle zdając sobie sprawę, że nie wiem, gdzie jestem, kim jestem, jak i po co się tam znalazłam. Mam poczucie odrealnienia, może dlatego, że od lat żyję bardziej w swojej głowie niż w fizycznym świecie, niż w swoim prawdziwym, czującym, aktualnym ciele. Brakuje mi starusieńkich, znajomych wersji mnie. Brakuje pocieszaczy z dzieciństwa, chociaż nie przystają do tego miasta, po którym jeżdżę metrem, chociaż nie pasują do pracy, w której spotykam pół Europy i mówię w trzech czy czterech językach. Tamten staw, tamten stary człowiek (niedługo minie rok od jego śmierci) i jego ręce stwardniałe, opuchnięte, obracające mimo sztywności znajomo, powtarzanym od dekad ruchem, obracające wiekowy, ostrzony kamieniem nożyk od masła, jedyny, który rzeczywiście coś kroił, ten staw rybny za oknem, ta kuchnia z malowaną na brązowo podłogą, ta koszula sprana w drobną krateczkę, przetarta na plecach tam, gdzie w zagłębieniu nad krzyżem zbiera się pot, pot koszenia, pot grabienia, pot noszenia wiader, te ręce obracające nożyk i jabłko, spomiędzy których wynurzał się nagle magicznie pasek krzywy, byle jaki obierki. Co mam z tym zrobić? Z obcością dzisiejszego świata. Z nieobecnością w nim tego człowieka. Z nieaktualnością tamtego wspomnienia, co zawiera najcenniejsze, tak dla mnie dziś rzadkie poczucie że bezpieczna jestem, że znajome otaczają mnie, znane i zaufane twarze, że przedmioty, drzewa, że tamten staw i tamta podłoga i nożyk i jabłko i obierka i ręce. Każda miłość zawiera nieuchronną utratę.

      Coraz częściej chodzę i nie rozpoznaję. Chociaż prawda jest taka, że od dawna, od dawna poruszam się już po innym świecie, że on się na moich oczach od lat przemieszcza, przemienia, przesuwa akcenty, a mnie się spod nóg, spod nóg osuwa grunt, bo się trzymam bo trzymam się starych krajobrazów z przeszłości, starych sposobów i boję się, że jeśli się puszczę, puszczę też siebie samą, najprawdziwszą, pradawną, że zaprzepaszczę coś, co we mnie stanowi ostatni bastion przeszłości, jakąś lojalność wobec tamtych ludzi, tamtych czasów, tamtej mnie, tego wszystkiego, co uformowało mnie w najważniejszych, rozwojowo kluczowych momentach. Tamte smaki, tamte nawyki, tamte pomysły romantyczne na przyszłość. Jeśli pozwolę im zdezintegrować się, coś innego zastąpi je dzisiaj, coś innego, kogoś innego pokocham, poluzuję w sobie sztywność i wyleje się ze mnie, ze szczelnego pojemnika w samym moim centrum, runą tamy i wyleje się ze mnie morze smutku, morze żałoby, za każdym przyjacielem co odszedł, zmienił się, przeprowadził, znalazł inne życie. Za każdą miłością, co się zdegenerowała w niechęć, co odpłynęła powoli, co się nie spełniła, co obiecała i nie dotrzymała, co cudu nie dokonała. Za każdą przyszłością, która się nie urzeczywistniła, każdym szczęściem, co nie nadeszło. Za matczynymi aspiracjami, które starałam się, kosztem własnej integralności ucieleśnić, moje ciało w te matczyne marzenia ukształtować wbrew jego własnym potrzebom. Za ojcowską aprobatą. Za babciną czułością, wydawaną, dawkowaną. Tylko ten facet na stołeczku niziutkim dziecięcym. Nic ode mnie nie chciał. Nie znałam go. Nie ma go już. Od roku. 

      Co to znaczy pożegnać się, dać odejść? Zrobiłam z siebie szkatułkę na przeszłe szczęścia, lojalna wobec wszystkiego, co kiedykolwiek kochałam. Trzymam, kolekcję zakurzoną, nieprawdziwą już, pielęgnuję jak umiem, coraz rozpaczliwiej, nieporadniej, teraźniejszość dobija się głośno, domaga zaangażowania się, pokochania czegoś, co naprawdę istnieje, zostawienia wszystkiego, czemu miejsce zrobiłam w sobie na zawsze. Trzeba zwolnić miejsce w szufladach zarezerwowanych na zawsze dla byłego męża, dla przyjaciółki z liceum, dla sensownej pracy sprzed dziesięciu lat, dla wizji własnej przyszłości, którą wyhodowałam tuż po rozwodzie, która dała mi ulgę i coś podleczyła na chwilę. Trzeba się puścić. Wywietrzyć. Zrobić miejsce.

      I poczuć przez chwilę strasznośc braku. Nieznajomość i obcość w świecie, gdzie wszystko co kocham już dawno przestało już dawno zniknęło. Złamać samej sobie serce dziecinne, ale też dopuścić życiodajną prawdę, że miłości w życiu można mieć kilka, że szczęście można znajdować na rozmaite sposoby. Poczuć. Poczuć życie, okrutnie i dotkliwie, rozkosznie i zaskakująco.

      Nie ma już, nie ma moich krajobrazów z przeszłości. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Krajobrazy z przeszłości”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 listopada 2015 16:48
  • czwartek, 19 listopada 2015
    • Umościć się, zadomowić

      Chciałabym zamieszkać w swoim życiu, jak w domu, zadomowić się, umościć w jego realności. Chciałabym nie przymierzać go już do tych rozmaitych ram, które (jak szyte masowo ubrania) uwierają w rozmaitych niewymiarowych miejscach. Tylko czy to miejsca są niewymiarowe, czy dostępne narracje zbyt uproszczone?

      Więc czytałam ostatnio, zaskoczona, czasopismo, które kupiłam dla całkiem porządnie napisanej książki z reportażami młodych dziennikarek o kobietach, o ich walkach codziennych walczonych poza schematami znanych nam, studiowanych w szkole eposów. Tak bardzo chciałam pasować. Do jakiegoś istniejącego już modelu. Więc czytałam rozmowę z nauczycielką jogi, prowadzoną według szablonu, że najpierw gwiazda korpo, potem załamanie, wypalenie, depresja, a wreszcie happy end i oświecenie. I znów, i jak zwykle, miałam wrażenie, że moje niestarannie nakreślone życie, moje brudnopisanie codzienne losu jednostkowego, że nie wpisuje się w tamtą strukturę, a chciałoby, jakżeby chciało. 

      Umościć się, zadomowić w jakiejś gotowej, dostępnej opowieści, w jakimś kulturowym wzorcu, żeby wiedzieć, że jestem z grubsza okej, że pasuję, że nie wykopią mnie ze społeczeństwa, mój wielki demoniczny lęk. Nawet kosztem autentyczności, przestać wreszcie tak dotkliwie czuć swoje unikalne niedopasowanie. Tę niekonkretność i niekonsekwencję, niejasność i niepewność mojego prawdziwego przeżywania. Tę biografię, w której może nawet było korpo i może nawet był jakiś awans, ale niewyraziście jakoś to się toczyło, niejednoznacznie. Jednoznaczności mi w ogóle brakuje, śmiesznie się przyznać, ale wydawało mi się naprawdę, że może kiedyś wreszcie usiądę po całym dniu życia i coś będę wiedzieć, coś rozumieć, poczuję się częścią niezaprzeczalnej biografii, jak z filmu amerykańskiego, gdzie wiadomo, kto był zły, kto dobry, kto katem, kto ofiarą, kiedy się było szczęśliwym, a kiedy nie, najlepszego szefa łatwo odróżnić od najgorszego, a straszny narzeczony, po którym odbija mi się do dziś goryczą gdzieś w okolicach splotu słonecznego, a straszny narzeczony był wrażliwym, przenikliwym, obdarzonym nieprawdopodobną wyobraźnią talentem, i wiem doskonale, co w nim pokochałam i kocham tamto coś do dziś, bez względu na lata terapii, które mnie tamten związek kosztował. A mąż ukochany, a mąż mój były legenda anioł cierpliwości czułość i szacunek, a mąż ukochany bywał cyniczny i bierny, bywał okrutny i obojętny, a mąż ukochany był i pewnie nadal jest alkoholikiem, więc cóż. Niech mi ktoś z tego utka jednoznaczną odpowiedź. Tak się wstydziłam, tak wstydziłam, że jestem nie do wpisania, nie do zaklasyfikowania, że przecież moja historia też jest o korpo, ale ono było bardzo polskie równocześnie, po słowiańsku apatyczne i zarządzane strachem, straszeniem, że zwolnią, że zabiorą przywileje, nieufne, bo przecież kradniemy i na pewno jakiś sabotaż nam w głowach, bo nie możliwe, że niektórzy z nas kochają swoją pracę. A równocześnie miałam tam najlepszy zespół na świecie, pracuj ciężko i imprezuj intensywnie, ale z nimi chciałam, chciałam imprezować, dwóch gejów, lesbijka, Murzyn, dwie rozwódki, ktoś z nadwagą, ktoś ze zrośniętymi palcami, stara panna, młody wielbiciel fantastyki i kibic Legii. Albo może jeszcze inaczej, skoro piszę o złożoności i niejednoznaczności. Ten sam zespół: doktorant iberystyki zafascynowany teorią romantycznej miłości, dwie dziewczyny, które zamieszkały razem, jak w amerykańskim serialu, tu chłopak, tam kochanek, narzeczony, zerwanie, złamane serce, i nagle siebie nawzajem, siebie nawzajem znalazły w miłości. Wychowana w Rosji mistrzyni smażenia soczystych pierożków, której rodzice lubią tańczyć i śpiewać, obdarzona wyrafinowanym smakiem, więc zawsze lubiłam od niej dostawać prezenty, apaszki, kubeczki etniczne, przywiezione z najdziwniejszych miejsc w świecie, podróżniczka. Wysoka, niebieskooka blondynka, uosobienie wschodnioeuropejskiej solidnej kobiety, która parę lat później w jakichś górach odnalazła boga i odtąd już w każdej naszej rozmowie ten bóg jakoś był. Bardzo był. Ach i jeszcze, rudowłosa, zjawiskowej urody fizyczka, w której życiorys trudno było uwierzyć, bo obejmował buddyjskie aszramy i Dalaj Lamę, męża, który tłumaczył starożytne teksty, amerykańską błyskawiczną karierę w start-upie, bogactwo zbyt szybkie zbyt młodo, zachłyśnięcie się i bankructwo, w kolejności odwrotnej, oczywiście, więc pewnie prawie jak w tym artykule w czasopiśmie. Jej się lepiej udało niż mnie.

      No bo to moje korpo, chociaż w Mordorze, w samym sercu Mordoru, chociaż na wielu płaszczyznach nieludzkie i nieludzko ważne rzeczy ze mnie wyssało, to nie było takie korpo z filmu, z serialu, z kolorowych pism. Ono było bardziej znajome, oswojone, bo ludzie w nim byli, a nie dwuwymiarowe postaci. Więc była recepcjonistka w czarnych golfach, za bardzo wykształcona i za mało opłacana, dzięki której całe to miejsce hulało. Rozsądny, ludzki, empatyczny człowiek. I była szefowa w strojach zamrożonych sprzed trzech dekad, z jakąś traumą zamrożoną, cudem chyba awansowana na szefa, ukrywająca nieumiejętnie, że nie umie obsługiwać drukarki, że nie potrafi za bardzo internetami surfować, że się boi ludzi, a najbardziej, a już najbardziej swoich własnych podwładnych. Tragikomedia bez rąk i nóg. No i druga recepcjonistka, śniła mi się przez nią praca po nocach, bo chociaż jej córka zapadła na anoreksję i miała moje głębokie całkiem szczere współczucie, nigdy nie zrozumiałam jej bezdusznego, złośliwego komplikowania innym życia, bo tak. Bo mogła. Więc czy było mi tam dobrze? Z wrażliwymi ludźmi dokoła. Z przygodą uczenia się ludzi. Z zachłyśnięciem się amerykańską kulturą zarządzania, nagłą fascynacją całkiem nowym, ucywilizowanym światem miękkich kompetencji i coachingu, czyli w języku laika po prostu wysokiej kultury osobistej i elementarnego szacunku dla podmiotowości innych. 

      Więc czy było mi tam źle?

      I dlaczego od tamtej pory choruję?

      Chciałabym żeby moja bajka była pięknie okrągła, bez kantów, z wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. Z puentą, która potrwa dożywotnio, która nie ulegnie natychmiastowej transformacji, nie zdezaktualizuje się zanim się nią nawet nacieszę. Moje korpo nie wypluło mnie, sama odeszłam. Do pozarządowej organizacji, w której było pod pewnymi względami (i znowu, względność, względność przebrzydła) w której było i lepiej i gorzej i cieszę się, że już mnie tam nie ma i szkoda mi paru rzeczy, bo już mi się nigdy nie przydarzyły, bo być może nie będę już miała takiego jasnego, jaskrawego, jednoznacznego poczucia, że robię coś z sensem, coś, co chcę i na czym zależy mi bardzo, że buduję katedrę, a nie tylko kładę zaprawę i wtapiam w nią pojedyncze, pozbawione kontekstu cegły. Więc siedziałam i dłubałam w tabelkach w Excelu, jak wszędzie, w każdej cholernej pracy przy biurku był ten Excel, więc dłubałam i miałam poczucie, że dłubię w wyższym, szlachetniejszym, wartościowszym niż kiedykolwiek dotąd celu, więc ten Excel ma sens.

      Tak jak pani w artykule zaliczyłam wypalenie i głęboką niechęć do bycia żywym człowiekiem, do kontaktu z innymi, tak jak pani, która przywaliła głową w mur. Ja przywaliłam. Ale nie raz. Tylko kilkaset. I nie mocno, tylko raz bardzo, a potem mniej, a potem jakby w inny typ ściany i pod odmiennym kątem, a potem podczołgałam się pod mały mureczek i chyba tylko z przekory pacnęłam w niego czołem. Więc to nie jest ciekawa opowieść. Takie nic. Takie życie prawdziwe. Nie potrafię sprowadzić go do trzech aktów. Do morału, który się kupy trzyma. Bo czego się w nim nauczyłam? Że trzeba być dobrym dla ludzi? Tak i nie. Trzeba być dobrym dla tych, którzy to zauważą, docenią, którzy nie wykorzystają, nie wejdą na głowę, nie zinterpretują dobroci jako słabości i nie zbiją jej kosztem własnych kapitałów. A dla innych wystarczy być przyzwoitym.

      Więc.

      Chciałabym się umościć w tym życiu. Z momentu na moment jak kalejdoskop dostarczającym kolejnego paradoksu, kolejnego koanu, nierozwiązywalnych zagadek, podtykającym pod nos doświadczenia bez puenty. Do przeżycia. Do bycia w nich. Wczoraj wieczorem wspinaczka, zapomnienie, oczyszczenie głowy z nawykowych historii, stopy w tenisówkach szukały (jakie to było absorbujące, jakie lecznicze w swojej prostocie) szukały oparcia na wystających ze ściany wypustkach. Za plecami o swojej ośmioletniej córce opowiadała jakaś dumna matka, w przestrzeń, radośnie, że psycholog szkolny powiedział, że nigdy nie spotkał dziecka tak witalnego. Nie że ADHD. Witalność, miłość życia, niezmordowaność. A ośmiolatka, o której była mowa w trzeciej osobie zwieszała się właśnie jak superheros z sufitu. Gdzie mam, w jakiej ideologii, w jakim systemie wartości umiejscowić tę scenkę? Albo następną, kiedy idziemy z chłopakiem do metra i w półmroku widzimy grupkę osób, z których jedna półleży na ziemi i trzęsie się, drży jak osika, druga nadrabia miną dzwoniąc po karetkę. Schylamy się, pomóc, daję jej swoją wodę, popija, rozedrganymi rękami próbuje wyjąc z torebki jakieś lekarstwo na serce, nie ma chyba nawet dwudziestu lat, drobniusieńka blondyneczka zaniemówiła ze strachu, ja zaniemawiam ze smutku. 

      Więc.

      Albo dzisiaj. Wychodzę spotkać się z siostrą, zrobić jej zdjęcia nowym aparatem, czarno-białe, zawsze wtedy jestem szczęśliwa, robiąc czarno-białe portrety twarzom, przedmiotom, elementom rzeczywistości. Zawsze wracam wtedy na moment do domu. Jak na ściance, jak podtrzymując drżącą dziewczynę przy metrze, wtedy na chwilę umoszczona jestem w kosmosie, na moment nie pytam go, co oznacza to wszystko, czy jest mi dobrze czy źle, czy on jest zły czy jest dobry. Nie pytam. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Umościć się, zadomowić”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 listopada 2015 19:50
  • niedziela, 15 listopada 2015
    • Co zostało

      Niedzielny wieczór. Kanapa. Komputer. Jedyne, co mam, to pulsujące nadgarstki, to obręcz niewidzialna bólu głowy wokół skroni, to wyschnięte śluzówki po tych wszystkich wczorajszych papierosach, po winie szorstkie gardło. Żebym to jeszcze ja paliła. Dźwięk klawiatury dyskretny, echa szumiących w deszczu po mokrej nawierzchni opon nielicznych samochodów, wilgotny chłód mżawki, która przeszła w prawdziwy listopadowy deszcz, ta ciężkość, ta ciężkość najtrudniejszego miesiąca roku, nie rozumiem jej, wgniata mnie ku ziemi, przytłacza, mój licealny ukochany (jak pies zbity, jak pies zadurzony, jak wierny, jak bezgranicznie, bezwarunkowo, bezrefleksyjnie zapatrzony pies chodziłam za nim, dobrze, jak dobrze nie być już więcej siedemnastolatką) mówił, że nie padało, że podejrzanie sucho jest w tym roku, że sucha jesień, ale zaczynam podejrzewać, że on po prostu mówi, co mu ślina na język przyniesie. że on improwizuje i z przyzwyczajenia dostosowuje treść swoich historii, dostosowuje radykalność swoich poglądów do widowni. Jaką to ze mnie robi widownię skoro tak mocno wypierał się, skoro mi wmawiał, że mnie pamięć myli, a przecież pamiętam doskonale kilkugodzinną rozmowę w ciemnej, przydymionej knajpie, krew mi krążyła mroczniej w żyłach, cieplej i mszyściej, to pamiętam, tego nikt mi nie odbierze żadnym zaprzeczeniem, dziś jeszcze na wspomnienie tamtej rozmowy, przyciszonej, konfesyjnej, jakbym została zaszczycona, jakbym dopuszczona została w głębię i w bliskość, mówił mi do ucha. Wiesz co, mówił, wiesz co, boję się, że jestem homoseksualistą. Boję się, że ciągnie mnie do mężczyzn. Wczoraj wyparł się. Wyśmiał moje wspomnienia. Że wtedy miał piętnaście lat i mówił cuda niewidy żeby zrobić wrażenie na słuchaczu. Zrobił. Zrobił wrażenie.

      Co zostało. 

      Jechaliśmy na spotkanie, jechaliśmy autobusem kluczącym po Ursynowie, po Sadybie, po Czerniakowie, po Powiślu, jechaliśmy, a ja miałam ściśnięte gardło i spięty kark z najeżonym włosem jak pies. Jak pies przygotowany odpierać ataki. Co zostało. Jechałam spotkać ludzi, z którymi kiedyś łączyło mnie uczucie dzikie, całym ciałem przeżywane, żywe i śmiertelne, euforyczne i rozpaczliwe, jak u nastolatki. Jechałam żeby iść skrótami po osiedlach, które być może jeszcze pamiętały, tak jak ja, jak moje mięśnie, które pamiętały wódkę, alkoholowe zamroczenia, osuwania się po ścianach, biegi na oślep i dramaty, śmiechy i płacze. Jechałam zastanawiając się, co zostało po dwudziestu latach. Zaproszono mnie w imię przyjaźni. W imię czegoś, czego już nie czuję, ale zobowiązano mnie do czucia. 

      Co zostało. Został instynkt gołębia pocztowego, trafiłabym pod tamte drzwi do klatki, weszłabym po schodach, włączyła światło pstryczkiem, którego położenie na ścianie znam na pamięć, na oślep. Ze snu wybudzona. Zamroczona. Rozgorączkowana. Przeszliśmy skrótem znajomym, stanęliśmy, nacisnęłam numer w domofonie, weszłam na schody, zobaczyłam twarz tylko odrobinę bardziej kwadratową, oczy tylko trochę podkrążone. Ten sam głos. Te same niestworzone, niekończące się historie. Od progu zaczęliśmy być zabawiani, zagadani byliśmy, ugoszczeni. Tak jak pamiętałam. Co zostało.Jacyś inni ludzie, dawno nie widziani, plotki o wspólnych znajomych, rytualne, po raz tysięczny jak paciorek powtórzone zaklinanie rzeczywistości, nieaktualny teatr emocji. Ja już jestem całkiem gdzie indziej. Przyjaźń tamta jest tylko bladym skurczem mięśni, skokiem ciśnienia na myśl o niegdysiejszych porywach serca, o niegdysiejszych okrucieństwach, jakich się wszyscy na wszystkich dopuszczaliśmy. Więc przyniosłam sery. Kozi. Owczy. Pleśniowy miękki mlecznie i słono-kwaśny żyłkowany na niebiesko, przyniosłam bagietkę, rwaną, krojoną wielkim nożem. Przyniosłam wino borówkowe, słodkie, słodkie, jedyna słodka rzecz wczoraj. Nie. Jestem niesprawiedliwa. Słodki był cudzy pies. Słodka opowieść jednego z gości, z drugiej ręki znającego zapośredniczoną opowieść o naszym wspólnym śmiesznym, strasznym dorastaniu. Słodka opowieść o tym, że Ryszard Lwie Serce był gejem. Rys historyczny. I słodkie wino.

      Co zostało. 

      Rozczarowanie, smętnawe zrozumienie, podszyte ulgą, że nie muszę już przeżywać tego trójkąta, tego biernego, wściekłego, poniżonego oglądania jak mój wybranej i moja przyjaciółka odgrzewają niegdysiejszą miłość. Jestem gdzie indziej, jestem kim innym. Wczoraj straciłam najbliższych mi przyjaciół, którzy od dwóch ponad dekad nimi nie byli. Nie uczestniczyli w mojej codzienności. Niewiele o nią pytali, nie śledzili moich przemian regularnie, czasem tylko, czasem i z daleka, czasem czule, czasami z poczucia obowiązku, czasem z grzeczności, czasem gorzko. Przy kawach. Na spacerach. Przez długodystansowe telefony. Beznamiętnie. W imię czegoś, co było, a czego dawno nie ma. Z czego nie zostało wiele żywego. Próbowaliśmy wczoraj rozmowami o tym, kto się rozpił, kto bankrutuje, kto ma depresję a kto dostał własną pracownię na ASP, próbowaliśmy ożywić coś dawno nie do ocucenia, coś, co już nie zmartwychwstanie. Straciłam wczoraj, między rozmową o systemie bankowym i o architekturze Los Angeles, straciłam najważniejsze duchy przyjaciół, rozpłynęły się w jakichś konwulsjach, w łabędzich śpiewach obojętnych, z zapałem odgrywanych znów jak lata temu. Zyskałam interesujących. Ale nieszczególnie mi bliskich znajomych. Powstał wakat. Zrobiła się przestrzeń, bo puściłam. Bo odpuściłam. Bo już nie czuję się winna. Nielojalna. Że nic nie czuję. Że mi niewiele w środku, że niewiele mi ożywa na myśl o nich, w kontakcie z nimi.

      Co zostało.

      Słony starymi łzami, słodkawy minionymi wielogodzinnymi zamazany obraz, którego już nie muszę w imię starych przyjaźni reanimować. Dla niej, dla starej najukochańszej kiedyś i najintensywniejszej, najbardziej kurczowo przytrzymywanej koleżanki, dla której, skoro chciała tak mocno, skoro tak despotycznie, nie znosząc sprzeciwu, obsadzając nas wszystkich na siłę w starych niewdzięcznych rolach, skoro chciała nas zaangażować do rekonstrukcji. Ciągle i nieustannie, chociaż czas mijał i potrzeby się zmieniały. Chciałam to dla niej zrobić. Chciałam stać się tym, co tak bardzo chciała widzieć. Bezradniejszą, pogubioną, zależną, niesamodzielną, lamentującą, wyuczoną strachu i bierności nastolatką sprzed dwudziestu lat. Chciałam czuć to, co tak bardzo ona chciała żebym znowu czuła. Miałam poczucie winy, że wewnątrz krążą mi całkiem inne emocjonalne prądy. Co zostało.

      Słowa. 

      Blade migotania.

      Czarne zapaści kiedy się za dużo, wrażliwcy, banda delikatnych cynicznych dzieci, które dużo zapłaciły za swoją żywą inteligencję, za czułki wystawione bardziej i boleśniej. Kiedy się za bardzo próbowało znieczulić. Zapomnieć. Nie czuć tak mocno.

      Trochę wstydu. Trochę zażenowania. Jak tragiczne to się wszystko wydawało. Duma. Że się kiedyś tak mocno czuło właśnie. Bo to prawdziwe było. Niezdrewniałe, nienawykowe, bo świat zachwycał aż do drgawek, bo miłość wydawała się cudownym piekłem, bo przyjaźń była mistyczna i obezwładniająca. Więc rozumiem. Rozumiem dlaczego ona, najintymniej dopuszczona do mojego świata i najżywiej zlana w zaufanie, dlaczego tam chce wracać. Bo potem nigdy nic. Nigdy nic już takie nie było.

      Co zostało.

      Myślę, że gdybyśmy na sobie nie wymuszali sentymentów, zostałoby coś mocniej odżywczego, coś balsamicznie, milcząco, czule prawdziwego. Coś tam było. Jakaś czułość taka. Jesteśmy wszyscy nieodwracalnie częścią siebie nawzajem na dobre i na złe. Ale już gdzie indziej i całkiem inni, otoczeni, opatuleni życiorysami. Jemu właśnie zmarł ojciec. Wygłosił wykład. Usiadł. I umarł. Przez kilkanaście lat nie rozmawiali. Potem on miał wypadek, a ojciec wrócił i zaistniał znowu. A teraz umarł. Ona żyje w świecie pięknych inscenizacji. Kostiumów, dialogów, rekwizytów, recytacji ról, odtwarzania postaci z przeszłości, więc może to ma sens, może to samo po prostu, to samo za co jej płacą na co dzień robi z nami. A ja. A mnie się wydawało, że skoro zawodowo doradzam ludziom, skoro prosi mnie się o mądrość, to mam obowiązek wiedzieć jak żyć. Znać chociaż kilka odpowiedzi. Nie wolno mi wątpić. Nie wolno gubić się. Nie można bezradnym i niekompetentnym być. Umiem, tak jak i oni wszyscy, umiem kilka sztuczek i służyły mi one przez te wszystkie lata mi służyły, aż przestały służyć i się wszystko posypało i przestraszyłam się, że z tego posypania już nie pozbieram nic. 

      Co mi zostało.

      Co im zostało.

      Mam tylko to, co jest teraz, tu. Mam ciągle kojace stukanie w delikatną, przyjazną klawiaturę. Jej plastik ciepły jest i uspokaja mnie troszeczkę. Mam tylko wspomnienie, wszechogarniające, ówczesnego poniżenia. I obietnicy danej samej sobie że już nigdy nikt. Wczoraj wróciłam do ludzi, których najmocniej w całym swoim życiu, całą sobą kochałam i którzy najboleśniej mnie zranili. Poczułam wszystko. Od początku. I nie poczułam nic. I nagle zrozumiałam różnicę. Między przeszłością. Pamięcią ciała. A żywą terażniejszością.

      Został smak borówkowego wina na języku. Zostało wycofanie, bo mówią tylko dwie osoby i chyba tylko jedna z nich wie, o czym. Bo niepotrzebne to było i najcenniejsze w świecie. Więc obranej z tej legendy, z romantycznej, nostalgicznej, pustej w środku otoczki symbolicznej już nie boli. Nie mam wobec tamtych przyjaźni żadnej lojalności. Bo prawdziwi ludzie, których wczoraj spotkałam, niespokojni, przestraszeni, przyglądający się i próbujący, czy może te wspólne wspominki z serem i bagietką i wódką Absolut uspokoją, pozwolą wrócić do jakiegoś duchowego domu, do jakiejś zapomnianej jaskrawości odczuć, do prawdziwości. Bo prawdziwi ludzie, nie tamte demoniczne, pomnikowe postaci z mojej pamięci. Budzą odrobinę czułości nawet. Ale z dystansu.

      Co zostało.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Co zostało”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 listopada 2015 20:39

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl