Kucharka Zen

Wpisy

  • czwartek, 17 maja 2012
    • Kapusta z kokosem: Zen-Catering rośnie w siłę

       zen catering

      Zanim napiszę parę słów o dzisiejszej porcji jedzenia, które w plastikowych opakowankach pojechało do alergicznej siostry próbującej jakoś funkcjonować na drakońskiej diecie, chciałabym dyskretnie zwrócić waszą uwagę na jeden drobiazg widoczny na zdjęciach ilustrujących ten i kolejne wpisy (nieźle, jeszcze ich nawet nie zamieściłam, już zwracam na nie waszą uwagę). No więc w najbliższej przyszłości wrzucę na bloga zdjęcia, na których będzie widniało fioletowe tło w białe grochy. Jestem bowiem dumną posiadaczką CERATY. W duże kropki i z falbanką. Kupiłam ją sobie w Berlinie, chodząc po butikach pełnych bezwstydnego kiczu. Uwielbiam kicz. Kwiatki, ptaszki, motylki i świecące w ciemności religijne figurki wywołują we mnie słodko-gorzką mieszankę euforii z głęboką nostalgią. Uważam, że kicz to celebracja wszystkiego, co w życiu najlepsze. Prostolinijności, radości życia, wyrazistego koloru, dużej porcji energii. I z miejsca zadurzam się we wszystkim, co skrajnie tandetne. Na przykład w wypatrzonej wśród plastikowych piórników i neonowych ramek na zdjęcia fioletowej ceracie w białe grochy, obrębionej na brzegu ceratową koronką.

      Jako dziewczynka wszystkie wakacje spędzałam na Lubelszczyźnie, u babci, która jest kobietą pragmatyczną ("Po co mi dajesz na prezent korale? Przecież ja już mam dwie pary korali"), więc na kuchennym stole nie kładła obrusa, bo obrusy, na których jedzą dzieci łatwo się plamią a trudno piorą. Pamiętam więc z dzieciństwa ceratki. Zalało się? Wystarczy przejechać mokrą szmatką, raz-dwa i po kłopocie. Myślę, że odziedziczyłam po babci ten jej zmysł praktyczny i zdroworozsądkową chęć nie marnowania swojej energii na nieistotne głupoty. Oczywiście, próbowałam, szczególnie organizując proszone kolacje z winem i przy świecach, dekorować stół obrusem. Ale świece mają przykry zwyczaj kapania woskiem, wino ZAWSZE uleje się z kieliszka, a poza tym nikt jeszcze nie wymyślił jedzenia, które nie plami i gości, którzy nad moim obrusem trzęśliby się tak, jak się trzęsą nad własnym. Więc postanowiłam wrócić do opcji "cerata" i zredukować stres towarzyszący wydawaniu swoim bliskim, znajomym i przyjaciołom posiłków. Od razu też poprawiła się atmosfera.

      zen catering

      A wracając do posiłków dietetycznych dla osób cierpiących na krzyżowe alergie brzozowo-jedzeniowe, w dzisiejszej torbie pełnej smakołyków siostra moja jedyna dostała następujące pudełka:

      Pudełko pierwsze: paprykowa potrawka bez pomidorów, którą opiszę tylko pokrótce, bo z braku pomidorowego sosu była w porządku, ale tylko w porządku i przepis na nią nie zostanie przebojem mojej osobistej biblioteczki kulinarnej. Udusiłam do miękkości cebulę i czosnek razem z dwiema pokrojonymi na paseczki paprykami, jedną cukinią, połową bakłażana i puszką białej fasoli. Przyprawiłam wszystkim, co mi tylko przyszło do głowy - oregano, lubczykiem, szczyptą cynamonu, słodką papryką i mieloną kolendrą, na koniec próbując, stwierdzając, że danie nadal nie ma wyrazistego smaku i z desperacji dodając trochę bulionu w proszku. Żaden wielogwiazdkowy hotel raczej mi na podstawie tej potrawki nie zaproponuje szefowania swojej kuchni, ale już tanią budkę gastronomiczną w śródmieściu mogłabym prowadzić i myślę, że klientela wracałaby po więcej.

      Pudełko drugie: mocno maślany, lekko słodkawy, rdzennie indiański (no prawie) cornbread, czyli chlebek kukurydziany. To już było mistrzostwo świata i gdybym taki chlebek sprzedawała w swoim punkcie gastronomicznym, zrobiłabym furorę, przeżywając permanentne oblężenie. Baardzo ciężko mi się było z nim dzisiaj rozstawać. Wcale nie chciałam być altruistką i oddawać go siostrze. W ramach prowizji odkroiłam sobie (tylko) jedną trzecią. A potem wywędrował. Już mi go dotkliwie brak. Przepis wrzucę na bloga za momencik, żeby mi przypadkiem nie zginął i żebyście wy, kochani, mogli kiedyś taką rewelację wyprodukować.

      Pudełko trzecie: czy wy też lubicie przypadkowe, niezaplanowane przebłyski geniuszu? W swoim własnym wykonaniu? Bo pomyślałam, że siostrze przydałaby się do obiadu jakaś prosta suróweczka i znalazłam w lodówce dozwoloną w jej diecie młodą kapustkę. Poszatkowałam jak umiałam i zalałam dressingiem zrobionym z oleju rzepakowego, musztardy, octu balsamico i syropu z agawy (sprawdziłam, wszystkie produkty znajdują się na krótkiej liście zaaprobowanych przez alergologa). A potem nagle, kątem oka, zarejestrowałam miseczkę z prażonymi wiórkami kokosowymi, które zostały po wczorajszym obtaczaniu kulek daktylowych, mających siostrze osłodzić przechodzenie na dietę. KAPUSTA Z KOKOSEM! Tak właśnie pomyślałam, głośno i dużymi literami. Posypałam surówkę wiórkami, skosztowałam (znów trzeba było pobrać prowizję od usługi cateringowej) i odpłynęłam na dłuższą chwilę w coś w rodzaju błogiego niebytu. Jejku...

      kapusta z kokosem   kapusta z kokosem

      Ładna ceratka?

      Pudełko czwarte: rozdzieliłam siostrze przygotowane wczoraj kulki daktylowe na dwie porcje, żeby się nie rozbestwiła za bardzo, i druga porcja powędrowała do niej dzisiaj. A najlepsze, że to wszystko, co ona dostaje, ląduje też na moim stole i mogę się sama raczyć tą niespodziewaną twórczością kulinarną z dodatkową satysfakcją wynikającą ze świadomości, że ktoś jeszcze na tym korzysta. Ogólnie chciałam zadeklarować, że się świetnie bawię i że strasznie mi się podoba ta cateringowa przygoda, bo dla samej siebie jednak gotuje się mniej fajnie niż dla kogoś i już.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kapusta z kokosem: Zen-Catering rośnie w siłę”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 maja 2012 16:18
  • środa, 16 maja 2012
    • Kulki daktylowe pięciominutowe

      kulki daktylowe z orzechami    kulki daktylowe z orzechami

      Okazuje się, że w ciągu pięciu minut można wyprodukować wielce smaczny, wysoce uzależniający, orzechowo-owocowy, nie zawierający ani grama dodatkowego cukru, wegański, makrobiotyczny, bezglutenowy deser. Ja go wytworzyłam w ramach pomocy siostrze, której lekarz zalecił anty-alergiczną dietę. Przypomniałam sobie jak mozolnie kiedyś sama zmieniałam jadłospis na zdrowszy, jak długo walczyłam ze starymi nawykami i jak okropnie trudno mi było zrezygnować z niektórych dobrze znanych przyjemności. Szczególnie deserów. Zrobiłam więc biedaczynce-siostrzynce taką "przejściową" słodycz, która nie urazi jej lekarza alergologa i nie wywoła wyrzutów sumienia: daktylowe kulki z orzechami włoskimi i siemieniem lnianym. Brzmi to być może niezbyt atrakcyjnie, ale kiedy się zje jedną kuleczkę, nagle czas robi jakąś taką zagadkową sztuczkę, jakby gwałtownie przyspieszał albo wręcz przeskakiwał do przodu, zupełnie ignorując kilka cennych minut, i ni stąd ni z owąd mamy już w ręku siódmą albo jedenastą daktylową kulkę z kolei. Nie wiem, jak to się dzieje. Czarna magia po prostu.

      kulki daktylowe z orzechami

      Sposób wykonania: około 170-200g orzechów włoskich wrzucić do robota kuchennego i zmiksować na puder. Oczyścić pojemnik robota i wrzucić do niego mniej więcej 250g daktyli bez pestek, razem z 1/3 szklanki wody. Zmiksować na syrop. W razie gdyby daktyle się buntowały i nie chciały całkiem rozpaść, czasem pomaga dorzucenie części zmielonych orzechów i miksowanie wszystkiego razem. Syrop daktylowy zmieszać z pudrem orzechowym i 2-3 łyżkami sproszkowanego siemienia lnianego. Masa daktylowo-orzechowa powinna być na tyle elastyczna i zwarta zarazem, żeby można było z niej utoczyć kuleczki. W razie potrzeby można dolać trochę wody żeby ją rozrzedzić albo dosypać więcej siemienia, żeby zagęścić. Formować małe kuleczki i obtaczać w zmielonych orzechach albo uprażonych do zrumienienia wiórkach kokosowych. Smacznego!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Kulki daktylowe pięciominutowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 16 maja 2012 19:51
    • Zielone pulpeciki czyli zen-catering

       pulpety jaglane ze szpinakiem   szpinak

      No żal ściska mi serce oraz parę innych mniej cenzuralnych części ciała kiedy słyszę przez telefon charczącą, rzężącą (musiałam sprawdzić pisownię), ledwo żywą siostrę swoją jedyną, którą w nagrodę za pracę na zbyt wiele rozmaitych etatów oraz czułą opiekę nad dziećmi i mężem pokarało jakąś przedziwną krzyżową alergią wziewno-pokarmową. Kaszle, puchnie, pokrywa się wysypką, chodzi zatkana i rozdrażniona, nie może spać i trudno jej się cieszyć czymkolwiek.  Tak to jest, kiedy o innych dba się bardziej niż o siebie. Cała z nas zresztą rodzina Matek Teres, trzy pokolenia i jedna lepsza od drugiej. Siostra w zeszłym tygodniu wreszcie zrobiła sobie specjalne badania i w ramach wyników badań wygenerowało jej krótką na niecałą stronniczkę listę pokarmów, które może jeść. Ze zbóż - kukurydzę i proso (kaszę jaglaną). Z mięs - królika i gęsinę. Z nabiału - masło i mleko, ale jogurt na przykład już nie. Grzyby tak. Pomidory absolutnie zabronione. Oliwa z oliwek nie, a olej rzepakowy jak najbardziej. I tak dalej, i tym podobne, nic tylko walnąć głową w ścianę i zapłakać, bo kiedy niby matka dwojga alergicznych dzieci i kobieta pracująca, sprzątająca, zmywająca, miałaby jeszcze ogarnąć dietetyczne gotowanie według jakiejś pokrętnej anty-intuicyjnej logiki, z dnia na dzień rewolucjonizując sposób, w jaki robi zakupy, przyrządza potrawy i je spożywa?

      dieta alergika

      Ale od czego ma się quasi-bezrobotną starszą siostrę? Wymogłam od niej tę kuriozalną listę produktów, poszłam na zakupy i od dziś przez najbliższy czas będę uprawiać rodzinny catering dietetyczny, na bieżąco ucząc się gotować potrawy jaglane, kukurydziane, bez pomidorów i standardowych mięs. Nabyłam nawet specjalny komplet plastikowych pudełek, w których siostra będzie dostawać te swoje surrealistyczne dania dla alergika. Oczywiście nie robię tego całkiem za darmo. W ramach prowizji będę pobierać część ugotowanych potraw i sama zdrowo, dietetycznie jeść przy okazji. Po angielsku to się nazywa "a win-win situation", czyli sytuacja, w której wszyscy wygrywają. Lojalnie ostrzegam, że od dziś przez tydzień (dwa?) będę publikować wyniki moich cateringowych starań tu na blogu, bo przeczuwam, że nie obejdzie się bez przygód. W torbie z pierwszym kompletem potraw do siostry powędrowały następujące dania:

      Pudełko numer jeden: jaglane pulpety z pietruszką i soczewicą, na które przepis znalazłam w Kuchni Alicji i od tygodni miałam na nie chrapkę.

      Pudełko numer dwa: zielony sos ze świeżego wiosennego szpinaku, cukinii i pieczarek. Jaki on dobry wyszedł! Pasowałby też do ryżu albo kaszy, tak po prostu. Albo do wszelkich możliwych kotlecików i placuszków. Mało brakowało, a bym go całkiem dla siebie zatrzymała...

      Pudełko numer trzy: daktylowo-orzechowe kulki, bo ze słodyczy tylko daktyle i rodzynki znalazły się na siostrzanej liście dozwolonych produktów. Przepis będzie za niedługo.

      Przekąska w postaci kiwi, również dozwolonego.

      pulpety jaglane w sosie szpinakowym

      Uwaga! Wiadomość z ostatniej chwili! Cytuję esemesa od siostry: "PY CHO TA!!! Zjadlam troche przed dentysta i nie moge sie doczekac, kiedy zjem jeszcze :-)" Czyli Zen-Catering może działać dalej. A skoro zarówno ja jak i klientka jesteśmy całkiem usatysfakcjonowane poziomem usług, jakie dziś wyświadczyłam, podaję wam, drodzy czytelnicy, przepis na dzisiejszy zielony, wiosenny, wegetariański obiad, żebyście w razie czego i wy mogli skorzystać na naszym win-win:

      Składniki pulpetów jaglanych: szklanka opłukanej kaszy jaglanej ugotowana w dwóch szklankach osolonej wody, czerwona cebula, niecała szklanka gotowanej soczewicy (ja miałam taką z puszki), garść posiekanej natki pietruszki, 2-3 łyżki mielonego siemienia lnianego, 2-3 łyżki kaszy kukurydzianej, łyżeczka ekologicznego wegetariańskiego bulionu w proszku, sól, pieprz, ząbek czosnku.

      Instrukcje (pulpety): podsmażyć posiekaną drobno cebulkę na oliwie/oleju. Wymieszać z pozostałymi składnikami. Bardzo niezobowiązująco przemielić w blenderze (nie musi wam wyjść gładka masa). Formować kulki (dopóki masa jest jeszcze ciepła, bo później przestaje się kleić) i gotować bardzo krótko w osolonym wrzątku. Ja zmarnowałam jedną partię pulpetów, bo się zdekoncentrowałam i zostawiłam je za długo w garnku, więc się wszystkie co do jednego rozpadły na kawałeczki. Wy już nie musicie powtarzać mojego błędu :)

      pulpety jaglane   pulpety jaglane w sosie szpinakowym

      Składniki zielonego sosu: olej/oliwa, duża cebula, dwa ząbki czosnku, pół kilo umytych liści świeżego szpinaku, duża cukinia, pięć-sześć dużych pieczarek, pół szklanki mleka (całe danie łatwo można zmienić w wegański obiad używając mleka sojowego albo ryżowego), majeranek, płaska łyżka ekologicznego wegetariańskiego bulionu w proszku, łyżka albo dwie mąki kukurydzianej.

      Instrukcje (sos szpinakowy): rozgrzać olej/oliwę w dużym rondlu i podsmażyć na nim wyciśnięty przez praskę czosnek razem z posiekaną niedbale cebulą. Posypać majerankiem (łyżką albo dwiema). Dorzucić pokrojone dość drobno pieczarki i podsmażyć do momentu kiedy zaczną puszczać sok. Dodać startą na tarce cukinię i smażyć aż zmięknie. Partiami dodawać umyte liście szpinaku i dusić dopóki nie skurczą się i nie zwiną. Dosypać bulion w proszku, dobrze zmieszać i chwilę dusić. Zmiksować. Dolać mleko z mąką kukurydzianą. Zamieszać i zagrzać.

      pulpety jaglane w sosie szpinakowym

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Zielone pulpeciki czyli zen-catering”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 16 maja 2012 19:01
  • wtorek, 15 maja 2012
    • Wegańskie szaszłyczki dla dorosłych

      wegańskie szaszłyczki   wegańskie szaszłyczki   wegańskie szaszłyczki

      Mam taką teorię, że istnieją smaki "dziecięce" i smaki "dorosłe". Dziecięce smaki są nieskomplikowane, wyraziste i podstawowe. Angażują jeden, góra dwa kubki smakowe na raz. Słodkie, ulepkowate lody owocowe. Batoniki z karmelem. Lizaki pachnące kolą (i sama kola, oczywiście, góra cukru zawarta w szklance brunatnego, migoczącego bąbelkami płynu). Słone frytki, czipsy albo paluszki. Ale też potrawy niekontrowersyjne, prawie bez smaku, za to pięknie zapychające mały brzuszek. Kluchy wszelkie i pierogi. Kartofle. Kotlety i klopsiki w śmietanie.

      Dorosłe smaki, takie naprawdę koneserskie, wymagają już nieco wysiłku i wyobraźni. Często są nieoczywiste, pozornie odpychające. Oliwki, które w dzieciństwie razem z siostrą z obrzydzeniem wybierałyśmy z sosów i odkładałyśmy na brzeg talerza. Ser pleśniowy. Kapary. Anchois. Musztarda. Piwo. Kawa. Wszystko, co łączy odrobinę goryczy z odrobiną kwaśności. Albo drożdżową słodycz z niespodziewaną pikanterią. Pamiętam kiedy parę lat temu odkryłam w jednej ze stołecznych cukierni marcepanowo-waniliowy tort z nieprzyzwoicie ostrymi ziarenkami czerwonego pieprzu. Zakochałam się z miejsca.

      Dzisiejsza grillowa obiadokolacja to taka specyficzna kombinacja smaków, która mnie natychmiast zachwyciła, ale zdziwiłabym się, gdyby podbiła absolutnie każde podniebienie. Owocowo-warzywne szaszłyki z sosem musztardowym. Na patyczek nabiłam słodkawą suszoną śliwkę z lekko wędzonym aromatem (grillowaliście kiedyś śliwkę? Coś pięknego!). I kawałki miodowego ananasa z syropu plus orzeźwiającą paprykę. Jest też neutralna cukinia i tofu, łączące inne smaki w sensowną kulinarną całość. A żeby było niekonwencjonalnie i dojrzale, szaszłyki otula musztardowo-rodzynkowy sos.

      Nabić na patyk i zgrillować (najlepiej na prawdziwym grillu, używając tacki, ewentualnie pod grillem piekarnikowym): dowolnie zaaranżowane kawałki zwartego naturalnego tofu (w wersji dla rybożerców może być biała ryba, a dla mięsożerców, kurczak), papryki, ananasa, cukinii i całe suszone śliwki.

      Sos musztardowo-rodzynkowy, składniki dla jednej osoby: zmiksować 3-4 łyżeczki ostrej musztardy, garść namoczonych rodzynek, półtorej łyżeczki miodu i ewentualnie łyżeczkę (dla wegan wegańskiego) majonezu, żeby całości nadać kremowości. Można też skoczyć do supermarketu i kupić gotową musztardę z rodzynkami i miodem (produkują takową. I to w Polsce), która mnie posłużyła za bazę sosu.

      wegańskie szaszłyczki    wegańskie szaszłyczki

      I jeszcze obrazek z linkiem do akcji kulinarnej, gdzie możecie znaleźć inne zdrowe przepisy grillowe (a gdzie pogoda na pikniki?):

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Wegańskie szaszłyczki dla dorosłych”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 maja 2012 16:12
  • poniedziałek, 14 maja 2012
    • Fufu, czyli afrykańska przygoda

      rosół z fufu   fufu

      No więc tak. W sobotę przyjaciółka zaciągnęła mnie do afrykańskiego sklepu w centrum miasta, w którym kupiłam sobie pudełko czegoś zagadkowego i wcześniej mi nieznanego, czyli specjał o nazwie fufu. Zawsze się ze mnie podśmiewali różni życzliwi ludzie, że w knajpach i sklepach wybieram albo najbardziej niejadalne albo wręcz przeciwnie, najlepsze dostępne dania, bo tak lubię próbować dziwnych, nowych, nietypowych rzeczy, że rzadko dokonuję prostych i bezpiecznych decyzji. Na pudełku mojego sobotniego eksperymentu napisano, że fufu je się z zupą. Wczoraj siostra nieoczekiwanie sprezentowała mi słoiczek nadprogramowego złocistego domowego rosołku. Dzisiaj rano dyżurowałam w parkach i na placach zabaw z jej bliźniakami, ścigając po wertepach śmigających na hulajnogach przedszkolaków (nie miałam szans) i wróciłam do domu jakaś taka lekko zachrypnięta. Więc odgrzałam sobie rosołek. Z pokaźną eksperymentalną kluchą fufu oczywiście.

      Na początek zapoznałam się z etykietą. Ta konkretna mączka fufu zrobiona jest z plantanów (zielonych bananów, o których może kiedyś napiszę więcej, bo warto się z nimi bliżej zaznajomić) i manioku, z dodatkiem ziemniaków. I to by się zgadzało z internetowymi źródłami, które twierdzą, że fufu (albo foofoo lub foufou) - gotowane warzywa skrobiowe, które ugniata się i ubija dopóty, dopóki nie zaczną przypominać zwartej, elastycznej kuli ciasta - stanowią jedno z podstawowych dań w kuchni centralnej i zachodniej Afryki. Ugniecioną kulkę ciasta wrzuca się tam do dowolnej, najczęściej jarzynowej zupy albo, urywając z niej palcami małe kawałki, macza się je w zawiesistym sosie. Pamiętam kiedy uczono mnie, jeszcze dziecko, geografii w szkole podstawowej i rzucano nazwę dość przypadkowego afrykańskiego kraju, w którym nikt z nas nigdy nie był i do którego prawdopodobnie się nie wybierał, odpytując pod groźbą dwói (wówczas oceny niedostatecznej) z uprawianych tam owoców i warzyw, których nikt z nas nie widział na oczy, nie próbował i prawdopodobnie nie miał uświadczyć do końca życia. Nie pomyślałabym że te wszystkie nazwy - maniok, bataty, plantan - jeszcze kiedyś do mnie wrócą.

      fufu z plantanów  

      A wróciły. Moja sobotnia wizyta w niesamowitym afrykańskim sklepie w jednym z najwspanialszych kwadratów ulic w Warszawie (Poznańska-Hoża-Emilii Plater-Wilcza) nie stanowiła dla mnie pierwszego kontaktu z produktami z Afryki. Dawno, dawno temu, w czasie studiów, mieszkałam w Londynie, a jeden z domów, które wynajmowałam, dzieliłam nie tylko ze swoim chłopakiem, ale także z jego kolegą z Ghany - odzianą w tradycyjne powłóczyste haftowane szaty niezwykle barwną postacią, która twierdziła, że pochodzi z ghańskiej rodziny królewskiej. Kolega gotował dużo ryżu i często smażył, między innymi przepyszne plantany, ale także suszone ryby, okrę i inne przedziwności, używając w tym celu hektolitrów bardzo specyficznie pachnącego oleju palmowego, który po kilku miesiącach skutecznie oblepił calusieńką kuchnię, włącznie z moją kolekcją książek kucharskich i naszym wspólnym, niedomagającym radiomagnetofonem.

      W ostatnią sobotę, całe lata po tych moich londyńskich przygodach z afrykańskim księciem i jego olejem palmowym, doznałam mocnego deja vu. Półki ciemnawej klitki w starej kamienicy gdzieś przy Wilczej uginały się od butelek z palmowymi olejami, worów mąki z manioku, skrzynek na okrę i plantany, paczek suszonego dorsza, słoików z ostrymi sosami z papryczek chilli i oryginalnych afrykańskich kosmetyków z masła kakaowego. Uroczy, permanentnie uśmiechnięty sprzedawca zaczął nam łamanym polsko-angielsko-francuskim opowiadać o przeznaczeniu poszczególnych produktów, wyjmując z półek coraz to nowe ciekawostki i racząc nas kolejnymi faktami na ich temat. Uważam, że powinno się do niego wysyłać (na szkolenia z obsługi klienta) co poniektóre polskie ekspedientki, ciężko urażone, że świat mediów nie docenił ich talentów aktorsko-wokalnych i że muszą tak calutki dzień tkwić za kasą i stykać się z idiotami. Jednym słowem, zakochałyśmy się z przyjaciółką w całym tym kuriozalnym kąciku z egzotycznym jedzeniem i piciem. Kupiłyśmy zaledwie po parę rzeczy, bo niestety nie było tanio, ale każdy z produktów z jakimi w końcu wyszłyśmy (pan sprzedawca mógłby nas zabawiać rozmową przynajmniej przez kolejną godzinkę) stanowił odrębną, arcyciekawą historię i otwierał masę nowych kulinarnych możliwości.

      fufu   fufu

      A więc fufu. Już samo opakowanie dostarcza wiele radości i niespodziewanej wiedzy. Okazuje się, że lekkostrawne, bezglutenowe (!) fufu jest bardzo wszechstronne, bo posłuży nie tylko jako klucha do zupy, ale też jako panierka do ryb i mięs, zamiennik polenty (kluskę fufu można pokroić na plastry i odsmażyć) albo zagęszczacz do sosów. Cytuję z tylnej etykiety: "Tradycyjnie afrykański sposób przygotowywania i gotowania żywności opiera się na użyciu własnej wyobraźni, zmysłu twórczego i elastyczności, co oznacza, że nie należy ograniczać się jakimikolwiek sztywnymi metodami liczenia i mierzenia ilości używanych składników." Ucieszyłam się, bo ja też uważam, że składniki należy dodawać szczyptami, garściami i na oko, ufając wyłącznie własnej intuicji, ale kiedy się okazało, że po dwóch stronach pudełka zapisano dwa zupełnie różne przepisy podstawowe, odrobinę zwątpiłam w swoją twórczą i elastyczną, spontaniczną afrykańską duszę. Jednak wolałabym żeby ktoś tym razem policzył i zmierzył składniki bardzo dokładnie. Ale nic to. Eksperymentujemy. Byłam głodna, więc obróciłam pudełko tak, żeby skorzystać z bardziej wiarygodnie wyglądającej receptury i krok po kroku przygotowałam swoje pierwsze w życiu fufu. Zagrzałam i doprowadziłam do wrzenia jedną szklankę wody. Odlałam z niej połowę, a do drugiej połowy, tej pozostałej w garnku, wmieszałam pół szklanki mączki. Resztę wody dolewałam powolutku, przez cały czas mieszając, po czym - nadal trzymając garnek z fufu na gazie - mocno ugniatałam je za pomocą drewnianej łyżki, na koniec formując zwartą ciastową kulę. Kula wylądowała w talerzu, a po chwili otoczył ją połyskujący oczkami tłuszczu złocistożółty rosół mojej siostry. Nabierałam po łyżce zupy, a razem z zupą odkrawałam z kulki fufu po małym kawałeczku-kluseczce. Panie i panowie. Fufu w rosole to re-we-la-cja. Szkoda tylko, że przepis na pudełku nie kazał mi go posolić, bo bym po prostu odfrunęła z rozkoszy. Następnym razem strzelę sobie odsmażane plasterki takiej kluchy, zamiast ziemniaczków, z jakimś fajnym wegetariańskim sosikiem. Albo skorzystam z przepisu, który wygrzebałam gdzieś na jakimś forum internetowym, który poleca obtoczyć w mączce fufu opłukane i wilgotne filety kurczaka lub ryby, które potem spryskuje się obficie sokiem z cytryny i smaży w dobrym oleju (byle nie palmowym). Podobno są super-smaczne. Polecam wam więc fufu z czystym sumieniem. Szczególnie jeśli kiedyś traficie w urokliwy kwadrat ulic Hożej-Poznańskiej-Wilczej-Emilii Plater.

      mączka fufu   fufu   fufu w rosole

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 maja 2012 19:30
  • niedziela, 13 maja 2012
    • Zdrowy deser? Hę?

      cukier i miod

      Deser to sprawa intymna. Dosłownie, bo oryginalna francuska nazwa dessert (sprzątnięto ze stołu) oznacza, że służba zabrała nakrycia, udała się do kuchni aby zmyć i uporządkować co trzeba, a Państwo mogą się oddać prywatnym, słodkim rozkoszom podniebienia już bez dodatkowego towarzystwa. Podobno tak się właśnie jadło wśród średniowiecznych bogaczy, pierwszych ludzi, którzy korzystali z przyjemności kosztowania cukrzonych dań, bo dopiero w Średniowieczu zaczęto produkować cukier (bardzo zresztą wówczas drogą rzecz, na którą mało kogo było stać).

      Moja osobista, prywatna historia związana ze słodyczami zaczyna się gdzieś w mrokach niepamięci, bo już w moich najwcześniejszych wspomnieniach zawsze figuruje coś słodkiego. Deficytowe banany, białe landrynki (tylko takie uznawałam), blok czekoladowy, warstwowe ciasto "pleśniak" i mocno miodowy miodowiec mojej babci, wafle z karmelem i maślane torty, które mama piekła na rozmaite okazje. Beza z kremem kawowym podczas urodzin jakiejś koleżanki, dzięki której na zawsze znienawidziłam bezy. A później, sporo później, nutella. Jako jedyny łakomczuch w dużo bardziej powściągliwej rodzinie byłam mistrzem wyjadania nutelli tak, żeby nikt się nie domyślił, że jest w ogóle otwarta. Ostrożnie podważałam złoty papierek i wydobywałam czekoladowy krem łyżeczką, uważając żeby nie tknąć ścianek. Na pierwszy rzut oka uszczknięte przeze mnie słoiki sprawiały wrażenie nowiutkich i nietkniętych, a tak naprawdę udawało mi się wyjeść wszystko oprócz cieniutkiej warstwy przy samym szkle. Poniżej - w ramach ilustracji - zamieszczam zdjęcia, które pokazują jak NIE NALEŻY wyjadać nutelli ze słoika. Podobny poziom mistrzostwa osiągnęłam zresztą jeśli chodzi o opróżnianie opakowań czekolady. Wewnątrz pobojowisko, a na zewnątrz równiutko złożone sreberko i idealnie prosta obwolutka, bez jednej rysy, bez zagięcia, bez skazy. Miałam na czym praktykować, bo od mniej więcej siódmego roku życia mieszkałam z dziadkiem - tatą taty - bardzo eleganckim, zorganizowanym, niezwykle aktywnym dziewięćdziesięciolatkiem. Dziadek co popołudnie zapraszał mnie i siostrę do swojego schludnego pokoiku z przedwojennymi meblami i wielkim samowarem, po czym raczył nas opowieściami o dawnych czasach - pokazując na przykład idealnie równe, białe uzębienie (sztuczną szczękę, co zrozumiałam dopiero całe lata później) i twierdząc, że dorobił się tak pięknych, zdrowych zębów każdego wieczora swojego życia jedząc jedno jabłko. A kiedy już nam opowiedział o przeszłości, wydzielał nam po jednym ciastku albo jednym cukierku z wielkiej wypełnionej słodyczami szuflady.

      wyjadanie nutelli   wyjadanie nutelli

      Problem polegał na tym, że dziadek miał system. To był na pewno dobrze przemyślany, dogłębnie pedagogiczny system, który miał w nas wykształcić dyscyplinę i samozaparcie, ale w moim przypadku odniósł odwrotny skutek. Rzecz w tym, że zawsze dostawałyśmy najstarsze, najbardziej wysuszone, czasem wręcz odrobinę nieświeże słodycze. Te nowsze, dopiero co kupione, czekały na swoją kolej, a my jadłyśmy posklejane landrynki, stwardniałe na suchar herbatniki i mocno niejadalne już pierniczki. Dziadek, bardzo dbały o regularność swojego rozkładu dnia, codziennie o tej samej porze miał zwyczaj chadzać na spacer. Myślę, że już wiecie, gdzie można mnie było podczas tych spacerów znaleźć i czym dokładnie się wtedy zajmowałam.

      Śmiałam się przez lata z tej dziadkowej szuflady i jej porażki jako narzędzia wychowawczego. Żartowałam też czasem z taty, nieodrodnego dziadkowego syna, który również dorobił się własnej słodyczowej szuflady. Pracujący w domu tata zawsze miał (i ma nadal) na podorędziu jakiś batonik Bajeczny albo Ptasie Mleczko. Śmiech zamarł mi jednak na ustach gdzieś w okolicy sierpnia zeszłego roku, kiedy zatrudniono mnie na okres próbny w organizacji, w której pracy było mnóstwo, a spotkanie goniło spotkanie. Nie wiem jak to się stało, jak dopadła mnie ta rodzinna klątwa, ale któregoś dnia, pisząc na komputerze (kolejny dzień) jakiś dokument, na który już nie mogłam patrzeć, bezwiednie sięgnęłam po kawałek czegoś słodkiego. Dokąd? Do mojej własnej, intymnej, wypełnionej słodyczami szuflady. Były tam małe tabliczki gorzkiej, peruwiańskiej siedemdziesięcioprocentowej czekolady, torebki daktyli, batony owsiane, sezamki i inne atrakcje. I już nie było mi do śmiechu. Chichotał raczej los.

      Dlaczego tyle piszę o słodyczach? Bo od lat próbuję ich nie jeść, i nie idzie mi to wcale ale to wcale. Wymyśliłam więc któregoś dnia, w przypływie sprytu i mądrości życiowej, że zamiast rzucać niezdrowe słodycze, zacznę szukać słodyczy zdrowych. Takich owocowych, naturalnych, niedocukrzanych, nieprzeładowanych jajami i nabiałem, lekkostrawnych. Niegłupie? Moim zdaniem całkiem niegłupie, ale potknęłam się o jeden praktyczny problem, mianowicie takie autentycznie zdrowe słodycze rzadko mi autentycznie smakują. Jeśli więc czytacie te moje wspominki, zlitujcie się proszę nade mną i wesprzyjcie mnie w mojej życiowej misji, wspomagając wieloletnie poszukiwania deseru, który mogę zjeść bezkarnie i bez wyrzutów sumienia. Może macie jakieś sprawdzone smaczne patenty na zdrową słodycz? Będę wdzięczna. Na samym dole wpisu umieszczam kod / banerek akcji "Zdrowe Słodycze", jaką postanowiłam rozpętać na Durszlaku. Bardzo serdecznie zapraszam do wzięcia w niej udziału.

      A w ramach wisienki na torcie coś, co czasem robię i nawet czasem lubię. Naturalne, bakaliowo-karobowe krówki według Gillian McKeith ("Jesteś tym, co jesz. Książka Kucharska"). Według oryginalnej receptury można je przechowywać w lodówce nawet przez pięć dni.

      krówka bakaliowo-karobowa   zdrowe słodycze   krówka karobowo-bakaliowa

      Krówki bakaliowo-karobowe

      Składniki: 250-300g daktyli bez pestek, 150-200g namoczonych rodzynek, 4 łyżki karobu w proszku, 300-400g namoczonych przez noc orzechów (w przepisie McKeith brazylijskich, ale są okrutnie drogie, więc może lepiej nerkowców, laskowców, migdałów albo mieszanki), 100g mielonego siemienia, 100g pestek słonecznika, 200g posiekanych orzechów włoskich (ja je wymieszałam z pistacjami, które jakimś cudem gdzieś dostałam dość tanio) i nasiona sezamu do posypania.

      Instrukcje: znaleźć jakiś przyjazny kieszeni sklep z bakaliami i wykupić połowę asortymentu :) Umieścić daktyle, rodzynki, karob, namoczone orzechy i dwie szklanki wody w robocie kuchennym. Zmiksować na gładką pastę. Dorzucić słonecznik, siemię i orzechy włoskie. Dobrze wymieszać. Blaszkę do pieczenia (w przepisie mowa o wymiarach 10x20 cm) wyłożyć przezroczystą folią spożywczą, na którą trzeba teraz wyłożyć masę bakaliowo-orzechową. Posypać sezamem i na godzinę wstawić do zamrażarki. Pokroić na kwadraty i podawać.

      Kod należy skopiować i wstawić na swoją stronę.


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Zdrowy deser? Hę?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 maja 2012 18:54
    • Botwinka z serem pleśniowym i orzechami

      botwinka   makaron z botwinką   botwinka

      Nie jestem chłodnikowcem. To znaczy teoretycznie potrafię zrozumieć wielbicieli zimnych, kefirowo-buraczanych zup, ale nie mam nieodpartej potrzeby gotowania ich i spożywania. Czasem jem. Z przyjemnością nawet. Ale nic mnie w chłodnikach naturalnie nie pociąga. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy odpakowując sobotnie zakupy znalazłam w nich dwa pęczki botwiny. Co mnie podkusiło? I co, holender, z nimi zrobić, skoro na pewno nie zrobię chłodnika? W dwudniową burzę mózgów zaangażowałam mamę, przyjaciółkę z liceum (która gotuje po mistrzowsku i jeszcze do tego nie je mięsa, więc miała wszelkie konieczne kwalifikacje) oraz mojego starego kumpla Google'a. Wygrał oczywiście Google, bo wygenerował najwięcej ciekawych pomysłów, i to jeszcze z ilustracjami, które to pomysły następnie przyswoiłam, skompilowałam, przepuściłam przez filtr osobistych upodobań, dostępnych w okolicznych sklepach składników i moich możliwości kucharskich, następnie zmieniłam nie do poznania i dziś delektuję się rezultatem. To się chyba nazywa proces twórczy. Podziękowania, oprócz pana Google'a, należą się między innymi Marcie Stewart, bo ma na swojej stronie pełno inspirujących buraczanych receptur, począwszy od zup i sosów aż po zielone buraczkowe pierogi. Szczerze mówiąc naprawdę się tą swoją dzisiejszą twórczością delektuję, bo makaron z listkami botwinki i mini-buraczkami przypomina taki szpinakowy (więc przepis można też wykorzystać kiedy minie sezon na botwinę), także świetnie komponuje się z czosnkiem, niebieskim serem pleśniowym, prażonymi orzechami laskowymi i rodzynkami. Ach, jak miło sobie czasem przy niedzieli poeksperymentować :)

      Gdyby kogoś trzeba było jeszcze przekonywać, dodam tylko, że makaron pełnoziarnisty (dorwałam w sklepie taki pięciozbożowy pełen wypas: pszenno-orkiszowo-żytnio-jęczmienno-gryczany) podwyższy wasz poziom energii i podziała pozytywnie na nastrój. Orzechy wraz z witaminami z grupy B i magnezem wesprą waszą pamięć i koncentrację i dodadzą dobrego humoru, natomiast porcja botwiny oprócz żelaza i wapnia dostarczy wam też 60% dziennej porcji wzmacniającej organizm, odbudowującej zniszczone tkanki witaminy C. Uwielbiam takie dietetyczne fakty na deser po obiedzie, bo nie dość, że siedzę z radośnie pełnym brzuchem, to jeszcze z satysfakcją odnotowuję, co dobrego zrobiłam dla swojego cennego ciała. Sama przyjemność.

       młode buraczki   ser pleśniowy   botwinka

      Składniki na dwuosobowy lekki obiad: dwie porcje waszego ulubionego makaronu (sami wiecie najlepiej jakiego użyć i ile), oliwa z oliwek, dwa ząbki czosnku, dwa pęczki botwiny z małymi buraczkami, około 50g orzechów laskowych, dwie garści rodzynek, mniej więcej 100g sera pleśniowego, ocet balsamiczny, miód albo syrop z agawy, sól i pieprz.

      Co zrobić? Botwinę dokładnie umyć. Odciąć buraczki, obrać i bardzo drobno pokroić: w mini-kosteczkę albo mini-plastereczki. Liście botwiny dość niedbale pokroić we wstążki. Rodzynki zalać wrzątkiem. Wstawić wodę na makaron. Orzechy posiekać i zrumienić na rozgrzanej suchej patelni. Na tej samej patelni rozgrzać łyżkę albo dwie oliwy z oliwek. Dodać rozgnieciony czosnek i przez moment podsmażyć. Dorzucić pokrojone buraczki i również delikatnie podsmażyć. W międzyczasie wrzucić makaron do wrzącej osolonej wody i gotować zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Na patelnię z czosnkiem i buraczkami wysypać liście botwiny. Dusić około dwóch lub trzech minut. Dodać rodzynki, kilka kropel octu i łyżeczkę miodu. Wymieszać i smażyć jeszcze przez chwilę. Doprawić solą i pieprzem do smaku. Kiedy makaron będzie gotowy, odcedzić, przełożyć na talerz, polać botwinowym sosem, posypać prażonymi orzechami i pokruszonym drobno niebieskim serem. W ramach dodatkowych atrakcji dla czosnkofilek takich jak ja, całe mieszkanie na parę godzin nabiera specyficznego głębokiego aromatu. Taki bonus :)

      liście botwiny

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Botwinka z serem pleśniowym i orzechami”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 maja 2012 16:40
  • piątek, 11 maja 2012
    • Pasta z dyni i sezamu

      pasta dyniowo-sezamowa   pasta dyniowo-sezamowa   pasta dyniowo-sezamowa

      Przepis na tę leciutką, orzechową w smaku pastę, którą można potraktować pełnoziarnisty tost albo polać chrupiącą zieloną sałatkę, pochodzi z książki kucharskiej "Jesteś tym, co jesz" Gillian McKeith. Skorzystałam z niego wyłącznie dlatego, że znów natknęłam się w sklepie ekologicznym na dynię piżmową, a po gotowaniu wcześniej opisanej meksykańskiej potrawki ostała się jej połówka i trzeba było coś z nią zrobić. Nie do końca ufałam temu pomysłowi. Dynia? Pasta dyniowa? Na kanapkę? Bałam się, że będzie za mało treściwa i trochę byle jaka. Ale fajnie się czasem mylić :) Pasta zawiera sporo sezamu, trochę miso i odrobinę sosu sojowego (to już mój osobisty pomysł, bo potrzebowałam żeby była bardziej słona), więc nie ma co się obawiać o jej smak.

      Składniki na jedną osobę: pół małej dyni piżmowej, trzy łyżki prażonego sezamu, łyżeczka miso, szczypta cynamonu, łyżeczka sosu sojowego.

      Instrukcje: dynię obrać obieraczką do jarzyn, pokroić w nieduże sześcienne kawałki i wrzucić na jakieś 10-15 minut do wrzątku. Ugotowaną odcedzić, ostudzić, wrzucić do blendera i zmiksować. Dodać sezam, miso, cynamon i sos sojowy. Znów zmiksować. Pyszności.

      pasta dyniowo-sezamowa    dynia

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Pasta z dyni i sezamu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 11 maja 2012 17:31
    • Moje mole fasolowe

      wegańskie mole poblano   wegańskie mole poblano

      Są takie posiłki, podczas których zaczynam się bezwiednie uśmiechać. I uśmiecham się nie tylko rozciągając usta, susząc zęby i mrużąc oczy w kurze łapki. Uśmiecha się ze mną każda komórka mojego ciała, jaśniejąc wewnątrz jakoś tak radośnie i ciepło. Myślę, że to nie zbieg okoliczności, że taka moja dziecięca, organiczna, niepowstrzymana radość towarzyszy na ogół naturalnym, warzywnym, świeżo przyrządzonym w domu potrawom. Nie towarzyszy natomiast nigdy hamburgerom z fast foodów, zupkom chińskim ani stołówkowym kotletom mielonym. Jakby organizm dawał wyraźne sygnały, krzycząc na wszystkie sobie znane sposoby: "to mi dobrze robi, poproszę dokładkę!"

      Dzisiejsze wegańskie mole ewidentnie należało do kategorii mocno odżywczych i szczęściotwórczych dań, bo gdzieś w połowie jego spożywania calusieńka, od małego palca u stóp aż po czubek głowy, rozśpiewałam się czystą przyjemnością. A że w tle towarzyszyła mi genialna bluesowa płyta wyprodukowana przez niejakiego Jacka White'a, to śpiewania, kołysania bioderkami i kiwania nózią było co niemiara. Ach, te głosy doświadczone przez życie, dotknięte jego nieprzewidywalnością, słodko-gorzkie i ochrypłe od koncertowania w zadymionych barach. Jedną z najdotkliwszych, najbardziej bezlitośnie prawdziwych piosenek na płycie śpiewa sama Marlena Dietrich.

      Dla osób, które nigdy nie słyszały o mole poblano, tym pełnym ziołowo-korzennych nut, czekoladowo-pomidorowym meksykańskim sosie, podaję parę informacji na jego temat. Słowo mole w meksykańskiej wersji języka hiszpańskiego oznacza po prostu sos (tak jak słowo curry w Indiach). W przeszłości określało się tak całą masę różnorodnych i nie mających wiele ze sobą wspólnego dań. Dzisiaj, mówiąc mole, na ogół myśli się o jego najpopularniejszej odmianie, mole poblano, sosie o niezwykle złożonym smaku, w oryginalnej odsłonie zawierającym około dwudziestu składników, w tym obowiązkowo papryczki chilli i neutralizującą ich ostrość czekoladę. Najczęściej serwuje się go z indykiem przy okazji ważnych świąt – przy chrzcinach, ślubach, urodzinach i na Gwiazdkę.

      wegańskie mole poblano     dynia piżmowa     wegańskie mole poblano

      Według popularnej legendy, mole powstało w meksykańskim klasztorze Santa Rosa, we wczesnym okresie kolonialnym. Zamieszkujące klasztor ubogie mniszki dowiedziały się, że zamierza je odwiedzić arcybiskup i wpadły w panikę, ponieważ ich spiżarnia świeciła pustkami. Pomodliły się, jak to mniszki i zebrały w kuchni wszystko, co tylko udało im się znaleźć. Były tam ostre papryki, trochę przypraw, czerstwy chleb, trochę orzechów i odrobina czekolady. Zabiły starego, chudego indyka, ugotowały wszystko razem i absolutnie zachwyciły arcybiskupa swoim nietypowym daniem. Myślę, że i wy możecie się zachwycić, ponieważ moja prostsza, spolszczona wersja mole to coś pysznego, a że jest stuprocentowo wegańska, można ją jeść do woli.

      Skład: olej z pestek dyni (oliwa z oliwek też jest ok), jedna cebula, ząbek czosnku, 2 gałązki selera naciowego, cała czerwona papryka, pół małej dyni piżmowej (a z jej braku, cała cukinia), pół szklanki wywaru warzywnego, puszka pomidorów, puszka czerwonej fasoli, mała puszeczka kukurydzy, po półtorej łyżeczki: majeranku, oregano, naturalnej przyprawy do pierników, pół łyżeczki pasty harissa albo łyżeczka płatków chilli, 2 łyżki masła orzechowego, 50g gorzkiej czekolady, sól, pieprz.

      Wykonanie: cebulę, czosnek, gałązki selera i paprykę posiekać dość drobno. Dynię obrać obieraczką do jarzyn i pokroić w kostkę. Rozgrzać w sporym garnku olej lub oliwę, dorzucić cebulę z czosnkiem, podsmażyć. Dodać seler i znów podsmażyć. Dodać paprykę i dynię i podsmażyć ponownie. Posypać majerankiem, oregano i przyprawą do pierników. Dorzucić harissę albo chilli. Zamieszać. Wlać wywar warzywny i zawartość puszki pomidorów. Dosypać fasolę i kukurydzę. Gotować pod przykryciem na średnim ogniu do momentu kiedy kawałki dyni nie zrobią się miękkie. Wmieszać masło orzechowe i chwilę pogotować. Dodać podzieloną na kawałki czekoladę, zmieszać i poczekać aż się roztopi. Doprawić mole solą i pieprzem. Podawać z ryżem, jasną kaszą albo młodymi ziemniaczkami z wody. Smacznego!

      wegańskie mole poblano     wegańskie mole poblano     Embed_xn0obswenxxrbzyydfwsy5wkjp2ymazz

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Moje mole fasolowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 11 maja 2012 16:47
  • czwartek, 10 maja 2012
    • Wiem co jem? Czyli rzut oka w lustro.

      lustro    lustro

      Ostatnio po Facebooku krąży i robi furorę wspaniała czarno-biała fotka łazienkowej umywalki, nad którą - zamiast tradycyjnego lustra - widnieje duży napis "YOU LOOK FINE" (Wyglądasz okej). Mogłabym mieć taki gadżet i codziennie, zamiast analizować najmniejsze nawet krostki, pojedyńcze siwe włosy oraz urojony podwójny podbródek, upewniać się w swojej wspaniałości. Ale lustro bywa przydatne. Dopiero co napisałam długachną diatrybę na temat nawyków żywieniowych Polaków, naszego narodowego braku dbałości o higienę psycho-fizyczną i ogólnego dramatyzmu sytuacji zdrowotnej w kraju. Żeby jednak być do końca w porządku, tak sobie myślę, trzeba zawsze zacząć od siebie - od trzeźwego, obiektywnego spojrzenia we własne odbicie. Podobno każda zmiana właśnie tak się zaczyna. Od wiedzy o sobie. Od samoświadomości. Chociażby dotyczącej swoich osobistych zwyczajów jedzeniowych. Dzięki bardzo, bardzo przyjaznej dietetyczce-blogerce Jaśminie, która parę dni temu, żywo i z prawdziwą pasją odpisała mi na posta "Zdrowy Polak?", dostałam zaproszenie do akcji "Wiem co jem". Za które bardzo dziękuję :)

      Zasady:
      1. Napisz, kto Cię otagował i przedstaw zasady
      2. Zamieść banner i odpowiedz na pytania
      3. Otaguj kolejne 5 osób :)
       

      1. Czy uważasz, że odżywiasz się zdrowo?
      Uważam, że odżywiam się WZGLĘDNIE zdrowo. DOŚĆ zdrowo. Dużo rzeczy robię dobrze, sporo wiem o zdrowym jedzeniu, ale codzienna praktyka ciągle odstaje od ideału. Właściwie co dzień mam moment kryzysu, który owocuje kawą i ciastkiem (taki ciastkowo-kawowy kryzys wyzwala cała gama różnych pretekstów - kiedy muszę usiąść do komputera, a mi się strasznie nie chce; kiedy jadę coś załatwić, a nie mam ochoty; kiedy wracam do domu i smutno mi, że będzie pusty; kiedy coś mi się nie uda albo coś mnie sfrustruje; kiedy się na kogoś wkurzę albo kiedy się denerwuję przed ważnym spotkaniem; a czasem z radości, gdy spotka mnie coś miłego, gdy ktoś zrobi mi przyjemność, kiedy odniosę jakiś mały sukces). Bywa, że skuszę się na pizzę. Czasem na parę piw. A innym razem wchłonę tłusty kawał żółtego sera i kilka garści solonych orzeszków.
       
      serek
      2. Czy zwracasz uwagę na skład produktów spożywczych? Jeśli tak, to jakich składników unikasz?
      Tak, myślę, że stanowię unikalny i dość zabawny widok, kiedy krążę w żółwim tempie po supermarkecie, zatrzymując się przy kolejnej półce, kolejnym produkcie i uważnie studiując listę składników. Zaprzyjaźniony właściciel lokalnych delikatesów (rzadki przypadek przedsiębiorcy, który autentycznie kocha swoją pracę, bo on i żona z lubością eksperymentują w kuchni, sprowadzając do swojego sklepu coraz to ciekawsze delicje) powiedział mi parę razy, że lubi kiedy przychodzę do niego na zakupy, bo nie wpadam jak strażak do pożaru, ale przechadzam się, przyglądam, ważę w ręce owoce, kontempluję puszki, paczuszki i słoiczki. Kiedy czytam etykiety, unikam przede wszystkim produktów zawierających glutaminian sodu i inne zagęszczające, koloryzujące i aromatyzujące dodatki. Im prostszy i krótszy skład, tym bardziej mu ufam. Dziwnie się czuję kiedy jogurt zawiera siedem albo osiem różnych substancji chemicznych a wędlina dobrych kilkanaście dodatków zaczynających się na "E".
       
      jarzynki
      3. Jesz dużo owoców i warzyw?
      Jem więcej warzyw niż owoców. Po licznych eksperymentach z rozmaitymi dietami - liczeniem kalorii, unikaniem mięsa i nabiału, odstawianiem prostych węglowodanów, trzymaniem się specyficznych proporcji białek do cukrów do tłuszczów - wreszcie przyjęłam jedną prostą zasadę, dzięki której łatwiej mi robić zakupy, gotować, jeść i w ogóle żyć - staram się, żeby mniej więcej 2/3 mojego talerza stanowiły przy każdym posiłku warzywa. Na razie działa jak się patrzy.

      4. Czy kiedykolwiek się odchudzałaś? Na jakiej diecie? Zamierzasz się odchudzać w przyszłości?
      Odchudzałam się. Powiedziałabym nawet, że jestem weteranką diet. Zaliczyłam dietę Montignaca, 1200 kalorii, wegetariańską, South Beach, strukturalną Bardadyna, makrobiotyczną i (to już był hardcore) doktora Kwaśniewskiego. Jak napisałam wyżej, parę lat temu wreszcie otrzeźwiałam i uznałam, że lepiej przyjąć jakąś prostą, łatwą w realizacji, zdroworozsądkową zasadę, którą się będę kierować na stałe, niż katować się dwutygodniowymi sesjami masochizmu, po których oczywiście znowu zaczynam jeść byle jak.

      wiem co jem
       
      5. Czy czujesz się dobrze w swoim ciele?
      Pomyślałam sobie dzisiaj, że to dziwne pytanie, bo przecież jestem moim ciałem, więc jak się mogę dobrze czy źle czuć sama w sobie? Moje ciało to puls i bicie serca i rytm oddechów i nogi, które mnie niosą tam dokąd chcę i tak szybko jak tylko mam ochotę. Uszy, którymi słyszę i oczy, którymi odbieram całą masę wspaniałości. Mikrokosmos, w którym niezmordowanie zachodzą rozmaite fascynujące chemiczne reakcje, po którym krążą, w nieskończenie mądry sposób, elektryczne impulsy. Coś niesamowitego. Prezent od losu. Więc nie jestem oddzielna od ciała, to nie ubranie, które może się podobać albo nie, ale ja. Wiem, że kiedy otworzę "Galę" albo "Party", w tych szczupłych, opalonych, wiecznie młodych paniach z włosami prosto od fryzjera, które tłoczą się na kolorowych stronnicach zupełnie nie rozpoznam nieco przysadzistej, tu i ówdzie pofałdowanej i pomarszczonej siebie. Ale czy muszę się rozpoznawać? Czy jestem produktem, który ma się dobrze sprzedać na jakimś wirtualnym targowisku? I kto tak konkretnie byłby w moim przypadku nabywcą? Mam parę koleżanek z ustami i powiekami mocno wspieranymi przez chirurga. Myślę, że czuję się lepiej w swoim ciele niż te skądinąd przemiłe, arcyfajne dziewczyny.

      6. Jaka jest twoja ulubiona potrawa?
      Chilli con carne. I kropka.

      7. Czy lubisz gotować?
      Bardzo. Bardzo.
       
      8. Co chciałabyś wyeliminować z diety, a co do niej wprowadzić i dlaczego?
      Myślę, że mój codzienny jadłospis jest bliski mojego osobistego ideału, z jednym poważnym, niewygodnym, irytującym "ale". Myślę, że byłabym zdrowsza, szczuplejsza, lżejsza, pełniejsza energii i dysponująca jaśniejszym umysłem gdybym tylko odpuściła sobie tę swoją codzienną kawę z ciastkiem, tę moją intymną chwilę przyjemności, tę zachciankę, której po prostu nie mogę nie pofolgować. A przecież znam teorię - nadmiar cukru prowadzi do zakwaszenia organizmu, wypłukuje z ciała istotne minerały, nadmuchuje jak balon przeciążoną wątrobę, w postaci tłuszczu osiada w moich nieszczęsnych udach, pośladkach i w brzuchu, podwyższa ciśnienie, osłabia odporność, powoduje senność i obniża koncentrację. No coś okropnego po prostu. Dół kompletny. Nic tylko polecieć do cukierni po kolejnego czekoladowego muffina...
       
      kawa z ciastkiem
      9. Czego nie możesz przełknąć a co mogłabyś jeść cały czas?
      W tej chwili, po kilku latach lekkostrawnego jedzenia, nie byłabym już w stanie zjeść jakiegokolwiek produktu, którego zawartość tłuszczu przekracza pewien limit - golonki, schabowego, frytek, smażonych w głębokim tłuszczu placków i pierożków. Mimo słabości do słodyczy, nie znoszę przesłodzonych, syntetycznych ciastek. Od razu odróżniam czysto śmietanowy krem od takiego z chemicznymi domieszkami, prawdziwą czekoladę od sztucznej brązowej kuwertury, a autentycznie owocowe nadzienie od ulepka z zawartością 20% owoców. Natomiast cały czas mogłabym jeść świeże sezonowe jarzynki, dobre wiejskie sery, naturalne pieczywo. Myślę, że wykształciłam w sobie coś w rodzaju szóstego zmysłu, który pozwala mi wyczuć, czy kucharz, który wyprodukował daną potrawę, naprawdę kocha to, co robi. To od razu wiadomo. I ma to wielkie znaczenie.

      10.Ile posiłków jesz dziennie?
      Trzy do czterech. Mogłabym więcej, ale mniejszych, pewnie lepiej bym się czuła.

      11.Wypijasz odpowiednią ilość wody? ( min. 8 szklanek dziennie) ?
      Pi razy oko tyle ile potrzebuję.

      Taguję (z takim zastrzeżeniem, że jestem stosunkowo świeża w blogosferze i wpisuję tu osoby, które szczególnie zapamiętałam z ich wpisów na moim blogu, trochę w ramach podziękowania, ale oczywiście bez zobowiązania do udziału w akcji):
      Berberysłowo (Czerwony Berberys)
      Mówią weki (Nieśka)
      Pozdrawiam serdecznie!
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Wiem co jem? Czyli rzut oka w lustro.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 maja 2012 12:46

Kalendarz

Luty 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl