Kucharka Zen

Wpisy

  • środa, 23 maja 2012
    • Brownie fasolowo-bananowe! Bez stewii.

      brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe

      Wiem, że jestem troszeczkę szurnięta. Trudno. Moim wielkim kulinarnym marzeniem, a może mrzonką raczej, nieosiągalnym świętym Graalem, do którego można dążyć, ale którego nigdy na koniec się nie zdobywa, jest znalezienie przepisu na taki słodki wypiek, który nie zawierałby mąki pszennej, jaj, cukru ani mleka i który mogłabym jeść bezkarnie, z czystym sumieniem, na śniadanie, obiad oraz kolację. Bo wtedy nie potrzebowałabym już się żywić niczym innym... Więc szukam tego przepisu i szukam i czasem jestem blisko, być może nawet coraz bliżej tej swojej prywatnej utopii. Piekłam już babeczki z mleczkiem kokosowym zamiast jaj i ciasta z mlekiem sojowym zamiast krowiego, zastępując mąkę pszenną innymi - orkiszową, ryżową, gryczaną, kukurydzianą. Bywa, że udaje mi się wyeliminować dwie albo nawet trzy z czterech rzeczy, które chciałabym z ciastek usunąć na zawsze. Tyle że zwykle natykam się na ten sam problem. Czyli co zrobić z cukrem. Melasa? Trzcinowiec? Niewiele mniej szkodliwe od białego kolegi. Polecany przez wielu dietetyków syrop z agawy u nas w Polsce kosztuje straszliwe pieniądze, a ja już i tak stoję na krawędzi bankructwa. Syrop daktylowy albo kukurydziany - pyszne, słodkie jak ja cię nie mogę, ale rówież drogie niemiłosiernie.

      stewia

      Ale. Ale. Ku mojej wielkiej ciekawości, kiedy parę tygodni temu szłam sobie wzdłuż linii berlińskiego S-Bahnu numer 9, trafiłam na duży sklep ekologiczny, a w nim na calusieńką półkę pełną czegoś, o czym przedtem tylko piąte przez dziesiąte słyszałam, a chciałam wiedzieć więcej, czyli egzotycznego produktu pod nazwą stewia. W kropelkach, w proszku, w różnych stężeniach, w rozmaitych kształtach i wielkościach opakowań. Zakupiłam najładniej wyglądające pudełko (serio, zupełnie nic nie wiedziałam o stewii, a dodatkowo mówię tylko ein, zwei, drei po niemiecku, więc nie mogłam użyć innego kryterium dokonując wyboru) i przyjechałam z nim do Warszawy. A potem stało to pudełko sobie smętnie na półce, bo bałam się go wykorzystać, dopóki ktoś mi nie powiedział, że sam tego specyfiku używa do wypiekania ciast i ciasteczek i że sobie stewię chwali. Wtedy się odważyłam i zrobiłam badanie dostępnych źródeł. A tu niespodzianka:

      • Stewia jest stuprocentowo naturalna
      • Ma zero kalorii
      • Nie powoduje próchnicy zębów (yes, yes, yes!)
      • Jest bezpieczna dla diabetyków – nie podnosi poziomu cukru we krwi
      • Zależnie od formy, w jakiej ją kupujecie, może być nawet 250-450 razy słodsza od cukru
      • Rozpuszcza się w wodzie i alkoholach, więc pasuje do drinków, deserów, soków i kompotów
      • Jest odporna na wysoką temperaturę (do 200 °C) – może więc być używana do pieczenia i gotowania
      • Można ją długo przechowywać
      • Na podstawie kompleksowych, wieloletnich badań (w tym zleconych przez WHO, Światową Organizację Zdrowia) stwierdzono, że stewia jest nietoksyczna i można ją uznać za bezpieczną dla zdrowia.  Od wielu, wielu lat używa jej się na przykład w Japonii i Japończycy żyją, mając się całkiem dobrze. Robi furorę w Niemczech, natomiast reszta Unii jakoś nie może się do niej tak całkiem przekonać. Więcej informacji możecie znaleźć na przykład tu: http://stewia.info.pl/

      ciasto rabarbarowo-czekoladowe   ciasto rabarbarowo-czekoladowe

      Dla mnie bomba. Przeczytawszy te rewelacje zaczęłam się zastanawiać dlaczego biały cukier w ogóle jeszcze istnieje. Cóż więc zrobiłam w następnej kolejności? Upiekłam ciasto, oczywiście. Rabarbarowo-czekoladowe, bo zobaczyłam ten przepis na zaprzyjaźnionym blogu, zachwyciłam się i bardzo chciałam go wypróbować (oryginał jest pyszny). No i upiekłam. Moja wersja była... interesująca. Smakowała... szpinakiem. Szpinakiem zmieszanym ze słodzikiem. I to takim słodzikiem z opóźnionym zapłonem, bo informacja o słodyczy docierała do kubków smakowych po dobrej chwili od momentu konsumpcji. Zdziwiłam się trochę, że rabarbar po upieczeniu tak drastycznie zmienia aromat i tak wyraźnie daje do zrozumienia, że jednak jest warzywem, a nie owocem. Nie przyszło mi do głowy, że to nie rabarbar tak intensywnie zalatuje posłodzoną duszoną botwiną i że nietypowy, zielonkawy kolor ciasta to także sprawa nieprzypadkowa. Że to wszystko wina mojej stewii. Niezniechęcona, nie zaprzestałam więc eksperymentów i wczoraj spróbowałam upiec coś nowego. Ze stewią, a jakże. Zmiksowałam, co należy, zmieszałam co trzeba i wstawiłam do piekarnika. A kiedy się piekło, nagle zalała mnie fala euforii, bo zdałam sobie sprawę, że jestem bliżej niż kiedykolwiek przedtem spełnienia swoich dietetycznych marzeń. Moje wczorajsze ciasto było bowiem stuprocentowo bezmączne, obyło się bez mleka i jaj, a na dodatek udało mi się zastąpić cukier czymś, po czym uzębienie nie będzie płakać, a i wątrobie nie zrobię kuku. Święty Graal był mój!!!

      Albo i nie był. Bo wyjęłam z piekarnika kolejne lekko zielonkawe ciasto i poczułam intensywny aromat przesłodzonej słomy. Już się domyślałam, jak będzie smakować pierwszy kęs. Było strasznie. Strasznie. Niewypowiedzianie niesmacznie. Całe ciasto wylądowało w koszu, a ja obiecałam sobie, że zaprzestanę eksperymentów ze słodzikami, stawię czoła prawdzie i po prostu odstawię słodycze w jakiejkolwiek formie. Z drugiej strony nie chciałabym tak całkiem rezygnować z naturalnego, bezpiecznego, nietoksycznego zamiennika cukru. Muszę zapytać swoją znajomą, która ze stewią regularnie piecze, czy może coś źle zrobiłam. Czy za dużo mi się sypnęło? Czy sproszkowana stewia do pewnych ciast się nadaje, a do innych nie? Czy może w ogóle lepiej używać formy skroplonej? A może czegoś nie doczytałam na niemieckojęzycznym opakowaniu (na przykład, że to konkretne pudełko zawiera słodzoną karmę dla królików lub nawóz do kwiatów doniczkowych, a nazwa "stewia" na obwolucie to tylko taki humorystyczny chwyt reklamowy)?

      brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe

      Dzisiaj upiekłam wczorajsze fasolowo-bananowe brownie jeszcze raz. Tym razem z melasą z karobu. Okazuje się, że bez stewii jest przepyszne. Bezmleczne, bezmączne i bezjajeczne, czyli prawie Graal (chociaż podobno "prawie" robi dużą różnicę). Tak czy inaczej, dopóki nie użyjecie żadnego podejrzanego słodzika, mogę wam je polecić bez wahania. Przepis pochodzi ze zdrowego bloga Zdrowo Zakręconej.

      • 240g (puszka) odsączonej czerwonej fasolki
      • 2 dojrzałe banany
      • 1/3 szklanki miodu albo melasy
      • 1/4 szklanki kakao
      • 1/4 szklanki orzechów włoskich
      • 1/3 szklanki otrębów owsianych
      • szczypta soli

      Orzechy posiekać albo zmiksować na proszek i podprażyć na suchej patelni. Banany i fasolkę dokładnie zmiksować. Do puree dodać pozostałe składniki i wymieszać. Ciasto przełożyć do wyłożonej papierem do pieczenia okrągłej foremki o średnicy 20 cm. Piec w 150 stopniach przez 30 minut. Pokroić w kwadraty i się delektować.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Brownie fasolowo-bananowe! Bez stewii.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 23 maja 2012 18:12
  • wtorek, 22 maja 2012
    • Czwarta porcja cateringu i edukacyjny lament

       zen catering

      Myślę, że wydźwięk powyższego zdjęcia jest oczywisty (umordowałam się okropnie, matko moja jedyna!). Przyszło mi dzisiaj do głowy, że gdybym miała doradzić coś wszystkim, którzy marzą o tym, żeby kiedyś otworzyć swoją własną, urokliwą knajpkę gdzieś w centrum albo na obrzeżach dużego miasta, sugerowałabym, żeby najpierw przez miesiąc w jakiejś knajpie popracowali. A przynajmniej żeby przez tydzień albo dwa, dzień w dzień, przygotowywali całodzienny catering dla bliskiej osoby z alergią pokarmową. Matki-Polki pewnie doskonale wiedzą, o czym mówię i nie muszę ich dodatkowo przekonywać, że gotowanie to kawał ciężkiej pracy (ktoś musi przytachać siaty ze sklepów, poszatkować górę kapusty i obrać parę kilo ziemniaków, ugotować to wszystko, a potem umyć tonę rondli i patelni), a twórcze wymyślanie jadłospisu bardzo szybko robi się żmudne i traci początkowy urok. Romantyzm ulatuje. Nie zrozumcie mnie źle - ja się ciągle dobrze bawię gotując siostrze dietetyczne potrawy. Strasznie to lubię. Tyle że po całym dniu przy garach padam na twarz i śpię jak niemowlę (zawsze twierdziłam, że ciężka fizyczna praca to najlepszy lek na bezsenność).

      groszek i cukinia   kasza jaglana

      Ale tak już zupełnie serio, szkoda, że w Polsce nie jest nam dane poeksperymentować z pracą w rozmaitych miejscach zanim podejmiemy ważne życiowe decyzje (na przykład topiąc wieloletnie oszczędności w kafejce, która na wymagającym rynku może nie przetrwać nawet roku). Bo ja głęboko wierzę w uczenie się przez bezpośrednie doświadczenie. Trzeba pobrudzić sobie rączki, powstawać o piątej trzydzieści rano, powściekać się na niekompetentnych współpracowników i wykonać parę poleceń szefa, z którymi człowiek w ogóle się nie zgadza, żeby zacząć rozumieć, co to jest praca. Szkoda, że nie możemy młodym ludziom zaproponować systemu, który wprowadziły na przykład niektóre szkoły wyższe we Francji i parę eksperymentalnych liceów w Anglii. W Anglii istnieje sieć tak zwanych vocational schools, czyli mądrze zaprojektowanych zawodówek, które przygotowują do pracy w konkretnej branży (hotelarskiej, telewizyjnej, motoryzacyjnej) przez pracę w zespołach nad serią praktycznych projektów.  A we Francji? Kiedyś rozmawiałam z bardzo miłym francuskim inżynierem, który opowiedział mi, że na uniwersytecie miał do zaliczenia obowiązkowe dwie tury praktyk zawodowych. Praktyk. Nie teoretyk. Na pierwszy rzut musiał popracować fizycznie, w zakładzie produkcyjnym, przyswajając wiedzę o tym, jak w rzeczywistości wygląda wytwarzanie projektów stworzonych przez siedzących przy biurku absolwentów politechniki. Druga porcja praktyk była już bliższa wybranej przez niego profesji, bo asystował w prawdziwej firmie prawdziwym konstruktorom. A kiedy skończył studia i wchodził na rynek pracy, już popróbował tego rynku, posmakował jak to jest mieć szefa, współpracować z zespołem i jak różnie funkcjonują rozmaite organizacje. Myślę, że z takimi doświadczeniami na koncie, miły francuski inżynier zupełnie inaczej podejmował istotne zawodowe decyzje.

      zen catering

      Oprócz tego, że mi trochę szkoda, bo sama planowałam swoją karierę na oślep i kilka razy gwałtownie i dość boleśnie zmieniałam zawodowy kierunek, mam też regularną styczność z polskimi studentami, którzy na ostatnim i przedostatnim roku uczelni po raz pierwszy aplikują na jakieś stanowisko. Strasznie fajne dzieciaki, naprawdę bardzo przyjemnie się z nimi pracuje, ale wielu z nich nikt nigdy nie pokazał jak napisać CV. Aż się wstydzą ilości i kalibru swoich pytań na temat dobrze skonstruowanego życiorysu. List motywacyjny to dla niektórych jeszcze bardziej paraliżująca enigma, a wyobrażenia paru osób o tym, jak myśli przeciętny szef, jak wygląda codzienna praca i co się w niej dokładnie robi, sprawiły, że prawie spadłam z krzesła. Pewnie łatwo byłoby wznieść oczy ku niebu i pomstować, że Pokolenie Y za dużo siedzi nad swoimi smartfonami i niewystarczająco interesuje się realem. Ale Pokolenie Y - studiujące na prywatnych i państwowych uczelniach - bardzo chce pracować i traktuje pracę, towar deficytowy, wielce serio. Dzieciaki opowiadają mi czasem o tym, że zamiast kuć na pamięć przestarzałe teorie, chciałyby zrobić w szkole coś przydatnego i praktycznego, co pomogłoby im mądrze zaplanować ścieżkę kariery, tyle że szkoła jeszcze nie dojrzała do współczesności i wcale tego nie oferuje. Szkoda.

      No dobrze. To tyle zupełnie niezwiązanych z jedzeniem dygresji na dzisiaj. Wracajmy do moich praktyk cateringowych.

      Pudełka numer 1, 2 i 3. Czyli grzybowo-brokułowy sosik do kaszy lub makaronu.

      W pierwszym pudełku, na życzenie siostry, ugotowana kasza jaglana na masełku, którą będzie sobie mogła szybko odgrzać w firmowej mikrofali. W drugim pudełku, cenne znalezisko z Supersamu - stuprocentowo kukurydziany makaron bez żadnych innych dodatków, co bardzo się przydaje przy diecie dopuszczającej wyłącznie proso i kukurydzę. A do kasz i makaronów sosik grzybowo-brokułowy na dwa dni, który będzie pasował i do jaglanej i do kukurydzianych rurek. Dla zainteresowanych instrukcja: 3/4 średniej wielkości brokuła umyłam, podzieliłam na różyczki i ugotowałam na parze (bardzo krótko, żeby był jeszcze twardawy). Posiekałam w kosteczkę dużą cebulę i dwa ząbki czosnku. Zeszkliłam je na oleju rzepakowym, dodając czubatą łyżeczkę majeranku. Drobno pokroiłam pół kilo pieczarek, które następnie dorzuciłam do garnka wraz ze startą na tarce całą dużą cukinią. Podsmażyłam je przez moment, do chwili, kiedy pieczarkowe soki nie zaczęły parować. Dolałam (stopniowo) pół szklanki mleka i pół szklanki mocnego bulionu. Podgrzałam. Pozwoliłam części płynu odparować, po czym zmiksowałam dość niedbale, żeby w sosie ostały się jeszcze fragmenty pieczarek. Dolałam opakowanie śmietanki 18%, dorzuciłam ugotowanego brokuła, przyprawiłam solidną szczyptą pieprzu i soli i znów podgrzałam.

      surówka z papryki   surówka z papryki

       Pudełko numer cztery. Surówka paprykowa.

      Jak widać na załączonym obrazku, surówka paprykowa składa się z dwóch rodzajów surowej papryki, pokrojonej w bardzo cienkie paseczki (po 2/3 papryki każdego rodzaju, resztę papryki pochłonęłam w czasie przygotowań ja, kucharka), połowy awokado, pokrojonego w średniej wielkości kostkę i garści posiekanych byle jak orzechów włoskich. A teraz klucz do surówki. Sos. Ze cztery łyżki oleju rzepakowego mieszamy z łyżeczką musztardy, łyżeczką miodu albo syropu z agawy, półtorej łyżeczki octu balsamicznego i łyżką świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy. Plus sól i pieprz.

      Pudełko numer pięć.

      Żeby obiad był w komplecie, to oprócz dania głównego i suróweczki, należy się jeszcze deser. A w ramach deseru lody żurawinowo-bazyliowe, które zrobiłam w niedzielę wieczorem, o których pisałam wczoraj rano, a które jakimś cudem (jakim?) doczekały do wczorajszego popołudnia, kiedy to odbyło się uroczyste przekazanie siostrze torby z cateringiem na dwa kolejne dni, a raczej zamiana tej torby na inną, zawierającą puste opakowania oraz puszkę fasoli i puszkę groszku (na pewno chcecie znać takie szczegóły!).

      sałatka z pstrągiem   sałatka z pstrągiem   sałatka z pstrągiem

      Pudełko numer sześć. Moje ulubione.

      Ten pomysł przychodził mi do głowy fazowo. Najpierw wymyśliłam, że ugotuję na parze opakowanie mrożonego groszku zielonego i pokrojoną drobno całą cukinię. Później przypomniało mi się, jak pojechałam w wieku lat dziewiętnastu do Paryża uczyć się francuskiego i mieszkałam dwa kroki od wieży Eiffla, u rodziny ultra-katolickich, bardzo szczupłych antykwariuszy, którzy bardzo chcieli wyperswadować mi mój kryzys wiary i serwowali maciupeńkie posiłki, ale raz podali na kolację coś pysznego, a mianowicie właśnie groszek zielony z podsmażaną na oliwie dymką i zieloną sałatą (też podsmażaną). Więc zrobiłam wariację na temat, czyli dorzuciłam do groszku zeszkloną razem z ząbkiem czosnku posiekaną dymkę (ze trzy albo cztery sztuki) plus sałatę, ale sałatę zostawiłam na surowo, bo to była moja ukochana rzymska, którą było mi szkoda dusić (żadnej innej aż tak nie lubię). Dwie główki rzymskiej sałaty, pokrojonej w paski. A na koniec dorzuciłam do sałatki opakowanie wędzonego pstrąga. I polałam sałatkę tym samym wspaniałym dressingiem na bazie świeżego soku z pomarańczy, który otulił paprykową surówkę z pudełka numer cztery. Ojej.

      sałatka z pstrągiem 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czwarta porcja cateringu i edukacyjny lament ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 maja 2012 10:40
  • poniedziałek, 21 maja 2012
    • Lody żurawinowo-bazyliowe

       lody żurawinowo-bazyliowe     żurawina     lody żurawinowo-bazyliowe

      Moje gelato numer dwa (drugie w życiu), tym razem całkiem eksperymentalne, bo tylko bardzo luźno nawiązujące do przepisu, który znalazłam w amerykańskim czasopiśmie "Eating Well". Pomyślałam, że skoro robię dla siebie czekoladowo-kardamonowe cudeńko na mleku kokosowym, to sprawdzę czy da się to zmodyfikować na potrzeby diety mojej alergicznej siostry. Dziewczyna biedna, mało co może jeść, więc przynajmniej strzeli sobie owocowo-kokosowego loda. Sprawdziłam listę dozwolonych przy jej alergii owoców i trochę lipa. Rodzynki... Nie mam tyle wiary w swój kunszt kulinarny żeby ryzykować lody rodzynkowe. Kiwi... To samo. Daktyle... Może kiedyś. Winogrona... Nie ten sezon. Porzeczki... Fajnie by było, ale nigdzie, w żadnym otwartym w niedzielne popołudnie okolicznym sklepie, nie znalazłam ani suszonych, ani mrożonych, ani nawet dżemu. Wreszcie trafiłam. Żurawiny. Żurawiny z bazylią.

      Porcja jednoosobowa: 80g dobrej jakości suszonej żurawiny (możecie poeksperymentować z mrożoną albo świeżą), duża puszka mleczka kokosowego (400ml), 5 łyżek syropu z agawy albo innego słodzidła, 1 łyżka skrobi kukurydzianej, łyżka albo półtorej drobno posiekanej bazylii (może być mrożona), szczypta soli.

      Instrukcje: Żurawinę zalać wrzątkiem i chwilę pomoczyć. Kiedy zmięknie, zmiksować ją na gładko z dwiema lub trzema łyżkami mleka kokosowego. W rondelku (jeszcze nie na gazie) rozmieszać syrop z agawy albo ulubiony cukier, bazylię, skrobię i sól. Stopniowo dolewać resztę mleczka kokosowego, porządnie mieszając. Włączyć gaz i podgrzewać na średnim ogniu do momentu, kiedy tuż przy brzegach rondla mieszanka zacznie puszczać bąbelki. Od tej pory pozwólcie jej się grzać przez 2-3 minuty, aż skrobia się całkiem nie ugotuje, bardzo energicznie mieszając, żeby nie przywarła do garnka i się nie przypaliła. Po 2-3 minutach wymieszać gorące skrobiowe mleczko kokosowe z żurawinami. Odstawić do ostygnięcia przynajmniej na 20-30 minut. Wstawić do lodówki na kolejne 30-40 minut, po czym włożyć do zamrażalnika. Po godzinie albo półtorej wyjąć i przemieszać. Włożyć z powrotem do zamrażarki i ze dwie godziny później powtórzyć mieszanie i zobaczyć, czy trzeba jeszcze mrozić, czy można już jeść :P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Lody żurawinowo-bazyliowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 maja 2012 11:08
    • Lody czekoladowo-kardamonowe

       wegańskie lody czekoladowe   wegańskie lody czekoladowe   wegańskie lody czekoladowe

      Pomysł na zrobienie lodów (pierwszych w całym moim dotychczasowym życiu) miał dwa źródła. Po pierwsze, sobotni eksperyment z nowo otwartą lodziarnią i jej śmietankowo-koperkowym majstersztykiem w gałkach. A po drugie, niespodziewaną i dość obsesyjną potrzebę wysprzątania całego mieszkania, która łapie mnie mniej więcej raz na rok i zwiastuje początek bardziej aktywnego i towarzyskiego letniego półrocza. Bo moim zdaniem w Polsce przejawiamy dwie skrajnie odmienne natury, ściśle związane z klimatem i aktualną pogodą. Przez ciemne, szare, bezlistne zimowe pół roku jesteśmy Skandynawami – chłodni, introwertyczni, powściągliwi, domowo-rodzinni. A przez drugie półrocze, od maja do mniej więcej września, zamieniamy się w naród Południowców – bardziej otwarci, przyjaźni i wylewni wylegamy do piwnych ogródków, zapraszamy kogo się da na działkowe grillowanie, przechadzamy się tabunami parkowymi alejkami i nadrzecznymi bulwarami. Tak jak reszta narodu, wchodzę więc właśnie w fazę śródziemnomorską i na dobry początek sprzątam. A sprzątając natykam się na stare czasopisma, na przykład bardzo mocno archiwalny numer amerykańskiego magazynu "Eating Well", który zamieścił przepis na zdrowszą wersję prawdziwego włoskiego gelato. No to ja, jako że na dworze przygrzewa słońce, a pod okolicznymi kawiarnianymi parasolami tłumy, już czuję się troszkę jak Włoszka i debiutuję w domowej gelaterii. "Gelateria Mocotoviana" będzie się nazywać moja lodziarnia, jeśli zadebiutuję z powodzeniem. Mocno czekoladowymi lodami z odrobiną kardamonu, na bazie mleczka kokosowego. Bez glutenu. Bez laktozy. Bez jajek. Ale za to z aromatem tak niemożebnie rozkosznym, że zanim lody trafiły do zamrażarki, już połowy nie było... Spróbujcie, a nie pożałujecie.

      Możliwe, że tak jak ja odrobinkę się obawiacie robić lody w domu. Rzecz w tym, że lody nie są trudne w przygotowaniu (piszę to już jako autorka dwóch pudełek gotowego produktu, w poniedziałek rano), natomiast wymagają trochę dyscypliny i dobrego zarządzania czasem. Bo kiedy już się je wstawi do zamrażalnika, to raz na jakiś czas, żeby nie zamarzły na kamień, trzeba je wyjmować i energicznie mieszać, rozbijając zbyt mocno zmrożone kryształki i krysztaliska. Nawet przyjemny proces. Można sobie włączyć film na DVD i pod koniec filmu sprawdzić jak się mają lody. A potem drugi film i znów po filmie skontrolować swoje gelato. Z braku filmu wystarczy nastawić minutnik na półtorej godziny, wyjąć lody, rozmieszać, wstawić z powrotem, a potem półtorej godziny później powtórzyć proces. A kolejne półtorej godziny później - znowu. Kłopot jeśli lody zaczęło się robić późnym popołudniem, jak ja, i po dwóch filmach człowiekowi się przysnęło, po czym obudził się już następnego dnia rano. Wtedy z lodami będzie inny rodzaj zabawy, bo nawet łyżeczkę trudno w nie wbić, co zresztą widać na jednym ze zdjęć...

      wegańskie lody czekoladowe 

      Porcja jednoosobowa: ¼ szklanki niesłodzonego, odtłuszczonego kakao, duża puszka mleczka kokosowego, 2 łyżki syropu z agawy i 2 łyżki brązowego trzcinowego cukru, 1 łyżka skrobi kukurydzianej, pół łyżeczki mielonego kardamonu, szczypta cynamonu, szczypta mielonych goździków, szczypta soli.

      Instrukcje: Wsypać kakao do średniej wielkości miski i domieszać tyle mleczka kokosowego żeby uzyskać gładką pastę. W rondelku (jeszcze nie na gazie) rozmieszać syrop z agawy albo ulubiony cukier, przyprawy korzenne, skrobię i sól. Jeśli nie możecie znaleźć w sklepie kardamonu albo nie bardzo macie ochotę sami mieszać przyprawy, trafiłam na taki śmieszny młynek z gotową mieszanką przypraw do deserów, który produkuje Kamis (nazywa się "Specialite. Młynek. Przyprawa do dań słodkich") i który jest fajny. Stopniowo dolewać resztę mleczka kokosowego, porządnie mieszając. Włączyć gaz i podgrzewać na średnim ogniu do momentu, kiedy tuż przy brzegach rondla mieszanka zacznie puszczać bąbelki. Od tej pory pozwólcie jej się grzać przez 2-3 minuty, aż skrobia się całkiem nie ugotuje, bardzo energicznie mieszając, żeby nie przywarła do garnka i się nie przypaliła. Po 2-3 minutach wymieszać mleczko kokosowe ze skrobią z kakaową masą. Odstawić do ostygnięcia przynajmniej na 20-30 minut. Wstawić do lodówki na kolejne 30-40 minut, po czym włożyć do zamrażalnika. Po godzinie wyjąć i przemieszać. Włożyć z powrotem do zamrażarki i godzinę później powtórzyć mieszanie, po czym jeszcze raz zamrozić, jeśli jesteście jeszcze w stanie im się oprzeć.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Lody czekoladowo-kardamonowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 maja 2012 10:29
  • niedziela, 20 maja 2012
    • Szparagowa przygoda i inne sobotnie ekscesy

      lody koperkowe    sałatka szparagowa

      "A te końcówki też się wpierdziela?" - zapytała Moja Ulubiona Ekspedientka w sklepie spożywczym na rogu. Rozmawiałyśmy o szparagach, bo przybiegłam z wielkim apetytem na nieszczególnie zdrową sałatkę majonezową z serem, szynką, kukurydzą i szparagami właśnie. Lubię ten sklep. Widać, że szefowa po ludzku traktuje pracowników, bo nie tylko nie wyżywają się na klientach, ale uśmiechają się, podpowiadają, pomagają i najzwyczajniej w świecie są mili. Moja Ulubiona Ekspedientka zrobiła coś spektakularnego. Poprosiłam ją żeby ukroiła mi piętnaście deka jakiejś dobrej szynki w jednym kawałku. Podeszła do krajalnicy i, przekrzykując wentylację, zawołała: "A może być w dwóch plastrach? Takich na półtora centymetra? Bo chcesz do sałatki, kochana, tak?" - (sama się domyśliła, nic na ten temat jeszcze nie mówiłam) - "To ci się będzie łatwiej kroiło jak zrobię dwa plastry."

      Uśmiechnęłam się, pokiwałam głową, ona ciachnęła co trzeba, z dumą zademonstrowała dwa równiutkie plasterki, położyła je na wadze... a cyfrowy wyświetlacz pokazał precyzyjnie 150 gramów i ani setnej więcej. A potem zaskoczyła mnie jeszcze bardziej, bo podeszła do kasy i nadstawiła policzek do ucałowania. Pierwszy raz w życiu miałam całować Moją Ulubioną Ekspedientkę (w ogóle jakąkolwiek ekspedientkę, takie rzeczy nie zdarzają mi się zbyt często), ale ponieważ jakoś tak niecodziennie miło i sympatycznie się zrobiło, z rozpędu, choć nieco zakłopotana, musnęłam ustami ten jej wyeksponowany policzek i zaczęłyśmy rozmowę o mojej sałatce. "A z czym ona będzie?" - zapytała Ulubiona Ekspedientka, po czym kątem oka zauważyłam, że jej koleżanka przysunęła się nieco bliżej, z wyraźnym zainteresowaniem strzygąc uszami.

      "Majonezowa będzie" - odpowiedziałam - "z szynką, serem, kukurydzą i szparagami." Pokręciła głową. "A wiesz dziecko, że ja nigdy nie jadłam szparagów?" No to ja wykrzyknęłam, że to chyba najprostsze możliwe warzywo w przyrządzeniu, że wystarczy dwie minuty we wrzątku albo na parze i że teraz są tańsze, bo w sezonie, więc szkoda by było je przegapić. Okazało się, że Moją Ulubioną zniechęcił do szparagów jakiś śniadaniowy program z segmentem kulinarnym, gdzie tłumaczono pokrętnie i demotywująco, że szparagi trzeba długo czyścić i obierać, że gotować można tylko w specjalnym wysokim garnku, z główkami nad poziomem wody i że to danie wyłącznie dla koneserów. "A te końcówki też się wpierdziela?" - zadała wreszcie pytanie, które najwyraźniej trapiło ją od jakiegoś czasu, po czym - zaskoczona chyba własną śmiałością - natychmiast eksplodowała śmiechem. "Wpierdziela" - poinformowałam ją, równie uchachana i szczęśliwa, że mogę na moment służyć za eksperta - "są pyszne i delikatne." I tak sobie porozmawiałyśmy z paniami w moim sklepie na rogu. Na koniec obie zgodnie zadeklarowały, że może jednak spróbują się przełamać, skoro twierdzę, że szparagi to dwuminutowa łatwizna. Mam nadzieję, że się odważą.

      No a skoro przy niedzieli (i wbrew mojemu postanowieniu, żeby chociaż przez jeden dzień w tygodniu nie gotować, nie fotografować i nie blogować) już usiadłam do komputera, parę słów o zdjęciu na samej górze. Pies i lody. O kundlu pewnie kiedyś mnie najdzie przy innej okazji, tym razem napiszę o lodach. Otwarła się bowiem w Warszawie nowa sieć lodziarni. Podeszłam do swojego lokalnego punktu lodziarskiego wczoraj popołudniu, z ciekawości, w czasie spaceru z psiną i tak sobie stałam przed gablotą, kontemplując duży wybór, kiedy zlitowała się nade mną jakaś pani siedząca przy wystawionym na chodnik stoliku. "Koperkowe" - powiedziała tylko, porozumiewawczo się uśmiechając. Kupiłam więc lody koperkowe. I jeszcze gałkę cytrynowo-bazyliowych, bo wydawało mi się, że pasują do kompletu. Chciałam powiedzieć w ramach recenzji na gorąco, że lody koperkowe są po prostu pyszne (bazyliowo-cytrynowe zresztą też), więc dzisiaj pewnie wrócę po więcej. I skosztuję jeszcze buraczanych i pomidorowych. Wyłącznie z takiego powodu, że to absurdalne i odjechane smaki i trzeba mieć na koncie takie doświadczenie, bo jakżeby inaczej. Jak widać na zdjęciu, nie tylko ja miałam chrapkę na trochę mrożonej słodyczy.

      I jeszcze dwie fotki w ramach weekendowego bonusa, może was zainspirują, żeby wyjść na spacer zanim dopadnie nas wszystkich front burzowy i uniemożliwi niedzielną aktywność fizyczną.

      plac unii      plac unii

      To zdjęcia z mojego sobotniego spontanicznego wieczornego spaceru. Na pierwszym widać jeden z moich ulubionych punktów widokowych w mieście. Przystanek autobusów 222, 138 i 117 w stronę Mokotowa, w okolicach placu Unii Lubelskiej. I darmowy widok na niebo bez konieczności podnoszenia głowy. To lepsze niż telewizja i dla pięciu minut gapienia się w chmury przepływające przez okna biurowca warto się wygrzebać z miękkiej kanapy i spośród kołder. Bo miałam sobie wczoraj siedzieć w domu i nicnierobić, ale w końcu wyszłam żeby zaliczyć jakiś koncert w ramach Nocy Muzeów. Głupio mi się zrobiło, że taka niby kulturalna jestem, a ostatnio to się sprowadza głównie do czytania książek kucharskich. Dzisiaj w nagrodę okropnie boli mnie głowa, bo nie wiem, czy nie jestem trochę za stara na koncerty muzyki elektronicznej, nawet darmowe, nawet w Łazienkach Królewskich, wśród drzew podświetlonych na różowo i fioletowo, nawet pod jasnym niebem upstrzonym gwiazdami, przez które raz na jakiś czas przesuwały się z godnością podróżujące nad miastem samoloty. Dopóki siedziałam w domowej ciszy, idea koncertu w parku wydawała się atrakcyjna, ale rzeczywistość okazała się trochę zbyt tłoczna i duszna i głośna (czy ja też tak wrzeszczałam do kolegów i koleżanek kiedy byłam w liceum?). Najgorzej, że jednemu takiemu co mi się darł prosto w ucho, zwróciłam uwagę na bliskość moich bębenków i trąbek Eustachiusza i uprzejmie poprosiłam, żeby zredukował głośność. Stałam się więc jedną z tych osób, którą miałam się nigdy nie stawać, którą sobie obiecałam, że nigdy nie będę. Młodość durna i chmurna już za mną. Mogę to oficjalnie stwierdzić. Jestem dorosła.

      A na drugim zdjęciu wywieszka umieszczona na drzwiach banku, też przy Placu Unii, po drodze do Łazienek. Pomyślałam, że to takie trochę słodko-gorzkie i bardzo polskie obwieszczenie. A może nie? Przecież amerykański policyjny detektyw z Columbus w stanie Ohio, z którym przegadałam pięć godzin jazdy z Warszawy do Berlina, twierdził, że najczęściej wzywają go do napadów na banki i że to w dzisiejszych czasach nagminne (ale też, że praktycznie wszystkich "kasiarzy" prędzej czy później łapią i pakują do więzienia). Tak czy inaczej, uważajcie co macie na sobie wchodząc do swojego banku. Bo mogą was odesłać z kwitkiem. Miłej niedzieli!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Szparagowa przygoda i inne sobotnie ekscesy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 maja 2012 13:53
  • sobota, 19 maja 2012
    • Pudełko numer 3 z sałatką ziemniaczaną

      wiosenna sałatka    wiosenna sałatka

      Czy wiecie, co potrafią wasze dłonie? Kupiłam sobie ostatnio w dużej sieciowej księgarni podręcznik medytacji. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni w moim życiu, ale jak do tej pory chyba najlepszy ze wszystkich, jakie wpadły mi w ręce. A może najbardziej "mój"? Napisany prostym, zrozumiałym językiem, z poczuciem humoru i dystansem, świecki, nie nawołujący do nawrócenia na jakąkolwiek religię, rozwiewający wszelkie wątpliwości w spokojny i rzeczowy sposób. Naprawdę fajna rzecz. Nazywa się "Siła Medytacji", a napisała go Sharon Salzberg. Ćwiczę sobie te rozmaite techniki medytacyjne, które opisuje książka - niektóre dobrze mi już znane, inne zupełnie nowe - i do kilku wracam trochę częściej, bo czuję, że dzięki nim trenuję mądrzejsze podejście do codziennych doświadczeń, nabierając zdrowego dystansu i redukując chęć kontrolowania świata, na który przecież nie mam tak znowu dużego wpływu.

      Jedna z technik medytacyjnych zaleca koncentrację uwagi na wykonywaniu jakiejś zwyczajnej czynności. Spróbowałam więc sobie w ten sposób pomedytować, kiedy wczoraj przygotowywałam dla siostry wiosenną sałatkę, którą mogłaby sobie zjeść z jakąś rybą, bo do ryby doskonale pasuje. Najpierw opłukałam brokuła. Nic powszedniejszego dla dobrze wytresowanej polskiej kobiety jak chwytanie wprawnymi dłońmi warzywa, wkładanie go pod strumień zimnej wody i zwinne obracanie we wszystkie strony tak, żeby je dokładnie umyć. Zwróćcie kiedyś uwagę na to, ile mięśni pracuje i jak szybko, odruchowo, bezmyślnie wykonujecie tysiące mini-manipulacji nadgarstkiem, palcami, kciukami, taką skomplikowaną i perfekcyjną choreografię na dwie ręce, jedno warzywo i strumień kranówki. Poczujcie wodę na skórze. Doceńcie całe lata wprawy, dzięki którym tak szybko i skutecznie tyle różnych, momentalnie po sobie następujących czynności jesteście w stanie wykonać. Ja byłam pod wrażeniem.

      wiosenna sałatka

      Pomedytowałam więc sobie nad myciem brokuła, krojeniem rzodkiewki w cieniutkie plasterki, płukaniem młodych ziemniaków i usuwaniem z nich drobinek ziemi, a potem nad perfekcją nalewania do miseczki oleju, octu i musztardy i cudownością czynności mieszania. I nagle miałam gotową sałatkę. Wystarczyło na moment przełączyć się z zadaniowego, nastawionego na cel działania, na mocno skoncentrowane bycie na bieżąco. I wszystko zrobiło się jakby samo, bez zbędnej frustracji i niepotrzebnego wysiłku, ekonomicznie, jak dobrze zatańczony taniec. A sałatka, oczywiście, boska :) Z pieczonym halibutem, na przykład. Albo wędzonym pstrągiem.

      Składniki: jeden średniej wielkości brokuł, pęczek rzodkiewek, pół kilo młodych ziemniaków.

      Sos dla siostry: trzy łyżki oleju rzepakowego, mocno czubata łyżeczka musztardy, łyżeczka octu balsamicznego, niecała łyżeczka syropu z agawy albo miodu, sól i pieprz.

      Sos dla mnie: czubata łyżka majonezu, dwie łyżeczki musztardy albo kopiasta łyżeczka chrzanu, sól, pieprz.

      Instrukcje: brokuły i ziemniaki ugotować (najlepiej na parze), rzodkiewki pokroić w cienkie plasterki. Wszystkie składniki sałatki dobrze wymieszać z sosem i doprawić do smaku solą z pieprzem. Najlepiej smakuje z dowolnie wybraną ulubioną rybą - od grillowanego, pieczonego, wędzonego łososia aż po solone śledziki albo tuńczyka z puszki.

       wiosenna sałatka    wiosenna sałatka

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 19 maja 2012 14:17
    • Weekendowe pudełko nr 2 czyli słoik dyniowej zupy

      zupa z dyni i soczewicy    zupa z dyni i soczewicy    zupa z dyni i soczewicy

      Zupa co prawda należy do kategorii rozgrzewająco-zimowych, ale parę dni temu było tak chłodno, że zaliczyłam wieczorny spacer z psem w wełnianej czapce i puchowej kurtce. Poza tym miałam w lodówce kawałek dyni. Więc czemu nie? Ta improwizowana, intensywnie pomarańczowa w kolorze, marchewkowo-dyniowo-soczewicowa potrawa smakowała mi tak bardzo, że siostra, która chwilowo stołuje się w mojej Zen Kuchni, dostała jej trochę mniej niż początkowo planowałam, bo prowizja za usługę cateringową wzrosła do mniej więcej 40 procent. Sporo. Wiem. Ale zupie, kuszącej kokosową nutą, nie można się było oprzeć.

      Składniki: spora cebula, duży ząbek czosnku albo dwa małe, przynajmniej dwie szklanki obranej i pokrojonej w małą kostkę dyni, dwie obrane i pokrojone w plasterki marchewki, szklanka umytej czerwonej soczewicy, pół litra wywaru z warzyw (ewentualnie wody z czubatą łyżeczką bulionu wegetariańskiego), pół szklanki mleczka kokosowego, po pół łyżeczki: słodkiej sproszkowanej papryki, cynamonu, mielonego imbiru. Pół łyżeczki harissy. Sól i sporo pieprzu.

      Sposób przygotowania: posiekaną drobno cebulę podsmażyć wraz z wyciśniętym w prasce czosnkiem na oleju/oliwie (ja użyłam po trochu oleju rzepakowego i oleju z pestek dyni). Dosypać przyprawy - słodką paprykę, cynamon, imbir i harissę. Smażyć jeszcze przez chwilę, po czym dodać soczewicę i dobrze wymieszać z cebulą i przyprawami. Do garnka wrzucić dynię i marchew. Zalać wywarem z warzyw i gotować przez około 30 minut, dopóki warzywa i soczewica nie zmiękną. Wlać mleczko kokosowe i zagrzać. Przyprawić do smaku. Zmiksować na gładziutko. Pyszności.

      zupa dyniowo-soczewicowa   zupa dyniowo-soczewicowa

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 19 maja 2012 13:08
    • Jaglane racuszki: weekendowe pudełko numer 1

      racuchy jaglane sos bakaliowy     zen catering

      Wymyśliłam, że przygotowując dla alergicznej siostry dietetyczne jedzenie, zrobię sobie któregoś dnia wolne, co wymagało, żeby innego dnia hurtowo napichcić górę żywności na dwie doby przynajmniej. Więc wczoraj pichciłam. Pichciłam od rana do wieczora, tak intensywnie, że aż się naprawdę zmęczyłam. A tak się zmęczyłam, że już pod koniec dnia klęłam jak szewc i rzucałam nieudanymi resztkami potraw. No i jeszcze się skaleczyłam, poparzyłam i podpaliłam. Znaczy, przedawkowałam aktywność kulinarną. To niezapomniana lekcja, żeby gotować na spokojnie i w miarę możliwości będąc w dobrej formie. Do skaleczeń od bylejakiego krojenia i bąbli od nieuważnego macania w piekarniku jestem już przyzwyczajona. Ale kiedy stanęłam w płomieniach, to już się troszkę przestraszyłam. Bo kiedy człowiek zmęczony, nie koncentruje się na tym, co trzeba, nie uważa na to, co istotne, zamyśla się i odpływa i czasem stanie w powiewnej bluzeczce z berlińskiego butiku ociupinkę za blisko płonącego palnika kuchenki gazowej. Całe szczęście bluzeczkę uszyto z dobrej bawełny, więc paliła się dosłownie przez mikro-sekundę, po czym sama z siebie zgasła, a ja nie tylko nie zdążyłam wpaść w porządną panikę, ale też nie mogłam nawet znaleźć spalonego fragmentu ubrania (swoją drogą to niezły test na jakość ciucha, chociaż nikogo nie namawiam do powtarzania takich ekscesów). Wszystko skończyło się dobrze, catering powędrował do siostry jedynej uczulonej na dziwne rzeczy, a ja padłam jak kłoda i spałam do oporu, a dzisiaj już nic a nic nie gotuję (!).

      sos bakaliowy     racuchy jaglane sos bakaliowy

      Na początek o pierwszym pudełku z cateringowej torby prowiantu, którego zawartość powinna siostrze wystarczyć na sobotnie i niedzielne śniadanie. Chciałam jej zrobić jaglane placuszki i zastanawiałam się jak. Natchnęło mnie, że przecież pulpety to to samo, co racuchy, tylko gotowane, a nie smażone i wytrawne, a nie słodkie - czyli że mogę wziąć podstawowy przepis na jaglane pulpeciki sprzed paru dni i tylko trochę go zmodyfikować. Racuszki jaglane wyszły świetnie - chrupiąco na zewnątrz i mięciutko, leciutko w środku, a że dodałam do nich parę łyżek mleczka kokosowego, cynamon i trochę syropu z agawy, zamieniły się w pyszną słodycz. Żeby było jeszcze słodziej, wyczarowałam im do towarzystwa banalnie prosty bakaliowy sos i od niego zacznę podawanie przepisów:

      Bakaliowy sos do naleśników, racuchów, placuszków:

      W wersji dla mojej siostry zmiksowałam razem 200g namoczonych rodzynek, garść daktyli i 1/3 szklanki wody, a zmiksowaną masę posypałam prażonymi wiórkami kokosowymi. W razie czego można dolać trochę więcej wody, żeby uzyskać odpowiednią konsystencję. To jest wersja minimum, a można sobie oczywiście zrobić wersję maksimum - część rodzynek zastąpić suszonymi morelkami i figami, które też namoczycie przed miksowaniem we wrzątku. Wersja wieloowocowa jest ciekawsza i bogatsza w smaku. Rodzynkowa jest prostsza, ale też smaczna. Obie są naturalnie bardzo, bardzo słodkie, więc nie trzeba dodawać ani grama cukru.

      racuchy jaglane sos bakaliowy

      Jaglano-kokosowe racuszki śniadaniowe:

      Składniki: szklanka kaszy jaglanej wypłukana w zimnej wodzie, przelana wrzątkiem i ugotowana w dwóch szklankach wody; 2 łyżki mielonego siemienia lnianego; 2 łyżki mąki kukurydzianej; 4-5 łyżek dobrze wymieszanego mleczka kokosowego; 2 łyżki syropu z agawy albo miodu; pół łyżeczki cynamonu.

      Sposób przygotowania: ugotowaną kaszę wymieszać z siemieniem, mąką, mleczkiem kokosowym, syropem z agawy lub miodem i cynamonem. Z jeszcze ciepłej masy formować niewielkie placuszki i smażyć na mocno rozgrzanym oleju rzepakowym. Usmażone kłaść na kilka warst papierowego ręcznika, żeby odsączyć nadmiar tłuszczu. Podawać z sosem bakaliowym albo ulubionym dżemem (na mnie czeka w lodówce dżem ananasowy, więc dzisiaj zjem go sobie z racuszkami na podwieczorek, w nagrodę za wytężoną, altruistyczną pracę).

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jaglane racuszki: weekendowe pudełko numer 1”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 19 maja 2012 11:47
  • czwartek, 17 maja 2012
    • Cornbread czyli pyszny chlebek kukurydziany

      chlebek kukurydziany      chlebek kukurydziany

      Muszę was rozczarować. To nie my wymyśliliśmy kukurydzę, tylko rdzenni amerykańscy Indianie. My tylko przyjechaliśmy na gotowe, wymieniając się pewnie z nimi na trochę koralików i świecidełek, dostając w zamian oryginalne czirokeskie przepisy, po czym ignorując oryginalne czirokeskie przepisy i robiąc z kukurydzą to, co i tak najlepiej umiemy, czyli piekąc z niej chleb. Do dziś ta niepowtarzalna mieszanka indiańskiej tradycji z europejską historią - cornbread, czyli pieczony na żaroodpornej patelni słodkawy, maślany chlebek kukurydziany, stanowi podstawę sztuki kulinarnej amerykańskiego Południa.

      Ja go wypatrzyłam oglądając telewizję, co zdarza mi się stosunkowo rzadko. Leciał program, w ramach którego każdy z czwórki uczestników kolejno zaprasza pozostałych do swojego domu na własnoręcznie ugotowaną proszoną kolację. A ponieważ wszyscy konkurują o tę samą nagrodę pieniężną, program sam się kręci - słyszymy uprzejme choć nieszczere pochwały podczas posiłku, a za kulisami złośliwostki, uszczypliwostki, otwartą krytykę i sabotażyki - no bo przecież nic się lepiej nie ogląda od takiej ludzkiej małostkowej kotłowaniny. Jedna z osób biorących udział w angielskiej wersji programu była wielbicielką USA. Nigdy tam nie wyjechała i - jak sama zadeklarowała - nigdy się nie wybierała, a jednak uległa zagadkowej fascynacji kulturą, w tym kulinariami, Stanów Zjednoczonych. Dlatego też zaserwowała swoim gościom między innymi tradycyjny południowy cornbread. "Mmm - zachwycał się jeden z nich, szczerząc do gospodyni usta w uśmiechu - jaki maślany aromat!" Po czym nastąpiło cięcie i ten sam mężczyzna, już po fakcie sfilmowany w studiu, skrzywił się z obrzydzeniem i potrząsnął gwałtownie głową. "To było straszne! - zakrzyknął - Czy ona kiedykolwiek w ogóle próbowała chlebka kukurydzianego?! Przecież ta kobieta władowała w ciasto tyle mąki, że wyprodukowała cegłę! Twardą, tłustą kukurydzianą cegłę!"

      W ten sposób nauczyłam się, czego nie należy robić piekąc kukurydziane chlebki. A że szanowna alergiczna siostra moja, której ze zbóż wolno jeść tylko proso i kukurydzę, zapaliła się do pomysłu, że jej spróbuję coś takiego przyrządzić, naturalna okazja do eksperymentu nadarzyła się sama. Miałam pewne obawy. Znalazłam jednak w amerykańskim internecie rozmaite przepisy, spolszczyłam w nich to i owo, i z bijącym sercem rozpoczęłam proces przygotowań. Włączyłam piekarnik i nastawiłam termostat na 180 stopni. Powyjmowałam z szafek i lodówek:

      3/4 kostki masła (wystawiłam wcześniej na temperaturę pokojową, żeby zmiękło), 1/3 szklanki mąki kukurydzianej, 1/4 szklanki wody, półtorej puszki kukurydzy (albo półtorej szklanki rozmrożonej kukurydzy z mrożonki), 1/3 szklanki kaszy kukurydzianej, 1/4 szklanki brązowego cukru, 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia, czubatą łyżeczkę soli i dwie kopiaste łyżki śmietany 20%.

      Następnie miękkie masło rozmieszałam energicznie w misce drewnianą łyżką aż zrobiło się kremowe. Dolałam wodę i dosypałam mąkę kukurydzianą, mieszając do połączenia składników. W blenderze zmiksowałam kukurydzę, ale nie przyłożyłam się do tego przesadnie, żeby zostawić trochę całych ziaren, bo to nada chlebkowi fajnej konsystencji. Zmiksowaną kukurydzę dorzuciłam do miski i wymieszałam. W oddzielnej misce wymieszałam kaszkę kukurydzianą ze śmietaną, cukrem, solą i proszkiem do pieczenia. Połączyłam zawartość obu misek i delikatnie zmieszałam, po czym przelałam do żaroodpornego naczynia. I teraz będzie ciekawie. Żaroodporne naczynie przykryłam folią aluminiową i umieściłam w większym żaroodpornym naczyniu, wypełnionym wodą do mniej więcej 1/3 wysokości. Oba naczynia wstawiłam do nagrzanego piekarnika. Piekłam w 180 stopniach przez 50 minut, po czym zdjęłam z chlebka folię aluminiową i zapiekałam przez kolejne 10 minut. Tradycyjnie chlebek kukurydziany serwuje się za pomocą łyżki do lodów, ale kiedy ostygnie, zrobi się bardziej zwarty i możecie go z łatwością pokroić na kwadraty. Ponieważ jest po prostu niesamowicie maślany, najpyszniej smakuje na gorąco. Można go jeść do rozmaitych gulaszy i potrawek albo zastąpić nim kartofle towarzyszące jakiejś dobrej rybce z grilla.

       chlebek kukurydziany

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Cornbread czyli pyszny chlebek kukurydziany”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 maja 2012 19:44
    • Kapusta z kokosem: Zen-Catering rośnie w siłę

       zen catering

      Zanim napiszę parę słów o dzisiejszej porcji jedzenia, które w plastikowych opakowankach pojechało do alergicznej siostry próbującej jakoś funkcjonować na drakońskiej diecie, chciałabym dyskretnie zwrócić waszą uwagę na jeden drobiazg widoczny na zdjęciach ilustrujących ten i kolejne wpisy (nieźle, jeszcze ich nawet nie zamieściłam, już zwracam na nie waszą uwagę). No więc w najbliższej przyszłości wrzucę na bloga zdjęcia, na których będzie widniało fioletowe tło w białe grochy. Jestem bowiem dumną posiadaczką CERATY. W duże kropki i z falbanką. Kupiłam ją sobie w Berlinie, chodząc po butikach pełnych bezwstydnego kiczu. Uwielbiam kicz. Kwiatki, ptaszki, motylki i świecące w ciemności religijne figurki wywołują we mnie słodko-gorzką mieszankę euforii z głęboką nostalgią. Uważam, że kicz to celebracja wszystkiego, co w życiu najlepsze. Prostolinijności, radości życia, wyrazistego koloru, dużej porcji energii. I z miejsca zadurzam się we wszystkim, co skrajnie tandetne. Na przykład w wypatrzonej wśród plastikowych piórników i neonowych ramek na zdjęcia fioletowej ceracie w białe grochy, obrębionej na brzegu ceratową koronką.

      Jako dziewczynka wszystkie wakacje spędzałam na Lubelszczyźnie, u babci, która jest kobietą pragmatyczną ("Po co mi dajesz na prezent korale? Przecież ja już mam dwie pary korali"), więc na kuchennym stole nie kładła obrusa, bo obrusy, na których jedzą dzieci łatwo się plamią a trudno piorą. Pamiętam więc z dzieciństwa ceratki. Zalało się? Wystarczy przejechać mokrą szmatką, raz-dwa i po kłopocie. Myślę, że odziedziczyłam po babci ten jej zmysł praktyczny i zdroworozsądkową chęć nie marnowania swojej energii na nieistotne głupoty. Oczywiście, próbowałam, szczególnie organizując proszone kolacje z winem i przy świecach, dekorować stół obrusem. Ale świece mają przykry zwyczaj kapania woskiem, wino ZAWSZE uleje się z kieliszka, a poza tym nikt jeszcze nie wymyślił jedzenia, które nie plami i gości, którzy nad moim obrusem trzęśliby się tak, jak się trzęsą nad własnym. Więc postanowiłam wrócić do opcji "cerata" i zredukować stres towarzyszący wydawaniu swoim bliskim, znajomym i przyjaciołom posiłków. Od razu też poprawiła się atmosfera.

      zen catering

      A wracając do posiłków dietetycznych dla osób cierpiących na krzyżowe alergie brzozowo-jedzeniowe, w dzisiejszej torbie pełnej smakołyków siostra moja jedyna dostała następujące pudełka:

      Pudełko pierwsze: paprykowa potrawka bez pomidorów, którą opiszę tylko pokrótce, bo z braku pomidorowego sosu była w porządku, ale tylko w porządku i przepis na nią nie zostanie przebojem mojej osobistej biblioteczki kulinarnej. Udusiłam do miękkości cebulę i czosnek razem z dwiema pokrojonymi na paseczki paprykami, jedną cukinią, połową bakłażana i puszką białej fasoli. Przyprawiłam wszystkim, co mi tylko przyszło do głowy - oregano, lubczykiem, szczyptą cynamonu, słodką papryką i mieloną kolendrą, na koniec próbując, stwierdzając, że danie nadal nie ma wyrazistego smaku i z desperacji dodając trochę bulionu w proszku. Żaden wielogwiazdkowy hotel raczej mi na podstawie tej potrawki nie zaproponuje szefowania swojej kuchni, ale już tanią budkę gastronomiczną w śródmieściu mogłabym prowadzić i myślę, że klientela wracałaby po więcej.

      Pudełko drugie: mocno maślany, lekko słodkawy, rdzennie indiański (no prawie) cornbread, czyli chlebek kukurydziany. To już było mistrzostwo świata i gdybym taki chlebek sprzedawała w swoim punkcie gastronomicznym, zrobiłabym furorę, przeżywając permanentne oblężenie. Baardzo ciężko mi się było z nim dzisiaj rozstawać. Wcale nie chciałam być altruistką i oddawać go siostrze. W ramach prowizji odkroiłam sobie (tylko) jedną trzecią. A potem wywędrował. Już mi go dotkliwie brak. Przepis wrzucę na bloga za momencik, żeby mi przypadkiem nie zginął i żebyście wy, kochani, mogli kiedyś taką rewelację wyprodukować.

      Pudełko trzecie: czy wy też lubicie przypadkowe, niezaplanowane przebłyski geniuszu? W swoim własnym wykonaniu? Bo pomyślałam, że siostrze przydałaby się do obiadu jakaś prosta suróweczka i znalazłam w lodówce dozwoloną w jej diecie młodą kapustkę. Poszatkowałam jak umiałam i zalałam dressingiem zrobionym z oleju rzepakowego, musztardy, octu balsamico i syropu z agawy (sprawdziłam, wszystkie produkty znajdują się na krótkiej liście zaaprobowanych przez alergologa). A potem nagle, kątem oka, zarejestrowałam miseczkę z prażonymi wiórkami kokosowymi, które zostały po wczorajszym obtaczaniu kulek daktylowych, mających siostrze osłodzić przechodzenie na dietę. KAPUSTA Z KOKOSEM! Tak właśnie pomyślałam, głośno i dużymi literami. Posypałam surówkę wiórkami, skosztowałam (znów trzeba było pobrać prowizję od usługi cateringowej) i odpłynęłam na dłuższą chwilę w coś w rodzaju błogiego niebytu. Jejku...

      kapusta z kokosem   kapusta z kokosem

      Ładna ceratka?

      Pudełko czwarte: rozdzieliłam siostrze przygotowane wczoraj kulki daktylowe na dwie porcje, żeby się nie rozbestwiła za bardzo, i druga porcja powędrowała do niej dzisiaj. A najlepsze, że to wszystko, co ona dostaje, ląduje też na moim stole i mogę się sama raczyć tą niespodziewaną twórczością kulinarną z dodatkową satysfakcją wynikającą ze świadomości, że ktoś jeszcze na tym korzysta. Ogólnie chciałam zadeklarować, że się świetnie bawię i że strasznie mi się podoba ta cateringowa przygoda, bo dla samej siebie jednak gotuje się mniej fajnie niż dla kogoś i już.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kapusta z kokosem: Zen-Catering rośnie w siłę”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 maja 2012 16:18

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl