Kucharka Zen

Ciasta i ciastka

  • piątek, 20 lipca 2012
    • Kruchy placek czekoladowo-porzeczkowy

      placek czekoladowo-porzeczkowy   placek czekoladowo-porzeczkowy   placek czekoladowo-porzeczkowy

      Pamiętam kiedy kilka lat temu mama zaprowadziła mnie do kultowego warszawskiego sklepu z winami, a ja (zupełnie niezainteresowana winogronami, wino pijąca rzadko i w małych ilościach, aby uniknąć bólu głowy, a więc bez żadnych zadatków na enologa) stałam jak wryta przed półkami z poustawianymi bok w bok ciemnymi butelkami merlotów i cabernet sauvignonów. Nazwy i roczniki nic a nic mi nie mówiły. Byłoby więc wszystko jedno, czy wezmę coś półwytrawnego z winnic Stellenbosch, czy coś białego z Alzacji. Ale w tym sklepie doświadczyłam czegoś nowego - każdy gatunek wina opatrzony został przez właściciela dodatkową białą etykietą z opisem. Takiej poezji nigdzie wcześniej nie widziałam. Nie zdawałam sobie sprawy, że wino może smakować porzeczką, dymem, piżmem albo wanilią. Że może być amarantowe albo złociste, z zielonkawymi refleksami. Że może wydawać się płaskie albo głębokie, ciężkie albo lekkie, gładkie albo szorstkie. Że jeden łyk dostarcza zmysłowych doznań falami - na dzień dobry pierwszy, oczywisty smak, a potem kolejne aromatyczne wyładowania na języku, aż do ostatecznego, opóźnionego, utrzymującego się najdłużej posmaku. Znawca win nie opisuje wcale, tak jak się pewnie większości z nas wydaje, obiektywnych cech charakterystycznych danego trunku. Mówi wyłącznie o swoich własnych, subiektywnych odczuciach. Opisuje własny, niepowtarzalny stan wewnętrzny, coś pomiędzy fizjologią a nastrojem, a jego mistrzostwo polega na precyzji, na stopniu wrażliwości i zniuansowania, na umiejętności dobrania odpowiednich słów, które oddałyby to, co właściwie niewyrażalne. Dwóch smakoszy pijących z tego samego kieliszka mogłoby więc wyprodukować zupełnie inne, skrajnie odmienne poematy na jego temat. I w tym zdaje się cała radość enologii.

      placek czekoladowo-porzeczkowy

      Zobaczcie przykład takiego enologicznego poematu (stąd):

      Czerwone wytrawne wino jakościowe z regionu Buzet. Szata złocista, z zielonkawymi refleksami. Bukiet złożony, łączący w sobie zapach drewna, wanilii i kokosu, z nutą kwiatową i owocową (aromat brzoskwiń i gruszek). W smaku dominuje przypieczona wanilia przechodząca w długi, słodki finisz.

      A tutaj jeszcze jeden, w zupełnie innym stylu. Mam wrażenie, że pisał go ktoś z odrobinę mniej lirycznym, a bardziej pragmatycznym, nastawionym na konkrety podejściem do rzeczywistości:

      Klasyczne włoskie wino codzienne, idealne do pizzy czy pasty. Bazuje na kluczowej dla Włoch środkowych odmianie sangiovese. Ładna, ciemnoczerwona barwa, nos lekko ziołowy z dobrą owocowością. Rześkie, lekkie w ustach z delikatnym garbnikiem. Wszystko na swoim miejscu.
      Idealne do prostego makaronu z sosem lub mięsnych i mięsno-warzywnych dań codziennych.

      Albo taka perełka (stąd), której autor maluje obrazy ze światła i nastroju, działające mocno na wyobraźnię:

      Wino z 40-letnich krzaków. Intensywny i ciepły zapach słońca, czereśni, piżma, beczki i tytoniu. W ustach pełne i gęste ale jednocześnie radosne i lekkie. Wyraźne właściwości ściągające, znakomita kwasowość, akcenty beczki pięknie zharmonizowane z całością wrażeń. Słodki i długi koniec.

      Dzisiaj upiekłam kruche ciasto z bezą i dżemem porzeczkowym. Jeden kęs i nagle przypomniały mi się tamte półki, tamte butelki i tamte poetyckie słowa, które opisywały zmysłowe winne doświadczenia. Bo i to ciasto przynosiło kolejne doznania falami - najpierw oczywistymi - jak faktura maślanego, kruszącego się spodu, kwaśność porzeczek, lekko słodkawa kremowość zrumienionej bezy. Potem mniej oczywistymi - coś na pograniczu wytrawnej, mocno kakaowej czekolady i pikantnego imbiru. A na koniec prawie niewyczuwalna nuta cytryny. Jakbym piła naprawdę dobre, nieoczywiste, wytrawne czerwone wino.

      placek czekoladowo-porzeczkowy

      Ale najpiękniejszy w tym cieście jest czynnik ludzki, coś nie do zobaczenia gołym okiem, nie do wyczucia innymi zmysłami. To ciasto, gdyby ciasta potrafiły mówić, opowiedziałoby całkiem pasjonującą opowieść, bo powstawało dużo dłużej niż tych dzisiejszych trzydzieści parę minut w mojej kuchni. Użyłam w nim dżemu porzeczkowego, który ma swoją zupełnie niepowtarzalną historię. I właśnie dzięki tej historii upiekłam placek, jakiego nikt inny nigdy nie upiecze. Jeśli skorzystacie z mojego przepisu, a bardzo się z tego ucieszę, zrobicie przepyszną letnią tartę. Tyle że będzie to tarta z waszą, inną niż moja opowieścią. Jeśli o dziadku, to o jakimś innym dziadku, który być może bladym świtem pojechał do zaprzyjaźnionego gospodarstwa, żeby zdobyć niepryskane porzeczki. A być może pojechał po prostu do Lidla lub Biedronki. I może ten cudzy dziadek nie frustrował innych kierowców, tocząc się czterdzieści na godzinę (ten konkretny dziadek jeździ ostrożnie) swoim ukochanym staruteńkim Cinquecento przez krajobraz naznaczony efektami nocnej nawałnicy. A porzeczki, które kupił dziadek, dopiero co siekane deszczem i targane burzowym wiatrem, być może nie były odrobinę rozmiękłe, dobre tylko na sok albo dżem. Więc może ten inny dziadek, razem z inną babcią, nie podjął decyzji, żeby razem z wnuczką delikatnie przebrać owoce, odrywając je od gałązek, oczyszczając z przyklejonych listków, a potem susząc przez kilka godzin na największej ściereczce, jaką się dało znaleźć. Kłócąc się zawzięcie, żartując, znów się kłócąc i przekomarzając (babcia jest perfekcjonistką). I w waszej opowieści, obok ostrożnego dziadka i perfekcyjnej babci nie pojawi się kobieta, która wejdzie do kuchni, wzniesie ręce i oczy do nieba, jak zwykle pytając: "a po co wyście tyle tych porzeczek nakupili?", tylko po to, żeby następne kilka dni spędzić na pracowitym, wielogodzinnym przyrządzaniu dżemów, które, zamknięte w niewielkich słoiczkach, powędrują pokrętnymi ścieżkami do kilku różnych domów, między innymi do mojego.

      placek czekoladowo-porzeczkowy   placek czekoladowo-porzeczkowy   placek czekoladowo-porzeczkowy

      Kruchy placek czekoladowo-porzeczkowy z bezą

      Moja dzisiejsza tarta jest bezglutenowa, bo chciałam się nią podzielić z siostrzeńcami. Nawet jeśli bez problemu jecie pszenicę, spróbujcie kiedyś zrobić takie ryżowo-kukurydziane kruche ciasto (przepis tutaj) - jest banalnie proste w przyrządzeniu, bardzo smaczne, bo z niespodziewaną cytrusową nutą, a na dodatek delikatniejsze od tradycyjnego pszennego ciasta. Ciasto z powyższego przepisu piecze się 15-20 minut w 180 stopniach, po czym nakłada się na nie nadzienie, przykrywa warstwą ubitych białek i zapieka aż białka zrobią się rumiane i kruche.

      Instrukcje: upieczcie bazę z kruchego ciasta (link do przepisu powyżej albo, jeśli nie macie ochoty na wersję bezglutenową, wersja standardowa jest na przykład tutaj). Kiedy ciasto będzie się piekło, w metalowej misce ustawionej na garnku z wrzącą wodą roztopcie mniej więcej 80g dobrej gorzkiej czekolady (przynajmniej 70% zawartości kakao) z około 20g masła i łyżeczką świeżo startego imbiru. Następnie ubijcie na sztywną pianę 3 białka z dodatkiem łyżki albo dwóch syropu z agawy (cukru trzcinowego). Kiedy ciasto będzie gotowe, najpierw rozsmarujcie na kruchej bazie cienką warstwą czekoladę z imbirem, następnie kilka łyżek niezbyt słodkiego dżemu z porzeczek, a potem ubite białka. Pieczcie w 180 stopniach przez mniej więcej 10 minut albo do momentu kiedy beza się zarumieni i zrobi się krucha. Smacznego!

       placek czekoladowo-porzeczkowy    placek czekoladowo-porzeczkowy

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 20 lipca 2012 16:17
  • czwartek, 12 lipca 2012
    • Dzień pieczenia drożdżówek

      pikantne drożdżówki z cukinią   pikantne drożdżówki z cukinią   pikantne drożdżówki z cukinią

      Kto by pomyślał! Ja i drożdżówki. Przecież ja taka niedrożdżówkowa. No i minęło bardzo niewiele czasu od mojej pierwszej, dość burzliwej, pełnej porażek i pułapek, całodniowej przygody z pieczeniem drożdżowo-malinowych bułeczek dla dziadków. Które na koniec zjadłyśmy głównie ja i moja mama, bo babcia uszczknęła rożek i stwierdziła z udręczoną miną osoby na permanentnej diecie, że ona już nie jada ciastek, a dziadek nawet ich nie dotknął, mętnie się tłumacząc, że on chyba woli do porannego mleka tradycyjną chałkę. Była jeszcze pani, która wpadła odwiedzić dziadków i pogadać. Miałam nadzieję, że może przynajmniej jej uda się wcisnąć jedną malinową bułeczkę. Ale nie. Pani była ledwo żywa, ponieważ akurat cierpiała na tajemniczy rozstrój żołądka, więc poprosiła tylko o czarną herbatę. Tak to już jest z uszczęśliwianiem ludzi swoimi wypiekami. Tak to już jest z uszczęśliwianiem ludzi w ogóle. Zawsze, zanim się im zrobi prezent według własnej koncepcji, lepiej najpierw zapytać czego oni potrzebują do szczęścia. Bo a nuż czegoś zupełnie innego niż nam się wydawało :)

      Ale drożdżówki to fajna rzecz. Nawet tamte sprzed dwóch tygodni, moje pierwsze w życiu, odrobinę tłustawe, nadziane skromnawą ilością owoców. A jednak smaczna sprawa. Idealny sposób na wykorzystanie tego, co akurat w sezonie. Chociażby jagód. Jagodzianka osiągnęła już w naszym kraju status kultowego produktu spożywczego. Kto nie lubi jagodzianek? Taką wyborną owocową drożdżówkę można zjeść na śniadanie, do gorącej kawy albo herbaty. Ale też - pod warunkiem że jest domowa, świeża, na dobrej mące, mocno nadziana i nieprzesadnie posłodzona - nada się świetnie na przekąskę, w pracy, pomiędzy wypełnianiem tabelki w Excelu a kolejnym spotkaniem z klientem. A swoją drogą, czy jeszcze w ogóle istnieje jakakolwiek praca, która nie wymaga wypełniania tabelek w Excelu? 

      pikantne drożdżówki z cukinią

      No a wytrawne drożdżówy? Cebulowe? Pieczarkowe? Kapuściane? Do ciepłego barszczyku? Właśnie taką wytrawną wersję postanowiłam dzisiaj zrobić, w związku z tym, że parę dni temu dostałam od Agaty, autorki bloga "Jaśmina w Kuchni", zaproszenie do wspólnego wypiekania drożdżówek. Lubię takie wirtualne przedsięwzięcia, bo skupiają osoby, które mogą stworzyć tymczasową sieciową wspólnotę, a które nigdy by się pewnie nie spotkały w tak zwanym realu. Bo mieszkają w różnych miastach, bo mają do siebie daleko, bo chadzają innymi życiowymi ścieżkami, bo milion innych powodów, dla których mijamy się z rozmaitymi ludźmi i nigdy nie wpadamy na siebie. Tym razem, więc, ja i moje bardzo wytrawne, idealne do barszczyku czy sałatki, ale też świetne jako "kanapka" do pracy drożdżówy, zrzeszamy się w wirtualnej piekarskiej wspólnocie. Jeśli klikniecie na link zaznaczony wyżej, możecie się znaleźć na stronie z informacjami o innych blogerkach-drożdżówkarkach i ich niepowtarzalnych patentach na bułeczki rozmaite. Wiem na pewno, że będą pełnoziarniste bułeczki makowe, że będą drożdżówy z nutellą (mmmm...), z czereśniami (mmmm...) i oczywiście kultowe jagodzianki (mmmm...).

      Pikantne drożdżówki z cukinią

      Składniki na pięć pokaźnych bułek: 350-400g mąki orkiszowej chlebowej, 2 łyżki cukru trzcinowego, 1/3 szklanki mleka, 1/3 szklanki letniej wody, 1 łyżka oleju słonecznikowego, 1 jajko, 1 łyżeczka soli, 12g świeżych drożdży.

      Do posmarowania bułeczek: 1 jajko roztrzepane z 1 łyżką mleka

      Nadzienie: mała cebula, duży ząbek czosnku, starta na tarce średnia cukinia, mała puszka filetów anchois, garść pozbawionych pestek i posiekanych oliwek, garść drobno posiekanej natki, 4-5 łyżek nasion słonecznika, sól i pieprz.

      pikantne drożdżówki z cukinią

      Instrukcje: 

      Zacznij od rozczynu: podgrzej mleko aż będzie ciepłe (nie gorące), dodaj cukier i drożdże, wymieszaj i wysyp na powierzchnię rozczynu 2 łyżki mąki. Odstaw na 10-15 minut do wyrośnięcia. Około 350g pozostałej mąki wymieszaj z gotowym rozczynem. Dodaj resztę składników ciasta i wyrób, olej dolewając pod koniec. Wyrabiaj ciasto, aż będzie gładkie i elastyczne. Powinno być również gęste, więc w razie czego warto mieć na podorędziu więcej mąki (ja korzystałam z przepisu, w którym musiała zaistnieć jakaś pomyłka, bo na tym etapie ciasto wyszło mi okrutnie rzadkie i lepkie i w ogóle nie można by go było nadziać, więc sypałam mąkę dalej, do oporu, ignorując przepis, dopóki nie uzyskałam konsystencji, z którą dało się pracować). Uformuj ciastową kulę, po czym odstaw miskę z kulą ciasta w ciepłe miejsce do czasu aż podwoi objętość (potrzebna będzie mniej więcej godzinka). 

      W tym czasie możesz przygotować farsz. Poszatkuj drobno cebulkę, przeciśnij czosnek przez praskę i podsmaż czosnek z cebulką na łyżce oleju słonecznikowego. Dodaj startą na tarcę cukinię i odsączone filety z anchois. Kiedy cukinia zacznie mięknąć, dorzuć oliwki i natkę. Smaż do momentu wyparowania soków (farsz nie powinien być mokry). Odstaw do ostygnięcia. Na koniec dodaj pestki słonecznika i dopraw solą i pieprzem. Dobrze wymieszaj.

      Wróć do ciasta. Wyrośnięte ciasto podziel na 5 równych części. Każdą z nich delikatnie rozwałkuj formując koło. Na każde kółko kładź około dwóch czubatych łyżek nadzienia, kółko złóż na pół, zlep brzegi, następnie układaj na przykrytej papierem do pieczenia blaszce łączeniem do dołu, zachowując odstępy pomiędzy bułeczkami. Przykryj ściereczką i zostaw na jakieś 25 minut do wyrośnięcia. Tuż przed pieczeniem posmaruj mieszanką jajka i mleka. Piecz w temperaturze 190ºC przez około 25 minut.

      pikantne drożdżówki z cukinią


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Dzień pieczenia drożdżówek”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 lipca 2012 16:48
  • sobota, 07 lipca 2012
    • Wytrawne muffiny w trzech wersjach

      wytrawne muffiny   wytrawne muffiny   wytrawne muffiny

      Jade wieczorem do Podkowy Lesnej, posiedziec ze znajomymi z dawnej pracy w ogrodzie kolezanki. Podobaja mi sie w tym planie trzy rzeczy: a) bede jechac WKD, ktore uwielbiam, bo wyglada jak tramwaj, skrzypi jak tramwaj i slimaczy sie jak tramwaj, wiec mozna sobie spokojnie poogladac widoki podwarszawskie, b) Podkowa jest sliczna i gdybym miala akurat pod reka pare wolnych milionow zlotych, kupilabym sobie w Podkowie urokliwy przedwojenny drewniany dom z ogrodem, po ktorym moj Kundel uprawialby sobie jogging polaczony z ujadaniem, a ja bym juz do konca swoich dni siedziala w hamaku i czytala szwedzkie kryminaly (moj najnowszy ulubieniec to Ake Edwardson, bo dzieki niemu zaczelam sobie wyobrazac, jak naprawde wyglada praca policjanta sledczego), c) towarzystwo bedzie miedzynarodowe, wielokulturowe, wieloswiatopogladowe i zyjace kazdy na swoj sposob, wiec na pewno bedzie o czym rozmawiac, na pewno czegos nowego sie dowiem i na pewno sie posmieje. Pomyslalam, ze z okazji tej imprezy upieke cos do piwa. Przeszukalam swoje ksiazki z przepisami, przeszukalam internet, wreszcie postanowilam zrobic wytrawne muffiny z cukinia i parmezanem, a ze roznorodnosc dzisiejszego wieczornego towarzystwa objawia sie miedzy innymi rozmaitymi orientacjami zywieniowymi, to musialam na wszelki wypadek zrobic trzy wersje babeczek - miesna, rybna i wegetarianska. Oczywiscie juz sprobowalam, czy nie wyszly niesmaczne. Wyszly bardzo smaczne. Wszystkie trzy rodzaje.

      wytrawne muffiny

      Skladniki:

      35g platkow owsianych, 200g bialej maki, 50g maki pelnoziarnistej, lyzeczka soli, 2 lyzeczki proszku do pieczenia, szczypta chilli, 2 lyzeczki suszonego oregano, 1 jajko, 3 lyzki oliwy z oliwek, 120g tartego parmezanu, 125g mleka, pol duzej cukinii, pol bialej cebuli, zabek czosnku.

      Jak zrobic ciasto bazowe (na 12 muffinow, po 4 kazdego rodzaju):

      Zmielic platki owsiane na pyl. Wrzucic owsiany pyl i pozostale suche skladniki do miski (wlacznie z parmezanem i oregano) i wymieszac. W srodku zrobic zaglebienie i wlac do niego jajko i oliwe. Wymieszac. Na tarce zetrzec cukinie i cebule. Czosnek przecisnac przez praske. Do ciasta dodac starte warzywa, potem wlac mleko i dobrze wymieszac. Podzielic na trzy porcje i umiescic kazda porcje w oddzielnej misce.

      Porcja wegetarianska:

      Do 1/3 ciasta dodac kolejne 20g startego parmezanu i garsc posiekanych orzechow wloskich.

      Porcja rybna:

      Do 1/3 ciasta dodac 4-5 drobniutko posiekanych plastrow wedzonego lososia.

      Porcja miesna:

      Do 1/3 ciasta dodac mniej wiecej 100g ekologicznej szynki, pokrojonej w drobna kosteczke.

      Gotowe ciasto nalozyc lyzka do foremek babeczkowych. Ja (w swoim wielkim sprycie) nagle zdalam sobie sprawe, ze bedzie trzeba poszczegolne rodzaje babeczek jakos oznaczyc, zeby wegetarianin nie trafil nagle na wersje z szynka. Wiec opcje miesna upieklam w fioletowych papierowych foremkach, opcje z lososiem w czerwonych, a opcje jarska w pomaranczowych. Zapobiegliwa jestem, nie? Muffinki mozna posypac dla ozdoby  na przyklad sezamem. Piec w 200 stopniach przez 25-30 minut. Podawac z czyms lekkim, najlepiej z delikatna salata. Smacznego!

      wytrawne muffiny   wytrawne muffiny   wytrawne muffiny

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Wytrawne muffiny w trzech wersjach”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 07 lipca 2012 16:34
  • sobota, 30 czerwca 2012
    • Drożdżowo. Z różą, jabłkiem i malinami.

      drożdżówki z malinami i różą   drożdżówki z malinami i różą

      Jadę jutro na parę dni do dziadków. Chciałam im zrobić przyjemność i upiec sezonowe owocowe drożdżówki - żeby dziadek miał coś słodkiego do swojego gorącego mleka na śniadanie, a babcia drobiazg na deser po gołąbkach, które wczoraj cały dzień gotowała moja mama. Mama upiekła też ciasto jagodowe, więc byłby uroczy komplecik. Wśród przepisów, które wzięły udział w niedawnej akcji "Zdrowe Słodycze", znalazłam coś idealnego (o tutaj).

      drożdżówki z malinami i różą

      Ale nie jestem naturalnym mistrzem drożdżówkarskim. Jeszcze sporo nauki przede mną. Dzisiaj dość dobitnie dotarło do mnie, że żeby coś bardzo dobrze robić, trzeba najpierw zrobić to źle. Nie ma lepszej strategii rozwojowej niż spróbować i w procesie próbowania nastrzelać byków. Drożdżówki zaczęłam piec rano, przed ślubem znajomych, na który byłam zaproszona (o okrutna ironio losu, do urzędu stanu cywilnego, w którym kilka lat temu rejestrowałam swój rozwód). Moja osobista matka twierdzi, że ciasta drożdżowe wychodzą albo nie wychodzą, zależnie od nastroju. Więc kiedy nastrój siada, lepiej dać sobie z nimi spokój. Bo wymagają zaangażowania i koncentracji. Dodałabym jeszcze, że wymagają przynajmniej podstawowych umiejętności technicznych, a ja takowych dzisiaj rano nie posiadałam. Natomiast teraz, po południu, humor mam już lepszy, a umiejętności techniczne posiadam w większym stopniu, właśnie dzięki temu, że rano zaliczyłam mini-klapę, produkując zakalcowate, niewyrośnięte placki, które w zamyśle miały być pulchnymi, aromatycznymi, puszystymi bułeczkami. Ale że moje poranne płaskie knociki były całkiem smaczne, wykorzystałam pozostałe po tej klęsce składniki i zrobiłam po południu drugie podejście, poprawiając wszystkie wcześniejsze niedociągnięcia. Inaczej przygotowałam rozczyn. Dodałam mniej pełnoziarnistej mąki i zmieniłam ilość użytego oleju. Zainwestowałam też więcej czasu w czekanie (kluczowy element pieczenia drożdżówek). I było lepiej. A następnym razem będzie już całkiem dobrze.

      Wniosek z tego taki, że błędy to cenna rzecz. Być może cenniejsza od sukcesów, bo nawet spektakularne sukcesy tak naprawdę nie nauczą nikogo tyle, ile jedna głupia skucha.

      Kiedyś, surfując po swoim ulubionym portalu z inspirującymi filmikami ze słynnych konferencji TED, trafiłam na prezentację pani, która nazywa się Kathryn Schulz, zajmuje się badaniem błędów, jakie wszyscy popełniamy oraz mechanizmu, który sprawia, że popełniając je, jesteśmy przekonani o swojej racji, i nazywa sama swój zawód "wrongologist", czyli w wolnym tłumaczeniu - "błędolog". Chociaż jej prezentację widziałam dawno temu, do dzisiaj należy ona do moich najbardziej ukochanych, kultowych filmików wszechczasów. Uważam, że powinno się ją przymusowo pokazywać w Ministerstwie Edukacji, na szkoleniach metodycznych dla nauczycieli, na kursach trenerskich i coachingowych. Bo w procesie uczenia się nic nie jest bardziej wartościowe, nic nie popycha tak skutecznie do przodu niż pomyłka, z której wyciągnie się wnioski. Obejrzyjcie koniecznie, bo to świetna, zabawna, uskrzydlająca rzecz:

      http://www.ted.com/talks/lang/en/kathryn_schulz_on_being_wrong.html

      drożdżówki z malinami i różą    drożdżówki z malinami i różą

      Drożdżowe bułeczki z różą, jabłkiem i malinami

      Składniki:
      2 szklanki białej mąki (najlepiej orkiszowej), szklanka mąki orkiszowej pełnoziarnistej, pół szklanki oleju słonecznikowego z pierwszego tłoczenia, 2 jajka, 1 szklanka mleka, pół opakowania świeżych drożdży, 2 łyżki cukru trzcinowego, 1/3 szklanki syropu z agawy (plus 2 łyżki do owoców), jedno jabłko, 250g malin, 2 łyżki wody różanej.

      drożdżówki z malinami i różą    drożdżówki z malinami i różą  

      Instrukcje:
      Mleko lekko podgrzewamy. Powinno być ciepłe, nie gorące. Do ciepłego mleka wkruszamy drożdże i dodajemy 2 łyżki cukru, po czym mieszamy. Tę mieszankę przykrywamy 3 łyżkami mąki (nie mieszamy mąki z mlekiem i drożdżami, sypiemy i zostawiamy tak, jak nasypaliśmy, mąka ma tworzyć warstwę na powierzchni). Odstawiamy do wyrośnięcia. W międzyczasie do rondelka wrzucamy maliny oraz obrane i pokrojone w kostkę jabłko. Prażymy owoce z syropem z agawy i wodą różaną, mieszając regularnie, dopóki nie uzyskamy konsystencji gęstej konfitury. Odstawiamy do ostygnięcia, chłodne będą się lepiej nakładać na ciasto.

      Kiedy rozczyn wyrośnie, do dużej miski przesiewamy resztę mąki, następnie dodajemy jajka, syrop z agawy i wyrośniętą mieszankę mleczno-drożdżową, oraz olej. Mieszamy drewnianą łyżką. Nakrywamy i zostawiamy na jakieś 30-40 minut do wyrośnięcia. Z wyrośniętego ciasta formujemy w ręce spore i nie za cienkie placuszki, na które nakładamy mniej więcej łyżeczkę, może dwie konfitury. Przekonałam się, że (obok uważnego przyrządzenia rozczynu i cierpliwości w czasie poszczególnych etapów rośnięcia), to jest kluczowy moment w całym procesie. Zbyt cienkie placki mogą się rozpaść albo przepuścić nadzienie. Za grube placki sprawią, że wylądujemy z tłustą, gniotowatą bułą. Za mało nadzienia - znów sucha klucha. Pewnie zależy co kto lubi, ale ja lubię mocno owocowe drożdżówki, więc muszę tak kombinować, żeby i farszu nałożyć sporo, i skutecznie zakleić sakieweczkę z ciasta. Jeśli kiedyś sklejaliście pączki, wiecie, że to specjalna technika, którą trzeba opanować metodą prób i błędów (a błędów się napopełnia sporo, zanim zacznie wychodzić). Jeśli już musiałabym tę technikę ubrać w słowa, powiedziałabym, że ciasto zagarniamy od spodu, otaczając nadzienie ze wszystkich stron na raz, tak jakbyśmy robili tobołek z ubraniami. Jeśli zaczniemy tylko z jednej strony, zawartość wyleje się z drugiej. Jeśli zbierzemy ciasto z dwóch stron, wyleci pozostałymi dwiema. Trzeba "otulić" nim owoce, tak jakbyśmy zawijali niemowlę w kocyk. Nie wiem, czy to jasna instrukcja. Zabrakło mi już malowniczych metafor, więc tylko powiem wam, że załapałam technikę przy mniej więcej szóstej bułeczce, trzy pierwsze próby wyrzucając niestety do kosza :( 

      Kiedy już opanujemy trudną sztukę formowania bułeczek, układamy je na blaszce i zostawiamy do wyrośnięcia na około 10 minut. Kiedy wyrosną, wkładamy do piekarnika i pieczemy przez mniej więcej 20 minut w 180 stopniach. Dla waszej uciechy, poniżej zdjęcia moich porannych gniocików-zakalczyków.

      drożdżówki z malinami i różą    drożdżówki z malinami i różą

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Drożdżowo. Z różą, jabłkiem i malinami.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 30 czerwca 2012 19:19
  • wtorek, 26 czerwca 2012
    • Malinowo-jagodowe muffiny

      malinowo-jagodowe muffiny  malinowo-jagodowe muffiny  malinowo-jagodowe muffiny

      Bardzo dużo mi się w tych muffinach podoba. Są sezonowe. Mocno malinowe i jagodowe, więc rozkosznie wilgotne w środku. Leciutkie i wegańskie (bez jajek i mleka). Pachną różą, bo dodałam do nich odrobinę wody różanej. Dzięki nim nauczyłam się też nowej sztuczki, która powoduje, że owoce nie opadają na dno ciasta, a ja uwielbiam uczyć się nowych sztuczek :) Okazuje się, że wystarczy je obtoczyć w mące przed wrzuceniem do surowego ciasta. No i takie babeczki świetnie nadają się do częstowania innych ludzi, bo kto rozsądny by odmówił skosztowania babeczki?

      Wczoraj po południu jakiś obcy człowiek zapukał do drzwi. Mój kundel natychmiast je zaatakował, swoim zwyczajem ujadając coraz donośniej, chyba w nadziei, że na intruzie te szczeki zrobią wrażenie, że zrezygnuje i sobie pójdzie i zostawi mu jego panią na wyłączność. Przez wizjer zobaczyłam przyjaźnie wyglądającego młodego człowieka, który sprawiał wrażenie godnego zaufania, więc mu otworzyłam. Przedstawił się bardzo grzecznie, po czym oświadczył, że właśnie się wprowadził na strych i że chciał się pokazać sąsiadom, żeby wiedzieli, kto tam chadza, znosząc i wnosząc po schodach rower. A mnie zatkało. Zupełnie. Dopiero kiedy zamknęłam drzwi za nowym sąsiadem, dotarło do mnie, że oprócz podania swojego imienia, nie odpowiedziałam mu zupełnie nic. Taka zaskoczona byłam. Milczałam jak kawał drewna. A przecież na pewno istnieje jakaś sympatyczna formułka, której mogłam użyć, taka trochę amerykańsko-przedmiejska riposta, jak z hollywoodzkiego filmu, coś na kształt "welcome to the neighbourhood" czyli witaj w sąsiedztwie, nowy sąsiedzie. No a moje muffiny pasowałyby do takich uroczystych i gościnnych powitań jak ulał. Ale przegapiłam moment. Szkoda.

      malinowo-jagodowe muffiny   malinowo-jagodowe muffiny

      Ktoś mi kiedyś mówił o takim trafnym francuskim wyrażeniu, esprit d'escalier, którym opisuje się sytuację, gdy ktoś powie coś błyskotliwego, a elokwentna odpowiedź przychodzi nam do głowy dopiero po tym, jak już ubierzemy się w płaszcz i wyjdziemy na klatkę schodową. No i przecież nie będziemy wracać, żeby opowiedzieć opóźniony żart, który dawno przestał być a propos. Jakoś głupio. Esprit d'escalier. Żeby jednak trochę dobrej karmy przywędrowało w moją stronę, żeby symbolicznie odwrócić niewykorzystaną okazję do miłego gestu, rozdawałam wczoraj i dziś babeczki komu tylko się dało. Dzięki temu oprócz mnie malinowo-jagodowo z różaną nutą raczyło się jeszcze kilka innych osób. Bo miło się czasem podzielić.

      Przepis jest nieco zmodyfikowany, ale zawdzięczam go twórcy strony "Egless Cooking", poświęconej gotowaniu bez jaj ;)

      Składniki: 3/4 szklanki pełnoziarnistej mąki orkiszowej i 3/4 szklanki białej mąki, 3/4 szklanki mąki kukurydzianej, 1/2 szklanki syropu z agawy lub innego słodzidła, 3 łyżeczki proszku do pieczenia, 1 łyżeczka sody oczyszczonej, szczypta soli, półtorej łyżki wody różanej (albo otarta skórka jednej pomarańczy), 2/3 szklanki malin, 1/2 szklanki jagód, 1 i 1/4 szklanki mleka roślinnego (migdałowe byłoby najlepsze, ale w moich lokalnych sklepach było tylko owsiane i sojowe), 1/4 szklanki oleju rzepakowego.

      malinowo-jagodowe muffiny   malinowo-jagodowe muffiny

      Instrukcje: Rozgrzejcie piekarnik do 200 stopni. Przygotujcie blaszkę na muffiny i papierowe foremki. W dużej misce zmieszajcie wszystkie suche składniki. Posypcie umieszczone w drugiej misce owoce dwiema łyżkami tej mącznej mieszanki i dobrze potrząśnijcie miską, żeby się nią równomiernie pokryły (wtedy nie opadną na dno babeczek). W kolejnej misce zmieszajcie mleko roślinne, olej i syrop z agawy. Delikatnie wlejcie mokre składniki do suchych. Dorzućcie owoce i bardzo lekko wymieszajcie ciasto. Nałóżcie ciasto łyżką do foremek, wypełniając je do mniej więcej 2/3 wysokości. W oryginalnym przepisie autor pisze, że z ciasta wychodzi 11 muffinów, ale mnie wyszło 18, więc sporo więcej. Możecie posypać wierzch babeczek odrobiną cukru. Pieczcie je przez jakieś 15-20 minut, dopóki patyczek wbity w ciasto nie wyjdzie z niego suchy. Upieczone ostudźcie. I zjedzcie ze smakiem.

      Przepis dołącza do dwóch akcji:

      Embed_j8genhnomla5frkdhwywbuaqw3hwbgzz    Embed_qyzmlnzmyrmxuqb1h133hwwqonx3fqzz
       
       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Malinowo-jagodowe muffiny”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 czerwca 2012 21:14
  • piątek, 22 czerwca 2012
    • Kuchnia molekularna: czarno-białe sezamki

      czarno-białe sezamki    czarno-białe sezamki    czarno-białe sezamki

      Wczoraj po południu zadałam sobie trzy fundamentalne pytania:

      1. Czy dam radę wyprodukować domowe sezamki?

      2. Co myślę o kuchni molekularnej?

      3. Czym w ogóle jest dla mnie kuchnia?

      Ale może zacznę od początku. Wspominałam już o moich bardzo gościnnych znajomych, L. i R., ponieważ byłam u nich z wizytą parę dni temu, w celu powymieniania się książkami. Pomysł był taki, że skoro wszyscy jesteśmy czytający, kulturalni i inteligentni, ale lubimy odrobinę różne rzeczy, zniesiemy w jedno miejsce książki, które chętnie oddamy albo wypożyczymy innym i zrobimy taką biblioteczną imprezę. Przytaszczyłyśmy z siostrą po torbiszczu literatury, a kilka godzin później wróciłyśmy do domu z dokładnie takim samym książkowym ciężarem. W rezultacie mam w perspektywie całe lato czytania rozmaitych romansideł (w ramach odskoczni od mojego ukochanego "kryminalisty" Jo Nesbo, i dobrze, bo już mi się zakrwawione narzędzia zbrodni śnią po nocach). Będę więc czytać tytuły takie jak: Przeminęło z czasem. Siedem lat później. Lekcje włoskiego. Niewidzialne miasto. Pod jednym dachem. Bliżej słońca. A także coś, na co od dawna miałam chrapkę: reportaż o poszukiwaniu sposobu na stworzenie idealnego społeczeństwa, czyli książkę "Geografia szcześcia". Lubię takie ciekawostki.

      Oprócz wymieniania się książkami, oglądaliśmy też produkty z rosyjskiego supermarketu (apetyczne szczegóły w poprzednim wpisie), rozmawialiśmy o kulinariach, kuchennych sprzętach i kuchennych katastrofach (jak w najbardziej niekonwencjonalny sposób zniszczyć sobie iPada), a także jedliśmy same dobre rzeczy. Migdały prażone w pieprzu. Kukurydziane chipsy z tapenadą i obłędnym pomidorowo-cynamonowym sosem. I (tutaj się autentycznie wzruszyłam) - suszoną w piekarniku chrupiącą przekąskę z jarmużu według mojego blogowego przepisu. Mój blog żyje! Są ludzie, którzy z niego gotują! W pewnym momencie na kolanach wylądowała mi książka z przepisami popularnego szefa kuchni, Wojciecha Modesta Amaro, która tak mocno wybiła mnie z nawykowych kolein myślenia o gotowaniu, że aż byłam zmuszona zadać sama sobie te trzy istotne, podstawowe pytania, które wymieniłam na początku.

      Bo kuchnia molekularna, jaką uprawia Amaro (a także klasycy gatunku - na przykład charyzmatyczny Brytyjczyk Heston Blumenthal i Hiszpan Ferran Adria), od dłuższego czasu mnie uwiera. Swędzi. Drażni. Nie mogę się zdecydować, czy podchodzić do niej z pobłażaniem (a, niech się tam chłopcy bawią, przecież nikomu nie szkodzą), z niedowierzaniem (kotlet z żurawiny z sosem ze śledzia?), z nabożeństwem i podziwem (kto by pomyślał, że człowiek osiągnie takie mistrzostwo w manipulacji stanami skupienia, przy jednoczesnym zachowaniu smakowych esencji), z irytacją (przekombinowane, pretensjonalne dziwactwo), czy może z oburzeniem (kuchnia molekularna podważa fundamentalne założenia na temat jedzenia, oddzielając gotowanie od codzienności, od naturalnych, prostych, podstawowych, znanych od zawsze kształtów i konsystencji - bo czy ja swojej rodzinie na obiad zrobię zmrożony azotem kawior z jajek na bekonie? Albo sorbet z jagnięciny i chłodnik z igieł sosnowych?).

      Nadal nie wiem, co tak naprawdę w tej kwestii myślę. Natomiast dzięki kuchni molekularnej - tym ocierającym się o stosowane nauki ścisłe eksperymentom z materią - zadałam sobie pytanie, jaką rolę pełni jedzenie w moim życiu. Skoro tak mnie "rusza" Modest Amaro i jego zabawy kuchenne, to po co w takim razie ja gotuję? Jak gotuję? Dlaczego gotuję? I doszłam do wniosku, że podchodzę do gotowania medytacyjnie. Gotowanie ma mnie zrelaksować. Lubię się stuprocentowo skupiać na jego szczegółach, odpoczywając od całej reszty swojego życia, nie myśląc o niczym innym, lubię dotykać pomidory, wąchać świeżo rozkrojone owoce, patrzeć jak marchew zamienia się w pomarańczowe talarki, smakować sos w miarę jego powstawania. Chociaż przez moment tak sobie po prostu pobyć, bez zbędnego myślenia, bez filozofowania (to dla mnie trudne :) i bez wygórowanych ambicji. A co wyjdzie, to wyjdzie. Nie uznaję sztywnych reguł, więc kombinuję sobie po swojemu, dorzucając po garści tego i po szczypcie tamtego, próbując co jest możliwe, a czego się nie da zrobić, z ciekawością obserwując, co się z tej całej zabawy na koniec wykluje. 

      biały i czarny sezam

      Natomiast gotowy posiłek ma inne funkcje. Ma mi dostarczyć czegoś bardzo konkretnego - oprócz odżywczego budulca dla organizmu, ma mi też zapewnić zmysłową przyjemność, radość ze smakowania, ma mi przynieść ulgę kiedy zaatakuje głód i prostą satysfakcję kiedy jestem znudzona, sfrustrowana albo nieszczęśliwa. Spełnia też w moim życiu kluczowe role społeczne - zbiera moją rodzinę przy stole, pokazuje innym, kim jestem, równocześnie służąc jako rodzaj podarunku. Bo częstowanie innych swoimi wyrobami kulinarnymi to nie tylko sposób na wyrażenie siebie, ale i rodzaj prezentu. I budulec więzi, bo wspólne siedzenie przy stole to przecież prawie magiczny akt, często pozbawiony słów, kiedy razem przeżywamy aromaty, razem oglądamy kolory na talerzach, razem chrupiemy i cmokamy, razem, na chwilę, skupiamy się na zmysłach, jesteśmy w konkretnym miejscu, w konkretnym momencie. I zastanawiam się, czy molekularne gotowanie mogłoby zastąpić proste, znane mi od dzieciństwa podsmażanie cebuli, odcedzanie makaronu, lepienie pierogów i mieszanie składników ciasta. Opowiadanie sobie nawzajem, nad żurkiem albo kompotem, historii o ulubionych obiadach dzieciństwa. Czy molekularne zabawy byłyby w stanie odegrać te same role, co "analogowe", ręcznie i powolnie przyrządzane potrawy, odziedziczone po kądzieli, podpatrzone u mamy, u babci, czasem nawet u prababci. Czy przerwanie tej pokoleniowej ciągłości i rewolucja w sposobie myślenia o jedzeniu nie pozbawiłyby nas czegoś cennego? Nadal nie wiem.

      Ponieważ na dwa z moich trzech egzystencjalnych pytań nie potrafiłam rozstrzygająco odpowiedzieć, będę sobie dalej na ten temat filozofować, a tymczasem wypróbuję jedyny przepis z molekularnej książki kucharskiej, który uwzględnia posiadany przeze mnie sprzęt oraz poziom moich umiejętności technicznych, stanowiąc zarazem ciekawe wyzwanie. Sezamki. W oryginale przepis zamiast sezamu proponował użyć amarantusa. Myślę, że byłoby to bardzo fajne - jadłam kilka razy takie amarantuski, z dużym smakiem - ale amarantus akurat mi "wyszedł", za to w puszce na bakalie tkwiły dwie torebeczki tradycyjnego składnika - białego i czarnego ziarna sezamu. Druga moja modyfikacja polegała na zastąpieniu białego cukru lepkim brązowym muscovado, bo producent chwalił się na opakowaniu, że jest najlepszy do produkcji toffee i karmelu. No cóż.

      domowe sezamki

      Składniki: po 50g białego i czarnego sezamu, 300g cukru (polecałabym jednak jaśniejszy i mniej intensywny w smaku od muscovado trzcinowy), łyżka świeżo wyciśniętego soku z cytryny, 3-4 łyżki kawy orkiszowej.

      Co zrobić: do dużego rondla z nieprzylepnym dnem wsyp cukier i postaw na bardzo małym ogniu. Powoli ogrzewaj, pilnując go jak oka w głowie, żeby się stopniowo stopił w jasny karmel. W drugim rondlu albo na patelni, praż po 3 łyżki sezamu (albo amarantusa, jeśli wolisz taką opcję), aż się odrobinkę zarumieni. Do karmelu dodaj sok z cytryny i grzej dalej, dopóki nie zrobi się brązowy i nie zacznie pachnieć palonym cukrem. Wsyp kawę i ziarna sezamu, zestaw na momencik z ognia, rozłóż na blacie kuchennym pergamin i wylej na niego masę karmelową, rozprowadzając ją cienko i równomiernie (wcale niełatwa sprawa, bo spryciula stygnie bardzo szybko, wiec szybko przestaje być elastyczna). Ostudź, a potem pokrój albo połam fantazyjnie na kawałki.

      I jeszcze tylko parę uwag dodatkowych: brązowy cukier muscovado, kiedy się go stopi, bardzo intensywnie smakuje, ma taki trochę dymny, wędzony aromat, co oznacza, że jeśli go użyjecie, mniej wyraźnie będziecie czuć w sezamkach sezam. I druga rzecz, karmel z takiego cukru jest mocno brązowy, nieprzejrzysty, więc nie uzyskuje się klasycznego efektu sezamka, czyli efektu ziaren zatopionych w przezroczystej masie. A na koniec uwaga zdrowotno-kaloryczna: 300g cukru to dużo, więc lepiej sezamki sobie dawkować małymi porcjami :)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kuchnia molekularna: czarno-białe sezamki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 22 czerwca 2012 14:17
  • środa, 06 czerwca 2012
    • Ciasto dla rozrabiaki

      zdrowe ciasto truskawkowo-czekoladowe

      Rozróba goni rozróbę. Od soboty, gdzie bym się nie pojawiła, sieję zamęt i towarzyskie spustoszenie. Ja, z moimi ambicjami żeby mądrze żyć - spokojna i zdystansowana jak buddyjski mistrz. Zdaje się, że ludzki organizm to naprawdę niesamowicie złożona, skomplikowana maszyneria, której chwiejną chemiczną równowagę niezwykle łatwo zaburzyć. I robi się chryja. Nagle jednego minerału za dużo, a innego hormonu za mało i szaleje moje ciało, a razem z nim szaleję ja. I niby jestem w dobrym towarzystwie, bo jakieś 55% społeczeństwa doskonale zna tę comiesięczną wybuchową mieszankę rozdrażnienia  z niezachwianym przekonaniem, że jestem do chrzanu, a całe moje życie (fryzura, mieszkanie, zawartość szafy, ścieżka kariery, blog, związek - niepotrzebne skreślić) to wielka, spektakularna porażka. Ale i tak samemu i bez niczyjej pomocy trzeba sobie radzić z reperkusjami awantur, jakie się rozpętało. W sobotę, na dobry początek, dostało się bogu ducha winnej kobiecie prowadzącej szkolenie, na które się zapisałam w przypływie motywacji rozwojowej. Po dobrej półgodzinie pełnej emocji dyskusji na temat znaczenia słowa "izolacja" (i czy oznacza to samo, co "marginalizacja" albo "wykluczenie"), obie osunęłyśmy się bez sił na swoje krzesełka, a pozostali uczestnicy, mocno skonsternowani, wymienili tylko spłoszone spojrzenia i co szybciej udali się na przerwę kawową, byle jak najdalej od tego naszego semiotycznego pobojowiska.

      W niedzielę było jeszcze gorzej. Swoją działalność zainicjowałam wdając się w dramatyczne negocjacje z moją grupą ćwiczeniową na temat jedynego słusznego sposobu budowy amortyzującej konstrukcji z gazet i taśmy klejącej, która ma zatrzymać surowe jajko spadające z wysokości jednego metra (taka gra szkoleniowa ucząca współpracy w zespole). Harmonijka? Kilka warstw ciasnych tulejek? Czy może połączone skoczem zmięte papierowe kule? Pewnie tego jeszcze nie wiecie, ale to kwestia życia i śmierci. A ja zupełnie nie rozumiem, jakim cudem nadal się z pozostałymi trzema dziewczynami z grupy do siebie odzywamy. Starczy tego awanturnictwa? Skończyłam wraz z końcem szkolenia? A gdzie tam, dopiero się rozkręcałam, bo ten pełen przygód weekend zamknęły... rękoczyny. Ja i moje hormony pojawiliśmy się niestety w niedzielny wieczór w kuchni mojej siostry, gdzie stał szwagier wraz z kolegą i pichcił krewetki. Na moje nieszczęście kolega wybrał właśnie ten moment żeby podważyć kulinarne kompetencje szwagra. A jemu coś się pomyliło i napadł na mnie, cedząc przez zęby, że on wie, że ja jestem geniuszem gotowania i mistrzem blogerstwa, ale krewetki to akurat on umie przyrządzać. Przez resztę wieczoru wyzłośliwiał się na temat tych nieszczęsnych skorupiaków (bardzo, trzeba przyznać, smacznych), co wreszcie doprowadziło do kąśliwej uwagi z mojej strony (przy ludziach, niestety), na co mój szwagier uszczypnął mnie z całej siły w nos (przy tych samych ludziach), ja mu powiedziałam, że chyba sobie w kulki leci, a on się na mnie obraził i się ze mną nie pożegnał kiedy wychodziłam. I tak, skoro pytacie - oboje jesteśmy pełnoletnimi, płacącymi podatki, głosującymi regularnie obywatelami naszego kraju (może to coś tłumaczy). Po czterdziestoośmiominutowej, dogłębnej telefonicznej analizie tego incydentu moja mama stwierdziła, że już rozumie genezę słowa "poprztykać się".

      zdrowe ciasto truskawkowo-czekoladowe    zdrowe ciasto truskawkowo-czekoladowe

      Nos już nie boli. Gorzej, że następnego dnia to na mamie właśnie wyładowałam swoją irytację. I chyba nie będę wam opowiadać ze szczegółami po co i na co, grunt, że mogłam sobie darować, a jej się na pewno zrobiło przykro (bo kto lubi kiedy na niego warczą przy bankowej kasie?). Natomiast kiedy na nią warknęłam, nagle zrozumiałam, że coś z tym trzeba zrobić.

      Ciasto trzeba zrobić. Takie uspokajające, pacyfikujące wewnętrznych łobuzów, czerpiących niewyjaśnioną, ale dziką satysfakcję z wsadzania kija w mrowisko i sprawdzania, co zrobią mrówki. Pełne magnezu, potasu i witamin z grupy B ciasto z bananem, owsem i kakao. Przyozdobione świeżymi truskawkami z bazarku za rogiem. Takie ciasto, zawierające pół tablicy Mendelejewa (tę połówkę, która koi, łagodzi, pozwala się skupić i ochłonąć, a potem zrozumieć, że do paru osób wypadałoby zadzwonić z przeprosinami). Niektórych na razie nie będę przepraszać, bo nawet moja (opóźniona nieco i wspomagana słodyczami) dojrzałość ma jakieś granice. Granice nietykalności cielesnej. Ręce precz od mojego nosa! A wracając do ciasta, rozpętałam kilka tygodni temu akcję kulinarną pod tytułem "Zdrowe Słodycze". Jak do tej pory zebrało się ponad 150 przepisów na wspaniałe słodkie różności - pełnoziarniste, owocowe, z kaszy albo płatków owsianych, wegańskie i dla alergików - budynie, lody, torty, ciastka, racuchy, rolady i wiele, wiele innych. Jeden z tych przepisów tak mnie zwalił z nóg, że wczoraj pojawiłam się na blogu jego właścicielki kilka razy, zostawiając dwa entuzjastyczne komentarza, a dzisiaj zrobiłam zakupy i zabrałam się do odtworzenia tego wzmacniającego nerwy arcydzieła. Coś pięknego, więc ogromne podziękowania dla autorki bloga "Moje pomysły na zdrowszą kuchnię", studentki, która ten śliczny torcik zrobiła żeby wspomóc mózg na okoliczność sesji. Jest wielka :) A jeśli jeszcze nie trafiliście na moją akcję, a chcielibyście trafić, link do "Zdrowych Słodyczy", kopalni przepisów na smaczne, lekkie i odżywcze desery jest tutaj oto. Bo a nuż macie ochotę trochę się zainspirować lub też nauczyć, jak jeść z przyjemnością, ale bez poczucia winy. Ja się uczę i bardzo mi to dobrze robi. Fajne są te blogerki i blogerzy. I fajne mają pomysły.

      zdrowe ciasto truskawkowo-czekoladowe

      Torcik truskawkowo-czekoladowy na owsianym spodzie:

      • NA SPÓD: Dojrzały banan, 1.5 szklanki płatków owsianych, 3 łyżki otrębów, jajko, 5 łyżek jogurtu naturalnego, 2 łyżki oleju rzepakowego, łyżeczka cynamonu, łyżeczka proszku do pieczenia, czubata łyżka cukru trzcinowego, 2 łyżki syropu z agawy 
      • NA KREM: Dojrzałe awokado, 4-5 łyżek miodu lub syropu z agawy, 3/4 opakowania serka homogenizowanego (150g), 3 czubate łyżki kakao 
      • DEKORACJA: Dowolna ilość truskawek  

      Ciasto. Miksujemy banana z jajkiem, dodajemy resztę mokrych składników. Płatki owsiane przerabiamy blenderkiem na mąkę, dodajemy do masy razem z resztą suchych składników, mieszamy. Tortownicę lub formę do tarty smarujemy pół łyżeczki masła. Do formy przekładamy ciasto (ma być w miarę cienka warstwa) i pieczemy w 180 stopniach koło 20 minut (aż będzie złoto- brązowe) i zostawiamy w wyłączonym piekarniku przez kolejne 5 minut. 

      Składniki na krem (awokado warto obrać ze skórki!) umieszczamy w mikserze / malakserze i mielimy na mus. Warto zainwestować w nasz mus trochę czasu, bo powinien być gładziutki, bez grudek z awokado. Letni spód smarujemy kremem, który ozdabiamy świeżymi truskawkami. Można podawać od razu. 
       
      zdrowe ciasto truskawkowo-czekoladowe    zdrowe ciasto truskawkowo-czekoladowe    zdrowe ciasto truskawkowo-czekoladowe

      P.S. Dzisiaj w radio mówili, że sama obsługa telewizji Al-Jazeera, która zjechała do Warszawy na Euro liczy 200 osób, które trzeba gdzieś przenocować i jakoś nakarmić. Matko jedyna!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Ciasto dla rozrabiaki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 06 czerwca 2012 21:35
  • piątek, 01 czerwca 2012
    • Sezamowe "orzeszki-pocieszycielki"

      sezamki z melasą    sezamki z melasą

      Pamiętam ze szkoły podstawowej coroczne wizyty w gabinecie lekarskim, gdzie Pani Pielęgniarka stawiała nas na chybotliwej, mocno odrapanej wadze, po czym spuszczała nam bezceremonialnie na głowy metalową miarkę, która służyła do ustalania wzrostu w centymetrach, a następnie zapisywała wyniki w książeczce (zdrowia dziecka?), którą później obnosiło się z dumą po całej szkole, jak trofeum. To były czasy, kiedy cieszył każdy dodatkowy centymetr i każdy kolejny kilogram. Och, jak ja lubiłam tak miarowo rosnąć i nabierać ciała, raz do roku dostając dowód na piśmie, że nadal się w odpowiednim tempie rozwijam. I całe szczęście nikt mnie z nikim nie porównywał, nie mówił, że jestem za mała, za duża, za lekka albo za ciężka, że Krysia jest jakaś bardziej, a Agniesia mniej, bo rozrastałam się w granicach rówieśniczej normy, a więc i bez kompleksów. I kiedyś przyszedł moment przełomowy. Sielanka się skończyła, centymetrów już nie przybywało, a nadwyżki kilogramów przestały stanowić dobrą nowinę. Pani Pielęgniarka zaczęła mi posyłać znaczące spojrzenia albo kręcić wymownie głową jeśli uznała, że metr sześćdziesiąt cztery cm i sześćdziesiąt pięć kg to proporcje, które nie przystoją podlotkowi. I jakoś mniej się już lubiłyśmy z Panią Pielęgniarką. Miałam taką teorię, że kiedy wali mnie po głowie metalową miarką wzrostu, odruchowo się kurczę, co każdorazowo zaniża ten mój wzrost przynajmniej o jeden cenny centymetr, a z kolei przestarzała, nie zmieniana od kilku dekad i wielu pokoleń uczniów waga (na sto procent źle skalibrowana) dodaje mi minimum kilogram, jeśli nie więcej.

      sezamki z melasą

      Wczoraj po południu zaliczyłam coś na kształt podróży w przeszłość. Szłam do pracy i byłam odrobinę za wcześnie. Natknęłam się nagle na półkole charakterystycznych białych namiotów-stoisk z łopoczącymi na wietrze proporcami rozmaitych firm - medycznych, zielarskich, farmaceutycznych i dietetycznych. Ponieważ miałam do dyspozycji dobre dziesięć minut, przyjrzałam się poszczególnym stanowiskom, jak rasowy Polak wyglądając darmowych miętówek, promocyjnych długopisów, interesujących kolorowych ulotek, które by dodały co nieco do ogółu mojej wiedzy. Podobno Polacy dzielą to zamiłowanie do freebies, nieodpłatnych gadżetów i rozmaitych okazji, z niektórymi azjatyckimi narodami, szczególnie Singapurczykami, którzy zawsze staną w najdłuższej kolejce, z obawy, żeby ich jakaś atrakcyjna promocja nie ominęła. W Singapurze nazywają to zjawisko "kiasuizm", od słowa kiasu, które w języku Hokkien oznacza lęk przed stratą. Kiasuizm objawia się między innymi właśnie dołączaniem do najdłuższych kolejek, bo skoro wszyscy tam stoją, to na pewno coś "rzucili", napychanie do koszyka hurtowych (niepotrzebnych nikomu) ilości przecenionych towarów, żeby zdążyć je kupić zanim skończy się przecena, a także - w przypadku bufetowych posiłków - ładowanie na talerz porcji wielkich nie do zjedzenia, żeby ich nam inni nie sprzątneli sprzed nosa.

      Czy to nie brzmi podejrzanie znajomo? Pamiętam kiedyś taką scenę z Placu Zamkowego w Warszawie, gdzie z bliżej nieokreślonej okazji krojono gigantyczny tort i rozdawano jego kawałki na papierowych talerzykach tłumowi. Usłyszałam rozmowę starszej pani z synem albo zięciem: "Nie lubię tortu. Nie znoszę. Ale przecież rozdają, to mam nie wziąć?" Więc i ja wczoraj ustawiłam się w najdłuższej kolejce. W duchu kiasuizmu. Wiadomo, największy ogonek, najkorzystniejsza okazja. W namiocie, przed którym czekałam, stał uśmiechnięty młody człowiek z jakimś specjalistycznym, futurystycznym sprzętem. "Pomiar BMI i tkanki tłuszczowej" - głosiła wywieszka z przodu stoiska. W pierwszym odruchu, kiedy zrozumiałam dokąd stoi kolejka, chciałam zrobić natychmiastowy wtyłzwrot, ale pokusa poddania się darmowym badaniom zwyciężyła. Podsłuchałam, że chłopak stojący przede mną podaje badającemu swój wiek, wzrost i wagę. Znów miałam ochotę odwrócić się na pięcie. Od dawna nikomu nie zwierzałam się ze swojej metryki i precyzyjnych wymiarów, w nadziei, że jeśli nie będę mówić, to może nikt nie zauważy. Ale zostałam w ogonku, doczekałam swojej kolei, wysłuchałam promocyjnej prezentacji i dostałam swoje trofeum - karteczkę z zapisanym długopisem wynikiem pomiaru. Poinformowano mnie, że tkanka tłuszczowa zdrowej kobiety w moim wieku powinna stanowić maksymalnie 29% masy ciała. No to moja stanowi trochę więcej. Co widać w załączonym materiale dowodowym.

      analiza składu ciała     sezamki z melasą

      Na pocieszenie zrobiłam to, co zawsze robię na pocieszenie, czyli upiekłam sobie ciasteczka. W Kuchni Alicji od mniej więcej miesiąca kusił mnie przepis na uzależniające sezamowo-maślane kuleczki do pogryzania w towarzystwie espresso macchiato albo innego cappuccino. I wreszcie je mam na swoim stole. To kolejny przepis, który wędruje z bloga do bloga i z kuchni do kuchni, zachwycając po drodze kolejne grupy uraczonych nim osób. Ciasteczka w smaku przypominają chałwę. Niezbyt słodkie, bo słodzone melasą z chlebka świętojańskiego, mocno pachnące tahini i poprzetykane drobinkami mielonej kawy. Wielkości orzeszka. Apetycznie popękane, odrobinę zarumienione. Moje małe przyjaciółki-pocieszycielki. Doskonale wiem, co takie kuleczki robią z moim BMI. Ale przecież zawierają cudownie dobroczynny sezam (jeśli jeszcze nie czytaliście moich pieśni pochwalnych na jego temat, wystarczy przejść tutaj) i nieoceniony po prostu karob (peany dotyczące karobu możecie z kolei znaleźć o tu, a jeszcze więcej peanów, tutaj). Coś, co zawiera dwa tak prozdrowotne i przyjazne ciału składniki, nie może być dla mnie złe. W ogólnym rozrachunku uważam więc, że robię swojemu odrobinę zbyt tłuściutkiemu organizmowi przysługę. I tego się będę trzymać. Kurczowo ;)

      Składniki: pół szklanki tahini, pół kostki masła, ze cztery łyżki melasy z karobu albo cukru trzcinowego (melasowe ciastka wyjdą średnio słodkie - mój tata uznał je wręcz za wytrawne - więc może sypnijcie więcej niż ja), 2 szklanki orkiszowej mąki typu graham, pół łyżeczki proszku do pieczenia, łyżka zmielonej kawy albo garść maku.

      Sposób wykonania: rozgrzać piekarnik do 170 stopni. Masło utrzeć z cukrem i tahini, dodać mąkę wymieszaną z proszkiem i kawę albo mak, po czym zagnieść ciasto. Formować lekko spłaszczone kulki wielkości orzecha włoskiego albo nawet mniejsze. Piec przez jakieś 13 minut (mniejsze trochę krócej). Moje kuleczki są brązowawe z brzegu, ale nie trzeba czekać aż ciastka się zrumienią, wystarczy, że odrobinę popękają. Brązowe smakują mniej chałwowo :)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Sezamowe "orzeszki-pocieszycielki"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 01 czerwca 2012 10:28
  • poniedziałek, 28 maja 2012
    • Wykwintny czekoladowiec z truskawkami

      ciasto czekoladowe z truskawkami     ciasto czekoladowe z truskawkami

      Upiekłam ciasto idealne. Takie ciasto, dla którego należy odłożyć wszystko na bok, wygospodarować sobie ciszę i przestrzeń, żeby nie przegapić jego subtelności. Nie można go jeść w pośpiechu i hałasie, bo coś nam umknie. Coś cennego.  To czasem pomaga w życiu, a czasem wręcz przeciwnie, ale ja bardzo lubię niuanse. Niedopowiedzenia. Nieoczywistości wymagające skupienia. Jeśli wy też je lubicie, upieczcie to niepozorne cacko. Głęboko ekologiczne, bo każdy składnik przewędrował długą, powolną drogę do mojej kuchni. Taką drogę, jaką prawdziwe, naturalne, zdrowe jedzenie musi przewędrować, żeby było coś warte. Więc wyłączcie telefon, zamknijcie się sam na sam z kawałkiem tego bezpretensjonalnego delikatesu w wypełnionym słońcem i powietrzem pokoju i zobaczcie, co się będzie działo. Cuda. Gryczane. Migdałowe. Czekoladowe. Waniliowe. Truskawkowe.

      To ciasto wymaga czułości i troski. Robi się je delikatnie, powoli, w każdą czynność inwestując uwagę i zainteresowanie. Miłość. Powstało więc z miłością właśnie, w sam raz na niedzielny obiad, spóźnioną celebrację dnia Matki. A Matka - swoim zwyczajem - przyrządziła prawdziwą, rzucającą na kolana, obficie warzywną ucztę.  Tym razem miała przed sobą wyzwanie nie lada. Jedno dziecko ma alergię pokarmową. Drugie wrażliwy żołądek. Zięć mięsożerny i niekoniecznie przepada za zieleniną. Wnuki nie tolerują każdy czego innego, a jeszcze dołączył do nas gość, o którego preferencjach kulinarnych nie było zupełnie nic wiadomo. Tylko ojciec tolerancyjny i zje, co mu dadzą. Więc moja Matka (Teresa), czarodziejka dnia powszedniego, z niespotykaną gdzie indziej wrażliwością na drugiego człowieka (szukam, szukam całe lata i nic), z wirtuozerią godną mistrza stworzyła posiłek, w którym wszystkich nas wzięła pod uwagę i który jeszcze do tego wszystkim smakował. Kremowa, bezpretensjonalna zupa z białych szparagów z kukurydzianym pieczywem to było tylko preludium. Drugie danie dostaliśmy w postaci bufetu (jak ja lubię bufety!). Dla siostry gęsina, dla całej naszej reszty - leciuteńki, mocno jarzynowy gulasz. Maluteńkie, okrągluteńkie młode kartofelki z wody z odrobiną masełka i koperku, obezwładniająco szlachetne w swojej prostocie. Gotowane na parze kalafiory. I absolutnie mistrzowskie (uwielbiam je po prostu, mogłabym się nimi żywić ciągle) zapiekane cukinie z plasterkami pomidora.  Nie wiem, jak Matka to zrobiła, ale się dowiem, bo to majstersztyk, ponieważ świeże pomidory tak zapiekła, że przypominały najlepszej jakości autentycznie włoskie suszone na słońcu słodkawe pomodorini. Do tego była jeszcze naprawdę udana surówka-eksperyment mojej siostry - czerwona kapusta z fasolką i ogórkiem kwaszonym. A potem jedliśmy ciasto.

      ciasto czekoladowe z truskawkami

      Przepis na czekoladowe ciasto, do którego z własnej nieprzymuszonej woli dodałam swoje pierwsze truskawki w tym sezonie, znalazłam na mocno atmosferycznym blogu kulinarnym Smitten Kitchen, chociaż i tam przywędrował on wcześniej skąd inąd. Takie wędrujące, stopniowo modyfikowane przepisy są najfajniejsze. A i składniki ciasta, które w końcu trafiło na stół mojej ukochanej Matki mają swoją historię, bo na przykład ekologiczne truskawki kupiłam w zakorzenionym pięknie w mokotowskim krajobrazie zaprzyjaźnionym sklepie ze zdrowymi i regionalnymi produktami, którego właścicielka stanowi koło napędowe sporych zmian w najbliższej okolicy sklepu. Fajni są tacy lokalnie zaangażowani pasjonaci. Kiedyś napiszę o całej tej historii parę słów więcej, bo warto się inspirować ludźmi, którzy robią coś ponad minimum wymagane żeby utrzymać rodzinę, coś dla innych. To przecież ani proste, ani oczywiste.

      Składniki ciasta: około 100g dobrego śmietankowego masła (im bardziej naturalne, tym pyszniejsze, więc warto zainwestować kilka złotych więcej), 100g gorzkiej ciemnej czekolady (najlepiej z 70% zawartością kakao), 4 duże jaja od szczęśliwych kur wyjęte wcześniej z lodówki, niecałe pół szklanki jasnego cukru trzcinowego, porządna szczypta soli morskiej, łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii, ćwierć szklanki ekologicznej mąki gryczanej, ćwierć szklanki świeżo zmielonych na pył ekologicznych migdałów, 250g ekologicznych truskawek.

      ciasto czekoladowe z truskawkami   ciasto czekoladowe z truskawkami   ciasto czekoladowe z truskawkami

      Sposób przyrządzenia: celowo nie nazwałam tego blogu "Ciastkarka Zen" ani "Zen Piekarnia", bo niestety nie jestem wielkim ekspertem od wypieków. Swoje pierwsze prawdziwe ciasto upiekłam może półtora roku temu, przeżywszy już dobre trzydzieści parę lat na Ziemi. Potem, z rosnącą ciekawością i entuzjazmem, piekłam już regularnie, przeplatając względne sukcesy zakalcami i cegłami, w proporcji mniej więcej 1:1. Tym bardziej cieszę się ze smaczności tego czekoladowca. Jeśli chcecie powtórzyć mój sukces, przeznaczcie na to ciasto (i na nic innego) spokojną półgodzinkę. Rozgrzejcie piekarnik do 180 stopni. Posmarujcie okrągłą formę lub żaroodporne naczynie masłem, a dno wyłóżcie wyciętym krążkiem papieru do pieczenia. Dzięki temu gotowe ciasto łatwo będzie wyjąć z formy. Zagotujcie wodę w sporym garnku, na którym postawicie miskę z odpornego na wysokie temperatury materiału (szkło lub metal, plastik odpada, drewno się nie sprawdzi). W misce roztopcie razem masło i podzieloną na kawałki czekoladę. Odstawcie na chwilę żeby nieco ostygły. Ubijcie razem jaja i cukier. To najważniejszy etap powstawania ciasta i tutaj warto zainwestować swój czas, bo zwróci się z nawiązką. Ubijajcie jaja z cukrem (mikserem, mikserem) przynajmniej przez 5 do 9 minut, dopóki nie podwoją objętości, nie zbledną do pięknego rozbielonego koloru i nie zrobią się puszyste. To proste równanie. Pięciominutowe ciasto będzie dobre, siedmiominutowe wyborne, ale dziewięciominutowe wybitne. Następnie bardzo delikatnie wmieszajcie do jaj wanilię i roztopioną czekoladę. Równie delikatnie postępujcie wsypując do masy mąkę i migdały, a potem dodając umyte, pozbawione szypułek i pokrojone na niewielkie kawałki truskawki. Pieczcie przez 20-30 minut w 180 stopniach. Po wystygnięciu przełóżcie na duży talerz. Jeśli macie ochotę na wersję absolutnie luksusową, możecie wierzch ciasta posmarować dobrym serkiem mascarpone, zmieszanym z odrobiną czegoś słodkiego. My wczoraj jedliśmy je z bitą śmietanką.

      dzień matki    dzień matki

      A to fotki-bonusy. Ekologiczne truskawki kupiłyśmy w sobotę razem z Mamą, spacerując po Starym Mokotowie i na głos snując marzenia o otwarciu własnej knajpy, po czym uczciłyśmy ten zakup (i Dzień Matki, no bo był 26 maja) kawką i wspólnym kawałkiem ciasta.

      Embed_fpnociwbx95zxka0qcze10ddfkuykqzz

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Wykwintny czekoladowiec z truskawkami”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 maja 2012 13:13
  • środa, 23 maja 2012
    • Brownie fasolowo-bananowe! Bez stewii.

      brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe

      Wiem, że jestem troszeczkę szurnięta. Trudno. Moim wielkim kulinarnym marzeniem, a może mrzonką raczej, nieosiągalnym świętym Graalem, do którego można dążyć, ale którego nigdy na koniec się nie zdobywa, jest znalezienie przepisu na taki słodki wypiek, który nie zawierałby mąki pszennej, jaj, cukru ani mleka i który mogłabym jeść bezkarnie, z czystym sumieniem, na śniadanie, obiad oraz kolację. Bo wtedy nie potrzebowałabym już się żywić niczym innym... Więc szukam tego przepisu i szukam i czasem jestem blisko, być może nawet coraz bliżej tej swojej prywatnej utopii. Piekłam już babeczki z mleczkiem kokosowym zamiast jaj i ciasta z mlekiem sojowym zamiast krowiego, zastępując mąkę pszenną innymi - orkiszową, ryżową, gryczaną, kukurydzianą. Bywa, że udaje mi się wyeliminować dwie albo nawet trzy z czterech rzeczy, które chciałabym z ciastek usunąć na zawsze. Tyle że zwykle natykam się na ten sam problem. Czyli co zrobić z cukrem. Melasa? Trzcinowiec? Niewiele mniej szkodliwe od białego kolegi. Polecany przez wielu dietetyków syrop z agawy u nas w Polsce kosztuje straszliwe pieniądze, a ja już i tak stoję na krawędzi bankructwa. Syrop daktylowy albo kukurydziany - pyszne, słodkie jak ja cię nie mogę, ale rówież drogie niemiłosiernie.

      stewia

      Ale. Ale. Ku mojej wielkiej ciekawości, kiedy parę tygodni temu szłam sobie wzdłuż linii berlińskiego S-Bahnu numer 9, trafiłam na duży sklep ekologiczny, a w nim na calusieńką półkę pełną czegoś, o czym przedtem tylko piąte przez dziesiąte słyszałam, a chciałam wiedzieć więcej, czyli egzotycznego produktu pod nazwą stewia. W kropelkach, w proszku, w różnych stężeniach, w rozmaitych kształtach i wielkościach opakowań. Zakupiłam najładniej wyglądające pudełko (serio, zupełnie nic nie wiedziałam o stewii, a dodatkowo mówię tylko ein, zwei, drei po niemiecku, więc nie mogłam użyć innego kryterium dokonując wyboru) i przyjechałam z nim do Warszawy. A potem stało to pudełko sobie smętnie na półce, bo bałam się go wykorzystać, dopóki ktoś mi nie powiedział, że sam tego specyfiku używa do wypiekania ciast i ciasteczek i że sobie stewię chwali. Wtedy się odważyłam i zrobiłam badanie dostępnych źródeł. A tu niespodzianka:

      • Stewia jest stuprocentowo naturalna
      • Ma zero kalorii
      • Nie powoduje próchnicy zębów (yes, yes, yes!)
      • Jest bezpieczna dla diabetyków – nie podnosi poziomu cukru we krwi
      • Zależnie od formy, w jakiej ją kupujecie, może być nawet 250-450 razy słodsza od cukru
      • Rozpuszcza się w wodzie i alkoholach, więc pasuje do drinków, deserów, soków i kompotów
      • Jest odporna na wysoką temperaturę (do 200 °C) – może więc być używana do pieczenia i gotowania
      • Można ją długo przechowywać
      • Na podstawie kompleksowych, wieloletnich badań (w tym zleconych przez WHO, Światową Organizację Zdrowia) stwierdzono, że stewia jest nietoksyczna i można ją uznać za bezpieczną dla zdrowia.  Od wielu, wielu lat używa jej się na przykład w Japonii i Japończycy żyją, mając się całkiem dobrze. Robi furorę w Niemczech, natomiast reszta Unii jakoś nie może się do niej tak całkiem przekonać. Więcej informacji możecie znaleźć na przykład tu: http://stewia.info.pl/

      ciasto rabarbarowo-czekoladowe   ciasto rabarbarowo-czekoladowe

      Dla mnie bomba. Przeczytawszy te rewelacje zaczęłam się zastanawiać dlaczego biały cukier w ogóle jeszcze istnieje. Cóż więc zrobiłam w następnej kolejności? Upiekłam ciasto, oczywiście. Rabarbarowo-czekoladowe, bo zobaczyłam ten przepis na zaprzyjaźnionym blogu, zachwyciłam się i bardzo chciałam go wypróbować (oryginał jest pyszny). No i upiekłam. Moja wersja była... interesująca. Smakowała... szpinakiem. Szpinakiem zmieszanym ze słodzikiem. I to takim słodzikiem z opóźnionym zapłonem, bo informacja o słodyczy docierała do kubków smakowych po dobrej chwili od momentu konsumpcji. Zdziwiłam się trochę, że rabarbar po upieczeniu tak drastycznie zmienia aromat i tak wyraźnie daje do zrozumienia, że jednak jest warzywem, a nie owocem. Nie przyszło mi do głowy, że to nie rabarbar tak intensywnie zalatuje posłodzoną duszoną botwiną i że nietypowy, zielonkawy kolor ciasta to także sprawa nieprzypadkowa. Że to wszystko wina mojej stewii. Niezniechęcona, nie zaprzestałam więc eksperymentów i wczoraj spróbowałam upiec coś nowego. Ze stewią, a jakże. Zmiksowałam, co należy, zmieszałam co trzeba i wstawiłam do piekarnika. A kiedy się piekło, nagle zalała mnie fala euforii, bo zdałam sobie sprawę, że jestem bliżej niż kiedykolwiek przedtem spełnienia swoich dietetycznych marzeń. Moje wczorajsze ciasto było bowiem stuprocentowo bezmączne, obyło się bez mleka i jaj, a na dodatek udało mi się zastąpić cukier czymś, po czym uzębienie nie będzie płakać, a i wątrobie nie zrobię kuku. Święty Graal był mój!!!

      Albo i nie był. Bo wyjęłam z piekarnika kolejne lekko zielonkawe ciasto i poczułam intensywny aromat przesłodzonej słomy. Już się domyślałam, jak będzie smakować pierwszy kęs. Było strasznie. Strasznie. Niewypowiedzianie niesmacznie. Całe ciasto wylądowało w koszu, a ja obiecałam sobie, że zaprzestanę eksperymentów ze słodzikami, stawię czoła prawdzie i po prostu odstawię słodycze w jakiejkolwiek formie. Z drugiej strony nie chciałabym tak całkiem rezygnować z naturalnego, bezpiecznego, nietoksycznego zamiennika cukru. Muszę zapytać swoją znajomą, która ze stewią regularnie piecze, czy może coś źle zrobiłam. Czy za dużo mi się sypnęło? Czy sproszkowana stewia do pewnych ciast się nadaje, a do innych nie? Czy może w ogóle lepiej używać formy skroplonej? A może czegoś nie doczytałam na niemieckojęzycznym opakowaniu (na przykład, że to konkretne pudełko zawiera słodzoną karmę dla królików lub nawóz do kwiatów doniczkowych, a nazwa "stewia" na obwolucie to tylko taki humorystyczny chwyt reklamowy)?

      brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe

      Dzisiaj upiekłam wczorajsze fasolowo-bananowe brownie jeszcze raz. Tym razem z melasą z karobu. Okazuje się, że bez stewii jest przepyszne. Bezmleczne, bezmączne i bezjajeczne, czyli prawie Graal (chociaż podobno "prawie" robi dużą różnicę). Tak czy inaczej, dopóki nie użyjecie żadnego podejrzanego słodzika, mogę wam je polecić bez wahania. Przepis pochodzi ze zdrowego bloga Zdrowo Zakręconej.

      • 240g (puszka) odsączonej czerwonej fasolki
      • 2 dojrzałe banany
      • 1/3 szklanki miodu albo melasy
      • 1/4 szklanki kakao
      • 1/4 szklanki orzechów włoskich
      • 1/3 szklanki otrębów owsianych
      • szczypta soli

      Orzechy posiekać albo zmiksować na proszek i podprażyć na suchej patelni. Banany i fasolkę dokładnie zmiksować. Do puree dodać pozostałe składniki i wymieszać. Ciasto przełożyć do wyłożonej papierem do pieczenia okrągłej foremki o średnicy 20 cm. Piec w 150 stopniach przez 30 minut. Pokroić w kwadraty i się delektować.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Brownie fasolowo-bananowe! Bez stewii.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 23 maja 2012 18:12

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl