Kucharka Zen

Sałatki

  • wtorek, 07 maja 2013
    • Radicchio i konsumpcyjna apatia

      sałatka z radicchio

      Cuda niewidy. Jaja jak berety. Już trzeci raz w ciągu ostatniego tygodnia zdarza mi się coś takiego. Zaczynam się niepokoić. Obawiać nawet. Czuję się bezradna. Zagubiona. Niepewna. Ale i podbudowana. Pozytywnie zaskoczona. Rozbawiona odrobinę (jakby taka mądrzejsza, dojrzalsza część mnie doskonale się przy tym wszystkim bawiła). Trochę mi więc śmieszno, a trochę straszno. I nie wiem, gdzie szukać wytłumaczenia. Jestem przecież współczesnym człowiekiem szeroko pojętego Zachodu, a więc, w swojej esencji, konsumentem. Jeśli przestanę być konsumentem, to co ze mnie zostanie? Kim się stanę? Co ze sobą pocznę? Tak tożsamościowo? Społecznie? Ale i czasoprzestrzennie?

      Popatrzcie tylko na powyższe zdjęcie. Z tych nerwów znowu zaczęłam gotować zdrowe jedzenie.

      Cała rzecz zaczęła się zupełnie niewinnie, drugiego maja, pomiędzy świętami. Pojechałam do dużego centrum handlowego, trochę na zasadzie, że w sumie co mam lepszego do roboty. Weszłam do sklepu TK Maxx i zrobiłam rundkę po działach. Sukienki w rozmaitych rozmiarach. Trzydzieści sześć, trzydzieści osiem, czterdzieści, o, komuś się pomyliły kategorie produktów i przemycił do sukienek koszulę nocną. Ładną nawet. Czarną i z błyszczącą aplikacją. Mignęła mi przedziwna bluzka w kropki, wzięłam ją do przymierzalni i uznałam, że chyba podziękuję. Szlafrok. Dywanik do łazienki. Miękki i puszysty, różowy soczyście, uśmiechnął się do mnie z półki i zamerdał nieistniejącym ogonkiem, aż by się chciało go wziąć ze sobą do domu, jak jakiegoś przyjaznego bezdomnego szczeniaka, zaopiekować się nim, zostać jego panią. Chociaż nie. Właściwie wcale by się go nie chciało. Przeszłam do ręczników, zeskanowałam wzrokiem ich radosne kolory. Jeszcze nie czułam, że coś się dzieje niedobrego. Jeszcze wszystko wydawało mi się być w najlepszym porządku. Dopiero w okolicach designerskich desek do prasowania ogarnął mnie podejrzany, niezidentyfikowany na razie niepokój. Poczucie zaburzenia. Jakby mnie ktoś bez uprzedzenia wybił z codziennej matrycy. Miseczki, dzbanuszki, ściereczki, fartuszki, puszki blaszane, papeterie, zabawki. Wszystko to bardzo ładne. Ale... No właśnie. Ruszyłam w stronę butów, wiedziona bardzo niedobrym przeczuciem. Baleriny. Trampki. Trzewiki. Sandały. Nic. Nic do nich nie czułam. Nic mnie nie poruszyło, nic nie skusiło, nic nie zainspirowało, nic nie zawołało do mnie głośno: rozwiążę wszystkie twoje problemy. Zastąpię ci miłość i przyjaźń, pozwolę zapomnieć o nadciśnieniu, o alergii, o beznadziei i samotności. Nic nie chciałam kupić.

      Stojąc przed regałem z moimi ulubionymi do tej pory artykułami wyposażenia kuchni, przed asortymentem mojej wymarzonej dotąd (acz drogiej okrutnie) marki Le Creuset, produkującej pseudo-antyczne, sentymentalistyczne, prowansalskie w wydźwięku tygielki, kociołki i formy na tarty, zrozumiałam, że uwolniłam się właśnie od konsumenckiego przymusu (ale jak? skąd tak nagle? dlaczego? i po co?). Że stoję w sklepie i po raz pierwszy w życiu mogę z niego wyjść nic nie kupiwszy. Nie zrozumcie mnie źle. Jestem przeciętnym człowiekiem i daleko mi do zakupoholizmu. Natomiast uczciwie rzecz stawiając, nie raz mi się zdarzyło zaklejać emocjonalne potrzeby egzystencjalnym plasterkiem pachnącego mydełka, kolorowej apaszki albo ślicznej spódnicy w niespotykanym kolorze. Samotność? Kupię sobie nową patelnię. Nuda? Nabędę piękną książkę kucharską. Złość na system społeczny? Może pomoże, zagłuszy, zadusi ją i zmiecie w zapomnienie stylizowana na wiktoriańską jedwabna piżamka z uroczą koronką przy kołnierzyku? A może da się tę samą sztuczkę powtórzyć z rozczarowaniem, bo nic mi nie wyszło z życiowych aspiracji? A może i z frustracją, bo już sama siebie takiej zgorzkniałej nie znoszę? A może tak samo potraktuję wstyd, bo chodzę nabuzowana jak obrażona księżniczka i nie wiem co z tym fochem mądrego zrobić? Karta debetowa idzie w ruch. Perfumy. Cień do powiek. Mrożone pierożki dim sum z krewetkami (ach, te Kuchnie Świata!). Stylowy notes, podróbka niedostępnego dla mnie cenowo Moleskina.

      I tak się oszukiwałam. I tak karmiłam wewnętrzny głód. Masz, jedz, może wreszcie przestaniesz tak głośno krzyczeć. Latami. Od kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z rynkową gospodarką. Od kiedy otworzyłam pierwsze kobiece pismo wypełnione podprogowymi informacjami o tym, że nie jestem wystarczająco zdrowa i jędrna, podziwiana i błyszcząca, szczupła i gładka, zmysłowa i pożądana, ambitna i optymistyczna, z łatwymi receptami na te wszystkie bolączki. Po prostu udaj się do Zary. Do H&Mu. Do L'Occitane albo Body Shopu.

      Tym razem znalazłam się na zakupach całkiem pozbawiona wszelkich pozamerytorycznych złudzeń (jak mi się to udało?) i potrafiłam popatrzeć na parę niebiańsko seksownych szpilek bez romantyzowania ich, bez nadawania im symbolicznego znaczenia i magicznej mocy. Zadałam sobie jedno bezlitosne pytanie. Czy są mi do czegokolwiek potrzebne? Odpowiedź brzmiała: nie. Szanowni państwo. Zostałam największym koszmarem marketingowca, zmorą reklamiarza, postrachem producenta. Człowiekiem, który potrzebuje tylko tego, czego naprawdę potrzebuje. A naprawdę potrzebuje bardzo niewiele. Jedną z tych do bólu praktycznych osób, które wiedzą dokładnie czego chcą. Jedną z tych przerażających postaci, które odróżniają pragmatyczny wymiar produktu od jego warstwy iluzorycznej, lajfstajlowej, od opowieści o tym, co produkt dodatkowo załatwi, jak czarodziejsko odmieni życie. Powiem wam, że dopiero uwolniwszy się od tych mrzonek, widzę jak bardzo mnie omotały. Dopiero postradawszy naiwność i podatność na manipulację, jestem świadoma swojej wcześniejszej dziecinności. Swojej infantylnej wiary w zakupową magię, swojego przekonania, że życie uratuje mi jakiś wydatek, reklamówka - jak myśliwskie trofeum - przyniesiona z konsumenckich łowów do domu, wypełniona towarami, dowodami na coś. Na co? Bynajmniej nie na mój dobry gust i umiejętność czujnego wyszukania okazji. Bardziej na moją niepewność siebie. Na potrzebę podreperowania wewnętrznej usterki zewnętrznym narzędziem (przeznaczonym jednak przecież do celów zupełnie innych niż lecznicze). Na przekonanie, że można siebie i innych oszukać kupując sobie takie protezy (seksowne szpilki czy zdrową książkę kucharską) podpierające moje bolesne niepewności i obawy, że w jakiejś kwestii jestem niepełna i kaleka. Byle tylko się sobie nie przyjrzeć. Byle tylko nie poczuć tego palącego pytania, nie usłyszeć go i sobie nie zadać.

      Z wrażenia, jak już pisałam, wróciłam do kuchni i zrobiłam sobie sałatkę. Tym bardziej, że cud z TK Maxxa powtórzył się jeszcze parę dni później w Empiku, gdzie uznałam, że nie będę szczęśliwsza od kolejnej książki. Potem we wrocławskiej galerii handlowej Renoma, a następnie w rozlicznych punktach gastronomicznych w okolicach dworca Wrocław Główny. Ciągle skądś wychodzę nic nie kupując. Ciekawe rzeczy się dzieją, drodzy, kochani państwo. Arcyciekawe. W następnej odsłonie może opowiem państwu o tym, jak - ku atakowi paniki i równoczesnemu atakowi ulgi - ostatnio odkryłam, że nie wiem absolutnie nic o ludziach i nie umiem ich w ogóle obsługiwać. A w odcinku kolejnym być może napiszę trochę o tym, jak zaczynam być naprawdę wściekła, jak zaczynam słuchać swojej własnej wścieklizny zamiast od niej uciekać i jak moja nowo odnaleziona asertywność (magiczna kombinacja wkurzenia i (jednak) fundamentalnego szacunku do drugiego człowieka, tak, żeby się na nim niepotrzebnie nie wyżywać) zamiast prowokować agresję drugiej strony, rozwiązuje w sposób piorunujący, natychmiastowy i skuteczny rozmaite bieżące problemy. Niespodzianka.

      Tymczasem podaję przepis na kwaśno-gorzką, arcysmaczną sałatkę z radicchio (pseudo-sałaty, a tak naprawdę purpurowej odmiany cykorii), młodych ziemniaków i wędzonego łososia. Ilości składników podaję w garściach. Najpierw gotujemy na parze garść wyszorowanych młodych ziemniaczków ze skórką i garść zielonej fasolki szparagowej (ja akurat dysponowałam taką ekologiczną w puszce, więc nie musiałam gotować, wystarczyło ją pokroić). W międzyczasie do miski wrzucamy dwie garście umytej i podartej na niewielkie kawałki cykorii radicchio. Dorzucamy garść dowolnego koloru oliwek, pokrojonych dość drobno. Dodajemy garść posiekanego wędzonego łososia. Mieszamy z pokrojonymi w kostkę ziemniakami, doprawiamy pieprzem i solą, następnie zalewamy dressingiem z soku wyciśniętego z połówki cytryny, rozgniecionego ząbka czosnku, czubatej łyżeczki musztardy, łyżeczki syropu z agawy lub miodu, oraz łyżki oliwy z oliwek. Smacznego!

      sałatka z radicchio

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Radicchio i konsumpcyjna apatia”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 maja 2013 10:26
  • sobota, 21 lipca 2012
    • Ciepła sałatka z kopru włoskiego i wędzonego tuńczyka z żurawinowym sosem

      fenkuł tuńczyk pomarańcza żurawiny

      Koper włoski albo fenkuł. Kupujecie go czasem? Lubicie? Macie na niego własne patenty? Ja odkryłam go parę lat temu, trochę z przymusu, bo przez dłuższy czas mogłam jeść tylko bardzo lekkostrawne warzywa, więc (potrzeba matką wynalazku) żeby nie żywić się wyłącznie przecierem z dyni i duszoną cukinią, zaczęłam szukać nowych opcji, eksperymentując z wcześniej nieznanymi jarzynami. Pojawił się i on, po czym bardzo szybko został regularnym gościem na moim talerzu. Co prawda fenkuł nie jest rdzennie polskim warzywem, ale warto go czasem zjeść - to wszechstronny, delikatny, wielofunkcyjny pokarm. Można go spożywać na surowo (tutaj, w ostatnim akapicie, możecie znaleźć przepis na pyszną koprową surówkę), można go też grillować, smażyć, dusić, zapiekać. Ma odrobinę anyżkowy smak (jak kminek), który - jeśli go nie lubicie - znika po obróbce termicznej, zostawiając subtelny, neutralny aromat. Fenkuł to zdrowa rzecz - działa bakteriobójczo, przeciwzapalnie i antymigrenowo, regeneruje zmęczoną skórę, jest też dobrym środkiem wykrztuśnym przy kaszlu oraz, jak twierdzą niektórzy - afrodyzjakiem, ale używa się go przede wszystkim przy kłopotach żołądkowych, szczególnie wzdęciach i zaparciach, bo jest bezkonkurencyjny w rozluźnianiu i rozkurczaniu przewodu pokarmowego. Jeśli macie ochotę na więcej informacji, możecie przeczytać bardzo ciekawy artykuł na temat kopru włoskiego i rozmaitych sposobów na jego przyrządzenie.

      fenkuł tuńczyk pomarańcza żurawiny   fenkuł tuńczyk pomarańcza żurawiny   fenkuł tuńczyk pomarańcza żurawiny

      Jedną z klasycznych kombinacji kulinarnych jest zestawienie fenkułu z cytrusami - pomarańczą, cytryną albo grejpfrutem. Dzisiejsza sałatka powstała na bazie takiego właśnie zestawienia, plus kolejnej tradycyjnej pary - a mianowicie: koper włoski i ryba. Do tego niespodziewany sos z żurawiny i mamy piękny, lekki obiad.

      Składniki: trzy małe albo dwie duże bulwy kopru włoskiego, mała pomarańcza, dwa-trzy plastry wędzonej ryby (ja miałam przepysznego, wędzonego na zimno tuńczyka ze sklepu ekologicznego), garść żurawin (ja użyłam liofilizowanych), łyżka miodu, łyżeczka octu balsamicznego, pieprz.

      fenkuł tuńczyk pomarańcza żurawiny

      Jak to zrobić? Żurawinę wrzucić do rondelka, zalać kilkoma łyżkami wody, dodać ocet i miód i gotować aż większość wody odparuje, a z owoców zrobi się coś na kształt "dżemu". Jeśli używacie liofilizowanych żurawin, cały proces potrwa parę minut. Świeże żurawiny gotują się dłużej. Gotowy "dżem" delikatnie zmiksujcie i odstawcie na później. Umyjcie koper włoski i pokrójcie go (wszerz) na paseczki. Rozgrzejcie łyżkę oliwy z oliwek na patelni, a kiedy będzie gorąca, wrzućcie na nią paski fenkułu i podsmażcie. Długość smażenia zależy od was. Ja lubię chrupiący, na wpół surowy koper, ale wy możecie go jeszcze poddusić i poczekać aż mocno zmięknie. Koper ułożyć na talerzu, posypać pokrojoną na cząstki pomarańczą i cienkimi paskami wędzonej ryby, a potem polać sosem żurawinowym. Jeść na ciepło. Na przykład z grzankami, lekko muśniętymi oliwą z oliwek.

      fenkuł tuńczyk pomarańcza żurawiny

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Ciepła sałatka z kopru włoskiego i wędzonego tuńczyka z żurawinowym sosem”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 21 lipca 2012 16:49
  • czwartek, 05 lipca 2012
    • Dwie salatki dla ochlody

      dwie salatki dla ochlody   dwie salatki dla ochlody   dwie salatki dla ochlody

      W dzisiejszym wpisie, jak za chwile zauwazycie, albo moze juz zdazyliscie zauwazyc, pojawia sie dodatkowa atrakcja w postaci braku polskich czcionek. W ramach kontynuacji romantycznego watku w moim zyciu (opisywanego wpis nizej), dzisiaj dokumentnie zepsul mi sie komputer stacjonarny, sluzbowy, zeby nie bylo, wiec dzien spedzilam doprawdy upojnie, miotajac sie miedzy dwiema ksiegowymi a dwoma informatykami, ustalajac odpowiednie procedury wymiany zmarlego nagle ze starosci sprzetu na nowy, konfigurujac cos zastepczego, probujac funkcjonowac, jakby nic sie nie stalo. Ale przeciez nie mozna po prostu zutylizowac jednego komputera i kupic drugiego. O nie.

      Jestem niezwykle z siebie dumna, bo zamiast usiasc w kacie i plakac, wykopalam w szufladzie z bardzo starym sprzetem elektronicznym (antyczne komorki i ladowarki, kasety VHS i Super-8, ktore od lat obiecuje sobie przegrac na DVD, kilka par nadpsutych sluchawek i.t.p.) wiekowego laptopa, ktory lata temu nalezal jeszcze do mojego bylego meza, wiec regularnie znajduje w nim rozne ciekawe gry (Tank Hunter, graliscie kiedys?), rozmaite zdjecia, grafiki, elektroniczne kompozycje muzyczne i inna radosna tworczosc. Laptop niestety nie uznaje szybkiego pisania polskich liter, ale nie czepiajmy sie drobiazgow. Dzieki niezwykle uprzejmej pani z obslugi technicznej Neostrady (musze ja pochwalic, trudno, bedzie kryptoreklama, ale okazala sie naprawde pomocna, nawet mi esemesem przeslala rozmaite istotne informacje), zainstalowalam sobie modem od swietej pamieci Peceta w tym rownie zgrzybialym i ledwo zywym laptopie, ktory jednak jest na chodzie. I teraz, czekajac na pojawienie sie nowego sprzetu (a moge sobie troche poczekac) przynajmniej nie zostalam odcieta od Internetu i jak widac bloguje sobie do woli (uzywajac przestarzalych przegladarek, z ktorych jedna nie uznaje komendy Copy+Paste, a druga w ogole nie chce mnie wpuscic na Bloxa).

      groszek   dwie salatki dla ochlody

      Jestem wiec dzisiaj: a) dumna jak paw, bo umiem sobie dac rade w krytycznych informatycznych sytuacjach, b) zadowolona, bo chociaz z przeszkodami, to jednak odzyskalam tymczasowy dostep do bloga, maila, kont bankowych, Facebooka oraz programow do obrobki zdjec, c) zafascynowana, poniewaz informatyk, ktory odwiedzil mnie w domu i cucil moj omdlaly procesor, okazal sie uroczym czlowiekiem (pochodzi z Chile) i opowiedzial mi o roznych strasznych i intrygujacych rzeczach, jakie robia na swiecie hakerzy, wiec postanowilam w nastepnym wcieleniu zostac wlasnie hakerem, bo to naprawde niesamowicie ciekawe, d) zgrzana, przegrzana, rozgrzana do czerwonosci. Nie wiem jak wam, ale mnie jest odrobine goraco.

      Dla ochlody wlaczylam sobie wiatrak, ktory pozyczyli mi kiedys rodzice (chyba bez wiekszych zludzen, ze go odzyskaja). Rzadko go uzywam, glownie stoi na parapecie i budzi moj podziw. Uwazam, ze wiatraki to tajemnicze i wspaniale stworzenia. Lubie patrzec jak miela i mloca powietrze, przypomina mi sie zawsze duszna, klaustrofobiczna scena z Czasu Apokalipsy (chyba), kiedy halasujace skrzydla wentylatora bezskutecznie rozgarniajacego skwar w rozgrzanym, mrocznym pokoju zamieniaja sie nagle w podobne do zludzenia grozne lopaty wojskowych helikopterow. Dzisiaj wyjatkowo wlaczylam swoj wlasny wiatrak. W kolejnym gescie desperacji poczlapalam do warzywniaka i zakupilam wszystkie produkty, ktore wydaly mi sie chociaz odrobine chlodzace. Na czele z arbuzem, ktorego natychmiast wsadzilam do lodowki, i ogorkami. Postanowilam zrobic sobie dwie prosciutenkie i szybciutenkie salatki dla ochlody, ktore to salatki bede sobie podjadac malymi porcyjkami dzis i jutro, bo ani mi sie przesadnie nie chce jesc, ani nie mam za bardzo sily czegos wiecej gotowac. Bo to nie temperatura na skomplikowane, wielostopniowe kulinarne przygotowania.

      dwie salatki dla ochlody   dwie salatki dla ochlody   dwie salatki dla ochlody

      Salatka z arbuza sklada sie z:

      Pokrojonego w kostke zimnego arbuza prosto z lodowki, z ktorego usunelam pestki (nie jest to moja ulubiona czynnosc). Pokrojonego w kostke kawalka sera korycinskiego bez dodatkow (naturalnego). Proporcje arbuza do sera? Jak 1.5:1, mniej wiecej. Dosypalam bardzo duzo pieprzu (bardzo duzo, ale wy zrobcie jak uwazacie) i skropilam calosc lyzka azerskiego sosu z granatow, ale sprawdzilby sie rowniez ocet balsamiczny. Gdyby nie bylo tak upalnie, pobieglabym jeszcze do sklepu po swieza bazylie albo miete, bo moja arbuzowo-serowa salatka z kwasno-pikantnym sosem udala sie przednio, ale bylaby jeszcze przedniejsza z jakims delikatnym, a zarazem wyrazistym w smaku zielonym ziolkiem. A jaka kolorowa by byla! Od razu by czlowiek zapomnial o skwarze!

      Salatka ogorkowa ma nastepujace skladniki:

      7-8 ogorkow do kiszenia (tych malych, z chropowata skorka, chrupiacych, jedrnych i slodkawych, bo sa rewelacyjne i inne ogorki moga sie przy nich schowac). Ogorki oczywiscie obieramy i kroimy w niewielka kostke. Oprocz tego potrzebne jest 250g zielonego groszku, ugotowanego i przestudzonego, drobno posiekana polowka slodkiej cebulki, duza garsc drobno posiekanego koperku, garsc pokruszonych swiezych orzechow wloskich (nie moga byc stare, bo zepsuja smak calej salatki, wiec jesli nie dostaniecie slodkich i pachnacych, juz lepiej z nich zrezygnowac), mniej wiecej 100g pokrojonej w kosteczke ekologicznej szynki (ja mialam plasterki, ktore wrzucilam na patelnie grillowa, zeby szynka nabrala nieco dymnego smaku), dobra oliwa z oliwek, sok z cytryny, pol lyzeczki miodu, plaska lyzeczka musztardy, sol i pieprz. Wszystko nalezy, oczywiscie, wymieszac. Salatka jest mocno bialkowa, bardzo sycaca. Mozna ja podawac z chrupiacymi rzodkiewkami, z miesistym pomidorem, z liscmi salaty albo z grzankami.

      dwie salatki dla ochlody   dwie salatki dla ochlody   dwie salatki dla ochlody

      A na koniec, zeby "odczarowac" troche ten dzien mocowania sie z nieposluszna materia, kolejny akcent romantyczny. Wertowalam sobie dalej ksiazeczke Erin McKean, "To milosc!" i znalazlam roznorodne pieszczotliwe zwroty, ktorymi mozna uraczyc swojego ukochanego lub swoja ukochana. Cudowne jest, jak bardzo sie roznia miedzy soba rozmaite kultury. Niektore sformulowania mocno mnie zaskoczyly (ach ci Holendrzy!), inne zastanowily, a inne jeszcze kazaly sie usmiechnac i wyobrazic, ze na kims je wyprobowuje (hihi):

      Hiszpanski: Un tremendo bizcocho. Ogromne ciasteczko (stad moze nasze "ciacho")

      Szwedzki: Min lilla sockertopp. Moj malutki cukrowy czubeczku.

      Francuski: Mon petit chou. Doslownie - moja mala kapustko (albo ptysiu). I jeszcze: Ma biche. Moja laniu.

      Niemiecki: Zuckerschnecke. Cukrowy slimaczku.

      Wloski: Cucciolo mio. Moj szczeniaczku. Albo jeszcze: Mio ciccio / passerotto / patatino. Moj pulpeciku/ wrobelku/ ziemniaczku.

      Suahili: Tausi wangu. Moj ty pawiu.

      Grecki (transkrypcja): Dzijeri mu. Moja ty watrobo (chyba w tym sensie, ze watrobe ma sie tylko jedna, ze jest bezcenna i ze nie sposob jej niczym zastapic. Piekne)

      Niderlandzki (?!): Poepie. Moja kupciu (w wersji dla doroslych: moje ty gowienko).

      Lece wziac jakis zimny prysznic :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Dwie salatki dla ochlody”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 lipca 2012 19:42
  • środa, 27 czerwca 2012
    • Groszek, bób i oliwa

      sałatka z groszku i ośmiorniczek  sałatka z groszku i ośmiorniczek

      Kiedy miałam mniej więcej piętnaście lat, poszłam na wagary. To musiał być wuef, bo jako patologiczny prymus, z niczego innego nigdy nie uciekałam. Za karę do dziś śni mi się, że odbieram telefon od dyrektorki z liceum, która unieważnia całe moje CV, wszystkie licencjaty i magisterki, a także późniejsze doświadczenia zawodowe, twierdząc, że nie zaliczyłam zajęć sportowych (wymyku, odmyku, rzutu piłką lekarską), więc nie dopuszczono mnie też tak naprawdę do matury. Ponieważ chodziłam do szkoły średniej na Powiślu, w okolicy Łazienek, Agrykoli i Zamku Ujazdowskiego, na ogół wagary odbywałam bardzo romantycznie - w otoczeniu parkowej zieleni, ewentualnie w otoczeniu sztuki współczesnej, bo Zamek Ujazdowski był wtedy naprawdę ekscytującym miejscem, do którego kuratorzy zapraszali najciekawszych młodych artystów z całego świata. Więc uciekłam któregoś dnia z biegów przez płotki albo sprintów na krótkie dystanse właśnie do CSW, a tam czekał mnie zupełnie niespodziewany widok - grupa buddyjskich mnichów pracowicie usypujących mandalę. Widzieliście kiedyś jak się ją sypie? To zegarmistrzowska robota, bo mandala składa się z maleńkich, misternych, delikatnych wzorków z kolorowego piasku, nad którymi zgięci w pół mnisi pochylają się lub klęczą dzień i noc, starając się nie popełnić ani jednego błędu. Nie pamiętam, ile czasu tybetańscy goście ślęczeli nad tym wielkim wielobarwnym kołem. Może tydzień, a może dwa. Największe wrażenie zrobiła na mnie nie tyle ich ciężka praca, i nawet nie estetyka pięknej skądinąd mandali, ale jej przeznaczenie. Jako człowiek Zachodu, przyzwyczaiłam się, że sztuka jest ważna i wielka i szlachetna, więc ląduje w gablocie albo w złoconych ramach, w muzeum albo na honorowym miejscu salonu, że się ją podziwia i że jej przeznaczeniem jest bycie zapamiętaną. W końcu artysta tworzy po to, żeby przynajmniej spróbować zdobyć sobie nieśmiertelność. Ale nie buddyjscy mnisi. Bo kiedy tylko ostatnie ziarnko piasku padło na ostatni koronkowy wzorek mandali, mnisi wynieśli ją na zewnątrz, na wiatr, pozwalając mu zdmuchnąć wszystkie te kolory i unicestwić efekt ich wielodniowego mozołu.

      rzodkiewki     rzodkiewki

      Kiedyś pomyślałam, że podobnej pokory i dystansu do własnej twórczości wymaga gotowanie. Bo nawet jeśli całkiem przypadkiem w mojej kuchni powstanie arcydzieło na miarę Piety mojego idola, Michała Anioła, to przecież tworzę je wyłącznie po to, żeby natychmiast je zniszczyć. Ugotowałam, zjadłam i po wszystkim. I nawet jeśli ktoś jeszcze kiedyś wspomni o moim majstersztyku (pamiętasz, jak zrobiłaś tę szpinakową lazanię?), on już dawno nie istnieje. Więc gotując, godzę się na to, że inwestuję swój cenny czas i swoją energię w coś ulotnego, powszedniego, do zapomnienia i nie do powtórzenia.

      Dzisiejsze kulinarne dzieła sztuki (narcyzm, narcyzm) - dwie sałatki naraz, obie doprawione obficie smaczną oliwą z oliwek - powstały z zielonych strączkowych piękności, które jeszcze sporo kosztują na moim bazarku, ale tak bardzo je lubię, że gotowa byłabym zapłacić za nie każdą cenę. Słodkawy, delikatny łuskany groszek i bób, który zawsze uwalnia nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa. Po raz pierwszy w życiu jadłam bób u sąsiadów moich dziadków, po tym, jak razem z siostrą i kilkoma koleżankami przez cały dzień pracowicie nawlekałyśmy liście chmielu na długie druty. Uwielbiałam taką robotę. Podobnie jak lubiłam pomagać sąsiadom zbierając w sezonie owoce - porzeczki, wiśnie, jabłka. Dobrze było czuć się potrzebną. I wspaniale było paść na twarz pod koniec dnia, zasypiając natychmiast zasłużonym głębokim snem, który towarzyszy fizycznej pracy na powietrzu. W nagrodę za pomoc, dostałyśmy więc całą michę dymiącego jeszcze, świeżo ugotowanego bobu. Od tej pory, zawsze kiedy kupię sobie swoją pierwszą w sezonie torbę bobu, automatycznie czuję się nagrodzona :)

      bób    bób z pietruszką    sałatka z bobu i szynki

      Cytrynowa sałatka z bobu i szynki (sojowej)

      Wymieszaj: pół kilo ugotowanego i obranego ze skórki bobu, mały pęczek rzodkiewek - pokrojonych w bardzo drobną kostkę, 10-15 dag pokrojonej w kosteczkę wędliny sojowej (mięsożercom polecam podsmażony boczek albo szynkę), garść posiekanej drobno natki, wyciśnięty przez praskę mały ząbek czosnku, 2 łyżki dobrej oliwy z oliwek extra vergine (z okazji konkursu użyłam oliwy Monini), sok wyciśnięty z jednej cytryny, łyżeczkę musztardy, sól i pieprz.

      Serwujcie z bagietką albo grzankami posmarowanymi odrobiną oliwy. Z pomidorem. Z sałatą.

      Sałatka z groszku, cukinii i ośmiorniczek

      Wymieszaj: 250g świeżo ugotowanego zielonego groszku; do tego podsmażone razem na oliwie trzy składniki: pokrojona w kosteczkę cała cukinia, drobno posiekany pęczek dymki i ząbek czosnku pokrojony w cienkie plasterki; dodatkowo do salaterki dorzuć jeszcze: czubatą łyżkę posiekanej natki, sok wyciśnięty z całej cytryny, 2 łyżki oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia (i znów Monini :), sól, pieprz, 200-250g drobno pokrojonych ośmorniczek (ja użyłam ośmiorniczek z puszki, natomiast sałatka będzie absolutnie obłędna jeśli dodacie do niej świeżo grillowane ośmiornice - najpierw obgotowane, potem pokrojone, a na koniec podsmażone na grillu), plus odrobinę świeżo startego parmezanu do smaku i ozdoby.

      sałatka z bobu i sałatka z groszku     ośmiorniczki

      Przepis bierze udział w akcji:

      Embed_yihbxnu2qhweevihtlutpwhxyvphxwzz

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Groszek, bób i oliwa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 27 czerwca 2012 21:40
  • wtorek, 19 czerwca 2012
    • Wczesne lato, wczesne średniowiecze: korzenno-jęczmienna sałatka słowiańska

      wczesnosłowiańska sałatka    wczesnosłowiańska sałatka    wczesnosłowiańska sałatka

      Mam takie marzenie. Wizję. Że kiedyś, w niezbyt dalekiej przyszłości, będę stać w przestronnej kuchni, na bosaka, bo tak ostatnio gotuję (nie śmiejcie się ze mnie, mam autentyczne wrażenie, że kontakt bosych stóp z drewnianą podłogą z bliżej niewyjaśnionego powodu wspomaga proces tworzenia dobrego jedzenia :). Przez wielkie okno będzie wpadać ciepłe poranne światło. Kiedy wyjrzę na zewnątrz, zobaczę dojrzałą, letnią zieleń moich cudownie pokrzywionych jabłonek. A jeśli otworzę na oścież okiennice, do kuchni wpadnie zapach ziół z ogrodu. Bo jakimś cudem będę uprawiać zioła, ja, która nawet parapetową bazylię potrafię ukatrupić przez zaniedbanie. No, ale może znajdę sobie narzeczonego-ogrodnika? I on mi zasadzi te rozmaryny oleiste, te tymianki i majeranki, te mięty i kolendry. I będzie wiedział, kiedy sadzić które zioła, co potrzebuje słońca, co cienia, jak często i jak rzadko trzeba je podlewać, jak szybko rosną, dlaczego nie rosną, i tak dalej.

      Ale nie, to chyba nie narzeczony, bo w moim marzeniu nie tylko stoję we własnej wielkiej kuchni z ogromnym drewnianym stołem-staruszkiem, który wydaje się mówić: widziałem już wszystko, całe pokolenia miłości, złości, nadziei i niechęci, rodzinnych kłótni o pieniądze i małżeńskich negocjacji, kto jutro zajmie się dziećmi, czułych wyznań, rozstań i próśb o pomoc. Jedzono na mnie dziesiątki posiłków, więc żadne twoje kulinarne eksperymenty i osobiste przeżycia, żadne twoje chichoty, żadne łzy, żadne wrzaski ani szepty mnie nie zdziwią. Więc w moim marzeniu jest stary stół, stara podłoga z desek i wielkie okna, które ktoś (ja? naprawdę?) regularnie myje. I tajemniczy narzeczony, który razem ze mną sieka, smaży, śmieje się z głupot i jada posiłki na tym podniszczonym, niczym nie poruszonym stole. I jeszcze coś. W tym marzeniu ja się znam na jedzeniu. Na sadzie się znam. Na ogrodzie. Mam taką wiedzę intuicyjną, która może wynikać wyłącznie z bezpośredniego doświadczenia, głęboką, zmysłową wiedzę - doskonale rozumiem pory roku, zmiany światła, wilgotności i temperatury, rytmy i cykle przyrody. Wiem, które warzywa jeść pod koniec czerwca, a z jakich owoców gotować kompot wczesną jesienią. Umiem robić nalewki i konfitury. Mam spiżarnię pełną własnoręcznie wytworzonych przetworów. I nawiązałam intymny związek z ziemią. Tą sąsiedzką ziemią, która pewne pokarmy dostarcza we własnym, naturalnym tempie, w ramach procesu, który jest ode mnie większy i ważniejszy. A innych pokarmów nie dostarcza wcale. Takie mam marzenie.

      wczesnosłowiańska sałatka     wczesnosłowiańska sałatka

      Dlatego natychmiast się zapaliłam, kiedy na blogu Barek Sałatkowy znalazłam zaproszenie do zrobienia sałatki złożonej wyłącznie ze składników, które znali i uprawiali nasi słowiańscy przodkowie, z pokarmów, które nie przyleciały do nas samolotem, których nie wyładowano z TIRa pod supermarketem, które wyprodukowała nasza ziemia bez żadnej manipulacji genetycznej, bez wspomagania syntetycznego, bez wielkoprzemysłowych technik. Bo pomyślałam, że może się trochę przy okazji podkształcę. Na początek lista produktów, które, według książki "Kuchnia Słowian" Hanny i Pawła Lisów, mogły być wykorzystywane we wczesnośredniowiecznej kuchni na terenach dzisiejszej Polski. Bardzo to ciekawe i pouczające. Następnym razem kiedy wyjdziecie na zakupy, zastanówcie się chociaż przez sekundę nad zagmatwaną historią ryzykownych wypraw w nieznane, zatopionych statków, które nie dopłynęły na miejsce, marynarzy zmarłych na szkorbut, tubylców poległych w wojnach o zasoby naturalne, historii która doprowadziła do tego, że dzisiaj jemy pomidory, kukurydzę i czekoladę, a nawet pieprz albo cynamon. Sprowadzany z bardzo daleka pieprz podobno jadali już Rzymianie, którzy cenili go tak bardzo, że sypali go nawet do deserów. Kupcy ze wschodu podśmiewali się z nich odrobinę: "Przyjeżdżają ze złotem, a zabierają tylko pieprz" - dziwił się pewien starożytny tamilski handlarz. Gdyby nie nasza skomplikowana historia niesprawiedliwych wymian, niebezpiecznych podróży i  krwawych kolonizacji, nie znalibyśmy ziemniaka, fistaszka, awokado, nie jedlibyśmy bananów, pomarańczy ani gałki muszkatołowej. A co byśmy jedli?  

      Rośliny ogrodowe: bób, groch zwyczajny, kminek zwyczajny, kolendra siewna, koper ogrodowy, marchew zwyczajna, ogórek siewny, pasternak, pietruszka zwyczajna, rzepa, seler zwyczajny, soczewica jadalna,

      Drzewa i krzewy owocowe: brzoskwinia, czereśnia, grusza pospolita, jabłoń, jabłoń dzika, śliwa, winorośl właściwa, wiśnia.

      Rośliny dziko pnące: chrzan pospolity, czosnek, jałowiec, jarzębina, jeżyna, malina, mięta, orzechy laskowe, poziomka, szczaw.

      Zwierzęta hodowlane: gęś domowa, kaczka domowa, krowa, kura, owca, świnia domowa

      Ryby: dorsz, flądra, karp, jesiotr, lin, łosoś, szczupak, śledź, węgorz.

      Tłuszcze: olej (lniany)

      Nabiał: ser z mleka krowiego, ser wędzony (z twarogu)

      Kasze: jaglana, jęczmienna "pęczak", kasza perłowa
      oraz chleby i podpłomyki.

      Napoje: piwo, miód pitny, kwas chlebowy, sok z brzozy.

       wczesnosłowiańska sałatka   wczesnosłowiańska sałatka   wczesnosłowiańska sałatka

      Moja sałatka wyszła odrobinę słodko-ostra, bo doprawiłam ją olejem lnianym, miodem, czosnkiem i natką pietruszki. Bazę stanowi mieszanka kaszy jęczmiennej i czerwonej soczewicy, a w ramach dodatku słodkawe pieczone warzywa korzeniowe, które teraz, w czerwcu, są już jędrne i smaczne. Trochę się obawiałam mieszanki marchew+pietrucha, ale kiedy je się upiecze, smakują trochę inaczej niż gotowane, a szczególnie dobrze się komponują z dorzuconymi dla chrupkości, orzechami laskowymi.

      Składniki: pół szklanki ugotowanej czerwonej soczewicy, pół szklanki kaszy jęczmiennej (ugotowanej w szklance wody), dwie duże marchewki, dwie duże pietruszki, garść natki, dwie garści posiekanych orzechów laskowych, kilka łyżek oleju lnianego, rozgnieciony ząbek czosnku, łyżka miodu, sól i pieprz.

      Jak to zrobić? Zacząć od gotowania soczewicy i kaszy. W międzyczasie zagrzać piekarnik do mniej więcej 170-180 stopni, umyć, obrać i pokroić w krążki marchewki oraz pietruszki. Wrzucić do żaroodpornego naczynia i polać łyżką oleju lnianego. Piec do momentu, kiedy warzywa będą już miękkie i zarumienione na brzegach. Koniecznie trzeba je podrumienić, bo wtedy będą miały taki charakterystyczny słodko-wędzony smak pieczonych korzeniowych. Ostudzić, po czym pokroić w kosteczkę. Posiekać natkę i orzechy. Dodać do warzyw, dorzucić dobrze odsączoną soczewicę i kaszę. Doprawić olejem, miodem, czosnkiem i natką. Ja troszeczkę oszukiwałam, bo brakowało mi czegoś kwaśnego w smaku, więc dodałam trochę soku z cytryny (zupełnie nie słowiańskiego). No i oczywiście doprawiłam solą i pieprzem.

      Zastanawiam się, czy ona aby nie byłaby dobra z jakąś białą rybką. Albo z serem twarogowym może? Będę sprawdzać i raportować na bieżąco.

      wczesnosłowiańska sałatka    

       

  • sobota, 19 maja 2012
    • Pudełko numer 3 z sałatką ziemniaczaną

      wiosenna sałatka    wiosenna sałatka

      Czy wiecie, co potrafią wasze dłonie? Kupiłam sobie ostatnio w dużej sieciowej księgarni podręcznik medytacji. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni w moim życiu, ale jak do tej pory chyba najlepszy ze wszystkich, jakie wpadły mi w ręce. A może najbardziej "mój"? Napisany prostym, zrozumiałym językiem, z poczuciem humoru i dystansem, świecki, nie nawołujący do nawrócenia na jakąkolwiek religię, rozwiewający wszelkie wątpliwości w spokojny i rzeczowy sposób. Naprawdę fajna rzecz. Nazywa się "Siła Medytacji", a napisała go Sharon Salzberg. Ćwiczę sobie te rozmaite techniki medytacyjne, które opisuje książka - niektóre dobrze mi już znane, inne zupełnie nowe - i do kilku wracam trochę częściej, bo czuję, że dzięki nim trenuję mądrzejsze podejście do codziennych doświadczeń, nabierając zdrowego dystansu i redukując chęć kontrolowania świata, na który przecież nie mam tak znowu dużego wpływu.

      Jedna z technik medytacyjnych zaleca koncentrację uwagi na wykonywaniu jakiejś zwyczajnej czynności. Spróbowałam więc sobie w ten sposób pomedytować, kiedy wczoraj przygotowywałam dla siostry wiosenną sałatkę, którą mogłaby sobie zjeść z jakąś rybą, bo do ryby doskonale pasuje. Najpierw opłukałam brokuła. Nic powszedniejszego dla dobrze wytresowanej polskiej kobiety jak chwytanie wprawnymi dłońmi warzywa, wkładanie go pod strumień zimnej wody i zwinne obracanie we wszystkie strony tak, żeby je dokładnie umyć. Zwróćcie kiedyś uwagę na to, ile mięśni pracuje i jak szybko, odruchowo, bezmyślnie wykonujecie tysiące mini-manipulacji nadgarstkiem, palcami, kciukami, taką skomplikowaną i perfekcyjną choreografię na dwie ręce, jedno warzywo i strumień kranówki. Poczujcie wodę na skórze. Doceńcie całe lata wprawy, dzięki którym tak szybko i skutecznie tyle różnych, momentalnie po sobie następujących czynności jesteście w stanie wykonać. Ja byłam pod wrażeniem.

      wiosenna sałatka

      Pomedytowałam więc sobie nad myciem brokuła, krojeniem rzodkiewki w cieniutkie plasterki, płukaniem młodych ziemniaków i usuwaniem z nich drobinek ziemi, a potem nad perfekcją nalewania do miseczki oleju, octu i musztardy i cudownością czynności mieszania. I nagle miałam gotową sałatkę. Wystarczyło na moment przełączyć się z zadaniowego, nastawionego na cel działania, na mocno skoncentrowane bycie na bieżąco. I wszystko zrobiło się jakby samo, bez zbędnej frustracji i niepotrzebnego wysiłku, ekonomicznie, jak dobrze zatańczony taniec. A sałatka, oczywiście, boska :) Z pieczonym halibutem, na przykład. Albo wędzonym pstrągiem.

      Składniki: jeden średniej wielkości brokuł, pęczek rzodkiewek, pół kilo młodych ziemniaków.

      Sos dla siostry: trzy łyżki oleju rzepakowego, mocno czubata łyżeczka musztardy, łyżeczka octu balsamicznego, niecała łyżeczka syropu z agawy albo miodu, sól i pieprz.

      Sos dla mnie: czubata łyżka majonezu, dwie łyżeczki musztardy albo kopiasta łyżeczka chrzanu, sól, pieprz.

      Instrukcje: brokuły i ziemniaki ugotować (najlepiej na parze), rzodkiewki pokroić w cienkie plasterki. Wszystkie składniki sałatki dobrze wymieszać z sosem i doprawić do smaku solą z pieprzem. Najlepiej smakuje z dowolnie wybraną ulubioną rybą - od grillowanego, pieczonego, wędzonego łososia aż po solone śledziki albo tuńczyka z puszki.

       wiosenna sałatka    wiosenna sałatka

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 19 maja 2012 14:17
  • środa, 02 maja 2012
    • Zuryskie szparagi

      sałatka szparagowa    zielone szparagi

      Na prośbę pewnej koleżanki pobiegałam w Zurychu po księgarniach, poszukując jakiejś fajnej, sensownej szwajcarskiej książki kucharskiej i udało mi się wyszperać książeczkę z przepisami na dania charakterystyczne dla miasta nad Limmatem i jego okolic. Kulinarnie, podobnie jak językowo i kulturowo, Szwajcaria jest ciekawym amalgamatem niemiecko-francusko-włoskim, a region w którym się znalazłam ulegał zmieszanym wpływom z południowych Niemiec i północnej Italii. W mojej książeczce z przepisami jest więc sporo warzyw (w tym oczywiście szparagi), kilka ciekawych zup i masę rozmaitych mięs i ryb (z jeziora Zuryskiego, jakżeby inaczej), a prawie wszystko z dodatkiem śmietanki albo mleka. Najciekawsza pozycja to typowa zuryska przystawka - smażone w głębokim tłuszczu liście szałwi w piwno-winnej panierce. Nazywają się one (ku naszej kolektywnej konsternacji a zarazem wesołości, bo całą grupą próbowaliśmy tę nazwę poprawnie wymówić) Müüslichüechli-Salbeiküchlein. Historyczna ciekawostka: pierwsze książki kucharskie z miasta Zurych, ważnego ośrodka przeładowczego dla towarów transportowanych przez Alpy, pochodzą z XVIII wieku i zalecają sypanie do każdej możliwej potrawy niczym nieograniczonych ilości egzotycznych przypraw takich jak pieprz, cynamon, szafran, goździki czy imbir. Tym więcej, im zamożniejszy był gospodarz serwujący dany specjał. Przyprawy nie służyły więc tworzeniu smakowych kompozycji, ale demonstrowaniu społecznego statusu. Ówczesne dania, szczególnie w bogatszych domach, musiały stanowić dość duże smakowe wyzwanie.

      sałatka szparagowa    

      No i szparagi. Dzisiaj, na cześć Zurychu i moich gościnnych, otwartych, mądrych gospodarzy, nakupiłam ich dwa obfite pęki - jeden biały, drugi zielony - przede wszystkim po to, żeby spróbować odtworzyć przepyszną zupę, której spróbowałam w czasie wycieczki po jeziorze Zurych, najlepszą szparagówkę, jaką dotąd jadłam w życiu. Przepis oczywiście w zakładce "Zupy". Z pozostałych po gotowaniu zupy zielonych szparagów zrobiłam bardzo smaczną sałatkę, która co prawda nie figuruje w żadnej szwajcarskiej książce kucharskiej, ale przypomina mi na zasadzie luźnego, czysto emocjonalnego skojarzenia o moich zeszłotygodniowych wojażach. O komfortowych milczeniach, wielogodzinnych posiedzeniach w restauracyjkach i kawiarniach, rozmowach o przyszłości i przeszłości, spacerach po wąskich, kamiennych ulicach, rozmarzonych spojrzeniach ku wystawom sklepowym pełnym biżuterii, zegarków, czekolad i luksusowych kabrioletów, niespodziewanie pięknych witrażach Chagalla i nieskazitelnie lazurowym niebie.

      Składniki sałatki: prawie cała wiązka zielonych szparagów, dwa wczorajsze grillowane kotleciki z indyka, pół puszki ananasa w plastrach, garść orzechów laskowych, majonez.

      Instrukcja: szparagi pozbawić zdrewniałych końcówek i usunąć z nich stwardniałe wypustki, po czym ugotować na parze (mniej więcej 2-3 minuty spokojnie wystarczy). Ugotowane pokroić wedle uznania. Kotleciki pokroić w paski, plastry ananasa odcedzić i rozdrobnić, orzechy posiekać. Wszystko wymieszać z majonezem, posolić i posypać pieprzem.

      sałatka szparagowa

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 02 maja 2012 20:11
  • wtorek, 01 maja 2012
    • Sałatka Berlin Hauptbahnhof

      sałatka indyk mango   bilet   sałatka indyk mango

      Miałam taki plan, że będę dziś leżeć, odsypiać nieprzespane, przegadane nad niemieckim piwem noce, marzyć na jawie i pozwalać doświadczeniom ostatniego tygodnia uleżeć się, zmetabolizować w umyśle, przefiltrować tak, żeby zostały tylko te najistotniejsze. Ale znowu gotuję :) Po prostu nie mogłam nie powtórzyć jednego z nieoczekiwanych gastronomicznych doświadczeń, jakie przydarzyły mi się w czasie moich absolutnie niezapomnianych, niepowtarzalnych wojaży. Wczoraj spędziłam calusieńki dzień przemierzając Europę koleją, porównując szwajcarskie podejście do podróży z niemieckim i polskim, żywiąc się w wagonach restauracyjnych i na dworcach (ku mojej sporej satysfakcji i równie wielkiemu zaskoczeniu, udało mi się skomponować sobie zupełnie smaczne i lekkie menu). W Zurychu, oprócz nieodzownej kawy i czekoladowego ciastka żeby się dobudzić i osłodzić monotonię całodziennego stukotania po torach, zakupiłam opakowaną w plastik typową dla regionu sałatkę wielowarzywno-kiełbasianą, którą wzbogaciłam o tarte gotowane buraczki, żeby było jeszcze zdrowiej. Jasna wieprzowa kiełbasa (zdrowa? no może nie tak znowu bardzo) o dość mdłym smaku, nieco przypominająca grubą parówkę, często serwowana, jak w Niemczech, z ketchupem o smaku curry, to lokalny przysmak, obecny w menu nawet bardzo eleganckich restauracji. W samym Zurychu widziałam zresztą coś naprawdę uroczego, bo zamiast hamburgerów, hot-dogów i zapiekanek, przechodnie kupują w kioskach grillowany biały wurst i jedzą go tak po prostu, jak czasem małe dzieci jadają kiełbaski, trzymając opakowaną w papier tłuściutką kiełbachę w pięści i z wyraźnie widoczną przyjemnością pakując ją sobie do ust wielkimi kęsami. 

      W porze obiadowej, na trasie Hanower-Berlin zaliczyłam niemiecką wersję Warsa. Nieco podejrzliwie potraktowałam nowe domowe menu Deutsche Bahn reklamowane szumnym hasłem "Von Oma inspiriert, für Sie serviert" (według mojego szczątkowego zrozumienia języka niemieckiego, oznacza to: zainspirowane przez babcię, serwowane Szanownym Państwu). Ale... przyjrzałam się uważnie karcie dań z klasycznymi bufetowymi pozycjami typu Chilli con Carne, pulpety z kartofelkami, zupa jarzynowa, zrazy z korniszonami, gulasz z kluseczkami, i z wrażenia prawie spadłam z restauracyjnego krzesła. Potrawy powstały z naturalnych, świeżych składników. W jadłospisie opisano je dokładnie pod kątem alergii pokarmowych - w każdym przypadku zaznaczając czy zawierają jakąkolwiek potencjalnie uczulającą substancję. Tylko kilka pozycji zawierało konserwanty, a i wtedy były to wyłącznie śladowe ilości konserwantów, które znalazły się na przykład w musztardzie czy majonezie dodanych do dressingu. Bardzo miła starsza kelnerka o przyjaznej okrągłej twarzy, która swoją drogą mogłaby być czyjąś babcią (dlaczego tak mało mamy starszych kelnerek w Polsce?) podała mi moje Chilli con Carne, prawdopodobnie najmniej praktyczną potrawę podróżną, zważywszy na ilość fasoli, jaką zawiera. Ostrożnie spróbowałam odrobinkę, spodziewając się odgrzanego w mikrofali, pełnego glutaminianu sodu, kleistego sosu o lekko chemicznym posmaku, i znowu opadła mi szczęka. Wszystko było świeżuteńkie, mięso smakowało jak mięso (uwaga, uwaga: prawdziwa wołowina z Argentyny!) a i warzyw nie poskąpiono. Kapelusze z głów dla Deutsche Bahn.

      cukinia         sałatka indyk mango         sałatka indyk mango

      No i wreszcie coś, co tak mi zasmakowało, że dzisiaj po prostu musiałam spróbować to zrekonstruować po swojemu. W Berlinie miałam chwilę czasu między pociągami, więc pobiegłam wydać swoje ostatnie eurocenty do stoiska kanapkowo-sałatkowego i zaopatrzyć się w kolację, bo do Warszawy Centralnej dobijaliśmy dopiero o 23.20. Oprócz owocowych koktaili i obficie nafaszerowanych różnorakim nadzieniem kanapek, zobaczyłam w gablocie sałatkę z kurczakiem i mango. Dostałam do niej octowo-miodowy sos balsamico. Niby dworcowa sałatka, a tak naprawdę absolutny kulinarny luksus, który dzisiaj jeszcze raz zjadłam w domu. Ale i zmodyfikowałam, dostosowując swoją wersję do zawartości lodówki. Oryginalna sałatka była prostsza i bardzo szlachetna w smaku. Zawierała marynowanego kurczaka, ogórki, zieloną sałatę, tartą marchew, kawałki świeżego mango i pokruszone orzeszki ziemne. Moja zawiera:

      Kilka kotlecików z piersi indyka (mniej więcej 500g), puszkę mango w syropie (ale dużo lepiej byłoby użyć prawdziwego, świeżego, nie za miękkiego owocu albo nawet dwóch), garść migdałów, dużą cukinię, dwie marchewki, mieszane liście sałaty.

      Rano zamarynowałam mięso w łyżce jasnego sosu sojowego, łyżce oleju sezamowego, łyżeczce soku z cytryny, łyżce syropu z puszki z mango i po łyżeczce miodu, papryki w proszku i cynamonu, plus dużej szczypcie pieprzu.

      Kiedy już zgłodniałam, starłam marchew na tarce z grubymi oczkami. Sałaty umyłam i osuszyłam. Migdały drobno posiekałam. Plastry mango wyjęłam z zalewy i podzieliłam na drobniejsze kawałki. Cukinię pokroiłam wzdłuż na grube plastry i wrzuciłam na patelnię grillową z odrobiną oliwy. Kiedy już ładnie zmiękła, pokroiłam ją na mniejsze kawałki, na patelnię wrzucając teraz indyka. A kiedy i indyk się elegancko zgrillował, kotleciki pokroiłam w paseczki. Składniki sałatki wymieszałam i polałam sosem słodko-kwaśnym.

      Składniki sosu: łyżka oleju sałatkowego (nie oliwy), łyżeczka oleju sezamowego, łyżka syropu z puszki mango (jeśli używaliście puszkowanych owoców), dwie łyżeczki miodu, dwie łyżeczki octu balsamicznego, łyżeczka sosu sojowego.

      happiness

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 maja 2012 17:22
  • wtorek, 24 kwietnia 2012
    • Reisefieber menu

       banany    roszponka    jagody

      Według słownika reisefieber oznacza strach albo nerwy przed podróżą. To taka mieszanka ekscytacji i niepokoju, stresu i radości, lęku i zaciekawienia. Szczerze mówiąc,  bardzo mocno przywiązuję się do miejsc i do prywatnych rytuałów, do rytmów dziennych i trybów życia, dlatego każdą zmianę dosyć dotkliwie przeżywam. Tym razem postanowiłam, że w przeddzień wymarzonej i wyczekanej podróży (wiem, że to tylko sześć dni, ale powiedzcie to mojej rozhuśtanej psychice, nieustannie podsuwającej mi wizje kradzieży, porwań dla okupu, wypadków i katastrof) zrobię sobie relaksujące, uspokajające jedzenie. I strzelę sobie mocną herbatkę z melisy. Najpierw, oczywiście, musiałam się dowiedzieć, co takiego zalecają dietetycy, makrobiotycy, jogini i zwykli śmiertelnicy na odprężenie. Oto bardzo uproszczone i subiektywne wyniki moich badań:

      BANANY - zawierają potas, regulujący ciśnienie i ważny dla dobrego nawodnienia organizmu, a także witaminę B6, która działa odprężająco. Są lekkostrawne i wzmacniają błonę śluzową żołądka, chroniąc ją przed szkodliwym działaniem kwasów.

      FASOLA - korzystnie wpływa na układ nerwowy, zawiera żelazo, witaminy z grupy B, wapń i potas.

      JOGURT NATURALNY - zawiera witaminy A, B i D plus kultury bakterii. Jako probiotyk wspomaga trawienie, odciąża żołądek i daje poczucie lekkości. Mleko i przetwory mleczne dostarczają organizmowi tryptofanów, aminokwasów, które ciało przetwarza na optymistyczną serotoninę

      OWIES - witamina B2, której w nim sporo, a także węglowodany, jakich dostarcza organizmowi, mają działanie relaksujące. Występujące w zbożach złożone węglowodany (w przeciwieństwie do słodyczy na przykład) podwyższają poziom cukru we krwi powoli i stopniowo, co powoduje, że nasz poziom energii nie skacze jak wykres sejsmografu podczas trzęsienia ziemi, tylko elegancko i bez zrywów pnie się do góry, po czym równie statecznie opada.

      migdały

      ORZECHY I MIGDAŁY - kolejne źródło przekształcanych w serotoninę tryptofanów. Migdały są bogate w cynk i witaminę B12, które poprawiają nastrój. Przydają się też osobom z niedoborami żelaza, powodującymi zmęczenie i obniżenie nastroju.

      ZIELONE LIŚCIASTE WARZYWA - przede wszystkim szpinak, ale też rozmaite sałaty, chociażby rukola czy roszponka, zawierają ważny dla spokoju ducha magnez i kwas foliowy, który wzmacnia system nerwowy.

      JAGODY I CYTRUSY - zawierają witaminę C, która wzmacnia i pomaga dobrze przyswajać żelazo.

      roszponka z jogurtem   roszponka z jogurtem

      Tak to wygląda w dużym skrócie. No więc co ja zrobiłam kiedy już się tak wyedukowałam na temat odstresowującego jedzenia? Pognałam na bazarek, zakupiłam co się dało i skomponowałam trzy autorskie relaksacyjne dania, w których próbowałam upakować ile tylko możliwe optymistycznych składników.

      Danie 1: sałatka do pociągu, zawierająca między innymi kaszę (węglowodany złożone), jagody i orzechy. Przepis na sałatkę możecie znaleźć tutaj.

      Danie 2 (na zdjęciach powyżej): kolacyjna roszponka z surowymi płatkami pieczarek, migdałami i zielonym "majonezem" na bazie jogurtu naturalnego i awokado. Baardzo smaczna. Gdyby nie braki w lodówce (bo głupio robić duże zakupy tuż przed podróżą), dodałabym jeszcze suszone pomidory i cieniusieńko pokrojoną białą cebulkę i byłoby genialnie.

      Danie 3: jutrzejsze śniadanie, czyli pokrojone w plasterki banany z suszonymi jagodami i otrębami owsianymi. Chętni mogą to cudo dodatkowo polać jogurtem.

      A propos jogurtu, przebojem dzisiejszego dnia okazał się wymyślony na poczekaniu pseudo-majonez na bazie awokado. Pół awokado wrzuciłam do blendera razem z zawartością kubeczka naturalnego jogurtu, ząbkiem czosnku i mniej więcej łyżką świeżego soku z cytryny, plus solą i pieprzem. Zmiksowałam, spróbowałam i okazało się, że to bardzo ciekawy w smaku dodatek sałatkowy, więc poeksperymentowałam, pododawałam do różnych warzyw i uważam, że chłopak ma potencjał. Będę w przyszłości do niego wracać, a jeśli ktoś przeczyta ten wpis i zrobi taki sosik, będę wdzięczna za pomysły, z czym jeszcze dobrze się komponuje.

      majonez z awokado

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 kwietnia 2012 22:08
    • Sałatka do pociągu

      sałatka do pociągu   pistacje   cukinia

      Jutro wyjeżdżam pociągiem na zachód. Od bardzo, bardzo dawna miałam ochotę pojeździć koleją po Europie i wreszcie mogę. Będę ciągnąć za sobą walizkę na kółkach, podróżować w górę i w dół ruchomymi schodami, szukać odpowiednich liter i cyfr na tablicach z rozkładem jazdy, obserwować biegających w amoku współpasażerów, no i wreszcie chłonąć specyficzny, odbijany echem po podziemnych korytarzach gwar dworca - najpierw Centralnego, potem  berlińskiego Hauptbahnhofu, a później głównych dworców w Hanowerze i Zurychu. Chcę i nie chcę jechać. Jestem spakowana, uprasowana, umyta, zarezerwowałam hostel, książki wzięłam do czytania, buty do chodzenia, słuchawki do słuchania i tylko mi brakowało jakiegoś wiktu na drogę, bo z całym szacunkiem do wagonów restauracyjnych Wars, które co prawda dokonały w ostatnich latach ogromnego skoku cywilizacyjnego (i nawet nie ironizuję), niestety nadal rozmijamy się w naszym rozumieniu lekkich i zdrowych posiłków w podróży. Jak przystało na rozpieszczonego mieszczucha o wysokich standardach żywieniowych, mam więc plastikowe pudełeczko i plastikowy widelczyk, a wszystko to w celu skonsumowania niżej opisanej własnoręcznie przyrządzonej sałatki (podobnej nieco do Gryczanki i Jaglanki, które robiłam już wcześniej).

      pieczona papryka   kasza jęczmienna

      Składniki: pół szklanki kaszy jęczmiennej, dwie żółte/czerwone papryki, 1/3 szklanki suszonych jagód (ja kupiłam w śmiesznym skandynawskim sklepie Tiger mieszankę suszonych borówek i żurawin z jagodami Goji), garść suszonych moreli, 1/3 szklanki pistacji, pół cukinii, 2 łyżki oliwy z oliwek, łyżka octu balsamicznego, półtorej łyżeczki miodu, łyżeczka musztardy, sól i pieprz.

      Co zrobić: Wstawić pokrojone na ćwiartki i pozbawione pestek papryki do nagrzanego piekarnika (150-180 stopni) i piec dopóki skórka nie zacznie marszczyć się, brązowieć i odchodzić od miąższu. Jeszcze gorące włożyć do plastikowego woreczka, żeby się "spociły", poczekać aż ostygną, wyjąć z woreczka i obrać. Pokroić w cienkie paski. Ugotować kaszę w szklance osolonej wody. Zalać jagody i morele wrzątkiem i moczyć dopóki nie zmiękną. Morele drobno pokroić. Zetrzeć cukinię na tarce i podsmażyć przez minutę albo dwie na oliwie z oliwek. Kiedy wszystkie składniki będą gotowe, wymieszać w misce z sosem zrobionym z oliwy, octu, miodu i musztardy.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Sałatka do pociągu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 kwietnia 2012 20:51

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl