Kucharka Zen

Wpisy

  • środa, 06 września 2017
    • Na twardo

      No więc, po pierwsze, był ich cały koszyk. Prawdziwy, pleciony ręcznie, wiklinowy, wypełniony precyzyjnie ułożonym stosikiem nadal ciepłych jaj na twardo jeszcze w skorupkach. Niezależnie od tego, która z sióstr została tego dnia wyznaczona do jajecznego dyżuru, trzymała kosz mocno i delikatnie zarazem, jak kruche niemowlę w łamliwej kołysce. Podniecające było nagle dostać tak dużą odpowiedzialność. A z dużą odpowiedzialnością przychodzi ogromny niepokój. Moją głowę przepełniały wyraziste wizje tragicznych wypadków, jajka wysypujące się, spadające, odbijające się, rozbijające, roztańczone na ziemi, rozwirowane, zgniecione pod kopytami konia albo kołami wozu. Z trzaskiem, najpierw ostro i wyraźnie, potem miękko i rozplaskiem. To było najgorsze. Ten rozplask czegoś, co równie dobrze mogłoby być żywe.

      Jestem teraz dużo starsza. Pracuję jako ktoś na kształt urzędnika i kiedy zaczyna mnie roznosić, kiedy nie wytrzymuję już wypluwania z siebie PRowych tekstów zmielonych z wcześniej powstałych PRowych tekstów w moim szarym zimnym biurze, dysocjuję się, uciekam, moja głowa podróżuje wstecz w czasie, do tamtych wycieczek. I kiedy wspominam, kiedy smakuję te wspomnienia z całym tym rozbijaniem się, trzaskiem skorupek, piskiem nieoliwionych kół i rozplaskami białek na bitej drodze, tik-tak zawieszenia w czasie, obojętne tik-tak, nie tak jak dzisiaj kiedy pracuję i wszystko jest na jakąś godzinę, ciągle się z czymś ścigam, tik tak kopyt na jezdni, kiedy wspominam, nie potrafię rozkleić tych jajek na twardo od całej reszty wyprawy po jagody wozem drewnianym, który wiózł naszą piątkę do lasu i z powrotem. Jak wszystkie ukochane rytuały, tak i ten stapia się w gestalt, w zbitkę, w amalgamat, i nie ma sensu go rozbierać na części składowe. Dzieciństwo nie ma składowych części do analizowania. To czysta synestezja.

      No więc na ogół działało to tak, że nasza babcia zrobiła całą masę niewidzialnej kobiecej roboty bardzo wcześnie rano. I kiedy już zeszłyśmy z góry do kuchni, o nieludzkiej godzinie szóstej, całkiem ubrane i gotowe do drogi, kuchnia była wysprzątana, jedzenie ugotowane, przygotowane, spakowane, garnki umyte, gorące jajka ułożone w koszyku, szary pszenny chleb, który tak uwielbiałyśmy, chleb, który jadła cała Polska, pokrojony już w kromki, posmarowany masłem, złożony w eleganckie kanapki, owinięty białym woskowanym papierem śniadaniowym. Być może w środku krył się kawałek sera, kiełbasy albo boczku. Niedługo usłyszymy stukot wozu wuja na ulicy przed domem i będziemy się z siostrą ścigać do twardych drewnianych ławek niewygodnych, żałując, że jest już późny sierpień, żniwa skończone, a całe siano świata przewiezione do stodół, więc nie pojedziemy patrząc na świat z góry umoszczone w wygodnej, miękkiej, kłującej żółtej kopie.

      Jagodowy las leżał jakąś godzinę drogi, ale godziny mijały szybko w towarzystwie babci i wujenki, jej szwagierki, które kłóciły się zawzięcie, głośno, do pierwszej krwi, o wszystko. A jednak, jednak, jakimś cudem nie było w tych kłótniach agresji, nie było przemocy, tylko żywość emocji, od których wszystko wokół ożywało. Teatralność tych kłótni dostarczała nam rozrywki. Wujo, brat babci, który prowadził wóz, pozostawał milczący przez całą drogę. Stoicki, tak jak większość cichych, silnych mężczyzn jakich znałam. A raczej nie znałam, jeśli miałabym już być bezlitośnie uczciwa. Udało mi się przejść przez życie wśród elokwentnych, dominujących kobiet i ich wycofanych mężów, którzy na zawsze pozostali nieznajomi. Z tymi nieznajomymi dzieliłam rozmaite przygody, ale nigdy nie podzieliłam z nimi długich, głębokich, odsłaniających coś prawdziwego rozmów, dzięki którym zrozumiałabym być może cokolwiek z ich wewnętrznych żyć. Chyba że ich nie mieli. To najłatwiejsze robocze założenie o mężczyznach, z którym mogłabym żyć - że to egzotyczne, dziwne plemię - zabawne do obserwacji, niemożliwe do poznania i zrozumienia.

      Jagodowy las nie był ani głęboki ani mroczny, więc nie bałam się go. W tym lesie nie wyobrażałam sobie społeczności trolli, zbójników, gwałcicieli i terrorystów, którzy niechybnie zamieszkiwali starsze, bardziej niepokojące z okolicznych lasów. Światło słoneczne, przefiltrowane przez roztrzęsione listki migotało. Trawa i mech i krzewy jagodowe tworzyły rodzaj luksusowego zielonego kobierca przypominającego aksamit. Brodziłyśmy w nim z siostrą, a brodzenie stanowiło przyjemność nie mniejszą niż polowanie na najtłustsze, najsoczystsze, najokrąglejsze czarne owoce. Obie dostałyśmy po pustym litrowym słoiku do napełnienia. Powoli, stopniowo napełniałyśmy je. Uwielbiałam ten proces. Dodawanie po jednej małej kuleczce, wpadanie w trans, który towarzyszy prostym, powtarzalnym czynnościom i nagle ćwierć słoika była już pełna. Co okazywało się oczywistym osiągnięciem i wymagało zerknięcia w stronę siostry, młodszej, zwinniejszej, być może więc szybszej w tym konkretnym sporcie. Rywalizacja. Rywalizacja wydawała się wtedy tak zdrowa i naturalna i radosna. Nawet dla nas, dziewczynek, nie podejrzewających jeszcze, że niedługo zacznie się nas trenować w ugodowości. Pół słoika pełne. Piszczałyśmy z dumy. Babcia, pochylona nad swoim kawałkiem jagodowiska, patrzyła wtedy w naszą stronę i zarządzała przerwę na drugie śniadanie. 

      Jajka na twardo.

      Moja siostra uwielbiała babcine kury. Ganiała je po całym podwórku. Obserwowała ich interakcje. Zaprzyjaźniała się z nimi. Nadawała im imiona. Przytulała tak blisko, że zaczynałam się martwić. Bo może zmiażdży ich kruche, łamliwe kości. Chodziła za nimi jak lojalny kurczaczek. Próbowała nauczyć je latać i odkrywała, raz po raz, że nie potrafią. Któregoś słonecznego letniego dnia, być może kilka dni po jednym z naszych jagodowych pikników, kiedy piątka dorosłych uważnie obierała ze skorupek jaja gotowane na twardo i jadła je, kęs po suchym kęsie, popijając ciepławą, słodką herbatą z termosu. Ten zestaw - jaja i herbata - był też typowym posiłkiem na długie podróże pociągiem. Pamiętam, że kiedy ktoś w ośmioosobowym przedziale zainicjował jedzenie jaj, jaja wyjmowali też wszyscy inni pasażerowie, bo jaja lekko cuchnące siarką potrafiły zaśmierdzieć całą wspólną przestrzeń, więc jak śmierdzieć, to najlepiej kolektywnie. No więc może kilka dni po jednej z jagodowych wypraw, w okolicach końca lata, kiedy jabłka zaczynały pachnieć bardzo słodko, a liście gdzieniegdzie trzaskały pod butem, trawę palono wszędzie na polach, ten połączony zapach dymu, zgnilizny i dojrzałości na zawsze już dla mnie będzie oznaczać jesień, być może jednego z takich dni jedna z kur wypluła coś swoim kuperkiem, zgubiła coś, co wyglądało dziwnie i nie na miejscu. Kury babci były zdyscyplinowanymi stworzeniami. Niosły jajka w prywatności kurnika, w nocy, jakby w sekrecie. Mnie i siostrę wysyłano rano żeby je znaleźć i zebrać w słomie pod grzędą. Ale to, teraz, nagle spuszczone na ziemię w środku dnia, pośrodku podwórza, to teraz miało kształt jaja. Było miękkie, pozbawione skorupki, półprzezroczyste, przypominało zastygniętą galaretę, dymiło i miało kształt jaja. 

      To było jajo na miękko.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 06 września 2017 20:25

Kalendarz

Wrzesień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl