Kucharka Zen

Wpisy

  • niedziela, 18 marca 2012
    • Cytrusowe kruche ciasto dla moich bezglutenowych siostrzeńców

      kruche ciastka bezglutenowe   kruche ciastka bezglutenowe 2   Cytrusowe kruche ciastka

      Ponieważ zaprzyjaźniony pasjonat gotowania opowiedział mi kiedyś, że sprowadza sobie zza kanału La Manche angielskie książki kucharskie (przysyłają za darmo! kurierem pod same drzwi!), natychmiast zasiadłam przed komputerem i zamówiłam trzy wielkie kulinarne tomiszcza naraz. Ten przepis pojawił się w moim życiu około półtora tygodnia później, w książce z przepisami bezglutenowymi napisanej przez Phila Vickery, znanego angielskiego szefa kuchni, współpracującego z brytyjskim stowarzyszeniem osób chorych na celiakię. Jemu więc dziękuję w imieniu moich trzyipółletnich siostrzeńców, którym nareszcie mogłam sprezentować coś słodkiego, a którzy mimo swoich rozmaitych alergii pokarmowych (oczywiście każdy cierpi na co innego, żeby nie było za łatwo), już rosną na prawdziwych koneserów i bez trudu odróżniają dobre jedzenie od takiego, które ktoś ugotował na odczepnego.

      Z takiego podstawowego surowca można upiec ciasteczka posypane pudrem, jak na zdjęciach, ale spokojnie posłuży on też jako baza do innych słodkich i słonych wypieków. Jeśli przygotowujecie coś wytrawnego, na przykład tartę z brokułami i tuńczykiem, lepiej z przepisu wyeliminować cukier i pomarańczę, bo inaczej uzyskacie trochę zbyt oryginalny efekt końcowy (chociaż... może warto odrobinę poeksperymentować...). Sok z cytryny natomiast doda tarcie szczególnego aromatu i warto go jednak w przepisie zostawić. Ciasto bezglutenowe jest równie proste w wykonaniu jak tradycyjne kruche ciasto i przynajmniej tak samo smaczne.

      Zakupy:

      Mąka kukurydziana, mąka ryżowa, masło, cukier trzcinowy (syrop z agawy), cytryna/limonka, pomarańcza.

      Przepis na ciasto:

      Mieszamy po 100g obu rodzajów mąki i 80g cukru lub jego odpowiednika. Dorzucamy 100g schłodzonego masła, pokrojonego na mniejsze kawałki, żeby sobie odrobinę ułatwić zadanie. Rękami albo kuchennym robotem zagniatamy wszystkie składniki. Dodajemy wyciśnięty sok z limonki (albo z połowy cytryny) i startą skórkę z pomarańczy. Pieczemy przez 15-20 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. W przypadku ciasteczek, przed pieczeniem wycinamy oczywiście okrągłe, kwadratowe albo inne, wedle własnej fantazji, formy i pieczemy trochę krócej, żeby ich przypadkiem nie spalić. Ciasteczka są naprawdę wyśmienite.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 marca 2012 16:43
    • Uniwersalne kruche ciasto

      Dzisiaj gwiazdą jest ta maślano-mączna cudowność, na bazie której można wypiec dosłownie setki rozmaitych wspaniałości. Tajemnica naprawdę dobrego kruchego ciasta tkwi w wyborze masła. Im lepszej jakości kupimy masło, tym smaczniejsze wyjdą nasze słodkie i słone tarty, serniki, szarlotki i ciasteczka.

      Lista zakupów:

      Masło dobrej jakości, mąka (może być graham, albo pół na pół jasnej i pełnoziarnistej), sól.

      Jak upiec kruche ciasto:

      Ten przepis jest ze mną od kilkunastu lat. Przywiozłam go co prawda z Anglii, ale równie dobrze może pochodzić z każdego innego europejskiego kraju. Kruche ciasto piecze się banalnie prosto. Mniej więcej szklankę mąki (100g) wsypuje się do miski razem z 75 gramami pokrojonego byle jak masła i szczyptą soli. Jeśli ciasto ma posłużyć jako baza do słodkich wypieków, można je lekko posłodzić jakimś bardzo drobnym cukrem. Następnie wystarczy tylko zagnieść, rozwałkować i wykroić odpowiednie kształty albo dopasować do blaszki, której użyjemy do pieczenia. Jeśli trudno się je gniecie, bo jest za twarde albo zbyt sypkie, można temu łatwo zaradzić, dodając łyżkę albo dwie wody. Pieczemy przez 20-25 minut w 180 stopniach.

      kruche ciasto  pierożki z żurawiną

      Pierożki z żurawiną

      Bardzo często zdarza się, że kiedy już zrobię swoją tartę albo quiche, zostaje mi sporo surowego ciasta. Czasami je zamrażam na później. Ale ostatnio odkryłam genialny sposób na to, żeby je przy okazji wykorzystać i trochę samą siebie rozpieścić za jednym zamachem. Resztki rozwałkowanego ciasta pokroiłam w nierówne prostokąty. Na każdy z nich nałożyłam łyżeczką porcję dobrej żurawiny do mięs (koniecznie mocno kwaśnej, bo takie nieoczywiste smaki tylko dla dorosłych to niepowtarzalna przyjemność) i posklejałam w urocze, nierówne i zupełnie niepodobne do siebie nawzajem pierożki. Piekłam 15 minut, aż ciasto się zarumieniło, a może nawet lekko zbrązowiało. Jeszcze gorące posypałam cukrem pudrem, a potem natychmiast wszystkie zjadłam, bo nie byłam w stanie doczekać aż wystygną.

      pierożki z żurawiną 2

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Uniwersalne kruche ciasto”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 marca 2012 16:24
  • sobota, 17 marca 2012
    • Popisowa jarzynowa

      groszek konserwowy  sałatka jarzynowa

      Mój prywatny sezon na sałatkę jarzynową zaczyna się pod koniec listopada i kończy w okolicach pierwszego dnia wiosny. Znajdujemy się więc właśnie w jego momencie schyłkowym. To ostatni moment na jarzynową. Z jakiegoś powodu od wielu lat jestem dyżurnym rodzinnym producentem tej sałatki na Boże Narodzenie i Wielkanoc, jak również na wybrane imprezy imieninowo-urodzinowe. Z roku na rok wytwarzam coraz większe jej porcje, które coraz szybciej znikają. Jarzynowa od razu poprawia mi humor. Wrosła w moje życie jako jego integralny element, towarzysząc mi od dzieciństwa, zawsze pojawiając się w najbardziej rodzinnych, ciepłych momentach bliskości. Poza tym pasuje właściwie do wszystkiego. Ponieważ moja wersja zawiera sporo surowego pora, smakuje raczej ostro niż mdło, jem ją więc z neutralnymi dodatkami. Z wędzonym pstrągiem i odrobiną chrzanu. Albo ze śledziem. Z parówką cielęcą. Z szynką drobiową lub plasterkiem żółtego sera.

      Jedyne zaskoczenie, jakie mi kiedykolwiek zafundowała, to odkrycie, że nie jest rdzennie polską potrawą. Zdałam sobie z tego sprawę mieszkając przez jakiś czas w Belgii i odwiedzając po raz pierwszy bardzo przyjazną sieć barów kanapkowych. Ucieszyłam się, widząc na półkach plastikowe opakowania z mieszanką groszku i gotowanych warzyw w majonezie. Ogarnęła mnie gwałtowna tęsknota za domem. Złapałam natychmiast dwie porcje i w ostatniej chwili, kątem oka, zauważyłam nazwę na etykiecie. Salade russe. Sałatka rosyjska. Wygląda więc na to, że zawdzięczamy ją naszym sąsiadom ze wschodu.

      A może jednak nie? Parę lat później, już jako stateczna (taa), zamężna kobieta zameldowana w Wielkiej Brytanii, spędzałam Gwiazdkę w Oksfordzie, z mężem i jego mamą, z pochodzenia Chorwatką. Umówiłyśmy się, że to ja przygotuję Wigilię, ponieważ ze wszystkich zaproszonych na święta gości tylko ja, jako Polka, uroczyście ją obchodzę. Wybrałam się więc w dwudniową pielgrzymkę po sklepach i targowiskach, szukając śledzi, kapusty, maku, suszonych grzybów, buraków i innych typowo wigilijnych produktów, co skończyło się stuprocentową i spektakularną porażką. W tym czasie w Anglii nie mieszkało jeszcze zbyt wielu Polaków i wschodnioeuropejskie delikatesy można było kupić w kilku sklepach na krzyż, na londyńskim Ealingu albo w Hammersmith. W oksfordzkich sklepach znalazłam tylko słoiki ze skandynawskimi śledziami na słodko, za którymi nie przepadami i których nie zaserwowałabym swojemu największemu wrogowi. Postanowiłam więc, że podejdę do problemu twórczo, nabyłam trochę wędzonych ryb, suszony groszek na bezmięsną zupę, a także - i tu wracamy do głównego wątku - składniki na sałatkę jarzynową. Kiedy obładowana torbiszczami pojawiłam się w wiktoriańskim domu teściowej, ona, rozpromieniona, oznajmiła, że postanowiła mi pomóc i przyrządziła typowo bałkańską przystawkę, którą możemy dodać do wigilijnego jadłospisu. Pobiegła do spiżarni i po chwili pojawiła się z wielką michą tradycyjnej... Sałatki Macedońskiej, różniącej się od mojej jarzynowej wyłącznie obecnością fasolki szparagowej zamiast konserwowego groszku. Tym samym dowiedziałam się czegoś nowego na temat kulinarnej geografii, no i ostatecznie padł mój pomysł na polską Wigilię w Oksfordzie.

      Lista zakupów:

      Dwa jabłka, cztery średnie marchewki, trzy-cztery niezbyt duże ziemniaki, por, dwa jajka, od czterech do sześciu ogórków kiszonych albo konserwowych (i te pyszne i tamte wspaniałe, ja dobieram określony rodzaj ogórka zależnie od nastroju i aktualnego poziomu determinacji żeby jeść zdrowo), puszka groszku konserwowego. Majonez, sól i pieprz.

      Jak to się robi:

      Gotujemy na parze ziemniaki i marchewki. Jajka gotujemy na twardo. Groszek wsypujemy do miski i przez chwilę patrzymy jak się turla w tę i we w tę. Pora dzielimy wzdłuż na pół, a potem kroimy na cieniutkie pół-talarki. Pozostałe składniki zamieniamy w drobną kosteczkę i dodajemy do groszku i pora. Mieszamy z majonezem, solą i pieprzem. Warto popieprzyć od serca, bo pieprz przełamie mdłość majonezu i doskonale się skomponuje ze smakiem kartofli. Naprawdę.

      sałatka jarzynowa  sałatka jarzynowa

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 17 marca 2012 19:11
    • Domowe biszkopciki

      biszkopty    biszkopty 2

      Łatwizna. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale przez trzydzieści kilka pierwszych lat swojego życia nie miałam pojęcia, że tak prosto i tak szybko robi się takie pyszności. A jaka to przyjemność zupełnie samemu w parę minut wyprodukować coś, co na ogół kupuje się w sklepie. Zjadłam sobie takie biszkopty na śniadanie, z dżemem morelowym (a ponieważ kiedy je upiekłam, ciągnęła się w nieskończoność końcówka zimy, na dworze panowała szarość, a na dodatek mnie i mojego psa ćmiła mini-migrena, to złamałam się i dodałam odrobinę nutelli z gorzkiej czekolady). Luksus. Za oknem chłodna, szara mżawka, a ja i kundel przytuleni na kanapie, w jasnym, ciepłym mieszkaniu, z herbatą cytrynowo-imbirową i biszkoptem w ręku (to ja, kundel żuje czerwoną gumową piłeczkę i tylko czasem nieśmiało popatruje, to na ciastko, to na mnie).

      Lista zakupów:

      Lekka, jasna mąka (orkiszowa dla dbających o zdrowie, pszenna dla całej reszty), jajka, cukier puder (ja użyłam syropu z agawy, ciekawy smak można też uzyskać słodząc ciastka miodem), ewentualnie cukier waniliowy.

      Jak to się robi:

      Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Rozbijamy cztery jajka, oddzielając białka od żółtek. Ubijamy białka na sztywno. Żółtka, z sześćdziesięcioma gramami cukru albo jego odpowiednika, też ubijamy, na biały kogel-mogel. Szczerze mówiąc ubijanie jajek to moja prywatna machina czasu – zawsze przenosi mnie w ten sam bezpieczny, zmysłowy i intensywny moment dzieciństwa, przypominając jak bardzo fascynował mnie ten prawie alchemiczny proces zamieniania jednego stanu skupienia pewnej substancji w zupełnie inny. Białko w wersji surowej i nieubitej to nic szczególnego, ale w formie sztywnej, puszystej, śnieżnej piany to już prawdziwa magia. O koglu-moglu, który kręciłyśmy z siostrą małymi pracowitymi rączkami dopóki nie zaczęły nas pobolewać nadgarstki i którym się raczyłyśmy  jak wykwintnym smakołykiem, mogłabym napisać książkę.

      Kiedy już stanie się zadość czarodziejskim sztuczkom z mikserem i jajami, delikatnie mieszamy białka i kogel-mogel z niecałą szklanką mąki. Ciasto nakładamy łyżką na papier do pieczenia rozłożony na prostokątnej blaszce. Porcje nie powinny być za duże. Wiem o tym, bo moje biszkopty, te na zdjęciach, wyszły odrobinę rozplaskane, plackowate. Mnie to ani trochę nie przeszkadza, ale jeśli chcecie olśnić męża, żonę lub innych bliskich i dalszych, radzę przy nakładaniu użyć łyżeczki a nie łyżki. Po dziesięciu minutach pieczenia, wyciągniecie z piekarnika kształtne i apetyczne okrąglutkie ciasteczka.

      biszkopty 3

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 17 marca 2012 18:55
    • Przesileniowa gryczanka

       cukinia    gryczanka    sałatka gryczana

      Gryczankę przygotowałam kiedyś z lenistwa na imprezę, na której wśród gości mieli pojawić się znajomy wegetarianin i znajoma weganka. Zamiast harować w kuchni (w ramach męczeńskiej polskiej tradycji kulinarnej, która każe gospodyni katować się wielodniowym procesem marynowania, macerowania, siekania, lepienia, duszenia i pieczenia – zauważyliście jak pracochłonne są nasze tradycyjne odświętne dania? Pamiętacie swoją mamę a może babcię, przez pół dnia pochyloną nad umączonym stołem, ofiarnie klejącą setki pierogów?) tym razem wystarczyło ugotować kaszę i pokroić parę rzeczy. Wymieszać, dosmaczyć. I już. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu gryczanka najbardziej smakowała moim mięsożernym gościom i to oni jeszcze wiele miesięcy później domagali się przepisu albo powtórki.

      Myślę, że to idealna sałatka na końcówkę zimy. Przesileniowa, wzmacniająca, pełna zdrowych, dobrych składników. Relaksuje jak się patrzy. Szczególnie polecam ją wielbicielom zaskakujących miękko-chrupiących, jasno-ciemnych, słodko-wytrawnych kombinacji.

      Lista zakupów:

      Kasza gryczana, cukinia, seler naciowy, dymka, natka pietruszki, morele, rodzynki, orzechy laskowe albo włoskie, oliwa z oliwek, musztarda, miód, sos sojowy, ocet balsamiczny, sól i pieprz.

      Jak to działa:

      Od kiedy dowiedziałam się, że seler naciowy działa relaksująco i nasennie, na wszelkie możliwe sposoby wciskam go do swojego wieczornego jadłospisu. Kasza gryczana jest bezglutenowa, obniża ciśnienie i uszczelnia naczynia krwionośne. Jest świetnym źródłem energii i zawiera żelazo, a także witaminy z grupy B, wzmacniające układ nerwowy. A już absolutne cuda wyprawiają orzechy laskowe. Dzięki kwasom tłuszczowym, które zawierają, możecie obniżyć swój poziom cholesterolu i zmniejszyć ryzyko problemów z sercem.

      Jak to się robi:

      Najpierw ugotowałam kaszę gryczaną. Miałam akurat dwie torebki niepalonej kaszy, ale palona jest jeszcze lepsza, bo ma w sobie coś dymnego, ziemnego i orzechowego zarazem. Kiedy kasza pyrkała sobie w garnku, lekko podsmażyłam pokrojoną w kostkę jedną całą cukinię. W zdrowszej wersji można ją oczywiście ugotować na parze. Czekając na cukinię, zalałam po garści rodzynek, moreli i orzechów wrzątkiem, żeby zmiękły. Wielkość garści warto dostosować do swoich indywidualnych upodobań. Więcej orzechów oznacza bardziej chrupiącą sałatkę, a znowu jeśli dodacie od serca owoców, będzie słodko. Cukinia stygła, owoce i orzechy miękły, a ja tymczasem siekałam dwie gałązki selera naciowego, pół pęczka dymki i cały pęczek natki. Ostudzoną kaszę przemieszałam z cukinią, selerem i ziołami. Kolejny etap to najżmudniejsza w moim przypadku część przepisu – siekanie orzechów i owoców. Na pewno istnieje na to jakiś lepszy patent niż moje pracowite ręczne krojenie z językiem na wierzchu, jak u skoncentrowanego pięciolatka. Może blender? Albo jakieś specjalne narzędzie, na które jeszcze nie trafiłam w sklepach? Będę wdzięczna za sugestie. Na koniec zrobiłam dressing – wymieszałam dwie łyżki oliwy z łyżeczką musztardy i łyżką octu balsamicznego, dodałam sos sojowy do smaku (moim zdaniem, najlepiej sosy do sałatek co chwilę smakować i na bieżąco modyfikować, bo to w nich tkwi tajemnica ostatecznego kształtu sałatki, i to one stanowią niepowtarzalny, nie dający się sfałszować podpis każdej kucharki). Ostatni składnik dressingu, to zarazem klucz do tego dania, czyli miód. Wedle własnego uznania. Podobnie jak sól i pieprz, bo przecież każdy lubi inaczej. U mnie miodu jest przynajmniej łyżka, a świeżo mielonego pieprzu kilka pokaźnych szczypt.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Przesileniowa gryczanka”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 17 marca 2012 18:12
    • Jaglane cuda-niewidy

      jaglanka    jaglanka 2    jaglanka 3

      Pięćdziesiąt lat temu, w słynnym eksperymencie psychologicznym, przetestowano grupę przedszkolaków pod kątem silnej woli. Każde z testowanych dzieci zostało zamknięte w małym pomieszczeniu sam na sam ze słodką pianką marshmallow i z obietnicą, że jeśli nie zjedzą pianki przez piętnaście minut, w nagrodę dostaną jeszcze jedną. Tylko jedna trzecia badanej grupy dzieciaków wytrzymała presję. Te same osoby, obserwowane przez kolejne dwadzieścia lat, odnosiły większe życiowe sukcesy i budowały lepsze relacje niż pozostałe 60 procent uczestników eksperymentu. Niestety, ja nie należę do tej elity szczęśliwców o silnej woli. Mam całą gamę rozmaitych słabości. Nie oprę się pokusie wypicia mocnej, odrobinę kwaśnej kawy z mlekiem w szary dzień, ciągle, wbrew zdrowemu rozsądkowi i próżności, spożywam różnorakie słodycze i czasem dam się namówić na jakiś dobry alkohol. O dziwo, im jestem starsza, tym więcej mam też zdrowych ulubieńców. Oprócz zakazanych używek, same życzliwe myśli budzi we mnie na przykład kasza jaglana. Jest moją faworytką, od kiedy popsułam sobie trawienie (tak, właśnie kawą, słodyczami i alkoholem) i musiałam przejść na bardzo restrykcyjną dietę (cukinia gotowana na parze i kisiel z siemienia lnianego, mikroskopijne posiłki i żadnego podjadania po 18.00). Dzięki kaszy jaglanej mogłam czasem zjeść coś, co przypominało prawdziwy obiad i przez chwilę czuć się jak człowiek. Czuję więc wdzięczność na sam jej widok. Jest bezglutenowa, lekkostrawna, zawiera żelazo, wapń i witaminy z grupy B.

      Jak gotować kaszę:

      Mój osobisty patent na gotowanie kaszy jaglanej jest taki oto:

      Najpierw, żeby mi się lepiej gotowało, podprażam pół szklanki kaszy na suchej patelni. Wystarczy ją odrobinę przesuszyć, ale w żadnym wypadku nie można jej pozwolić zbrązowieć. W międzyczasie doprowadzam do wrzenia odrobinę więcej niż szklanka przefiltrowanej wody. Do wrzątku wrzucam kaszę i zmniejszam ogień. Gotuję około 20 minut, do wchłonięcia wody. Uważam, żeby kasza się nie przypaliła (nic przyjemnego). Na koniec solę do smaku solą morską.

      papryka    warzywa marokańskie    rodzynki

      Marokańska mamałyga na koniec zimy

      "Mamałyga" to określenie, którego używa mój dziadek kiedy gotuję jedną ze swoich egzotycznych potrawek. Ja mam słabość do potrawek, a dziadek uznaje wyłącznie dania, w których widać wyraźnie wszystkie poszczególne składniki. Mięso ma być w formie kotleta. Kartofle co najwyżej utłuczone. Surówka na boku. Anglicy takie tradycyjne, stereotypowo męskie obiady nazywają meat and two veg (mięso i dwa warzywka) i podają je w pubach, przy niedzieli. Dziadek oczywiście tylko kokietuje, bo nie raz jadł moją mamałygę, prosił o dokładkę i pytał kiedy znowu przyjadę żeby coś ugotować. Mamałyga to zbiorczy termin oznaczający każde kulinarne cudo przypominające gulasz, ale występujące w wielu możliwych wersjach geograficznych. Istnieje mamałyga meksykańska (chilli con carne ale i chilli bezmięsne), tajska lub indyjska (curry we wszystkich swoich odsłonach), polska czy węgierska (od bigosu po paprykarz), francuska (chociażby ratatouille), no i wreszcie poniższa marokańska, czasem zwana tajine. Przepis jest wegański, ale spokojnie można moją mamałygę zabielić śmietanką albo wzbogacić kurczakiem. W mamałygach wspaniałe jest to, że dostosowują się do nastroju. W siarczysty mróz posłużą za gęstą zupę z pajdą chleba. Innym razem zasmakują z ryżem albo ziemniakami, na swojsko. Jeśli jesteście w egzotycznym nastroju, pasują też do kuskusu. A w momentach dietetycznych, kiedy ruszy sumienie, można je zjeść z super-kaszami: moją ukochaną jaglaną, z amarantusa albo komosy ryżowej. I koniecznie z surówką.

      Lista zakupów:

      Cebula, czosnek, papryka, marchew, cukinia, zielone oliwki, cieciorka, rodzynki i/lub morele, puszka pomidorów, przyprawa marokańska (szczegóły poniżej), natka pietruszki, miód, pieprz i sól.

      Przyprawa marokańska:

      Aby odczuć szczególną satysfakcję gotując to danie, polecam żebyście spróbowali wyczarować taką przyprawę sami. Może to wymagać kilku podejść, bo składników jest sporo, a proporcje zależą od indywidualnych gustów. Do tajine dodaje się mieszankę świeżych, mielonych i sproszkowanych przypraw, między innymi: kurkumy, imbiru, cynamonu, kardamonu, kolendry, gałki muszkatołowej, goździków, kminu rzymskiego i pieprzu cayenne. Widziałam też w rozmaitych delikatesach gotowe przyprawy marokańskie, które mogą wam ułatwić zadanie i oszczędzić trochę czasu.

      Jak to się robi:

      Garść rodzynek i/lub garść moreli zalać wrzątkiem żeby zmiękły. Morele, kiedy już będą miękkie, trzeba pokroić na paseczki. Pokrojoną w kostkę sporą cebulę zeszklić na oliwie z oliwek razem z ząbkiem czosnku. Dodać łyżkę przyprawy marokańskiej i podsmażyć przez chwilę. Dorzucić plasterki z jednej dużej marchwi i czerwoną albo żółtą paprykę, pokrojoną w kostkę. Poddusić, dopóki warzywa odrobinę nie zmiękną. Dorzucić pokrojoną w kosteczkę połowę cukinii i chwilę podsmażyć. Dodać zawartość słoiczka albo saszetki zielonych oliwek (w całości albo w plasterkach), pół puszki cieciorki i rodzynki/morele. Na koniec wmieszać zawartość puszki pomidorów (w całości, nie krojonych, bo krojone są mocno kwaśne i dłużej się je gotuje). Dusić pod przykryciem, do miękkości. Na koniec dodać łyżkę miodu, a potem dosmaczyć solą i pieprzem. Nie-weganom polecam zabielenie tej mamałygi jogurtem albo śmietanką. Jest pyszna jeśli posypie się ją pietruszką. Najlepiej smakuje serwowana z kaszą jaglaną albo kuskusem.

      papryka    sałatka jaglana    żurawiny

      Chrupiąca sałatka jaglano-żurawinowa

      To jedna z tych potraw, które powstają na zasadzie "co zostało z obiadu". Zrobiłam ją z niektórych składników, które zostały po przyrządzeniu opisanego wcześniej marokańskiego obiadu, dzięki czemu miałam z głowy nie tylko kolację, ale i śniadanie następnego dnia. Niech żyje zaradna gospodyni! Inspiracja jest znów śródziemnomorska, bo ta sałatka ma w sobie coś z przepysznego arabskiego tabbouleh, czyli pszenicy bulghur albo kuskusu z ziołami, pomidorami i ogórkiem.

      Lista zakupów:

      Pół szklanki jaglanki, seler naciowy, orzechy włoskie, suszone żurawiny, chrupiąca papryka, cieciorka, natka pietruszki, cytryna, oliwa z oliwek, musztarda, miód, pieprz i sól.

      Jak to się robi:

      W tej sałatce jaglanka jest bazą, do której dodajemy dwie gałązki selera naciowego, pokrojone w talarki, dwie garście rozdrobnionych orzechów włoskich, garść namoczonej we wrzątku żurawiny, jedną średnią czerwoną paprykę, pokrojoną w kosteczkę i pół puszki cieciorki. Można też domieszać posiekaną natkę pietruszki (przynajmniej pół pęczka). Najważniejszy w sałatce jest oczywiście sos, bo to on zwiąże wszystkie pozostałe smaki i nada całemu daniu charakterystycznego smaku. Sos jest rzeczą absolutnie indywidualną. Niektórzy lubią bardziej kwaśny winegret, innym smakuje słodszy. Tutaj sprawdzą się obie wersje. Moja sugestia? Zmieszajcie sok wyciśnięty z połówki cytryny z dwiema albo trzema łyżkami oliwy z oliwek, łyżeczką musztardy i łyżką miodu. I już. Zmieszajcie wszystkie składniki sałatki i pozwólcie jej trochę pooddychać, to odpłaci się wam przepięknym, harmonijnie zmacerowanym smakiem.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 17 marca 2012 17:35
    • Zielona zupa na poczekaniu

      szpinak  groszek

      Zupa na poczekaniu, bo czekam na wiosnę. Wyszło słońce, krokusy w ogrodzie moich rodziców przebiły się nad ziemię, słupek rtęci pracowicie wspina się na poziomy niespotykane w marcu, a ja już od pewnego czasu sprawdzam na sąsiedzkim bazarku czy przypadkiem nie pojawiły się nowalijki. W oczekiwaniu na nowalijki więc, ku uczczeniu niespodziewanej wiosny, nabrałam ochoty na coś intensywnie zielonego i ugotowałam zupę z mrożonek. Niektórzy eksperci od żywienia twierdzą (a inni jak zwykle twierdzą coś wręcz przeciwnego, ku mojemu tradycyjnemu skołowaniu), że o tej porze roku lepiej zjeść warzywa z zamrażarki niż te zmarnowane biedaczyny, które całą zimę przeleżały w chłodniach, a teraz straszą oklapłe ze sklepowych półek. Dla smakoszy przekonanych, że mrożonka to świętokradztwo i dla osób, które akurat trafiły tu w lepszym sezonie, podaję więc dwie wersje przepisu  - szybką (mrożonkową) i naturalną (luksusową).

      Jak to działa:

      Oczywiście świeże warzywa zawierają więcej składników odżywczych niż mrożone. Groszek daje nam same dobre rzeczy – witaminę C, żelazo, kwas foliowy. Dzięki błonnikowi, wspomaga funkcjonowanie jelit. Szpinak robi jeszcze większe wrażenie – przeciwutleniacze chronią przed rakiem, a błonnik (znowu) obniża stężenie złego cholesterolu, zapobiegając chorobom serca i rozmaitym kłopotom z mózgiem.

      Wersja ekspresowa:

      Na oliwie z oliwek szklimy pokrojoną w kostkę cebulę z jednym ząbkiem czosnku. Dosypujemy czubatą łyżeczkę ostrego curry. Kiedy jestem w ambitniejszym nastroju, robię własną mieszankę curry, na przykład z mielonego kminu, kolendry, ziaren gorczycy, garam masali, chilli i kurkumy. Próbuję najpierw jak smakuje mieszanka, w której wszystkiego dodałam po pół łyżeczki. Potem eksperymentuję do skutku, dodając trochę więcej tych przypraw, które wydają mi się potrzebne.

      Dodajemy umyte listki szpinaku (tyle, ile zmieści się w durszlaku) i dusimy aż zmiękną, ściemnieją i zwiną się. Jeśli korzystacie z mrożonki, polecam szpinak mrożony w kostkach ze sprasowanych liści – w tym przepisie można użyć czterech-pięciu takich brykietów, zależnie od upodobania. Tej zielonej zupie może dobrze zrobić jeśli będzie trochę bardziej szpinakowa niż w mojej wersji. Dorzucamy pół opakowania mrożonej włoszczyzny i pół opakowania mrożonego groszku. Zamiast groszku sprawdza się też fasolka szparagowa albo bób (ja znalazłam w dziale spożywczym swojego ulubionego angielskiego sklepu mieszankę groszku, bobu i soi, którą widać na zdjęciu i którą z powodzeniem wypróbowałam w tym daniu). Zupę gotujemy około 5 minut. Miksujemy i wstawiamy na moment z powrotem na gaz. Zabielamy łyżką mleka kokosowego (weganie, osoby uczulone na laktozę i makrobiotycy) albo śmietanki (cała reszta ludzkości). Grzejemy ale nie doprowadzamy do wrzenia. Solimy i pieprzymy do smaku. Serwujemy.

      zielona zupa  zielona zupa 2

      Wersja luksusowa:

      Korzystamy wyłącznie ze świeżych warzyw. Kiedy w warzywniakach pojawi się szpinak w pęczkach i kiedy będzie można kupić świeży, nie suszony, groszek albo prawdziwą szparagówkę. Kiedy na bazarach zaczną sprzedawać piękną, jędrną, nowalijkową włoszczyznę. Wtedy jest sens ugotować prawdziwą wiosenną wersję tej zupy, oczywiście odpowiednio dłużej, do miękkości.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 17 marca 2012 15:21

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl