Kucharka Zen

Wpisy

  • czwartek, 29 czerwca 2017
    • O polskich pisarzach

      "Filip Springer, Łukasz Orbitowski, and Joanna Bator are inheritors not only of the Cold War’s conflicts, but also of the accelerated westward push Poland made after 1989. Theirs is a generation that jumped over from living in a closed police state to being free to visit New York and Paris—and discover how little their post-Soviet currency and education could buy them there. Theirs is also a generation that saw economic inequality increase vertiginously within Poland itself, as some professions—and indeed, some individual temperaments—adapted to capitalism much more easily than others, in a way that neither the old communist ideologies nor the new capitalist ones could quite account for. Coming down from an early intoxication with capitalism, this generation of writers has adopted narrative modes that are at once deeply historical and deeply speculative. Fantasy and dystopia offer them means of burrowing into the contradictions of their country’s economic and cultural condition."

      Marta Figlerowicz. Boston Review, "The Dystopia Next Door"

      "Filip Springer, Łukasz Orbitowski i Joanna Bator odziedziczyli nie tylko konflikty Zimnej Wojny, ale również przyspieszone pchnięcie na Zachód, które wykonała Polska po 1989 roku. Ich pokolenie przeskoczyło z życia w zamkniętym państwie policyjnym w wolność odwiedzania Nowego Jorku i Paryża - tylko po to, żeby odkryć jak mało da się tam kupić za ich postsowiecką walutę i zdobyć swoją postkomunistyczną edukacją. To również pokolenie, które doświadczyło oszałamiającego skoku nierówności społecznych i ekonomicznych w samej Polsce, kiedy pewne grupy zawodowe - a nawet typy osobowości - przystosowały się do kapitalistycznej rzeczywistości dużo łatwiej niż inne, w sposób niewytłumaczalny ani przez stare komunistyczne, ani przez nowe kapitalistyczne ideologie. To pokolenie pisarzy, które trzeźwieje po wcześniejszym zachłyśnięciu kapitalizmem, a teraz przyjmuje jednocześnie głęboko historyczny i głęboko spekulatywny sposób pisania. Fantastyka i dystopia pozwalają im dokopać się do fundamentalnych sprzeczności ekonomicznego i kulturowego stanu własnego narodu."

      http://bostonreview.net/literature-culture/marta-figlerowicz-dystopia-next-door

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 czerwca 2017 15:26
  • sobota, 24 czerwca 2017
    • Dom Mehoffera

      Kanapa jest w kolorze mchu i ma mszystą aksamitną fakturę. Sama myśl o niej łaskocze wnętrze dłoni. Nie dotykam, bo to przecież muzeum, ale kusi niemożebnie. Kwiaty w obfitości, niektóre suszone, kruche i ostre, ułożone w misterne bukiety w kryształowych wazonach stojących na koronkowych obrusach. Niektóre z kolei malowane, nakładane olejną farbą na płótno ponad wiek temu, poszarzone wieloletnimi warstwami kurzu. Ponad wiek temu, a jednak ciągle jeszcze czuć w tych pokojach właściciela tych kwiatów i autora kwitnących portretów. Na jednym, najbarwniejszym z całej serii podobnych - dama, pianino, dywan pod jej stopami też z motywem roślinnym, liście poskręcane malowniczo. Tę dwójkę ludzi - malarza i elegancką żonę, muzę - otaczały pieszczące zmysły przedmioty. Jej suknia jest biała, długa, z atłasu, wyobrażam sobie jak musiała szeleścić przy najmniejszym ruchu, jak wzbudzać rozkoszne drżenie, jej bluzka w kolorze bardzo dojrzałej, soczystej pomarańczy, z obfitą szarą koronką kaskadami opadającą z jej ramion. Kapelusz jak puch, z leciutkimi śnieżnymi piórami. W ręku ma gałązkę iglastą, na pewno chropowatą, z pozoru niepotrzebną, ale gałązka, bez innej jak tylko estetyczna funkcji, okazuje się nieodzowna dla kompozycji obrazu. Bez niej nie miałby środka ciężkości.

      - Elegancka kobieta. - mówię, porównując kolejne portrety w tej serii, kreacje modne tak dawno temu, a jeszcze dziś budzące podziw, kobiece.

      - A wie pani, że ona też była malarką?

      Nie chcę wiedzieć. Nie chcę znać kolejnej historii malarza, za którym stała ukryta żona/muza/artystka. Polska Camille Claudel. Nie chcę się zastanawiać, dlaczego on, a nie ona. Dlaczego ten dom nosi jego imię, a w sklepie na dole kupujemy jego, nie jej pocztówki, albumy, plakaty. Dopiero teraz, nagle, widzę, że w rogu, prawie za kulisami tego portretu żony artysty z gałązką w ręku (nie wiem, jak miała na imię, przecież to tylko żona) za stołem czeka dziecko, dziecko czeka na matkę, na obiad, stół już gotowy, zastawiony pustą białą porcelaną, a wśród porcelany kolejny bukiet. Już wiem, że to jej bukiety. Żony, muzy, artystki. To ona z miłością i z namaszczeniem układała z nich kompozycje. Nie on. Nie chcę wiedzieć więcej. Nie chcę, bo jeśli usłyszę, poczuję jak to jest być tą kobietą i zacznę krzyczeć, płakać, niszczyć. Więc nie. Rozmawiam z kustoszką, która wmusza we mnie, zanim się orientuję, że to już koniec towarzyskich pogaduszek, historię jej własnego życia. Profesor mikrobiologii, być może właśnie z jej Alma Mater tutaj trafiłam, żeby odpocząć od kwiecistych, niezrozumiałych monologów serii siwowłosych mężczyzn w wymiętych garniturach. Profesor mikrobiologii, zachorowała ciężko, zwolnioną ją z pracy, pierwsza emerytura wprawiła ją w rozpacz, zatrudniła się tutaj, ale wie pani ile tu płacą? Po odliczeniach, po podatkach, po składkach? Nie wiem, i nie chcę wiedzieć, nie rozumiem, dlaczego dzieli się ze mną dziś swoim nieszczęściem, boję się losu starzejących się, zbiedniałych, samotnych starych kobiet, które czepiają się obcych w nadziei na pomoc. A nuż i mnie jest taki sam los zapisany. Ale jak mogę ja pomóc byłej profesor? Umiem tylko tak, że pokazuję jej jeden z obrazów na ścianach i mówię, że mi się wydaje, że Mehoffer lubił świat, że traktował świat z czułością i że musiał też mieć dużą łatwość w kontaktach z ludźmi, bo jego modele - mężczyźni, kobiety, dzieci, starzy i młodzi, wytworni i prostolinijni - wszyscy wyglądają pogodnie, spokojnie i błogo. Tu, w tym domu też jest kojąco, też przyjaźnie. Pani profesor rozluźnia się trochę i nawet jakby uśmiecha. 

      - Tak. - kiwa głową. - Tak mogło być. Proszę pójść ze mną, coś pani pokażę.

      Myślami byłam daleko, w zwielokrotnionym złą akustyką hałasie sal wykładowych, lastryko i stara farba olejna jakby z egzemą, w przemówieniach, w żargonie, w wielogodzinnych sesjach nauczania, które kiedyś, kiedy studiowałam, wymagały długich godzin bierności. Wymagały wstrzymania swojej chęci pytania, zaprzeczania, dyskutowania, dorzucania własnych obserwacji, ruchu, twórczości, aktywności. Chodziliśmy często na wagary. Albo piliśmy wódkę, chichocząc, dobrze ukryci w tylnych ławkach. Żeby wytrzymać. Dzisiaj wracam w uniwersyteckie ławy i - przyzwyczajona do autonomii, sprawczości, przyzwyczajona być podmiotem działającym, mówiącym - nie potrafię przetrwać tylu godzin nieruchomo i anonimowo. Rozpieszczona, nie rozdaję swojej uwagi byle komu i na byle co. Mehoffer to moje zawodowe wagary. Wracam zmysłami do Mehoffera, do buduaru jego żony, do pokoiku japońskiego, cudeńka w krwistobordowym kolorze, macicznym, pieszczotliwie, prymitywnie bezpiecznym. Wdycham tamten świat sprzed ponad stu lat, bez multikin i wrzasku sklepowej muzyki przepychającej się na korytarzach galerii handlowej, nieprzestymulowany, więc gotowy zatrzymać się na drobnym szczególe, zdolny dać na siebie oddziaływać małym zmysłowym rzeczom, bliski ciału i duszy. Na moment, prawie, jestem nikim w najlepszy możliwy sposób. Na moment, prawie, jestem u siebie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 24 czerwca 2017 22:15
    • Leżę

      Leżę sobie, a pode mną chłodna, wilgotna do szpiku kości ziemia. Zbiera się na deszcz, na wschodzie ciemne chmury kumulują się w grożną, spiętrzoną plamę, ale ja jeszcze nie idę do domu. Mam czas. Mój brzuch jest pełen po brzegi, kojąco wypełniony dobrze przeżutą trawą, jej ostrymi długimi blaszkami. Syty. Trawa otacza mnie, trawa tworzy miękki dywan pod moimi czterema zmęczonymi nogami. Faluje na lekkim wietrze, tworząc oceaniczny krajobraz. Zieleni się wczesnym latem. Moje jasnobrązowe ciało, ciężkie po całym dniu, chłodzi się dziś. Wczoraj, prawie identycznym wczoraj, bo moje dni zlewają się w ciąg regularnych i nieodróżnialnych jednostek, wczoraj wypełnionym łapaniem i miażdżeniem zębami zielonych źdźbeł, wczoraj wypełnionym miarowym mlaskaniem, wczoraj gorąco nie pozwalało cieszyć się tym prostym światem. Wokół mnie rodzina i przyjaciele, wszyscy przeżuwają cierpliwie. Stare, swojskie stado. Daleko, ale nie aż na horyzoncie, trochę bliżej, pędzi coś długiego, metalowego. Przez przezroczyste otwory widać ludzi, takich jak mój gospodarz, tyle że bardziej zamyślonych, ponapinanych, przestraszonych jakby. Migają mi ci ludzie w tych otworach od świtu do zmierzchu, regularnie to w jedną to drugą stronę gnając długim metalowym wężem. To był dobry dzień.

      Dziś chciałabym być podkrakowską krową. Wyobrażam sobie przez krótki uwodzicielski moment życie zredukowane do świetlistego, intensywnego tutaj i teraz. Otulona niskimi wzgórzami, zaopiekowana soczystą zielenią wczesnego lata - na przemian żółtawą, srebrnawą i brązowawą, na przemian połyskliwą i matową, soczystą, wpatrzona bezrefleksyjnie w białopopielate, niezdecydowane dziś niebo, w moich członkach płynąłby fizjologiczny spokój, rezultat przewidywalności, prostoty, powtarzalności. Wszystko wokół - moje stado i moje pole - tak dobrze znajome, tak kojąco niezmienne.

      Tymczasem ja mknę odwrócona tyłem do kierunku mknięcia aerodynamiczną strzałą pociągu. Świat przed moimi oczami płynie wstecz. Ucieka mi. Logistyka mojego dnia obejmuje taksówki i przesiadki, dworce, hotele, konferencje, bilety, kupony i rezerwacje. Mam wystąpienie. Mam plakaty i broszury. Koncert w teatrze i jakiś pospieszny obiad. Nie znam tam nikogo. Nigdy nie byłam w żadnym z wyznaczonych miejsc. Będę dziś rozmawiać z młodymi naukowcami. Nie zrozumiem, czym się zajmują. Farmakokinetyka. Bioekwiwalencja. Ktoś z Moskwy opowie o systemie chromoforowej regeneracji (CRS) z siatkówki ośmiornicy. Serio. Ktoś z Szeged będzie opisywał funkcjonalną charakteryzację członków rodziny CRK w wysokich roślinach Arabidopsis thaliana. Obok mnie siedzi milczący obcy człowiek. Może śpi. Łypię na niego kątem oka. Wydaje mi się, że jego oddech zwolnił, pogłębił się, więc nichybnie obściskuje się z Morfeuszem. Odgradzam się od niego ostatecznie wytłumiającymi dźwięk słuchawkami. Mam torbę pełną gadżetów i papierów. Plik dokumentów dotyczących komercjalizacji wyników badań naukowych. Opakowałam się w te wszystkie przedmioty i w wiedzę jak ślimak, co bierze na swoje plecy dom, a jednak tak bardzo, tak bardzo zazdroszczę ciemnobeżowej krasuli.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 24 czerwca 2017 21:13
  • czwartek, 15 czerwca 2017
    • Odzyskiwanie zachwytu

      Próbuję nie konsumować. Naprawdę próbuję. Mam kilka wolnych dni, planuję się bezwstydnie obijać i nie przychodzi mi do głowy prawie nic oprócz konsumpcji (książek, seriali, filmów, kawy, lodów i sushi, kupiłam też trochę ubrań na urlop, wakacje więc również spędzę konsumpcyjnie). Konsumpcji, plus może trochę sportu i seksu. 

      Ale nie. 

      Siedziałam w organicznej kawiarni - takiej, która sprzedaje gryczane kulki mocy, bezglutenowe ciasta orzechowe i serwuje kawę z pięcioma możliwymi rodzajami mleka - krowiego, sojowego, owsianego, bez laktozy i jaglanego. A może mieli jeszcze i migdałowe? Przemiły pan barista otworzył przede mną kawiarnianą lodóweczkę, a w niej wyłącznie kartony z białym płynem, stłoczone jak pasażerowie autobusu w godzinach szczytu. Siedziałam na zewnątrz organicznej kawiarni, mój leżak na granicy słońca i cienia. Zdjęłam espadryle i wystawiłam na działanie witaminy D3 nagie stopy z pomalowanymi czerwonym lakierem paznokciami. Leżak był zielony. Na uszach miałam słuchawki z audiobookiem, w którym seryjny morderca szarpie się właśnie ze swoją dwudziestą ofiarą. Przede mną leżał artykuł o folwarczności relacji międzyludzkich w Polsce, o tym, że od rodzicielstwa poprzez małżeństwo aż po relacje zawodowe i publiczne przeżera nasze interakcje logika nierównej władzy - jesteś albo Panem albo Chamem, nic pomiędzy. Zrozumiałam nagle swoją introwertyczność, ten pomysł żeby wolne dni spędzać obijając się w rozkosznej samotności, w kokonie braku relacji. Ale to zdradliwe, niezdrowe i niedoskonałe rozwiązanie bardziej fundamentalnego problemu jaki mam z wychodzeniem z domu. Mogę mieć doskonałe zrozumienie i współczucie dla swojej własnej niechęci wchodzenia z ludźmi w relacje, które prędzej czy później muszą się skończyć ustaleniem, kto stoi wyżej w jakiejś gatunkowej hierarchii (dla ułatwienia dodam, że na ogół ustępuję, a kiedy mi się zdarzy próbować nieco lepiej się poczuć sama z sobą, mam wrażenie, nieodmiennie, że druga strona czuje się moją wspaniałością osobiście dotknięta, wręcz skrzywdzona, jakbym nie miała prawa być OK nie uznając równocześnie, że ona nie jest OK, jakby ta gra musiała się toczyć zero-jedynkowo).

      Ale byłam wśród ludzi. W pewnym momencie moje socjologiczne rozmyślania przerwały donośne dzwony i przypomniałam sobie, że jestem w Polsce, katolickim kraju, że jest Boże Ciało, że usiadłam w jednej z niewielu czynnych dzisiaj w mojej okolicy knajp, znajdującej się tuż obok kościoła. Że przed kościołem stoi tłum ludzi i proporce powiewają i ministranci w czerwonych kubraczkach zaganiają niesforne owieczki do peletonu pochodowego, że muzyka i że kadzidło, w moje nozdrza wśliznął się znajomy dym kadzidła. Złapałam się na tym, że uznaję tę procesję za kolejną atrakcję tego dnia, w którym wszystko konsumuję. Oglądam, oglądam jej uczestników jak statystów w egzotycznym filmie, egzotycyzuję ich, obserwując ich rytuały i zastanawiając się nad tą, już dzisiaj obcą mi kulturą. Co sprawia, że przy dzisiejszej wielości opcji Polacy nadal tak entuzjastycznie, tak tłumnie zbierają się w kościelne społeczności? Czy ta grupowość pozwala im o czymś zapomnieć? Czy w niej znajdują ukojenie? Uczestnictwo, które mnie już dawno wydaje się obce i prawie niemożliwe? Krępy mężczyzna gotujący się na słońcu w czarnym garniturze przebiegł przede mną w stronę czoła pochodu, z jakąś partyturą. W głębokim, przyciszonym tle tej całej sceny zabrzmiały nagle instrumenty. Zapomniałam już jak to jest być elementem takiej zbiorowości. Nie tęskniłam do niej, kojarzyła mi się z przymusowym ograniczeniem własnego życia wewnętrznego, z ubraniem go w rytuały i formułki, które nie odzwierciedlały wcale moich potrzeb. A jednak. Ciągnęło mnie do tego tłumu. Do samego faktu, że jest razem, że się synchronizuje, że mu przyświeca jakiś wspólny cel, wspólna symbolika go organizuje i spaja.

      Kiedy procesja przeszła, zostały stoiska z obwarzankami i wielobarwnymi wiatraczkami dla dzieci. Sprzedawano też pojemniki z płynem do puszczania baniek mydlanych. Na wprost kawiarni, po przekątnej skweru przed kościołem, w okienku można było kupić lody. Nie jestem tylko konsumentem, ale zabrałam rower i pojechałam do lodziarni. Wybrałam cztery sorbety na wynos, miła Ukrainka spakowała mi je do termicznego styropianowego pudełka. Smak pomarańczy, cytryny z ogórkiem, marakui i mrożonej herbaty. Wzięłam sobie jedną gigantyczną kapiącą gałkę na miejscu, usiadłam na ławeczce. Przede mną na poziomie gruntu z kilku rzędów otworów tryskała woda, w wychoreografowanych sekwencjach. A po płycie tej płaskiej fontanny, jak wszędzie na świecie, gdzie można znaleźć podobne wodotryski, śmigały rozentuzjazmowane dzieci. Dziewczynka w czerwonej tiulowej spódnicy, jak z obrazka, karminowy klejnocik czyjegoś życia, córka czy wnuczka, nie nawiązywała kontaktu wzrokowego ze swoimi opiekunami, więc nie wiedziałam, z kim przyszła. Była całkowicie pochłonięta ściganiem wody, odgadywaniem z wyprzedzeniem logiki tej wodotryskowej choreografii. Tańczyła, kopała, walczyła, śledziła. A ja śledziłam ją. Nie jestem konsumentem, ale przez moment niczym innym nie potrafiłam być. Biernie i bez czucia, ale wchłaniałam te obrazki. Do przemoczonych dzikusów w fontannie na moment dołączyła grupa harcerek. Szare mundury, ciężkie skórzane trzewiki i wełniane skarpety do kolan szybko przemoczyły się w tej rozchichotanej przepychance. Chciałam czuć zachwyt.

      Czy nie na tym właśnie polega bycie konsumentem - lodów, kawy, nawet ludzkich miejskich obrazków takich jak ten pośrodku skweru, rozbrykane umundurowane podlotki poddające się czystej radości, która jednak ani trochę we mnie nie rezonowała. Czasem mam wrażenie, że niegdysiejsze obywatelskie obowiązki dzisiaj zastąpił obowiązek zachwycania się. Dla mnie, jako kobiety, jeszcze dodatkowo zwielokrotniony. Jako konsument powinnam wpadać w zachwyt i automatycznie poddawać się naporowi pokusy - produktu czy usługi. Powinnam ciągle chcieć i ciągle się zadurzać - w politykach, w hotelach i ośrodkach spa, w sukienkach, w zegarkach i w wegańskich barach. Jak inaczej nawigować po neoliberalnym mieście? Co innego zostaje do zrobienia poza zachwytem i pokusą i zakupem i konsumpcją? Kim będę jeśli się sama przed sobą przyznam, że nie odczuwam. Że wypalił się we mnie zachwyt na zawołanie, gotowość do zakochiwania się od pierwszego wejrzenia, żyzność podatnej na sugestię gleby. Niewiele dziś robi na mnie wrażenie. Może to wycofanie zachwytu to rodzaj walki o własną wewnętrzną wolność, o autonomię. Tak się tylko może mogę bronić przed naporem możliwości, przed kakofonią ofert. Mogę nie chcieć. nie cieszyć się, być obojętna. To mój konsumencki przywilej. Nie musieć kupować nic ponad to, czego naprawdę potrzebuję. To mój obywatelski przywilej - nie być zafascynowaną, zaczarowaną, zmanipulowaną charyzmą jakiegoś polityka, celebryty czy coacha. Zapytać, ale o co chodzi? Co w nim takiego szczególnego? Przecież też w prywatności swojego domu je, śpi, puszcza bąki i boi się choroby, szaleństwa, wykluczenia i śmierci, jak my wszyscy. Nie uchroni nas przed tym nikt, nawet on. Moja obojętność jest tarczą przeciwko oczekiwaniu, że zarówno w pracy jak i w przyjaźni będę generować nieustający podziw wobec całej rzeszy ludzi, którzy nie mają najmniejszego zamiaru się odwzajemnić. No to sorry.

      Ale jałowe życie? Całkiem pozbawione zachwytu? Tylko po to, żeby już nikomu się go ode mnie w żadnym niecnym celu nie udało wymanipulować? Przecież to ja na koniec płacę za tę obojętność. Ja wyschłam w środku jak pustynia, uprzedzająco grzeczna, samowystarczalna, chłodna i osobna. Próbuję pohamować tę swoją psio naiwną czułość, którą chętnie bym obdarowała tyle osób. Zaczynam powoli nie dawać rady jej trzymać w karbach. To moje "nie dam", żebyście nie mieli takiej satysfakcji, godzi we mnie samą. Kiedy harcerki wróciły do stolika, gdzie porozkładały samodzielnie pieczone ciasta i ciastka, koślawy sernik odrobinę przypalony, zakalcowate kruche z rabarbarem, wzorcowe brownie, piękne okrągłe amerykańskie i maślane cookies, na płycie fontanny została tylko mikra piękność w czerwonej spódnicy. Zjawiskowa. Nawet ja nie dałam rady się oprzeć jej płynnym, pewnym ruchom, temu zrozumieniu się ze światem zewnętrznym, idealnej harmonii. To nie podlega konsumpcji. To czysta szczodrość. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Odzyskiwanie zachwytu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 czerwca 2017 16:08
  • środa, 14 czerwca 2017
    • Społeczeństwo zmęczenia

      To są na razie ułamki sekund. Jakby zakłócenia w matriksie. Trzylatek śmiejący się do swojej mamy, twarz w twarz, małe ząbki przedszkolaka szczodrze obnażone, ufne oczy, rozświetlona radością twarz. Jezusmaria, poczułam w sobie jego rozgrzaną skórę, krążyła we mnie jego rozbawiona, rozochocona krew. Miałam go przed oczami w zwolnionym tempie, ozłoconego późnym wieczorem wpadającym przez nadtłuczone wykuszowe okno do dużego pokoju jego rodziców. Najedzonego sushi i bezglutenowym ciastem z truskawkami. A potem znowu popadłam w bezczucie, w znany mi dobrze stupor czterdziestolatka. Coś rezonowałam, perorowałam, racjonalizowałam. Intelektualizowaliśmy, generalizowaliśmy, uprawialiśmy projekcję. Dysocjowałam. I znowu. Jezusmaria. Dwulatek, którego zimne stópki zaskoczyły mnie, rozedrgały, postawione na moich wielkich stopiskach chłodziły aż się zatrzęsłam. Wzdłuż kręgosłupa zszedł mi dreszcz delikatny, a z nim zmył się wszelki niepotrzebny szlam. Opadła mnie trwoga i uspokojenie zarazem. Ale siedziałam tam chyba pięć godzin. Perorując, rezonując, dyskutując i plotkując. Zdysocjowana. A jeszcze wcześniej, jezusmaria, tego w ogóle nie da się ubrać w słowa, ta mała, kilkumiesięczna, która zaczyna mieć w pełni ludzką twarz. A ja zaczynam rozumieć jej język. Nie wiem, kiedy ostatnio byłam z czegokolwiek aż tak dumna, kiedy ostatnio cokolwiek rozszczepiało mi te moje wszystkie wewnętrzne skrzepy znieczulające przed prawdziwym życiem i kazało czuć. Przestraszyłam się jej niezmąconej niczym fizyczności. Miała imię, ale istniała tylko ruchami, spojrzeniami, bezzębnymi uśmiechami, czystą fizjologią. Miała imię, ale nieskażona była jeszcze sztywną dorosłą osobowością. Czysta energia, jej drgnięcia mówiły nieskazitelną prawdę. Wymogła na mnie spojrzeniem niezmąconym, uniesionymi w górę rączkami, sprawiła że ją wzięłam na ramiona. Pogłaskałam, dotknęłam brzuszka, pod powierzchnią którego, tak płytko i tak podatnie na awarię, miała maleńkie narządziki. Ciemiączko. Mój chłopak nie bierze jej na ręce, bo się boi tej niesklejonej jeszcze na stałe czaszeczki delikatnej. Łatwo tłuczącej się istoty. Przestraszyłam się nagle. Była tak zależna i tak niewątpliwa jednocześnie. W zeszłym tygodniu ratownik medyczny opowiedział nam, że noworodki są praktycznie niezniszczalne, ale mu nie uwierzyłam. Zupełnie mu nie uwierzyłam.

      Pisałam ostatnio, że główną cechą, która mnie określa jest zmęczenie. Samotne, odgradzające od świata, zmęczenie maratończyka, który nie przyjmuje do wiadomości drugiego miejsca, jest w stanie myśleć wyłącznie zero-jedynkowo, jak czujne zwierzę walczy ze światem o przeżycie, ale zaczynam w tym zmęczeniu, przekształcającym się powoli w coś głębszego, autentyczniejszego, wspólnotowego, rozpoznawać innych. Wypalonych, przebodźcowanych, nieufnych, wyeksploatowanych i nieustannie zdobywających. To już nie znużenie dobrobytem, przesyt, to już nie przejedzenie i przebodźcowanie, to nie wyświechtanie wszelkich dotąd przyświecających mi ideałów, to nie zepsucie wewnętrznej busoli, która mnie rzuca chaotycznie zgodnie ze swoją awaryjną logiką to tu, to tam. To już nie rywalizacja patologiczna, nie wyścig z samą sobą, gdzie inni towarzyszą mi tylko na dystans jak zamazane sylwetki kibicujących wzdłuż trasy widzów i wielbicieli. Wczoraj po raz pierwszy od wielu lat wróciłam ze swojej wysokiej elitarnej góry do analogowego bycia z innymi. I chciałabym się tam zadomowić. Po raz pierwszy też, symptomatycznie, logicznie, ktoś się odważył mi powiedzieć, że bywam czasem nie do wytrzymania. Zadufana w sobie, nazwał mnie. Przyjrzałam się czule temu słowu. Zadufana w sobie. Tak jakbym miała przerośnięte, zrakowaciałe zaufanie do samej siebie, taka samowystarczalna po granice przecenienia własnych możliwości, odgradzająca innych od kontaktu z własną duszą, niezdolna polegać na kimkolwiek poza sobą.

      "Zmęczenie w społeczeństwie osiągnięć to zmęczenie samotne, które izoluje i odosabnia. (...) Takie poróżniające zmęczenie człowieka 'oślepia i ogłusza'. Ja wypełnia wtedy pole widzenia. (...) Okazuje się ono przemocą, gdyż niszczy każdą wspólnotę, cokolwiek wspólnego, każdą bliskość, a nawet sam język. 'Skazanych na niemotę, zmęczenie zmuszało do przemocy, nawet jeśli mogła się ona wyrazić jedynie w spojrzeniu wypaczającym obraz drugiego'. (...) Głębokie zmęczenie [natomiast] otwiera nawias tożsamości, rzeczy migoczą, błyskają, drżą na swych brzegach. Stają się bardziej nieokreślone, przenikalne i tracą coś ze swojej ostateczności. Ta szczególna bez-różnica nadaje im aury przyjaźni, a sztywne rozgraniczenie względem innego zostaje zniesione."

      Byung-Chul Han, "Społeczeństwo zmęczenia" w Krytyce Politycznej #45

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 14 czerwca 2017 18:23
  • niedziela, 11 czerwca 2017
    • Curriculum Vitae

      Mam czterdzieści lat i, jeśli musiałabym być całkiem szczera, a szczerość bolesna bywa tak, że raz na jakiś czas przytyka oddech, nie jestem przesadnie kompetentna w jakiejś konkretnej, wyrazistej dziedzinie. Umiem gotować. Szczególnie dobrze się sprawdzam kiedy w lodówce zostaje trzy przypadkowe składniki na krzyż. Wtedy włącza mi się kryzysowa kreatywność (w końcu wychowałam się w nędznych kulinarnie latach osiemdziesiątych, karmiona serkami topionymi, białym chlebem i mięsopodobną papką w szkolnej stołówce). Kryzysową kreatywność mam w krwioobiegu, jestem pewnie na nią skazana, bo już za późno kłaść nowe zręby swojej osobowości, obfitość neoliberalna - te wszystkie pełne półki i nadmiar, nadmiar, przesyt - zamiast mnie wprawiać w codzienną euforię, bo skraca się czas między odczuciem potrzeby a jej spełnieniem, bo czasem nawet nie wiem, że mam potrzebę, a już ktoś mnie kusi, że ją nasyci, więc ta wielość, do której nie przygotowało mnie moje PRL-owskie wychowanie powoduje rodzaj paraliżu. Znam się na deprywacji. Mam wpojone przez dziadków, którzy przeżyli wojnę i powojenne traumy, że w spiżarce zawsze musi być jakaś puszka, jakiś makaron, jakieś słoiki z przetworami, mam wpojone całowanie chleba, który spadł na ziemię i wyrzuty sumienia jeśli wyrzucam zapomniany, zmarnowany spleśniały dżem z lodówki. Oszołomiona i bezradna staję w supermarkecie i nagle naprawdę nic nie chcę. Chcę być w osiedlowym baraczku warzywno-owocowo-spożywczo-monopolowym. I mieć do wyboru mleko, ser, kiełbasę i śledzia. Wtedy - w prostocie trzech rzeczy na krzyż - wtedy na nowo się odnajdę. Na nowo sobie przypomnę, kim jestem.

      Języki łapię dość łatwo. Słowa lubię. Lubię idiomy, te wszystkie nieprzetłumaczalne byty, które tworzą nie tylko język, ale i sposób filtrowania świata. Kiedy się pozna słowo umami, nie można już wrócić do niewiedzy, że istnieje smak mięsisty, mroczny, grzybowo-wędzony, sycący i satysfakcjonujący. Umami. Lubię nazywać rzeczy, których doświadczam, tworzyć całkiem nowe idiomy, dobierać metafory, rozbierać na małe kawałki istniejące puzzle języka i składać je na powrót w konfiguracje zgodniejsze z otaczającymi mnie zjawiskami.

      Jestem maszyną do uczenia się, poznawania, doznawania, poszerzania sobie horyzontów. Być może to niezdrowe. Trudno mi się zatrzymać w jednym miejscu. Rzadko się nudzę, a nawet jeśli, szybko zaczynam się nudzić z radością, korzystając z niezagospodarowanego czasu żeby się wokół siebie czujniej rozejrzeć. Posłuchać. Ostatnio szłam po podwarszawskiej wsi i dotarło do mnie miarowe skrzyp, skrzyp, skrzyp nienasmarowanej huśtawki ogrodowej. Ucieszyłam się. Że w tę wiejską symfonię, psio-kogucio-gołębio-kosiarkową, nie wtargnął jeszcze podskórny huk metropolii. Przez niego drą się ptaki, gardziołka rozrywają sobie przekrzykiwaniem maszyn. Tutaj nawet subtelne, w mieście niezauważalne, skrzypy nabierają wyrazistości. Więc uczę się, rozwijam, poznaję, jestem żarłocznym, nienasyconym konsumentem nowych, nowych, ciągle nowych rzeczy.

      Mam czterdzieści lat i umiem rozmawiać z ludźmi z różnych kultur. Najdziwniejsze jest to, że nie nauczyłam się dyplomacji wcale a wcale podczas swoich zagranicznych podróży. Podszlifowałam ją tam wyłącznie. Dostałam ją w prezencie od babci-nauczycielki, babci-radnej. Według mnie to nauczycielskie geny i polityczne geny pozwoliły mi umieć rozmawiać. Nie wybrałam sobie biografii, która rzucała mnie raz po raz z miasta na wieś i ze wsi do miasta, która skazała mnie na nawigowanie w przepaści między dwiema mentalnościami - jedną, zanurzoną w biedzie, w naturze i zmysłach, w religii i zabobonach, klanową i kurczową, strukturalnie opresyjną i drugą, brutalną, pełną rywalizacji, bezlitośnie dwulicową, a jednocześnie ciekawszą, barwniejszą i bardziej otwartą, wystawiającą na kontakt z nieznanym, wymagającą nieskończonej elastyczności.  Z tej umiejętności jestem szczególnie dumna. Natychmiastowego wkomponowania się w rozmowę z dowolnym człowiekiem. Koresponduję ostatnio z Duńczykami, mam kumpla o podwójnym, francusko-hiszpańskim obywatelstwie, kumpla Anglika, zaprzyjaźnionego Niemca i serdeczną koleżankę Irlandkę, znajdowałam przez lata wspólny język z Gruzinkami i Marokankami, z Belgami i Szwajcarami. Wczoraj rozmawiałam z informatykiem i architektką krajobrazu, z dwulatkiem, trzylatkiem i pięcioletnim synem alkoholika, przedwczoraj z zakonnicą i dyrektorką ośrodka dla niewidomych dzieci, dzień wcześniej ze strażakiem, ratownikami medycznymi i prezesem fundacji. Od kilku tygodni mailuję po imieniu z dwiema biolożkami molekularnymi i z zespołem, który pracuje nad szczepionką na raka. Dwa tygodnie temu pogadałam z astronautą z NASA i amerykańską socjolożką. Jakaś część mnie nie dopuszcza do siebie tego ogromu szczęścia. Szczęścia, bo to inspirujące, bo to ożywcze, bo to przywilej wielki dostać się na chwilę do cudzych światów. Taksówkarza. Specjalistki od HR. Sąsiada-emeryta. Profesora ekonomii. Psychoterapeutki ruchem i tańcem. Babci trójki dzieci. Mam czterdzieści lat i to jedno umiem na pewno. Przerozmawiałam całe życie, a każda rozmowa budowała mnie, z puzzli tych wszystkich różnorodnych rozmów konstruowałam to, czym dzisiaj jestem. Powinnam być nieskończenie wdzięczna, ale na razie wdzięczność mnie przerasta. Mam alergię na rozmowy rytualne, powtarzalne, nic nie wnoszące, zdradzające fundamentalny brak zaciekawienia innym człowiekiem, wielki strach przed jego innością. Źle reaguję na klanowość okopaną w przekonaniu o własnej racji, o monopolu na kontakt z jedyną, absolutną prawdą. Nie chce mi się delikatnie tłumaczyć, bo wiem, że nieskutecznie wytłumaczę, wiem ile lat sama musiałam dowiadywać się, że absolutnej jedynej, monopolistycznie mojej prawdy nie ma. 

      Nie ma.

      Mam czterdzieści lat i główną moją, kluczową, kompetencją jest coś bardzo nietypowego. Dziwactwo takie. A mianowicie moja demotywacja i moje rozczarowanie. Moja nieufność i moje zmęczenie ogromne. Moje oszołomienie. Moje zagubienie. Śmiem twierdzić, że stanowię wartościowy eksponat, dwudziestopierwszowieczną kobietę, i że każdy rozsądny człowiek powinien się z kimś podobnym do mnie blisko zapoznać, wypytać o moje życie, zainteresować się moim światem. Jestem dzieckiem komunizmu, uczonym zbyt wcześnie i zbyt późno zarazem, nieodwracalnie, korporacyjnych kodów kulturowych, tresowanym na sprawnego konsumenta, jestem też kobietą szkoloną latami do wczuwania się i wyprzedzania cudzych potrzeb, podlegam światu zewnętrznemu prawie patologicznie, więc raz po raz okazuję się bardzo czuła na jego nadużycia, na każdą, nawet mikrą przemoc. Pracowałam w rozmaitych miejscach, oddawałam się pod opiekę rozmaitym osobnikom i społecznościom, głównie mi z tych doświadczeń zostało poczucie skołowania albo zawiedzionego zaufania, wypalenie, porozpadane na drzazgi, nierozpoznawalne ideały, naiwne być może, łopatologicznie proste, raz na zawsze utracone. Brakuje mi tamtej niegdysiejszej ufnej mnie.

      Zderzyłam się w okolicy swoich czterdziestych urodzin z wstrząsającą dość mocno prawdą - moją główną kompetencją jest wyraziste, osobiste, wieloletnie doświadczenie bycia gdzieś na końcu łańcucha pokarmowego, gdzieś na dole hierarchii w naprawdę źle zarządzanych ludzkich skupiskach. Skąd wiem, że byłam źle zarządzana? Ja - świadek i głosiciel trudności codziennych, dyskomfortów egzystencjalnych, życiowych rozpaczy. Bo poznałam też przez kontrast odwrotność permanentnego niedoinformowania, bycia wiecznie przestawianym biernym meblem w cudzej wizji. Bo mieszkałam w kilku zagranicznych krajach i zobaczyłam (między innymi), jak to jest zostać porządnie wdrożoną do pracy, przeszkoloną, pochwaloną za postępy, delikatnie zapytaną skąd się wzięły moje błędy. Bo miałam sensownych szefów. Bo mnie słuchano. Bo jasno komunikowano instrukcje. Bo mówiono co i jak, kiedy i dlaczego. Bo mam doświadczenie terapii, siedzenia parę lat w czystej relacji, naprzeciw człowieka, który słucha i nie ocenia, słucha i nie porównuje, słucha i nie doradza, nie mądrzy się, nie kontroluje, nie mikrozarządza, nie góruje, nie krytykuje, nie manipuluje, nie poniża, nie steruje. Bo kiedy przechodziłam ze stanowiska na stanowisko, kiedy próbowałam sobie wyszarpać w tym wielkomiejskim, a może nawet globalnym konkursie silnych i nieomylnych jakąś pozycję, jakąś wiedzę, jakąś odrobinę pewności siebie, w końcu któregoś dnia poczułam się pewnie.

      Zawodowo stanęłam na dwóch mocnych nogach, zaczęłam wiedzieć, co robię, naprawdę wiedzieć, specjalistka od czegoś konkretnego, nawigować sprawnie w niesprzyjających warunkach, w sztormie znalazłam kierunek, przepływ, jasność. A potem - zapłaciwszy naprawdę wysoką cenę za wspięcie się aż tak wysoko - za prestiż, za bliskość władzy, za ocieranie się o duże pieniądze, o światową politykę, zapłaciwszy za szacunek, za autonomię, za kontakt z kulturową elitą, która przy odrobinie dystansu okazuje się tylko hermetyczną, niszową, momentami bardzo pretensjonalną grupką ludzi - odeszłam. Teraz próbuję pozbierać się po nieodwzajemnionej ofiarności. Źle zarządzana, źle zarządzana, jeśli jestem ekspertem w czymkolwiek, to w byciu osobą, do której nie docierają ważne instytucjonalne informacje, ekspertem w konieczności walczenia żeby się czegokolwiek dowiedzieć, bo ważniejsi ode mnie ludzie w swoim zamkniętym kręgu podejmują decyzje, które mnie bezpośrednio dotyczą. Ekspertem w radzeniu sobie bez. Bez. Nauczyłam się nie być konsultowana, nie być informowana, nauczyłam się radzić sobie kiedy wokół mnie huczy chaotyczny wielogłos, kiedy mało kto pomaga, nauczyłam się improwizować, amortyzować absurdy systemu, świecić oczami przed klientami, próbować zachować przyzwoitość wobec kolegów i koleżanek, ale czasem nie mieć nawet tej satysfakcji - że się mogłam przyzwoicie zachować. Nie wiem nic więcej.

      No może wiem, jak destrukcyjne, dla całego zespołu i dla każdego jego członka - jest podleganie władzy niedojrzałych, niefrasobliwych, niekompetentnych, narcystycznych, przemocowych albo obojętnych osób. Gorzej - a to już druzgocząca i uwalniająca, uspokajająca prawda, to najważniejsza wiedza, jaką mam dzisiaj - wiem ze stuprocentową pewnością, że sama byłabym nielepszym szefem. 

      I co z takim czterdziestoletnim curriculum vitae? Mam regularnie marzenia o chatce w Bieszczadach, farmie lawendy na Suwalszczyźnie, o własnym kiosku z warzywami gdzieś na przedmieściach. Pewnie na koniec powinnam otworzyć okienko w ścianie gdzieś w mieście, z którego będę ludzi karmić prostym, trójskładnikowym jedzeniem, czytać książki w przerwach między wizytami klientów i gadać, nieprzerwanie, niepohamowanie, z ciekawością rozmawiać z ludźmi. Sama otworzę takie okienko. Bez szefa i bez zespołu. Żeby się nie wikłać w nieuniknione wyszarpywanie i monopolizowanie. Czy może nie?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 czerwca 2017 22:30
  • czwartek, 25 maja 2017
    • Dwie kobiety

      W jednym rogu naszej klimatyzowanej sali stoi kobieta-czołg, dyskretnie prążkowane czółenka na cieniutkich obcasikach, elegancki, praktyczny, prosty czarny kostium, haftowana biała bluzka, uosobienie niezreformowanej prymuski, która od dekad zbiera kolejne czerwone paski. I jeszcze migoczące przy każdym jej żywym ruchu, przy energicznej, rwanej ale kontrolowanej gestykulacji kolczyki. Ona mówi na bezdechu, nie wydaje się już od sześciu godzin zaczerpywać powietrza, może jest superherosem, który wcale tlenu nie potrzebuje? Nie straciła ani rezonu, ani wigoru, ani na moment nie wyhamowała, a ja nie nadążam. W następnym wcieleniu może powinnam być prawnikiem? Ona żongluje argumentami, spontanicznie przytacza studium przypadku, przykłady i ilustracje, pamięta artykuły i paragrafy, ustawy, daty, precedensy, wyroki sądów polskich i europejskich. Wypluwa słowa, słowa, słowa, dane, dane, dane, czasem trochę informacji, rzadko wiedzę, nigdy mądrość. Czeka mnie dwa dni bierności. Może za półtorej godziny uda mi się otworzyć usta i wydać dźwięk. Skomentuję wtedy wybór syropów do bardzo dobrej kawy z porządnego ekspresu, który udostępniła nam firma organizująca szkolenie.

      W drugim rogu sali siedzi koordynatorka tego warsztatu, niespójnie łącząca poczciwość, zmysłowość i kompetencje. Jak dziecko przymierzające dla zabawy stereotypy, jest połączeniem skrajnych wersji dziewczęcości (ta filuterna fryzurka, ta przymilność, słodycz w głosie, uśmiech jak pączek róży, uważność na innych, łatwość w obsłudze), kobiecości (niebotyczne pomarańczowe lakierowane szpilki, obcisłe ubrania, kocie ruchy) i nobliwości (rzeczowe, techniczne wypowiedzi, nieustanna wewnętrzna cenzura, hamowanie spontanicznych reakcji). Wydaje mi się, że nie pasuje do tego, co przywykłam widzieć w polskim biznesie. Jest za mało zimna, za mało zadaniowa, zbyt wyrazista, waha się zbyt często i zbyt długo zatrzymuje słuchając drugiej osoby. Nie ma w sobie witalności niespożytej, nie pędzi, brakuje jej też zacięcia wieloletniego w okolicach żuchwy, tej determinacji w zdobywaniu, obycia z agresją i rywalizacją, z konfliktem. W tej pierwszej kobiecie z kolei, tej z kolczykami, mało znajduję miękkości. Wydaje się stanowcza, przekonana i przekonująca, nieustępliwa wręcz, uosabia władzę, zresztą czyż nie stanowi jej rzecznika? Nie musi nawiązywać z nami kontaktu ani zabiegać o naszą aprobatę, ma wyższą pozycję. Jest potencjalnym zagrożeniem.

      Ta pierwsza płaci chyba większą cenę, mimo pozornie wyższych przywilejów. Mój wzrok przyciągają jej kolczyki. Ostatni wentyl, ostatni symbol, ostatni bastion delikatności.

      Ta druga ma w sobie przedwczesną ciotkę-cnotkę - pewnie w podarunku dla nas wszystkich, żebyśmy uznali ją za przyzwoitą młodą damę, hamuje swoją szczenięcą żywość jakby regularnie pociągała za niewidzialne wewnętrzne lejce, ograniczając narowy, które wmawiano jej od małego. Jakąś demoniczną, niezrozumiałą, mroczną część jej samej, jej cień, z którym nigdy się bliżej nie poznała, więc przemocą go krępuje. Posłuszna nam wszystkim na wszelki wypadek, ale komu konkretnie? Nigdy jej nie zapytano, czy sama z siebie wybrałaby akurat elegancję jako sposób na życie.

      Podobnie jak ta pierwsza, nie sprawia wrażenia świadomie ukształtowanej zgodnie z własną naturą.

      Pierwsza pani znalazła dom w przepisach i regulacjach. Zrozumiałych wyłącznie dla nielicznej grupki bliskich władzy terminach i kruczkach. Oprowadza nas po tym wyniosłym gmachu jak dumna gospodyni. Marmury i kandelabry. Jest naszym przewodnikiem po zawiłościach systemu służącego i wszystkim i nikomu konkretnie, w abstrakcji od naszych codziennych, pragmatycznych potyczek życiowych. Ale przeczuwam, podskórnie, że jej intencją nie jest pomóc nam poczuć się w tym majestatycznym domiszczu jak u siebie. Zrozumieć i się oswoić. Myślę, że chciałaby zamrozić status quo. Podoba jej się sytuacja, kiedy nas takich bezbronnych, bezradnych i zależnych prowadzi jak po sznurku, triumfując kiedy widzi przejawy bezbronności, bezradności i zależności, które nieodmiennie interpretuje jako głupotę i publicznie wyśmiewa.

      Druga kobieta tymczasem, w swoim kąciku, dyskretnie, bezszelestnie stuka w komputer i bezgłośnie stempluje nasze certyfikaty uczestnictwa w szkoleniu.

      Za oknem mamy widok na rozsłonecznione miasto. Za oknem tramwaje niosą wyletnionych przedstawicieli innych profesji. Kobiety innych konstrukcji psychicznych. Modne, płodne, poetyckie, wysportowane, ugodowe, skupione, dzielne, zabawne, nadodpowiedzialne, współuzależnione, zadbane, ekspresyjne, uczciwe i z klasą.

      Tak jak kiedyś mnie wychowywano ostrzeżeniami - jaką nie być, kim się nie stać, czym nie grzeszyć, jak się nie zachować, jakiego faux pas nie popełnić, tak ta pierwsza kobieta szkoli nas kazusami niedociągnięć i żenujących wpadek, błędów i uchybień, zakazów i negatywnych przykładów. Ja chciałabym po prostu wiedzieć, co robić. Z długiej litanii wykroczeń obarczonych odpowiedzialnością dyscyplinarną i karną nie umiem wywnioskować sensownej serii konkretnych działań, jakie mi WOLNO wykonać. Nasza przewodniczka po władzy zaprosiła nas dziś więc do domiszcza, w którym tego nie można dotykać, tam nie ma dostępu, tędy nie należy chodzić, na to nie patrzeć, tu nie powinno nas być. Poczułam się raczej jak włamywacz w dobrze strzeżonym banku niż pożądany, czule przyjęty gość.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Dwie kobiety”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 maja 2017 16:44
  • piątek, 19 maja 2017
    • Zmysłowo

      Słońce łaskotało mu twarz pasmami, którym udało się przemknąć przez grube drewniane żaluzje, strażników naszego snu. Jego prążkowane policzki i prążkowane czoło rozluźnione gładkością porannego snu uspokajały i mnie. Leżałam sztywno od piątej, niezdolna ani do snu, ani do ruchu, a przeze mnie falami przechodził jakiś absurdalny przecież za dwadzieścia szósta we własnym łóżku lęk wysokości. Śniły mi się trzydziestopiętrowe ruchome schody. Dziwny szpital-hotel-centrum handlowe, w którym wyznaczono mi staroświecki, taniutki, badziewny pokoik podniebny. A przecież byliśmy w drapaczu chmur, więc skąd, więc skąd te kwieciste zasłonki jak w domu. To kłamstwo, dwudzieste dziewiąte piętro w budynku z żelbetu i szkła to żaden dom. Coś takiego musiało mi się śnić, a ciało  nadal żyło tymi schodami do nieba. Zaczynało się robić gorąco, chociaż rozkopany chaos naszych kołder jeszcze chłodził. Za kilka tygodni przestanie.

      Na śniadanie dostałam kasztanowe babeczki z bananem. Wilgotne. Rozpływały się w ustach.

      Spacer z psem pachniał bzami. Bzy rozlewały mi się lepką słodyczą po mózgu, ale nie miałam nic przeciwko temu. Miasto jest na ogół jałowe. Biorę jak łaskę od losu każdy zmysłowy podarunek, jaki tylko w przypadkowych momentach w akcie szczodrości zaproponuje, jaki można sobie wychodzić jeśli tylko chodzi się dość długo, jaki można mu wykraść jeśli się umie kraść i daje sobie takie prawo. W osiedlowym ogródku, zza czyjegoś kanciastego płotu wychylały się pozamykane ściśle bladozielone włochate pąki na długich krętych łodygach, jak intymne części ciała, które służą miłości. Niektóre z nich wybuchły krwistą czerwienią. Wybuchły w triumf czerwieni. Jak intymne części ciała, które służą rozrodowi.

      Taksówkarz opowiedział mi o swojej siostrze, jego siostra pali wszystkie dowcipy. Był spokojny, wyjątkowo nieagresywny w swoich politycznych poglądach. Chropowata twarz i dyskretne chill-outowe radio. Dres. Zapach syntetycznej cytryny. Oryginalny dowcip odpowiadał na pytanie: jak złapać strusia za pomocą łysego faceta? Zakopać faceta tak, żeby wystawała tylko łysa głowa. Struś pomyśli, że jajo i zacznie wysiadać. Facet wystawi rękę spod piasku i schwyta nielota. W wersji siostry taksówkarza strusia za pomocą łysego faceta łapie się zakopując faceta tak, żeby wystawały wyłącznie jaja. Zaraz, płoszy się siostra, ale dlaczego facet musi być łysy?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 19 maja 2017 15:20
  • czwartek, 04 maja 2017
    • Gryczany makaron z orzechowym sosem i pieczarkami

      Z jakiegoś powodu najbardziej pomysłowa jestem kiedy mam ograniczone zasoby. Moje szare komórki karnie, sprawnie, energicznie rzucają się do akcji. Radośnie generują koncepcje zagospodarowania ostatków z lodówki w twórczy i oszczędny sposób. Mój chłopak gotuje więc w garnku wodę na makaron gryczany, a ja rozgrzewam na dużej patelni oliwę z oliwek, do której dorzucam posiekany młody czosnek. Nienasycona, chcę więcej pomocy. Obok zlewu piętrzą się talerze. Zaczął się jego tydzień ładowania zmywarki. Będzie trzeba jeszcze uprzątnąć przed czwartkową wizytą pani, która u nas sprząta. Nienasycona, chcę jeszcze więcej pomocy. Więc siekam cebulę, bo wiem, że on nie lubi. Yin i yang. Nagotuję tego makaronu dużo, za dużo. Mnie się nie będzie chciało go jeść. Jutro zostawię go w pracowej lodówce, zamiast niego napychając się frytkami z humusem i chrupkimi kosteczkami bakłażana. Przedziwna kombinacja. Połowa przyjemności płynie z tego, że on. Że on go sobie odgrzeje w pracy i domowo i od serca. Cebulkę przeszklam, ale zapominam się w swojej wewnętrznej goryczy, więc kilka jej płatków brązowieje. U niego w domu nie obierało się pieczarek. Babcia nie i mama też nie. U mnie się obiera. Nienasycona, chcę być odciążona od konieczności życia, starania się, ryzykowania, wystawiania na porażkę. Dorzucam pieczarki, pokrojone w kostkę, na patelnię. Podlewam odrobiną sosu sojowego, żeby szybciej puściły sok i poddusiły się i zaczęły intensywnie pachnieć. Wszystko na patelni zabarwia się na brązowo. Dodaję do niej, mieszając drewnianą łyżką, duże kawałki cukinii. Nie będę czekać aż całkiem zmiękną. Niech zostaną odrobinę chrupiące, mięsiste. Kiedy zezłocą się na rogach, dosypię tartego parmezanu i sproszkowanych orzechów włoskich. Doleję oliwy. Wycisnę jeszcze ząbek czosnku. Dodam pieprz i sól. Kiedy kuchenka zawyje alarmem, że skończył się makaronowi czas, on wyłączy makaron i odcedzi go. Nie leni się. Nie miga od pracy. Nienasycona, chcę więcej miłości. Mieszam sos i wsypuję rurki brunatne gryczane do sosu. Pozwalam wszystkim składnikom porządnie się zintegrować. Kocham gotowanie. On nie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 maja 2017 16:02
  • czwartek, 20 kwietnia 2017
    • Odcięta

      Gdybyście sieknęli ją na pół, nie równe pół, w pasie, odcinając nogi od torsu, ale w symboliczne pół, gdzieś w okolicach szyi, żeby głowę oddzielić od serca i macicy, gdybyście ją rozczłonkowali w ten sposób, niewiele by się pewnie zmieniło. Umarłaby szybko, oczywiście, ale przez te ostatnie ułamki sekund, zanim jej mózg zarejestruje nieludzki ból, na poziomie poczucia, kim jest, jaka jest, ta odrębność głowy i reszty ciała nie zrobiłaby jej różnicy.

      Była typowym produktem zachodniej edukacji. Wciśnięta w fotele i krzesła, wsłuchana w abstrakcyjne wypowiedzi, dusząca silniejsze emocje, żyjąca koncepcjami, intelektem. Jej ciało spało, biegało na Orbitreku, jeździło na rowerze, jadło jaglankę na mleku sojowym i pudding chia, uprawiało seks, przytulało się do dzieci w rozmaitym wieku. Jej głowa przyjmowała te doświadczenia jak przez watowaną mgłę, stłumione i mniej prawdziwe. Stłumione i mniej prawdziwe niż kaprys jakiegoś polityka, niż medialna nagonka na uchodźców, niż współpracownik przerażony fluktuacjami walutowymi, które mu rujnują kredytowe plany, niż koleżanka obrażona, że nie można z  nią pogadać o życiowej misji znalezienia jakiegoś faceta, bo faceta trzeba znaleźć żeby móc sobie pozwolić na pełnię czegokolwiek, a przecież i wtedy nawet nie, niż monolog szefa jej szefa i milczenie bezpośredniego przełożonego, który nie skomentował, a więc i nie zasygnalizował, że jest z nią chociaż trochę solidarny w niedowierzaniu w ten cały dom wariatów, podejrzewała, że szef jej szefa cierpi na jakieś schorzenie psychiczne i albo bierze otępiające psychotropy albo ich wcale nie bierze, otorbiony darmową emocjonalną opieką swoich podwładnych nie musi brać odpowiedzialności za to, jak się zachowuje. Liczne przywileje władzy. W jej poprzednim miejscu pracy tylko władza miała prawo do dobrego humoru. Do zmian nastroju. Do odpoczynku. Do snucia opowieści. Do wyznaczania, kto jest dobry, kto zły, kto jest z nami, a kto przeciwko. Tutaj, w nowym miejscu, władza miała przywilej nie brania odpowiedzialności za chaotyczność swojego umysłu. Inni, w tym ona i jej koleżanki, głównie kobiety, zajmowali się nawigowaniem między gwałtownymi wahnięciami jego opinii, paradoksami, przeczeniem samemu sobie, lukami w pamięci, między niespodziewanymi diametralnymi zmianami strategii, które jak dywan wyrwany spod nóg, rujnowały i tak już chwiejne poczucie równowagi. Niszczyły sensowność wykonanej dotąd pracy, odbierały motywację dalszej rzetelnej roboty.

      Wszyscy mamy ślepe punkty.

      Władza. Ci, którzy mogą nam dać zasoby albo je cofnąć - stanowiska, pensje, przynależność, sensowne zajęcie, ubezpieczenie zdrowotne i plan emerytalny - kształtują nas, chcąc nie chcąc. Od kiedy pamięta, znajdowała się pod opieką osób, które nie czuły tej zależności, nie brały za nią odpowiedzialności, były tak głodne, tak nienakarmione, że pasożytniczo wysysały wszystko, co na ślepo dawała żeby tylko się nie bać, że umrze zostawiona sama sobie. I to chyba właśnie to zgadywanie, od małego, wsłuchanie, wpatrzenie, telepatyczne domyślanie się zmiennych nastrojów osób, które miały nad nią władzę sprawiło, że wszystko inne straciło znaczenie. Czy była śpiąca, czy głodna, czy chora, czego chciała, na co miała ochotę - nieważne - kto inny stanowił punkt odniesienia, źródło życia i sensu, tożsamości i stałości. Nauczyła się więc znieczulać, a potem całkiem ignorować resztę siebie - wszystko, co przeszkadzało w ślepym, patologicznym podporządkowaniu. Głowa oddzielnie od reszty siebie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 kwietnia 2017 09:06

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl