Kucharka Zen

Wpisy

  • piątek, 13 kwietnia 2012
    • Detoks, dzień trzeci

      cytryny  pomidory  buraki

      Trzy śliwki w czekoladzie. No może cztery ich było, jeśli się nad tym głębiej zastanowię. Ale za to zero (ZERO) ciastek. Jeśli założymy, że przechodząc na dietę oczyszczającą stosuję się do metody kaizen, czyli maleńkich kroczków ku zmianie, oznacza to, że robię oszałamiające postępy. W nagrodę jedno drzewko wiśniowe w mojej okolicy na samiusieńkich końcóweczkach gałązek nieśmiało pokryło się delikatnym różowym kwieciem i sprawiło mi tym wielką radość. Cały rok na to czekałam. I już jest. Wiosna!

      Oprócz tych nieszczęsnych trzech śliwek w czekoladzie (no, może rzeczywiście czterech), byłam bardzo grzeczna. Na dzień dobry, przed spacerem z psem, jak zwykle wypiłam ciepłą wodę z cytryną. Po spacerze - podobnie jak wczoraj - zafundowałam sobie ekologiczny sok marchewkowo-jabłkowy. Trochę szkoda, że z braku sprzętu nie mogłam go sobie sama na świeżo wycisnąć. Parę lat temu przeżyłam fascynację szkocką guru zdrowego jedzenia, Gillian McKeith, która z dużym przekonaniem i entuzjazmem namawia, szczególnie w czasie detoksu, na domową produkcję soków z owoców i warzyw. Zainspirowana tymi namowami, kupiłam sobie dwie książki z serii "Jesteś tym, co jesz" i pożyczyłam od rodziców sokowirówkę. Przez następnych kilka miesięcy sokowirowałam na potęgę. Moje ulubione soki nie były wcale szczególnie egzotyczne (chociaż wyciśnięty na świeżo ananas to coś wprost rozpustnego). Okazało się, że lubię swojski marchewkowy, albo jeszcze lepiej, marchewkowo-jabłkowy z domieszką cytryny, z rozsądku piłam marchwiowo-buraczany, zaskakująco zasmakował mi ogórkowo-selerowy z bazylią albo miętą, a już wprost zakochałam się w słodko-ostrym soku z jednego jabłka, jednej gruszki i kawałka świeżego imbiru. Był moment, kiedy moje zainteresowanie sokowirowaniem doprowadziło do imprezy, gdzie obok butelki wina moi goście mogli skorzystać z kilku kilogramów umytych warzyw i owoców i samodzielnie wycisnąć sobie sok. I ku zaskoczeniu wszystkich obecnych, sok miał większe powodzenie niż wino, bo znajomi zaczęli się bawić w tworzenie nowych kombinacji owocowo-jarzynowych, nalewając kolejne eksperymenty do plastikowych kubeczków i komisyjnie porównując ich smaki.

      Skoro już jesteśmy przy Gillian McKeith, siedzę właśnie nad jedną z jej książek, więc może skorzystajmy z niej i zweryfikujmy ten mój detoks. Cytuję: "Podczas [odtrucia] musisz się całkowicie pożegnać z produktami, które niszczą twoje komórki, wysysają z ciebie energię, są trudne do strawienia i osłabiają witalność." Matko. Brzmi naprawdę groźnie... I mobilizująco. Zobaczmy listę tych zakazanych owoców i sprawdźmy, czy jestem z grubsza na dobrej drodze:

      kawa (nie piję),
      skorupiaki (nie jem),
      cukier (no cóż...),
      herbata (nie interesuje mnie),
      mleko (odstawiłam),
      pieprz i sól (ups...),
      papierosy (od lat ani jednego),
      jajka (nie jem),
      napoje gazowane (nie piję),
      alkohol (odstawiłam),
      sery (nie spożywam),
      żywność smażona (ograniczona do minimum),
      czerwone mięso (nawet nie miałabym na nie ochoty),
      olej kuchenny i majonez (odstawione),
      drób i ryby (na razie nie jem),
      pieczywo (nie mam w domu),
      musztarda (nie przyszłaby mi do głowy).

      Bilans na moje oko raczej dodatni, chociaż zostało mi jeszcze sporo pracy nad cukrem. Myślę, że w weekend zrobię sobie jeden dzień całkowitej wolności od szkodliwych produktów i spróbuję przeżyć na samych surowych owocach i jarzynach.

      A wracając do trzeciego dnia mojego detoksu, okazało się, że przygotowałam tyle jedzenia w przeddzień, że nie muszę się specjalnie wysilać i gotować na bieżąco. Zjadłam więc sobie resztę pysznego humusu z pomidorami i oliwkami. I trochę wczorajszej potrawki z warzyw zimowych. Zaliczyłam też kawę orkiszową i wspierającą oczyszczanie herbatkę z pokrzyw. Na kolację umówiłam się z koleżankami w wegetariańskiej knajpce, gdzie, jak bardzo porządna dziewczynka, spożyłam gotowane na parze warzywa z sosem na bazie oliwy i czosnku. Nawet nie spojrzałam na gablotę z ciastami ani na apetyczną sekcję "desery" w jadłospisie. Pękam z dumy. I mam nadzieję, że starczy mi zapału jeszcze na kilka dni.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Detoks, dzień trzeci”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 13 kwietnia 2012 10:23
  • czwartek, 12 kwietnia 2012
    • Mój osobisty humus

      humus    meze

      Na pewno już nie raz widzieliście przepis na humus. I mój przepis na humus niczym nowym was nie zaskoczy. Pomyślałam sobie jednak, że go tu zapiszę, pstryknę mu parę czułych portretów i tak go uwiecznię, bo odegrał w moim życiu kawałek ważnej roli. Poznaliśmy się w Brukseli. Studiowałam tam przez chwilę i znajoma pół-Greczynka zabierała mnie regularnie w małą śródmiejską uliczkę na tyłach Grand Place, znaną miejscowym pod nazwą "Pita Street", ulica chlebków Pita, bo pełno na niej było śródziemnomorskich knajpek. Żadnych tam ekskluzywnych Greckich restauracji. Tanich kebabowni, przy których jednak nasze polskie kebabownie są mniej więcej tak śródziemnomorskie jak KFC. Zajadałyśmy się pysznym, świeżym gyrosem, gołąbkami z liści winogron w miętowym sosie, tzatziki, taramasalatą (chciałabym ją móc kupić w Polsce) i wreszcie moim ulubieńcem, humusem. Jadłam setki wersji tego sosu/dipu/pasty. Bardziej płynne i bardziej stałe, bardziej cieciorkowe i bardziej sezamowe. Mocno czosnkowe albo pikantne, z papryką w proszku. Cytrynowe albo oleiste. Kminkowe. Z pietruszką. Z puszki, z pudełka i od szefa kuchni. Ale najlepsza wersja to moja osobista, domowa. Bo proporcje składników swojego własnego humusu dobrałam metodą prób i błędów tak, żeby to mnie właśnie smakował najbardziej. Co robię, kiedy już mam w domu humus? Na przykład maczam w nim chrupiące marchewki. Albo jem go jako pastę do chleba, z pomidorem i awokado. Albo, jak tym razem, humus występuje w roli sosu w zestawie arabskich przekąsek. Taki zestaw można sobie komponować zupełnie dowolnie - oliwki, pomidory, ogórki, pokrojona w paski papryka, ser feta albo halloumi, jogurt, grillowany bakłażan albo cukinia, kuskus z warzywami i ziołami... To dopiero początek listy, która może być tak długa, jak bogata jest wasza wyobraźnia.

      Co wrzucam do blendera: szklankę gotowanej cieciorki (wersja dla leniwca: cieciorka w puszce), dwie łyżki tahini, po pół łyżeczki mielonego kminu i papryki, sok świeżo wyciśnięty z połowy cytryny, niedbale pokrojony ząbek czosnku, łyżkę oliwy z oliwek, łyżkę albo dwie wody, sól i pieprz.

      humus

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Mój osobisty humus”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 kwietnia 2012 12:58
    • Detoks, dzień drugi.

      quinoa z owocami   suszone owoce quinoa

      Jeżeli miałabym podsumować drugi dzień swoich prób oczyszczenia organizmu w jednym krótkim zdaniu, powiedziałabym: Było lepiej niż wczoraj. Może skupmy się na pozytywach. Pozytyw numer jeden: zero alkoholu i kofeiny. Po drugie: zero mięsa i ryb i nabiału. Po trzecie: dużo, dużo czosnku, cytryny i masę różnych warzyw w formie leciutkich, nie za dużych posiłków. Po czwarte: hektolitry wody mineralnej, kawy zbożowej i ziółek. Po piąte: złaziłam pół miasta na własnych nogach, byłam na zwyczajowych trzech spacerach z psem oraz znów wyszłam na rower. No i wreszcie po szóste: zjadłam o połowę słodyczy mniej niż pierwszego dnia detoksu (jeden jedyny kawałek tortu kakaowego), a i uwodzicielskie głosy w mojej głowie jakby mniej intensywnie kusiły ("Musisz zjeść jakąś czekoladę, to nie zachcianka, to konieczność, twój organizm potrzebuje magnezu, to hormonalne, jesteś kobietą, tak już masz, nie walcz z tym..."). Jest więc nieźle.

      Istnieją dwie szkoły wprowadzania istotnych zmian w życiu. Jedna opiera się na opracowanej w Japonii filozofii Kaizen i polega na stopniowym wykonywaniu maluteńkich, czasem wręcz karykaturalnie minimalnych, kroczków ku pożądanej zmianie. Czyli w moim przypadku pierwszego dnia detoksu zjadłabym dwa ciastka minus jeden kęs. Ten jeden niezjedzony, ostatni gryz byłby pierwszym krokiem w stronę transformacji. Przez następne kilka dni jadłabym mniej więcej tyle samo, po czym zamiast jednego kęsa, na talerzu zaczęłabym zostawiać dwa. A po paru kolejnych dniach, trzy. Potem odpuściłabym sobie trzy-czwarte drugiego ciastka i tak bym dalej pomalutku redukowała słodycze, aż do całkowitego zera.

      Druga szkoła wprowadzania dużych zmian, w krajach anglojęzycznych znana jest pod barwną i zagadkową nazwą "cold turkey", czyli zimny indyk. Jeśli na przykład rzucałabym kawę na "zimnego indyka", to przestałabym ją pić metodą szokową, z dnia na dzień i bez przygotowania. Czyli rewolucyjnie, a nie ewolucyjnie. "Zimne mięsa" to po angielsku wędliny, więc zimny indyk oznacza po prostu gotową pieczeń drobiową, którą można podać szybko i od razu, bez pracochłonnych przygotowań. Być może stąd wzięła się nazwa terapii szokowej - "cold turkey". Zimny indyk jest też symbolem poświętnego wyjadania resztek po wielkim obżarstwie i opilstwie, czyli równocześnie symbolizuje twardy powrót do rzeczywistości. Metoda na "zimnego indyka" wiąże się niestety z różnymi nieprzyjemnymi konsekwencjami odstawienia ulubionej odżywki. W przypadku niewinnych słabostek, może to być zwykła migrena, natomiast przy cięższych uzależnieniach, nagłe rzucanie szkodliwej substancji potrafi być niebezpieczne dla zdrowia i życia.  Podejrzewam, że ja w naturalny sposób należę do szkoły Kaizen. Jestem taką polską Japoneczką. Potrzebuję zmieniać się stopniowo, w miarę bezboleśnie, z poszanowaniem, zrozumieniem i życzliwością dla żądnej słodyczy, słabej, biednej małej mnie.

      Tak właśnie sobie tłumaczę ten kawałek czekoladowego tortu, któremu się dałam skusić. Wracając do detoksu, działalność, jak poprzednio, zaczęłam od porannej ciepłej wody z cytryną, na rozruszanie metabolizmu. Spacer z psem mnie rozgrzał i rozbudził, a potem ekologiczny soczek jabłkowo-marchewkowy dodatkowo wsparł energią. Miałam świetny plan, że doleję sobie do niego soku z trawy pszenicznej, który kiedyś zamówiłam przez internet aż z Irlandii. Niestety, rzuciłam okiem na datę ważności i trzeba było z niego zrezygnować. Na drugie śniadanie zjadłam (w ramach ekonomicznej kuchni, w której wszystko się zużywa i nic się nie marnuje) pozostałą z wczoraj ugotowaną komosę ryżową, z rodzynkami, suszonymi morelami i pestkami słonecznika, posłodzoną odrobiną syropu daktylowego. Bardzo przyjemne śniadanie. Potem ruszyłam w miasto, odkrywając kawałek wcześniej niezwiedzonej Woli, przetykanej samotnymi przedwojennymi czynszówkami, socrealizmem z wielkiej płyty i srebrzystą architekturą biurową XXI wieku. Bardzo było ciekawie. Pojechałam odebrać internetowe zamówienie do małego sklepiku ze sprzętem grającym i zostałam tam dłużej niż planowałam, bo sprzedawca słuchał wspaniałej płyty (Peter Gabriel, jak się okazało, a nie podejrzewałam go o taką wspaniałość), pogadaliśmy więc o muzyce i w nagrodę zostałam usadzona na kanapie pomiędzy dwiema super-nowoczesnymi kolumnami i uraczona stereofoniczną elektroniczną ucztą krystalicznie czystej jakości. Myślę, że muzyka też oczyszcza. Czasem skuteczniej od diety. Mogłam tam siedzieć i słuchać jeszcze dłużej, ale miałam sprawy do załatwienia, miejsca do odwiedzenia, ludzi do zobaczenia. Zahaczyłam więc tylko o kultowy bliskowschodni sklep w Samirze, na tyłach Biblioteki Narodowej i zakupiłam sobie na podwieczorek pulchne, jędrne, soczyste oliwki. Czarne, fioletowe i zielone. Z pestką. W lekkiej solance. Coś pięknego...

      oliwki

      Z czym można zjeść najlepsze oliwki jakie kiedykolwiek kupiłam w Warszawie? Z domowym humusem oczywiście (przepis za momencik). I z wczorajszą, ale jeszcze smaczniejszą niż wczoraj, sałatką z komosy ryżowej i pieczonych warzyw. Do tego pokrojony pomidor i nagle miałam przed sobą piękny, apetyczny talerz śródziemnomorskich przystawek. I jeszcze mi na jutro zostało! Dzień zakończyłam gotowanymi warzywami (marchew, cukinia, kalarepa i fasolka adzuki) w sosie pomidorowym, z sałatą i awokado. Też niczego sobie. Czego i wam życzę.

       

      potrawka warzywna  potrawka z warzyw

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Detoks, dzień drugi.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 kwietnia 2012 11:31
  • wtorek, 10 kwietnia 2012
    • Komosa ryżowa z pieczonymi warzywami

      sałatka z komosy   sałatka quinoa

      Ta bardzo przyjemna sałatka to jeden z kilku sukcesów, jakie jednak dzisiaj odniosłam, próbując przejść na dietę oczyszczającą. I chociaż pierwszy dzień detoksu można chyba oficjalnie uznać za falstart (ciastko marchewkowe i mazurek), to mam na swoją obronę przynajmniej to lekkie i bardzo zdrowe danie. Quinoa, czyli po polsku komosa ryżowa, to niezwykle interesujące zjawisko, o którego istnieniu jeszcze parę lat temu nie miałam zielonego pojęcia. Nie widywałam go w sklepach, nigdy nie jadłam potraw z jego udziałem, nie wspominali o nim żadni znajomi, nie widniał w czasopismach kulinarnych ani nawet w telewizyjnych programach o gotowaniu. Zainteresowałam się quinoą kiedy musiałam przejść na bardzo lekkostrawną dietę. Szybko okazało się, że nic nie wiem o lekkim gotowaniu. Zostałam wychowana w typowo polskim umiłowaniu dla białego chleba, kremowych ciast, wieprzowych wędlin i kartofli w różnych formach. Jadłam za mało warzyw i za dużo cukru. Żyłam w błogiej naiwności, przekonana, że producenci żywności to bez wyjątku uczciwi, prawi ludzie, którzy karmią nas wszystkich od serca. Nie sprawdzałam więc etykiet i nie interesowały mnie prawdziwe historie kryjące się za numerami E. Któregoś dnia jednak, organizm zbuntował się spektakularnie i odmówił przyjmowania tych wszystkich smacznych rzeczy (indyjskie curry, kebab, piwo i frytki to frykasy, których być może już nigdy nie zaznam). Musiałam na gwałt uczyć się na nowo gotować, na nowo robić zakupy, na nowo jeść. Jedną z nowości, które pojawiły się wtedy w moim życiu, była właśnie niesamowita, orzechowa, leciutka komosa. Czasem nazywa się ją "peruwiańskim ryżem", bo w Ameryce Południowej znana jest od strasznie, strasznie dawna. Uprawiali ją Inkowie i Aztekowie. Była tak popularna, jak dziś w Europie popularna jest wszechobecna pszenica. Jej niesamowitość polega między innymi na tym, że zawiera wszystkie ważne dla organizmu aminokwasy, co właściwie nie zdarza się w przypadku roślinnych pokarmów. Do tego pełno w niej witamin i minerałów. Dla osób nie tolerujących glutenu istotne jest to, że quinoa go nie zawiera. Osoby ograniczające cukier też mogą ją włączyć do diety, bo ma niski indeks glikemiczny. Jedli ją astronauci NASA, biorący udział w programach kosmicznych, bo w garstce komosy ryżowej natura upakowała całą masę istotnych składników odżywczych, można więc nią zastąpić kilkuskładnikowy obiad. Jeśli macie ochotę na eksperyment z peruwiańskim ryżem, poniżej przykład przepisu, w którym możecie go wykorzystać. Quinoa sprawdza się nie tylko w takich sałatkach. Można nią z powodzeniem zastąpić kaszę, ziemniaki czy ryż.

        quinoa   rzodkiewka

      Składniki sałatki: niecała szklanka komosy ryżowej, ugotowana w dwóch szklankach wody, do jej wchłonięcia; pokrojone w nieduże kawałki warzywa (na przykład papryka, cebula, cukinia, bakłażan), pieczone w 180 stopniach przez mniej więcej 20-30 minut; pokrojona w kosteczkę rzodkiewka (mniej więcej pęczek); posiekany pęczek natki; dwie-trzy łyżki oliwy z oliwek; rozgnieciony w prasce ząbek czosnku; sok z połowy cytryny; ewentualnie pół łyżeczki musztardy; pieprz; sól.

      Instrukcje: wymieszać.

       

    • Detoks, dzień pierwszy

      jabłko i gruszka  jabłko i gruszka

      No cóż... Nie wszystko poszło zgodnie z ambitnym planem. Być może odrobinkę się przeceniłam. Z poprzednich diet oczyszczających pamiętam przecież wyłącznie dobre momenty, więc i tym razem przesiałam wspomnienia, odrzuciłam te niewygodne i zostawiłam tylko optymistyczne i motywujące. Pamiętam więc wszystkie budujące symptomy oczyszczenia - bezprecedensową jasność umysłu i poranną chęć życia. Spokój i lekkość w ciele. Poczucie satysfakcji, że jestem taka konsekwentna i zdeterminowana. I wrażenie atrakcyjności, bo na policzki wyszły mi zdrowe kolorki, a organizm pozbył się nadmiaru zatrzymanej wody i na oko straciłam parę kilo. Na okrągłej zwykle twarzy pojawiły się dawno nie widziane kości policzkowe. Zewsząd zniknęły plamki i wysypki, fałdki i pomarańczowe skórki. No, może trochę się zagalopowałam i nieco podkolorowałam te sielankowe wspominki. To, czego niestety nie pamiętałam, a szkoda, bo bardziej realistycznie planowałabym te swoje detoksy, to wieczorny ból głowy, rozkojarzenie i permanentna irytacja po odstawieniu kofeiny. Nieustające, ssące w dołku pokusy i ciągła frustracja. Kilka falstartów zanim na dobre zacznę o siebie dbać. Te straszne pierwsze dwa czy trzy dni bez cukru, kiedy każda komórka mojego ciała woła: Ciaaastko!!! Daaaj ciastko!!! Naaatychmiast!!!

      Dzisiaj tak wszystkie wołały. Chórem, skubane, i na cały głos... A do tego jakiś solista, seksownym tenorem podpowiadał racjonalne powody, dla których to ciastko naprawdę muszę zjeść. Przemówił tuż po budziku, z samego rana, nie pozwalając nawet się porządnie ocknąć. "To dzisiaj zaczynasz tę swoją dietę?" - pytał zalotnie - "A czy na pewno ją przemyślałaś? Pamiętasz ten artykuł, w którym pisali, że cukru nie należy odstawiać nagle? Zaplanowałaś co zrobisz, jeśli dzisiaj złapie cię pokusa? Może lepiej od razu założyć, że zjesz jakąś słodycz, w kontrolowany sposób, małymi krokami zmniejszyć ilość ciastek na dzień? Możesz przecież pójść do tej knajpki, gdzie sprzedają wegańskie babeczki, na pewno są zdrowsze niż przeciętne wypieki z cukierni. Czy to nie rozsądniejsze niż takie rzucanie cukru z dnia na dzień?". Przekonujący facet, ten solista w chórze moich komórek. I niegłupio mówił. Wszczepił mi tę myśl o wegańskim ciastku jakoś tak niepostrzeżenie i podprogowo. Ale nie. Obiecałam sobie detoks i jeszcze go ogłosiłam wszem i wobec, więc nie mogłam tak łatwo zrezygnować.

      prażone jabłko   kawa orkiszowa

      Zaczęłam całkiem nieźle. Na czczo wypiłam szklankę ciepłej wody z cytryną, żeby nie szokować żołądka czymś zimnym albo ciężkim. Wyszłam na energiczny spacer z psem. Pogoda była wybitnie spacerowa, więc zaplanowałam, że po południu wydobędę z piwnicy rower i pojeżdżę nim po dzielnicy żeby pozałatwiać parę spraw. Zresztą rzeczywiście tak zrobiłam i bardzo mi z tym było dobrze. Tenor-solista chwilowo milczał. Na śniadanie zrobiłam sobie prażone jabłko z gruszką i siemieniem lnianym. Na razie szło mi całkiem, całkiem. Wzięłam prysznic, wymasowałam sobie ciałko, stymulując krążenie, po czym znów udałam się do kuchni, w celu spożycia kawy zbożowej zamiast zwykłej kawy. Miałam polecaną przez słynną dwunastowieczną mniszkę, Hildegardę z Bingen, kawę z orkiszu. Hildegarda polecała orkisz na wszystko i do wszystkiego. Podobno ziarno orkiszu zawiera dużo białka, błonnika, nienasyconych kwasów tłuszczowych, węglowodanów, witamin i biopierwiastków. Oczywiście nie zawiera kofeiny i jest lekkostrawne, a jeśli wprowadzi się je do swojej zdrowej, zbilansowanej diety na stałe, wspiera trawienie, poprawia odporność i usuwa toksyny. No to pogratulować. Do dziesiątej rano osiągałam same sukcesy. Potem też było w porządku. Ugotowałam sobie komosę ryżową, a do niej upiekłam warzywa. Trafiłam jeszcze na zagubione w lodówce rzodkiewki, których jakoś nie mogliśmy znaleźć na święta, więc teraz je pokroiłam, żeby się nie zmarnowały. Zrobiłam z tego wszystkiego sałatkę z dodatkami zalecanymi w diecie oczyszczającej: natką pietruszki, czosnkiem i cytryną (za chwilę dodam przepis, bo wyszła zupełnie smacznie).

      Ale tenor-racjonalizator nie miał zamiaru mi odpuścić. Już w okolicach południa przypomniał mi, że mieliśmy plan. "Pamiętasz o tym wegańskim ciastku?" - wymruczał czule. Pamiętałam. Kupiłam sobie. Zjadłam. Ale on się dopiero rozkręcał. "No to skoro już zjadłaś jedno, to ten detoks się nie liczy" - stwierdził władczo. - "Znaczy, możesz sobie kupić coś jeszcze. Zdenerwowałaś się rano, pamiętasz? Kiedy wpadłaś w panikę, że za dwa tygodnie jedziesz do Szwajcarii, kupiłaś bilet za ciężkie pieniądze, ale zapomniałaś, że masz nieważny paszport? Ciśnienie ci podskoczyło. Trzeba coś z tym zrobić. Jedno ciastko nie wystarczy, nawet jeśli ci na koniec ulżyło, bo w Ambasadzie Szwajcarii oficjalnie cię poinformowano, że wpuszczą cię na dowód osobisty. Tu za rogiem jest kawiarenka, w której sprzedają te pyszne kruche mazurki z kremem migdałowym... Wiesz, jak je lubisz. Wiesz, że będą za tobą chodziły przez cały ten tydzień, więc kup sobie jednego (tylko jednego, przecież to maleństwo) dzisiaj, i będziesz miała z głowy pokusę. Jutro możesz zacząć od początku, będziesz miałą czystą kartę. Dzisiaj już wyłamałaś się z diety, więc nie ma znaczenia - jedno, dwa czy trzy ciastka...." Gadał i gadał i buzia mu się nie zamykała. A ja słabłam. Walczyłam jeszcze przez jakiś czas. Zamiast mazurka, zjadłam sałatkę. A potem jeszcze trochę sałatki. I jeszcze.

      Ale ten mój podszept perfidny kombinował dalej jak mnie podejść i znalazł doskonały sposób. "Wiesz co? - zaświergotał mi zalotnie prosto w najczulszy punkt - "Wiesz, że nie ma żadnego znaczenia czy jesteś szczupła czy masz parę kilo nadwagi? Po co się męczyć, katować dietami, ćwiczyć silną wolę? Pamiętasz tę książkę (to była naprawdę mądra książka), gdzie napisano, że silna wola to mit? To taki bardzo ograniczony zasób, którego nie należy nadwyrężać, bo go nie zostanie na ważniejsze rzeczy. Więc jeśli dzisiaj sobie czegoś odmówisz, to już nie będziesz miała siły, żeby tego sobie odmówić jutro. Rozumiesz? Tak naprawdę to wcale nie chodzi ci o oczyszczenie, tylko o to, żeby w tej Szwajcarii oczarować tego znajomego znajomych, który "przypadkiem" będzie ich odwiedzał w tym samym czasie co ty, a według twoich przyjaciół "doskonale do siebie pasujecie". I czym chcesz go oczarować? Tym że jesteś umęczoną dietami, sfrustrowaną odmawianiem sobie przyjemności, masochistyczną perfekcjonistką z ładną figurą, która niestety nie potrafi cieszyć się życiem? A nie lepiej się po prostu dobrze bawić? Pokochać swoją nadwagę? Zresztą, co to za nadwaga. Parę kilogramów. W każdej chwili do zrzucenia. W lecie zawsze jest gorąco i masz ochotę wyłącznie na sałatę i wodę mineralną, więc jesz jak ptaszek. Poza tym czy on, ten idealny dla ciebie facet, ma się zakochać w twoich wysokich standardach i samozaparciu, czy w twojej autentycznej, bezpretensjonalnej, radosnej osobowości? Dieta to nie sposób... Kup sobie tego mazurka. Od razu się bardziej pokochasz." Kupiłam.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Detoks, dzień pierwszy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 kwietnia 2012 20:47
  • poniedziałek, 09 kwietnia 2012
    • Sałatka z fasolki z tahiną

      sałatka z fasolki szparagowej   sałatka szparagowa

      Lany poniedziałek. Widzę na ulicach leniwie przechadzające się rodziny, powoli i niechętnie kończące to wiosenne świętowanie, z niedowierzaniem myślące o jutrzejszym powrocie do pracy. Jest też znudzona śmiertelnie młodzież, żądna jakichkolwiek wrażeń, krążąca po okolicy w poszukiwaniu otwartych sklepów, restauracji albo kawiarni, byle tylko odpocząć od tego odpoczywania. Niektórzy pewnie zabarykadowali się w pokoju telewizyjnym, nie dopuszczając myśli, że to prawie koniec wolnego. My dojadamy ostatki z uroczystego śniadania i rodzinnego obiadu.

      Jednym z kulinarnych doświadczeń, które sprawiają mi największą przyjemność jest twórcze kombinowanie z poświętnymi resztkami. Przydarza mi się ono po Gwiazdce i Wielkiej Nocy, ale też po większych imprezach urodzinowo-imieninowych. Wystawiam na zewnątrz wszystko, co zostało po świątecznym obżarstwie, przyglądam się tym niedobitkom uważnie i próbuję połączyć takie przypadkowe składniki w coś, co da się zjeść. Z jednej strony poimprezowa zawartość lodówki ogranicza, z drugiej strony czasem najbardziej niesztampowe pomysły ma się właśnie wtedy, kiedy działa się w bardzo ściśle określonych ramach. Lubię tak.

      fasolka szparagowa

      Ponieważ już nie mogę patrzeć na faszerowane jaja i wieprzowe frykasy, ale jeszcze został mi moment do rozpoczęcia obiecanej oczyszczającej diety, nabrałam wielkiej chęci na coś warzywnego i dość lekkiego. Z wczorajszego obiadu ostała się wspaniała, idealnie chrupiąca fasolka szparagowa, którą moja mama ugotowała na parze do jagnięciny. Mam też nadprogramowe dwa pomidory, których jeszcze nie zdążyliśmy zjeść, pół czerwonej cebuli i garść oliwek. Taka wegańska sałatka przypominająca bardzo smaczną klasyczną francuską Nicejską. Ale z jakim sosem...

      Sos: cztery łyżki tahiny, łyżeczka sosu sojowego, mały ząbek czosnku rozgnieciony w prasce, łyżka soku z cytryny.

      Nigdy wcześniej nie próbowałam używać tahini jako sosu do warzyw, chociaż widziałam taki patent w kilku makrobiotycznych książkach kucharskich. Pomyślałam, że dodam do niego coś słonego (sos sojowy) i coś kwaśnego (cytryna). Wiedziałam też, że zagra z odrobiną czosnku, bo świetnie do niego pasuje w humusie, klasycznej potrawie z udziałem tego sezamowego dodatku. Okazuje się, że dobrze kombinowałam. I że warto zaufać makrobiotycznym przepisom. Sos z tahini jest po prostu pyszny. Myślę, że pasuje nie tylko do takiej sałatki, ale też sprawdzi się z całą masą różnych warzyw, gotowanych na parze i surowych, wzbogacając mój kolacyjny repertuar o świetny pomysł na coś pysznego, szybkiego, łatwego i zdrowego zarazem. Na pewno będę nim polewać brokuły i kalafiory, fasolki i pomidory. Z innymi jarzynami muszę poeksperymentować. Jeśli macie jakieś pomysły na wykorzystanie takiego sosu, dajcie znać, bardzo będę wam wdzięczna i z przyjemnością z nich skorzystam. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 kwietnia 2012 16:26
    • Detoks poświąteczny

      detoks    brokuł

      Plan jest taki, jak co święta: do północy w Lany Poniedziałek jem, piję i popuszczam pasa. Zamiast się mądrze i budująco ukulturalniać, oglądam głupkowate filmy na DVD i do absolutnego minimum ograniczam aktywność ruchową. Strój niedbały. Pupa zaparkowana na stałe w miękkich objęciach kanapy. Plecki wygięte w fantazyjny esik-floresik na poduszkach. Oczy troszkę nadwyrężone od migotania ekranu. Wątroba ledwo kwiczy. W lodówce ciągle straszą pasztety, majonezy, różowe wieprzowe szynki i kiełbasy, mocno czekoladowy mazurek z kremem klonowym i tłuściutkim, kruszącym się rozkosznie pod naporem widelca kokosowym spodem, no i oczywiście kawa, dużo bardzo mlecznej kawy. I chociaż na winko do obiadu nikomu nie udało się mnie namówić, cały układ trawienny i tak ledwo rzęzi, coś mnie zaczyna tu i ówdzie swędzieć, a kształty w lustrze jakby nieco bardziej obłe. I moje ulubione spodnie, które jeszcze tak niedawno zwisały smętnie ze szczuplejszych pośladków, już nie wiszą...

      To wszystko oznacza, że nie mam wyjścia. Plan jest więc jak następuje: od świtu pierwszego dnia po świętach, bez żadnej taryfy ulgowej, bo już wszystkie ulgi co do jednej wykorzystałam, przechodzę na przyjazną ciału dietę oczyszczającą. Zaczynam detoks. Mam o tyle łatwiejsze zadanie, że razem ze swoim wielce obronnym psem pilnuję zaprzyjaźnionej rodzinie domu, będę więc na obcym terytorium, bez tych wszystkich znajomych domowych pokus i rozpraszaczy. Miałam pomysł, że pobiegnę z rana we wtorek na bazarek niedaleko swojego tymczasowego domu i kupię całą kolekcję detoksyfikujących warzyw, żeby się jeszcze dodatkowo zmotywować (nie ma to jak zakupy!). Zajrzałam nawet do kilku mądrych książek, aby sobie utrwalić co pomaga w oczyszczaniu i zrobić listę zakupów. Niektóre pozycje na tej liście bardzo mnie cieszą. Na przykład kąpiel solankowa. Znalazłam w łazience specjalną sól zasadowo-mineralną. Oto, co napisano na opakowaniu (już się czuję zdrowsza): "Zasadowa sól neutralizuje kwasy na skórze i wspomaga proces jej oczyszczania, co stymuluje odbudowę płaszcza ochronnego i wspomaga proces pielęgnacji i regeneracji." Rewelacja. Mogłabym już wskakiwać do wanny. Kolejne elementy detoksowej listy to różne rzeczy, które i tak lubię: czosnek na przykład. Albo marchew. Brokuły i buraki. Seler. Zupa miso. Koper włoski. Jabłka, gruszki i cytryny. Komosa ryżowa i siemię lniane. Herbatka z pokrzywy. Najzabawniejsze jest to, że kiedy zaczęłam się pakować na tygodniowy urlop od własnego mieszkania, rzuciłam okiem na zawartość lodówki i szafek, bo może akurat kilka z tych produktów już mam i nie muszę specjalnie ich kupować. Ku mojej wielkiej radości, okazało się, że mam właściwie wszystko czego trzeba i spokojnie mogę się detoksować bez wycieczek na bazarek i targania ciężkich siat. Dobry znak? No a kolejny dobry znak to ewidentna poprawa pogody. Ptaszory śpiewają, chmury się rozstąpiły, temperatura podskoczyła (wczoraj na wybrzeżu atak zimy kazał części mojej rodziny zastanowić się, czy to aby te święta, co trzeba - na gwałt ewakuując wszystkie ukryte w ogródku przez zajączka prezenty dla dzieci, nagle osypane obficie śniegiem). Ale dziś jest ładnie. Nie będzie wymówki żeby nie wyciągnąć z piwnicy roweru. Tym bardziej, że (dobry znak numer trzy!) ukochany ojciec właśnie dał mi na prezent rękawiczki dla cyklistów i super-duper komputer pokazujący spalane kalorie i przejechany dystans. Bajka. I ewidentna zachęta żeby o siebie z czułością zadbać.

      jabłko gruszka  koper włoski  czosnek pomidory

      Plan jest więc taki: ogłoszę ten detoks publicznie, to może poczuję się bardziej i na serio do niego zobowiązana. Opublikuję tę swoją oficjalną deklarację tutaj, na blogu, i będzie mi strasznie, strasznie głupio się z niej wycofać, więc się po prostu nie wycofam. Nie zmięknę. Nie złamię się. Uczyłam się jakiś czas temu tego i owego na temat motywowania siebie i innych do dużych zmian i (przynajmniej teoretycznie) takie publiczne, ogłaszane otoczeniu zobowiązania działają bardzo mobilizująco. Zobaczymy, nie ma nic lepszego jak sprawdzać teorię empirycznie. Na sobie. Życzcie mi powodzenia! I trzymajcie za mnie kciuki.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Detoks poświąteczny”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 kwietnia 2012 14:11
  • czwartek, 05 kwietnia 2012
    • Ogrodowa Brokułowa

      sałatka brokułowa    seler naciowy    brokuł

      Czasem trudno przed samym sobą ukryć, że się odrobinę przeholowało. Wypiło się tyle kawy, że ciężko nadal zrzucać winę na niskie ciśnienie albo brak snu. Zjadło się dobrych parę pizz za dużo. Czekoladą spożytą w czasie ostatniego miesiąca można by obdarować pół przedszkola. I chociaż człowiek doskonale wie, co jest zdrowe, a co nie (mógłby prowadzić zajęcia na uniwersytecie, tak dobrze jest obznajomiony z teorią), to w praktyce ciągle mu się powija nóżka. Tu akurat przechodził obok ulubionej cukierni, a przecież tak rzadko bywa w tej części miasta... Tam koleżanka nalegała na jednego drinka i chociaż na co dzień nie pije się alkoholu, to przecież tak jakoś sympatycznie się rozmawiało, tak trudno było odmówić... Czy to tylko ja mam taką słabą wolę? Czy wam też się zdarzają nieodparte pokusy? Mnie w takich momentach - chwilach kiedy poważnie wątpię, czy aby na pewno dorosłam - na właściwą drogę tradycyjnie sprowadza dobry wujek brokuł. Mówię o nim z taką czułością, bo z niewiadomego powodu przyzwyczaiłam się, że gdy ruszy sumienie, oczyszczanie organizmu zaczynam właśnie od niego. Podobnie jak świeża, chłodząca, orzeźwiająca woda mineralna kiedy chce się pić, brokuł też daje mi poczucie, że robię dla swojego ciała coś dobrego. Jego smak wyzwala automatyczne fale przejrzystości i jasności przetaczające się przez organizm. Jakby ktoś mnie sprzątał od środka zielonym, brokułowym odkurzaczem. Wiem, że to tylko sympatyczne złudzenie, że to tylko taka moja prywatna fantazja, ale czuję specyficzny rodzaj euforii, jakby w ośrodku zarządzającym w moim mózgu przyjemnością brokuł detonował mini-eksplozje radości i zdrowia.  Całe lata temu przeczytałam gdzieś, że to zielone warzywo jest wielkim przyjacielem wątroby. W zabawowych studenckich czasach stał się więc regularnym gościem na moim stole, zwłaszcza w niedziele, po piątkowych i sobotnich wyskokach. Rzeczywiście, ponieważ brokuły, podobnie jak na przykład marchew albo buraki, zawierają przeciwutleniacze, doskonale nadają się na detoks. Wujek brokuł. Ciekawostka na dzisiaj: według literatury praktycznie nie można znaleźć dziś dziko rosnących brokułów. Występują wyłącznie w wersji uprawnej.

      Po takim rozrośniętym wstępie przejdę do rzeczy. Kilka dni temu poczułam, że trzeba by się za siebie wziąć. Dobry wujek brokuł powrócił więc, tym razem w formie zaimprowizowanej sałatki. Szukając jędrnego, zielonego okazu, trafiłam w warzywniaku na coś, czego w ogóle się o tej porze roku nie spodziewałam, czyli na małosolne ogórki. Ugotowałam więc na parze, bardzo krótko, bo na chrupiąco, połowę brokuła. Pokroiłam na plasterki dwa spore ogórki małosolne. Dokroiłam do tego jeszcze dwie łodyżki selera naciowego, dogotowałam pół szklanki zielonego groszku, posypałam garścią prażonych ziaren słonecznika, pokrojonymi w kostkę dwoma plasterkami żółtego sera i miałam sałatkę na popołudniowy posiłek. A sos? Półtorej łyżki oliwy z oliwek, łyżka soku z cytryny i płaska łyżeczka musztardy. Doskonałym dodatkiem do tej sałatki będą ziołowo-serowe wytrawne ciasteczka (Dziugaski), które znajdziecie w kategorii Ciasta i ciastka. Smacznego!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Ogrodowa Brokułowa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 kwietnia 2012 14:38
    • Kruche dziugaski z ziołami

      serowo-ziołowe ciastka   zioła i Dziugas   ciastka serowe z ziołami

      Wymyśliłam, że zrobię sobie naprawdę zdrową zieloną sałatkę (przepis wstawię wkrótce w zakładce Sałatki, pod szumnym tytułem Ogrodowa Brokułowa) i upiekę do niej wytrawne kruche ciastka z wyrazistym serem, o intensywnym aromacie ziół. Udałam się więc do sklepu w celu zakupienia twardego sera zagranicznego pochodzenia, na przykład Correggio, ewentualnie parmezanu, a gdyby jakimś cudem ich nie było, to może Gruyere. Ale nagle zobaczyłam w chłodni litewskiego Dziugasa (też twardy podpuszczkowy ser o specyficznym, ostrym smaku) i on tak jakoś do mnie mrugnął. Jakby chciał mnie namówić na odrobinę wschodnioeuropejskiego patriotyzmu. Wczoraj gotowałam wymyślne japońskie makarony z sezamem, więc dzisiaj (mogłabym przysiąc, że tak mi szepce ze sklepowej półki) warto wrócić do lokalnych produktów i smaków. Miał, kurczę, rację. Więc w nagrodę wylądował w moich kruchych ciastkach jako ich podstawowy składnik.

      Dziugas, kiedy chciałam się o nim dowiedzieć czegoś więcej, zaprowadził mnie przez Google'a na stronę Seromaniaków (nie wiedziałam, że takowa grupa społeczna istnieje!), do "Seropedii", czyli serowej encyklopedii. No po prostu wielka radość od samego rana. Seropedia pisze o tym tradycyjnym serze z Litwy między innymi, że "jest kruchy, wyróżnia się niską wilgotnością a jego powierzchnia charakteryzuje się urozmaiconą chropowatością. Dojrzewa około 24 miesięcy (...) W smaku świeży, z lekko owocowym i pikantnym aromatem." W innym portalu dla miłośników sera znalazłam informację, że dojrzewa nieco dłużej i nieco cierpliwiej, bo potrzebuje 36 miesięcy na osiągnięcie pełni smaku. Ja polubiłam go już przy pierwszym spotkaniu, kiedy moja koleżanka-globtrotterka, która zawsze przywozi mi ze swoich wojaży urocze kulinarne prezenty, sprezentowała mi po wizycie w Wilnie gustowne opakowanie właśnie tego sera. Zrobiłyśmy sobie natychmiast, jak stałyśmy, serową ucztę, odrywając  palcami (z braku noża) coraz większe kawałki od pysznego Dziugasa i racząc się nim aż nie mogłyśmy już nic więcej zjeść. Było to niezapomniane kulinarne doświadczenie.

      Dwiema równie wyrazistymi gwiazdami moich autorskich ciasteczek-dziugasek okazały się lubczyk i czosnek niedźwiedzi. Wymyśliłam, że te moje serowe krakersiki do sałatki, albo do pogryzania przy książce i przy rozmowie, powinny być mocno ziołowe, więc wystawiłam ze swojej szafki z przyprawami wszystkie suszone zioła, jakie posiadałam i wybrałam dwa rodzaje, z którymi miałam największą ochotę poeksperymentować (głównie dlatego, że nie za wiele o nich wiem). Casting wygrał właśnie czosnek niedźwiedzi, zioło niesamowicie przyjazne sercu, i właśnie lubczyk, chyba najładniej nazwane po polsku ziółko, tradycyjnie uważane za afrodyzjak, ale i nie pozbawione prozdrowotnych właściwości. Mój dobór ziół był całkowicie arbitralny i niczym nie uzasadniony. Połowa zabawy z tym przysmakiem to próbowanie rozmaitych innych kombinacji. Na moją intuicję, na przykład, do serowych ciastek świetnie pasuje rozmaryn. Może oregano? A może szałwia? Warto popróbować. Na pewno będzie ciekawie.

      Składniki: 180g masła, 2 szklanki mąki typu graham (pszennej lub orkiszowej),  pół łyżeczki sody oczyszczonej, pół łyżeczki soli, 60g twardego startego sera, po czubatej łyżce suszonego lubczyku i czosnku niedźwiedziego (dostępnych w sklepach ze zdrową żywnością).

      Instrukcje: Rozgrzać piekarnik do 150 stopni. Masło ubić z solą aż będzie puszyste, wymieszać mąkę z sodą i serem, dodać maślany krem i szybko zagnieść. Kruchego ciasta lepiej nie gnieść zbyt długo, bo jeśli ogrzeje się od ciepła rąk, po upieczeniu może być gumowate. Kiedy składniki ładnie się połączą, podzielić ciasto na połowę. Do jednej części dodać lubczyk, do drugiej czosnek niedźwiedzi. Znów szybko zagnieść. Rozwałkować i wyciąć dowolne kształty albo od razu uformować małe kulki i lekko je spłaszczyć. Piec przez około 20 minut. Podzielić się nimi z kimś bliskim, na pewno się ucieszy :)

      P.S. Wywiozłam te ciasteczka na święta, do dziadków, bo doskonale się trzymały przez dobrych kilka dni, z każdym kolejnym zyskując tylko na smaku. Już w drodze, w samochodzie, nie mogłyśmy się z mamą powstrzymać i zaczęłyśmy się nimi raczyć. To bardzo sympatyczna przegryzka na podróż. Wyraźnie zainspirowana mama wymyśliła, że doskonale pasowałyby do zupy (wyobraziłam sobie jakąś taką zieloną, szpinakową, brokułową, cukiniową albo sałacianą, którą coś tak czuję, że chyba niedługo ugotuję), a kiedy kontynuowałyśmy tę samochodową burzę mózgów, przyszło nam też do głowy, że to niezły pomysł na bazę do lekkiej, jarzynowej tarty. Taka nietypowa ziołowo-serowa baza z prostym, jednowarzywnym nadzieniem i jajkiem rozkłóconym ze śmietanką (i znowu, kiedy myślę o nadzieniu, przychodzi mi do głowy zielony kolor, szpinak albo brokuł, ale być może ciekawie wypadłby bakłażan? Albo grzyby?). Nie ma to jak spontaniczna burza mózgów. Strasznie lubię dzielić się jedzeniem z innymi, bo najciekawsze rzeczy dzieją się właśnie na styku moich własnych i cudzych, zupełnie niespodziewanych pomysłów.

      Przepis dodaję do bardzo fajnej akcji:

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kruche dziugaski z ziołami”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 kwietnia 2012 13:59
  • środa, 04 kwietnia 2012
    • Soba z łososiem i sezamem

      soba z łososiem   soba   łosoś z dymką

      Ta makaronowa sałatka na zimno to jedna z moich najpewniejszych pokazówek. Ostatnio obserwuję w swoich najbliższych kręgach modę na improwizowane wieczorne spotkania towarzyskie nad grami planszowymi. A to piętnastominutowe danie w sam raz pasuje do takiej okazji. Proste w wykonaniu (jedynie makaron wymaga uważności), lekkie i efektowne, robi wrażenie i na każdym kroku zaskakuje. Niby makaron, a delikatny i nie zapycha. Niby sałatka, a jednak to sycący posiłek. Niby trzy składniki na krzyż, a smaki jakieś takie ekscytujące i nieznane. I wreszcie, to z pozoru szarobura rzecz, a pyszna i za nic nie można jej przestać jeść. Jeśli jesteście spragnieni dodatkowych wrażeń i chcecie rozbawić swoich gości (dzięki sałatce z Soby święcie przekonanych, że gospodyni bywała w świecie i że gotuje przynajmniej na poziomie trzech gwiazdek Michelina), warto serwować ten przysmak w miseczkach i jeść go za pomocą pałeczek. Poczujecie się jak banda łobuzujących przedszkolaków kiedy tak będziecie próbować chwytać śliskie nitki Soby pałeczkami i chociaż z namiastką gracji umieszczać je w jamie ustnej. Czysta rozkosz. Ze schłodzonym białym winem albo lekkim, jasnym piwem będzie jeszcze smaczniej.

      Soba to japoński makaron z mąki gryczanej. Zawiera rutynę, związek organiczny, o którym ciągle słyszę w reklamach puszczanych w sezonie przeziębieniowym, składający się między innymi z katechin (tego, co dobre w zielonej herbacie) i polifenoli (powodu, dla którego warto pić czerwone wino). Rutynę trudno znaleźć w jakichkolwiek innych zbożach czy roślinach strączkowych, a warto jej szukać, bo wzmacnia naczynka krwionośne, pomaga osobom cierpiącym na nadciśnienie, obniża cholesterol, reguluje trawienie i zapobiega zbieraniu się tłuszczu w tych wszystkich uroczych fałdkach i pulchnościach. Znaczy, jemy i chudniemy. Jemy i zdrowiejemy. Lecimy więc do najbliższego supermarketu, przeszukujemy dział z orientalną żywnością i kupujemy przynajmniej jedno opakowanie Soby. Zanim ją ugotujemy, fajnie jest się trochę nacieszyć japońską estetyką pakowania produktów. U nas makaron typu kokardki czy świderki wrzuca się maszynowo do plastiku, co prowadzi do dość bezładnego efektu końcowego. A w Japonii sześć równiusieńkich, śliczniutkich wiązek Soby, każda obwiązana własną, elegancką wstążeczką. Cieszy to moją duszę. Na opakowaniu Japończycy radzą gotować Sobę przez 6-7 minut, ja sugerowałaby raczej 5-6 maksymalnie, bo rozgotowana nie smakuje tak dobrze. Ugotowaną trzeba bardzo dokładnie opłukać pod zimną wodą, po czym jeszcze dokładniej odcedzić, żeby nie była mokra. Teraz można już przystąpić do przyrządzania sałatki.

      Składniki: trzy wiązki Soby, pęczek dymki, puszka dobrego łososia (chyba że akurat macie pod ręką domowego, pieczonego), 2-3 łyżki sezamu.

      Składniki sosu: dwie łyżki oleju sezamowego, łyżka jasnego sosu sojowego (jeśli macie ciemny, to trochę mniej, bo jest bardziej intensywny w smaku), łyżeczka albo dwie soku z cytryny, pół łyżeczki miodu, pół łyżeczki pasty Sambal Oelek (albo płaska łyżeczka płatków chilli), pieprz. Soli nie trzeba, bo sos sojowy zapewni wystarczającą słoność.

      Wytyczne: ugotować makaron zgodnie z instrukcjami powyżej. Ostudzić i odcedzić. Rozdrobnić łososia, posiekać dymkę. Wymieszać składniki sosu. Wszystko razem wrzucić do miski i mieszać do skutku. Sałatka nabiera szczególnej głębi jeśli zrobicie ją na kilka godzin przed imprezą i potrzymacie w lodówce. Będzie jeszcze lepsza.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Soba z łososiem i sezamem”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 04 kwietnia 2012 17:16

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl