Kucharka Zen

Wpisy

  • poniedziałek, 26 marca 2012
    • Pseudo-kutia

      kutia   śliwki

      Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Znów jakaś wrodzona przewrotność zamiast przygotowywać się na Wielkanoc, każe mi wracać do Gwiazdki, o zgrozo, traktując ją śniadaniowo. Bo przecież kutia to potrawa bożonarodzeniowa i kolacyjna raczej niż poranna. A ja ją wcinam w marcowe, prawie kwietniowe przedpołudnie. A może jednak prześwituje w tym wszystkim myśl o nadchodzącym świątecznym spotkaniu z rodziną? Mamy w końcu obie – ja i kutia - wschodnie korzenie. Kiedy nie chodziłam do szkoły w Warszawie, szalałam w domu dziadków na Lubelszczyźnie, nasiąkając nadwiślańskim krajobrazem, z jego lessami i glinami, rybnymi stawami i gęstym lasem, obserwując z okien sezonowe wizyty bocianów. Kiedy odwiedzam Podlasie albo Suwalszczyznę, czuję, że jestem w domu, rozpoznaję ten krajobraz jako swój własny, bliski jak żaden inny.

      Kutia, podobnie jak rodzina mojej mamy, pochodzi ze wschodu, chociaż ona do Warszawy wędrowała dłużej niż ja, bo nie z Lubelszczyzny, ale zza granicy, z Ukrainy, Białorusi i Litwy. Gdyby pojeździć po Polsce, poszukując gospodyń, które ją jeszcze regularnie przyrządzają, najwięcej kutii na świątecznych stołach znalazłoby się pewnie na Białostocczyźnie i na Dolnym Śląsku.

      Klasyczne składniki kutii to pszenica z makiem, miodem, orzechami i suszonymi owocami. W domach za naszą wschodnią granicą często przyrządza się jej odmiany – z pęczaku albo brązowego ryżu. Jeśli się jednak uprzemy przy pszenicy, okaże się, że, jesteśmy uprzywilejowani, bo możemy podjechać do sklepu ekologicznego i kupić pszenicę już obtłuczoną. Gdybyśmy mieszkali na dawnych Kresach, żeby przyrządzić to tradycyjne wigilijne danie, musielibyśmy wykonać najpierw ciężką, czasochłonną fizyczną pracę: zwilżyć otoczone twardą łuską ziarna, wsypać do płóciennego woreczka, a następnie mocno tłuc drewnianą pałką, co kilka minut wyjmując pszenicę i znów skrapiając ją zimną wodę. Dopiero po kwadransie albo dwóch bicia w lniany worek na przemian ze zwilżaniem, mielibyśmy gotowe do użycia ziarenka, które wystarczyłoby już tylko przepłukać i namoczyć żeby się łatwiej gotowały.

      kutia    kutia

      Tak więc dzięki sieciom ekologicznych sklepów nam przypada radość szybkiego kucharzenia. Możemy kutię potraktować umownie i do woli improwizować na bazie podstawowego przepisu. Próbować kasz i ryżów zamiast pszenicy. Tak jak ja mak zastąpić uprażonym kokosem. Z półki z bakaliami wybrać orzechy włoskie, laskowe, a może migdały. A potem tworzyć niepowtarzalne, autorskie kombinacje z rodzynkami, figami, kandyzowaną skórką pomarańczy, morelami, żurawinami, śliwkami, daktylami. Można nigdy nie zrobić dwóch identycznych wersji tego deseru. Moje dzisiejsze śniadanie (konsumowane wraz z aromatyczną orkiszową kawą) jest właśnie jedną z takich improwizowanych, robionych na poczekaniu, trochę naciąganych pseudo-kutii, ponieważ nie zawiera jej bazowego, tradycyjnego składnika, czyli maku (lenistwo...), ale dzięki temu szybciej się ją przygotowuje, a smakuje świetnie, bo bakalie ślicznie komponują się z miodem i pszenicą. Co ważne dla mnie, wielbicielki chrupania, importowane wiórki kokosowe i zupełnie nie-kresowe migdały, które również nie wchodziły w skład oryginalnych przepisów, chrupią wprost rozkosznie.

      Potrzebujemy: pół szklanki namoczonej na noc i ugotowanej do miękkości pszenicy, dwie łyżki płynnego miodu, po dwie łyżki suszonych śliwek i moreli (w razie potrzeby namoczonych, żeby zmiękły), po sporej garści wiórków kokosowych i kruszonych migdałów (uprażonych do lekkiego zbrązowienia na suchej patelni).

      Suszone owoce kroimy dość drobno, mieszamy z pszenicą, orzechami i wiórkami, dodajemy miód i wstawiamy na godzinkę-dwie do lodówki, żeby smaki zeszły się w całość.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 marca 2012 10:14
  • niedziela, 25 marca 2012
    • Pean na cześć młodej kapusty

      liść kapusty  młoda kapusta

      Bardzo łatwo można by udać, że kapusta nie istnieje. Paradoksalnie zapominamy o niej czasem właśnie dlatego, że to wszechobecne i wszechstronne warzywo, które w polskim jadłospisie jest powszednie i oczywiste. Poszatkowana kapusta pływa w kapuśniaku, zblanszowana i pokryta pomidorowym sosem otula nadzienie w gołąbkach, długo duszona smakuje słodko-kwaśno w bigosie, zeswatana z grzybami może być farszem pierogów, krokietów i naleśników. Świeża towarzyszy głównym daniom jako dodatek, kwaszona to ponoć najzdrowsza, najmakrobiotyczniejsza rzecz na świecie, a bez zasmażanej schabowy nie byłby schabowym. Z jakiegoś powodu surówka kapustna przyjęła się też jako stały element różnych międzynarodowych dań w wersji szybkiej i ulicznej. Podaje się ją z kebabem i z wietnamczykiem, w amerykańskich barach nazywa się ją pieszczotliwie colesławem, jest stałą pozycją menu w stołówkach i barach mlecznych, a ostatnio jadłam ją nawet do hinduskiej kolacji na wynos (chociaż nigdy nie kojarzyła mi się szczególnie z Indiami).

      Mam więc postulat na niedzielę. Mimo jej spowszednienia, a może właśnie dlatego, że tak dobrze nam na co dzień służy, zachwyćmy się kapustą. Pod koniec tygodnia, w dniu odpoczynku, refleksji i wdzięczności za oczywiste drobiazgi, doceńmy coś, czego w codziennym biegu nie zauważamy. Ten mój apel brzmi odrobinę jak homilia, ale trudno. Niech kapusta przypomni nam o nieco powolniejszym, bardziej refleksyjnym, analogowym życiu. Jeśli nie ona, to kto?

      Dzisiejsze danie to wegańska jednogarnkowa potrawa - kapusta z pszenicą i tofu, idealna przesileniowa mieszanka, w której ostatki z zimowej spiżarni zestawiamy z nowo przybyłymi, świeżymi oznakami wiosny. Na straganach pojawiają się pierwsze młode kapustki, zielone, chrupiące, pełne witaminy A i C, siarki, fosforu, potasu i innych pierwiastków. Według moich mądrych książek, siarka wpływa na zdrowie kości, skóry i zębów (rzecz w sam raz na tę porę roku, kiedy zrzucamy czapki, szaliki i ciężkie płaszcze, odsłaniając coraz więcej i pozwalając swojemu ciału swobodnie oddychać). Witamina C poprawia humor (jej niedobór objawia się między innymi spadkiem nastroju). Jest też przeciwutleniaczem, czyli wzmacnia układ odpornościowy i pomaga zwalczać infekcje. Z własnego doświadczenia wiem, że kapusta działa dobrze na jelita, żołądek i wątrobę. Kiedy szwankowało mi trawienie, codziennie piłam świeżo wyciskany sok z młodej kapusty. Po początkowym szoku (sok? kapusta?) i kilku dniach oswajania się z nowym smakiem, sok zaczęłam nawet lubić. Nie mówiąc o tym, że rzeczywiście skutecznie złagodził moje żołądkowe kłopoty i pozwolił zapomnieć o permanentnym zmęczeniu. Niedawno rozmawiałam ze znajomą, która po kontuzji kolana robiła sobie w problematycznym miejscu kapustne okłady (ludowa mądrość poleca taką terapię na wszelkie skórne problemy, na bóle, na gojenie ran i na reumatyzm). Podobno kapusta potrafi jeszcze jedną, dość zaskakującą, graniczącą z magią rzecz. Reguluje temperaturę ciała, w zależności od potrzeby albo ją podnosząc, albo obniżając. Sprytnie? No i jak tu się nie zachwycić?

      marchew i ziemniaki  marchew i ziemniaki

      Co będzie potrzebne:

      Pół szklanki ziarna pszenicy, średnia cebula, dwa ząbki czosnku, pół młodej kapustki, trzy spore ziemniaki, duża marchew, wędzone tofu dla chętnych, puszka pomidorów pelati, dwie łyżeczki mielonej kolendry, łyżka majeranku, łyżeczka miodu, sól, pieprz.

      Do dzieła:

      Zawsze się irytuję, kiedy znajdę ciekawy przepis i mam go ochotę natychmiast wypróbować, a tu nagle trafiam na informację, że jeden ze składników trzeba wymoczyć albo zamarynować w przeddzień gotowania. Niestety, tym razem to ja funduję wam taką niespodziankę, bo ziarno pszenicy powinno sobie poleżeć w wodzie zanim będzie można je zjeść. Powinno, chociaż nie musi, wtedy gotowanie po prostu potrwa dłużej.

      Moczymy więc pszenicę, przynajmniej przez parę godzin, a najlepiej na noc, po czym gotujemy ją do miękkości, odcedzając kiedy będzie gotowa. Możemy część już ugotowanej pszenicy odłożyć na deser, bo jest przepyszna z miodem, orzechami i suszonymi owocami (obiecuję zamieścić przepis na taką szybką pseudo-kutię już niedługo).

      Kiedy pszenica się gotuje, podsmażamy krążki cebuli i posiekany drobno czosnek na oliwie aż się lekko zrumienią, dosypując pod koniec smażenia mieloną kolendrę. Dorzucamy do rondelka pokrojone w kostkę ziemniaki i smażymy dopóki nie zaczną mięknąć, a my nie poczujemy charakterystycznego, słodkawego zapachu frytek. Dodajemy pokrojoną w kostkę marchew i znów przez chwilę podsmażamy. Wrzucamy poszatkowaną młodą kapustę i tofu (pokrojone w kostkę). Smażymy, mieszając, dopóki kapusta nie zacznie robić się przezroczysta. Dodajemy puszkę pomidorów, majeranek i miód. Przykrywamy garnek i dusimy aż wszystkie warzywa zmiękną, a ich smaki się porządnie przemieszają. Dosypujemy ugotowaną pszenicę i dobrze mieszamy całą potrawę. Solimy, pieprzymy, podajemy.

      kapusta z pszenicą  kapusta z pszenicą

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 marca 2012 12:51
  • sobota, 24 marca 2012
    • Tapioka wiśniowo-czekoladowa

      czekoladowa tapioka    czekoladowa tapioka 2    czekoladowa tapioka 3

      Pomyślałam wczoraj o czymś słodkim dla wszystkich potrzebujących osłody (chociaż na dworze jest przecież lazurowo, słonecznie, spacerowo, więc na dobry humor wystarczy pewnie rzut oka przez okno), stąd dzisiaj druga odsłona leguminy z tapioki. Tym razem w wersji czekoladowej i wiśniowej, trzypiętrowej, zaskakującej kolejnymi warstwami o różnej fakturze.

      Najpierw budyń z tapioki:

      Zagotuj w rondelku pół litra wody. Do gotującej się wody stopniowo wsypuj, przez cały czas mieszając, około 80 gramów grysiku z tapioki. Nauczyłam się, że trzeba go dodawać stopniowo i że nie można przestać mieszać w najskuteczniejszy z możliwych sposobów, czyli popełniając błąd. Kiedy pierwszy raz przyrządzałam budyń tapiokowy, całą porcję grysiku wsypałam do wrzątku na raz i stanęłam nad garnkiem, nie wiedząc co dalej. Bardzo szybko okazało się, że grysik skleił się w jeden lepki, gumowy twór i trzeba go było pracowicie i długo rozdrabniać. Nie polecam. Wrzuć więc powoli grysik do wody i gotuj przez około pięć minut, nie przestając mieszać. Po pięciu minutach, dosyp łyżkę cukru trzcinowego i dolej pół puszki mleka kokosowego. Dodaj też półtorej łyżki dobrej jakości kakao. Gotuj (mieszając, mieszając) przez kolejne pięć minut, dopóki grysik nie zrobi się przezroczysty, a legumina gęsta.

      Potem sos czekoladowy:

      Do małego rondelka wrzuć pół tabliczki dobrej, gorzkiej czekolady, połamanej na kostki, razem z dwiema łyżkami mleka kokosowego. Podgrzewaj, mieszając drewnianą łyżką, dopóki czekolada się nie rozpuści i nie uzyskasz apetycznego sosu.

      Na koniec część artystyczna:

      W szklankach, przezroczystych miseczkach albo pucharkach ułóż na dnie warstwę konfitury wiśniowej albo wiśni w syropie. Ważne, żeby wiśnie były w całości. Warto też sprawdzić, czy osobie, które je drylowała nie omsknęła się ręka i czy nie zostawiła gdzieś pestki. Chyba że chcesz powtórzyć mój los i zaryzykować utratę uzębienia na takiej małej "niespodziance" :) Na wiśniach ułóż warstwę budyniu, a na budyniu rozsmaruj sos czekoladowy. Na koniec posyp deser płatkami prażonych na sucho migdałów albo prażonymi wiórkami kokosowymi. To oczywiście tylko propozycja, bo możesz ten deser serwować na różne sposoby, bawiąc się nim według własnej fantazji, na przykład układając więcej cieńszych warstw albo dodając migdały czy wiórki do środka, jako chrupiącą wstawkę.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 24 marca 2012 13:14
  • piątek, 23 marca 2012
    • (wielkanocne?) jajo ze stekiem

      pomidorki cherry  stek z brukselką

      Byłam dziś przez chwilę w kiosku, gdzie już królują zajączki, baranki, babki, bazie, pisanki i mazurki. Wszystko w pastelowych, żółtawo-seledynowych odcieniach, gdzieniegdzie okraszonych odrobiną pudrowego różu. Nie da się ukryć, wiosenne święta zbliżają się wielkimi krokami. Znów będzie trzeba kroić sałatkę jarzynową. Zanim się tak jednak stanie, dla wszystkich spragnionych Wielkiej Nocy publikuję dzisiaj odrobinę przewrotny przepis na jajka. Ani on bowiem postny, ani nawet szczególnie staropolski, nie jest też w żaden sposób związany z wiosną, ale za to świetnie nadaje się na weekendowe późne śniadanie i powinien naprawdę zasmakować głodnym mięsożercom.

      Dostałam ostatnio na prezent tackę świeżutkich, soczystych steków wołowych, które zamarynowałam w cytrynie i usmażyłam na grillu (artykuły spożywcze to świetny pomysł na podarunek, trudno się z nich nie ucieszyć i trudno ich nie wykorzystać). Bardzo rzadko jem wołowinę, a tu nagle nagotowałam steków na trzy obiady, z brukselką na parze i pomidorową sałatką. Dzisiaj nadszedł dzień trzeci i już nie bardzo miałam ochotę na identyczne jak wczoraj i przedwczoraj obiadowe menu, więc wymyśliłam, że zamiast obiadu zjem po południu śniadanie. Takie trochę męskie, trochę anglosaskie, jajko sadzone na podsmażonej kosteczce z cebulki, z pokrojonym w paski stekiem, kawałkami brukselki i sparzonymi, obranymi ze skórki pomidorkami cherry. Posypałam świeżo mielonym kolorowym pieprzem, skropiłam obficie moim ulubionym ostrym sosem tabasco i zjadłam prosto z patelni. Gdybym miała w domu sos Worcester, pewnie to nim doprawiłabym swoje dzisiejsze jaja, bo pasuje idealnie i do steku i do sadzonego. Polecam takie śniadanie imprezowiczom nazajutrz po zabawie, bo jest pożywne, apetyczne, ale nie za ciężkie i udając, że jest jajem z mięsem, przemyca do śniadania trochę zdrowych warzyw. Wiem jak to brzmi, ale miałam kiedyś w domu zatwardziałego mięsożercę, który odmawiał spożycia czegokolwiek zielonego, twierdząc, że nie jest krową ani królikiem i myślę, że gdybyśmy nadal mieszkali razem, dziś już wiedziałabym jak go (wyłącznie w jego własnym zdrowotnym interesie) oszukać.

      jajo ze stekiem

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 23 marca 2012 17:30
    • Zielona quiszka z tuńczykiem

      zielona tarta

      Dopiero południe, a ja już zdążyłam się nauczyć czegoś zupełnie nowego. Kapelusze z głów dla nieprzejrzanych rzesz anonimowych współautorów Wikipedii, którzy tworzą zupełnie darmowe społeczne dzieło na niespotykaną globalną skalę, ku podbudowaniu naszej kolektywnej wiedzy. Wikipedia to jedna z moich najukochańszych inicjatyw internetowych. Pomimo jej rozmaitych niedoskonałości uważam ją jednak za wspaniale użyteczną i w ostatecznym rozrachunku dobrą rzecz. Na mojej liście internetowych perełek znajduje się jeszcze Project Guttenberg – czyli bezpłatnie udostępnione nam wszystkim największe dzieła światowej literatury, które użytkownik może sobie po prostu przeczytać na swoim komputerze. Jest TED, czyli zbiór sfilmowanych wystąpień ciekawych, pełnych pasji, inspirujących ludzi z całej planety (mam taką niedzielną tradycję, że po śniadaniu, z kubkiem kawy i ciastkiem, funduję sobie najciekawsze filmiki tygodnia, śmiejąc się, wzruszając, a przy okazji ucząc się czegoś nowego na temat neurobiologii, ekologii, inżynierii albo fotografii). I na koniec mojego zestawienia internetowych skarbów - uroczy projekt LibriVox, czyli rodzaj bazy audiobooków, gdzie znów można znaleźć literackie arcydzieła, ale tym razem w formie plików mp3, czytanych przez ochotników z całego angielskojęzycznego świata. Kiedyś spędziłam tydzień słuchając ściągniętej z LibriVox "Dumy i uprzedzenia" Jane Austen w czasie swoich codziennych spacerów z psem. Każdy spacer pozwalał na wysłuchanie jednego rozdziału, czytanego przez zupełnie innego zupełnie zwykłego człowieka. Amerykańską gospodynię domową, Australijczyka, który zacinał się na angielskich nazwiskach i nazwach geograficznych, delikatną młodą osobę o nienagannym królewskim akcencie. Niektórzy lektorzy irytowali mnie, inni bawili, a pozostali po prostu zachwycali. Jeśli jeszcze nie mieliście styczności ze stroną TED, Projektem Guttenberg albo LibriVox, a chcecie za darmo podszlifować swój angielski, gorąco je wszystkie polecam.

      cebula    brokuł

      Ale wracajmy do naszej quiche, czyli tarty z warzywno-jajecznym nadzieniem. Oto co polska wersja Wikipedii ma do powiedzenia o tartach:

      "Tarta (fr. tarte) – rodzaj wypieku, składającego się z kruchego, drożdżowego albo francuskiego ciasta i nadzienia, które może być zarówno słodkie (np. z owocami), jak i słone (np. z warzywami, grzybami). Tarta jest jedną z najpopularniejszych potraw kuchni francuskiej."

      Jeszcze dziś rano nie przyszłoby mi do głowy, że można upiec tartę z drożdżowego ciasta. A przecież drożdżowe ciasto pozwala na zupełnie nowe smakowe kombinacje, nie mówiąc o tym, że zmienia konsystencję całego dania, wywracając do góry nogami dotychczasowe doświadczenia jedzenia tarty, która nagle przestaje chrupać, robiąc się w zamian mięciutka i sympatyczna, kusząc niespodziewaną drożdżowością. A to przecież dopiero początek mojej dzisiejszej nauki kulinariów. Wróćmy do Wikipedii:

      "Istnieją trzy metody pieczenia tarty:

      • równocześnie surowego ciasta z wyłożonym na niego nadzieniem,
      • najpierw samego ciasta, a potem już upieczone napełnia się nadzieniem,
      • najpierw samego ciasta (często z wyłożoną suchą fasolą, która zapobiega rośnięciu ciasta), a dopiero pod koniec pieczenia wykłada się nadzienie."

      Ileż to otwiera nowych możliwości! Efektowne, ciepłe lub zimne przystawki na przyjęcia, komfortowo proste, lekkie warzywno-śmietankowe obiady podane z sałatką, a może rozpływające się w ustach owocowe desery na piknik, w najpłodniejszym sezonie wysypu śliwek, wiśni, jabłek, rabarbaru?

      W zakładce "Ciasta i ciastka" mojego bloga możecie znaleźć dwa przepisy na podstawową kruchą bazę dla waszej tarty (tradycyjną i bezglutenową). Żeby na obiad móc zaserwować quiche, wystarczy taką bazę upiec, i napełnić nadzieniem, a potem znów włożyć do piekarnika, zapiekając dopóki nadzienie nie zetnie się i nie zarumieni (to trzecia z wymienionych w Wikipedii metod produkcji tart). I gotowe.

      tuńczyk 

      Składniki tuńczykowo-szpinakowo-brokułowego nadzienia:

      Cebula, czosnek, puszka tuńczyka, cukinia, pęczek szpinaku, brokuły, opakowanie śmietanki 12% albo 18%, jajko, musztarda, parmezan, sól, pieprz.

      Jak to upiec:

      Najpierw pieczemy bazę z kruchego ciasta, według przepisu. Po wyjęciu ciasta obniżamy temperaturę piekarnika do 150 stopni. W międzyczasie blanszujemy brokuły, wrzucając je na minutę do gotującej się wody. Równocześnie podsmażamy na oliwie krążki cebuli z czosnkiem, dodając cukinię kiedy tylko się zeszklą. Na koniec smażenia dorzucamy umyty szpinak i dusimy dopóki nie zwinie się, a jego soki nie odparują. Brokuły i podduszone pozostałe warzywa odstawiamy do ostygnięcia. W misce rozbijamy widelcem śmietankę i jajko. Dorzucamy puszkę rozdrobnionego tuńczyka, czubatą łyżkę parmezanu, łyżkę musztardy, dużo pieprzu i sól do smaku. Ostudzone warzywa wykładamy na upieczoną bazę z kruchego ciasta. Zalewamy śmietanką z jajkiem i wkładamy do piekarnika, zapiekając dopóki nadzienie nie zarumieni się lekko (tak na oko, od 10 do 20 minut).

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zielona quiszka z tuńczykiem”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 23 marca 2012 13:09
  • środa, 21 marca 2012
    • Ludowa zielono-brązowa

      soczewica ryż ogórki   cytryna z pietruszką   rzodkiewka

      Zielono-brązowa sałatka odzwierciedla kolory wczesnej wiosny. Może warto uczcić tę niezbyt popularną porę roku. Dla mnie to pora budzenia się, odżywania, oczyszczania, nabierania sił, powolnego, stopniowego przypominania sobie małych przyjemności. Same dobre rzeczy. Zaliczyłam ostatnio kilka wycieczek rowerowych po okolicznych parkach, gdzie na razie trudno się doszukać oznak rozkwitu. Tu i ówdzie nieśmiało wychylają łebki jakieś bazie. Maleńkie, prawie niewidoczne, ciasno zwinięte pąki dojrzałam dopiero po dłuższym czasie bacznej obserwacji na nielicznych gałęziach. Jest raczej brunatno, ziemiście, błotniście. Czyli barwy przedwiośnia. A zarazem barwy mojej dzisiejszej kolacji – brązowego ryżu z zieloną soczewicą, ogórkiem kwaszonym i kilkoma chrupiącymi dodatkami, żeby było ciekawiej. Lubię kiedy chrupie.

      Lista zakupów:

      Brązowy ryż, zielona soczewica (mniej więcej po dwie-trzecie szklanki każdego), pół cebuli, pół pęczka rzodkiewek, kilka ogórków kwaszonych, kilka gałązek natki pietruszki, wędzony oscypek albo inny ser (jeśli lubisz i jeśli jesz nabiał), oliwa, musztarda, sok wyciśnięty z połowy cytryny, odrobina miodu, pieprz i sól, ewentualnie majonez.

       oscypek  sałatka z soczewicy

      Jak przyrządzić sałatkę:

      Jako leniwa gospodyni, zakupiłam w sklepie świetną wprost rzecz, czyli gotową mieszankę brązowego ryżu i soczewicy, w wygodnych saszetkach do gotowania. Ugotowałam dwie torebki tej mieszanki. Jeśli twój sklep nie sprzedaje takich wynalazków, nic straconego. Wystarczy, że weźmiesz równe ilości obu produktów (trochę więcej niż pół szklanki każdego z nich) i wrzucisz je do wrzącej wody, na mniej więcej pół godziny, gotując dopóki nie zmiękną, soląc na sam koniec. Cebulę, rzodkiewki i ogórki w międzyczasie pokrój w kostkę (cebulę drobniutko). Natkę posiekaj. Jeśli możesz i lubisz jeść sery, zetrzyj na tarce trochę wędzonego oscypka, żeby (jak to tylko oscypek potrafi) charakterystycznie skrzypiał w sałatce między zębami. Kiedy ryż i soczewica będą gotowe, odcedź je i pozwól im odrobinę ostygnąć. Następnie wymieszaj wszystkie składniki i polej sosem. Ja zrobiłam go z dwóch łyżek oliwy, soku z połowy cytryny, pół łyżeczki miodu, bardzo czubatej łyżeczki musztardy i łyżki majonezu. Na koniec wystarczy doprawić do smaku, zostawić na parę godzin do przemacerowania i pomyśleć o nieuchronnie nadciągającej wiośnie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 21 marca 2012 19:10
    • Oko proroka (czyli tapioka)

      owoce leśne   tapioka   legumina

      Tapioka? Jeszcze do niedawna nie wiedziałam o niej zupełnie nic. Kojarzyła mi się rozkosznie staroświecko, z leguminą, szlafmycą, monoklem, bicyklem i kandelabrem. Z gromadką rumianych dziatek w pasiastych pidżamach, przy ciepłym świetle świecy dokarmianych czymś białym, miękkim i słodkim. Dzisiaj trafiłam w sklepie ekologicznym na opakowanie grysiku z tapioki (grysik, kolejne piękne słowo), więc postanowiłam go skosztować. Ale zanim uraczę was przepisem na bardzo udaną leguminę, przeczytajcie, proszę, dwie historie, które przypomniał mi jej smak:

      Historia pierwsza. Oko proroka.

      Kiedy byłam mała, a w sklepach bywało, że nic nie bywało, nie miałam o pustych półkach zielonego pojęcia, bo moja bohaterska matka zdobywała jakimś cudem co tylko się dało i wyczarowywała z tych zupełnie przypadkowych ingrediencji różne międzynarodowe niesamowitości. Oprócz rosołu, gołąbków i bigosu jadałyśmy więc z siostrą pizzę (ciasto drożdżowe z koncentratem pomidorowym, serem żółtym i tym, co akurat nawinęło się pod rękę), risotto (do dziś pamiętam smak ryżu zapiekanego z groszkiem i stopionym Edamskim), bardziej lub mniej udane wersje domowych lodów, oraz przedziwne wynalazki pod równie niespotykanymi nazwami – chociażby Kieszeń Biskupa albo na przykład Oko Proroka. Moja dzisiejsza legumina przypomniała mi właśnie to ostatnie danie, a właściwie deser. Oko Proroka widziane z góry wyglądało jak... oko i było autorskim pomysłem mamy, która z braku innych opcji dostępnych w osiedlowym spożywczym przyrządziła coś w rodzaju mlecznej galaretki z kleksem dżemu na środku. Nigdy tego nie zapomnę. I nie przebiję Oka Proroka moją tapioką, ale mogę dzięki niej przywołać pełne czułości wspomnienie i chociaż przez moment spróbować zrozumieć, ile codziennego, często niezauważonego, ale przecież niewątpliwego heroizmu składa się na wychowanie dzieci w niesprzyjających warunkach i niezbyt przyjaznym świecie.

      Historia druga. Tapioka.

      Nie przyszłoby mi dzisiaj nawet do głowy kupić grysiku z tapioki, gdybym parę lat temu nie obejrzała komedii romantycznej o pewnej pani z korporacji, którą zesłano z wielkiego miasta do niewielkiej mieściny w bardzo zimnym zakątku Minnesoty. W lekkim płaszczyku i za wysokich szpilkach, szczękając zębami i w duchu przeklinając swoich szefów, bohaterka poucza i strofuje miejscowych (o dziwacznym akcencie, przestarzałych fryzurach i ekscentrycznych zwyczajach), dopóki nie zda sobie sprawy, że owi miejscowi wiedzą o życiu i relacjach międzyludzkich dużo więcej niż jest gotowa przyznać. Nieoficjalną drugoplanową postacią jest w tym filmie popularny w USA pudding z tapioki, lokalny specjał, który namiesza w całej historii straszliwie, ale i doprowadzi do nieuniknionego happy endu. Deser ten je się przy każdej istotnej okazji, na święta, na pocieszenie, na zgodę i przeprosiny, na dobranoc i na do widzenia. Tapioka jest więc czymś więcej niż tylko słodyczą, jest społeczną instytucją, trochę jak herbata w Wielkiej Brytanii, wokół której ludzie kłócą się, godzą, nawiązują przyjaźnie i sojusze, kochają i rozstają. Trudno więc, żeby mnie taka poważna kulinarna instytucja nie zafascynowała i nie zainspirowała do eksperymentów.

      Z etykiety na opakowaniu grysiku z tapioki wyczytałam, że wytwarza się go ze skrobi z manioku, rośliny pochodzącej z Ameryki Południowej, a dziś uprawianej też w Afryce i Azji. Mąka z tapioki działa zagęszczająco, stąd jej wykorzystanie w sosach i deserach. I jeszcze jedna ciekawostka, na Tajwanie pije się tak zwaną pearl milk tea albo bubble tea, czyli mieszankę herbaty, mleka i soku owocowego, w której pływają charakterystyczne gumowate perełki, czyli bąbelki z tapioki. I takie właśnie bąbelki wypełniają mój przepyszny, leciutki, bezglutenowy, bezlaktozowy deser.

      Przepis na leguminę dla trzech głodnych albo czterech mniej głodnych osób:

      Doprowadzić do wrzenia pół litra wody. Do gotującej się wody stopniowo wsypywać, przez cały czas mieszając, około 80-90 gramów grysiku z tapioki. Gotować około pięć minut, nie przestając mieszać. Dolać pół puszki mleka kokosowego i dorzucić łyżkę albo półtorej miodu. Gotować kolejne pięć minut, dopóki grysik nie zrobi się przezroczysty, a legumina gęsta. Podawać z garścią płatków migdałowych, uprażonych na suchej patelni i z łyżeczką słodko-kwaśnej konfitury do każdej porcji.

      Słodko-kwaśna konfitura z leśnych owoców:

      Miseczkę leśnych owoców wrzucić do rondelka razem z łyżką miodu i łyżeczką świeżo startego imbiru. Gotować, od czasu do czasu mieszając, do momentu, kiedy z owoców odparuje sok, a same owoce zgęstnieją do konsystencji konfitury. Można taką konfiturę serwować z budyniem, leguminą, jogurtem albo z chlebem posmarowanym od serca masłem.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 21 marca 2012 18:43
  • poniedziałek, 19 marca 2012
    • Szlachetna prostota na kolację

      kalafior  pomidor i oliwki

      Pół małego, ugotowanego na parze kalafiora. Duży pomidor, pokrojony na plastry. Czarne oliwki. Twaróg. Oliwa z oliwek. Pieprz. Sól.

      prosta kolacja  prosta kolacja

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 marca 2012 16:21
    • Cukiniowo-pieczarkowy sos z kaparami

      cukinia  pieczarki

      Z wczorajszego obiadu zostało mi kilka naleśników gryczanych, więc dogotowałam sobie do nich taki lekki, wczesnowiosenny sos. Smaczny również z kaszą albo pełnoziarnistym spaghetti, przybrany posiekaną dymką albo natką pietruszki. Mam niewyjaśnioną słabość do wszechstronnej cukinii. To optymistyczne kremowo-zielone warzywo można podać prawie ze wszystkim i prawie do wszystkiego. Starte na tarce jako surówkę, grilowane z innymi jarzynami i humusem, gotowane na parze jako dodatek do głównych dań. Zauważyliście, że cukinia jest kosmopolitką? Od Hiszpanii aż po Bliski Wschód je się ją na setki sposobów, włącznie z jej kwiatami, które – smażone w głębokim tłuszczu na chrupko – to delicja we Włoszech. Smakuje w sosach do makaronów i na pizzy. A w Azji pojawia się smażona w woku albo gotowana w tajskiej zupie. Polecam ją nerwusom, bo zawiera potas, który obniża ciśnienie. Świetnie sprawdzi się teraz, na przedwiośniu, jako element diety usuwającej z organizmu toksyny – nie tylko jest niskokaloryczna, ale też działa oczyszczająco.

      cukinia i grzyby    por    cukinia z grzybami

      Lista sprawunków:

      Mały por, ząbek czosnku, 5-6 średnich pieczarek, nieduża cukinia, sos sojowy, musztarda, słoiczek kaparów, śmietana (ja akurat miałam w domu wegańską śmietankę, która równie dobrze tu będzie pasować), ewentualnie natka pietruszki do posypania.

      Jak to się robi:

      Białą część pora pokroiłam na pół-talarki. Razem z rozgniecionym sporym ząbkiem czosnku zeszkliłam go na oliwie z oliwek. Dorzuciłam pokrojone w małe słupki pieczarki i cukinię. Dolałam łyżeczkę sosu sojowego i pozwoliłam całej tej mieszance lekko się poddusić. Kiedy soki, które wypuściły pieczarki, zaczęły wyparowywać, dodałam jeszcze łyżeczkę musztardy i garść posiekanych na maleńkie kawałki kaparów (można też użyć gotowej pasty z kaparów, sprzedawanej w niektórych sklepach w bardzo wygodnej tubce). Pod koniec gotowania dolałam około pół szklanki śmietanki, którą zagrzałam, ale nie pozwoliłam jej się zagotować. Dosypałam sporo pieprzu i odrobinę morskiej soli. I już.

      sos cukiniowo-grzybowy

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Cukiniowo-pieczarkowy sos z kaparami”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 marca 2012 16:13
  • niedziela, 18 marca 2012
    • Bananowo-czekoladowe babeczki

       czekolada i banany  banany czekolada cukier

      To jeden z moich ulubionych przepisów, bardzo nielicznych przepisów, z których korzystam raz po raz, i to regularnie. To nieco zmodyfikowana wersja przepysznych wegańskich muffinów z apetycznej angielskiej książki kucharskiej "Less meat, more veg" (Mniej mięsa, więcej warzyw) Rachel de Thample. Kiedy kurier doręczył mi przesyłkę z tą książką, kiedy ją odpakowałam i zaczęłam przeglądać, ucieszyłam się ogromnie. Przerzucałam stronę za stroną, a wyobraźnia podsuwałam mi kolejne obrazy radosnego kucharzenia, które dzięki tym przepisom czekały mnie już niedługo. Miałam w ręku jedną z tych rzadkich książek, pisanych przez ludzi z krwi i kości, pracujące żony i matki, które, w pełni rozumiejąc życiowe realia, czasem gotują "na skróty", znają dziesiątki sprytnych sztuczek skracających czas pracy i ułatwiających robotę, a już na pewno nie przyszłoby im do głowy ganiać po pięciu różnych sklepach żeby skompletować składniki do jednego wymyślnego, wykwintnego dania. Uwielbiam wyrafinowane dania, ale nie zawsze jestem w stanie – chociażby ze względów finansowych, czasowych albo technicznych – sama je tworzyć. Ostatnio (żartem, żartem) zaproponowałam zaprzyjaźnionemu kucharzowi z sąsiedzkiej knajpy żeby przychodził popołudniami do mojego mieszkania i pichcił mi coś luksusowego na kolację. Uśmiechnął się tylko i podał mi swoją stawkę godzinową.

      Zostaję więc przy samoobsłudze i sama piekę codzienne, wykonalne wersje eleganckich potraw. Babeczki z tego przepisu są proste w przyrządzeniu i nie zabierają dużo czasu. To odrobina luksusu na deser. Nagroda za wytężoną całodniową pracę. Albo weekendowa niespodzianka dla rodziny. Z tej samej ilości składników można upiec fantastyczny śniadaniowy bananowy chleb (do przepisu dorzuca się tylko dodatkowego, trzeciego banana).

      foremki    muffiny    muffin bananowy

      Składniki:

      Dwa dojrzałe banany, cukier trzcinowy i/lub miód, puszka mleka kokosowego, mąka pszenna albo orkiszowa (sprawdza się też wersja graham), soda oczyszczona, sól, cynamon, imbir, tabliczka dobrej ciemnej czekolady, ewentualnie orzechy włoskie.

      Instrukcje:

      Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Widelcem rozgnieć dwa (trzy) banany na papkę i wrzuć do dużej miski. Dodaj 80 gramów cukru i/albo miodu plus 225 gramów mleka kokosowego (niecałą puszkę, reszta mleczka może posłużyć do zabielenia jarzynowej zupy albo sosu curry). Wymieszaj. Przesiej do miski dwie szklanki mąki, dodaj pół łyżeczki sody, szczyptę soli i przyprawy korzenne (po pół łyżeczki cynamonu i imbiru). Jak to zwykle bywa, świeże przyprawy są lepsze niż te sproszkowane z torebki, więc warto zainwestować w korzeń świeżego imbiru i zetrzeć go tuż przed pieczeniem. Wymieszaj. Dodaj garść rozdrobnionych orzechów, jeśli masz ochotę, żeby coś w babeczkach chrupało. A teraz moja ulubiona część całego procesu. Ten etap sprawia mi szczególną przyjemność jeśli jestem choć trochę sfrustrowana, podirytowana albo naprawdę rozeźlona. Weź tabliczkę czekolady i, jeśli masz, drewniany tłuczek z okrągłą główką. Sprawdzi się również drewniana łyżka. Połóż czekoladę na mocnej, twardej powierzchni i z całej siły bij w nią tłuczkiem, dopóki nie rozdrobnisz jej na maleńkie kawałeczki. Możesz sobie trochę pokrzyczeć, jeśli masz taką fantazję. Działają też gniewne piosenki rockowe, koniecznie grane na cały regulator. Nie znam lepszego odstresowującego rytuału. Kiedy już się odpowiednio zrelaksujesz, wmieszaj rozdrobnioną czekoladę do ciasta. Jeśli pieczesz muffiny, przygotuj formę na babeczki, wkładając w poszczególne wgłębienia papierowe foremki, a do foremek nakładając łyżką po porcji ciasta. Babeczki piecz 25-30 minut. Chleb bananowo-czekoladowy wędruje natomiast do prostokątnej formy i piecze się około godziny. Warto sprawdzić drewnianym patyczkiem, czy jest już gotowy.

       muffiny bananowe  babeczka

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 marca 2012 19:04

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl