Kucharka Zen

Wpisy

  • piątek, 01 września 2017
    • W przedpokoju

      - Boże. Pani ma naprawdę niesamowitą pracę. - powiedziałam mojej psychoterapeutce kiedy kończyłyśmy ostatnią sesję. - Wchodzę. Zaczynamy to nasze tygodniowe pięćdziesiąt minut i nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Dzisiaj siedziałyśmy razem w przedpokoju mieszkania, w którym spędziłam dzieciństwo. Weszłyśmy w najstarszy sen, który pamiętam. Razem. Była pani ze mną w moim najstarszym śnie i w mojej przeszłości, a sen i przeszłość okazały się filtrem, przez który patrzę na teraźniejszość. Tak jakbyśmy właściwie przez ostatnie dwa lata nie rozmawiały o niczym innym. Jesteśmy w przedpokoju. Od dwóch lat.

      Przedpokój był ciemny. Jak to przedpokój. Nie posiadał własnych okien, więc kiedy wszystkie pięć par drzwi, którymi można było z niego wyjść zamknięto, sprawiał wrażenie izolatki. Trudno było uniknąć poczucia, że się zostało wtrąconym do lochu. W moim najstarszym śnie mam pewnie około trzech lat i siedzę w przedpokoju, bo nigdzie indziej nie ma dla mnie miejsca. To ma sens. Tak to wtedy wyglądało. Czy z rodzinnymi kompromisami tak zawsze jest, że w sumie nikt z nich nie wychodzi szczęśliwy? No bo moja matka mieszkała w kuchni. Mój ojciec wciśnięty był w kąt dużego pokoju. Rodzice spali na rozkładanej kanapie. Siostra dzieliła ze mną pokój i przez całe lata toczyłyśmy krwawe boje terytorialne. Nie dziwię się ani nie buntuję. Jakaś część mnie rozumie, że wszyscy koniec końców jesteśmy bezdomni. Za moimi plecami są drzwi frontowe do mieszkania, ale dopiero teraz, po trzydziestu kilku latach, psychoterapeutka uświadomi mi, że również te drzwi mogę otworzyć. Po mojej prawej stronie łazieneczka z lastryko na podłodze, zagracona do granic możliwości, nie mieści się w niej pralka, trzeba się przeciskać. Do łazienki będę się co wieczór zakradać (skrzyp, skrzyp, próbując nie hałasować nagimi stopami na stopniach drewnianej drabinki naszego piętrowego łóżka) żeby przy zgaszonym świetle podglądać po dzienniku Niewolnicę Isaurę i Dynastię. Nie wolno nam ich było oglądać.

      Obok drzwi do łazienki są drzwi do naszej sypialni. Też niewielkiej, z oknami na dymiącą Elektrociepłownię Siekierki i egzotyczne, tajemnicze ogródki działkowe, o których już wtedy krążyły miejskie legendy. Drzwi są zamknięte i trzyletnia ja musi wolą całego swojego małego duszociała powstrzymywać się przed wejściem. W dziecięcym pokoju śpi moja nowa siostra. Wiem już, mądrością ostatnich dwunastu miesięcy swojego jakże krótkiego życia, że niemowlaków nie karmi się paluszkami i nie poi sokiem porzeczkowym. Towarzyszą mi płaszcze. Kożuch babci. Wełniana jesionka ojca. Siostra pojawiła się w moim domu i w moim życiu w lutym 1979 roku, podczas zimy stulecia. Żeby dodać smaczku tej opowieści o przedpokoju, wtedy być może wyganiano mnie właśnie tam, bo w pozostałych pomieszczeniach nieszczelne okna bloku z wielkiej płyty przepuszczały śmiercionośne mrozy. Elektrociepłownia Siekierki przestała chwilowo dostarczać ciepła. Kaloryfery odmówiły posłuszeństwa. W kuchni wszystkie gazowe palniki płonęły wysokim płomieniem, a i piekarnik grzał tak, jak mógł. Gdyby sytuacja się pogorszyła, nie wątpię, że rodzice podpaliliby trochę drogocennych książek ojca-profesora i z nich zrobili palenisko, żebyśmy nie pozamarzali. Maleńka nowiuteńka dziewczynka, opatulona wełnianymi swetrami i ja, pewnie też czymś okutana, gnieździłyśmy się w przedsionku, bo był najprzytulniejszy, położony najbliżej wnętrza budynku, najmniej wystawiony na zimno. 

      Ale w moim najstarszym śnie jest już rok po zimie stulecia. Małe dziecko przeżyło nie tylko mrozy, ale i moje próby dokarmiania. Smacznie śpi w moim, MOIM, pokoju, który już przestał być tylko mój, schronienie, banicja kiedy coś przeskrobię, miejsce wielogodzinnego leżakowania w ciemności, kiedy mam już nie czytać i nie gadać, ale jeszcze nie mogę spać. Dziwna, wieloznaczna norka, w której szukam spokoju, a równocześnie, nie raz, próbuję zrozumieć dlaczego wszyscy są na mnie tak bardzo źli. 

      Trzecie drzwi wymontowano z framugi, więc została tylko otwarta rama, a jednak czuję respekt przed świątynną prywatnością tego miejsca jeszcze bardziej namacalny niż strach przed obudzeniem siostry. To królestwo mojej matki, jedyny kawałek podłogi, który należy do niej. Wąska, klitkowata, kiszkowata kuchnia, gdzie pracuje na swój trzeci etat i jest zmęczona. Zła. Samotna. Gdzie przeszkadzamy jej my ze swoją niekończącą się towarzyskością, z naszymi niewyczerpanymi potrzebami, z tym naszym zaabsorbowaniem sobą i instrumentalnym, jak to u dzieci, podejściu do instytucji matki Polki.

      Więc i te drzwi nie. A czwarte drzwi już całkiem odpadają, bo za przepierzeniem pracuje umysłowo ojciec, który potrzebuje do tego ciszy, a ja jestem antytezą ciszy, a na kanapie śpi tam babcia, wezwana do kryzysowej opieki nad którąś z nas. Chyba mną, bo ciągle wydaje mi się towarzyszyć babcia właśnie. Dzisiaj babcia pamięta mnie głównie z tamtego okresu. Buntu i kształtowania się oddzielnej tożsamości. Nieporadnego, chorobliwie samodzielnego dziecka. Nie zauważyła kolejnych trzydziestu ośmiu lat zmian. Nie widzi kobiety, która przed nią siada, kobiety, która odkrywała, zdobywała, budowała, kochała i traciła. Jakaś część naszej relacji nigdy nie opuściła przedpokoju.

      Poczekalni. 

      To do tego pokoju najbardziej chcę wejść. Tutaj mieszkają mężczyźni, którzy dyskutują o losach świata i decydują o moim losie. Tutaj pracują profesorowie. Tutaj się je. Tutaj się bawi. Tu ogląda telewizję. Tu jest się wychowywanym. Tutaj przychodzą goście do rodziców, piją wino, śmieją się, tata gra na gitarze. Nie pamiętam śmiejącego się taty. Jego śmiech rozlegał się zza zamkniętych drzwi. Więc czekam aż mnie ktoś wpuści i tym razem wujkowi Markowi nie wymsknie się coś, co pewnie myślą ci wszyscy peerelowscy dorośli stłoczeni z dziećmi w małych mieszkankach, stłamszeni w niesympatycznych blokach na brzydkich osiedlach. Dzieci i ryby głosu nie mają.

      Czekam. Ale dzisiaj jest już ze mną w tej poczekalni moja terapeutka. Obejrzałyśmy razem każdy kąt, każdą klamkę, szalik na wieszaku, but na wycieraczce. Ale za mną, już wiem, są piąte drzwi. A za nimi świat, którym nie interesował się żaden z zajętych, zmęczonych, bezdomnych dorosłych, a który ja znałam miłośnie i blisko. Bunkry na tyłach osiedla. Plac zabaw z huśtawką, z której spadłam i obiłam sobie głowę. Zasikana piaskownica. Górka, z której można było zjeżdżać kiedy trawa wystarczająco zmokła. Jeziorko, nad którym slalomem omijało się grupki pijących w krzakach mężczyzn, ale to miało posmak przygody. Szkoła, gdzie był jeden chłopak o bardzo czerwonej twarzy, ale nic więcej nie pamiętam. Koleżanki z wirtualnego sklepu, gdzie sprzedawałyśmy błoto i perz. Winda z tym panem, który zapraszał na cukierki. Przeraźliwie puste, pogrążone w niepokojącym półmroku piwnice. Mieszkanie naprzeciwko, gdzie mieszkał mój najlepszy w życiu kolega (nauczy mnie bawić się żelaźniakami i dużo się będziemy razem śmiać) razem z mamą, która karmiła mnie zupełnie inaczej niż moja, razem ze starszym bratem, w którego uśmiechu za rok się zakocham i pozostanę zakochana na ponad dekadę. Pięć pięter wyżej jest mieszka ten pan, który mnie będzie uczył rysować, a potem umrze nagle. I na nazwisko ma jak dzikie zwierzę. Dwa mieszkania dalej para hipisów, którzy przyjaźnią się z moimi rodzicami, a z których dziećmi nigdy nie uda mi się blisko zaprzyjaźnić (chociaż w umyśle pozostanie mi figura ich starszej córki, co to zawsze wszystko robiła lepiej, szybciej, mądrzej niż ja, cztery lata starsza, więc. Więc).

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 01 września 2017 16:13
  • poniedziałek, 28 sierpnia 2017
    • Rzeczy

      Mamy dłonie czarne od kurzu, którego nie widać gołym okiem. Jedno z nas przesuwa po podłodze ciężkie tekturowe pudło z książkami, żeby go nie dźwigać i nie nadwyrężyć sobie kręgosłupa. Więc szura, w taki charakterystyczny sposób - słyszę w tym szuraniu opierające się przemieszczaniu drobinki kurzu i niemiłosierne tarcie powierzchni o powierzchnię. Jak drapanie paznokciem po szkolnej tablicy, jak pisk polerowanego szkła, ten dźwięk swędzi mnie w zęby i wwierca się w mózg.

      Rzeczy, rzeczy, rzeczy, rzeczy. Na ulicy stoi zielony kontener, a my do zielonego kontenera wrzucamy z lubością nadgryziony kosz-legowisko dla psa, dziurawą kapę na łóżko, drugą dziurawą kapę, stare zdjęcia, kubły z zaschniętą farbą. Rzeczy, które nade mną przez lata ciążyły, rzeczy które kurzyły się na moim strychu, ale w przedziwnym symbolicznym przemieszczeniu wydawały się jeszcze bardziej ciążyć i jeszcze bardziej kurzyć w moim umyśle. Tam, gdzie zostały prawie dekadę temu zepchnięte w opuszczony zakamarek, skąd nawoływały głuchym echem wyrzutu sumienia, ciążyły i kurzyły się.

      Rzeczy, wylewają się z półek, zalegają, rozrastają się, mnożą, pączkują, nie kontroluję przyrostu rzeczy. Ciągle coś wynoszę, oddaję, wymieniam, wyrzucam. Ostatnio byłam w antykwariacie obcojęzycznym, gdzie można przehandlować swoje dwie książki na jedną. Przyszłam z sześcioma, wyszłam z trzema i uważam to za wielki sukces. Uwielbiam również dziuple w parkach. Widzieliście kiedyś takie dziuple z przezroczystą kurtynką z plastiku, za którą można zostawić swoje używane powieści i rozpadające się podręczniki, a wziąć w zamian czyjś inny tomik poezji po węgiersku albo instrukcję obsługi telefaksu z lat 90tych? Nie, przepraszam, wyzłośliwiam się. Lubię te dziuple i ciągle coś tam zostawiam. Denerwują mnie tylko ludzie, którzy z takiego sympatycznego narzędzia sąsiedzkiej wymiany i bezpłatnego, bezinteresownego źródła kultury robią składzik na swoje śmieci bez okładek albo antykwariat na książki, których nikt nie kupi na OLX ani Allegro, bo są po węgiersku właśnie. Autentyk, widziałam na własne oczy.

      Mój chłopak jest zbulwersowany. Bierze do ręki wytartą stertę papieru, ledwo trzymającą się antycznym już prawie klejem, z wizerunkiem rycerza na okładce.

      - Jak to może się nazywać "Przyłbice i kaptury" i nie być encyklopedią przyłbic i kapturów? Spodziewałem się typologii średniowiecznych nakryć głowy, z ilustracjami w kolorze, a to powieść! Zero obrazków!

      Rzeczy, rzeczy, rzeczy. Dzisiaj administracja podstawiła kontener i zatrudniła trzech uroczych Ukraińców do opróżnienia bezpańskich piwnic i strychów w moim budynku na Mokotowie. Umówiliśmy się, że przy okazji i my opróżnimy mój, podczepiając się pod duży metalowy kosz na wielkie gabaryty. Więc wróciłam w przeszłość. Swoje fotograficzne przygody, antyramy z wielkimi czarno-białymi odbitkami, teraz każdy ma aparat w telefonie, kto by się spodziewał. Kiedy wykluwały się moje nastoletnie marzenia fotograf był KIMŚ, miał dostęp do rzadkiego sprzętu i niecodzienny zestaw umiejętności, teraz już wszyscy, teraz już każdy. Internet zamieszkują miliony miliony zdjęć. Więc powiększalnik ze strychu trzeba uprzątnąć poszarzały od nieużywania, lampy studyjne i blendy i płachtę czarnego materiału - tło sesji zdjęciowych rozmaitych koleżanek, córek znajomych mamy, pań, które zażyczyły sobie gustownych portretów na tyły książek, które kiedyś napiszą, mojej fryzjerki nawet, która chciała mężowi do więzienia posłać kilka aktów wysmakowanych, mąż w więzieniu był zachwycony, a ja odkryłam, że piękno jest subiektywne, skoro sama portretowana, tak jak wielu zresztą pozujących mi modeli-amatorów, kręci nosem. Moje poczucie bezwzględnej piękności tego, co wyszło mi spod palca na guziku migawki, boże, za słabe było żeby mnie nadal cieszyło robienie zdjęć. Migotało i znikało, zaraz zaczynałam wątpić. Tracić je z oczu, przekonywać się sama w wielogodzinnych wewnętrznych rozmowach, że może nie umiem. Stare starutkie marzenia.

      Szklanki, paterki, taborety, które potrzebują nowej tapicerki - po dziadkach.

      Stare listy i stare zdjęcia. Stare poduszki. Stare ubrania. To kiedyś byłam ja. Głaskałam jakiś czarny aksamitny żakiet, w który się niegdyś mieściłam, który onegdaj wisiał w szafie na honorowym miejscu. Chwilę potem przyjechała koleżanka z mamą i z przyjemnością oddałam im czarny aksamit. Telewizor. Toster. Kuferek podróżny.

      Rzeczy rzeczy rzeczy. Wylewają się, zalewają, jak powódź. Jest ich więcej niż mnie. Ktoś mnie dzisiaj oskarżył przyjaźnie o to, że się z rzeczami utożsamiam. Opowiedziałam mu o czasach mojego dzieciństwa. Tęsknię po prostu za kryzysowym nabożeństwem, z jakim się kiedyś traktowało swój skromny stan posiadania. Jedną parę kaloszy, która musiała wystarczyć na dekadę, bo kto wie kiedy znowu kalosze rzucą do sklepów. Ciasne kalosze, które kiedyś były rozczłapanymi, zbyt dużymi gumowcami aż z nich wyrosłam. Jedna lalka. Jedna sukienka. Do dzisiaj pamiętam wytartego, wyprzytulanego w niebyt prawie misia z oklapniętym uchem w spodenkach ogrodniczkach uszytych przez mamę. Jeden sweter od cioci z Lubelszczyzny, w motywy fantazyjne, stworzony podczas wielogodzinnych sesji robienia na drutach. Nie było opcji nie lubienia takich swetrów. Jeden nóż ostry na cały dom. Trzy nieostre. Tamten nóż moja babcia ma do dziś. Dziadka nie ma żeby ostrzyć. A nóż jest i nadal - w czasach dobrobytu, obfitości, nadmiaru, przesytu - jest nadal jedynym krojącym narzędziem w jej kuchni.

      Na strychu klocki, które mi kiedyś służyły do zabaw edukacyjnych, w innym życiu, dwa czy trzy życia temu. Czy jest jeszcze na świecie ktoś, kto zachował jakąś ciągłość tożsamości, ktoś, kogo nie rzuciło na rafy, na mielizny, nie przeczołgało przez sztormowe fale tak, że się musiał chwilę sam sobie przyglądać żeby się rozpoznać, żeby zaznajomić na nowo ze sobą?

      Cała reklamówka klocków. Trzepaczka do dywanów użyta dwa razy bez większego sukcesu.

      Rzeczy rzeczy rzeczy. Rządzą moim życiem, nie ja nimi, o nie.

      Kiczowate obrazki, kilimki, pudełko na kapelusze i kufer malowany na biżuterię trafiły do mamy mojego chłopaka. Siostra wzięła wiatrak, torbę na kółkach (swoją własną, jak się okazuje, co robiła na moim strychu?) i drabinkę. Koleżanka posążek afrykański, plakat i wazon, który posłuży jej za akwarium.

      Zawahałam się tylko dwa razy.

      Najpierw przy brązowej walizce z lat siedemdziesiątych. Moja mama wyjechała z nią ze swojej wsi do Warszawy kilkanaście żyć temu. Ja cztery biografie wcześniej, ktoś inny o podobnej do mnie twarzy, ktoś o tych samych korzeniach, ale z inną tożsamością, to nie mogłam być ja, ktoś o moim imieniu i nazwisku z tą samą walizką opuszczał Polskę dla Belgii. Zadzwoniłam do niej. Powiedziałam, że mogę jej ją oddać, mogę znaleźć jakiś składzik i tam ją przetrzymać, mogę sprzedać albo mogę wyrzucić. Bo zielony kontener. Że to jej decyzja. Ale kłuło mnie. Źle mi było. Bo pamiętam jeszcze czasy kiedy to była jedna z dwóch walizek w naszym domu, mieliśmy dużą i małą i z nabożeństwem się je obie, jak rzadkie klejnoty traktowało, uważało żeby nie zarysować, żeby nie rzucali nimi ludzie na lotnisku, żeby nie zepsuł się w jednej zamek, a w drugiej suwak. Potem przyszedł czas Samsonite'a i nic już nie było tak samo. Próbowałam zagłuszyć delikatny głos z przeszłości, z ery, kiedy ja sama trzęsłam się nad każdą rzeczą, każda rzecz miała epicką historię, wiązała się z ludźmi, z wyjazdami, wyrzeczeniami, przebaczeniami albo zerwaniami. Każda rzecz cieszyła, napełniała ciepłym balsamicznym czymś po brzegi, nie. Nie po brzegi. Wylewało się to coś ciepłego, kipiało, więc cieszyła albo wręcz przeciwnie, bolała. Fizycznie bolała. Próbowałam się bronić:

      - Bo wiesz, - powiedziałam do mamy - bo wiesz, to były czasy, przecież to były czasy - jąkałam się - wiesz, takie czasy, kiedy nie miało się wiele. Teraz walizki prawie rosną na drzewach. Teraz wszyscy chcielibyśmy tak jak wtedy umieć kochać przedmioty. Kupujemy i kupujemy, a tamto uczucie nie przychodzi. Nie wywołamy tej więzi kolejnym wydatkiem. Nie da rady nabyć sobie ciepłych uczuć jeśli zakupiony przedmiot nie wiąże się z życiem, z czuciem, z kochaniem, z traceniem, z tęsknieniem. Więc mogę jej nie wyrzucać. Jeśli chcesz. Zostawić ją.

      - Wyrzuć.Nie potrzebuję jej. Nie czuję do niej sentymentu. To zresztą nie są dobre wspomnienia.

      - Pożegnam ją ładnie. Widziała kawałek świata.

      - No to pożegnaj.

      Potem pogłaskałam jeszcze jedną rzecz oprócz ciemnożółtej skóry pierwszej walizki, która należała do mojej matki, która towarzyszyła jej w ucieczce od zbyt ciasnego świata do świata o surowszych jeszcze, bardziej bezlitosnych zasadach. Dziadek podarował mi lata temu czapkę-leninówkę. Nie miał dużo. Nie gromadził rzeczy. Więc kiedy mi coś dał, to było istotne. Nosiłam ją przez kilka zim dopóki się całkiem nie rozpadła. Też była jasnobrązowa, jak walizka. Jakaś część mnie, muskając z włosem rozprutą już i odkształconą czapkę z daszkiem od dziadka czuła. Czuła jakby nawiązała bezpośredni, autentyczny kontakt z dobrym, cichym człowiekiem w zaświatach.

      Więc.

      Rzeczy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 sierpnia 2017 22:02
  • niedziela, 27 sierpnia 2017
    • gaga

      Nad nami wisi majestatycznie kryształowy żyrandol, pod nami nieznacznie skrzypią klepki zakurzonego parkietu. Wokół drobnej brunetki wije się w wewnątrzsterownych rytmach może z dwadzieścia pięć osób. Boso. Stopy czują drewno. Bałam się, że akustyka tej stalinowskiej sali zadusi głos naszej nauczycielki z Izraela, owinie go jak wata, wytłumi, i trzeba będzie bardzo blisko stać, żeby cokolwiek dosłyszeć, ale nie, mówi cichuteńko, za moimi plecami gra dyskretna muzyka, wszystko rejestruję bez problemu. Tłumaczę z angielskiego na ruchy stóp i kostek, kolan i bioder, żeber i ramion. Dziewczyna stoi prosto, chudziutka, ma zdyscyplinowane ćwiczeniami ciało, w przeciwieństwie do mojego, puszczonego swobodnie i nie wtłoczonego w żadne struktury (czy to dobrze? Czy to źle? Czy któraś z nas ma więcej racji? Więcej mądrości życiowej? Czy jedna z nas jest szczęśliwsza?), uciekam od struktury, nie wytrzymuję na dietach, w biurach, w ćwiczeniowych rutynach, nienawidzę nawet wycieczek z przewodnikiem, który mówi gdzie patrzeć, kiedy patrzeć, co widzieć. Jej zdyscyplinowane ćwiczeniami ciało pozbawione krągłości nie napina ubrań, więc wiszą na niej luźno, za luźno, wąziutkie jak na dziecko dresowe spodnie. Za chwilę będziemy na wystawie figur stalowych, wśród symboli zamieszkujących męskie fantazje, będzie tam zrobiony ze złomu Aston Martin, Mercedes, motocykle, na które można wsiąść i zrobić sobie zdjęcie, figurki z Gwiezdnych Wojen, Obcego i Wojownicznych Żółwi Ninja. Kiedy już znudziło mi się podziwianie robotycznej siły i nadludzkiej szybkości uchwyconej w konstrukcjach z łańcuchów rowerowych, śrub, nakrętek, wkrętów, kół zębatych i wygiętych blach i powiedziałam swojemu chłopakowi, że wystawa jest chłopacka, zapytał jakie rzeźby można by zrobić ze złomowanej stali dla kobiet. Nie umiałam mu odpowiedzieć. Wiedziałam tylko, że najbliższe mojemu wewnętrznemu krajobrazowi było najeżone ostrzami, niepokojące siedzisko z „Gry o Tron”. Jeszcze jedna fotka ajfonem – upozowany wojowniczo obok ponad dwumetrowej postaci z „Avatara” mężczyzna mojego życia – i kątem oka zobaczyłam parę. Najpierw pomyślałam, że to ojciec i córka. Ona miała twarzyczkę w kształcie serca i wielgachne oczy, cieniuteniusieńkie nożynki w rurkowatych spodniach i maksymalnie metr pięćdziesiąt wzrostu. Może z czternaście lat. Ale potem, dyskretnie zerkając w ich stronę w drodze do wyjścia z wystawy, dojrzałam jego rękę pieszczotliwą na zagłębieniu jej pleców, pomiędzy paskiem spodni a kusą bluzeczką, na odsłoniętej skórze, głaskał jej tę skórę, a ona mówiła tak dojrzale, patrzyła tak dorośle. Więc jeśli nie czternastolatka, to anorektyczka i wstrząsnęła mną ta scena, bo zapytałam sama siebie, co to jest w takim razie miłość. Czy ten mężczyzna obok niej ma prawo korzystać z jej nienaturalnej kruchości? Czerpać przyjemność z obcowania z kobietą sztucznie przyhamowaną w rozmiarze i kształcie gimnazjalistki? Czy powinni oboje cieszyć się filigranowością i dziewczęcą delikatnością tej młodej kobiety, jeśli w ten sposób wspierają ją w chorobie i zatrzymują jej rozkwitanie? Ciała kobiece opowiadają tyle historii. Może powinnam była ją ratować jakoś? Rzucić się w sukurs, powiedzieć coś jej, wykrzyczeć temu facetowi? Ale wpatrywała się w niego z rozanieleniem, cieszyła się eksponatami jak dzieciaczek, ale przecież nie wiedziałam o nich nic, może on spędzał bezsenne noce przy jej łóżku szpitalnym kiedy leczyła swoje zaburzenie dietetyczne? I dzisiaj świętowali razem jakiś maleńki triumf, jakieś niewielkie zwycięstwo. Może zjadła jabłko albo pół kanapki.

      Gaga to taniec rodem z Izraela. Tańczyliśmy przez bitą godzinę, bez zatrzymywania się, czuliśmy ruch w swoich wnętrzach, koncentryczny, zaczynający się od drobniutkiej, nieskończenie elastycznej dziewczyny o ciepłych, czujnych czarnych oczach i dużym semickim nosie, której szare spodnie  opadały z braku krągłości, uczyliśmy się integrować ruch od stóp przez kostki i kolana, biodra i klatkę piersiową, aż po czubek głowy i opuszki palców, maleńka odważna dziewczyna rozprzestrzeniała magię mądrego, dającego siłę ruchu, dzieliła się ruchem, zarażała ruchem.  Czy powinnam była potem podbiec do tamtej drugiej chudej drobnej dziewczyny? Jaki mamy obowiązek wobec obcych ludzi? Jaką powinność? Na czym polega przyzwoitość wobec współprzechodnia w wielkim mieście?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 sierpnia 2017 10:07
  • piątek, 25 sierpnia 2017
    • Pchli targ

      Na ogół nie czuję poezji w mieście. Poezja to takie uczucie, że w środku rozmiękczają się proste, grube kreski, roztapiają rozmaite głębokie emocjonalne zmarzliny i przesuwają się czule płyty tektoniczne osobowości, w ogóle osobowość zamienia się w bardzo luźną konstrukcję, niezobowiązującą zupełnie, trochę zabawną, trochę niepraktyczną i żadna myśl nie przeraża, bo one sobie wszystkie, te myśli, radośnie hulają po tych swoich aksonach i mają w głębokim beztroskim poważaniu to, czy mnie się załącza jakiś snobizm, czy wstyd, czy może mi się uruchamia autocenzura, harcują jakby mi się zepsuło superego. Awaria superego. Lubię.

      Ale, tak jak mówię, rzadko mi się w ostatnich latach uruchamia wewnętrzna poezja, zupełnie nie wydają się mnie ruszać te wszystkie równiutkie przejścia dla pieszych, kioski z gazetami, neutralnie tapicerowane siedzenia metra, kolejne strzeżone luksusowe apartamentowce na Mokotowie, siaty pełne bezglutenowych chlebów, zbliżeniowe karty czipowe i magiczne pikanie tychże kart przyłożonych do terminali, kasjerki i ekspedientki, baristki i kurierzy, wszyscy grający tę samą wersję chłodnego rzeczowego profesjonalizmu, fakso-drukarko-skanery i pałerpointy, którymi wypełniają mi się dni. Ewentualnie poezja uruchamia mi się z dużym opóźnieniem, tyle teraz bodźców do zmetabolizowania, przesyt, więc tydzień po fakcie, zmieszana i wstrząśnięta z fragmentami gier na smartfona i maili od sklepów typu Zalando, nagle jest przebłysk jakiejś ładnej chwili i nagle jest liryka. W ogóle Zalando zamieszkało mi mózg i jakiejś części mnie wydaje się, że mamy więź, wiecie, taką jaką się ma z siostrą albo siostrzenicą. Ciepławą więź, emocjonalną bliskość. Zalando jest mi bliskie. Jego interfejs mam nie tylko na smartfonie ale i pod powiekami. Więc uruchamia mi się mieszanina serialu angielskiego o morderstwie, gierki w której buduję schron w świecie postapokaliptycznym i poluję na radioaktywne szczury oraz audiobooka o prawniczce, która bada sprawę pedofila i wspomina własnego dziadka, który ją dotykał w miejscach, które jeszcze długo powinny należeć tylko do niej, i wszystko to mi się zlewa ze wspomnieniem czegoś realnego sprzed kilku dni i z opóźnieniem przeżywam swoje życie, te jego ciekawe, frapujące fragmenty, które wolałabym doświadczać na bieżąco. I tyle tej poezji. Więc taka jakaś trzeźwa i nudnawa chodzę po mieście. Odurzona odrobinę, znieczulona, z opóźnioną reakcją na bodźce różnorakie, bo ich za dużo. Ostatni raz, oprócz kontaktów z dziećmi, które nieodmiennie ze mnie wytrząsają wszelkie wzdęcia godnościowe i coś na kształt beznamiętnego zmęczonego zachwytu budzą, gdybym tylko nie była taka zmęczona, ostatni raz wzbudziła we mnie ferment pielęgniarka.

      Ostatni raz wzbudziła ferment we mnie - wstrząśnięcie i zmieszanie - pielęgniarka. Źle się czułam, nie chciałam iść do pracy. Poszłam do lekarza. Miał awarię prądu, wysłał mnie do innego oddziału, tam pani uznała, że symuluję, ale (niechętnie) wysłała mnie na badanie gardła, czy nie mam w gardle przypadkiem pneumokoków. Pielęgniarka była kulturalna i rzeczowa, ale coś w niej dodatkowo zmiękło kiedy się zaśmiałam i przyznałam, że pierwszy raz mam robione takie badanie i jestem go ciekawa. Coś się w niej obudziło, coś, czego nie było jeszcze pół sekundy wcześniej, jakbym wywołała w niej czułość, a ja się przecież odzwyczaiłam budzić czułość w obcych. Może to Warszawa. Może to ja. Może to mój wiek. Moja płeć. Moja twarz. Nie wiem, odzwyczaiłam się.

      Więc. Wyjęła fioleczkę nie za dużą, przejrzystą, plastikową, z namaszczeniem, jak alchemik. Z lubością zaczęła mi tłumaczyć, że zaraz wstrzyknie do niej delikatnie parę kropel płynu.

      - Proszę zobaczyć jaki kolor. Jaki to kolor?

      - Czerwony. O, czerwony.

      - To teraz proszę patrzeć uważnie. Wlewam biały płyn i jaki kolor się robi?

      - Biały? Ojej, biały, czerwony zniknął.

      - Ja to czasem dzieciom pokazuje, żeby pani wiedziała jak się cieszą z tego. Taki mały eksperyment. Zapominają, że się boją badania.

      - A dorośli nie? Przecież to magia! Mnie się podoba. 

      - No to proszę poczekać jak pani zrobię wymaz i zanurzę wacik w tym roztworze. On się zabarwia albo się nie zabarwia. Jeśli się nie pojawi żaden inny pacjent, może pani zostać i poczekać razem ze mną na wyniki.

      Pacjent pojawił się, więc chwila alchemii minęła. Zresztą wymaz z gardła to okropieństwo. Czar niby prysł, ale mnie się te fiolki śniły potem. Splątane ze scenami z filmiku na YouTubie o zarządzaniu czasem i z urywkami rozmów z mamą i z siostrą, która jechała właśnie na wakacje i chciała pożyczyć lodówkę samochodową. A wszystko działo się w ciemnym, dzikim lesie, ale nie nadążałam za zmianami, więc nie przyjrzałam się temu lasu. Lasowi.

      Samowar. Srebrny, nie za duży, prostszy niż te stare, rosyjskie, tradycyjne. Wyglądał jakby czekał. Zawsze myślałam o samowarach jak o ludziach. Wyglądał jakby go ktoś tu zostawił, w czymś na kształt poczekalni dla przedmiotów, a on, porzucony, lojalnie wyglądał właściciela. Stoicki i cierpliwy, nieustępliwie czekał.

      Bożonarodzeniowe ochraniacze na kije golfowe. Zestaw trzech zrolowanych mufek, każda czerwona z białym obramowaniem, jak dla Mikołaja. Założę się, że to był prezent dla golfisty, zabawny dla ofiarowującego, kłopotliwy dla obdarowanego. Leżał kilka lat na regale w garażu i kurzył się, aż przyniosła go tu i ułożyła na półce obok innych bibelotów zniecierpliwiona żona lub sam właściciel, który potrzebował miejsca na atrybuty nowego hobby, na przykład wspinaczki, więc woreczek z talkiem albo buty gumowe o rozmiar czy dwa za małe. Nie wiem, dlaczego zakładam, że golfista musi być żonaty. Nie czytałam statystyk.

      Dużo szpilek, rzemyki, brokaty i cekiny, koturny i marzenia o życiu, które składa się z tańca, seksu i muzyki, z podziwu i z poczucia przepływu. Tylko i wyłącznie. Też mam takie marzenia i do tej pory nie pogodziłam się z ich nierealnoscią. W jakimś alternatywnym, równoległym wszechświecie jestem gwiazdą disco, mam duże piersi, pachnę piżmem i skradają się do mnie po parkiecie przystojni młodzi modele o wydepilowanych klatach, prosząc o członkostwo w moim haremie, obiecując, że będą mi codziennie parzyć herbatę i przynosić gazety do łóżka. Przegląd prasy zagranicznej.

      Przewodniki po Turcji, Grecji, Tunezji, Algierii, Argentynie, Niemczech, Węgrzech i Szwajcarii. Nie potrafię zgadnąć, czy to ślady po wycieczkach, które doszły do skutku czy namiastki podróży dla kogoś, kogo nie było stać na bilet i hotel. Albo się bał latać i żył wizjami złożonymi z tekstu przewodników, filmików na Discovery, opowieści przyjaciół i zdjęć w czasopiśmie Travel.

      Zabawki. W kształcie sów. Świń. Drażetek m&m's. Białych niedźwiedzi z napisem "Zakopane" wyszytym na brzuchu (trochę koszmarnie?).

      Filmy po hiszpańsku, cała kolekcja hitów hollywoodzkich w wersji iberyjskiej.

      Stare czasopisma. Całe pudło National Geographic. 

      Kurtki skórzane, bolerka i żakiety. Zawsze o trzy rozmiary za duże na mnie. O dwa za małe. Albo nie w moim stylu. Całkiem nie w moim stylu. Staram się wyobrazić sobie właścicielki tych porzuconych fragmentów garderoby. Ich fantazje na własny temat. Ich złudzenia. Ich praktyczną przyziemność. Ich kształty i zapachy. Jedną z nich widzę, prawie widzę, jej włosy krótkie, ciemnoblond i słabość do kadzidełek, do dobrze przyprawionych dań i do orientalnych ciuszków.

      Łyżwy, trzy pary. I jedna para łyżworolek. Chyba męskich, albo na dużą kobietę o szerokich stopach.

      Syntetyczne sukienki. W tym miejscu króluje poliester.

      Dużo Biblii. Dlaczego ludzie pozbywają się swoich biblii? Czy biblie powinny podlegać kupnu, sprzedaży lub wymianie? Czy to nie jest jakieś duchowe faux pas jednak?

      Encyklopedie drinków i encyklopedie robotów ze świata Gwiezdnych Wojen, prawie nowe, ilustrowane i bardzo szczegółowe

      Pudełka na biżuterię, pudełka po czekoladkach, po herbatnikach i po herbatach. Blaszane. Ciekawe, czy ludzie rzeczywiście kupują cudze wspomnienia po tym i owym smaku. Czy wydają na takie pudełka pieniądze. Gdzie je stawiają. Co w nich trzymają. Czy się nimi chwalą?

      Korale i koraliki, naszyjnik w kształcie fioletowego buta, połyskliwy.

      Mini odkurzacz, blender, spieniacz do mleka - wszystkie w podartych pudełkach, posklejanych taśmą klejącą. Nie ma gwarancji, że działają.

      Nigdy nie otwierane opakowanie z białymi legginsami. Legginsy są wykończone koronką. Zaczynam sobie fantazjować o tym, co by się musiało stać, wewnętrznie, na poziomie osobistych doznań i doświadczeń, żebym się zamieniła w kogoś, kto nosi białe legginsy wykończone koronką. Uznaję, że niewiele. Musiałoby mi po prostu mniej zależeć na nieistotnych rzeczach. Musiałabym nie być snobem.

      Różowe słuchawki.

      Niebieskie, zabudowane plastikowe buty do chodzenia po skalistych plażach.

      Poliestrowy krawat z królikiem, który robi pranie ręczne w rzece. Chyba wrócę jutro po ten krawat.

      Zużyta książeczka z naklejkami "konie i kucyki". Naklejki są ponaklejane w odpowiednie miejsca. Denerwuję się na anonimową osobę, której się uroiło, że to komuś sprzeda. Uznaję, że jest bezczelnym kombinatorem i że byśmy się nie polubili (eufemizm). Im jestem starsza, tym częściej stwierdzam, że kogoś nie lubię. Mnie też ludzie lubią jakoś mniej jakby, ale nie jest mi od tego bardziej źle.

      Ceramiczna sowa.

      Pralka Frania.

      Dwulitrowy kufel z pejzażem typu "drzewa i ptaki" namalowanym na wybrzuszonym szkle.

      Telefon z melodyjką. Jest biały i ma plastikowe guziki do wybierania numeru. Marzyłam o takim kiedy byłam mała.

      Zestaw do robienia odlewów brzucha kobiety w ciąży. Serio.

      Podręcznik "jak być interesującym w 10 prostych krokach". Z podtytułem "dokąd pojechać, co przeczytać, o czym rozmawiać". Nie oszukuję. Nie kupujcie tej książki. Spotkałam kilka osób, które jeździły, czytały i mówiły dużo, a jednak nie nazwałabym ich interesującymi.

      Filmy o barbie, pakiet trzech płyt DVD. Biedne te dziewczynki.

      Dywany wszelkich gabarytów i stylów. Najbardziej w pchlich targach poetycko mnie nastraja różnorodność. Bezwstydny brak tematu przewodniego. Zero narzuconych struktur, pełna dowolność, rozpasana przypadkowość. Tu i ówdzie dochodzą do mnie głosy dzieci, może pierwszo-, a może drugoklasistów z podstawówki, zaciągniętych tu przez babcie i absolutnie zachwyconych. Ja też. Ja też zachwycam się, choć w przeciwieństwie do tych babć i dzieci zupełnie nic stąd nie chcę.

      Narty. Jedna para, oparta o ścianę nonszalancko. Narty w ogóle sprawiają na mnie wrażenie zblazowanych.

      Kask motocyklowy.

      Czapka kapitańska.

      Glukometr.

      Poezja pchlego targu. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 25 sierpnia 2017 20:19
  • poniedziałek, 14 sierpnia 2017
    • Pobojowisko

      Ciągle wracam myślami do tytułu książki jednego z najbardziej znanych zachodnich nauczycieli uważności, Jona Kabat-Zinna, "Życie, piękna katastrofa". Bo niby dlaczego upierać się, że rzeczywistość powinna być jakkolwiek przewidywalna i uporządkowana, po co mozolnie, po co syzyfowo, przyklepywać codziennie, wyrównywać, kreślić jakieś dalekosiężne prognozy, wtłaczać siebie i innych dookoła w ramy tych prognoz, wymuszać na nich spójność z wizją jakąś, z jakimś swoim wewnętrznym teatrem. Skoro i tak to nie odpędza, i tak to nie zapobiega strachom wieczornym. Że on mnie po prostu któregoś dnia przestanie widzieć. Że odbierze mi swoją uwagę i czułość, swoją chęć wsparcia i bycia blisko, bycia w ciągłym kontakcie, bo cokolwiek: bo uzna że jestem za nudna albo za gruba albo za sztywna albo za bardzo samolubna. Czy będzie miał rację czy nie. Że praca dla innych ludzi nigdy nie da mi zewnętrznego szacunku, zaufania, stabilnego, uspokajającego miejsca w stadzie. Że jakakolwiek chwila nieuwagi, niedbałości, ludzkiego powszedniego lenistwa i koniec. Reputacja okaże się rzeczą zerojedynkową, pozbawioną niuansów, że w życiu nie ma przebacz. Nie ma luzu. Nie ma odpoczynku ani na chwilę. Że się stoczę w jakąś chorobę nieodwracalną, że te wszystkie moje nieśmiałe, średnio systematyczne, ale jednak, wysiłki, te wszystkie marchewki, buraki, ogórki, humusy i nasiona chia, te wszystkie rowery, baseny, spacery pod górkę i orbitrek. Boże jak ja lubię orbitrek. Jeśli z mojej psychoterapii wynikło coś pięknego, to chwiejny katastrofalnie związek, który nauczył mnie, że mężczyźni są zdolni do ogromnej czułości, tylko często nią obdarzają nieproporcjonalnie do moich potrzeb a) przedmioty nieożywione, b) aktywność rozmaitą integrującą ich z innymi mężczyznami, c) odmóżdżającą aktywność typu gry komputerowe, d) swoje matki. No i dobra, z tymi matkami to jakoś przeżyję, trudno im się przecież dziwić. Jeśli z mojej terapii wynikło coś pięknego to moja nowiutka, delikatniutka, niemrawa dość świadomość, że inni mają w swoim środku inaczej niż ja i moja świeżutka, wątlutka, niestabilna ciekawość jak to jest być tym kimś innym. Tak naprawdę. Wczoraj popatrzyłam na plastikową linkę z metalową klamrą zawieszoną na masywnej jabłoni i dzięki temu katastrofalnie pięknemu związkowi z zerową gwarancją przyszłości zatrzymałam się na nim wzrokiem. Przyjrzałam mu się. Mojemu ojcu nigdy nie udało się zaprosić mnie do świata, w którym rzeczy, namacalne, materialne, mechaniczne, fizycznie się do siebie odnoszą, są gdzieś jakoś umocowane, jakoś działają, coś się na nich będzie jakoś trzymać i czemuś służyć. Patrzyłam na jabłonkę i rozumiałam, że widzę uchwyt do huśtawki albo hamaka i zaczęłam się zastanawiać, jak jest zrobiony, kto go wymyślił i skonstruował i skąd wiedział o hakach, zawiasach, stosunku masy do siły grawitacji. Może to dobrze, że czterdzieści lat czekałam na zaproszenie do poza-intelektualnego, nie-bibliotecznego świata śrub i zaślepek, klejów i wyrzynarek, wkrętarek i kolanek. Świata, w którym rzeczy dzieją się naprawdę i zostają na lata. Świata mężczyzn pracujących, tradycyjnych, niemiejskich. Może ojciec wstydził się tego? W swoim wyrafinowaniu profesorskim, w swoim idealizmie kulturowym, w swojej sublimacji stołecznej. Jeśli z mojej psychoterapii wynikło cokolwiek zaskakującego, to że potrafię nawiązać komitywę z dziećmi. Potrafię się z nimi niepohamowanie, z obopólną euforyczną korzyścią, wymieniać energią, ładować nawzajem. Uczyć. Inspirować. Mistycznie prawie. Dzięki regularnym sesjom bytności z dziećmi opada wszelka ściema, rozmontowuje się fasada, dzieci są bezlitośnie bezkompromisowe - bądź ze mną, ale uczciwie - wydają się mówić - bądź ze mną, ale nieustraszenie. Nagle w tym bezsensie wszystko ma sens i rzeczywiście, kroczymy razem przez wstrząsająco zachwycające pobojowisko, a dziecko pokazuje mi, że możemy w nim być magicznymi, latającymi dinozaurami, że możemy znajdować niewidzialne jeziora, w których mieszkają dobrotliwe nierdzewne roboty. Więc pozwalam się prowadzić po cudzych światach, płakać mi się chce z bezradności, ale tylko dzięki temu ufam trzylatkowi czy dziewięciolatkowi, niedoskonale wyposażonemu, a przecież tak często mądrzejszemu ode mnie. I tak jak mój chłopak prowadzi mnie w świat nieożywiony i uczy go rozumieć, uczy go kochać, z czułością się mu przyglądając, wchodząc w proste, namacalne zależności, tak dzieci uczą mnie bać się, oswajają na powrót z dawno spłaszczonym, dawno podporządkowanym nudnej dorosłości światem fantazji pełnej oswojonych terrorów. Jeśli z mojej psychoterapii wynikło coś pięknego, to może jeszcze niepojęta, granicząca z cudem równowaga, chociaż całe moja psychofizyczność krzyczy (oszukuje), że wszystko dookoła się wali. Ale przestaję jej wierzyć. A przynajmniej nie całkiem. Składam w sobie rodzaj trzeźwej nadziei, chociaż rozpierzchły się wszystkie moje budujące wizje przyszłości. Biorę kolejny oddech. Stawiam kolejny krok. Zła jestem na swoją psychoterapeutkę. I wdzięczna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 sierpnia 2017 09:19
  • czwartek, 27 lipca 2017
    • Mróweczka

      Skąd się wie, że się sobie w życiu wydeptało najlepszą z możliwych ścieżek? Jak mróweczka w starym lesie zagubiona, w labiryncie grzybów, patyków, suchych liści i majestatycznych paproci, wśród ciasno splątanych mchów szukająca pokarmu, budulca albo towarzystwa. Europa ulega w lipcu i sierpniu pospolitemu ruszeniu. Holenderskie, duńskie, belgijskie przyczepy kempingowe ruszają na południe, ale to nie jedyna i nie oczywista trasa. W połowie drogi do Włoch zatrzymaliśmy się w remontowanym ciągle starym pensjonacie w okolicach Bayreuth, a z nami para Szwedów i para Kanadyjczyk-Niemka, objeżdżający wakacyjnie małe lokalne niemieckie browary w tym regionie. Właściciel powitał nas darmowym drinkiem. Mój chłopak zakończył całodniową jazdę pszenicznym piwem robionym niedaleko. Ja dostałam orzeźwiający gazowany napój z jabłek, również regionalną specjalność. Skrzyżowały nam się nad tymi napojami, na chybotliwej drewnianej ławie, przy stole nakrytym śliską ceratą nasze ścieżynki, nasze urlopowe koncepcje. Skąd się wie, że się podąża w odpowiednim kierunku, że się nie brnie niepotrzebnie w ślepą uliczkę czy niebezpieczny zaułek? Kiedy się patrzy wstecz, jakie kryterium przykładać do własnych życiowych wyborów? Ja wybrałam, że będę uczyć. Szkolić. Doradzać. Bo wychowali mnie nauczyciele i nawet dzisiaj nie potrafię się oprzeć kiedy ktoś wobec mnie przybiera pobłażliwy, mentorski ton. Bo podlegałam opiece silnych, despotycznych kobiet i dla nich interpretowałem lektury, recytowałam wiersze, rysowałam laurki. Chciałam zdobyć zachwyt wiecznie krytycznych bogiń, a później, dużo później zapragnęłam zostać jedną z nich. Niezadowoloną, urażoną, dumną narratorką rzeczywistości. Bo miałam całe lata pieczę nad młodszą siostrą, której z lubością objaśniałam świat i chyba tylko to, chyba tylko to mi w życiu wyszło bez wysiłku. Tylko to czułam, że potrafię. Czy to wystarczający powód żeby wybrać karierę? A kiedy przyjdzie kryzys i zwątpienie, kiedy rozczarowanie zmiesza się ze strachem, że się popełniło fundamentalny błąd, zbyt dawno żeby cofnąć czas, zbyt duży żeby zapomnieć i zbudować od nowa coś nowego. Gorzej. Tylu osobom doradzałem jak się orientować w mnogości dostępnych kierunków, tyle razy analizowaliśmy wyobrażalne alternatywy, że teraz wstyd mi, aż trudno usiedzieć w miejscu z własnym elementarnym zagubieniem. Z własnymi pytaniami o sens i cel, z poczuciem, że każda odpowiedź będzie efemerydą, złudzeniem, które na moment tylko łagodzi egzystencjalne niedowierzanie. Głupio mi. A przez to "głupio" przebłyskuje czasem filuternie, przyjaźnie ulga, puszczając oko jak tamta Włoszka przedwczoraj w Italmarku, starsza, rezolutna kobieta ze szparą między zębami. Mrugnęła do mnie na odchodnym, poprztykawszy się emocjonalnie, ale życzliwie o 10 euro z kasjerem. Postanowiłam, że jeśli mam kimś w życiu zostać, to taką panią. Albo staruszką, która śmignęła mi przed nosem, siwowłosa, bzycząc na skuterze. Tyle lekkości. Więc ulga. Może naprawdę nie trzeba wiedzieć co i dlaczego kryje się za zakrętem. Może jechanie po serpentynach wykutych w skałach majestatycznych nadjeziornych to dobra metafora. Być może za załomem wpadnie na nas rowerzysta, może nie wpadnie, bo usłyszy nasz klakson, a w nagrodę zobaczymy rozmigotane, roztańczone wieczornym światłem fale. Może silosy zardzewiałe. Może port. Albo sardynki suszone w słońcu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 lipca 2017 19:35
  • środa, 26 lipca 2017
    • Wiatr

      Mamo, przejdę się.

      Dokąd?

      Dookoła.

      Zawinięta ściśle w jasny ręcznik, jak w kokon, chuda śniada dziewczynka z kapiącymi strączkami włosów znikła zanim zdążyłam sie jej porządnie przyjrzeć. Zamiast niej, poobserwowałam więc jej dużo mniej ruchliwą matkę.

      Mój chłopak zasnął niespokojnie na słońcu. Jedna noga zgięta w kolanie, druga wyrzucona w wykopie na rozgrzaną gumę materaca, ręce wyciągnięte nad głową, oddycha rwanym, spazmatycznym rytmem pierwszej fazy snu, jego przepona drga, a pod powiekami rozbiegały mu się - jak tamta dziewczynka w ręczniku i inne włoskie dzieci na tej plaży - gałki oczne. Zamilkła cykada w gałęziach bezpośrednio nad nami, zastąpiła ją bardziej wypoczęta koleżanka na dalszym drzewie, w okolicy parterowego budynku przebieralni.

      W płytkiej wodzie, rozmigotanej punktami odbijającymi słońce, brodzą lokalne rodziny. Dzisiaj uczą się kąpać maleńkie dzieci. Przedwczoraj pomyliliśmy plaże i osiedliśmy na takiej dla psów. Dwójka wytatuowanych instruktorów w czarnych piankach łagodnie acz stanowczo zachęcała olbrzymie kudłate czworonogi jakiejś bardzo tutaj popularnej rasy do wskoczenia na powierzchnię małego chwiejnego kajaku. Wszystkimi niepewnymi łapami walczyły już o równowagę na chybotliwej łódeczce dwa skupione szczupłe owczarki. Sprawiały wrażenie dobrze wytresowanych profesjonalistów, przypominając gładkie białe kołnierzyki zza korporacyjnych biurek, nieomylne, dobrze naoliwione, spięte. Boję się ich. Jednych i drugich. Być może ukrywają przed samymi sobą ciśnienie wieloletniego napięcia, które kiedyś poskutkuje gwałtownym wybuchem. Za dużo dyscypliny. 

      Ach, te kudłate psy. Widziałam ich w okolicy przynajmniej cztery. Na parterze naszego domku mieszka jeden. Kiedy o siódmej piętnaście rano kościelne dzwony grają swoją barokową melodię, on popiskuje im do wtóru. Dokładnie jak mój pies, ale gabaryty tutejszego czarnego kudłacza, jego wielkie pudło rezonansowe, sprawiają że pisk zamienia się w tubalne wycie i budzi nas ta zbitka radosnego dzwonienia z gardłowym lamentem żałośliwym co rano.

      Dzisiaj maleńkie dzieci zanurzane są ostrożnie w przyjaznej letniej wodzie jeziora. Założę się, że podpływają do ich nóżek ciekawskie, nieustraszone rybki. Otaczają je omszałe góry. Są z nimi opiekuńczy ojcowie.

      Krajobraz dźwiękowy, oprócz cykad, tworzą przede wszystkim rozpluskane, piszczące dzieci i pełne wigoru okrzyki podrostków - oscylujące jeszcze w niekontrolowany sposób między chropowatą męskością a niepohamowanym cieniusieńkim entuzjazmem, który zdradza ich prawdziwy wiek. Podrostki noszą szorty i grają na bosaka w piłkę nożną. Piasek pod ich stopami, pod moimi pośladkami, jest ciężki, mokry, zimny, nieruchawy. Wyobrażam sobie, że między palcami, jak mnie, zbierają im się kłujące ziarenka, a skórę mają, jak ja, rozgrzaną aż szczypie. Dziewczynki, im starsze, tym cichsze. Przemykają między drzewami w kolorowych falbaniastych staniczkach. 

      Grzechotka.

      Gumowa piłka przez pomyłkę z całej siły kopnięta głucho w drzewo. Wiatr, a nad nami jedna, grożąca być może burzą, nabrzmiała czernią chmura.

      Mamroczący sam do siebie chłopiec, który chyba dodaje sobie otuchy szukając czegoś wśród mokrych śladów cudzych stóp. Za godzinę albo półtorej tą samą niewidzialną ścieżką przejdzie czterolatek w jaskrawoniebieskich majtkach, kiwając zamaszyście jaskrawoniebieskim wiaderkiem i rysując przed sobą patykiem w piachu drogę.

      Zawodzenie dziecka, takie bez przekonania, znużone, rozżalone, rozeźlone. Uspokajające równoważniki zdań jego znudzonej matki.

      Znów wiatr. Suche liście przetaczające się przez plażę. Szeleszczące kartki papieru i łopoczące parasole. Torebki foliowe radośnie, zygzakiem, uciekające właścicielom.

      Skrzypienie ołówka kreślącego litery w czarno-białych kratkach na kartce. Mój chłopak obudził się i rozwiązuje krzyżówkę Skrzypienie grafiti na papierze. Skrzypienie rozgniatanej ząbkami skórki czereśni. Skrzypienie mokrych stóp ocierających się o zmoczoną gumową powierzchnię klapków-japonek.

      Obok nas piękna kobieta karmi obfitą opaloną piersią, jak posąg bogini płodności, blade niemowlę. W tym samym miejscu kilka godzin temu niski Niemiec całował tuż nad nagim biustem dekolt swojej żony. 

      Za nami przejeżdża pociąg. Dzwoni zamykający się przejazd drogowy. Sygnał dźwiękowy pociągu niesie się wśród gór inaczej niż dwa pilne gwizdnięcia promu po tafli jeziora. Prom opływa jezioro trzy razy dziennie. Gdyby wydał dwa dłuższe gwizdnięcia, oznaczałyby one człowieka za burtą. 

      Piłka uderzająca o otwartą dłoń. Piłka odbita kością kolana.

      Liść.

      Wiatr. 

      Reprymenda matki, która każe synowi wolniej pić z puszki coca-colę. Inny chłopiec w jego wieku ustawia właśnie bramkę z patyków. Gra z nimi jedna dziewczyna, kopiąc, biegnąc, stając, jedząc łapczywie śmietankowego loda na patyku.

      Plusk. Ktoś skoczył prosto na pośladki do basenu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 26 lipca 2017 19:50
  • niedziela, 16 lipca 2017
    • Szarości

      Olśniło mnie na 1120 kilometrze autostrady rozciągającej się z północy na południe, olśniło mnie sztywną już od monotonii, katatoniczną z nudów, zaczęłam odpływać w wolne skojarzenia. Byliśmy w Niemczech, przejeżdżaliśmy właśnie przez Monachium. Przywitał nas biały, plastikowy kosz stadionu Bayern Munchen. A potem solidna ściana szkła i betonu, szare tunele i bure ekrany dźwiękoszczelne. Wieżowce i hale przemysłowe. Anonimowe okna, a za nimi dobrze pochowana tajemnica prywatności. Wokół nas błyszczały w słońcu powtarzalne mordki niemieckich maszyn - Audi, Opel, BMW i Mercedes - znów praktycznie srebrne, czarne, granatowe, żeby nie było widać zacieków. Olśniło mnie. Czytam właśnie wieczorami cienką książeczkę mojego ulubionego brytyjskiego artysty Graysona Perry o męskości i kobiecości. Grayson zna się na architekturze i projektowaniu przemysłowym, więc dużo pisze o tym, w jak ogromnym stopniu urbanistyka, architektura i dizajn odzwierciedlają dominację mężczyzn, męskiej perspektywy i męskich potrzeb - nie tylko wśród projektantów i budowniczych, ale przede wszystkim w mentalności naszych decydentów, urzędników i administratorów. Znacie te słynne badania, które uświadomiły zachodniemu światu, że większość kobiet pracujących w biurach permanentnie marznie, bo termostaty ustawione są na męską temperaturę optymalną, niższą niż damska? Okej, tyle już mniej więcej wiedziałam. Miasta takie jak Warszawa, miejsca takie jak Mordor, zbudowane są pod biurowców-kierowców i pod kątem szybkiego, bezbolesnego poruszania się, kosztem spacerów, rowerów, placyków, parczków i spotkań towarzyskich w przyjaznej, cichej atmosferze. Kosztem estetycznej różnorodności. To, czego nie wiedziałam, dopowiedział mi Grayson Perry. Chociaż hołubimy architektów takich jak Gaudi czy Hundertwasser, za ich organiczną, witalną, zmysłową kolorowość, przeważająca większość miejskich projektantów wybiera szarość, srebro, czerń, granat czy brąz. Wejdźcie do sklepu z męskimi ubraniami i zobaczycie tę samą gamę barw - z dodatkiem może khaki czy beżu. Perry opisuje kuszącą teorię, według której statystyczny mężczyzna, którego prehistoryczny odpowiednik polował, więc potrzebował widzieć świat monochromatycznie, pod kątem kontrastów i nagłych ruchów, dzisiaj też ma taki aparat wzroku - i też patrzy szarościami. Ta sama teoria stwierdza, że prymitywne kobiety - zbieraczki - musiały być wyczulone na czerwienie i fiolety jagód czy grzybów i wykształciły mocno zniuansowane widzenie. Wśród moich znajomych dziewczyny regularnie edukują chłopaków przy okazji urządzania mieszkań - między łososiowym, brzoskwiniowym i pomarańczowym jest różnica. Wśród panów zdarza się dużo więcej daltonistów, więc może coś jest na rzeczy. Ja wiem na pewno, że kiedy mknę szarym samochodem po szarym betonie wśród szarych ekranów i srebrnych anonimowych budynków tylko po to, żeby szarym garażem przejść do szarego lobby, a srebrną windą przejechać na resztę dnia do szarego biura z szarą wykładziną i stukać palcami w ciemnoszary komputer, coś w mojej duszy umiera. Przynajmniej na tapecie mam zdjęcie włoskiego jeziora Iseo, w którego stronę mkniemy właśnie trójpasmową szarą wstęgą wśród drzew.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 lipca 2017 22:19
  • sobota, 08 lipca 2017
    • Co mi daje siłę

      Momenty kiedy biegnę. Kiedy rozumiem, całym ciałem, naturę biegania, kiedy oddycham w najmądrzejszym wobec tego ruchu rytmie, kiedy uderzam stopami w twarde podłoże i moje stopy rozumieją czym ono jest i jak w nie uderzać. Momenty kiedy jestem bieganiem. Moje łokcie i klatka piersiowa, brzuch i biodra i uda i łydki synchronizują się ze światem w bieganiu. Czuję się wtedy mądra. I silniejsza niż zwykle.

      Miejska zieleń w Warszawie. Nie wiem, kto się nią zajmuje, czy to scentralizowany zespół w Ratuszu, czy pojedyncze osoby rozsypane po rozmaitych dzielnicach, ale widuję fioletowe tulipany zasadzone wzdłuż torów tramwajowych. Tu i ówdzie zaskakują i zachwycają kompozycje, w które ktoś włożył wrażliwość i czułość, przemyślane, wypieszczone, zupełnie nie jak reszta budzącej respekt, ale nie zawsze przyjaznej stolicy.

      Niedawno byłam w kościele. Przytłoczyło mnie moje życie, przestraszył ogrom samotności, nie dawałam sobie rady ze sobą, z innymi, ze światem. Poszłam na rower i rower mi trochę ulżył w tym ciężarze, bo kluczyłam po okolicznych osiedlach, wjeżdżając w miejsca dotąd nieznane. Zawsze ciekawość koiła mi lęk, więc ciekawa byłam zaułków i zakrętów, cudzych jeszcze przed chwilą, a w momencie ich odkrycia także odrobinę moich. Przejechałam obok kościoła. Kościół nie zachęcał. Był majestatyczny, pomnik instytucji raczej niż miejsce skupienia. Wydał mi się brzydki, architektonicznie niespójny, ale to już mnie nawet nie bolało tak bardzo w duszę, bo przypomniało mi się, że kościoły są ciche, że można w środku poczuć się kojąco, sycąco samemu, że tempo tam zwalnia do człowieczej biologicznej normy, że rozwydrzonej, rozwrzeszczanej, rozhisteryzowanej, rozpędzonej technologii się tam nie wpuszcza, więc po ludzku, analogowo można być. Że zostawiono w nich miejsce na rozpacz, zwątpienie i specyficzny rodzaj izolacji wśród podobnych emocji innych ludzi. Jest się i się nie jest oddzielnym. Że można w nich czuć się, bezkarnie, zwyczajnym, pogubionym, nieporadnym, że można nie wiedzieć co dalej tak bardzo, że oddech zapiera, i że po to właśnie je zbudowano. Więc pchnęłam jedne ciężkie drewniane drzwi, ale były zamknięte. Drugie pchnęłam, nie ruszyły się. Trzecie. Czwarte, ostatnie, małe z boku ustąpiły wreszcie i weszłam w zapach kadzidła i chłodną wilgoć. W kościołach całe wieki radości i cierpień rozstępują się, rozpływają w atmosferze, która robi na nie miejsce. Na zewnątrz kościoła pędzimy, ścigamy się, uprawiamy seks i robimy biznesy, konstruujemy sobie mozolnie ścieżkę kariery, przeżywamy przygody i zawody. Zaskoczyło mnie jak bardzo poczułam się na miejscu wśród śpiewanych jękliwie litanii, w twardej ławce, pod niebotycznym sufitem, jak bardzo ukoiło mnie proste siedzenie w tej przestrzeni. Zrozumiałam, że zaniedbałam coś, że trzeba mi tego było jak powietrza, jak wody, jakiegoś zrównoważenia dla nawykowej nadwyżki aktywności i wysiłku, napięcia i starania, dążenia i kochania. Potrzebowałam się rozpuścić w czymś większym niż ja. Mam nadzieję, że inni wierni, być może bardziej przywiązani do świec i zdrowasiek, mszy i księdza-przewodnika, wybaczą moją ateistyczną wizytę. Gdzieś na fundamentalnie ludzkim poziomie chodzi nam przecież wszystkim o dokładnie to samo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 08 lipca 2017 15:07
  • czwartek, 06 lipca 2017
    • Kac cukrowy

      Ja wiem, że sama sobie to zrobiłam, ale byłoby mi o wiele łatwiej trzymać się myśli, że to jednak świat. Świat mi to zrobił. Twarz mi drętwieje, nogi mam ciężkie, oczy mnie szczypią, głowa mnie boli, cały organizm się na mnie denerwuje, że tak wyśrubowałam tempo równocześnie spuszczając ze standardu dbania o siebie. Ostatni tydzień był festiwalem wszelkiej maści musów czekoladowych oraz spektakularnego niewyspania. Teraz nie mogę wchodzić do sklepów spożywczych, bo kiedy zobaczę batonik, to mnie odrzuca. Od-rzu-ca. Ale z drugiej strony co innego z takim stresem zrobić? Wszystkim w pracy zebrało się przedurlopowo na trzęsionkę roboczą, turbodoładowanie im się włączyło i nagle trzy osoby dziennie zleca mi trzy całkiem nowe projekty na cito, nikt się z nikim ani ze mną tym bardziej nie konsultując. Interesujące. Czyja to wina więc? Moja? Świata?

      Patrzę sobie wstecz na ostatnich piętnaście lat. Wahadło mojego światopoglądu przesadziło już w obie strony. Spróbowałam być narcystycznym, magicznym sprawcą, autorką nieograniczonego sukcesu. Spróbowałam też być bezwolną ofiarą, której zawsze ktoś coś robi, wynikiem okoliczności niesprzyjających i nieprzyjaznych warunków. Ani jedno, ani drugie nie sprawdziło się w pełni. Bycie ofiarą jest wdzięczne. Podobało mi się chyba bardziej niż nadodpowiedzialność i nieustające poczucie, że wszystko ode mnie zależy, więc wszystko jest też w razie porażki czy katastrofy moją własną i wyłączną winą. Podobało mi się zdjęcie z siebie ciężaru wyrzutów sumienia, porażki i wstydu. Że na pewno jakoś zawiniłam. Podobało mi się jasne przesunięcie w łańcuchu przyczyn i skutków ciężaru na zewnątrz. Zrozumienie, że podlegam wpływom i siłom, czy chcę, czy nie chcę. Że ludzie czasem wchodzą na głowę. Czasem krzywdzą. Czasem myślą tylko o sobie. Czasem w ogóle nie pomyślą.

      Teraz sobie kombinuję, że to raczej czasami nieszczęśliwy przypadek, a czasami cudza zła wola, czasami system, a czasami nieporozumienie, bywa, że moje niedopatrzenie czy zaniedbanie, bywa że moja nadgorliwość.

      A tymczasem uczę się, ciągle się uczę, nawigować w niekończącym się sztormie, znajdować wzorce w chaosie bodźców, ale nie przywiązywać się do nich nadto. Uczę się zakochiwać z pełnym zrozumieniem straty i bólu, której zalążek jest w każdym kochaniu. Uczę się rozczarowywać, zostawiać, porzucać, a jednocześnie zostawać, wytrzymywać, zachwycać.

      Być bezradną. Być zaradną.

      Być bez pomysłu. Być pomysłową.

      Być realistką. Być optymistką.

      Czuć nadzieję. Czuć beznadzieję i rozpacz.

      Kto by pomyślał, że nie umiałam dotąd naprawdę czuć żadnej z tych rzeczy. Że moje życie stanowiło znieczulenie albo ucieczkę, przeczekiwanie albo otorbianie się złudzeniami.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 lipca 2017 16:09

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl