Kucharka Zen

Wpisy

  • środa, 20 kwietnia 2016
    • Wewnętrzna symfonia

      Moja psychoterapeutka (za którą podczas jej kilkutygodniowego urlopu zaskakująco zaskakująco mocno tęskniłam), moja terapeutka w powłóczystych, w pikowanych, w młodzieńczych, tanecznych szatach, moja terapeutka rozmawiała dzisiaj ze mną o pierwszym nieboszczyku, którego w życiu widziałam. I o tym dlaczego czasem mam wielką ochotę wyskoczyć przez okno, a dlaczego czasem wskoczyć pod pociąg.

      No więc pierwszy w moim życiu nieboszczyk to jedyny brat mojej babci, jedyny wuj mojej mamy, miał osiemdziesiąt osiem lat i podobno rano jeszcze przejeżdżał sobie skądś dokądś na rowerze, a po południu chodził sobie po kuchni, a potem nagle padł i nie wstał i ktoś mówi, że to najlepszy sposób na śmierć. Ale ja bym wolała we śnie, albo tak powolnie, stopniowo, odchodzić, odpływać, zmniejszać intensywność swojej obecności w świecie, gasnąć.

      Może po kolei. Zanim zobaczyłam pogodną, pogodzoną twarz Wuja, nastąpił absurdalny epizod, który też muszę komuś opowiedzieć, bo z takich rzeczy prawdziwe życie się składa, a nie z teledysków jędrnymi pupami wypełnionych i wiecznej nieomylnej nieśmiertelnej młodości. Zawróciło mi to wszystko na parę dobrych lat w głowie, a teraz muszę robić codzienny wysiłek, żeby pamiętać, żeby opamiętać się i być wierna prawdziwym ludzkim, biologicznym, analogowym prawom wszechświata. One są powolne i idiosynkratyczne, one są frustrujące, nudne, raz po raz zbierają się przypadkiem w jakieś takie cudowne i dziwne klastry wypadków, a czasem zaskakują okrucieństwem i co z tym zrobić, co zrobić? Media głupie są. Więc teraz dla przykładu podam anegdotę z życia wziętą i myślę, że chętnie zobaczyłabym ją w filmie jakimś, tyle że ani widownia ani też krytycy nie uwierzyliby mi, oskarżając o przerysowanie. Babcia moja, siostra nieboszczyka Wuja, też jest już po osiemdziesiątce i mieszka sama, bo nie tak dawno owdowiała, dziadek mój świętej pamięci snuje się jeszcze, snuje kojącą, przyjazną, niekontrowersyjną swoja niegdysiejszą obecnością po kątach tego domu, jego pokój spartański nietknięty, nikt nie ma odwagi zaburzyć, zniszczyć jego ostatnich śladów. Zaczynam wierzyć, że ludzie nie wszystcy odchodzą, że nie od razu, że trzeba im odejść dać czas. Analogowo.

      Więc babcia mieszka sama, jeździ na wózku i jest mocno despotyczna, ale kto by nie był w jej wieku i w jej sytuacji, więc babcia komenderuje mną i moją matką bezlitośnie (w trzeciej osobie) kiedy tylko nas widzi, a jeszcze bardziej kiedy ma jakąś życzliwą widownię. Więc osoby dramatu to ja, babcia i kuzynka z Radomia ogromnej kruczoczarnej piękności, wysoka, smukła, dumna, pomocna. Stoimy nad babci wózkiem inwalidzkim, szykując ją do transferu. Babcia ma z wózka zsiąść, przejść mozolnie do ganku (nie chce pomocy ani oparcia, ona sama, ja mam to po niej), następnie zsunąć się schodek po schodku stopniowo na podjazd, a tam będzie czekał samochód i drugi, terenowy, przystosowany do cmentarnych wertepów, wózek składany w bagażniku. Babcia pokrzykuje, wydaje niezrozumiałe instrukcje, połóż tamto tam, ale co i gdzie, babciu? No tamto. Ale co? No poduszkę, aha, poduszkę, ale którą? No tę. I denerwuje się babcia, denerwuję się ja, wysokokontekstowa komunikacja międzypokoleniowa, czytanie między wierszami nigdy nie było moją mocną stroną, więc dopytuję jakbym wolno myślała. Którą poduszkę? No siedzisko. Ale to siedzisko z twojego wózka, to czarne przenośne? No a które? Dobrze. Ja i kuzynka z Radomia rzucamy się na siedzisko, wziąć i wyminąć z nim babcię w wyścigu do samochodu, położyć je na przednim, pasażerskim fotelu zanim ona tam dotrze, uniknąć kolejnej awantury. No więc kuzynka była wolniejsza, ja zerwałam czarną poduszkę z wózka babci ułamek sekundy przed nią i ja pierwsza oniemiałam, bo babcia, bo babcia, siedzi na swoim inwalidzkim pojeździe - pewnie się boi złodziei, morderców i gwałcicieli - siedzi na tasaku zakończonym tłuczkiem do mięsa. Pamiętam ten tasak z dzieciństwa, zgłupiałyśmy, ja i kuzynka, dokumentnie. Jak dwa słupy soli, zamarłyśmy i obie równocześnie wybuchłyśmy zakłopotanym, absurdalnym rechotem. Tasak. Tasak z plastikowym trzonkiem którym kiedyś, kiedyś kiedy to babcia mną się opiekowała, kiedyś tłukło się oporną wieprzowinę w miękkie, cienkie, delikatne wewnątrz a chrupiące na zewnątrz schabowe.

      A potem był pogrzeb. Najpierw ksiądz, zawodowiec, recytował słowa, które we mnie nie budziły emocji. Żadnych. Zerkałam natomiast na jedyne dziecko Wuja, mojego kuzyna, który, zwalisty chłop, ojciec czterech córek, z których jednej nie było, bo nie żyje, a drugiej nie było, bo wyjechała szukać lepszych żyć za granicą. Mój kuzyn, jego szerokie plecy drżały przez całe sześćdziesiąt minut mszy. Razem z nim drżały plecy jego drobniutkiej jak ptaszek żony, a za nimi w ławeczce w centralnej nawie kościoła drżały dwa ptaszki - dwie wnuczki wuja. I moja babcia, siostra jedyna, wszyscy poobrażani, pokłóceni, zjednoczeni w tym drżeniu, w tym zanoszeniu się niemym szlochem. Zawsze w kościołach czuję się nie na miejscu, ale to może raczej problem kościoła, nie mój. Zaczynam ostatnio tak myśleć.

      Więc potem cmentarz. Tam leżą pradziadkowie moi, leży dziadek, którego nie umiem pożegnać, więc się ciągle ciągle gdzieś nade mną unosi, czekając cierpliwie, jak to on, bez słowa skargi, czekając aż będę gotowa. Aż gotowa będzie jego córka-jedynaczka, moja mama, i moja siostra, która za nim najbardziej, najczęściej i najsmutniej, najprawdziwiej od serca popłakuje. Ale dzień należał do Wuja, jego syna, wnuczek i siostry, oraz garści krewnych i znajomych, życzliwych bywalców pogrzebów, żegnali z nami już tyle osób, deja vu. Ksiądz coś śpiewał, coś recytował, coś pokropywał wodą święconą i odymiał z kadzidła, puste, dla mnie puste te gesty, jakiś sprzeciw wewnętrzny poczułam, dziką nieokiełznaną nienawiść, a potem pomyślałam, że nic ta nienawiść nie załatwi, księdzu potrzebni są wierni, wiernym potrzebny jest ksiądz. Nie mieszkam tu już z nimi, ścigają mnie demony mojego dzieciństwa, niegdysiejsze kościoły i ówcześni księża. Nie lubię pamiętać tego, co we mnie w środku narobił kościół, komunie, spowiedzi, grzech i wszechmogący wieczny Ojciec. Nie lubię myśleć, w kontraście, jaką lekkość, jaką wolność wyszarpałam sobie poza kościołem. To już nie moja historia i nie mnie sądzić jak tym licznym ciotkom, pociotkom, jak im ten kościół w kalejdoskopowe, rozliczne i niejednoznaczne sposoby wewnętrzne pomaga. Niezrozumiale dla mnie, a jednak. Więc rozproszyłam w sobie nienawiść do księdza i do tych ludzi, do społeczności, która kiedyś trzymała mnie w tak ścisłej uprzęży obyczajów, plotkami, strofowaniem, zaciskaniem gorsetów. Teraz jestem dorosła. Oni starzeją się i odchodzą. O, na przykład Wuj wziął i odszedł, więc po co, po co mi ta nienawiść. To tylko przykrywka dla faktu, że nam się drogi rozeszły i ja już niewiele z ich świata rozumiem. Z wzajemnością.

      Ksiądz skończył, moja mama spróbowała (przez łzy) od serca i prosto z uczuć pożegnać się z Wujem, ale babcia, babcię o słowiańskiej duszy poniosło, załkała, zawyła i zaczęła krzyczeć, otwórzcie trumnę, otwórzcie trumnę, otwórzcie! No i wtedy nagle zrozumiałam, że nie będzie wyboru, że zobaczę nie na swoich warunkach, nie w dogodnym momencie, ale właśnie teraz, właśnie teraz anielsko spokojną, pozbawioną napięć twarz Wuja pośmiertną. I już. Nie zemdlałam, nie uciekłam, nie dostałam torsji, całkiem to było naturalne i znośne. Babcia popłakała, przytuliła się, uścisnęła mu zsiniałe dłonie i kazała mi się odturlać na terenowym wózku w stronę wieńców, bo chciała dopilnować gdzie i jak go położą czterej panowie z zakładu pogrzebowego na płycie grobowej. I już. Tak wygląda prawdziwe życie. A raczej śmierć.

      Natomiast jeśli chodzi o to, że mi się czasem włącza impuls wyskoczenia przez okno, moja powłóczysta, smukła, poważna terapeutka (opalona po urlopie na słońcu) mówi, że to jest fantazja, która się pojawia w momentach dużego napięcia, że taką fantazją uspokajam napięcie. Niezła kurczę fantazja. Zatrzymajcie świat, ja wysiadam.

      Ale oczywiście ma rację. Skubana.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 20 kwietnia 2016 15:58
  • piątek, 26 lutego 2016
  • niedziela, 20 grudnia 2015
    • Bo w życiu można kochać wszystko

      Gdyby tylko. Gdybyśmy tylko aż tak się nie bali. Gdyby nas nie wychowywano przez przestraszanie, na wyrost, na wszelki wypadek, gdyby nas nie straszono własnymi sromotnymi fizjologiami, gdyby nas nie przerażano niezrozumiałymi przyczynowo-skutkowymi łańcuchami (jak działa elektryczność? Lepiej nie wiedzieć i nie podchodzić. Jaka jest wewnętrzna logika psów? Bezpieczniej nie zbliżać się i uważać na zapas). Gdyby nas tak nie usztywniono ze strachu, sami zdecydowalibyśmy czego się bać. A co kochać, co kochać całym ciałem, z czym tańczyć w egzystencjalnej choreografii przyjaznej. Bo psy mają swoją wewnętrzną logikę, bo szczekają wtedy kiedy potrzebują i przynoszą zabawkę z jakiegoś powodu i nie ma w tym nic złego, nie ma groźnego, nie jeśli się rozumie. Więc wszystko można kochać, tylko miłośc to najzwyczajniejsza otwartość, przyjazność, gotowość przyjęcia bez oceny. Nic romantycznego, żadne tam serduszka i amorki, na takie wymysły trzeba uważać. Bo miłość to krojenie gotowanego jajka w kostkę, uważnie, pieszczotliwie, tak jak trzeba, po mistrzowsku. Bo miłość to jazda na rowerze, w pięknej równowadze, w tempie niewymuszonym, w stylu charakterystycznym dla siebie. I dla tego konkretnego roweru. Piękne to. Bo miłość to chodzenie po chodniku stopami, których nie wykrzywiają niedobrane buty, ciałem, którego nie spina niekonieczny pośpiech. Bo miłość to zakupy tylko takie jakie trzeba. To balansowanie na swój własny sposób, wyczuwanie, zaangażowane nieustannie, czujne ale rozluźnione, to decydowanie ile stresu jest potrzebne, a ile nadprogramowe, to bycie bez tłumaczenia się i przepraszania za swoją obecność. Nie ma w zajmowaniu przestrzeni nic złego. Dopóki nie zagarnia jej się dla siebie za dużo, dopóki nie wymusza się na innych jakichś niezasłużonych, niesprawiedliwych przywilejów. Więc miłość to "live and let live" to taniec, taniec z rzeczywistością tak, jakby się do tego miało prawo, jak równy z równym, jak pełnowartościowy byt wśród innych pełnowartościowych bytów, zafascynowany ich innością, pewny ich podobieństwa fundamentalnego. Miłość nic nie chce. Miłość raduje się samą interakcją. Więc poprzestraszano nas w dzieciństwie. Samych siebie - swoich emocji, gniewów i nadziei, apetytów i pragnień, swoich jelit i odbytów, swoich pochew i jąder. I przestraszono nas dzikości świata wokół, jego nieprzewidwywalności, potencjalnej wrogości, na wszelki wypadek, bez opamiętania i nieproporcjonalnie. Błyskawic, dzikich zwierząt, samochodów, wiertarek, trzęsień ziemi i chorób. I przestraszono nas siebie nawzajem. Postraszono nas ludźmi, co wierzą inaczej, czeszą się inaczej, inaczej uprawiają rodzinę i pracę. 

      A tymczasem to wszystko, to wszystko można kochać. I nie mówię zupełnie o łzawych, sentymentalnych, przelukrowanych czułostkach. Nie mówię o jakiejś nieustającej błogości. Mówię o adekwatności uczuć. Że bać się trzeba dużo rzadziej niż się boimy. A ciekawym być, a wchodzącym w dialog jakiś, w wymianę, a ciekawym być i otwartym warto być dużo częściej niż na to sobie pozwalamy. Ale przecież. Ale przecież tak nas edukowano. Złe. Dobre. Brzydkie. Ładne. Lepsze. Gorsze. Brudne. Czyste. Bezpieczne. Niebezpieczne.

      Zamieszkać pomiędzy, to dopiero wolność.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Bo w życiu można kochać wszystko”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 grudnia 2015 12:22
  • poniedziałek, 30 listopada 2015
    • Zasłony dymne

      Znowu podsłuchuję rozmowy kawiarniane. Między telefoniczną grą w mozolne budowanie miast, krzew drzewo mały czerwony domek willa pałac katedra zamek na skale, którym to miastom nieustannie zagrażają pojawiające się znienacka skaczące zorro-pandy, między esemesem "kocham cię" spektakularnie zwyczajnym (jakie to cudowne jeśli można być za to tak łatwo niewdzięcznym, jakby to nie był ewenement kosmiczny, to spotkanie, ta bliskość) a artykułem z Le Monde Diplomatique (puchnę z dumy, czytam po francusku) o tym, że u źródła wielu nowożytnych wojen i konfliktów leży niezrozumienie zmian klimatycznych i złe zarządzanie efektami wieloletnich susz w Syrii na przykład, bo odłogiem leżą syryjskie naturalne zasoby podczas gdy rząd tego spragnionego deszczu kraju eksploatuje wielkie wodochłonne uprawy pszenicy i jęczmienia na użytek Zachodu. Więc jesteśmy na tej rozoranej naszymi autostradami, przekopanej do cna w poszukiwaniu węgla i ropy i złota i diamentów planety, co się stopniowo przydusza astmatycznie naszymi wyziewami, więc jesteśmy wszyscy zespołem naczyń połączonych, więc te nasze szczyty klimatyczne w absolutnie ostatniej chwili, za późno dla niefortunnych żabek i muszek i innych wymarłych elementów naszego misternie, niepojęcie zorganizowanego ekosystemu, więc te szczyty klimatyczne trzeba trzeba. Trzeba koniecznie, bo kiedy roztopi się odrobinę jakiś lodowiec gdzieś arktyczny, to w Egipcie przestanie padać deszcz, a nad Meksyk nadciągnie huragan, więc jakieś żywe istoty nagle nie będą mieć co jeść i czego pić i nie wolno nam chyba udawać, że tak nie jest. Że na świecie panuje jakaś boska sprawiedliwość, więc ja, niżej podpisana, czytająca po francusku nad włoskim espresso w warszawskiej kawiarni między wierszami wyprodukowanego w chinach smartfona, więc ja obuta w hiszpańskie buty i odziana w płaszcz szwedzkiego pikowanego projektu, czy ja mam jakieś większe prawo jeść i pić i oddychać?

      A obok mnie dwie cudownej urody licealistki złotowłose długonogie, jak z cholernej gazety, zwyciężczynie loterii genetycznej smukłe gazele siedzą bok w bok, a ja słucham ich rozmów jednym uchem, łowię odłamki i próbuję zrozumieć, w jakim krajobrazie się poruszają, co im się w głowach przetacza gdy obserwują ten sam niby co ja świat, a jednak jakże inny, jak inna musi być nawet dla nich ta kawiarnia z białymi obiciami sof i pasiastymi poduszkami. To jest chyba pokolenie, któremu kazano od razu być gotowym produktem, wiedzieć, umieć, wpisywać się w wyfotoszopowane społeczne ideały, więc te dwa głosy koło mnie, ten dwugłos przedwcześnie dojrzały opowiada sobie nawzajem o udanych i nieudanych, rokujących i nierokujących związkach. Związkach. Nawet ja o swoim związku nie śmiałabym chyba "związek" powiedzieć, więc milczę o nim, nie chcąc kategoryzować, ograniczać, to takie poważne. Związek. Ale koło mnie toczy się dialog poważny, dojrzały, językiem kompetentnych w dziedzinie psychoterapii, a potem nagle, a potem nagle przemienia się w chichot, zdrobnienie imienia, telefon do taty, czy może jakiemuś koledze założyć podsłuch, bo ściemnia, bo kłamie pewnie, że mu się smartfon popsuł, że esemesów nie odbiera, że nie odpisuje właśnie dlatego. Ten chichot jest dużo bardziej nastoletni, teraz w moim podsłuchiwaniu nie ma żadnego dysonansu, nie zgrzyta mi nic. Jest tak, jak się przyzwyczaiłam, odwiecznych praw młodości nie zaburzyła współczesność, dała im tylko nieco inną scenografię, wciskając w dłonie technologie, wymagając nienaturalnej elastyczności, każąc znosić bombardowanie bodźcami. Ale dziewczynki to tylko dziewczynki. One wychodzą na papierosa, a ja nagle rozumiem, że dałam się nabrać, że sama innych nabieram. Tyle dymnych zasłon. Tyle teatru, a za kulisami przecież dzieje się to, co zawsze. Co zawsze. Co zawsze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 listopada 2015 20:42
  • niedziela, 29 listopada 2015
    • Krajobrazy z przeszłości

      Czasem zapominam, że to mój mózg po prostu tak działa. Że idę dokądś i coś się dzieje i nagle eksplodują mi w ciele uczucia, odczucia, nagle mi w głowie rozbłyskują wspomnienia - obrazy, zapachy, dźwięki, jakieś postaci grają w jakimś teatrze z przeszłości, a ja nie mam zwyczaju regularnie uaktualniać oprogramowania. Czasem zapominam, że tamte ważne osoby już dawno nie są tak ważne. I czasem to znak, że warto do nich wrócić, tych konkretnych ludzi, coś z nimi znów nawiązać, jakoś do nich się zbliżyć i pozwolić im na siebie zadziałać. A czasami to znak, że już po wszystkim, że dawno i nieprawda.

      Mój mózg po prostu tak działa. Podsuwa dawne pasje, dawne dramaty, figury z dzieciństwa, procedury bezpieczeństwa, archaiczne strategie przetrwania.

      Coraz częściej znajduję się gdzieś oszołomiona, nagle zdając sobie sprawę, że nie wiem, gdzie jestem, kim jestem, jak i po co się tam znalazłam. Mam poczucie odrealnienia, może dlatego, że od lat żyję bardziej w swojej głowie niż w fizycznym świecie, niż w swoim prawdziwym, czującym, aktualnym ciele. Brakuje mi starusieńkich, znajomych wersji mnie. Brakuje pocieszaczy z dzieciństwa, chociaż nie przystają do tego miasta, po którym jeżdżę metrem, chociaż nie pasują do pracy, w której spotykam pół Europy i mówię w trzech czy czterech językach. Tamten staw, tamten stary człowiek (niedługo minie rok od jego śmierci) i jego ręce stwardniałe, opuchnięte, obracające mimo sztywności znajomo, powtarzanym od dekad ruchem, obracające wiekowy, ostrzony kamieniem nożyk od masła, jedyny, który rzeczywiście coś kroił, ten staw rybny za oknem, ta kuchnia z malowaną na brązowo podłogą, ta koszula sprana w drobną krateczkę, przetarta na plecach tam, gdzie w zagłębieniu nad krzyżem zbiera się pot, pot koszenia, pot grabienia, pot noszenia wiader, te ręce obracające nożyk i jabłko, spomiędzy których wynurzał się nagle magicznie pasek krzywy, byle jaki obierki. Co mam z tym zrobić? Z obcością dzisiejszego świata. Z nieobecnością w nim tego człowieka. Z nieaktualnością tamtego wspomnienia, co zawiera najcenniejsze, tak dla mnie dziś rzadkie poczucie że bezpieczna jestem, że znajome otaczają mnie, znane i zaufane twarze, że przedmioty, drzewa, że tamten staw i tamta podłoga i nożyk i jabłko i obierka i ręce. Każda miłość zawiera nieuchronną utratę.

      Coraz częściej chodzę i nie rozpoznaję. Chociaż prawda jest taka, że od dawna, od dawna poruszam się już po innym świecie, że on się na moich oczach od lat przemieszcza, przemienia, przesuwa akcenty, a mnie się spod nóg, spod nóg osuwa grunt, bo się trzymam bo trzymam się starych krajobrazów z przeszłości, starych sposobów i boję się, że jeśli się puszczę, puszczę też siebie samą, najprawdziwszą, pradawną, że zaprzepaszczę coś, co we mnie stanowi ostatni bastion przeszłości, jakąś lojalność wobec tamtych ludzi, tamtych czasów, tamtej mnie, tego wszystkiego, co uformowało mnie w najważniejszych, rozwojowo kluczowych momentach. Tamte smaki, tamte nawyki, tamte pomysły romantyczne na przyszłość. Jeśli pozwolę im zdezintegrować się, coś innego zastąpi je dzisiaj, coś innego, kogoś innego pokocham, poluzuję w sobie sztywność i wyleje się ze mnie, ze szczelnego pojemnika w samym moim centrum, runą tamy i wyleje się ze mnie morze smutku, morze żałoby, za każdym przyjacielem co odszedł, zmienił się, przeprowadził, znalazł inne życie. Za każdą miłością, co się zdegenerowała w niechęć, co odpłynęła powoli, co się nie spełniła, co obiecała i nie dotrzymała, co cudu nie dokonała. Za każdą przyszłością, która się nie urzeczywistniła, każdym szczęściem, co nie nadeszło. Za matczynymi aspiracjami, które starałam się, kosztem własnej integralności ucieleśnić, moje ciało w te matczyne marzenia ukształtować wbrew jego własnym potrzebom. Za ojcowską aprobatą. Za babciną czułością, wydawaną, dawkowaną. Tylko ten facet na stołeczku niziutkim dziecięcym. Nic ode mnie nie chciał. Nie znałam go. Nie ma go już. Od roku. 

      Co to znaczy pożegnać się, dać odejść? Zrobiłam z siebie szkatułkę na przeszłe szczęścia, lojalna wobec wszystkiego, co kiedykolwiek kochałam. Trzymam, kolekcję zakurzoną, nieprawdziwą już, pielęgnuję jak umiem, coraz rozpaczliwiej, nieporadniej, teraźniejszość dobija się głośno, domaga zaangażowania się, pokochania czegoś, co naprawdę istnieje, zostawienia wszystkiego, czemu miejsce zrobiłam w sobie na zawsze. Trzeba zwolnić miejsce w szufladach zarezerwowanych na zawsze dla byłego męża, dla przyjaciółki z liceum, dla sensownej pracy sprzed dziesięciu lat, dla wizji własnej przyszłości, którą wyhodowałam tuż po rozwodzie, która dała mi ulgę i coś podleczyła na chwilę. Trzeba się puścić. Wywietrzyć. Zrobić miejsce.

      I poczuć przez chwilę strasznośc braku. Nieznajomość i obcość w świecie, gdzie wszystko co kocham już dawno przestało już dawno zniknęło. Złamać samej sobie serce dziecinne, ale też dopuścić życiodajną prawdę, że miłości w życiu można mieć kilka, że szczęście można znajdować na rozmaite sposoby. Poczuć. Poczuć życie, okrutnie i dotkliwie, rozkosznie i zaskakująco.

      Nie ma już, nie ma moich krajobrazów z przeszłości. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Krajobrazy z przeszłości”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 listopada 2015 16:48
  • czwartek, 19 listopada 2015
    • Umościć się, zadomowić

      Chciałabym zamieszkać w swoim życiu, jak w domu, zadomowić się, umościć w jego realności. Chciałabym nie przymierzać go już do tych rozmaitych ram, które (jak szyte masowo ubrania) uwierają w rozmaitych niewymiarowych miejscach. Tylko czy to miejsca są niewymiarowe, czy dostępne narracje zbyt uproszczone?

      Więc czytałam ostatnio, zaskoczona, czasopismo, które kupiłam dla całkiem porządnie napisanej książki z reportażami młodych dziennikarek o kobietach, o ich walkach codziennych walczonych poza schematami znanych nam, studiowanych w szkole eposów. Tak bardzo chciałam pasować. Do jakiegoś istniejącego już modelu. Więc czytałam rozmowę z nauczycielką jogi, prowadzoną według szablonu, że najpierw gwiazda korpo, potem załamanie, wypalenie, depresja, a wreszcie happy end i oświecenie. I znów, i jak zwykle, miałam wrażenie, że moje niestarannie nakreślone życie, moje brudnopisanie codzienne losu jednostkowego, że nie wpisuje się w tamtą strukturę, a chciałoby, jakżeby chciało. 

      Umościć się, zadomowić w jakiejś gotowej, dostępnej opowieści, w jakimś kulturowym wzorcu, żeby wiedzieć, że jestem z grubsza okej, że pasuję, że nie wykopią mnie ze społeczeństwa, mój wielki demoniczny lęk. Nawet kosztem autentyczności, przestać wreszcie tak dotkliwie czuć swoje unikalne niedopasowanie. Tę niekonkretność i niekonsekwencję, niejasność i niepewność mojego prawdziwego przeżywania. Tę biografię, w której może nawet było korpo i może nawet był jakiś awans, ale niewyraziście jakoś to się toczyło, niejednoznacznie. Jednoznaczności mi w ogóle brakuje, śmiesznie się przyznać, ale wydawało mi się naprawdę, że może kiedyś wreszcie usiądę po całym dniu życia i coś będę wiedzieć, coś rozumieć, poczuję się częścią niezaprzeczalnej biografii, jak z filmu amerykańskiego, gdzie wiadomo, kto był zły, kto dobry, kto katem, kto ofiarą, kiedy się było szczęśliwym, a kiedy nie, najlepszego szefa łatwo odróżnić od najgorszego, a straszny narzeczony, po którym odbija mi się do dziś goryczą gdzieś w okolicach splotu słonecznego, a straszny narzeczony był wrażliwym, przenikliwym, obdarzonym nieprawdopodobną wyobraźnią talentem, i wiem doskonale, co w nim pokochałam i kocham tamto coś do dziś, bez względu na lata terapii, które mnie tamten związek kosztował. A mąż ukochany, a mąż mój były legenda anioł cierpliwości czułość i szacunek, a mąż ukochany bywał cyniczny i bierny, bywał okrutny i obojętny, a mąż ukochany był i pewnie nadal jest alkoholikiem, więc cóż. Niech mi ktoś z tego utka jednoznaczną odpowiedź. Tak się wstydziłam, tak wstydziłam, że jestem nie do wpisania, nie do zaklasyfikowania, że przecież moja historia też jest o korpo, ale ono było bardzo polskie równocześnie, po słowiańsku apatyczne i zarządzane strachem, straszeniem, że zwolnią, że zabiorą przywileje, nieufne, bo przecież kradniemy i na pewno jakiś sabotaż nam w głowach, bo nie możliwe, że niektórzy z nas kochają swoją pracę. A równocześnie miałam tam najlepszy zespół na świecie, pracuj ciężko i imprezuj intensywnie, ale z nimi chciałam, chciałam imprezować, dwóch gejów, lesbijka, Murzyn, dwie rozwódki, ktoś z nadwagą, ktoś ze zrośniętymi palcami, stara panna, młody wielbiciel fantastyki i kibic Legii. Albo może jeszcze inaczej, skoro piszę o złożoności i niejednoznaczności. Ten sam zespół: doktorant iberystyki zafascynowany teorią romantycznej miłości, dwie dziewczyny, które zamieszkały razem, jak w amerykańskim serialu, tu chłopak, tam kochanek, narzeczony, zerwanie, złamane serce, i nagle siebie nawzajem, siebie nawzajem znalazły w miłości. Wychowana w Rosji mistrzyni smażenia soczystych pierożków, której rodzice lubią tańczyć i śpiewać, obdarzona wyrafinowanym smakiem, więc zawsze lubiłam od niej dostawać prezenty, apaszki, kubeczki etniczne, przywiezione z najdziwniejszych miejsc w świecie, podróżniczka. Wysoka, niebieskooka blondynka, uosobienie wschodnioeuropejskiej solidnej kobiety, która parę lat później w jakichś górach odnalazła boga i odtąd już w każdej naszej rozmowie ten bóg jakoś był. Bardzo był. Ach i jeszcze, rudowłosa, zjawiskowej urody fizyczka, w której życiorys trudno było uwierzyć, bo obejmował buddyjskie aszramy i Dalaj Lamę, męża, który tłumaczył starożytne teksty, amerykańską błyskawiczną karierę w start-upie, bogactwo zbyt szybkie zbyt młodo, zachłyśnięcie się i bankructwo, w kolejności odwrotnej, oczywiście, więc pewnie prawie jak w tym artykule w czasopiśmie. Jej się lepiej udało niż mnie.

      No bo to moje korpo, chociaż w Mordorze, w samym sercu Mordoru, chociaż na wielu płaszczyznach nieludzkie i nieludzko ważne rzeczy ze mnie wyssało, to nie było takie korpo z filmu, z serialu, z kolorowych pism. Ono było bardziej znajome, oswojone, bo ludzie w nim byli, a nie dwuwymiarowe postaci. Więc była recepcjonistka w czarnych golfach, za bardzo wykształcona i za mało opłacana, dzięki której całe to miejsce hulało. Rozsądny, ludzki, empatyczny człowiek. I była szefowa w strojach zamrożonych sprzed trzech dekad, z jakąś traumą zamrożoną, cudem chyba awansowana na szefa, ukrywająca nieumiejętnie, że nie umie obsługiwać drukarki, że nie potrafi za bardzo internetami surfować, że się boi ludzi, a najbardziej, a już najbardziej swoich własnych podwładnych. Tragikomedia bez rąk i nóg. No i druga recepcjonistka, śniła mi się przez nią praca po nocach, bo chociaż jej córka zapadła na anoreksję i miała moje głębokie całkiem szczere współczucie, nigdy nie zrozumiałam jej bezdusznego, złośliwego komplikowania innym życia, bo tak. Bo mogła. Więc czy było mi tam dobrze? Z wrażliwymi ludźmi dokoła. Z przygodą uczenia się ludzi. Z zachłyśnięciem się amerykańską kulturą zarządzania, nagłą fascynacją całkiem nowym, ucywilizowanym światem miękkich kompetencji i coachingu, czyli w języku laika po prostu wysokiej kultury osobistej i elementarnego szacunku dla podmiotowości innych. 

      Więc czy było mi tam źle?

      I dlaczego od tamtej pory choruję?

      Chciałabym żeby moja bajka była pięknie okrągła, bez kantów, z wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. Z puentą, która potrwa dożywotnio, która nie ulegnie natychmiastowej transformacji, nie zdezaktualizuje się zanim się nią nawet nacieszę. Moje korpo nie wypluło mnie, sama odeszłam. Do pozarządowej organizacji, w której było pod pewnymi względami (i znowu, względność, względność przebrzydła) w której było i lepiej i gorzej i cieszę się, że już mnie tam nie ma i szkoda mi paru rzeczy, bo już mi się nigdy nie przydarzyły, bo być może nie będę już miała takiego jasnego, jaskrawego, jednoznacznego poczucia, że robię coś z sensem, coś, co chcę i na czym zależy mi bardzo, że buduję katedrę, a nie tylko kładę zaprawę i wtapiam w nią pojedyncze, pozbawione kontekstu cegły. Więc siedziałam i dłubałam w tabelkach w Excelu, jak wszędzie, w każdej cholernej pracy przy biurku był ten Excel, więc dłubałam i miałam poczucie, że dłubię w wyższym, szlachetniejszym, wartościowszym niż kiedykolwiek dotąd celu, więc ten Excel ma sens.

      Tak jak pani w artykule zaliczyłam wypalenie i głęboką niechęć do bycia żywym człowiekiem, do kontaktu z innymi, tak jak pani, która przywaliła głową w mur. Ja przywaliłam. Ale nie raz. Tylko kilkaset. I nie mocno, tylko raz bardzo, a potem mniej, a potem jakby w inny typ ściany i pod odmiennym kątem, a potem podczołgałam się pod mały mureczek i chyba tylko z przekory pacnęłam w niego czołem. Więc to nie jest ciekawa opowieść. Takie nic. Takie życie prawdziwe. Nie potrafię sprowadzić go do trzech aktów. Do morału, który się kupy trzyma. Bo czego się w nim nauczyłam? Że trzeba być dobrym dla ludzi? Tak i nie. Trzeba być dobrym dla tych, którzy to zauważą, docenią, którzy nie wykorzystają, nie wejdą na głowę, nie zinterpretują dobroci jako słabości i nie zbiją jej kosztem własnych kapitałów. A dla innych wystarczy być przyzwoitym.

      Więc.

      Chciałabym się umościć w tym życiu. Z momentu na moment jak kalejdoskop dostarczającym kolejnego paradoksu, kolejnego koanu, nierozwiązywalnych zagadek, podtykającym pod nos doświadczenia bez puenty. Do przeżycia. Do bycia w nich. Wczoraj wieczorem wspinaczka, zapomnienie, oczyszczenie głowy z nawykowych historii, stopy w tenisówkach szukały (jakie to było absorbujące, jakie lecznicze w swojej prostocie) szukały oparcia na wystających ze ściany wypustkach. Za plecami o swojej ośmioletniej córce opowiadała jakaś dumna matka, w przestrzeń, radośnie, że psycholog szkolny powiedział, że nigdy nie spotkał dziecka tak witalnego. Nie że ADHD. Witalność, miłość życia, niezmordowaność. A ośmiolatka, o której była mowa w trzeciej osobie zwieszała się właśnie jak superheros z sufitu. Gdzie mam, w jakiej ideologii, w jakim systemie wartości umiejscowić tę scenkę? Albo następną, kiedy idziemy z chłopakiem do metra i w półmroku widzimy grupkę osób, z których jedna półleży na ziemi i trzęsie się, drży jak osika, druga nadrabia miną dzwoniąc po karetkę. Schylamy się, pomóc, daję jej swoją wodę, popija, rozedrganymi rękami próbuje wyjąc z torebki jakieś lekarstwo na serce, nie ma chyba nawet dwudziestu lat, drobniusieńka blondyneczka zaniemówiła ze strachu, ja zaniemawiam ze smutku. 

      Więc.

      Albo dzisiaj. Wychodzę spotkać się z siostrą, zrobić jej zdjęcia nowym aparatem, czarno-białe, zawsze wtedy jestem szczęśliwa, robiąc czarno-białe portrety twarzom, przedmiotom, elementom rzeczywistości. Zawsze wracam wtedy na moment do domu. Jak na ściance, jak podtrzymując drżącą dziewczynę przy metrze, wtedy na chwilę umoszczona jestem w kosmosie, na moment nie pytam go, co oznacza to wszystko, czy jest mi dobrze czy źle, czy on jest zły czy jest dobry. Nie pytam. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Umościć się, zadomowić”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 listopada 2015 19:50
  • niedziela, 15 listopada 2015
    • Co zostało

      Niedzielny wieczór. Kanapa. Komputer. Jedyne, co mam, to pulsujące nadgarstki, to obręcz niewidzialna bólu głowy wokół skroni, to wyschnięte śluzówki po tych wszystkich wczorajszych papierosach, po winie szorstkie gardło. Żebym to jeszcze ja paliła. Dźwięk klawiatury dyskretny, echa szumiących w deszczu po mokrej nawierzchni opon nielicznych samochodów, wilgotny chłód mżawki, która przeszła w prawdziwy listopadowy deszcz, ta ciężkość, ta ciężkość najtrudniejszego miesiąca roku, nie rozumiem jej, wgniata mnie ku ziemi, przytłacza, mój licealny ukochany (jak pies zbity, jak pies zadurzony, jak wierny, jak bezgranicznie, bezwarunkowo, bezrefleksyjnie zapatrzony pies chodziłam za nim, dobrze, jak dobrze nie być już więcej siedemnastolatką) mówił, że nie padało, że podejrzanie sucho jest w tym roku, że sucha jesień, ale zaczynam podejrzewać, że on po prostu mówi, co mu ślina na język przyniesie. że on improwizuje i z przyzwyczajenia dostosowuje treść swoich historii, dostosowuje radykalność swoich poglądów do widowni. Jaką to ze mnie robi widownię skoro tak mocno wypierał się, skoro mi wmawiał, że mnie pamięć myli, a przecież pamiętam doskonale kilkugodzinną rozmowę w ciemnej, przydymionej knajpie, krew mi krążyła mroczniej w żyłach, cieplej i mszyściej, to pamiętam, tego nikt mi nie odbierze żadnym zaprzeczeniem, dziś jeszcze na wspomnienie tamtej rozmowy, przyciszonej, konfesyjnej, jakbym została zaszczycona, jakbym dopuszczona została w głębię i w bliskość, mówił mi do ucha. Wiesz co, mówił, wiesz co, boję się, że jestem homoseksualistą. Boję się, że ciągnie mnie do mężczyzn. Wczoraj wyparł się. Wyśmiał moje wspomnienia. Że wtedy miał piętnaście lat i mówił cuda niewidy żeby zrobić wrażenie na słuchaczu. Zrobił. Zrobił wrażenie.

      Co zostało. 

      Jechaliśmy na spotkanie, jechaliśmy autobusem kluczącym po Ursynowie, po Sadybie, po Czerniakowie, po Powiślu, jechaliśmy, a ja miałam ściśnięte gardło i spięty kark z najeżonym włosem jak pies. Jak pies przygotowany odpierać ataki. Co zostało. Jechałam spotkać ludzi, z którymi kiedyś łączyło mnie uczucie dzikie, całym ciałem przeżywane, żywe i śmiertelne, euforyczne i rozpaczliwe, jak u nastolatki. Jechałam żeby iść skrótami po osiedlach, które być może jeszcze pamiętały, tak jak ja, jak moje mięśnie, które pamiętały wódkę, alkoholowe zamroczenia, osuwania się po ścianach, biegi na oślep i dramaty, śmiechy i płacze. Jechałam zastanawiając się, co zostało po dwudziestu latach. Zaproszono mnie w imię przyjaźni. W imię czegoś, czego już nie czuję, ale zobowiązano mnie do czucia. 

      Co zostało. Został instynkt gołębia pocztowego, trafiłabym pod tamte drzwi do klatki, weszłabym po schodach, włączyła światło pstryczkiem, którego położenie na ścianie znam na pamięć, na oślep. Ze snu wybudzona. Zamroczona. Rozgorączkowana. Przeszliśmy skrótem znajomym, stanęliśmy, nacisnęłam numer w domofonie, weszłam na schody, zobaczyłam twarz tylko odrobinę bardziej kwadratową, oczy tylko trochę podkrążone. Ten sam głos. Te same niestworzone, niekończące się historie. Od progu zaczęliśmy być zabawiani, zagadani byliśmy, ugoszczeni. Tak jak pamiętałam. Co zostało.Jacyś inni ludzie, dawno nie widziani, plotki o wspólnych znajomych, rytualne, po raz tysięczny jak paciorek powtórzone zaklinanie rzeczywistości, nieaktualny teatr emocji. Ja już jestem całkiem gdzie indziej. Przyjaźń tamta jest tylko bladym skurczem mięśni, skokiem ciśnienia na myśl o niegdysiejszych porywach serca, o niegdysiejszych okrucieństwach, jakich się wszyscy na wszystkich dopuszczaliśmy. Więc przyniosłam sery. Kozi. Owczy. Pleśniowy miękki mlecznie i słono-kwaśny żyłkowany na niebiesko, przyniosłam bagietkę, rwaną, krojoną wielkim nożem. Przyniosłam wino borówkowe, słodkie, słodkie, jedyna słodka rzecz wczoraj. Nie. Jestem niesprawiedliwa. Słodki był cudzy pies. Słodka opowieść jednego z gości, z drugiej ręki znającego zapośredniczoną opowieść o naszym wspólnym śmiesznym, strasznym dorastaniu. Słodka opowieść o tym, że Ryszard Lwie Serce był gejem. Rys historyczny. I słodkie wino.

      Co zostało. 

      Rozczarowanie, smętnawe zrozumienie, podszyte ulgą, że nie muszę już przeżywać tego trójkąta, tego biernego, wściekłego, poniżonego oglądania jak mój wybranej i moja przyjaciółka odgrzewają niegdysiejszą miłość. Jestem gdzie indziej, jestem kim innym. Wczoraj straciłam najbliższych mi przyjaciół, którzy od dwóch ponad dekad nimi nie byli. Nie uczestniczyli w mojej codzienności. Niewiele o nią pytali, nie śledzili moich przemian regularnie, czasem tylko, czasem i z daleka, czasem czule, czasami z poczucia obowiązku, czasem z grzeczności, czasem gorzko. Przy kawach. Na spacerach. Przez długodystansowe telefony. Beznamiętnie. W imię czegoś, co było, a czego dawno nie ma. Z czego nie zostało wiele żywego. Próbowaliśmy wczoraj rozmowami o tym, kto się rozpił, kto bankrutuje, kto ma depresję a kto dostał własną pracownię na ASP, próbowaliśmy ożywić coś dawno nie do ocucenia, coś, co już nie zmartwychwstanie. Straciłam wczoraj, między rozmową o systemie bankowym i o architekturze Los Angeles, straciłam najważniejsze duchy przyjaciół, rozpłynęły się w jakichś konwulsjach, w łabędzich śpiewach obojętnych, z zapałem odgrywanych znów jak lata temu. Zyskałam interesujących. Ale nieszczególnie mi bliskich znajomych. Powstał wakat. Zrobiła się przestrzeń, bo puściłam. Bo odpuściłam. Bo już nie czuję się winna. Nielojalna. Że nic nie czuję. Że mi niewiele w środku, że niewiele mi ożywa na myśl o nich, w kontakcie z nimi.

      Co zostało.

      Słony starymi łzami, słodkawy minionymi wielogodzinnymi zamazany obraz, którego już nie muszę w imię starych przyjaźni reanimować. Dla niej, dla starej najukochańszej kiedyś i najintensywniejszej, najbardziej kurczowo przytrzymywanej koleżanki, dla której, skoro chciała tak mocno, skoro tak despotycznie, nie znosząc sprzeciwu, obsadzając nas wszystkich na siłę w starych niewdzięcznych rolach, skoro chciała nas zaangażować do rekonstrukcji. Ciągle i nieustannie, chociaż czas mijał i potrzeby się zmieniały. Chciałam to dla niej zrobić. Chciałam stać się tym, co tak bardzo chciała widzieć. Bezradniejszą, pogubioną, zależną, niesamodzielną, lamentującą, wyuczoną strachu i bierności nastolatką sprzed dwudziestu lat. Chciałam czuć to, co tak bardzo ona chciała żebym znowu czuła. Miałam poczucie winy, że wewnątrz krążą mi całkiem inne emocjonalne prądy. Co zostało.

      Słowa. 

      Blade migotania.

      Czarne zapaści kiedy się za dużo, wrażliwcy, banda delikatnych cynicznych dzieci, które dużo zapłaciły za swoją żywą inteligencję, za czułki wystawione bardziej i boleśniej. Kiedy się za bardzo próbowało znieczulić. Zapomnieć. Nie czuć tak mocno.

      Trochę wstydu. Trochę zażenowania. Jak tragiczne to się wszystko wydawało. Duma. Że się kiedyś tak mocno czuło właśnie. Bo to prawdziwe było. Niezdrewniałe, nienawykowe, bo świat zachwycał aż do drgawek, bo miłość wydawała się cudownym piekłem, bo przyjaźń była mistyczna i obezwładniająca. Więc rozumiem. Rozumiem dlaczego ona, najintymniej dopuszczona do mojego świata i najżywiej zlana w zaufanie, dlaczego tam chce wracać. Bo potem nigdy nic. Nigdy nic już takie nie było.

      Co zostało.

      Myślę, że gdybyśmy na sobie nie wymuszali sentymentów, zostałoby coś mocniej odżywczego, coś balsamicznie, milcząco, czule prawdziwego. Coś tam było. Jakaś czułość taka. Jesteśmy wszyscy nieodwracalnie częścią siebie nawzajem na dobre i na złe. Ale już gdzie indziej i całkiem inni, otoczeni, opatuleni życiorysami. Jemu właśnie zmarł ojciec. Wygłosił wykład. Usiadł. I umarł. Przez kilkanaście lat nie rozmawiali. Potem on miał wypadek, a ojciec wrócił i zaistniał znowu. A teraz umarł. Ona żyje w świecie pięknych inscenizacji. Kostiumów, dialogów, rekwizytów, recytacji ról, odtwarzania postaci z przeszłości, więc może to ma sens, może to samo po prostu, to samo za co jej płacą na co dzień robi z nami. A ja. A mnie się wydawało, że skoro zawodowo doradzam ludziom, skoro prosi mnie się o mądrość, to mam obowiązek wiedzieć jak żyć. Znać chociaż kilka odpowiedzi. Nie wolno mi wątpić. Nie wolno gubić się. Nie można bezradnym i niekompetentnym być. Umiem, tak jak i oni wszyscy, umiem kilka sztuczek i służyły mi one przez te wszystkie lata mi służyły, aż przestały służyć i się wszystko posypało i przestraszyłam się, że z tego posypania już nie pozbieram nic. 

      Co mi zostało.

      Co im zostało.

      Mam tylko to, co jest teraz, tu. Mam ciągle kojace stukanie w delikatną, przyjazną klawiaturę. Jej plastik ciepły jest i uspokaja mnie troszeczkę. Mam tylko wspomnienie, wszechogarniające, ówczesnego poniżenia. I obietnicy danej samej sobie że już nigdy nikt. Wczoraj wróciłam do ludzi, których najmocniej w całym swoim życiu, całą sobą kochałam i którzy najboleśniej mnie zranili. Poczułam wszystko. Od początku. I nie poczułam nic. I nagle zrozumiałam różnicę. Między przeszłością. Pamięcią ciała. A żywą terażniejszością.

      Został smak borówkowego wina na języku. Zostało wycofanie, bo mówią tylko dwie osoby i chyba tylko jedna z nich wie, o czym. Bo niepotrzebne to było i najcenniejsze w świecie. Więc obranej z tej legendy, z romantycznej, nostalgicznej, pustej w środku otoczki symbolicznej już nie boli. Nie mam wobec tamtych przyjaźni żadnej lojalności. Bo prawdziwi ludzie, których wczoraj spotkałam, niespokojni, przestraszeni, przyglądający się i próbujący, czy może te wspólne wspominki z serem i bagietką i wódką Absolut uspokoją, pozwolą wrócić do jakiegoś duchowego domu, do jakiejś zapomnianej jaskrawości odczuć, do prawdziwości. Bo prawdziwi ludzie, nie tamte demoniczne, pomnikowe postaci z mojej pamięci. Budzą odrobinę czułości nawet. Ale z dystansu.

      Co zostało.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Co zostało”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 listopada 2015 20:39
  • niedziela, 08 listopada 2015
    • Szuflada mojego dziadka

      Samoograniczenie. Tak mnie wychowano. Z tego zrobiono mi szkielet moralny. Samoograniczenie. Skromność. Oszczędność. Purytańskie to takie, a wokół mnie barokowo, a wokół mnie może nie przepych, ale na pewno sarmackie "zastaw się, a postaw się". Stoły suto zastawione, uginające się, frykasy, rarytasy, a przynajmniej lukier wściekle niebieski, a przynajmniej galaretka wielokolorowa i masa na margarynie przez tort przełożona. Różyczki. Falbanki, koronki, syntetyczne firanki, meblościanki. Tylko, że mnie nie było wolno jeść dużo. I nie wypadało chcieć różowej kurtki puchowej, jak koleżanki. I Barbie, barbie należało sobie odmówić, więc do dziś sobie odmawiam i w tajemnicy przed samą sobą kupuję, takie prywatne rozdwojenie jaźni. Więc wychowywano mnie na powściągliwą damę z niezamożnego domu. Nie wytłumaczywszy jakoś skutecznie sensu i celu tych wielorakich wyrzeczeń. Nie miałam się jednak trudzić zrozumieniem nierówności społecznych, zresztą. Zresztą wychowałam się w systemie, który je przecież całkiem jak walec wyrównał. Przestały istnieć, a jeśli nie przestały, to knebel jakiś niewidzialny nas wszystkich, nas wszystkich oniemił, a mnie próbowano trzymać w stanie jeszcze głębszej niż knebel, bo nieświadomej własnej niewiedzy niewiedzy. Niewinna miałam być. Naiwna. Czysta i nieskalana systemem. Miałam nie czuć tych samych co inni głodów, szlachetna, miałam nie przeżywać zazdrości, apetytów niezdrowych, zawistnych niechęci, miało nie boleć mnie, miało nie dotyczyć. A jednak znalazłam się w samym centrum jakiejś historii i przecież historia ta i mnie, mnie taką czystą, bezgrzeszną, dziewiczą, z warkoczem słowiańskim, mnie dotknęła od środka, mnie ukształtowała biologię, wyryła mi wewnątrz ścieżki na lata, ścieżki emocji i kręgosłup usztywniła i kręgosłup moralny wokół wyrzeczeń, wokół samoograniczenia oplotła. Nie wybrałam sobie własnego światopoglądu, nie określiłam własnego systemu wartości. Miałam niewinna być. Miałam pozbawiona żądz i chcic. Z kolankami, co dotąd, przez kolejne prawie cztery dekady, z kolankami, co same się czasem skromnie ściskają, aż nie mogę ich odseparować od siebie, jak psi szczękościsk zaklinowują mi się w tej swojej sromotnej pełnej samobójczego wstydu skromności.

      A naprawdę? Miałam czekać. Czekać aż starsi i ważniejsi zjedzą. Zawsze więc do całkiem niedawna istniał ktoś z prawem pierwszeństwa. Ktoś istotniejszy. Widzicie to słowo? Istotniejszy? Jakby jego istota była bardziej. Jakby istniał mocniej i prawdziwej. Istotniejszy. Więc mógł sałatkę jarzynową nałożyć sobie kopiaście na talerz, ze szczodrą warstwą pożółkłego majonezu, grubo rozsmarowanego po wierzchu. Pamiętam gotowane marchewki. Patrzyłam na nie z daleka. Patrzyłam na nie tęsknie, bo niedostępne były, bo zawsze jakiś odrobinę opasły wuj wąsaty, jakiś kuzyn nalany, wódką czysto spojony, miałam być czysta jak wódka, zawsze nałożył sobie prawem niepisanego, nienazwanego pierwszeństwa, jakaś ciotka wściekle obrażona na świat, jakaś siostra babci stryjecznej męża drugiego, niewidzialną hierarchią plemienną skazująca mnie na ostatki, znowu, zawsze, z definicji ostatki. Dzieci i ryby. Dziewczynki jeszcze mniej.

      Czekałam, czekam właściwie do tej pory, z mocno jak beton, jak żelbet wrośniętą w moją strukturę wewnętrzną konstrukcją tamtego czekania, milczę. Bo miałam być czysta jak wódka. W zarodku gnieść w sobie te liczne, te grzeszne, nieprzyzwoite i niewymawialne, wstydliwe bo nieistniejące przecież nieistniejące apetyty. Chcenia narosłe, gotowe wybuchnąć, stęchłe smolistym błotnistym zapachem starych liści, nadgniłych mchów, wodorostów i mewich odchodów. Żądze i pragnienia, których miałam nie mieć. Złe więc, bo tak bardzo, tak mocno zaburzające stary początek czekania. Czekania na sałatki ostatki. Czekania na wędliny ochłapy. Mój ojciec nie wytłumaczył mi, czym jest kryzys, czym bieda, ale krzyczał kiedy na warstwę kanapki, kiedy na warstwę cienką masełka (wystawiwszy je najpierw na zewnątrz lodówki żeby zmiękło, zawsze lubiłam rozsmarowywać zawsze lubiłam smarować miękkim masłem miękki chleb świeżo ciepło kupiony), kiedy na chlebie położyłam więcej niż dwa cienkie plastry wędliny.

      Do tej pory jem bez umiaru. Jedzenie jest moim lekarstwem, balsamem, zajadam tamten wstyd biedy, samotność tamtego poczucia, że tylko ja mam tak czarne tak smoliście wstydliwie nieprzyzwoite chcenia w środku, inni szlachetniejsi są, ja zła. Tamto upodlenie, którego mi nikt nie tłumaczył, które przelano tylko, przelano odwiecznym ludzkim zwyczajem na mnie, dziewczynkę. Dzieci i ryby, dziewczynki jeszcze mniej. Dzieci i ryby głosu nie mają. Głodna, chora, zmęczona, rozżalona, zła, zazdrosna. To wszystko emocje tabu. To grzechy mojego dzieciństwa wyznawane rzetelnie zza ciemnej kratki na klęczkach chorobliwie ciekawskiemu mężczyźnie, który jednak największych grzechów wobec systemu, w którym byłam zawsze ostatnia, zawsze na końcu, zawsze najmniej, który jednak nie doczekał się najmięsistszych, najsoczystszych kawałków.

      Czasem tylko starsi ludzie, odchodzący niedługo, więc już ich może nie dotyczył ten system tak bardzo. Kuśtykający koślawo, sztywni w stawach, o roztrzęsionych głosach słabiutkich na wysokich częstotliwościach, czasem od nich, niedołężnych, półgłuchych, czarem niewinności, czarem niewiedzy, niesplamienia brudem świata i własnymi żądzami, pragnieniami, co w innym świecie, w innej logice, w innej społecznej konstrukcji być może nieskrępowane nie stęchłyby w środku w maziaję brzydką i niesmaczną i nie do zaprezentowania światu na zewnątrz. Apetyty niespełnione, moi odwieczni wrogowie, próbując je zwalczyć, zwalczam i siebe przy okazji. Więc czasem starsi ludzie białogłowi, delikatni, odnajdowali w sobie na powrót czułość wobec ludzkiej prawdy i dzieciom, przynajmniej dzieciom okazywali odrobinę litości. Coś dobrego. Więc mój dziadek miał w pokoju szufladę. Wypełnioną po brzegi słodyczami. Kupował je dla mnie i dla mojej siostry, sam nie jadł, sam sobie odmawiał, powojennie, poznawszy większe jeszcze ubóstwo, niedolę, opowiadał jak zakopywali z babcią nieboszczką jedzenie w ogrodzie. Bo mało było. Na później. Więc rozumiem szufladę. Rozumiem surowość mojej mamy, taty surowość. Nie rozumiem tylko dlaczego to miałaby być moja wina. W jakikolwiek sposób moja wina, a jednak wszyscy, ten proboszcz amarantowy w ciemnym konfesjonale, te ciotki co ciastka przebrały wybrały wyjadły więc dla mnie, zawsze uprzejmej, skromnej, ostatniej, zostały najmniej smaczne, te suche bez kremu, których nikt nie chciał, nikt nie miał na nie ochoty. Wrasta w człowieka taka ostatniość.

      I odmawia sobie i wyrzuty sumienia przy najmniejszej przyjemności to starzy towarzysze, najlojalniejsi znani znajomo bezpieczni. I nagle przychodzi mi spełnić wszystkie moje dziecięce marzenia. Mam własne szuflady pełne słodyczy. Nie muszę się skradać wyjadać chyłkiem nutelli jedynej zagranicznej raz na rok przywiezionej wyrzeczeniami rodzicielskimi dla dzieci, ale mój apetyt zawsze był większy, zawsze był zły i nieadekwatny, mój apetyt przewyższał naszą biedę, nie rozumiał, dziecięcy apetyt kartek żywnościowych i powojennego racjonowania najbardziej zjełczałych cukierków z dziadkowej szuflady. Herbatników pokruszonych ze starości, pierniczków tak stwardniałych, że niejadalnych. Żułam je żeby dziadkowi sprawić przyjemność, wstydząc się swoich naturalnych niewidzialnych reakcji, mdłości czasem a czasem chęci wyplucia mu wyplucia pod nogi. Ta dyscyplina graniczyła z sadyzmem. W imię czego? W szufladzie były kilogramy kilogramy kilogramy landrynek i maślanych ciasteczek, ale najpierw trzeba było zjeść te najstarsze, codziennie o czwartej, po obiedzie, tuż przed dziadka spacerem. Dziadek cały dzień miał regularny, cały dzień każdy dzień taki sam. Nie lubiłam być dzieckiem w tamtym domu pełnym parkietów ułożonych w jodełkę. Tam wszyscy pamiętali wojnę, ale nikt mi jej po ludzku nie wyjaśnił. Tam wszyscy przeżywali niedostatek, ale nikt w nim nikomu nie towarzyszył. Wypełnialiśmy funkcje. Mama była darmową obsługą. Tata reprezentował nas wszystkich w kosmosie traumatycznym na zewnątrz, wyszarpywał społeczeństwu pieniądze, a potem zawsze bolała go głowa, a my zawsze byłyśmy za bardzo. Za głośno. Za ruchliwie. Za żywiołowo. Za żywo. Istotniejsze chciałyśmy być niż istniały ku temu warunki.

      Więc gest mojego dziadka to pewnie odruch słodyczy, odruch dawno zapomnianej, wybitej wojną i komunizmem czułości. Nieporadnej, bo dawno niećwiczonej, a ja byłam dzieckiem okrutnym. Niewinnym i okrutnym zarazem. Największe ofiary to najstraszniejsi kaci.

      Więc dzisiaj nadal przeżywam każdym ruchem, każdym oddechem tamte czasy, tamto mieszkanie, są żywe we mnie, więc potajemnie, ukradkiem przed najokrutniejszą sobą spełniam wszystkie niegdysiejsze marzenia. Mam szufladę pełną świeżych słodyczy. Chałwę, która nie smakuje goryczą. Czekoladę, której nigdy nie zabraknie, stały dopływ czekolady, powinnam mieć kran z płynącą nim nieustannie płynącą stałym nieprzerwanym strumieniem czekoladą. Mam sukienki, których nigdy nie mogłam mieć, na które nigdy stać mnie nie było. Własne płyty z własną muzyką. Mieszkanie o jakim nawet nie śmiałam śnić. Książki z ilustracjami fantastycznymi, kolorowymi, ociekające pięknem niedostępnym w przeszłości, książki, których te trzy na krzyż czarno białe socjalistyczne powieści, zaczytane w tę i we w tę, nie miały. Tylko literaturą rodzice dzielili się z pełną niepohamowaną szczodrością, jedzeniem jakie było, wystanym w kolejkach, żylastym, deficytowym i książkami. Jakby potrafili prawdę powiedzieć tylko i wyłącznie Dostojewskim, tylko Marquezem, tylko Cortazarem, Havlem, Czechowem, Herbertem, Miłoszem. Więc i ja mam tamte książki. Mam książek tyle, że mogłabym w nich utonąć. Torebek, butów, bluzek, konserw z zapasami jedzenia. 

      A wewnątrz głód niezaspokojony, tamte hamowane apetyty, grzechy dzieciństwa, podkradanie wafelków i ptasich mleczek tacie z jego sekretnej szuflady słodyczy. Mamy je w genach. Szuflady słodyczy. Mój siostrzeniec ostatnio spowodował aferę w swojej podstawówce, bo wyjadał koledze z lanczboksu (ang. lunch box, pudełko na obiad przyniesiony z domu), bo myszkował mu w pudełku i wyjadał cukierki. Bo kolega poczęstował poczęstował wszystkich tylko nie jego. Mamy je w genach. Te szuflady słodyczy. Ten chłopiec też kiedyś ocknie się nad jakimś biurkiem, otworzy szufladę i znajdzie własny zapas frykasów. A może nie. Może świat się zmieni, może ludzkość się zmieni i kiedyś dzieci wyrastać będą na dorosłych, co potrafią zrozumieć własne wnętrza, własne żądze, pogodzić się z nimi, żyć z nimi w pokoju. Nie kryć się, nie samoograniczać, nie udawać. Nie udawać czystego jak wódka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Szuflada mojego dziadka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 listopada 2015 21:37
  • poniedziałek, 02 listopada 2015
    • Odzwierciedlenia

      Próbuję was wszystkich nie wrzucać do jednego worka. Ta przepaść między mną a rozmówcą, kimkolwiek by nie był, matką dwójki małych dzieci na syntetycznej, malowanej w miasto i ulice i mosty i płoty i owce pasące się w zielonej trawie wykładzinie. Ta przepaść między mną a rozmówcą, cokolwiek go cechuje, młodość i zaabsorbowanie i znajome, moje, ludzkie, zaabsorbowanie swoją własną poezją. Uczono mnie nie napawać się wewnętrznymi symfoniami, moją mszystą, mięsistą, moją cielesną nieprzetłumaczalną, dla mnie tylko dostępną rozkoszą. Ale jak tu kochać drugą osobę jeśli najważniejszą lekcją dotychczasowego mojego życia było porzucić swoje najprawdziwsze bycie niecenzurowane, niecenzuralne, swoją dzikość słodką jak pierwszy posmak świeżej krwi, zanim poczuję jej metaliczność znajomą i obcą zarazem. Jak pokochać tego młodego tłumacza, któremu słowa spływają tanecznie z pewnego siebie języka, okrągłe i teatralne, silne i piękne, jak pokochać to, co przyzwyczaiłam się nazywać arogancją i egoizmem, to, co w sobie samej utłukłam w niebyt. Bezwstydną oczywistość tego oczekiwania, że i dla innych będę spektakularna. Wtedy dokopywano mi najmocniej. Bo w świętym oburzeniu i drżącej furią nienawiści. Bo jak śmiem.

      Próbuję was wszystkich nie wrzucać do jednego worka, ta przepaść między mną a rozmówcą. Kimkolwiek by nie był, spoconą, zaczerwienioną od biegu blondynką z Anglii, zaabsorbowaną własnym joggingiem, własną przyszłością, wsysającą mnie w swoje opowieści, w swoje dylematy, w swoje potrzeby aż prawie to ja ją przeprosiłam, że spóźniła się na nasze spotkanie, że prawie o nim zapomniała między uderzeniami adidasów o klinkierową bieżnię leśnej drogi. 

      Próbuję. Próbuję was wszystkich nie wrzucać do jednego worka. Nie widzieć was wszystkich uśrednionych w jakieś statystyczne prawdopodobieństwo, zlanych w amalgamat domyślnego bliźniego, domyślnego rozmówcy, próbuję was wszystkich nie postrzegać i nie odczuwać jako wrogiego, jako nieżyczliwego obiektu. Próbuję siebie nie widzieć odzwierciedlonej w takich nieprzyjaznych, takich nieżyczliwych, obojętnych, takich głodnych rozpaczliwie czegoś, czego nigdy nie będę potrafić. Oczach. Próbuję swoich rozmówców z przeszłości, próbuję wszystkich dotychczasowych doświadczeń w relacji z innym człowiekiem, próbuję próbuję nie uszczęśliwiać nareszcie tak jak do tej pory. Łamiąc swoje własne kości, atakując samą siebie, składając na nowo ten wrak w co raz to nowe, coraz inne kalejdoskopiczne cudowności. Którymi nigdy nie byłam.

      Jak mam się przestać spodziewać, jakże bym miała już nie oczekiwać tego, co dotąd, tego, jak dotychczas, że nie chcecie poznać prawdy o mnie. Że spodziewacie się jednak, że dopuszczacie wyłącznie coś radośniejszego, płytszego, bierniejszego, jakąś powierzchowność łatwą niekłopotliwą obsługującą przyjemną. Przepaść. Jak mam zaufać komukolwiek, że nie wepchnie mnie znowu, nie przymusi. Obojętnością, brakiem uwagi, nie przyjmowaniem do wiadomości tego, co prawdziwe. Co autentyczne. Przyzwyczaiłam się do rozmówcy, do bliźniego, do drugiego człowieka z betonu. Oczekiwano ode mnie lekkości. Bezcielesności. Skalibrowania się w słuchacza, w potakiwacza, w dopieszczającą delikatne ego słodycz i niewinność. Poskładania się na nowo z połamanych, powyłamywanych, pofragmentowanych odłamków, skorup mojej tożsamości w coraz to nowe, coraz to inne zabawne i niegroźne, ugłaskane i podległe. Nie oczekiwano na pewno. Na pewno nie spodziewano się, że będę wyrażać gniew zagniewana, zmęczenie zmęczona, rozżalenie rozżalona. Przepraszałam za te uczucia aż wreszcie nie miało nawet sensu przepraszać, bo moi rozmówcy, zlani w jednego zbiorczego bliźniego, w domyślną Drugą Osobę, przyjaciółkę z podstawówki, która żyje, która podtrzymuje trupa tamtych emocji, reanimując go każdym coraz rzadszym telefonem, a ja niema nie mam nie mogę już czuć dla niej tego, co jej się wydaje takie potrzebne. Dar mojej czułości nie chce już przyjmować kształtu pożądanych emocji. Nie potrafię z siebie, zdrewniałej już z tego udawania, wyjałowionej z własnych treści, nie potrafię z siebie już wydoić nic mięsistego, nic ociekającego sokami żywej istoty, nic fizjologicznie, nic biologicznie spójnego z moim byciem w tym świecie. Od środka znam kogoś innego niż wy. Zmęczona. Nie przyszło mi nawet do głowy nigdy, nigdy nie przyszło mi do głowy wywlec na wierzch te najbardziej zabłocone, zawodorościone mroczne pokłady mnie, tabu. Tak długo chowane.

      Więc próbuję was wszystkich nie widzieć takim skrótem myślowym, że jestem wam obojętna, że nie ma z wami o czym gadać, bo interesują was tylko cholerne wakacje w Hurghadzie i osobiste spełnienie, bo nie zadacie mi nawet jednego pytania, bo tylko będziecie kurwa mać o sobie i sobie i sobie, bo nie istnieję dla was ja, bo ja jestem wypełniona próżnią, bo łatwiej nie widzieć mnie obdarzonej wnętrzem i treścią, nie jeśli tak chętnie się dotąd wypełniałam waszymi treściami, bo nie interesuję was ja wywrócona podszewką na zewnątrz, z tejemnicami odtajemniczonymi, ujeżdżająca życie a nie ujeżdżana przez życie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 listopada 2015 21:14
  • czwartek, 29 października 2015
    • Mój sekret

      Bo to tak trochę jest, prawda? Że się lubi i nie lubi równocześnie, że się czasem akurat nie ma ochoty widzieć nawet tego człowieka, z którym najmilej się zlać i najczulej się wtulić, zastąpiwszy na moment skupienie na sobie uwagą dla jego gwałtownie galopującego stukotu w piersi, jego ciepła, ale człowiek chciałby czasem mieć siebie tylko dla siebie na moment, nie należeć do nikogo innego, chciałby się nie bać tego prawa własności do swoich palców na przykład, do ich pulsowania na zimnawym powietrzu, nie opowiadać o tym nikomu, nie tłumaczyć i nie uzasadniać, nie próbować wyjaśniać nawet, przekładać języka zrozumiałych dla siebie samego, znajomych wewnętrznych doznań na słowa, które całkiem możliwe, że nawet nie trafią, nawet nie będą zrozumiałe dla drugiej osoby. Więc człowiek chciałby się nie bać, nie czuć głupio i wstydliwie z tą rozkoszą bycia po prostu, bycia dla bycia, bo bycie jest aż do gęsiej skórki aż do dreszczy leczniczych oczywiste, a więc i spektakularnie sensowne jak się tylko na moment przestanie kombinować jak być bardziej albo mocniej albo szczęśliwiej.

      No więc chciałabym nie być wprzęgnięta, choć na chwilę uwolnić się z domyślnego kieratu, jak muł jakiś anonimowy, jak pociągowa szkapina, chciałabym nie realizować celów cudzych, ani damsko-męskich marzeń o ideale płci przeciwnej, o spełnieniu, o pełni w czyichś (moich?) ramionach, ani też przyjacielskich list zobowiązań, ani społecznych ról powojennych, nieaktualnych kulturowych schematów, ani też misji niewymiernych, symbolicznych wizji instytucjonalnych, religijnych etycznych wytycznych, nie chcę. A ja zaprogramowana od wczesnych lat, a moja siostra zaprogramowana, a mama zaprogramowana, a babcia zaprogramowana, wytresowana, bezrefleksyjnie i nawykowo, na służbę. Więc nie być na żadnej służbie. Genów swoich na przykład, co się pragną rozmnażać. Nie być na służbie, nie wykonywać posłusznie poleceń swojego instynktu posiadania potomstwa, kupując sukienkę za sukienką, by się spodobać, żeby się bardzo bardzo ponętnie zaprezentować, w jakimś samiczym konkursie, w globalnym samiczym konkursie, dzisiaj przeglądałam długie, błyszczące, koronkowe, balowe, przeglądałam godzinę, przymierzałam się do nich kuszących z ekranu komputera, do wersji siebie zmysłowych, wersji zalotnych, nobliwych, klasycznie eleganckich, dziewczęco niewinnych, na siebie patrzyłam okiem jakiegoś domyślnego widza i nagle, krótkie rękawki, poliestrowe podszewki, szeleszczące tafty i hafty, i nagle odechciało mi się, bo mi się przypomniało, że przecież przestałam lubić być oglądana. Oceniana. Jak koń, jak krowa cielna na targowisku hodowlanych okazów. Nie chcę. 

      Chciałabym ubrać się dla siebie. Dla miłości własnej. Dla przyjemności szeleszczenia sukienki z halkami licznymi, dla taneczności kroków lżejszych jakby w tych warstwach ocierających mi się o uda chłodno i gładko, dla jedwabistości, dla wygodności dobrze skrojonej w talii balowej kreacji, dla wyczuwania, dla nacisku suwaków, staników, pończoch, moich sekretnych bieliźnianych przyjemności, których z nikim nie podzielę, bo nie zaprojektowałam ich dla cudzej przyjemności, więc chciałabym się ubrać dla kolorów soczystych, które miałoby się ochotę zjeść albo kolorów pudrowych, których aż strach dotknąć, dla tych doświadczeń wielozmysłowych, moich, a nie domyślnego widza. Dla perfum rozgłaskanych oleiście po nadgarstku, u nasady szyi, na brzuchu, dla perfum męskich z nutami cytrusów i tytoniu, mój sekret, tylko mój sekret, że pachnę mężczyzną i kobietą zarazem. Nie dla czujnych komplementów, nie dla podziwów niejednoznacznych, odrobinę zawistnych. Dla własnego spojrzenia w lustro i poczucia spójności, ja i moja sukienka tworzymy coś, co się przyjemnie komponuje, na zewnątrz i od wewnątrz jest przyjemne, więc mi się dobrze obcuje z samą sobą, bawię się dobieraniem odcieni i komponowaniem biżuterii, jej ciężarem wokół dłoni, bo nadgarstki mam szczupłe, lubię jak mi się bransoletki, mój sekret, lubię jak mi opadają bezwładnie, jak ciążą, mam twórczą radość z oblekania się w świecidełka, jestem sroczką, sroczką w błyskotkach, które sama dobrałam i cieszę się i to mój mały rytuał. Mój sekret.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 października 2015 21:15

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl