Kucharka Zen

Wpisy

  • sobota, 05 maja 2012
    • 2 x grill = satay + pulpety + warzywa

       grillowane warzywa   grillowane warzywa

      Próbuję, staram się jak mogę wrócić do codzienności, ale ciągle ciągnie się za mną zeszły weekend - kolory, dźwięki, smaki, strzępy rozmów i gesty. Wybił mnie on z powszedniego rytmu i pokazał, że nie wszystko w tej mojej warszawskiej powszedniości  jest takie jak bym chciała. Nie pomogło nawet dzisiejsze szaleńcze galopowanie po placu zabaw z moimi siostrzeńcami, którzy zawsze mnie pięknie sprowadzają na ziemię (i to na jej najlepszą z możliwych wersję). Przyglądaliśmy się meandrującym po chodniku, spotykającym się i rozchodzącym w różne strony czarno-czerwonym robakom. Sprawdzaliśmy jaki dźwięk wydają kieliszki kiedy się nimi stuka w różne szklane i nieszklane przedmioty. Wąchaliśmy bzy i oglądaliśmy kaczki. Grabiliśmy suche liście z trawnika. Czysta magia. I nie pomaga. Ja ciąglę tkwię otoczona odpryskami i echami doświadczeń z podróży. Nie mogę albo nie chcę przyjmować do wiadomości, że już się skończyła i należałoby kupić trochę chemii gospodarczej, odkurzyć mieszkanie, zamówić zepsutą część do drukarki, odwiedzić urząd dzielnicy. Bleee.

      Dzisiejsze nostalgiczno-wspominkowe danie to grillowane warzywa z pulpecikami i sosem satay. Ponieważ zamiast ogrodu posiadam wychodzący na ulicę balkon o metrażu mniej więcej pół metra na półtora, grillowałam na kuchence, za pomocą patelni. Ale nie czepiajmy się. Zaliczyłam grilla. W sam raz na końcówkę najdłuższej majówki w mojej osobistej historii. W sam raz na spektakularnie sprzyjającą majową pogodę. W sam raz na ponowne uczczenie ogólnej arcyfajności moich gospodarzy Maki i Sjoerda i mojego współgościa Jeroena. Dzisiejszy (i wczorajszy, bo całą przygodę zaczęłam wczoraj wieczorem) grill jest echem kolacji, jaką zjedliśmy w zeszłą niedzielę w domu Sjoerda i Magdy, bo już nam wystarczyło chodzenia po zuryskich knajpach i trzeba było zacząć wyhamowywać przed końcem naszych mini-wakacji. Zrobiliśmy zakupy - wynieśliśmy z supermarketu mięsa rozmaite, pieczarki, paprykę i cukinię, ziemniaczki i ser. Już na miejscu koledzy Holendrzy wyjęli z pudła imponującą czarną płytę, którą rozstawili na stole i podłączyli do prądu. Jaka to fajna rzecz ten grill domowy! Panowie mówili o nim "Gourmet" (wymawiając "g" jak "h", ale takie bardzo charakterystyczne chrapliwe holenderskie "h", z domieszką "r", którego za nic nie potrafię powtórzyć). Twierdzili, że taki wewnętrzny, mieszkaniowy a nie ogrodowy, grill jest niezwykle popularnym gadżetem w Holandii i że często organizuje się tam wokół niego imprezy. Ten konkretny model był jednak ewidentnie szwajcarski, bo zawierał żeliwne patelenki, maleńkie jakby dla lalek, na które nakładało się ser Raclette i które umieszczało się pod gorącą grillową płytą, żeby ser elegancko się stopił, zaczął bulgotać i się rumienić. Zasiedliśmy przy grillu "Gourmet" około ósmej i nagle było już po północy. Oznaczałoby to, że nieźle się bawiliśmy nakładając na gorącą płytę kawałeczki kurczaka i paski wołowiny, boczek, cukinię i pieczarki, które zostały obwołane przebojem wieczoru, i wreszcie obficie polewając to i owo przyrządzonym przez Sjoerda, dobrze znanym w Holandii pysznym sosem satay.

      sos satay    sos satay    sos satay

      Może warto by się na moment pochylić nad tym pasującym i do mięsa i do ryby i do warzyw popularnym azjatyckim dodatkiem, sprowadzonym do Holandii z jej dalekowschodniej kolonii, dzisiejszej Indonezji. To właśnie w Indonezji stworzono najdoskonalsze i najdelikatniejsze wersje satay, fistaszkowego dressingu czy może dipu, dodawanego do bardzo wielu gorących dań i sałatek (na przykład słynnej Gado-Gado). Żeby było zabawniej, orzeszki ziemne nie są rdzennym azjatyckim przysmakiem. Przywieźli je do Indonezji Portugalczycy i Hiszpanie - aż z Meksyku - po czym okazało się, że fistaszki trafiły tam na bardzo podatny grunt, dzięki czemu dzisiaj figurują w takiej czy innej formie w całej masie orientalnych dań. Autentyczny sos satay tworzy się przynajmniej z części następujących składników: smażone orzeszki ziemne, czosnek, cukier palmowy, szalotki, sok z cytryny, imbir, trawa cytrynowa, chilli, słodki sos sojowy i tamaryndowiec. Prawdziwą sztuką jest tak manipulować temperaturą, proporcjami składników i ilością dodawanej wody, żeby sosu nie przypalić i żeby uzyskać idealną konsystencję - jak mówią Indonezyjczycy - "nie za gęstą i niezbyt rozrzedzoną". Moja wersja satay nie umywa się pewnie do tej oryginalnej i nie dorównuje wersji, jaką przyrządził tydzień temu Sjoerd. Co nie zmienia faktu, że ją uwielbiam, że mogłabym ją jeść do absolutnie wszystkiego i że polecam ją zarówno weganom (jest wegańska), jak i wegetarianom oraz mięsożercom. A, i w moim wydaniu zajmuje 5 (słownie "pięć") minut, więc jest doskonałym rozwiązaniem dla kobiet pracujących, zarobionych ojców i matek, oraz panów, którzy za moment będą mieli gości i jeszcze nie wymyślili, co im podać. Opcji jest co niemiara. Sos satay + surowe ogórki. Sos satay + jajka na twardo. Sos satay ze smażonym tofu. Sos satay + filet rybny. Sos satay + gotowane na parze jarzyny. I tak dalej, i tym podobne...

      Sos satay: wrzucić do rondelka i zagrzać, mieszając aż do uzyskania odpowiedniej gęstości następujące składniki - 3 czubate łyżki dobrego masła orzechowego (ja kupiłam ekologiczne, o gładkiej konsystencji i zawartości 90% fistaszków), 1 łyżkę sosu sojowego, 1 łyżkę miodu albo syropu z agawy, 1 ząbek czosnku (przeciśnięty przez praskę) i 1 łyżkę sosu sambal oelek (uwaga! będzie ostro!). I już.

      Mój nostalgiczny grill miał dwie bardzo smaczne odsłony. Wczorajszą i dzisiejszą. Oprócz sosu, nie zmienił się tylko jeszcze jeden element obu posiłków, a mianowicie pulpeciki (w tym miejscu wegetarianie i weganie mogą spokojnie przeskoczyć dwa akapity dalej). Pulpeciki cielęce, które mogłyby też być indycze albo kurczęce. Pulpeciki zagościły w mojej diecie parę lat temu, kiedy chory żołądek wymusił na mnie przestawienie się na maksymalnie lekkostrawne jedzenie. Są proste i w miarę szybkie w wykonaniu. Można nimi żonglować (w sensie kulinarnym, nie radziłabym żonglować nimi dosłownie :), bo pasują do rozmaitych dodatków. W lekko śmietanowym, musztardowym, chrzanowym, szpinakowym czy grzybowym sosie można do nich dodać brokuły albo szparagi gotowane na parze. Są też świetne z pomidorami, po włosku. Oprócz mnie jedzą je pasjami moi alergiczni siostrzeńcy, a ponieważ moja mama i siostra często dla bliźniaków gotują, i one przerzuciły się na pulpeciki. Można więc powiedzieć, że to danie rodzinne. Wczoraj narobiłam ich masę, więc starczyły i dla mnie na kolację i dla bliźniaków na dzisiejszy podwieczorek i znowu dla mnie na drugą, obiadową odsłonę grilla. Wczoraj jadłam je prosto z wody. Dzisiaj odgrzałam na patelni grillowej, razem z warzywami, co okazało się świetnym, przyszłościowym patentem.

      pulpety    pulpety   

      Uniwersalne pulpety: uformować małe kuleczki z dobrze zmieszanych 400 gramów mielonego mięsa (według upodobań: cielęcego, indyczego, kurczęcego), jednego ekologicznego jajka, łyżeczki mielonej kolendry, łyżeczki sproszkowanego wegetariańskiego bulionu, 2 łyżek mąki/skrobi kukurydzianej, soli i pieprzu. Kuleczki wrzucić do wrzątku i gotować dopóki nie wynurzą się na powierzchnię i nie zaczną na niej tańczyć. Odcedzić. Serwować z warzywami i ulubionym sosem.

      No i wreszcie czas na pasujące do sosu (i pulpetów) warzywa. Jak widać na zdjęciu na samej górze wpisu, wczoraj wieczorem grillowałam klasyczne jarzynowe trio, które tak lubię, że upchnę je w prawie każdym azjatyckim daniu jakie gotuję - różyczki brokuła, kawałki marchewki i paski papryki. Dzisiaj natomiast wróciłam do źródła - odtwarzając to, co jedliśmy tydzień temu w Zurychu, czyli cukinię i pieczarki. Zgrillowałam je z wczorajszymi pulpetami, dodałam sosu satay, dokroiłam pół pomidora i na chwilę (krótką chwilę) odleciałam...

      grill   grill

      A dla zainteresowanych zdrowym grillowaniem, poniżej link do akcji kulinarnej, która zbiera przepisy na przyjazne ciału i sprzyjające ogólnemu dobrostanowi dania z grilla:

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 05 maja 2012 18:14
  • piątek, 04 maja 2012
    • Rabarbarowe babeczki

      babeczki rabarbarowe   berlin   rabarbar

      No, myślę, że już czas wrócić do tu i teraz. Próbowałam przedłużyć sobie podróżowanie o kilka dni, nieprzerwanie wspominając, nieustannie słuchając muzyki, którą ze sobą przywiozłam, odtwarzając nowo poznane smaki, obsesyjnie korespondując z moimi szwajcarsko-polsko-holenderskimi przyjaciółmi i opowiadając komu tylko się dało, kto tylko wysłuchał, o najprzyjemniejszych i najciekawszych przeżyciach i obserwacjach. O tym, że Niemcy i Szwajcarzy nagminnie umieszczają na dachach baterie słoneczne. O berlińskich butikach z niedrogimi, autorskimi ciuchami. O króliku, który przykicał do mnie w parku Tiergarten. O muzeum DDR, gdzie zobaczyłam i poczułam echa swojego socjalistycznego dzieciństwa. O tym, że berlińczycy uśmiechali się do mnie na ulicy, a ja - prawdziwie po warszawsku - automatycznie zastanawiałam się o co im chodzi i czego ode mnie, kurka wodna, chcą. Dopiero po dwóch czy trzech dniach stopniałam i rozmiękczyłam się na tyle, żeby już nie posyłać im złowrogich, ostrzegawczych spojrzeń (trzymaj się z daleka, bo nie ręczę za siebie). A kolejny dzień czy dwa dojrzewałam do tego, żeby zacząć nieśmiało odwzajemniać spojrzenia i uśmiechy.

      Wróciłam trochę zła. Obrażona na Polskę i Warszawę. Że u nas brudniej i bardziej chaotycznie. Że sobie nawzajem w ogóle nie ufamy. Że psie kupy na trawnikach (i tylko ja sprzątam po swoim kundlu?) i że śmieci na ulicach. Że jesteśmy brutalniejsi, bardziej prostaccy, mniej ucywilizowani. Usiadłam wczoraj w świeżo otwartej śniadaniowej jadłodajni na Starym Mokotowie, przy stoliku wystawionym na chodnik przy komunalnej kamienicy. Piłam latte i jadłam croissanta, udając, że to Berlin albo Florencja lub Paryż. Po czym minęła mnie wychodząca z klatki obok para lokalnych panów ...i wyszłem dzieś koło czeciej i pierdolnąłem sobie wódkę... Reszty rozmowy już nie usłyszałam, bo ucichła w miarę jak szybkim krokiem oddalali się w stronę jedynego otwartego w święto spożywczego z sekcją monopolową. I już wiedziałam, że jestem u siebie.

      Ale jakaś część mnie doskonale zdaje sobie sprawę, że jestem niesprawiedliwa. Bo Mokotów eksplodował najpiękniejszą, soczystą a zarazem delikatną jeszcze wiosną. Zielenią, jakiej trudno doświadczyć w innych europejskich stolicach. Bo otwierają się świetne nowe knajpki, sprawiając że moje ulice zamieniły się w urocze, klimatyczne deptaki - tu kultowa kwiaciarnia, tu maleńka czyściusieńka lodziarnia z kolorowym kącikiem dla dzieci, tu lokalna kawiarnia, której otwarty, arcyinteligentny właściciel przesiedział ze mną dobrą godzinę, rozmawiając o emigracji, pokręconych ludzkich losach i narodowej tożsamości. Bo na spacerach z psem spotykam mądrą i dojrzałą i dobrą sąsiadkę, która jest po prostu porządnym człowiekiem i nie wiem, czy to wie. Bo pani z kiosku i pan z delikatesów i jeszcze pani z pobliskiego sklepu zoologicznego mówią mi "dzień dobry" i wiedzą co chcę kupić. Bo w zieleniaku szparagi, rzodkiewki, młode ziemniaki, szpinak i rabarbar. Więc wracam. Do tu i do teraz.

      A tu i teraz musi po prostu nastąpić oda na cześć rabarbaru. Upiekłam odwrócone babeczki z karmelizowanym rabarbarem, na które przepis znalazłam w ostatnim numerze magazynu "Kuchnia". Zaserwowałam je rodzicom, na trzeciomajowy deser po obiedzie, co sprowadziło na mojego ojca falę nostalgii, bo przypomniał sobie, że w dzieciństwie pijał rabarbarowy kompot. Rabarbar. Pierwsze pytanie, i to zasadnicze, to pytanie czy rabarbar jest warzywem, czy - skoro pije się go w kompotach, serwuje na słodko i dodaje do ciast - owocem. Formalnie rzecz biorąc, okazuje się, że nauka uważa go za warzywo, chociaż w 1947 roku nowojorski sąd zdecydował, że ponieważ w praktyce używany jest jak owoc, z punktu widzenia prawa i opłat celnych będzie traktowany jak owoc właśnie (i zostanie opodatkowany według obniżonych stawek). Takie proste pytanie, a okazuje się, że odpowiedź na nie ma istotne konsekwencje ekonomiczne.

      rabarbar   babeczki rabarbarowe   rabarbar

      Pierwsze wzmianki o rabarbarze pojawiają się w Chinach, w 2700 roku przed naszą erą. Uprawiano go wtedy przede wszystkim ze względu na zdrowotne właściwości - bo wspomagał oczyszczanie organizmu, regulował trawienie i obniżał poziom glukozy we krwi (przynajmniej u chorych na cukrzycę myszy, które brały udział w medycznych eksperymentach). Przez wieki rabarbar rósł wzdłuż brzegów rzeki Wołgi (zwanej przez starożytnych Rhā, stąd jego nazwa, barbarzyńca znad Wołgi - Rhā+barbarus). Do Europy dotarł w okolicach XIV wieku i początkowo kosztował krocie, wielokrotnie więcej niż inne luksusowe egzotyczne produkty takie jak cynamon czy szafran. Europejczycy zaczęli uprawę tego warzywa dość późno, bo dopiero na początku XVII wieku. W roku 1777 farmaceuta z okolic Oksfordu, Hayward, sprzedawał lekarstwo spreparowane na bazie lokalnie uprawianego rabarbaru jako importowany ze wschodu eliksir, każąc swoim sprzedawcom przebierać się w tureckie kostiumy. Ciekawostka? W Wielkiej Brytanii, na początku XX wieku, kiedy reżyser spektakli teatralnych albo audycji radiowych chciał uzyskać efekt kawiarnianego czy ulicznego gwaru, kazał statystom powtarzać słowo "rhubarb" (czyli właśnie rabarbar). Jeśli macie ochotę dowiedzieć się więcej, istnieje świetna angielskojęzyczna strona internetowa, poświęcona wyłącznie rabarbarowi - http://rhubarbinfo.com.  

      A przepis na babeczki? Nieco zmodyfikowany:

      Masa owocowa: 4 łyżki cukru trzcinowego, 4 łyżki masła, szklanka oczyszczonego i posiekanego rabarbaru, czubata łyżeczka świeżo startego imbiru.

      Ciasto: 4 łyżki miękkiego masła, 4 łyżki cukru trzcinowego, 1 jajko, 3/4 szklanki białej mąki (orkiszowej), 3/4 szklanki mąki pełnoziarnistej, łyżeczka proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej, szczypta soli, szczypta gałki muszkatołowej, 100g kremowego jogurtu naturalnego.

      Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Wcieramy cukier w masło i mieszamy z kawałkami rabarbaru, po czym układamy owoce na dnie foremek na muffiny. Na masę owocową nakładamy ciasto, które robi się jak następuje: miksujemy masło i cukier, wbijamy jajko i dalej miksujemy. Mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, sodę, sól i gałkę. Łączymy suche składniki z masą maślaną, dodając je na przemian z jogurtem - trochę mąki, trochę jogurtu, po czym zagniatamy i znowu, mąka, jogurt, zagniatamy. Ciasto nie powinno być zbyt gładkie. Kiedy już wyląduje w foremkach, pieczemy je przez 25 minut. Studzimy i bardzo, bardzo delikatnie wyjmujemy z foremek, podając rabarbarową stroną do góry. Babeczki będą najlepsze na ciepło, serwowane z lodami waniliowymi, jogurtem naturalnym albo bitą śmiatanką.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Rabarbarowe babeczki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 04 maja 2012 11:56
  • środa, 02 maja 2012
    • Zuryskie szparagi

      sałatka szparagowa    zielone szparagi

      Na prośbę pewnej koleżanki pobiegałam w Zurychu po księgarniach, poszukując jakiejś fajnej, sensownej szwajcarskiej książki kucharskiej i udało mi się wyszperać książeczkę z przepisami na dania charakterystyczne dla miasta nad Limmatem i jego okolic. Kulinarnie, podobnie jak językowo i kulturowo, Szwajcaria jest ciekawym amalgamatem niemiecko-francusko-włoskim, a region w którym się znalazłam ulegał zmieszanym wpływom z południowych Niemiec i północnej Italii. W mojej książeczce z przepisami jest więc sporo warzyw (w tym oczywiście szparagi), kilka ciekawych zup i masę rozmaitych mięs i ryb (z jeziora Zuryskiego, jakżeby inaczej), a prawie wszystko z dodatkiem śmietanki albo mleka. Najciekawsza pozycja to typowa zuryska przystawka - smażone w głębokim tłuszczu liście szałwi w piwno-winnej panierce. Nazywają się one (ku naszej kolektywnej konsternacji a zarazem wesołości, bo całą grupą próbowaliśmy tę nazwę poprawnie wymówić) Müüslichüechli-Salbeiküchlein. Historyczna ciekawostka: pierwsze książki kucharskie z miasta Zurych, ważnego ośrodka przeładowczego dla towarów transportowanych przez Alpy, pochodzą z XVIII wieku i zalecają sypanie do każdej możliwej potrawy niczym nieograniczonych ilości egzotycznych przypraw takich jak pieprz, cynamon, szafran, goździki czy imbir. Tym więcej, im zamożniejszy był gospodarz serwujący dany specjał. Przyprawy nie służyły więc tworzeniu smakowych kompozycji, ale demonstrowaniu społecznego statusu. Ówczesne dania, szczególnie w bogatszych domach, musiały stanowić dość duże smakowe wyzwanie.

      sałatka szparagowa    

      No i szparagi. Dzisiaj, na cześć Zurychu i moich gościnnych, otwartych, mądrych gospodarzy, nakupiłam ich dwa obfite pęki - jeden biały, drugi zielony - przede wszystkim po to, żeby spróbować odtworzyć przepyszną zupę, której spróbowałam w czasie wycieczki po jeziorze Zurych, najlepszą szparagówkę, jaką dotąd jadłam w życiu. Przepis oczywiście w zakładce "Zupy". Z pozostałych po gotowaniu zupy zielonych szparagów zrobiłam bardzo smaczną sałatkę, która co prawda nie figuruje w żadnej szwajcarskiej książce kucharskiej, ale przypomina mi na zasadzie luźnego, czysto emocjonalnego skojarzenia o moich zeszłotygodniowych wojażach. O komfortowych milczeniach, wielogodzinnych posiedzeniach w restauracyjkach i kawiarniach, rozmowach o przyszłości i przeszłości, spacerach po wąskich, kamiennych ulicach, rozmarzonych spojrzeniach ku wystawom sklepowym pełnym biżuterii, zegarków, czekolad i luksusowych kabrioletów, niespodziewanie pięknych witrażach Chagalla i nieskazitelnie lazurowym niebie.

      Składniki sałatki: prawie cała wiązka zielonych szparagów, dwa wczorajsze grillowane kotleciki z indyka, pół puszki ananasa w plastrach, garść orzechów laskowych, majonez.

      Instrukcja: szparagi pozbawić zdrewniałych końcówek i usunąć z nich stwardniałe wypustki, po czym ugotować na parze (mniej więcej 2-3 minuty spokojnie wystarczy). Ugotowane pokroić wedle uznania. Kotleciki pokroić w paski, plastry ananasa odcedzić i rozdrobnić, orzechy posiekać. Wszystko wymieszać z majonezem, posolić i posypać pieprzem.

      sałatka szparagowa

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 02 maja 2012 20:11
    • Szparagowa z Rapperswilu

       szparagi białe i zielone   zupa szparagowa   białe szparagi

      Rapperswil to miasteczko położone na jednym koniuszku zagiętego jak bumerang Jeziora Zuryskiego. Z Zurychu, umiejscowionego na drugim jego końcu, można się tam dostać pociągiem albo, co polecam serdecznie, za pomocą prawie dwugodzinnego rejsu wygodną białą łodzią parową. To idealna niedzielna wycieczka, szczególnie jeśli, tak jak w ostatnią niedzielę w Szwajcarii, niebo jest lazurowe i rozchmurzone, słońce grzeje, bryza lekko chłodzi, a na horyzoncie błyszczą szczyty gór, jeszcze pokryte śniegowymi czapkami. Nasza łódź delikatnie kołysała, płynąc zygzakiem między położonymi na soczysto zielonym wzniesieniu przybrzeżnymi miasteczkami. W którejś chwili wyobraziłam sobie, że mieszkam w jednym z tych niewielkich, pomalowanych na ciepłe kolory szwajcarskich domków z okiennicami, a przez okna wpada mi do salonu zapach wilgotnego powietrza. I nie była to wcale nieprzyjemna fantazja.

      W Rapperswilu powitał nas szpaler przedziwnych karłowatych kasztanowców z powyginanymi gałęziami i ubrany w kostiumy z trudnej do zidentyfikowania epoki australijski zespół rockowy, który grał w porcie, ku uciesze turystów, piosenki o miłości, wolności i bólu istnienia, na trzy gitary, dwie pary skrzypiec i bardzo aksamitny męski głos. Oczywiście musiałam sobie kupić na pamiątkę płytę CD. Przeszliśmy się po maleńkim, przytulnym miasteczku. Na wzgórku zobaczyliśmy mały zameczek, kiedyś należący do polskiej rodziny Platerów, która osiedliła się tam po Powstaniu Styczniowym. Przyjaciółka opowiedziała mi o mieszczącym się teraz w środku Muzeum Polskim, wyposażonym w eksponaty przez zamieszkujących Szwajcarię Polaków, którzy ludowe kostiumy, militaria, obrazy i meble zostawiali muzeum w spadku albo oddawali w prezencie. Przyjaciółka, od paru lat przemieszczająca się po Europie za pracą i holenderskim chłopakiem, powiedziała, że wizyta w muzeum to wzruszające przeżycie. Niestety, nie udało nam się wejść do środka. Czy małe miasteczko nad szwajcarskim jeziorem to nie przedziwne miejsce dla takiego polskiego zakątka?

      rapperswil   zurych

      No i wreszcie schroniliśmy się przed słońcem pod parasolem małej restauracyjki, jednej z nielicznych serwujących po południu jedzenie. Usiedliśmy wokół drewnianego stolika, na tarasie z widokiem na niczym niezmącony błękit i migotanie jeziora. Powtarzałam sobie w myślach: to są momenty, które się pamięta do końca życia. A potem mówiłam sobie jeszcze: to, moja droga, jeśli już nie pamiętasz, nazywa się szczęście. A kiedy uprzejma kelnerka postawiła przede mną talerz spienionej mlecznej białej zupy i kiedy spróbowałam tego kremowego cuda o leciutkim posmaku wina, z kawałkami chrupiących zielonych szparagów, zamilkłam i zamilkł też mój zaskoczony wewnętrzny komentator.

      szparagi białe i zielone   zupa szparagowa

      Dzisiaj powtarzam, na sposób domowy i niedoskonały, to doświadczenie. Nie tylko kulinarne. Miałam nadzieję, że razem ze zrekonstruowanymi smakami i łagodnym akompaniamentem rocka z antypodów, tu w Warszawie pojawi się również cały ten leniwy, pogodny niedzielny nastrój - spokój, rozluźnienie, poczucie przynależności i dawno zapomniana myśl, że to wystarczy, że już niczego, ale to niczego nie brakuje.

      Składniki biało-zielonej szparagowej zupy z Rapperswilu: pęczek białych szparagów i kilka zielonych, ćwierć szklanki białego wina (jeśli pijecie i macie je w domu), łyżka masła i odrobina oliwy, cebulka, pół opakowania śmietanki 22%, szklanka bulionu wegetariańskiego (albo jeszcze lepiej, prawdziwego wywaru warzywnego), łyżeczka estragonu, duża szczypta pieprzu, spora szczypta soli.

      Krok 1: ugotować szparagi. Zielone szparagi umyć, obciąć końcówki i usunąć zdrewniałe wypustki. Gotować na parze przez 2-3 minuty. Powinny zmięknąć, ale nadal być chrupiące. Białe szparagi również umyć, obciąć końcówki i obrać z twardej niewidocznej "skórki" obieraczką do jarzyn. Wrzucić na około 4-5 minut do gotującej się wody z sokiem z cytryny i cukrem.

      Krok 2: białe szparagi, pokrojone na mniejsze kawałki, zmiksować ze śmietanką na kremową masę. Posolić, posypać pieprzem i estragonem i bardzo stopniowo, bardzo powolutku ogrzać w rondelku.

      Krok 3: w drugim garnku, na maśle z dodatkiem odrobiny oliwy, zeszklić pokrojoną w kostkę cebulkę. Jeśli gotujecie wersję wykwintną, z białym winem, dolejcie teraz wino i podgotujcie aż się zredukuje. Dodajcie bulion i zagotujcie. Kiedy mieszanka szparagowo-śmietankowa zacznie zbliżać się do wrzenia, połączcie zawartość obu garnków, dokładnie mieszając. Serwujcie zupę ozdobioną kawałkami chrupiących zielonych szparagów. Życzę wam niezapomnianych - przynajmniej tak jak moje - przeżyć.

       białe szparagi   białe szparagi

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 02 maja 2012 19:08
  • wtorek, 01 maja 2012
    • Sałatka Berlin Hauptbahnhof

      sałatka indyk mango   bilet   sałatka indyk mango

      Miałam taki plan, że będę dziś leżeć, odsypiać nieprzespane, przegadane nad niemieckim piwem noce, marzyć na jawie i pozwalać doświadczeniom ostatniego tygodnia uleżeć się, zmetabolizować w umyśle, przefiltrować tak, żeby zostały tylko te najistotniejsze. Ale znowu gotuję :) Po prostu nie mogłam nie powtórzyć jednego z nieoczekiwanych gastronomicznych doświadczeń, jakie przydarzyły mi się w czasie moich absolutnie niezapomnianych, niepowtarzalnych wojaży. Wczoraj spędziłam calusieńki dzień przemierzając Europę koleją, porównując szwajcarskie podejście do podróży z niemieckim i polskim, żywiąc się w wagonach restauracyjnych i na dworcach (ku mojej sporej satysfakcji i równie wielkiemu zaskoczeniu, udało mi się skomponować sobie zupełnie smaczne i lekkie menu). W Zurychu, oprócz nieodzownej kawy i czekoladowego ciastka żeby się dobudzić i osłodzić monotonię całodziennego stukotania po torach, zakupiłam opakowaną w plastik typową dla regionu sałatkę wielowarzywno-kiełbasianą, którą wzbogaciłam o tarte gotowane buraczki, żeby było jeszcze zdrowiej. Jasna wieprzowa kiełbasa (zdrowa? no może nie tak znowu bardzo) o dość mdłym smaku, nieco przypominająca grubą parówkę, często serwowana, jak w Niemczech, z ketchupem o smaku curry, to lokalny przysmak, obecny w menu nawet bardzo eleganckich restauracji. W samym Zurychu widziałam zresztą coś naprawdę uroczego, bo zamiast hamburgerów, hot-dogów i zapiekanek, przechodnie kupują w kioskach grillowany biały wurst i jedzą go tak po prostu, jak czasem małe dzieci jadają kiełbaski, trzymając opakowaną w papier tłuściutką kiełbachę w pięści i z wyraźnie widoczną przyjemnością pakując ją sobie do ust wielkimi kęsami. 

      W porze obiadowej, na trasie Hanower-Berlin zaliczyłam niemiecką wersję Warsa. Nieco podejrzliwie potraktowałam nowe domowe menu Deutsche Bahn reklamowane szumnym hasłem "Von Oma inspiriert, für Sie serviert" (według mojego szczątkowego zrozumienia języka niemieckiego, oznacza to: zainspirowane przez babcię, serwowane Szanownym Państwu). Ale... przyjrzałam się uważnie karcie dań z klasycznymi bufetowymi pozycjami typu Chilli con Carne, pulpety z kartofelkami, zupa jarzynowa, zrazy z korniszonami, gulasz z kluseczkami, i z wrażenia prawie spadłam z restauracyjnego krzesła. Potrawy powstały z naturalnych, świeżych składników. W jadłospisie opisano je dokładnie pod kątem alergii pokarmowych - w każdym przypadku zaznaczając czy zawierają jakąkolwiek potencjalnie uczulającą substancję. Tylko kilka pozycji zawierało konserwanty, a i wtedy były to wyłącznie śladowe ilości konserwantów, które znalazły się na przykład w musztardzie czy majonezie dodanych do dressingu. Bardzo miła starsza kelnerka o przyjaznej okrągłej twarzy, która swoją drogą mogłaby być czyjąś babcią (dlaczego tak mało mamy starszych kelnerek w Polsce?) podała mi moje Chilli con Carne, prawdopodobnie najmniej praktyczną potrawę podróżną, zważywszy na ilość fasoli, jaką zawiera. Ostrożnie spróbowałam odrobinkę, spodziewając się odgrzanego w mikrofali, pełnego glutaminianu sodu, kleistego sosu o lekko chemicznym posmaku, i znowu opadła mi szczęka. Wszystko było świeżuteńkie, mięso smakowało jak mięso (uwaga, uwaga: prawdziwa wołowina z Argentyny!) a i warzyw nie poskąpiono. Kapelusze z głów dla Deutsche Bahn.

      cukinia         sałatka indyk mango         sałatka indyk mango

      No i wreszcie coś, co tak mi zasmakowało, że dzisiaj po prostu musiałam spróbować to zrekonstruować po swojemu. W Berlinie miałam chwilę czasu między pociągami, więc pobiegłam wydać swoje ostatnie eurocenty do stoiska kanapkowo-sałatkowego i zaopatrzyć się w kolację, bo do Warszawy Centralnej dobijaliśmy dopiero o 23.20. Oprócz owocowych koktaili i obficie nafaszerowanych różnorakim nadzieniem kanapek, zobaczyłam w gablocie sałatkę z kurczakiem i mango. Dostałam do niej octowo-miodowy sos balsamico. Niby dworcowa sałatka, a tak naprawdę absolutny kulinarny luksus, który dzisiaj jeszcze raz zjadłam w domu. Ale i zmodyfikowałam, dostosowując swoją wersję do zawartości lodówki. Oryginalna sałatka była prostsza i bardzo szlachetna w smaku. Zawierała marynowanego kurczaka, ogórki, zieloną sałatę, tartą marchew, kawałki świeżego mango i pokruszone orzeszki ziemne. Moja zawiera:

      Kilka kotlecików z piersi indyka (mniej więcej 500g), puszkę mango w syropie (ale dużo lepiej byłoby użyć prawdziwego, świeżego, nie za miękkiego owocu albo nawet dwóch), garść migdałów, dużą cukinię, dwie marchewki, mieszane liście sałaty.

      Rano zamarynowałam mięso w łyżce jasnego sosu sojowego, łyżce oleju sezamowego, łyżeczce soku z cytryny, łyżce syropu z puszki z mango i po łyżeczce miodu, papryki w proszku i cynamonu, plus dużej szczypcie pieprzu.

      Kiedy już zgłodniałam, starłam marchew na tarce z grubymi oczkami. Sałaty umyłam i osuszyłam. Migdały drobno posiekałam. Plastry mango wyjęłam z zalewy i podzieliłam na drobniejsze kawałki. Cukinię pokroiłam wzdłuż na grube plastry i wrzuciłam na patelnię grillową z odrobiną oliwy. Kiedy już ładnie zmiękła, pokroiłam ją na mniejsze kawałki, na patelnię wrzucając teraz indyka. A kiedy i indyk się elegancko zgrillował, kotleciki pokroiłam w paseczki. Składniki sałatki wymieszałam i polałam sosem słodko-kwaśnym.

      Składniki sosu: łyżka oleju sałatkowego (nie oliwy), łyżeczka oleju sezamowego, łyżka syropu z puszki mango (jeśli używaliście puszkowanych owoców), dwie łyżeczki miodu, dwie łyżeczki octu balsamicznego, łyżeczka sosu sojowego.

      happiness

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 maja 2012 17:22
  • wtorek, 24 kwietnia 2012
    • Reisefieber menu

       banany    roszponka    jagody

      Według słownika reisefieber oznacza strach albo nerwy przed podróżą. To taka mieszanka ekscytacji i niepokoju, stresu i radości, lęku i zaciekawienia. Szczerze mówiąc,  bardzo mocno przywiązuję się do miejsc i do prywatnych rytuałów, do rytmów dziennych i trybów życia, dlatego każdą zmianę dosyć dotkliwie przeżywam. Tym razem postanowiłam, że w przeddzień wymarzonej i wyczekanej podróży (wiem, że to tylko sześć dni, ale powiedzcie to mojej rozhuśtanej psychice, nieustannie podsuwającej mi wizje kradzieży, porwań dla okupu, wypadków i katastrof) zrobię sobie relaksujące, uspokajające jedzenie. I strzelę sobie mocną herbatkę z melisy. Najpierw, oczywiście, musiałam się dowiedzieć, co takiego zalecają dietetycy, makrobiotycy, jogini i zwykli śmiertelnicy na odprężenie. Oto bardzo uproszczone i subiektywne wyniki moich badań:

      BANANY - zawierają potas, regulujący ciśnienie i ważny dla dobrego nawodnienia organizmu, a także witaminę B6, która działa odprężająco. Są lekkostrawne i wzmacniają błonę śluzową żołądka, chroniąc ją przed szkodliwym działaniem kwasów.

      FASOLA - korzystnie wpływa na układ nerwowy, zawiera żelazo, witaminy z grupy B, wapń i potas.

      JOGURT NATURALNY - zawiera witaminy A, B i D plus kultury bakterii. Jako probiotyk wspomaga trawienie, odciąża żołądek i daje poczucie lekkości. Mleko i przetwory mleczne dostarczają organizmowi tryptofanów, aminokwasów, które ciało przetwarza na optymistyczną serotoninę

      OWIES - witamina B2, której w nim sporo, a także węglowodany, jakich dostarcza organizmowi, mają działanie relaksujące. Występujące w zbożach złożone węglowodany (w przeciwieństwie do słodyczy na przykład) podwyższają poziom cukru we krwi powoli i stopniowo, co powoduje, że nasz poziom energii nie skacze jak wykres sejsmografu podczas trzęsienia ziemi, tylko elegancko i bez zrywów pnie się do góry, po czym równie statecznie opada.

      migdały

      ORZECHY I MIGDAŁY - kolejne źródło przekształcanych w serotoninę tryptofanów. Migdały są bogate w cynk i witaminę B12, które poprawiają nastrój. Przydają się też osobom z niedoborami żelaza, powodującymi zmęczenie i obniżenie nastroju.

      ZIELONE LIŚCIASTE WARZYWA - przede wszystkim szpinak, ale też rozmaite sałaty, chociażby rukola czy roszponka, zawierają ważny dla spokoju ducha magnez i kwas foliowy, który wzmacnia system nerwowy.

      JAGODY I CYTRUSY - zawierają witaminę C, która wzmacnia i pomaga dobrze przyswajać żelazo.

      roszponka z jogurtem   roszponka z jogurtem

      Tak to wygląda w dużym skrócie. No więc co ja zrobiłam kiedy już się tak wyedukowałam na temat odstresowującego jedzenia? Pognałam na bazarek, zakupiłam co się dało i skomponowałam trzy autorskie relaksacyjne dania, w których próbowałam upakować ile tylko możliwe optymistycznych składników.

      Danie 1: sałatka do pociągu, zawierająca między innymi kaszę (węglowodany złożone), jagody i orzechy. Przepis na sałatkę możecie znaleźć tutaj.

      Danie 2 (na zdjęciach powyżej): kolacyjna roszponka z surowymi płatkami pieczarek, migdałami i zielonym "majonezem" na bazie jogurtu naturalnego i awokado. Baardzo smaczna. Gdyby nie braki w lodówce (bo głupio robić duże zakupy tuż przed podróżą), dodałabym jeszcze suszone pomidory i cieniusieńko pokrojoną białą cebulkę i byłoby genialnie.

      Danie 3: jutrzejsze śniadanie, czyli pokrojone w plasterki banany z suszonymi jagodami i otrębami owsianymi. Chętni mogą to cudo dodatkowo polać jogurtem.

      A propos jogurtu, przebojem dzisiejszego dnia okazał się wymyślony na poczekaniu pseudo-majonez na bazie awokado. Pół awokado wrzuciłam do blendera razem z zawartością kubeczka naturalnego jogurtu, ząbkiem czosnku i mniej więcej łyżką świeżego soku z cytryny, plus solą i pieprzem. Zmiksowałam, spróbowałam i okazało się, że to bardzo ciekawy w smaku dodatek sałatkowy, więc poeksperymentowałam, pododawałam do różnych warzyw i uważam, że chłopak ma potencjał. Będę w przyszłości do niego wracać, a jeśli ktoś przeczyta ten wpis i zrobi taki sosik, będę wdzięczna za pomysły, z czym jeszcze dobrze się komponuje.

      majonez z awokado

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 kwietnia 2012 22:08
    • Sałatka do pociągu

      sałatka do pociągu   pistacje   cukinia

      Jutro wyjeżdżam pociągiem na zachód. Od bardzo, bardzo dawna miałam ochotę pojeździć koleją po Europie i wreszcie mogę. Będę ciągnąć za sobą walizkę na kółkach, podróżować w górę i w dół ruchomymi schodami, szukać odpowiednich liter i cyfr na tablicach z rozkładem jazdy, obserwować biegających w amoku współpasażerów, no i wreszcie chłonąć specyficzny, odbijany echem po podziemnych korytarzach gwar dworca - najpierw Centralnego, potem  berlińskiego Hauptbahnhofu, a później głównych dworców w Hanowerze i Zurychu. Chcę i nie chcę jechać. Jestem spakowana, uprasowana, umyta, zarezerwowałam hostel, książki wzięłam do czytania, buty do chodzenia, słuchawki do słuchania i tylko mi brakowało jakiegoś wiktu na drogę, bo z całym szacunkiem do wagonów restauracyjnych Wars, które co prawda dokonały w ostatnich latach ogromnego skoku cywilizacyjnego (i nawet nie ironizuję), niestety nadal rozmijamy się w naszym rozumieniu lekkich i zdrowych posiłków w podróży. Jak przystało na rozpieszczonego mieszczucha o wysokich standardach żywieniowych, mam więc plastikowe pudełeczko i plastikowy widelczyk, a wszystko to w celu skonsumowania niżej opisanej własnoręcznie przyrządzonej sałatki (podobnej nieco do Gryczanki i Jaglanki, które robiłam już wcześniej).

      pieczona papryka   kasza jęczmienna

      Składniki: pół szklanki kaszy jęczmiennej, dwie żółte/czerwone papryki, 1/3 szklanki suszonych jagód (ja kupiłam w śmiesznym skandynawskim sklepie Tiger mieszankę suszonych borówek i żurawin z jagodami Goji), garść suszonych moreli, 1/3 szklanki pistacji, pół cukinii, 2 łyżki oliwy z oliwek, łyżka octu balsamicznego, półtorej łyżeczki miodu, łyżeczka musztardy, sól i pieprz.

      Co zrobić: Wstawić pokrojone na ćwiartki i pozbawione pestek papryki do nagrzanego piekarnika (150-180 stopni) i piec dopóki skórka nie zacznie marszczyć się, brązowieć i odchodzić od miąższu. Jeszcze gorące włożyć do plastikowego woreczka, żeby się "spociły", poczekać aż ostygną, wyjąć z woreczka i obrać. Pokroić w cienkie paski. Ugotować kaszę w szklance osolonej wody. Zalać jagody i morele wrzątkiem i moczyć dopóki nie zmiękną. Morele drobno pokroić. Zetrzeć cukinię na tarce i podsmażyć przez minutę albo dwie na oliwie z oliwek. Kiedy wszystkie składniki będą gotowe, wymieszać w misce z sosem zrobionym z oliwy, octu, miodu i musztardy.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Sałatka do pociągu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 kwietnia 2012 20:51
  • niedziela, 22 kwietnia 2012
    • Kokosowe curry z dyni

      curry z dyni piżmowej   curry z dyni piżmowej

      Mamy w Polsce dynie, oczywiście, chociaż nie wszystkie i nie zawsze łatwo je dostać w sklepie. Podobno w niektórych regionach Polski dynie nazywa się pieszczotliwie "baniami". Sądząc po nieobecności dyni w jadłospisie mojego dzieciństwa, z jakichś powodów był to jednak nieoczywisty produkt. Być może dlatego, że nienawidziła ich moja babcia, która za okupacji nabawiła się wstrętu również do buraków, tak jak dynia służących wtedy na Lubelszczyźnie jako tani i łatwo dostępny słodzik (cukier był na wagę złota). Zupełnie nie mam więc dyniowych wspomnień z przeszłości. Długo też nie potrafiłam nic z dyni ugotować. Musiałam się jej uczyć krok po kroku już jako dorosła osoba. 

      Mądrzejsi ode mnie ludzie piszą, że rośliny dyniowate pochodzą z Ameryki Środkowej. Uprawiali je już cztery tysiące lat przed naszą erą Inkowie, którzy przypisywali dyniom boskie właściwości, wierząc że powstały z ciał bogów, którzy odeszli na zawsze. Służyły nie tylko do jedzenia, ale też do wyrobu naczyń i innych przedmiotów codziennego użytku. Do Europy sprowadzili je Hiszpanie w XVI wieku.

      dynia piżmowa   dynia piżmowa

      Najzdrowsze w dyni są pestki, ale sam owoc też nam dobrze zrobi. Zawiera bardzo mało tłuszczu, więc można go jeść bez obaw o linię. Wartość kaloryczna dyni to tyle co nic - 100 gramów miąższu daje około 32 kalorii. Natomiast wartość odżywcza tych samych 100 gramów owocu jest całkiem pokaźna. Szczególnie cenne są dynie o pomarańczowym miąższu, takie jak piżmowa, bo zawierają masę karotenu. W przeciwieństwie do marchwi, dynie nie wsysają z gleby azotanów, więc świetnie sprawdzają się jako składnik lekkostrawnej, prozdrowotnej diety, szczególnie dziecięcej. Leczą problemy z nerkami, miażdżycę, choroby wątroby i zaburzenia przemiany materii. Pomagają się odchudzać i wzmacniają odporność. Jeśli nigdy nie kupowaliście dyni piżmowej, podobno najlepiej kupować okazy z matową skórką, bo będą dojrzalsze i smaczniejsze.

      No a dziś na obiad curry z dyni piżmowej. Z wiórkami kokosowymi i soczewicą. Gdybym musiała zrezygnować z tej całej kosmopolitycznej różnorodności kulinarnej, która jest przywilejem współczesnego Europejczyka (dzisiaj sushi, jutro pizza, pojutrze bigos), i wybrać tylko jedną regionalną kuchnię do dożywotniego żywienia, pewnie wybrałabym którąś część Indii, bo curry mogłabym spożywać trzy razy dziennie, siedem dni w tygodniu i trudno mi sobie wyobrazić, że miałoby mi się znudzić. Kiedy mieszkałam w Londynie, regularnie się lansowałam w rozmaitych niedrogich indyjskich restauracjach, a niektórych dań, jakie w nich jadłam, nie zapomnę do końca życia.

      curry

      Składniki potrawki: 3/4 szklanki opłukanej soczewicy, połówka dyni piżmowej (mniej więcej pół kilo albo zawartość jednej szklanki) - obranej i pokrojonej w drobną kostkę, pół pokrojonej drobno cukinii, pół puszki pomidorów - rozdrobnionych, pół szklanki wiórków kokosowych, pół łyżeczki kurkumy, pół łyżeczki mielonego kminu, 4 szklanki wywaru z warzyw (albo wody z dodatkiem warzywnego bulionu w proszku).

      Dodatkowe przyprawy: łyżeczka ziaren czarnej gorczycy, świeżo wyciśnięty ząbek czosnku, łyżka miodu, pół łyżeczki płatków chilli, sok z połowy cytryny.

      Instrukcje: wszystkie "składniki potrawki", oprócz cukinii, wrzucić do garnka i zagotować. Gotować pod przykryciem na małym ogniu przez około 20 minut, po czym zdjąć pokrywkę, dodać cukinię i przez następne 10 minut gotować już bez przykrycia. Rozgrzać odrobinę oleju na patelni, wrzucić na nią "dodatkowe przyprawy" i podsmażyć mieszając, uważając żeby się nie spaliły. Po chwili podsmażania przyprawy dodać do garnka z curry. Doprawić solą i pieprzem do smaku. Można ozdobić świeżo posiekaną natką pietruszki albo - jeśli macie - kolendry. Podawać z ryżem i koniecznie z dodatkiem świeżego czatneja (przepis poniżej)!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Kokosowe curry z dyni”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 kwietnia 2012 17:32
    • Chutney z dyni piżmowej

      chutney dyniowo-jabłkowy   chutney dyniowo-jabłkowy   chutney dyniowo-jabłkowy

      W sklepie ekologicznym rzucili dynię piżmową. Mam na półkach kuchennych jakąś górę przeróżnych niezwykle apetycznych przepisów na potrawy zawierające to warzywo (owoc?) i niestety bardzo rzadko je widuję w sprzedaży. Dzisiaj więc, przy niedzieli, zrobiłam sobie dzień dyniowy. Za jednym zamachem sporządziłam z mojej piżmowej przyjaciółki dwie różne indyjskie specjalności, które się pięknie dopełniają - curry i chutney. No i swoim zwyczajem jestem zachwycona rezultatem :)

      Dla zainteresowanych historią tego egzotycznego smakołyku, słowo chutney pochodzi z Sanskrytu. W Indiach i Pakistanie używane jest dla określenia słodko-kwaśnych octowych sosów na bazie owoców lub warzyw, towarzyszących mięsom, mącznym plackom albo ciepłym potrawom. Można je wyprodukować praktycznie ze wszystkiego - imbiru, pomidora, jabłek, dyni, tamaryndowca, mięty. Prawdopodobnie najpopularniejsze odmiany to czatnej cebulowy plus dwa rodzaje czatneju z mango - słodki i ostry - oba niesamowite.  W Europie sosy chutney pojawiły się dopiero w XVII wieku, sprowadzane z Azji jako towar luksusowy dla angielskiej i francuskiej arystokracji. Później, oswojone i przystosowane do europejskich gustów, produkowano już masowo w słoiczkach, szczególnie w krajach anglojęzycznych. Dzisiaj są bardzo popularne na Karaibach i na południu USA, gdzie serwuje się je razem z wędlinami, serami i rybą - trochę jak naszą żurawinę, którą przecież jemy do camemberta, do pieczeni i do pasztetu (także wegetariańskiego).

      Poniższy przepis na chutney jabłkowo-dyniowy z dodatkiem cebulki, pomidora i suszonych owoców jest zmodyfikowaną wersją receptury, którą znalazłam na kulinarnej stronie BBC. Jest prosty i przyjemnie się nad nim stoi, kiedy tak pyrkocze w rondelku roztaczając skomplikowane aromaty. Szczerze mówiąc, smażenie czatneja najlepiej uskuteczniać jesienią i zimą, kiedy dynie, jabłka i pomidory są w sezonie i kiedy można podwoić albo i potroić ilość składników i jako przetwory hurtowo wpakować je do słoików, żeby pyszny sos służył wam jeszcze przez dłuższy czas.

      chutney dyniowo-jabłkowy

      Sposób na czatneja: wszystkie poniższe składniki wrzucamy razem do garnka i gotujemy na średnim ogniu do momentu, kiedy cała mieszanina elegancko zmięknie i wyparuje z niej nadmiar wody, czyli do uzyskania konsystencji dżemu. Studzimy i miksujemy.

      Składniki: obrana i pokrojona w kostkę połowa dyni piżmowej (mniej więcej pół kilo albo zawartość jednej szklanki), pokrojony świeży pomidor albo pół puszki pomidorów, obrane i niedbale pokrojone dwa jabłka, pół cebulki - drobno posiekanej, 40-50g suszonych owoców (ja miałam rodzynki i morele, które drobno pokroiłam), 3 kopiaste łyżki cukru trzcinowego, 2 łyżeczki soli, 1 łyżeczka naturalnej przyprawy do pierników, pieprz, 100ml octu jabłkowego i 50ml octu balsamicznego.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 kwietnia 2012 16:37
  • sobota, 21 kwietnia 2012
    • Karobowo-miodowe brownie

       brownie karobowo-miodowe  brownie karobowo-miodowe  brownie karobowo-miodowe

      Miałam zjeść tylko kawałek. Zjadłam trzy. To wszystko przez tego fryzjera, który mnie wczoraj obciął "na więźniarkę". No i dlatego, że świeżo upieczone brownie z chlebkiem świętojańskim i miodem jest wspaniałe. Wspa-nia-łe! Aromatyczne, rozpływające się w ustach, chudsze niż standardowe czekoladowo-maślane! Prze-pysz-ne! Muszę komuś oddać przynajmniej połowę brytfanki, bo nie wytrzymam i wchłonę wszystko!

      Karob, czyli mączkę chleba świętojańskiego można dostać w sklepach ze zdrową  żywnością. Stoi na półce z kawą i kakao, bo  wykorzystuje się go często, szczególnie w rejonie Morza Śródziemnego, skąd pochodzi, jako słodzik albo zamiennik czekolady i kawy. Karob jest pełen błonnika i minerałów. Nie ma w nim ani grama kofeiny i jest bezpieczny dla alergików (w medycynie naturalnej służy między innymi do leczenia alergii i astmy). Zawiera około 3 razy więcej wapnia niż czekolada, ale tylko 60% jej wartości kalorycznej. Poza tym, chleb świętojański dostarcza witamin A, B1 i B2, magnezu, potasu, żelaza i innych zdrowych pierwiastków. Pomaga na kaszel, obniża poziom cholesterolu, działa antybakteryjnie i koi rozstrojone żołądki. Piekąc z karobem trzeba tylko uważać na cukier - chlebek świętojański sam w sobie zawiera go sporo, więc nie należy przesadzać z dosładzaniem.

      Składniki:  między 1/3 a pół szklanki miodu, 3 jaja, pół szklanki oleju, pół łyżeczki soli, pół szklanki sproszkowanego karobu, szklanka mąki orkiszowej (może być graham), pół łyżki stołowej proszku do pieczenia, szklanka posiekanych migdałów albo ulubionych orzechów.

      Sposób przygotowania: zmiksować miód, jaja i olej aż się porządnie wymieszają. Dodawać (mieszając) pozostałe składniki w następującej kolejności: sól, karob, mąka, proszek do pieczenia, orzechy/migdały. Piec w 180 stopniach przez około 25 minut. Jeszcze gorące posmarować polewą.

      Polewa karobowa: wymieszać w blenderze 2 łyżki miękkiego masła, 2-3 łyżki mleka w proszku, 1/4 szklanki mielonego karobu, 2 łyżki miodu. Jeśli będzie zbyt gęsta, dolać łyżkę albo dwie wody/mleka.

       jaja z miodem   brownie karobowo-miodowe

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Karobowo-miodowe brownie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 21 kwietnia 2012 14:36

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl