Kucharka Zen

Wpisy

  • czwartek, 30 listopada 2017
    • Sesja zdjęciowa

      Kawiarnia teatralna przypominała halę fabryczną, wybebeszoną z maszyn, a potem minimalistycznie wyposażoną w hipsterskie komunalne sosnowe stoły i proste krzesła. Jej szarości uspokajały. Jej szczodre, wysokie okna zalewały stoliki w swoim pobliżu białym słonecznym światłem. Im dalej od ściany okien, tym mniej kontrastów, ale przejrzyste wazony, nawet w głębi, w cieniach, połyskiwały odbijając daleką jaskrawość. 

      Słucham właśnie w tle piosenki, pisząc sobie, pisząc, słucham na YouTubie jak brzydka, dziwna kobieta śpiewa całym światem, jakby bóg istniał. Piszę i słucham i przywołuję tę powódź słońca, skąpane w niej szarości miejskie i przypomina mi się, że dla mnie też kiedyś tak było. Że obcowałam z tym, co ta kobieta w tle składa do boskiej kupy powietrzem i wibracjami własnej przepony. Że rozumiałam światło, że w nim tańczyłam, że pływałam, że pozwalałam mu się opatulać, głaskać, pieścić, że je podziwiałam i studiowałam, kiedyś, dawno temu znałam jego niuanse, mleczne październikowe, żółtozłote pod koniec lata, boleśnie białe przed burzą, że je chwytałam jak rzadki okaz motyla na kliszach starym Zenithem ojca. Potem był Canon. Później Nikon. Ostatnio ochroniarz w pracy przyznał się, że trochę robi czasem zdjęć. Pokazał mi w telefonie portret filuternej wiewiórki wyglądającej zza drzewa. Później dał się namówić i spisał mi linki portali, na których wystawia z żoną trofea czarno-białe ze spacerów po mieście - piękne i wyraziste twarze przechodniów, muzyków, portrecistów ze Starówki.

      Umówiłam się z siostrą, że w świetlistej hali kawiarnianej sfotografuję jej dzieci, bo co święta daje naszej babci, ich prababci, kalendarz z ich dwunastoma aktualnymi wizerunkami. Od lat te fotograficzne kalendarze dokumentują ich wzrastanie i metamorfozy subtelne. Pamiętam te najwcześniejsze, psotne i pucułowate. I te przedszkolne, kiedy odkryli powagę fotografii. Byłam ciekawa jacy mi się objawią w tym roku. Jakimi się będzie chwalić pęczniejąc z dumy przed sąsiadkami prababcia.

      Jak piskorze złośliwe nie poddali się mojej koncepcji. Chciałam ich najpierw przekupić śniadaniem. Oswoić trochę z aparatem nad herbatą z cynamonem i imbirem. Cykać im zdjęcia tu i tam, byle jak, ale ciągle, dopóki nie zobojętnieje im to cykanie, dopóki nie minie im sztywnienie, zastyganie lepszym profilem, prężenie się, robienie min i uciekanie wzrokiem. Cykałam nieostre zdjęcia kiedy wyławiali laski cynamonu i pytali czy mogą je zachować na później. Oddałam im własną, wyłowioną z mojej herbaty i osuszoną serwetką. Ja zamówiłam omlet. Siostra i jeden z bliźniaków chałkę smażoną w jajku, słodkie francuskie tosty ociekające rozkoszą. Drugi bliźniak wchłonił zanim zdążyłam się przyjrzeć stos placków z bananem i nutellą, a szwagier znad telefonu jakieś jajko. Trzyletnia dzikuska była nie do sfotografowania. Jej owsiane ciastko czekało krusząc się samoczynnie na przerwę między berkiem z obcymi dziećmi, zapasami przy użyciu skajowych wałków ukradzionych z pobliskiej kanapy i inwazjami na stanowisko teatralnego kasjera oraz niestrzeżoną szatnię. Jeden z chłopaków odrobinę je nadgryzł.

      Sfrustrowałam się. Ja jestem dorosła. Pracowałam w korporacjach generujących zyski i kuźniach polityczno-dyplomatycznych elit gdzie ważna była władza i hierarchia, więc nauczyłam się (teraz mozolnie oduczam), wytresowałam się (odtresowuję), uwarunkowałam się i przyzwyczaiłam i jestem fundamentalnie zadaniowa. Jestem przeżarta zadaniowością. Mój umysł zaprząta od przebudzenia sekwencja czynności, które w dłuższej perspektywie ułożą się w spełnienie bardziej złożonych celów, a taktyczne cele złożą się kiedyś w całe skomplikowane projekty. Być może gdzieś po drodze zgubiłam duszę. Być może niezauważalnie dla siebie, wbrew najczystszym intencjom, niechcący zaczęłam ludzi traktować jak elementy zadań, instrumentalnie.

      Nie jestem socjopatą, gdzieś na rubieżach swojej duszy zachowałam wrażliwość, walczyłam o to całą sobą, żeby się tak całkiem do końca nie wypalić, nie zwęglić, ale trudno bywało i być może. Być może stałam się trochę kimś innym niż kiedyś, kimś kogo już trochę trudniej lubić, a łatwiej szanować. Imponującym zadaniowcem. Zaczynam rozumieć rozmaitych znajomych facetów i niektóre moje korpo-koleżanki, to taki niezauważalny proces, jak gotowana żaba, stopniowo człowiek programuje swoje ciało i mózg i emocje tak, żeby generowały odpowiednie rezultaty, przestaje widzieć, że coś po drodze traci.

      Chciałam żeby ta sesja zdjęciowa wyglądała tak sprawnie, tak wydajnie, tak była naoliwiona dobrze jak ja - profesjonalna maszyna do zadań, celów i projektów, bezbłędna. Ale z dziećmi się nie da. Łapanie trzylatki w jakiejkolwiek stabilnej pozie przy równoczesnym kalibrowaniu ostrości i kadrowaniu przypominało ćwiczenie z absurdu. Alternatywą byłoby tylko zatrzymać ją w miejscu przemocą, a ja w przemoc nie wierzę, nie wierzę w łamanie niezłomnej woli trzylatek spektakularnych, zbyt są zbliżone do cudu, więc ganiałam za nią, ganiałam, łapałam ostrość i gubiłam ostrość, namawiałam, manipulowałam, żebrałam, przekonywałam i czarowałam, ale głównie ganiałam. Gdybym miała nauczyciela duchowego, buddyjskiego guru, byłby ze mnie dumny, bo w miarę tego chaotycznego berka zaczynało do mnie docierać, że trzeba z dzieckiem być w tu i w teraz, trzeba porzucić wszelkie koncepcje, nie realizować celów ani zadań, projekt jest tylko jeden - poddać się przepływowi, dać się poprowadzić spontaniczności małego człowieka, zaufać, uwierzyć, nabrać pokory. Czujnie, ale bez napięcia.

      Chłopcy byli niewiele łatwiejsi w obsłudze. Jeden co prawda karnie pozował, nawet sam wymyślił - podchodząc do półki z papierowymi broszurami i repertuarami teatru - że się ułoży w pozycję refleksyjnego czytelnika, ale ludziom, którzy pozują, którzy myślą, że w ten sposób współpracują z fotografem paradoksalnie najtrudniej zrobić dobre zdjęcie. Drugi łobuzował. Łypał. Wypróbowywał grymasy, krywił się, jak kontorsjonista wyginał. Przypominał Indianina, który próbuje zapobiec kradzieży duszy, próbuje nie dać się złapać i utrwalić, przyszpilić.

      Po południu zgrałam zdjęcia do komputera. Przekonana, że niewiele będzie z tej sesji, że garść pojedynczych, przypadkowych zdjęć prześlę siostrze z przeprosinami za tylko tyle, zaczęłam selekcję. Kilka godzin później skończyłam i miałam na pulpicie folder z czymś, co nie do końca podlegało racjonalnemu zrozumieniu. Zdjęcia mojej siostrzenicy to wszystko jaskraworóżowe zygzaki roztańczone w przestrzeni hali teatru. Szarość podłóg i ścian, a w nich życie w ruchu, czasem skrawek uśmiechu, trochę jak kot z Cheshire znikający zanim się porządnie pojawił. Portrety pozującego bliźniaka są ostre, dobrze skadrowane, jasne i kontrastowe, on na nich uśmiechnięty albo poważny, coraz przystojniejszy. Porządne fotografie. Drugi bliźniak złapany w swojej nieufności, z przymrużonymi ironicznie, podejrzliwie oczami, oglądający się, złapany z boku, uchwycony tylko kilka razy w stanie spoczynku, bez błaznowania. A jednak to te prześmiewcze, szydercze nieco, niepoważne zdjęcia wyszły najciekawiej. 

      Przez dobrych parę lat, w odległej przeszłości, której dziś nawet nie rozpoznaję jako własnej, robiłam zdjęcia portretowe znajomym. Ładne zdjęcia. Ale teraz zaczynam się zastanawiać, czy nie inaczej przypadkiem niż ładnością łapie się przebłyski czyjejś osobowości. Może Indianie mieli rację z tą duszą. Przy odpowiedniej dawce pokory, kiedy się człowiek uwolni od powinności zrobienia ładnego zdjęcia, na gorącym uczynku przyłapie coś innego niż zwykle. Jak ta brzydka, dziwna pani co śpiewa bogiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 listopada 2017 22:40
  • środa, 29 listopada 2017
    • Tacierzyństwo

      Staram się obserwować z otwartą głową, nie spieszyć się z wnioskami, nie ogłaszać triumfalnie, że już widzę jasne prawdy i proste wzorce. Chociaż to kuszące. Bo co? Chodzić po świecie i nic nie wiedzieć na pewno? Patrzeć i słuchać i uczestniczyć i być w każdej chwili gotową rozmontować sobie nawyki i filtry i stereotypy? To brzmi jak wielki wysiłek. Kwestionować. Pytać. Mylić się. Znów się mylić. I jeszcze i jeszcze. Przyznawać do błędu. Zmieniać zdanie.

      Jakkolwiek to mi trudno przyznać, zaczynam rozumieć swoje i cudze trzymanie się kurczowe stref komfortu. Trzymanie się przyzwyczajeń w działaniu i w myśleniu. Prostych prawd. Starych przekonań. Rozumiem lęk, który towarzyszy wchodzeniu w nieznane, lęk przed utratą równowagi i poczucia bezpieczeństwa. Rozumiem strach przed rozpadem tożsamości - tego poczucia, że jestem i byłam kimś konkretnym, że mam ciągłość, że inni ludzie mnie znają z czegoś konkretnego, że mnie za jakiś zestaw cech albo jakieś konsekwentne, powtarzalne działania cenią. Dlatego tak się uczepiamy rozmaitych swoich niefortunnych, ale znanych relacji, różnych już dawno wypalonych pasji, nieaktualnych sposobów radzenia sobie ze złożonością świata, starożytnych aspiracji i marzeń niespójnych z naszymi możliwościami, niekompatybilnych z opcjami, które podsuwa nam świat.

      To gwoli wstępu, żeby się trochę usprawiedliwić. Bo chciałabym się przyznać, że się (trochę, przynajmniej trochę, moje ego nie jest jeszcze gotowe na globalną porażkę) myliłam. Zamiast obserwować rzeczywistość i modyfikować swoje poglądy stałam na straży uproszczonej wizji świata, która pozwalała mi podejmować szybkie decyzje i generować błyskawiczne oceny sytuacji. Czułam, że się zagrzebuję coraz głębiej, że mnie przywala coraz grubszą warstwą gruzu życie, bo gdzieś popełniam systematyczny błąd. Ale nie chciałam się, nie chciałam się sobie i światu zbyt uważnie przyglądać. Taki szmat życia trzeba by uznać za (odrobinę, przynajmniej odrobinę, jeszcze nie jestem gotowa na rewolucję) chybiony.

      Więc zaczyna do mnie docierać, że być może mogę być ociupinkę podobna do własnego ojca i gdybym się na całe życie nie okopała w goryczy wobec jego młodzieńczej do mnie niechęci, w odwzajemnionej pogardzie, być może byłabym dzisiaj pełniejsza, głębsza, bogatsza, bardziej spokojna. Być może mogłabym dopuścić do siebie tę część mnie, która pochodzi od niego. Z całym kłopotliwym przybytkiem inwentarza. Jego wrażliwość, szlachetność, ciekawość intelektualną, ciepło i samodyscyplinę, jego pracowitość i prawość. Jego lojalność. Jego furię buzującą tuż pod powierzchnią, frustrację banalnymi przeszkodami, ślepotę społeczną, jego perfekcjonizm, pryncypialność i zależność od cudzej aprobaty. To wszystko ja.

      Powoli, początkowo z niesmakiem, niucham. Macam w sobie te miejsca, które bolą. Te miejsca, które nienawidzą. Te, które pogardzają, które się wstydzą i które kochają. Miejsca pretensji, niedowierzania, rozpaczy i niemocy. Powoli zaczynam też spędzać więcej czasu ze starszym panem, który złagodniał. I ze sobą trochę delikatniejszą, powolniejszą, uważniejszą, nieco mniej skorą do szybkich moralnych ocen. Ze sobą nie upychającą wstydliwych, niechcianych cech po kątach, nie chowającą się przed cudzym spojrzeniem, kiedy nie nadążam, kiedy się wściekam, kiedy choruję, kiedy jestem głupia, bezmyślna, nierozgarnięta, samolubna.

      Dzięki temu być może ciągle widzę na swojej drodze do pracy, i w pracy też, ojców. Wczoraj szłam przez ulicę za dzieciaczkiem na wściekłozielonej rowerko-hulajnodze, za którym biegł uchachany równie jak synek młody tatuś. To, jak do siebie z epicentrum radości mówili, jak się synchronizowali w ruchu, to było śliczne. W tramwajach widzę ojców targających ciężkie szkolne plecaki za córkami. Ojców objaśniających świat. Ojców opatulających, instruujących, trzymających za ręką. Kiedy wysiadam i znów przechodzę przez pasy, widzę ojców chroniących przed pędzącymi samochodami. Na spacerze z psem mijam ojca, którego dwójka dzieci ślimaczy się, bije, upuszcza coś, rzuca ze złości o ziemię. On nie krzyczy, jak mój kiedyś. Tylko spokojnie tłumaczy, że chciałby dokądś z nimi dotrzeć na czas.

      Ostatnio w czasie szkolenia usiadłam do obiadu z dwoma panami, którzy wybrali z bufetu dietetyczne dania, jak ja. Zaczęliśmy rozmowę o jedzeniu i bardzo szybko się dowiedziałam, że jeden ma syna cukrzyka, a drugi dzieci z celiakia i nietolerancją laktozy. Obaj naukowcy, cytowali badania, statystyki, dowiedziałam się, że około 5% społeczeństwa ma gen odpowiedzialny za celiakię. Nieco poniżej kolejnych pięciu procent ma alergię na gluten. A następne 5% nie toleruje glutenu. Piętnaście procent populacji to już dużo. W obu rodzinach całe gospodarstwo domowe przeszło na ścisłą dietę, obaj panowie nauczyli się gotować na bazie nowych mąk i bezcukrowych składników, poznali warzywa o niskim indeksie glikemicznym i przestawili z tradycyjnego polskiego jedzenia na całkiem nietradycyjne. Zaimponowali mi. Patrzyłam na te udomowione twarze, rzetelnych, systematycznych panów i zastanawiałam się (wiem, może to dziwne skojarzenie w takim momencie) jak ich istnienie pogodzić z tym, co dla mnie symbolizuje Harvey Weinstein, z moim feministycznym, ale zakorzenionym głęboko w przekazach mamy i babci i koleżanek z dzieciństwa, lęku przed męskimi drapieżnikami, przekonaniu o naturalnej, nieokiełznanej, brutalnej sile męskiego pożądania, którym mnie kultura karmiła tak długo, że aż przenikło mi do kręgosłupa i przestałam móc krytycznie na nie spoglądać. Czy ci ojcowie współcześni to ludzie pogodzeni ze swoimi mroczniejszymi instynktami? Czy raczej ludzie, którzy je kneblują, skuwają kajdanami i udają, że nie ma, ale przyjdzie czas, że ich od środka zaatakują zwierzęce, dzikie żądze i z domatorów zamienią się w agresorów i zdrajców i zadawaczy wielkiego emocjonalnego bólu? Tak by wynikało z prawd sączonych mi do ucha od małego. Czy może rzeczywistość jest taka, że - podobnie jak ja na mojej własnej terapii - człowiek, który uświadomi sobie swoje najgwałtowniejsze impulsy przestaje się ich bać i przestaje padać ich bierną, nieświadomą, skołowaną ofiarą. Nie ma już wtedy smolistych zakamarków, bo się na nie poświeciło snopem świadomej uwagi i łatwiej znając własne tworzyć solidniejsze więzi z innymi, mieć więcej zrozumienia dla ich wstydliwych, nieoświetlonych miejsc. Więc może, być może, jakaś część tych solidnych nowych ojców to świadomi ludzie, którzy oswoili swoją (rzekomo nieokiełznaną), tak przerażającą dla niektórych seksualność, swoją agresję, swoją potrzebę dominacji. Być może Harvey Weinstein - karykaturalna postać patologicznie korzystająca z władzy - to przypadek człowieka, który nie potrafił ucywilizować, uspokoić swoich naturalnych przecież żądz, który daje im upust w nieproporcjonalny i niezdrowy sposób, lecząc jakieś braki rozwojowe, jakieś traumy własne kosztem zależnych od siebie ludzi, bo nie nauczono go mądrzej, spokojniej, inaczej. Nie wiem, jaka jest ostateczna odpowiedź. Wiem, że wychowanie, jakie ja odebrałam - gdzie pewne "grzeszne" uczucia, "złe" uczucia relegowano do mentalnego kosza na śmieci i z hukiem zatrzaskiwano mu pokrywę, równocześnie robiąc ze mnie ofiarę własnych nieuświadomionych, nienazwanych, niezaprzyjaźnionych, ukrytych, napiętnowanych, pozawstydzanych instynktów i potrzeb, wiem, że takie wychowanie nikomu z nas nie pomaga naprawdę dojrzeć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 29 listopada 2017 11:44
  • piątek, 24 listopada 2017
    • Klub książki

      Tak naprawdę to trochę się wstydziłam tam wchodzić. Po pierwsze przeczytałam tylko niewiele ponad połowę "NW" Zadie Smith, po drugie wcale nieszczególnie chciałam o tej książce rozmawiać, bo mnie zmęczyła i przygnębiła, ale przede wszystkim dlatego, że byłam po całym dniu pracy, terapii, zakupach i spacerze z psem, a transfery między poszczególnymi segmentami mojego dnia pokonywałam rowerem, co oznaczało, że:

      zmył mi się makijaż - trochę od wiatru, trochę od płakania nad własnymi emocjami, trochę od długiego dnia po prostu

      zmatowiały i uklepały mi się włosy przygniecione przez pół dnia akrylową czapką

      wymięła mi się bluzka i sweterek

      kurtka poobcierała się o surowy tynk ścian piwnicy kiedy żonglowałam rowerem i torbami z zakupami

      Jednym słowem, szłam do ludzi nie wyglądając nawet odrobinę reprezentacyjnie. Powiedziałabym wręcz, że ponieważ mam mózg sformatowany mediami, które powierzchowne są i dla wzrokowców tworzone, czułam, że dowolny obserwator, który by stwierdził, że się nie postarałam, że się zapuściłam, że zaniedbałam, miałby sporo racji. Tyle że na terapii sporo rozmawiam ostatnio o tym poczuciu bycia oglądaną, o tym swoim dowolnym obserwatorze. O tym, że jestem już zmęczona zakładając, że ciągle patrzy na mnie ktoś, że podlegam patrzeniu, że jestem widziana przez nieżyczliwych, taksujących, wielce wymagających gapiów. Odechciewa się z domu wychodzić. Tam przynajmniej zostaję sama ze sobą, niewidziana. Ktoś kiedyś napisał, że w naszej kulturze mężczyźni są wychowywani żeby patrzeć i wybierać, a kobiety żeby być oglądane i wybierane. Wczoraj rozmawiałyśmy z koleżankami o ubraniach i przecenach i jedna z nich przyznała się, że trudno jej kupić buty, bo ma rozmiar 40, który nie występuje w ładnych fasonach. Przyjrzałam się jej i odruchowo powiedziałam, że nie widać po niej tego rozmiaru, tak proporcjonalnie jest zbudowana. I że ja w przeciwieństwie do niej trochę jak hobbit - też mam duże stopy, ale jestem dość niska i przysadzista, więc to robi różnicę. A potem ją od razu przeprosiłam, ją i siebie też, bo to zabrzmiało jakbym komentowała jakość koni dostępnych do kupienia na targu - zdrowe zęby, cienkie pęciny, mocny zad, błyszcząca sierść. W ogóle kobiety same o sobie często tak mówią. Jakby o przedmiotach na sprzedaż. Mam za duży nos, za cienkie włosy, za szerokie plecy, zbyt krzaczaste brwi. Za duży na co? Za cienkie do czego? Więc ten oglądający domyślny kupiec ciągle niezadowolony nas nie nabędzie, wybierze inny egzemplarz?

      Trochę się wstydziłam tam wchodzić, bo gdybym podlegała takiemu wyśrubowanemu wymogowi, który nam wmawiają czasopisma i instagramy, patrzący odwróciliby z dezaprobatą wzrok. Ja sama uczę się nie uwewnętrzniać tego (niczyjego tak naprawdę) wzroku, nie podlegać mu od wewnątrz sama, nie zakładać ciągle, że jestem nieżyczliwie oglądana wygłodzonym seksualnie, zakompleksionym, socjopatycznym okiem. Zresztą. Kiedy w końcu weszłam do biblioteki pobliskiego teatru otoczył mnie zapach starego papieru, sypiących się okładek i pożółkłych stron. Przy jasnym stole usiadło nie tak znowu wiele osób. Prowadząca miała włosy w trzech kolorach, bliznę po punkrockowym kolczyku, zero makijażu i niemożebnie wygnieciony sweterek wyjęty moim skromnym zdaniem prosto z pralki, poza tym była ciepła, charyzmatyczna, elokwentna i otwarta. Więc pytanie, co ważniejsze. Oprócz niej nie patrzyło wcale na mnie wzrokiem pełnym dezaprobaty sześcioro innych ludzi. Dziewczynie po mojej lewej, też bez cholernego makijażu, okutanej w szaliki i ciepłe swetry, chyba spodobało się to, co mówiłam o sensie życia, że kiedy pracowałam jako doradca zawodowy spotykałam młodych ludzi, którzy spełnionego życia upatrywali w tak odmiennych ode mnie rzeczach, z takim przekonaniem, że spokorniałam i przestałam im sprzedawać swoją własną, społecznikowską koncepcję sensownego bycia w świecie, że moje hipisowskie pomysły skapitulowały, bo niektórzy chcieli władzy, inni wpływu na rzeczywistość, jeszcze inni prestiżu i pieniędzy, niektórzy służby słabszym i poszkodowanym, ale nie miałam mocy nikogo przekonać do czegokolwiek, więc przestałam próbować. Zaczęłam się zastanawiać nad swoją rolą. Jeśli nie mogłam ich przekonać, pokierować, a tak przecież kształtowano młodzież w moich czasach, rezonując, przekonując, przymuszając trochę, wywierając nacisk, zawstydzając, apelując do sumienia, jeśli nie działały metody, którymi wychowywano mnie, jaka była w takim razie moja rola? Słuchać? Towarzyszyć? Jak towarzyszyć komuś, z kim się światopoglądowo, moralnie nie zgadzam? Gdzie jest granica miękkości w kontakcie z drugim człowiekiem? Kiedy należy powiedzieć, że się z nim nie zgadzam? Na czym polega pomaganie w rozwoju? Być może dziesięć, być może trzydzieści lat później - gdybyśmy się z tymi młodymi ludźmi spotkali - byłoby ciekawie porozmawiać jak nam się wszystkim poukładało. Zrobić bilans. Kobieta obok mnie dużo cytowała Krytykę Polityczną i Bourdieu, mówiła o klasach społecznych i o neoliberaliźmie, że to neoliberalizm narzuca większości z nas system wartości i definicję spełnionego życia, więc się spotkałyśmy ideologicznie, od razu uznałyśmy się za sprzymierzeńców. Zerkałyśmy na siebie szukając odzwierciedlenia. Starsza kobieta obok niej, siwa, w swetrze w kolorze fuksji, który przyciągał wzrok i radował, wydawała się płynąć na kolektywnych emocjach, dorzucając czasem do dyskusji o książkach własne doświadczenia z zaangażowaniem, a już szczególnie ożywiła się kiedy mowa była o humanistach i doktoratach, które w dzisiejszej rzeczywistości nie gwarantują ani pieniędzy ani sukcesu. Coś w niej krzyczało - humanistka, coś krzyczało - nieszczególnie rozpieszczona finansowo. Słuchała tak czujnie, włączała się tak żywo, że myślę, że nawet nie zauważyła jak wyglądam. Uspokoiło mnie to. Dziewczyna u szczytu stołu przesiadła się z wózka inwalidzkiego na obrotowy fotel. Nie czytała książki, którą mieliśmy omawiać, podobnie jak większość grupy, więc angażowała się przede wszystkim w okołoliteracką dyskusję na szersze tematy. Ale odniosłam wrażenie, że uwielbiała literaturę, że książki zasilały jej tożsamość, że je kochała. Pomyślałam sobie jak jesteśmy różni, jak rozmaite rzeczy musi dla nas oznaczać czytanie. Jednym karmi głód duchowy, innym zagłusza samotność, innym jeszcze daje satysfakcję z obcowania z innymi światami, innymi ludzkimi wnętrzami. Ten facet, który wbiegł zdyszany kilka minut po rozpoczęciu spotkania - w czarnym płaszczu, prosto z pracy, wydawał się próbować dotknąć Kultury, mówił wprost, że jest z prowincji, że tam mało kto czyta, że nawet po przeprowadzce do Warszawy ludzie jemu podobni nie chodzą do teatru ani opery, mimo że by mogli, mimo że ich stać i że mają dostęp, ale nie wynieśli z domu takich przyzwyczajeń, ale nie mają takich wzorców. Wydawał się myśleć, że Kultura nobilituje, że dotknięcie jej uszlachetnia. Wydawał się bardzo tego chcieć. Wyszlachetnieć. Być subtelniejszą wersją siebie. Wydawał się też mieć regularny kontakt z tym własnym refleksyjnym, delikatnym kawałkiem. Ujmująco łączył to swoje bycie z prowincji i bycie w stu procentach na miejscu w Warszawie. Po spotkaniu usiadłam jeszcze na kawę z nim i z elegancką, cedzącą słowa, konkretną panią, która spędziła całą sesję klubu książki robiąc dyskretne notatki. Opowiadał, że w ramach pracy (nie dowiedziałyśmy się jakiej) jeździ po Polsce i poznaje lokalne hotele, obserwując przy śniadaniu pary kochanków na schadzkach, słuchając wieczorami zza ściany ich seksu. Opowiadał, że na wschodzie kraju widuje w szczerym polu noclegownie-pałace ociekające kryształem i luksusowym kamieniem, wiecznie żywe marzenie, że do naszego kraju zawita jednak kiedyś Dynastia, obok tych rezydencji wystawnych stoją zagrody zaśmiecone, a z tych zagród przychodzą do pracy obrażone recepcjonistki, które wyraźnie hańbi to zajęcie. Elegancka pani opowiadała, że ma już dosyć jeżdżenia samochodem, bo z dalekiego Wilanowa rozwozi codziennie po szkołach, przedszkolach i zajęciach dodatkowych czwórkę dzieci, więc kupiła sobie rower elektryczny i kiedy ma gorszy dzień, popyla po mieście rowerem, dwójkę najmłodszych transportując przyczepką, a ośmioletnią córkę zgarniając ze szkoły i sadzając na siodełku. Wyobraźcie sobie tylko.

      Najbardziej wstrząsnęły mną słowa młodej dziewczyny z ciemnymi włosami, opatulonej, otulonej w dobrej jakości ciuchy, wycofanej przez większość spotkania. Kiedy wreszcie przemówiła - w trakcie dyskusji o przywileju, o społecznym wspinaniu się, o tym, że biedny bogatego nie zrozumie i to z wzajemnością - rozkrzyżowała ochronne ramiona i powiedziała cicho, że czasami równie bolesne jest być od małego na szczycie drabiny, osiągnąć szybko, młodo, wszystko, co jest ogólnie uznane za sukces i nagle nie mieć już zupełnie nic do zrobienia. Wstrząsnęła mną dotkliwa samotność takiego momentu w życiu. Ewidentna prawda przeżyta tego niby abstrakcyjnego, rzuconego niby niedbale w przestrzeń stwierdzenia.

      I nagle. Nagle. Dwie godziny później wracałam do domu zdając sobie sprawę, że najmniejszego. Najmniejszego cholera znaczenia nie miało tego wieczoru jak wyglądam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Klub książki”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 24 listopada 2017 10:13
  • wtorek, 21 listopada 2017
    • Mieszkania

      Zastanawia mnie to błyskawiczne zdrowienie i dochodzenie do równowagi, które się dzieje w moim nowym, starym mieszkanku. Między gotowaniem, czytaniem książek, kąpielami i moszczeniem sobie miejsca czuję, że tutaj wszystko jest jak trzeba. Zardzewiałe kaloryfery pomalowane nierówno na biało. Sufity trzy metry nade mną. Nieszczególnie szczelne okna, tykające zegary, każdy oznajmia inną godzinę, wypaczone nieco szafy i pawlacze, niedomykające się drzwi sprzed dekad, przetarty, skrzypiący parkiet, to wszystko mnie zachwyca i uszczęśliwia. Jakbym wróciła do świata erozji, takiego jak ja. Świata kolejnych pokoleń, domorosłych napraw, zużycia i zaniedbania. Niedoskonałości. Nieubłaganego, nieskrywanego upływu czasu. Ten budynek sprzed wojny nie okłamuje mnie. Nareszcie coś na ludzką skalę. Tęskniłam. Zastanawia mnie, dlaczego w poprzednim, nowiutkim, wyremontowanym na błysk ("podwyższony standard" według mojej agentki nieruchomości) ze stanu deweloperskiego mieszkanku urządzanym przez projektantkę wnętrz, perfekcyjnie funkcjonalnym, nigdy nie nauczyłam się być szczęśliwa. Chodziłam po nim ostrożnie, żeby nic nie zaburzyć, jakby mnie ktoś przeniósł żywcem w dwuwymiarowy świat czasopism wnętrzarskich, w wysprzątane, inscenizowane, retuszowane wnętrza pozbawione dzieci i zwierząt domowych. Obce wydawały mi się metaliczne, nowoczesne windy, obce kamienne ściany i podłogi korytarzy, nieprzyjazna skarpa ze starannie dobraną przez architektów krajobrazu roślinnością. Nie pomogły dogodne sklepy i restauracje, apteka i fryzjer, piekarnia i drogeria na parterze budynku. Zjeżdżasz windą w kapciach i dresie i bezwysiłkowo, w półśnie jeszcze, kupujesz bułkę, lody, tabletki na gardło. Multikino rzut beretem. Nieważne. Nieważna była łazienka z wodoodpornym głośnikiem na Bluetooth, który plumkał mi pod prysznicem ulubione przeboje. Nic nie zmieniło oszklone patio z leżakami i widokiem na całe osiedle. No dobrze, raz, jeden raz oglądałam z niego burzę gwałtowną nad Ursynowem, było piękno i straszno, to dobre wspomnienie. Ale kuchnia, która pomieściła wszystkie moje patelnie, brytfanki, blendery, w przeciwieństwie do tej teraz, niepraktycznej pod absolutnie każdym względem, kuchnia sterylna prawie w swojej ergonomii, bez skazy, nie inspirowała tak, jak teraz dziwna przestrzeń z jednym maleńkim, porysowanym blacikiem i fatalną suszarką, bez zmywarki, a za to z widokiem na inne przedwojenne budynki, w których oknach wysiadują samotne znudzone starsze kobiety, spłoszone nagle, znikające za firanką gdy je przyłapię okno w okno na inwigilacji sąsiedztwa. Tam się czułam jakbym żyła w piętrowym kłamstwie o świecie i ludziach. W bezczasowe fikcji, gdzie nikt nie starzeje się, nikt się nie myli, nie istnieje bałagan, dezorganizacja, brak struktury. Czy to możliwe, że ta przestrzeń, te wszystkie dizajnerskie sąsiedzkie balkony symulujące kosmopolityczną różnorodność, te nieomylne, kompetentne twarze sąsiadów-technokratów, że od niej i ja zastygłam w pozie, że straciłam niepokorną spontaniczność i pamięć cykliczności, nieubłagalności naszej, mojej biologii?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 listopada 2017 22:12
    • Rachunek zysków i strat

      Gdyby moje emocje było widać i słychać, przy każdym moim kroku grzechotałyby głośno obijając mi się o ledwo dyszące wątłe ciało w środku, obciążając je niemożebnie pancerzem, który miał chronić jak kokon, a stał się niewygodnym ołowianym balastem.

      Nie chcę zaglądać do środka, bo w środku zobaczę bladego, wystraszonego robaczka niepewnego własnych ruchów, nie mogącego zdecydować, czy chce być wyrazistym, rozbzyczanym świetlikiem, na którego wszyscy zwracają uwagę, czy mrokolubną, dobrze ukrytą, wiecznie miękką dżdżownicą delikatną.

      A może żukiem świetnie chronionym chityną? Tyle lat utożsamiałam się z własnymi ochronnymi strukturami. Moją chityną były nagromadzone przez lata dobre wspomnienia i fantastyczne, nierealne fantazje, niewykonalne dzieła, nieosiągalne misje, wyśrubowane standardy, nieustępliwe nadzieje.

      Postukuje, grzechocze, chrzęści i dudni moja zbroja z niegdysiejszych szczęść, których nie chcę puścić, które chcę rozgrywać w myślach w nieskończoność, bo może to je sprowadzi z powrotem, może to odczaruje ich utratę. Młodsza ja, ładniejsza ja, zdrowsza, pewniejsza, śmielsza ja, której już nie ma. Ja z potencjałem nieskończonym. Utrzymuję przy życiu nieistniejące, niemożliwe do odzyskania rzeczywistości. Wydaje mi się, że mnie ogrzewają w zimnym, trudnym, najeżonym wyzwaniami świecie. Nie grzeją ani trochę, spalone już na popiół, nieaktualne. Nie mogą pomóc, nawet gdyby chciały. 

      Moja terapeutka mówi - rozczarowanie. I nagle chodzę po mieście i rozumiem te wszystkie uczucia, które mi od wielu lat towarzyszą - złość wielka i rozpacz wielka i niechęć do wszystkiego, co jest, bo jest tylko tym, czym jest, a nie tym, czym ja bym je chciała. Niespełnione marzenia, niezrealizowane ambicje, nieuchwytne szczęścia. Rozczarowanie. To słowo, które kluczem otwiera moje zagadkowe dotąd poczucie zgrzytliwego niedopasowania w świecie, moją furię na świat. Nagle czuję się chodzącym rozczarowaniem. Nagle rozumiem moją matkę - chodzące rozczarowanie. Moją siostrę - rozczarowanie. Gdzieś tam, przywalona, zakopana pod zwałami nieudanych, niefortunnych, bolesnych, smutnych, frustrujących, niemożliwych nadziei, gdzieś tam w każdej z nas trzech, zdrętwiałych z jakiejś pracy nad siły - żeby niespełnienie nie sparaliżowało do końca, żeby nie obezwładniło, żeby jeszcze jakoś funkcjonować, przykleić uśmiech coraz mniej szczery, budzić się rano i udawać, że się chce, przeżartych poczuciem gorzkiego zawodu, wszechogarniającego niezadowolenia, gdzieś tam, w tej ruinie żałobnej bije żywe źródło. To jest dopiero cud. Może trzeba, może trzeba opłakać nieskończone wypuszczanie z rąk, tracenie, żegnanie się, może trzeba wyjść wreszcie z szoku i przestać negocjować z losem, może kiedy łzy się skończą, a popiół wściekłej, żałośliwej pożogi opadnie ukazując zgliszcza w całej swojej smutnej, tragicznej okazałości, w tym krajobrazie zmartwiałym zobaczycie siebie, jeszcze żywych. I po tym wszystkim. Po tym wszystkim. To jest niepojęte i niesamowite. I może to jest nieprzekazywalne nikomu młodszemu piękno bycia w średnim wieku, przeżycia już tylu zawodów i życia mimo wszystko. Jeśli się nauczycie opłakiwać. Jeśli się nauczymy odżałowywać. Jeśli się nauczymy dopuszczać ból i furię utraty.

      Mnie mówiono - przecież nikt nie umarł. A w książkach psychologicznych piszą, że właśnie tak. Że umarłam ja. Że umarła jakaś moja delikatna wizja siebie, jakaś moja chwiejna tożsamość, jakiś domek z kart, ale mój. Że umarła jakaś miłość. Jakaś nadzieja. I że każdą z tych rzeczy trzeba mozolnie opłakać i nie ma drogi na skróty. 

      Od trzech miesięcy wytrzymuję mniej więcej do trzeciej-czwartej po południu, a potem przychodzi jakiś paroksyzm. Czy to już wszystko? Czy tylko tyle mogłam się od życia spodziewać? Czy musi tak boleć, żebym doceniła to, co we mnie jeszcze żywe, przez te wszystkie lata i wszystkie mrzonki, wszystkie niesprawiedliwości i wszystkie pożegnania przetrwałam w formie, której nie umiałam zobaczyć, nie nauczyłam się docenić. Delikatniutka, drobniutka, ledwo ciepła. Ale ja. Ale prawdziwa.

      Piszą w tych moich psychologicznych książkach, że dobra psychoterapia doprowadza człowieka do jego żałób nieodbytych. No ja od razu hurtowo. Wszystkie zaległe płakania o trzeciej-czwartej po południu. Już nawet chyba nie płaczę po miłości, której mi żal od obolałych cebulek włosów po pięty i palce u stóp, żal każdą komórką ciała, że już po wszystkim. To był katalizator, który mnie zmusił żeby na siebie popatrzeć. Żeby zobaczyć, że nie jestem nawet w stanie być tam, gdzie jestem, robić tego, co robię, czuć siebie bez niepotrzebnych upiększeń. Bo tak bardzo zajęta jestem nieprzeżywaniem żalu i wściekłego rozczarowania. Moja terapeutka mówi "utrata". Kolejne słowo-klucz otwiera tamy wszelakie i nagle tańczy mi przed oczami grupa ludzi, których polubiłam bezwarunkowo, miasteczko nadmorskie, które pozwoliło mi się poczuć radośnie w domu, najlepsza przyjaciółka, z którą dzieliłam emocje i inspiracje jak nigdy z nikim, mąż, który od pierwszej rozmowy otulił mnie akceptacją i zrozumieniem, szefowa, którą podziwiałam, która mi dała wolność zawodowego tworzenia, najbardziej imponującą z dotychczasowych mnie. A teraz ten chłopak, szczodrość, której sobie nie wyobrażałam, serce i mądrość, których istnienia nie podejrzewałam na świecie, na które nie wiedziałam, że nie muszę specjalnie zasługiwać. Otrzepuję je z popiołu. Nieaktualne. Nie ma już o co negocjować z Bogiem, nie wskrzesi żadnej z tych przeszłości, ale kiedy tak szlocham, kiedy tak mnie boli, równocześnie, paradoksalnie, odzyskuję je wszystkie, bo nie będę ich kurczowo ożywiać - trupków z przeszłości - żeby nie czuć się sama, nie czuć się przestraszona, nie czuć się bezbronna. 

      Może przestaną tak pobrzękiwać, chrzęścić upiornie przy każdym moim kroku, może przestaną mnie opóźniać, spowalniać, przyginać do ziemi. Najukochańszy balast.

      „Człowiek na ścieżce indywiduacji musi udać się na poszukiwania,
      Musi się przekonać co mówi jego dusza,
      Musi przejść przez samotność jeszcze nie stworzonej krainy.”

      Jedyne, co mi jakoś pomaga w tym trudnym miejscu nagromadzonego żałowania i rozczarowania, to dwie bajki, które znalazłam w "Biegnącej z Wilkami". Pięknie, że ludzie kiedyś opowiadali sobie baśniami i przypowieściami mądrość biegnącą wstecz całe pokolenia. Głos przodków ostrzegał i radził, opiekował się zza grobu opowieściami. Jedna z bajek mówi o psychicznej figurze zbieraczki kości, starej, mądrej kobiecie, która cierpliwie wyszukuje, gromadzi i układa kostki i kosteczki rozproszone i pochowane dopóty dopóki nie ułożą się w szkielet, który ona wreszcie - skompletowany - na nowo powoła do życia. Druga bajka występuje w wielu wariantach i mówi o wygnaniu do ciemnego, strasznego, nieznajomego lasu, w którego jądrze czai się jędza, wiedźma, Baba Jaga. Kobieta przerażająca, ale i mądra, konfrontująca zagubionego człowieka z jego własnymi demonami, obdarzająca go wreszcie światłem, które pozwoli mu bezpiecznie wrócić przez puszczę do domu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Rachunek zysków i strat”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 listopada 2017 18:24
  • sobota, 18 listopada 2017
    • Wszystko, co błyszczy

      W soboty oglądam "The Voice of Poland". Czasem się wpraszam do siostry, czasem do rodziców, czasami siedzę w domu i przyklejam się do laptopa z błyszczącymi ludźmi. Tomaszów Mazowiecki, Olsztyn, Elbląg, Obryte, Kościerzyna, Ustroń, Sokołów Podlaski, Nowa Wieś, Gniezno, Kromolin - małe ojczyzny uczestników programu. Te układy taneczne wirujących pup, te pióra i brokaty, te obcisłe kostiumy i eksplozje sztucznych ogni, to wszystko, przesadne jak efekty specjalne w filmach o superbohaterach, odrywa uwagę od głosów ładnych, ciekawych, silnych, czasem wybitnych, ale nawet nie głosy są bohaterami programu, tylko wyniesienie dziewczyn i chłopaków z sąsiedztwa na sceny warszawskie. Odzianie i uczesanie, wytrenowanie i oprawienie zwyczajności swojskiej tak, żeby błyszczała gwiazdorsko. Ja się nabieram. A czasem się nie nabieram. Temu i owemu widać braki w uzębieniu, ten i owy bywa na bakier z polską gramatyką albo angielską wymową, nie wszystko da się szybko nadrobić. Niektórzy zwalają z nóg talentem, ale naprawdę nie o tym, nie o tym ten program naprawdę jest.

      Rano poszliśmy z psem do parku. Listopad zelżał i pozwolił sobie na trochę pieszczotliwego słońca. Pies popędził nad stawik z kaczkami i łyskami zaparkowanymi od dłuższego czasu nieruchomo na brzegu. Przegonił je do zimnej wody, wzbudzając panikę, stateczne ptaki jeszcze przez parę minut otrząsały się gwałtownie, jakby ich ciałka przechodził prąd.

      Wracając wstąpiliśmy do kawiarni za rogiem, jednej z tych śniadaniowni z komunalnym stołem, gdzie ludzie czytają sobie w sobotę gazety, gdzie siadają do jajecznicy albo racuchów pary z dziećmi albo bez. Smutnemu chłopcu spadła, stoczyła się z blatu czarna kredka. Pies zanurkował po nią pod stół, ja za nim.

      Wczesnym popołudniem miałam się spotkać w centrum na kawę z bardzo dawno nie widzianymi znajomymi. Bałam się trochę, że nie znajdziemy wspólnych tematów. Albo że wspólne tematy okażą się standardowym porównywaniem powierzchownych sukcesów. Rankingiem instagramowalnych fajerwerków życiowych. Nie mam już na to siły. Przestaję wierzyć w fasady, budzą moją agresję, mam je ochotę ludziom rozmontować, zerwać z twarzy, jednak zamiast demaskować ich, dyskretnie zmieniam tor rozmowy, opowiadam o swoich wątpliwościach i potknięciach, o nadziejach i trudnościach, o tym, czego się uczę, co mnie instpiruje, pytam, o codzienność, o zwyczajność. Nie wszyscy mają na to tolerancję.

      Wymyśliłam sobie, że pojadę do centrum rowerem, sprawdzę czy da się go bez problemu parkować tu i tam. Da się. Wymyśliłam, że wyruszę wcześniej, że zaliczę kooperatywę spożywczą na Wilczej, o której opowiadała mi niedawno mama. Mają żółte buraki i chleb z samopszy. Że odwiedzę TK Maxxa, w którym nie gościłam od paru lat. Że wreszcie sprawię sobie przyjemność i zawitam do królestwa mikroprzyjemności, tymczasowych, jednorazowych, bezwstydnych, Tigera z Norwegii. Tiger przy Marszałkowskiej miał dzisiaj w ciasnym zakamarku sklepowym upchniętą całą sekcję jednorożców. Przeciskiwałam się w wąskiej przestrzeni z grupą kobiet żeby dotrzeć do tych mitycznych stworzeń, żeby dorwać jakieś najbardziej okazyjne. Pluszowe, papierowe, plastikowe koniki z naroślami na pyskach. Brokat. Róż. Wściekły fiolet. Moja trzyletnia siostrzenica nie może się zdecydować, czy jest księżniczką, czy syreną, czy dziką poskramiaczką jednorożców właśnie. Moja ulubiona jej wersja to ta ostatnia, nieokiełznana, nieprzesłodzona - kiedy łapie swojego konika My Little Pony za grzywę i wymachuje nim na oślep jak kowboj, co się zamierza lassem, wywrzaskując całymi płucami entuzjazm. Jej bracia i ja chronimy wtedy na gwałt oczy, bo kto wie gdzie wyląduje z hukiem mały różowy rumak.

      Mam takie dziwne złudzenie - stare jak świat, od paru dekad niezmienne - że w centrum Warszawy - tym z Rotundą, Pałacem Kultury i dawnymi Domami Centrum, dzieje się jakieś prawdziwsze, bardziej błyszczące, bardziej wzorcowe życie, że po Śródmieściu chodzi rasa Nadludzi - tam grawitują ci z błyszczących czasopism, ci najbogatsi, najmodniejsi, najbardziej rozpoznawalni, najbardziej ogarnięci życiowo, gwiazdy i gwiazdorzy, prezesi, ministrowie, literaci i prezenterzy, jakaś monolityczna, homogeniczna elita, która tak naprawdę rządzi moim krajem w moim imieniu. Zabawne, nie? Że muszę w coś takiego wierzyć. Bo z wysokości siodełka rowerowego, klucząc między przechodniami, widziałam wszelkie możliwe typy i formy i gabaryty ludzkie, okutane w grubawe puchowe płaszcze, słyszałam języki rozmaite - szwedzki, rosyjski, włoski, angielski - zaobserwowałam subkultury od turbokonsumenckiej i hipsterskiej przez turystyczną i kulinarnie ciekawską po taksówkarską i księgowo-urzędniczą, ale to, czego nie zobaczyłam, to ten mój mityczny monolit elitarny, to ci Nadludzie bywali, do których ewidentnie aspirują wiecznie żywe wewnętrzne szczątki niegdysiejszej dwudziestoletniej mnie. Bo to dwudziestoletnia ja przecież wymyśliła sobie taki skrót myślowy. To mnie niegdysiejszej, młodej i prostszej w konstrukcji, mnie niedzisiejszej się wydawało, że skoro knajpy i kluby i instytucje rozmaite zgromadziły się na jednym geograficznym obszarze, to tam się właśnie gnieździ, tam tubylców stanowi tłum celebrytów i decydentów z pierwszych stron gazet. To niemożliwe przecież, że elita jest rozproszona, że nie ma swojego geograficznego domu, że bywa tu, bywa tam, że rozczłonkowała się na grupy, klany i podgrupki, że co raz do niej ktoś dołącza, a ktoś inny odpada z peletonu, ktoś wyniesiony do niej z poziomu chodnika zostaje, ktoś na chodnik z piedestału strącony. Że modom podlega. Że kapryśnie efemeryczna jest. Z momentu na moment się zmienia. Że jej nie ma tak naprawdę.

      Tymczasem to ścisłe centrum, które wzbudzało we mnie rodzaj nabożnej tęsknoty niesprawdzanej od dawna, tymczasem ścisłe centrum wzdłuż mojej rowerowej trasy zdechłe trochę, monotonne, opustoszałe, wlepiało we mnie niewiele mówiące ślepia kolejnych knajp. Francuskie bistro, wege bar, dziupelka z ziemniakami, zapiekankarnia, kanapkarnia, tajskie, japońskie, burgerowe, rosyjskie, włoskie, wietnamskie, meksykańskie. I wszędzie pełno ludzi konsumujących karnie, ale to wszystko. Jeszcze niedawno szalałam za złudzeniem, jakie oferują te restauracje, za możliwością wyrwania się z ciasnego biura i ciasnawego mieszkania, ze smogu ulic głośnych i tłocznych do przestrzeni udekorowanej iluzją innego kraju, innej rzeczywistości, innej kultury i logiki, do przestrzeni przypominającej, że gdzieś są morza, gdzieś klify nad oceanem, gdzieś lasy, łąki, starożytne ruiny. Do złudzenia Gdzie Indziej. Tyle że ja już nie umiem udawać. Dla mnie cesarz jest nagi. Centrum już mi nie błyszczy. Chodzą po nim zwykli ludzie na tym samym co ja głodzie. Głodzie sensu, miłości, pełni, absolutu, poezji, zachwytu, cholera wie. Trafiają do kawiarni, do knajpy albo, tak jak ja dzisiaj, do TK Maxxa. Sweter ze stuprocentowej wełny za 139 złotych to naprawdę okazja, ale przepychanie się łokciami między weekendowym tłokiem polującym na przecenione mydełka nie przybliża do niczego, co naprawdę błyszczy. Cesarz jest nagi.

      Dobra wiadomość jest taka, że od dzisiaj Śródmieście być może nareszcie przestanie we mnie budzić nabożną trwogę niegodnego plebsu. Bo dałam się omamić mirażom, makietom, bo się sama nie wyprowadzałam z błędu patrząc w udekorowane witryny bez złudzeń. Zła wiadomość jest taka, że nadal szukam absolutu. Nadal staram się - ćma spragniona światła - znaleźć coś, co choć trochę błyszczy. Dobra wiadomość jest taka, że kiedy się przytuliliśmy i wycałowaliśmy na powitanie, zaczęliśmy na spotkaniu ze starymi, dawno nie widzianymi znajomymi rozmawiać tak, jakbyśmy widzieli się wczoraj i kontynuowali szczere kumpelskie porównywanie notatek z nieretuszowanego życia. Nieretuszowanego. Tak, że przez dwie godziny poczułam się mniej samotna. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 18 listopada 2017 19:15
  • niedziela, 12 listopada 2017
    • A z czego ty jesteś dumny?

      Ja mogę wam nawet powiedzieć czego się boję najbardziej. Zabawne, bo kiedy teraz o tym myślę, a szczególnie teraz, kiedy o tym zaczynam pisać, takie trochę śmieszne mi się to wydaje. Trochę niewarte aż tak intensywnych emocji. A jednak. Jakbym całe życie spędziła broniąc się przed wyimaginowanym atakiem, okopując się, stawiając fortyfikacje, tak jakbym od małego prowadziła rozmowę z nieżyczliwym, wrogim rozmówcą, który syczy - nie warto. Nie warto cię kochać. Nie jesteś warta kochania.

      Banał, co nie?

      Najbardziej się boję, że ktoś mi kiedyś po złości zarzuci, że nie warto. Że taka monotematyczna jestem - ciągle o tych poszkodowanych kobietach i tych drapieżcach mężczyznach, o patriarchacie, o władzy, o wyzysku, a tak naprawdę to przecież chodzi o to, że w miłości mi nie wyszło, że chłopak mnie rzucił i że na pewno mnie nikt nie chce i już nigdy nie będzie chciał. Nikt nawet oka nie zawiesi. Nikt dotknąć nie będzie miał ochoty. Nie bez powodu się tego boję, jakiegoś takiego publicznego wydrwienia, komisyjnego stwierdzenia, że moja chęć bycia kochaną jest wstydliwa i nie przystoi, a już na pewno nie spotka się z wzajemnością. Nie bez powodu się tego boję, bo jestem niesubtelną, krnąbrną, samolubną, bo jestem roszczeniową, zadufaną w sobie i nieposłuszną, bo za dużo potrzebuję, bo za dużo daję, bo za wiele bym chciała, bo wymagam, bo nie wymagam, bo przecież ostatnio jakiś mądry pan się wypowiedział publicznie, w którejś telewizji, że te feministki, co to ciągle maszerują, to brzydkie są i nikt ich bzykać nie chce. Wisi to nade mną. Ta moja domniemana niebzykalność. Nawet jeśli przeczą jej liczne fakty, z zagadkowego powodu wydaje się ostatecznym, śmiertelnym ciosem w walce o kulturową dominację, o godność, o istnienie w publicznej przestrzeni. Niebzykalność. 

      Całą swoją młodość czytałam literaturę, Wielką Literaturę, i oglądałam filmy, w których zgorzkniali, nieufni mężczyźni zwątpiwszy w Świat i w Miłość, kolekcjonowali bezwstydnie trofea łatwe i niewymagające - jakieś kolejne głupie gęsi zachwycone bezwarunkowo ich tanimi sztuczkami. Nasiąkałam tym komunikatem, z braku jakichkolwiek wewnątrzsterownych, sprawczych, samodzielnych kobiet, które tworzyły swoją własną tożsamość w działaniu, z braku jakichkolwiek aktywnych modeli, nasiąkałam modelem biernej, żałosnej, psio zapatrzonej, intelektualnie niesamodzielnej dziuni. Stawałam się taką dziunią. Pamiętam jak mój były chłopak wyśmiewał się z pewnego kolegi i jego niegdysiejszej dziewczyny, że stworzyli sobie związek, w którym ona była jego lustrem. W każdym związku są dwie strony. W związku patrzącego na siebie w lustrze drugiego człowieka też są dwie strony. Współtworzą tę sytuację oboje, jedno idzie na łatwiznę, trochę oszukuje, trochę wykorzystuje sytuację, drugie za bardzo się stara i za mocno z siebie rezygnuje.

      Nie wiem dlaczego, naprawdę nie wiem, być może dlatego, że sobie pojechałam za granicę i cała seria facetów potraktowała mnie tam wzorcowo, jakbym miała osobowość i była ciekawa sama w sobie, a jeden dał mi swoją przyjaźnią i otwartością i gotowością na bliskość kapitał na całe lata, rodzaj kokonu, który mnie chronił przed drapieżcami, rodzaj papierka lakmusowego, którym mierzyłam toksyczność kolejnych randek i romansów. Więc nie wiem, czy to powód, ale bardzo szybko przestałam być w życiu dziunią, przestałam być głupią gęsią (i piszę te dwa słowa na "g" z ogromnym zrozumieniem i współczuciem, wcale nie uważam, że te młode, pełne nadziei dziewczyny same są sobie winne, po prostu wychowano je w ten sposób, bo to dla wielu osób niezwykle wygodne, po prostu karmiono je takimi mitami, bo te mity przez lata były pożywką i fundamentem popularnej kultury, ramą, na której opierała się konstrukcja społeczeństwa, podwaliną nuklearnej, patriarchalnej rodziny, mit o księciu na białym koniu, który w gruncie rzeczy oznacza, że kobieta nie ma być samodzielna i sprawcza, ma być bierna, ma czekać, bo mężczyzna tylko, bo wyłącznie mężczyzna - ekonomicznie i społecznie - może ją wydźwignąć z bagna marnej, miernej, bezsensownie depresyjnej egzystencji). Być może coś mnie przez to ominęło, ale śmiem nie sądzić, że wiele straciłam.

      Kiedy podróżowałam po Polsce z ekipami filmowymi zaskakiwało mnie z jaką łatwością panowie machali swoimi telewizyjnymi identyfikatorami stawiając drinka lokalnym dwudziestolatkom, nie obiecując nic, nie zobowiązując się do niczego, ot, parę słodkich słówek, odrobina uwagi, która w życiu tych niewidzialnych, pozaniedbywanych dziewczyn była tak bardzo deficytowa, odrobina uwagi, odrobina czułości, kilka drinków i już. Same sobie winne były, po co takie naiwne? Oddawać się komuś za złudzenie ważności. Efemeryczne. A jednak przecież wykorzystując nieustępliwą nadzieję tych dziewczyn, że ktoś je cudem uwolni, że je ktoś uratuje od ich zaduchu lokalnego, od życia bez perspektyw. Że wywiezie do lepszego świata, że awansuje społecznie. Nie wierzę, że moi koledzy nie mieli świadomości, że wykorzystują społeczną nierówność, że nie widzieli, nie wiedzieli, że każda ze stron inaczej patrzy na tę transakcję. Oni biorą za darmo coś, co wcale nie było dane w takiej intencji.

      Chciałabym wierzyć, że w przestrzeni między gęsią naiwnością, wyuczoną bezradnością, magicznym myśleniem dziecinnym i chęcią oddania się pod opiekę, a cynizmem, zgorzknieniem, nieufnością chroniczną i wynikającym z nich instrumentalnym traktowaniem innych jest trzecia jakość. Jest przestrzeń na spotkanie i ciekawość siebie nawzajem. Na wzmocnienie siebie nawzajem. Na uratowanie się, ale nie poprzez wyręczanie drugiej osoby, tylko poprzez dawanie jej czułego zainteresowania i wspieranie w samodzielności, w rozwoju.

      Ale pielęgnuję jeszcze, okazuje się, stare lęki. Lęki, że ktoś mnie sprowadzi - w tym ogólnokrajowym supermarkecie z tanimi albo wręcz darmowymi kobietami, z kobietami wymiennymi, kobietami, których osobowości nie mają znaczenia dopóki wypełniają swoje ograniczone role i nie piszczą i nie kwiczą i nie lamentują i nie gderają za mocno - dopóki bez protestu, posłusznie realizują swój los - więc mam lęki, że ktoś mnie sprowadzi do funkcji kwiczącej wymienialnej laleczki z niższej półki, która zbyt kłopotliwa jest, więc ją należy wymienić na łatwiejszy w obsłudze model i wyrzucić na stosik z bublami. Ktoś mnie uprzedmiotowi i podważy moją użyteczność w kategoriach przedmiotu właśnie. Ktoś obrazi moją instrumentalną przydatność, celowość mojej bytności w tym cholernym supermarkecie. A ja mu, głupia gęś, uwierzę, że to rzeczywiście moja własna osobista tragedia, nie być dobrym popychadłem. Nie pozwolić się łatwo sprowadzić do rangi rzeczy. Nie dać wykorzystać. No porażka.

      Trudno mi się przestawić na logikę oglądania świata, według której słowa drwiące, pogardliwe, ośmieszające i poniżające świadczą o mówiącym, a nie o opisywanym. O jego wizji świata, o systemie wartości, o wąskości horyzontów, o małości celów. O lęku kpiarza, co to zaatakuje pierwszy, prewencyjnie, żeby jego nikomu nie przyszło do głowy zdegradować przy ludziach w ten sam sposób. O strachu nierozumiejącego, który nie zadał sobie trudu, żeby się dowiedzieć, o czym mówi, ale mówi, bo a nuż mu ujdzie na sucho agresja. Przemoc mu ujdzie na sucho. Ale co to za przemoc, jeśli wszyscy na nią sobie pozwalają?

      Ja dużo rzeczy straciłam w życiu, z wielu miejsc i relacji odeszłam sama, z innych mnie po jakimś czasie wyproszono, do innych nigdy nie zapraszano, a jeszcze inne odrzuciły mnie z definicji i nigdy nie zmieniły o mnie zdania. Ja dużo rzeczy ważnych dla mnie musiałam pożegnać i rzeczywiście - jeśli ktoś mi kiedyś zarzuci, że jestem przegrana, że mam w sobie gorycz, że złość i że żal, że nie potrafię sobie z tymi dotkliwymi rozczarowaniami poradzić - będzie miał rację. Jestem pragnącą, czującą, sprawczą istotą, która trochę oklapła ostatnio, którą trochę to tracenie permanentne przerosło. Będzie miał rację. Tyle że będzie miał rację na temat kondycji ludzkiej w ogóle, a nie kondycji mojej szczególnie. Co to w takim razie za sensacja? Co to za niespodzianka? Że cierpię, bo mi się marzenia tkliwe nie pospełniały? A to ja jedna? Większość z nas naprzegrywała się w życiu, napopełniała kosztownych błędów, goniła nie za tym, co trzeba, przeceniła swoje siły, chciała za bardzo, chciała za głupio, większość z nas poobijana jest dotkliwie, porozczarowywana do granic wytrzymałości, większość z nas w rezultacie trzyma się swojej mniejszej czy większej strefy komfortu kurczowo, ostrożnie, nie wyściubiając zbyt daleko nosa, bo nie chce czuć tego, co ja czuję teraz, co ten mój lęk osłania nieudolnie, a z czym jednak trzeba by sobie poradzić żeby jakoś żyć dalej. To podłe uczucie. To podłe, podłe, podłe uczucie. Porażka. Bezradność. Rozpacz. Beznadzieja. Poczucie bycia oszukanym. Opuszczonym. Samotność. I słowo-klucz: rozczarowanie. Kiedy po trzech latach terapii moja pani od duszy wypowiedziała to słowo, nagle wszystko już było zrozumiałe. Rozczarowanie. To podłe, podłe, podłe uczucie. Jest w nim złudzenie, że się nigdy nie skończy. Zawiera się w nim kłamstwo, że stanowi jedyną prawdę o życiu, że poza nim nic nie istnieje. Sadza człowieka w ciemnym tunelu i twierdzi, że żadne światło na żadnym końcu nie istnieje. Ani światło. Ani koniec. Tylko tunel.

      Ale na najgłębszym dnie tego podłego uczucia kryje się miłość. Zdolność do miłości. To daje w życiu równowagę, daje poczucie odpowiednich proporcji, daje kierunek i sens. Tyle że bardzo czarny, bardzo groźny i bardzo najeżony rozmaitymi bolesnymi głupotami las tam prowadzi. Zgubić się można. Człowieka bierze ochota, żeby jednak zawrócić, wybrać coś pozornie łatwiejszego. I często wybiera. Zatrzymuje się w połowie drogi, żeby tylko nie usłyszeć tego głosu - nikt cię nie pokocha, nie jesteś wart(a) miłości, niebzykalny/a jesteś i już. Kobiety częściej osuwają się w niemoc i beznadzieję. Mężczyźni czasem w traktowanie świata na kształt sklepu z cukierkami, do którego skądś wytrzasnęli prywatny klucz, więc biorą. Tyle że cukierkami się nie najesz.

      Tak, mój niewidzialny rozmówco, którego tak się całe życie boję. Nemezis, atakujący cynicznie od środka. Kochałam. Większość życia spędziłam kochając kogoś albo coś i działając w imię tej miłości. Może nieporadnie. Ale. Kochałam i traciłam. Czasem ktoś mnie nie chciał. Czasem odrzucił. Czasem się tego całego kochania przestraszył i odszedł. Czasem chciał zostać, ale na zasadach, których nie byłam gotowa zaakceptować. A z czego ty jesteś najbardziej dumny na świecie?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „A z czego ty jesteś dumny?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 listopada 2017 14:38
  • środa, 08 listopada 2017
    • Jest dokładnie tak, jak jest. A skoro tak jest, to może tak ma być?

      Klub Fitness

      Jestem nieumyta. Moje zimnoblond włosy sterczą tak, jak je ukształtowała w nocy poduszka. Na mojej koszulce naszyto kieszonkę. Z kieszonki wystaje szyja i głowa rezolutnej lamy. Całkiem niewinnie, ale gdyby uchylić szary materiał i zajrzeć do środka, lama pokazuje nieznanym sprawcom środkowy palec. Nigdy nie dorosnę. Już mi się nie wydaje, że dorosłość oznacza ostateczne pożegnanie ze swoją wewnętrzną gimbazą. Jezu, jaka to ulga, brakowałoby mi jej. Brakowało jak amputowanej kończyny. Lubiłam ją całą sobą, jest częścią mojej prawdy, ta panienka z krótkimi włosami, w kraciastych koszulach i bojówkach z wypchanymi kieszeniami, Nirvana, Pearl Jam, Metallica, Burroughs, Ginsberg, Camus. Moszczę w sobie wygodne legowisko dla wiecznie żywej nastoletniej mnie. A nuż, młoda waleczna wilczyczka, a nuż mi się kiedyś przyda w życiu jej gotowość do walki o słuszną sprawę, jej niezłomne, pozbawione wątpliwości serce, jej powątpiewanie w autorytety i hegemonie, w stereotypy i symbole, jej czysta, lojalna przyjaźń. Naciskam stopami na pedały orbitreka, ramiona zataczają okręgi. W wyciszających dźwięki otoczenia słuchawkach lecą kolejno poniższe piosenki:

      https://youtu.be/ymNFyxvIdaM

      https://youtu.be/y2bX2UkQpRI

      https://youtu.be/OwdlqquJDK4

      Ćwiczę w wielkiej hali pełnej maszyn. Ta hala znajduje się dwie kondygnacje pod ziemią. Ta hala była kiedyś głównym kinem socjalistycznej Warszawy. W podstawówce zabrano mnie tutaj na film "Kosmiczne jaja". Dziesiątki maszyn, a na nich dziesiątki aktywnych, dbających o zdrowie ludzi. Steppery, rowerki, bieżnie, a w ostatnim rzędzie orbitreki, które lubię jakbym wracała do duchowego domu. Dlaczego? Być może kiedyś zrozumiem. Na razie idę kolistym ruchem donikąd, trzy, cztery, pięć kilometrów, dwieście kalorii, a obok przechodzi trzech korpomężczyzn, którzy właśnie skończyli rozgrywkę w squasha. Lekko zarumienieni, odrobinę spoceni, nieskazitelnie opakowani w markowe ubrania, przystojni i niedostępni zarazem jakąś taką oczywistą, nawykową, nieprzemyślaną, niekwestionowaną pewnością siebie. Biegnę, biegnę, a towarzyszy mi muzyczny podkład jak następuje:

      https://youtu.be/6JCLY0Rlx6Q

      https://youtu.be/8Uee_mcxvrw

      https://youtu.be/ewRjZoRtu0Y

      Nie oglądam meczu, który puszczono nam na dużym ekranie w miejscu, gdzie kiedyś puszczano długie fabularne metraże. Czasem moje oczy wędrują do niego bezwiednie. Arsenal i Chelsea. Napastnik wbiegł do bramki, bramkarz obrócił go w stronę boiska i pomógł wrócić na murawę, napastnik potknął się, chwycił za słupek, wyratował. Być może sobie to wyobraziłam, ale sprawiał wrażenie zakłopotanego. Zawstydzonego, jakby każdy jego ruch powinien być nieomylny. Nagle zastanawiam się, czy bycie mężczyzną nie oznacza przypadkiem nieustannego rozliczania się z wywróceń i niezręczności, jakby obowiązkiem wyewoluowanego człowieka - ostatecznym egzystencjalnym celem - było zostać Messim, superherosem sprawności, perfekcyjnie naoliwioną maszyną. Obok mnie stęka dziewczyna, która ewidentnie nie jest Messim, od dzieciństwa zaprogramowanym na zwycięstwo, nie bardzo rozumie ten konkretny model orbitreka, walczy z pedałami, jeszcze nie łapie rytmu, jeszcze nie czuje logiki tego sprzętu, ale zaraz zacznie. Za chwilę wpadnie w przepływ. Nagle rozumiem swojego byłego chłopaka, nakarmionego mrzonkami o katalońskich mega-sportowcach i mistrzach gier komputerowych, w których bohaterowie podbijają, dominują, zdobywają, kontrolują. Jakaś jego część musiała czuć do samego siebie, a w związku z tym i do mnie, pogardę bezgraniczną. Musiała być niewyobrażalnie rozczarowana. Jakaś część mnie już nigdy nie chce na co dzień funkcjonować w takiej amplitudzie zachwytu i obrzydzenia. Miłości i wstydu.

      https://youtu.be/WdFu6Kb4Au4

      https://youtu.be/2GEArZJBSsQ

      Tak jak dziewczyna na orbitreku obok, i ja wpadam w przepływ. Nie myślę już o poszczególnych ruchach, jestem ruchem, oddycham, czuję samą siebie w ciele, prędkość, radość, to ten moment, kiedy uderzają endorfiny. Zamykam oczy i tylko czuję. A potem je otwieram i widzę przed sobą innych ćwiczących, miarowo, zsynchronizowanych z sąsiadem, z rytmem maszyny, z muzyką, z biciem własnego serca. Na krótki moment euforia pozwala mi myśleć, że uczestniczę w jakimś kolektywie zjednoczonym ruchem. Czuję siebie i czuję ich. Wspólnie żyjemy i biegniemy donikąd. Wystarczymy. Jest dokładnie tak, jak jest. A skoro tak jest, to może tak ma być.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 08 listopada 2017 14:04
  • wtorek, 07 listopada 2017
    • Ja też, ja też. Dlaczego nie robię już filmów. Polska wersja Harveya Weinsteina.

      Pisałam całkiem niedawno (#metoo) o pewnym względnie znanym reżyserze filmowym, z którym miałam nieszczególną przyjemność przez krótki czas pracować ponad dekadę temu. O tym jak zaprosił mnie na zawodową burzę mózgów do swojego gabineciku przy Woronicza i dyskretnie zamknął za mną drzwi na klucz. Jak zaczął mnie nieproszony, niezaproszony dotykać - plecki, dół plecków, pośladki. Jak się sprytnie wywinęłam spod jego rąk niechcianych. Jak mi się udało, sztywnej ze strachu, otworzyć drzwi i uciec. Nie pisałam o tym, że miał władzę zlecania mi pracy, na której niezwykle mi zależało. Że miał władzę wystawienia mi opinii w męskim klubiku, który rozdawał projekty i role, który mógł mi nieodwracalnie zniszczyć tkaną od paru lat mozolnie i rzetelnie profesjonalną reputację. Nie pisałam o tym, że nawet nie przyszłoby mi do głowy zwrócić się do kogokolwiek z prośbą o pomoc czy interwencję. Że wśród otaczających mnie kobiet problem nie istniał, nie było o nim rozmowy, bo kobiety w telewizji zbyt zajęte były mężczyznami w telewizji - podobnie zresztą jak ja sama. Od mężczyzn przecież wszystko zależało. Że nie poszłam do swojego szefa ani do swojego mentora. Nie ujawniłam niewątpliwego przypadku molestowania seksualnego, wykorzystania pozycji, pogwałcenia zaufania. Nie poszłam do mojego szefa, bo parę miesięcy wcześniej próbowałam go prosić o interwencję w podobnej sprawie.

      Nigdy nie zapomnę tamtej wycieczki na zdjęcia do filmu dokumentalnego, jazdy po całym kraju, od granicy do granicy, zdezelowanym busem w towarzystwie sześciu starych wyjadaczy - kolejny nagradzany reżyser, wybitny operator i sprawna, świetna ekipa, sami faceci i ja - blondynka. Przygoda mojego życia. Tyle że nagradzany reżyser przyszedł w nocy do mojego pokoju "pożyczyć pastę do zębów", a kiedy zamknęłam mu przed nosem drzwi żeby pójść do łazienki, przynieść co trzeba i rzeczywiście pożyczyłam mu pastę Colgate i powiedziałam, że idę spać, wybąkał coś, wściekły, wymamrotał, że nie dogaduje się z żoną, a kiedy powiedziałam "dobranoc", odwrócił się na pięcie i od następnego dnia zdjęciowego rozpoczął się koszmar. Wszystko, co zrobiłam, było złe, głupie i budziło agresję. Zepsuta zabawka. Zepsute zabawki wywołują złość. Najpierw reżysera, potem operatora, następnie aktywny ostracyzm objął wszystkich siedzących w samochodzie mężczyzn, nawet sympatycznego młodego dźwiękowca, który jeszcze dzień wcześniej rozmawiał ze mną jak z kolegą. Zaczęły się maratony złośliwych, obrzydliwych żartów o blondynkach. Jechaliśmy przez cały dzień samochodem, a w samochodzie zaduch, pot, testosteron i przemoc słowna. Wieczorem, przy kolacji z lokalnymi małomiasteczkowymi oficjelami, reżyser wymyślał kolejne absurdalne, poniżające zadania, które symbolicznie degradowały mnie z funkcji asystenta produkcji do poziomu prostytutko-sekretarko-gońca - od "przynieś mi okulary z samochodu" po "opowiedz nam o tym, jak naga tańczysz na rurze" (nie żartuję, burmistrz i zastępca burmistrza prawie popluli się rechocząc lubieżnie, rozochoceni wódeczką). Ja udawałam, że nie istnieję. Że to nie o mnie. Sztywna ze strachu stawałam się kimś innym, całe lata kimś innym się stawałam aż wreszcie, niedawno, przestałam siebie rozpoznawać. Kolejnego dnia, po kilku godzinach samochodowych naprzemiennego ignorowania moich służbowych pytań i robienia żartów na temat blond debilek, coś we mnie strzeliło. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Porwały mi się spodnie. Potrzebowałam do toalety. Do toalety szło się ścieżką między krzakami. Stali tam jacyś młodzi, pijani ludzie. Kiedy wracałam do samochodu, zaczęli wykrzykiwać rozmaite rzeczy o mojej dupie i cipce i cyckach. Dopiero wtedy nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do producenta, który był moim przełożonym. Płakałam, że to, co się dzieje na zdjęciach jest nie do wytrzymania. Zaczął się śmiać, tak po ojcowsku, pobłażliwie. Wytłumaczył mi, że jestem przewrażliwiona i że skoro taka wrażliwa jestem, to nie powinnam pracować w filmie, ale raczej siedzieć sama i malować na szkle.

      Tego "malować na szkle" nie zapomnę do końca życia. Być może dlatego, że nigdy nie spotkałam się z tak otwarcie wrogim, sadystycznie, stadnie, z lubością wręcz odrzucającym mnie światem jak świat sztuki i mediów. Na portalach fotograficznych, na których publikowałam jako dwudziestoparolatka swoje zdjęcia - w poszukiwaniu inspiracji, mentoringu, rozwoju - czekał mnie festiwal bezlitosnej krytyki, której panowie wydawali się oszczędzać innym panom. Na rozmaitych planach filmowych krzyczano na mnie, publicznie mnie opierdzielano za rzeczy, które bywały poza moją kontrolą, z lubością naśmiewano się z moich błędów, niewiedzy czy braku pomyślunku, nieustannie traktowano jak imbecyla, którego głównym atutem jest wartość ozdobna albo seksualna. Od chłopaków, do których szłam po literackie, poetyckie, plastyczne porady słyszałam "odtwórcza", "pozbawiona osobowości", "za bardzo skupiona na sobie", "nieoryginalna". Informacja zwrotna zawsze podana była jak wyrok. Dożywotni. Jak nieodwracalna cecha charakteru, od której się nigdy nie uwolnię. Osobowości nie mam i już. Oryginalności nigdy się nie nauczę, nigdy nie wyćwiczę, nie nabędę. Nie grozi mi rozwój osobisty, dojrzewanie, uniezależnianie się i nabieranie podmiotowości. Nie grozi wyszlifowanie talentów, obrobienie ich, uszlachetnienie w żarze i błocie i gównie życia. Wniosek zawsze był jeden. Dać sobie spokój. Zostałoby mi więc z tych moich nastoletnich marzeń i aspiracji, z moich wieloletnich ćwiczeń i radości, zostałoby mi więc to nieszczęsne "malowanie na szkle". Niegroźne. Ot, dziewczynka sobie maże kwiatki dla innych dziewczynek. Makatki mogłabym też tworzyć. Haftować chusteczki. Ale na pewno nie bawić się w wielką Sztukę czy wielką Literaturę z dorosłymi mężczyznami.

      Doskonale zrozumiałam tę lekcję.

      A teraz nagle jej nie rozumiem. Boli mnie bez sensu. Fantomowy ból z przeszłości, dzisiaj nieaktualny, a jednak podskórnie wciąż obecny, nie zaleczony. Ten mur mężczyzn broniący przede mną bastionu Sztuki, twierdzy Literatury. Jakże byli zgodni. Jak zjednoczeni. Jakże ja musiałam być straszna, zagrażająca, jak silna że aż tak się zmobilizowali.

      Może każda z nas ma swojego Harveya Weinsteina? Albo całą ich serię. Wrogich, broniących swojego terytorium, swoich przywilejów mężczyzn. Drwiną, krytyką, agresywną postawą, umniejszaniem, żartem poniżającym, władczą ręką na pośladku. Dopóki nie zrezygnujesz z prób przynależenia. Dopóki z siebie nie zrezygnujesz po trochu. Dopóki nie zamilkniesz, nie zdysocjujesz się, nie uznasz takiej konstrukcji świata za normę. Dopóki rozpacz, bezradność, nie zadomowi się na stałe w twoim gardle, aż zapomnisz jak się bez niej przełyka, jak mówi swobodnym, rozluźnionym gardłem, jak otwarcie wyraża sprzeciw i słuszny gniew. Dopóki wściekłość nie stanie się obcym, dziwnym, niezrozumiałym tworem, z którego nie można strategicznie korzystać, który dławi i atakuje i każe płakać w najmniej odpowiednich momentach, który obraca się przeciw sobie samemu.

      Teraz nagle nie rozumiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Ja też, ja też. Dlaczego nie robię już filmów. Polska wersja Harveya Weinsteina.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 listopada 2017 10:51
  • sobota, 04 listopada 2017

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl