Kucharka Zen

Wpisy

  • czwartek, 27 lipca 2017
    • Mróweczka

      Skąd się wie, że się sobie w życiu wydeptało najlepszą z możliwych ścieżek? Jak mróweczka w starym lesie zagubiona, w labiryncie grzybów, patyków, suchych liści i majestatycznych paproci, wśród ciasno splątanych mchów szukająca pokarmu, budulca albo towarzystwa. Europa ulega w lipcu i sierpniu pospolitemu ruszeniu. Holenderskie, duńskie, belgijskie przyczepy kempingowe ruszają na południe, ale to nie jedyna i nie oczywista trasa. W połowie drogi do Włoch zatrzymaliśmy się w remontowanym ciągle starym pensjonacie w okolicach Bayreuth, a z nami para Szwedów i para Kanadyjczyk-Niemka, objeżdżający wakacyjnie małe lokalne niemieckie browary w tym regionie. Właściciel powitał nas darmowym drinkiem. Mój chłopak zakończył całodniową jazdę pszenicznym piwem robionym niedaleko. Ja dostałam orzeźwiający gazowany napój z jabłek, również regionalną specjalność. Skrzyżowały nam się nad tymi napojami, na chybotliwej drewnianej ławie, przy stole nakrytym śliską ceratą nasze ścieżynki, nasze urlopowe koncepcje. Skąd się wie, że się podąża w odpowiednim kierunku, że się nie brnie niepotrzebnie w ślepą uliczkę czy niebezpieczny zaułek? Kiedy się patrzy wstecz, jakie kryterium przykładać do własnych życiowych wyborów? Ja wybrałam, że będę uczyć. Szkolić. Doradzać. Bo wychowali mnie nauczyciele i nawet dzisiaj nie potrafię się oprzeć kiedy ktoś wobec mnie przybiera pobłażliwy, mentorski ton. Bo podlegałam opiece silnych, despotycznych kobiet i dla nich interpretowałem lektury, recytowałam wiersze, rysowałam laurki. Chciałam zdobyć zachwyt wiecznie krytycznych bogiń, a później, dużo później zapragnęłam zostać jedną z nich. Niezadowoloną, urażoną, dumną narratorką rzeczywistości. Bo miałam całe lata pieczę nad młodszą siostrą, której z lubością objaśniałam świat i chyba tylko to, chyba tylko to mi w życiu wyszło bez wysiłku. Tylko to czułam, że potrafię. Czy to wystarczający powód żeby wybrać karierę? A kiedy przyjdzie kryzys i zwątpienie, kiedy rozczarowanie zmiesza się ze strachem, że się popełniło fundamentalny błąd, zbyt dawno żeby cofnąć czas, zbyt duży żeby zapomnieć i zbudować od nowa coś nowego. Gorzej. Tylu osobom doradzałem jak się orientować w mnogości dostępnych kierunków, tyle razy analizowaliśmy wyobrażalne alternatywy, że teraz wstyd mi, aż trudno usiedzieć w miejscu z własnym elementarnym zagubieniem. Z własnymi pytaniami o sens i cel, z poczuciem, że każda odpowiedź będzie efemerydą, złudzeniem, które na moment tylko łagodzi egzystencjalne niedowierzanie. Głupio mi. A przez to "głupio" przebłyskuje czasem filuternie, przyjaźnie ulga, puszczając oko jak tamta Włoszka przedwczoraj w Italmarku, starsza, rezolutna kobieta ze szparą między zębami. Mrugnęła do mnie na odchodnym, poprztykawszy się emocjonalnie, ale życzliwie o 10 euro z kasjerem. Postanowiłam, że jeśli mam kimś w życiu zostać, to taką panią. Albo staruszką, która śmignęła mi przed nosem, siwowłosa, bzycząc na skuterze. Tyle lekkości. Więc ulga. Może naprawdę nie trzeba wiedzieć co i dlaczego kryje się za zakrętem. Może jechanie po serpentynach wykutych w skałach majestatycznych nadjeziornych to dobra metafora. Być może za załomem wpadnie na nas rowerzysta, może nie wpadnie, bo usłyszy nasz klakson, a w nagrodę zobaczymy rozmigotane, roztańczone wieczornym światłem fale. Może silosy zardzewiałe. Może port. Albo sardynki suszone w słońcu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 lipca 2017 19:35
  • środa, 26 lipca 2017
    • Wiatr

      Mamo, przejdę się.

      Dokąd?

      Dookoła.

      Zawinięta ściśle w jasny ręcznik, jak w kokon, chuda śniada dziewczynka z kapiącymi strączkami włosów znikła zanim zdążyłam sie jej porządnie przyjrzeć. Zamiast niej, poobserwowałam więc jej dużo mniej ruchliwą matkę.

      Mój chłopak zasnął niespokojnie na słońcu. Jedna noga zgięta w kolanie, druga wyrzucona w wykopie na rozgrzaną gumę materaca, ręce wyciągnięte nad głową, oddycha rwanym, spazmatycznym rytmem pierwszej fazy snu, jego przepona drga, a pod powiekami rozbiegały mu się - jak tamta dziewczynka w ręczniku i inne włoskie dzieci na tej plaży - gałki oczne. Zamilkła cykada w gałęziach bezpośrednio nad nami, zastąpiła ją bardziej wypoczęta koleżanka na dalszym drzewie, w okolicy parterowego budynku przebieralni.

      W płytkiej wodzie, rozmigotanej punktami odbijającymi słońce, brodzą lokalne rodziny. Dzisiaj uczą się kąpać maleńkie dzieci. Przedwczoraj pomyliliśmy plaże i osiedliśmy na takiej dla psów. Dwójka wytatuowanych instruktorów w czarnych piankach łagodnie acz stanowczo zachęcała olbrzymie kudłate czworonogi jakiejś bardzo tutaj popularnej rasy do wskoczenia na powierzchnię małego chwiejnego kajaku. Wszystkimi niepewnymi łapami walczyły już o równowagę na chybotliwej łódeczce dwa skupione szczupłe owczarki. Sprawiały wrażenie dobrze wytresowanych profesjonalistów, przypominając gładkie białe kołnierzyki zza korporacyjnych biurek, nieomylne, dobrze naoliwione, spięte. Boję się ich. Jednych i drugich. Być może ukrywają przed samymi sobą ciśnienie wieloletniego napięcia, które kiedyś poskutkuje gwałtownym wybuchem. Za dużo dyscypliny. 

      Ach, te kudłate psy. Widziałam ich w okolicy przynajmniej cztery. Na parterze naszego domku mieszka jeden. Kiedy o siódmej piętnaście rano kościelne dzwony grają swoją barokową melodię, on popiskuje im do wtóru. Dokładnie jak mój pies, ale gabaryty tutejszego czarnego kudłacza, jego wielkie pudło rezonansowe, sprawiają że pisk zamienia się w tubalne wycie i budzi nas ta zbitka radosnego dzwonienia z gardłowym lamentem żałośliwym co rano.

      Dzisiaj maleńkie dzieci zanurzane są ostrożnie w przyjaznej letniej wodzie jeziora. Założę się, że podpływają do ich nóżek ciekawskie, nieustraszone rybki. Otaczają je omszałe góry. Są z nimi opiekuńczy ojcowie.

      Krajobraz dźwiękowy, oprócz cykad, tworzą przede wszystkim rozpluskane, piszczące dzieci i pełne wigoru okrzyki podrostków - oscylujące jeszcze w niekontrolowany sposób między chropowatą męskością a niepohamowanym cieniusieńkim entuzjazmem, który zdradza ich prawdziwy wiek. Podrostki noszą szorty i grają na bosaka w piłkę nożną. Piasek pod ich stopami, pod moimi pośladkami, jest ciężki, mokry, zimny, nieruchawy. Wyobrażam sobie, że między palcami, jak mnie, zbierają im się kłujące ziarenka, a skórę mają, jak ja, rozgrzaną aż szczypie. Dziewczynki, im starsze, tym cichsze. Przemykają między drzewami w kolorowych falbaniastych staniczkach. 

      Grzechotka.

      Gumowa piłka przez pomyłkę z całej siły kopnięta głucho w drzewo. Wiatr, a nad nami jedna, grożąca być może burzą, nabrzmiała czernią chmura.

      Mamroczący sam do siebie chłopiec, który chyba dodaje sobie otuchy szukając czegoś wśród mokrych śladów cudzych stóp. Za godzinę albo półtorej tą samą niewidzialną ścieżką przejdzie czterolatek w jaskrawoniebieskich majtkach, kiwając zamaszyście jaskrawoniebieskim wiaderkiem i rysując przed sobą patykiem w piachu drogę.

      Zawodzenie dziecka, takie bez przekonania, znużone, rozżalone, rozeźlone. Uspokajające równoważniki zdań jego znudzonej matki.

      Znów wiatr. Suche liście przetaczające się przez plażę. Szeleszczące kartki papieru i łopoczące parasole. Torebki foliowe radośnie, zygzakiem, uciekające właścicielom.

      Skrzypienie ołówka kreślącego litery w czarno-białych kratkach na kartce. Mój chłopak obudził się i rozwiązuje krzyżówkę Skrzypienie grafiti na papierze. Skrzypienie rozgniatanej ząbkami skórki czereśni. Skrzypienie mokrych stóp ocierających się o zmoczoną gumową powierzchnię klapków-japonek.

      Obok nas piękna kobieta karmi obfitą opaloną piersią, jak posąg bogini płodności, blade niemowlę. W tym samym miejscu kilka godzin temu niski Niemiec całował tuż nad nagim biustem dekolt swojej żony. 

      Za nami przejeżdża pociąg. Dzwoni zamykający się przejazd drogowy. Sygnał dźwiękowy pociągu niesie się wśród gór inaczej niż dwa pilne gwizdnięcia promu po tafli jeziora. Prom opływa jezioro trzy razy dziennie. Gdyby wydał dwa dłuższe gwizdnięcia, oznaczałyby one człowieka za burtą. 

      Piłka uderzająca o otwartą dłoń. Piłka odbita kością kolana.

      Liść.

      Wiatr. 

      Reprymenda matki, która każe synowi wolniej pić z puszki coca-colę. Inny chłopiec w jego wieku ustawia właśnie bramkę z patyków. Gra z nimi jedna dziewczyna, kopiąc, biegnąc, stając, jedząc łapczywie śmietankowego loda na patyku.

      Plusk. Ktoś skoczył prosto na pośladki do basenu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 26 lipca 2017 19:50
  • niedziela, 16 lipca 2017
    • Szarości

      Olśniło mnie na 1120 kilometrze autostrady rozciągającej się z północy na południe, olśniło mnie sztywną już od monotonii, katatoniczną z nudów, zaczęłam odpływać w wolne skojarzenia. Byliśmy w Niemczech, przejeżdżaliśmy właśnie przez Monachium. Przywitał nas biały, plastikowy kosz stadionu Bayern Munchen. A potem solidna ściana szkła i betonu, szare tunele i bure ekrany dźwiękoszczelne. Wieżowce i hale przemysłowe. Anonimowe okna, a za nimi dobrze pochowana tajemnica prywatności. Wokół nas błyszczały w słońcu powtarzalne mordki niemieckich maszyn - Audi, Opel, BMW i Mercedes - znów praktycznie srebrne, czarne, granatowe, żeby nie było widać zacieków. Olśniło mnie. Czytam właśnie wieczorami cienką książeczkę mojego ulubionego brytyjskiego artysty Graysona Perry o męskości i kobiecości. Grayson zna się na architekturze i projektowaniu przemysłowym, więc dużo pisze o tym, w jak ogromnym stopniu urbanistyka, architektura i dizajn odzwierciedlają dominację mężczyzn, męskiej perspektywy i męskich potrzeb - nie tylko wśród projektantów i budowniczych, ale przede wszystkim w mentalności naszych decydentów, urzędników i administratorów. Znacie te słynne badania, które uświadomiły zachodniemu światu, że większość kobiet pracujących w biurach permanentnie marznie, bo termostaty ustawione są na męską temperaturę optymalną, niższą niż damska? Okej, tyle już mniej więcej wiedziałam. Miasta takie jak Warszawa, miejsca takie jak Mordor, zbudowane są pod biurowców-kierowców i pod kątem szybkiego, bezbolesnego poruszania się, kosztem spacerów, rowerów, placyków, parczków i spotkań towarzyskich w przyjaznej, cichej atmosferze. Kosztem estetycznej różnorodności. To, czego nie wiedziałam, dopowiedział mi Grayson Perry. Chociaż hołubimy architektów takich jak Gaudi czy Hundertwasser, za ich organiczną, witalną, zmysłową kolorowość, przeważająca większość miejskich projektantów wybiera szarość, srebro, czerń, granat czy brąz. Wejdźcie do sklepu z męskimi ubraniami i zobaczycie tę samą gamę barw - z dodatkiem może khaki czy beżu. Perry opisuje kuszącą teorię, według której statystyczny mężczyzna, którego prehistoryczny odpowiednik polował, więc potrzebował widzieć świat monochromatycznie, pod kątem kontrastów i nagłych ruchów, dzisiaj też ma taki aparat wzroku - i też patrzy szarościami. Ta sama teoria stwierdza, że prymitywne kobiety - zbieraczki - musiały być wyczulone na czerwienie i fiolety jagód czy grzybów i wykształciły mocno zniuansowane widzenie. Wśród moich znajomych dziewczyny regularnie edukują chłopaków przy okazji urządzania mieszkań - między łososiowym, brzoskwiniowym i pomarańczowym jest różnica. Wśród panów zdarza się dużo więcej daltonistów, więc może coś jest na rzeczy. Ja wiem na pewno, że kiedy mknę szarym samochodem po szarym betonie wśród szarych ekranów i srebrnych anonimowych budynków tylko po to, żeby szarym garażem przejść do szarego lobby, a srebrną windą przejechać na resztę dnia do szarego biura z szarą wykładziną i stukać palcami w ciemnoszary komputer, coś w mojej duszy umiera. Przynajmniej na tapecie mam zdjęcie włoskiego jeziora Iseo, w którego stronę mkniemy właśnie trójpasmową szarą wstęgą wśród drzew.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 lipca 2017 22:19
  • sobota, 08 lipca 2017
    • Co mi daje siłę

      Momenty kiedy biegnę. Kiedy rozumiem, całym ciałem, naturę biegania, kiedy oddycham w najmądrzejszym wobec tego ruchu rytmie, kiedy uderzam stopami w twarde podłoże i moje stopy rozumieją czym ono jest i jak w nie uderzać. Momenty kiedy jestem bieganiem. Moje łokcie i klatka piersiowa, brzuch i biodra i uda i łydki synchronizują się ze światem w bieganiu. Czuję się wtedy mądra. I silniejsza niż zwykle.

      Miejska zieleń w Warszawie. Nie wiem, kto się nią zajmuje, czy to scentralizowany zespół w Ratuszu, czy pojedyncze osoby rozsypane po rozmaitych dzielnicach, ale widuję fioletowe tulipany zasadzone wzdłuż torów tramwajowych. Tu i ówdzie zaskakują i zachwycają kompozycje, w które ktoś włożył wrażliwość i czułość, przemyślane, wypieszczone, zupełnie nie jak reszta budzącej respekt, ale nie zawsze przyjaznej stolicy.

      Niedawno byłam w kościele. Przytłoczyło mnie moje życie, przestraszył ogrom samotności, nie dawałam sobie rady ze sobą, z innymi, ze światem. Poszłam na rower i rower mi trochę ulżył w tym ciężarze, bo kluczyłam po okolicznych osiedlach, wjeżdżając w miejsca dotąd nieznane. Zawsze ciekawość koiła mi lęk, więc ciekawa byłam zaułków i zakrętów, cudzych jeszcze przed chwilą, a w momencie ich odkrycia także odrobinę moich. Przejechałam obok kościoła. Kościół nie zachęcał. Był majestatyczny, pomnik instytucji raczej niż miejsce skupienia. Wydał mi się brzydki, architektonicznie niespójny, ale to już mnie nawet nie bolało tak bardzo w duszę, bo przypomniało mi się, że kościoły są ciche, że można w środku poczuć się kojąco, sycąco samemu, że tempo tam zwalnia do człowieczej biologicznej normy, że rozwydrzonej, rozwrzeszczanej, rozhisteryzowanej, rozpędzonej technologii się tam nie wpuszcza, więc po ludzku, analogowo można być. Że zostawiono w nich miejsce na rozpacz, zwątpienie i specyficzny rodzaj izolacji wśród podobnych emocji innych ludzi. Jest się i się nie jest oddzielnym. Że można w nich czuć się, bezkarnie, zwyczajnym, pogubionym, nieporadnym, że można nie wiedzieć co dalej tak bardzo, że oddech zapiera, i że po to właśnie je zbudowano. Więc pchnęłam jedne ciężkie drewniane drzwi, ale były zamknięte. Drugie pchnęłam, nie ruszyły się. Trzecie. Czwarte, ostatnie, małe z boku ustąpiły wreszcie i weszłam w zapach kadzidła i chłodną wilgoć. W kościołach całe wieki radości i cierpień rozstępują się, rozpływają w atmosferze, która robi na nie miejsce. Na zewnątrz kościoła pędzimy, ścigamy się, uprawiamy seks i robimy biznesy, konstruujemy sobie mozolnie ścieżkę kariery, przeżywamy przygody i zawody. Zaskoczyło mnie jak bardzo poczułam się na miejscu wśród śpiewanych jękliwie litanii, w twardej ławce, pod niebotycznym sufitem, jak bardzo ukoiło mnie proste siedzenie w tej przestrzeni. Zrozumiałam, że zaniedbałam coś, że trzeba mi tego było jak powietrza, jak wody, jakiegoś zrównoważenia dla nawykowej nadwyżki aktywności i wysiłku, napięcia i starania, dążenia i kochania. Potrzebowałam się rozpuścić w czymś większym niż ja. Mam nadzieję, że inni wierni, być może bardziej przywiązani do świec i zdrowasiek, mszy i księdza-przewodnika, wybaczą moją ateistyczną wizytę. Gdzieś na fundamentalnie ludzkim poziomie chodzi nam przecież wszystkim o dokładnie to samo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 08 lipca 2017 15:07
  • czwartek, 06 lipca 2017
    • Kac cukrowy

      Ja wiem, że sama sobie to zrobiłam, ale byłoby mi o wiele łatwiej trzymać się myśli, że to jednak świat. Świat mi to zrobił. Twarz mi drętwieje, nogi mam ciężkie, oczy mnie szczypią, głowa mnie boli, cały organizm się na mnie denerwuje, że tak wyśrubowałam tempo równocześnie spuszczając ze standardu dbania o siebie. Ostatni tydzień był festiwalem wszelkiej maści musów czekoladowych oraz spektakularnego niewyspania. Teraz nie mogę wchodzić do sklepów spożywczych, bo kiedy zobaczę batonik, to mnie odrzuca. Od-rzu-ca. Ale z drugiej strony co innego z takim stresem zrobić? Wszystkim w pracy zebrało się przedurlopowo na trzęsionkę roboczą, turbodoładowanie im się włączyło i nagle trzy osoby dziennie zleca mi trzy całkiem nowe projekty na cito, nikt się z nikim ani ze mną tym bardziej nie konsultując. Interesujące. Czyja to wina więc? Moja? Świata?

      Patrzę sobie wstecz na ostatnich piętnaście lat. Wahadło mojego światopoglądu przesadziło już w obie strony. Spróbowałam być narcystycznym, magicznym sprawcą, autorką nieograniczonego sukcesu. Spróbowałam też być bezwolną ofiarą, której zawsze ktoś coś robi, wynikiem okoliczności niesprzyjających i nieprzyjaznych warunków. Ani jedno, ani drugie nie sprawdziło się w pełni. Bycie ofiarą jest wdzięczne. Podobało mi się chyba bardziej niż nadodpowiedzialność i nieustające poczucie, że wszystko ode mnie zależy, więc wszystko jest też w razie porażki czy katastrofy moją własną i wyłączną winą. Podobało mi się zdjęcie z siebie ciężaru wyrzutów sumienia, porażki i wstydu. Że na pewno jakoś zawiniłam. Podobało mi się jasne przesunięcie w łańcuchu przyczyn i skutków ciężaru na zewnątrz. Zrozumienie, że podlegam wpływom i siłom, czy chcę, czy nie chcę. Że ludzie czasem wchodzą na głowę. Czasem krzywdzą. Czasem myślą tylko o sobie. Czasem w ogóle nie pomyślą.

      Teraz sobie kombinuję, że to raczej czasami nieszczęśliwy przypadek, a czasami cudza zła wola, czasami system, a czasami nieporozumienie, bywa, że moje niedopatrzenie czy zaniedbanie, bywa że moja nadgorliwość.

      A tymczasem uczę się, ciągle się uczę, nawigować w niekończącym się sztormie, znajdować wzorce w chaosie bodźców, ale nie przywiązywać się do nich nadto. Uczę się zakochiwać z pełnym zrozumieniem straty i bólu, której zalążek jest w każdym kochaniu. Uczę się rozczarowywać, zostawiać, porzucać, a jednocześnie zostawać, wytrzymywać, zachwycać.

      Być bezradną. Być zaradną.

      Być bez pomysłu. Być pomysłową.

      Być realistką. Być optymistką.

      Czuć nadzieję. Czuć beznadzieję i rozpacz.

      Kto by pomyślał, że nie umiałam dotąd naprawdę czuć żadnej z tych rzeczy. Że moje życie stanowiło znieczulenie albo ucieczkę, przeczekiwanie albo otorbianie się złudzeniami.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 lipca 2017 16:09

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl