Kucharka Zen

Zupy

  • wtorek, 17 lipca 2012
    • Lato w mieście i cudowna zupa imbirowo-pomidorowa

      zupa pomidorowo-imbirowa   zupa pomidorowo-imbirowa

      Godzina 06:05

      Grrrrgygygygyggggrrrrrrrwwwrrrrgygygyggggrrrrr. Piiing-ping-ping-ping. Bzzzzz. Poing-poing-poing. Łup. Łubudup. Turturturturtur-prrrpurpurpur-turturturtur. Wrrrrrrrrrr. Wrrr. Wrrrugrrrrrrugrrrrrruwrrr-gugugu. Gggu-grrrrrugggrrrrrrr. Gugugugug-rrrrrrr. ŁUP. Badabam. Łup.

      Nawet nie otwierałam oczu. Mieszkam tu od siedmiu lat. Śmieciarka codziennie przyjeżdża o tej samej porze. Rozgrzewa silnik pod oknem mojej sypialni. Panowie otwierają bramę wciskając kod w domofonie. Brama oznajmia, że można już wejść charakterystycznym dyskretnym bzyczeniem. Zamyka się z trzaskiem. Panowie wytaczają kontener na śmieci po nierównym chodniku, dźwięk na moment staje się jakby bardziej głuchy, zwielokrotniony echem korytarza. Badabam - ładunek śmieci ląduje w komorze śmieciarki. Łup. Kontener ląduje na ziemi. I cały proces powtarza się, w odwrotnej kolejności. Turturturtur - pusty plastikowy pojemnik jedzie po płytkach, którymi wyłożono moje podwórko. Łup, łubudup - ląduje na swoim miejscu, w rogu obok parkingu. Wrrrguguguguggggrrrr. Silnik sprawdza, na jakich obrotach jest mu najlepiej, produkując kłęby sinoczarnego dymu tuż pod moim balkonem. To pierwsze lokalne dźwięki, których nauczyłam się po przeprowadzce na Mokotów. Dziś już na dobre wrośnięte w mój codzienny akustyczny krajobraz. Swojskie, co nie zmienia faktu, że w ramach pobudki wolałabym morza szum i ptaków śpiew. Ewentualnie szemranie górskiego potoku i szepty targanych wiatrem lasów.

      Godzina 07.30

      Trrrttttrrrrrttttrrrrtttt. Piiiiip. Prrriiiip.

      To chyba jakaś ciężaróweczka niewielka. Zahamowała. Hamulce ma, zdaje się, do naprawy, bo chociaż jestem samochodowym laikiem, nie wydaje mi się, że powinny aż tak piszczeć. Innym samochodom tak nie piszczą.

      Piiiing-ping-ping-ping. Bzzzzzz. Poing-poing. Łup. Tap, tap, tap, taptaptap, tap.

      Ping-ping-ping... Ktoś wstukuje kod. Bzzzz... Zostaje wpuszczony. Brama zamyka się za nim, łomocząc jak zwykle. Musiałam ten łomot słyszeć już tysiące razy. Znam go prawie tak dobrze jak szum krwi w swoich uszach i płynące z wewnątrz mojego ciała rytmiczne bicie serca. Dźwięki mojego organizmu. Dźwięki mojego budynku. Dźwięki mojej ulicy. To wszystko część skomplikowanego systemu, którego częścią jestem ja. Ktoś wszedł w bramę. Echo kroków. Kroki w korytarzu, na podwórku i na schodach. Puls mojego życia.

      Godzina 07.55

      Ta-pa-dam. Pu-dum. Bum. Łup. Tr-ttt-trrrr-ttt-rrrr-ttt. Trrrr-ttttt-tttr-rrrrrrttttt.

      Mówili, że będzie remont. Uprzedzali. Zresztą bardzo uprzejmie, aż miło mi się zrobiło, bo zatrzymali mnie w bramie któregoś dnia, kiedy szłam na spacer z psem, przedstawili się, powiedzieli, że kupują mieszkanie piętro niżej i że będą przeprowadzać generalną renowację (generalną demolkę, powinni byli powiedzieć). Że z góry przepraszają, że ekipa fajna i sprawdzona, że możemy w razie czego się dogadać w sprawie godzin remontu, że postarają się być jak najmniej kłopotliwi, że wrzucą nam wszystkim do skrzynek namiary do siebie na karteczce, żebyśmy w razie czego mogli zadzwonić. Pełna kultura. Ale nie spodziewałam się, że to się tak szybko zacznie. Lato w mieście. Mają uwinąć się do września. Wiertarki. Młotki. Piły. Dłuta. Śrubokręty. Zrywanie boazerii. Kucie glazury. Łup, pan robotnik cisnął coś do kontenera. Łubudup. I znowu coś tam wylądowało. Taki urok Warszawy. Zachciało się szumu morza i śpiewu ptaków? To nad morze wyjechać, a nie na Mokotowie tkwić całe lato.

      Godzina 08.00

      Bzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz. Bzzz. Bzzzz. Budzik. Nareszcie. Ciągle gdzieś czytam o tym, że niewyspani ludzie częściej sięgają po niezdrowe jedzenie. Naukowcy badają ten fenomen i badają i ciągle dochodzą do tego samego wniosku. Niewyspani jedzą więcej, ciężej i częściej. Prawda. Zgadza się i w moim przypadku. Zawsze kiedy brakuje mi snu, automatycznie rośnie mój apetyt na buły, sery i tłuste mięsiwa. Zapominam na amen o wszystkim, co do tej pory wiedziałam na temat zdrowego trybu życia i dobrej diety. Przesiaduję bezwładnie na kanapie. Zamawiam pizzę przez telefon, bo gotować jakoś nie mam siły. Zamiast jednej kawy, piję dwie. Ciastka kupuję jakieś takie bardziej czekoladowo-kremowe niż zwykle. Na kolację funduję sobie deskę serów z krakersami. A apetyt rośnie proporcjonalnie do wyrzutów sumienia. Więc wypadałoby przerwać to błędne koło i jakoś o siebie zadbać. Coś zrobić dla nieszczęsnego, niedospanego organizmu. Proponuję uderzeniową dawkę dobroci, piętnastominutową, jednoosobową zupę-cud.

      zupa pomidorowo-imbirowa   zupa pomidorowo-imbirowa   zupa pomidorowo-imbirowa

      Piętnastominutowa jednoosobowa imbirowo-pomidorowa

      Przepis na tę zupę znalazłam w książce Rachel de Thample, "Less meat, more veg", jednej z moich najulubieńszych książek kucharskich. Kocham tę zupę. Jak dla mnie, to kulinarne arcydzieło. Zupa jest autentycznie piętnastominutowa, prawie nie zauważycie, że ją sami ugotowaliście. A smak ma pięciogwiazdkowy. Nie, przepraszam, sześciogwiazdkowy, a ja sześciu gwiazdek nie przyznaję zbyt często ani zbyt łatwo. No i pożywność pierwsza klasa. Co prawda miałam z nią poczekać do sezonu na pomidory, ale nie wytrzymałam. W sezonie zrobię ją zresztą ponownie. I znowu. I jeszcze raz. Bo to zupa, do której warto wracać. Dobry sposób na wzmocnienie. Świetne lekarstwo antyprzeziębieniowe dla tych, którzy nie jadają rosołku (imbir). A dzisiaj to pomidorowo-imbirowo-czosnkowe cudo na bazie pasty miso zatroszczy się zarówno o moje przedwcześnie wyrwane ze snu ciało, jak i piszczący entuzjastycznie na samą myśl o pomidorówce umysł. Dziękuję bardzo. Dziękuję.

      Składniki: trzy mięsiste pomidory, ząbek czosnku, łyżeczka oliwy, 100ml wywaru z warzyw albo rozpuszczonego w gorącej wodzie wegetariańskiego bulionu, czubata łyżeczka startego na tarce lub drobno posiekanego imbiru, czubata łyżeczka pasty miso (ja miałam jęczmienną, ale każda się nada), pieprz, pestki słonecznika do dekoracji.

      Sposób: pomidory umyć, sparzyć i obrać ze skórki. Pokroić w ósemki i wrzucić do blendera razem z ząbkiem czosnku. Zmiksować. Przelać do rondelka, dodać wywar lub bulion i oliwę, zagotować. Gotować przez 5-10 minut aż wyparują soki i zupa zgęstnieje. Dorzucić imbir, wmieszać pastę miso, podgotować jeszcze przez minutę, żeby wszystko się elegancko zagrzało. Dosmaczyć szczyptą pieprzu. Ewentualnie posypać uprażonym na suchej patelni słonecznikiem. Odpłyniecie. Mówię wam :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Lato w mieście i cudowna zupa imbirowo-pomidorowa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 lipca 2012 13:00
  • wtorek, 10 lipca 2012
    • Zielony, zielony chłodnik

      zielony chłodnik  zielony chłodnik  zielony chłodnik

      Szanowni Państwo, Panie i Panowie, nowy komputer jest już z nami, a wraz z nim pojawiają się ponownie polskie czcionki. Ta-da!!! Dzisiaj szarpię się więc z zupełnie innymi atrakcjami, a mianowicie instalacją sterowników do aparatu fotograficznego, które to sterowniki działałyby w Windows 7, moim nowym systemie operacyjnym. Robię oszałamiające informatyczne postępy. Jeszcze wczoraj nie wiedziałam, co to są sterowniki. Ani Windows 7 zresztą, bo jako kompletny laik zatrzymałam się mniej więcej na poziomie XP, a taka Vista na przykład obiła mi się tylko bardzo odlegle o uszy :) Ale Zosia-Samosia woli przeszukiwać fora dla amerykańskich programistów, kombinować na oślep z kabelkami i płytami CD, kląć amerykańską firmę Canon i ich niezbyt przyjazną dla użytkownika stronę internetową, tupać nózią z frustracji, niż kolejny dzień z rzędu wzywać swojego informatyka. Humaniści i informatycy to nie są najbardziej kompatybilne gatunki. Bez względu na niewątpliwie wysoki poziom kompetencji technicznych tych drugich. Po wczorajszej wielogodzinnej sesji instalacyjnej, czuję oczywiście ogromną wdzięczność i radość i ulgę, bo mam sprzęt, sprzęt jest świetny i sprzęt działa, ale nie obyło się też bez interpersonalnych zgrzytów, przez co wzrósł odrobinę poziom mojej mizantropii. Matko, jacy ludzie potrafią być trudni... A najśmieszniejsze jest to, że widzę wtedy w ich oczach, że to mnie mają za idiotkę. I nie wiem. Śmiać się? Czy płakać? Na mojej półce leży od paru lat książka, napisana przez znanego psychologa społecznego, zdaje się że dobra, więc będzie trzeba ją w końcu przeczytać: "Mylą się wszyscy, tylko nie ja". Taki ma tytuł. No więc to byłby dobry nagłówek dla podsumowania wczorajszego informatycznego posiedzenia. Trafił uparty na upartego. Mądrala na mądralę. To zawsze bardzo zabawne spotkania.

      Pomiędzy nieudanymi próbami dowiedzenia się dlaczego ten komputer, w przeciwieństwie do wszystkich poprzednich, uważa że podłączony do niego aparat jednak nie istnieje (kurczę, prowadzę z komputerem ontologiczną dyskusję, warto było przynajmniej rok postudiować filozofię zanim wybrałam bardziej praktyczny kierunek), pichcę sobie rożne różności i robię im zdjęcia, w nadziei (oby nie płonnej), że kiedyś jednak mój cud techniki pozwoli mi te fotki wam pokazać.

      zielony chłodnik   zielony chłodnik

      Znów wypróbowuję inspirujące dania z czasopisma "Food for Friends". Te z bardziej swojskimi, dostępnymi w mojej okolicy składnikami. Obudziłam się o jakiejś szóstej rano, dwie godziny przed budzikiem (bo przecież mam wolny dzień) i poszłam na spacer z psem, kierując się w stronę swoich ulubionych zielonych podwórek po drugiej stronie Niepodległości. Było przyjemnie, spacerowaliśmy długo, pies biegał esami-floresami po trawnikach, warcząc na piękne biało-czarne dachowce, a ja przechodziłam z chłodnego cienia w intensywne światło, podziwiając zieleń, wsłuchując się we własne kroki, trochę zapominając o reszcie świata. Kiedy wracałam do domu, zrobiło się już cieplej i już wiedziałam, że to dzień na ogórkową zupę. Lekko słodkawy, pikantny, orzeźwiający zielony chłodnik.

      Składniki: jeden ogórek, pół zielonej papryki, jedno zielone jabłko, 300ml warzywnego bulionu, około 2cm zielonej papryczki chilli (jeśli macie, ja użyłam kilku kropel sosu tabasco), pęczek szczypiorku albo garść posiekanej natki pietruszki, łyżka octu jabłkowego albo winnego, sól i pieprz. Do dekoracji - kremowy jogurt, oliwa z oliwek.

      Sposób: na początek wrzućcie warzywa do lodówki, żeby się elegancko schłodziły. Bulion możecie ugotować z prawdziwej włoszczyzny, wtedy zupa będzie lepsza, zdrowsza i szlachetniejsza, albo możecie użyć wegetariańskiego bulionu w proszku. Ugotowany bulion odstawcie do ostygnięcia. Obierzcie ogórek i pokrójcie go na duże kawałki. Paprykę i jabłko również pokrójcie na duże cząstki. Pokrojone warzywa wrzućcie do miksera. Miksujcie, stopniowo dodając bulion, następnie dodawajcie po trochu posiekanych ziół (szczypioru/pietruszki i chilli), dostosowując ilość do ostrości, jaka wam odpowiada, więc warto próbować jak smakuje zupa na kolejnych etapach. Doprawcie gotową zupę octem, solą i pieprzem. Wstawcie przynajmniej na godzinkę do lodówki, wtedy zupa będzie idealna. Podawajcie udekorowaną odrobiną jogurtu i skropioną oliwą.

      zielony chłodnik   zielony chłodnik

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Zielony, zielony chłodnik”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 lipca 2012 13:31
  • wtorek, 03 lipca 2012
    • Romantyczne gazpacho

      gazpacho   gazpacho   gazpacho

      Dzisiejszy dzień upłynął mi pod znakiem niesłychanie romantycznych i wielce cenionych społecznie (żeby nie powiedzieć prestiżowych) zajęć kobieco-domowych typu: ręczne pranie  dwóch par trampek, zakupy w sklepie kosmetyczno-przemysłowym (tu nastąpił szczyt romantyzmu: papier toaletowy, worki na śmieci, odkamieniacz), porządki w kuchni, paniczne naprawianie pozornie nieżywego modemu, byle tylko nie wzywać informatyka (jak widać modem ocuciłam), sprawunki warzywne i spożywcze (pełen romantyzm: pół kilo kartofli, dwie kalarepy, kapusta), wizyta w banku, zmywanie, gotowanie, zmywanie, rozpakowywanie walizek, składanie ubrań, zmywanie, sortowanie i wyrzucanie śmieci plastikowo-recyklingowych, wkładanie ubrań do odpowiednich szuflad i na odpowiednie półki, znowu zmywanie. Objuczona siatami we wszystkich możliwych rękach, nabawiona odcisków na opuchniętych stopach, naelektryzowana i spocona od stóp do głów, ale za to w kwiecistej sukieneczce, zeszłam pół dzielnicy i dopiero teraz usiadłam, żeby sobie coś miłego zjeść w nagrodę za dzień pracy żmudnej i bardzo odległej od moich wizji wygodnego życia (prywatny basen z chłodną wodą, drinki z parasolkami, sekretarka, ogrodnik, szef kuchni i szofer wożący mnie moim klimatyzowanym jaguarem na zakupy w małych butikach nieznanych szerszej publiczności projektantów). Z braku możliwości natychmiastowej realizacji wizji o basenie i szoferze, zjadłam sobie romantyczną kolację w pojedynkę.

      trampki

      A na kolację gazpacho, dla ochłody, i kolejna prosta, ale pyszna sałatka z bobu, obie zainspirowane pomysłami jednej mojej blogowej koleżanki. Uznałyśmy zgodnie, że nie ma co się męczyć i w taki upał należy się po prostu żywić chłodnikami i sałatkami. Dziękuję za inspirację, Squirku :)

      Ale zanim napiszę wam co możecie zrobić żeby sami uskutecznić podobne do mojego tete a tete z letnim jedzeniem, akcent prawdziwie romantyczny, bo przebywając w Kazimierzu, wskoczyłam na moment do namiotu z przecenioną książką, bo takim namiotom nigdy nie mogę się oprzeć. I kupiłam sobie kilka dziwnych pozycji, w tym bardzo sympatyczną książeczkę Erin McKean, "To miłość!", w której autorka zebrała rozmaite różnokulturowe idiomy i przysłowia dotyczące miłości właśnie. Co ciekawszymi chciałabym się z wami dzisiaj podzielić, bo mnie rozśmieszyły, rozczuliły, dały trochę nadziei i wprawiły w dobry nastrój (nie mówię w tych wszystkich językach, wyrażenia podaję na ślepo za książką). Wszystkie poniższe powiedzonka to odpowiedniki polskiego "zakochać się od pierwszego wejrzenia", zadurzyć się, "wpaść po uszy", albo "oszaleć z miłości":

      Niderlandzki: Als een blok voor iemand vallen. Paść jak kloc.

      Serbsko-chorwacki: Stati na ludi kamen. Stąpnąć na szalony kamień.

      Hiszpański (Meksyk): Me traes de nalgas. Rzuciłaś/rzuciłeś mnie na pośladki.

      Fiński: Retkahtaa. Upaść niechcący z całą siłą (idiom, który oznacza też powrót do picia po okresie abstynencji).

      Hiszpański: Tragado como media de cartero. Połknięty (zakochany) jak skarpetka listonosza.

      Bułgarski (transkrypcja z cyrylicy): Udari me sljapata nedelja. Uderzyła mnie ślepa niedziela.

      Rumuński: Mi-a ramas sufletul la tine. Moja dusza została u ciebie.

      Włoski: Prendere una sbandata per qualcuno. Wpaść dla kogoś w poślizg.

      W książeczce "To miłość!" jest tego jeszcze więcej, więc dzisiaj, kiedy będę wypoczywać po posiłku na kanapie, poczytam sobie dalszy ciąg i się rozweselę. A teraz patent na chłodzące, wielojarzynowe, leciutkie gazpacho, który powstał na bazie przepisu z czerwcowego "Mojego Gotowania":

      Składniki gazpacho: bułka kajzerka, 3-4 ząbki czosnku, 4 łyżki dobrej oliwy, trzy papryki, trzy duże pomidory, biała cebula, dwa małe ogórki, 2-3 łyżki octu winnego (ja użyłam sosu z granatów), sól i pieprz.

      gazpacho

      Sposób: odkrawamy kromkę z kajzerki i zostawiamy na później. Resztę bułki rwiemy na małe kawałki i wrzucamy do blendera z czosnkiem oraz oliwą. Miksujemy, odstawiamy. W międzyczasie siekamy po garści papryki, ogórków i cebuli w kosteczkę, która później posłuży do ozdoby chłodnika. Resztę papryki, ogórków i cebuli kroimy niedbale na mniejsze kawałki i miksujemy razem z pokrojonymi byle jak pomidorami. Dodajemy mieszankę bułki i czosnku i miksujemy jeszcze raz. Zmiksowaną mieszankę warzyw (i tu następuje mój ulubiony moment) przecieramy pracowicie przez sito. Ja mam maleńkie siteczko, więc cały proces przecierania jest dość zabawny i mocno przedłużony, bo podzielony na partie. Do przetartej zupy dodajemy ocet (albo rewelacyjny sos z granatów). Możecie ją jeszcze rozrzedzić wodą mineralną (mniej więcej dwiema szklankami), ale ja lubię taką mocno warzywną, esencjonalną zupę. Koniecznie wstawcie ją przed jedzeniem na parę dobrych godzin do lodówki, bo się pięknie przemaceruje i elegancko ochłodzi. Przed podaniem doprawcie solą i pieprzem, ozdóbcie pokrojonymi w kostkę warzywami i grzaneczkami zrobionymi z uprzednio odkrojonej kromki bułki. Pyszności.

      A sałatka z bobu?

      Wymieszajcie poniższe składniki: pół kilo bobu, ugotowanego i obranego ze skórki; dwa pomidory, sparzone, obrane ze skórki i pokrojone w kostkę; opakowanie (130g) koziego serka Labneh marynowanego w oleju z chilli (możecie sami spróbować dzień wcześniej zamarynować kozi ser albo fetę w oliwie z dodatkiem płatków ostrej papryki (ja kiedyś tak marynowałam oliwki, mniej więcej tydzień trzymając je w podobnym oleju, i były obłędne)), pokruszonego albo pokrojonego w kostkę, zależnie od konsystencji; garść posiekanej natki pietruszki; sok wyciśnięty z połowy cytryny; olej lub oliwa z chilli (ja użyłam tej, w której marynował się serek); sól i pieprz; ewentualnie garść soczystych zielonych oliwek w ramach dodatku.

      sałatka z bobu   sałatka z bobu   sałatka z bobu

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Romantyczne gazpacho”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 lipca 2012 21:20
  • środa, 06 czerwca 2012
    • Zupa z jarmużu, młodych kartofelków i grillowanej kiełbaski

      zupa jarmużowa z młodymi ziemniaczkami    zupa jarmużowa z młodymi ziemniaczkami

      Kupiłam sobie dzisiaj jarmuż. Zaczęło się od tego, że przechadzałam się po Starym Mokotowie załatwiając listy polecone na poczcie, darmowe numery w salonie operatora telefonii komórkowej, zakupy środków czyszczących i kosmetyków, spontaniczną wizytę u znajomej białoruskiej fryzjerki (nareszcie ktoś przywrócił mnie do stanu, który komfortowo ogląda się w lustrze), przekazanie faktury znajomej, dla której robiłam jedno zlecenie i inne takie codzienne sprawy. Najfajniejsza w dzisiejszym załatwianiu spraw była jakaś taka łatwość i nieśpieszność. Żadne z moich zadań nie nagliło terminem "na wczoraj", miałam więc nieodparte wrażenie, że o ósmej trzydzieści rano wyszłam na arcyprzyjemną przechadzkę po słonecznych stronach przedwojennych ulic, przechadzałam się leniwie, swobodnie, spontanicznie i bez celu, wstępując to tu, to tam, ucinając sobie pogawędki, przysiadając na murku z lodem imbirowym, a potem wracając do domu o pierwszej, równie zrelaksowana jak na początku tej eskapady, tyle że obładowana torbiszczami i zadowolona, bo mogę odhaczyć w kalendarzu wszystko, co miałam zaplanowane na ten tydzień. Jakim cudem? Chciałabym, bardzo bym chciała, żeby taka niewymuszona wydajność towarzyszyła mi zawsze. Ale trzeba się cieszyć tym, co się ma, a ma się poprawę nastroju, bo przez ostatnich kilka dni chodziłam w stanie bardzo mizantropicznym i obawiałam się, że już mi tak zostanie dożywotnio.

      Tak więc w trakcie arcyprzyjemnej przechadzki Kazimierzowską, Narbutta, Wiśniową, a potem Kwiatową, Różaną i Racławicką, wymyśliłam, że kupię ekologiczne truskawki w moim ulubionym ekologicznym, ale - jak to z ekologicznymi bywa - truskawki wyszły. Był natomiast jarmuż. A także świeżo zerwana pokrzywa i szczaw. Odważyłam się i kupiłam. Jarmuż. A godzinkę temu znalazłam w książce najgroźniejszego angielskiego szefa kuchni, Gordona Ramseya, przepis na świetną jarmużową zupę. Zmodyfikowałam ją odrobinkę, bo sezon jest na młode kartofelki, a nie na wielkie kartofliska, poza tym nie miałam w domu chorizo, które figuruje w oryginalnym przepisie, tylko ekologiczne białe kiełbaski na grilla, do których mam sentyment, bo kiedyś je jadłam non-stop przez cały weekend, bawiąc z wizytą u uroczej austriackiej koleżanki w uroczej górskiej chacie gdzieś w Karyntii (ojczyźnie Arnolda Schwarzeneggera). Książka Ramseya nazywa się "Healthy Appetite" i zawiera masę przepisów na lekkie i zdrowe śniadania, obiady, podwieczorki i kolacje.

      zupa jarmużowa z młodymi ziemniaczkami    zupa jarmużowa z młodymi ziemniaczkami

      Składniki: 200g jarmużu, oliwa z oliwek, 2 cebule, 2 ząbki czosnku, 150g chorizo/boczku/białej kiełbaski (w wersji wegańskiej mogą być parówki sojowe), 8-10 młodych kartofelków (albo dwa bardzo duże), 1.5 litra bulionu warzywnego, sól i pieprz.

      Instrukcje: Umyć jarmuż, usunąć twarde łodygi i bardzo drobno posiekać liście. Odłożyć do miski i zostawić na później. W dużym garnku/rondlu rozgrzać dwie łyżki oliwy i podsmażyć na niej posiekaną w kosteczkę cebulę i bardzo drobno pokrojony czosnek. Pokroić chorizo albo boczek w kosteczkę, a jeśli używacie białej kiełbaski lub sojowych parówek, pokrójcie je w cienkie talarki. Dorzućcie wędlinę do cebuli i czosnku. Smażcie przez kilka minut. W międzyczasie wyszorujcie kartofle. Młode możecie zostawić takie jak są, natomiast większe warto obrać ze skórki. Pokrójcie je w kostkę i dorzućcie do garnka. Dodajcie bulion i przyprawcie zupę solą i pieprzem. Zagotujcie, po czym zmniejszcie nieco gaz. Gotujcie dopóki ziemniaki nie zmiękną. Wrzućcie do garnka jarmuż i gotujcie przez kolejne trzy do pięciu minut, aż i on zacznie mięknąć. Doprawcie, jeśli to konieczne. Et voila!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Zupa z jarmużu, młodych kartofelków i grillowanej kiełbaski”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 06 czerwca 2012 20:16
  • sobota, 19 maja 2012
    • Weekendowe pudełko nr 2 czyli słoik dyniowej zupy

      zupa z dyni i soczewicy    zupa z dyni i soczewicy    zupa z dyni i soczewicy

      Zupa co prawda należy do kategorii rozgrzewająco-zimowych, ale parę dni temu było tak chłodno, że zaliczyłam wieczorny spacer z psem w wełnianej czapce i puchowej kurtce. Poza tym miałam w lodówce kawałek dyni. Więc czemu nie? Ta improwizowana, intensywnie pomarańczowa w kolorze, marchewkowo-dyniowo-soczewicowa potrawa smakowała mi tak bardzo, że siostra, która chwilowo stołuje się w mojej Zen Kuchni, dostała jej trochę mniej niż początkowo planowałam, bo prowizja za usługę cateringową wzrosła do mniej więcej 40 procent. Sporo. Wiem. Ale zupie, kuszącej kokosową nutą, nie można się było oprzeć.

      Składniki: spora cebula, duży ząbek czosnku albo dwa małe, przynajmniej dwie szklanki obranej i pokrojonej w małą kostkę dyni, dwie obrane i pokrojone w plasterki marchewki, szklanka umytej czerwonej soczewicy, pół litra wywaru z warzyw (ewentualnie wody z czubatą łyżeczką bulionu wegetariańskiego), pół szklanki mleczka kokosowego, po pół łyżeczki: słodkiej sproszkowanej papryki, cynamonu, mielonego imbiru. Pół łyżeczki harissy. Sól i sporo pieprzu.

      Sposób przygotowania: posiekaną drobno cebulę podsmażyć wraz z wyciśniętym w prasce czosnkiem na oleju/oliwie (ja użyłam po trochu oleju rzepakowego i oleju z pestek dyni). Dosypać przyprawy - słodką paprykę, cynamon, imbir i harissę. Smażyć jeszcze przez chwilę, po czym dodać soczewicę i dobrze wymieszać z cebulą i przyprawami. Do garnka wrzucić dynię i marchew. Zalać wywarem z warzyw i gotować przez około 30 minut, dopóki warzywa i soczewica nie zmiękną. Wlać mleczko kokosowe i zagrzać. Przyprawić do smaku. Zmiksować na gładziutko. Pyszności.

      zupa dyniowo-soczewicowa   zupa dyniowo-soczewicowa

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 19 maja 2012 13:08
  • środa, 02 maja 2012
    • Szparagowa z Rapperswilu

       szparagi białe i zielone   zupa szparagowa   białe szparagi

      Rapperswil to miasteczko położone na jednym koniuszku zagiętego jak bumerang Jeziora Zuryskiego. Z Zurychu, umiejscowionego na drugim jego końcu, można się tam dostać pociągiem albo, co polecam serdecznie, za pomocą prawie dwugodzinnego rejsu wygodną białą łodzią parową. To idealna niedzielna wycieczka, szczególnie jeśli, tak jak w ostatnią niedzielę w Szwajcarii, niebo jest lazurowe i rozchmurzone, słońce grzeje, bryza lekko chłodzi, a na horyzoncie błyszczą szczyty gór, jeszcze pokryte śniegowymi czapkami. Nasza łódź delikatnie kołysała, płynąc zygzakiem między położonymi na soczysto zielonym wzniesieniu przybrzeżnymi miasteczkami. W którejś chwili wyobraziłam sobie, że mieszkam w jednym z tych niewielkich, pomalowanych na ciepłe kolory szwajcarskich domków z okiennicami, a przez okna wpada mi do salonu zapach wilgotnego powietrza. I nie była to wcale nieprzyjemna fantazja.

      W Rapperswilu powitał nas szpaler przedziwnych karłowatych kasztanowców z powyginanymi gałęziami i ubrany w kostiumy z trudnej do zidentyfikowania epoki australijski zespół rockowy, który grał w porcie, ku uciesze turystów, piosenki o miłości, wolności i bólu istnienia, na trzy gitary, dwie pary skrzypiec i bardzo aksamitny męski głos. Oczywiście musiałam sobie kupić na pamiątkę płytę CD. Przeszliśmy się po maleńkim, przytulnym miasteczku. Na wzgórku zobaczyliśmy mały zameczek, kiedyś należący do polskiej rodziny Platerów, która osiedliła się tam po Powstaniu Styczniowym. Przyjaciółka opowiedziała mi o mieszczącym się teraz w środku Muzeum Polskim, wyposażonym w eksponaty przez zamieszkujących Szwajcarię Polaków, którzy ludowe kostiumy, militaria, obrazy i meble zostawiali muzeum w spadku albo oddawali w prezencie. Przyjaciółka, od paru lat przemieszczająca się po Europie za pracą i holenderskim chłopakiem, powiedziała, że wizyta w muzeum to wzruszające przeżycie. Niestety, nie udało nam się wejść do środka. Czy małe miasteczko nad szwajcarskim jeziorem to nie przedziwne miejsce dla takiego polskiego zakątka?

      rapperswil   zurych

      No i wreszcie schroniliśmy się przed słońcem pod parasolem małej restauracyjki, jednej z nielicznych serwujących po południu jedzenie. Usiedliśmy wokół drewnianego stolika, na tarasie z widokiem na niczym niezmącony błękit i migotanie jeziora. Powtarzałam sobie w myślach: to są momenty, które się pamięta do końca życia. A potem mówiłam sobie jeszcze: to, moja droga, jeśli już nie pamiętasz, nazywa się szczęście. A kiedy uprzejma kelnerka postawiła przede mną talerz spienionej mlecznej białej zupy i kiedy spróbowałam tego kremowego cuda o leciutkim posmaku wina, z kawałkami chrupiących zielonych szparagów, zamilkłam i zamilkł też mój zaskoczony wewnętrzny komentator.

      szparagi białe i zielone   zupa szparagowa

      Dzisiaj powtarzam, na sposób domowy i niedoskonały, to doświadczenie. Nie tylko kulinarne. Miałam nadzieję, że razem ze zrekonstruowanymi smakami i łagodnym akompaniamentem rocka z antypodów, tu w Warszawie pojawi się również cały ten leniwy, pogodny niedzielny nastrój - spokój, rozluźnienie, poczucie przynależności i dawno zapomniana myśl, że to wystarczy, że już niczego, ale to niczego nie brakuje.

      Składniki biało-zielonej szparagowej zupy z Rapperswilu: pęczek białych szparagów i kilka zielonych, ćwierć szklanki białego wina (jeśli pijecie i macie je w domu), łyżka masła i odrobina oliwy, cebulka, pół opakowania śmietanki 22%, szklanka bulionu wegetariańskiego (albo jeszcze lepiej, prawdziwego wywaru warzywnego), łyżeczka estragonu, duża szczypta pieprzu, spora szczypta soli.

      Krok 1: ugotować szparagi. Zielone szparagi umyć, obciąć końcówki i usunąć zdrewniałe wypustki. Gotować na parze przez 2-3 minuty. Powinny zmięknąć, ale nadal być chrupiące. Białe szparagi również umyć, obciąć końcówki i obrać z twardej niewidocznej "skórki" obieraczką do jarzyn. Wrzucić na około 4-5 minut do gotującej się wody z sokiem z cytryny i cukrem.

      Krok 2: białe szparagi, pokrojone na mniejsze kawałki, zmiksować ze śmietanką na kremową masę. Posolić, posypać pieprzem i estragonem i bardzo stopniowo, bardzo powolutku ogrzać w rondelku.

      Krok 3: w drugim garnku, na maśle z dodatkiem odrobiny oliwy, zeszklić pokrojoną w kostkę cebulkę. Jeśli gotujecie wersję wykwintną, z białym winem, dolejcie teraz wino i podgotujcie aż się zredukuje. Dodajcie bulion i zagotujcie. Kiedy mieszanka szparagowo-śmietankowa zacznie zbliżać się do wrzenia, połączcie zawartość obu garnków, dokładnie mieszając. Serwujcie zupę ozdobioną kawałkami chrupiących zielonych szparagów. Życzę wam niezapomnianych - przynajmniej tak jak moje - przeżyć.

       białe szparagi   białe szparagi

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 02 maja 2012 19:08
  • sobota, 17 marca 2012
    • Zielona zupa na poczekaniu

      szpinak  groszek

      Zupa na poczekaniu, bo czekam na wiosnę. Wyszło słońce, krokusy w ogrodzie moich rodziców przebiły się nad ziemię, słupek rtęci pracowicie wspina się na poziomy niespotykane w marcu, a ja już od pewnego czasu sprawdzam na sąsiedzkim bazarku czy przypadkiem nie pojawiły się nowalijki. W oczekiwaniu na nowalijki więc, ku uczczeniu niespodziewanej wiosny, nabrałam ochoty na coś intensywnie zielonego i ugotowałam zupę z mrożonek. Niektórzy eksperci od żywienia twierdzą (a inni jak zwykle twierdzą coś wręcz przeciwnego, ku mojemu tradycyjnemu skołowaniu), że o tej porze roku lepiej zjeść warzywa z zamrażarki niż te zmarnowane biedaczyny, które całą zimę przeleżały w chłodniach, a teraz straszą oklapłe ze sklepowych półek. Dla smakoszy przekonanych, że mrożonka to świętokradztwo i dla osób, które akurat trafiły tu w lepszym sezonie, podaję więc dwie wersje przepisu  - szybką (mrożonkową) i naturalną (luksusową).

      Jak to działa:

      Oczywiście świeże warzywa zawierają więcej składników odżywczych niż mrożone. Groszek daje nam same dobre rzeczy – witaminę C, żelazo, kwas foliowy. Dzięki błonnikowi, wspomaga funkcjonowanie jelit. Szpinak robi jeszcze większe wrażenie – przeciwutleniacze chronią przed rakiem, a błonnik (znowu) obniża stężenie złego cholesterolu, zapobiegając chorobom serca i rozmaitym kłopotom z mózgiem.

      Wersja ekspresowa:

      Na oliwie z oliwek szklimy pokrojoną w kostkę cebulę z jednym ząbkiem czosnku. Dosypujemy czubatą łyżeczkę ostrego curry. Kiedy jestem w ambitniejszym nastroju, robię własną mieszankę curry, na przykład z mielonego kminu, kolendry, ziaren gorczycy, garam masali, chilli i kurkumy. Próbuję najpierw jak smakuje mieszanka, w której wszystkiego dodałam po pół łyżeczki. Potem eksperymentuję do skutku, dodając trochę więcej tych przypraw, które wydają mi się potrzebne.

      Dodajemy umyte listki szpinaku (tyle, ile zmieści się w durszlaku) i dusimy aż zmiękną, ściemnieją i zwiną się. Jeśli korzystacie z mrożonki, polecam szpinak mrożony w kostkach ze sprasowanych liści – w tym przepisie można użyć czterech-pięciu takich brykietów, zależnie od upodobania. Tej zielonej zupie może dobrze zrobić jeśli będzie trochę bardziej szpinakowa niż w mojej wersji. Dorzucamy pół opakowania mrożonej włoszczyzny i pół opakowania mrożonego groszku. Zamiast groszku sprawdza się też fasolka szparagowa albo bób (ja znalazłam w dziale spożywczym swojego ulubionego angielskiego sklepu mieszankę groszku, bobu i soi, którą widać na zdjęciu i którą z powodzeniem wypróbowałam w tym daniu). Zupę gotujemy około 5 minut. Miksujemy i wstawiamy na moment z powrotem na gaz. Zabielamy łyżką mleka kokosowego (weganie, osoby uczulone na laktozę i makrobiotycy) albo śmietanki (cała reszta ludzkości). Grzejemy ale nie doprowadzamy do wrzenia. Solimy i pieprzymy do smaku. Serwujemy.

      zielona zupa  zielona zupa 2

      Wersja luksusowa:

      Korzystamy wyłącznie ze świeżych warzyw. Kiedy w warzywniakach pojawi się szpinak w pęczkach i kiedy będzie można kupić świeży, nie suszony, groszek albo prawdziwą szparagówkę. Kiedy na bazarach zaczną sprzedawać piękną, jędrną, nowalijkową włoszczyznę. Wtedy jest sens ugotować prawdziwą wiosenną wersję tej zupy, oczywiście odpowiednio dłużej, do miękkości.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 17 marca 2012 15:21

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl