Kucharka Zen

Wpisy

  • sobota, 15 grudnia 2018
    • Pani z warzywniaka

      Kiedy jest się pracującą kobietą bez żony (ciągle nic na tym froncie), życie podtyka pod nos niekończące się pasmo przykrych niespodzianek. Nie chcę wam psuć humoru, ale tak właśnie jest. Na przykład dzisiaj rano odkryłam, że - podobnie jak wczoraj wieczorem - w lodówce nadal nie mam zaopatrzenia na weekend. Nie pojawiło się. A gdybym miała żonę, moim zdaniem by się pojawiło. Nie to, że się jakoś szczególnie obijam, nie. Mam wrażenie, że nic innego nie robię tylko chodzę na zakupy spożywcze żeby sama siebie wykarmić. Już się zaczynam sobie wydawać nienasycona, ciągle by taka jadła i jadła i jeszcz ma jakieś hipsterskie zachcianki, żeby było zdrowo, bez laktoz i glutenów, fanaberie, więc wychodzi drogo i wychodzi na to, że nic nie robię, tylko w wolnym czasie zakupy. Wczoraj byłam na ekskluzywnym bazarku, gdzie zakupiłam najlepszy chleb gryczany z niepaloną kaszą w Warszawie i byłoby super, gdyby nie to, że zjadłszy go pół od razu, niechcący wrzuciłam resztę do zlewu wypełnionego mieszanką wody i płynu do mycia naczyń. Ja wam powiem, że gdyby to była tylko woda, to już jestem w takim momencie życia, że bym pewnie wyłowiła, wyżęła, położyła na kaloryferze żeby się wysuszył do końca, a potem zrobiła z niego tosty. Wszystko po to, żeby nie musieć się znowu ubierać i znowu stać w kolejce w jakimś jaskrawym, wrzaskliwym, zatłoczonym sklepie. Zachciało mi się mieszkać w centrum Warszawy, to mam. A jednak chleb nasączony płynem Fairy, choćby ten był o zapachu cytrusów, nie należy do hipsterskich przysmaków, więc tylko rzuciłam kilkoma soczystymi słowami zawierającymi literę "r", przestraszywszy psa, który kiedy krzyczę, zawsze z jakiegoś powodu myśli, że to na niego, wytłumaczyłam więc psu, że to chleb w zlewie i płyn Fairy i że to nie jego wina i chodź, chłopie, to cię pogłaskam, bo jesteś fajny i szkoda żebyś się bał.

      Co nie zmienia faktu, że lodówka była pusta, chleb do kanapek właśnie poszedł do kosza, a ja nie jadłam śniadania, bo zamiast tego poszłam sobie przekłuć uszy. Serio. Chyba z rozpaczy, że w nagrodę za wzorowe sprawowanie w pracy, serię przyzwoitych delegacji i całkiem świetnych szkoleń, dostałam możliwość pokłócenia się z kimś w kolejce do Rossmanna, bo przecież skoro nie mam żony, to nie mam też worków na śmieci (przegapiłam moment), dezodorantu (przegapiłam moment, zapomniałam zanotować, że się skończył) ani płynu do mycia glazury. A tak zupełnie na marginesie, chyba dojrzewam, bo po raz pierwszy w życiu dotarło do mnie, że staram się i poświęcam w pracy głównie dla siebie, bo zawsze nagrodą za pracowitość będzie możliwość popracowania jeszcze intensywniej, a ja już nie jestem takim systemem motywacyjnym zainteresowana. Chyba doszłam do swojego poziomu w hierarchii i skończyła mi się ambicja. Poza tym wolałabym żeby nagrodą była jednak chwila uwagi prezesa albo co gorsza jakiś przywilej - pokój z oknem, które się otwiera. Działające ogrzewanie. Szkolenie z elementarnych kompetencji interpersonalnych dla co poniektórych koleżanek albo kolegów.

      W Rossmannie było okej, więc już nie narzekam. Było do tego stopnia okej, że w okolicach kredek do oczu (cholera, właśnie sobie uświadomiłam, że zapomniałam kremu do depilacji) mnie natchnęło i postanowiłam, że zrobię genialny ruch kulinarny, a mianowicie nie umęczę się znowu z braku żony sama, ale uskutecznię sprytny outsourcing. Bo w związku z bliskością oddziału jednej wyższej uczelni, i to takiego oddziału, który prowadzi dużo kursów zaocznych, mam na rogu ulicy otwartą w weekendy stołówkę studencką, gdzie robią dobre surówki. I ja sobie takie surówki już przez kogoś tego samego dnia rano zrobione zakupię - akurat był buraczek z cebulką i fasolą Jaś oraz kwaszone ogórki z siekanym porem - a do nich dokupię sobie śledzika, może garść kartofli i wyczaruję z tego dwie sałatki na cały weekend. Wstrząśnięta własnym geniuszem pobiegłam jeszcze po drodze do apteki żeby zakupić sól fizjologiczną do przemywania przekłutych uszu i poczęłam uskuteczniać swój natchniony plan. Sałatki zakupiwszy. Pobiegłszy do narożnego kerfura ekspresa i nie znalazłszy tam sensownych śledzi. Ale byłam już w przepływie, miałam twórcze turbodoładowanie, nic mnie nie mogło powstrzymać w moim projekcie ułatwiania sobie życia z braku darmowej, zakontraktowanej urzędowo i kulturowo służby domowej i nie przeszkadzał mi nawet fakt, że upraszczanie sobie życia oznacza już trzeci z rzędu sklep, a ten konkretny sklep jest równocześnie cudowny i absolutnie koszmarny. Mikrokosmos, gdzie Polska istnieje jak pod mikroskopem w całej swojej wielowarstwowej złożoności, a każda bytność tam to przygoda. I nie przesadzam.

      Warzywniak.

      Żeby była jasność - to jedyny warzywniak w promieniu przynajmniej dwóch kilometrów od mojego domu, więc kłębi się w nim o każdej porze dnia i nocy pół dzielnicy. Poza tym, to nie jest zwykły warzywniak, bo jest on równocześnie garmażerią, sklepem ekologicznym i ekskluzywnymi delikatesami z asortymentem o niebo ciekawszym niż wszystkie okoliczne Putki, Wierzejki, Biedronki, Lewiatany i za przeproszeniem kerfury. Polecam. Polecam też mój warzywniak z tego powodu, że dwoją się tam i troją bardzo sympatyczne, pomocne i ogarnięte trzy panie i że warzywniak aktywnie włączył się w projekt "torba-bumerang", czyli zamiast plastikowych reklamówek można od nich wypożyczyć płócienną torbę i ją przy dogodnej okazji zwrócić żeby posłużyła komuś innemu. Można też przynieść warzywniakowi swoje własne zalegające wielorazowe "szopery". Co jest świetnym pomysłem i już raz im zniosłam w darze społecznym cały plik reklamowych toreb na ramię, które -wedle prawa Murphy'ego, zawsze zostawiam w domu kiedy idę na duże zakupy, bo po co brać torbę, którą się już dokładnie po to posiada, skoro można wziąć jeszcze jedną.

      Warzywniak na dzielni ma jedną fundamentalną wadę. A mianowicie nie jest wolno stojącym kioskiem. Nie posiada również przed drzwiami szerokiego chodnika żeby wylać przed sklep część skrzynek z jabłkami i kapustą. Wszystko w warzywniaku naćkane jest w środku, a środek to w gruncie rzeczy niewielka dziupelka. Dlatego bywam tam rzadziej niż warzywniak na to zasługuje, bo każdorazowo (z braku żony, która by mnie w tym wyręczyła) stoję tam w dwudziesto-trzydziestominutowej kolejce, w duchocie, trącana nieustannie cudzymi koszykami i torebkami, bo miejsca zabrakło. Stoję w kolejce, tracąc z oczu mityczny moment, który jak fata morgana im bardziej się do niego przybliżam, tym bardziej wydaje się oddalać, mityczny moment czasu dla siebie. Odpoczynku na własnych zasadach. Próbowałam kiedyś po prostu odpocząć kiedy potrzebowałam odpocząć. To piękna chwila była, acz nieuchronnie zakończona przelewającymi się w zlewie naczyniami oraz nieodmiennie pustą lodówką.

      W warzywniaku są pyszne śledzie w solance i wędzone sielawy. Pierożki, mleka owsiane i kokosowe, eko-dżemy, soczewice i bombonierki. Są też zawsze tuziny opakowanych w czarne puchowe płaszcze osób ponuro zawieszających inne plany dopóki nie kupią kilograma suszu na kompot albo tuzina jaj prosto od rolnika. To, czego nigdy wcześniej nie zauważyłam, to że kiedy sobie człowiek zda sprawę, ile go jeszcze czeka w warzywniaku czekania, automatycznie zamiera w takim charakterystycznym długotrwałym stuporze, podobnie zresztą jak w transporcie miejskim, w pociągu, w poczekalni u lekarza albo na poczcie czy w kościele. Zdyscyplinowany milczy, zajmuje minimum miejsca, stoicko reagując na przejechanie po stopach torbą na kółkach starszej pani, która próbuje wyjść na zewnątrz pod prąd i woli przejechać moje palce u nóg niż naruszyć najniższą półkę z brokułami i cykorią nie daj boże. Ale dotarło do mnie jak karnie tam wszyscy stoimy czekając na swoją kolej i nie absorbując sobą nikogo, kontrolując swój kolektywny gniew na każdego, kto (antyspołecznie na pewno) zaczyna wydziwiać przy kasie, zadawać pytania, zabawiać i zagadywać panią sprzedawczynię. Bo jego zadbanie o siebie nas kosztuje jeszcze dłuższe czekanie. Znacie ten syndrom kolejkowicza? Jeśli czytają to jakiekolwiek kobiety, to myślę, że doskonale kojarzą czekanie w nieproporcjonalnie dłuższej kolejce do damskiej toalety gdzie przez okienko widać, że dziewczyna, która sama przed chwilą psioczyła na inne, co tak długo i co ona tam wyrabia, właśnie poprawia makijaż, czesze się, rozmawia przez telefon, jakby jej już nie dotyczyła empatia wobec kolejnych czekających, jakby włączył się jej właśnie drugi, całkiem inny standard.

      Nagle w karnej kolejce w warzywniaku, z samego środka kolejki, przemówiła głośno pani. Tak jak my wszyscy podsłuchiwała z podwyższoną czujnością akurat obsługiwanej klientki. Jedna z trzech ekspedientek wybiegła przed chwilą z wściekłym wyrazem twarzy ze sklepu, więc wszystko uległo spowolnieniu. Szczęściara przy kasie zamawiała właśnie kartofle. Pani ze środka kolejki coś się skojarzyło i wykrzyknęła:

      - A są takie umyte? Francuskie? Pommes de terre?

      Zamarliśmy. A ponieważ ja mam zwyczaj zastanawiać się nad wszystkim, co mi się przydarza i rozkładać to na części pierwsze, zaczęłam się przyglądać swojemu zamarciu (w innym wypadku musiałabym skonfrontować się z rosnącym głodem i wściekłością, że się wrobiłam w to czekanie na śledzie w solance do genialnej, niskokosztowej, energooszczędnej sałatki). Dlaczego zamarliśmy? Czy to było zakłopotanie? Wszyscy w warzywniaku byli w moim wieku albo starsi. Wszyscy więc byliśmy jeszcze produktem peerelowskich szkół, sklepów i instytucji, gdzie nie zwracało się w ten sposób na siebie uwagi. Nie wychodziło przed szereg. Gdzie w miejscu publicznym nie walczyło kosztem innych o uwagę obsługi. Pamiętałam jeszcze lincze na poczcie mojego dzieciństwa, gdzie prawie pobito kombatanta, który próbował zostać obsłużony bez kolejki. Byłam dzieckiem i bałam się, autentycznie się bałam, że tłum w gniewie mnie porwie i stratuje, że się nie zdołam obronić. Więc w tym warzywniaku czy o to chodziło? Że pani wybrała jakiś indywidualny sposób ekspresji? Że zaburzyła kolektywny stupor? Że upomniała się o swoje poza kolejką? Że się popisywała? Że była inna? Że żywa? Że widoczna?

      Macie jakąś teorię?

      Po jej słowach zapadła w warzywniaku nabrzmiała napięciem cisza. Żeby sprawdzić, czy mi się nie wydaje, zeskanowałam język ciała innych kolejkowiczów. Stupor zamienił się w chwilowy paraliż. Cały warzywniak przestał oddychać. To było absolutnie niepojęte. Czytałam jakiś czas temu u Masłowskiej, że kiedy chodzi po Warszawie, ma wrażenie, że jest nabuzowana elektrycznością, gotowa żeby wybuchnąć. Że wszyscy chodzimy na palcach żeby nie dopuścić do linczu. Poczułam dokładnie to samo. I nie wiem dlaczego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 15 grudnia 2018 14:28
  • czwartek, 13 grudnia 2018
    • Profesor

      Kiedy do was dzisiaj piszę, z dna przepastnej studni, która jest mną, powierzchownie w kontakcie z ludźmi, a głęboko nieufną, kiedy piszę z dna studni, z którego długo się i mozolnie do was na powierzchnię podróżuje, kiedy do was dzisiaj piszę, zastanawiam się, jak nawiązać kontakt z drugim człowiekiem. Nieufność nie bierze się z niczego. Fasady i zbroje nie wynikają ze złej woli, raczej z braku doświadczenia z czystą, pełną zaufania i otwartości więzią. Zdziczenie bierze się często z wieloletniej, regularnej, wpisanej w więzi, które się miało z drugim człowiekiem, przemocy. A przemoc, śmieszna rzecz, czasami jest tak bardzo niewidzialna, tak bardzo stanowi oczywistą, powszechnie akceptowaną tkankę każdej naszej interakcji, że nie wiemy nawet, nie czujemy nawet, ile jej doznajemy, ile jej wyrządzamy. Że przemocą jest, wymuszeniem, wziąć drugiego, zależnego od nas człowieka i wywierać na niego wpływ za wszelką cenę, kontrolować jego zachowania, uczucia, potrzeby. Wymuszać role i funkcje w swoim życiu. Obsadzić go w roli, która coś w nas załata, która przyniesie konkretny rodzaj emocjonalnej przyjemności czy spełnienia, ulgi czy zapomnienia.

      Wiem dobrze, o czym piszę. Właśnie dałam znać swojemu kochankowi, że nie interesuje mnie to, co on wydaje się oferować - bycie jakimś fragmentem siebe, realizowanie scenariuszy zawsze tego samego, dzień świstaka, ograniczanie samej siebie do trzech wyświadczanych za darmo i z niecałkowitą wzajemnością, powtarzalnych, niezależnych od mojego nastroju usług - ciepłego współczucia i wsparcia / inteligentnej rozmowy / twórczego, pełnego przygód seksu.

      Nie byłabym dzisiaj w głębokiej studni, gdybym nie miała wieloletniego doświadczenia "wychowywania" i bycia w bliskich relacjach, które polegało na nieustannym, upartym, nieustępliwym wymaganiu, żebym była kim innym niż jestem. Żebym była tylko kawałkiem, zdefiniowanym przez kogoś innego, udawanym kawałkiem siebie. Żebym czuła coś innego niż akurat czuję. Żebym funkcjonowała poza swoją aktualną strefą komfortu. Żebym dbała najpierw o cudze potrzeby, a potem (nigdy, bo czasu nie starcza) o własne.

      Najgłębszy, najdłuższy jak dotąd kryzys  w moim życiu chciałam przejść na żywca. Bez psychotropów. Bez poprawiaczy humoru. Bez podcierania się i podpierania się dobrą wolą innych ludzi. Z profesjonalną pomocą i aż do granic fantomowego bólu, wspomnień niezasłużonej agresji, nacisku nie do zniesienia, wspomnień wstydu paraliżującego w miejscach, w których przemoc przyhamowała mi rozwój. Przecież wiedziałam, czułam, że mam rozwojowe braki. Przecież nadrabiałam je udawaniem większej dojrzałości, niż wynikała z moich autentycznych umiejętności społecznych, poziomu samodzielności życiowej, krytycznego myślenia, sprawczości. Przecież byłam dzika. Byłam przerażona. Byłam pełna furii. Stojąc przed salami pełnymi europejskich inteligentów, zazdroszcząc im rzeczy już nie do nadrobienia, rozgoryczona, rozpaczliwie smutna, byłam świadkiem własnej walki o godność. Na powierzchni robiłam dokładnie to, czego ode mnie oczekiwano. Po gwiazdorsku. Na dnie studni trzęsłam się z zimna i ze strachu.

      To jest długi proces - przestać sobie wreszcie udowadniać, że się kiedyś zostanie niewykonalnym, ale uparcie realizowanym ideałem własnych rodziców. Że się im ofiarą z własnego życia wreszcie opatrzy rany, że się zagoi traumy, że się ich niedostatki rozwojowe, ich wstydy i strachy ukoi. Całym swoim jestestwem. Powietrzem w płucach, krwią w żyłach, miłością w sercu. Że się im wynagrodzi. Że odczaruje. Że uszczęśliwi. Że uleczy.

      Wracam do ludzi i próbuję się nie potykać za bardzo, ale się potykam. Czkam, ślinię się i bełkoczę. Na widoku. Im bardziej chcę trzymać wysoko głowę, tym dotkliwiej te czknięcia bolą. Tym bardziej obszary wstydu (Czyżby nie całkiem mojego? Czyżby moich przodków?), cała zbroja z wstydu, cała antywstydowa maska, którą latami nosiłam, tym bardziej swędzą. Byłam wysyłana do świata jako alter ego mojej matki. Wszystko, czym ona nie dała rady być, a czym ja już nigdy nie będę i jezusmaria jaka ulga.

      Siedzę w taksówce z amerykańskim profesorem historii, którego wykłady rozpłaszczyły mnie kiedyś na podłodze na całe lata, z którym kontakt jest obcowaniem z wielkością, takie mózgi zdarzają się raz na setki tysięcy, na miliony mózgów, a amerykański profesor przez jakiś czas mówi do mnie jakbym była wymienną kobietką od spraw logistycznych, nawet jego asystentka nie pisze maili pod własnym nazwiskiem, tylko ze skrzynki "AsystentProfesoraXXX", w razie gdyby trzeba ją było zastąpić nowszym, ulepszonym, bardziej produktywnym modelem. Irytuję profesora, bo coś od niego chcę. Zadaję mu jakieś pytania (więc pewnie niekompetentna jestem, bo przecież nie troskliwa). Już mu nawet nie chcę mówić, że to on wyszedł nie tą bramą na lotnisku, bo inni pasażerowie z jego lotu wychodzili jedynką, tak jak ogłoszono na tablicy przylotów, a on wybrał dwójkę. To musiała być moja skucha. Wiadomo na jakiej linii umówiliśmy się, że człowiek człowieka opieprza. Jak przebiegają hierarchiczno-płciowe wektory opierdzielania. Przywilej to zresztą niewątpliwy, który z lubością przejmują nieliczne jeszcze, ale coraz liczniejsze kobiety u władzy.

      Opierdziel.

      Siedzę w tej taksówce i za szóstym kąśliwym komentarzem profesora - tym razem (głupia) proponuję, że możemy mówić po angielsku, bo umiem, on umie po polsku i przewracając oczami stwierdza, że możemy rozmawiać w wielu językach ale jesteśmy w Polsce i co ja wymyślam - mam ochotę wysiąść z taksówki. Ale jestem dobrym żołnierzem i nie wysiadam. Dostałam misję dowieźć go do hotelu, a sama sobie wyznaczyłam misję "autograf dla taty", bo kocham jedną z jego książek, jest wstrząsająca, genialna, uświadamia i nie pozwala zasnąć. Mam tę książkę w torbie. Nigdy od nikogo nie chciałam autografu. Nie dostaję na niczyim punkcie obsesji. Nie czczę i nie śledzę. Muszę zrobić jakoś tak żeby profesora zmiękczyć. Żeby przekonać go do siebie. Żeby chciał we mnie zobaczyć człowieka. Chociaż powinien od razu i bez mojego wysiłku. A nie umiałam dotąd takich rzeczy. Odczłowieczenie rozkładało mnie na łopatki. Próbuję więc jak umiem. Ćwiczyłam już przez dwa wieczory, przebyłam z niewidzialną wersją profesora niezliczone wersje i warianty błyskotliwych i terapeutycznych rozmów o dziejach Europy Środkowej i tego jak się mają do przeszłości mojej dziwnej, naznaczonej przecież także mocno historią rodziny.

      Bo ja nie biorę psychotropów. Bo ja na żywca. Bo ja chciałam dwie rzeczy zrobić za jednym zamachem. Trudne. Pozornie sprzeczne. Chciałam - zanim sama wydobrzeję - ochronić w sobie miłość do mamy i taty, do babci i dziadka. Nie przemieszczać ich z miejsca "idealni, boscy, bez skazy" do miejsca "potwory, czyste zło, ale mnie skurwysyny skrzywdziły", tylko do miejsca "ludzie, nie umieli inaczej, przeczołgało ich, jakie to smutne, jak nas wszystkich szkoda, no dobra, otrzepmy się i idźmy dalej". Bo w tym samym miejscu i ja - człowiek, przeczołgany, niedoskonały, bełkotliwy - też bym mogła zamieszkać, pławić się w przebaczeniu i zrozumieniu i współczuciu i czułości wygenerowanej w ten sposób i dla mnie samej. I teraz, w tej taksówce otrzepuję się w towarzystwie ekskluzywnym, elitarnym, w towarzystwie wielkości. Rzucam - jak magiczne hasło - nazwę miejsca, w które pchnęła mnie dobrych parę lat temu, za moją własną wiedzą i zgodą ambicja mojej matki, rzucam nazwę prestiżowej uczelni, gdzie on wykładał, a ja zakładałam własny dział, on nagle twierdzi, że miał poczucie, że się już gdzieś widzieliśmy. A potem, skoro użyłam wytrychu, skrótu, przeskoczyłam mu z szufladki asystent do szufladki elita Europy - zaczęliśmy rozmawiać o historiach rodzinnych, nawet fajniej niż wyobrażałam sobie podczas bezsennych nocy, użyłam własnego czaru, inteligencji, humoru i empatii, było sympatycznie, ciekawie, śmialiśmy się, a ja nagle sobie pomyślałam, że może jednak podpisze mi to swoje tomiszcze na prezent dla taty, że dostanę autograf, nie wyskoczę w biegu z taksówki, dowiozę go do hotelu w jednym kawałku.

      Moja terapeutka mówi, że znalazłam sposób żeby zachować godność.

      Ja nagle rozumiem, jak ważne to było przez te lata. Tyle że moja godność musiała ustąpić przed cudzą, przed cudzą potrzebą zacerowania nadszarpniętej niesprawiedliwie własnej godności. Mną. Moim kosztem. I to nie jest w porządku. Nie do tego służy posiadanie dzieci, narzeczonych, podwładnych czy usługodawczyń. Dziękuję za uwagę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 grudnia 2018 16:25
  • sobota, 24 listopada 2018
    • Zła kobieta

      Zła jestem. Rozlewa mi się po ciele noszona w ukryciu całymi latami, uspokajana, oszukiwana, wgniatana w umęczony refluksem brzuch furia. Jakim cudem poświęciłam pragnienia i potrzeby dla pozornego bezpieczeństwa, fałszywego spokoju? Jak to się stało, że jestem tak dobrze przećwiczona w przekonywaniu siebie, że wcale nie chcę. Nie chcę tego, czego chcę.

      Ostatnie dwie sesje terapii były dziwne. Naprawdę dziwne. Moja terapeutka twierdzi, że kiedy tylko zbliżam się do tego, o czym chcę naprawdę mówić, sama zaczynam zmieniać temat i rozgaduję się, rozperorowuję, na całkiem inne, przyziemne tematy - dlaczego on to zrobił, jak ona mogła tak powiedzieć, czy kurierzy zawsze przyjeżdżają nie wtedy, kiedy człowiek jest w domu i ile musi pić listonosz w moim rejonie żeby średnio trzy razy w tygodniu dostarczać nie moje listy do mojej skrzynki. Ile razy moje wylądowały przecznicę dalej albo pod odwrotnym adresem, bo mu się numer mieszkania pomylił z numerem domu albo nazwa ulicy jest prawie identyczna, choć całkiem inna?

      Ale zła jestem. Świat mi się wykrzywia w swojej własnej nieatrakcyjnej karykaturze, bo tkwię w poczuciu krzywdy i złości. Nie całkiem niesłusznie, a jednak dużo za długo. I zapomniałam co się robi ze złością. Żeby została tylko tak długo jak musi. Żeby zrobiła, co trzeba, a potem ustąpiła innym ważnym sprawom.

      Czy wiecie, że parę dni temu odstawiłam stuprocentowo gwiazdorskiego focha w miejscu publicznym. Cały komplet, tupanie, wrzaski, płakanie i rzucanie kurwami. I najwyższa była pora. Bo bym się chyba już niedługo rozpękła (poczynając od serca połamanego przecież i byle jak sklejonego), rozpękłabym się od środka na małe nierozpoznawalne kawałki. Była szósta piętnaście rano, główny dworzec w Pradze, od dwudziestu minut biegałam od lokomotywy aż do kuperka pociągu, na zewnątrz i w środku, pokazując mój bilet konduktorom wszelkich narodowości, ochroniarzom i pasażerom, szukając swojego numeru wagonu. I nic. Pociąg był fatalnie i nielogicznie oznakowany na zewnątrz, wewnątrz rosyjska ruletka - raz numer wagonu był na szybie, innym razem na drzwiach, a innym w ogóle. Czeska konduktorka, którą mijałam trzy razy, za każdym z trzech razy udzieliła mi innej  odpowiedzi. Raz mój wagon był tuż za lokomotywą, w lewo. Kiedy wróciłam (nie było go) spocona i czerwona z frustracji, zapytałam ją znowu. Wyglądała jakby mnie widziała po raz pierwszy w życiu i skierowała mnie w prawo, z tą samą niezbitą pewnością twierdząc, że mój wagon jest drugi od końca. Nie był. Na końcu pociągu stało dwóch ochroniarzy, którym pokazałam bilet z numerem, próbując w różnych językach zapytać o drogę. Patrzyli po sobie rechocząc i udawali, że mnie nie widzą. Że nie słyszą. Byliśmy sami na korytarzu. Nie wiem, kto inny ich prosił o pomoc. To jakiś koszmar był. Udało mi się też wygrzebać z głębin jaźni skrawki rosyjskich słów i skonsultować się z miłymi konduktorkami z rosyjskich kuszetek, ale pomocne konduktorki też nie wiedziały gdzie jest moje miejsce. Pociąg odjeżdżał za dwie minuty, a ja się miotałam bezskutecznie, obijając się o świat obojętny i wiedziałam, że to będzie temat na terapię. Bezradność. Samotność. Brak sprawczości. Zagubienie. Cudze wzruszenia ramion i moja furia, bo nikt nie chce i nie umie pomóc, bo moje interesy i moje potrzeby nie są spójne z ofertą świata. Nie zostałam uwzględniona podczas jego urządzania. Nie ma mi być łatwo ani przyjemnie. Nikogo nie rusza moje "please help me" i "czy może mi pan pomóc" i "pażałsta, kak ja magu najść ten numier?". Może to nie był najpoprawniejszy rosyjski, ale moje oczy musiały jasno mówić, że nie wiem, nie umiem, że potrzebuję drugiego człowieka.

      To jest druzgoczące zobaczyć, że tylko ja mam interes żebym ja miała dobre, piękne, szczęśliwe życie. I że rzadko ten mój interes pokrywa się z cudzym całą wielką połacią. To niekoniecznie świadczy o jakimś fundamentalnym złu drugiego człowieka. Czasami jestem obojętna bardzo bliskim osobom. Czasami bardzo bliskie osoby są spektakularnie nieczułe na mój ból i strach i poczucie niesprawiedliwości. Niezdolne unieść mój gniew i rozpacz. Ostatnio komuś tłumaczyłam, że z dwóch najświeższych kochanków, którzy mówili mi dokładnie to samo, ciągle. Jesteś piękna. Jesteś piękna. Jesteś piękna. Wierzyłam tylko jednemu. Nie dlatego, że ja piękna nie jestem. Albo że przy jednym byłam jakoś piękniejsza. Nie. Jeden czuł to, co mówił. Drugi tylko próbował, bo miał znieczulone czucie. I to smutne jest. I trudne do zaakceptowania. Bo panie z rosyjskich kuszetek chyba nawet ruszyła empatia, ale bardziej je ruszył strach że zdemaskuję ich niekompetencję. Więc mnie pokierowały na oślep, byle się tylko nie przyznać do niewiedzy. A panowie ochroniarze po prostu nie mówili w obcych językach, więc żeby nie wypaść głupio przed kolegą, udali, że jestem bzyczącym komarem, żę jestem głupią, spanikowaną, rozhisteryzowaną idiotką, jedną z wielu na świecie, i dlatego nie trzeba mi wcale pomagać i dlatego można się ze mnie do woli podśmiewać, zostawiając mnie w tej mojej kałuży łez, tachającą walizy z rozwianym włosem, spoconą i bezradną. Zrobiłam focha tupiąc nogami i wrzeszcząc do Rosjanek, które po raz drugi wskazały mi zły kierunek kiedy po raz trzeci przemierzyłam już cały pociąg. Nie, kurwa, to nie jest w tamtym kurwa kierunku. Ale foch był o całe życie obijania się o ludzi, którzy mnie nie widzą, nie słyszą, coś im zaburza zmysły. I wiem, że być może któregoś dnia, całkiem niedługo, zobaczę z pełną jaskrawością całe kontynenty drętwoty, którą mozolnie wraca do życia, do czułości, do delikatności moja terapeutka we mnie samej. Te same kontynenty, o które być może obijali się inni kiedy bardzo potrzebowali pomocy.

      I być może minie mi wtedy furia. Być może nie będę musiała pilnie zadawać sobie pytania na kogo wolno mi być w takim razie złą. Na kogo ta wściekłość? Na mamę i babcię, które nie pozwalały (mnie tak samo jak samym sobie) płakać i cierpieć? Na ojca, który (w sobie i we mnie) pogardzał strachem i słabością? Na koleżanki, które konkurowały o męskie względy, więc nigdy nie dowiedziałam się, że to całkiem normalne, że się boję, że jestem niepewna i nieśmiała, że chcę i że nie chcę, że pewnych rzeczy nie powinno mi się robić, że miłość to nie to samo co dominacja, co naruszenie, co przemoc. Te koleżanki same pozwalały, być może nadal pozwalają, robić sobie rzeczy krzywdzące. Same niszczyły wokół siebie siostrzane wsparcie, sieć uczenia się i pomagania, inspirowania i ciągnięcia do góry. Czy mój miażdżący wkurw powinnam była wycelować w niedoszłą teściową, zasuwającą na trzech równoległych etatach, która żeby mnie przestać szykanować wymagała żebym ja zasuwała na czterech, chociaż jej syn tego nie potrzebował, chociaż to w ogóle o nim nie było? Przecież ona na mnie mściła się za rzeczy, które nie miały nic ze mną wspólnego, przecież wyrzygała tylko swoje własne wewnętrzne wieloletnie pomyje, zryta przemocą, o której mnie się nawet nie śniło, skrzywdzona przez inne kobiety, ja po prostu byłam pod ręką. Czy mam nakierować furię ślepą niszczycielską, rozpaczliwe poczucie niesprawiedliwości, słuszny gniew wobec przemocy na szefowe, które hołubiły moich kolegów a mnie i moje koleżanki tępiły? Które podcinały skrzydła, miażdżyły motywację, wyśmiewały, krytykowały publicznie, poniżały przy innych, za plecami rujnowały reputację, które przywłaszczały sobie moje pomysły i pomijały moje zasługi, ślepe na rzeczywistość nie pomagały w potrzebie, nie wspierały w rozwoju, płaciły jak za miskę ryżu, wymagały jak za pałace z basenem? Co miałabym tym kobietom zrobić? Zabić? Zdemolować biuro? Podpalić dom? Czy może mój gniew powinien być nakierowany na mężczyzn? Na tych kolegów, którzy posunęli się za daleko? Na szefów, których chuć poniosła przy ludziach i prywatnie? Na ręce na moich kolanach, na słowa, które mnie rozbierały, które ustawiały w hierarchii na poziomie mięsa, szmaty, gówna? Na setki, ba, tysiące, mężczyzn - kolegów, szefów, lekarzy, fachowców, które traciły zainteresowanie moimi potrzebami, słowami, pomysłami, punktem widzenia w środku zdania. Które przestawały słuchać, bo jestem tylko brzęczącym komarem? Bo oni wiedzą lepiej? Na tysiące, ba, setki tysięcy mężczyzn i kobiet, którzy zakładali, że jestem niekompetentnym debilem bez względu na niezbite fakty?

      Na świat, bo wiem, że kiedy jutro obudzę się rano - obudzę się w identycznym świecie. Terapia nie zmieniła go magicznie. Nie dała mi nadludzkiej siły. Nie sprawiła, że stwardniałam, zobojętniałam już do cna, że moja zbroja jest nieprzemakalna, odporna na wiatr, ogień, śnieżyce i trzęsienia ziemi, na poniżenia i niesprawiedliwości, obojętność i przemoc. 

      Próbowałam chronić przed swoim gniewem ludzi naprzeciw mnie. Kimkolwiek by nie byli. Klienci, znajomi, przyjaciele, rodzina, koledzy i koleżanki z pracy, przełożeni, usługodawcy, przechodnie, kochankowie. Przed terapią gniew wgniatałam po prostu do środka, więc lądował w migrenach, chorych nerkach, nadciśnieniu, nadwyrężonej wątrobie, alergiach i refluksach. Prawie się zniszczyłam próbując być aniołem. Kiedy przestały mi odpowiadać katolickie metafory, wybrałam sobie buddyjskie. Miałam być zen w każdej sytuacji, ale zen był tylko inną scenografią dla tego samego teatrzyku. Dobra dziewczynka, która się nigdy nie gniewa. Która nie sprawia problemu. Której się nie da nie lubić. Obezwładniająco pomocna, altruistyczna, pusta w środku, bo trzeba tam zrobić miejsce na cudze historie i potrzeby.

      Potem poszłam na terapię i uznałam, że nie będę karać innych ludzi, ale siebie też nie będę. Tylko co zrobić z realną furią, która wcale nie ustąpiła, bo świat nie przestał być koszmarnie nie fair, skoro ta furia ma nie pójść w moje własne wnętrzności ani nie skończyć się mordobiciem i totalną psychozą w miejscu publicznym? Skoro nie ja jestem winna strat i krzywd i rozpaczliwych niesprawiedliwości, to kto? Skoro moja szefowa, matka, niedoszła teściowa same zostały niewiarygodnie przeczołgane i ja już naprawdę nie mam ochoty ich jeszcze dodatkowo czołgać, to co mam do kurwy nędzy zrobić ze swoim szałem? Ja wiem, że patriarchat, czytałam książki, studiowałam statystyki, znam kulturowe mechanizmy, wiem też, jak te mechanizmy się we mnie zagnieździły i jak wczepiły się szponiskami w mięśnie i całymi latami, wbrew rozsądkowi nie puszczają. Czy mam się na świat zatem gniewać? Na wszystkich uogólnionych ludzi, na przechodniów i współpasażerów? Na budynki, na ulice, na samochody, na niebo i gwiazdy i drzewa i ptaki?  Co mam zrobić ze swoim gniewem, ze złością, z furią białą, nierzadko słuszną. Tak konkretnie. Tu i teraz?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Zła kobieta”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 24 listopada 2018 13:38
  • piątek, 23 listopada 2018
    • Praha

      No więc teraz mam problem. Chcę pisać i nie chcę pisać. Przeżywam rozmaite rzeczy i kiedy je opisuję, nagle mają inną naturę, niż kiedy znajduję się w ich żywym strumieniu, tu i teraz. Trochę je przeinaczam słowami, chcąc nie chcąc. Trochę psuję słowami. Życie się żyje. Słowa przyszpilają, ograniczają, oceniają, narzucają hierarchie wartości. Na przykład. Poznałam właśnie korespondenta polskiej agencji prasowej na Czechy i Słowację, człowieka o wyglądzie Hemingwaya, z koralikowymi bransoletkami na przegubach, spokojniejszego niż ja, bardziej zrównoważonego, chrapiącego sobie bezpretensjonalnie w pociągu, pozbawionego nerwic, łatwego w rozmowie. Oczytanego, obytego, kontaktowego. Bardzo się ciekawie rozmawiało. I tyle. Dopóki nie wróciłam do hotelu i nie zdałam sobie sprawy, że spędziłam właśnie kilka godzin Z POLSKIM KORESPONDENTEM NA CZECHY I SŁOWACJĘ. I wpadłam w panikę. Bo ja? Bo jak to? Bo przecież ja nie gotowa, niegodna, nie umiem, nie zasłużyłam. Ciekawe, prawda? Moja terapeutka twierdzi, że kiedy przeżywałam spotkanie i rozmowę z tym człowiekiem, byłam w przepływie energii między nami i on był jakiś i ja byłam jakaś, ale kiedy sobie ponazywałam różne rzeczy, to równocześnie przykleiłam im etykietki. Poustawiałam na niższych i wyższych półkach. Włączył mi się strach, hierarchia, oceny moralne, czarno-białe widzenie. Uważajcie na słowa.

      No więc teraz mam problem. Chcę wam pisać i trochę nie chcę. Słowa mi dadzą rodzaj spokoju i struktury, ale spokój zdradliwy. Przekłamaną, uproszczoną strukturę. Nauczyłam się przeżywać swoje życie, a potem zdawać z niego relacje ważnym osobom - mamie, mężowi, przyjaciółkom, terapeutce. Nie wiedziałam, że opowiadając dokonuję transformacji. Nie zawsze mądrej i pożytecznej. No więc problem mam. Bo przez trzy dni byłam w Pradze, w podróży służbowej i gdyby ktoś mi sprezentował listę możliwych do przeżycia ludzkich emocji, chyba bym odhaczyła wszystkie. Zachwyt, zaciekawienie, lęk, obrzydzenie, znużenie, znudzenie, frustracja, gniew, samotność, wdzięczność, czułość, oszołomienie, a czasem wszystko na raz w wybuchowym pakiecie. Ostatnio pisałam, że odkrywam w sobie "pierścienność" - w dowolnym danym momencie żyję wielowarstwowo - moje wspomnienia, skojarzenia i uczucia tworzą złożony rozbłysk, który nachodzi na konkretną sytuację, w jakiej się akurat znajduję, a w którym kondensują się cztery dekady doświadczeń. Przez ostatnie dwadzieścia lat żyłam w czasie biurowym, zadaniowym, biznesowym. Ta pierścienność, symultaniczność, to jest czas emocjonalny, drzewny, biologiczny. Nie wiem, czy umiem je ze sobą pogodzić. Wiem doskonale, który musi przegrać. Który chcę żeby przegrał. Kusi mnie głębia, karmi mnie głębia, głębia jest moim domem i moją prawdą. Nie jestem jeszcze pewna jak to zrobić żeby za głębią podążyć. Logistycznie. Żeby móc głębię przeżywać a równocześnie funkcjonować w realu. Co będę jeść, co na plecy zarzucać w zimny dzień, czym ogrzewać i oświetlać dom, z czego płacić podatki, takie tam.

      Tymczasem chodziłam po Pradze według logiki, którą pamiętałam ze swojej młodości, a którą zatraciłam w miarę upływu lat, w miarę próchnienia świeżej pulsującej, przepompowującej intensywnie krew po całym ciele energii, energii, która właśnie tak rozbłyskiwała. Zapomniałam jak przeżywać siebie intensywną, rozbłyśniętą, żywą - w pociągach, w hotelach, na konferencjach i spotkaniach biznesowych. W godzinach od-do. Punktualnie, według harmonogramu. To wyzwanie. Po Pradze łaziłam na oślep, zataczając kręgi (jak po kamieniu, który wpadł w wodę), coraz dalej od hotelu. I jeśli wpadłam akurat na coś czy kogoś, kto obudził moją ciekawość, zapoznawałam się. 

      Kiedy byłam młodsza, moja żywotność spotykała się z innymi rozbuchanymi, spontanicznymi żywotnościami. Teraz regularnie obijam się o obojętność, nieprzytomność, wąską obsesyjność. O ludzi, których nie ma tutaj i teraz, ze mną. Przez ostatnie dwie dekady nauczyłam się szanować ludzi zdyscyplinowanych, stonowanych i stoickich. Wmówiłam sobie, że niski poziom zaangażowania w bieżący moment to dorosłość. Że dorosły zbyt zajęty jest innymi niż życie rzeczami, ważniejszymi, poważniejszymi, żeby żyć. Dorosły ma misje, zysk, interesy, Sprawy przez wielkie "S". Dorosły musi, powinien. Nie odróżniam ludzi martwych w środku od takich, którzy mają uspokojoną i zrównoważoną energię uważną. Obecną. Tak jakbym nie mogła sobie pozwolić żeby rejestrować jak naprawdę się z kimś czuję. Czy jest mi żywo i prawdziwie w jego/jej towarzystwie. Tak jakby to było luksusem. Bo dorosłość polega niby na tym, żeby hamować swoje autentyczne reakcje i potrzeby. Udawać przed sobą (niedospaną, wściekłą, skołowaną), że z entuzjazmem idę do pracy. Udawać przed sobą (zaniepokojoną, podejrzliwą, niechętną), że mam naprzeciwko ważnego człowieka i nie mogę sobie pozwolić na to, żeby mnie przerażał swoją socjopatią czy manipulanctwem, obślizgłością albo kombinatorstwem. Napotykam na żywość drugiego człowieka, która się rozmaicie objawia i hamuję spontaniczne na nią reakcje. Boję się jeszcze trochę swojej własnej żywotności. Że wykipi w nieodpowiednim momencie i nie wiem. Nie wiem. Pobiję kogoś. Dokonam napaści seksualnej. Nawrzeszczę w niepohamowanej furii. Ucieknę na oślep w panicznym krzyku. Wyrwę komuś torebkę, bo mi nie wystarczy moja własna. No i wiecie. Wyrzucą mnie z pracy. Wsadzą do więzienia albo szpitala dla psychicznie chorych. Zostawią samą na pustyni (Błędowskiej?) na pastwę losu. W puszczy (Białowieskiej?) na pożarcie lampartom (żubrom?). Żubry są rożlinożerne, a ja chyba najwyższa pora, żebym zaczęła swoje lęki traktować z życzliwym ale bezlitosnym przymrużeniem oka. Inaczej nigdy sobie nie pożyję. Zawsze będę całą energię pakować w hamowanie radosnej, witalnej, spontanicznej strumienności mnie.

      Praga była robłyśnięta mną. Na styku mnie i Pragi działy się całkiem zwyczajne cudeńka. Wiecie, co zapamiętałam najlepiej. Ledwo dobudzoną panią w hotelowej recepcji, o piątej nad ranem, po ciemku, owiniętą w koc i z mokrymi jeszcze spod prysznica włosami, która każe mi poczekać i biegnie na zaplecze żeby mi przynieść owiniętą w serweteczkę, tak jak się to kiedyś robiło na koloniach, kanapkę z wędliną i serem, w foliowym woreczku, z jabłkiem i butelką wody. Wyobrażam sobie później, odklejając cienki papier od rozmoczonego chleba, jak czyjeś ręce składały tę kanapkę. I trochę bardziej wierzę w ludzką życzliwość.

      Zapamiętałam też szatniarkę w średniowiecznej kamienicy, w której zrobiono powalającą interaktywną wystawę pokazującą życie w XIV-wiecznej Pradze. Wszystkie (świetne) wystawy, na których byłam obsługiwali emeryci, a ich postkomunistyczne manieryzmy, swojskie stroje i fryzury sprawiały, że czułam się jak w domu. W Polsce też często jako kustosze dorabiają sobie seniorzy, którzy nie chcą tracić kontaktu z ludźmi. Szatniarka wzięła ode mnie torbę i ugięła się pod jej ciężarem. Moja babcia ma ten sam syndrom. Nauczycielskiej torby, która waży tonę i w której zawsze jest wszystko, plus jeszcze karteluszki, paragony, przybrudzone chusteczki, żołędzie i pojedyncze zapałki. Moja matka pół wczorajszego wieczora opowiadała rozżalona jak babcia, którą się teraz na co dzień opiekuje wręcza jej bezceremonialnie i bez "poproszę" swoje wypchane torbiszcze do poniesienia. Torbiszcze pojawia się nagle na wysokości twarzy matki z niewypowiedzianym żądaniem "tachaj mnie teraz", którego zbyt dumna żeby się przyznać, jak bardzo jest od innych zależna osiemdziesięciolatka nie może wymówić. Bo godność nie pozwala. Bo córki są od empatycznej całodobowej, wielofunkcyjnej, interdyscyplinarnej obsługi. Babcia dręczy kolejną swoją ukraińską kucharko-sprzątaczko-pielęgniarkę, a matka, czasem i ja, za kulisami popołudniami naprawia wyrządzone w trakcie dnia szkody moralne. Tłumaczy, prowadzi mediacje, uspokaja, załagadza. Ale o torbach było. Szatniarka ugięła się pod ciężarem i pośmiałyśmy się trochę łamanym polsko-czeskim z tej niespodzianki. Taka niepozorna czarna torbinka przecież. A potem wzięła w ręce mój płaszcz. Puchowiec, który dostałam w podróżne wyposażenie od matki, razem ze zgrabną walizeczką na kółkach idealną akurat na dwa-trzy dni delegacji. Ten puchowiec to jakiś kosmiczny wynalazek. Leciutki jak piórko, cieniutki, a ciepły. W sam raz na podróże. Szatniarka przejęła ode mnie płaszcz i zamarła. Zaczęła go macać, testować. Popatrzyła na mnie z matczyną troską. I łamanym polsko-czesko-gestykulacyjnym stwierdziła, że - moje dziecko, to jest za cienkie na tę pogodę - przecież zmarzniesz. Polubiłam ją od razu.

      I jeszcze zapamiętałam kuratora w czeskiej Narodowej Bibliotece Technicznej. Jeśli macie czas, wyguglujcie sobie ten budynek. Ja miałam wygłosić przemówienie na otwarcie polskiej wystawy w galerii tego budynku. Zanim je wygłosiłam, sympatyczny młody człowiek z brodą i długimi włosami zaproponował, że zrobi organizatorom i prelegentom szybką prywatną wycieczkę po bibliotecznych zakamarkach. Zabrał nas windą dla obsługi na piętro, opowiedział o historii projektu, pokazał rysunki na ścianach, małe sekreciki i sztuczki architektów, żarciki projektantów zaangażowanych w budowę. Pokazał prywatne kabiny dla doktorantów, które w corocznej loterii losowało się między chętnymi. Szczęściarze dostawali na cały rok akademicki kluczyk i wyłączne prawo wstępu do własnego pokoiku, w którym mogli czytać, uczyć się, pisać pracę doktorską czy odpoczywać. Na drzwiach każdej z tych kabin architekt w ramach dowcipu wypisał przypadkową cyfrę oznaczającą współczynnik inteligencji najemcy. W związku z tym w ramach rosyjskiej ruletki losujący doktoranci mogli dostać w roczne użytkowanie pokoik oznaczony IQ84 albo IQ180. 

      Takie tam. I zobaczcie. Nie udało mi się przyszpilić słowami najważniejszej rzeczy w tej całej praskiej wycieczce. Czymkolwiek ona jest. Mną może jest. Może dlatego trudno ją złapać i raz na zawsze opisać. To spotkanie człowieka ze światem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Praha”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 23 listopada 2018 10:52
  • niedziela, 18 listopada 2018
    • Rowerem

      Wracałam od znajomych skrzypiącym Veturilo. Na głowie miałam udrapowany zielono-niebieski wełniany szal, bo pora roku niepostrzeżenie, stopień po stopniu, zmieniła się w czapkowo-rękawiczkową, a ja byłam nieprzygotowana. W drugą stronę jechałam przecież taksówką z przystojnym kierowcą w średnim wieku (o boże, ja też już jestem w średnim wieku), który właśnie po raz pierwszy wyjechał na miasto z pasażerem. Jak prawie wszyscy taksówkarze, z którymi mi przyszło rozmawiać, deklarował, że uwielbia w tej pracy poznawać nowych ludzi, ale przecież, jak prawie wszyscy, więcej mówił niż słuchał, a moje przerywniki traktował jak przyczynek do kolejnych opowieści. Nie poznał mnie więc tak naprawdę. A może gorzej, ten konkretny taksówkarz parę razy zrobił miejsce na moją odpowiedź, parę razy zareagował, zapamiętał, nawiązał. To jakoś trudniej jest mi przyjąć, bo co jeśli zrobi mi się apetyt na więcej? Na dialog, na inspirację, na zaistnienie, na zachwyt. Ja mieszkam w ciszy. Mieszkam w kokonie niewidzialności. Nie chce mi się walczyć z ludźmi w zero-jedynkową wojnę o widzialność. Albo ja albo ty. Ale przecież chcę być widzialna, słyszalna, zachwycająca i ważna, jak wszyscy.

      Taksówkarz kreował się, odmalowywał najlepszą możliwą wersję siebie, pokazywał najkorzystniejszy profil. Syn wojskowego z Wybrzeża, w dzieciństwie bawił się na poligonach, z kolegą pirotechnikiem eksperymentowali z niewybuchami. Powiedziałam, że to może szczęście, że matki-Polki niektórych przygód swoich dzieci nigdy nie poznają. Może się przez to nie przekręcą przedwcześnie ze zmartwienia i zgryzoty. Taksówkarz twierdził, że jego ojciec żołnierz i jego wojskowi wujkowie byli autorami słynniej peerelowskiej miejskiej legendy o czarnej wołdze, która jeździ i porywa dzieci. Że ojcowie chcieli trochę przestraszyć dzieciaki. Opowiedziałam mu o mojej babci, która wychowywała poprzez straszenie. Jak przez lata zostały mi lęki przed Cyganami, którzy mnie porwą jeśli przejdę przez konkretną bramę i wyjdę poza określony rewir. Zanim jeszcze wiedziałam kim są Cyganie i mogłam sama zdecydować, czy wierzę, że porywają cudze wnuczki. Takich opowieści było na pęczki. Dotąd mam nadaktywną wyobraźnię, która podpowiada fantastyczne scenariusze z ludzkim złem w roli głównej. Taksówkarz przedtem kierował wielkimi projektami zarządzania kryzysowego. Zmęczył się hierarchią i polityką. Lubił elastyczność jeżdżenia taksówką, regulowania harmonogramu i zarobków zależnie od własnej potrzeby. Lubił wolność. Mieszkał sam z synem (a kiedy to mówił sprawdzał moją reakcję w lusterku, a potem coś napomknął, że może się jeszcze zobaczymy, a następnie zadzwonił do mnie z jakąś bzdurą, podejrzewam, że chciał sobie zapisać mój numer).

      W jedną stronę jechałam więc jak biznesłoman, w drugą po hipstersku. Małymi, cichymi, osiedlowymi uliczkami, przez rozmaite historyczne warstwy Warszawy, przeplatane. Wille nad zarośniętym trzcinami stawem na Ochocie. Gdyby ktoś mi pokazał ich zdjęcie i powiedział, że to moje miasto, nie uwierzyłabym, a teraz już wierzę. Dodałam sobie taką willę do mentalnej listy sprzecznych marzeń. Ale może kiedyś będę multimilionerką i jakoś da się pogodzić chatkę z sadem na Warmii, renesansowy kamienny dom z basenem w Toskanii, ukwieconą kamienicę w mglistej Bretanii i taką willę. Może kiedyś będę śmigać między swoimi licznymi bazami wypadowymi, obywatelka świata, wszędzie w domu. Teraz śmigałam na zgrzytliwym publicznym rowerze. Kocham Veturilo, to jeden z moich ukochańszych elementów współczesności. Jechałam na czuja, małymi ulicami w uogólnionym kierunku mojego obecnego domu. Mieszkania o trzech metrach wysokości, z białą skrzypiącą drewnianą podłogą sprzed wojny, podrapaną pazurami psa, który biegł setki, tysiące razy za wielością prawie identycznych zielonych piłeczek. Nie mogę się przyzwyczaić do tego, że jak stare drzewo, składam się dzisiaj z warstw, że nie jestem świeża i nieskomplikowana, a każda sytuacja wywołuje wielopoziomowe wspomnienia i skojarzenia. Muszę się nauczyć z tym żyć, mieścić to w swojej głowie, dawać tej złożoności, tej głębi odpowiednią dla niej przestrzeń. Chciałabym nauczyć się cenić tę swoją drzewność, pierścienność. Zmienić kurs swojego życia żeby przestała mi przeszkadzać w wykonywaniu licznych pracoholicznych zadań, w których przecież liczy się pośpiech i sprawność i skuteczność, a które mnie tak wyjałowiły w środku, zabrały wewnętrzną bioróżnorodność, poezję, mistykę.

      Część swojej rowerowej drogi znałam, rozpoznawałam budynki i sklepy i skwery z innej spontanicznej wycieczki Veturilo. Ale w którymś momencie zaplątałam się w dobrze ukryty parczek, urokliwe splątanie ścieżek, które zygzakiem trzeba było sprytnie pokonać żeby nadal zmierzać z zamierzonym kierunku. Poczułam zachwyt. Niebo robiło się już brzoskwiniowe, ale mrok nie opadł jeszcze, jeszcze widziałam wyraźnie kaczki i kaczory i starszych spacerowiczów i psiarzy na swojej drodze. Nagle zrozumiałam, że bycie zgubioną jest moim naturalnym stanem. Że podróżowanie codziennie tą samą trasą, że rutyna, że przewidywalność nie przynosi mi takiego spokoju jak ten moment jechania w bardzo luźno określonym kierunku, bez planu i w bezczasie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Rowerem”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 listopada 2018 11:53
  • piątek, 16 listopada 2018
    • Jej ojciec mieszka w piwnicy

      - Tato, dlaczego mężczyźni lubią piwnice? Po angielsku jest nawet takie wyrażenie "man cave" - pieczara faceta. Nora.

      - Barłóg. - dorzuciła pomocnie matka Zuzanny.

      - Jaskinia. Leże. - Zuzanna wczuła się w zabawę.

      - Gawra! - matka wygrała konkurs leksykalny, a ojciec Zuzanny nawet się półgębkiem uśmiechnął. Jej ojciec mieszkał w piwnicy. Tam miał swój wielki telewizor z pakietem sportowych programów, swoje książki i pamiątki z podróży. Tam znikał kiedy kobiety wpadały w wir przygotowań do posiłków, kiedy nad obiadem pęczniało napięcie albo nad kolacją rozpętywała się regularna wieloosobowa pyskówa. Zuzanna miała po nim takie znikanie. Tyle że ona zamiast do piwnicy (jamy, nory, leża, barłogu) wracała do cyganersko urządzonego mieszkanka, do którego rzadko kogokolwiek zapraszała. Znikanie pozwalało umyć ręce, zostać nieuwalanym, niewmanipulowanym, nieobwinianym, nie przyłączać się do nagonki ale też nie zostać wmuszonym w rolę kozła ofiarnego, ofiary regularnych polskich rodzinnych linczów. Znikanie pozwalało jej uniknąć oskarżeń o to, że jest niedobrym człowiekiem, bo przecież nieobecni nie mogą być niedobrzy. Mimo, że już dawno nie było ani nagonek ani oskarżeń, zarówno Zuzanna jak i jej ojciec nawykowo znikali. Niekoniecznie, niepotrzebnie, nadmiarowo. Znikali.

      Zuzanna napisała opowiadanie. Kilka opowiadań. Wysłała je na konkurs i dostała się do grupy finalistów. W ramach nagrody opowiadania finalistów zostały opublikowane w zbiorze wydanym w książkowej formie. Zuzanna zamówiła trzy egzemplarze, z których po dziesięć procent zysku przeznaczono na wsparcie organizacji kobiecej. Bo to o kobietach były te opowiadania.

      Trzymając w rękach książkę - cały komplet - strony, spis treści, nazwiska autorów, tytuł, okładka, obraz na okładce, książkę, w której znajdował się jej własny tekst, zrozumiała, że tym samym zrealizowała już wszystkie swoje marzenia z dzieciństwa. Prawdziwi ludzie, czytelnicy rozsiani po różnych polskojęzycznych miejscach, cholera wie gdzie, prawdziwi ludzie mieli w rękach te same okładki, a między nimi stronice, a na tych stronicach litery, które wyszły prosto z jej wnętrza. Być może zachwycali się nimi, może dziwili, śmiali albo płakali. Zuzanna poczuła, że istnieje jakoś trochę bardziej niż zwykle i to było dobre uczucie. Teraz mogła albo całkiem zrezygnować z pisania, bo przecież nie musiała już nic nikomu udowadniać. Albo pisać dalej, ale już bez celu, w pełnej wolności, bo na jej półkach, dopóki będzie chodzić, pulsować, oddychać i czuć, na jej półkach stać będzie dowód, że umie, że może, że energia z jej ciała potrafi zamienić się w idee, idee w słowa, słowa w znaki, a znaki dotrą do innych ciał, innych dusz i urzeczywistni się dotąd dla Zuzanny nieosiągalna alchemia kontaktu. Zasiewania w innych swojego własnego ziarna. Rodzaj nieśmiertelności, przetrwanie ponad własne codzienne trwanie. 

      Dlaczego akurat takie istnienie wydawało się Zuzannie bardziejsze? Dlaczego nie seks? Nie rozmowa? Nie taniec? Nie sport zespołowy i nie religia?

      Ale sprawy dopiero zaczynały się toczyć, koło zamachowe spraw wzięło dopiero pierwszy próbny nieśmiały zamach, po którym miały nastąpić większe, niespodziewańsze zamaszyska. Zuzanna miała bowiem plany dotyczące swoich trzech egzemplarzy. Jeden, dożywotni dowód na coś, usprawiedliwienie jej miłości do książek, niej nieprzerwanego, niezmordowanego pisania, jej niemożności robienia czegokolwiek innego z tym samym zapałem i czułością, determinacją i wiarą i nadzieją, jeden egzemplarz był dla niej. Drugi dla koleżanek z pracy, które też interesowała tematyka kobieca, a z którymi miała ochotę pogadać o swoim opowiadaniu, życzliwie acz krytycznie. A trzeci, też ważny, dla rodziców. Jej więź z matką była silna, chociaż pewnie - jak wiele takich więzi - niezbyt zdrowa. Jednak jakieś miejsce w Zuzannie wierzyło, że matka ma więcej dobrej woli niż realnych umiejętności spotkania Zuzanny na Zuzanny zasadach, a w ostatecznym rozrachunku czy nie o dobre intencje chodziło? Czy to nie z intencji chcielibyśmy być rozliczani bardziej niż z koślawych, mizernych efektów?

      No więc zaniosła mamie trzeci egzemplarz. Mamie, która przeczytała parę jej tekstów, ale spuściła na nie zasłonę milczenia i obojętności, porwana ważniejszymi, zawsze bardziej priorytetowymi sprawami, zaczarowana swoimi licznymi społecznymi misjami, uzależniona od bycia potrzebną bardziej niż Zuzanna potrzebującym zawsze innym. Dzień później zadzwonił telefon. Mamie podobało się opowiadanie. Autentycznie i całkowicie. Rozentuzjazmowana opowiadała Zuzannie o wszystkim, co jej się spodobało, o języku, o humorze, o psychologicznej głębi i o zaskakującym zakończeniu. Zuzanna słuchała, sztywna z zaskoczenia i ze strachu, że być może zamiast wyzdrowieć w wyniku wieloletniej terapii, ostatecznie postradała zmysły, oderwała się od rzeczywistości i właśnie - oficjalnie - zamieszkała w odrębnym wymiarze. Co się robi z takim nowym wcieleniem matki, która dotąd - przez dekady - zajmowała się raczej korygowaniem i naprowadzaniem na coraz większą doskonałość i wszechstronność? Podsycaniem niedosytu, który miał w Zuzannie wyrobić nawyk dążenia do doskonałości, realizowania wyśrubowanych standardów? Zuzanna, jak niewygłaskany pies schroniskowy, nie ufała głaskaniu. Wolała nie być głaskana wcale niż być głaskana rzadko, nieregularnie, nagle i nieprzewidywalnie. To było nie fair po prostu. Ale jednak. 

      - Ale teraz musimy porozmawiać, co zrobimy z ojcem. - matka spoważniała. Starczyło już komplementów. Były ważniejsze sprawy i istotniejsze osoby.

      - Z ojcem? Jak to z ojcem? Z czym z ojcem? W jakiej sprawie?

      - Z ojcem i z książką. Z opowiadaniem?

      - Ale jak to, co zrobimy? Niech sobie przeczyta jeśli ma ochotę. - Zuzanna nie przyszedł do głowy żaden kierunek, w którym mogła zmierzać ta konkretna rozmowa.

      Matka Zuzanny westchnęła.

      - Ale on się obrazi.

      - Za co się może obrazić? Przecież to jest fikcyjne opowiadanie o osobie, która mnie nawet nie przypomina. I nie ma w nim żadnych wzmianek ,a tym bardziej obraźliwych wzmianek o ojcach.

      - No właśnie.

      - No właśnie co?

      - Za to się obrazi.

      - Że nie ma w fikcyjnym opowiadaniu o fikcyjnej bohaterce, a nawet dwóch, każda inna ode mnie, wzmianki o moim ojcu?

      - W ogóle o ojcu.

      - O żadnym, nawet fikcyjnym ojcu?

      - No właśnie.

      Zuzanna zamilkła. No właśnie co?

      - Jest wzmianka o matce, o siostrze, o koleżankach. A o ojcu nie ma.

      - Bo to jest opowiadanie o kobietach. Bohaterki żyją w świecie kobiet, są otoczone przez kobiety, tylko kobiety i wyłącznie kobiety.

      - Moim zdaniem on się obrazi. Schowam gdzieś tę książkę, a kiedy do nas wpadniesz następnym razem, jakoś chyłkiem ci ją przekażę.

      - Ale ja nie chcę jej z powrotem. Mam swój egzemplarz. Chcesz to ją chowaj, chociaż jak dla mnie ojciec może się obrażać ile sobie tylko zażyczy. Czy ja mam jakąkolwiek odpowiedzialność za to, co on sobie wymarzy w kwestii moich córczynych zobowiązań kiedy siedzi w podziemiach zamiast spędzać czas ze mną albo przynajmniej zadzwonić? Kiedy ostatnio do niego zadzwoniłam, bo uznałam, że wykonam pierwszy krok, jednak szkoda by było kolejną dekadę przeżyć w ten sposób, on mi powiedział, że nareszcie do niego dzwonię. Tak w nagrodę za kontakt. I że może teraz będę częściej dzwonić. Bo on przecież nie będzie. Więc może powinnam w każdym służbowym mailu pisać, że moją zawodową inspiracją był ojcieć i tak, zamawiamy krzesła z pulpitami na czterdzieści osób, a do kolacji za alkohol zapłacimy na oddzielną fakturę.

      - To ja schowam.

      - To schowaj.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 16 listopada 2018 19:40
  • wtorek, 06 listopada 2018
    • Męski wzrok

      sienainternationalphotoawardswinners2018775be00d7861629__880Foto: Katinka Herbert (GB)

      To zdjęcie wygrało prestiżową międzynarodową nagrodę. W zawilgoconym, odrapanym wnętrzu, wśród przypadkowych bibelotów i religijnych obrazków, na skromnym łóżku przed archaicznym telewizorem, który pewnie już wiele razy reanimował jakiś kubański magik-elektronik, siedzi złote zjawisko. Dziewczyna jest w tym wieku, kiedy piersi najkrąglejsze, skóra najgładsza, wzrok błyszczący, rysy łagodne, sprężystość w kroku, bo wojna z grawitacja jeszcze lata świetlne przed nią.

      Nikt nie chce widzieć morza goryczy przelewającego się, chlupoczącego mi w żołądku kiedy na nią patrzę, nieosiągalną. Moja bladoniebieska (alabastrowa, mówi mój zagraniczny kochanek na zachwyconym bezdechu) skóra nie może równać się z kakaowym brązem jej skóry, od którego ledwo się odcinają połyskliwe łańcuszki na kostkach, złote buty do tańca na zgrabnym obcasie, platynowy turban i wielkie błyszczące kolczyki królowej życia.

      Dziewczyna pozuje fachowo, jak pierwsza dama, prezydencka żona przywykła do błysku fleszy. Usadzona bokiem, z udrapowanymi pod odpowiednim kątem obnażonymi nogami. Jej pęciny przypominają pęciny rasowej gazeli. Jej pośladki wyćwiczone godzinami ćwiczeń tanecznych zapraszają wzrok i głodny dotyk.

      Ma na sobie niewiele, ale te ozdoby, które założyła - strategicznie symbole-fetysze - robią swoje. Wyobraźcie sobie aksamitną obróżkę na szyi, obróżkę, sygnał, że jest gotowa zostać czyjąś własnością. Ufna otwarta twarz mówi - podejdź bliżej. Rozchylone usta wydają się szeptać sprośności. Biust w drucianym, półprzejrzystym staniku, atut wystawiony do przodu. Długie czerwone paznokcie ostrzegają - podrapię, podrapię cię tak, jak lubisz, oswojona dzikuska.

      Jest w niej coś triumfalnego, coś, co znam dobrze z własnego życia. Przypomina mi tę przepiękną, wyprężoną, zgrabną dziewczynę, która triumfalnie wręczyła mi kiedyś czerwoną szminkę, widziałam w jej wzroku, że patrzy na zabiedzoną, zaniedbaną krewną, że tylko to widzi, bo bierze udział w tej samej zbiorowej hipnozie, co piękność z Hawany, na którą patrzę na zdjęciu. Zwyciężyła.

      Tylko pytanie w czym. W kącie pokoju siedzi babcia Kubanki. Zgrabniutka, malutka Mulatka o krótkich siwych włosach i dojrzałych obwisłościach, założyła nogę na nogę, śmiejąc się pali papierosa jakby mówiła - zobaczcie moją wnusię, opanowała do perfekcji wszystkie zasady gry i wygrywa. Co wieczór występuje dla mężczyzn w stołecznym Kabarecie z Tropików. Przyciąga wzrok, budzi pożądanie. Zwyciężyła z tysiącami innych dziewczyn, moja krew, moja wnusia.

      Jeśli czujecie jak między wierszami sączy mi się jad, dobrze czujecie. Jeszcze nie do końca uwolniłam się od tego ogólnoświatowego kobiecego wyścigu, w którym nagrodą jest sekunda cudzej chuci. Jeszcze czasem rywalizuję z innymi dziewczynami zanim przypomnę sobie, że wolę z nimi pogadać o dupie Maryni. Jeszcze czasem słucham fantazji swojego kochanka, a on opowiada mi o mnie jak o drugoplanowej biernej postaci, wykonującej jego chętki zanim je jeszcze poczuje. Ruszam się przez chwilę posłusznie, nawykowo, kiedy on chce, wzdycham tak jak lubi, milczę, bo w jego fantazji panuje wygodne milczenie. Jeszcze czasem łapię się na myśli, że może powinnam się wydrążyć w środku, pozbawić cech niekompatybilnych z jego kaprysami, ze strumieniem jego pragnienia. Jeszcze czasem obawiam się, że moja alabastrowa skóra, że moje kompaktowe ciało, że moje całe istnienie sprowadza się do jednej triumfalnej chwili, ulotnej, kiedy ja chcę jego i kiedy on mnie chce, a ja się okłamię, że ten konkretny mężczyzna chce mnie w całości. Mózg, duszę i fizyczność w pakiecie. Ale przecież wiem, że próbuje mną zapełnić lukę w samym sobie, ale przecież wiem, że ta luka nie ma wcale mojego kształtu.

      Ale przecież otrząsam się i przypominam sama o sobie, uczę się powoli odzyskiwać własne pragnienie i nim kierować, iść za nim jakby stanowiło równoważną siłę do energii jego chuci. Uczę się spotykać drugiego człowieka w pełnej mocy mojego chcenia. Nie niszczyć go jednak i nie pozwalać sobie zostać unicestwioną.

      Nie ma konkursu. Kto wie, czy piękna dziewczyna z Hawany ma czas i przestrzeń żeby być sobą, ze sobą, przy sobie. Czuć siebie i dla siebie tańczyć. Jeśli tak, rzeczywiście wygrała. Jeśli nie, może bierzemy udział w innych konkursach, a może konkursy to piramidalna strata czasu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Męski wzrok”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 listopada 2018 09:24
  • wtorek, 30 października 2018
    • Ciała odcieleśnione

      Mój stary przyjaciel jest teraz w sztokholmskim hotelu. Po całodziennej konferencji zjadł jakiś kawałek dziczyzny z sosem ze szwedzkich jagód, wypił zimne piwo i wrócił do pokoju odpocząć. Przez cały czas wstukiwał w moim kierunku linijkę po linijce w telefon. Mówi mi, że jestem piękna, a ja mu wierzę. Wierzę znaczkom na ekranie, które mi pisze na mój temat. Bardziej niż wierzyłam w którekolwiek "jesteś piękna" mojego byłego chłopaka.

      Kiedy kończymy rozmowę jestem pełna. Pełna to jest przeciwieństwo bycia pustym. Głodu. Nienasycenia. Jestem nasycona.

      Dlaczego nie wierzyłam pięknemu-brzydkiemu, wrażliwemu-niewrażliwemu chłopakowi, który powtarzał mi to codziennie, te same słowa, konsekwentnie, przez prawie trzy lata, przez trzy lata nie przestał powtarzać, nie ustał w chęci bycia obok mojego pięknego ciała, dotykania go i oglądania, a uwierzyłam miodoustemu kumplowi, którego nie widziałam od dwudziestu lat, a który teraz przy pomocy technologii oglądał mnie również po raz pierwszy od dwóch dekad i widząc mnie wykrzyknął - but you are stunning!

      Nie chodzi o standardy piękna i o to, że nie wierzę, że ktoś mógłby o mnie dobrze myśleć. Już dawno nie chce mi się wyprawiać do galerii handlowych po upiększacze, nie oglądam czasopism kobiecych, nie słucham kosmetyczek, które mikrozarządzają moimi mikrodefektami i nie kupuję specyfików, które obiecują niewykonalne. Nie wchodzę w rytualne rozdrapywanie swojej domniemanej szpetoty z koleżankami, co wydaje się koszmarnym masochistycznym hobby wielu polskich kobiet (mój tyłek jest jak szafa gdańska, o nie, mój jest jak dwie szafy!). Moją próbą porównawczą są kobiety na mokotowskich ulicach, w autobusach, w poczekalniach u dentysty, w sklepach spożywczych i pasmanteriach - kobiety o wszelkich kształtach i proporcjach, o tej porze roku opatulone w puchowe kurtki tak, że aż znikają pod spodem ich indywidualne cechy. 

      Czuję się wystarczająco piękna żeby się sobie podobać. Chcę się podobać mężczyznom. Niektórym się podobam. I tak ma być. Nie wszystkim. Niektórym. Przecież i mnie nie wszyscy się podobają. Czasami tylko jakiś żywy człowiek powie coś, co trafi mi w pięty, bo może mi na nim zależy, bo może jego czy ją podziwiam, bo może fajnie by było dostać sygnał podobnego podziwu.

      Dlaczego uwierzyłam kumplowi, który pojawi się, rozbudzi i przypomni, otworzy i ośmieli, a potem zniknie, bo taka jego rola w mojej podróży i oboje ją akceptujemy. Dwadzieścia lat temu byliśmy kochankami. 

      Dlaczego nie uwierzyłam komuś, kto planował poważne, chociaż bliżej nieokreślone długofalowe rzeczy wobec mojego ciała, kto to ciało wprowadził bardzo szybko i bardzo wcześnie, wdrożył do swojej odrobinę klaustrofobicznej rodziny, kto głaskał i tulił, otaczał opieką i kołysał, komuś, kogo proboszcz jego rodzinnej parafii przy mnie pytał czy ma już plany małżeńskie i rozrodcze, a ja tam stałam i zastanawiałam się, od kiedy nie istnieję. Co trzeba zrobić żeby istnieć. Może dlatego? 

      Odpowiedzi na takie pytania przychodzą po paru dniach. Na ogół gdzieś na progu bazarku, z którego się wychodzi z ziemniakami i porem. Albo w trakcie balansowania na rowerze w siekącym deszczu. Albo w toalecie, gdzie zawiesza się na moment tryb zadaniowy i inne struktury żeby być czystą fizjologią. I być może to czysta fizjologia podsuwa odpowiedź, bo racjonalny, logiczny mózg przestał kombinować, więc nie przekombinuje tym razem.

      I nagle rozumiem, że odpowiedź nie jest o mnie. Boże, jaka ulga. Nawet jeśli jestem katalizatorem, obiektem, to przecież to w obu przypadkach ta sama ja. Tylko pod jednym wzrokiem kwitnę, otwieram się i zwalniam blokady, smakuję, czuję, pod drugim wzrokiem więdnę, maleję, obrastam tłuszczem, pocę się nadmiernie i zaczynam chorować na niezidentyfikowane choroby.

      To nie jest o mnie. Tak samo pięknej, tak samo bladoróżowej, tak samo wytatuowanej w konstelację pieprzyków na lewym udzie. To jest o tym, czy człowiek po drugiej stronie jest zdolny poczuć zachwyt. Czy on wierzy w moje piękno, czy je widzi, czy to w ogóle potrafi. Mój były chłopak chciał dobrze, ale był zdrewniały, zdrętwiały. Był zbyt rozpędzony, zbyt zafiksowany na mitach i fikcjach społecznych, na jakiejś męsko-żołnierskiej misji opiekuna samotnej matki, zbyt przestraszony wolnością, zajęty innymi rzeczami. Nie miał czasu czuć. Znał jedno zdanie, które miało mnie głaskać od środka. Jesteś piękna. Jesteś piękna. Jesteś piękna. Jesteś piękna. Jesteś piękna. Jesteś piękna. Jesteś piękna. Jesteś piękna. Jesteś piękna. Jesteś piękna. Jesteś piękna. Jesteś piękna. Za trzynastym razem przestałam je słyszeć.

      Mój kumpel w Sztokholmie przypomniał mi, że można zostać odzwierciedlonym w oczach kogoś, kto wrażliwość ma bezwstydnie na wierzchu, więc daje mi moc się dotknąć, więc mam możliwość wpływać na niego, sprawić, że coś poczuje do trzewi. To informacja o nim, nie o mnie. Że jest zdolny do czucia drugiego człowieka. Do żywego, intensywnego kontaktu. Do zachwytu. 

      Takie spotkania przywracają do życia.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 października 2018 23:45
  • niedziela, 07 października 2018
    • Poza słowami

      Mieszkam w słowach. To mój dorosły dom. Kiedy gubię się w rzeczywistości, zaczynam o niej czytać. W książkach, w cudzych zdaniach wszystko jest prostsze i bardziej zrozumiałe, bo przecież język jest upraszczającą, symboliczną matrycą, którą nakładamy na świat i jego wieloznaczność. Jest siatką, która pozwala się nie zgubić. Więc kiedy mnie przerasta życie, czytam. Gadam. Piszę. Zamieszkuję w bezpiecznym domu utkanym ze słów. Zdradliwym domu, okazuje się. Pozornym. Iluzorycznym.

      Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu uwiesiłam się ostatnio na Tinderze. Chociaż mnie mierzi i męczy, chociaż kusi i odrzuca zarazem, ta aplikacja stanowi fascynującą zagadkę i wchodzę na nią i uciekam z niej w jakiejś zagadkowej schizofrenii. Nie mogę się do niej jednoznacznie ustosunkować. Nie chcę. Jak gdybym miała do odrobienia jakąś ważną lekcję ze zrozumienia współczesnego świata. Jeśli Tindera odrzucę, odrzucę też hurtowo prawdy o kobietach i mężczyznach, o pociągu, o pożądaniu, o więzi i pragnieniu. Prawdy, których przez całe lata nie chciałam przyjąć do wiadomości, a one snują się za mną jak smrodek, a one dręczą i męczą dopóki ich nie pojmę, nie zaakceptuję i nie zintegruję. To nie są czarno-białe prawdy. To nie są prawdy z gatunku - kobiety dobre, a mężczyźni źli lub odwrotnie. To nie są prawdy o tym, że tylko seks albo tylko miłość i że się wykluczają nawzajem te sfery, że szukać można albo szybkiego, bezwysiłkowego numerka z obcym człowiekiem albo konserwatywnej, duszącej roli w świętej, więziennej instytucji małżeństwa. 

      Na Tinderze znalazłam zupełnie zaskakującą prawdę, która umknęła mi przez całe lata funkcjonowania w gettach kobiet - kobiet humanistek, kobiet społeczniczek, kobiet nauczycielek, kobiet psycholożek. W tych gettach mieszka się w utkanych z iluzji domach ze słów i uczuć. Kobiety świetnie śmigają po tych wymiarach rzeczywistości, więc łatwo sobie ze słów i emocji zrobić kokon, udawać, że poza nimi nie istnieją inne wymiary bycia w świecie. Albo zbudować sobie zdaniami złożonymi wieżę wysoką, niedostępną, niby bezpieczną, a jednak odizolowaną, odpychającą, zniechęcającą i jak złotowłose bohaterki bajek czekać w tej wieży na odważnego, cierpliwego, na nietypowego, na rzadko występującego w przyrodzie.

      Miałam kłopot z Tinderem. Z jednej strony zaskoczyło mnie zainteresowanie, z jakim się tam spotkałam. Wrzuciłam na swój profil dziwną kolekcję trochę śmiesznych, trochę zwykłych, codziennych, nieretuszowanych zdjęć, na których moim skromnym zdaniem wyglądam całkiem jak ja. Żeby nie było nieporozumień. I mam dziesiątki fanów. Krótkowłosa, krępa, z lekką nadwagą, bez dekoltów i krótkich spódnic, po prostu sympatyczna i niebrzydka. Więc to pierwsze zaskoczenie przecina maczetą prawdy moje rozliczne kompleksy - że może powinnam lepiej robić ustami zachęcające dzióbki, że może botoks, że częściej na siłownię, że ubieram się w zbyt dużą ilość materiału i że solarium i że blond pasemka i że tipsy i że nogi / uda / dupa / brzuch i biust. Panowie mają w nosie moje kompleksy. To nie tu tkwi sekret mojej samotności. Schody zaczynają się potem. Piszemy do siebie. Hej, cześć, jak ci mija weekend. No to ja elokwentnie, ale niezbyt odstręczającymi zdaniami (już wiem że nie ma co brylować na siłę, bo przeciętny Polak i Polka z rozmaitych powodów czytają dużo mniej książek niż ja, a jeśli już czytają, to zupełnie inne, więc zostawmy książki poza sferą romansu z Tindera, w sumie mnie to nawet nie boli, można się spotykać na wielu innych płaszczyznach), no to ja potoczyście, że mój weekend tak i tak, że spacerek, że ładna pogoda, a jak jego weekend? Uczono mnie sztuki konwersacji, nieskromnie mogę się pochwalić, że szlifowałam ją w międzynarodowych instytucjach z ludźmi z wielu kultur, uczyli mnie ambasadorzy, jestem świetna w te klocki, mogłabym kursy na ten temat prowadzić, ale na Tinderze, na Tinderze mój konwersacyjny kunszt pieprznął z całą siłą w betonową ścianę. No to wstałam, otrzepałam się, opatrzyłam guza i spróbowałam parę razy jeszcze. I za każdym razem nieokrzesanych cham po drugiej stronie ignorował moje wynurzenia, ignorował moje pytanie, co u niego i albo przestawał pisać, albo odpisywał na zupełnie inny temat dwie doby później albo nagle jak Filip z konopi proponował po dwóch wymienionych linijkach dialogu spotkanie. Najlepiej tam, gdzie on i tak planował się wybrać tego wieczoru. Blisko jego hotelu. Obok jego pracy. Albo w klubie, gdzie on będzie z przyjaciółmi.

      Oprócz tego, że Tinder zepsuł nam rynek i popsuł nam całkowicie mężczyzn, albo jeszcze bardziej popsuł tych i tak już popsutych, moja potrzeba kompulsywnego wracania i sprawdzania o co do kuźwy nędzy chodzi w tych potłuczonych rozmowach - ja tu w gotowości do uwodzenia słowem, do flirtu, do werbalnego poznawania się, obwąchiwania, a wszystkim się spieszy do spotkania w realu, i to jeszcze - co wystarczająco wiele razy usłyszałam bez ogródek - do spotkania krótkiego, treściwego, znieczulonego alkoholem i uwieńczonego obowiązkowym seksem, po którym to seksie absolutnie nic sobie nie gwarantujemy. Okej.

      Oprócz tego, że Tinder utrwala jakiś typ międzyludzkiej transakcji, która dla mnie jest nieatrakcyjna, bo seks w moim świecie - nawet jeśli miałby być jednorazowy, a i taki się zdarzał, i taki bywał fajną, satysfakcjonującą przygodą - funkcjonuje w pakiecie z zaufaniem i fascynacją, ze spotkaniem na przynajmniej jednej czy dwóch innych płaszczyznach - może intelektualnej, może emocjonalnej, może werbalnej, może praktycznej - podobne zainteresowania, wspólne projekty, praca czy mieszkanie w tym samym miejscu. Bo seks nie powinien być banalnie łatwy dla jednej strony, przy równoczesnym ponoszeniu całego ryzyka i wszelkich konsekwencji przez drugą. Musiałabym być idiotką żeby pędzić na drugą stronę Warszawy spotkać się na jego warunkach z gościem, który opublikował na swoim profilu jedno niewyraźne zdjęcie, lakoniczny, enigmatyczny opis i jeszcze się nawet nie pofatygował żeby wymienić ze mną ze dwa złamane zdania, z których wyniknie cokolwiek na jego czy mój temat. Statystycznie mi się to nie kalkuluje - pocałowałam zbyt wiele niewartych pocałunku żab, a i seks, rzecz fajna z fajnym partnerem i niefajna z niefajnym, nie zawsze jest wart gnania przez pół Warszawy do obcego człowieka. Oprócz tego jednak w tych moich potłuczonych próbach nawiązania z innymi ludźmi kontaktu było jeszcze coś więcej i tego właśnie i tego właśnie i właśnie tego chyba się wreszcie nauczyłam.

      Ja oczywiście czytałam opracowania kulturoznawców, psychologów, genderystów, które mówią, że u chłopców nie rozwija się inteligencji werbalnej ani emocjonalnej, a u dziewczynek a jakże. Tyle że chyba przez czterdzieści lat nie dotarło do mnie, że to ma autentyczne, praktyczne, czasem druzgoczące konsekwencje w moim osobistym, codziennym, realnym świecie i życiu. Że tłumaczy przynajmniej trochę moją część odpowiedzialności za rozpad ostatniego związku, który pewnie by się i tak rozpadł, ale przynajmniej nie musiałabym się dręczyć pytaniami, jak ja mu w tym pomogłam. Chłopaki w Polsce w przeważającej większości nie czują się pewnie ani bezpiecznie, swobodnie ani przyjemnie w świecie takim jak mój - utkanym ze słów i emocji. Moja wieża ze zdań podwójnie złożonych, z cytatów literackich i elokwentnych wypowiedzi na temat psychologicznych motywacji drugiego człowieka - chociaż piękna, bywa obca i budzi poczucie alienacji w kimś, kogo przez całe życie uczono budować sobie analogiczną wieżę z wiedzy o częściach samochodowych, z języków programistycznych, z legislacji unijnej, z transakcji i transferów między europejskimi drużynami piłkarskimi.

      Nie wiem, co dalej. Wiem tylko, że zaczynam wyłazić czasem, wynurzać się na krótkie spacery (po czym szybko spitalam z powrotem w książki, ale jednak) do innych wymiarów rzeczywistości. Robię sobie maleńkie przyjazne wysepki w miejscach, gdzie spodobały mi się "męskie" światy, do których wcześniej się nie zapuszczałam. Lubię składać meble z Ikei. Lubię uczyć się sztuk walki i tańca. Lubię rower i byłam nawet na warsztatach naprawy rowerów, żeby zrozumieć jak działa. Lubię podróże. Lubię dobry seks z dobrym człowiekiem. 

      Zaczynam być w stanie sobie wyobrazić, że druga osoba nie musi mnie kupować w całości żeby mnie polubić. Że może czytać inne książki albo nie czytać w ogóle i mieć coś wartościowego, pięknego do zaoferowania. Zaczynam przedłużać wypady w rzeczywistość bez słów. Gdzie liczy się spędzanie czasu. Bycie razem. Robienie wspólnych rzeczy. Gdzie to wystarczy bez słownej obróbki. Nie planuję rewolucyjnych ruchów, dożywotniego porzucenia moich starych światów. Za moment skończę pisać ten post i wrócę do dobrego kryminału, który z wielką przyjemnością będę recenzować dla jednego wydawnictwa. Rozumiem po prostu, że nawet najpiękniejszych rzeczy w życiu nie należy się trzymać kurczowo. Że czasem się trzeba zapuścić w nieznane, niezrozumiałe terytoria, bo to wzbogaca i poszerza pole zrozumienia rzeczywistości, bo to rozwija, bo dzięki temu się dojrzewa. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Poza słowami”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 października 2018 13:58
  • wtorek, 11 września 2018
    • Leśmian na wtorek

      "Nocą umówioną, nocą ociemniałą
      Przyszło do mnie ciszkiem to przychętne ciało.
      Przyszło potajemnie — w cudnej bezżałobie, —
      Było mu na imię tak samo jak tobie…

      Zajrzało po drodze w przyszłość i w zwierciadło, —
      Na pościeli zimnej obok się pokładło, —
      Dla mnie się pokładło, bym je mógł całować
      I znużyć — i zużyć — i nie pożałować!

      Lgnęło mi do piersi — ofiarnie pachnące,
      Domyślnie bezwstydne i — posłuszniejące…
      W ciemnościach — w radościach — na granicy łkania
      Mdlało od nadmiaru niedoumierania.

      I nic w nim nie było, prócz czaru i grzechu,
      Prócz bezwiednej woni — wiednego pośpiechu
      I prócz tego dreszczu, co ginie w krwi szumie, —
      A bez niego ciało — ciała nie rozumie."

      Bolesław Leśmian- Napój cienisty- Nocą umówioną

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Leśmian na wtorek”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 września 2018 14:22

Kalendarz

Grudzień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl