Kucharka Zen

Obiady

  • czwartek, 10 stycznia 2013
    • Cytrynowy pstrąg i pies, który połknął termometr.

      cytrynowy pstrąg

      Dzisiaj czwartek. Rzucili świeże ryby na bazarek po sąsiedzku. Zrobiłam sobie przerwę w pracy i poszłam. Zimno było. Ciemno. Mokro. Kupiłam filet z pstrąga. Najmniejszy jaki mieli, ale i tak duży. Postanowiłam wrócić autobusem, ale po drodze na przystanek pchnęło mnie do sklepu z artykułami gospodarstwa domowego, takiego wielobranżowego, typu "mydło i powidło", gdzie żeby coś znaleźć, trzeba się koniecznie skonsultować z właścicielką stojącą za ladą. Bo towar ułożony jest wedle niepowtarzalnej, czytelnej wyłącznie dla niej samej logiki. Przypomniało mi się, że potrzebuję filtra do dzbanka na wodę. I że kiedyś widziałam w tym sklepie noże ceramiczne.

      Bo czy nie fajnie byłoby posiadać w domu jeden nóż, który kroi? Mam całą kolekcję tępych. I dwie różne stuprocentowo nieskuteczne ostrzałki. W związku z czym ostrzę swoją kolekcję noży tylko raz do roku. W lecie moimi ulicami chadza pewien pan z taką przedpotopową maszyną - wyposażoną w kamienne koło i napędzaną pedałem, na który trzeba z impetem stawać ciężarem całego ciała. Pan ogłasza swoją obecność uderzając metalowym przedmiotem w inny metalowy przedmiot. A ja natychmiast wybiegam z domu z kilkoma nożami w ręku, goniąc za panem, który zdążył już się cudownym sposobem przemieścić dwie przecznice dalej. I kiedy tak ganiam wśród przedwojennych kamienic, przez chwilę wydaje mi się, że trafiłam w czasy Wielkiego Kryzysu. Tylko gazeciarzy brakuje. I bimbru. Bo bieda z nędzą dookoła jest bez wątpienia.

      Natomiast w sklepie AGD musiałam poczekać z zakupem na koniec opowieści, którą właścicielka, urocza pani w aureoli drobniutkich, siwych loczków, serwowała klientce trzymającej na smyczy dwa kundle. Stałam więc cierpliwie, atakowana przyjacielsko przez czarującą sukę, której się chyba wydawało, że jestem himalajskim szczytem, a ona himalaistą, bo wspinała się na mnie z ogromną determinacją. Stałam więc nieporuszona jak jakiś Mount Everest, pies wchodził coraz wyżej, a właścicielka kończyła historię o tym, jak jej suczka, o taka maleńka (pokazała dłońmi niewielką puchatą kuleczkę w kształcie psa) zjadła kiedyś leżący na stole termometr. Taki do mierzenia temperatury chorych ludzi.

      Właścicielka zadzwoniła do swojego weterynarza, który akurat był bardzo daleko i odbierał poród i który odesłał ją do kliniki przy SGGW. Pojechała. Dostała się do weterynarza. Pies się szarpał, miotał i wyrywał ("a wie pani, takiego dużego to jeszcze jakoś można utrzymać, ale takie maleństwo jak się wyrwie, to nie dogonisz"), dostał z wrażenia gorączki, lekarka wezwała konsylium, które deliberowało czy aby nie trzeba by operować, bo przecież suka połknęła rtęć. Jeden z weterynarzy, obdarzony szczególnym lekarskim poczuciem humoru, zapytał po co operować, skoro potem, kiedy już psa otworzą i dostaną się do jego żołądka, nikt nie da rady tej rtęci złapać i wyjąć. Rtęć - stwierdzili w końcu lekarze - niebezpieczna jest kiedy wdycha się jej opary, natomiast połknięta zostanie w naturalny sposób wydalona z ciała. Dramatyczna historia suki, która połknęła termometr skończyła się rentgenem ("no jest rtęć, rzeczywiście") i rygorystyczną tygodniową dietą, składającą się głównie z kleików, kaszy i kapusty kiszonej, które miały stymulować perystaltykę jelit. W tym momencie nie wytrzymałam i włączyłam się do rozmowy. "To psy mogą jeść kiszoną kapustę?". "Ależ oczywiście" - odpowiedziała mi właścicielka sklepu - "moja uwielbia suróweczki z kiszonej kapusty, tylko, oczywiście, kiedy musiała je jeść, to nie chciała ich wziąć do pyska". Po tygodniu kapuścianej diety, pies wrócił do kliniki weterynaryjnej i z niechęcią poddał się kolejnemu badaniu RTG. Rtęć zniknęła. Pies nadal żyje i ma się dobrze.

      Tak podbudowana, wróciłam do domu i wypróbowałam swój nowy ceramiczny nóż. Zapomniałam tylko, ze od lat kroję tępawymi i mam nawyki z tym związane, więc na dzień dobry ręce musiałam sobie przyozdobić plasterkiem, bo wzięłam trochę za duży zamach.

      Cytrynowy pstrąg z kolorowymi warzywami

      Ale w wyniku moich eksperymentów z ceramicznym nożem powstał dość cudowny, świeży, lekki domowy obiad, który wprawił mnie w prawdziwie nie-styczniowy nastrój. Pierwsza rzecz, jaką zrobiłam, to zamarynowałam filet z pstrąga w soku z całej cytryny i zgniecionym ząbku czosnku. Kilka godzin później, w garnku do gotowania na parze ułożyłam warstwami: garść różyczek brokuła, dwa małe ziemniaki pokrojone w cieniutkie plasterki i rybę. Kiedy ten zestawik sobie elegancko parował, ja pokroiłam pół czerwonej papryki i pół bulwy kopru włoskiego na cienkie paseczki i podsmażyłam do miękkości na oliwie z oliwek. Po czym wyłożyłam wszystko na talerz i posypałam solą ziołową oraz pieprzem. I tyle. Bardzo to było smaczne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Cytrynowy pstrąg i pies, który połknął termometr.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 stycznia 2013 18:15
  • sobota, 13 października 2012
    • Comfort food

      comfort food    comfort food    comfort food

      Wczoraj wstałam rano i czułam się jakby przejechał po mnie czołg. Dzisiaj, dla odmiany, obudziłam się jak przejechana przez dwa pojazdy opancerzone, jeden od razu po drugim. Coś mnie bierze. W sam raz w pierwszy wolny weekend od dawna. Z tej okazji nagle bardzo zapragnęłam posiadać żonę. Preferowałabym męża, ale nie wiem, czy występuje w naturze mąż biegający na trzy spacery z psem dziennie, gotujący anty-przeziębieniowe rosołki, robiący zakupy na cały przyszły tydzień, piorący hurtowo wszystkie moje czapki i szaliki zanim przyjdzie zima, zasuwający do apteki po coś na ból gardła oraz do cukierni (ale tej dwa przystanki od domu), bo zachciało mi się konkretnego czekoladowego ciasta - a wszystko to z własnej inicjatywy i nieprzymuszonej woli. Z uśmiechem na ustach, bo mama z tatą wychowali go jak dziewczynkę, czyli w celu sprawiania innym przyjemności przy równoczesnym odmawianiu jej sobie. Więc wychodzi na to, że muszę zacząć szukać żony. Może być taka z doskoku, wyłącznie na okresy kiedy za dużo pracuję i zaczynam się w nagrodę co dwa tygodnie przeziębiać.

      Z braku żony to ja - przejechana przez dwa czołgi - wykonałam wszelkie porządkowo-opiekuńcze czynności jakich wymagał mój pies, moja zimowa garderoba i moje mieszkanie, przeżywające kolejną już w naszej wspólnej karierze inwazję moli przyniesionych wraz z jakimś mącznym lub orzechowym produktem z jakiegoś sklepu. Mole pozbawiają mnie radości życia. Skutecznie, prawie tak jak wypełnianie PITów w kwietniu.

      Więc kiedy już poprałam, posprzątałam, zacerowałam brązową spódniczkę w sam raz do pracy w poniedziałek (jak ja się doczołgam do poniedziałku?), kiedy już usiadłam na kanapie i otworzyłam cudem zdobyty w bibliotece publicznej egzemplarz nowego kryminału Jo Nesbo, poczułam się głodna. O ile życie byłoby łatwiejsze gdyby człowiekowi nigdy nie chciało się jeść. Pić. Ani spać. "Żono" - chciałam zawołać - "żono, zrób jakiś rosołek". Ale odpowiedziało mi, jak zwykle, milczenie. Pies też sugestywnie patrzył w inną stronę, postanowiwszy chyba, że dzisiaj nie Wigilia i nie będzie wychodził z psiej roli robiąc cokolwiek ludzkiego. Nawet w Wigilię nie ma w repertuarze gotowania wywaru z kury.

      Więc padło na mnie. Jak zwykle. Rosołku nie upichciłam, ale z okazji mgieł porannych, chłodów wieczornych, wykradających chyłkiem po kawałku dnia ciemności, oraz inauguracji sezonu grzewczego, postanowiłam wykonać pierwsze tej jesieni danie z gatunku "comfort food". Oto ono (porcja na jedną osobę):

      Kiełbaski na ostro, z brukselką, czarną fasolą i pieczonymi kartofelkami

      Składniki: sześć parówek sojowych albo dobrej jakości kiełbasek drobiowych/cielęcych (zależnie od waszej orientacji kulinarnej), sześć dużych brukselek, duża cebula, pół szklanki ugotowanej czarnej fasoli, szczypta pieprzu, kilka kropel tabasco, płaska łyżeczka wegetariańskiego bulionu w proszku. Sześć małych okrągłych kartofelków, sól ziołowa, oliwa z oliwek.

      Sposób: rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Kartofelki dobrze umyć i pokroić w kliny albo frytki. Włożyć do żaroodpornego naczynia, polać łyżeczką oliwy, dobrze wymieszać, żeby oliwa pokryła ziemniaki, posypać solą ziołową i wstawić na około 20 minut do piekarnika. W międzyczasie parówki/kiełbaski pokroić w talarki i podsmażyć w rondelku na odrobinie oliwy. Kiedy zaczną się rumienić, dodać posiekaną niedbale cebulę i drobno pokrojone (ja pokroiłam je w plasterki, a potem w paski) brukselki. Poddusić, mieszając, w razie czego podlewając odrobiną wody, żeby składniki nie przywarły do dna rondelka. Dodać czarną fasolę (ja miałam fasolę z puszki, w jadalnej zalewie z dodatkiem pomidorów, więc dorzuciłam też trochę zalewy) i odrobinę wody plus wszystkie przyprawy i bulion. Przykryć i dusić aż zmięknie brukselka. Podawać z chrupiącymi ziemniakami i dobrą surówką (na przykład z marchewki). Jeść pod kocykiem i z perspektywą zasłużonej poobiedniej drzemki.

      comfort food

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Comfort food”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 13 października 2012 20:30
  • niedziela, 23 września 2012
    • Pasternak na chandrę

      pasternak

      Z ostatniego bio-bazaru wróciłam z kilkoma trofeami na krzyż, bo jakaś taka niewyraźna jestem ostatnio i nie miałam ochoty robić wielkich zakupów. Kupiłam więc buraki, pasternak, pierś z eko-kurczęcia i kozi ser. Kropka. Mam dwie konkurencyjne teorie na temat pochodzenia tej mojej aktualnej chandry. Pierwsza przypisuje ją oczywiście nadciągającej jesieni - bo wieczory krótsze, częściej pada, częściej robi się szaro i chłodo na dworze, wieje też jakieś podejrzane wietrzysko, więc nie chce mi się biegać, skakać, śpiewać, ukulturalniać się ani też szaleć zawodowo. Druga, alternatywna teoria jest pewnie bliższa prawdy - zaliczyłam intensywny, trzytygodniowy, międzynarodowy projekt, zakochałam się na nowo w ludziach, a teraz znowu siedzę sama jak palec w domu przy komputerze, bawiąc się w wolnego strzelca. A ja to chyba jednak stadna jestem. Żaden ze mnie wolny strzelec. Brakuje mi ludzi. Bu.

      W ramach środków zaradczych wyciągam dzisiaj koleżankę L. do kina na film o bitnikach. Ma być cała gama młodzieńczych pomysłów na poprawienie humoru: podróże, przyjaźnie, alkohol, narkotyki, seks, muzyka i poezja. Zobaczymy.

      frytki z pasternaku

      A w oczekiwaniu na kino, zrobiłam sobie frytki na poprawę nastroju. Żywcem ściągnięte od dziewczyn ze świetnego, zdrowego bloga Dietetycznie Siostro! Oryginalne frytki, które można jeść z czystym sumieniem i w nieograniczonych ilościach dziewczyny zrobiły z selera. Ja pamiętałam z czasów swoich studiów w Anglii, że niektórzy bardziej niż przeciętnie wyrafinowani kulinarnie Anglicy robią frytki z warzywa znanego jako "parsnip", co ja długo tłumaczyłam jako "pietruszka", bo mi ją do złudzenia przypominał, dopóki nie zorientowałam się, że to wcale pietruszka nie jest. Pasternak, proszę państwa. Pasternak. Na pewnym blogu z praktycznymi poradami wyczytałam, że jeszcze trzysta lat temu, w XVIII wieku, Polacy nie jadali marchwi, buraków ani kartofli, tylko właśnie to korzeniowe warzywo, jedną z podstawowych wówczas jarzyn w polskiej diecie. Kolejna ciekawostka: w starożytnej Grecji i Rzymie pasternak podawano jako przekąskę przed głównym posiłkiem, żeby pobudzić apetyt. Używano go też jako rośliny leczniczej, dobrej praktycznie na wszystko - na przeziębienia i kłopoty z płucami (smażony w cukrze, przerabiany na wódkę albo grzany z winem, może trzeba kiedyś spróbować?), na poprawę apetytu i stymulację trawienia, jako wspomagacz w leczeniu chorób kobiecych i regulacji cyklu miesięcznego, naprawiacz nastroju (aha! moja intuicja kulinarna działa!) oraz w chorobach skóry. Zawiera sporo witaminy C, a także potas, fosfor, wapń i żelazo.

      frytki z pasternaku   frytki z pasternaku

      Pasternak można gotować - sprawdzi się w postaci słodkawej rozgrzewającej zupy albo przetarty na puree zamiast ziemniaka. Można z niego podobno smażyć placki podobne do kartoflanych (kolejna rzecz, której warto popróbować). Jeśli chcecie zrobić z niego frytki (pyszne, jestem nimi absolutnie zachwycona i będę powtarzać dzisiejszy eksperyment jeszcze wiele razy, również z selerem i pietruszką), wystarczy wziąć jakieś pół kilo pasternaku, umyć i obrać, pokroić we frytkopodobne słupki, po czym włożyć do miski, posypać płaską łyżeczką curry w proszku, odrobiną pieprzu cayenne albo chilli, polać łyżką oliwy z oliwek i zostawić w lodówce na parę godzin, żeby warzywo wchłonęło marynatę. Po czym piec przez jakieś 30 minut w 200 stopniach.

      Moje dzisiejsze eko-frytki smakują obłędnie z eko-keczupem. Zrobiłam sobie do nich też coś na kształt obiadu: zamarynowałam w soku z cytryny i czosnku dwie piersi eko-kurczaka zagrodowego, trzymając je w lodówce przez te same dwie godziny, co pasternak w jego marynacie. A potem usmażyłam na oliwie z oliwek, razem z pokrojoną w kostkę cebulą i żółtą cukinią. Było miło. Humor poprawił się od razu. A od kiedy strzeliłam sobie niedzielną, poobiednią drzemkę, czuję się już prawie całkiem jak człowiek. Jeszcze tylko filmu o bitnikach i rozmowy z interesującą, inteligentną koleżanką L. brakuje.

      frytki z pasternaku

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Pasternak na chandrę”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 września 2012 17:50
  • sobota, 22 września 2012
    • Dla perfekcjonistek: pieczone ziemniaki z tapenadą

      pieczone ziemniaki z tapenadą

      "W ciągu ostatnich sześciu lat byłam w ponad czterdziestu krajach. Wszędzie obserwowałam rozprzestrzenianie się podstępnej trucizny: kremy rozjaśniające skórę, które w Afryce i Azji sprzedają się tak szybko jak pasta do zębów; matki amerykańskich ośmiolatek, które usuwają swoim córkom żebra, żeby te nie musiały martwić się odchudzaniem; pięciolatki na Manhattanie regularnie ćwiczące jogę, żeby nie przynosić rodzicom wstydu swoją pucołowatością (...) Koreanki usuwające azjatycką skośność oczu... moja lista nie ma końca (...)

      Kiedy byłam małą dziewczynką, wszyscy pytali mnie, kim chcę zostać, gdy dorosnę. 'Chcę być doskonała' - odpowiadałam. Chcę być doskonała - myślałam (...) Byłam pewna, że jeśli tylko uda mi się być doskonałą, wszystko się ułoży. Idealnie dopasuje i wskoczy na swoje miejsce. Gdybym była doskonała - byłabym lubiana. Ominęłabym czyściec i wylądowała od razu w niebie (...)

      W Teheranie kobiety łamią sobie i modelują nosy, żeby poczuć się 'europejsko'.  W Pekinie - łamią sobie z kolei nogi i wydłużają kości, bo chcą być wyższe. W Dallas - po operacjach plastycznych mogą włożyć stopy w zabójcze buty Manolo Blahnika albo Jimmy'ego Choo. Nieważne, w jakiej części świata się znajdę, wszędzie spotykam kobietę, która nie cierpi jakiejś części swojego ciała. Poświęca większość życia, aby tę ułomność ujarzmić, zminimalizować. Jej domowa apteczka wypełniona jest produktami mającymi przemodelować ułomność, szafa wypchana ubraniami, które ułomność tuszują. Rządzi swoim ciałem jak tyran swoim państwem - przeprowadza czystki i kontrole, tracąc z oczu wszystko inne."

      Eve Ensler, "Dobre ciało"

      pieczone ziemniaki z tapenadą

      Zaczęłam się ostatnio zastanawiać, dla kogo zdrowo jem. Dla kogo budzę się z wyrzutami sumienia, że tak dawno nie byłam w fitness klubie, że rower wyjęłam w tym sezonie z piwnicy zaledwie kilka razy, że dzisiaj znowu wchłonęłam ciastko, a w zeszłym tygodniu zamówiłam hinduskie jedzenie z dostawą do domu? Dla kogo kupuję kobiece ubrania i szpilki, w których nie umiem chodzić? Moja pierwsza, automatyczna, bezrefleksyjna odpowiedź zabrzmi: dla siebie. Chcę być zdrowa. Chcę mieć dużo energii. Chcę ładnie wyglądać. Dla siebie. Ale jeśli przyjrzę się porządnie, uczciwie własnej motywacji, podświadomej podstawie tych wszystkich koktajli owocowych, tych wszystkich humusów i świeżo wyciśniętych soków z warzyw, jakie kiedykolwiek zrobiłam, każdego zakupionego pudełeczka kiełków i wszystkich leżakujących w szafce superpokarmów - kasz jaglanych, muesli z amarantusem, jagód goji, soczewic i wodorostów, muszę zadać sobie pytanie pomocnicze: czy te prozdrowotne decyzje nie są przypadkiem podszyte wyrzutami sumienia? Strachem? Poczuciem, że nie dorastam do ideału? Że ideał nieustannie ucieka, a ja zostaję coraz bardziej w tyle, śmieszna, staroświecka, niedzisiejsza, nieinteresująca dla ogółu społeczeństwa?

      Czy te setki godzin fat burningu, aerobiku, TBC i ABT kiedykolwiek sprawiły mi chociaż odrobinę przyjemności? Czy może wmówiłam sobie tę przyjemność, bo czułam, że powinna mi towarzyszyć? I znowu wraca pytanie - jeśli nie było w tym przyjemności, to dla kogo, dla kogo to robiłam? I czy te strategiczne kilka kilo wypełniające moje policzki i moje uda i mój brzuch, te kilka kilo, które od lat obarczam odpowiedzialnością za wszystkie osobiste, towarzyskie, romantyczne nieszczęścia, czy ich obecność odbiera mi wartość, a ich brak dodaje radości? Czy może kupuję sobie ich nieustannym zrzucaniem coś, co nauczono mnie cenić, chociaż nie ma szczególnej, realnej wartości - zainteresowanie ogłupionych sprzecznymi kulturowymi komunikatami, zdezorientowanych, niezdolnych do samodzielnego myślenia facetów, gotowych za trochę fizycznego piękna zrezygnować z siebie i z własnego szczęścia, związać się z pustą w środku, głęboko nieszczęśliwą perfekcjonistką, niezdolną do bycia po prostu tutaj i po prostu w tej chwili. Oni sprzedają duszę za długie nogi. Ja - za chwilę zachwytu. 67 kilo - zachwyt gaśnie, jakby ktoś przełączył niewidzialny pstryczek. Mój towarzyski karnet pustoszeje. 64 kilo - magiczna, połyskliwa, kusząca ponad wszystko męska fascynacja wraca, rozpala się, błyszczy. Błyszczę i ja, nauczona, że tylko tak można się poczuć pełnowartościową.

      pieczone ziemniaki z tapenadą

      Opowiadam przyjaciółce o szokująco innym niż wszystkie wieczorze, kiedy jakiś nasz wspólny znajomy rozmawiał ze mną jakbym była fascynującym człowiekiem. Nie mogłam w to uwierzyć. Ja? Dla niego? Fascynującym człowiekiem? W jego oczach zobaczyłam cel swojego dotychczasowego życia - zainteresowanie, zaangażowanie w tę wymianę zdań, otwartość, ciekawość mnie. Bo schudłam? Bo miałam na sobie sukienkę z dużym dekoltem? Czy może powiedziałam coś ciekawego? Nigdy nie wątpiłam w swoją inteligencję i złożoną, intrygującą osobowość. Wątpiłam natomiast całymi latami w swoją umiejętność wzbudzenia autentycznego zainteresowania wyłącznie osobowością. Więc jęknęłam koleżance, że chciałabym takiego zainteresowania więcej, że to w moim życiu deficytowy towar, że jestem gotowa zapłacić za nie cenę niewierności sobie, nieustannego udawania, że jestem... Jaka? Trochę bardziej bezradna, trochę mniej mądra, trochę radośniejsza niż w rzeczywistości, wsłuchana w każdy niuans jego głosu, gotowa w dowolnej chwili wybuchnąć perlistym, niepohamowanym śmiechem, bo powiedział średni żart? Bardziej beztroska, bardziej otwarta, mniej skomplikowana? Chudsza? Smuklejsza? Gładsza? Mniej blada? Białozęba? Gęstowłosa?

      Koleżanka popatrzyła na mnie i powiedziała (mądrze): A kiedy już dostaniesz to wymarzone zainteresowanie, i kiedy się zorientujesz, że ono nie dotyczy prawdziwej ciebie, tylko twojego dekoltu, twoich nóg i twojej świetnie zagranej roli zagubionej szesnastoletniej pustogłowej, to wiesz jak się poczujesz?

      Pokręciłam głową.

      Oszukana - powiedziała. Jakby ktoś cię kopnął w brzuch.

      pieczone ziemniaki z tapenadą 

      Ja wiem, że to bardzo poważny temat i nie wszyscy mają ochotę się nad nim tu i teraz pochylać. Ja - filozof amator - nie mam wyjścia. Taka się już urodziłam, że zanim cokolwiek zrobię, zadaję pytania. Głównie moje ukochane pytanie "a po co?". Zastanawianie się mam we krwi. Budzę się i zanim otworzę porządnie oczy, wysunę stopy spod kołdry i odruchowo poklepię psa po głowie, już się nad czymś zastanawiam. Analizuję. Deliberuję. Snuję refleksje. Bo jaka jest alternatywa? - zapytuję sama siebie. Żyć nigdy nie myśląc o szerszym kontekście naszego życia? Nie zadając sobie pytań o jego cel i sensowność? O to, czy dobrze postępujemy, czy podobamy się sami sobie tacy, jacy jesteśmy. Odpowiedzi bywają trudne, ale bez nich nie ma rozwoju. Jest tylko tkwienie, są nawyki, jest nuda i jałowość. Z drugiej strony przypomina mi się moja babcia, która w dzieciństwie, kiedy tylko zbyt długo oddawałam się tej swojej filozofii, goniła mnie na dwór. Bawić się. Robić coś. Żyć. I miała świętą rację. Im jestem starsza, tym bardziej doceniam takie bycie bez kombinowania. Bawienie się, robienie czegoś, życie. Więc teraz, w ramach dodatkowej puenty z zupełnie innej bajki, żeby przełożyć egzystencjalne refleksje na codzienną praktykę, prosty, przeczący perfekcjonizmowi posiłek, od którego (mimo mojej wcześniejszej perory na temat akceptacji nadprogramowych kilogramów) raczej nie przytyjecie. Pięć minut pracy i piętnaście minut zapiekania, podczas których możecie trochę popracować nad swoją fascynującą osobowością. Albo nie. Albo po prostu nic nie robić, nie rozwijać się, nie modyfikować, nie naprawiać, nie poprawiać. Bo jesteście idealne już teraz. Więc po prostu być. Bawić się, żyć.

      Tapenada:

      Kilka dni temu była u mnie koleżanka na co dzień mieszkająca w Londynie i z okazji jej wizyty zakupiłam trochę arabskich specjałów. W tym górę oliwek, których nie przejadłybyśmy nawet gdyby nas było dwa razy więcej. Co się robi z nadprogramowymi oliwkami? Mnie przyszła do głowy szybka tapenada, pasta oliwkowa, która smakuje jako smarowidło do chleba, sos do makaronu albo dodatek do rozmaitych dań - od warzywnych zapiekanek (to moja opcja na ten weekend) aż po ryby i mięsa z grilla, jeśli akurat mieszczą się w waszych dietetycznych zapotrzebowaniach/gustach/przekonaniach.

      Moja szybka tapenada składa się z: 20-30 oliwek różnego rodzaju, ząbka czosnku, kilku kropel tabasco, płaskiej łyżeczki ziarnistej musztardy i łyżki albo dwóch soku świeżo wyciśniętego z cytryny. Możecie do niej też dorzucić garść kaparów. Wszystkie składniki najzwyczajniej w świecie wkładacie do blendera i miksujecie na bardziej lub mniej gładką pastę.

      Pieczone ziemniaki:

      W ramach odpuszczania sobie perfekcjonizmu, zrobiłam coś, co ostatnio często gości na moim stole, czyli łatwą zapiekankę ziemniaczano-warzywną, bez większych gastronomicznych pretensji. Gotować prosto, bezpretensjonalnie i powszednio też kurczę trzeba umieć. Nastawiłam piekarnik na 170 stopni. Pięć albo sześć małych ziemniaków umyłam i pokroiłam w ćwiartki. Dorzuciłam dwie pokrojone w paski albo kwadraty zielone papryki. Ułożyłam warzywa w żaroodpornym naczyniu, posypałam solą ziołową i pieprzem i polałam łyżką oliwy z oliwek. Zapiekałam do momentu, kiedy ziemniaki zarumieniły się na zewnątrz i zmiękły wewnątrz. Podałam z tapenadą, ozdobione świeżo posiekaną natką z pietruszki. W wersji wegańskiej na tym byłby koniec. W wersji wegetariańskiej, polecam posypać jeszcze odrobiną dopiero co startego parmezanu.

      Smacznego. I miłego odpoczynku od własnych wysokich standardów (ja mam właśnie coś takiego w planach na ten weekend, zobaczymy czy potrafię :)

      pieczone ziemniaki z tapenadą

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Dla perfekcjonistek: pieczone ziemniaki z tapenadą”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 22 września 2012 14:05
  • wtorek, 18 września 2012
    • Bakłażanowo-daktylowy tażin z kurczaka

      tażin z kurczaka, bakłażana i daktyli 

      Nie będę się chwalić, że mój dzisiejszy tażin jest świetny. Podam wam tylko przepis. No i może wspomnę mimochodem, że koleżanka, która przyszła mnie odwiedzić i pogadać nad białym winem oraz kolacją stwierdziła, że jej bardzo smakuje, a sama robi mistrzowskie tażiny, więc jej uwierzyłam na słowo. Gotowanie dla koleżanek jest fajne.

      Tażin z kurczakiem, bakłażanem i daktylami

      Marynata mięsna:

      Dwa małe filety z piersi kurczaka (eko), cytryna, ząbek czosnku, cynamon, harissa albo chilli w ulubionej formie. Mięso pokroić w kosteczkę, zalać sokiem z cytryny i zmieszać z wyciśniętym przez praskę czosnkiem oraz przyprawami. Odstawić do lodówki na kilka godzin.

      Pozostałe składniki:

      Cebula, spory bakłażan, mała cukinia, pół szklanki ugotowanej cieciorki, puszka pomidorów pelati albo 3-4 sparzone i obrane ze skórki świeże pomidory, garść śliwek, garść daktyli bez pestek, melasa z karobu albo miód, płaska łyżka dobrze wymieszanych mielonych przypraw (składniki i proporcje wedle uznania: kolendra, kmin, pieprz cayenne, cynamon, imbir, goździki, anyżek). Sól i pieprz do smaku.

      tażin z kurczaka, bakłażana i daktyli

      Bakłażana pokrójcie w plastry, ułóżcie plastry na durszlaku i posypcie solą, po czym zostawcie na jakieś 10 minut. Nie pamiętam po co dokładnie robię tę sztuczkę, ale na pewno ma ona głębszy sens. Chyba służy wypoceniu z oberżyn goryczki. Zresztą co wam szkodzi, spróbujcie, może będą smaczniejsze. Posiekajcie cebulkę w kosteczkę i zeszklijcie na oliwie z oliwek. Dorzućcie mięso z marynatą i smażcie dopóki nie zacznie się rumienić. Dodajcie dobrze wypoconego z goryczki, pokrojonego w niedużą kostkę bakłażana. Smażcie dopóki nie zacznie mięknąć. Dorzućcie rozdrobnione pomidory, pokrojone w kosteczkę albo paseczki suszone owoce, plus cukinię i cieciorkę. Oraz przyprawy i miód. Podduście, po czym przykryjcie garnek pokrywką i gotujcie na niezbyt dużym ogniu przez godzinkę albo nawet dwie. Im dłużej, tym lepiej. A nazajutrz, po przemacerowaniu w ogóle wspaniale. Przed spożyciem (z ryżem, kuskusem, chlebkiem pita, albo jak my - komosą ryżową i sałatką ze szpinaku) doprawcie solą i pieprzem. Możecie też dla koloru i aromatu posypać świeżo posiekaną natką. Polecam do białego wina i rozmowy o byciu trzydziestolatką (lub dowolnym innym gatunkiem człowieka).

      Aha. I jeszcze niebo nad Mokotowem. Trzeba łapać niebieskie niebo dopóki jeszcze nie przyszły październikowe deszczówy:

      tażin z kurczaka, bakłażana i daktyli

      niebo

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (31) Pokaż komentarze do wpisu „Bakłażanowo-daktylowy tażin z kurczaka”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 września 2012 23:46
  • wtorek, 21 sierpnia 2012
    • Obłędne grzybowo-orzechowe świderki

      świderki grzybowo-orzechowe

      Nie spodziewałam się, że będą obłędne. Te świderki. Słowo honoru. Wymyśliłam je biegnąc z metra między jedną pracą a drugą. Trochę od niechcenia, trochę bez wielkiego entuzjazmu. Do drugiej pracy dojechałam szybciej niż się spodziewałam, więc wstąpiłam na kultowy kiedyś, a dzisiaj marniejący w oczach bazarek na Polnej. Nareszcie ugotuję coś dla siebie, pomyślałam z dużą ulgą, kupując pełnoziarnisty makaron, tani jak barszcz autentyczny parmezan, suszone pomidory, śliczne orzechy pecan, oraz, na deser, czekoladę 85% z Peru (podobno co cię nie zabije, to cię wzmocni). Nie mogłam się doczekać tej kombinacji. Szczególnie, że już drugi tydzień korzystam z rozmaitych form żywienia zbiorowego (w zeszłym tygodniu hotelowo, w tym tygodniu w stołówce przyzakładowej) i szczerze mówiąc, jeśli jeszcze raz zobaczę gotowaną mieszankę warzyw z mrożonki, będę krzyczeć. Codziennie, od poprzedniego weekendu, do dyspozycji była niezmieniona kombinacja: marchewka, kalafior, brokuł, ewentualnie fasolka szparagowa. Nie, dziękuję. I nie pomoże nawet fakt, że hotel lub stołówka zatrudniają dobrego speca od marketingu, który uwiędłym, rozmoczonym warzywom nada codziennie inną nazwę (autentyczne etykiety z hotelowego bufetu: dzień pierwszy - warzywa z wody z ziołami, dzień drugi - kolorowe jarzyny na parze, dzień trzeci - mieszanka warzyw z tymiankiem, dzień czwarty - gotowane sezonowe warzywa, dzień piąty - moja absolutna faworytka - melodia z mieszanych gotowanych warzyw - gratulacje dla speca od marketingu, to był przebój turnusu).

      świderki grzybowo-orzechowe

      Więc nareszcie ugotowałam kolację samoobsługowo i zaczynam myśleć, że ktoś powinien mnie sklonować, że ten mój drugi egzemplarz powinien się do mnie wprowadzić i że powinien być zaprogramowany na gotowanie takich fajnych rzeczy jak te świderki wtedy, kiedy mnie się nie chce nic pichcić, dobry humor kiedy ja cierpię na spleen, stoicki spokój gdy powali mnie gniew na całokształt ludzkiej działalności, a także refleksyjny realizm kiedy zacznę się zbytnio nakręcać albo padnę ofiarą hormonów (miłosnych lub bitewnych, a zresztą każdych innych też).

      Składniki na dwie porcje albo dwa obiady:

      250g pełnoziarnistego makaronu świderki, duża cebula, pięć albo sześć dużych pieczarek, kopiasta garść namoczonych i drobniutko posiekanych suszonych pomidorów, łyżeczka (czubata jeśli lubicie jeść pikantnie) płatków chilli, dwie łyżki sosu sojowego, dwie pokaźne garście drobno posiekanych orzechów pecan, dużo pieprzu, garść świeżo startego parmezanu, dwa sparzone i obrane ze skórki pomidory.

      Sposób na obłędne świderki:

      Świderki ugotować i odcedzić. W międzyczasie zeszklić posiekaną drobno cebulę na oliwie z oliwek, dorzucić pokrojone w małą kosteczkę pieczarki, które następnie podlać sosem sojowym (sposób mojego byłego męża na soczyste grzyby), dorzucając płatki chilli. Poddusić aż wszystko troszkę zmięknie, a grzybowe soki wyparują, po czym dodać suszone pomidory, posiekane orzechy i pieprz. Dobrze wymieszać takie grzybowo-orzechowe "pesto" z makaronem, po czym już na talerzu oprószyć świeżo startym parmezanem i posypać niedbale pokrojonymi w kostkę pomidorami. To przepyszność w sam raz na lekki obiad.

      świderki grzybowo-orzechowe

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Obłędne grzybowo-orzechowe świderki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 sierpnia 2012 20:33
  • wtorek, 31 lipca 2012
    • Megacukinia i parę słów o nieśmiałości

      makaron z cukinii

      Chciałabym wam napisać, że ja i przystojny, wykształcony, nieżonaty chirurg z poprzedniego wpisu do mojego wirtualnego pamiętnika żyliśmy po naszej wczorajszej (jakże błyskotliwej) rozmowie na temat antybiotyków długo i szczęśliwie. Ale niestety. Wyszłam z gabinetu uśmiechając się czarująco na pożegnanie, bez słowa, bo mnie nagle zatkało - z opóźnionym zapłonem zaatakowała nieśmiałość i uleciała cała moja inteligencja - a atrakcyjny pan doktor wcale nie próbował mnie na gwałt zatrzymywać w swoim biurze. Sprawiał raczej wrażenie, jakby mu się spieszyło do następnego pacjenta. Tym samym moja fantazja o idealnym mężczyźnie, który sam mi wpadnie w ręce, wykonując jednostronnie cały wysiłek podrywu, rozpłynęła się po raz kolejny w powietrzu.

      Uczciwie? Pamiętam czasy liceum, a potem studiów, kiedy codziennie chodziło się w te same miejsca i spotykało tych samych znajomych. Znajomi mieli własnych znajomych i tych również regularnie się spotykało. Poznawanie nowych ludzi przychodziło naturalnie i bez wysiłku. Po prostu sami się pojawiali. Bez szczególnych zabiegów z mojej strony. Kłębiła się wokół mnie chaotyczna masa ludzka, a ja mogłam sobie wybierać, przebierać, dobierać według dowolnych kryteriów, jakbym spacerowała po dobrze zaopatrzonym ludzkim supermarkecie.

      makaron z cukinii

      Pod tym względem moja wczesna młodość stworzyła mi idealne towarzyskie warunki, więc przez długie lata żyłam w błogiej nieświadomości, nie zdając sobie w ogóle sprawy, że w gruncie rzeczy jestem naprawdę (naprawdę) nieśmiała. Dzisiaj, jako dorosły wolny strzelec, pracuję w domu, a moimi najbliższymi znajomymi są ostatnimi czasy: pan listonosz, ekipa remontowa z piętra niżej, pani z warzywniaka, pani ze sklepu zoologicznego i kelnerzy z lokalnej kawiarni (dlatego piję tyle kawy). Nowe osoby spotykam bardzo rzadko, widząc je następnie może jeszcze raz lub dwa, a potem już nigdy więcej. Mam więc dziś zupełnie nowe wyzwanie, wymagające zupełnie nowych umiejętności, do którego moja wczesna młodość zupełnie mnie nie przygotowała - kiedy już kogoś spotkam, chciałabym w ciągu krótkiego czasu zaprezentować mu się możliwie jak najatrakcyjniej. Skutecznie się mu "sprzedać". Jednym zdaniem i jednym uśmiechem wywołać efekt "łał". W trakcie ulotnego, często kilkunastominutowego okienka, jakim dysponuję oko w oko z nową osobą, zrobić na niej piorunujące wrażenie. Brzmi jak bułka z masłem? Okazuje się, że ja nie mam ku temu naturalnych zdolności. No nieśmiała jestem i już.

      makaron z cukinii

      Ale może "nieśmiała" to nie jest najlepsze słowo? Może raczej: "potrzebuję czasu, żeby przywyknąć do nowych ludzi i nowych sytuacji, żeby poczuć się swobodnie i zacząć na luzie funkcjonować". Jakiś miesiąc temu pisałam o młodym, sympatycznym sąsiedzie, który wprowadził się na strych nad moim mieszkaniem i przyszedł mi się przedstawić (tutaj możecie się zapoznać z tą historią). Wtedy też mnie zatkało. Zbierałam się i zbierałam i po raz pierwszy odważyłam się do niego przemówić dobre dwa tygodnie później, kiedy już przygotowałam odpowiednio piorunujący tekst. I znów palnęłam coś wysoce uczonego, jakąś filozoficzną uwagę, na którą biedny chłopak całkiem się spłoszył, bo nie był przygotowany na taki poważny kaliber. Co zrobić? Jestem trochę jak nieoswojony zwierzak, bo w kontakcie z czymś albo kimś nieznajomym na wszelki wypadek się spinam. Sztywnieję. Robię się bardzo grzeczna i oficjalna. Milknę. Czasem, niestety, zaczynam się odrobinę popisywać elokwencją, uważając, że to taka moja sekretna broń, więc po jednym wielokrotnie złożonym zdaniu druga osoba padnie z wrażenia na twarz i pokocha mnie już dożywotnio. Ale kiedy się popisuję (zdarzyło się wam coś podobnego?), nieodmiennie wywieram dokładnie odwrotny od zamierzonego efekt. Zamiast uznać mnie za przezabawną, wyluzowaną, atrakcyjną towarzysko spoko-babkę, ludzie myślą chyba, że jestem chłodnym, przesadnie uprzejmym sztywniakiem, któremu zupełnie nie zależy na bliższej znajomości, bo woli spędzać czas czytając encyklopedię.

      Bosz. Okropieństwo. Więc może wróćmy do czegoś, co umiem nieco lepiej od uwodzenia nowo poznanych przystojnych chirurgów, bo zamiast biadolić, powinnam po prostu małymi kroczkami edukować się w tej bardzo wymagającej damsko-męskiej dziedzinie. Uczyć się od ekspertek (moja dawna fryzjerka próbowała mi kiedyś wytłumaczyć jak się podrywa faceta w klubie. Podobno chodzi o rzucanie mu krótkich, precyzyjnych spojrzeń. Nie za często i niezbyt rzadko. Należy też odpowiednio wyważyć ich długość - za krótko źle (nie zauważy), za długo też niedobrze (uzna za desperatkę)). Będę więc próbować, eksperymentować, popełniać błędy, po których zapragnę na miesiąc zapaść się pod ziemię, ale nie mam wyjścia - muszę nieustannie uczyć się i rozwijać, bo inaczej zostanę taka zdziczała do późnej starości (a wtedy konkurencja robi się jeszcze większa, bo odsetek atrakcyjnych seniorów gwałtownie maleje, przy niezmiennej liczbie głodnych bliskości, gotowych na wszystko staruszek. Wiem, bo znajomi opowiadali mi o dantejskich scenach, jakie mają miejsce w polskich sanatoriach, gdzie na każdego mężczyznę przypada dziki tłum bardzo zdeterminowanych kobiet). Na razie zarzucamy więc temat romansów (będę wam donosić o swoich postępach, jeśli tylko takowe nastąpią). I gotujemy. Dzisiaj gotujemy coś gargantuicznych rozmiarów, co długo i namiętnie usiłowałam sfotografować w taki sposób, żebyście zobaczyli jak jest ogromne. Obawiam się, że mogło mi się nie do końca udać. Oto moja megacukinia:

      megacukinia   megacukinia

      Ona była naprawdę wielgachna. Ledwo mi się zmieściła do torby kiedy wychodziłam z mieszkania mojej koleżanki L. i jej chłopaka R., który - w ramach współpracy między miłośnikami dobrej, zdrowej kuchni - mi to cudo sprezentował. Niniejszym jeszcze raz bardzo mu dziękuję. Jeśli to czyta, jest pewnie ciekawy, czy zastosowałam się do jego sugestii i zrobiłam - tak jak on parę dni temu - cukiniowy makaron. Zrobiłam. I padłam z wrażenia.

      Makaron z cukinii i indyk w ostrym pomidorowym sosie

      Cukiniowy makaron robi się tak:

      Pół wielkiej megacukinii albo jedną cukinię standardowej wielkości należy dobrze umyć. Potem - obieraczką do warzyw - obiera się z niej cienkie wstążki przypominające makaron linguine. Cukiniowy makaron trzeba następnie ułożyć w garnku do gotowania na parze i trzymać nad wrzącą wodą przez jakieś dwie minuty, tylko tyle ile potrzeba żeby cukinia odrobinkę zmiękła. Nie powinna być rozgotowana. Gotowy "makaron" należy zdjąć znad wrzątku i skropić sokiem z cytryny, a następnie delikatnie posolić.

      makaron z cukinii

      Ostry pomidorowy sos z indykiem robi się w ten sposób:

      Kilka godzin przed obiadem marynujemy w lodówce pokrojone w kostkę mięso (jakieś 250g filetów z indyka). Do marynaty potrzebne będą: świeżo wyciśnięty sok z całej cytryny, łyżka oliwy z oliwek, łyżeczka ostrej pasty harissa i rozgnieciony spory ząbek czosnku. Plus sól i pieprz. Kiedy już drób dobrze się zamarynuje, wyjmujemy go z lodówki. Myjemy i sparzamy dwa duże pomidory, które następnie kroimy w średniej wielkości kostkę. Indyka odcedzamy, zachowując marynatę na później, po czym wrzucamy mięso na rozgrzaną patelnię i smażymy przez kilka minut. Dodajemy pokrojone pomidory i marynatę. Dosypujemy sporą szczyptę suszonych płatków chilli i szczyptę mielonego kminu. Dorzucamy łyżkę miodu albo syropu z agawy. Gotujemy dopóki sos nie zgęstnieje do pożądanej konsystencji. Doprawiamy pieprzem i solą. Układamy na świeżo ugotowanym "makaronie" z cukinii. Posypujemy garścią drobno posiekanej natki. Delektujemy się z kimś, kto lubi lekkie, zdrowe, świeże i aromatyczne jedzenie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Megacukinia i parę słów o nieśmiałości”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 lipca 2012 17:23
  • niedziela, 29 lipca 2012
    • Niedzielne szaleństwa: łosoś z paprykowo-orzechową salsą

      łosoś z paprykowo-orzechową salsą

      Nie ma gorszego dnia na pracę zawodową niż upalna, przedburzowa, lipcowa niedziela (jakieś dziwne chmury pojawiają się i znikają na niebie). Po pierwsze naprawdę mam istotniejsze rzeczy do roboty niż robota - czekają na mnie książki, filmy, rozmowy telefoniczne, czasopisma i inne nie cierpiące zwłoki ważne sprawy weekendowe. Na przykład opowiedzenie setnej osobie o moich szpitalno-przychodniowych perypetiach (jeśli jakimś cudem jeszcze nie wiecie o co chodzi, zapraszam do przeczytania poprzedniego wpisu). Po drugie, kiedy pracuję w niedzielę, mam poczucie dziejowej niesprawiedliwości, więc dla pocieszenia robię sobie amnestię od zdrowego trybu życia i jem więcej słodyczy, z kolei kiedy jem więcej słodyczy, nabieram apetytu na jeszcze więcej słodyczy, a kiedy jem kolejne słodycze, mam takie wyrzuty sumienia, że muszę natychmiast sięgnąć po coś słodkiego. Po trzecie awarii uległo przynajmniej 80% mojego mózgu. Przepalił się. Zostało tylko kilka przeciążonych szarych komórek odpowiedzialnych za obżarstwo. Reszta się zawiesiła do odwołania. Ośrodek dobrego humoru - wyłączony. Ośrodek błyskotliwych ripost i opowieści z puentą - padł. Ośrodek logicznego myślenia - kaput. Ośrodek pamięci krótko- i długoterminowej - o czym to ja mówiłam? I jak tu pracować z nieczynnym mózgiem? Poza tym napuchłam od tego gorąca. Zamiast chodzić, toczę się. Jak mors, przemieszczam się z godnością i niespiesznie. Mój ukochany kultowy wiatrak młóci powietrze z miarowym buczeniem, ale co mi z tego, skoro powietrze, które mieli wiatrak ma temperaturę czterdziestu stopni? I nie mam dokąd uciec. Żywię się lodami i na dobre dziesięć minut każdego dnia doznaję ulgi. Co prawda utyłam kilka kilo, ale co tam, przecież jestem morsem. Za chwilę poczołgam się do sklepu zakupić coca-colę. Zrobię drobne ustępstwo i nabędę wersję "zero", co nie zmienia faktu, że łamię wszystkie swoje uroczyste dietetyczne postanowienia. Jestem równocześnie ospała i niezdrowo pobudzona. Mam ochotę wykonać dwie nieprzystające, niemożliwe w taką pogodę rzeczy na raz - dziki sprint wzdłuż mojej ulicy, bez sensu i celu, oraz natychmiastową, bezterminową drzemkę. 

      Oczywiście (jak widać) ani nie drzemię ani nie uprawiam maniakalnego joggingu. Nie bardzo idzie mi też praca zawodowa. Za to w najlepsze piszę sobie bloga.

      łosoś z paprykowo-orzechową salsą

      Kundel właśnie wykonał przedziwną sztuczkę magiczną, mianowicie jakimś cudem owinął sobie przednią łapę kablem od wiatraka, dał długiego nura na oślep przed siebie, zwalił (z hukiem) wiatrak z parapetu, przeciągnął go dobry kawałek po podłodze i wyrwał gniazdko ze ściany. A potem już dalej nie mógł uciekać, bo supeł z kabla na łapie mu nie pozwolił. Biedny pies. Się przestraszył.

      Dlaczego tak trudno jest pracować w domu? Usiąść, zacząć, solidnie popracować i skończyć z satysfakcją, że zrobione? Zasiadłam do komputera całe lata świetlne temu. Mam dokument do opracowania. Udało mi się przebrnąć przez jeden dwuzdaniowy akapit - dwuzdaniowy - dwa zdania - po czym natychmiast znalazłam coś ciekawszego do roboty. Przecież trzeba było zrobić sobie kawę. Zjeść ciastko. Wyplątać Kundla z kabla. Naprawić wiatrak. Naprawić gniazdko. Siłą ściągnąć ujadającego czarnego zwierza z balkonu, bo zobaczył na ulicy dwa psy jednocześnie i zaatakował oba werbalnie (skąd on ma tyle energii?), a jest niedziela, więc sąsiadom należałoby dać się wyspać. Obiad trzeba było zrobić. Maila sprawdzić. Na Facebooka wejść i zobaczyć, czy może jakimś znajomym nie urodziło się od wczoraj dziecko. Potem zrobiłam drugie podejście do moich jedenastu stron tekstu, ale utknęłam na jakiejś informacji i musiałam ją zweryfikować. I wtedy zaczęło się guglowanie. A to już oficjalny koniec roboty, bo wujek Gugiel podrzuca niezwiązane z meritum ciekawostki milionami i trzeba żelaznej siły woli żeby się mu oprzeć. Agnieszka Radwańska nie chce rozmawiać z mediami (też bym nie chciała). Szwajcarzy zamrozili aktywa Mubaraka. Syn Tuska straci pracę. Grenlandia znów będzie zielona. W Austrii znaleziono najstarszy biustonosz świata. Kirsten Stewart zdradziła Roberta Pattinsona z reżyserem filmu "Królewna Śnieżka i Łowca".

      łosoś z paprykowo-orzechową salsą

      Jutro przechodzę na dietę. W związku z tym, żeby mieć się z czego odchudzać i odtruwać, zapełniam mój niezwykle "pracowity" weekend delikatesami (już mogę jeść, bo mi nieco zeszła gorączka, co sprowadziło nawrót dzikiego apetytu). Straszne rzeczy się dzieją w moim domu. Torcik szwarcwaldzki. Kawa za kawą. Tartaletki z malinami i białą czekoladą. Kabanosy drobiowe (mmmm...). Kasztanki (jak ja lubię Kasztanki). Przywiezione przez rodziców ze Szwajcarii moje najulubieńsze czekolado-nugaty z orzechami. Dobrze, że nie widzę, co się dzieje w środku mojego organizmu. I tylko czasem, dla uciszenia poczucia winy, dla uśpienia czujnego superego, zjem coś zdrowszego. Na przykład taki obłędnie smaczny, prosty obiad, zapowiedź bardziej systematycznej dbałości o siebie, która nastąpi już jutro, kiedy minie dzisiejsze (tymczasowe?) szaleństwo. Chyba że mi już tak zostanie:

      Grillowany łosoś z salsą z pieczonej papryki i orzechów laskowych. Plus fasolka szparagowa ugotowana perfekcyjnie al dente. Wzniosłam się na wyżyny (tak jak obiecywałam, parę dni przerwy od bloga i od razu robię kulinarne postępy. Chyba że to ten stan podgorączkowy tak na mnie wpływa. Albo upał. Lub obżarstwo, bo szczęśliwy organizm, który po latach nareszcie sobie do woli pofolgował (jeszcze tylko cola zero i będzie pełnia szczęścia) postanowił odwdzięczyć się wzmożoną kreatywnością). Łosoś był pyszny. Prosty i pyszny. Chciałabym powiedzieć, że to moje autorskie dzieło, ale przepis stworzył mistrz Ottolenghi, kultowy londyński kucharz, właściciel szaleńczo popularnych restauracji w modnych dzielnicach miasta - Notting Hill, Islington, Kensington i Belgravii (www.ottolenghi.co.uk). Jak twierdzi sam autor, jego jedzenie jest: "dobrze znane i proste, a jednak głęboko innowacyjne". Pisze jeszcze tak: "Doskonale zdajemy sobie sprawę, jak niespotykane jest w naszych czasach jedzenie bliskie źródła, nieskomplikowane, nieprzetworzone, stworzone przez ludzi prowadzonych autentycznym instynktem. Idea prostoty to jedna z naczelnych zasad naszych restauracji, obok zasady zaufania i szczodrości, które napędzają nasze działania." Ładne. Zobaczcie próbkę jego artyzmu (rozłoży was na łopatki):

      łosoś z paprykowo-orzechową salsą    łosoś z paprykowo-orzechową salsą

      Składniki: dwa filety z łososia, garść fasolki szparagowej, oliwa z oliwek, żółta papryka, 10g orzechów laskowych, garść posiekanego szczypiorku, rozgnieciony ząbek czosnku, sok i starta skórka z połowy cytryny, łyżka octu jabłkowego, sól i pieprz.

      Najpierw salsa: rozgrzej piekarnik do 200 stopni. Pokrój paprykę na ćwiartki i usuń gniazda nasienne. Ułóż w żaroodpornym naczyniu, skrop oliwą z oliwek i posyp solą. Piecz przez mniej więcej 20-30 minut, dopóki nie zobaczysz, że skórka jest miejscami pomarszczona i zwęglona. Przełóż paprykę do miski, przykryj folią spożywczą i odstaw do ostygnięcia. Nie wylewaj soków. W międzyczasie (nawet podczas pieczenia papryki) wstaw orzechy na dziesięć minut do pieca. Powinny się zarumienić. Ostudź je, a potem pobaw się nimi, rozcierając je lekko w dłoniach, dopóki nie zejdzie z nich skórka. To fajne uczucie, mocno odstresowujące, poprzetaczać między dłońmi ciepłe orzechy. Kiedy je obierzesz, niedbale posiekaj. Schłodzoną paprykę pokrój w kosteczkę, zmieszaj z orzechami i resztą składników salsy (szczypiorkiem, oliwą z oliwek, czosnkiem, cytryną i octem). Dopraw do smaku solą i pieprzem.

      Potem fasolka: wstaw umyte, oczyszczone i pokrojone fasolki szparagowe do garnka, w którym gotujesz na parze. Gotuj dosłownie przez parę minut, sprawdzając widelcem, czy już zaczynają mięknąć. Kiedy tylko zaczną, zestaw garnek z gazu.

      No i łosoś: dobrze rozgrzej patelnię grillową. Ma być bardzo, bardzo gorąca. W międzyczasie przygotuj blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Posmaruj filety z łososia oliwą z oliwek i oprósz solą z pieprzem. Ułóż na patelni, skórką do góry i smaż przez jakieś 3 minuty. Delikatnie ale i energicznie przełóż rybę na blachę do pieczenia, tym razem skórą do dołu, i wstaw do piekarnika na 5-8 minut. Ryba powinna być lekko różowa wewnątrz. Serwuje się ją na ciepło, z solidną porcją rewelacyjnej salsy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Niedzielne szaleństwa: łosoś z paprykowo-orzechową salsą”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 lipca 2012 17:50
  • niedziela, 15 lipca 2012
    • Na drugie danie: sos pomidorowo-malinowy z bazylią

      sos pomidorowo-malinowy

      Wczoraj się zawiesiłam. Zupełnie jak mój stary, świętej pamięci, pecet. Po prostu stanęłam przed wypakowanymi z toreb zakupami i niemoc zmroziła mi mózg. Pustka. Nicość całkowita. Wystosowałam więc rozpaczliwy blogowy apel z prośbą o pomysły kulinarne, na który odpowiedziała między innymi Deb-e (autorka bloga Fakty i Mity). I dzięki niej właśnie stworzyłam coś naprawdę ciekawego, coś, co nigdy w życiu samoistnie nie przyszłoby mi do głowy, czyli sos do makaronu z podsmażonych pomidorów z dodatkiem garści malin, garści bazylii i wielkiej szczypty pieprzu.

      Jest coś niewypowiedzianie pięknego w gotowaniu ze składników, które pojawiają się tylko przez chwilę, bo sezon na nie trwa krótko. To takie łapanie trudno uchwytnego. Żeby użyć bardzo romantycznego porównania, sezonowe gotowanie przypomina nieco obserwowanie motyli ze świadomością, że jutro już ich nie będzie.

      sos pomidorowo-malinowy

      Chociaż... Napisałam o tych jednodniowych motylach, bo przecież, według popularnej opinii, motyle żyją tylko dobę, ale moja wewnętrzna ciekawska ośmiolatka z warkoczykami i w jaskrawozielonych ogrodniczkach, nie była tego wcale taka pewna. Podążając za jej podszeptem, zadałam wujkowi Guglowi pytanie "jak długo żyją motyle?". I nie ja pierwsza, jak się okazuje, bo wyników wyskoczyło mi 74 tysiące. W tym wątek na forum Motyle.info (polski portal lepidopterologiczny), gdzie przeczytałam, że:

      "W przyrodzie ważne jest nie życie poszczególnego osobnika, ale przetrwanie gatunku. Dotyczy to także motyli. Dlatego długość ich życia zależy od tego, jak szybko spełnią swoją życiową misję, tzn dadzą życie kolejnemu pokoleniu. Przeciętnie motyl żyje kilka-kilkanaście tygodni. Tak jest w tropikach. Tak dzieje się również u nas, gdy postać dorosła (imago) nie jest przystosowana do przetrwania zimy. Jedynie u gatunków, u których zimuje imago (np. cytrynek), długość życia ulega wydłużeniu. Ale nie jest to życie aktywne. Zimujące motyle spędzają większość czasu w stanie silnego spowolnienia procesów życiowych (anabioza - diapauza zimowa). Cytrynek należy do rekordzistów, bo ma tylko jedno pokolenie w ciągu roku. Lęgnie się w lipcu i dożywa do maja, czerwca następnego roku. Nie ma dłużej żyjących motyli ( w stadium imago oczywiście, bo gąsienice niektórych gatunków mogą żyć dłużej - gdyż czasem kilkakrotnie zimują)."

      Wiedzieliście o tym?

      Pomidorowo-malinowy sos do makaronu

      Sos jest kwaśnawy. Idealny dla tych, którzy nie boją się niespodziewanych połączeń, którzy nie praktykują ostrych podziałów: słodkie tylko na deser, wytrawne tylko na obiad. Bo ten sos smakuje równocześnie warzywnie i owocowo, jest pikantny, ale nie do końca wytrawny. Bardzo delikatny. Podejrzewam, że albo się w nim zakochacie (jak ja), albo uznacie, że ugotowaliście go jedyny i ostatni raz.

      sos pomidorowo-malinowy

      Składniki: dwa spore ekologiczne pomidory, garść malin, łyżeczka sosu z granatów albo octu balsamicznego, duża garść bazylii, szczypta soli, duża szczypta pieprzu, łyżka albo dwie jogurtu naturalnego. Ewentualnie łyżeczka cukru.

      Co zrobić? Pomidory sparzyć i obrać ze skórki, usunąć twarde elementy, po czym posiekać dość niedbale na drobniejsze kawałki. Maliny umyć. Bazylię umyć i drobno posiekać. Na patelni rozgrzać łyżkę oliwy z oliwek, a kiedy będzie gorąca, dorzucić pomidory i maliny. Podsmażać, mieszając, aż warzywa zmiękną, rozpadną się, odrobinę odparują i uzyskają konsystencję sosu. Dodać łyżeczkę sosu z granatów albo octu balsamicznego. Jeśli obawiacie się, że sos zrobi się zbyt kwaśny, możecie dodać czubatą łyżeczkę cukru trzcinowego. Pomieszać i jeszcze chwilę poddusić. Dodać bazylię, sól i pieprz. Znów wymieszać. Sos podawać z lekkim makaronem (ja ugotowałam sobie orkiszowo-jaglane świderki ze sklepu ekologicznego), ryżem albo kaszą jaglaną, ozdobiony kleksem jogurtu naturalnego i listkiem bazylii.

      sos pomidorowo-malinowy  sos pomidorowo-malinowy

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Na drugie danie: sos pomidorowo-malinowy z bazylią”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 lipca 2012 13:24
  • poniedziałek, 09 lipca 2012
    • Sezon na pikle?

      letnie pikle   letnie pikle   letnie pikle

      Cos mnie naszlo na pikle. Wcale ale to wcale nie potrafie tego wytlumaczyc. Najpierw - w sobote - kupilam sobie kilka kulinarnych gazet do poczytania w kolejce WKD, w drodze na impreze do kolezanki, ktora mieszka w przepieknej Podkowie. I w jednym z tych czasopism znalazlam przepis na letnie warzywa w octowej zalewie. Znalazlam, wzielam w dlugopisowe kolko, zeby zaznaczyc, ze to ten przepis mam ochote urzeczywistnic, postawilam wykrzyknik tuz obok, zeby nie zapomniec, jaki entuzjazm we mnie wywolal, a potem jeszcze na dodatek zagielam rozek strony, zeby pozniej latwiej znalezc zrodlo inspiracji. A tak w ogole to trzeba chodzic na imprezy do znajomych. A jeszcze lepiej wyjezdzac na takie imprezy z miasta. Moja kolezanka z Podkowy to prawdopodobnie najbardziej wsluchany w potrzeby innych czlowiek jakiego znam. Kiedy pojawilam sie w jej ogrodzie, okazalo sie, ze grill juz gotowy, w kuchni czekaja piwa, wina, soki, woda, a na stole ogrodowym piekne kolorowe salatki, humus z paleczkami marchewki, kuskusowe tabbouleh, kawalki pokrojonego arbuza, miesiwa rozmaite do upieczenia i... dwie puszki z OFFem, w razie gdyby goscie zapomnieli jak duzo w Podkowie komarow i nie zabezpieczyli sie wlasnym aerozolem na insekty. Uwazam, ze to urocze i ze w doskonaly sposob pokazuje niespotykana wrecz wrazliwosc gospodyni.

      letnie pikle

      A pociag WKD znow okazal sie najszybszym sposobem, zeby trafic z samego betonowego centrum miasta w prawdziwa, soczysta, letnia zielen. Bardzo szybko, bo juz kilka stacji po Warszawie Srodmiescie, gesta miejska zabudowa ustapila naturze. I brzydkie mazowieckie konstrukcje architektoniczne byly juz raczej wyjatkiem niz regula. Gosciem wsrod pol, lak i malych lasow. A nie odwrotnie, bo przeciez w Warszawie, i tak stosunkowo zielonej w porownaniu do innych stolic Europy, solidny kawalek zieleni to mimo wszystko towar deficytowy. Moje ukochane Pola Mokotowskie nadaja sie na samotny spacer bez incydentow, kolizji i przepychanek tylko w przypadku niesprzyjajacej pogody albo bardzo, bardzo wczesnie rano, poniewaz na ogol trzeba sie tym kawalkiem natury podzielic z setkami innych ludzi - wlascicieli psow, rolkarzy, cyklistow, zakochanych par, biegaczy, nordic walkerow, pijakow, kibicow pilki noznej, starszych panstwa na powolnych przechadzkach, joginow, zonglerow i tabunow studentow ekonomii. To niesamowite wsiasc do kolejki podmiejskiej i nagle sobie zdac sprawe, ze (cale szczescie) gdzies jeszcze dominuja drzewa i krzewy i trawy i ptaki, a nie szklo i cement i metal i mocno zestresowany tlum, rozpychajacy sie desperacko lokciami w poszukiwaniu wlasnej przestrzeni do oddychania, swobodnego patrzenia, przechadzki bez przeszkod. Czasem zapominam, ze cos jeszcze jest poza rzeczywistoscia warszawska, ze oprocz tych 517,24 kilometrow kwadratowych jakims cudem zamieszkanych przez 1 720 398 oficjalnie zameldowanych istot ludzkich, istnieje jeszcze rzeczywistosc, w ktorej widac horyzont, slychac cisze, czuc zapachy roslin. Taka rzeczywistosc, w ktorej moglabym po prostu zaczac isc i szla bym sobie godzinami, swobodnie, plynnie, bezstresowo, bez czerwonych swiatel, ktore zmuszaja do zmiany rytmu, bez samochodow, ktore usiluja we mnie wjechac, bez przymusowego podsluchiwania cudzych rozmow, bez wpadania na gromady i gromady i gromady obcych ludzi.

      A pikle? Zrobilam dzisiaj te gazetowe letnie warzywa w octowej zalewie. Przepis znalazlam w czasopismie "Food for Friends", w ktorym znajduje na ogol mase niespodziewanych patentow, nieznanych skladnikow i zaskakujacych kombinacji. Podam wam przepis oryginalny, chociaz ja przyrzadzilam wersje nieco okrojona (bez kabaczka i groszku). Poza tym musze was uprzedzic, ze takie letnie pikle robi sie z dobowym wyprzedzeniem, wiec jeszcze nie wiem jak smakuja, bo mam je zostawic w spokoju na 24 godziny. Jutro wroce wiec do tego wpisu i napisze postscriptum z wynikami degustacji. Dzisiaj wiem tyle, ze ladnie to wyglada i ladnie, piklowo, pachnie. W oryginalnym przepisie octowe warzywa towarzyszyly gillowanemu lososiowi i nie wiem, czy jutro nie skonczy sie dokladnie takim obiadem.

      letnie pikle    letnie pikle

      Letnie pikle:

      Skladniki: pol glowki kalafiora, 3-4 marchewki, 1 cebula, pol kabaczka, 100g groszku salatkowego (takiego, ktory mozna jesc na surowo), 100ml octu 10%, 200g cukru trzcinowego, 300ml wody, 3-4 liscie laurowe, 8 galazek tymianku.

      Sposob przyrzadzania: podzielcie kalafiora na male rozyczki, pokrojcie marchew na plasterki, a cebule na czastki. Kabaczek przekrojcie na pol, a potem pokrojcie na mniejsze kawalki. W rondlu zagotujcie ocet z woda i cukrem, czekajac az rozpusci sie cukier. Wrzuccie do octu kalafior i marchewki, po czym gotujcie przez mniej wiecej 4 minuty na wolnym ogniu. Warzywa powinny troche zmieknac. Zdejmijcie garnek z ognia, dorzuccie do niego pozostale skladniki i przelejcie do szklanej miski. I teraz wedlug przepisu powinniscie zrobic cos takiego: "przykryj ja (miske) papierem do pieczenia tak, aby warzywa byly przykryte zalewa". Szczerze mowiac, nie jestem pewna, czy dobrze zrozumialam te instrukcje, wiec zrobilam cos, co ilustruja ponizsze zdjecia, po czym odstawilam miske do lodowki, na cala noc i czesc jutrzejszego dnia:

      letnie pikle    letnie pikle

      Ale to jeszcze nie koniec piklowej przygody. Bo dzisiaj w warzywniaku (po tym jak na poczcie nie odebralam awizo, bo okazalo sie, ze zapomnialam firmowej pieczatki, grrrrrr) zobaczylam domowe ogorki konserwowe. Robione przez wlascicieli sklepu. Ale takie naprawde domowe, bez metki, bez logo, bez zadnych oficjalnych etykiet, nic. Wiec kupilam z ciekawosci. Super sa. Slodkawe, chrupiace, ostre jak trzeba, zieloniutkie. Nie wiem zupelnie o co chodzi, przeciez ja nigdy nie jem nic z octu? Wiec dwa rodzaje pikli dziennie wyczerpuje moja roczna norme. Przynajmniej. Ale skoro ogorki juz sie pojawily w mojej kuchni, trzeba bylo cos z nimi zrobic, wiec wygrzebalam z lodowki piekna, zakupiona w weekend fasolke szparagowa, male ziemniaczki i pare innych dobrych rzeczy i zrobilam salatke. A do niej zjadlam marynowane w jogurcie grillowane filety z piersi indyka. Oto przepisy:

      Salatka z ogorkow konserwowych, ziemniakow i fasolki szparagowej

      Skladniki: 250g zielonej fasolki szparagowej, 250g malych ziemniakow, sredniej wielkosci slodka cebulka, pol peczka rzodkiewek, 6-7 niewielkich konserwowych ogorkow, kilka lyzek oliwy z oliwek, lyzeczka miodu, lyzeczka musztardy, lyzeczka majonezu, sol i pieprz.

      salatka szparagowa  letnie pikle

      Sposob wykonania: fasolce odciac koncowki. Umyc ja i pokroic kazdy straczek na trzy kawalki. Ziemniaki zostawic w mundurkach, umyc i pokroic w niewielka kostke. Oba rodzaje warzyw ugotowac na parze. W miedzyczasie pokroic cebulke w cieniusienkie talarki, rzodkiewki w cienkie plasterki, a ogorki w kosteczke. Wszystkie warzywa wymieszac. Z pozostalych skladnikow zrobic sos i zmieszac z salatka.

      Grillowane kotleciki z indyka marynowane w jogurcie

      Kilka godzin przed obiadem wyjelam mniej wiecej 350g piersi indyka, pokroilam w plastry grubosci moze 1.5cm, po czym zalalam kubeczkiem jogurtu naturalnego, wymieszanego z sokiem z polowy cytryny i dwoma rozgniecionymi zabkami czosnku, oraz z gruboziarnista sola i pieprzem. Kiedy mieso zmieklo w marynacie (a salatka z ziemniakow i fasolki byla gotowa), rozgrzalam patelnie grillowa i najzwyczajniej w swiecie rzucilam mieso na ruszt :) Pare minut pozniej jadlam az mi sie uszy trzesly. Bardzo prosty, bardzo smaczny obiad.

      indyk w jogurcie    indyk w jogurcie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Sezon na pikle?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 lipca 2012 18:10

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl