Kucharka Zen

Wpisy

  • środa, 09 maja 2012
    • Piwna cukinia do pogryzania

      zucchine fritte   zucchine fritte   zucchine fritte

      Mmmm... Cukinia... Moje naj-naj-naj-ulubieńsze warzywo na świecie... Bezkonkurencyjna kombinacja chrupkości i mięsistości. Rekordowa niskokaloryczność. Uniwersalność, bo przecież cukinia pasuje do wszystkiego, nawet do ciasta. Dzisiejszy przepis na cukiniową przekąskę w piwnej panierce (cukinia i piwo, czysta rozkosz!) znalazłam w książce, na którą mam ogromną chrapkę, a której wydawca udostępnił niektóre receptury do wypróbowania na Durszlaku (banerek z linkiem do akcji wklejam pod dzisiejszym wpisem). W oryginale przepis nazywa się po włosku, więc i bardzo poetycko, Zucchine fritte in pastella alla birra (smażone cukinie w cieście piwnym). Moja dzisiejsza wersja jest nieco spolszczona, bo użyłam w niej "treściwego, mocnego, jasnego" piwa Krzepkiego i zamiast małych, zwartych cukinek, na bazarku dostałam zwyczajne, duże i dorosłe, więc takie też wykorzystałam.

      Piwna cukinia do pogryzania

      Mam chrapkę na tę książkę o włoskiej kuchni, bo coś czuję, że znajdę w niej pewną historię, o której kiedyś czytałam, a która zapadła mi w pamięć i weszła w krwioobieg, a mianowicie autentyczną historię ponadprzeciętnie zdrowej, szczęśliwej i długowiecznej włoskiej społeczności. Historia którą nie wiem kiedy, nie pamiętam gdzie, i nie jestem pewna po co przeczytałam, opowiadała o miasteczku włoskich emigrantów w niezbyt przyjaznym górzystym zakątku USA. Któregoś dnia lekarze w stanowym szpitalu zorientowali się, że wyniki badań lekarskich (ciśnienie, cholesterol, cukier we krwi) Włochów z tej mieściny są o niebo lepsze niż średnia stanowa. Pierwsza myśl lekarzy była taka – Włosi, mają to w genach, co zrobić. Ale sprawdzili dane statystyczne innych włoskich społeczności w Ameryce, a także wyniki dla Włochów, którzy zostali w rodzinnym kraju i chociaż Włosi byli przeciętnie zdrowsi niż wiele innych narodów, w tym Amerykanie, lekarze nadal nie byli w stanie wytłumaczyć tak wielkich różnic w wynikach badań. Potem pomyśleli – położenie geograficzne, coś musi być w glebie albo w powietrzu tego miasta. Sprawdzili okoliczne miejscowości, gdzie panował podobny klimat i takie same warunki i znów – coś szczególnego musiało tkwić w tym konkretnym miasteczku i tej konkretnej grupie ludzi, bo nadal wypadali lepiej i szczęśliwiej od sąsiadów. Następna myśl – jedzenie. Przecież śródziemnomorska dieta to cud na skalę światową, kto się jej trzyma, od razu ma się lepiej. I chociaż badania zdesperowanych już amerykańskich lekarzy potwierdziły, że mocno warzywna, oparta na oliwie, lekkim mięsie i rybach kuchnia włoska poprawia zdrowie i przedłuża życie, to ciągle nie wyjaśniało rekordowych wyników zdrowotnych tej konkretnej, przebadanej już na wszystkie sposoby społeczności. Wreszcie do akcji wkroczył (przypadkiem, jak to zwykle bywa w takich historiach) socjolog. Pobył sobie w mieścinie, pomieszkał, poobserwował mieszkańców miasteczka, ich kościelne spotkania, wspólną pracę, sąsiedzkie rozmowy, rodzinne posiłki... i znalazł odpowiedź. Włosi z tego małego miasteczka ciągle byli razem i wszystko, co robili, robili z grupą ważnych dla siebie osób. Stanowili autentyczną, spójną, bliską społeczność. Pomagali sobie, wspierali się, doradzali, regularnie spotykali, klepali po plecach i obejmowali po przyjacielsku. Ufali sobie nawzajem. A nade wszystko – razem jedli, śmiali się, śpiewali i tańczyli. Kłócili się, oczywiście, jak to stereotypowi Włosi, ale potem wspólnie rozwiązywali nieporozumienia.

      Ja też jestem zwierzęciem stadnym i życzliwe, przyjazne, otwarte towarzystwo wydobywa wszystko, co we mnie najlepsze. Natychmiast magicznie zdrowieje mi i ciało i dusza. Usmażyłam więc dzisiaj pyszne cukiniowe plasterki w cieście z domieszką piwa, którymi – na cześć mądrych Włochów – podzieliłam się po południu z koleżanką, a wieczorem jeszcze z jedną. Żeby było chociaż trochę wspólnotowo. Obie były zachwycone. Uwaga! Jeśli będziecie smażyć to zadziwiająco smaczne antipasto, nie dajcie się skusić i nie jedzcie cukinii prosto z patelni. Będzie pyszna, ale o niebo smaczniejsza robi się kiedy wystygnie do temperatury pokojowej. Wtedy dopiero naprawdę czuć lekko piwny aromat panierki. Mmmm... Doskonale sprawdza się z pomidorami i oliwkami, a także z dobrym twardym serem (odkryłam dziś w ekologicznym sklepie, wydając na niego ostatki miesięcznego budżetu spożywczego, słowacką owczą Urdę – polecam).

      Piwna cukinia do pogryzania  Piwna cukinia do pogryzania  Piwna cukinia do pogryzania

      Składniki: dwie duże cukinie, szklanka jasnego piwa, 2/3 szklanki białej mąki i 1/3 pełnoziarnistej, sól morska, ekologiczne jajko, oliwa z oliwek. Do towarzystwa: dobre pomidory, dobre oliwki, dobry ser.

      Sposób przyrządzenia: mąki, piwo, jajo i sporą szczyptę soli wymieszać i odstawić na pół godziny. W międzyczasie pokroić cukinię na dość cienkie, ukośne placki, posolić i odstawić. Poczytać jakąś książkę, pogadać z kimś przez telefon albo wstawić pranie. Rozgrzać kilka łyżek oliwy na patelni i kiedy już będzie gorąca, kłaść na nią unurzane porządnie w cieście plastry cukinii. Usmażone po obu stronach (na złoto) placuszki kłaść na złożonym papierowym ręczniku, żeby wchłonął nadmiarowy tłuszcz. Można podawać na gorąco, chrupiące, prosto z patelni, ale trochę szkoda, bo potem robią się jeszcze lepsze. Buon appetito a tutti!

       Embed_qvch35uzwp4grov2om5lb9ums2alaqzz

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Piwna cukinia do pogryzania”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 09 maja 2012 22:21
  • wtorek, 08 maja 2012
    • Szparagowe risotto z grzybami

      szparagowo-grzybowe risotto  szparagowo-grzybowe risotto

      I znowu risotto. Pobiadoliłam trochę rano na temat dramatycznej sytuacji zdrowotnej polskiego społeczeństwa (w ogóle nie wspominając nawet o NFZ), teraz jednak pora zaproponować coś konstruktywnego. Tyle przynajmniej mogę zrobić - zamieszczę kolejny wpis na lekką, warzywną, sezonową kolację, może ktoś się skusi i zastąpi nią golonkę z piwem (taaa). Skoro już stoi w szafce zakupiony wczoraj ryż arborio i skoro w lodówce czeka pozostałe po wczorajszej przygodzie z pizzą pół pęczka zielonych szparagów (a podobno szybko wsysające tlen szparagi najzdrowiej zjeść w ciągu 48 godzin od ich zakupu), po prostu nie mam innego wyjścia jak zrobić proste, ekspresowe, ale wykwintne danie, które uwielbiam, a które zdecydowanie zbyt rzadko gości w moim domu, czyli wiosenne, kremowo-zielone risotto. Mocno szparagowe i intensywnie grzybowe.

      szparagi

      Na początek kilka ciekawostek. Nazwa "szparag" przywędrowała do nas od Rzymian, którzy zapożyczyli ją od Greków, którzy z kolei stworzyli ją na bazie perskiego słowa asparag, oznaczającego kiełki. Gdyby szparagów nie zbierać kiedy są jeszcze bardzo młodziutkie, rozrosłyby się w rodzaj cudownie dziwnej "upierzonej" paprotki, sięgając wysokości nawet półtora metra. Szparagi towarzyszą ludziom od niewiarygodnie dawna, bo już około dwadzieścia tysięcy lat przed naszą erą używano ich jako pożywienia i lekarstwa. Trudno się dziwić. Niskokaloryczny, zawierający bardzo niewiele sodu szparag dostarcza organizmowi witamin (A, B6, C, E, K) i minerałów (wapnia, magnezu, cynku, żelaza, potasu, chromu i innych). Jest też źródłem kwasu foliowego, istotnego w diecie ciążowej. Jest moczopędny (niezbyt atrakcyjne hasło reklamowe, wiem, ale to ważna sprawa), obniża ciśnienie, reguluje poziom cukru we krwi i wspiera metabolizm. Internet, bezcenne źródło trudnych do zweryfikowania ciekawostek, podaje też taką informację: regularne mycie twarzy wodą pozostałą po gotowaniu szparagów może pomóc w walce z niedoskonałościami skórnymi. Nie wylewajcie więc szparagowego wywaru! Kupując te warzywa warto się upewnić, że wybieramy twarde, zwarte okazy, unikając sztuk wysuszonych albo pomarszczonych, poplamionych, ze znamionami albo śliskimi końcówkami.

      Co będzie potrzebne (porcja dla dwóch osób): pół szklanki ryżu arborio, po łyżeczce masła i oliwy, szklanka mocnego wywaru z warzyw (najlepiej prawdziwego, bo nadaje potrawie aromatu i głębi), cebulka, ząbek czosnku, pół pęczka zielonych szparagów, kilka pieczarek, garstka namoczonych przez dziesięć minut suszonych grzybków i woda, w których grzybki się moczyły, sól, pieprz, parmezan do smaku.

      Co zrobić: Zalać grzybki wrzątkiem tak, żeby wszystkie znalazły się pod wodą. Szparagi umyć, pozbawić twardych końcówek i pokroić w mniej więcej trzy-czterocentymetrowe kawałki. Pieczarki drobno posiekać. W rondlu rozgrzać trochę masła i oliwy z oliwek. Zeszklić na nich drobno posiekaną cebulkę i rozdrobniony czosnek. Dodać pieczarki i podsmażyć. Dorzucić ryż i smażyć do momentu aż zacznie się robić przezroczysty na brzegach. Wlać kilka łyżek wody, w której moczyły się suszone grzybki. Grzybki posiekać i dorzucić do ryżu. Podgrzewać mieszając dopóki ryż nie wchłonie płynu. Do rondla wrzucić szparagi. Dolewać po ćwierć szklanki wywaru warzywnego, ponownie mieszając i czekając aż bulion się wchłonie. Po wchłonięciu ostatniej porcji bulionu sprawdzić, czy ryż jest odpowiednio miękki (niektórzy lubią risotto al dente, inni mocno rozgotowane, ja wybieram złoty środek). W razie czego dodać trochę wody. Posolić, dodać szczyptę pieprzu, przełożyć do talerzy lub miseczek i posypać taką ilością świeżo tartego parmezanu, jaka wam osobiście odpowiada. Coś pysznego :)

      szparagowo-grzybowe risotto

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Szparagowe risotto z grzybami”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 maja 2012 20:26
    • Zdrowy Polak?

      pomidory  rzodkiewki

      A teraz czas na mój bardzo poważny osobisty manifest dietetyczny (ewentualnie tyradę na temat psychofizycznego stanu i świadomości zdrowotnej Polaków). Taki już chyba los wolnego strzelca, że między zleceniami siedzi w domu, nieprzerwanie gotując, blogując i czasem oddając się poważnym przemyśleniom na temat kondycji świata. To oczywiście nie było tak, że obudziłam się nagle któregoś poranka zlana zimnym potem, bo niespodziewanie odkryłam, że Polacy o siebie nie dbają (nie tylko jacyś abstrakcyjni Polacy, to przecież dotyczy również mojej przewlekle chorej babci, dziadka, niedowidzącej cioci, przepracowanej i znerwicowanej przyjaciółki, wychodzącego z raka serdecznego kolegi z pracy). Nie. Ten temat od dawna we mnie kiełkował. A piszę o nim dziś, bo niedawno przeczytałam poruszający wywiad z lekarzem od wielu lat współpracującym z polskim rządem w kwestii polityki ludnościowej i zdrowia publicznego, zamieszczony w majowym numerze "Charakterów". Uwaga. Ten tekst nikomu nie poprawi humoru.

      Oto kilka statystyk, które na mnie podziałały jak zimny prysznic. Co drugi dorosły Polak cierpi na hipercholesterolemię. Między 30 a 40 procent z nas ma zdiagnozowane nadciśnienie. Co czwarty rodak jest otyły. Co piąty zapada na zespół metaboliczny (w dużym uproszczeniu - stan poważnego zagrożenia miażdżycą i cukrzycą typu 2). Wskaźniki umieralności z powodu chorób układu krążenia przed 40 rokiem życia (uwięzieni za biurkiem, przepracowani, zestresowani, obciążeni kredytami trzydziestolatkowie) są u nas nawet trzy razy wyższe niż w Europie Zachodniej. Osoby przed 65 rokiem życia umierają w Polsce o 50 procent częściej niż w krajach Starej Unii. Ogólnie, wcześniej niż nasi zachodni sąsiedzi, dłużej i dotkliwiej cierpimy na rozmaite choroby przewlekłe, związane z nadgodzinami w zakurzonych biurach, siedzącym, telewizyjno-komputerowym, mało aktywnym trybem życia, tłustą, ciężką, przesłodzoną i przesoloną, pozbawioną istotnych składników odżywczych dietą. Cierpimy również emocjonalnie. W ciągu ostatniej dekady ponad dwukrotnie (!) wzrosła liczba osób leczonych z powodu nerwic, depresji i uzależnień. Kłopoty nie omijają też dzieci. Więcej niż co czwarty mały Polak cierpi na przewlekłe choróbska, szczególnie różnego rodzaju trudne do zdiagnozowania alergie. Przeciętny polski dzieciak spędza przed ekranem komputera albo telewizji prawie dwie i pół godziny dziennie. Co siódme dziecko nie przejawia absolutnie żadnej aktywności fizycznej oprócz naprzemiennego chodzenia do szkoły i siedzenia na kanapie.

      Nie piszę tego tekstu jako ekspert od dietetyki, nie piszę go jako doświadczony lekarz (nie jestem przecież ani jednym ani drugim), ba, nie piszę go nawet jako chodzący ideał, który znalazł na wszystko sposób i żyje optymalnym stylem życia. Prawda jest taka, że o dietetyce wiem tyle, ile udało mi się samej nauczyć i ile wymusiły na mnie parę lat temu, po intensywnym korporacyjnym epizodzie, którego już raczej nie powtórzę: chroniczny refluks, stresowe trudności w połykaniu i do dziś niewyjaśniona alergiczna pokrzywka (koleżanka uświadomiła mi, że taką fascynującą przypadłość fachowo nazywa się "dermografizmem", bo gdybym coś napisała lub narysowała sobie na skórze, za chwilkę objawiłoby się to bardzo wyraźnie, czerwieniejąc i puchnąc w podrażnionym miejscu). Uczciwie stawiając sprawę, za mało się ruszam, za dużo jem słodyczy i powinnam zastąpić kawę zieloną herbatą albo żeńszeniem. Ale żyję w społeczeństwie, które o potrzebach i wymaganiach swojego organizmu wie jeszcze mniej niż ja, które wlewa w siebie hektolitry kofeiny i alkoholu, dla którego moje trzy spacery z psem dziennie plus rower dwa razy w tygodniu to szczyt usportowienia, a ilość warzyw, jaką spożywam w ciągu doby wystarczyłaby spokojnie na miesiąc. Jechałam kiedyś autobusem, leniwie przyglądając się mijanym ulicom i szyldom, które je wypełniały. Cukiernia, monopolowy, cukiernia, lekarz, apteka, cukiernia, lekarz, dentysta, apteka, monopolowy. Myślę, że to coś o nas mówi.

      Pamiętam jaką sensację budziłam w swojej ostatniej i przedostatniej pracy przynosząc sobie na obiad domowe sałatki, wygospodarowując sobie tak długą przerwę na jedzenie, żeby je powoli i spokojnie spożyć. Czasem czułam się jak kosmita, bo koledzy i koleżanki przychodzili, zaglądali do plastikowych opakowań i zafascynowani wypytywali jak można lubić kaszę albo czy naprawdę istnieje coś takiego jak zupa z marchewki. Z czasem ośmielili się i zaczęli siadać obok mnie, na chybcika wchłaniając drożdżówkę albo hamburgera z frytkami z pobliskiego McDonalda. Większość moich polskich współpracowników wydawała się brać udział w konkursie na to, kto bardziej bezlitośnie potraktuje swoje ciało - kto mniej śpi, dłużej haruje, gorzej je, bardziej się stresuje, intensywniej imprezuje w weekendy. Panuje moda na "zarobienie". Z dumą mówi się: "Jezu, jaka jestem padnięta, od tygodnia śpię po trzy godziny". Pamiętam regularne festiwale przechwalania się kto zrobił więcej nadgodzin albo kto rzadziej jeździ na urlop. Ostatnio przyjaciółka opowiadała mi jak wezwano lekarza do omdlałego pracownika jej korporacji, o jakiejś ósmej czy dziewiątej wieczorem. Lekarz zobaczył, że biuro pełne jest bladych ludzi z podkrążonymi oczami i kiedy tylko ocucił zemdlonego, pobiegł do szefa żeby zrobić mu karczemną awanturę. "Co wy wyrabiacie!?" - wrzeszczał - "Powariowaliście wszyscy? Tak nie można! Ci ludzie są chodzącymi wrakami!". Nie jestem pewna, czy menedżer zrozumiał, o co taki raban. Jestem natomiast pewna, że po wizycie lekarza nic się w tej firmie nie zmieniło.

      Nie szukam winnych. Przewlekłe choroby wynikają w różnym stopniu z trzech głównych powodów - indywidualnych predyspozycji, okoliczności zewnętrznych i stylu życia, jaki prowadzimy (a więc ilości ruchu, snu, odpoczynku, zdrowej żywności, jaką sobie fundujemy). Tak naprawdę możemy kontrolować tylko ten ostatni czynnik. Na swoje genetyczne uwarunkowania nie mamy większego wpływu. Trudno też walczyć z systemem - ceny nieruchomości, kryzys finansowy i wymagający, skurczony rynek pracy sprawiają, że ludzie akceptują nieludzkie oczekiwania szefów, często osób, które niewiele wiedzą o zarządzaniu, bo wyszły z rzeczywistości, w której pracownika traktowało się przedmiotowo, nie zważając na jego preferencje i potrzeby (w tym fizjologiczne). W wielu firmach do tej pory przerwa na lunch istnieje tylko w teorii, za nadgodziny się nie płaci, urlop daje się bardzo niechętnie, a okien się nie otwiera, bo przecież jest klimatyzacja (nie czyszczona od lat, więc nieustannie mieli zakurzone, nieświeże powietrze). W mojej starej pracy większość dnia przesiadywaliśmy bez dostępu do dziennego światła, przy jaskrawych jarzeniówkach. I nikt nie rozumiał skąd się wzięła epidemia zapalenia spojówek (serio, chociaż moja szefowa przeszła dwa poważne zabiegi okulistyczne, nikt tych faktów nie skojarzył). Czy coś tak bardzo się zmieniło od czasów, kiedy moja pani przedszkolanka wyznaczała jedną, świętą, taką samą dla wszystkich dzieci porę na susianie? A jeśli pęcherz miał z tym problem, to był problem pęcherza? Do dziś jeszcze istnieją dalekobieżne autokary PKS, które nie mają na pokładzie WC i nie robią przystanków toaletowych, chyba że się ładnie poprosi opryskliwego pana kierowcę. Niektórzy z moich polskich przełożonych zachowywali się tak jak ten wychowany przez stary system kierowca czy ta groźna pani wychowawczyni. Aż głupio było powiedzieć, że chciałabym czasem nie pracować w sobotę albo przespać pełne osiem godzin. Miałam wrażenie, że to fanaberie rozpieszczonej, wydelikaconej panienki. "Ty to jesteś za wrażliwa" - powiedział raz mój kierownik, kiedy po półtora roku nieustannego zasuwania popłakałam się ze zmęczenia - "Jak taka przewrażliwiona jesteś, to może na szkle powinnaś malować i obrazki sprzedawać na Starówce?"

      Mamy ograniczony wpływ na organizacje, w jakich pracujemy i przełożonych, z jakimi nam przyszło żyć. Jeśli całe otoczenie pracuje ponad siły, wydaje nam się bezsensowną, czystą donkiszoterią przeciwstawiać się milczącej presji większości. Ale z drugiej strony, ile można poświęcić dla świętego spokoju i finansowego bezpieczeństwa? Być może wszyscy byle jak jemy, byle jak śpimy, byle jak żyjemy - tylko po to żeby nie walczyć z wiatrakami - ale cenę takiej potulności także płacimy wszyscy. Każdy z nas podejmuje odrębną, osobistą decyzję, żeby potraktować swoje zdrowie per noga, żeby je odłożyć na później. Jakbyśmy byli z żelaza. Jakby to wszystko było tylko grą komputerową, zapewniającą w razie czego zapasowe, dodatkowe życia. A może wydaje nam się, że świat o nas zadba, że się nami zaopiekuje i że nic w tym kierunku nie musimy robić? Prawda jest taka, że za moje zdrowie odpowiedzialność ponoszę tylko ja. Tylko ja znam siebie od środka, intymnie, tylko ja wiem, czego potrzebuję do szczęścia i zrównoważonego życia. Nikt inny, nawet przy najlepszych chęciach, nie byłby w stanie zapewnić mi optymalnych dla mnie warunków. Nie zaopiekuje się więc mną kadra zarządzająca mojej firmy. Nie tylko w związku z tym, że jej zwisam i powiewam, także dlatego, że cierpię w milczeniu, przekonana, że jeśli zacznę protestować, łatwo będzie mnie zastąpić nowszym modelem. Wszyscy milczymy. Nic się nie zmienia. Skoro nikt nie protestuje, to i nikomu nie jest źle. 

      Nie namawiam do kolektywnej rewolucji. Ani do masowego zakładania pracowniczych związków zawodowych, chociaż ostatnio jechałam pociągiem z amerykańskim policjantem-związkowcem, który opowiedział mi o tym, co można dla pracowników wywalczyć. Jeśli macie w sobie wielkie pokłady cywilnej odwagi i potrzebę wspólnego działania, załóżcie związek. Ale jeśli, jak ja, nie jesteście urodzonymi społecznikami i ciężko znosicie konfrontację z autorytetem, mimo wszystko pamiętajcie, że to wy i tylko wy jesteście odpowiedzialni za swoje zdrowie. Że nikogo - ani rodziców, ani współmałżonków, kolegów ani koleżanek, ani nieczułych przełożonych, ani też rzężącego systemu opieki zdrowotnej - nie można obarczać winą za swoje słabe samopoczucie. Warto natomiast na trzeźwo przyjrzeć się własnym życiowym decyzjom i codziennym mikro-wyborom. Czy zdecydowaliśmy się na większe mieszkanie albo droższy samochód kosztem intensywniejszej pracy? Czy zapchaliśmy się kolejną drożdżówką żeby tylko zagłuszyć grające marsza kiszki? Czy zjedliśmy trzeci kawałek tortu czekoladowego, bo jakoś tak się zrobiło smutno i samotnie (to ja)? Czy oglądaliśmy do późna głupi film, żeby tylko nie iść do łóżka i nie myśleć? Być może - jeśli coraz więcej osób zacznie na osobistą, indywidualną skalę edukować się na temat mądrego, zrównoważonego trybu życia, dojrzalej i spokojniej podejmować ważne decyzje i trzeźwo pracować nad własnym dobrym samopoczuciem, kiedyś uzyskamy masę krytyczną i któregoś dnia będziemy porządnie spać i odpoczywać, pracować w słonecznych, dobrze wentylowanych, przestrzennych biurach, wychodząc z pracy na tyle wcześnie, żeby z rodziną zdążyć jeszcze pójść na rower, basen albo do parku, a potem przyrządzić lekką, warzywną kolację. Utopia? Być może, ale skoro nasze statystyki tak dramatycznie odbiegają od europejskich, to znaczy że coś robimy źle i coś można zrobić lepiej.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Zdrowy Polak?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 maja 2012 13:08
  • poniedziałek, 07 maja 2012
    • risotto rabarbarowo-truskawkowe

      risotto z rabarbarem   risotto z rabarbarem   risotto z rabarbarem

      To nie jest deser. Wiem, że tak wygląda, ale ponieważ dodałam do niego tylko trochę cukru, a rabarbar wraz z truskawkami mają naturalnie kwaśnawy smak, wyszło mi wytrawne danie, które na dodatek właśnie tak, nie-słodko, najbardziej mi zasmakowało. Oczywiście w każdej chwili możecie to bezglutenowe, wegańskie kokosowo-owocowe risotto zamienić w pudding. Nic prostszego. Wystarczy dosypać łyżeczkę albo dwie brązowego cukru i macie smaczną słodycz na podwieczorek.

      Co przygotować? 75 gramów ryżu do risotto albo puddingów (na przykład z Marksa i Spencera), jasny cukier trzcinowy (muscovado, jeśli dacie radę znaleźć w sklepie), 80-100ml mleczka kokosowego, 2-3 gałązki rabarbaru, 125g mrożonych (świeżych w sezonie) truskawek, po szczypcie sproszkowanego imbiru, gałki muszkatołowej i pieprzu, parę kropel oliwy z oliwek, szklanka wody.

      Co zrobić? Ryż uprażyć przez chwilę na oliwie, uważając żeby się nie przypalił. Zalać szklanką wody z łyżeczką cukru i gotować na małym ogniu aż do całkowitego wchłonięcia płynu. W międzyczasie wrzucić pokrojony rabarbar wraz z truskawkami na patelnię albo do rondelka. Dodać 3 łyżeczki cukru, imbir, gałkę i pieprz. Zagotować. Gotować dopóki owoce nie zgęstnieją do konsystencji sosu. Można je dodatkowo zmiksować na gładką masę, ale bardzo dobrze smakują też bez miksowania. Kiedy ryż wchłonie wodę, dolać do garnka 80-100ml mleczka kokosowego i podgrzać, mieszając, aż mleczko dobrze przylgnie do ryżu. Serwować z sosem owocowym.

      risotto z rabarbarem   

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „risotto rabarbarowo-truskawkowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 maja 2012 18:24
    • Pizza szparagowa

       pizza szparagowa     pizza szparagowa

      Dziś debiutuję. To moja pierwsza własnoręczna pizza w życiu. Chciałabym wam napisać, że wymyśliłam ją sama z siebie, w przebłysku geniuszu, ale prawda jest taka, że jako nowicjuszka postanowiłam zaufać komuś bardziej doświadczonemu i zapożyczyłam przepis z bloga Zen Can Cook. Chciałabym też napisać, że mój debiut skończył się stuprocentowym triumfem. Ale ponieważ nie byłabym sobą gdybym nie zaczęła trochę kombinować, rezultat okazał się jadalny, choć niespektakularny. Być może zastanawiacie się teraz, dlaczego zawracam wam głowę nie do końca udanym wypiekiem. Bo pomyślałam sobie, że moje dzisiejsze niedoróbki i przeoczenia (pizza wyszła na jakąś trójkę z plusem) niczego nie ujmują samemu przepisowi, który jest świetny i ma wielki potencjał. Poza tym czy nie lepiej uczyć się na cudzych potknięciach zamiast ryzykować popełnianie własnych błędów? Poczytajcie więc sobie, bazując na moim ofiarnym przykładzie, jak pizzy NIE NALEŻY ROBIĆ. 

      pizza szparagowa

      Pierwsza pizza, jaką jadłam w życiu, to domowy placuszek drożdżowy z koncentratem pomidorowym i serem, którym moja mama rozjaśniała posępne, szare popołudnia w blokowisku z oknami na kominy elektrociepłowni. Kiedy otwierała piekarnik, dom wypełniał słodkawy zapach drożdży zmieszanych z oliwą, a my wszyscy przenosiliśmy się na moment w jakąś lepszą rzeczywistość, bo lekka, nie-polska pizza mamy tak drastycznie odbiegała od zawiesistych, brunatnych posiłków, którymi przez całe lata żywiliśmy się w barach mlecznych i stołówkach.

      Druga ważna pizza mojego życia pojawiła się na plastikowym stoliku restauracji Pizza Hut, gdzieś na południowym zachodzie USA, w miasteczku zapomnianym przez boga i ludzi, w czasach, kiedy w Polsce jeszcze mało kto próbował frykasów takich jak tłusta, miękka, mocno mięsna i obficie serowa pizza Deep Pan na grubym cieście. Dziś nie byłabym w stanie jej przełknąć. Wtedy, jako piętnastolatka, siedziałam obok sparaliżowanej szczęściem młodszej siostry, równie wstrząśnięta i ekstatyczna jak ona. "Skąd jesteście?" - zapytała uprzejmie młodziutka kelnerka. "Poland" - odpowiedzieliśmy dumnie rodzinnym chórem. "Holland?" - upewniła się - "to gdzieś obok Meksyku?"

      I wreszcie najlepsza pizza mojego dotychczasowego życia. Średniowieczne miasteczko Rab na chorwackiej wyspie o tej samej nazwie. W dwie zaprzyjaźnione pary spędzamy sielankowe wakacje u ciotki mojego ówczesnego chłopaka, szczęśliwej posiadaczki mieszkania w tym prześlicznym zakątku Ziemi. Siedzimy na metalowych krzesłach przy metalowych stolikach. Nad nami ultramaryna, na horyzoncie turkus mieniący się w słońcu, niby upał, ale liczące setki lat kamienne ściany okolicznych domów długo zachowują chłód. I wreszcie pizza. Baza jest aromatyczna, słodko-słona, cieniutka i chrupiąca. A na wierzchu pomidory, rukola i delikatne płatki parmezanu.

      pizza szparagowa

      Nie będę ukrywać, że dzisiaj miałam zamiar stworzyć coś na kształt tego chorwackiego arcydzieła, ale odrobinę powinęła mi się nóżka. Co prawda ciasto z oryginalnego przepisu to absolutny samograj, który jeszcze na dodatek pięknie, naturalnie wplótł mi się w rytm dnia. Rano, przed wyjściem z domu zagniotłam mąkę z drożdżami i wodą. Zostawiłam na kilka godzin pod ściereczką i pojechałam do miasta załatwić parę spraw. Kiedy wróciłam, skropiłam ciasto oliwą, umączyłam, podzieliłam na połowę i znów przykryłam, tym razem na czas spaceru z psem. Po spacerze wystarczyło je rozwałkować na umączonej desce i przyozdobić serem z warzywami. I tu się już nie popisałam.

      Po pierwsze i przede wszystkim, piekłam pizzę zbyt długo, w zbyt gorącym piekarniku. Po drugie postanowiłam być sprytniejsza od przepisu i dla efektu pokroiłam szparagi wzdłuż na cienkie paski. Dodałam ich też za mało. W rezultacie warzywa spaliły się na wiór i nie przypominały już szparagów ani smakiem ani fakturą ani nawet kształtem. W zrewidowanym przepisie poniżej zostawiłam je więc w świętym spokoju i w całości, przynajmniej na papierze naprawiając swoje dzisiejsze kuchenne niedociągnięcia. Podobnie rzecz się miała z maleńkimi ziarenkami zielonego groszku (podkusiło mnie żeby kupić w Marksie i Spencerze mrożone petits pois, naprawdę maciupeńkie mini-groszki). Teraz wiem, że trzeba było użyć większej odmiany. Albo bobu. Kolejny błąd wynikał dla kontrastu z lenistwa. Zdecydowałam się zignorować ważny element oryginalnego przepisu, czyli beszamel (nie kupiłam mleka, do sklepu całe sto pięćdziesiąt metrów, pada deszcz, a to już nie te lata żeby tak galopować w tę i we w tę w brzydką pogodę). Ku czci mojej mamy i jej socjalistycznych pizz zamiast beszamelem wysmarowałam w związku z tym spód pizzy koncentratem pomidorowym. I po co? I dlaczego? Pizza wyszła bardzo, bardzo sucha, a szkoda, bo przy odrobinie dodatkowego wysiłku mogła być naprawdę pyszna. Także ten błąd naprawiam poniżej, modyfikując odpowiednio końcową wersję przepisu. Oto i on - wynik moich dzisiejszych prób, błędów, przemyśleń i poprawek (powinien być w sam raz i wam wyjść perfekcyjnie):

      pizza szparagowa   pizza szparagowa

      Ciasto na dwie małe pizze: szklanka jasnej i szklanka pełnoziarnistej mąki, łyżeczka suszonych drożdży, szczypta soli, szczypta cukru, 3/4 szklanki ciepłej wody, oliwa z oliwek.

      Instrukcje: wsypać do miski mąkę, drożdże, sól i cukier. Dodać wodę i dobrze zmieszać drewnianą łyżką, aż do połączenia się składników. Przykryć miskę i zostawić pod przykryciem w temperaturze pokojowej przez około dwie godziny, dopóki ciasto nie podwoi objętości. Wyjąć ciasto z miski i położyć na umączonej powierzchni, podzielić na dwie równe części i przykryć wilgotną ściereczką na jakieś pół godziny. Rozgrzać piekarnik do 200 stopni. Rozwałkować gotowe ciasto na umączonej desce/stolnicy do momentu uzyskania pożądanej wielkości i grubości. Posmarować całą jego powierzchnię zanurzonym w oliwie pędzelkiem.

      Ozdoby: pół pęczka szparagów, dwie garści zielonego groszku, pół papryki, ząbek czosnku, 150 gramów startego ementalera, 6-8 jajek przepiórczych, koncentrat pomidorowy, po łyżce masła i mąki, szklanka mleka, sól i pieprz.

      Instrukcje (przemyślane i poprawione): zacząć od beszamelu. Roztopić masło na patelni. Dodać mąkę i dobrze zmieszać z masłem smażąc aż lekko się zarumieni. Stopniowo dolewać mleko, energicznie mieszając. Dorzucić rozgnieciony ząbek czosnku, doprawić solą i pieprzem. Na koniec dosypać tarty ser, trzymając patelnię na gazie dopóki ser nie wtopi się w sos. Rozwałkowane ciasto posmarować najpierw koncentratem pomidorowym, potem beszamelem. Ułożyć na wierzchu przepołowione szparagi, posypać zielonym groszkiem i pokrojoną drobno papryką. Zapiec w 200 stopniach przez około 12 minut. Wyjąć pizzę i wbić (fantazyjnie dobierając wolne miejsca) przepiórcze jajka. Zapiec na kolejne 2-3 minuty.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Pizza szparagowa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 maja 2012 17:00
  • niedziela, 06 maja 2012
    • Pięciogwiazdkowe śniadanie

      jajecznica   patelnia   jajecznica

      Wczoraj rozpisałam się melancholijnie i mocno dygresyjnie, więc dziś dla kontrastu spróbuję krótko i na temat (jeśli tak potrafię :) Będzie zwięźle o śniadaniach przy niedzieli. W moim przypadku niedzielne śniadania dzielą się na trzy kategorie: solo (najczęściej...), rodzinnie, i gościnnie. Rodzinnie chadzamy do kilku wybranych metodą prób i błędów, przyjaznych dzieciom miejscówek - ostatnio szczególnie do wegetariańskiej Biosfeery na rogu Niepodległości i Odyńca, bo łączy zdrowe jedzenie (wypiekane na miejscu bułeczki, humus, domowy twarożek...) z cierpliwymi jak Matka Teresa kelnerkami, tolerancyjnymi klientami i fantastycznym placem zabaw za oknem. Jeśli z kolei mam gości, aranżuję na stole specjalnie w tym celu nabyte zaopatrzenie, które diametralnie odbiega od moich osobistych preferencji śniadaniowych (wędlinki, parówki, sery żółte, jaja w różnej postaci, majonezy, dżemy, nutelle, chleby rozmaite). Ale co goście, to goście, w końcu jestem dobrze wychowaną polską gospodynią. Natomiast moje niedzielne śniadania solo są na ogół proste, szybkie, skromne, ale raz na jakiś czas, jak dzisiaj, raczę się czymś pięciogwiazdkowym. Na masełku.

      jajecznica

      Pięciogwiazdkowe śniadanie dla jednej osoby:

      Na dobrym maśle z odrobiną oliwy z oliwek podsmażyć kawałki pięciu czy sześciu cieniutkich szparagów (cieńsze szybciej zmiękną) i pokrojone dość drobno pół papryki. Dwa ekologiczne jajka roztrzepać z łyżeczką śmietanki, pieprzem i solą. Wlać na patelnię i smażyć do momentu uzyskania pożądanej gęstości jajecznicy (ja lubię gęstą). Posypać płatkami wędzonego łososia (przyjechał do mnie po długim weekendzie znad morza) i świeżo posiekanym koperkiem. Podawać na przykład z pokrojonym na plastry pomidorem i rzodkiewką.

      A dla wielbicieli lokalnych smaczków, trochę mokotowskiego kolorytu, który powitał mnie dziś rano, w czasie spaceru z psem. W oknie charytatywnej stołówki, która wydaje dotowane posiłki, czarny kocur pilnuje stałego elementu tutejszego krajobrazu, opróżnionej na poczekaniu buteleczki wódki.

      kot z wódką

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Pięciogwiazdkowe śniadanie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 maja 2012 10:24
  • sobota, 05 maja 2012
    • 2 x grill = satay + pulpety + warzywa

       grillowane warzywa   grillowane warzywa

      Próbuję, staram się jak mogę wrócić do codzienności, ale ciągle ciągnie się za mną zeszły weekend - kolory, dźwięki, smaki, strzępy rozmów i gesty. Wybił mnie on z powszedniego rytmu i pokazał, że nie wszystko w tej mojej warszawskiej powszedniości  jest takie jak bym chciała. Nie pomogło nawet dzisiejsze szaleńcze galopowanie po placu zabaw z moimi siostrzeńcami, którzy zawsze mnie pięknie sprowadzają na ziemię (i to na jej najlepszą z możliwych wersję). Przyglądaliśmy się meandrującym po chodniku, spotykającym się i rozchodzącym w różne strony czarno-czerwonym robakom. Sprawdzaliśmy jaki dźwięk wydają kieliszki kiedy się nimi stuka w różne szklane i nieszklane przedmioty. Wąchaliśmy bzy i oglądaliśmy kaczki. Grabiliśmy suche liście z trawnika. Czysta magia. I nie pomaga. Ja ciąglę tkwię otoczona odpryskami i echami doświadczeń z podróży. Nie mogę albo nie chcę przyjmować do wiadomości, że już się skończyła i należałoby kupić trochę chemii gospodarczej, odkurzyć mieszkanie, zamówić zepsutą część do drukarki, odwiedzić urząd dzielnicy. Bleee.

      Dzisiejsze nostalgiczno-wspominkowe danie to grillowane warzywa z pulpecikami i sosem satay. Ponieważ zamiast ogrodu posiadam wychodzący na ulicę balkon o metrażu mniej więcej pół metra na półtora, grillowałam na kuchence, za pomocą patelni. Ale nie czepiajmy się. Zaliczyłam grilla. W sam raz na końcówkę najdłuższej majówki w mojej osobistej historii. W sam raz na spektakularnie sprzyjającą majową pogodę. W sam raz na ponowne uczczenie ogólnej arcyfajności moich gospodarzy Maki i Sjoerda i mojego współgościa Jeroena. Dzisiejszy (i wczorajszy, bo całą przygodę zaczęłam wczoraj wieczorem) grill jest echem kolacji, jaką zjedliśmy w zeszłą niedzielę w domu Sjoerda i Magdy, bo już nam wystarczyło chodzenia po zuryskich knajpach i trzeba było zacząć wyhamowywać przed końcem naszych mini-wakacji. Zrobiliśmy zakupy - wynieśliśmy z supermarketu mięsa rozmaite, pieczarki, paprykę i cukinię, ziemniaczki i ser. Już na miejscu koledzy Holendrzy wyjęli z pudła imponującą czarną płytę, którą rozstawili na stole i podłączyli do prądu. Jaka to fajna rzecz ten grill domowy! Panowie mówili o nim "Gourmet" (wymawiając "g" jak "h", ale takie bardzo charakterystyczne chrapliwe holenderskie "h", z domieszką "r", którego za nic nie potrafię powtórzyć). Twierdzili, że taki wewnętrzny, mieszkaniowy a nie ogrodowy, grill jest niezwykle popularnym gadżetem w Holandii i że często organizuje się tam wokół niego imprezy. Ten konkretny model był jednak ewidentnie szwajcarski, bo zawierał żeliwne patelenki, maleńkie jakby dla lalek, na które nakładało się ser Raclette i które umieszczało się pod gorącą grillową płytą, żeby ser elegancko się stopił, zaczął bulgotać i się rumienić. Zasiedliśmy przy grillu "Gourmet" około ósmej i nagle było już po północy. Oznaczałoby to, że nieźle się bawiliśmy nakładając na gorącą płytę kawałeczki kurczaka i paski wołowiny, boczek, cukinię i pieczarki, które zostały obwołane przebojem wieczoru, i wreszcie obficie polewając to i owo przyrządzonym przez Sjoerda, dobrze znanym w Holandii pysznym sosem satay.

      sos satay    sos satay    sos satay

      Może warto by się na moment pochylić nad tym pasującym i do mięsa i do ryby i do warzyw popularnym azjatyckim dodatkiem, sprowadzonym do Holandii z jej dalekowschodniej kolonii, dzisiejszej Indonezji. To właśnie w Indonezji stworzono najdoskonalsze i najdelikatniejsze wersje satay, fistaszkowego dressingu czy może dipu, dodawanego do bardzo wielu gorących dań i sałatek (na przykład słynnej Gado-Gado). Żeby było zabawniej, orzeszki ziemne nie są rdzennym azjatyckim przysmakiem. Przywieźli je do Indonezji Portugalczycy i Hiszpanie - aż z Meksyku - po czym okazało się, że fistaszki trafiły tam na bardzo podatny grunt, dzięki czemu dzisiaj figurują w takiej czy innej formie w całej masie orientalnych dań. Autentyczny sos satay tworzy się przynajmniej z części następujących składników: smażone orzeszki ziemne, czosnek, cukier palmowy, szalotki, sok z cytryny, imbir, trawa cytrynowa, chilli, słodki sos sojowy i tamaryndowiec. Prawdziwą sztuką jest tak manipulować temperaturą, proporcjami składników i ilością dodawanej wody, żeby sosu nie przypalić i żeby uzyskać idealną konsystencję - jak mówią Indonezyjczycy - "nie za gęstą i niezbyt rozrzedzoną". Moja wersja satay nie umywa się pewnie do tej oryginalnej i nie dorównuje wersji, jaką przyrządził tydzień temu Sjoerd. Co nie zmienia faktu, że ją uwielbiam, że mogłabym ją jeść do absolutnie wszystkiego i że polecam ją zarówno weganom (jest wegańska), jak i wegetarianom oraz mięsożercom. A, i w moim wydaniu zajmuje 5 (słownie "pięć") minut, więc jest doskonałym rozwiązaniem dla kobiet pracujących, zarobionych ojców i matek, oraz panów, którzy za moment będą mieli gości i jeszcze nie wymyślili, co im podać. Opcji jest co niemiara. Sos satay + surowe ogórki. Sos satay + jajka na twardo. Sos satay ze smażonym tofu. Sos satay + filet rybny. Sos satay + gotowane na parze jarzyny. I tak dalej, i tym podobne...

      Sos satay: wrzucić do rondelka i zagrzać, mieszając aż do uzyskania odpowiedniej gęstości następujące składniki - 3 czubate łyżki dobrego masła orzechowego (ja kupiłam ekologiczne, o gładkiej konsystencji i zawartości 90% fistaszków), 1 łyżkę sosu sojowego, 1 łyżkę miodu albo syropu z agawy, 1 ząbek czosnku (przeciśnięty przez praskę) i 1 łyżkę sosu sambal oelek (uwaga! będzie ostro!). I już.

      Mój nostalgiczny grill miał dwie bardzo smaczne odsłony. Wczorajszą i dzisiejszą. Oprócz sosu, nie zmienił się tylko jeszcze jeden element obu posiłków, a mianowicie pulpeciki (w tym miejscu wegetarianie i weganie mogą spokojnie przeskoczyć dwa akapity dalej). Pulpeciki cielęce, które mogłyby też być indycze albo kurczęce. Pulpeciki zagościły w mojej diecie parę lat temu, kiedy chory żołądek wymusił na mnie przestawienie się na maksymalnie lekkostrawne jedzenie. Są proste i w miarę szybkie w wykonaniu. Można nimi żonglować (w sensie kulinarnym, nie radziłabym żonglować nimi dosłownie :), bo pasują do rozmaitych dodatków. W lekko śmietanowym, musztardowym, chrzanowym, szpinakowym czy grzybowym sosie można do nich dodać brokuły albo szparagi gotowane na parze. Są też świetne z pomidorami, po włosku. Oprócz mnie jedzą je pasjami moi alergiczni siostrzeńcy, a ponieważ moja mama i siostra często dla bliźniaków gotują, i one przerzuciły się na pulpeciki. Można więc powiedzieć, że to danie rodzinne. Wczoraj narobiłam ich masę, więc starczyły i dla mnie na kolację i dla bliźniaków na dzisiejszy podwieczorek i znowu dla mnie na drugą, obiadową odsłonę grilla. Wczoraj jadłam je prosto z wody. Dzisiaj odgrzałam na patelni grillowej, razem z warzywami, co okazało się świetnym, przyszłościowym patentem.

      pulpety    pulpety   

      Uniwersalne pulpety: uformować małe kuleczki z dobrze zmieszanych 400 gramów mielonego mięsa (według upodobań: cielęcego, indyczego, kurczęcego), jednego ekologicznego jajka, łyżeczki mielonej kolendry, łyżeczki sproszkowanego wegetariańskiego bulionu, 2 łyżek mąki/skrobi kukurydzianej, soli i pieprzu. Kuleczki wrzucić do wrzątku i gotować dopóki nie wynurzą się na powierzchnię i nie zaczną na niej tańczyć. Odcedzić. Serwować z warzywami i ulubionym sosem.

      No i wreszcie czas na pasujące do sosu (i pulpetów) warzywa. Jak widać na zdjęciu na samej górze wpisu, wczoraj wieczorem grillowałam klasyczne jarzynowe trio, które tak lubię, że upchnę je w prawie każdym azjatyckim daniu jakie gotuję - różyczki brokuła, kawałki marchewki i paski papryki. Dzisiaj natomiast wróciłam do źródła - odtwarzając to, co jedliśmy tydzień temu w Zurychu, czyli cukinię i pieczarki. Zgrillowałam je z wczorajszymi pulpetami, dodałam sosu satay, dokroiłam pół pomidora i na chwilę (krótką chwilę) odleciałam...

      grill   grill

      A dla zainteresowanych zdrowym grillowaniem, poniżej link do akcji kulinarnej, która zbiera przepisy na przyjazne ciału i sprzyjające ogólnemu dobrostanowi dania z grilla:

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 05 maja 2012 18:14
  • piątek, 04 maja 2012
    • Rabarbarowe babeczki

      babeczki rabarbarowe   berlin   rabarbar

      No, myślę, że już czas wrócić do tu i teraz. Próbowałam przedłużyć sobie podróżowanie o kilka dni, nieprzerwanie wspominając, nieustannie słuchając muzyki, którą ze sobą przywiozłam, odtwarzając nowo poznane smaki, obsesyjnie korespondując z moimi szwajcarsko-polsko-holenderskimi przyjaciółmi i opowiadając komu tylko się dało, kto tylko wysłuchał, o najprzyjemniejszych i najciekawszych przeżyciach i obserwacjach. O tym, że Niemcy i Szwajcarzy nagminnie umieszczają na dachach baterie słoneczne. O berlińskich butikach z niedrogimi, autorskimi ciuchami. O króliku, który przykicał do mnie w parku Tiergarten. O muzeum DDR, gdzie zobaczyłam i poczułam echa swojego socjalistycznego dzieciństwa. O tym, że berlińczycy uśmiechali się do mnie na ulicy, a ja - prawdziwie po warszawsku - automatycznie zastanawiałam się o co im chodzi i czego ode mnie, kurka wodna, chcą. Dopiero po dwóch czy trzech dniach stopniałam i rozmiękczyłam się na tyle, żeby już nie posyłać im złowrogich, ostrzegawczych spojrzeń (trzymaj się z daleka, bo nie ręczę za siebie). A kolejny dzień czy dwa dojrzewałam do tego, żeby zacząć nieśmiało odwzajemniać spojrzenia i uśmiechy.

      Wróciłam trochę zła. Obrażona na Polskę i Warszawę. Że u nas brudniej i bardziej chaotycznie. Że sobie nawzajem w ogóle nie ufamy. Że psie kupy na trawnikach (i tylko ja sprzątam po swoim kundlu?) i że śmieci na ulicach. Że jesteśmy brutalniejsi, bardziej prostaccy, mniej ucywilizowani. Usiadłam wczoraj w świeżo otwartej śniadaniowej jadłodajni na Starym Mokotowie, przy stoliku wystawionym na chodnik przy komunalnej kamienicy. Piłam latte i jadłam croissanta, udając, że to Berlin albo Florencja lub Paryż. Po czym minęła mnie wychodząca z klatki obok para lokalnych panów ...i wyszłem dzieś koło czeciej i pierdolnąłem sobie wódkę... Reszty rozmowy już nie usłyszałam, bo ucichła w miarę jak szybkim krokiem oddalali się w stronę jedynego otwartego w święto spożywczego z sekcją monopolową. I już wiedziałam, że jestem u siebie.

      Ale jakaś część mnie doskonale zdaje sobie sprawę, że jestem niesprawiedliwa. Bo Mokotów eksplodował najpiękniejszą, soczystą a zarazem delikatną jeszcze wiosną. Zielenią, jakiej trudno doświadczyć w innych europejskich stolicach. Bo otwierają się świetne nowe knajpki, sprawiając że moje ulice zamieniły się w urocze, klimatyczne deptaki - tu kultowa kwiaciarnia, tu maleńka czyściusieńka lodziarnia z kolorowym kącikiem dla dzieci, tu lokalna kawiarnia, której otwarty, arcyinteligentny właściciel przesiedział ze mną dobrą godzinę, rozmawiając o emigracji, pokręconych ludzkich losach i narodowej tożsamości. Bo na spacerach z psem spotykam mądrą i dojrzałą i dobrą sąsiadkę, która jest po prostu porządnym człowiekiem i nie wiem, czy to wie. Bo pani z kiosku i pan z delikatesów i jeszcze pani z pobliskiego sklepu zoologicznego mówią mi "dzień dobry" i wiedzą co chcę kupić. Bo w zieleniaku szparagi, rzodkiewki, młode ziemniaki, szpinak i rabarbar. Więc wracam. Do tu i do teraz.

      A tu i teraz musi po prostu nastąpić oda na cześć rabarbaru. Upiekłam odwrócone babeczki z karmelizowanym rabarbarem, na które przepis znalazłam w ostatnim numerze magazynu "Kuchnia". Zaserwowałam je rodzicom, na trzeciomajowy deser po obiedzie, co sprowadziło na mojego ojca falę nostalgii, bo przypomniał sobie, że w dzieciństwie pijał rabarbarowy kompot. Rabarbar. Pierwsze pytanie, i to zasadnicze, to pytanie czy rabarbar jest warzywem, czy - skoro pije się go w kompotach, serwuje na słodko i dodaje do ciast - owocem. Formalnie rzecz biorąc, okazuje się, że nauka uważa go za warzywo, chociaż w 1947 roku nowojorski sąd zdecydował, że ponieważ w praktyce używany jest jak owoc, z punktu widzenia prawa i opłat celnych będzie traktowany jak owoc właśnie (i zostanie opodatkowany według obniżonych stawek). Takie proste pytanie, a okazuje się, że odpowiedź na nie ma istotne konsekwencje ekonomiczne.

      rabarbar   babeczki rabarbarowe   rabarbar

      Pierwsze wzmianki o rabarbarze pojawiają się w Chinach, w 2700 roku przed naszą erą. Uprawiano go wtedy przede wszystkim ze względu na zdrowotne właściwości - bo wspomagał oczyszczanie organizmu, regulował trawienie i obniżał poziom glukozy we krwi (przynajmniej u chorych na cukrzycę myszy, które brały udział w medycznych eksperymentach). Przez wieki rabarbar rósł wzdłuż brzegów rzeki Wołgi (zwanej przez starożytnych Rhā, stąd jego nazwa, barbarzyńca znad Wołgi - Rhā+barbarus). Do Europy dotarł w okolicach XIV wieku i początkowo kosztował krocie, wielokrotnie więcej niż inne luksusowe egzotyczne produkty takie jak cynamon czy szafran. Europejczycy zaczęli uprawę tego warzywa dość późno, bo dopiero na początku XVII wieku. W roku 1777 farmaceuta z okolic Oksfordu, Hayward, sprzedawał lekarstwo spreparowane na bazie lokalnie uprawianego rabarbaru jako importowany ze wschodu eliksir, każąc swoim sprzedawcom przebierać się w tureckie kostiumy. Ciekawostka? W Wielkiej Brytanii, na początku XX wieku, kiedy reżyser spektakli teatralnych albo audycji radiowych chciał uzyskać efekt kawiarnianego czy ulicznego gwaru, kazał statystom powtarzać słowo "rhubarb" (czyli właśnie rabarbar). Jeśli macie ochotę dowiedzieć się więcej, istnieje świetna angielskojęzyczna strona internetowa, poświęcona wyłącznie rabarbarowi - http://rhubarbinfo.com.  

      A przepis na babeczki? Nieco zmodyfikowany:

      Masa owocowa: 4 łyżki cukru trzcinowego, 4 łyżki masła, szklanka oczyszczonego i posiekanego rabarbaru, czubata łyżeczka świeżo startego imbiru.

      Ciasto: 4 łyżki miękkiego masła, 4 łyżki cukru trzcinowego, 1 jajko, 3/4 szklanki białej mąki (orkiszowej), 3/4 szklanki mąki pełnoziarnistej, łyżeczka proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej, szczypta soli, szczypta gałki muszkatołowej, 100g kremowego jogurtu naturalnego.

      Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Wcieramy cukier w masło i mieszamy z kawałkami rabarbaru, po czym układamy owoce na dnie foremek na muffiny. Na masę owocową nakładamy ciasto, które robi się jak następuje: miksujemy masło i cukier, wbijamy jajko i dalej miksujemy. Mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, sodę, sól i gałkę. Łączymy suche składniki z masą maślaną, dodając je na przemian z jogurtem - trochę mąki, trochę jogurtu, po czym zagniatamy i znowu, mąka, jogurt, zagniatamy. Ciasto nie powinno być zbyt gładkie. Kiedy już wyląduje w foremkach, pieczemy je przez 25 minut. Studzimy i bardzo, bardzo delikatnie wyjmujemy z foremek, podając rabarbarową stroną do góry. Babeczki będą najlepsze na ciepło, serwowane z lodami waniliowymi, jogurtem naturalnym albo bitą śmiatanką.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Rabarbarowe babeczki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 04 maja 2012 11:56
  • środa, 02 maja 2012
    • Zuryskie szparagi

      sałatka szparagowa    zielone szparagi

      Na prośbę pewnej koleżanki pobiegałam w Zurychu po księgarniach, poszukując jakiejś fajnej, sensownej szwajcarskiej książki kucharskiej i udało mi się wyszperać książeczkę z przepisami na dania charakterystyczne dla miasta nad Limmatem i jego okolic. Kulinarnie, podobnie jak językowo i kulturowo, Szwajcaria jest ciekawym amalgamatem niemiecko-francusko-włoskim, a region w którym się znalazłam ulegał zmieszanym wpływom z południowych Niemiec i północnej Italii. W mojej książeczce z przepisami jest więc sporo warzyw (w tym oczywiście szparagi), kilka ciekawych zup i masę rozmaitych mięs i ryb (z jeziora Zuryskiego, jakżeby inaczej), a prawie wszystko z dodatkiem śmietanki albo mleka. Najciekawsza pozycja to typowa zuryska przystawka - smażone w głębokim tłuszczu liście szałwi w piwno-winnej panierce. Nazywają się one (ku naszej kolektywnej konsternacji a zarazem wesołości, bo całą grupą próbowaliśmy tę nazwę poprawnie wymówić) Müüslichüechli-Salbeiküchlein. Historyczna ciekawostka: pierwsze książki kucharskie z miasta Zurych, ważnego ośrodka przeładowczego dla towarów transportowanych przez Alpy, pochodzą z XVIII wieku i zalecają sypanie do każdej możliwej potrawy niczym nieograniczonych ilości egzotycznych przypraw takich jak pieprz, cynamon, szafran, goździki czy imbir. Tym więcej, im zamożniejszy był gospodarz serwujący dany specjał. Przyprawy nie służyły więc tworzeniu smakowych kompozycji, ale demonstrowaniu społecznego statusu. Ówczesne dania, szczególnie w bogatszych domach, musiały stanowić dość duże smakowe wyzwanie.

      sałatka szparagowa    

      No i szparagi. Dzisiaj, na cześć Zurychu i moich gościnnych, otwartych, mądrych gospodarzy, nakupiłam ich dwa obfite pęki - jeden biały, drugi zielony - przede wszystkim po to, żeby spróbować odtworzyć przepyszną zupę, której spróbowałam w czasie wycieczki po jeziorze Zurych, najlepszą szparagówkę, jaką dotąd jadłam w życiu. Przepis oczywiście w zakładce "Zupy". Z pozostałych po gotowaniu zupy zielonych szparagów zrobiłam bardzo smaczną sałatkę, która co prawda nie figuruje w żadnej szwajcarskiej książce kucharskiej, ale przypomina mi na zasadzie luźnego, czysto emocjonalnego skojarzenia o moich zeszłotygodniowych wojażach. O komfortowych milczeniach, wielogodzinnych posiedzeniach w restauracyjkach i kawiarniach, rozmowach o przyszłości i przeszłości, spacerach po wąskich, kamiennych ulicach, rozmarzonych spojrzeniach ku wystawom sklepowym pełnym biżuterii, zegarków, czekolad i luksusowych kabrioletów, niespodziewanie pięknych witrażach Chagalla i nieskazitelnie lazurowym niebie.

      Składniki sałatki: prawie cała wiązka zielonych szparagów, dwa wczorajsze grillowane kotleciki z indyka, pół puszki ananasa w plastrach, garść orzechów laskowych, majonez.

      Instrukcja: szparagi pozbawić zdrewniałych końcówek i usunąć z nich stwardniałe wypustki, po czym ugotować na parze (mniej więcej 2-3 minuty spokojnie wystarczy). Ugotowane pokroić wedle uznania. Kotleciki pokroić w paski, plastry ananasa odcedzić i rozdrobnić, orzechy posiekać. Wszystko wymieszać z majonezem, posolić i posypać pieprzem.

      sałatka szparagowa

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 02 maja 2012 20:11
    • Szparagowa z Rapperswilu

       szparagi białe i zielone   zupa szparagowa   białe szparagi

      Rapperswil to miasteczko położone na jednym koniuszku zagiętego jak bumerang Jeziora Zuryskiego. Z Zurychu, umiejscowionego na drugim jego końcu, można się tam dostać pociągiem albo, co polecam serdecznie, za pomocą prawie dwugodzinnego rejsu wygodną białą łodzią parową. To idealna niedzielna wycieczka, szczególnie jeśli, tak jak w ostatnią niedzielę w Szwajcarii, niebo jest lazurowe i rozchmurzone, słońce grzeje, bryza lekko chłodzi, a na horyzoncie błyszczą szczyty gór, jeszcze pokryte śniegowymi czapkami. Nasza łódź delikatnie kołysała, płynąc zygzakiem między położonymi na soczysto zielonym wzniesieniu przybrzeżnymi miasteczkami. W którejś chwili wyobraziłam sobie, że mieszkam w jednym z tych niewielkich, pomalowanych na ciepłe kolory szwajcarskich domków z okiennicami, a przez okna wpada mi do salonu zapach wilgotnego powietrza. I nie była to wcale nieprzyjemna fantazja.

      W Rapperswilu powitał nas szpaler przedziwnych karłowatych kasztanowców z powyginanymi gałęziami i ubrany w kostiumy z trudnej do zidentyfikowania epoki australijski zespół rockowy, który grał w porcie, ku uciesze turystów, piosenki o miłości, wolności i bólu istnienia, na trzy gitary, dwie pary skrzypiec i bardzo aksamitny męski głos. Oczywiście musiałam sobie kupić na pamiątkę płytę CD. Przeszliśmy się po maleńkim, przytulnym miasteczku. Na wzgórku zobaczyliśmy mały zameczek, kiedyś należący do polskiej rodziny Platerów, która osiedliła się tam po Powstaniu Styczniowym. Przyjaciółka opowiedziała mi o mieszczącym się teraz w środku Muzeum Polskim, wyposażonym w eksponaty przez zamieszkujących Szwajcarię Polaków, którzy ludowe kostiumy, militaria, obrazy i meble zostawiali muzeum w spadku albo oddawali w prezencie. Przyjaciółka, od paru lat przemieszczająca się po Europie za pracą i holenderskim chłopakiem, powiedziała, że wizyta w muzeum to wzruszające przeżycie. Niestety, nie udało nam się wejść do środka. Czy małe miasteczko nad szwajcarskim jeziorem to nie przedziwne miejsce dla takiego polskiego zakątka?

      rapperswil   zurych

      No i wreszcie schroniliśmy się przed słońcem pod parasolem małej restauracyjki, jednej z nielicznych serwujących po południu jedzenie. Usiedliśmy wokół drewnianego stolika, na tarasie z widokiem na niczym niezmącony błękit i migotanie jeziora. Powtarzałam sobie w myślach: to są momenty, które się pamięta do końca życia. A potem mówiłam sobie jeszcze: to, moja droga, jeśli już nie pamiętasz, nazywa się szczęście. A kiedy uprzejma kelnerka postawiła przede mną talerz spienionej mlecznej białej zupy i kiedy spróbowałam tego kremowego cuda o leciutkim posmaku wina, z kawałkami chrupiących zielonych szparagów, zamilkłam i zamilkł też mój zaskoczony wewnętrzny komentator.

      szparagi białe i zielone   zupa szparagowa

      Dzisiaj powtarzam, na sposób domowy i niedoskonały, to doświadczenie. Nie tylko kulinarne. Miałam nadzieję, że razem ze zrekonstruowanymi smakami i łagodnym akompaniamentem rocka z antypodów, tu w Warszawie pojawi się również cały ten leniwy, pogodny niedzielny nastrój - spokój, rozluźnienie, poczucie przynależności i dawno zapomniana myśl, że to wystarczy, że już niczego, ale to niczego nie brakuje.

      Składniki biało-zielonej szparagowej zupy z Rapperswilu: pęczek białych szparagów i kilka zielonych, ćwierć szklanki białego wina (jeśli pijecie i macie je w domu), łyżka masła i odrobina oliwy, cebulka, pół opakowania śmietanki 22%, szklanka bulionu wegetariańskiego (albo jeszcze lepiej, prawdziwego wywaru warzywnego), łyżeczka estragonu, duża szczypta pieprzu, spora szczypta soli.

      Krok 1: ugotować szparagi. Zielone szparagi umyć, obciąć końcówki i usunąć zdrewniałe wypustki. Gotować na parze przez 2-3 minuty. Powinny zmięknąć, ale nadal być chrupiące. Białe szparagi również umyć, obciąć końcówki i obrać z twardej niewidocznej "skórki" obieraczką do jarzyn. Wrzucić na około 4-5 minut do gotującej się wody z sokiem z cytryny i cukrem.

      Krok 2: białe szparagi, pokrojone na mniejsze kawałki, zmiksować ze śmietanką na kremową masę. Posolić, posypać pieprzem i estragonem i bardzo stopniowo, bardzo powolutku ogrzać w rondelku.

      Krok 3: w drugim garnku, na maśle z dodatkiem odrobiny oliwy, zeszklić pokrojoną w kostkę cebulkę. Jeśli gotujecie wersję wykwintną, z białym winem, dolejcie teraz wino i podgotujcie aż się zredukuje. Dodajcie bulion i zagotujcie. Kiedy mieszanka szparagowo-śmietankowa zacznie zbliżać się do wrzenia, połączcie zawartość obu garnków, dokładnie mieszając. Serwujcie zupę ozdobioną kawałkami chrupiących zielonych szparagów. Życzę wam niezapomnianych - przynajmniej tak jak moje - przeżyć.

       białe szparagi   białe szparagi

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 02 maja 2012 19:08

Kalendarz

Luty 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl