Kucharka Zen

Wpisy

  • niedziela, 18 lutego 2018
    • Improwizacja

      Czasem zabieram się za pisanie kiedy dopiero mi prześwituje jakiś pomysł. Coś tam się kotłuje trochę euforycznie, trochę płaczliwie. Gdzieś dzwonią, ale czy w kościele czy w remizie ochotniczej straży pożarnej, nie powiem, bo jeszcze nie jestem pewna. Więc zaczynam pukać palcami w klawisze, a nuż mi się spod nich coś wynurzy, coś zabulgocze gwałtownie i niespodziewanie nabierze kształtów. A potem, a potem może znowu coś napiszę i zrozumiem te kształty, ukonkretnią mi się one, nabiorą kolorów i wypełnią się fakturami, a potem, a potem być może najzwyczajniej w świecie, pisząc już trzecią wersję tego niby samego, dotrze do mnie o czym to tak naprawdę jest. Z jasnością pełną i jaskrawą jak dzisiejsze wyczekiwane od tygodni słońce.

      Chodzę od niedawna na warsztaty improwizacji, gdzie uczę się po pierwsze pokory, a po drugie radosnego podejścia do robienia rzeczy głupich, niesmacznych, żenujących i nieśmiesznych. Instruktor podszedł do mnie wczoraj na zajęciach, klepnął po pleckach i powiedział przy wszystkich, że trzeba by mi kij z tyłka usunąć, bo jakaś spięta przyszłam w tym tygodniu. Powiem wam, że po trzech godzinach warsztatu rzeczywiście jakby mniej tego kija tam było, ale na początku miałam ochotę się równo przy wszystkich popłakać, bo trafił w sedno, w masywny wstydliwy kompleks mój, że jestem sztywniarą i zrobił to jeszcze publicznie. To zresztą pikuś przy fakcie, że mniej więcej godzinę później zostałam wywołana na środek kółka złożonego z kilkunastu osób i poproszona o wymienienie pięciu rzeczy, których nie powiedziałabym mojemu byłemu mężowi. Improwizacja jest trochę jak egzorcyzm, nagle się okazuje, że być może największą wartość komediową ma publiczne wywoływanie własnych największych demonów. Więc wymieniłam autentyczne pięć rzeczy, których nigdy w życiu nie usłyszałby ode mnie mój autentyczny, biograficzny, własny były mąż. Skąd wiedzieli? Jak trafili? To nie pierwszy raz mi się na tych zajęciach zdarza taki przypadek i nie pierwszy raz działa oczyszczająco, uwalniająco, zobaczenie perlistych, bulgoczących, rechotliwych reakcji rozbawionej publiczności. Nie wiem, co ze mną będzie w przyszłości, kim zostanę kiedy dorosnę, ale chyba w sobotnie popołudnia dzieje się coś, co formuje jakąś jutrzejszą mnie, coś ważnego.

      Ale wracając do pisania, improwizacja to właśnie coś, co mam wam dzisiaj do zaproponowania, w duchu dawania samej sobie zgody na głupie, nieudane, beznadziejne i nietrafione rzeczy, a nie natychmiastową perfekcję, bo wiem, że coś mi świta, ale muszę sobie pozwolić na strumień świadomości, na ryzyko, że spod palców wyłoni się zupełnie niespodziewane, nie do końca udane coś. Lub wręcz przeciwnie, przebłysk prawdy emocjonalnej, jakieś rozpoznanie, zrozumienie, odkrycie. Proszę bardzo, lecimy.

      Próbuję się na terapii zmierzyć z monumentalnym, żeliwnym pomnikiem, którym od bardzo dawna próbuję się stać, kimś nieomylnym i wybitnym, kimś jednoznacznie godnym szacunku i nigdy nie powodującym żenady, nie wywołującym pogardy. Próbuję zrozumieć, zobaczyć, jak bardzo jestem naszprycowana marzeniami niespełnionymi moich rodziców i dziadków, jak je uwewnętrzniłam (obce ciała) i zaprogramowałam sobie według nich swoje życie, nie do uniesienia życie, życie poza strefą komfortu i niezgodne z psychofizycznym kształtem mnie, jakiejś takiej kwilącej żałośliwie wewnętrznej mnie, która cieszy się ze sportu, rysowania, improwizacji, terapii, dobrych książek i spotkań z innymi, ciepłymi, zwyczajnymi, zrównoważonymi ludźmi.

      Ta kwiląca ja próbuje się cichutko komunikować ze mną pomnikową, żelbetową. Ze mną rozpędzoną jak bączek, zadaniową, sympatyczną, przemądrzałą, hop-do-przodu. Na przykład kiedy wchodzę na tindera i nudzę się tymi wszystkimi pozami i naprawdę mi się nie chce zdrapywać tych powierzchownych bzdur, które panowie deklarują na swój temat dopóki się nie dodrapię do ciapowatych, bezradnych, ciepłych wrażliwych kluch takich jak ja, Nie chce mi się im tłumaczyć, że nie, nie ma pośpiechu, nie musimy od razu, już dzisiaj, po trzech wymienionych powierzchownych grzecznościach skakać do łóżka. Nie, nie musimy natychmiast przyklepać, że będziemy przyjaciółmi z bonusem, bo kiedy ktoś mówi "przyjaciółka z bonusem" - to natychmiast odechciewa mi się zarówno przyjaźni jak i bonusa. Męczą mnie panowie, którzy za mnie decydują "idziemy spać". Jak ojcowie pięcioletnich królewien-córeczek. Albo objaśniają mi jak myślą kobiety. Kiedy piszę, że nie chce mi się rozmawiać przez telefon, wolę pisać albo się spotkać, w odpowiedzi dostaję kategoryczne stwierdzenie "Bo kobiety wolą pisać niż gadać". No kurwa nie, bo ja szczerze mówiąc codziennie wiszę na telefonie parę godzin, ale nie z obcymi, dopiero co zapoznanymi, zaabsorbowanymi sobą facetami, od których despotycznego tatusiowania przez whatsappa, który "muszę" sobie koniecznie zamontować, bo to "obowiązkowe osprzętowanie" (UCIEKAJ! kwili mi żałośliwy wrażliwy mądry głęboko prawdziwy głosik z głębi) wolę sobie w sobotni wieczór poczytać kryminał. Poza tym nie, to nieprawda, że "kobiety lubią mówić o abstrakcyjnych bezcielesnych rzeczach dlatego, że są bardziej fizjologiczne niż faceci, wiesz, miesiączki, poród, krew, kał, śluz, te rzeczy". Poza tym to skandal, że facet śmie opowiadać mi - kobiecie - o kobietach nie sprawdziwszy, czy aby ja też tak mam. Opowiada mi o jakimś betonowym monolicie, w którym cholernie trudno mi znaleźć własne odbicie. A kiedy mu piszę, że się nie zgadzam, zakrzykuje mnie, że on tak myśli, nie, że on to wie. A ja współczuję jego wszystkim dotychczasowym kobietom i nie chcę już się z nim spotkać na kawę, bo ta kawa będzie o nim, o jego książce, o kobietach, którymi nie jestem. Nigdy o mnie.

      Gorzej, gość pisze książkę o tej rzekomej kobiecości, facet pisze o tym, jak to jest być kobietą, ale ponieważ już wszystko wie, przestał sprawdzać z realnymi z krwi i kości kobietami czy to im pasuje, czy ma sens. Gorzej, w tej książce pisze tak naprawdę o sobie, pewnie kwili do swojej wewnętrznej kobiety i nie wie nawet, że opisuje odcięcie od własnego śluzu i własnej fizjologii. W przeciwieństwie do fragmentów książki, które dostałam do przeczytania, w mojej biograficznej, niespisanej książce rzeczywiście tak jest, że kobiety odcinają się od własnego ciała, ale odcinają się inaczej niż on kategorycznie ustalił i nie zmieni zdania, odcinają się i zamiast mówić o sobie, o swoim wewnętrznym wszechświecie, mówią o potrzebach cudzych ciał, o cudzych emocjach i bolączkach, zamiast czuć swoje własne wewnętrzne organy opisują gdzie w mieszkaniu zaległ się kurz, gdzie wypaczył się parkiet, że w szafie trzeba by usystematyzować ubrania. Mylą swoje wewnętrzne zdrowie z dobrostanem swojej społeczności i najbliższych relacji. Dokonują pewnego rodzaju przemieszczenia, przesunięcia. Moja mama zamiast samej siebie karmi swoich wnuków i dziwi się, jedząc chaotycznie i na wpół szkodliwie, że ma kłopoty z trawieniem. A ten facet nie słucha kiedy do niego mówi kobieta.

      Chyba że nie jestem kobietą. Chyba, że używanie kiedykolwiek terminu "kobieta" to bardzo zły znak, to rozpaczliwa próba wtłoczenia miliardów połyskliwych, wielorakich ludzkich fajerwerków, które mają waginy (a czasem nawet nie) do jednej zrozumiałej kategorii. Jak gorset, który równa wszystkie ekscytujące kształty do jednego prostackiego modelu. Duże piersi, małe piersi, średnie piersi, stożkowate i jabłkowate, wszystkie kastruje tak, żeby sterczały pod jedynym właściwym kątem. Więc może po prostu raz na zawsze odpuszczę sobie utożsamianie się z czymkolwiek, co ktokolwiek opisuje używając słowa na "k", bo dziewięć razy na dziesięć to dla mnie brzmi obco i nie rezonuje mi w środku z moją tożsamością. Więc czytam fragmenty książki pana, z którym nie spotkam się jednak na kawę. I ta kobieta w tej książce jest mi obca. Znam podobne do niej fantomy, żywe istoty, które zrobiły z siebie postaci złożone ze złudzeń, z dymu i luster, piętrowych masek, postaci zdysocjowane, zdezintegrowane, ale takie milutkie i ładniutkie i tajemnicze i delikatne na pozór. Głęboko przekonane, że tak naprawdę powinny być mężczyzną, więc próbujące raz na jakiś czas olśnić mężczyzn upodabniając się do nich, dyskutując o rzeczach bezcielesnych i abstrakcyjnych. Sporo facetów, których znam swój kontakt z cielesnością ogranicza do żartów z pierdzenia, wypróżniania się i rechotania z seksu. Do obsesynego, przemocowego, militarnego katowania swojego ciała sportem mimo, że ciało kwili "za dużo" albo "za mocno" albo "za szybko". Kontuzja za kontuzją albo karykaturalny przerost mięśni. I jest jeszcze obsesyjne redukowanie ciał do porno-seksu. To pewnie ci panowie, który w ramach zdjęć profilowych zamieszczają zdekapitowany tors z sześciopakiem (swój własny czy wyszukany w internecie?). Na tinderze osiem osób na dziesięć biega maratony albo pilotuje rakiety kosmiczne będąc równocześnie prezesem kilku globalnych korporacji i posiadając 190cm wzrostu (o co chodzi z tym wzrostem) oraz nieokiełznaną, gwałtowną, niepowstrzymaną potencję? 

      Są też panowie intelektualiści, którzy ciał nie mają. Nie uprawiają sportu, nie jedzą (albo nie wiedzą, co jedzą, bo to drugorzędne), nie śpią, nie łączą golonki i piwa z bólem wątroby ani otyłością związkiem przyczynowo-skutkowym, śmieją się z "ciot", które dbają o swoje ciało i duszę, ciałoduszę - "ciot" joginów, "ciot" wegan, "ciot" hipsterów, "ciot" lubiących i szanujących otaczających ich ludzi obu płci, "ciot" umiejących się przyjaźnić. "Ciot" refleksyjnych, spacerujących, marzących, tworzących, wrażliwych na przyrodę.

      O ile próba wpasowania się w stereotyp istoty zwanej kobietą jest jakimś przeraźliwym piętrowym, dezintegrującym koszmarkiem, to wpychanie samego siebie w zjawisko zwane męskością to czysta przemoc na własnym bycie. Jezusmaria.

      Więc nie pójdę na kawę i nie posłucham o tej książce. A ten mężczyzna pewnie ją wyda i pewnie będzie obwołany gwiazdorem empatii, mistrzem wczuwania się w obcy gatunek, czołowym ekspertem od moczu, kału i krwi kobiecej, a mnie (ani was) nadal nikt nie zapyta o doświadczenia od środka, będę czytać te obce, niezrozumiałe narracje, nieprzystające do prawdy, którą znam, którą kwilę ja.

      A moja prawda jest taka, że już nie wiem, co to znaczy być mężczyzną albo kobietą. Być może przez ostatnich kilka lat byłam bliżej męskiej formuły funkcjonowania w świecie - zostałam sprawnym korpo-żołnierzem, podporządkowałam swoje ciało firmie, hierarchiom, zadaniom, na miękkie relacyjne, twórcze i liryczne głupoty nie miałam czasu, seks był szybkim wyrzuceniem z siebie stresu, egocentrycznym zaspokojeniem fizjologicznego głodu, zmysłowość ginęła w wewnętrznym huku i pośpiechu, bliskość podległa "wyższej potrzebie" mojego stanowiska, władzy, udowadniania, że jestem czegoś warta, bronienia swojej pozycji w zakładowym łańcuchu pokarmowym i utrzymania się na dotychczasowym poziomie komfortu finansowego. Tyle że nawet jeśli teraz wiem, jakie to może być uczucie - od środka - jałowe, przemocowe i hałaśliwe, wyprane z kolorów i rutynowo nudne aż do rzygu, ale też pełne dumy, przepełnione dziwną mieszanką mocy i niemocy, wewnątrzsterowne, skuteczne, wolnościowe, wywołujące respekt, ustawiające ludzi tam, gdzie ich się chce ustawić, dające pewność siebie i generujące charyzmę - więc nawet jeśli teraz myślę, że wiem jakie to uczucie być pewnym typem faceta, a nawet skonsultowałam tę swoją teorię z kilkoma osobami płci męskiej, nie śmiałabym napisać książki z facetem w roli głównej. To nie mój obszar kompetencji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Improwizacja”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 lutego 2018 10:41
  • środa, 14 lutego 2018
    • Kim są kobiety

      Zaczęło się niewinnie. Zeszłam w pracy na parter, do recepcji, żeby odebrać jakąś przesyłkę. Zaczęliśmy jak zwykle wymieniać życzliwości - recepcjonistka, ochroniarz i ja. Że pogoda, że zimno, co mamy do jedzenia na obiad. Ponieważ zamawiam czasem dietę pudełkową, ochroniarz zapytał, czy dzisiaj przyjdzie torba z jedzeniem. Ja że nie, on mi na to, że jeśli żona mu kiedyś ugotuje za dużo zupy grzybowej, to on poczęstuje. Na to ja (z kiełkującym dysonansem poznawczym), że to wzruszające i że bardzo dziękuję. I - ponieważ nie mogłam się powstrzymać - że też bym chciała żonę.

      - Oj tak, żona by mi się przydała - rozmarzyła się solidarnie recepcjonistka.

      - A po co paniom by była żona? - zapytał autentycznie zaskoczony ochroniarz.

      - No powiem panu, że ja też bym doceniła żeby mi ktoś w ciepłym, czystym, zadbanym domu czekał po pracy z zupą. Albo jeszcze robił zupę na obiad do roboty. - wyjaśniłam ochroniarzowi.

      - A co to za sztuka zupę ugotować?! - obruszył się. Nagle wiedziałam, w czym tkwi problem. Koleżanka z recepcji dostała szczękościsku i coś wybulgotała przez zęby, a ja uśmiechnęłam się. Życzliwie, bez cienia złości.

      - Pan nie gotuje, prawda? Nigdy pan nie gotował zupy? - zapytałam zaciekawiona i przekonana, że trafiłam w dziesiątkę.

      - Nie. Ale co to za filozofia? Wrzuca się coś do garnka i już.

      Koleżanka nie wytrzymała.

      - Ale wie pan, że zanim się wrzuci to coś do garnka, to pół dnia zajmują zakupy mięsa i warzyw, mycie, obieranie, skubanie, skrobanie, siekanie, krojenie, odszumowywanie, mieszanie, nakrywanie do stołu, zbieranie ze stołu, a potem szorowanie garnków i talerzy. Dlatego ja po prostu zup nie gotuję u siebie w domu. Bo musiałabym rzucić pracę i nic innego nie robić.

      Ochroniarz popatrzył na nią jak na wariatkę.

      - No bo to nienaturalne, że kobiety pracują. - objaśnił nam świat. - Bóg stworzył kobiety żeby zajmowały się domem.

      Gdybym miała precyzyjnie opisać moją wewnętrzną reakcję w tamtej chwili, powiedziałabym pewnie, że zawrzał mi w trzewiach jakiś kwas i bulgocząc się podniósł gwałtownie w stronę przełyku. Mogło tak nawet dosłownie się zdarzyć.

      - Zresztą, - dodał z refleksem, jakby chciał uspokoić mój refluks i rozluźnić nasze stężałe twarze. - kto tak naprawdę lubi pracować?

      - Ja. Czasem lubię, czasem nie lubię. Ale generalnie lubię.

      - I ja.

      - Poza tym, - dorzuciłam - nie wyobrażam sobie żebym miała cały dzień siedzieć sama w domu, robić nudne i powtarzalne rzeczy, których nikt nie docenia i kontakt z ludźmi ograniczyć do tego, że kupuję od nich korpus kurczaka albo włoszczyznę. A potem mi jeszcze ktoś, jak kiedyś mój niegotujący szwagier siostrze, przyjdzie do domu i zacznie kręcić nosem, że on takiej zupy nie lubi albo że już drugi dzień z rzędu jest to samo. Królewicz.

      - Tak jak mówię, - nasz dyskutant przyjął strategię zdartej płyty. - kobiety najlepiej nadają się do prac domowych, mężczyźni do cięższych obowiązków. Tylko takie czasy, że i jedni i drudzy muszą pracować.

      - A pana żona pracuje?

      - Pracuje.

      - A lubi swoją pracę?

      Zgłupiał.

      - Nie wiem.

      - A gotować lubi?

      Zgłupiał.

      - Nie wiem.

      Miałam wrażenie, że sam usłyszał stężenie absurdu, w którym się zagrzebaliśmy.

      - A wie pan, - przypomniało mi się coś. - jak sobie myślę o wsi, na której się wychowywałam, u babci i dziadka, to tam wszyscy harowali. Nie było takiego dziwnego podziału jak w mieście, że facet ma jeden etat, a kobieta przynajmniej dwa - pracowy i domowy, czyszcząco-opiekuńczo-zupowy. Tam było tyle roboty, że od rana do wieczora cała rodzina zasuwała.

      - No tak, ale na pewno pani babcia zajmowała się gotowaniem i domem, a dziadek szedł do cięższych fizycznych prac, zgodnie z naturą.

      - No właśnie nie. Dziadek był słabowity, ciężko przeszedł gruźlicę w młodości i nie wszystko mógł robić. Babcia była silniejsza fizycznie. Więc dziadek na przykład zajmował się zakupami i woził rozmaite rzeczy samochodem, a babcia kopała, nosiła, pieliła, rąbała drewno.

      - No ale inni ludzie na tej samej wsi już żyli zgodnie z naturą.

      - Ja wiem? Tam było masę alkoholików, mężczyzn na rentach inwalidzkich albo z depresją, więc pamiętam, że niekoniecznie. Ludzie się dzielili robotą tak, jak się sensownie dało w ich konkretnej sytuacji.

      - Tak jak mówię, - ochroniarz nie ustępował, a ja miałam deja vu - kobiety najlepiej nadają się do prac domowych, mężczyźni do cięższych obowiązków. Tak Bóg chciał. Do tego nas powołał.

      - A jak pan patrzy na mnie i na koleżankę tutaj i słyszy, że my lubimy pracować a nie lubimy po pracy mieć dodatkowego zupowego etatu, to my się zaliczamy do tych kobiet, o których pan mówi? Czy nie zaliczamy? Bo nie wiem czy pan ma na myśli 99 procent kobiet oprócz nas, czy nas też, ale w takim razie nie powinno nas tu być. Czy ja jestem kobietą według pana definicji?

      Uśmiechnął się szelmowsko. Wiedziałam jaki będzie za chwilę żarcik.

      - No na pierwszy rzut oka chyba jest pani kobietą. Ale nie wiem na pewno.

      - Dobra, nie wchodźmy w ten temat, bo za sekundę będzie nieprzyjemnie.

      - A w ogóle co pani tak poważnie te sprawy traktuje. - tylko czekałam na oskarżenie, że nie mam poczucia humoru.

      - A wie pan, że mnie ten temat bezpośrednio dotyczy? Gdyby wszystkie kobiety zamknąć w domach i kazać im gotować, to dla pana czysty zysk, bo zupy będzie więcej i lepsza i na wykrochmalonym obrusie podana. A dla mnie to by oznaczało rodzaj więzienia. Bo ktoś by mnie zmuszał do robienia rzeczy, których nie cierpię, a zabraniał rzeczy, które kocham, tylko po to, żeby jemu było przyjemniej. Rozmawiamy o moim życiu, o tym jak ma wyglądać, czy ma być do zniesienia czy nie do zniesienia. Jak na mój gust, to bardzo, ale to bardzo poważny temat.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 14 lutego 2018 11:56
  • piątek, 02 lutego 2018
    • Sumienie

      Czytam sobie i słucham sobie i oglądam też, bo są na ten temat obrazki, komiksy oraz filmiki. O himalaistach, którzy ratowali siebie zamiast poświęcać życie dla kolegi. O Polakach, którzy ratowali siebie zamiast poświęcać życie dla żydowskiego sąsiada. Debata narodowa jak rzeka po długotrwałych deszczach rozlewa się po gazetach i profilach na fejsbuku, przystankach autobusowych i stolikach restauracyjnych, po przerwach kawowych w pracy, rodzinnych obiadach, kolejkowych pogaduchach w aptece albo poczekalni u doktora. Nie bardzo wiedziałam dlaczego ograniczam w niej swój własny udział, przebąkuję coś wymijającego kiedy ktoś rzucał skojarzenie, kiedy ktoś prowokował do rozmowy, że to niby bardzo złożona sytuacja, a ja w niej nie byłam, więc wypowiadać się nie mam sumienia. Sumienie. O tym będzie ten wpis.

      Nie bardzo wiedziałam, dlaczego nie umiem nic z pełnym przekonaniem przesądzić, zasądzić, osądzić, dopóki fejsbuk nie podrzucił mi nagle, tak jak tylko on to czasem robi, informacji, że jedna z moich znajomych skomentowała post jakiejś pani. Ludzie komentują rozmaite rzeczy w rozmaitych miejscach, nie wiem dlaczego fejsbuk uznaje, że mnie ich komentarze na obcych profilach interesują, ale tym razem zobaczyłam, że koleżanka wyraża wyważone wsparcie dla żony himalaisty, który zginął na Nanga Parbat i robi to na profilu tejże żony, co mnie zaintrygowało. Okazało się, że polskie piekiełko debatanckie, piekiełko jednoznacznych ocen moralnych, szukania winnych albo przynajmniej kozłów ofiarnych, wytykania palcami i podsumowywania zgodnie z własnym światopoglądem rozpętało się pod wpisem żony Tomka Mackiewicza o śmierci męża. Coś prywatnego i bolesnego nagle zmieniło kaliber i stało się własnością wszystkich - ciekawskich, współczujących, poszukujących współczucia dla siebie, gniewnych, szukających emocji, szukających sensacji, chcących uwagi, chcących wyrazić solidarność, próbujących zrozumieć, próbujących być zrozumianym. Mnie też poniosła ciekawość. Czytałam dalej. Byli ludzie, którzy pisali z wielką empatią i tacy, którzy wyrażali zasadnicze opinie, proste, czarno-białe ewaluacje. Nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jesteśmy w naszej kulturze jednolitą masą i piekiełko równomiernie rozprzestrzeniamy. Uczestniczymy w nim na wiele sposobów. Czasem jedna i ta sama osoba wykaże się wielką szlachetnością i spokojem, czasem ta sama osoba da się ponieść albo bezmyślnie, automatycznie zareaguje i rozogni niepotrzebne bulgotanie emocjonalnej smoły. Ja też.

      To, co dla mnie jest pewnie najtrudniejsze w tych ostatnich rozmowach o "polskich obozach zagłady" i całości doświadczenia tylu Polaków i Żydów, że nie sposób zliczyć, nie sposób ujednolicić, uniwersalizować, uprościć czy generalizować, nie sposób podsumować w narracji czarno-białej, z podziałem na dobre i na złe, to  co dla mnei jest najtrudniejsze, to próba wessania w schemat dziecięcej przypowiastki o dobrej księżniczce i brzydkiej złej czarownicy, o szlachetnym rycerzu i potwornym smoku, rozmaitych sytuacji, które zdarzyły się komuś innemu, gdzieś indziej, w czasie gdy my robiliśmy swoje i doświadczaliśmy własnego życia. Nie byliśmy ani uczestnikami ani świadkami. Nie mamy prawa wypowiadać się, opiniować, osądzać. A jednak próbujemy.

      Myli nam się.

      Być może, próbuję zrozumieć, a jedynym dostępnym dla mnie narzędziem zrozumienia jest moje własne żywe doświadczenie, więc wracam myślami do sytuacji, kiedy to ja ferowałam z lubością i z łatwością jednoznaczne wyroki i niestety, wytłumaczenie jest smutne. Im bardziej czułam się impotentem we własnym życiu - bezradnie pozwalając innym sprawować nad sobą władzę i nie czując się na siłach żeby przeciwstawić się krzywdom albo powalczyć o swoje potrzeby albo wstawić się za słabszymi - im bardziej miałam amputowaną sprawczość, uciszoną podmiotowość, tym większa rosła moja potrzeba udziału w emocjonujących życiach innych ludzi. Udziału bezpiecznego, z widowni, ze stanowiska wszechwiedzącego komentatora, który - posiadając niepełne informacje - popełnia jeszcze gorszy nietakt, jeszcze większe nadużycie - albowiem udaje, że umie zaglądać do wnętrz dusz obcych ludzi, rozumie ich intencje, wie czy są dobrzy czy źli. Słabi czy silni. Ocenia ich stopień przystawania do narodowego etosu bohatera.

      Ostatnio czytałam listę, spisaną przez Umberto Eco, który opisywał kolejno cechy charakterystyczne autorytarnych rządów. Jeden z pierwszych punktów na liście stwierdzał, że totalitarne reżimy konstruując propagandową narrację, przesycającą media, kulturę popularną i system edukacji, ustawiają dla swoich obywateli moralną poprzeczkę na poziomie bohaterstwa. Kiedy pomyślę o tym, jak mnie wychowywano w socjalistycznej szkole, kiedy teraz przerabiam swoje wewnętrzne nieustępliwe ideały na terapii, widzę, że na symbolicznym, duchowym poziomie byłabym dla wielu osób z pokolenia mojej babci godna uwagi i szacunku jedynie w przypadku, gdybym z płonącej stodoły, pod ostrzałem Nazistów, uratowała przynajmniej dwunastkę dzieci - najlepiej mieszankę Polaków i Żydów, wtedy by się nikt nie przyczepił. Pokolenie moich rodziców uszanowałoby mnie za bezkompromisowe strajki solidarnościowe, za nieugięcie się wobec milicjantów i esbeków i urzędników państwowych, ale ja wtedy, ale ja wtedy miałam trzy, cztery, pięć lat i umiałam tylko śpiewać antysystemowe piosenki, co napytało kiedyś w pociągu wielkiej biedy mamie mojej mamy. Wysiadłyśmy w pośpiechu wiele przystanków za wcześnie, w środku zimy. Bohaterstwo. Tyle że za mojego życia bohaterstwo polega na codziennym przyzwoitym traktowaniu współszczurów w korpo i współpasażerów w przeładowanych, przegrzanych autobusach. Tyle że za mojego życia bohaterstwo rozgrywa się na poziomie indywidualnej podmiotowości w pracy i w związku - czy mam prawo powiedzieć "nie" rozmaitym wymaganiom, nie wypalić się dla szefa czy narzeczonego - za mojego życia bohaterstwo to ustawić się w jakiejś sensownej kontrze do konsumpcji i materializmu, do pośpiechu i instrumentalnego traktowania drugiego człowieka. Odmówić patrzenia na Innego jakby był produktem w supermarkecie, wąsko wyspecjalizowanym usługodawcą, który w ramach prostackiej transakcji coś mi oferuje, a potem znika z mojego życia.

      W rozmowach ze starszymi pokoleniami nie czuję zrozumienia czy szacunku do tej odsłony historycznej walki o człowieczeństwo. Dwudziestopierwszowiecznych przepychanek w systemie, który wszystko ekonomizuje, monetaryzuje, który każdego podporządkowuje czyjemuś zyskowi. Zachęca do zniecierpliwienia, do korzystania, do wykorzystywania, do emocjonalnej ślepoty, oducza czucia i wrażliwości. Nie ratujemy Żydów, nie burzymy komunizmu, większość z nas nie zdobywa też z narażeniem życia szczytów. Jedyne, co wiem, mądrym, spokojnym miejscem w sobie, to że nie możemy przykładać moralnej miary własnego życia, z jego delikatnym ekosystemem współzależności, z jego scenerią i mikroklimatem, do cudzego życia. Ani własnej matki, ani siostry, ani też obcego. To niezwykle kuszące, ale to rodzaj przemocy. Rodzaj nadużycia. Sama wiem, jak łatwo zamiast własnym sumieniem zająć się cudzym. Ominąć swędzenie swojej duszy, smrodki nieporozwiązywanych problemów i poczuć winy. Zafiksować się na prostych bajeczkach o Złych i Dobrych, nałożonych jak matryca na organiczny bajzel cudzego życia. Powinnaś była mu wygarnąć, kutafonowi - mówię w gniewie siostrze, a tak naprawdę nie mam bladego pojęcia. Po prostu jej strach, jej wahanie, jej próba wyważonej reakcji budzi moje demony, a ja moich nie chcę twarzą w twarz konfrontować.

      Sumienie to kuriozalny twór. Ale chyba jedyne co możemy to zająć się tylko swoim własnym. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Sumienie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 02 lutego 2018 16:43

Kalendarz

Luty 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl