Kucharka Zen

Wpisy

  • niedziela, 11 czerwca 2017
    • Curriculum Vitae

      Mam czterdzieści lat i, jeśli musiałabym być całkiem szczera, a szczerość bolesna bywa tak, że raz na jakiś czas przytyka oddech, nie jestem przesadnie kompetentna w jakiejś konkretnej, wyrazistej dziedzinie. Umiem gotować. Szczególnie dobrze się sprawdzam kiedy w lodówce zostaje trzy przypadkowe składniki na krzyż. Wtedy włącza mi się kryzysowa kreatywność (w końcu wychowałam się w nędznych kulinarnie latach osiemdziesiątych, karmiona serkami topionymi, białym chlebem i mięsopodobną papką w szkolnej stołówce). Kryzysową kreatywność mam w krwioobiegu, jestem pewnie na nią skazana, bo już za późno kłaść nowe zręby swojej osobowości, obfitość neoliberalna - te wszystkie pełne półki i nadmiar, nadmiar, przesyt - zamiast mnie wprawiać w codzienną euforię, bo skraca się czas między odczuciem potrzeby a jej spełnieniem, bo czasem nawet nie wiem, że mam potrzebę, a już ktoś mnie kusi, że ją nasyci, więc ta wielość, do której nie przygotowało mnie moje PRL-owskie wychowanie powoduje rodzaj paraliżu. Znam się na deprywacji. Mam wpojone przez dziadków, którzy przeżyli wojnę i powojenne traumy, że w spiżarce zawsze musi być jakaś puszka, jakiś makaron, jakieś słoiki z przetworami, mam wpojone całowanie chleba, który spadł na ziemię i wyrzuty sumienia jeśli wyrzucam zapomniany, zmarnowany spleśniały dżem z lodówki. Oszołomiona i bezradna staję w supermarkecie i nagle naprawdę nic nie chcę. Chcę być w osiedlowym baraczku warzywno-owocowo-spożywczo-monopolowym. I mieć do wyboru mleko, ser, kiełbasę i śledzia. Wtedy - w prostocie trzech rzeczy na krzyż - wtedy na nowo się odnajdę. Na nowo sobie przypomnę, kim jestem.

      Języki łapię dość łatwo. Słowa lubię. Lubię idiomy, te wszystkie nieprzetłumaczalne byty, które tworzą nie tylko język, ale i sposób filtrowania świata. Kiedy się pozna słowo umami, nie można już wrócić do niewiedzy, że istnieje smak mięsisty, mroczny, grzybowo-wędzony, sycący i satysfakcjonujący. Umami. Lubię nazywać rzeczy, których doświadczam, tworzyć całkiem nowe idiomy, dobierać metafory, rozbierać na małe kawałki istniejące puzzle języka i składać je na powrót w konfiguracje zgodniejsze z otaczającymi mnie zjawiskami.

      Jestem maszyną do uczenia się, poznawania, doznawania, poszerzania sobie horyzontów. Być może to niezdrowe. Trudno mi się zatrzymać w jednym miejscu. Rzadko się nudzę, a nawet jeśli, szybko zaczynam się nudzić z radością, korzystając z niezagospodarowanego czasu żeby się wokół siebie czujniej rozejrzeć. Posłuchać. Ostatnio szłam po podwarszawskiej wsi i dotarło do mnie miarowe skrzyp, skrzyp, skrzyp nienasmarowanej huśtawki ogrodowej. Ucieszyłam się. Że w tę wiejską symfonię, psio-kogucio-gołębio-kosiarkową, nie wtargnął jeszcze podskórny huk metropolii. Przez niego drą się ptaki, gardziołka rozrywają sobie przekrzykiwaniem maszyn. Tutaj nawet subtelne, w mieście niezauważalne, skrzypy nabierają wyrazistości. Więc uczę się, rozwijam, poznaję, jestem żarłocznym, nienasyconym konsumentem nowych, nowych, ciągle nowych rzeczy.

      Mam czterdzieści lat i umiem rozmawiać z ludźmi z różnych kultur. Najdziwniejsze jest to, że nie nauczyłam się dyplomacji wcale a wcale podczas swoich zagranicznych podróży. Podszlifowałam ją tam wyłącznie. Dostałam ją w prezencie od babci-nauczycielki, babci-radnej. Według mnie to nauczycielskie geny i polityczne geny pozwoliły mi umieć rozmawiać. Nie wybrałam sobie biografii, która rzucała mnie raz po raz z miasta na wieś i ze wsi do miasta, która skazała mnie na nawigowanie w przepaści między dwiema mentalnościami - jedną, zanurzoną w biedzie, w naturze i zmysłach, w religii i zabobonach, klanową i kurczową, strukturalnie opresyjną i drugą, brutalną, pełną rywalizacji, bezlitośnie dwulicową, a jednocześnie ciekawszą, barwniejszą i bardziej otwartą, wystawiającą na kontakt z nieznanym, wymagającą nieskończonej elastyczności.  Z tej umiejętności jestem szczególnie dumna. Natychmiastowego wkomponowania się w rozmowę z dowolnym człowiekiem. Koresponduję ostatnio z Duńczykami, mam kumpla o podwójnym, francusko-hiszpańskim obywatelstwie, kumpla Anglika, zaprzyjaźnionego Niemca i serdeczną koleżankę Irlandkę, znajdowałam przez lata wspólny język z Gruzinkami i Marokankami, z Belgami i Szwajcarami. Wczoraj rozmawiałam z informatykiem i architektką krajobrazu, z dwulatkiem, trzylatkiem i pięcioletnim synem alkoholika, przedwczoraj z zakonnicą i dyrektorką ośrodka dla niewidomych dzieci, dzień wcześniej ze strażakiem, ratownikami medycznymi i prezesem fundacji. Od kilku tygodni mailuję po imieniu z dwiema biolożkami molekularnymi i z zespołem, który pracuje nad szczepionką na raka. Dwa tygodnie temu pogadałam z astronautą z NASA i amerykańską socjolożką. Jakaś część mnie nie dopuszcza do siebie tego ogromu szczęścia. Szczęścia, bo to inspirujące, bo to ożywcze, bo to przywilej wielki dostać się na chwilę do cudzych światów. Taksówkarza. Specjalistki od HR. Sąsiada-emeryta. Profesora ekonomii. Psychoterapeutki ruchem i tańcem. Babci trójki dzieci. Mam czterdzieści lat i to jedno umiem na pewno. Przerozmawiałam całe życie, a każda rozmowa budowała mnie, z puzzli tych wszystkich różnorodnych rozmów konstruowałam to, czym dzisiaj jestem. Powinnam być nieskończenie wdzięczna, ale na razie wdzięczność mnie przerasta. Mam alergię na rozmowy rytualne, powtarzalne, nic nie wnoszące, zdradzające fundamentalny brak zaciekawienia innym człowiekiem, wielki strach przed jego innością. Źle reaguję na klanowość okopaną w przekonaniu o własnej racji, o monopolu na kontakt z jedyną, absolutną prawdą. Nie chce mi się delikatnie tłumaczyć, bo wiem, że nieskutecznie wytłumaczę, wiem ile lat sama musiałam dowiadywać się, że absolutnej jedynej, monopolistycznie mojej prawdy nie ma. 

      Nie ma.

      Mam czterdzieści lat i główną moją, kluczową, kompetencją jest coś bardzo nietypowego. Dziwactwo takie. A mianowicie moja demotywacja i moje rozczarowanie. Moja nieufność i moje zmęczenie ogromne. Moje oszołomienie. Moje zagubienie. Śmiem twierdzić, że stanowię wartościowy eksponat, dwudziestopierwszowieczną kobietę, i że każdy rozsądny człowiek powinien się z kimś podobnym do mnie blisko zapoznać, wypytać o moje życie, zainteresować się moim światem. Jestem dzieckiem komunizmu, uczonym zbyt wcześnie i zbyt późno zarazem, nieodwracalnie, korporacyjnych kodów kulturowych, tresowanym na sprawnego konsumenta, jestem też kobietą szkoloną latami do wczuwania się i wyprzedzania cudzych potrzeb, podlegam światu zewnętrznemu prawie patologicznie, więc raz po raz okazuję się bardzo czuła na jego nadużycia, na każdą, nawet mikrą przemoc. Pracowałam w rozmaitych miejscach, oddawałam się pod opiekę rozmaitym osobnikom i społecznościom, głównie mi z tych doświadczeń zostało poczucie skołowania albo zawiedzionego zaufania, wypalenie, porozpadane na drzazgi, nierozpoznawalne ideały, naiwne być może, łopatologicznie proste, raz na zawsze utracone. Brakuje mi tamtej niegdysiejszej ufnej mnie.

      Zderzyłam się w okolicy swoich czterdziestych urodzin z wstrząsającą dość mocno prawdą - moją główną kompetencją jest wyraziste, osobiste, wieloletnie doświadczenie bycia gdzieś na końcu łańcucha pokarmowego, gdzieś na dole hierarchii w naprawdę źle zarządzanych ludzkich skupiskach. Skąd wiem, że byłam źle zarządzana? Ja - świadek i głosiciel trudności codziennych, dyskomfortów egzystencjalnych, życiowych rozpaczy. Bo poznałam też przez kontrast odwrotność permanentnego niedoinformowania, bycia wiecznie przestawianym biernym meblem w cudzej wizji. Bo mieszkałam w kilku zagranicznych krajach i zobaczyłam (między innymi), jak to jest zostać porządnie wdrożoną do pracy, przeszkoloną, pochwaloną za postępy, delikatnie zapytaną skąd się wzięły moje błędy. Bo miałam sensownych szefów. Bo mnie słuchano. Bo jasno komunikowano instrukcje. Bo mówiono co i jak, kiedy i dlaczego. Bo mam doświadczenie terapii, siedzenia parę lat w czystej relacji, naprzeciw człowieka, który słucha i nie ocenia, słucha i nie porównuje, słucha i nie doradza, nie mądrzy się, nie kontroluje, nie mikrozarządza, nie góruje, nie krytykuje, nie manipuluje, nie poniża, nie steruje. Bo kiedy przechodziłam ze stanowiska na stanowisko, kiedy próbowałam sobie wyszarpać w tym wielkomiejskim, a może nawet globalnym konkursie silnych i nieomylnych jakąś pozycję, jakąś wiedzę, jakąś odrobinę pewności siebie, w końcu któregoś dnia poczułam się pewnie.

      Zawodowo stanęłam na dwóch mocnych nogach, zaczęłam wiedzieć, co robię, naprawdę wiedzieć, specjalistka od czegoś konkretnego, nawigować sprawnie w niesprzyjających warunkach, w sztormie znalazłam kierunek, przepływ, jasność. A potem - zapłaciwszy naprawdę wysoką cenę za wspięcie się aż tak wysoko - za prestiż, za bliskość władzy, za ocieranie się o duże pieniądze, o światową politykę, zapłaciwszy za szacunek, za autonomię, za kontakt z kulturową elitą, która przy odrobinie dystansu okazuje się tylko hermetyczną, niszową, momentami bardzo pretensjonalną grupką ludzi - odeszłam. Teraz próbuję pozbierać się po nieodwzajemnionej ofiarności. Źle zarządzana, źle zarządzana, jeśli jestem ekspertem w czymkolwiek, to w byciu osobą, do której nie docierają ważne instytucjonalne informacje, ekspertem w konieczności walczenia żeby się czegokolwiek dowiedzieć, bo ważniejsi ode mnie ludzie w swoim zamkniętym kręgu podejmują decyzje, które mnie bezpośrednio dotyczą. Ekspertem w radzeniu sobie bez. Bez. Nauczyłam się nie być konsultowana, nie być informowana, nauczyłam się radzić sobie kiedy wokół mnie huczy chaotyczny wielogłos, kiedy mało kto pomaga, nauczyłam się improwizować, amortyzować absurdy systemu, świecić oczami przed klientami, próbować zachować przyzwoitość wobec kolegów i koleżanek, ale czasem nie mieć nawet tej satysfakcji - że się mogłam przyzwoicie zachować. Nie wiem nic więcej.

      No może wiem, jak destrukcyjne, dla całego zespołu i dla każdego jego członka - jest podleganie władzy niedojrzałych, niefrasobliwych, niekompetentnych, narcystycznych, przemocowych albo obojętnych osób. Gorzej - a to już druzgocząca i uwalniająca, uspokajająca prawda, to najważniejsza wiedza, jaką mam dzisiaj - wiem ze stuprocentową pewnością, że sama byłabym nielepszym szefem. 

      I co z takim czterdziestoletnim curriculum vitae? Mam regularnie marzenia o chatce w Bieszczadach, farmie lawendy na Suwalszczyźnie, o własnym kiosku z warzywami gdzieś na przedmieściach. Pewnie na koniec powinnam otworzyć okienko w ścianie gdzieś w mieście, z którego będę ludzi karmić prostym, trójskładnikowym jedzeniem, czytać książki w przerwach między wizytami klientów i gadać, nieprzerwanie, niepohamowanie, z ciekawością rozmawiać z ludźmi. Sama otworzę takie okienko. Bez szefa i bez zespołu. Żeby się nie wikłać w nieuniknione wyszarpywanie i monopolizowanie. Czy może nie?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 czerwca 2017 22:30

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl