Kucharka Zen

Wpisy

  • niedziela, 08 listopada 2015
    • Szuflada mojego dziadka

      Samoograniczenie. Tak mnie wychowano. Z tego zrobiono mi szkielet moralny. Samoograniczenie. Skromność. Oszczędność. Purytańskie to takie, a wokół mnie barokowo, a wokół mnie może nie przepych, ale na pewno sarmackie "zastaw się, a postaw się". Stoły suto zastawione, uginające się, frykasy, rarytasy, a przynajmniej lukier wściekle niebieski, a przynajmniej galaretka wielokolorowa i masa na margarynie przez tort przełożona. Różyczki. Falbanki, koronki, syntetyczne firanki, meblościanki. Tylko, że mnie nie było wolno jeść dużo. I nie wypadało chcieć różowej kurtki puchowej, jak koleżanki. I Barbie, barbie należało sobie odmówić, więc do dziś sobie odmawiam i w tajemnicy przed samą sobą kupuję, takie prywatne rozdwojenie jaźni. Więc wychowywano mnie na powściągliwą damę z niezamożnego domu. Nie wytłumaczywszy jakoś skutecznie sensu i celu tych wielorakich wyrzeczeń. Nie miałam się jednak trudzić zrozumieniem nierówności społecznych, zresztą. Zresztą wychowałam się w systemie, który je przecież całkiem jak walec wyrównał. Przestały istnieć, a jeśli nie przestały, to knebel jakiś niewidzialny nas wszystkich, nas wszystkich oniemił, a mnie próbowano trzymać w stanie jeszcze głębszej niż knebel, bo nieświadomej własnej niewiedzy niewiedzy. Niewinna miałam być. Naiwna. Czysta i nieskalana systemem. Miałam nie czuć tych samych co inni głodów, szlachetna, miałam nie przeżywać zazdrości, apetytów niezdrowych, zawistnych niechęci, miało nie boleć mnie, miało nie dotyczyć. A jednak znalazłam się w samym centrum jakiejś historii i przecież historia ta i mnie, mnie taką czystą, bezgrzeszną, dziewiczą, z warkoczem słowiańskim, mnie dotknęła od środka, mnie ukształtowała biologię, wyryła mi wewnątrz ścieżki na lata, ścieżki emocji i kręgosłup usztywniła i kręgosłup moralny wokół wyrzeczeń, wokół samoograniczenia oplotła. Nie wybrałam sobie własnego światopoglądu, nie określiłam własnego systemu wartości. Miałam niewinna być. Miałam pozbawiona żądz i chcic. Z kolankami, co dotąd, przez kolejne prawie cztery dekady, z kolankami, co same się czasem skromnie ściskają, aż nie mogę ich odseparować od siebie, jak psi szczękościsk zaklinowują mi się w tej swojej sromotnej pełnej samobójczego wstydu skromności.

      A naprawdę? Miałam czekać. Czekać aż starsi i ważniejsi zjedzą. Zawsze więc do całkiem niedawna istniał ktoś z prawem pierwszeństwa. Ktoś istotniejszy. Widzicie to słowo? Istotniejszy? Jakby jego istota była bardziej. Jakby istniał mocniej i prawdziwej. Istotniejszy. Więc mógł sałatkę jarzynową nałożyć sobie kopiaście na talerz, ze szczodrą warstwą pożółkłego majonezu, grubo rozsmarowanego po wierzchu. Pamiętam gotowane marchewki. Patrzyłam na nie z daleka. Patrzyłam na nie tęsknie, bo niedostępne były, bo zawsze jakiś odrobinę opasły wuj wąsaty, jakiś kuzyn nalany, wódką czysto spojony, miałam być czysta jak wódka, zawsze nałożył sobie prawem niepisanego, nienazwanego pierwszeństwa, jakaś ciotka wściekle obrażona na świat, jakaś siostra babci stryjecznej męża drugiego, niewidzialną hierarchią plemienną skazująca mnie na ostatki, znowu, zawsze, z definicji ostatki. Dzieci i ryby. Dziewczynki jeszcze mniej.

      Czekałam, czekam właściwie do tej pory, z mocno jak beton, jak żelbet wrośniętą w moją strukturę wewnętrzną konstrukcją tamtego czekania, milczę. Bo miałam być czysta jak wódka. W zarodku gnieść w sobie te liczne, te grzeszne, nieprzyzwoite i niewymawialne, wstydliwe bo nieistniejące przecież nieistniejące apetyty. Chcenia narosłe, gotowe wybuchnąć, stęchłe smolistym błotnistym zapachem starych liści, nadgniłych mchów, wodorostów i mewich odchodów. Żądze i pragnienia, których miałam nie mieć. Złe więc, bo tak bardzo, tak mocno zaburzające stary początek czekania. Czekania na sałatki ostatki. Czekania na wędliny ochłapy. Mój ojciec nie wytłumaczył mi, czym jest kryzys, czym bieda, ale krzyczał kiedy na warstwę kanapki, kiedy na warstwę cienką masełka (wystawiwszy je najpierw na zewnątrz lodówki żeby zmiękło, zawsze lubiłam rozsmarowywać zawsze lubiłam smarować miękkim masłem miękki chleb świeżo ciepło kupiony), kiedy na chlebie położyłam więcej niż dwa cienkie plastry wędliny.

      Do tej pory jem bez umiaru. Jedzenie jest moim lekarstwem, balsamem, zajadam tamten wstyd biedy, samotność tamtego poczucia, że tylko ja mam tak czarne tak smoliście wstydliwie nieprzyzwoite chcenia w środku, inni szlachetniejsi są, ja zła. Tamto upodlenie, którego mi nikt nie tłumaczył, które przelano tylko, przelano odwiecznym ludzkim zwyczajem na mnie, dziewczynkę. Dzieci i ryby, dziewczynki jeszcze mniej. Dzieci i ryby głosu nie mają. Głodna, chora, zmęczona, rozżalona, zła, zazdrosna. To wszystko emocje tabu. To grzechy mojego dzieciństwa wyznawane rzetelnie zza ciemnej kratki na klęczkach chorobliwie ciekawskiemu mężczyźnie, który jednak największych grzechów wobec systemu, w którym byłam zawsze ostatnia, zawsze na końcu, zawsze najmniej, który jednak nie doczekał się najmięsistszych, najsoczystszych kawałków.

      Czasem tylko starsi ludzie, odchodzący niedługo, więc już ich może nie dotyczył ten system tak bardzo. Kuśtykający koślawo, sztywni w stawach, o roztrzęsionych głosach słabiutkich na wysokich częstotliwościach, czasem od nich, niedołężnych, półgłuchych, czarem niewinności, czarem niewiedzy, niesplamienia brudem świata i własnymi żądzami, pragnieniami, co w innym świecie, w innej logice, w innej społecznej konstrukcji być może nieskrępowane nie stęchłyby w środku w maziaję brzydką i niesmaczną i nie do zaprezentowania światu na zewnątrz. Apetyty niespełnione, moi odwieczni wrogowie, próbując je zwalczyć, zwalczam i siebe przy okazji. Więc czasem starsi ludzie białogłowi, delikatni, odnajdowali w sobie na powrót czułość wobec ludzkiej prawdy i dzieciom, przynajmniej dzieciom okazywali odrobinę litości. Coś dobrego. Więc mój dziadek miał w pokoju szufladę. Wypełnioną po brzegi słodyczami. Kupował je dla mnie i dla mojej siostry, sam nie jadł, sam sobie odmawiał, powojennie, poznawszy większe jeszcze ubóstwo, niedolę, opowiadał jak zakopywali z babcią nieboszczką jedzenie w ogrodzie. Bo mało było. Na później. Więc rozumiem szufladę. Rozumiem surowość mojej mamy, taty surowość. Nie rozumiem tylko dlaczego to miałaby być moja wina. W jakikolwiek sposób moja wina, a jednak wszyscy, ten proboszcz amarantowy w ciemnym konfesjonale, te ciotki co ciastka przebrały wybrały wyjadły więc dla mnie, zawsze uprzejmej, skromnej, ostatniej, zostały najmniej smaczne, te suche bez kremu, których nikt nie chciał, nikt nie miał na nie ochoty. Wrasta w człowieka taka ostatniość.

      I odmawia sobie i wyrzuty sumienia przy najmniejszej przyjemności to starzy towarzysze, najlojalniejsi znani znajomo bezpieczni. I nagle przychodzi mi spełnić wszystkie moje dziecięce marzenia. Mam własne szuflady pełne słodyczy. Nie muszę się skradać wyjadać chyłkiem nutelli jedynej zagranicznej raz na rok przywiezionej wyrzeczeniami rodzicielskimi dla dzieci, ale mój apetyt zawsze był większy, zawsze był zły i nieadekwatny, mój apetyt przewyższał naszą biedę, nie rozumiał, dziecięcy apetyt kartek żywnościowych i powojennego racjonowania najbardziej zjełczałych cukierków z dziadkowej szuflady. Herbatników pokruszonych ze starości, pierniczków tak stwardniałych, że niejadalnych. Żułam je żeby dziadkowi sprawić przyjemność, wstydząc się swoich naturalnych niewidzialnych reakcji, mdłości czasem a czasem chęci wyplucia mu wyplucia pod nogi. Ta dyscyplina graniczyła z sadyzmem. W imię czego? W szufladzie były kilogramy kilogramy kilogramy landrynek i maślanych ciasteczek, ale najpierw trzeba było zjeść te najstarsze, codziennie o czwartej, po obiedzie, tuż przed dziadka spacerem. Dziadek cały dzień miał regularny, cały dzień każdy dzień taki sam. Nie lubiłam być dzieckiem w tamtym domu pełnym parkietów ułożonych w jodełkę. Tam wszyscy pamiętali wojnę, ale nikt mi jej po ludzku nie wyjaśnił. Tam wszyscy przeżywali niedostatek, ale nikt w nim nikomu nie towarzyszył. Wypełnialiśmy funkcje. Mama była darmową obsługą. Tata reprezentował nas wszystkich w kosmosie traumatycznym na zewnątrz, wyszarpywał społeczeństwu pieniądze, a potem zawsze bolała go głowa, a my zawsze byłyśmy za bardzo. Za głośno. Za ruchliwie. Za żywiołowo. Za żywo. Istotniejsze chciałyśmy być niż istniały ku temu warunki.

      Więc gest mojego dziadka to pewnie odruch słodyczy, odruch dawno zapomnianej, wybitej wojną i komunizmem czułości. Nieporadnej, bo dawno niećwiczonej, a ja byłam dzieckiem okrutnym. Niewinnym i okrutnym zarazem. Największe ofiary to najstraszniejsi kaci.

      Więc dzisiaj nadal przeżywam każdym ruchem, każdym oddechem tamte czasy, tamto mieszkanie, są żywe we mnie, więc potajemnie, ukradkiem przed najokrutniejszą sobą spełniam wszystkie niegdysiejsze marzenia. Mam szufladę pełną świeżych słodyczy. Chałwę, która nie smakuje goryczą. Czekoladę, której nigdy nie zabraknie, stały dopływ czekolady, powinnam mieć kran z płynącą nim nieustannie płynącą stałym nieprzerwanym strumieniem czekoladą. Mam sukienki, których nigdy nie mogłam mieć, na które nigdy stać mnie nie było. Własne płyty z własną muzyką. Mieszkanie o jakim nawet nie śmiałam śnić. Książki z ilustracjami fantastycznymi, kolorowymi, ociekające pięknem niedostępnym w przeszłości, książki, których te trzy na krzyż czarno białe socjalistyczne powieści, zaczytane w tę i we w tę, nie miały. Tylko literaturą rodzice dzielili się z pełną niepohamowaną szczodrością, jedzeniem jakie było, wystanym w kolejkach, żylastym, deficytowym i książkami. Jakby potrafili prawdę powiedzieć tylko i wyłącznie Dostojewskim, tylko Marquezem, tylko Cortazarem, Havlem, Czechowem, Herbertem, Miłoszem. Więc i ja mam tamte książki. Mam książek tyle, że mogłabym w nich utonąć. Torebek, butów, bluzek, konserw z zapasami jedzenia. 

      A wewnątrz głód niezaspokojony, tamte hamowane apetyty, grzechy dzieciństwa, podkradanie wafelków i ptasich mleczek tacie z jego sekretnej szuflady słodyczy. Mamy je w genach. Szuflady słodyczy. Mój siostrzeniec ostatnio spowodował aferę w swojej podstawówce, bo wyjadał koledze z lanczboksu (ang. lunch box, pudełko na obiad przyniesiony z domu), bo myszkował mu w pudełku i wyjadał cukierki. Bo kolega poczęstował poczęstował wszystkich tylko nie jego. Mamy je w genach. Te szuflady słodyczy. Ten chłopiec też kiedyś ocknie się nad jakimś biurkiem, otworzy szufladę i znajdzie własny zapas frykasów. A może nie. Może świat się zmieni, może ludzkość się zmieni i kiedyś dzieci wyrastać będą na dorosłych, co potrafią zrozumieć własne wnętrza, własne żądze, pogodzić się z nimi, żyć z nimi w pokoju. Nie kryć się, nie samoograniczać, nie udawać. Nie udawać czystego jak wódka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Szuflada mojego dziadka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 listopada 2015 21:37
  • poniedziałek, 02 listopada 2015
    • Odzwierciedlenia

      Próbuję was wszystkich nie wrzucać do jednego worka. Ta przepaść między mną a rozmówcą, kimkolwiek by nie był, matką dwójki małych dzieci na syntetycznej, malowanej w miasto i ulice i mosty i płoty i owce pasące się w zielonej trawie wykładzinie. Ta przepaść między mną a rozmówcą, cokolwiek go cechuje, młodość i zaabsorbowanie i znajome, moje, ludzkie, zaabsorbowanie swoją własną poezją. Uczono mnie nie napawać się wewnętrznymi symfoniami, moją mszystą, mięsistą, moją cielesną nieprzetłumaczalną, dla mnie tylko dostępną rozkoszą. Ale jak tu kochać drugą osobę jeśli najważniejszą lekcją dotychczasowego mojego życia było porzucić swoje najprawdziwsze bycie niecenzurowane, niecenzuralne, swoją dzikość słodką jak pierwszy posmak świeżej krwi, zanim poczuję jej metaliczność znajomą i obcą zarazem. Jak pokochać tego młodego tłumacza, któremu słowa spływają tanecznie z pewnego siebie języka, okrągłe i teatralne, silne i piękne, jak pokochać to, co przyzwyczaiłam się nazywać arogancją i egoizmem, to, co w sobie samej utłukłam w niebyt. Bezwstydną oczywistość tego oczekiwania, że i dla innych będę spektakularna. Wtedy dokopywano mi najmocniej. Bo w świętym oburzeniu i drżącej furią nienawiści. Bo jak śmiem.

      Próbuję was wszystkich nie wrzucać do jednego worka, ta przepaść między mną a rozmówcą. Kimkolwiek by nie był, spoconą, zaczerwienioną od biegu blondynką z Anglii, zaabsorbowaną własnym joggingiem, własną przyszłością, wsysającą mnie w swoje opowieści, w swoje dylematy, w swoje potrzeby aż prawie to ja ją przeprosiłam, że spóźniła się na nasze spotkanie, że prawie o nim zapomniała między uderzeniami adidasów o klinkierową bieżnię leśnej drogi. 

      Próbuję. Próbuję was wszystkich nie wrzucać do jednego worka. Nie widzieć was wszystkich uśrednionych w jakieś statystyczne prawdopodobieństwo, zlanych w amalgamat domyślnego bliźniego, domyślnego rozmówcy, próbuję was wszystkich nie postrzegać i nie odczuwać jako wrogiego, jako nieżyczliwego obiektu. Próbuję siebie nie widzieć odzwierciedlonej w takich nieprzyjaznych, takich nieżyczliwych, obojętnych, takich głodnych rozpaczliwie czegoś, czego nigdy nie będę potrafić. Oczach. Próbuję swoich rozmówców z przeszłości, próbuję wszystkich dotychczasowych doświadczeń w relacji z innym człowiekiem, próbuję próbuję nie uszczęśliwiać nareszcie tak jak do tej pory. Łamiąc swoje własne kości, atakując samą siebie, składając na nowo ten wrak w co raz to nowe, coraz inne kalejdoskopiczne cudowności. Którymi nigdy nie byłam.

      Jak mam się przestać spodziewać, jakże bym miała już nie oczekiwać tego, co dotąd, tego, jak dotychczas, że nie chcecie poznać prawdy o mnie. Że spodziewacie się jednak, że dopuszczacie wyłącznie coś radośniejszego, płytszego, bierniejszego, jakąś powierzchowność łatwą niekłopotliwą obsługującą przyjemną. Przepaść. Jak mam zaufać komukolwiek, że nie wepchnie mnie znowu, nie przymusi. Obojętnością, brakiem uwagi, nie przyjmowaniem do wiadomości tego, co prawdziwe. Co autentyczne. Przyzwyczaiłam się do rozmówcy, do bliźniego, do drugiego człowieka z betonu. Oczekiwano ode mnie lekkości. Bezcielesności. Skalibrowania się w słuchacza, w potakiwacza, w dopieszczającą delikatne ego słodycz i niewinność. Poskładania się na nowo z połamanych, powyłamywanych, pofragmentowanych odłamków, skorup mojej tożsamości w coraz to nowe, coraz to inne zabawne i niegroźne, ugłaskane i podległe. Nie oczekiwano na pewno. Na pewno nie spodziewano się, że będę wyrażać gniew zagniewana, zmęczenie zmęczona, rozżalenie rozżalona. Przepraszałam za te uczucia aż wreszcie nie miało nawet sensu przepraszać, bo moi rozmówcy, zlani w jednego zbiorczego bliźniego, w domyślną Drugą Osobę, przyjaciółkę z podstawówki, która żyje, która podtrzymuje trupa tamtych emocji, reanimując go każdym coraz rzadszym telefonem, a ja niema nie mam nie mogę już czuć dla niej tego, co jej się wydaje takie potrzebne. Dar mojej czułości nie chce już przyjmować kształtu pożądanych emocji. Nie potrafię z siebie, zdrewniałej już z tego udawania, wyjałowionej z własnych treści, nie potrafię z siebie już wydoić nic mięsistego, nic ociekającego sokami żywej istoty, nic fizjologicznie, nic biologicznie spójnego z moim byciem w tym świecie. Od środka znam kogoś innego niż wy. Zmęczona. Nie przyszło mi nawet do głowy nigdy, nigdy nie przyszło mi do głowy wywlec na wierzch te najbardziej zabłocone, zawodorościone mroczne pokłady mnie, tabu. Tak długo chowane.

      Więc próbuję was wszystkich nie widzieć takim skrótem myślowym, że jestem wam obojętna, że nie ma z wami o czym gadać, bo interesują was tylko cholerne wakacje w Hurghadzie i osobiste spełnienie, bo nie zadacie mi nawet jednego pytania, bo tylko będziecie kurwa mać o sobie i sobie i sobie, bo nie istnieję dla was ja, bo ja jestem wypełniona próżnią, bo łatwiej nie widzieć mnie obdarzonej wnętrzem i treścią, nie jeśli tak chętnie się dotąd wypełniałam waszymi treściami, bo nie interesuję was ja wywrócona podszewką na zewnątrz, z tejemnicami odtajemniczonymi, ujeżdżająca życie a nie ujeżdżana przez życie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 listopada 2015 21:14
  • czwartek, 29 października 2015
    • Mój sekret

      Bo to tak trochę jest, prawda? Że się lubi i nie lubi równocześnie, że się czasem akurat nie ma ochoty widzieć nawet tego człowieka, z którym najmilej się zlać i najczulej się wtulić, zastąpiwszy na moment skupienie na sobie uwagą dla jego gwałtownie galopującego stukotu w piersi, jego ciepła, ale człowiek chciałby czasem mieć siebie tylko dla siebie na moment, nie należeć do nikogo innego, chciałby się nie bać tego prawa własności do swoich palców na przykład, do ich pulsowania na zimnawym powietrzu, nie opowiadać o tym nikomu, nie tłumaczyć i nie uzasadniać, nie próbować wyjaśniać nawet, przekładać języka zrozumiałych dla siebie samego, znajomych wewnętrznych doznań na słowa, które całkiem możliwe, że nawet nie trafią, nawet nie będą zrozumiałe dla drugiej osoby. Więc człowiek chciałby się nie bać, nie czuć głupio i wstydliwie z tą rozkoszą bycia po prostu, bycia dla bycia, bo bycie jest aż do gęsiej skórki aż do dreszczy leczniczych oczywiste, a więc i spektakularnie sensowne jak się tylko na moment przestanie kombinować jak być bardziej albo mocniej albo szczęśliwiej.

      No więc chciałabym nie być wprzęgnięta, choć na chwilę uwolnić się z domyślnego kieratu, jak muł jakiś anonimowy, jak pociągowa szkapina, chciałabym nie realizować celów cudzych, ani damsko-męskich marzeń o ideale płci przeciwnej, o spełnieniu, o pełni w czyichś (moich?) ramionach, ani też przyjacielskich list zobowiązań, ani społecznych ról powojennych, nieaktualnych kulturowych schematów, ani też misji niewymiernych, symbolicznych wizji instytucjonalnych, religijnych etycznych wytycznych, nie chcę. A ja zaprogramowana od wczesnych lat, a moja siostra zaprogramowana, a mama zaprogramowana, a babcia zaprogramowana, wytresowana, bezrefleksyjnie i nawykowo, na służbę. Więc nie być na żadnej służbie. Genów swoich na przykład, co się pragną rozmnażać. Nie być na służbie, nie wykonywać posłusznie poleceń swojego instynktu posiadania potomstwa, kupując sukienkę za sukienką, by się spodobać, żeby się bardzo bardzo ponętnie zaprezentować, w jakimś samiczym konkursie, w globalnym samiczym konkursie, dzisiaj przeglądałam długie, błyszczące, koronkowe, balowe, przeglądałam godzinę, przymierzałam się do nich kuszących z ekranu komputera, do wersji siebie zmysłowych, wersji zalotnych, nobliwych, klasycznie eleganckich, dziewczęco niewinnych, na siebie patrzyłam okiem jakiegoś domyślnego widza i nagle, krótkie rękawki, poliestrowe podszewki, szeleszczące tafty i hafty, i nagle odechciało mi się, bo mi się przypomniało, że przecież przestałam lubić być oglądana. Oceniana. Jak koń, jak krowa cielna na targowisku hodowlanych okazów. Nie chcę. 

      Chciałabym ubrać się dla siebie. Dla miłości własnej. Dla przyjemności szeleszczenia sukienki z halkami licznymi, dla taneczności kroków lżejszych jakby w tych warstwach ocierających mi się o uda chłodno i gładko, dla jedwabistości, dla wygodności dobrze skrojonej w talii balowej kreacji, dla wyczuwania, dla nacisku suwaków, staników, pończoch, moich sekretnych bieliźnianych przyjemności, których z nikim nie podzielę, bo nie zaprojektowałam ich dla cudzej przyjemności, więc chciałabym się ubrać dla kolorów soczystych, które miałoby się ochotę zjeść albo kolorów pudrowych, których aż strach dotknąć, dla tych doświadczeń wielozmysłowych, moich, a nie domyślnego widza. Dla perfum rozgłaskanych oleiście po nadgarstku, u nasady szyi, na brzuchu, dla perfum męskich z nutami cytrusów i tytoniu, mój sekret, tylko mój sekret, że pachnę mężczyzną i kobietą zarazem. Nie dla czujnych komplementów, nie dla podziwów niejednoznacznych, odrobinę zawistnych. Dla własnego spojrzenia w lustro i poczucia spójności, ja i moja sukienka tworzymy coś, co się przyjemnie komponuje, na zewnątrz i od wewnątrz jest przyjemne, więc mi się dobrze obcuje z samą sobą, bawię się dobieraniem odcieni i komponowaniem biżuterii, jej ciężarem wokół dłoni, bo nadgarstki mam szczupłe, lubię jak mi się bransoletki, mój sekret, lubię jak mi opadają bezwładnie, jak ciążą, mam twórczą radość z oblekania się w świecidełka, jestem sroczką, sroczką w błyskotkach, które sama dobrałam i cieszę się i to mój mały rytuał. Mój sekret.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 października 2015 21:15
  • wtorek, 20 października 2015
    • Czy jesteś frajerem?

      Bo ja tak. Bo ja jestem frajerem. Jestem naturalną kandydatką na wydymanie. Dymają mnie restauracje (wczoraj dostałam za ciężkie pieniądze trzy krewetki, dwa listki sałaty i kromkę chleba tostowego, dziękuję bardzo, tydzień temu dostałam za ciężkie pieniądze bardzo nieświeże, bardzo możliwe że trujące suche ze starości mięso, dziękuję bardzo, na jedne z urodzin mojego taty, celem celebracji zamówiłam za ciężkie pieniądze sushi, śmierdzące na odległość, pan menedżer przez telefon powiedział mi, że mają zbyt dużo klientów żeby się przejmować moją reklamacją, więc mi nie zwrócą nie zwrócą, nie wymienią nie wymienią). Dymają panowie Złota Rączka (trzysta złotych? Trzysta cholernych złotych za montaż karnisza?). Dymają firmy przewozowo-usługowe (nie wiemy, kiedy będzie kierowca, nie, nie możemy pani nawet w przybliżeniu podać czy będzie rano, czy po południu, musi pani po prostu być w domu, poza tym proszę sobie zorganizować kogoś do przeniesienia mebla, ale niech czeka razem z panią cały dzień, bo kierowca nie zna z góry swojej trasy, trasa jest dla niego niespodzianką, niespodzianką jest dla niego w dobie google maps natężenie ruchu, nic nie może przewidzieć, jest skazany na łaskę i niełaskę boskich wyroków drogowych, bo kierowca nie może się umówić z klientem na żadne dwugodzinne widełki czasowe, no co pani, przecież my mamy chyba z piętnastu klientów tego dnia, to z każdym się mamy na widełki umawiać, nie proszę pani, nie wszystkie inne firmy przewozowe się umawiają, poza tym my jesteśmy firmą przewozowo-usługową i nie, jeśli pani nie będzie ani nie może żaden życzliwy sąsiad przechować pani mebla, tak, sąsiad musiałby go wnieść, bo kierowca nie wysiada z samochodu, nie, jeśli pani akurat nie będzie w domu, następny transport pani mebla do Warszawy za trzy-cztery tygodnie). Dymają mnie również, dosyć spektakularnie, dentyści (jeden ubytek, trzy wizyty, każda dwie stówy, lekarstwo, poborujemy, lekarstwo, poborujemy, lekarstwo, plomba, nie, żadnego kanałowego leczenia, żadnych stanów zapalnych, torbieli, żadnego implanta ani koronki, maleńki malusieńki ubytek, ale przecież się przez trzy tygodnie nie zorientowałam). Absolutnymi mistrzami dymania okazują się również agenci nieruchomości, ale nie chcę sobie podnosić ciśnienia, więc nie zilustruję tej tezy niczym konkretnym, bo mnie cholera weźmie kiedy sobie przypomnę.

      Wydymana się czuję dokumentnie, od czubka głowy aż po koniuszki paluszków kiedy mi się nieszczęśliwie omsknie pilot i obejrzę debatę przedwyborczą. 

      Mam taką teorię, że człowiek jest obiektem zwierciadlanym i swoją tożsamość układa sobie z sygnałów otoczenia, więc jeśli otoczenie go traktuje jak szmatę, będzie o sobie myślał w kategoriach szmaty, jakżeby inaczej sobie wytłumaczyć takie traktowanie. Będzie go zalewał raz po raz wstyd i niechęć, a przecież łatwiej jest wstyd i niechęć czuć do siebie, nie do innych, nigdy do innych. Jeśli jak idiotę się go będzie traktować, przestanie się starać wykazywać wiedzą, kompetencje gdzieś upchnie jak niewykorzystane potencjały, po kątach, po głębokich mrocznych kieszeniach, prędzej czy później zrezygnuje z udowadniania, że jednak coś potrafi, bo po co bo po co się kopać z koniem. Jeśli w lustrze świata zewnętrznego zobaczy frajera, to niby dlaczego miałby o sobie myśleć jak o kimś silnym, o kimś sprawczym, o kimś godnym szacunku i obdarzonym podmiotowością.

      Nie. Bycie frajerem to nie jest moja jednostronna decyzja. Do bycia frajerem jest potrzebny skurwysyn z drugiej strony, skurwysyn w którego oczach odbijają się jak w lustrze wyłącznie jelenie, wyłącznie słabe, naiwne, niegodne przyzwoitości żałosne skurczybyki. Bo jak zrozumieć decyzję dymania obcego człowieka? Nie sprawdzeniem nigdy czy przypadkiem poczciwym dobrotliwym przyjaznym łagodnym bytem jest i nie życzy nam źle?

      No i na koniec. Jako frajer dekady. Frajer, co prawie cztery dekady specjalizował się w byciu arcyjeleniem, i co ja mam niby zrobić z istnieniem skurwysynów bezwzględnych? Zęba sobie sama wyrwać okręciwszy nitką i zaczepiwszy za klamkę czekając aż ktoś pociągnie? Po co mi ząb, ofiara oszustwa? Z opłaconej razem z transportem komody dwa miesiące temu zamówionej zrezygnować, bo przecież po co mi komoda, po co mi pieniądze, po co miałabym mieć to, co kupiłam na warunkach, na jakie się umówiłam?

      Zapytałam panią od usług przewozowo-transportowych czy nie uważa, że gdyby jej logiką posługiwały się linie lotnicze, to musiałabym warować na Okęciu czy w Modlinie z walizką w zębach potulnie 24 godziny na dobę dopóki trasa pilota akurat (w najmniej spodziewanym momencie) pozwoli mu złożyć wizytę w Warszawie? Ale nie poda widełek czasowych, najwyżej zadzwoni do wieży kontrolnej na pół godziny przed faktem, przecież ma tyle innych lotnisk do oblatania, gdyby tak chciał każdemu pasażerowi dać znać kiedy ląduje, to przecież są ich tysiące, to ma się z nimi konkretnie umawiać? No żart.

      Jestem. Oficjalnie. Dziękuję bardzo. Korona. Dyplom. Nagroda rady ministrów. Medal i miejsce na podium oraz pomnik w jakimś małym miasteczku na rynku. Jestem arcymistrzem, olimpijskim arcymistrzem frajerów. I będę to miano nosić z dumą. I będę z szacunkiem dla siebie. Jeśli taki jest wybór w życiu doczesnym. Skurwiel lub frajer. To mam sobie czego pogratulować.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 października 2015 19:33
  • niedziela, 18 października 2015
    • Ludzie nie lubią ofiar

      Wiem. Od dawna. Nie proszę was zresztą wcale o zgodę. Nie proszę o klepnięcie w plecki i potwierdzenie, że moje krzywdy i odczłowieczenia są prawdziwe. Pierwszy raz o to nie proszę. Dotąd mówiłam z przeplecioną między wierszami nieuświadomioną prośbą o urealnienie, odzwierciedlenie, żebym i ja mogła sie uznać w całej swojej rozciągłości, ze wszystkim co we mnie źle pozdrastane i boleśnie niezabliźnione, żebym się mogła uznać za całkiem żywą, istniejącą bez wątpienia. Gdyby mnie ktoś poważnie usłyszał, nie zaprzeczając, nie uciekając, nie udając, nie odcinając się, nie bagatelizując. Będąc ze mną w tym bólu przytomny i obecny, wcale nie zobowiązany do niesienia go ze mną. On mój jest. Mnie się przytrafił. Chciałam tylko nie być z nim aż tak niewidzialna.

      Oddzielna.

      Sama.

      Nie chcę być ofiarą. Na dwa sposoby nie chcę nią być. Nie chcę być jękliwym, lamentującym, wlokącym się w ogonie, nie chcę być strukturalnie krzywdzonym, nie chcę być histerycznym, oniemiałym systemowo, pozbawionym głosu i tylko nieśmiało wymuszającym na empatyczniejszych słuchaczach moją traumatyczną historię. Nie chcę zastygnąć w swoim poczuciu krzywdy jak w zbroi z nieufności, zbroi z graniczącej z furią ślepą paniki, zbroi tożsamości ołowianej, nieelastycznej, która nie pozwala na ruch. Na twórczość. Na miłość. Na śmiech. Nie pozwala na życie, przecież to jakiś rodzaj śmierci za życia, zrezygnować z siebie na zawsze. Zamilknąć. Przestać walczyć. Skarżyć się, skamleć nieśmiało, a nuż. A nuż mnie ktoś wreszcie podłączy do jakiegoś źródła siły, zewnętrznej baterii, co pozwoli się czołgać w tym całym burdelu. Więc nie chciałam być taką ofiarą - z wyboru, z przyzwyczajenia, z braku laku. Ofiarą z wewnętrznym kosmosem, w którym każdy to potencjalny krzywdziciel, to agresor możliwy, gdzie wszystko dzieje się w kategoriach katów i katowanych, nie chcę. Ale nie chcę też utknąć w rzeczywistości, gdzie bycie ofiarą zostało mi wyznaczone. Gdzie jestem rzeczywiście wdzięcznym obiektem rozmaitych przemocy, bardzo już rzadko fizycznych. Nie chcę, żeby ktokolwiek zakładał, że mój paraliż, mój strach, moje stare niezagojone miejsca to zaproszenie.

      I co teraz? Nie chcę epatować tym momentem kiedy sztywność starego, chropowatego już, sztywnego na kantach pasa ze skóry. Plask. 

      Nie chcę tarzać się nieustannie w tamtych hormonach, w kortyzolu tamtego plunięcia w twarz, grupowego wyroku, linczu, nie jesteś z nami, ale jesteś na nas skazana. Obietnicy codziennego piekła za coś, czego nigdy nigdy nie zrobiłam.

      Nie chcę żeby ze wszystkich możliwych rzeczy określały mnie najbardziej odczłowieczenia i odpodmiotowienia, żebym je uznawała za najgłębszą, najprawdziwszą prawdę o sobie, tamtego sadystycznego dentystę, który zadawał ból jakbym nie podlegała biologicznym procesom, wrzeszcząc na mnie równocześnie, sprzecznie, że to zła wola, że mi się znowu zepsuł ząb, że ja go sobie jakoś zepsułam.

      Nie chcę wrośnięcia w tożsamość, w kręgosłup toksycznych wspomnień o tym, jak przestawałam być interesująca, jak zostawałam sama w wieloletniej chronicznej chorobie, jak - znowu i znowu - to musiała być przecież, musiała musiała, moja własna wielka wina, na zimnych posadzkach kolejnych kościołów, z nieustępliwie głodną moich dziecięcych dziewczęcych win kratką zza której spowiednik z zagadkową lubością wypytywał, chłonął, sączył, kolana bolały mnie i dotąd mnie jakoś bolą. Tam gdzie powinnam mieć dzisiaj dorosłe, czujące, żyjące, pulsujące kolana jest drętwota. Jest próżnia.

      Nie podobają mi się ostrzegawcze stare obrazy, które podrzuca mi pamięć kiedy staram się zbliżyć do drugiego żywego stworzenia. Tamten nagi facet pijany. I tamten. I tamten. I ja. Nie wiedziałam. Skąd miałam wiedzieć. I nieszczęście doznania czułości, szacunku, bycia w obecności kogoś, kto się poczuwał, kto się czuł jakoś odpowiedzialny za to, jak mnie traktuje. Czy słucha. Czy bierze poważnie. Czy rani. Czy opiekuje się. Czy ucieka w chwilach nieatrakcyjnej słabości.

      Być ofiarą.

      A jednak nie da się zbudować własnej opowieści bez tych wątków. Powstałaby ładna blada anemiczna pani bez wnętrza, bezdusznie urządzająca cudownie żurnalowe mieszkanko, malująca na sobie idealną kopię fotoszopowych twarzy, przyozdabiająca się jak piórkami cudzymi jak tożsamościami szytymi na miarę, stylizująca się ubraniem za ubraniem, dzisiaj motocyklowa buntowniczka, jutro hipiska w orientalnym stylu, pojutrze nobliwa korposucz w ołówkowej spódnicy, mogę być wszystkim mogę być niczym, a wszystko to w próbie skonstruowania nieprzemakalnej niewątpliwej godności, w próbie ucieczki przed przeszłością, w próbie zbudowania konstrukcji, dzięki której tamte rzeczy już się nie wydarzą. Już nigdy się tak nie poczuję. Zawstydzona. Przekonana, że to moja wina. Tamten pas, tamto nagłe uderzenie w potylicę, te godziny godziny tygodnie lata spędzone w nudzie śmiertelnej i zastraszeniu, w wymuszonej bezmyślności, w upokorzeniu tak głębokim, że wrosło, w posłuszeństwie tak oczywistym, że nigdy nie przyszło mi do głowy być kimś swoim. Swoim własnym. W strachu. Tak wszechobecnym, tak absolutnie niewątpliwym, że wzięłam go za powietrze i oddychałam i sztachałam się nim jak narkotykiem i żarł mnie od środka, przekonaną, że to tylko tlen i tylko azot i odrobina innych gazów. Być może osad trujący z tego strachu, który nazywamy Polską, być może ten osad już zawsze we mnie zostanie i muszę się pogodzić ze spustoszeniem, jakie we mnie zasiał, pogodzić z jego nieodwracalnością. Z tym, że jest mój, a ja jego, ten osad. Że jestem osadem. Więc nie mogę go porzucić, odciąć, odkreślić czymś grubym, czarnym, ostatecznym, powiedzieć: tamto to nie ja. Nie chcę być tamtym, podlegać okrucieństwom losu i ludzi biernie, pokornie je znosić absolutnie przekonana, że tak musi. Tak ma być. Nie mogę już walczyć. Na siłę zapominać. Nie mogę udawać, że dawno, że nieprawda. Nie dam rady budować okaleczonej, ograniczonej, lukrowanej neoliberalnej tożsamości, pozbawionej słabości, zwycięskiej, nieśmiertelnej, zdrowej, młodej, wesołej, beztroskiej. Zmotywowanej do udziału w dalszych rytualnych wykluczaniach i linczach, nienawiściach strukturalnych i znęcaniach się. W imię czego? Nigdy. Nigdy nie ma imienia, w którym znęcanie się, w którym ostracyzm, w którym sadyzm, odpodmiotowienie ma jakiekolwiek prawo bytu. Muszę żyć z tym, że świat taki jest i nic. Nigdy. Nie uodporni mnie. Nic mnie nigdy nie ochroni przed tym facetem, z elitarnej belgijskiej szkoły, który pyta mnie dlaczego Polacy to tacy rasiści. Przed drugim, Włochem, który pyta, dlaczego mój kraj jest tak zacofany. Oni myślą, że mają prawo. Nie zobaczą mnie być może w mojej całej pełni, w moim bogactwie, w mojej sprzeczności ze stereotypem. Być może nawet czasem, subtelnie albo całkiem z rozmachem, zrobią mi krzywdę, wykluczą, zranią myślą, słowem, uczynkiem czy zaniedbaniem. Ja już wiem, że żadne moje starania - elegancja, profesjonalizm, wiedza, moralny kręgosłup, perfekcjonizm co mnie od środka już dusi. Nie mogą zapobiec.

      Więc nie trzeba tak dyszeć uciekając w ślepej panice od dalszych zniewag i dalszych trudności. Nic osobistego. Tylko trzeba z tych wszystkich starych, starych dotkliwości utkać polichromatyczny, spójny obraz, tożsamość pełniejszą, w której bycie kiedyś ofiarą, w której podleganie niesprawiedliwościom, w której przynajmniej ja sama nie zgadzam się i nie pozwalam. W której nie zasługuję i traktuję się - przynajmniej ja sama - z szacunkiem, z godnością. Nie wyczaruję reakcji otoczenia. Nie wymuszę siłą woli, siłą samego desperackiego chcenia, żeby ktoś we mnie dobro i piękno. Ale przynajmniej ja wiem. Nie mam wielu modeli, jakichś takich porządnych, stojących prosto, godnie, nie tępiących innych kobiet, innych ras i nacji i religii i kultur, nie mam dużo wzorców, z których mogłabym siebie teraz składać do kupy, spleść w całość swoją zabawność, pocieszność, poczciwość, dziecinność, powagę śmiertelną, smutność i twórczość, swoją magię, swoją siłę, wytrzymałość i upór i twardość i odrobinę okrucieństwa na wszelki wypadek, i poezję swoją i wrażliwość dostrojoną do niuansów i rzetelność i kruchość. Spleść.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 października 2015 19:36
  • piątek, 16 października 2015
    • Lustro, lustereczko

      Jestem lustrem, biologicznym lustrem, mam czułe do bólu niewidzialne anteny, nie wiem, może podprogowo wyłapuję nawet zapachy subtelne, nie wiem, może ultradźwięki, zniuansowane wibracje, drgania powietrza delikatniejsze niż nasze ciosane topornie kulturowe pojęcie, być może mam zmysły chwytliwe, wystawione daleko na zewnątrz, jak ja was wszystkich czuję, jakie od was odbieram sygnały zwielokrotnione drażliwością moich wewnętrznych ech, jakie skomplikowane, symfonicznie wielopiętrowe, kakofoniczne, jak mnie nigdy nikt nie nauczył tego okiełznać, a przecież, a przecież okiełznana taka zdolność byłaby bezcennym zasobem. Więc jestem lustrem krystalicznie dźwięcznym, mogłabym tylko siedzieć bez ruchu w pokoju pełnym ludzi i nasiąkać ich nastrojami, ich napięciami, ich agresjami, dlaczego nie uczą nas tego w szkole? Zarządzać własną wrażliwością? Opiekować się nią, poznać jej instrukcję obsługi, a potem ją wykorzystywać, jak jakąś supermoc, potem ją wykorzystywać na piękne, niewyobrażalne sposoby. Siedzieć w tamtym pokoju i wypełniać się cudzymi lękami, cudzymi niepewnościami, sprawdzać, czy są one moje, czy nie moje. Nie moje. Więc co wyczułam? Jak? Czy patrząc od niechcenia na twarze zarejestrowałam ledwo widoczne drgania mięśni, mikronapięcia w żychwach, karki przykurczone, ramiona wsobne, zapadnięte klatki piersiowe, defensywne gesty? Dlaczego wychowywano mnie, edukowano tak, żebym tego swojego rejestrowania absolutnie wszystkiego bez cenzury nie zauważała, żebym dziwiła się, czemu chodzę taka przeładowana, przestymulowana, zmęczona? A ja pamiętam kolektywne zatłukiwanie. Kolektywne zawrzaskiwanie, zastraszanie, ignorowanie, udawanie, że tego nie ma, że ten dodatkowy wymiar zmysłowego odczuwania rzeczywistości nie. Nie istnieje. Nie ma go, skoro mówimy ci wszyscy, że go nie ma, to go nie ma, skoro ci wszyscy wmawiamy. Skoro ci go patologizujemy, to znaczy, że przewrażliwiona jesteś, że twoje radyjko wewnętrzne, nastrojone cudownie na częstotliwości, o których na codzień nie mówi się, księdzu, psychoterapeucie, partnerowi, samemu sobie się nawet nie mówi. Wstyd i tabu. Może się robi o tych drganiach duszy muzykę. Może się wiersze z lekkim zażenowaniem pisze. Może. Może się idzie do lasu na spacer, tam jakieś dostrojenie kojące się odbywa. Lustro odbija nieinwazyjne, bezpieczne, zgrane pięknie bodźce, a nie tę naszą codzienną miejską kakofonię zdziczałą histeryczną. Ten dodatkowy wymiar rzeczywistości. Skoro ci go patologizujemy, skoro go z ciebie wykorzeniamy, to zły musi być, ty zła, że go nam przypominasz ciągle, że ciągle go sygnalizujesz, ten inny, głębszy, drobiazgowy bardziej i codzienny, detaliczny wymiar doświadczenia codziennego. Skoro nam przypominasz nieustannie, że dla takich jak ty, dla wielu, wielkie miasta są głośne ponad siły, samochody jeżdżą mi wewnątrz głowy hucząc niemiłosiernie, miłosierdzia nie mając, tłumy obcych ludzi, którzy nie wydają się widzieć mojego wnętrza, rozumieć jak bardzo onieśmielają, darwinizm podskórny, niewidzialna walka o ograniczone zasoby. Widzę to. Słyszę. Wywąchuję nawet w sklepie spożywczym, osiedlowym, ta pani z udrapowanym niedbale blond kokiem musiała studiować coś, czegoś się nieprzystającego do pracy sprzedawczyni nauczyć, wie doskonale, że jest czymś więcej, dotknęła swojego potencjału a potem zredukowano ją, zdegradowano, rozpoznaję tę zbolałość, to rozczarowanie losem, te wymuszone grzeczności. Może pachnie leciutką hormonalną goryczą, może się przez nią przetaczają skwaśniałe, słone smutkiem chemiczne substancje zbyt często, więc i ja wywąchuję gorzko-słono-kwaśne poczucie porażki, niechęć i utratę złudzeń wrośniętą już w jej ciało, wrośniętą biochemicznie, uznaną za osobowość stałą, niezmienną. Nieprawda. Nic jej nie mogę zarzucić, zawsze obsługuje mnie bardzo uprzejmie, ale czuć że jej ze mną zupełnie nie ma, czuć, nosem? Nadwrażliwymi czułkami? 

      No więc co się robi z taką czujnością, takim wyczuleniem, tak dostrojoną na szczegół, na drobiazg aparaturą wewnętrzną? Czym to wszystko odbieram? Płucami, migotaniem komór, skurczami jelit, częstotliwością elektrycznych impulsów, feromony współpasażera wpadają mi falując, drgając do nosa, informacja o delikatnym aromacie narcystycznego neurotyka w przebraniu brodatego hipstera przedostaje mi się do mózgu, tam zostaje zestawiona z bazą dotychczasowych doświadczeń z podobnymi typami i kłębowisko neurologicznych połączeń supła się w alarm. Nie podchodź. Nie dotykaj. Nie zapoznawaj się. Nie masz na niego odporności. Czy nie byłabym niezwykle przydatna społeczeństwu w swojej najlepszej, zaakceptowanej, zaopiekowanej wersji? Gdybyśmy wszyscy wiedzieli jak obsługiwać takich cudaków jak ja? Jako współczesna wersja, może bardziej poetycka, Sherlocka Holmesa, diagnozująca szybciej, sprawniej wyłuskująca z wielowarstwowych doświadczeń podskórne prawdy? Jako słuchacz, który czyta w myślach. Jako strażnik społecznej wrażliwości, który mówi, na co chorują ludzie - na metro zatłoczone, na smród, na brak zieleni i brak ludzkiego kontaktu. Jako barometr. Czyż nie potrzebujemy takich barometrów jak ja, pędząc w amoku dokądś, dawno porzuciwszy własne nadwrażliwości, zostawiwszy wyłącznie te niezbędne do przetrwania w wielkim kapitalistycznym wyścigu?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 16 października 2015 14:27
  • środa, 07 października 2015
    • A ja tu nie jestem. A mnie tu nie ma.

      Jeśli miałabym wam w dwóch winietkach zobrazować swoje dzieciństwo - tak jak je teraz niesprawiedliwie pamiętam - bez imprez magicznych przez moją mamę wodzirejkę wyczarowywanych w głębi szarego socjalizmu, z elektrociepłownią toksycznie dymiącą w tle, na siódmym piętrze eksperymentalnie zaludnionego spójnymi grupami zawodowymi rozparcelowanymi po budynkach według odgórnego centralnego planu blokowiska. Blok lekarzy, blok policjantów, blok naukowców, blok księgowych. Bez uczt wschodnioeuropejskich przez moją babcię zmaterializowanych cudownie, setek pierogów z grzybami ulepionych wysiłkiem trzech par rąk, bez smakowania w tych pierogach o rozpoznawalnej falbance - koślawe moje, koronkowo delikatne mojej siostry, symetryczne jakby fabryczne naszej babci - bez smakowania w tych pierogach całego niepowtarzalnego, długotrwałego procesu ich przygotowania, umączonych ściereczek świeżutkich pachnących krochmalem, układania w rządkach żołnierskich świeżo pozlepianych arcydzieł, rozmów i żartów i śpiewów i przepychanek czułych. Brakuje mi tego w sterylnym darwiniźmie mojego dzisiejszego życia, w poczuciu, że tych kilka więzi, które jeszcze przetrwały wyszarpałam jakimś mrocznym, potężniejącym siłom zła. Jakkolwiek to zabrzmi.

      Jeśli miałabym wam w dwóch winietkach zobrazować nierozwiązany problem swojego dzieciństwa, nieprzerobioną lekcję, zaburzoną szansę rozwojową, która mnie do dzisiaj jak cień nie odstępuje na krok, mój demon wierny, pokazałabym wam dwa bardzo samotne fotosy.

      Na pierwszym siedzę, blade dziecko z warkoczem, warkoczem wyśnionym, popielatym słowiańskim, wywalczonym porywem dziewczęcego romantyzmu, bo nad moim łóżkiem w drewnianym pokoju u babci wisiało zdjęcie mamy z pierwszej komunii, blond anioła z kłosem plecionym na plecach, z białą kokardą, w wianku, w dziewiczej sukience. Chciałam nią być chociaż przez chwilę, zakochana psio, lojalna na zabój, bezkrytyczna. Na pierwszym fotosie zamrożonym w mojej pamięci siedzę na lekcji, zamarłam w wielogodzinnej szkolnej pozie, na zbyt niskim drewnianym krześle, przy zbyt wysokiej drewnianej ławce z cudzą gumą do żucia przyschniętą od spodu. Byłam dumna, z dumą znosiłam trudy ówczesnej edukacji, z godnością trwałam nieruchomo w niezmienności w nudzie w bezruchu, który na pewno nie był zdrowy, bo urodziliśmy się przecież jako zwierzątka energiczne, stworzono nas do aktywności fizycznej, bez niej coś w nas więdnie, coś schnie, coś się przykurcza i toksycznieje, więc toksyczniałam wśród czterdziestki innych dzieci, ktoś mnie nagle uderzał po głowie podręcznikiem od tyłu wrzeszcząc, ty Żydówo, pewnie nawet nie wiedział co mówi, nie czuł, nie mógł czuć. Trudno wytłumaczyć komuś, kogo to nie spotkało, jeszcze trudniej wytłumaczyć komuś, kto się na to znieczulił, kto to uznał za normę. Trudno komuś wytłumaczyć tamto grzeczne dziecko z rąsiami złożonymi jedna na drugiej na chłodnym gładkim drewnie ławki, dziecko, które zrezygnowało z naturalnych instynktów - biegania, przyjaźnienia się, przepychania, wrzeszczenia, wtłoczone między dzwonki na przerwę, ściśnięte między wiersze propagandowych tekstów o sowieckich sojusznikach, jakimś cudem zdolne podczas kilku dziesięciominutowych przerw zbudować coś na kształt własnych sojuszy, jakichś dziewczyńskich wysepek fantazjowania i tymczasowych eksplozji gwałtownych uczuć, boże jakich gwałtownych, ciągnęłyśmy się za te nasze warkocze, zostając z kępami wyrwanych włosów, przyłapane przez wkraczającą do sali nauczycielkę. Ale to tylko momenty, przerywniki w wielogodzinnych sesjach depresyjnych, demotywujących, zachęcających do dysocjacji, do wyjścia z ciała i bycia gdzieś indziej. Więc nie zobaczycie tego być może na winietce z mojego dzieciństwa, ale kiedy siedzę tak grzecznie w ławeczce, ja z warkoczem udrapowanym wokół szyi, moja towarzyszka nieszczęścia ułożyła twarz w wyraz powagi nobliwej, ośmioletnia wersja dorosłości nieporadnie udana, a przed nami zaaranżowane gustownie zeszyty z kaligrafią "Ala ma kota", a na przedzie ławki fotograf ustawił plastikową zabawą koślawą kombinację liter 2A. Druga a. Zaszyfrowana wiadomość do świata, z wnętrz tych wszystkich dzieciaków uwięzionych, zinstytucjonalizowanych, tam w środku, czego nie widać na zdjęciu, te potulne, zsocjalizowane w niemrawość stworzenia, te zastygnięte, zrezygnowane, apatyczne zwierzaczki, ich tu nie ma. One są gdzieś za oknem, za oknem, gdzie indziej. Potem wejdą w dorosłość i też ich w tej dorosłości nie będzie, przyzwyczają się nie uczestniczyć tak naprawdę w rzeczywistości, w teraźnieszości. Pełnie i autentycznie. Machinalnie myć naczynia, nawykowo wyprowadzać psa, znieczulone. Nieprzytomnie, bez zaangażowania, uprawiać miłość, ale bać się, tak się bać, że nie sprosta ta miłość jakiejś wewnętrznej bezpiecznej utopii, że się trzymać jednak utopii, ideałów w bezpiecznym wszechświecie własnej głowy, fikcji. Zdziczałe, nieufne stworzenie, zawsze sobie zostawią opcję bycia gdzieś indziej. Ucieczki. Jestem mistrzynią ucieczek. Nigdy do końca mnie z wami nie było. Była jakaś cielesna powłoka, półżywa, łykowata, nie wypełniona niczym, nie odczuta od wewnątrz. Wyemigrowałam w misterne mistyczne światy. Zawsze jedną nogą poza sobą. Zawsze za oknem tamtej klasy w tysiąclatce pomalowanej na praktyczny sraczkowaty żółtawy brąz. Mój eskapistyczny repertuar nie mieści się w głowie, bo się w głowie nie mieści niewytrzymywalność ówczesnego świata, jaki zafundowali mnie i innym dzieciakom dorośli. Musieli się od nas odciąć psychicznie, musieli nas na jakimś poziomie odpodmiotowić, odczłowieczyć, porzucić poczucie naszej żywości, żeby móc nas tam posłać w tę krzywdę niewypowiedzianą. Tworząc przepaść. Przepaść półsłówek którymi odtąd odpowiadało się na pytanie "co w szkole", żeby nie wykrzyczeć nienawistnie rzeczy niewypowiadalnych. Jak mogliście. Jak mogliście wrażliwe empatyczne żywe zdrowe dziecko posłać do takich miejsc gdzie się w nim zatłucze, gdzie się w nim zastraszy, zanudzi w niebyt tyle piękności. Tyle szlachetności. Gdzie się go nauczy kłamać, nienawidzić, udawać zaangażowanie i entuzjazm, gdzie się go nauczy tworzyć sztuczną tożsamość dla świętego spokoju, rywalizować na pazury i zęby z innymi bogu ducha winnymi istotami. Tamto zdjęcie. I jeszcze jedno, druga winietka, bal przebierańców - dwaj kowboje, jedna królewna, Indianin, Pippi Langstrumpf i ja. Czarna dama z niezdrowo, nietowarzysko smutną, zapadniętą twarzą, introwertyk już dawno wyemigrowany z własnego wnętrza w jakieś inne światy. Lepsze światy, jakie w głowie właśnie stworzyłam, za oknem klasy, gdzie zrobiono mi kolorowe zdjęcie w ławeczce z koleżanką, za oknem klasy tworzyłam fantazyjne królestwa, mieszkałam w Narnii tak naprawdę, mieszkałam w siedemnastowiecznej Francji. Wszędzie tylko nie tam, gdzie naprawdę byłam. Ale tego na zdjęciu nie widać.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „A ja tu nie jestem. A mnie tu nie ma.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 07 października 2015 09:57
  • wtorek, 06 października 2015
    • Trzy przebudzenia

      1. 

      Siedziałam naprzeciwko ciebie, coś tam do siebie mówiliśmy. Nie wiedziałam, że rozmawiamy w półśnie, że to fantomowa rozmowa mojego umysłu z twoim umysłem. Dopiero kiedy jest się zdrowym nagle się wie, jak się bardzo, jak się mocno, jak się chorowało. I uśmiechnąłeś się, to drobiazg był, żarcik codzienny, przerzucanie się słowami serdecznymi, przekomarzanie, łaskoczesz mnie pod pachą i z opóźnieniem ułamka sekundy mówisz, jak już kilkanaście razy przedtem, nasz nowy rytuał, mówisz "lubię cię", a ja się śmieję, więc ty się też uśmiechasz, jest półmrok, siedzimy na twoim łóżku, i nagle ten twój uśmiech coś mi w środku robi. Czuję go całym ciałem, jest we mnie. Uśmiecham się tobą, boleśnie i rozkosznie. I nagle rozumiem, jak bardzo byłam znieczulona dotąd. Nieczuła. Jak bardzo przeżywałam świat z jakiejś starodawnej drętwoty, jak nikt mi nie powiedział, a może wszyscy od lat próbowali powiedzieć, tylko nie rozumiałam, wróć do nas, do żywych, do przeżywających świat całym ciałem, krążącymi po organizmie pulsującym emocjami - odpowiedziami na inne żywe istoty. I nagle, kiedy ty się uśmiechnąłeś, a przeze mnie, od stóp do głów, jak impuls elektryczny przeszedł ten twój codzienny, leniwy półuśmiech, może dopiero, po tylu miesiącach rozmrażania czułego, pieszczenia z powrotem do świata żyjących, może dopiero wróciłam, zauważając nagle, jakbym się obudziła w obcym świecie, inna wewnątrz nagle, jakbym się przebudziła, zauważając, że tam wewnątrz ciebie musi - logiczne to, prawda - musi się toczyć, musi się kotłować, musi pulsować podobne mojemu elektryczne życie i chciałam spanikować, uciec, bo moje życie z twoim życiem, nieznanym mi, niedostępnym i niezrozumiałym, bo ogarnęła mnie bezbrzeżna ciekawość i rozpacz, że jesteś oddzielny, że tak daleko, że mogłabym całe życie dociekać, mogłabym w sobie rozwinąć dedukcyjne zdolności holmesowskie, mogłabym spędzić reszte życia studiując cię czule, kolekcjonując takie spotkania uśmiechu z moją wewnętrzną gotowością by się mu poddać, by mu pozwolić na siebie wpłynąć tak mocno, fizycznie, nie znieczulając się niczym, nie separując sztucznie, nie przeżywając ciebie i twoich uśmiechów, twoich łaskotań pod pachą, lubię cię, też ciebie lubię, tak głęboko. Tak trwale. Tak intymnie. Nikt mojego zesztywniałego lata temu w kształt słowiańskiej biernej, nieczułej dziewczynki, w kształt potulnej, cichej, niekonfliktowej trusi-prymuski, nikt mojego jestestwa nie uprzedził, że coś takiego potrafi. Gdyby wiedziało, gdyby miało choć cień podejrzenia, że może świat w sobie fajerwerkami emocji odzwierciedlać tak mocno, tak mocno, gdyby wiedziało, z ciekawością bezbrzeżną połaci niepoznanych, światów nieodkrytych, ludzi niezbadanych jeszcze, jak naturalne wydaje się to dopuszczanie do siebie w całej intensywności, w jaskrawości bez odpychania, bez bronienia się, gdyby wiedziało, nigdy nie zwątpiłoby. Nigdy nie przeszłoby mu nawet przez myśl, że chce przestać istnieć. Nie straciłoby impetu. Nie zapadło się w siebie. Nie zwiędło. 

      2. 

      Nie przywiązuję się do tych bransoletek, rysunków, pisania. Do wyklejanych kolorowym papierem zwierząt z papier-mache. Do pomysłów, które generuje mój nagle wypoczęty, nagle iskrzący nowymi skojarzeniami mózg. Kiedyś. Kiedyś łapałabym je kurczowo i trzymała. Kiedyś skąpiłabym ich, bo by się wynurzyły z oceanu strachu i obojętności, efektów ubocznych życia w przemocy, w wyuczonej bezradności ofiary. Już nic nie działa, sparaliżowana od środka, od trzewi, umiem się tylko, umiem się tylko bać. I gniewać na świat, echem dziecięcego, niegdysiejszego gniewania, na świat, że mnie nie karmi, nie kocha i nie hołubi. Wydawało mi się, że twórczość przychodzi w bólu, jest wyrazem cierpienia, z cierpieniem się równa, spazmom młodego Wertera, zwątpieniu mrocznemu Dostojewskiego, halucynacjom totalitarnym Kafki, że sztuka, wielka sztuka to wycie uciemiężonych, lament, którego się nie da, którego nie można wymówić inaczej, nie było dla mnie nigdy sztuki radosnej. Więc po co tworzyć, skoro generowanie magii spod palców, skoro to tkanie, cieniowanie, to kulinarne czarowanie składników w alchemię nowych harmonii, skoro składanie swojego ciała w emocje w tańcu, skoro to wszystko ponurość strasznego, samotnego świata, skoro to wyraz braku nadziei. Nie przyszło mi do głowy, że twórczość może być wyrazem wszystkiego, że to naturalna ludzka czynność, generowanie, wyczarowywanie, że musimy, bez względu na kulturę, na poziom opresji, na nadzieję czy beznadzieję, na wyuczoną bezradność albo poczucie sprawczości, nie mamy wyjścia, jak oddychanie, jak patrzenie, jak myślenie, twórczość to odruch bezwarunkowy, więc siedziałam w sobotę i uspokajałam intensywny lęk przed bezsensem wyklejaniem. Miałam miękkie, mięsiste nawet, prostokąty papieru, niebieskie, zielonkawe, różowe w indyjskie wzory. Miałam klej hobbystyczny ze sklepu z materiałami dla tkaczy, dla dziergaczy, dla biżuteriorobów i kolorowaczy. Nauczyłam się - bezmyślnie, nie kwestionując niepisanych, ale wszechobecnych hierarchii kulturowych - nauczyłam się, że takie klejenie, nizanie i ugniatanie modeliny, że misterne dopasowywanie odcieni, moje dziecięce spotkania z absolutem, że to niepoważne jest i że nieodpowiedzialne, że społeczeństwu służy się najlepiej w pracy, która podcina skrzydła, powtarzalnej, wtłoczonej w ramy procedur, przepierzeń i oprogramowań. Odcięłam się więc. A teraz całkiem niespodzianie naklejałam kolejne kwadraty jak patchwork papieru w etniczne wzorki, tapetowego trochę, na tekturowe trofeum ścienne w kształcie głowy z porożem, bezkrwawy jeleń nad moje łóżko, kiczowaty radośnie, niepokorny, niewpisany w ramy kultury nudnej, spiętej, mikrozarządzanej snobizmami i lękiem, że ktoś odkryje moje niskie gusta, moją plebejską nieprzynależność do elity kulturowej, teraz całkiem niespodzianie kleiłam coś i nagle zdałam sobie sprawę, że nie wiem jak to kleję, nie śledzę procesu, on się dzieje sam. Przepływa pomimo mnie, a może ja mu po prostu nie przeszkadzam, w moich palcach automatycznie, bez sekundy zastanowienia, kalkulacji, pragmatycznego strategizowania, pojawia się kolejna i kolejna łatka z papieru, na niej klej i nagle mam harmonie kolorstyczne, skomplikowane, piętrowe i logiczne logiką chyba prawej półkuli, nie wiem, a może zsynchronizowanych obu półkul, w każdym razie poraziła mnie świadomość, że czemuś nie przeszkadzałam, że pozwoliłam sobie być procesem, cała się w niego zamieniłam i przepłynął przeze mnie i był bezbolesny. Coś mi się przypomniało, jeszcze nie wiem co.

      3.

      Stałam na tarasie białego pałacyku, w złotym ciepłym balsamicznym powietrzu października, czekając na jakichś urzędników z dużej ważnej instytucji, byłam tam jakby przypadkiem, byłam bez konkretnego celu czy pomysłu, nie miałam nic do zyskania na rozmowie z nimi, mogła mnie nieść tylko i wyłącznie zwykła dziecinna ciekawość, zainteresowanie odkrywcy ludzkich światów wewnętrznych, pytajnik rzucony w czasoprzestrzeń w mojej formie, niezmordowany przeżywacz nowych wrażeń i doświadczeń. Ale z tego zdałam sobie sprawę dopiero, kiedy znów mnie przeszedł spazm paniki, gdzie ja jestem, co ja robię, po co tu stoję, dlaczego znane kolumny i malowany plafon bukoliczny, dlaczego te marmury lekko porysowane przestawianym fortepianem, dobrze znane wydają się nagle całkiem nowe i obce i ja się sobie wydaję obca, to niepokojące. Zza framugi seledynowej wynurzyła się starsza pani, która jak duch przesuwa się bezszelestnie w bezkształtnych, niekontrowersyjnych i niemodnych garsonkach, zapytałam ją o coś i nagle rozmawiałyśmy już o dwudziestu latach, jakie poświęciła kilku budynkom zabytkowym, kustoszka, kustoszka ścian, podłóg, gzymsów, przeżyła w tym pałacu komunistycznych oficjeli i ich zagranicznych gości, solidarnościową biedę i ruinę, a potem nowe rządy i remonty i umeblowanie jej starego świata w nowy, zawsze lepszy, ciągle poprawiany sposób, świeża farba, odrestaurowane złocenia, a ona tęskni za czasami, kiedy to wszystko było mniej uczesane, mniej porządne i ugrzecznione, a ja z nią rozmawiam i nagle wiem, że ona kocha freski i politury, że ona zna na pamięć kąty i stopnie popękane schodów. A ja książki i idee. Że się żeśmy przywiązały, że zakochały miłością kundla wygłodniałego wzajemności i uwagi, że się żeśmy przywiązały do rzeczy nieożywionych. Ludzie kochają rozmaite rzeczy ponad życie, znajdują oparcie w rozmaitych elementach świata dookoła. Niewystarczająco wielu z nas miało luksus zakochania się bezpiecznie, stale i solidnie, naprawdę i z autentyczną wzajemnością, w czymś żywym, całkiem żywym. A może to tylko ja? Może to tylko ja kochałam ludzi zesztywniałych, ludzi przestraszonych w nieczułość, jak to mówi jeden mój kolega, zbesztanych, zbesztanych prawie w niebyt, w niemoc, w wycofanie się do wewnątrz. Kochałam więc ludzi niezbyt żywo reagujących. Trochę amebowatych. Trochę niekonkretnych, pozbawionych żywych reakcji. Kochałam z pasją i z wzajemnością tylko książki, wszystko inne było zbyt przerażające. Nawet ja sama, nawet moje wnętrze, moje wnętrze niezrozumiałe, reagujące samo na siebie alergicznie. Teraz, na tarasie pałacyku kochanego z taką siłą przez zgarbioną, popielato-siwą kustoszkę tynków, fresków i plafonów, dywanów, zasłon i kompozycji kwiatowych, teraz na powietrzu, co wtargnęło zapachami mchu i suchych liści, teraz obudziłam się w nowy wymiar odczuwania, zrozumiałam co to znaczy psychosomatyczny problem, dlaczego do tej pory karałam sama siebie za afronty i zaniedbania świata. Jak karałam. Teraz, kiedy nagle odzyskałam czucie, kiedy nagle rzeczywistość budzi we mnie odpowiedzi, reakcje do szpiku intensywne, i nic już z tym nie zrobię, transakcja wiązana, wszechświatu pozwalam boleć się, pozwalając równocześnie kochać, współgrać, przepływać, więc nagle warto żyć. Nagle warto budzić się w ciekawość, co nowego przyniesie ta rozmowa z nieznanym kimś, kto nie zaspokaja mi żadnej potrzeby, nie wpisuje się w żadną koncepcję uprzednio przygotowaną, nie spełnia oczekiwań, bo nie mam oczekiwań, bo tylko stoję i euforycznie ciekawa jestem, już się nie spodziewam niczego nawykowo. Teraz wiem już, wiem co to znaczy ukarać siebie za krzywdy z zewnątrz płynące, zastygnąć w znieczuleniu, we wsobnym, autoimmunologicznym ingerowaniu w płynność własnych spontanicznych reakcji na otoczenie. Od małego mikrozarządzałam swoją żywotnością, gniotąc w zarodku gniewy, głośne śpiewy, lęki i smutki, bo przeszkadzały moim ledwo żywym opiekunom, przestraszonym, że dziewczynka taka ekspansywna, taka bitna, kłótliwa, taka twórcza, nieprzewidywalna, nieuczesana, nieokiełznana, nieprzywdziana w gorset, niesprofesjonalizowana, wymknięta kategoryzacji, że im przysporzy strasznych kłopotów w tym najstraszniejszym ze strasznych światów. Ale ja inaczej nie potrafię. Jak tylko czuć całą sobą, jak torsjami reagować na zastraszanie w mojej obecności kogoś, kto niżej w feudalnej hierarchii pozwoli sobą pomieść, zamieść, pozamiatać. Ja inaczej nie potrafię jak na chwilę stać się rozmówcą, cała wsłuchana, cała odzwierciedlona nim, jego głosem, jego słowami, jego mimiką, nastrojem, jego miłością do świata ożywionego lub nieożywionego. Ten prawnik, na przykład, pokochał własne słowa, pokochał starcia słowne, argumentacje, pokochał czujność werbalną, trafność doboru słownictwa, pięknie dopasowane do rzeczywistości nazwy, dobrze zdefiniowany problem. Tamta pani kocha antyczne krzesła i intarsjowane parkiety w pałacu, który nigdy nie należał do niej, a przecież nie ma na tej ziemi nikogo, do kogo by należał bardziej. I ja ze swoimi ideami, mieszkałam w głowach wszystkich ludzi na świecie, którzy do mnie przemówili - książkami, artykułami, blogami, filmami, fotografiami, sztuką, jestem mistrzem przejmowania cudzej perspektywy, mistrzem incepcji. Dopiero teraz zaczynam wypełniać się od środka sobą. Biologiczną, autentyczną, czującą pulsującą sobą. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Trzy przebudzenia”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 października 2015 18:59
  • sobota, 03 października 2015
    • Sylwia Kubryńska

      Czytam dzisiaj Sylwię Kubryńską. No i ona pisze moją historię. Trzy razy płakałam w kawiarni, musiałam się zasłonić książką, bo mi łzy poleciały bez żadnego uprzedzenia, popłynęły same, samiusieńkie. Dlaczego ona potrafi, a ja zawsze jakoś obok, słowa - te właściwe, te prawdziwe, te, o które chodzi, słowa, te uczciwe, nieustraszone, te, które ktokolwiek by przeczytał, rozpoznałby jako fakty, dlaczego nie chcą się wydobyć na zewnątrz. Mój głos, moja historia, moje prawdy - nieopowiedziane. Nieuzewnętrznione.

      Czym w takim razie jest ten blog? Markowaniem? Wysączaniem się powolnym, cenzurowanym, stopniowo coraz mocniejszego strumienia życia, które nie godzi się na zastane warunki - na sterylne, jałowe współtworzenie jakiejś instytucjonalnej rzeczywistości, która służy cudzej misji, która kogoś innego dotyczy, a mnie znieczula tylko skutecznie, zdrewniałą od środka, od tych powtarzalnych, oczekiwanych przez otoczenie codziennych czynności. Czym jest ten blog? Kontrolowanym sprawdzaniem na ile mogę sobie pozwolić? Ciągle niewidzialnie, nieświadomie blokowanym, ciągle przycinanym jak elegancki żywopłot strumieniem świadomości. Czego w nim brakuje?

      Smutku mojego nad światem, który się zmienia w supermarket, który zrównał w tym konsumowaniu niepohamowanym swoim, który zrównał konsumowanie dóbr i usług z życiem prawdziwym, z przyjaźnieniem się i kochaniem, z odkrywaniem i tworzeniem? Tego smutku jest w nim chyba aż nadto. Ocieka cholernym smutkiem, aż się od niego słono robi, gorzko-słono, jakby od wypitej niechcącym haustem morskiej wody. Stałam dzisiaj w sklepie z moich dziecięcych marzeń, otoczona włóczką do dziergania wielokolorową, paciorkami, koralikami, rzemykami, otoczona drewnianymi skrzynkami do oklejenia barwnym papierem w dowolnym stylu, czary-mary rękodzielnicze, własnoręcznie wykonana magia. Kupiłam sobie na ścianę nowego mieszkania wykonane z papier-mache głowy nosorożca i jelenia. Zrobię z nich jaskrawe etniczne kicze i powieszę żartem zrozumiałym tylko dla mnie nad łóżkiem. Mój zmarły nie tak dawno dziadek był myśliwym. Nie zgadzaliśmy się w tym konkretnym punkcie ideologicznym. Moja siostra płakała dzisiaj, bo piekła ciasto, piekła ciasto marchewkowe i potrzebowała orzechów włoskich i otworzyła ostatnią rzecz, jakieś milknące echo jego żywej obecności, ostatnią rzecz jaka po nim została, papierową torebkę orzechów własnoręcznie obranych, słodkich prosto z drzewa, wrzucenie ich do ciasta przypominało zatrzaśnięcie czegoś nieodwracalne. Więc zawieszę sobie nad łóżkiem bezkrwawe trofea. Mam wrażenie, że zatoczyłam dziś w tym sklepie cudownie radosnym, obfitym jak kiedyś w mojej socjalistycznej dziecięcej wyobraźni najśmielsze marzenia, w sklepie, co spełnił tamte wizje dzikie i niespełnialne, kto by pomyślał. Stałam tam więc i właśnie dochodziłam do jakiejś osobistej granicy, właśnie waliłam łbem w jakiś osobisty betonowy mur, bo zrozumiałam, że kupiłam już sobie w życiu wszystko, że już absolutnie nic nie chcę kupować, nabyłam co do jednego każde swoje młodzieńcze marzenie, a nie zasypałam wcale, nie zasypałam nimi wszystkimi, tym moim kompulsywnym korzystaniem z wielkiego globalnego supermarketu, nie dałam rady zasypać krateru po bombie mojego dzieciństwa, wyrwy po eksplozji, jaką stanowiła młodość i czarnej czarnej dziury teraźniejszości. Najwyraźniej problem nie jest natury materialnej.

      Najwyraźniej nie chodziło nigdy wcale o bloga, nie chodziło o świetną pracę w twórczym i otwartym zespole, nie chodziło o wyjazd do Pragi ani do Budapesztu, nie chodziło o perełki do nizania na żyłkę osobiście skomponowanej bransoletki, nie chodziło o mieszkanie urządzone jak z żurnala, o kulinarne mistrzostwo Indii, Tajlandii, Meksyku, dowiezione pod same moje drzwi, nie chodziło o książki najmądrzejszych autorów, o ubrania, które zbudują mi wyśnioną tożsamość - nie wiem, jakiejś takiej wyzbytej kulturowych ograniczeń, kobiecej, zmysłowej, wyrafinowanej, światowej pani, kombinacji orientalnej klasy, wyciszenia, prostoty ponadczasowej z cygańską nonszalancją globtrottera, wszystko to sobie kupiłam. I najwyraźniej nie to.

      Więc czytam dzisiaj Sylwię Kubryńską i mogłabym wam tutaj wystukać cytaty, które najpierw mi dały po nerkach, a potem prosto w brzuch że aż prawie zaksztusiłam się kawą. Sylwia Kubryńska prosto, prawdziwie, po ludzku i bez udawania czegoś, czym nie jest, ja tak nie umiem, Sylwia Kubryńska pisze moim głosem. A ja niema. Tyle słów tyle lat tyle rozmów. I znów ktoś inny za mnie mówi. Ktoś inny mnie mówi. Ktoś inny mną.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Sylwia Kubryńska”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 03 października 2015 16:25
  • piątek, 02 października 2015
    • Bycie mną

      Ja się w ogóle nie spodziewałam, że przyjdzie taki moment w mojej terapii, że bycie mną stanie się zupełnie innym, całkiem odmiennym, diametralnie różnym niż dotychczasowe doświadczeniem. Ciągle jeszcze, chociaż słabiej i słabiej, niemrawo tak jakoś ostatnio, bez przekonania, ciągle jeszcze czasem próbuję wrócić do starej znajomej mnie. Brakuje mi głównie faktu, że znajomej. Że to było coś stałego, coś, do czego tak bardzo się przyzwyczaiłam, jedyne na tym świecie, do czego miałam instrukcję pofragmentowanej, przypadkowej nieco, nie zawsze skutecznej, rwanej szarpanej obsługi. No bo czego się teraz trzymać? Tej zieleni, która zaraz uschnie i skręci się w kruchy pomarszczony brąz, spadnie i szeleścić będzie, zaszroni się, pokryje śniegiem, wgniecie w błoto i wreszcie zniknie. Tych ludzi, przypływających, odpływających, stada niestabilnego, codziennie widzianych twarzy obdarzonych nigdy do końca nie poznaną biografią, wiedzionymi wolą ubraną w potrzeby, których tak często nie rozumiem. Pojawiają się, znikają, zmienność to cecha mojego świata, więc czego się trzymać? Kolejnego mieszkania, przeprowadzka za przeprowadzką w poszukiwaniu szczęścia, w pogoni za pracą i sensem i poczuciem celowości, kolejnego mieszkania? Tęsknię za nimi wszystkimi. Za moim pierwszym dorosłym mieszkaniem, studenckim, jego prowizorką, naklejonymi na ścianę rysunkami, grafikami Muchy i Dalego, ostatnio zaprosiła mnie do swojego pokoju w akademiku Ukrainka na co dzień pracująca we Francji i miała tak samo. Na ścianach miała tak samo, w ludzkim kalejdoskopie nawet najdziwaczniejsze jednostkowe unikalia odbijają się niezliczonymi wersjami, fraktalami rozpoznawalnymi, echem znajomym. Ukrainka dzisiaj nie mieszka już w Polsce. Mieszka w Belgii. Rzuciło ją całkiem gdzie indziej. A ja trwam. I tęsknię za prowizorką mojego przedostatniego mieszkania, wynajętego z umeblowaniem, które nie ciążyło mi aż tak mocno jak to dzisiejsze, własne, urządzone, umeblowane, odpowiedzialnością nad siły za każdy kurz i każdy smród i wszelkie usterki, za każdy mebel skrzypiący i ukruszony talerzyk, za śmieci do wyniesienia, za kanapę z wrośniętą już integralnie w niebieską jak jedwab błyszczącą tapicerkę sierścią czarnego psa. Za psa. Więc moim kręgosłupem są nawyki. Spacery poranne w rześkim powietrzu, to trwa i może tego mogę się chwycić kurczowo, bo znajome, bo moje, bo bezpieczne i stałe. Więc spacery poranne, im wcześniejsze tym bardziej miasto jest tylko moje, puste jeszcze, moje i gawronów i srok. Więc moim trzonem przyzwyczajenia są, kawa gorzka, kremowa. Tęsknota za wolnością, jaką mi przypomina, za młodością, jaką przywołuje pierwszy, ale tylko pierwszy jej łyk. Więc kawa. I może jeszcze pierwszy kwadrans w pracy, na każdy odhaczony mail od kogoś, kto żąda albo protestuje, albo domaga się albo wyprasza sobie lub nawet prosiłby uprzejmie albo zaprasza lub byłby wdzięczny za szybką odpowiedź, na każdy mail odczytany, odpowiedziany, pięć minut fejsbuka. Życie płynie, a ja zbudowałam w nim tylko tyle. Wyłącznie nawyki. Wszystko inne rozpadło się w pył. Czego mogę się trzymać? Bloga pisanego w dni, kiedy mam godzinę lub dwie większej swobody, kiedy załatwię bank i ubezpieczenie, kaucję, podatek, wywóz nieczystości i czynsz. Kiedy nie mam akurat dentysty ani konferencji. Tego pojawiania ze prosto z wnętrzności kolejnych wyrazów, ku zaskoczeniu mojemu bezbrzeżnemu, w magii przepływania jakiejś niezrozumiałej energii. Kiedy zaczynam znam tylko tytuł i mętny myślokształt, jakiś temat, jakieś mgliste odczucie. A potem przede mną samą jak tkany spontanicznie, jak improwizowany dywan słowa zamiast nici. Czego mogę się trzymać? Deklaracji miłości i że nie jestem już sama? Nie mam takich doświadczeń w życiu dotąd, nie mam takich obietnic za sobą, nie wiem, co z nimi zrobić, wierzyć, powtórzyć, zaufać, zbudować na nich wizję stałej przyszłości, przecież przyszłość nigdy nie potoczyła się zgodnie z czymkolwiek. Obyś żył w ciekawych czasach, ktoś mnie musiał przekląć za stare grzechy. A jednak trzymam się, trzymam tych rzeczy jedynie, które dzisiaj są trzymania się warte. Skąd wiem? Nie wiem. To właśnie nowa ja. 

      Ze starej mnie nie brakuje mi natomiast chodzenia nieustannego z wewnętrznym tektonicznym przesunięciem. Przez samo centrum mnie przechodził zabliźniony uskok. Coś o coś pocierało boleśnie, ale ponieważ ból zgrzytliwy stanowił mój kręgosłup, ale ponieważ inaczej - bez fundamentalnego defektu - stałabym się kimś mniej wyrazistym, mniej konkretnym - ale ponieważ przyzwyczaiłam się, ponieważ przywykłam - stałam się tym bólem, zostałam nim, zrosłam z nim i zjednoczyłam.

      A teraz nagle jestem bez niego. Jestem nadal, chociaż jego zabrakło. Zaniemówiłam z wrażenia, bo o czym tu gadać, skoro nie ma problemu, skoro wszystko jest przejrzyste, przezroczyste we mnie, skoro świat i życie się toczy, przetacza, a ja nie muszę stawiać oporu. Przepływają przeze mnie rzeczy, których dotąd nie uznawałam za swoje. Za swoje uznawałam cudze dezaprobaty, zażalenia, skargi, złamane serca i zrujnowane przyjaźnie. To była moja definicja. Teraz nie wiem już. Ciągle jestem, ale nagle tak przestrzennie, lekko, neutralnie, że jakby czegoś zabrakło. Zmartwień. Zgryzot może. Defektów. Ściśnięcia się w środku, zapadnięcia do środka. Nieznośnie nowe to. Bycie mną.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Bycie mną”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 02 października 2015 19:30

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl