Kucharka Zen

Wpisy

  • poniedziałek, 28 września 2015
    • No bo może całkiem inaczej

      No bo przecież kiedyś człowiek całkiem dobrze się czuł z tym, że nic nie wiedział, nie umiał, że się dopiero uczył i że wcale jeszcze nie testował sprawdzonych starych wyświechtanych prawd, że wcale nie podążał ścieżkami wydeptanymi wieloletnich nawyków, że skrótów myślowych nie robił, że nie eliminował z góry odpowiedzi niewygodnych, dziwnych, sprzecznych wewnętrznie, że żadnych procedur nie opracował, więc wszystko stanowiło zapierający dech w piersiach, niebezpieczny, ekscytujący eksperyment.

      Pamiętacie?

      Znaczy że można. Że można wyjść na świat i pierwszy raz w życiu ten konkretny czerwony księżyc zobaczyć i zrobić sobie w środku puste miejsce na niego jako na fenomen bez precedensu, bez nazwy, bez kontekstu czy ideologii. I zrobić w sobie wewnątrz podatny grunt na doświadczenie księżyca, a nie na ideę księżyca, na żywy kontakt z tą tarczą nad ranem zawieszoną nad horyzontem, można zadać sobie inne niż zwykle pytania, dlaczego jest płaski jak talerz, do czego jeszcze odcieniem podobny, co sobie myśli, jeśli by patrzył w dół na tych wszystkich domorosłych astronomów, na ciekawskość ich i na ich zachwyt, na bulgotanie internetowe na własny temat, ileż dziś było na fejsbuku czerwonych księżyców. Na fotografowanie, uwiecznianie, dzielenie się tą księżycową przygodą, zwielokrotniony księżyc, zwielokrotnione cyfrowo spotkanie z księżycem, pozbawione jednak, pozbawione bezpośredniości, bo jak komuś opisać, jak opowiedzieć, pokazać, jak komuś pozwolić wraz z sobą doświadczyć tych samych wzruszeń - fal wewnętrznych emocjonalnych - wzruszeń, znudzeń, zaskoczeń, obojętności, chociaż stoi się na chłodnym powietrzu poranka, wiatrem lekkim szyją pieszczoną, chociaż nogi pobolewają, chociaż jakiś głos w głowie przypomina upiornym głosem praktycznej do bólu ciotki-mentorki, że przecież trzeba rano wstawać do pracy, że to już nie czas na romantyczne porywy. Że ten poranek będzie kosztował zmęczenie i uszczuploną produktywność i być może nie będzie się miłym (znów, znowu, ten terror obsługi klienta, ta zmora biznesu, że człowiekowi puści samokontrola, że przestanie uprzejmy być i świat się skończy i świat się zawali, wyrzucą go z pracy i potem efekt kuli śniegowej - kredyt, ubezpieczenie zdrowotne, emerytura, codzienny kontakt z ludźmi, jakiś cel, jakieś poczucie bycia potrzebnym, a potem efekt domina, depresja może, apatia, może choroba, bezrobocie przedłużające się, aspołeczność i izolacja, ble, trzeba wracać do domu, iść spać, produktywność, produktywność, produktywność). A księżyc się śmieje smutno, z odrobiną współczucia, on ma prostą pracę, on ma po prostu być.

      Można w sobie zrobić przestrzeń tam, gdzie codzienne nawyki, nawykowe myśli i rytmy i rytuały, tam gdzie prysznic zawsze po spacerze z psem, a po prysznicu sesja prasowania, a po prasowani suszenie włosów, makijaż, pastowanie butów, śniadanie. A talerze głębokie zawsze stoją w szafce tuż nad zlewem, mieszkanie za mieszkaniem, przeprowadzka za przeprowadzką, plastikowe torby na śmieci o pojemności 60 litrów i z uszami do związywania kupione w Rossmannie, bo tam najlepszej jakości, bo takie się sprawdziły najbardziej. I od lat podobnie. A kawa poranna i prasówka w kawiarni to rytuał bezrefleksyjny, wyparowała z niego cała pierwotna przyjemność, pusty się zrobił w środku, pozbawiony treści, powtarzany tylko po to, codziennie, żeby odzyskać dawną magię, w jakimś symbolicznym kompulsywnym bezmyślnym kontynuowaniu tradycji, i nagle i nagle, i nagle ja cała jestem już bezrefleksyjna. Ja cała jestem sumą moich dawno temu postanowionych prawd i przekonań, ścieżek, sposobów, nawyków. Starych definicji przyjaźni, miłości, pracy, życia, tożsamości. Nie zakwestionowałam nigdy konieczności założenia obcasów na wielką okazję albo tego, czy praca oznacza nużące, martwe, jałowe dupogodziny, albo czy przyjaźń to udział w targowisku próżności przy drinku, albo czy mnie na pewno pociąga, czy mnie na pewno seksualnie pociąga męski brak zainteresowania kiedy tylko znikam z pola widzenia, to, na czym często buduje się władzę, to magiczne włączanie i wyłączanie uwagi zależnie od własnego uznania, bez grzeczności czy szacunku, pyk, teraz jestem - żywa obecna ciekawa warta kontaktu - pyk, nie ma mnie - mecz piłki nożnej albo telefon od kuzyna lub esemes szefa czy klienta nagle mnie odpodmiotawia, nagle odejmuje drugiej osobie obowiązku bycia uważnym i uprzejmym, nagle staję się wyposażeniem mieszkania. Więc dziś nastał czas pytań. Trudnych i podstawowych, pytań w posadach chwiejących moim zrozumieniem kosmosu - czy mnie zachwyca przechwycanie mojego życia, przejmowanie inicjatywy graniczące z autorytarnym poczuciem własności, z fundamentalnym poczuciem własnej wyższości, z przekonaniem, że w sferach kompetencji tej drugiej osoby - z definicji bardziej wartościowych niż moje - że w tamtych sferach niemożliwa, niewyobrażalna, nieprzyjmowalna do wiadomości jest moja kompetencja. Więc czy we mnie to budzi szacunek, czy raczej furię i frustrację, którą lata lata temu przyzwyczaiłam się nazywać miłością? Rezygnację, do której przywykłam tak, że ją uznałam za część własnej anatomii. Część budowy koniecznej wszechświata. Można i tam zrobić przestrzeń. Czy mam naprawdę potrzebę, żeby ktoś inny mi mówił co myśleć, w co wierzyć, jak się czuć? Czy to się nazywa autorytet? Podziw? Czułość? Czuję się jak dziecko, które zbudowało z piasku, z klocków, z kart, z patyków, które zbudowało zamki warowne, misterne, solidne. I nagle burzy je. Do fundamentów je burzy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „No bo może całkiem inaczej”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 września 2015 13:49
  • piątek, 25 września 2015
    • Kolekcja

      Więc to nie jest proste. Staram się kolekcjonować momenty, kiedy moje kubki smakowe chwytają równocześnie kwaskowaty smak truskawek i słodkawą gładkość mascarpone, przy śnieżnobiałym stole, pod wczesnojesiennym słońcem.

      I chwilową ulgę kiedy zapominam o sobie, jestem w czymś większym. Porywa mnie głos genialnego śpiewaka. Gitara druzgocząca emocje. Miękka, bezgraniczna, balsamiczna empatia psychologa prowadzącego warsztat. Energia grupy, z której wynurza się niespodziana struktura. Migotanie drżące liści, które jeszcze nie spadną dziś z drzewa.

      Ale jest miejsce we mnie, które kolekcjonuje całkiem coś innego. Poniżenia. Urazy. Zranienia. Rozczarowania. Bóle. Krzywdy.

      I z tego miejsca trudno jest budzić się rano i komuś innemu utkać z moich własnych działań coś lżejszego, szlachetniejszego, coś życzliwszego i pełniejszego szacunku. Z tego miejsca bohaterstwem jest dać komuś więcej, niż ja czuję że dostałam. Nie fundować mu nie fundować nadludzką siłą powstrzymać się od obarczenia go karą za moją przeszłość. Z tego miejsca wydaje się niemożliwe wybaczyć. Dlaczego on, młodszy, miałby dostać coś więcej niż ja. Dlaczego ja najpierw. Dlaczego ja bardziej. Dlaczego ja dojrzalsza mam być. Mądrzejsza. Dlaczego mam mu zbudować demokratyczniejszy, bardziej partnerski świat jeśli ja takiego nie dostaję na co dzień.

      Dlaczego mam być dorosła? Przecież taszczę za sobą całą ołowianą kolekcję niespełnionych nadziei. Przecież kosmos nie ukochał mnie, tyle razy mnie nie ukochał na moich zasadach. Dlaczego miałabym się ponad to wznosić dla jakichś innych ludzi, dlaczego pierwsza inwestować, dlaczego wyjść ze swojego bolesnego więzienia i stworzyć piękną utopię wokół siebie. Nie tak miało być.

      Jaka szkoda, że w Boga nie wierzę, powiedziałabym mu, co myślę. Wygarnęła. Dlaczego to ja mam być silniejsza? Dlaczego spokojniejsza? Dlaczego odpowiedzialniejsza? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 25 września 2015 09:34
  • czwartek, 24 września 2015
    • Toczy się

      Nie zwracały na mnie uwagi. Obojętne gołębie żarłoczne, w pozornym spokoju, a przecież na śmierć i życie, statecznie, a przecież w darwinowskim wyścigu o pożywienie. Z nieba sfrunął ku nim gawron, zaraz potem drugi. Stały przez moment, jakby oszołomione. A za chwilę nieśmiało, w podskokach dyskretnych, niepostrzeżenie zaczęły zbliżać się, skradać do dwóch kaczek szarpiących ten sam kawał białej kajzerki. A obok pojemniki PCK na stare ubrania. A niedaleko rosły trzydziestolatek mocował na dachu samochodu znacznik swojej taksówkowej korporacji. Nie wiedziałam, że można je zdemontować i zamontować tak łatwo. A życie toczy się. W niskich zaroślach o maleńkich listkach i ostrych gałązkach, obsypanych czerwonymi kulami owoców (w dzieciństwie poinstruowano mnie, że w swoim wewnętrznym katalogu fauny i flory powinnam zakwalifikować te jagody do kategorii jedzonych przez ptaki a toksycznych dla człowieka), w niskich zaroślach pracowicie, niewidzialnie, każda we własnym rytmie, dwoiły i troiły się pszczoły. A życie się toczy. Czy dalej śpię, surrealistycznymi obrazami doświadczając od wewnątrz własnego ciała, czy może biegnę z gorzką, lekko mleczną kawą unikając wyboistych pułapek chodnika do metra. Czy rowerem króluję nad światem, mknąc płynąc frunąc przez chwilę. Czy idę powoli jak zwykle wściekła na świat, że nie stanął na moją cześć na baczność, że nie zatrzymał się dla mnie, że trwa i że mi każe znów być na swoich, świata, zasadach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 września 2015 13:10
  • środa, 23 września 2015
    • Scenka

      No więc Japończycy, ci w średnim wieku przynajmniej, i ci starsi, sprawiają wrażenie jakby inaczej stali. Uważniej. Wsłuchani w otoczenie, czujni i gotowi zaangażować się w coś nie płynącego z własnego wnętrza. Może się mylę.

      Ten konkretny Japończyk był pewnie właścicielem małej knajpki w niewielkim centrum handlowym. Kruchy i przygarbiony, pieszczotliwie złożył warstwa po warstwie żółtość koreańskiego omleta na talerz i położył go w geście opiekuńczym, bez kontaktu wzrokowego, przed polskim chłopcem w wieku szkolnym. Chłopiec pałaszował już, zanim talerz dotknął nawet powierzchni stołu, wielkie dwudziestopierwszowieczne plecaczysko ucznia podstawówki opadło z ciężkim westchnieniem na podłogę. Japończyk przyglądał mu się. Zza lady patrzył z zaciekawieniem ciemnoskóry kucharz-kasjer. Zadzwonił telefon.

      Dzieciak dźgał wzgórze z jajek i warzyw z determinacją, ale nieskutecznie. Japończyk stał obok niego i dostosowywał otaczającą rzeczywistość, wciąż czujny, nieustannie pomocny, dostosowywał ją do potrzeb dziesięcio-jedenastolatka. Z hydraulicznym westchnieniem opuścił dwa wysokie plastikowe taborety, w razie gdyby chłopiec chciał zmienić miejsce przy stole. Za moment, bezszelestnie, przemieścił się i wrócił, z drugim widelcem. Językiem migowym, językiem ciała uniwersalnym, z rozczulającą troską pokazał małemu jak dwoma widelcami kroić potrawę.

      Ta troska. Mógłby być jego dziadkiem. Żaden z tych trzech mężczyzn - młodziutki i dwóch starszych - nie mówił w języku pozostałych. Kucharz i właściciel knajpy porozumiewali się łamanym angielskim. Przez telefon Japończyk konwersował we własnym języku. Gestami. Minami. Kiwnięciami głowy. Zbudowali scenę międzypokoleniową i międzykulturową, ale opiekuńczość starszego człowieka była uniwersalna, przekraczała granice języka i obyczajów. Szczerością intencji, życzliwością trafiała mi prosto w żołądek. "Dobzie"? - dopytywał się w imieniu szefa kucharz, który najwyraźniej opanował parę słów w ojczystej mowie mojej i chłopaka. Chłopiec kiwnął głową. Japończyk zrozumiał. Uśmiechnął się. Odkiwnął.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 23 września 2015 16:24
    • Stary nawyk

      Więc mam taki stary nawyk, że kiedy tylko otwieram rano oczy, kołdra skopana ciepła między kolanami jak ukochany miękki zamiennik prehistorycznej mamy, więc mam taki nawyk, o który (wiecie?) nawet się nie podejrzewałam, tak głęboko we mnie wrośnięty, że myślałam, że tak ma każdy, że to po prostu ludzki los, tak mocno zespolony z moim poczuciem siebie, że byłam przekonana, że to ja sama, że to mój trzon, moje jądro, więc kiedy gęsi puch w pachnącej proszkiem do prania poszewce zdejmę z siebie i spod jego opieki wyplączę się otworzywszy oczy, pogodziwszy się z nastaniem kolejnego dnia, mam taki stary nawyk, że zbieram się w środku, spinam, mobilizuję, zmuszam w bycie kimś więcej niż jestem w stanie.

      Tak zrozumiałam życie. Jako wysiłek ponad moje możliwości.

      Tak się do tego przyzwyczaiłam, że nie umiem inaczej, że mnie dziwią sytuacje, kiedy mogę po prostu być. Czuję niepokój. Obcość. Tak nie może, tak nie powinno, tak nie ma prawa być.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 23 września 2015 10:15
  • poniedziałek, 21 września 2015
    • Fruwać

      Profesor chodził po sali. Czasem przysiadał na zabłąkanym tam z zagadkowej przyczyny fortepianie. Czasem zakreślał czerwone laserowe okręgi wokół wybranego słowa na slajdzie. Plan emerytalny. Dwadzieścia do trzydziestu dni urlopu rocznie. Dodatek na małe dzieci. Bogaty program szkoleń. Chciałam pracować w miejscu, o którym opowiadał. Być może dlatego, że brzmiało przyzwoicie. Równowaga między pracą, a życiem. Flexitime. Zadaniowy czas pracy. Dożywotni etat. Bruksela. Jasny zakres obowiązków. Możliwość wpływania na losy milionów ludzi. Nagle zrozumiałam głód tych wszystkich słuchających studentów. Chcą być urzędnikami unijnymi. Przez moment ja też chciałam.

      Ale być może chodziło o ułamek sekundy, kiedy profesor płynął, unosił się odrobinę powyżej linii gruntu, kiedy profesor - pracowaliśmy razem od kilku lat, ale zawsze na chłodny, szorstki, introwertyczny dystans - kiedy profesor niespodziewaną lekkością swojego kontaktu ze słuchaczami, radością interakcji, mistrzowsko był w tej sali z nami, skonfigurowany z ekranem, z oprogramowaniem, z projektorem i laptopem, od niechcenia wielki. Wielkość. Czasem z nią obcuję. Czasem doświadczam takich momentów jak wczoraj, bycia w obecności ludzkiej wspaniałości. Rozpoznania jej. Może dlatego, że mam ten sam potencjał. W innych dziedzinach. W innym stylu. Ale może właśnie dlatego. Wirtuozeria tego człowieka, porównywalna do banalności pozornej, z jaką płyną olimpijscy mistrzowie w łyżwiarstwie figurowym, z jaką fruną w tych swoich piruetach wypracowanych przecież przez lata i niedostępnych śmiertelnikom. Ten szczupły, nieefektowny czterdziestolatek ani na sekundę nie stracił zainteresowania widowni. Nikt, a to przecież rzadkie, nie wyciągnął nawet na moment smartfona, nie wyciągnął tableta, nie spojrzał na zegarek, nie ziewnął znacząco. Było w jego radosnym dostrojeniu do studentów, do miejsca i czasu, było w nim coś znajomego zarówno boleśnie jak i kojąco. Balsamicznego, sensownego, nie ulegającego wątpliwości. W jego przypadku los złożył się korzystnie, geny i biografia i geopolityka i ekonomiczne okoliczności, los mu pozwolił wypieścić swój potencjał w coś cudownie przydatnego dla innych. Złudnie prostego, a przecież musiał latami pracować na tak krystalicznie czysty, tak precyzyjny intelekt, na tę wyraźną przyjemność dawania innym czegoś, co jest piękne i mądre i niewątpliwe. Więc obcowałam z wielkością i byłam. I byłam zainspirowana. Zazdrosna. Zawistna.

      Przyjrzałam się tej swojej zawiści bliżej. Tknęło mnie coś, że to moment ważny i możliwość dowiedzenia się czegoś o sobie, odkrycia prawdy o świecie. Zazdrość łączy się dla mnie z podziwem. I z aspiracjami. Zazdrość ma w sobie zalążek działania. Przekonanie, że przyszłość brzemienna jest raczej w nadzieję. Zawiść.

      Dotarło to do mnie w dziwnym momencie, w absurdalnej sytuacji. Rozmawiałam ze starą znajomą przez komórkę, stałam w pokoju, który można by nazwać składzikiem, garderobą, suszarnią, musnęłam ramieniem zasłonę przy oknie, za oknem bloki z lat dziewięćdziesiątych, za ścianą dwudziestodziewięciolatek grający na komputerze, musnęłam zasłonę patrząc w esy floresy chmurzącego się nieba i zakłuło mnie coś szpileczką niewidzialną, i zabolało. Rozmawiając nadal o ciążach i zwolnieniach lekarskich i korporacyjnej polityce kadrowej, sprawdziłam czy aby w zasłonie nie zaplątała się szpilka czy igła. Nie było. Nie było też drzazg żadnych. Tuż nad łokciem miałam czerwoną kropkę. Próbowałam zobaczyć, czy nie ma w niej kawałeczka drewna, ale nie. Na peryferiach pola widzenia coś przeleciało, więc już wiedziałam, że to owad, ale nie komar. Komary nie bolą aż tak. Osa.

      No więc kiedy byłam młodsza, nadepnęłam kiedyś na osę lub pszczołę. Rodzinne wersje historii się różnią. Na pewno w piasku, na plaży, w Bułgarii, na pewno napuchłam i puchłam równomiernie, stopniowo, w porażającym tempie, swędząco od stopy w górę ku sercu i pędziliśmy, gnaliśmy, biegliśmy do najbliższego lekarza, więc teraz dwudziestodziewięciolatek i ja (adrenalina się miesiąc temu przeterminowała) pogalopowaliśmy do otwartej dwadzieścia cztery godziny apteki. Hiperwentylowałam przez chwilę, ale wiedziałam, że to raczej z nerwów, a nie że szok anafilaktyczny. Coś we mnie wiedziało, że będzie w porządku. Że te trzydzieści lat wcześniej w Bułgarii to pszczoła, a uczulenie na jad to coś, co czasem się cofa, a czasem natęża, i coś we mnie wiedziało, że jestem raczej w trakcie odpływu, bo wyczuwam, bo znam subtelności alergicznych przypływów, bo wtedy ogólna wrażliwość, drażliwość, delikatność, kruchość, bo wtedy psychicznie nawet na świat i na ludzi, emocjonalnie się inaczej przeżywa siebie i innych. Siebie jako ofiarę. Próby kontaktu innych ludzi jak rodzaj inwazji. Jak atak. Jak napór wrogi nie swojej woli, który trzeba odepchnąć.

      Być może to nieistotne, a może jednak ważne, rodzaj spokoju, który ogarnął mnie w czasie spaceru do apteki, podczas wyjaśniania kobiecie w blond peruce pokaźnej na głowie, za staroświecką szybą z mlecznobiałym nadrukiem, co się stało. Obejrzała mi ramię. Dała antyhistaminę i wodę w plastikowym kubeczku, a ja miałam nagle beznamiętną jasność. Zawirowały we mnie ostatnie dwa dni. Mozaika niespójnych doświadczeń. Ten profesor, który sam siebie złożył w konstruktywną, społecznie użyteczną tożsamość, ta przyjemność obcowania z jego skromną, oczywistą wielkością. Moment w słońcu, na ławce przy nieznanym mi wcześniej skwerze, kiedy dwujajowe bliźniaki oklejały sobie płatki uszu noskami strząśniętymi z drzew, wyglądając jak leśne elfy pomyłkowo sprowadzone do miasta stołecznego, a potem próby grania w ping-ponga na publicznych stołach, próby trafiania paletką w piłeczkę, chronienie własnej godności na rozmaite sposoby gdy się nie wcelowało, miałam wrażenie, że mnie też pomyłkowo osadzono w tej jakby nowej, jakby nowym sposobem widzianej rzeczywistości. Przyzwyczaiłam się martwić, obawiać, walczyć, siłować ze światem, a tu nagle bez większego wysiłku niesie mnie jakiś nurt i podtyka - obrazek za obrazkiem - podtyka pod nos magię istnienia. Więc był jeszcze moment trzymania za rękę mojego faceta, w drodze do apteki, i to ważne było i prawdziwe. Więc był moment, kiedy ja, jak ten profesor, ale w innej sali, przy nieco innej widowni, w innym stylu prezentowałam informacje na temat mojej pracy. I nie płynęłam pewnie tak samo. Nie frunęłam bez wysiłku ponad ziemią nieco, ale lżej niż zwykle stąpałam, a to już coś. To już coś, poczuć, że może i dla mnie kiedyś będzie dostępna wielkość. Może.

      I ustąpiła wtedy zawiść. Bo ja myślę, że zawiść bierze się z przekonania, że świat urządzony jest niesprawiedliwie, że nierówno i że pewne ścieżki są dla mnie zamknięte. Zatrzaśnięte, dostępne wyłącznie dla arbitralnie wyznaczonych wybranych. Jacyś inni ludzie. Innego gatunku. Mnie zabroniono tam wstępu. Mój los nie poprowadzi w tym samym kierunku. Myślę, że zawiść, to wieloletnia sfrustrowana ambicja, to marzenie żeby być najlepszą wersją siebie, żeby się tą wersją podzielić z innymi, marzenia zduszone, stłamszone, w równym stopniu przez świat rzeczywisty, jak przez siebie samego. I chyba właśnie przyłapałam się wreszcie na tym, że sama hamuję się i sama utwierdzam w ograniczeniach, sama stawiam mury przed sobą i zatrzaskuję ciężką ręką drzwi. Robię to codziennie. Więc przyłapałam się na wściekłej niechęci do ludzi, którzy otwarcie pielęgnują własne boże iskry, nie wstydząc się swoich talentów, ale przede wszystkim nie wstydząc własnych aspiracji. Nie ukrywając, że chcą czegoś więcej. Może to siedzi trochę w naszej polskiej kulturze. Może w sposobie wychowywania dziewczynek. Może nie. Może to moje osobiste uwarunkowania wyłącznie. Nie mam danych żeby się tak bez wszelkich wątpliwości zdiagnozować. Ale nagle, użądlona przez osę, zainspirowana cudzym odbitym we mnie znajomo błyszczeniem, nagle utulona przez dwóch kościstych siostrzeńców i zaopiekowana przed dwudzietodziewięcioletniego porządnego człowieka, nagle zobaczyłam, że nie muszę. Nie muszę być lojalna wobec kultury, która mówi mi, żeby hamować swoje ambicje. Lojalna wobec przeszłości, wobec tych wszystkich postaci z przeszłości, które z rozmaitych, wielorakich powodów zniechęcały, zarażały cynizmem, podcinały skrzydła i piętnowały rzekomy egoizm tych ludzi, którzy dążą do świecenia, do lekkości, do bycia najlepszym możliwym wydaniem własnego jestestwa. 

      Nagle miałam dowód. Ten profesor. To jaką we mnie jasność otworzył i oczywistość, jaki podziw i jaką chęć, graniczącą z poczuciem moralnego imperatywu, żeby w sobie poszukać tych miejsc, miejsc wielkości. Ci chłopcy piszczący, skrzeczący, nieśmiało rechoczący z radości nad ostatnimi ciepłymi tygodniami jesieni. To jak we mnie echo ich ufności wzbudziło czułość i lwią prawie, waleczną chęć opieki. No i jeszcze. Ten chłopak obok mnie z ciepłą, suchą dłonią, zdenerwowany prawie jak ja, przestraszony być może mojego spokoju i żartobliwości po drodze po pomoc medyczną, troskliwy i solidny. Dzięki niemu na moment pogodziłam się z faktem, że nie radzę sobie zawsze sama. Że nie poradzę. Nie ma nic piękniejszego, nic lepszego niż być swoją wersją najszlachetniejszą, najjaśniejszą. Dla innych.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Fruwać”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 września 2015 12:29
  • piątek, 11 września 2015
    • Podglądanie

      Już pewnie tu o tym pisałam. Gramy ostatnio z moim chłopakiem w takie empatyczne ćwiczenie na wyobraźnię. Wymyślamy sytuację, w której obcy człowiek zachował się aspołecznie i próbujemy go jakoś życzliwie - ale racjonalnie - wytłumaczyć. I daje się. Na wiele rozmaitych sposobów. Podobno wszyscy mamy taki sam naturalny defekt w budowie mózgu - to się nazywa fachowo błąd atrybucji - w związku z którym sobie, znając własne wewnętrzne łańcuchy przyczynowo-skutkowe i własny szerszy kontekst, przypisujemy raczej dobre intencje, podczas gdy działania innych, często widziane w całkowitym oderwaniu od reszty ich życia i przy nieznajomości ich wewnętrznego kosmosu, interpretujemy negatywnie. No to polecam wam to ćwiczenie na okazje, kiedy trudno wykrzesać z siebie chociaż skrawek zrozumienia - przykładowo wobec pana, który punktualnie o szóstej czterdzieści nad ranem zaczął piłą spalinową ciąć okoliczne osiedlowe gałęzie. Pozdrawiam go serdecznie, budzik miałam ustawiony na siódmą i każde dodatkowe dwadzieścia minut snu w misternie układanym rządku domin jakie stanowi moje codzienne życie jest na wagę złota. Więc obudziliśmy się - ja i mój chłopak - i spędziliśmy dwadzieścia dodatkowych minut naszego dnia usprawiedliwiając pana na wszelkie wyobrażalne sposoby. Może ma do obejścia, za głodową stawkę, kilkanaście takich jak nasze osiedli? Może go gonią terminy? Może jego zmiana zawsze zaczyna się o świcie, a on, w odruchu solidarności z innymi ludźmi, rozkłada te poranne pobudki po równo na różne osiedla, a na nasze padło akurat dzisiaj? 

      A poza tym, w każdej wyrwanej pracy wolnej chwili podglądam i podsłuchuję ludzi. Przeczytałam gdzieś, że to świetna medytacyjna technika. Więc wplatam ja pomiędzy jogę, kolorowanie obrazków dla dorosłych, bransoletki z koralików kolorowych, które mnie rzeczywiście wprawiają w pogodny trans. Wplatam ją między spacery z psem w zieleni i wszystko inne, które pozwala trochę mniej zwariować w tym mieście. Jeśli czas i miejsce, w którym mi przyszło żyć to jakaś lekcja od opatrzności, którą trzeba by opanować, jeszcze się nie zorientowałam czemu ma ona dokładnie służyć. Ale być może po prostu. Być może po prostu to mój odwieczny brak pokory.

      Więc kiedy mam chwilę - na przystanku, w kawiarni, w metrze, idąc ulicą, chwilę nie należącą (choć tyle) do pracodawcy, patrzę i słucham. Ostatnio siedziałam w knajpie obok faceta, któremu pół twarzy zasłaniały okulary wirtualnej rzeczywistości. Więc niby tam był koło mnie, ale wcale go przecież nie było. Jego umysł podróżował wraz z oszukanymi sprytnie oczami po innych światach. Bezwiednie ruszał się, odchylał odrobinę, a to w prawo, a to w lewo, podobno to odruch bezwarunkowy, automatyczna reakcja zmysłu równowagi. Podobno zbyt dynamiczna rzeczywistośc wirtualna ogłupia błędnik i można upadłszy wybić swe cenne zęby.

      Więc podejrzałam też, w tej samej kawiarni, z tego samego miejsca, ale innego dnia, podejrzałam grupę młodych, bardzo rozemocjonowanych pięknych ludzi. Robili jakiś film i zastanawiali się na głos, rozważali kogo z pierwszych i drugich stron gazet do niego ściągnąć. Nazwiska znanych aktorek szybowały niewidzialne na kilku częstotliwościach między nimi. A oni, a oni mieli coś, co rzadko widzę ostatnio, mieszankę pewności siebie, jaką daje wpływ, realny wpływ na rzeczywistość, duży budżet i władza obsadzenia w rolach filmowych kogo tylko chcą, mieszankę radości płynącej z wspólnego tworzenia ze spokojem, który płynie z bycia pięknym, dobrze ubranym, szczupłym i medialnym, takiego ułożenia genów i losu, dzięki któremu pasuje się do kulturowych wzorców, nie odstaje się od Vivy, Gali i Twojego Stylu, Sukcesu i Coachingu. Nie ma się dysonansów poznawczych. Nie wyznaje zasad, które raczej przeszkadzają niż pomagają żyć, nie próbuje wyważać pozamykanych, pordzewiałych, a czasem wcale nie istniejących drzwi. Jest się - może nawet dużym osobistym kosztem - ale jest się takim jak inni, takim jak nam powiedziano, że się powinno być. Zdrowym. Szczupłym. Opalonym. Zadbanym. W markowych ciuchach i pewnym siebie. Radosnym i towarzyskim.

      Wiecie, że ostatnio pomyślałam sobie - ja z tym moim wielkim marzeniem, że jak prawdziwy mistrz zen kiedyś zrozumiem i pokocham całą ludzkość - że paradoksalnie zaczęłam się ludzkością interesować w tym momencie, w którym sobie pozwoliłam, naprawdę pozwoliłam, zrozumiawszy głębię swojej goryczy, poczucia niesprawiedliwości, lęku i niechęci - pozwoliłam sobie nie zawsze ludzkość lubić. Jakoś lżej mi jest. Jakoś łatwiej i prawdziwiej. Przynajmniej nie próbuję siłą woli skonfigurować się w coś, co chyba jest w obecnym momencie geopolitycznym, w tym miejscu i w tym czasie - niewykonalne. Być może to była właśnie moja lekcja. Zrozumieć, że istnieję w skomplikowanym świecie i czasem, czasem biologiczne przetrwanie okaże się ważniejsze niż najszczytniejsze nawet ideały, czasem nie pozwoli być takim szlachetnym, tak spokojnym, tak powściągliwym jakby się chciało. Więc cóż. Przynajmniej przed sobą nie udaję że jestem święta, więc trochę łatwiej mi zrozumieć uwarunkowania innych. Błąd atrybucji zdarza mi się nieco rzadziej. Zawsze coś.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 11 września 2015 12:42
  • poniedziałek, 07 września 2015
    • Pozycja w stadzie

      Bo to chyba o to chodzi, prawda? Żeby się w jakimś stadzie, jakimś ludzkim plemieniu, jakiejś wspólnocie zakotwiczyć bezpiecznie, żeby czuć, że można sobie czasem pozwolić na słabość, senność, zawiesić czujność, bo kto inny akurat czuwa w tej chwili, bo nasza kolej na bycie silnym przyjdzie potem, więc można trochę mniej jasno myśleć, trochę stracić skupienie, można się położyć i zdrzemnąć, można nie wiedzieć czegoś, bo akurat może wie to kto inny, czasem można żyć, ale odpocząć od pełni uwagi, więc chyba o to chodzi, że czasem że człowieka trochę głupio poniosą emocje, że mądrość stada zamortyzuje te czkawki, że się rozejdą od nich koła na wspólnotowej tafli, ale tylko po to rozejdą, żeby w końcu ekosystem falował na nowo spokojnie, razem jesteśmy po prostu silniejsi. Bo to chyba o to chodzi, żeby przynależność nie kosztowała autentyczności, żeby się nie trzeba było pilnować dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie kłamać przed sobą, że pewne rzeczy nie bolą, a inne nie wytrącają z chwiejnej dziś równowagi, że nikt nie potrafi bezwzględnie dojrzale nie chwiać się, nie czuć, racjonalnie, niekontrowersyjnie, przezroczyście. 

      Więc dotknęłam dziś przy idiotycznej okazji, jakiejś grze towarzyskiej porannej, przy kawie, w życzliwym, znajomym towarzystwie, dotknęłam swoich najstarszych, najstraszniejszych demonów, zabolały najgłębiej, w miejscu, gdzie decyduje się, gdzie ja decyduję, czy jestem warta miłości.

      Gdzieś ktoś kiedyś pisał, że kobiece emocje kosztują właścicielkę wiarygodność i pozycję w hierarchii. Że się ją nieraz dyskontuje, bo coś poczuła, bo nie zachowała żelaznej, nieprzeniknionej fasady, jakkolwiek tę fasadę nazywać - dorosłość, normalność, profesjonalizm. Zawsze myślałam, że takie bezczucie, sztywność, pustynność wewnętrzna, że dzięki temu kupię sobie życie pozbawione groźby wykopania z kolejnej wspólnoty. Bo już nie chcę. Nie chcę być najniższym statusem usługodawcą. Nie chcę być ostatnia w łańcuchu pokarmowym. Nie chcę istnieć w izolacji, bez wpływu na swój los, bo ktoś bardziej wojowniczy, ktoś bardziej powściągliwy (a tak naprawdę pewnie bardziej wyposażony w materialne i społeczne zasoby, a tak naprawdę pewnie spokojniejszy po prostu o swój byt), bo ktoś, kto ma mniej do stracenia jakoś mniej się cholera emocjonuje i uważa, że to dowód na jego wyższość. Tyle razy słyszałam, że moje życiowe złości, desperacje, że moje głody i zazdrości - że to wynik braku silnej woli, że za mało, wciąż za mało się staram dorosnąć. Że są ludzie, którzy trzymają emocje na wodzy i im będzie dane rządzić światem (pytanie ile z tego świata - pobojowiska - zostanie kiedy tak wszyscy pięknie stwardniejemy i wysterylizujemy się elegancko w środku z emocjonalnej różnorodności - wiecie że w psychologii zaczyna się używać terminu "emodiversity" właśnie, emocjonalna różnorodność, dla osób zdrowych psychofizycznie, biologicznie nietkniętych cywilizacyjną chorobą, co pustoszy wewnętrznie?).

      Więc się boję. Że dla mnie w mojej konkretnej kulturze chwilowa utrata kontroli - taki mamy stereotyp, tak byłam tresowana w dzieciństwie, żeby nie czuć, nie mieć za dużo nadziei, nie cieszyć się za głośno, nie lamentować zbyt absorbująco, nie gniewać ekspansywnie - więc chwilowa utrata kontroli nigdy nie jest złym dniem, gorszym samopoczuciem, tymczasową, jednorazową sytuacją, nigdy nie występuje w szerszym kontekście - w porównaniu z dziewięćdziesięcioprocentowym sukcesem trzymania się mocno i mądrze na co dzień, ale nawet ta jedna skucha potrafi stanowić globalny, obezwładniający, miażdżący dotychczasowe osiągnięcia dowód, że można mnie, kobietę, mniej uszanować, można ignorować, można pomijać, można odebrać uwagę i wpływy, stanowić dowód słusznie przyznanego niższego statusu. Dowód, że taki się babie należy, bo poryczała się albo podniosła głos. Doszłam chyba do momentu kiedy już nie chcę i nie mogę płacić zdrowiem - fizycznym i psychicznym - za codzienne, siłą woli trzymane jak gorset wewnętrzny mury blokujące strumienie zdrowych energii, za wyjaławianie się z emocji, przymuszanie ich do gromadzenia się, wstrzymywanie, bo a nuż mnie ktoś oskarży o dziecinność, bo a nuż zobaczy to jako paszport do traktowania z pobłażaniem, przyzwolenie dla braku lojalności, dla drwiny, dla krytyki, bo chwilowy poryw - czegokolwiek - entuzjazmu, radości, gniewu, smutku - bo chwilowy poryw sprawia, że już nie należę do świata dorosłych, że jestem gorszej kategorii, pośledniej jakości. Mocno mi to w głowie siedzi. W walce o pozycję w stadzie zawsze przegram. Jeśli będę walczyć otwarcie, znajdzie się ktoś bardziej, od dziecka, zaprawiony w bojach, twardszy, bezwzględny. Albo po prostu jeszcze mocniej niż ja przestraszony utraty statusu, więc kąsający, kąsający na oślep, wszystkimi zębami. Albo po prostu nieświadomy, że w jakiejś warstwie rzeczywistości ta przepychanka o pozycję, o przynależność, o wpływ i bezpieczeństwo, o podziw i gwarancję uwagi, że ta szarpanina dzieje się nieustannie, że sam żyjąc walczy, a walcząc chcąc nie chcąc wpływa na innych, podkopując, często bez intencji kopania, ich usilne, rozpaczliwe starania.

      Może to złudzenie zresztą. Może stada są w dzisiejszych czasach wyłącznie wirtualne, może tymczasowe, chwiejne, rozpadają się szybciej niż się tworzą. Może to złudzenie zresztą, stare fantomy dziecinne, z czasów kiedy rówieśnicze grupy naprawdę na śmierć i życie walczyły, bez grama litości karząc słabych i powolnych. Może status to płynna rzecz, rzecz iluzoryczna, niewarta wysiłku. Może pozycja w stadzie istnieje więc tylko, wyłącznie w mojej umęczonej tym walczeniem niewidzialnym głowie. Może jeśli odpuszczę, odpuszczą też ludzie, z którymi się stykam. Może. Może w ludzkim ekosystemie każdy próbuje swoją pozycję zbudować na odrobinę czym innym, nie ma tak naprawdę intencji budowania kosztem kogoś innego, może. Może - jak w lesie gdzie zwierzęta cudowną mądrością natury śpiewają, mruczą, krzyczą i ryczą, kwilą i warczą każde na własnej częstotliwości, może i my tak możemy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 września 2015 10:27
  • piątek, 04 września 2015
    • #pocotuprzyszłam

      Przysiadłam, jak zwykle ja, raczej bliżej końca niż początku sali, raczej z brzegu niż w środku. Od razu opracowałam sobie trasę od mojego miejsca do toalety, jak bieg z przeszkodami, notując gdzie mam po drodze długie nogi, gdzie ktoś narozkładał na ziemi toreb, gdzie będzie się trzeba przeciskać, a którędy przechodzić na widoku wszystkich, dosłownie wszystkich zgromadzonych. Każdy ma jakieś tam swoje dziwactwa.

      Panował charakterystyczny dla pozarządowych konferencji półmrok, rozświetlony tylko gdzieniegdzie geometrycznymi wzorami z kolorowych reflektorów. Na prawo ode mnie, na ścianie, fioletowa kratka. Na lewo, czerwone esy-floresy. Bliżej frontu sali wisiały dwa ekrany. Na jednym wyświetlano z kilkuminutowym opóźnieniem tweety uczestników wydarzenia. Niektóre mijające się odrobinę z faktami, inne pisane na szybko, z literówkami. System oznaczania w tweetach wspólnych tematów krzyżykiem #, tak zwanym "hashtagiem" i sygnalizowania innym użytkownikom Twittera, że do nich się odnosi komentarz zafascynował mnie na moment, odwrócił moją uwagę od toczącego się równocześnie panelu na temat internetowych wydań gazet, wielkiej cyfrowej rewolucji w dziennikarstwie. Jakiś człowiek, pochodzenia najprawdopodobniej postsowieckiego, z którejś z republik kończących się na -stan, pracujący dla niemieckiej publikacji, płynniusieńkim angielskim przedstawiał rankingi artykułów opublikowanych danego dnia, opracowane na bazie algorytmu, który bierze pod uwagę, w różnych proporcjach, klikalność, liczbę wejść na stronę, czas pozostania na stronie, oraz informację o tym, czy internauta przeszedł do konkurencji, czy pozostał na portalu informacyjnym gazety. Dziennikarz, z uśmieszkiem opowiadał jak w tak zwanym newsroomie, na wielkim telebimie, wyświetlane są na bieżąco wyniki poszczególnych artykułów, a ich autorzy mogą śledzić (publicznie, wraz z innymi) swój los tkany z anonimowych danych dostarczanych przez klawiatury i myszy anonimowych użytkowników, a jednak kiedyś w końcu decydujący bezlitosnością statystycznych uśrednień o życiu jakiegoś człowieka. Na końcu dziennego rankingu artykułów były teksty nietrafione, niepopularne, zignorowane przez internetowych surferów. Niektórzy dziennikarze mają problem z przestawieniem się na nową rzeczywistość i piszą tak, nadal, uparcie, jakbyśmy wciąż drukowali wyłącznie papierowe gazety rozkładane przez kogoś szeroko z szelestem przy porannej kawie.

      Niektórzy dziennikarze mają problem z rewolucją.

      Oni wszyscy mówili szybciej, więcej, głośniej niż ja. Wielość bodźców - głosów, cyfr, tweetów, spływających nieustannie, zmieniających się informacji i obrazów - wyraźnie umieli sortować i filtrować, wyraźnie mieli na nie wyższy próg tolerancji. Ciekawie się było znaleźć wśród ludzi, których ciała i mózgi, twarze i głosy tak inaczej ukształtowało ich życie, ich zajęcie, ich otoczenie i codzienne nawyki. Tu było kolorowiej. I ludzie jacyś bardziej czarujący, jacyś łatwiej nawiązujący kontakt, otwarci, z twarzami jasnymi jakąś ciekawością, czujnymi, skupionymi inaczej całkiem niż moja. Mój rozmówca, powód dla którego zjawiłam się na zlocie egzotycznej dla mnie i obcej całkowicie branży, mój rozmówca, człowiek, którego pierwszy raz w życiu zobaczyłam tego poranka (wyszukawszy jego zdjęcie w Google Image wiedziałam jak śledczy, jak detektyw, dokładnie do kogo podejść i z kim porozmawiać), mój rozmówca wyszedł ze mną na zewnątrz i usiadł z papierosem na krawężniku, ja w sukience raczej obcisłej i butach na obcasie nieprzygotowana byłam na taką nieformalność. Na ten jego plecaczek pomarańczowy, który prawie ciągnął po ziemi, przygarbiony, cały w czerni, uczesana, przylizana, pomalowana elegancko w obrazek klasycznej, letniej damy, na ten jego plecaczek, na papieros, na flirt leciutki prawie niezauważalny, na niezobowiązującą, ale tak łatwą banalnie, rozmowę. Weszliśmy w kontakt jak w masło. Mama przez telefon powiedziała, że dziennikarze tak mają. Może powinnam częściej robić interesy z dziennikarzami. Poczułam się atrakcyjna, towarzyska, otwarta, jakby on stworzył mi lustro pochlebne. Mogłabym tak częściej.

      A potem był panel o Data Journalism. Zostałam, chociaż przyszłam tam w całkiem innym celu, załatwić i wsiąść z powrotem w taksówkę, ta konferencja to tylko wymówka. Więc nagle dwudziestoparoletnia dziewczyna, opalona, śmiała, elokwentna, opowiedziała o kolejnej rewolucji, w samym epicentrum tego, czym jest dziennikarstwo. I pomyślałam sobie, dlaczego nie jestem z pokolenia igrek, byłoby mi łatwiej, czyż nie? Byłoby pod pewnymi względami tak łatwo. A ona, ubrana w prostą czarną bluzkę, obcisłe spodnie i męskie buty, z długimi zdrowymi włosami, a ona mówiła jak do znajomych o tym, że w redakcji jej czasopisma gnieździ się dział dziennikarski, który nie wychodzi do ludzi, nie przeczesuje ulic, nie szuka w zaułkach i w spelunach, nie podsłuchuje policyjnego radia. To nowoczesne dziennikarstwo szukające ludzkich historii w statystykach. Otaczają nas dane, dane, dane, dane, setki numerków i procentów, w których kryje się często zrozumienie mechanizmów, procesów, zrozumienie ukrytych połączeń. Więc jest nowe plemię dziennikarzy-analityków, którzy dni swoje spędzają przed komputerami i w interakcji z danymi tworzą nowe wizje świata. Na przykład. W ostatnich brytyjskich wyborach odkryli, przekopując się przez cyfry i cyfry i cyfry, że okręgi wyborcze, w których mniej niż 17% mieszkańców mieszka w komunalnych mieszkaniach zawsze (zawsze) głosuje na konserwatywną prawicę.

      Rewolucja.

      Więc po co tam przyszłam? Zobaczyć coś innego, inaczej, bez celu. Pobyć i sprawdzić jak to się skończy. Być może coś odkryję, czegoś się nauczę. Może dopiero kiedyś. Kto wie kiedy. Dowiem się po co tam byłam i czemu to miało służyć. Nie wiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 04 września 2015 21:12
  • piątek, 28 sierpnia 2015
    • No bo jak to tak

      Żeby mnie ktoś przynajmniej ostrzegł, że któregoś dnia się znajdę sama w epicentrum fenomenu, którego nie opisano jeszcze zbyt pomocnie, chociaż niby ciągle ktoś mi to nachalnie definiuje i interpretuje, te wszystkie głosy dookoła, wykrzykujące swoje wizje świata zbyt głośno, bo przecież i na nie jest miejsce i na moją, wątłą jeszcze się znajdzie. Można ciszej. Ale krzyczymy, bo może komuś to nasze poszukiwanie prawdy ostatecznej, odpowiedzi niewątpliwych, instrukcji obsługi do życia, może komuś coś da w sztafecie pokoleń, w nieustającym się uczeniu ludzkim, indywidualnym i kolektywnym. Bo przecież - sama i nie sama. Bezradna w swojej oddzielności, a nieustannie wspierana. Chcąc nie chcąc. Ciągle ktoś do mnie wyciąga rękę i czegoś uczy i jakoś próbuje pomóc nawigować w tej nawałnicy obcej, nieprzygotowanej, niewyposażonej w odpowiednie narzędzia mnie. A jednak tyle już lat się taplam, w stylu dowolnym, w chaotyczny, improwizowany sposób. Chciałam mieć spójną wizję świata. Chciałam go raz na zawsze zrozumieć. Słuchałam każdego, każdego kto się tylko wychylił z chęcią objaśnienia mi jak to wszystko działa. Żeby mi ktoś kiedyś. Uświadomił, że niczyje inne słowa nie obłaskawią idealnie mojego bycia w świecie. Że to moje osobiste zadanie i największa miłość najmądrzejszej, najpoczciwszej duszy nie wypełni we mnie krateru po podstawowym pytaniu - po co? Po co ja tu jestem? Tyle razy się podłączałam pod cudze wizje i misje, na chwilę mnie to uspokajało, na moment ustawałam w poszukiwaniu własnej niepowtarzalnej nieprzetłumaczalnej ścieżki. Myślałam, że tak się da. Myślałam, że któregoś dnia będę wreszcie w pełni uformowana, gotowa, zwarta i pewna siebie. I wtedy dopiero. A tymczasem to już. Czy wiecie, że na świecie jest w tej chwili 7 337 986 888 mieszkańców? A kiedy stawiałam znak zapytania przy ostatnim zdaniu (piszę szybko, uczyłam się bezwzrokowego pisania na klawiaturze w wieku piętnastu lat, w szkole średniej w Lansing, stan Michigan), a kiedy stawiałam tamten znak zapytania, tuż po wybiciu palcami na klawiszach słowa "mieszkańców", na świecie było już 7 337 986 930 osób. Ciągle nas przybywa. Ciągle przybywa opowieści i sensów i ścieżek, w ekosystemie delikatnym głosów ludzkich uczymy się sami, bez pomocy, swojej unikalności, szukamy współbrzmień i harmonii, boże jak boli śpiewać cicho, nucić bez partytury, samemu. W ciszę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 28 sierpnia 2015 08:54

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl