Kucharka Zen

Wpisy

  • poniedziałek, 14 sierpnia 2017
    • Pobojowisko

      Ciągle wracam myślami do tytułu książki jednego z najbardziej znanych zachodnich nauczycieli uważności, Jona Kabat-Zinna, "Życie, piękna katastrofa". Bo niby dlaczego upierać się, że rzeczywistość powinna być jakkolwiek przewidywalna i uporządkowana, po co mozolnie, po co syzyfowo, przyklepywać codziennie, wyrównywać, kreślić jakieś dalekosiężne prognozy, wtłaczać siebie i innych dookoła w ramy tych prognoz, wymuszać na nich spójność z wizją jakąś, z jakimś swoim wewnętrznym teatrem. Skoro i tak to nie odpędza, i tak to nie zapobiega strachom wieczornym. Że on mnie po prostu któregoś dnia przestanie widzieć. Że odbierze mi swoją uwagę i czułość, swoją chęć wsparcia i bycia blisko, bycia w ciągłym kontakcie, bo cokolwiek: bo uzna że jestem za nudna albo za gruba albo za sztywna albo za bardzo samolubna. Czy będzie miał rację czy nie. Że praca dla innych ludzi nigdy nie da mi zewnętrznego szacunku, zaufania, stabilnego, uspokajającego miejsca w stadzie. Że jakakolwiek chwila nieuwagi, niedbałości, ludzkiego powszedniego lenistwa i koniec. Reputacja okaże się rzeczą zerojedynkową, pozbawioną niuansów, że w życiu nie ma przebacz. Nie ma luzu. Nie ma odpoczynku ani na chwilę. Że się stoczę w jakąś chorobę nieodwracalną, że te wszystkie moje nieśmiałe, średnio systematyczne, ale jednak, wysiłki, te wszystkie marchewki, buraki, ogórki, humusy i nasiona chia, te wszystkie rowery, baseny, spacery pod górkę i orbitrek. Boże jak ja lubię orbitrek. Jeśli z mojej psychoterapii wynikło coś pięknego, to chwiejny katastrofalnie związek, który nauczył mnie, że mężczyźni są zdolni do ogromnej czułości, tylko często nią obdarzają nieproporcjonalnie do moich potrzeb a) przedmioty nieożywione, b) aktywność rozmaitą integrującą ich z innymi mężczyznami, c) odmóżdżającą aktywność typu gry komputerowe, d) swoje matki. No i dobra, z tymi matkami to jakoś przeżyję, trudno im się przecież dziwić. Jeśli z mojej terapii wynikło coś pięknego to moja nowiutka, delikatniutka, niemrawa dość świadomość, że inni mają w swoim środku inaczej niż ja i moja świeżutka, wątlutka, niestabilna ciekawość jak to jest być tym kimś innym. Tak naprawdę. Wczoraj popatrzyłam na plastikową linkę z metalową klamrą zawieszoną na masywnej jabłoni i dzięki temu katastrofalnie pięknemu związkowi z zerową gwarancją przyszłości zatrzymałam się na nim wzrokiem. Przyjrzałam mu się. Mojemu ojcu nigdy nie udało się zaprosić mnie do świata, w którym rzeczy, namacalne, materialne, mechaniczne, fizycznie się do siebie odnoszą, są gdzieś jakoś umocowane, jakoś działają, coś się na nich będzie jakoś trzymać i czemuś służyć. Patrzyłam na jabłonkę i rozumiałam, że widzę uchwyt do huśtawki albo hamaka i zaczęłam się zastanawiać, jak jest zrobiony, kto go wymyślił i skonstruował i skąd wiedział o hakach, zawiasach, stosunku masy do siły grawitacji. Może to dobrze, że czterdzieści lat czekałam na zaproszenie do poza-intelektualnego, nie-bibliotecznego świata śrub i zaślepek, klejów i wyrzynarek, wkrętarek i kolanek. Świata, w którym rzeczy dzieją się naprawdę i zostają na lata. Świata mężczyzn pracujących, tradycyjnych, niemiejskich. Może ojciec wstydził się tego? W swoim wyrafinowaniu profesorskim, w swoim idealizmie kulturowym, w swojej sublimacji stołecznej. Jeśli z mojej psychoterapii wynikło cokolwiek zaskakującego, to że potrafię nawiązać komitywę z dziećmi. Potrafię się z nimi niepohamowanie, z obopólną euforyczną korzyścią, wymieniać energią, ładować nawzajem. Uczyć. Inspirować. Mistycznie prawie. Dzięki regularnym sesjom bytności z dziećmi opada wszelka ściema, rozmontowuje się fasada, dzieci są bezlitośnie bezkompromisowe - bądź ze mną, ale uczciwie - wydają się mówić - bądź ze mną, ale nieustraszenie. Nagle w tym bezsensie wszystko ma sens i rzeczywiście, kroczymy razem przez wstrząsająco zachwycające pobojowisko, a dziecko pokazuje mi, że możemy w nim być magicznymi, latającymi dinozaurami, że możemy znajdować niewidzialne jeziora, w których mieszkają dobrotliwe nierdzewne roboty. Więc pozwalam się prowadzić po cudzych światach, płakać mi się chce z bezradności, ale tylko dzięki temu ufam trzylatkowi czy dziewięciolatkowi, niedoskonale wyposażonemu, a przecież tak często mądrzejszemu ode mnie. I tak jak mój chłopak prowadzi mnie w świat nieożywiony i uczy go rozumieć, uczy go kochać, z czułością się mu przyglądając, wchodząc w proste, namacalne zależności, tak dzieci uczą mnie bać się, oswajają na powrót z dawno spłaszczonym, dawno podporządkowanym nudnej dorosłości światem fantazji pełnej oswojonych terrorów. Jeśli z mojej psychoterapii wynikło coś pięknego, to może jeszcze niepojęta, granicząca z cudem równowaga, chociaż całe moja psychofizyczność krzyczy (oszukuje), że wszystko dookoła się wali. Ale przestaję jej wierzyć. A przynajmniej nie całkiem. Składam w sobie rodzaj trzeźwej nadziei, chociaż rozpierzchły się wszystkie moje budujące wizje przyszłości. Biorę kolejny oddech. Stawiam kolejny krok. Zła jestem na swoją psychoterapeutkę. I wdzięczna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 sierpnia 2017 09:19

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl