Kucharka Zen

Wpisy

  • niedziela, 15 października 2017
    • Freud

      IMG_4510

      Lucian Freud. Do dzisiejszego popołudnia nie znosiłam jego obrazów. Rozplaskana ludzka nagość w swojej najbledszej, pozaczerwienianej, pomarszczonej, żółtawej, niebieskawej, tłustawej, znudzonej, samotnej, nieocenzurowanej brzydocie. Jakiś mój lęk zawsze spotykał się z obrazami Freuda, wnuka ojca psychoanalizy, jednego z najsłynniejszych dwudziestowiecznych angielskich artystów, że jeśli się zacznie zdrapywać brokat i puder, rozczesywać tapiry i lakiery, jeśli się z nas wszystkich zdejmie uważnie dobrane ubrania w stylu tej czy innej subkultury, zakodowane w kostiumy i fryzury i miny kulturowe przekazy - jestem potężny, mądry, jestem lojalny, jestem twardy, jestem zmysłowa, mam kontrolę i wpływ, jestem obrotna, sprytna, jestem przenikliwa. Jeśli się z nas zmyje warstwę misternie nakładanej fasady, a potem następną warstwę i kolejną, jeśli się nas parę godzin, parę dni, parę tygodni przetrzyma bez sztafażu, tak jak Freud kazał swoim modelom pozować, dzień po dniu, tygodniami, aż z nich zeszło napięcie, aż brak zaufania zniknął, aż gorsety obyczajowe się poluzowały. Aż coś się obnażyło. On potrafił wydobyć z ludzi ich najgłębszą brzydotę tak, że nagle przestało być ważne być ładnym.

      Parę lat temu w Budapeszcie byłam na wystawie Toulouse-Lautreca, który malował prostytutki, artystów, pijaków i inne, nieraz koślawe postaci z półświatka, często w cywilu, za kulisami teatrzyku wieczornych ekscesów. On też to potrafił. W szarawym świetle świtu złapać senność, załzawione jeszcze oczy ze śpiochami w kącikach, rozlazłą ufność. Biologiczną bliskość. Fundamentalną bezradność.

      Tu w Berlinie Freud ma wystawę swoich grafik. Cienkie kreski jego miedziorytów krzyżują się w cudownie chaotycznym tańcu światła i cienia, nie rozumiem, jak on to robił, każdego potrafił oszpecić tak, że nagle się robił codzienny i prawdziwy. Ulubioną modelką Freuda była "wielka Sue", zjawiskowa, otyła pracownica urzędu do spraw społecznych, Sue Tilley. Przystanęłam przed hipnotyzującą grafiką przedstawiającą "Kobietę z tatuażem na ramieniu", Sue właśnie. Tę grafikę sprzedano parę lat temu na aukcji za £121,250. Jeden z obrazów olejnych Freuda przedstawiających tę samą modelkę ktoś kupił za rekordowe dwadzieścia milionów funtów. Dlaczego? Nie mogłam oderwać wzroku od przysypiającej, opierającej wykrzywioną twarz na dłoni, potężnej kobiecie z podwójnym podbródkiem i cienkimi włosami i z atramentowym kwiatem utrwalonym w skórze masywnego ramienia. Z tyloma podobnymi kobietami jeździłam autobusem i nagle jedna z nich objawiła mi się intymnie, nago, bezwstydnie i bezpretensjonalnie. Może zobaczyłam w niej coś, czego życzliwe lustra mi dotąd oszczędziły? Za mną grupa niemieckich gości muzeum rozrechotała się nagle intensywnie, rubasznie. Odwróciłam się żeby zobaczyć, co ich tak rozbawiło. Gruba Sue. Pokazywali ją sobie palcami, śmiejąc się w głos. A ja pomyślałam, że powinno się nas wszystkich szkolić w kochaniu brzydoty. Prędzej czy później, w nieunikniony sposób, i my sami zbrzydniemy. I jak się wtedy, odebrawszy medialny trening podziwu dla gładkości, dla młodości, dla symetrii i pełnej witalności, jak się wtedy sami zdołamy pogodzić ze sobą? Czytałam ostatnio przypowieść o miłości między dwojgiem ludzi. O momencie przełomowym, a właściwie serii takich momentów, kiedy kochanek konfrontuje się z wewnętrzną brzydotą kochanki i wzajemnie. Jeśli się w sobie nawzajem znajdzie ciepło i siłę i mądrość wytrzymania tej brzydoty, związek ma szansę przetrwać wielkie sztormy. Ale. Ale przecież nie wszyscy jesteśmy Freudem. Lucianem Freudem, którego przez lata podejrzewałam o zgorzknienie i cynizm, o skrzywione spojrzenie, o perwersję i wielki emocjonalny chłód, a dziś zobaczyłam, że jak on i ja chciałabym przejść próg akceptacji koślawości ludzkiej i małości powszedniej, nużącej powtarzalności, paraliżującej przewidywalności drugiego człowieka kiedy już przestanie być świeży i nowy i ekscytujący. Freud pokochał szpetność i pokazywał jak ją mądrze podziwiać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 października 2017 20:13
  • sobota, 14 października 2017
    • W kosteczkę

      Moją granatową piżamkę z cekinami kupiła mi mama. Moją granatową piżamkę z cekinami i lamówką w kropeczki dziś po powrocie do hotelu znalazłam złożoną w równą kosteczkę na posłanym nieskazitelnie łóżku. Prawdopodobnie nigdy nie spotkam się twarzą w twarz z osobą, która zrobiła mi taką maleńką wielką przyjemność. Ma na imię Regina.

      Podczas jednej z kawowych przerw w berlińskiej konferencji poszłam kupić mniej lurowatą kawę, ale studencka kawiarnia po drugiej stronie ulicy była zamknięta, więc powędrowałam dalej, do piekarni, w której wiedziałam, że serwują espresso, podwójne espresso, mocniejsze niż jestem przyzwyczajona, a chociaż lubię szatańsko intensywne macchiato, po tym telepało mnie godzinami. Nie pamiętam szczegółów rozmowy, ale wpadłam na dwóch chłopaków z konferencji, jeden był organizatorem i mieszkał w Berlinie, drugi robił badania w Cambridge, wczoraj miał prezentację o wykrywaniu raka przełyku. Usiedliśmy razem. Coś było o miastach, o czynszach, o jedzeniu i o powrotach do Polski, a potem zażartowałam. Neurony styknęły mi o kilka sekund za późno. Nadal nie mogę spać po rozstaniu, noszę na przegubie czarną bransoletkę, która mierzy mi sen. Wczoraj zmierzyła niewiele ponad trzy godziny, więc coraz częściej, egzotycznie, surrealistycznie, mózg mi nie łączy jak co dzień, tylko niecodziennie łączy. Nawet zaczynam to lubić, to płatanie od środka samej sobie niespodzianek. Tym razem z opóźnieniem włączyłam się na powrót do akcji i zorientowałam się, że mam przed sobą niezrozumiały obrazek: chłopak, który siedzi naprzeciw mnie odchylił się niebezpiecznie na krześle, wykrzywił ostre rysy twarzy w szczodrym grymasie, zmrużył oczy i właśnie tymi szparkami zobaczył, że zaraz wypadnie  mu z ręki zapiekanka z mozzarellą. Drugi wyglądał nie lepiej. Jakby płakał. Jakby go brzuch bolał, a on z tego bólu zawodził. Nie potrafiłam przez dobry moment zonterpretować tego co się działo. A potem jednak styknęło - oni się śmiali, oni się śmiali z mojego żartu. Śmiali się z mojego żartu. Z mojego żartu się śmiali.

      Dawno nikt się nie śmiał. I czy to dawno znaczy, że ja nie jestem śmieszna? Nie zmieniłam się ostatnio jakoś diametralnie. Dzisiejszy żart był taki jak zwykle. Inteligentny, śmiem twierdzić, przenikliwy, oparty na wrażliwości sporej i jakiejś tam wiedzy o świecie. Na mojej prywatnej dziesięciostopniowej skali dałabym mu mocne osiem. Nieprzesadnie prowokujący do takiego rechotu, jaki powodują polskie kabarety na przykład. Albo amerykańskie sitcomy czy francuskie komedie. Ale. Śmiali się z mojego żartu, z mojego żartu się śmiali.

      Ciągle, jak upiór, ściga mnie wspomnienie, że kiedyś, dawno co prawda, że kiedyś przyjaźniłam się z facetami. I że miałam z nimi żywy kontakt. Człowiek z człowiekiem. Całe spektrum - od nudy przez inteligentne światopoglądowe potyczki, przez wspólne przygody i konflikty aż po głupkowate śmiechy z niczego. Jak upiór ściga mnie wspomnienie. Że to było łatwe, tak jak tym razem nad kawą i pieczoną kanapką w Berlinie. Ale potem mówię sobie, że mi się coś pomyliło. Tyle lat nikogo nie rozśmieszałam, tyle lat byłam w otaczających mnie oczach nieinteresująca, niekompetentna, niesympatyczna, nieśmieszna, niekontaktowa, zagrażająca, niegodna zaufania, oziębła, kłopotliwa, nierozgarnięta, nieposłuszna. Odzwyczaiłam się od męskiej przyjaźni.

      Wczoraj wieczorem, w restauracji, której kelnerzy uśmiechali się ciepło i mieli jakiś taki niecodzienny kontakt z nami, gośćmi, nad prosecco i wegańskim curry z jesiennych warzyw, pod sufitem wisiały wielkie pomarańczowe świetliste kule jak księżyce w pełni pyzate, wczoraj wieczorem kilka kobiet badaczek i jeden mężczyzna, też naukowiec, rozmawiało ze mną o osobistych doświadczeniach w polskich instytucjach naukowych. O powrotach z zagranicy na przykład. Jedna mówiła, że po siedmiu latach na swoim wydziale, po siedmiu latach od powrotu z dłuższego wyjazdu na Zachód, nadal wśród kolegów fizyków jest "tą nową". Druga - prawdopodobnie najsłynniejsza polska biolożka molekularna - opowiedziała, że ma kolegę, który zmienił uniwersytety i po dekadzie zespół nowej uczelni w dalszym ciągu nie zaakceptował go jako swojego. Potem - kieliszek czy dwa wina później - panie przyznały, że wśród spójnych, zgranych męskich grup w swoich dziedzinach być może zawsze będą obce, być może zawsze będą odstawać.

      Czytam książkę, która skojarzyła mi się z tą wczorajszą rozmową i tym dzisiejszym śmianiem się przy drugim śniadaniu i kawie. Rozdział, który teraz czytam, opowiada o znajdowaniu swojego plemienia. Ludzi, którzy będą lubić i akceptować i wspierać - w granicach rozsądku, jak to ludzie - ale jednak bardziej przyjmą niż odrzucą. Moje polskie doświadczenia przypominają doświadczenia naukowców, z którymi rozmawiałam nad kolacją - serię prób, mniej lub bardziej udanych - wejścia do kolejnych zamkniętych grup, które raz po raz sygnalizowały, że nie jestem ich. Obca, gość na cudzym terytorium, nikt od lat nie zachichotał nawet z uprzejmości kiedy błyskotliwie połączyłam niepołączalne w niespodziewaną anegdotę. Nikt nie dzielił moich wartości. Zawsze trochę nie pasowałam. Książka, którą czytam i opowieści moich kolacyjnych towarzyszy pod krągłymi księżycami, nad korzennym pomarańczowym curry, stanowią dowód, że to nie tylko ja. Że wykluczanie to może być jakaś nasza narodowa specjalność, nagminna, że jesteśmy homogeniczną, chronicznie przestraszoną nacją klanów, a im bardziej jesteśmy przestraszeni, tym ściślej zamykamy się w bezpiecznych, powtarzalnych schematach, w bezpiecznych, niezmiennych wspólnotach. Te same zakodowane dowcipy, te same cytaty z tych samych filmów, ten sam sport narodowy przeżywany prawie tak samo przez setki tysięcy kibiców, to samo biesiadowanie z identycznymi zakąskami i napojami, muzyką, którą znamy od lat i wiemy, że lubimy, te same kroki w tańcu, nie spróbujemy, olaboga, nie daj boże, nie spróbujemy niczego nowego, nie dopuścimy nikogo nowego. Przez lata uczyłam angielskiego i z kilkuset korpouczniów, którzy przeszli przez moją salkę lekcyjną dziewięć na dziesięć osób jeździ na wakacje do Egiptu, lubi sushi, a w domu gotuje makaron ze szpinakiem i serem pleśniowym.

      Dzisiaj ktoś się zaśmiał z mojego żartu. Wczoraj ktoś sprawił, że poczułam się mniej samotna, mniej osamotniona. Może to znaczy, że nie trzeba przez całe życie kroczyć jako obcy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „W kosteczkę”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 14 października 2017 22:04
  • piątek, 13 października 2017
    • Atak odprysków

      Bombardują mnie wspomnienia. Atakami dywanowymi. Znienacka. To jest naprawdę dziwne i niepokojące. Takie pamiętanie bez uprzedzenia. Siedzę na konferencji i słucham jednym uchem prześlicznej świetlistej brunetki, której dziecko kwili w kącie w ramionach taty, podczas gdy ona snuje ilustrowane opowiadania o fotosyntezie, a potem drugim uchem słucham przystojnego brodacza z uniwersytetu w Cambridge, który mówi z kolei o wczesnym wykrywaniu raka przełyku. W sam raz na wyjazd do Berlina, który ma mnie wyleczyć z miłości, którą miłość moja twierdzi, że żeśmy oboje źle ulokowali. Jakże się można rozminąć. Ale rak przełyku? Ze zdjęciami?

      Bombardują mnie wspomnienia, odzyskuję je, ale w tak dziwnym trybie, jezu. Pojawiają się nagle, jak odłamki szkła, które wdzierają się do wewnątrz, po czym wcale nie bolą. I wiecie co do mnie wraca? Szukanie. Czekanie. Niewiadome. Przełomy. Nuda. Bezradność. Strach przed nieznanym. Obawa, przed odrzuceniem. Samotność. Samo wraca, okruchami drapiąc i nie pozwalając utkwić w złudzeniu, że życie może się składać wyłącznie z triumfów. Stoję na przykład przed szarym blokiem, wokół mnie inne masywne wielkopłytowe potwory, wokół mnie zima, a we mnie coś na kształt beznadziei. Mam dziewiętnaście lat. Mój chłopak jest okrutny. Idę na setną imprezę i już się nawet nie spodziewam, ćma ciągnąca do światła, zziębnięty samotnik na oślep czołgający się do ludzi, nie spodziewam się ciepła.

      A potem znowu coś wraca inwazyjnie. Nad miską chilli con carne z dwiema niezwykle kulturalnymi koleżankami, w kantynie niedaleko uniwersytetu Humboldta.

      Spaceruję po ulicy w Brukseli, w Lansing, w Brighton, w Londynie, w Warszawie, w Nowym Targu, ktoś na mnie gwiżdże, ktoś coś woła (w Paryżu jeden człowiek szedł za mną po nocy, Paryż jest taki piękny o szóstej nad ranem, i mówił mi rzeczy, które chciałam usłyszeć, w Paryżu profesor psychologii specjalizujący się we wpływie kolejności urodzin na osobowość badał dlaczego stanowię wyjątkowy przypadek starszego rodzeństwa zbuntowanego bardziej  niż młodsze, w Paryżu mieszkałam z rodziną architektów, która się na mnie obraziła, że jestem z Polski, a nie wyznaję rzymskokatolickiej religii, przestali się do mnie odzywać na dwa z trzech tygodni mojego pobytu u nich, a jeszcze ktoś z nich wyjadł mi po kryjomu bagietkę i pasztet z lodówki), ktoś woła, ja się nie uśmiecham i czeka mnie tam w tej Brukseli, Londynie, Paryżu, Nowym Targu coś, ale nie wiem dokładnie co, czy przygoda, czy porażka, czy romans, czy odkrycie nowych sposobów na życie i rozwój gwałtowny, czy cud, czy nuda i zniechęcenie, czy ataki paniki kiedy wypalę za dużo świeżo zalegalizowanego w Belgii zioła, kace paraliżujące, dobry seks, zły seks, wiersze i rysunki miłosne wsunięte do mojego mieszkanka szparą pod drzwiami, rozczarowania, nowe potrawy, parki i trans o piątej nad ranem na techno party czy może rozmowy pod gwiazdami z kimś, kto mnie nauczy przyjaźni. Pijackie wyznania miłości. Stroboskopowe koncerty The Prodigy na wielkiej arenie. Festiwal muzyczny, po którym nie dałam rady sama trafić do domu. Moby jest genialny na żywo. Pikniki w jedyny słoneczny dzień w roku. Nocne włamanie na cmentarz i rozcięta dłoń, którą dezynfekowałam wódką (nigdy nie dezynfekujcie skaleczeń alkoholem, mówią lekarze z Belgii), Sikhijski dentysta pochylony złowrogo nad upiornie bolącym zębem. Zaprzyjaźniony marokański sklepikarz na rogu, który obieca mi zdobyć jakoś ukradzionego mi właśnie walkmana, bo zna kogoś kto zna kogoś kto z kimś się spotyka. Zjawiskowo piękny tatuażysta przekłuje mi nos. Pofarbuję włosy na czerwono, a w tym czasie koleżance nad piersią pojawi się niebieski atramentowy delfin. Dowiem się czegoś o tożsamości ekspatów - ludzi bez narodowości, bez domu, dzięki temu przemyślę własną tożsamość. Zacznę pisać do szkolnej gazety i będę tańczyć po fotelach na koncercie Bregovica. Zakocham się w gotyckich tryptykach i secesyjnych willach, we frytkach z mulami, w Brugii. W greckich knajpach, które serwują gołąbki z liści winogron w białym sosie, a potem już nigdzie takiego sosu nie znajdę. Berlin jest słoneczny. Ciepła jesień nareszcie, chociaż już w tym roku zwątpiłam w jej nadejście. Czy ja sama wymazałam to wszystko z pamięci? Tylko po to, żeby się chronić przed zwątpieniem, strachem i bezradnością? Jakim cudem istniałam wysterylizowana z tych wspomnień przez ostatnią dekadę? Komu dziękować za to, że na powrót wypełniam się pamięcią i wracam do siebie? Temu człowiekowi, który zanim zdążyłam zorientować się co mnie kopnęło w nery, pierwszy stwierdził, że czas być osobno, być może z wielkiej głupoty, być może z wielkiej mądrości, którą zawsze u niego podejrzewałam? Nigdy w życiu. A może kiedyś, zobaczę. Podobno kontakt z własnymi wspomnieniami to jedna z oznak zdrowej duszy. Może i tak byłam na te odpryski, odłamki, okruchy gotowa. Potrzebowałam tylko wstrząsu. Może już czas był. Idę ulicą Saskiej Kępy oddać film do istniejącej jeszcze wtedy wypożyczalni. Nagle nie mogę oddychać. Tamtą drogą chodziłam z chłopakiem, który mnie najpiękniej w świecie całował. Który poznał mnie blisko i zapomniał. Na list nie odpowiedział. Komu podarowywać siebie, żeby to miało sens? Tamtą drogą chodziłam do szkoły. Tamtą drogą szłam szukać suki ukochanej, która uciekła w cieczce ku miłości. Wiedziałam dokładnie gdzie ją znaleźć. Sama bym tam poszła kochać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Atak odprysków”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 13 października 2017 19:19
  • czwartek, 12 października 2017
    • Niewidzialne. Agata.

      To jest niewidzialne. Nie ma smaku, zapachu,  konsystencji. Czuć to tylko od środka, a od środka niby nic, ale coś spina gardło, coś trzyma w gorsecie kręgosłup, coś skręca w supeł żołądek, coś paraliżuje ruchy i watą owija jasność myśli. To jest niewidzialne. Nie potrafiłabym tego narysować. Dotknąć i opisać jego kształtu, wielkości, stwierdzić gdzie się kończy, a gdzie zaczyna, jakie jest, a jakie nie jest. Wiem tylko, że to coś powoduje zamęt i dezintegrację. Że wtedy śnią się sny o zagubieniu, obcości i o niemożności powrotu do domu.

      Tak naprawdę dopiero wtedy wiadomo, że było, kiedy znika. Tak jak dzisiaj. W przedziale drugiej klasy pociągu relacji Warszawa-Berlin. Siedzimy już razem piątą godzinę. W miejsce mrukliwego faceta w średnim wieku, który usilnie udając że nas nie widzi i nie słyszy, ale całym ciałem sygnalizując skrajną frustrację, kończył korektę prezentacji po angielsku na swoim małym laptopiku i tego drugiego faceta, gościa o pogodnej, przyjaznej, otwartej twarzy, o czystych chłopięcych oczach, gawędziarza zainteresowanego wyłącznie niezmordowaną męsplikacją - teraz opowiem wam o technikach jazdy na snowboardzie, teraz o najlepszych miejscach na wypady wakacyjne, teraz o serach owczych w Bułgarii, teraz o tym, że cząber śródziemnomorski ma niewyjaśnioną wyższość nad polskim, teraz o jeziorze w okolicy Kruszwicy, a teraz o wierzeniach starosłowiańskich i mitach na temat Słowian, tylko mi nie przerywajcie i nie miejcie nic równie ciekawego do powiedzenia, bądźcie pozbawionymi osobowości, pozbawionymi treści biernymi fankami - w miejsce tych dwóch facetów usiadły prawie identyczne, a jednak obce sobie nawzajem, szczupłe blondynki wyposażone w figury z siłowni, obcisłe spodnie i nieodłączne telefony komórkowe. Obok siebie miałam koleżankę z pracy. A naprzeciwko Agatę. Migotało mi w głowie jakieś przeczucie co do Agaty. Bo raz na jakiś czas przerywała bezpretensjonalnie męsplikatorowi, jakby to stanowiło najnaturalniejszą rzecz w świecie, a to już samo w sobie jest dużym wyzwaniem, i opowiadała wtedy to i owo, coś nieodmiennie prostego i własnego i ciekawego. O chlebie z czarnuszką. Albo o swoim ojcu, choleryku, budowniczym mieszkalnych barek i o tym jak razem pływali barką po Sprewie zamiast zwiedzać Berlin jak para turystów.

      A teraz, kiedy panowie - ten z wyczuwalnym, namacalnym prawie wkurwem i ten z całkowitym brakiem zaciekawienia wiedzą innych ludzi, sypiący szczodrze własnymi encyklopedycznymi ciekawostkami - kiedy panowie wysiedli w Poznaniu, atmosfera w ułamek sekundy oczyściła się, w przedziale zwolniła się przestrzeń dla naszych własnych pokorniejszych, skromniejszych ego. A my potrafiłyśmy rozmawiać tak, żeby każda dostała czas i miejsce na wypowiedź. Agata była fajna. Fajna Agata zdawała się myśleć, że my z koleżanką również jesteśmy fajne. Ta nasza kolektywna fajność popchnęła nas w potoczystą, naturalną wymianę opowieści, z rzadka doprawionych wulgaryzmem, często ilustrowanych osobistym doświadczeniem, otwierających i zbliżających, przypominających mi za co lubię kobiety. Tego gościa głodnego podziwu, tego gościa z oczami nienasyconymi widokiem zachwyconych oczu widowni, tego gościa bardzo próbowałam polubić. Było w nim coś głęboko poczciwego, ta prostota jego intencji - zachwyć się mną. Zachwyć. Zachwyć, dlaczego się mną nie zachwycasz? Ta prostota jego nienasyconego głodu sprawiała, że budził rodzaj opiekuńczości. Zafrasowała mnie jednak moja równoczesna z poczuciem, że to w gruncie rzeczy miły człowiek głęboka, niepohamowana irytacja. Sympatio-niechęć. Zniecierpliwienie, bo monopolizował publiczną przecież przestrzeń bezwstydnie. Bo w swojej naturalnej wydawałoby się chęci spodobania się i zaimponowania - jak drapieżnik zagarnął za dużo. Jak drapieżnik, jak bachor, jak tyran, jak to odróżnić? Poczułam jakby mnie osobiście coś zabrał. Mój czas na mówienie. Na bycie słuchaną. Należący mi się sprawiedliwie segment konwersacji. Miałam wrażenie, że zepsuł świetnie zapowiadającą się rozmowę czterech arcyciekawych osób, bo tylko on wśród nas mógł być interesujący. Bo jego głód bycia ciekawym zaślepiał.

      Przecież kiedy Agata demonstracyjnie wpatrzyła się w okno, moja koleżanka ziewnęła niedyskretnie, a ja zaczęłam udawać, że śpię, on nadal mówił ze swadą.

      A teraz byłyśmy same i jakieś niewidoczne, pozbawione smaku, zapachu, faktury napięcie zeszło z nas nagle, dostałyśmy wreszcie szansę rozmawiać. O szefach, szefowych, lekarzach, pacjentach, diagnozach, bezradności, empatii, wypaleniu i odpoczynku, przyjaźniach i zdradach, rozczarowaniach i wysiłkach, o rezygnacjach, o wolności i przemocy, o życiu. Siedziałam naprzeciwko Agaty i nagle wróciłam do siebie. Po latach. Do domu. Nagle przestałam być nie-sobą. Nagle się okazało, że problem nigdy. Nigdy nie leżał we mnie tak bardzo, jak bardzo go w sobie umiejscawiałam. Dziękuję Agacie i życzę jej żeby w Berlinie znalazła odpoczynek. I żeby w następnej pracy szef dał żyć, a ludzie pokazali, że ją cenią i że widzą jak ciężko, jak dobrze pracuje. Żeby sercem odpowiedzieli na serce. Dużo dobrych rzeczy życzę Agacie, bo była autentyczna i mnie dzięki temu przypomniała gdzie jestem w domu. Wszędzie. Byle bym tylko już nigdy nie starała się tak mocno być kimś, kim nie jestem.

      To jest niewidzialne. Nie ma smaku, zapachu,  konsystencji. Czuć to tylko od środka, a od środka niby nic, ale coś spina gardło, coś trzyma w gorsecie kręgosłup, coś skręca w supeł żołądek, coś paraliżuje ruchy. To jest niewidzialne. Nie potrafiłabym tego narysować. Dotknąć i opisać jego kształtu, wielkości, stwierdzić gdzie się kończy, a gdzie zaczyna, jakie jest, a jakie nie jest. Wiem tylko, że to coś powoduje zamęt i dezintegrację. Że wtedy śnią się sny o zagubieniu, obcości i o niemożności powrotu do domu. Że się wtedy wątpi w to, co jest mną, a co mną nie jest, że się siebie od siebie oddziela, ucieka się od siebie, zdusza, zaniedbuje się wielkie połaci najbliższej sobie, najważniejszej osoby. Porzuca się siebie, jak sierotę. To coś jest nienamacalne i trudno o tym mówić, a jednak dzisiaj, w cenie biletu była kawa, herbata i woda mineralna, a także rozmowa, która dotknęła właśnie tego. Że się oddało nad częścią siebie władzę komuś innemu. Poświęciło wolność i miłość własną, które się z urzędu człowiekowi należą, dla iluzji bliskości. Iluzji misji. Iluzji przynależności. Iluzji spełnienia. Tak się chciało, tak się bardzo chciało osiągnąć coś, co nie poddaje się chceniu, woli, przymusowi, tak się chciało, że się odpłynęło w złudzenia. Symulowało się euforię. Naginało rzeczywistość żeby urzeczywistnić coś, co występuje wyłącznie samo z siebie, niespodzianie i spontanicznie. Zakrzywiało w wewnętrznym gabinecie luster wszystkie zwierciadła aż przestało się rozpoznawać prawdę. Siebie. Agata przeszmuglowała pakunek prawdy o mnie do mnie do środka. Nie próbowała pewnie, po prostu była szczera. Przyznała się do swoich rozmaitych wkurwów, rozterek, goryczy, zmęczeń, starań i strachów. Jak znachor naprostowała mój pokrzywiony kościec. A ja byłam gotowa na to spotkanie. Nareszcie. I nagle siedząc naprzeciwko Agaty przestałam się dręczyć pytaniem, co ze mną nie tak, bo wszystko tak. Tak jak z Agatą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Niewidzialne. Agata.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 października 2017 22:08
  • niedziela, 08 października 2017
    • Gdzie czuć rozpacz

      No bo niby gdzie w naszej kulturze robimy miejsce na rozpacz? Dokąd pójść żeby razem z kimś lamentować, zawodzić, łkać i wyć?  Z kim rwać włosy z głowy, z kim kiwać się miarowo, kojąco, sieroco, rozdzierająco? Żal się przeżywa późnym wieczorem, samemu, w czterech ścianach. Żal się przerabia raz w tygodniu przez pięćdziesiąt minut z psychoterapeutą.

      Chłopak, którego wczoraj poznałam, mieszkał w Australii, Holandii i Niemczech, kiedy wraca do Warszawy mówi, że zalewa go zewsząd - w autobusach, sklepach i na ulicach - zalewa go ludzka rozpacz i nie wie jak się przed nią obronić. Miasto nieutulonych w rozpaczy. A ja? Czy mnie ktoś z tych nieutulonych utuli? Żyjemy na skrwawionych ziemiach, mamy w DNA traumę i tragedię, jak tabu obecną wszędzie, a równocześnie nigdzie nie obecną, bo zbyt jesteśmy zajęci biesiadowaniem imieninowym, tort, wódeczka, rosołek, bigosik, nawet na stypie mówi się przecież o wszystkim tylko nie o tym, że komuś żałoba orze od środka bebechy.

      Taksówki, tramwaje, metro, metro, taksówki. Tylko w tranzycie jest miejsce na nadprogramowe uczucia. W tramwaju trzy młodziutkie Ukrainki rozmawiały szybko tuż nade mną. Centrum Warszawy należy do młodości. Młodość nie rozpacza? Zapomniałam już. Naprzeciwko mnie w okolicach stacji Stare Bielany siadło w metrze dwóch pięknych panów z Mongolii. Mieli magnetycznie symetryczne twarze. Stoickie. Może więc lepiej potrafią znosić straty. Wczoraj pewna dziewczyna z Kijowa opowiedziała mi jak w romantycznym porywie przeprowadziła się z mężem do Gdyni. Bo marzyło jej się mieszkanie nad morzem. Dopiero na miejscu odkryła, że to konkretne morze jest zimne. A mieszkanie daleko od zimnego morza. I pracy nie ma. No rozpacz. Do metra wsypał się tłum w biało-czerwonych szalikach. Spać mi się chce, a w środku coś mi w męczarniach umiera. No przecież nie będę wyć po szczęściu, co to po czasie odkryłam, jak bardzo je czułam, dla widowni złożonej z tabuna kibiców. Wysiadam. Znów tramwaj.

      Wcześniej jechałam taksówką. "Obrońca łapie się za głowę. Musi przebić się przez te wszystkie maziaje, które sobie nałożył na włosy." W radiu leci mecz, ale kierowca, zwalisty, dumny właściciel lombardu w nieskazitelnie białej koszuli, przycisza kiedy go proszę. A komentator opowiada akcję z taką emocją, takim życiem, że po kwadransie podkręcamy gałkę głośności. To lepsze niż rozgrywka w telewizji, stwierdzamy, tak jak książki są lepsze od filmów, bo uruchamiają wyobraźnię. Na głośnomówiącym nagle włącza się władczo mama taksówkarza i pyta czy syn słucha meczu. On na to, że słucha z jedną panią. Czuję się mniej sama. Raźniej się czuję.

      "Kontuzja, była kontuzja! Lewandowski sprawdza, czy ma krew na włosach, łapie się za tył głowy i potrząsa nią jak bocian. Jak bocian. Żebyście to państwo widzieli!" Taksówka dowiozła mnie do opery, a w operze Sebastian Karpiel-Bułecka łka na skrzypkach tkliwą kołysankę góralską. Górale chyba jeszcze potrafią rozpaczać. Rozbija mnie ta piosenka na małe kawałki. Tramwaj. Autobus. Rozpacz. Ale mecz był świetny. Jak bocian, proszę państwa, jak bocian.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Gdzie czuć rozpacz”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 października 2017 21:31
  • wtorek, 03 października 2017
    • O 6:30

      O 6:30 rano półmrok zamazuje kontury, zmiękcza pudełkowatą architekturę Ursynowa i może nawet da się tu mieszkać, ale na mnie już czas. O 6:30 rano bezsenność usztywnia kości, ale nie boli, to naturalne, bo przecież jestem w pełnej gotowości żeby działać, ze złości, że moje życie nie jest całkiem moje, ale kto by chciał mieć swoje skoro to oznacza rozstania i utraty. Deszcz nieśmiało się dobija przez kir parasolki, ale ja przez najbliższe pół godziny, godzinę będę wolna od żałoby. Spacer, gorący prysznic, metro, praca, to wszystko może nie koi, ale znieczula. O 6:30 jeszcze wierzę, że dostaję szansę zacząć ten dzień jak gdyby nic się nie skończyło, jakbym nie wypuszczała z rąk, nie przegrywała, jakbym nie była królową pogorzeliska pełnego szczątków z przeszłości. Jakby moim głównym zadaniem nie było nadpalone kości pieszczotliwie zebrać, przejrzeć, powyrzucać niepotrzebne, zostawić niezbędne, z tych niezbędnych, otrzepanych, obmytych, zbudować sobie nowy kręgosłup, nowy szkielet, zostać kimś nowym. Dzień zaczyna się tak, jak zaczynają się wszystkie dni, jakby leżał w nim nieskończony potencjał.

      O 6:30 rano pies szarpie ekstatycznie, nie może się doczekać biegu i powietrza, wąchania cudzych śladów i spotykania się z innymi żywymi istotami, nie przeszkadza mu przemoczone futro ani wilgotny ziąb. Na patio mojego budynku rosną egzotyczne trzciny, ciężkie teraz od wilgoci, zamyślone jakby, całkiem nie z tego świata dzisiaj o świcie jasnoszarym. Wkraczam na chodnik błyszczący deszczem i nagle coś uskakuje mi spod nóg, coś, czego nie widuje się u nas na osiedlu, co się nie zgadza z tym betonem dookoła, z ludźmi w garniturach jak maszyny wtłoczonymi w harmonogram regularny, z pędzącymi już w stronę centrum samochodami i ze znakami interpunkcyjnymi mojego ursynowskiego życia - samolotami rejsowymi, które wzbijają się, wzbijają pasażerów dokądś, kto wie dokąd. Czas i na mnie.

      Spod nóg coś wyskakuje, kica mikroskopijnymi zrywami w stronę donic z żywopłotem, zatrzymuje się na ścianie i zastyga. Nie mogę w to uwierzyć, schylam się, patrzę przez półmrok, zostawiłam w domu okulary. Czy to ta pora roku? Czy to możliwe, że pod blokiem zobaczyłam małą, młodą żabkę? Nie widziałam żaby w mieście od czterech dekad. Nigdy nie widziałam żaby w mieście. Stają mi nagle w eksplozji wspomnień, stają mi przed oczyma duszy migracje małych żabek pod koniec każdego lata mojej wczesnej młodości, na wsi. Trawy i krzewy były ich pełne, roiło się od nich w wilgotnych zakamarkach tamtego kameralnego, do zniesienia świata. Sygnalizowały koniec lata i konieczność powrotu do Warszawy. Moje ciało sobie przypomina wszędobylskie, odskakujące, wskakujące, przeskakujące małe brązowe stworki, slalom między falą za falą małych stworzeń, co usiłowały przedostać się przez ścieżki, drogi polne, bite piaszczyste trakty i, niestety, próbowały też przekroczyć jezdnie międzymiastowe. Omijanie żabich trupków na poboczu i obserwowanie szczęściar, którym udawało się przejść ten karkołomny rytuał dojrzałości. Sekundowałyśmy im z siostrą. Darwinowskim zwycięzcom.

      O 6:30 rano Warszawa jest jeszcze trochę moja. Jeszcze trochę niczyja inna. Jeszcze trochę czysta, niezanieczyszczona znaczeniami bez znaczenia. O 6:30 rano jeszcze nie myślę moim napiętym harmonogramem, skonsultować umowę szkoleniową, wprowadzić oświadczenie o danych osobowych na stronę internetową, wysłać maila do jednego człowieka z Kopenhagi, obejrzeć mieszkanie, pójść do lekarza dusz, może mi moją trochę ustabilizuje, wyjść z psem, zjeść coś, nauczyć się odrobinę samoobrony. A jutro będzie inny dzień. I inna 6:30 rano.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „O 6:30”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 października 2017 11:20
  • piątek, 29 września 2017
    • Czy możesz mi pokazać jak ją udusić?

      Patrzymy sobie w oczy. Nie spuszczam wzroku, całe moje ciało jest napięte, gotowe. Znam ją od jakichś czterdziestu minut, ale to stanie naprzeciwko jest naładowane groźbą i obietnicą, intymne i intensywne. Dużo mówi, chociaż teraz zamilkła. Dużo mówi o seksie i o szukaniu miłości. Ma koleżanki, które lubią przemoc. I dziecko. W szatni poleci mi czystą, niezatłoczoną, przyjazną siłownię. Ładna jest. Trzyma głowę wysoko. Ma w sobie godność, którą skądś znam. Patrzymy sobie w oczy, synchronizuję się z nią, próbuję przewidzieć jej następny ruch. Kiedy zaczyna zginać biodro i kalibrować ramię do ciosu, odskakuję. I znowu i znowu, dawno nie czułam się tak kompetentna.

      - Dobra jest. - mówi instruktor. Rozglądam się zdezorientowana, a potem nagle rozumiem, że to o mnie. Nikogo oprócz naszej trójki nie ma na zajęciach.

      - Ale dlaczego? - pyta dziewczyna. - Nie mogę jej w ogóle dotknąć. 

      - Ty coś ćwiczysz? - zwracają się do mnie. 

      - Kiedyś. Aikido. Chodzę dwa razy w tygodniu na siłownię. Jeżdżę na rowerze. Trochę pływam. Czasem joga.

      - Jogę widać, jak się rozciągaliśmy to widziałem. Ale czujna jesteś oprócz tego, umiesz się ruszać, nie jak te niemrawe wieszaki, które tu czasem przychodzą, sztywne mięśniaki. I uczysz się szybko. Słuchasz, co się do ciebie mówi.

      Robię coś pomiędzy dygnięciem a barokowym ukłonem. Instruktor każe mojej przeciwniczce skoncentrować się na nogach. Pokazuje, że nigdy mnie nie dosięgnie, jeśli kiedy odskoczę będzie się wychylać z bioder, zostając nogami w tym samym miejscu. Dziewczyna natychmiast zmienia taktykę i nagle nie mam już z nią szans. Jest wyższa, ma dłuższe nogi i dłuższe ramiona. Podoba mi się to. To wpatrzenie w siebie nawzajem, to wczucie się w mikroruchy drugiej osoby. Rodzaj porozumienia. Myślę, że coś straciłam w dzieciństwie. Albo zapomniałam z dzieciństwa. Podoba mi się konieczność czujności i satysfakcja z precyzyjnego ruchu. Podoba mi się, podoba mi się, a jej się nudzi.

      - Obiecałeś, że mi pokażesz jak ją dusić.

      I nagle wokół szyi mam ściśle owinięte ramię tej dziewczyny, zdeterminowanej żeby mi fachowo zablokować tchawicę. Mogę oddychać, ale ledwo. Odkrywam, że drze się do mnie od wewnątrz niepohamowany naturalny instynkt. Mój niepohamowany naturalny instynkt każe wyrwać się, uciekać jak najdalej, zawłaszcza mózg i kieruje mi ruchami zanim się nawet zdążę połapać. Zginam się w pasie, nogi niosą mnie odruchowo w ruchu przeciwnym do przeciwniczki, głowa próbuje walczyć z zaciskającym się ramieniem. Ten łysy, wytatuowany facet z brodą instruuje żeby zrobić coś dokładnie odwrotnego, przytulić się jak najbliżej, wtopić się ciałem w ciało i dziewczynę trzy razy uderzyć wolną ręką w jaja. Z braku jaj, walę ją otwartą dłonią w udo, ale ta symulacja nie pomaga mi zrozumieć, co się dzieje. Gdyby to rzeczywiście był dusiciel, gdyby rzeczywiście miał mosznę, od razu poczułabym efekt. Być może zgiąłby się wpół, jak ja przed chwilą, być może odruchowo poluzowałby uścisk, pozwoliwszy mi tym samym na następny ruch. Dziewczyna nie reaguje, nie rusza się, bo robię tak, żeby jej nie bolało. Więc nie wiem, czego dokładnie się uczę, sekwencji ruchów nie połączonych głębszym zrozumieniem.

      - Tutaj na zajęciach uderzamy otwartą dłonią. W rzeczywistości, gdyby taki bankomatowy dusiciel się do was dobierał od tyłu, walicie pięścią, o tak. - pokazuje potężny twardziel o proszących oczach chłopca.

      - Ale wiesz, że ja się teraz nagle muszę nauczyć działać wbrew automatycznemu odruchowi? To, co pokazujesz jest dokładnie odwrotne od mojego instynktu - rzucam. Patrzy na mnie jakby nigdy wcześniej nikt mu nic takiego nie powiedział. - Chłopaki się tłuką w dzieciństwie. Więc mają całe lata na to, żeby intuicyjnie wyłapać, co robi ciało przeciwnika kiedy się wykona rozmaite ruchy czy ciosy. Dziewczyny nie mają takiego treningu. Więc ja polegam na instynkcie. I na nawykach całego życia. Ani jedno ani drugie nie zgadza się z tym, co właśnie do mnie mówisz.

      - Dziewczyny się ciągną za włosy. - dorzuca moja przeciwniczka.

      - No i bez sensu. - kwituje instruktor i pokazuje nam po kolei wszystkie wady szarpania się za włosy. Rzeczywiście. Całkiem bez sensu.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Czy możesz mi pokazać jak ją udusić?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 29 września 2017 15:41
  • czwartek, 28 września 2017
    • Creepy

      Hipsterska knajpeczka "na wizawi" głównej komendy policji. Sto dwadzieścia kilo żywej wagi, czarne mokasyny, biała koszula i złoty łańcuszek, wąsik sypie się niezdecydowanie, szpakowata fryzura na Dona Johnsona z Miami Vice dopełnia obrazu. Człowiek mówi, Panie Patryku ja do pana będę dzwonił, tak szybko, że nie wyławiam poszczególnych słów, niech pan posłucha, panie Patryku, prokurator już się za to zabrał, człowiek mówi tak szybko, że przez moment jestem pewna, że to obcy język. Słucham, staram się zidentyfikować czy to Rumunia, czy Mołdawia, czy Ukraina może, albo Gruzja. Przez kawiarnię przetaczają się młode matki i właściciele lokalnych biznesów, wytatuowani sąsiedzi i przechodzący tędy w drodze do biur pracownicy pozarządówek. Ta dziewczyna, łysa, z koczkiem ciemnych dredów związanych na czubku głowy, jest zjawiskowa. Nieustająca kolejka generuje coraz to nowe espresso i latte. Młynek mieli, dysza do podgrzewania mleka szumi. Panie Patryku, dobra, no dobra, skoro pan tak twierdzi, to może tak lepiej. Towarzysz pana w białej koszuli, o wyglądzie starego wyjadacza korporacji taksówkowej, a może wieloletniego właściciela kantoru, rzęzi przepalonym gardłem, papierosy nie zostawiły mu dużo strun głosowych. W tle blues, ktoś z uczuciem szarpie struny stalowej gitary.

      Kiedy dwaj panowie wytaczają się na dwór planować strategię na przesłuchanie, pytam zaprzyjaźnionego baristę czy często mu się zdarzają klienci z komendy, a on mówi, że nie za często. A kiedy przychodzą, najczęściej odbywają przyciszone konsultacje z adwokatem. Creepy, mówi. Najbardziej creepy była sytuacja kiedy usłyszałem jak prawnik radzi młodemu dresiarzowi żeby zeznał, że dziewczyna była pijana i sama go podrywała. Nogi się pode mną uginają. Chcę się rzucać na pomoc, ale to nie ja jestem świadkiem, to już się stało. Zło, mówię, czyste zło. Barista uśmiecha się smutno i mówi, że tak, usłyszał zło, ale to był urywek rozmowy, ale wyrwany z kontekstu, ale tajemnica rozmów między klientem a adwokatem. Nogi się pode mną uginają. Jakiś dreszcz mną wstrząsa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 września 2017 15:33
  • wtorek, 26 września 2017
    • Metro

      Końcówka września, rok szkolny się rozhulał, w metrze nagle jakby dwa razy więcej osób, więc nie usiadłam. Trzymam książkę niezręcznie, palcem próbuję ją otworzyć, łokciem ustabilizować torbę spadającą z ramienia, całym ciałem przywieram do drążka, udaję, to niepisana etykieta transportu publicznego, że nie patrzę na współpasażerów. Pan w drzwiach czyta Nabokowa. Gorąco jest i wilgoć paruje niewidzialnie z naszych przemoczonych płaszczy. Widzę plecy, puchowe, pikowane, ciemnoszare. I inne plecy. Lniane, białe, solidne, nie bojące się ciężkiej fizycznej pracy. Wydaje mi się, że należą do kogoś, kto nie znosi abstrakcji, pragmatycznego, konkretnego, nie babrającego się w uczuciach ani poezjach. Torby widzę. Płócienną z obrazkiem jelenia i napisem "mam dzikość w sercu". Też miewam. Metro Wilanowska. Pół wagonu wytacza się żeby złapać przesiadkę. Na miejsce nieobecnych wchodzi drugie tyle pasażerów. Pod moją prawą pachą rząd młodych ludzi ogląda coś na ekranach telefonów. Fejsbuk. Ten gość tuż przy mnie studiuje mangę. Przy zejściu do metra, na dole schodów, różowiutka dziewczynka w różowej kurtce i różowych rajstopach tańczy bezgłośną choreografię. Zgaduję, że jej jednoosobowa widownia, mama, ogląda coś, czego córka nauczyła się na pierwszych przedszkolnych zajęciach po rozpoczęciu roku. Jest taki rodzaj stuporu, w który się wpada w metrze. Brunetka naprzeciwko trzyma na kolanach dwie torby i wpatruje się w okno, za którym mijamy nieodmiennie ciemność w podziemnych tunelach. Nagle widzę więcej takich osób. Przysadzista blondynka ma twarz bez wyrazu. Potężny mężczyzna w okularach, a obok niego chudy okularnik ze strzępiastą, niezdyscyplinowaną brodą, wszyscy utkwili wzrok w niczym konkretnym. Zawiesili się, a jednak nie śpią. Jak telewizory w stanie czuwania, oszczędzają energię, ale w razie potrzeby gotowi są poderwać się do akcji. Stacja Służew. Drzwi otwierają się z lewej strony.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 września 2017 20:59
  • niedziela, 24 września 2017
    • Minibus

      Siedzę w dusznym, przepełnionym po brzegi busie międzymiastowym. Bilet mam w smsie, kierowca podejrzliwie pyta, czy zapłaciłam za niego złotówkę, ja się dziwię, bo przecież 29 złotych. Pokazuje mi jakieś skróty i znaki na ekranie telefonu, współczesna technologiczna mistyka myślę, mówię, że to może jakiś podatek albo zniżka. Wpuszcza mnie wreszcie. Są dwa wolne miejsca, siadam obok mężczyzny, który zajął półtora fotela. Dopiero po chwili wiercenia się przesuwa biodra i zwalnia mi trochę przestrzeni. Dziękuję mu. Wydaje się zaskoczony.

      Teraz jedziemy przez mżawkę, mijamy wiadukty, szyby stopniowo zachodzą mgłą od naszych oddechów. Kierowca zapełnił autobus do granic wydolności, grupa młodych kobiet stoi od ponad godziny w korytarzyku między nami, szczęściarzami z rezerwacją, nie ma się czego trzymać, więc moje ramię i czyjaś pupa spotykają się niezręcznie. Nad przednią szybą przyświeca tej półlegalnej podróży na wschód obrazek melancholijnej Matki Boskiej. Nauczono mnie, że być kobietą to zawsze i dla wszystkich nieodmiennie los, który się dzielnie przetrzymuje. Nauczono mnie więc, jak Matka Boska cierpliwa, jak Madonna niezłomna, wytrzymywać. Być ponad to. Aż żyłka pierdząca pójdzie. Tak jak te dzielne dziewczyny na korytarzyku. Bez słowa. Rozumiem teraz z trzema dekadami opóźnienia fenomen włoskiej gwiazdy pop o maryjnym pseudonimie. Postaci, która odmówiła zaciskania zębów i uskuteczniła całkowicie odwrotny życiorys. Mój były mąż miał w zwyczaju mówić, że jeśli jest ktokolwiek, z kim by mnie zdradził, to tylko Madonna.

      Nad nami wylatują na południe dwa niesymetryczne klucze czarnych ptaków. Nagle przypomina mi się. Przypomina mi się coś, co kiedyś wiedziałam doskonale, ale postanowiłam zapomnieć, cholera wie dlaczego, może wygodniej tak. Może bezpieczniej. Że życie nie toczy się w telewizji ani nie kryje w korporacyjnej prezentacji, próżno go szukać w radiu i w instytucjach publicznych, nie płynie naprawdę w poradnikach psychologicznych ani na fejsbuku ani też na kongresach, gdzie grupy prawie identycznych mężczyzn w średnim wieku coś recytują, a potem inne grupy recytują coś bardzo podobnego, wariację na temat. Widziałam parę dni temu swojego prezesa po dwóch dniach podobnej konferencji, słuchania, debatowania, bratania się. Wyglądał jakby mu wydłubano ze środka duszę. Szarpnął za drzwi naszej taksówki, bo próbowałyśmy łapać ten sam pociąg. Otworzył, spanikował, że to nie pusta taksówka, spróbował zamknąć, a my zawołałyśmy żeby jechał z nami. Kierowca opowiadał o kultowych krakowskich kiełbaskach sprzedawanych nocą z Nyski zaparkowanej pod halą targową. I o architekturze. Prezes na krótki moment wrócił do życia i nawet - zanim znów zapadł w stupor - ochoczo podzielił sie refleksją na temat życia we Wrocławiu, wśród mostów, w latach siedemdziesiątych. Kierowca uwielbiał Wrocław. Więc życie nie toczy się na wykładach ani w gazetach, tylko w takich busach jak ten, w którym właśnie siedzę. Poupychane między siedzenia. Dwie panie za mną obiecują sobie poczęstunek serem z czarnuszką, przekomarzają się kto kiedy ile zje. Facet obok mnie, w czarnej skórze i czapce z napisem Harley Davidson, studiuje prawo na swoim wielkim telefonie, a potem dzwoni do kolegi i bulwersuje się, że kolega nie oglądał w telewizji koncertu, który on widział wczoraj na żywo. Życie toczy się w zaułkach, pochowane po prywatnych mieszkaniach, powciskane w krótkie rozmowy na papierosku za winklem biurowca, budzi się w rozmowie z właścicielką małego lokalnego butiku z włoskimi ciuchami i z taksówkarzem. Oni są węzłami komunikacyjnymi współczesnego miasta, oni czują jego puls.

      Życie jest nieoficjalne. Wczoraj rano, kiedy jeszcze nie byłam pewna jak duży dywan wyszarpnie mi się nagle spod nóg i jak duże mi zostanie do sprzątania pobojowisko, wróciłam z bankomatu żeby zapłacić gotówką za długi, rozkosznie miękki beżowy sweter, który przetrwał dobę, dobę szoku i trudnych rozmów i chyba-rozstań i ulgi i wstydu i spokoju i smutku, a potem się kuźwa rozpruł. Gadatliwa dziewczyna, która mi go doradziła całą sobą zapraszała do rozmowy.

      - Do zobaczenia, mam nadzieję. Pani chyba u nas pierwszy raz?

      Kiwnęłam głową.

      - No to proszę wpadać. Jak mnie nie będzie, to będzie moja mama, bo razem prowadzimy ten sklep. Od niedawna, parę miesięcy temu otwierałyśmy.

      - No tak, przecież wcześniej tu był butik z bielizną.

      Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam wychodzić, ale coś mnie jeszcze intrygowało.

      - A da się z mamą prowadzić biznes? Bo ja się czasem zastanawiam - czy z moją mamą albo siostrą chciałabym założyć firmę.

      Rozpromieniła się.

      - Oj da! Moja mama jest świetna! Wie pani, że to ona sama wybierała większość tych ubrań?

      - No to ma niezły gust.

      - Oj ma. A wie pani, że ona przedtem była psychiatrą? I odeszła z zawodu, już nie mogła tego wszystkiego wytrzymać.

      - No tak, bo to przecież ciężki zawód, intensywny, z ludźmi trudno bywa. Może się po prostu nie da tak pracować całe życie?

      - Ja pani powiem, że ona już miała dosyć. Na sam koniec mówiła, że ludzie sami sobie tworzą problemy, sami sobie fundują dramaty, a potem się dziwią, że są nieszczęśliwi.

      - Coś w tym jest.

      - Te wszystkie dziewczyny: poznają faceta na dyskotece, nic o nim nie wiedzą oprócz tego, że ma ładne oczy... Ładne oczy!

      - Albo że dobrze tańczy?

      - Albo tak. A potem szybko ślub, szybko mieszkamy razem i nagle się dziwią, że on bije.

      - No tak.

      Ja się czasem boję, że jestem magnesem na rozpacz, że ją bezbłędnie rozpoznaję w ludziach, że mnie do niej ciągnie, że kusi, że coś w mojej twarzy zachęca żeby wyszła na zewnątrz, swoja i własna, żeby się wylała, cała rozpacz świata. Jak Madonna noszę ją na barkach.

      - A alkoholicy? Wie pani jak ich trzeba pilnować? Mama pracowała na Sobieskiego...

      - Ojej, no to hardkor...

      - No, i oni ciągle uciekali. Do monopolowego za rogiem. A jacy sprytni? Wie pani, że trzeba było rozkręcać nogi u stołów, bo oni tam sobie małpeczki wódki chowali?

      Zaczynam się śmiać, bo to przecież bardzo pomysłowe, ale mi trochę głupio, bo to przecież smutne.

      - Ale to dobrzy ludzie, wie pani? Pijacy to dobrzy ludzie.

      - Wiem, - mówię. - Miałam męża pijaka i on był najlepszym człowiekiem jakiego znałam, ciepłym, wrażliwym i tak mniej więcej do północy, do pierwszej nad ranem był świetny, a potem poziom alkoholu przekraczał pewien poziom i już nie był.

      - Mój ojciec był alkoholikiem, wie pani?

      Oczywiście. Coś we mnie wiedziało.

      - Kochany człowiek. Mama go któregoś dnia wyrzuciła z domu, rozwiodła się z nim. Trzeba odciąć wszystko. Wszystko. Zostawić samego żeby dotknął dna. On już dwadzieścia pięć lat jest czysty. Ułożył sobie życie, pracuje. I ze mną odbudował bardzo pięknie relację. Odzyskałam tatę.

      Zaczynam płakać tam w tym butiku, ale ona rozumie, ta dziewczyna rozumie, bo tam u niej jest prawdziwe życie. A teraz siedzę między cudzymi ramionami, nadgarstkami i pośladkami, busik trzęsie na podziurawionej jezdni, szyby zachodzą białą parą. Boli mnie podbrzusze. Tam jest wstyd i skrzętnie ukrywana seria wydarzeń, które nie są mną, są po prostu spotkaniami i nieporozumieniami i rozstaniami, są roziskrzonymi rozpoznaniem, wyślizgującą się z rąk chwilą bliskości, są dusznością, kiedy się kogoś próbuje za wszelką cenę trzymać niedaleko. Są ogłupiającą, paraliżującą nudą kiedy ktoś usiłuje udawać, że jestem czymś innym niż jestem, czymś bliższym jego półświadomym marzeniom. Nauczono mnie (kto? Babcia? Mama? Koleżanki z liceum? Kolorowe czasopisma? Madonna?), nauczono mnie skrzętnie ukrywać, tak jakby to stanowiło moją tożsamość, jakby o mnie świadczyło, nauczono mnie wstydzić się śmiertelnie odrzuceń i rozejść, zdrad, porzuceń i rozczarowań. Każdy gwałt na mojej duszy był jakoby moją winą. Jakoś o mnie świadczył. Każde oskarżenie miało moc sprawczą. Słowo stawało się ciałem, stawało się mną. Nauczono mnie patrzeć na bolesne wydarzenia jak na brudną, brzydką, śmierdzącą prawdę o mnie samej. Więc nie ujawniałam jeśli nie było koniecznie trzeba męża, który uciekał w alkohol. Czy ode mnie? Nie, pił i przedtem i potem. Nic nie zmieniłam. Odcięłam wszystko, a on nie dotknął dna i się od nie odbił. Ale to przecież ja, Matka Teresa, nic nie zmieniwszy zawiodłam w swojej uświęconej leczniczej roli, nie uratowałam kolejnego straumatyzowanego mężczyzny przed samym sobą, nie sprawiłam, że jego nieczułe miejsca poczują, że jego okrutnie zranione miejsca przestaną zadawać okrucieństwo.

      Lista osobistych porażek. Kogoś nie zatrzymałam. Kogoś nie uratowałam. Kogoś nie udało mi się pokochać. Ktoś nie chciał pójść na drugą randkę, ktoś inny przyznać, że mnie potrzebuje, ktoś inny jeszcze potrzebował, ale niezdrowo. Ktoś nie oddzwonił. Ktoś nie mógł przestać zostawiać wierszy pod moimi drzwiami. Ktoś nie powstrzymał się przed słowami, które bardzo ranią. Ktoś przerzucił na mnie winę. Ktoś inny odpowiedzialność. Ktoś inny znowu przestał się interesować, sprawił że się poczułam ćwiartką siebie. Więc nie jestem tym, co mi się zdarzyło, nie jestem kolekcją fiask upchniętych tak ciasno we wstydliwej duchowej ciemności, że już wrzeszczą, że nie dają o sobie zapomnieć. To jest prawda. Prawda o mnie, ale i o drugim człowieku i o świecie. Życie jest gdzieś pomiędzy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Minibus”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 września 2017 09:57

Kalendarz

Luty 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl