Kucharka Zen

Wpisy

  • czwartek, 24 maja 2012
    • Domowy popcorn

      domowy popcorn     domowy popcorn

      Kilka dni temu pisałam o tym, że rzadko oglądam telewizję i że od tele-papki wolę sobie poobserwować na przykład chmury odbite w oknach stalowo-szklanego biurowca. Tak mi się na poezję zebrało. Wczoraj odkryłam coś jeszcze lepszego od chmur. Postanowiłam zrobić w domu popcorn. Nabyłam kiedyś w sklepie opakowanie kukurydzy z klarowną instrukcją opisującą jak je zamienić w domową przekąskę. Wczoraj przyszła pora na pierwsze podejście. Na dno mojego dyżurnego rondla do smażenia wlałam parę łyżek oleju rzepakowego. Rozgrzałam. Wsypałam około stu gramów kukurydzy. Przykryłam pokrywką. I wtedy się zaczęło! Jakie to urocze, powolne, niespodziewanie zabawne widowisko! Jak przyjemnie przypatrywać się przez szkło pokrywki jak brązowieją kolejne żółte ziarna i zgadywać, które za moment eksploduje w białą, nieregularną, przypominającą strzępek bawełny kulkę. Z głośnym pyknięciem wystrzeli w górę, obijając się o ścianki garnka i dostarczając widzowi (mnie) prostej, ale tak bardzo satysfakcjonującej rozrywki. I nagle, zanim się zdążycie obejrzeć, niecałe pięć minut od początku tego mini-spektaklu, cały garnek wypełnia gęsto stłoczony, bielusieńki, śliczny gotowy produkt. Jeśli macie dzieci, koniecznie przygotujcie kiedyś razem z nimi domowy popcorn. Na pewno zakochają się w całym tym doświadczeniu. Jeszcze ciepły popcorn polejcie odrobiną stopionego masła i posypcie morską solą (możecie też, zamiast używać masła i soli, spróbować skropić go lekko jasnym sosem sojowym (albo posypać delikatnymi wiórkami parmezanu)).

      A potem, jak ja, zróbcie wyjątek i usiądźcie z nim przed telewizorem. Zobaczcie coś pięknego. Na przykład sprawne, elastyczne, lekkie jak piórka ciała tancerzy w programie "You Can Dance". Widowiska typu talent show sprawiają, że się złoszczę, bo pokazują tabuny ludzi, którzy czują się nieszczęśliwi, niespełnieni i niedoceniani, marząc o cudzie, który odmieni ich trudne życie. A telewizja mami ich niekonkretną obietnicą i niejasnymi regułami gry o wszystko albo nic, tworząc zupełnie nierealny mit. A jednak ten konkretny program, pełen autentycznego talentu, inspirującej ciężkiej pracy i determinacji, młodości z jej nadzieją i radością, oglądam regularnie. To jedyna rzecz, jaką regularnie oglądam, bo mamy z siostrą tradycję, w ramach której właśnie w środowe wieczory rzucamy wszystko, siadamy przed swoimi telewizorami i przez godzinę nie ma nas dla nikogo. Tylko w przerwach reklamowych esemesujemy sobie spontaniczne obserwacje i komentarze. Taki wirtualny wspólny-oddzielny seans. Aha, no i siostra oczywiście dostała wczoraj swoje własne pudło popcornu, więc nie tylko obie oglądałyśmy to samo, ale i pogryzałyśmy to samo (w jej przypadku osłaniając pudło popcornu całym ciałem przed dwoma żywo nim zainteresowanymi przedszkolakami).

      domowy popcorn

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 maja 2012 14:50
    • Alergiczny jadłospis numer pięć

      zen catering  zen catering

      Jakaś padnięta jestem. Muszę się nauczyć racjonalnie planować pracę i odpoczynek (że co?), bo przeholowałam z tym pierwszym, a drugiego czasem zapominam uskutecznić. Jest taki niesamowity fragment w filmie "Lśnienie", kiedy grany przez Jacka Nicholsona główny bohater, powoli popadający w szaleństwo, przepisuje setki razy, kartka po kartce, to samo zdanie: All work and no play makes Jack a dull boy. Sama praca i brak zabawy robią z Jacka nudziarza. Tak się właśnie czuję. Pisać mi się nie chce. Gotować mi się nie chce. Nawet jeść mi się nie bardzo chce (a to już niedobry znak). Czas na jakieś wczasy. Czy coś.

      Ale opowiem wam mimo wszystko o dwóch patentach, które - mam nadzieję - mogą wam się do czegoś kiedyś przydać. Po pierwsze - pesto bazyliowe z orzechami włoskimi, które zrobiłam alergicznej siostrze w ramach kulinarnej obsługi, podejmując się jej jeszcze tylko do końca tygodnia, bo czas żeby zaczęła sama próbować dietetycznie gotować, tym bardziej, że musi przeżyć na restrykcyjnych jadłospisach przynajmniej kilka miesięcy, a ja - jako cateringowiec prowadzący równocześnie zupełnie nie-kulinarną działalność gospodarczą oraz własne gospodarstwo domowe wraz z psem chadzającym trzy razy dziennie na spacer - kilka miesięcy niestety nie pociągnę. Tak się zresztą umówiłyśmy, że ja jej złagodzę pierwszy szok przechodzenia na dietę, a ona przejmie pałeczkę po paru tygodniach. W ramach cateringu na środę oraz czwartek, siostra dostała pieczone warzywa (paprykę, cukinię i cebulę) w bazyliowo-orzechowym pesto, które to danie będzie pięknie pasować i do kaszy i do makaronu (wiem, bo sama je sobie zjadłam z jaglanką i byłam bardzo zadowolona). Przepis na wiosenny makaron z podobnym pesto możecie też znaleźć tutaj.

      pieczone warzywa z pesto   pesto   warzywa z pesto

      Jak się robi szybkie pesto bez sera? Po pierwsze muszę się przyznać, że nie miałam w domu świeżej bazylii, tylko zakupione w supermarkecie opakowanie siekanej mrożonej. Pocieszam się wyczytanym gdzieś faktem, że mrożona bazylia lepiej niż taka z doniczki wydziela olejki eteryczne. Mrożoną bazylię rozmroziłam poprzez wysypanie jej na dwie łyżki rozgrzanego oleju rzepakowego (jeszcze lepiej sprawdzi się oliwa z oliwek) razem z posiekanymi dwoma ząbkami czosnku. Poddusiłam to wszystko, dosypując sporą szczyptę soli i pieprzu, a w międzyczasie wrzuciłam do swojego ukochanego małego blenderka około 100g orzechów włoskich i zmiksowałam je bardzo drobno. Wymieszałam zawartość blenderka z zawartością patelni i dodałam trochę soku z cytryny plus dodatkową łyżkę albo dwie oleju/oliwy, bo pasta ziołowo-orzechowa była za gęsta. I tyle. Pyszności. Takie pesto pasuje przepięknie do grillowanych papryk, bakłażanów czy cukinii, do gotowanych albo pieczonych ziemniaczków, do makaronu (na przykład z dodatkiem świeżych albo suszonych pomidorów), albo na tosta czy grzankę, zamiast masła. 

      A drugi obiecany patent? To biały chrzanowo-czosnkowy sosik, którym można w rozmaitych sałatkach zastąpić majonez. Ja go najpierw wykorzystałam do czegoś pomiędzy naszą polską mizerią a greckim tzatziki, polewając nim po prostu ogórki (na sposób arabski pozbyłam się wilgotnej części nasiennej ze środka i zostawiłam tylko jędrniejszy miąższ), a potem do zdrowej sałatki buraczanej z białą fasolą, rodzynkami, cebulą i rzodkiewką. Sosik zawiera opakowanie jogurtu naturalnego (na potrzeby siostry musiałam go zastąpić chudą śmietanką), dwie płaskie łyżeczki chrzanu, świeżo rozgnieciony spory ząbek czosnku (albo dwa, jeśli go kochacie jak ja), bardzo dużo pieprzu i szczyptę soli. Jeśli akurat macie pod ręką świeży koperek lub natkę pietruszki, można zioła posiekać i dorzucić - sosik będzie jeszcze wspanialszy. Smacznego!

      tzatziki   sos tzatziki   tzatziki

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 maja 2012 13:29
  • środa, 23 maja 2012
    • Brownie fasolowo-bananowe! Bez stewii.

      brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe

      Wiem, że jestem troszeczkę szurnięta. Trudno. Moim wielkim kulinarnym marzeniem, a może mrzonką raczej, nieosiągalnym świętym Graalem, do którego można dążyć, ale którego nigdy na koniec się nie zdobywa, jest znalezienie przepisu na taki słodki wypiek, który nie zawierałby mąki pszennej, jaj, cukru ani mleka i który mogłabym jeść bezkarnie, z czystym sumieniem, na śniadanie, obiad oraz kolację. Bo wtedy nie potrzebowałabym już się żywić niczym innym... Więc szukam tego przepisu i szukam i czasem jestem blisko, być może nawet coraz bliżej tej swojej prywatnej utopii. Piekłam już babeczki z mleczkiem kokosowym zamiast jaj i ciasta z mlekiem sojowym zamiast krowiego, zastępując mąkę pszenną innymi - orkiszową, ryżową, gryczaną, kukurydzianą. Bywa, że udaje mi się wyeliminować dwie albo nawet trzy z czterech rzeczy, które chciałabym z ciastek usunąć na zawsze. Tyle że zwykle natykam się na ten sam problem. Czyli co zrobić z cukrem. Melasa? Trzcinowiec? Niewiele mniej szkodliwe od białego kolegi. Polecany przez wielu dietetyków syrop z agawy u nas w Polsce kosztuje straszliwe pieniądze, a ja już i tak stoję na krawędzi bankructwa. Syrop daktylowy albo kukurydziany - pyszne, słodkie jak ja cię nie mogę, ale rówież drogie niemiłosiernie.

      stewia

      Ale. Ale. Ku mojej wielkiej ciekawości, kiedy parę tygodni temu szłam sobie wzdłuż linii berlińskiego S-Bahnu numer 9, trafiłam na duży sklep ekologiczny, a w nim na calusieńką półkę pełną czegoś, o czym przedtem tylko piąte przez dziesiąte słyszałam, a chciałam wiedzieć więcej, czyli egzotycznego produktu pod nazwą stewia. W kropelkach, w proszku, w różnych stężeniach, w rozmaitych kształtach i wielkościach opakowań. Zakupiłam najładniej wyglądające pudełko (serio, zupełnie nic nie wiedziałam o stewii, a dodatkowo mówię tylko ein, zwei, drei po niemiecku, więc nie mogłam użyć innego kryterium dokonując wyboru) i przyjechałam z nim do Warszawy. A potem stało to pudełko sobie smętnie na półce, bo bałam się go wykorzystać, dopóki ktoś mi nie powiedział, że sam tego specyfiku używa do wypiekania ciast i ciasteczek i że sobie stewię chwali. Wtedy się odważyłam i zrobiłam badanie dostępnych źródeł. A tu niespodzianka:

      • Stewia jest stuprocentowo naturalna
      • Ma zero kalorii
      • Nie powoduje próchnicy zębów (yes, yes, yes!)
      • Jest bezpieczna dla diabetyków – nie podnosi poziomu cukru we krwi
      • Zależnie od formy, w jakiej ją kupujecie, może być nawet 250-450 razy słodsza od cukru
      • Rozpuszcza się w wodzie i alkoholach, więc pasuje do drinków, deserów, soków i kompotów
      • Jest odporna na wysoką temperaturę (do 200 °C) – może więc być używana do pieczenia i gotowania
      • Można ją długo przechowywać
      • Na podstawie kompleksowych, wieloletnich badań (w tym zleconych przez WHO, Światową Organizację Zdrowia) stwierdzono, że stewia jest nietoksyczna i można ją uznać za bezpieczną dla zdrowia.  Od wielu, wielu lat używa jej się na przykład w Japonii i Japończycy żyją, mając się całkiem dobrze. Robi furorę w Niemczech, natomiast reszta Unii jakoś nie może się do niej tak całkiem przekonać. Więcej informacji możecie znaleźć na przykład tu: http://stewia.info.pl/

      ciasto rabarbarowo-czekoladowe   ciasto rabarbarowo-czekoladowe

      Dla mnie bomba. Przeczytawszy te rewelacje zaczęłam się zastanawiać dlaczego biały cukier w ogóle jeszcze istnieje. Cóż więc zrobiłam w następnej kolejności? Upiekłam ciasto, oczywiście. Rabarbarowo-czekoladowe, bo zobaczyłam ten przepis na zaprzyjaźnionym blogu, zachwyciłam się i bardzo chciałam go wypróbować (oryginał jest pyszny). No i upiekłam. Moja wersja była... interesująca. Smakowała... szpinakiem. Szpinakiem zmieszanym ze słodzikiem. I to takim słodzikiem z opóźnionym zapłonem, bo informacja o słodyczy docierała do kubków smakowych po dobrej chwili od momentu konsumpcji. Zdziwiłam się trochę, że rabarbar po upieczeniu tak drastycznie zmienia aromat i tak wyraźnie daje do zrozumienia, że jednak jest warzywem, a nie owocem. Nie przyszło mi do głowy, że to nie rabarbar tak intensywnie zalatuje posłodzoną duszoną botwiną i że nietypowy, zielonkawy kolor ciasta to także sprawa nieprzypadkowa. Że to wszystko wina mojej stewii. Niezniechęcona, nie zaprzestałam więc eksperymentów i wczoraj spróbowałam upiec coś nowego. Ze stewią, a jakże. Zmiksowałam, co należy, zmieszałam co trzeba i wstawiłam do piekarnika. A kiedy się piekło, nagle zalała mnie fala euforii, bo zdałam sobie sprawę, że jestem bliżej niż kiedykolwiek przedtem spełnienia swoich dietetycznych marzeń. Moje wczorajsze ciasto było bowiem stuprocentowo bezmączne, obyło się bez mleka i jaj, a na dodatek udało mi się zastąpić cukier czymś, po czym uzębienie nie będzie płakać, a i wątrobie nie zrobię kuku. Święty Graal był mój!!!

      Albo i nie był. Bo wyjęłam z piekarnika kolejne lekko zielonkawe ciasto i poczułam intensywny aromat przesłodzonej słomy. Już się domyślałam, jak będzie smakować pierwszy kęs. Było strasznie. Strasznie. Niewypowiedzianie niesmacznie. Całe ciasto wylądowało w koszu, a ja obiecałam sobie, że zaprzestanę eksperymentów ze słodzikami, stawię czoła prawdzie i po prostu odstawię słodycze w jakiejkolwiek formie. Z drugiej strony nie chciałabym tak całkiem rezygnować z naturalnego, bezpiecznego, nietoksycznego zamiennika cukru. Muszę zapytać swoją znajomą, która ze stewią regularnie piecze, czy może coś źle zrobiłam. Czy za dużo mi się sypnęło? Czy sproszkowana stewia do pewnych ciast się nadaje, a do innych nie? Czy może w ogóle lepiej używać formy skroplonej? A może czegoś nie doczytałam na niemieckojęzycznym opakowaniu (na przykład, że to konkretne pudełko zawiera słodzoną karmę dla królików lub nawóz do kwiatów doniczkowych, a nazwa "stewia" na obwolucie to tylko taki humorystyczny chwyt reklamowy)?

      brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe

      Dzisiaj upiekłam wczorajsze fasolowo-bananowe brownie jeszcze raz. Tym razem z melasą z karobu. Okazuje się, że bez stewii jest przepyszne. Bezmleczne, bezmączne i bezjajeczne, czyli prawie Graal (chociaż podobno "prawie" robi dużą różnicę). Tak czy inaczej, dopóki nie użyjecie żadnego podejrzanego słodzika, mogę wam je polecić bez wahania. Przepis pochodzi ze zdrowego bloga Zdrowo Zakręconej.

      • 240g (puszka) odsączonej czerwonej fasolki
      • 2 dojrzałe banany
      • 1/3 szklanki miodu albo melasy
      • 1/4 szklanki kakao
      • 1/4 szklanki orzechów włoskich
      • 1/3 szklanki otrębów owsianych
      • szczypta soli

      Orzechy posiekać albo zmiksować na proszek i podprażyć na suchej patelni. Banany i fasolkę dokładnie zmiksować. Do puree dodać pozostałe składniki i wymieszać. Ciasto przełożyć do wyłożonej papierem do pieczenia okrągłej foremki o średnicy 20 cm. Piec w 150 stopniach przez 30 minut. Pokroić w kwadraty i się delektować.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Brownie fasolowo-bananowe! Bez stewii.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 23 maja 2012 18:12
  • wtorek, 22 maja 2012
    • Czwarta porcja cateringu i edukacyjny lament

       zen catering

      Myślę, że wydźwięk powyższego zdjęcia jest oczywisty (umordowałam się okropnie, matko moja jedyna!). Przyszło mi dzisiaj do głowy, że gdybym miała doradzić coś wszystkim, którzy marzą o tym, żeby kiedyś otworzyć swoją własną, urokliwą knajpkę gdzieś w centrum albo na obrzeżach dużego miasta, sugerowałabym, żeby najpierw przez miesiąc w jakiejś knajpie popracowali. A przynajmniej żeby przez tydzień albo dwa, dzień w dzień, przygotowywali całodzienny catering dla bliskiej osoby z alergią pokarmową. Matki-Polki pewnie doskonale wiedzą, o czym mówię i nie muszę ich dodatkowo przekonywać, że gotowanie to kawał ciężkiej pracy (ktoś musi przytachać siaty ze sklepów, poszatkować górę kapusty i obrać parę kilo ziemniaków, ugotować to wszystko, a potem umyć tonę rondli i patelni), a twórcze wymyślanie jadłospisu bardzo szybko robi się żmudne i traci początkowy urok. Romantyzm ulatuje. Nie zrozumcie mnie źle - ja się ciągle dobrze bawię gotując siostrze dietetyczne potrawy. Strasznie to lubię. Tyle że po całym dniu przy garach padam na twarz i śpię jak niemowlę (zawsze twierdziłam, że ciężka fizyczna praca to najlepszy lek na bezsenność).

      groszek i cukinia   kasza jaglana

      Ale tak już zupełnie serio, szkoda, że w Polsce nie jest nam dane poeksperymentować z pracą w rozmaitych miejscach zanim podejmiemy ważne życiowe decyzje (na przykład topiąc wieloletnie oszczędności w kafejce, która na wymagającym rynku może nie przetrwać nawet roku). Bo ja głęboko wierzę w uczenie się przez bezpośrednie doświadczenie. Trzeba pobrudzić sobie rączki, powstawać o piątej trzydzieści rano, powściekać się na niekompetentnych współpracowników i wykonać parę poleceń szefa, z którymi człowiek w ogóle się nie zgadza, żeby zacząć rozumieć, co to jest praca. Szkoda, że nie możemy młodym ludziom zaproponować systemu, który wprowadziły na przykład niektóre szkoły wyższe we Francji i parę eksperymentalnych liceów w Anglii. W Anglii istnieje sieć tak zwanych vocational schools, czyli mądrze zaprojektowanych zawodówek, które przygotowują do pracy w konkretnej branży (hotelarskiej, telewizyjnej, motoryzacyjnej) przez pracę w zespołach nad serią praktycznych projektów.  A we Francji? Kiedyś rozmawiałam z bardzo miłym francuskim inżynierem, który opowiedział mi, że na uniwersytecie miał do zaliczenia obowiązkowe dwie tury praktyk zawodowych. Praktyk. Nie teoretyk. Na pierwszy rzut musiał popracować fizycznie, w zakładzie produkcyjnym, przyswajając wiedzę o tym, jak w rzeczywistości wygląda wytwarzanie projektów stworzonych przez siedzących przy biurku absolwentów politechniki. Druga porcja praktyk była już bliższa wybranej przez niego profesji, bo asystował w prawdziwej firmie prawdziwym konstruktorom. A kiedy skończył studia i wchodził na rynek pracy, już popróbował tego rynku, posmakował jak to jest mieć szefa, współpracować z zespołem i jak różnie funkcjonują rozmaite organizacje. Myślę, że z takimi doświadczeniami na koncie, miły francuski inżynier zupełnie inaczej podejmował istotne zawodowe decyzje.

      zen catering

      Oprócz tego, że mi trochę szkoda, bo sama planowałam swoją karierę na oślep i kilka razy gwałtownie i dość boleśnie zmieniałam zawodowy kierunek, mam też regularną styczność z polskimi studentami, którzy na ostatnim i przedostatnim roku uczelni po raz pierwszy aplikują na jakieś stanowisko. Strasznie fajne dzieciaki, naprawdę bardzo przyjemnie się z nimi pracuje, ale wielu z nich nikt nigdy nie pokazał jak napisać CV. Aż się wstydzą ilości i kalibru swoich pytań na temat dobrze skonstruowanego życiorysu. List motywacyjny to dla niektórych jeszcze bardziej paraliżująca enigma, a wyobrażenia paru osób o tym, jak myśli przeciętny szef, jak wygląda codzienna praca i co się w niej dokładnie robi, sprawiły, że prawie spadłam z krzesła. Pewnie łatwo byłoby wznieść oczy ku niebu i pomstować, że Pokolenie Y za dużo siedzi nad swoimi smartfonami i niewystarczająco interesuje się realem. Ale Pokolenie Y - studiujące na prywatnych i państwowych uczelniach - bardzo chce pracować i traktuje pracę, towar deficytowy, wielce serio. Dzieciaki opowiadają mi czasem o tym, że zamiast kuć na pamięć przestarzałe teorie, chciałyby zrobić w szkole coś przydatnego i praktycznego, co pomogłoby im mądrze zaplanować ścieżkę kariery, tyle że szkoła jeszcze nie dojrzała do współczesności i wcale tego nie oferuje. Szkoda.

      No dobrze. To tyle zupełnie niezwiązanych z jedzeniem dygresji na dzisiaj. Wracajmy do moich praktyk cateringowych.

      Pudełka numer 1, 2 i 3. Czyli grzybowo-brokułowy sosik do kaszy lub makaronu.

      W pierwszym pudełku, na życzenie siostry, ugotowana kasza jaglana na masełku, którą będzie sobie mogła szybko odgrzać w firmowej mikrofali. W drugim pudełku, cenne znalezisko z Supersamu - stuprocentowo kukurydziany makaron bez żadnych innych dodatków, co bardzo się przydaje przy diecie dopuszczającej wyłącznie proso i kukurydzę. A do kasz i makaronów sosik grzybowo-brokułowy na dwa dni, który będzie pasował i do jaglanej i do kukurydzianych rurek. Dla zainteresowanych instrukcja: 3/4 średniej wielkości brokuła umyłam, podzieliłam na różyczki i ugotowałam na parze (bardzo krótko, żeby był jeszcze twardawy). Posiekałam w kosteczkę dużą cebulę i dwa ząbki czosnku. Zeszkliłam je na oleju rzepakowym, dodając czubatą łyżeczkę majeranku. Drobno pokroiłam pół kilo pieczarek, które następnie dorzuciłam do garnka wraz ze startą na tarce całą dużą cukinią. Podsmażyłam je przez moment, do chwili, kiedy pieczarkowe soki nie zaczęły parować. Dolałam (stopniowo) pół szklanki mleka i pół szklanki mocnego bulionu. Podgrzałam. Pozwoliłam części płynu odparować, po czym zmiksowałam dość niedbale, żeby w sosie ostały się jeszcze fragmenty pieczarek. Dolałam opakowanie śmietanki 18%, dorzuciłam ugotowanego brokuła, przyprawiłam solidną szczyptą pieprzu i soli i znów podgrzałam.

      surówka z papryki   surówka z papryki

       Pudełko numer cztery. Surówka paprykowa.

      Jak widać na załączonym obrazku, surówka paprykowa składa się z dwóch rodzajów surowej papryki, pokrojonej w bardzo cienkie paseczki (po 2/3 papryki każdego rodzaju, resztę papryki pochłonęłam w czasie przygotowań ja, kucharka), połowy awokado, pokrojonego w średniej wielkości kostkę i garści posiekanych byle jak orzechów włoskich. A teraz klucz do surówki. Sos. Ze cztery łyżki oleju rzepakowego mieszamy z łyżeczką musztardy, łyżeczką miodu albo syropu z agawy, półtorej łyżeczki octu balsamicznego i łyżką świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy. Plus sól i pieprz.

      Pudełko numer pięć.

      Żeby obiad był w komplecie, to oprócz dania głównego i suróweczki, należy się jeszcze deser. A w ramach deseru lody żurawinowo-bazyliowe, które zrobiłam w niedzielę wieczorem, o których pisałam wczoraj rano, a które jakimś cudem (jakim?) doczekały do wczorajszego popołudnia, kiedy to odbyło się uroczyste przekazanie siostrze torby z cateringiem na dwa kolejne dni, a raczej zamiana tej torby na inną, zawierającą puste opakowania oraz puszkę fasoli i puszkę groszku (na pewno chcecie znać takie szczegóły!).

      sałatka z pstrągiem   sałatka z pstrągiem   sałatka z pstrągiem

      Pudełko numer sześć. Moje ulubione.

      Ten pomysł przychodził mi do głowy fazowo. Najpierw wymyśliłam, że ugotuję na parze opakowanie mrożonego groszku zielonego i pokrojoną drobno całą cukinię. Później przypomniało mi się, jak pojechałam w wieku lat dziewiętnastu do Paryża uczyć się francuskiego i mieszkałam dwa kroki od wieży Eiffla, u rodziny ultra-katolickich, bardzo szczupłych antykwariuszy, którzy bardzo chcieli wyperswadować mi mój kryzys wiary i serwowali maciupeńkie posiłki, ale raz podali na kolację coś pysznego, a mianowicie właśnie groszek zielony z podsmażaną na oliwie dymką i zieloną sałatą (też podsmażaną). Więc zrobiłam wariację na temat, czyli dorzuciłam do groszku zeszkloną razem z ząbkiem czosnku posiekaną dymkę (ze trzy albo cztery sztuki) plus sałatę, ale sałatę zostawiłam na surowo, bo to była moja ukochana rzymska, którą było mi szkoda dusić (żadnej innej aż tak nie lubię). Dwie główki rzymskiej sałaty, pokrojonej w paski. A na koniec dorzuciłam do sałatki opakowanie wędzonego pstrąga. I polałam sałatkę tym samym wspaniałym dressingiem na bazie świeżego soku z pomarańczy, który otulił paprykową surówkę z pudełka numer cztery. Ojej.

      sałatka z pstrągiem 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czwarta porcja cateringu i edukacyjny lament ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 maja 2012 10:40
  • poniedziałek, 21 maja 2012
    • Lody żurawinowo-bazyliowe

       lody żurawinowo-bazyliowe     żurawina     lody żurawinowo-bazyliowe

      Moje gelato numer dwa (drugie w życiu), tym razem całkiem eksperymentalne, bo tylko bardzo luźno nawiązujące do przepisu, który znalazłam w amerykańskim czasopiśmie "Eating Well". Pomyślałam, że skoro robię dla siebie czekoladowo-kardamonowe cudeńko na mleku kokosowym, to sprawdzę czy da się to zmodyfikować na potrzeby diety mojej alergicznej siostry. Dziewczyna biedna, mało co może jeść, więc przynajmniej strzeli sobie owocowo-kokosowego loda. Sprawdziłam listę dozwolonych przy jej alergii owoców i trochę lipa. Rodzynki... Nie mam tyle wiary w swój kunszt kulinarny żeby ryzykować lody rodzynkowe. Kiwi... To samo. Daktyle... Może kiedyś. Winogrona... Nie ten sezon. Porzeczki... Fajnie by było, ale nigdzie, w żadnym otwartym w niedzielne popołudnie okolicznym sklepie, nie znalazłam ani suszonych, ani mrożonych, ani nawet dżemu. Wreszcie trafiłam. Żurawiny. Żurawiny z bazylią.

      Porcja jednoosobowa: 80g dobrej jakości suszonej żurawiny (możecie poeksperymentować z mrożoną albo świeżą), duża puszka mleczka kokosowego (400ml), 5 łyżek syropu z agawy albo innego słodzidła, 1 łyżka skrobi kukurydzianej, łyżka albo półtorej drobno posiekanej bazylii (może być mrożona), szczypta soli.

      Instrukcje: Żurawinę zalać wrzątkiem i chwilę pomoczyć. Kiedy zmięknie, zmiksować ją na gładko z dwiema lub trzema łyżkami mleka kokosowego. W rondelku (jeszcze nie na gazie) rozmieszać syrop z agawy albo ulubiony cukier, bazylię, skrobię i sól. Stopniowo dolewać resztę mleczka kokosowego, porządnie mieszając. Włączyć gaz i podgrzewać na średnim ogniu do momentu, kiedy tuż przy brzegach rondla mieszanka zacznie puszczać bąbelki. Od tej pory pozwólcie jej się grzać przez 2-3 minuty, aż skrobia się całkiem nie ugotuje, bardzo energicznie mieszając, żeby nie przywarła do garnka i się nie przypaliła. Po 2-3 minutach wymieszać gorące skrobiowe mleczko kokosowe z żurawinami. Odstawić do ostygnięcia przynajmniej na 20-30 minut. Wstawić do lodówki na kolejne 30-40 minut, po czym włożyć do zamrażalnika. Po godzinie albo półtorej wyjąć i przemieszać. Włożyć z powrotem do zamrażarki i ze dwie godziny później powtórzyć mieszanie i zobaczyć, czy trzeba jeszcze mrozić, czy można już jeść :P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Lody żurawinowo-bazyliowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 maja 2012 11:08
    • Lody czekoladowo-kardamonowe

       wegańskie lody czekoladowe   wegańskie lody czekoladowe   wegańskie lody czekoladowe

      Pomysł na zrobienie lodów (pierwszych w całym moim dotychczasowym życiu) miał dwa źródła. Po pierwsze, sobotni eksperyment z nowo otwartą lodziarnią i jej śmietankowo-koperkowym majstersztykiem w gałkach. A po drugie, niespodziewaną i dość obsesyjną potrzebę wysprzątania całego mieszkania, która łapie mnie mniej więcej raz na rok i zwiastuje początek bardziej aktywnego i towarzyskiego letniego półrocza. Bo moim zdaniem w Polsce przejawiamy dwie skrajnie odmienne natury, ściśle związane z klimatem i aktualną pogodą. Przez ciemne, szare, bezlistne zimowe pół roku jesteśmy Skandynawami – chłodni, introwertyczni, powściągliwi, domowo-rodzinni. A przez drugie półrocze, od maja do mniej więcej września, zamieniamy się w naród Południowców – bardziej otwarci, przyjaźni i wylewni wylegamy do piwnych ogródków, zapraszamy kogo się da na działkowe grillowanie, przechadzamy się tabunami parkowymi alejkami i nadrzecznymi bulwarami. Tak jak reszta narodu, wchodzę więc właśnie w fazę śródziemnomorską i na dobry początek sprzątam. A sprzątając natykam się na stare czasopisma, na przykład bardzo mocno archiwalny numer amerykańskiego magazynu "Eating Well", który zamieścił przepis na zdrowszą wersję prawdziwego włoskiego gelato. No to ja, jako że na dworze przygrzewa słońce, a pod okolicznymi kawiarnianymi parasolami tłumy, już czuję się troszkę jak Włoszka i debiutuję w domowej gelaterii. "Gelateria Mocotoviana" będzie się nazywać moja lodziarnia, jeśli zadebiutuję z powodzeniem. Mocno czekoladowymi lodami z odrobiną kardamonu, na bazie mleczka kokosowego. Bez glutenu. Bez laktozy. Bez jajek. Ale za to z aromatem tak niemożebnie rozkosznym, że zanim lody trafiły do zamrażarki, już połowy nie było... Spróbujcie, a nie pożałujecie.

      Możliwe, że tak jak ja odrobinkę się obawiacie robić lody w domu. Rzecz w tym, że lody nie są trudne w przygotowaniu (piszę to już jako autorka dwóch pudełek gotowego produktu, w poniedziałek rano), natomiast wymagają trochę dyscypliny i dobrego zarządzania czasem. Bo kiedy już się je wstawi do zamrażalnika, to raz na jakiś czas, żeby nie zamarzły na kamień, trzeba je wyjmować i energicznie mieszać, rozbijając zbyt mocno zmrożone kryształki i krysztaliska. Nawet przyjemny proces. Można sobie włączyć film na DVD i pod koniec filmu sprawdzić jak się mają lody. A potem drugi film i znów po filmie skontrolować swoje gelato. Z braku filmu wystarczy nastawić minutnik na półtorej godziny, wyjąć lody, rozmieszać, wstawić z powrotem, a potem półtorej godziny później powtórzyć proces. A kolejne półtorej godziny później - znowu. Kłopot jeśli lody zaczęło się robić późnym popołudniem, jak ja, i po dwóch filmach człowiekowi się przysnęło, po czym obudził się już następnego dnia rano. Wtedy z lodami będzie inny rodzaj zabawy, bo nawet łyżeczkę trudno w nie wbić, co zresztą widać na jednym ze zdjęć...

      wegańskie lody czekoladowe 

      Porcja jednoosobowa: ¼ szklanki niesłodzonego, odtłuszczonego kakao, duża puszka mleczka kokosowego, 2 łyżki syropu z agawy i 2 łyżki brązowego trzcinowego cukru, 1 łyżka skrobi kukurydzianej, pół łyżeczki mielonego kardamonu, szczypta cynamonu, szczypta mielonych goździków, szczypta soli.

      Instrukcje: Wsypać kakao do średniej wielkości miski i domieszać tyle mleczka kokosowego żeby uzyskać gładką pastę. W rondelku (jeszcze nie na gazie) rozmieszać syrop z agawy albo ulubiony cukier, przyprawy korzenne, skrobię i sól. Jeśli nie możecie znaleźć w sklepie kardamonu albo nie bardzo macie ochotę sami mieszać przyprawy, trafiłam na taki śmieszny młynek z gotową mieszanką przypraw do deserów, który produkuje Kamis (nazywa się "Specialite. Młynek. Przyprawa do dań słodkich") i który jest fajny. Stopniowo dolewać resztę mleczka kokosowego, porządnie mieszając. Włączyć gaz i podgrzewać na średnim ogniu do momentu, kiedy tuż przy brzegach rondla mieszanka zacznie puszczać bąbelki. Od tej pory pozwólcie jej się grzać przez 2-3 minuty, aż skrobia się całkiem nie ugotuje, bardzo energicznie mieszając, żeby nie przywarła do garnka i się nie przypaliła. Po 2-3 minutach wymieszać mleczko kokosowe ze skrobią z kakaową masą. Odstawić do ostygnięcia przynajmniej na 20-30 minut. Wstawić do lodówki na kolejne 30-40 minut, po czym włożyć do zamrażalnika. Po godzinie wyjąć i przemieszać. Włożyć z powrotem do zamrażarki i godzinę później powtórzyć mieszanie, po czym jeszcze raz zamrozić, jeśli jesteście jeszcze w stanie im się oprzeć.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Lody czekoladowo-kardamonowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 maja 2012 10:29
  • niedziela, 20 maja 2012
    • Szparagowa przygoda i inne sobotnie ekscesy

      lody koperkowe    sałatka szparagowa

      "A te końcówki też się wpierdziela?" - zapytała Moja Ulubiona Ekspedientka w sklepie spożywczym na rogu. Rozmawiałyśmy o szparagach, bo przybiegłam z wielkim apetytem na nieszczególnie zdrową sałatkę majonezową z serem, szynką, kukurydzą i szparagami właśnie. Lubię ten sklep. Widać, że szefowa po ludzku traktuje pracowników, bo nie tylko nie wyżywają się na klientach, ale uśmiechają się, podpowiadają, pomagają i najzwyczajniej w świecie są mili. Moja Ulubiona Ekspedientka zrobiła coś spektakularnego. Poprosiłam ją żeby ukroiła mi piętnaście deka jakiejś dobrej szynki w jednym kawałku. Podeszła do krajalnicy i, przekrzykując wentylację, zawołała: "A może być w dwóch plastrach? Takich na półtora centymetra? Bo chcesz do sałatki, kochana, tak?" - (sama się domyśliła, nic na ten temat jeszcze nie mówiłam) - "To ci się będzie łatwiej kroiło jak zrobię dwa plastry."

      Uśmiechnęłam się, pokiwałam głową, ona ciachnęła co trzeba, z dumą zademonstrowała dwa równiutkie plasterki, położyła je na wadze... a cyfrowy wyświetlacz pokazał precyzyjnie 150 gramów i ani setnej więcej. A potem zaskoczyła mnie jeszcze bardziej, bo podeszła do kasy i nadstawiła policzek do ucałowania. Pierwszy raz w życiu miałam całować Moją Ulubioną Ekspedientkę (w ogóle jakąkolwiek ekspedientkę, takie rzeczy nie zdarzają mi się zbyt często), ale ponieważ jakoś tak niecodziennie miło i sympatycznie się zrobiło, z rozpędu, choć nieco zakłopotana, musnęłam ustami ten jej wyeksponowany policzek i zaczęłyśmy rozmowę o mojej sałatce. "A z czym ona będzie?" - zapytała Ulubiona Ekspedientka, po czym kątem oka zauważyłam, że jej koleżanka przysunęła się nieco bliżej, z wyraźnym zainteresowaniem strzygąc uszami.

      "Majonezowa będzie" - odpowiedziałam - "z szynką, serem, kukurydzą i szparagami." Pokręciła głową. "A wiesz dziecko, że ja nigdy nie jadłam szparagów?" No to ja wykrzyknęłam, że to chyba najprostsze możliwe warzywo w przyrządzeniu, że wystarczy dwie minuty we wrzątku albo na parze i że teraz są tańsze, bo w sezonie, więc szkoda by było je przegapić. Okazało się, że Moją Ulubioną zniechęcił do szparagów jakiś śniadaniowy program z segmentem kulinarnym, gdzie tłumaczono pokrętnie i demotywująco, że szparagi trzeba długo czyścić i obierać, że gotować można tylko w specjalnym wysokim garnku, z główkami nad poziomem wody i że to danie wyłącznie dla koneserów. "A te końcówki też się wpierdziela?" - zadała wreszcie pytanie, które najwyraźniej trapiło ją od jakiegoś czasu, po czym - zaskoczona chyba własną śmiałością - natychmiast eksplodowała śmiechem. "Wpierdziela" - poinformowałam ją, równie uchachana i szczęśliwa, że mogę na moment służyć za eksperta - "są pyszne i delikatne." I tak sobie porozmawiałyśmy z paniami w moim sklepie na rogu. Na koniec obie zgodnie zadeklarowały, że może jednak spróbują się przełamać, skoro twierdzę, że szparagi to dwuminutowa łatwizna. Mam nadzieję, że się odważą.

      No a skoro przy niedzieli (i wbrew mojemu postanowieniu, żeby chociaż przez jeden dzień w tygodniu nie gotować, nie fotografować i nie blogować) już usiadłam do komputera, parę słów o zdjęciu na samej górze. Pies i lody. O kundlu pewnie kiedyś mnie najdzie przy innej okazji, tym razem napiszę o lodach. Otwarła się bowiem w Warszawie nowa sieć lodziarni. Podeszłam do swojego lokalnego punktu lodziarskiego wczoraj popołudniu, z ciekawości, w czasie spaceru z psiną i tak sobie stałam przed gablotą, kontemplując duży wybór, kiedy zlitowała się nade mną jakaś pani siedząca przy wystawionym na chodnik stoliku. "Koperkowe" - powiedziała tylko, porozumiewawczo się uśmiechając. Kupiłam więc lody koperkowe. I jeszcze gałkę cytrynowo-bazyliowych, bo wydawało mi się, że pasują do kompletu. Chciałam powiedzieć w ramach recenzji na gorąco, że lody koperkowe są po prostu pyszne (bazyliowo-cytrynowe zresztą też), więc dzisiaj pewnie wrócę po więcej. I skosztuję jeszcze buraczanych i pomidorowych. Wyłącznie z takiego powodu, że to absurdalne i odjechane smaki i trzeba mieć na koncie takie doświadczenie, bo jakżeby inaczej. Jak widać na zdjęciu, nie tylko ja miałam chrapkę na trochę mrożonej słodyczy.

      I jeszcze dwie fotki w ramach weekendowego bonusa, może was zainspirują, żeby wyjść na spacer zanim dopadnie nas wszystkich front burzowy i uniemożliwi niedzielną aktywność fizyczną.

      plac unii      plac unii

      To zdjęcia z mojego sobotniego spontanicznego wieczornego spaceru. Na pierwszym widać jeden z moich ulubionych punktów widokowych w mieście. Przystanek autobusów 222, 138 i 117 w stronę Mokotowa, w okolicach placu Unii Lubelskiej. I darmowy widok na niebo bez konieczności podnoszenia głowy. To lepsze niż telewizja i dla pięciu minut gapienia się w chmury przepływające przez okna biurowca warto się wygrzebać z miękkiej kanapy i spośród kołder. Bo miałam sobie wczoraj siedzieć w domu i nicnierobić, ale w końcu wyszłam żeby zaliczyć jakiś koncert w ramach Nocy Muzeów. Głupio mi się zrobiło, że taka niby kulturalna jestem, a ostatnio to się sprowadza głównie do czytania książek kucharskich. Dzisiaj w nagrodę okropnie boli mnie głowa, bo nie wiem, czy nie jestem trochę za stara na koncerty muzyki elektronicznej, nawet darmowe, nawet w Łazienkach Królewskich, wśród drzew podświetlonych na różowo i fioletowo, nawet pod jasnym niebem upstrzonym gwiazdami, przez które raz na jakiś czas przesuwały się z godnością podróżujące nad miastem samoloty. Dopóki siedziałam w domowej ciszy, idea koncertu w parku wydawała się atrakcyjna, ale rzeczywistość okazała się trochę zbyt tłoczna i duszna i głośna (czy ja też tak wrzeszczałam do kolegów i koleżanek kiedy byłam w liceum?). Najgorzej, że jednemu takiemu co mi się darł prosto w ucho, zwróciłam uwagę na bliskość moich bębenków i trąbek Eustachiusza i uprzejmie poprosiłam, żeby zredukował głośność. Stałam się więc jedną z tych osób, którą miałam się nigdy nie stawać, którą sobie obiecałam, że nigdy nie będę. Młodość durna i chmurna już za mną. Mogę to oficjalnie stwierdzić. Jestem dorosła.

      A na drugim zdjęciu wywieszka umieszczona na drzwiach banku, też przy Placu Unii, po drodze do Łazienek. Pomyślałam, że to takie trochę słodko-gorzkie i bardzo polskie obwieszczenie. A może nie? Przecież amerykański policyjny detektyw z Columbus w stanie Ohio, z którym przegadałam pięć godzin jazdy z Warszawy do Berlina, twierdził, że najczęściej wzywają go do napadów na banki i że to w dzisiejszych czasach nagminne (ale też, że praktycznie wszystkich "kasiarzy" prędzej czy później łapią i pakują do więzienia). Tak czy inaczej, uważajcie co macie na sobie wchodząc do swojego banku. Bo mogą was odesłać z kwitkiem. Miłej niedzieli!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Szparagowa przygoda i inne sobotnie ekscesy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 maja 2012 13:53
  • sobota, 19 maja 2012
    • Pudełko numer 3 z sałatką ziemniaczaną

      wiosenna sałatka    wiosenna sałatka

      Czy wiecie, co potrafią wasze dłonie? Kupiłam sobie ostatnio w dużej sieciowej księgarni podręcznik medytacji. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni w moim życiu, ale jak do tej pory chyba najlepszy ze wszystkich, jakie wpadły mi w ręce. A może najbardziej "mój"? Napisany prostym, zrozumiałym językiem, z poczuciem humoru i dystansem, świecki, nie nawołujący do nawrócenia na jakąkolwiek religię, rozwiewający wszelkie wątpliwości w spokojny i rzeczowy sposób. Naprawdę fajna rzecz. Nazywa się "Siła Medytacji", a napisała go Sharon Salzberg. Ćwiczę sobie te rozmaite techniki medytacyjne, które opisuje książka - niektóre dobrze mi już znane, inne zupełnie nowe - i do kilku wracam trochę częściej, bo czuję, że dzięki nim trenuję mądrzejsze podejście do codziennych doświadczeń, nabierając zdrowego dystansu i redukując chęć kontrolowania świata, na który przecież nie mam tak znowu dużego wpływu.

      Jedna z technik medytacyjnych zaleca koncentrację uwagi na wykonywaniu jakiejś zwyczajnej czynności. Spróbowałam więc sobie w ten sposób pomedytować, kiedy wczoraj przygotowywałam dla siostry wiosenną sałatkę, którą mogłaby sobie zjeść z jakąś rybą, bo do ryby doskonale pasuje. Najpierw opłukałam brokuła. Nic powszedniejszego dla dobrze wytresowanej polskiej kobiety jak chwytanie wprawnymi dłońmi warzywa, wkładanie go pod strumień zimnej wody i zwinne obracanie we wszystkie strony tak, żeby je dokładnie umyć. Zwróćcie kiedyś uwagę na to, ile mięśni pracuje i jak szybko, odruchowo, bezmyślnie wykonujecie tysiące mini-manipulacji nadgarstkiem, palcami, kciukami, taką skomplikowaną i perfekcyjną choreografię na dwie ręce, jedno warzywo i strumień kranówki. Poczujcie wodę na skórze. Doceńcie całe lata wprawy, dzięki którym tak szybko i skutecznie tyle różnych, momentalnie po sobie następujących czynności jesteście w stanie wykonać. Ja byłam pod wrażeniem.

      wiosenna sałatka

      Pomedytowałam więc sobie nad myciem brokuła, krojeniem rzodkiewki w cieniutkie plasterki, płukaniem młodych ziemniaków i usuwaniem z nich drobinek ziemi, a potem nad perfekcją nalewania do miseczki oleju, octu i musztardy i cudownością czynności mieszania. I nagle miałam gotową sałatkę. Wystarczyło na moment przełączyć się z zadaniowego, nastawionego na cel działania, na mocno skoncentrowane bycie na bieżąco. I wszystko zrobiło się jakby samo, bez zbędnej frustracji i niepotrzebnego wysiłku, ekonomicznie, jak dobrze zatańczony taniec. A sałatka, oczywiście, boska :) Z pieczonym halibutem, na przykład. Albo wędzonym pstrągiem.

      Składniki: jeden średniej wielkości brokuł, pęczek rzodkiewek, pół kilo młodych ziemniaków.

      Sos dla siostry: trzy łyżki oleju rzepakowego, mocno czubata łyżeczka musztardy, łyżeczka octu balsamicznego, niecała łyżeczka syropu z agawy albo miodu, sól i pieprz.

      Sos dla mnie: czubata łyżka majonezu, dwie łyżeczki musztardy albo kopiasta łyżeczka chrzanu, sól, pieprz.

      Instrukcje: brokuły i ziemniaki ugotować (najlepiej na parze), rzodkiewki pokroić w cienkie plasterki. Wszystkie składniki sałatki dobrze wymieszać z sosem i doprawić do smaku solą z pieprzem. Najlepiej smakuje z dowolnie wybraną ulubioną rybą - od grillowanego, pieczonego, wędzonego łososia aż po solone śledziki albo tuńczyka z puszki.

       wiosenna sałatka    wiosenna sałatka

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 19 maja 2012 14:17
    • Weekendowe pudełko nr 2 czyli słoik dyniowej zupy

      zupa z dyni i soczewicy    zupa z dyni i soczewicy    zupa z dyni i soczewicy

      Zupa co prawda należy do kategorii rozgrzewająco-zimowych, ale parę dni temu było tak chłodno, że zaliczyłam wieczorny spacer z psem w wełnianej czapce i puchowej kurtce. Poza tym miałam w lodówce kawałek dyni. Więc czemu nie? Ta improwizowana, intensywnie pomarańczowa w kolorze, marchewkowo-dyniowo-soczewicowa potrawa smakowała mi tak bardzo, że siostra, która chwilowo stołuje się w mojej Zen Kuchni, dostała jej trochę mniej niż początkowo planowałam, bo prowizja za usługę cateringową wzrosła do mniej więcej 40 procent. Sporo. Wiem. Ale zupie, kuszącej kokosową nutą, nie można się było oprzeć.

      Składniki: spora cebula, duży ząbek czosnku albo dwa małe, przynajmniej dwie szklanki obranej i pokrojonej w małą kostkę dyni, dwie obrane i pokrojone w plasterki marchewki, szklanka umytej czerwonej soczewicy, pół litra wywaru z warzyw (ewentualnie wody z czubatą łyżeczką bulionu wegetariańskiego), pół szklanki mleczka kokosowego, po pół łyżeczki: słodkiej sproszkowanej papryki, cynamonu, mielonego imbiru. Pół łyżeczki harissy. Sól i sporo pieprzu.

      Sposób przygotowania: posiekaną drobno cebulę podsmażyć wraz z wyciśniętym w prasce czosnkiem na oleju/oliwie (ja użyłam po trochu oleju rzepakowego i oleju z pestek dyni). Dosypać przyprawy - słodką paprykę, cynamon, imbir i harissę. Smażyć jeszcze przez chwilę, po czym dodać soczewicę i dobrze wymieszać z cebulą i przyprawami. Do garnka wrzucić dynię i marchew. Zalać wywarem z warzyw i gotować przez około 30 minut, dopóki warzywa i soczewica nie zmiękną. Wlać mleczko kokosowe i zagrzać. Przyprawić do smaku. Zmiksować na gładziutko. Pyszności.

      zupa dyniowo-soczewicowa   zupa dyniowo-soczewicowa

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 19 maja 2012 13:08
    • Jaglane racuszki: weekendowe pudełko numer 1

      racuchy jaglane sos bakaliowy     zen catering

      Wymyśliłam, że przygotowując dla alergicznej siostry dietetyczne jedzenie, zrobię sobie któregoś dnia wolne, co wymagało, żeby innego dnia hurtowo napichcić górę żywności na dwie doby przynajmniej. Więc wczoraj pichciłam. Pichciłam od rana do wieczora, tak intensywnie, że aż się naprawdę zmęczyłam. A tak się zmęczyłam, że już pod koniec dnia klęłam jak szewc i rzucałam nieudanymi resztkami potraw. No i jeszcze się skaleczyłam, poparzyłam i podpaliłam. Znaczy, przedawkowałam aktywność kulinarną. To niezapomniana lekcja, żeby gotować na spokojnie i w miarę możliwości będąc w dobrej formie. Do skaleczeń od bylejakiego krojenia i bąbli od nieuważnego macania w piekarniku jestem już przyzwyczajona. Ale kiedy stanęłam w płomieniach, to już się troszkę przestraszyłam. Bo kiedy człowiek zmęczony, nie koncentruje się na tym, co trzeba, nie uważa na to, co istotne, zamyśla się i odpływa i czasem stanie w powiewnej bluzeczce z berlińskiego butiku ociupinkę za blisko płonącego palnika kuchenki gazowej. Całe szczęście bluzeczkę uszyto z dobrej bawełny, więc paliła się dosłownie przez mikro-sekundę, po czym sama z siebie zgasła, a ja nie tylko nie zdążyłam wpaść w porządną panikę, ale też nie mogłam nawet znaleźć spalonego fragmentu ubrania (swoją drogą to niezły test na jakość ciucha, chociaż nikogo nie namawiam do powtarzania takich ekscesów). Wszystko skończyło się dobrze, catering powędrował do siostry jedynej uczulonej na dziwne rzeczy, a ja padłam jak kłoda i spałam do oporu, a dzisiaj już nic a nic nie gotuję (!).

      sos bakaliowy     racuchy jaglane sos bakaliowy

      Na początek o pierwszym pudełku z cateringowej torby prowiantu, którego zawartość powinna siostrze wystarczyć na sobotnie i niedzielne śniadanie. Chciałam jej zrobić jaglane placuszki i zastanawiałam się jak. Natchnęło mnie, że przecież pulpety to to samo, co racuchy, tylko gotowane, a nie smażone i wytrawne, a nie słodkie - czyli że mogę wziąć podstawowy przepis na jaglane pulpeciki sprzed paru dni i tylko trochę go zmodyfikować. Racuszki jaglane wyszły świetnie - chrupiąco na zewnątrz i mięciutko, leciutko w środku, a że dodałam do nich parę łyżek mleczka kokosowego, cynamon i trochę syropu z agawy, zamieniły się w pyszną słodycz. Żeby było jeszcze słodziej, wyczarowałam im do towarzystwa banalnie prosty bakaliowy sos i od niego zacznę podawanie przepisów:

      Bakaliowy sos do naleśników, racuchów, placuszków:

      W wersji dla mojej siostry zmiksowałam razem 200g namoczonych rodzynek, garść daktyli i 1/3 szklanki wody, a zmiksowaną masę posypałam prażonymi wiórkami kokosowymi. W razie czego można dolać trochę więcej wody, żeby uzyskać odpowiednią konsystencję. To jest wersja minimum, a można sobie oczywiście zrobić wersję maksimum - część rodzynek zastąpić suszonymi morelkami i figami, które też namoczycie przed miksowaniem we wrzątku. Wersja wieloowocowa jest ciekawsza i bogatsza w smaku. Rodzynkowa jest prostsza, ale też smaczna. Obie są naturalnie bardzo, bardzo słodkie, więc nie trzeba dodawać ani grama cukru.

      racuchy jaglane sos bakaliowy

      Jaglano-kokosowe racuszki śniadaniowe:

      Składniki: szklanka kaszy jaglanej wypłukana w zimnej wodzie, przelana wrzątkiem i ugotowana w dwóch szklankach wody; 2 łyżki mielonego siemienia lnianego; 2 łyżki mąki kukurydzianej; 4-5 łyżek dobrze wymieszanego mleczka kokosowego; 2 łyżki syropu z agawy albo miodu; pół łyżeczki cynamonu.

      Sposób przygotowania: ugotowaną kaszę wymieszać z siemieniem, mąką, mleczkiem kokosowym, syropem z agawy lub miodem i cynamonem. Z jeszcze ciepłej masy formować niewielkie placuszki i smażyć na mocno rozgrzanym oleju rzepakowym. Usmażone kłaść na kilka warst papierowego ręcznika, żeby odsączyć nadmiar tłuszczu. Podawać z sosem bakaliowym albo ulubionym dżemem (na mnie czeka w lodówce dżem ananasowy, więc dzisiaj zjem go sobie z racuszkami na podwieczorek, w nagrodę za wytężoną, altruistyczną pracę).

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jaglane racuszki: weekendowe pudełko numer 1”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 19 maja 2012 11:47

Kalendarz

Kwiecień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl