Kucharka Zen

Wpisy

  • wtorek, 29 maja 2012
    • Amerykańscy żołnierze, kasza jaglana i ostatni rzut cateringu

      zen catering

      Chodziłyśmy i szukałyśmy od wielu, wielu godzin. Bez rezultatu. Byłyśmy już zmęczone i zniechęcone, a to miejsce nie inspirowało do dalszych wysiłków. Solidne, nieprzyjazne drzwi w końcu ustąpiły z gniewnym stęknięciem, ukazując sterylny, pomalowany olejną farbą nieokreślonego koloru, oświetlony jaskrawymi regulaminowymi jarzeniówkami korytarz. I rzędy zamkniętych drzwi, przy których w równych odstępach stali na baczność wartujący żołnierze. Czułam za plecami obecność siostry, która wcale nie chciała tu być. Nie miałam pomysłu, co dalej, ale jeśli tutaj nie znajdziemy tego, czego szukałyśmy, nie znajdziemy tego już nigdzie. W tej opustoszałej przemysłowej mieścinie na głębokiej amerykańskiej prowincji nie było prawie nic poza barakami i hangarami wojskowej bazy, opuszczonymi biurowcami i włóczącą się bez celu skrajną biedotą. Podeszłam do pierwszego z żołnierzy, młodego białego chłopaka, który wydał mi się niegroźny. A nawet, jeśli sobie tego nie wmówiłam, otwarty i miły po prostu. "Szukamy kaszy jaglanej" - powiedziałam swoją najpiękniejszą angielszczyzną, najuprzejmiej jak potrafiłam, nie dopuszczając do głosu wątpliwości i obaw. - "Macie tu na pewno dział zaopatrzenia, prawda? Czy mógłby nas pan pokierować? Chciałyśmy zapytać, czy by nam nie odsprzedali jednego worka."

      Nie spodziewałam się przyjaznej reakcji. W końcu byłyśmy tu tylko cywilnymi intruzami. Z innego kraju, innej kultury, innej rzeczywistości. Zaburzałyśmy stały porządek. Ale oczy chłopaka rozbłysły zachwytem, jakby już dawno nikt z nim nie rozmawiał jak z człowiekiem, jakbym stanowiła ożywczą odmianę w jego beznamiętnym, regulowanym chłodnymi rozkazami życiu. Zaproponował, że sam nas zaprowadzi w odpowiednie miejsce. Spojrzałam kątem oka na siostrę. Chyba zaczęła wierzyć, że może nam się udać. Młody żołnierz w zbyt ciepłym ciemnozielonym mundurze i berecie, którego mimo upału nie wolno mu było zdjąć, poprowadził nas labiryntem pustych korytarzy na zewnątrz, po czym oparł się o balustradę przy drzwiach prowadzących do budynku zaopatrzenia i oświadczył, że na nas zaczeka. Przez ułamek sekundy, jakby przeniknął przeze mnie niespodziewany podmuch wiatru, poczułam, że coś ważnego nas łączy. Po chwili wyszłyśmy z powrotem przed budynek, zawiedzione, wściekłe i upokorzone, bo bezceremonialnie nam odmówiono i kazano natychmiast znikać, odganiając jak natrętne insekty. Żołnierz sprawdził wzrokiem czy nikt go nie obserwuje i posłał w stronę schowanej w zakurzonym biurze bezlitosnej służbistki wymowny gest z udziałem środkowego palca. Uśmiechnęłam się. Był po naszej stronie. Zaryzykował. Dla nas.

      Nagle poczułam, że jesteśmy sami, że opustoszał świat, a on kładzie mi na ramieniu głowę, jak najbliższy przyjaciel. "Pewnie długo nie zabawisz w tej dziurze." - mówił do mnie półgłosem - "Widzę, że nie jesteście stąd. Ale nie mogę cię już nie zobaczyć. Dziś wieczorem. Czy dałabyś się zabrać... zaprosić na kolację?" Zobaczyłam jego oczy. Strach. Autentycznie się bał, że odmówię. To nie był pierwszy lepszy seryjny podrywacz, oślizgły lowelas z małego miasteczka. Nie robił tego nigdy wcześniej.

      Już zmierzchało kiedy ktoś zapukał do drzwi naszego hotelowego pokoju. Przebrałam się w lekką letnią sukienkę, ale czułam się w niej nieswojo. Otworzyłam. Mój żołnierz, ubrany w schludną koszulkę polo i bawełniane spodnie, stał w progu z nieśmiałym półuśmiechem. Obawiałam się, że przyniesie kwiaty, a ja nie będę wiedziała, co z nimi zrobić, jak na nie zareagować. Nie lubię dostawać od mężczyzn ciętych kwiatów. Ale nie. Zza pleców wyjął inny podarunek. Worek jaglanej kaszy. Nareszcie mogłam upiec siostrze ciasteczka.

      zen catering

      To, panie i panowie, dobry moment, żeby zakończyć świadczenie usług cateringowych mojemu młodszemu rodzeństwu. Ewidentnie tak się w ten projekt emocjonalnie zaangażowałam, że gotowanie dietetycznych posiłków alergicznej siostrze zaczęło przenikać do świata snu, ścigając mnie (w postaci kaszy jaglanej) nawet w nocy, na fikcyjnych amerykańskich bezdrożach w czasie obezwładniająco romantycznych scen z udziałem młodych żołnierzy (również, niestety, fikcyjnych). Całą noc żeśmy szukały tej nieszczęsnej kaszy na ciasteczka. Obudziłam się zmęczona jak po maratonie. Do siostry powędrowała więc ostatnia już dostawa gotowych prozdrowotnych posiłków, a ja niniejszym zamykam działalność i w ramach ostatniego cateringowego wpisu poniżej podaję zawartość poszczególnych pudełek (polecając waszej uwadze szczególnie pudełka numer dwa i trzy, moje ulubione).

      Pudełko numer 1: Makaron kukurydziany (wcale nie jaglanka, żeby było śmieszniej)

      Pudełko numer 2: Szparagowy sos do makaronu i pulpetów tuńczykowych. Cały pęk ugotowanych na parze i pokrojonych dość drobno szparagów zalany zmiksowanymi razem na gładziutki krem: podsmażoną wraz z ząbkiem czosnku kosteczką z jednej cebulki, garścią posiekanego koperku, opakowaniem śmietanki 12%, czubatą łyżeczką musztardy, połową szklanki wywaru z warzyw, solą i pieprzem. Wszystko to podgrzane do momentu kiedy zaczęło przy brzegach patelni leciutko bulgotać.

      Pudełko numer 3: Pulpeciki z tuńczyka. To był eksperyment Młodego Chemika, który musiał wykombinować czym zastąpić zabronione w diecie siostry jajko, żeby pulpeciki się nie rozpadły i jak dużo wsypać mąki, żeby wyszły wystarczająco solidne, a także jak długo gotować, żeby były jadalne. Dwie puszki tuńczyka zmiksowanego z podsmażonymi lekko talarkami z jednego pora, ząbkiem czosnku, pięcioma ugotowanymi na parze średniej wielkości kartofelkami, czubatą łyżką mielonego siemienia, równie czubatą łyżką skrobi kukurydzianej, 5-6 łyżkami mąki kukurydzianej oraz łyżeczką musztardy. Plus sól i pieprz. A potem gotowane w osolonym wrzątku przez minutę albo dwie po wypłynięciu na powierzchnię.

      makaron ze szparagami i pulpetami z tuńczyka

      Pudełko numer 4: Bardzo smaczna sałatka, która powstała ze szklanki kukurydzy, szklanki ugotowanej czerwonej fasoli, pokrojonej w kosteczkę gotowanej na parze całej cukinii, podzielonej na małe różyczki również gotowanej na parze połówce brokuła i posiekanej połowie pęczka natki pietruszki. Do tego sól, pieprz oraz sos zrobiony z oleju rzepakowego, octu balsamicznego, musztardy z chilli i syropu z agawy. I już. Zen catering może zamknąć podwoje.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Amerykańscy żołnierze, kasza jaglana i ostatni rzut cateringu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 maja 2012 16:23
  • poniedziałek, 28 maja 2012
    • Wykwintny czekoladowiec z truskawkami

      ciasto czekoladowe z truskawkami     ciasto czekoladowe z truskawkami

      Upiekłam ciasto idealne. Takie ciasto, dla którego należy odłożyć wszystko na bok, wygospodarować sobie ciszę i przestrzeń, żeby nie przegapić jego subtelności. Nie można go jeść w pośpiechu i hałasie, bo coś nam umknie. Coś cennego.  To czasem pomaga w życiu, a czasem wręcz przeciwnie, ale ja bardzo lubię niuanse. Niedopowiedzenia. Nieoczywistości wymagające skupienia. Jeśli wy też je lubicie, upieczcie to niepozorne cacko. Głęboko ekologiczne, bo każdy składnik przewędrował długą, powolną drogę do mojej kuchni. Taką drogę, jaką prawdziwe, naturalne, zdrowe jedzenie musi przewędrować, żeby było coś warte. Więc wyłączcie telefon, zamknijcie się sam na sam z kawałkiem tego bezpretensjonalnego delikatesu w wypełnionym słońcem i powietrzem pokoju i zobaczcie, co się będzie działo. Cuda. Gryczane. Migdałowe. Czekoladowe. Waniliowe. Truskawkowe.

      To ciasto wymaga czułości i troski. Robi się je delikatnie, powoli, w każdą czynność inwestując uwagę i zainteresowanie. Miłość. Powstało więc z miłością właśnie, w sam raz na niedzielny obiad, spóźnioną celebrację dnia Matki. A Matka - swoim zwyczajem - przyrządziła prawdziwą, rzucającą na kolana, obficie warzywną ucztę.  Tym razem miała przed sobą wyzwanie nie lada. Jedno dziecko ma alergię pokarmową. Drugie wrażliwy żołądek. Zięć mięsożerny i niekoniecznie przepada za zieleniną. Wnuki nie tolerują każdy czego innego, a jeszcze dołączył do nas gość, o którego preferencjach kulinarnych nie było zupełnie nic wiadomo. Tylko ojciec tolerancyjny i zje, co mu dadzą. Więc moja Matka (Teresa), czarodziejka dnia powszedniego, z niespotykaną gdzie indziej wrażliwością na drugiego człowieka (szukam, szukam całe lata i nic), z wirtuozerią godną mistrza stworzyła posiłek, w którym wszystkich nas wzięła pod uwagę i który jeszcze do tego wszystkim smakował. Kremowa, bezpretensjonalna zupa z białych szparagów z kukurydzianym pieczywem to było tylko preludium. Drugie danie dostaliśmy w postaci bufetu (jak ja lubię bufety!). Dla siostry gęsina, dla całej naszej reszty - leciuteńki, mocno jarzynowy gulasz. Maluteńkie, okrągluteńkie młode kartofelki z wody z odrobiną masełka i koperku, obezwładniająco szlachetne w swojej prostocie. Gotowane na parze kalafiory. I absolutnie mistrzowskie (uwielbiam je po prostu, mogłabym się nimi żywić ciągle) zapiekane cukinie z plasterkami pomidora.  Nie wiem, jak Matka to zrobiła, ale się dowiem, bo to majstersztyk, ponieważ świeże pomidory tak zapiekła, że przypominały najlepszej jakości autentycznie włoskie suszone na słońcu słodkawe pomodorini. Do tego była jeszcze naprawdę udana surówka-eksperyment mojej siostry - czerwona kapusta z fasolką i ogórkiem kwaszonym. A potem jedliśmy ciasto.

      ciasto czekoladowe z truskawkami

      Przepis na czekoladowe ciasto, do którego z własnej nieprzymuszonej woli dodałam swoje pierwsze truskawki w tym sezonie, znalazłam na mocno atmosferycznym blogu kulinarnym Smitten Kitchen, chociaż i tam przywędrował on wcześniej skąd inąd. Takie wędrujące, stopniowo modyfikowane przepisy są najfajniejsze. A i składniki ciasta, które w końcu trafiło na stół mojej ukochanej Matki mają swoją historię, bo na przykład ekologiczne truskawki kupiłam w zakorzenionym pięknie w mokotowskim krajobrazie zaprzyjaźnionym sklepie ze zdrowymi i regionalnymi produktami, którego właścicielka stanowi koło napędowe sporych zmian w najbliższej okolicy sklepu. Fajni są tacy lokalnie zaangażowani pasjonaci. Kiedyś napiszę o całej tej historii parę słów więcej, bo warto się inspirować ludźmi, którzy robią coś ponad minimum wymagane żeby utrzymać rodzinę, coś dla innych. To przecież ani proste, ani oczywiste.

      Składniki ciasta: około 100g dobrego śmietankowego masła (im bardziej naturalne, tym pyszniejsze, więc warto zainwestować kilka złotych więcej), 100g gorzkiej ciemnej czekolady (najlepiej z 70% zawartością kakao), 4 duże jaja od szczęśliwych kur wyjęte wcześniej z lodówki, niecałe pół szklanki jasnego cukru trzcinowego, porządna szczypta soli morskiej, łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii, ćwierć szklanki ekologicznej mąki gryczanej, ćwierć szklanki świeżo zmielonych na pył ekologicznych migdałów, 250g ekologicznych truskawek.

      ciasto czekoladowe z truskawkami   ciasto czekoladowe z truskawkami   ciasto czekoladowe z truskawkami

      Sposób przyrządzenia: celowo nie nazwałam tego blogu "Ciastkarka Zen" ani "Zen Piekarnia", bo niestety nie jestem wielkim ekspertem od wypieków. Swoje pierwsze prawdziwe ciasto upiekłam może półtora roku temu, przeżywszy już dobre trzydzieści parę lat na Ziemi. Potem, z rosnącą ciekawością i entuzjazmem, piekłam już regularnie, przeplatając względne sukcesy zakalcami i cegłami, w proporcji mniej więcej 1:1. Tym bardziej cieszę się ze smaczności tego czekoladowca. Jeśli chcecie powtórzyć mój sukces, przeznaczcie na to ciasto (i na nic innego) spokojną półgodzinkę. Rozgrzejcie piekarnik do 180 stopni. Posmarujcie okrągłą formę lub żaroodporne naczynie masłem, a dno wyłóżcie wyciętym krążkiem papieru do pieczenia. Dzięki temu gotowe ciasto łatwo będzie wyjąć z formy. Zagotujcie wodę w sporym garnku, na którym postawicie miskę z odpornego na wysokie temperatury materiału (szkło lub metal, plastik odpada, drewno się nie sprawdzi). W misce roztopcie razem masło i podzieloną na kawałki czekoladę. Odstawcie na chwilę żeby nieco ostygły. Ubijcie razem jaja i cukier. To najważniejszy etap powstawania ciasta i tutaj warto zainwestować swój czas, bo zwróci się z nawiązką. Ubijajcie jaja z cukrem (mikserem, mikserem) przynajmniej przez 5 do 9 minut, dopóki nie podwoją objętości, nie zbledną do pięknego rozbielonego koloru i nie zrobią się puszyste. To proste równanie. Pięciominutowe ciasto będzie dobre, siedmiominutowe wyborne, ale dziewięciominutowe wybitne. Następnie bardzo delikatnie wmieszajcie do jaj wanilię i roztopioną czekoladę. Równie delikatnie postępujcie wsypując do masy mąkę i migdały, a potem dodając umyte, pozbawione szypułek i pokrojone na niewielkie kawałki truskawki. Pieczcie przez 20-30 minut w 180 stopniach. Po wystygnięciu przełóżcie na duży talerz. Jeśli macie ochotę na wersję absolutnie luksusową, możecie wierzch ciasta posmarować dobrym serkiem mascarpone, zmieszanym z odrobiną czegoś słodkiego. My wczoraj jedliśmy je z bitą śmietanką.

      dzień matki    dzień matki

      A to fotki-bonusy. Ekologiczne truskawki kupiłyśmy w sobotę razem z Mamą, spacerując po Starym Mokotowie i na głos snując marzenia o otwarciu własnej knajpy, po czym uczciłyśmy ten zakup (i Dzień Matki, no bo był 26 maja) kawką i wspólnym kawałkiem ciasta.

      Embed_fpnociwbx95zxka0qcze10ddfkuykqzz

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Wykwintny czekoladowiec z truskawkami”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 maja 2012 13:13
  • sobota, 26 maja 2012
    • Glazurowane marchewki

      glazurowana marchew     glazurowana marchew

      Czy już sama nazwa "glazurowane marchewki" nie brzmi intrygująco? Bardzo długo się do nich zabierałam, ale obiecałam sobie, że kiedyś je zrobię, bo to idealny dodatek do obiadu, poza tym to warzywko demokratyczne, bo nada się dla mięsożerców, rybożerców i roślinożerców bez wyjątku. Miałam wczoraj śliczne młodziutkie marcheweczki z zaprzyjaźnionego zieleniaka i akurat robiłam siostrze kukurydzianą zapiekankę, do której by świetnie pasowały. Przypomniałam sobie dwie fantastyczne książki kucharskie, gdzie na sto procent widziałam inspirujące przepisy na zapiekaną, słodko-kwaśną marchew. Podeszłam do półki, a tu lipa. Jak nigdy nikomu za żadne skarby nie wypożyczam swoich kucharskich książek, tak te dwie wywędrowały do dwóch różnych koleżanek i zanim je zobaczę, minie trochę czasu. Więc improwizowałam, trochę z pamięci, trochę z wyobraźni, i bardzo się cieszę, bo teraz mam poczucie kulinarnego osiągnięcia i sprawczości. Sama wymyśliłam!

      Składniki: dowolna ilość młodej marchewki (ale i większe się nadają), dowolna ilość czerwonej cebuli, orzechy włoskie jeśli lubicie, miód albo syrop z agawy, szczypta imbiru, oliwa z oliwek, ocet balsamiczny, sól i pieprz. Ewentualnie natka pietruszki.

      Sposób wykonania: prostota. Umyć i obrać marchew. Przekroić maleńkie marchewki na połówki, a większe pokroić w słupki. Cebulę przekroić na pół wszerz (czyli po "równiku"). A potem każdą połówkę podzielić na ćwiartki albo ósemki. Warzywa wrzucić do żaroodpornego naczynia, skropić obficie oliwą, polać od serca miodem albo syropem z agawy, posypać imbirem, solą i pieprzem i piec w 160-180 stopniach aż marchew odpowiednio zmięknie (wiem, że to mało precyzyjna instrukcja, ale wszystko zależy od waszego indywidualnego upodobania). Chcecie żeby chrupało? Pieczecie krócej. Lubicie miękuchne warzywka? Pieczecie do oporu. Kiedy już wyjmiecie marchewkowy dodatek do obiadu z piekarnika, możecie go polać kilkoma kroplami octu balsamicznego. Możecie posypać uprażonymi na patelni, posiekanymi orzechami włoskimi. Możecie, żeby złamać słodycz, dodać drobno pokrojoną natkę. Z dodatkami, czy bez, będzie niebo w gębie. Ja szczerze mówiąc nie doczekałam obiadu i zjadłam glazurowaną marchewkę jak stałam. Samą. Z wielkim smakiem.

      glazurowana marchew 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 26 maja 2012 18:25
    • Chrupiąca zielona polenta

      polenta z porem i pietruszką   polenta z porem i pietruszką   polenta z porem i pietruszką

      Zawsze chciałam zrobić sobie polentę. Od lat, od pierwszego wejrzenia. Bo zobaczyłam ją gdzieś, pewnie w telewizji, taką odsmażaną, podaną z delikatnym, warzywnym włoskim sosem pełnym kawałków jarzyn, słodkawym, ale i szczypiącym odrobinę w język kwaśnością świeżego pomidora. Słonecznie żółtą. Zarumienioną. Kremowo-miękką w środku i chrupiącą na zewnątrz. Nie można się nie zakochać. Po prostu.

      Okazja przyszła wczoraj, bo robiłam siostrze kukurydzianą zapiekankę i ugotowałam dwa razy za dużo kaszy (tak mi się omsknęło kiedy sypałam ją do garnka). W ramach eksperymentu uformowałam z nadmiarowej połowy kaszy w miarę zgrabny walec i odłożyłam go na bok. Chciałam zobaczyć, czy kiedy ostygnie, to rzeczywiście, jak piszą w książkach kucharskich, stężeje, stwardnieje i da się kroić na plastry. Piszą prawdę. Plastry kroiły się jak trzeba, więc wyszły jak malowane. A kiedy wrzuciłam je na patelnię z rozgrzanym maślano-oliwnym tłuszczem, zaskwierczały ślicznie, jakby w zapowiedzi swojej smakowitości. Polentę, czyli odsmażaną kaszę kukurydzianą, można jeść zamiast ziemniaków i zamiast makaronu, z ulubionym sosem albo rybką albo nawet kotletem. I koniecznie ze świeżą surówką. Obiad bez surówki to nie jest prawdziwy obiad.

      Składniki zielonej polenty: szklanka kaszy kukurydzianej ugotowana w dwóch szklankach wody z dodatkiem soli oraz łyżki oliwy albo masła, ząbek czosnku, jeden mały por, ćwierć pęczka natki pietruszki, łyżeczka musztardy, sól i pieprz.

      Co robimy? Gotujemy kaszę, a w międzyczasie siekamy ząbek czosnku i kroimy pora na cienkie talarki. Drobno siekamy natkę pietruszki. Gotową kaszę mieszamy z pozostałymi składnikami i wykładamy na talerz (formując coś w rodzaju kuli albo walca (dla ułatwienia dodam, że moja kasza wyłożona na talerz przypominała kształtem śpiącą fokę, ale nie wiem, czy rzeczywiście w czymś wam to pomoże) do ostygnięcia i stężenia. Zimną i zwartą polentę kroimy na plastry grubości niecałego centymetra, po czym układamy na rozgrzanej patelni z łyżką roztopionego masła zmieszaną z łyżeczką oliwy. Smażymy jak racuchy - aż się zrobi rumiana po obu stronach. Podajemy od razu. Świeżą i chrupką.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Chrupiąca zielona polenta”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 26 maja 2012 15:27
    • Zapiekanka z musem brokułowo-kalafiorowym

      zapiekanka z musem brokułowym   zapiekanka z musem brokułowym   zapiekanka z musem brokułowym

      Kolejna kukurydziana potrawa, która powstała z myślą o alergicznej siostrze, a której część musiałam zarekwirować, bo była po prostu zbyt smaczna, żeby jej samej nie uszczknąć. Pomysł, że z kaszki kukurydzianej można zrobić warzywną zapiekankę znalazłam kiedyś dawno temu na opakowaniu jednej z kasz i kilka razy z powodzeniem uskuteczniłam. Ale nigdy jeszcze z delikatnym, lekko ostrym musem brokułowo-kalafiorowym. Śmietankowo-musztardowo-brokułowo-kalafiorowym, dla większej precyzji. I jeszcze jedno, w przepisie podaję podwójną ilość kaszy (dwa razy większą niż trzeba), bo z połowy zrobiłam wspaniałą, odgrzewaną na masełku, chrupiącą zieloną polentę. Przepis na polentę (jaka ona pyszna!) podam oddzielnie, za momencik.

      zapiekanka z musem brokułowym

      Składniki bazy kukurydzianej (i polenty): szklanka kukurydzianej kaszki ugotowana w dwóch szklankach wody z dodatkiem soli oraz łyżki oliwy albo masła, ząbek czosnku, jeden mały por, ćwierć pęczka natki pietruszki, łyżeczka musztardy, sól i pieprz.

      Składniki musu: pół główki brokuła, pół główki kalafiora, ząbek czosnku, opakowanie śmietanki 18%, dwie łyżeczki musztardy, płaska łyżeczka sproszkowanego bulionu wegetariańskiego, sól i pieprz.

      Co robimy? Nastawiamy piekarnik na 180 stopni. Gotujemy kaszę, a w międzyczasie siekamy ząbek czosnku i kroimy pora na cienkie talarki. Drobno siekamy natkę pietruszki. Gotową kaszę mieszamy z pozostałymi składnikami bazy/polenty, dzielimy na połowę i jedną część zostawiamy w garnku, a drugą wykładamy na talerz do ostygnięcia i stężenia (to będzie polenta, więc na razie zostawiamy ją w spokoju). Kalafiora i brokuła myjemy, dzielimy na niewielkie różyczki i gotujemy na parze przez dosłownie parę minut, na pół-twardo. Do ugotowanych dodajemy pozostałe składniki musu i miksujemy na gładką masę (mus :). W żaroodpornym naczyniu, które albo wysmarujemy masełkiem albo wyłożymy papierem do pieczenia, rozsmarowujemy na dnie warstwę kaszy, po czym przykrywamy ją warstwą musu. Całość zapiekamy przez 30 minut w 180 stopniach, aż się odrobinę zrumieni. Podajemy na przykład z glazurowanymi młodymi marcheweczkami (albo starszymi, jeśli czytacie to poza sezonem), na które przepis zamieszczę za chwilkę (czeka w kolejce za polentą). I polentę i marchewki będziecie mogli znaleźć w zakładce "Dodatki". Pyszności :)

      zapiekanka z musem brokułowym

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zapiekanka z musem brokułowo-kalafiorowym”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 26 maja 2012 10:18
  • piątek, 25 maja 2012
    • Racuszki jabłkowo-bananowe

      racuszki jabłkowo-bananowe   racuszki jabłkowo-bananowe   racuszki jabłkowo-bananowe

      Od paru dni jem ciągle racuchy i placuchy, na bieżąco ucząc się, co można, a czego nie można do nich dosypać lub dolać. Lubię tak się uczyć, próbować, smakować, wyciągać wnioski z błędów i cieszyć się małymi sukcesami, a potem konsumować swoje mniej lub bardziej udane dzieła. Kiedyś będę mistrzem racuchów. Na razie jestem czeladnikiem i miłośnikiem zarazem. Śniadaniowym koneserem. Na świeżo, zanim zdążą jeszcze porządnie zejść z patelni, wcinam dopiero co usmażone placki w ramach pierwszego albo drugiego posiłku dnia. A potem, po południu, wyciągam z lodówki jeszcze lepszą, bo elegancko przemacerowaną porcję i mam wprost rewelacyjny podwieczorek do zbożowej kawy. Dzisiejsze racuchy są autorskie. Mocno owocowe. Z bardzo zdrowymi składnikami. I pyszne po prostu.

      Składniki: spore jabłko, dojrzały banan, 2 łyżki otrębów owsianych, 2 łyżki mielonego siemienia lnianego, 4-5 łyżek mąki owsianej (więcej, jeśli wolicie bardziej zwarte placki), jedno jajko, po szczypcie zmielonego cynamonu, imbiru i kardamonu. Jeśli lubicie słodsze placki, możecie je dosłodzić łyżką miodu, melasy, syropu z daktyli.

      Jabłko i banana niedbale pokroić i wrzucić do blendera, po czym zmiksować na apetyczną papkę. Przelać do miski, do której następnie należy dodać otręby, siemię, mąkę, jajko i przyprawy. Wszystko razem dobrze wymieszać. Rozgrzać ceramiczną albo teflonową patelnię, pomazawszy ją odrobinką dosłownie, cieniutką warstewką oleju/oliwy, najlepiej używając pędzelka. Smażyć placki aż się ładnie zrumienią po obu stronach. Można podawać same albo z ulubionym dżemem. Na naprawdę fajny początek dnia.

      racuszki jabłkowo-bananowe   racuszki jabłkowo-bananowe

      P.S. Właśnie przeczytałam mały artykulik na temat owsa i pomyślałam, że warto o nim wiedzieć to wszystko, czego się tam na jego temat dowiedziałam. To po prostu superpokarm. Taki skromnie wyglądający, niepozorny i powszedni, a taki bogaty w odżywcze wspaniałości. Ostatnio mam fazę na witaminy z grupy B, bo postanowiłam, że w związku ze zbyt rzadkim spożywaniem mięsa i nabiału, a także, niestety, produktów pełnoziarnistych, orzechów oraz ziaren, cierpię na ich lekki niedobór, więc natychmiast znalazłam w szufladzie podarowane mi kiedyś przez mamę drożdże piwowarskie, no i oczywiście wprowadziłam do diety pokarmy, które zawierają takie witaminy. Zaczęłam od piwa. Jak ja dawno piwa nie piłam! Jak to fajnie sobie zafundować jedno terapeutyczne piwko po całym dniu wytężonej pracy! Oczywiście nikomu nie radzę iść w moje ślady i uprawiać autodiagnozy a potem terapii alkoholem. Lepiej już strzelić sobie na śniadanie owsiankę. Albo takie śliczne racuszki jak z obrazka. Bo owies zawiera pełno witamin z grupy B, które pomagają w trawieniu, wspierają system nerwowy, wspomagają pamięć i różne ważne procesy zachodzące w ciele, na przykład wytwarzanie zdrowych czerwonych krwinek. Owies zawiera też łatwe do przyswojenia białka i tłuszcze, inne witaminy - E i K, jak również minerały - wapń, żelazo, fosfor i jod. A tak po ludzku: owies chroni błony śluzowe jelit, pobudza ich zdrowe ruchy, jest przyjazny naszej ukochanej florze jelitowej, która pomaga w sprawnym trawieniu i podobno (według najnowszych badań) reguluje nastrój (flora jelitowa). Owies obniża poziom "złego" cholesterolu, podwyższając poziom "dobrego". Stymuluje nasz układ odpornościowy, więc rzadziej zapadamy na infekcje. Zwiększa uczucie sytości, co przydaje się kiedy chcemy trochę schudnąć. Poprawia sprawność umysłową i zdolność koncentracji. Wiwat owies!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Racuszki jabłkowo-bananowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 25 maja 2012 11:48
  • czwartek, 24 maja 2012
    • Domowy popcorn

      domowy popcorn     domowy popcorn

      Kilka dni temu pisałam o tym, że rzadko oglądam telewizję i że od tele-papki wolę sobie poobserwować na przykład chmury odbite w oknach stalowo-szklanego biurowca. Tak mi się na poezję zebrało. Wczoraj odkryłam coś jeszcze lepszego od chmur. Postanowiłam zrobić w domu popcorn. Nabyłam kiedyś w sklepie opakowanie kukurydzy z klarowną instrukcją opisującą jak je zamienić w domową przekąskę. Wczoraj przyszła pora na pierwsze podejście. Na dno mojego dyżurnego rondla do smażenia wlałam parę łyżek oleju rzepakowego. Rozgrzałam. Wsypałam około stu gramów kukurydzy. Przykryłam pokrywką. I wtedy się zaczęło! Jakie to urocze, powolne, niespodziewanie zabawne widowisko! Jak przyjemnie przypatrywać się przez szkło pokrywki jak brązowieją kolejne żółte ziarna i zgadywać, które za moment eksploduje w białą, nieregularną, przypominającą strzępek bawełny kulkę. Z głośnym pyknięciem wystrzeli w górę, obijając się o ścianki garnka i dostarczając widzowi (mnie) prostej, ale tak bardzo satysfakcjonującej rozrywki. I nagle, zanim się zdążycie obejrzeć, niecałe pięć minut od początku tego mini-spektaklu, cały garnek wypełnia gęsto stłoczony, bielusieńki, śliczny gotowy produkt. Jeśli macie dzieci, koniecznie przygotujcie kiedyś razem z nimi domowy popcorn. Na pewno zakochają się w całym tym doświadczeniu. Jeszcze ciepły popcorn polejcie odrobiną stopionego masła i posypcie morską solą (możecie też, zamiast używać masła i soli, spróbować skropić go lekko jasnym sosem sojowym (albo posypać delikatnymi wiórkami parmezanu)).

      A potem, jak ja, zróbcie wyjątek i usiądźcie z nim przed telewizorem. Zobaczcie coś pięknego. Na przykład sprawne, elastyczne, lekkie jak piórka ciała tancerzy w programie "You Can Dance". Widowiska typu talent show sprawiają, że się złoszczę, bo pokazują tabuny ludzi, którzy czują się nieszczęśliwi, niespełnieni i niedoceniani, marząc o cudzie, który odmieni ich trudne życie. A telewizja mami ich niekonkretną obietnicą i niejasnymi regułami gry o wszystko albo nic, tworząc zupełnie nierealny mit. A jednak ten konkretny program, pełen autentycznego talentu, inspirującej ciężkiej pracy i determinacji, młodości z jej nadzieją i radością, oglądam regularnie. To jedyna rzecz, jaką regularnie oglądam, bo mamy z siostrą tradycję, w ramach której właśnie w środowe wieczory rzucamy wszystko, siadamy przed swoimi telewizorami i przez godzinę nie ma nas dla nikogo. Tylko w przerwach reklamowych esemesujemy sobie spontaniczne obserwacje i komentarze. Taki wirtualny wspólny-oddzielny seans. Aha, no i siostra oczywiście dostała wczoraj swoje własne pudło popcornu, więc nie tylko obie oglądałyśmy to samo, ale i pogryzałyśmy to samo (w jej przypadku osłaniając pudło popcornu całym ciałem przed dwoma żywo nim zainteresowanymi przedszkolakami).

      domowy popcorn

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 maja 2012 14:50
    • Alergiczny jadłospis numer pięć

      zen catering  zen catering

      Jakaś padnięta jestem. Muszę się nauczyć racjonalnie planować pracę i odpoczynek (że co?), bo przeholowałam z tym pierwszym, a drugiego czasem zapominam uskutecznić. Jest taki niesamowity fragment w filmie "Lśnienie", kiedy grany przez Jacka Nicholsona główny bohater, powoli popadający w szaleństwo, przepisuje setki razy, kartka po kartce, to samo zdanie: All work and no play makes Jack a dull boy. Sama praca i brak zabawy robią z Jacka nudziarza. Tak się właśnie czuję. Pisać mi się nie chce. Gotować mi się nie chce. Nawet jeść mi się nie bardzo chce (a to już niedobry znak). Czas na jakieś wczasy. Czy coś.

      Ale opowiem wam mimo wszystko o dwóch patentach, które - mam nadzieję - mogą wam się do czegoś kiedyś przydać. Po pierwsze - pesto bazyliowe z orzechami włoskimi, które zrobiłam alergicznej siostrze w ramach kulinarnej obsługi, podejmując się jej jeszcze tylko do końca tygodnia, bo czas żeby zaczęła sama próbować dietetycznie gotować, tym bardziej, że musi przeżyć na restrykcyjnych jadłospisach przynajmniej kilka miesięcy, a ja - jako cateringowiec prowadzący równocześnie zupełnie nie-kulinarną działalność gospodarczą oraz własne gospodarstwo domowe wraz z psem chadzającym trzy razy dziennie na spacer - kilka miesięcy niestety nie pociągnę. Tak się zresztą umówiłyśmy, że ja jej złagodzę pierwszy szok przechodzenia na dietę, a ona przejmie pałeczkę po paru tygodniach. W ramach cateringu na środę oraz czwartek, siostra dostała pieczone warzywa (paprykę, cukinię i cebulę) w bazyliowo-orzechowym pesto, które to danie będzie pięknie pasować i do kaszy i do makaronu (wiem, bo sama je sobie zjadłam z jaglanką i byłam bardzo zadowolona). Przepis na wiosenny makaron z podobnym pesto możecie też znaleźć tutaj.

      pieczone warzywa z pesto   pesto   warzywa z pesto

      Jak się robi szybkie pesto bez sera? Po pierwsze muszę się przyznać, że nie miałam w domu świeżej bazylii, tylko zakupione w supermarkecie opakowanie siekanej mrożonej. Pocieszam się wyczytanym gdzieś faktem, że mrożona bazylia lepiej niż taka z doniczki wydziela olejki eteryczne. Mrożoną bazylię rozmroziłam poprzez wysypanie jej na dwie łyżki rozgrzanego oleju rzepakowego (jeszcze lepiej sprawdzi się oliwa z oliwek) razem z posiekanymi dwoma ząbkami czosnku. Poddusiłam to wszystko, dosypując sporą szczyptę soli i pieprzu, a w międzyczasie wrzuciłam do swojego ukochanego małego blenderka około 100g orzechów włoskich i zmiksowałam je bardzo drobno. Wymieszałam zawartość blenderka z zawartością patelni i dodałam trochę soku z cytryny plus dodatkową łyżkę albo dwie oleju/oliwy, bo pasta ziołowo-orzechowa była za gęsta. I tyle. Pyszności. Takie pesto pasuje przepięknie do grillowanych papryk, bakłażanów czy cukinii, do gotowanych albo pieczonych ziemniaczków, do makaronu (na przykład z dodatkiem świeżych albo suszonych pomidorów), albo na tosta czy grzankę, zamiast masła. 

      A drugi obiecany patent? To biały chrzanowo-czosnkowy sosik, którym można w rozmaitych sałatkach zastąpić majonez. Ja go najpierw wykorzystałam do czegoś pomiędzy naszą polską mizerią a greckim tzatziki, polewając nim po prostu ogórki (na sposób arabski pozbyłam się wilgotnej części nasiennej ze środka i zostawiłam tylko jędrniejszy miąższ), a potem do zdrowej sałatki buraczanej z białą fasolą, rodzynkami, cebulą i rzodkiewką. Sosik zawiera opakowanie jogurtu naturalnego (na potrzeby siostry musiałam go zastąpić chudą śmietanką), dwie płaskie łyżeczki chrzanu, świeżo rozgnieciony spory ząbek czosnku (albo dwa, jeśli go kochacie jak ja), bardzo dużo pieprzu i szczyptę soli. Jeśli akurat macie pod ręką świeży koperek lub natkę pietruszki, można zioła posiekać i dorzucić - sosik będzie jeszcze wspanialszy. Smacznego!

      tzatziki   sos tzatziki   tzatziki

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 maja 2012 13:29
  • środa, 23 maja 2012
    • Brownie fasolowo-bananowe! Bez stewii.

      brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe

      Wiem, że jestem troszeczkę szurnięta. Trudno. Moim wielkim kulinarnym marzeniem, a może mrzonką raczej, nieosiągalnym świętym Graalem, do którego można dążyć, ale którego nigdy na koniec się nie zdobywa, jest znalezienie przepisu na taki słodki wypiek, który nie zawierałby mąki pszennej, jaj, cukru ani mleka i który mogłabym jeść bezkarnie, z czystym sumieniem, na śniadanie, obiad oraz kolację. Bo wtedy nie potrzebowałabym już się żywić niczym innym... Więc szukam tego przepisu i szukam i czasem jestem blisko, być może nawet coraz bliżej tej swojej prywatnej utopii. Piekłam już babeczki z mleczkiem kokosowym zamiast jaj i ciasta z mlekiem sojowym zamiast krowiego, zastępując mąkę pszenną innymi - orkiszową, ryżową, gryczaną, kukurydzianą. Bywa, że udaje mi się wyeliminować dwie albo nawet trzy z czterech rzeczy, które chciałabym z ciastek usunąć na zawsze. Tyle że zwykle natykam się na ten sam problem. Czyli co zrobić z cukrem. Melasa? Trzcinowiec? Niewiele mniej szkodliwe od białego kolegi. Polecany przez wielu dietetyków syrop z agawy u nas w Polsce kosztuje straszliwe pieniądze, a ja już i tak stoję na krawędzi bankructwa. Syrop daktylowy albo kukurydziany - pyszne, słodkie jak ja cię nie mogę, ale rówież drogie niemiłosiernie.

      stewia

      Ale. Ale. Ku mojej wielkiej ciekawości, kiedy parę tygodni temu szłam sobie wzdłuż linii berlińskiego S-Bahnu numer 9, trafiłam na duży sklep ekologiczny, a w nim na calusieńką półkę pełną czegoś, o czym przedtem tylko piąte przez dziesiąte słyszałam, a chciałam wiedzieć więcej, czyli egzotycznego produktu pod nazwą stewia. W kropelkach, w proszku, w różnych stężeniach, w rozmaitych kształtach i wielkościach opakowań. Zakupiłam najładniej wyglądające pudełko (serio, zupełnie nic nie wiedziałam o stewii, a dodatkowo mówię tylko ein, zwei, drei po niemiecku, więc nie mogłam użyć innego kryterium dokonując wyboru) i przyjechałam z nim do Warszawy. A potem stało to pudełko sobie smętnie na półce, bo bałam się go wykorzystać, dopóki ktoś mi nie powiedział, że sam tego specyfiku używa do wypiekania ciast i ciasteczek i że sobie stewię chwali. Wtedy się odważyłam i zrobiłam badanie dostępnych źródeł. A tu niespodzianka:

      • Stewia jest stuprocentowo naturalna
      • Ma zero kalorii
      • Nie powoduje próchnicy zębów (yes, yes, yes!)
      • Jest bezpieczna dla diabetyków – nie podnosi poziomu cukru we krwi
      • Zależnie od formy, w jakiej ją kupujecie, może być nawet 250-450 razy słodsza od cukru
      • Rozpuszcza się w wodzie i alkoholach, więc pasuje do drinków, deserów, soków i kompotów
      • Jest odporna na wysoką temperaturę (do 200 °C) – może więc być używana do pieczenia i gotowania
      • Można ją długo przechowywać
      • Na podstawie kompleksowych, wieloletnich badań (w tym zleconych przez WHO, Światową Organizację Zdrowia) stwierdzono, że stewia jest nietoksyczna i można ją uznać za bezpieczną dla zdrowia.  Od wielu, wielu lat używa jej się na przykład w Japonii i Japończycy żyją, mając się całkiem dobrze. Robi furorę w Niemczech, natomiast reszta Unii jakoś nie może się do niej tak całkiem przekonać. Więcej informacji możecie znaleźć na przykład tu: http://stewia.info.pl/

      ciasto rabarbarowo-czekoladowe   ciasto rabarbarowo-czekoladowe

      Dla mnie bomba. Przeczytawszy te rewelacje zaczęłam się zastanawiać dlaczego biały cukier w ogóle jeszcze istnieje. Cóż więc zrobiłam w następnej kolejności? Upiekłam ciasto, oczywiście. Rabarbarowo-czekoladowe, bo zobaczyłam ten przepis na zaprzyjaźnionym blogu, zachwyciłam się i bardzo chciałam go wypróbować (oryginał jest pyszny). No i upiekłam. Moja wersja była... interesująca. Smakowała... szpinakiem. Szpinakiem zmieszanym ze słodzikiem. I to takim słodzikiem z opóźnionym zapłonem, bo informacja o słodyczy docierała do kubków smakowych po dobrej chwili od momentu konsumpcji. Zdziwiłam się trochę, że rabarbar po upieczeniu tak drastycznie zmienia aromat i tak wyraźnie daje do zrozumienia, że jednak jest warzywem, a nie owocem. Nie przyszło mi do głowy, że to nie rabarbar tak intensywnie zalatuje posłodzoną duszoną botwiną i że nietypowy, zielonkawy kolor ciasta to także sprawa nieprzypadkowa. Że to wszystko wina mojej stewii. Niezniechęcona, nie zaprzestałam więc eksperymentów i wczoraj spróbowałam upiec coś nowego. Ze stewią, a jakże. Zmiksowałam, co należy, zmieszałam co trzeba i wstawiłam do piekarnika. A kiedy się piekło, nagle zalała mnie fala euforii, bo zdałam sobie sprawę, że jestem bliżej niż kiedykolwiek przedtem spełnienia swoich dietetycznych marzeń. Moje wczorajsze ciasto było bowiem stuprocentowo bezmączne, obyło się bez mleka i jaj, a na dodatek udało mi się zastąpić cukier czymś, po czym uzębienie nie będzie płakać, a i wątrobie nie zrobię kuku. Święty Graal był mój!!!

      Albo i nie był. Bo wyjęłam z piekarnika kolejne lekko zielonkawe ciasto i poczułam intensywny aromat przesłodzonej słomy. Już się domyślałam, jak będzie smakować pierwszy kęs. Było strasznie. Strasznie. Niewypowiedzianie niesmacznie. Całe ciasto wylądowało w koszu, a ja obiecałam sobie, że zaprzestanę eksperymentów ze słodzikami, stawię czoła prawdzie i po prostu odstawię słodycze w jakiejkolwiek formie. Z drugiej strony nie chciałabym tak całkiem rezygnować z naturalnego, bezpiecznego, nietoksycznego zamiennika cukru. Muszę zapytać swoją znajomą, która ze stewią regularnie piecze, czy może coś źle zrobiłam. Czy za dużo mi się sypnęło? Czy sproszkowana stewia do pewnych ciast się nadaje, a do innych nie? Czy może w ogóle lepiej używać formy skroplonej? A może czegoś nie doczytałam na niemieckojęzycznym opakowaniu (na przykład, że to konkretne pudełko zawiera słodzoną karmę dla królików lub nawóz do kwiatów doniczkowych, a nazwa "stewia" na obwolucie to tylko taki humorystyczny chwyt reklamowy)?

      brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe

      Dzisiaj upiekłam wczorajsze fasolowo-bananowe brownie jeszcze raz. Tym razem z melasą z karobu. Okazuje się, że bez stewii jest przepyszne. Bezmleczne, bezmączne i bezjajeczne, czyli prawie Graal (chociaż podobno "prawie" robi dużą różnicę). Tak czy inaczej, dopóki nie użyjecie żadnego podejrzanego słodzika, mogę wam je polecić bez wahania. Przepis pochodzi ze zdrowego bloga Zdrowo Zakręconej.

      • 240g (puszka) odsączonej czerwonej fasolki
      • 2 dojrzałe banany
      • 1/3 szklanki miodu albo melasy
      • 1/4 szklanki kakao
      • 1/4 szklanki orzechów włoskich
      • 1/3 szklanki otrębów owsianych
      • szczypta soli

      Orzechy posiekać albo zmiksować na proszek i podprażyć na suchej patelni. Banany i fasolkę dokładnie zmiksować. Do puree dodać pozostałe składniki i wymieszać. Ciasto przełożyć do wyłożonej papierem do pieczenia okrągłej foremki o średnicy 20 cm. Piec w 150 stopniach przez 30 minut. Pokroić w kwadraty i się delektować.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Brownie fasolowo-bananowe! Bez stewii.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 23 maja 2012 18:12
  • wtorek, 22 maja 2012
    • Czwarta porcja cateringu i edukacyjny lament

       zen catering

      Myślę, że wydźwięk powyższego zdjęcia jest oczywisty (umordowałam się okropnie, matko moja jedyna!). Przyszło mi dzisiaj do głowy, że gdybym miała doradzić coś wszystkim, którzy marzą o tym, żeby kiedyś otworzyć swoją własną, urokliwą knajpkę gdzieś w centrum albo na obrzeżach dużego miasta, sugerowałabym, żeby najpierw przez miesiąc w jakiejś knajpie popracowali. A przynajmniej żeby przez tydzień albo dwa, dzień w dzień, przygotowywali całodzienny catering dla bliskiej osoby z alergią pokarmową. Matki-Polki pewnie doskonale wiedzą, o czym mówię i nie muszę ich dodatkowo przekonywać, że gotowanie to kawał ciężkiej pracy (ktoś musi przytachać siaty ze sklepów, poszatkować górę kapusty i obrać parę kilo ziemniaków, ugotować to wszystko, a potem umyć tonę rondli i patelni), a twórcze wymyślanie jadłospisu bardzo szybko robi się żmudne i traci początkowy urok. Romantyzm ulatuje. Nie zrozumcie mnie źle - ja się ciągle dobrze bawię gotując siostrze dietetyczne potrawy. Strasznie to lubię. Tyle że po całym dniu przy garach padam na twarz i śpię jak niemowlę (zawsze twierdziłam, że ciężka fizyczna praca to najlepszy lek na bezsenność).

      groszek i cukinia   kasza jaglana

      Ale tak już zupełnie serio, szkoda, że w Polsce nie jest nam dane poeksperymentować z pracą w rozmaitych miejscach zanim podejmiemy ważne życiowe decyzje (na przykład topiąc wieloletnie oszczędności w kafejce, która na wymagającym rynku może nie przetrwać nawet roku). Bo ja głęboko wierzę w uczenie się przez bezpośrednie doświadczenie. Trzeba pobrudzić sobie rączki, powstawać o piątej trzydzieści rano, powściekać się na niekompetentnych współpracowników i wykonać parę poleceń szefa, z którymi człowiek w ogóle się nie zgadza, żeby zacząć rozumieć, co to jest praca. Szkoda, że nie możemy młodym ludziom zaproponować systemu, który wprowadziły na przykład niektóre szkoły wyższe we Francji i parę eksperymentalnych liceów w Anglii. W Anglii istnieje sieć tak zwanych vocational schools, czyli mądrze zaprojektowanych zawodówek, które przygotowują do pracy w konkretnej branży (hotelarskiej, telewizyjnej, motoryzacyjnej) przez pracę w zespołach nad serią praktycznych projektów.  A we Francji? Kiedyś rozmawiałam z bardzo miłym francuskim inżynierem, który opowiedział mi, że na uniwersytecie miał do zaliczenia obowiązkowe dwie tury praktyk zawodowych. Praktyk. Nie teoretyk. Na pierwszy rzut musiał popracować fizycznie, w zakładzie produkcyjnym, przyswajając wiedzę o tym, jak w rzeczywistości wygląda wytwarzanie projektów stworzonych przez siedzących przy biurku absolwentów politechniki. Druga porcja praktyk była już bliższa wybranej przez niego profesji, bo asystował w prawdziwej firmie prawdziwym konstruktorom. A kiedy skończył studia i wchodził na rynek pracy, już popróbował tego rynku, posmakował jak to jest mieć szefa, współpracować z zespołem i jak różnie funkcjonują rozmaite organizacje. Myślę, że z takimi doświadczeniami na koncie, miły francuski inżynier zupełnie inaczej podejmował istotne zawodowe decyzje.

      zen catering

      Oprócz tego, że mi trochę szkoda, bo sama planowałam swoją karierę na oślep i kilka razy gwałtownie i dość boleśnie zmieniałam zawodowy kierunek, mam też regularną styczność z polskimi studentami, którzy na ostatnim i przedostatnim roku uczelni po raz pierwszy aplikują na jakieś stanowisko. Strasznie fajne dzieciaki, naprawdę bardzo przyjemnie się z nimi pracuje, ale wielu z nich nikt nigdy nie pokazał jak napisać CV. Aż się wstydzą ilości i kalibru swoich pytań na temat dobrze skonstruowanego życiorysu. List motywacyjny to dla niektórych jeszcze bardziej paraliżująca enigma, a wyobrażenia paru osób o tym, jak myśli przeciętny szef, jak wygląda codzienna praca i co się w niej dokładnie robi, sprawiły, że prawie spadłam z krzesła. Pewnie łatwo byłoby wznieść oczy ku niebu i pomstować, że Pokolenie Y za dużo siedzi nad swoimi smartfonami i niewystarczająco interesuje się realem. Ale Pokolenie Y - studiujące na prywatnych i państwowych uczelniach - bardzo chce pracować i traktuje pracę, towar deficytowy, wielce serio. Dzieciaki opowiadają mi czasem o tym, że zamiast kuć na pamięć przestarzałe teorie, chciałyby zrobić w szkole coś przydatnego i praktycznego, co pomogłoby im mądrze zaplanować ścieżkę kariery, tyle że szkoła jeszcze nie dojrzała do współczesności i wcale tego nie oferuje. Szkoda.

      No dobrze. To tyle zupełnie niezwiązanych z jedzeniem dygresji na dzisiaj. Wracajmy do moich praktyk cateringowych.

      Pudełka numer 1, 2 i 3. Czyli grzybowo-brokułowy sosik do kaszy lub makaronu.

      W pierwszym pudełku, na życzenie siostry, ugotowana kasza jaglana na masełku, którą będzie sobie mogła szybko odgrzać w firmowej mikrofali. W drugim pudełku, cenne znalezisko z Supersamu - stuprocentowo kukurydziany makaron bez żadnych innych dodatków, co bardzo się przydaje przy diecie dopuszczającej wyłącznie proso i kukurydzę. A do kasz i makaronów sosik grzybowo-brokułowy na dwa dni, który będzie pasował i do jaglanej i do kukurydzianych rurek. Dla zainteresowanych instrukcja: 3/4 średniej wielkości brokuła umyłam, podzieliłam na różyczki i ugotowałam na parze (bardzo krótko, żeby był jeszcze twardawy). Posiekałam w kosteczkę dużą cebulę i dwa ząbki czosnku. Zeszkliłam je na oleju rzepakowym, dodając czubatą łyżeczkę majeranku. Drobno pokroiłam pół kilo pieczarek, które następnie dorzuciłam do garnka wraz ze startą na tarce całą dużą cukinią. Podsmażyłam je przez moment, do chwili, kiedy pieczarkowe soki nie zaczęły parować. Dolałam (stopniowo) pół szklanki mleka i pół szklanki mocnego bulionu. Podgrzałam. Pozwoliłam części płynu odparować, po czym zmiksowałam dość niedbale, żeby w sosie ostały się jeszcze fragmenty pieczarek. Dolałam opakowanie śmietanki 18%, dorzuciłam ugotowanego brokuła, przyprawiłam solidną szczyptą pieprzu i soli i znów podgrzałam.

      surówka z papryki   surówka z papryki

       Pudełko numer cztery. Surówka paprykowa.

      Jak widać na załączonym obrazku, surówka paprykowa składa się z dwóch rodzajów surowej papryki, pokrojonej w bardzo cienkie paseczki (po 2/3 papryki każdego rodzaju, resztę papryki pochłonęłam w czasie przygotowań ja, kucharka), połowy awokado, pokrojonego w średniej wielkości kostkę i garści posiekanych byle jak orzechów włoskich. A teraz klucz do surówki. Sos. Ze cztery łyżki oleju rzepakowego mieszamy z łyżeczką musztardy, łyżeczką miodu albo syropu z agawy, półtorej łyżeczki octu balsamicznego i łyżką świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy. Plus sól i pieprz.

      Pudełko numer pięć.

      Żeby obiad był w komplecie, to oprócz dania głównego i suróweczki, należy się jeszcze deser. A w ramach deseru lody żurawinowo-bazyliowe, które zrobiłam w niedzielę wieczorem, o których pisałam wczoraj rano, a które jakimś cudem (jakim?) doczekały do wczorajszego popołudnia, kiedy to odbyło się uroczyste przekazanie siostrze torby z cateringiem na dwa kolejne dni, a raczej zamiana tej torby na inną, zawierającą puste opakowania oraz puszkę fasoli i puszkę groszku (na pewno chcecie znać takie szczegóły!).

      sałatka z pstrągiem   sałatka z pstrągiem   sałatka z pstrągiem

      Pudełko numer sześć. Moje ulubione.

      Ten pomysł przychodził mi do głowy fazowo. Najpierw wymyśliłam, że ugotuję na parze opakowanie mrożonego groszku zielonego i pokrojoną drobno całą cukinię. Później przypomniało mi się, jak pojechałam w wieku lat dziewiętnastu do Paryża uczyć się francuskiego i mieszkałam dwa kroki od wieży Eiffla, u rodziny ultra-katolickich, bardzo szczupłych antykwariuszy, którzy bardzo chcieli wyperswadować mi mój kryzys wiary i serwowali maciupeńkie posiłki, ale raz podali na kolację coś pysznego, a mianowicie właśnie groszek zielony z podsmażaną na oliwie dymką i zieloną sałatą (też podsmażaną). Więc zrobiłam wariację na temat, czyli dorzuciłam do groszku zeszkloną razem z ząbkiem czosnku posiekaną dymkę (ze trzy albo cztery sztuki) plus sałatę, ale sałatę zostawiłam na surowo, bo to była moja ukochana rzymska, którą było mi szkoda dusić (żadnej innej aż tak nie lubię). Dwie główki rzymskiej sałaty, pokrojonej w paski. A na koniec dorzuciłam do sałatki opakowanie wędzonego pstrąga. I polałam sałatkę tym samym wspaniałym dressingiem na bazie świeżego soku z pomarańczy, który otulił paprykową surówkę z pudełka numer cztery. Ojej.

      sałatka z pstrągiem 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czwarta porcja cateringu i edukacyjny lament ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 maja 2012 10:40

Kalendarz

Czerwiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl