Kucharka Zen

Wpisy

  • sobota, 15 grudnia 2018
    • Pani z warzywniaka

      Kiedy jest się pracującą kobietą bez żony (ciągle nic na tym froncie), życie podtyka pod nos niekończące się pasmo przykrych niespodzianek. Nie chcę wam psuć humoru, ale tak właśnie jest. Na przykład dzisiaj rano odkryłam, że - podobnie jak wczoraj wieczorem - w lodówce nadal nie mam zaopatrzenia na weekend. Nie pojawiło się. A gdybym miała żonę, moim zdaniem by się pojawiło. Nie to, że się jakoś szczególnie obijam, nie. Mam wrażenie, że nic innego nie robię tylko chodzę na zakupy spożywcze żeby sama siebie wykarmić. Już się zaczynam sobie wydawać nienasycona, ciągle by taka jadła i jadła i jeszcz ma jakieś hipsterskie zachcianki, żeby było zdrowo, bez laktoz i glutenów, fanaberie, więc wychodzi drogo i wychodzi na to, że nic nie robię, tylko w wolnym czasie zakupy. Wczoraj byłam na ekskluzywnym bazarku, gdzie zakupiłam najlepszy chleb gryczany z niepaloną kaszą w Warszawie i byłoby super, gdyby nie to, że zjadłszy go pół od razu, niechcący wrzuciłam resztę do zlewu wypełnionego mieszanką wody i płynu do mycia naczyń. Ja wam powiem, że gdyby to była tylko woda, to już jestem w takim momencie życia, że bym pewnie wyłowiła, wyżęła, położyła na kaloryferze żeby się wysuszył do końca, a potem zrobiła z niego tosty. Wszystko po to, żeby nie musieć się znowu ubierać i znowu stać w kolejce w jakimś jaskrawym, wrzaskliwym, zatłoczonym sklepie. Zachciało mi się mieszkać w centrum Warszawy, to mam. A jednak chleb nasączony płynem Fairy, choćby ten był o zapachu cytrusów, nie należy do hipsterskich przysmaków, więc tylko rzuciłam kilkoma soczystymi słowami zawierającymi literę "r", przestraszywszy psa, który kiedy krzyczę, zawsze z jakiegoś powodu myśli, że to na niego, wytłumaczyłam więc psu, że to chleb w zlewie i płyn Fairy i że to nie jego wina i chodź, chłopie, to cię pogłaskam, bo jesteś fajny i szkoda żebyś się bał.

      Co nie zmienia faktu, że lodówka była pusta, chleb do kanapek właśnie poszedł do kosza, a ja nie jadłam śniadania, bo zamiast tego poszłam sobie przekłuć uszy. Serio. Chyba z rozpaczy, że w nagrodę za wzorowe sprawowanie w pracy, serię przyzwoitych delegacji i całkiem świetnych szkoleń, dostałam możliwość pokłócenia się z kimś w kolejce do Rossmanna, bo przecież skoro nie mam żony, to nie mam też worków na śmieci (przegapiłam moment), dezodorantu (przegapiłam moment, zapomniałam zanotować, że się skończył) ani płynu do mycia glazury. A tak zupełnie na marginesie, chyba dojrzewam, bo po raz pierwszy w życiu dotarło do mnie, że staram się i poświęcam w pracy głównie dla siebie, bo zawsze nagrodą za pracowitość będzie możliwość popracowania jeszcze intensywniej, a ja już nie jestem takim systemem motywacyjnym zainteresowana. Chyba doszłam do swojego poziomu w hierarchii i skończyła mi się ambicja. Poza tym wolałabym żeby nagrodą była jednak chwila uwagi prezesa albo co gorsza jakiś przywilej - pokój z oknem, które się otwiera. Działające ogrzewanie. Szkolenie z elementarnych kompetencji interpersonalnych dla co poniektórych koleżanek albo kolegów.

      W Rossmannie było okej, więc już nie narzekam. Było do tego stopnia okej, że w okolicach kredek do oczu (cholera, właśnie sobie uświadomiłam, że zapomniałam kremu do depilacji) mnie natchnęło i postanowiłam, że zrobię genialny ruch kulinarny, a mianowicie nie umęczę się znowu z braku żony sama, ale uskutecznię sprytny outsourcing. Bo w związku z bliskością oddziału jednej wyższej uczelni, i to takiego oddziału, który prowadzi dużo kursów zaocznych, mam na rogu ulicy otwartą w weekendy stołówkę studencką, gdzie robią dobre surówki. I ja sobie takie surówki już przez kogoś tego samego dnia rano zrobione zakupię - akurat był buraczek z cebulką i fasolą Jaś oraz kwaszone ogórki z siekanym porem - a do nich dokupię sobie śledzika, może garść kartofli i wyczaruję z tego dwie sałatki na cały weekend. Wstrząśnięta własnym geniuszem pobiegłam jeszcze po drodze do apteki żeby zakupić sól fizjologiczną do przemywania przekłutych uszu i poczęłam uskuteczniać swój natchniony plan. Sałatki zakupiwszy. Pobiegłszy do narożnego kerfura ekspresa i nie znalazłszy tam sensownych śledzi. Ale byłam już w przepływie, miałam twórcze turbodoładowanie, nic mnie nie mogło powstrzymać w moim projekcie ułatwiania sobie życia z braku darmowej, zakontraktowanej urzędowo i kulturowo służby domowej i nie przeszkadzał mi nawet fakt, że upraszczanie sobie życia oznacza już trzeci z rzędu sklep, a ten konkretny sklep jest równocześnie cudowny i absolutnie koszmarny. Mikrokosmos, gdzie Polska istnieje jak pod mikroskopem w całej swojej wielowarstwowej złożoności, a każda bytność tam to przygoda. I nie przesadzam.

      Warzywniak.

      Żeby była jasność - to jedyny warzywniak w promieniu przynajmniej dwóch kilometrów od mojego domu, więc kłębi się w nim o każdej porze dnia i nocy pół dzielnicy. Poza tym, to nie jest zwykły warzywniak, bo jest on równocześnie garmażerią, sklepem ekologicznym i ekskluzywnymi delikatesami z asortymentem o niebo ciekawszym niż wszystkie okoliczne Putki, Wierzejki, Biedronki, Lewiatany i za przeproszeniem kerfury. Polecam. Polecam też mój warzywniak z tego powodu, że dwoją się tam i troją bardzo sympatyczne, pomocne i ogarnięte trzy panie i że warzywniak aktywnie włączył się w projekt "torba-bumerang", czyli zamiast plastikowych reklamówek można od nich wypożyczyć płócienną torbę i ją przy dogodnej okazji zwrócić żeby posłużyła komuś innemu. Można też przynieść warzywniakowi swoje własne zalegające wielorazowe "szopery". Co jest świetnym pomysłem i już raz im zniosłam w darze społecznym cały plik reklamowych toreb na ramię, które -wedle prawa Murphy'ego, zawsze zostawiam w domu kiedy idę na duże zakupy, bo po co brać torbę, którą się już dokładnie po to posiada, skoro można wziąć jeszcze jedną.

      Warzywniak na dzielni ma jedną fundamentalną wadę. A mianowicie nie jest wolno stojącym kioskiem. Nie posiada również przed drzwiami szerokiego chodnika żeby wylać przed sklep część skrzynek z jabłkami i kapustą. Wszystko w warzywniaku naćkane jest w środku, a środek to w gruncie rzeczy niewielka dziupelka. Dlatego bywam tam rzadziej niż warzywniak na to zasługuje, bo każdorazowo (z braku żony, która by mnie w tym wyręczyła) stoję tam w dwudziesto-trzydziestominutowej kolejce, w duchocie, trącana nieustannie cudzymi koszykami i torebkami, bo miejsca zabrakło. Stoję w kolejce, tracąc z oczu mityczny moment, który jak fata morgana im bardziej się do niego przybliżam, tym bardziej wydaje się oddalać, mityczny moment czasu dla siebie. Odpoczynku na własnych zasadach. Próbowałam kiedyś po prostu odpocząć kiedy potrzebowałam odpocząć. To piękna chwila była, acz nieuchronnie zakończona przelewającymi się w zlewie naczyniami oraz nieodmiennie pustą lodówką.

      W warzywniaku są pyszne śledzie w solance i wędzone sielawy. Pierożki, mleka owsiane i kokosowe, eko-dżemy, soczewice i bombonierki. Są też zawsze tuziny opakowanych w czarne puchowe płaszcze osób ponuro zawieszających inne plany dopóki nie kupią kilograma suszu na kompot albo tuzina jaj prosto od rolnika. To, czego nigdy wcześniej nie zauważyłam, to że kiedy sobie człowiek zda sprawę, ile go jeszcze czeka w warzywniaku czekania, automatycznie zamiera w takim charakterystycznym długotrwałym stuporze, podobnie zresztą jak w transporcie miejskim, w pociągu, w poczekalni u lekarza albo na poczcie czy w kościele. Zdyscyplinowany milczy, zajmuje minimum miejsca, stoicko reagując na przejechanie po stopach torbą na kółkach starszej pani, która próbuje wyjść na zewnątrz pod prąd i woli przejechać moje palce u nóg niż naruszyć najniższą półkę z brokułami i cykorią nie daj boże. Ale dotarło do mnie jak karnie tam wszyscy stoimy czekając na swoją kolej i nie absorbując sobą nikogo, kontrolując swój kolektywny gniew na każdego, kto (antyspołecznie na pewno) zaczyna wydziwiać przy kasie, zadawać pytania, zabawiać i zagadywać panią sprzedawczynię. Bo jego zadbanie o siebie nas kosztuje jeszcze dłuższe czekanie. Znacie ten syndrom kolejkowicza? Jeśli czytają to jakiekolwiek kobiety, to myślę, że doskonale kojarzą czekanie w nieproporcjonalnie dłuższej kolejce do damskiej toalety gdzie przez okienko widać, że dziewczyna, która sama przed chwilą psioczyła na inne, co tak długo i co ona tam wyrabia, właśnie poprawia makijaż, czesze się, rozmawia przez telefon, jakby jej już nie dotyczyła empatia wobec kolejnych czekających, jakby włączył się jej właśnie drugi, całkiem inny standard.

      Nagle w karnej kolejce w warzywniaku, z samego środka kolejki, przemówiła głośno pani. Tak jak my wszyscy podsłuchiwała z podwyższoną czujnością akurat obsługiwanej klientki. Jedna z trzech ekspedientek wybiegła przed chwilą z wściekłym wyrazem twarzy ze sklepu, więc wszystko uległo spowolnieniu. Szczęściara przy kasie zamawiała właśnie kartofle. Pani ze środka kolejki coś się skojarzyło i wykrzyknęła:

      - A są takie umyte? Francuskie? Pommes de terre?

      Zamarliśmy. A ponieważ ja mam zwyczaj zastanawiać się nad wszystkim, co mi się przydarza i rozkładać to na części pierwsze, zaczęłam się przyglądać swojemu zamarciu (w innym wypadku musiałabym skonfrontować się z rosnącym głodem i wściekłością, że się wrobiłam w to czekanie na śledzie w solance do genialnej, niskokosztowej, energooszczędnej sałatki). Dlaczego zamarliśmy? Czy to było zakłopotanie? Wszyscy w warzywniaku byli w moim wieku albo starsi. Wszyscy więc byliśmy jeszcze produktem peerelowskich szkół, sklepów i instytucji, gdzie nie zwracało się w ten sposób na siebie uwagi. Nie wychodziło przed szereg. Gdzie w miejscu publicznym nie walczyło kosztem innych o uwagę obsługi. Pamiętałam jeszcze lincze na poczcie mojego dzieciństwa, gdzie prawie pobito kombatanta, który próbował zostać obsłużony bez kolejki. Byłam dzieckiem i bałam się, autentycznie się bałam, że tłum w gniewie mnie porwie i stratuje, że się nie zdołam obronić. Więc w tym warzywniaku czy o to chodziło? Że pani wybrała jakiś indywidualny sposób ekspresji? Że zaburzyła kolektywny stupor? Że upomniała się o swoje poza kolejką? Że się popisywała? Że była inna? Że żywa? Że widoczna?

      Macie jakąś teorię?

      Po jej słowach zapadła w warzywniaku nabrzmiała napięciem cisza. Żeby sprawdzić, czy mi się nie wydaje, zeskanowałam język ciała innych kolejkowiczów. Stupor zamienił się w chwilowy paraliż. Cały warzywniak przestał oddychać. To było absolutnie niepojęte. Czytałam jakiś czas temu u Masłowskiej, że kiedy chodzi po Warszawie, ma wrażenie, że jest nabuzowana elektrycznością, gotowa żeby wybuchnąć. Że wszyscy chodzimy na palcach żeby nie dopuścić do linczu. Poczułam dokładnie to samo. I nie wiem dlaczego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 15 grudnia 2018 14:28
  • czwartek, 13 grudnia 2018
    • Profesor

      Kiedy do was dzisiaj piszę, z dna przepastnej studni, która jest mną, powierzchownie w kontakcie z ludźmi, a głęboko nieufną, kiedy piszę z dna studni, z którego długo się i mozolnie do was na powierzchnię podróżuje, kiedy do was dzisiaj piszę, zastanawiam się, jak nawiązać kontakt z drugim człowiekiem. Nieufność nie bierze się z niczego. Fasady i zbroje nie wynikają ze złej woli, raczej z braku doświadczenia z czystą, pełną zaufania i otwartości więzią. Zdziczenie bierze się często z wieloletniej, regularnej, wpisanej w więzi, które się miało z drugim człowiekiem, przemocy. A przemoc, śmieszna rzecz, czasami jest tak bardzo niewidzialna, tak bardzo stanowi oczywistą, powszechnie akceptowaną tkankę każdej naszej interakcji, że nie wiemy nawet, nie czujemy nawet, ile jej doznajemy, ile jej wyrządzamy. Że przemocą jest, wymuszeniem, wziąć drugiego, zależnego od nas człowieka i wywierać na niego wpływ za wszelką cenę, kontrolować jego zachowania, uczucia, potrzeby. Wymuszać role i funkcje w swoim życiu. Obsadzić go w roli, która coś w nas załata, która przyniesie konkretny rodzaj emocjonalnej przyjemności czy spełnienia, ulgi czy zapomnienia.

      Wiem dobrze, o czym piszę. Właśnie dałam znać swojemu kochankowi, że nie interesuje mnie to, co on wydaje się oferować - bycie jakimś fragmentem siebe, realizowanie scenariuszy zawsze tego samego, dzień świstaka, ograniczanie samej siebie do trzech wyświadczanych za darmo i z niecałkowitą wzajemnością, powtarzalnych, niezależnych od mojego nastroju usług - ciepłego współczucia i wsparcia / inteligentnej rozmowy / twórczego, pełnego przygód seksu.

      Nie byłabym dzisiaj w głębokiej studni, gdybym nie miała wieloletniego doświadczenia "wychowywania" i bycia w bliskich relacjach, które polegało na nieustannym, upartym, nieustępliwym wymaganiu, żebym była kim innym niż jestem. Żebym była tylko kawałkiem, zdefiniowanym przez kogoś innego, udawanym kawałkiem siebie. Żebym czuła coś innego niż akurat czuję. Żebym funkcjonowała poza swoją aktualną strefą komfortu. Żebym dbała najpierw o cudze potrzeby, a potem (nigdy, bo czasu nie starcza) o własne.

      Najgłębszy, najdłuższy jak dotąd kryzys  w moim życiu chciałam przejść na żywca. Bez psychotropów. Bez poprawiaczy humoru. Bez podcierania się i podpierania się dobrą wolą innych ludzi. Z profesjonalną pomocą i aż do granic fantomowego bólu, wspomnień niezasłużonej agresji, nacisku nie do zniesienia, wspomnień wstydu paraliżującego w miejscach, w których przemoc przyhamowała mi rozwój. Przecież wiedziałam, czułam, że mam rozwojowe braki. Przecież nadrabiałam je udawaniem większej dojrzałości, niż wynikała z moich autentycznych umiejętności społecznych, poziomu samodzielności życiowej, krytycznego myślenia, sprawczości. Przecież byłam dzika. Byłam przerażona. Byłam pełna furii. Stojąc przed salami pełnymi europejskich inteligentów, zazdroszcząc im rzeczy już nie do nadrobienia, rozgoryczona, rozpaczliwie smutna, byłam świadkiem własnej walki o godność. Na powierzchni robiłam dokładnie to, czego ode mnie oczekiwano. Po gwiazdorsku. Na dnie studni trzęsłam się z zimna i ze strachu.

      To jest długi proces - przestać sobie wreszcie udowadniać, że się kiedyś zostanie niewykonalnym, ale uparcie realizowanym ideałem własnych rodziców. Że się im ofiarą z własnego życia wreszcie opatrzy rany, że się zagoi traumy, że się ich niedostatki rozwojowe, ich wstydy i strachy ukoi. Całym swoim jestestwem. Powietrzem w płucach, krwią w żyłach, miłością w sercu. Że się im wynagrodzi. Że odczaruje. Że uszczęśliwi. Że uleczy.

      Wracam do ludzi i próbuję się nie potykać za bardzo, ale się potykam. Czkam, ślinię się i bełkoczę. Na widoku. Im bardziej chcę trzymać wysoko głowę, tym dotkliwiej te czknięcia bolą. Tym bardziej obszary wstydu (Czyżby nie całkiem mojego? Czyżby moich przodków?), cała zbroja z wstydu, cała antywstydowa maska, którą latami nosiłam, tym bardziej swędzą. Byłam wysyłana do świata jako alter ego mojej matki. Wszystko, czym ona nie dała rady być, a czym ja już nigdy nie będę i jezusmaria jaka ulga.

      Siedzę w taksówce z amerykańskim profesorem historii, którego wykłady rozpłaszczyły mnie kiedyś na podłodze na całe lata, z którym kontakt jest obcowaniem z wielkością, takie mózgi zdarzają się raz na setki tysięcy, na miliony mózgów, a amerykański profesor przez jakiś czas mówi do mnie jakbym była wymienną kobietką od spraw logistycznych, nawet jego asystentka nie pisze maili pod własnym nazwiskiem, tylko ze skrzynki "AsystentProfesoraXXX", w razie gdyby trzeba ją było zastąpić nowszym, ulepszonym, bardziej produktywnym modelem. Irytuję profesora, bo coś od niego chcę. Zadaję mu jakieś pytania (więc pewnie niekompetentna jestem, bo przecież nie troskliwa). Już mu nawet nie chcę mówić, że to on wyszedł nie tą bramą na lotnisku, bo inni pasażerowie z jego lotu wychodzili jedynką, tak jak ogłoszono na tablicy przylotów, a on wybrał dwójkę. To musiała być moja skucha. Wiadomo na jakiej linii umówiliśmy się, że człowiek człowieka opieprza. Jak przebiegają hierarchiczno-płciowe wektory opierdzielania. Przywilej to zresztą niewątpliwy, który z lubością przejmują nieliczne jeszcze, ale coraz liczniejsze kobiety u władzy.

      Opierdziel.

      Siedzę w tej taksówce i za szóstym kąśliwym komentarzem profesora - tym razem (głupia) proponuję, że możemy mówić po angielsku, bo umiem, on umie po polsku i przewracając oczami stwierdza, że możemy rozmawiać w wielu językach ale jesteśmy w Polsce i co ja wymyślam - mam ochotę wysiąść z taksówki. Ale jestem dobrym żołnierzem i nie wysiadam. Dostałam misję dowieźć go do hotelu, a sama sobie wyznaczyłam misję "autograf dla taty", bo kocham jedną z jego książek, jest wstrząsająca, genialna, uświadamia i nie pozwala zasnąć. Mam tę książkę w torbie. Nigdy od nikogo nie chciałam autografu. Nie dostaję na niczyim punkcie obsesji. Nie czczę i nie śledzę. Muszę zrobić jakoś tak żeby profesora zmiękczyć. Żeby przekonać go do siebie. Żeby chciał we mnie zobaczyć człowieka. Chociaż powinien od razu i bez mojego wysiłku. A nie umiałam dotąd takich rzeczy. Odczłowieczenie rozkładało mnie na łopatki. Próbuję więc jak umiem. Ćwiczyłam już przez dwa wieczory, przebyłam z niewidzialną wersją profesora niezliczone wersje i warianty błyskotliwych i terapeutycznych rozmów o dziejach Europy Środkowej i tego jak się mają do przeszłości mojej dziwnej, naznaczonej przecież także mocno historią rodziny.

      Bo ja nie biorę psychotropów. Bo ja na żywca. Bo ja chciałam dwie rzeczy zrobić za jednym zamachem. Trudne. Pozornie sprzeczne. Chciałam - zanim sama wydobrzeję - ochronić w sobie miłość do mamy i taty, do babci i dziadka. Nie przemieszczać ich z miejsca "idealni, boscy, bez skazy" do miejsca "potwory, czyste zło, ale mnie skurwysyny skrzywdziły", tylko do miejsca "ludzie, nie umieli inaczej, przeczołgało ich, jakie to smutne, jak nas wszystkich szkoda, no dobra, otrzepmy się i idźmy dalej". Bo w tym samym miejscu i ja - człowiek, przeczołgany, niedoskonały, bełkotliwy - też bym mogła zamieszkać, pławić się w przebaczeniu i zrozumieniu i współczuciu i czułości wygenerowanej w ten sposób i dla mnie samej. I teraz, w tej taksówce otrzepuję się w towarzystwie ekskluzywnym, elitarnym, w towarzystwie wielkości. Rzucam - jak magiczne hasło - nazwę miejsca, w które pchnęła mnie dobrych parę lat temu, za moją własną wiedzą i zgodą ambicja mojej matki, rzucam nazwę prestiżowej uczelni, gdzie on wykładał, a ja zakładałam własny dział, on nagle twierdzi, że miał poczucie, że się już gdzieś widzieliśmy. A potem, skoro użyłam wytrychu, skrótu, przeskoczyłam mu z szufladki asystent do szufladki elita Europy - zaczęliśmy rozmawiać o historiach rodzinnych, nawet fajniej niż wyobrażałam sobie podczas bezsennych nocy, użyłam własnego czaru, inteligencji, humoru i empatii, było sympatycznie, ciekawie, śmialiśmy się, a ja nagle sobie pomyślałam, że może jednak podpisze mi to swoje tomiszcze na prezent dla taty, że dostanę autograf, nie wyskoczę w biegu z taksówki, dowiozę go do hotelu w jednym kawałku.

      Moja terapeutka mówi, że znalazłam sposób żeby zachować godność.

      Ja nagle rozumiem, jak ważne to było przez te lata. Tyle że moja godność musiała ustąpić przed cudzą, przed cudzą potrzebą zacerowania nadszarpniętej niesprawiedliwie własnej godności. Mną. Moim kosztem. I to nie jest w porządku. Nie do tego służy posiadanie dzieci, narzeczonych, podwładnych czy usługodawczyń. Dziękuję za uwagę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 grudnia 2018 16:25

Kalendarz

Grudzień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl