Kucharka Zen

Wpisy

  • niedziela, 18 lutego 2018
    • Improwizacja

      Czasem zabieram się za pisanie kiedy dopiero mi prześwituje jakiś pomysł. Coś tam się kotłuje trochę euforycznie, trochę płaczliwie. Gdzieś dzwonią, ale czy w kościele czy w remizie ochotniczej straży pożarnej, nie powiem, bo jeszcze nie jestem pewna. Więc zaczynam pukać palcami w klawisze, a nuż mi się spod nich coś wynurzy, coś zabulgocze gwałtownie i niespodziewanie nabierze kształtów. A potem, a potem może znowu coś napiszę i zrozumiem te kształty, ukonkretnią mi się one, nabiorą kolorów i wypełnią się fakturami, a potem, a potem być może najzwyczajniej w świecie, pisząc już trzecią wersję tego niby samego, dotrze do mnie o czym to tak naprawdę jest. Z jasnością pełną i jaskrawą jak dzisiejsze wyczekiwane od tygodni słońce.

      Chodzę od niedawna na warsztaty improwizacji, gdzie uczę się po pierwsze pokory, a po drugie radosnego podejścia do robienia rzeczy głupich, niesmacznych, żenujących i nieśmiesznych. Instruktor podszedł do mnie wczoraj na zajęciach, klepnął po pleckach i powiedział przy wszystkich, że trzeba by mi kij z tyłka usunąć, bo jakaś spięta przyszłam w tym tygodniu. Powiem wam, że po trzech godzinach warsztatu rzeczywiście jakby mniej tego kija tam było, ale na początku miałam ochotę się równo przy wszystkich popłakać, bo trafił w sedno, w masywny wstydliwy kompleks mój, że jestem sztywniarą i zrobił to jeszcze publicznie. To zresztą pikuś przy fakcie, że mniej więcej godzinę później zostałam wywołana na środek kółka złożonego z kilkunastu osób i poproszona o wymienienie pięciu rzeczy, których nie powiedziałabym mojemu byłemu mężowi. Improwizacja jest trochę jak egzorcyzm, nagle się okazuje, że być może największą wartość komediową ma publiczne wywoływanie własnych największych demonów. Więc wymieniłam autentyczne pięć rzeczy, których nigdy w życiu nie usłyszałby ode mnie mój autentyczny, biograficzny, własny były mąż. Skąd wiedzieli? Jak trafili? To nie pierwszy raz mi się na tych zajęciach zdarza taki przypadek i nie pierwszy raz działa oczyszczająco, uwalniająco, zobaczenie perlistych, bulgoczących, rechotliwych reakcji rozbawionej publiczności. Nie wiem, co ze mną będzie w przyszłości, kim zostanę kiedy dorosnę, ale chyba w sobotnie popołudnia dzieje się coś, co formuje jakąś jutrzejszą mnie, coś ważnego.

      Ale wracając do pisania, improwizacja to właśnie coś, co mam wam dzisiaj do zaproponowania, w duchu dawania samej sobie zgody na głupie, nieudane, beznadziejne i nietrafione rzeczy, a nie natychmiastową perfekcję, bo wiem, że coś mi świta, ale muszę sobie pozwolić na strumień świadomości, na ryzyko, że spod palców wyłoni się zupełnie niespodziewane, nie do końca udane coś. Lub wręcz przeciwnie, przebłysk prawdy emocjonalnej, jakieś rozpoznanie, zrozumienie, odkrycie. Proszę bardzo, lecimy.

      Próbuję się na terapii zmierzyć z monumentalnym, żeliwnym pomnikiem, którym od bardzo dawna próbuję się stać, kimś nieomylnym i wybitnym, kimś jednoznacznie godnym szacunku i nigdy nie powodującym żenady, nie wywołującym pogardy. Próbuję zrozumieć, zobaczyć, jak bardzo jestem naszprycowana marzeniami niespełnionymi moich rodziców i dziadków, jak je uwewnętrzniłam (obce ciała) i zaprogramowałam sobie według nich swoje życie, nie do uniesienia życie, życie poza strefą komfortu i niezgodne z psychofizycznym kształtem mnie, jakiejś takiej kwilącej żałośliwie wewnętrznej mnie, która cieszy się ze sportu, rysowania, improwizacji, terapii, dobrych książek i spotkań z innymi, ciepłymi, zwyczajnymi, zrównoważonymi ludźmi.

      Ta kwiląca ja próbuje się cichutko komunikować ze mną pomnikową, żelbetową. Ze mną rozpędzoną jak bączek, zadaniową, sympatyczną, przemądrzałą, hop-do-przodu. Na przykład kiedy wchodzę na tindera i nudzę się tymi wszystkimi pozami i naprawdę mi się nie chce zdrapywać tych powierzchownych bzdur, które panowie deklarują na swój temat dopóki się nie dodrapię do ciapowatych, bezradnych, ciepłych wrażliwych kluch takich jak ja, Nie chce mi się im tłumaczyć, że nie, nie ma pośpiechu, nie musimy od razu, już dzisiaj, po trzech wymienionych powierzchownych grzecznościach skakać do łóżka. Nie, nie musimy natychmiast przyklepać, że będziemy przyjaciółmi z bonusem, bo kiedy ktoś mówi "przyjaciółka z bonusem" - to natychmiast odechciewa mi się zarówno przyjaźni jak i bonusa. Męczą mnie panowie, którzy za mnie decydują "idziemy spać". Jak ojcowie pięcioletnich królewien-córeczek. Albo objaśniają mi jak myślą kobiety. Kiedy piszę, że nie chce mi się rozmawiać przez telefon, wolę pisać albo się spotkać, w odpowiedzi dostaję kategoryczne stwierdzenie "Bo kobiety wolą pisać niż gadać". No kurwa nie, bo ja szczerze mówiąc codziennie wiszę na telefonie parę godzin, ale nie z obcymi, dopiero co zapoznanymi, zaabsorbowanymi sobą facetami, od których despotycznego tatusiowania przez whatsappa, który "muszę" sobie koniecznie zamontować, bo to "obowiązkowe osprzętowanie" (UCIEKAJ! kwili mi żałośliwy wrażliwy mądry głęboko prawdziwy głosik z głębi) wolę sobie w sobotni wieczór poczytać kryminał. Poza tym nie, to nieprawda, że "kobiety lubią mówić o abstrakcyjnych bezcielesnych rzeczach dlatego, że są bardziej fizjologiczne niż faceci, wiesz, miesiączki, poród, krew, kał, śluz, te rzeczy". Poza tym to skandal, że facet śmie opowiadać mi - kobiecie - o kobietach nie sprawdziwszy, czy aby ja też tak mam. Opowiada mi o jakimś betonowym monolicie, w którym cholernie trudno mi znaleźć własne odbicie. A kiedy mu piszę, że się nie zgadzam, zakrzykuje mnie, że on tak myśli, nie, że on to wie. A ja współczuję jego wszystkim dotychczasowym kobietom i nie chcę już się z nim spotkać na kawę, bo ta kawa będzie o nim, o jego książce, o kobietach, którymi nie jestem. Nigdy o mnie.

      Gorzej, gość pisze książkę o tej rzekomej kobiecości, facet pisze o tym, jak to jest być kobietą, ale ponieważ już wszystko wie, przestał sprawdzać z realnymi z krwi i kości kobietami czy to im pasuje, czy ma sens. Gorzej, w tej książce pisze tak naprawdę o sobie, pewnie kwili do swojej wewnętrznej kobiety i nie wie nawet, że opisuje odcięcie od własnego śluzu i własnej fizjologii. W przeciwieństwie do fragmentów książki, które dostałam do przeczytania, w mojej biograficznej, niespisanej książce rzeczywiście tak jest, że kobiety odcinają się od własnego ciała, ale odcinają się inaczej niż on kategorycznie ustalił i nie zmieni zdania, odcinają się i zamiast mówić o sobie, o swoim wewnętrznym wszechświecie, mówią o potrzebach cudzych ciał, o cudzych emocjach i bolączkach, zamiast czuć swoje własne wewnętrzne organy opisują gdzie w mieszkaniu zaległ się kurz, gdzie wypaczył się parkiet, że w szafie trzeba by usystematyzować ubrania. Mylą swoje wewnętrzne zdrowie z dobrostanem swojej społeczności i najbliższych relacji. Dokonują pewnego rodzaju przemieszczenia, przesunięcia. Moja mama zamiast samej siebie karmi swoich wnuków i dziwi się, jedząc chaotycznie i na wpół szkodliwie, że ma kłopoty z trawieniem. A ten facet nie słucha kiedy do niego mówi kobieta.

      Chyba że nie jestem kobietą. Chyba, że używanie kiedykolwiek terminu "kobieta" to bardzo zły znak, to rozpaczliwa próba wtłoczenia miliardów połyskliwych, wielorakich ludzkich fajerwerków, które mają waginy (a czasem nawet nie) do jednej zrozumiałej kategorii. Jak gorset, który równa wszystkie ekscytujące kształty do jednego prostackiego modelu. Duże piersi, małe piersi, średnie piersi, stożkowate i jabłkowate, wszystkie kastruje tak, żeby sterczały pod jedynym właściwym kątem. Więc może po prostu raz na zawsze odpuszczę sobie utożsamianie się z czymkolwiek, co ktokolwiek opisuje używając słowa na "k", bo dziewięć razy na dziesięć to dla mnie brzmi obco i nie rezonuje mi w środku z moją tożsamością. Więc czytam fragmenty książki pana, z którym nie spotkam się jednak na kawę. I ta kobieta w tej książce jest mi obca. Znam podobne do niej fantomy, żywe istoty, które zrobiły z siebie postaci złożone ze złudzeń, z dymu i luster, piętrowych masek, postaci zdysocjowane, zdezintegrowane, ale takie milutkie i ładniutkie i tajemnicze i delikatne na pozór. Głęboko przekonane, że tak naprawdę powinny być mężczyzną, więc próbujące raz na jakiś czas olśnić mężczyzn upodabniając się do nich, dyskutując o rzeczach bezcielesnych i abstrakcyjnych. Sporo facetów, których znam swój kontakt z cielesnością ogranicza do żartów z pierdzenia, wypróżniania się i rechotania z seksu. Do obsesynego, przemocowego, militarnego katowania swojego ciała sportem mimo, że ciało kwili "za dużo" albo "za mocno" albo "za szybko". Kontuzja za kontuzją albo karykaturalny przerost mięśni. I jest jeszcze obsesyjne redukowanie ciał do porno-seksu. To pewnie ci panowie, który w ramach zdjęć profilowych zamieszczają zdekapitowany tors z sześciopakiem (swój własny czy wyszukany w internecie?). Na tinderze osiem osób na dziesięć biega maratony albo pilotuje rakiety kosmiczne będąc równocześnie prezesem kilku globalnych korporacji i posiadając 190cm wzrostu (o co chodzi z tym wzrostem) oraz nieokiełznaną, gwałtowną, niepowstrzymaną potencję? 

      Są też panowie intelektualiści, którzy ciał nie mają. Nie uprawiają sportu, nie jedzą (albo nie wiedzą, co jedzą, bo to drugorzędne), nie śpią, nie łączą golonki i piwa z bólem wątroby ani otyłością związkiem przyczynowo-skutkowym, śmieją się z "ciot", które dbają o swoje ciało i duszę, ciałoduszę - "ciot" joginów, "ciot" wegan, "ciot" hipsterów, "ciot" lubiących i szanujących otaczających ich ludzi obu płci, "ciot" umiejących się przyjaźnić. "Ciot" refleksyjnych, spacerujących, marzących, tworzących, wrażliwych na przyrodę.

      O ile próba wpasowania się w stereotyp istoty zwanej kobietą jest jakimś przeraźliwym piętrowym, dezintegrującym koszmarkiem, to wpychanie samego siebie w zjawisko zwane męskością to czysta przemoc na własnym bycie. Jezusmaria.

      Więc nie pójdę na kawę i nie posłucham o tej książce. A ten mężczyzna pewnie ją wyda i pewnie będzie obwołany gwiazdorem empatii, mistrzem wczuwania się w obcy gatunek, czołowym ekspertem od moczu, kału i krwi kobiecej, a mnie (ani was) nadal nikt nie zapyta o doświadczenia od środka, będę czytać te obce, niezrozumiałe narracje, nieprzystające do prawdy, którą znam, którą kwilę ja.

      A moja prawda jest taka, że już nie wiem, co to znaczy być mężczyzną albo kobietą. Być może przez ostatnich kilka lat byłam bliżej męskiej formuły funkcjonowania w świecie - zostałam sprawnym korpo-żołnierzem, podporządkowałam swoje ciało firmie, hierarchiom, zadaniom, na miękkie relacyjne, twórcze i liryczne głupoty nie miałam czasu, seks był szybkim wyrzuceniem z siebie stresu, egocentrycznym zaspokojeniem fizjologicznego głodu, zmysłowość ginęła w wewnętrznym huku i pośpiechu, bliskość podległa "wyższej potrzebie" mojego stanowiska, władzy, udowadniania, że jestem czegoś warta, bronienia swojej pozycji w zakładowym łańcuchu pokarmowym i utrzymania się na dotychczasowym poziomie komfortu finansowego. Tyle że nawet jeśli teraz wiem, jakie to może być uczucie - od środka - jałowe, przemocowe i hałaśliwe, wyprane z kolorów i rutynowo nudne aż do rzygu, ale też pełne dumy, przepełnione dziwną mieszanką mocy i niemocy, wewnątrzsterowne, skuteczne, wolnościowe, wywołujące respekt, ustawiające ludzi tam, gdzie ich się chce ustawić, dające pewność siebie i generujące charyzmę - więc nawet jeśli teraz myślę, że wiem jakie to uczucie być pewnym typem faceta, a nawet skonsultowałam tę swoją teorię z kilkoma osobami płci męskiej, nie śmiałabym napisać książki z facetem w roli głównej. To nie mój obszar kompetencji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Improwizacja”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 lutego 2018 10:41

Kalendarz

Luty 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl