Kucharka Zen

Wpisy

  • sobota, 14 października 2017
    • W kosteczkę

      Moją granatową piżamkę z cekinami kupiła mi mama. Moją granatową piżamkę z cekinami i lamówką w kropeczki dziś po powrocie do hotelu znalazłam złożoną w równą kosteczkę na posłanym nieskazitelnie łóżku. Prawdopodobnie nigdy nie spotkam się twarzą w twarz z osobą, która zrobiła mi taką maleńką wielką przyjemność. Ma na imię Regina.

      Podczas jednej z kawowych przerw w berlińskiej konferencji poszłam kupić mniej lurowatą kawę, ale studencka kawiarnia po drugiej stronie ulicy była zamknięta, więc powędrowałam dalej, do piekarni, w której wiedziałam, że serwują espresso, podwójne espresso, mocniejsze niż jestem przyzwyczajona, a chociaż lubię szatańsko intensywne macchiato, po tym telepało mnie godzinami. Nie pamiętam szczegółów rozmowy, ale wpadłam na dwóch chłopaków z konferencji, jeden był organizatorem i mieszkał w Berlinie, drugi robił badania w Cambridge, wczoraj miał prezentację o wykrywaniu raka przełyku. Usiedliśmy razem. Coś było o miastach, o czynszach, o jedzeniu i o powrotach  do Polski, a potem zażartowałam. Neurony styknęły mi o kilka sekund za późno. Nadal nie mogę spać po rozstaniu, noszę na przegubie czarną bransoletkę, która mierzy mi sen. Wczoraj zmierzyła niewiele ponad trzy godziny, więc coraz częściej, egzotycznie, surrealistycznie, mózg mi nie łączy jak co dzień, tylko niecodziennie. Nawet zaczynam to lubić, to płatanie od środka samej sobie niespodzianek. Tym razem po czasie zorientowałam się, że chłopak, który siedzi naprzeciw mnie odchylił się niebezpiecznie na krześle, wykrzywił ostre rysy twarzy w szczodrym grymasie, zmrużył oczy i właśnie tymi szparkami zobaczył, że zaraz wypadnie  mu z ręki zapiekanka z mozzarellą. Drugi wyglądał nie lepiej. Jakby płakał. Nie zrozumiałam przez dobry moment, co się stało. A potem jendnak styknęło - oni się śmiali, oni się śmiali z mojego żartu. Śmiali się z mojego żartu. Z mojego żartu się śmiali.

      Dawno nikt się nie śmiał. I czy to znaczy, że ja nie jestem śmieszna? Nie zmieniłam się ostatnio jakoś diametralnie. Dzisiejszy żart był taki jak zwykle. Inteligentny, śmiem twierdzić, przenikliwy, oparty na wrażliwości sporej i jakiejś tam wiedzy o świecie. Na mojej prywatnej dziesięciostopniowej skali dałabym mu mocne osiem. Nieprzesadnie prowokujący do takiego rechotu, jaki powodują polskie kabarety na przykład. Albo amerykańskie sitcomy czy francuskie komedie. Ale. Śmiali się z mojego żartu, z mojego żartu się śmiali.

      Ciągle, jak upiór, ściga mnie wspomnienie, że kiedyś, dawno co prawda, że kiedyś przyjaźniłam się z facetami. I że miałam z nimi żywy kontakt. Człowiek z człowiekiem. Całe spektrum - od nudy przez inteligentne światopoglądowe potyczki, przez wspólne przygody i konflikty aż po głupkowate śmiechy z niczego. Jak upiór ściga mnie wspomnienie. Że to było łatwe, tak jak tym razem nad kawą i pieczoną kanapką w Berlinie. Ale potem mówię sobie, że mi się coś pomyliło. Tyle lat nikogo nie rozśmieszałam, tyle lat byłam w otaczających mnie oczach nieinteresująca, niekompetentna, niesympatyczna, nieśmieszna, niekontaktowa, zagrażająca, niegodna zaufania, oziębła, kłopotliwa, nierozgarnięta, nieposłuszna. Odzwyczaiłam się od męskiej przyjaźni.

      Wczoraj wieczorem, w restauracji, której kelnerzy uśmiechali się ciepło i mieli jakiś taki niecodzienny kontakt z nami, gośćmi, nad prosecco i wegańskim curry z jesiennych warzyw, ponad nami wisiały wielkie pomarańczowe świetliste kule jak księżyce w pełni pyzate, wczoraj wieczorem kilka kobiet badaczek i jeden mężczyzna, też naukowiec, rozmawiało ze mną o osobistych doświadczeniach w polskich instytucjach naukowych. O powrotach z zagranicy na przykład. Jedna mówiła, że po siedmiu latach na swoim wydziale, po siedmiu latach od powrotu z dłuższego wyjazdu na Zachód, nadal wśród kolegów fizyków jest "tą nową". Druga - prawdopodobnie najsłynniejsza polska biolożka molekularna - opowiedziała, że ma kolegę, który zmienił uniwersytety i po dekadzie zespół nowej uczelni w dalszym ciągu nie zaakceptował go jako swojego. Potem - kieliszek czy dwa wina później - panie przyznały, że wśród spójnych, zgranych męskich grup w swoich dziedzinach być może zawsze będą obce, być może zawsze będą odstawać.

      Czytam książkę, która skojarzyła mi się z tą wczorajszą rozmową i tym dzisiejszym śmianiem się przy drugim śniadaniu i kawie. Rozdział, który teraz czytam, opowiada o znajdowaniu swojego plemienia. Ludzi, którzy będą lubić i akceptować i wspierać - w granicach rozsądku, jak to ludzie - ale jednak bardziej przyjmą niż odrzucą. Moje polskie doświadczenia przypominają doświadczenia naukowców, z którymi rozmawiałam nad kolacją - serię prób, mniej lub bardziej udanych - wejścia do kolejnych zamkniętych grup, które raz po raz sygnalizowały, że nie jestem ich. Obca, gość na cudzym terytorium, nikt od lat nie zachichotał nawet z uprzejmości kiedy błyskotliwie połączyłam niepołączalne w niespodziewaną anegdotę. Nikt nie dzielił moich wartości. Zawsze trochę nie pasowałam. Książka, którą czytam i opowieści moich kolacyjnych towarzyszy pod krągłymi księżycami, nad korzennym pomarańczowym curry, stanowią dowód, że to nie tylko ja. Że wykluczanie to może być jakaś nasza narodowa specjalność, nagminna, że jesteśmy homogeniczną, chronicznie przestraszoną nacją klanów, a im bardziej jesteśmy przestraszeni, tym ściślej zamykamy się w bezpiecznych, powtarzalnych schematach, w bezpiecznych, niezmiennych wspólnotach. Te same zakodowane dowcipy, te same cytaty z tych samych filmów, ten sam sport narodowy przeżywany prawie tak samo przez setki tysięcy kibiców, to samo biesiadowanie z identycznymi zakąskami i napojami, muzyką, którą znamy od lat i wiemy, że lubimy, te same kroki w tańcu, nie spróbujemy, olaboga, nie daj boże, nie spróbujemy niczego nowego, nie dopuścimy nikogo nowego. Przez lata uczyłam angielskiego i z kilkuset korpouczniów, którzy przeszli przez moją salkę lekcyjną dziewięć na dziesięć osób jeździ na wakacje do Egiptu, lubi sushi, a w domu gotuje makaron ze szpinakiem i serem pleśniowym.

      Dzisiaj ktoś się zaśmiał z mojego żartu. Wczoraj ktoś sprawił, że poczułam się mniej samotna, mniej osamotniona. Może to znaczy, że nie trzeba przez całe życie kroczyć jako obcy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „W kosteczkę”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 14 października 2017 22:04

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl