Kucharka Zen

Wpisy

  • wtorek, 11 września 2018
    • Leśmian na wtorek

      "Nocą umówioną, nocą ociemniałą
      Przyszło do mnie ciszkiem to przychętne ciało.
      Przyszło potajemnie — w cudnej bezżałobie, —
      Było mu na imię tak samo jak tobie…

      Zajrzało po drodze w przyszłość i w zwierciadło, —
      Na pościeli zimnej obok się pokładło, —
      Dla mnie się pokładło, bym je mógł całować
      I znużyć — i zużyć — i nie pożałować!

      Lgnęło mi do piersi — ofiarnie pachnące,
      Domyślnie bezwstydne i — posłuszniejące…
      W ciemnościach — w radościach — na granicy łkania
      Mdlało od nadmiaru niedoumierania.

      I nic w nim nie było, prócz czaru i grzechu,
      Prócz bezwiednej woni — wiednego pośpiechu
      I prócz tego dreszczu, co ginie w krwi szumie, —
      A bez niego ciało — ciała nie rozumie."

      Bolesław Leśmian- Napój cienisty- Nocą umówioną

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 września 2018 14:22
  • sobota, 08 września 2018
    • Komedie romantyczne

      Pytanie mam. Bo nie wiem. Wczoraj oglądałam komedię romantyczną. Niezwykle zresztą uroczą, bo bohaterka była inteligentna, utalentowana, samodzielna, społecznie sprawna i wrażliwa. Chętnie bym się z kimś takim utożsamiła. Więc płynęłam sobie emocjonalnym strumieniem, który dyktował mi film. Były tam i pragnienia i napięcie, i frustracja i czułość, i wzruszenie i błogość. Bardzo satysfakcjonująca mieszanka. Kolejny atut filmu stanowił obiekt miłości - wybranek serca bohaterki był złożoną postacią, elokwentnym sportowcem z całą masą empatii, łączył w sobie najpiękniejsze cechy wartościowego człowieka (dowolnej płci, sorry, żaden z jego wspaniałych walorów nie jest wyłącznie przypisany dziewczynom albo chłopakom) - sprawczość, przytomność, umiejętność budowania bliskości i więzi, troskę o innych i lojalność. Kurczę, piękny film wczoraj obejrzałam. Gdybyście mieli ochotę, to jest dostępny na Netfliksie i nazywa się "Sierra Burgess is a loser".

      Ale mniej więcej dziesięć minut po obejrzeniu filmu, kiedy sobie tak nad mijającym dniem medytowałam, uderzył mnie wielki, ziejący, znajomy zaskakująco z mojej własnej biografii brak. Czarna dziura. Musiałam się chwilę zastanowić, czego ten brak dotyczy, gdzie ten film rozjeżdża się z rzeczywistością, w czym zawodzi i jak rozczarowuje. Czy to może moje osobiste rozczarowanie, które z filmem ma niewiele wspólnego?

      A potem nagle już wiedziałam. Kontekst jest taki, że się odrobineczkę zadurzyłam. To bardzo dobrze i bardzo zdrowo i sporo sympatycznych wzruszeń mi to zadurzenie dostarczyło i jeszcze ulgi, bo to oznacza, że będę żyć i będę kochać i nie umrę od ostatniego złamania serca. I jeśli czyta to osoba, która podarowała mi książkę o łataniu złamanych miejsc złotem, to chciałabym, żeby wiedziała, że się załatało. I że złotem właśnie. Że błyszczy i szlachetnieje. I dopiero poczułam całą wagę i piękno tego prezentu. Purezento.

      Zadurzyłam się i mam w kolekcji wspomnień takie cudeńka jak długie trzymanie się za ręce i nie puszczanie chociaż już niby wystarczy, głębokie powłóczyste patrzenie w oczy, czułe głaskanie po plecach i mój ulubiony moment - dyskretny pocałunek w szyję. To, czego nie mam, to pewność, że po drugiej stronie jest ktoś, kto potrzebuje dłuższej, solidniejszej, czułej i lojalnej więzi. Że po drugiej stronie to nie było tylko kapryśne, chwilowe, wakacyjne zauroczenie, które właśnie się skończyło. Że po drugiej stronie w ogóle są takie potrzeby - bliskości, długotrwałej intymności, szacunku i wierności. Zaliczyłam nie tak dawno kilka tygodni na tinderze i moje zrozumienie potrzeb męskiej połowy społeczeństwa uległo gwałtownej degradacji. Jeśli ich oceniać tinderem, mężczyźni chcą kawałka mięsa, który ładnie pachnie i wygląda jak cukiereczek i jest niezwykle łatwo i szybko dostępny. Nie kosztuje nawet flirtu umiejętnego, nie trzeba prawić mu komplementów, udowadniać honorowych intencji ani nawet przesadnie długo uwodzić. Wystarczy wprost zasygnalizować chęć seksu już dziś wieczorem. Tinder skojarzył mi się z automatem sprzedającym batony. Wrzucasz pieniążek i naciskasz guzik. Wylatuje ulubiona czekoladka i zanim nawet pomyślałeś, już ją jesz. Nie zrozumcie mnie źle, ja wcale nie pomstuję na ludzkie biologiczne, bardzo naturalne potrzeby. One są i mój sprzeciw wobec popsucia się rynku matrymonialnego nic w tej kwestii nie zmieni. Wierzę też, że są całe duże grupy mężczyzn i kobiet, które właśnie w tym momencie swojego życia całkiem uczciwie potrzebują prostego seksu bez zobowiązań. Niesmak mi został nie dlatego, że tinder w ogóle istnieje, ale że ja czegoś innego szukam. I nie wiem gdzie i nie wiem jak, rynek nie wydaje się dostarczać oczywistej oferty dla kogoś takiego jak ja, głodnego więzi, ciekawego powolnego, stopniowego poznawania się, lojalnego. Nieodmiennie pomocna w kwestii zaufania do męskich intencji matka moja stwierdziła, że tinder "ocieka spermą". Ten obrazek został mi w wyobraźni jak linoryt. Wyrył się. Wyżarł sobie miejsce pod powiekami. Nie zostawił miejsca na nic innego.

      Jaki to ma związek z wczorajszym filmem? Taki mianowicie, że czerpię swoją wiedzę o świecie z kilku źródeł. A) Z samego świata, z obserwacji, z doświadczania, z osmozy. B) Z relacji innych ludzi, ich słownych deklaracji, ich opowieści o samych sobie. C) Od naukowców - z artykułów o badaniach i z książek, w ramach których ktoś przyjął zdyscyplinowaną naukowo metodę zbierania danych, szerzej niż ja dam radę w codziennym życiu, na większą skalę, a potem przyjął zdyscyplinowaną naukowo metodę znajdowania w tych danych wzorców i wyciągania z nich wniosków. I wreszcie D) czerpię wiedzę o świecie z popkultury - z internetu, z filmów, z powieści i opowieści.

      Co mi mówią te rozmaite źródła wiedzy o mężczyznach i ich potrzebie przedłużonej bliskości? Jakieś straszne, wewnętrznie sprzeczne bzdury. Tinder mówi trudne do zaakceptowania rzeczy. Moja matka równie okropne (chociaż sama świętowała niedawno czterdziestą rocznicę ślubu, a ojciec według moich informacji nie uskutecznił nawet nieudanej próby skoku w bok przez te cztery dekady). Nauka, bardzo mi przykro to powiedzieć, dzieli się dokładnie na pół, zależnie od światopoglądu naukowca, i albo mówi, że mężczyźni to drapieżne ssaki naczelne, wygłodniałe całych tabunów, haremów całych rozmaitych, niekończących się samic, albo mówi, że wszyscy ludzie, obu płci, mają w swoim epicentrum głęboki, intensywny instynkt bliskości i że tylko życie budowaniu takiej bliskości poświęcone ma sens i daje satysfakcję. Moje własne doświadczenia ze świata podrzucają wizje facetów, którzy bardzo czegoś ode mnie potrzebowali, ale mieli tak marny i tak schizofreniczny kontakt z własnymi potrzebami, tak rozczłonkowane te potrzeby (gra słowna, hihi) - że i oni i ja męczyliśmy się z konstruktem Matko-kurwo-służąco-przyjaciółki, gdzie nic z niczym nie dało się pogodzić, a na koniec to i tak była moja wina. Hehe. Na pewno.

      Zataczając wreszcie koło do głównego wątku. Komedie romantyczne. Zobaczcie. Nawet ta wczorajsza, feministyczna, dwudziestopierwszowieczna i nowoczesna komedia mówi o miłości tylko z jednej perspektywy. Miłości - w sensie ciepła, więzi, bliskości, wrażliwości, słabości, kontaktu, wsparcia, zależności - zawsze szuka dziewczyna. Dziewczyna jest petentem. Dziewczyna pragnie i zgłasza potrzebę i stara się i chce jej spełnienia. Dziewczyna ma nadzieję, że obiekt jej pożądań i westchnień łaskawie się zainteresuje, że okaże się mieć w sobie podobną chęć, ukierunkowaną akurat na nią, główną bohaterkę, i że za nią podąży. W naszej kolektywnej wyobraźni w ogóle nie ma czegoś takiego, jak główny bohater w poszukiwaniu więzi. W poszukiwaniu przystani, którą będzie drugi człowiek. W poszukiwaniu czułości, na którą trzeba zapracować, którą trzeba pielęgnować, która jest pracą dwóch osób, w obu przypadkach aktywną, nieustanną. Główni męscy bohaterowie zamiast akceptacji i zrozumienia w oczach drugiego człowieka szukają własnej dumy. Podziwu. Wielkości. Władzy. Prowadzi ich ego. Potrzeba zachwycenia innych samców. Ojca, którego nie było. Ale też poświęcenie, rezygnacja z ciepła i miękkości, przekraczanie własnych granic, naruszanie własnych potrzeb, udowadnianie, że się nie jest "ciotą". Ekspansywność, chęć odkrywania. Dominowania. Zdobywania. Kontrolowania. Siły. Wszystko oczywiście super. Obie płcie mają takie potrzeby i one same w sobie nie są złe. Chyba że się przesadzi, że się coś zaniedba, zakłamie kosztem czegoś innego. Jeśli spojrzycie krytycznym okiem, filmy dla chłopaków pokazują miłość jako naturalny efekt uboczny przerośniętego bohaterstwa głównego bohatera. Jak już zdobył, zabił i podbił, automatycznie pojawia się przy nim - bez wysiłku - cycata psychofanka o dużych wargach i białych zębach, ale bez własnej woli i rozumu - jej całe ciało układa się w chroniczny, bezwarunkowy zachwyt. Ojej, mówi, jaki ty wspaniały. Ojej, wzdycha, weź mnie. Niesamodzielna, nijaka, bierna, znika kiedy staje się niewygodna albo kiedy znowu trzeba ratować świat. Wtedy przeszkadza w Wielkich Rzeczach.

      Ja się wypisuję. Na własne ryzyko, bo być może to oznacza, że będę sama do końca życia. Ale wypisuję się z takiej kultury. Ostatnio na fejsbuku obiekt mojego zadurzenia napisał publicznie pytanie "jak pogodzić sacrum z profanum". Czy to nie dziwne, że mnie to pytanie nawet do głowy nie przyszło? Profanum JEST sacrum. W myciu naczyń, pieszczotliwym targaniu psa, w gotowaniu, w spacerowaniu, w tańczeniu, w oddychaniu, w bitwach kruków na mokotowskich gałęziach i przy koszach na śmieci. Nie ma rozgraniczenia. Chyba że się samemu sobie w środku zrobiło taki mur. I szuka się Wielkich Rzeczy.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Komedie romantyczne”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 08 września 2018 12:13

Kalendarz

Wrzesień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl