Kucharka Zen

Lekkie kolacje

  • wtorek, 08 stycznia 2013
    • Podkradnięta przyjemność

      ostatnia choinka

      Jakoś tak zimowo się czuję, powiem wam. I nie jest to moje najbardziej na świecie ulubione uczucie. Nie tak całkiem. Rozmaici mistrzowie duchowi radzą żeby nie dzielić uczuć na dobre, złe, ulubione i nielubiane, tylko wszystkie jak lecą w sobie zawrzeć, nie uciekać od nich na oślep, nie unikać ich za wszelką cenę, ale się z nimi pogodzić. I dać im przypływać kiedy chcą, a potem odpływać kiedy mają ochotę, bo przecież wszystkie prędzej czy później znikną. Pracuję nad taką bezwarunkową akceptacją, ale ten konkretny zimowy stan demobilizacji stanowi dla mnie spore wyzwanie. Zawiera oczywiście elementy przyjemne - na przykład podszczypującą lekko w nos zapowiedź nadchodzącego mrozu. Właśnie wtedy, kiedy już zaczęłam się przyzwyczajać do szaroburego jesiennego stycznia. Albo to uczucie, gdy budzę się rano pod dwiema warstwami - wełnianym kocem i wełnianą kołdrą - w drapiących niemiłosiernie wełnianych skarpetach na nogach i mimo zapowietrzonego kaloryfera (znowu zapomniałam jak się to ustrojstwo odpowietrza) i arktycznych wichrów wiejących od nieszczelnych okien, jest mi rozkosznie ciepło, tak satysfakcjonująco, tak błogo, że mogłabym cały dzień spędzić podobnie utulona, w przyjacielskim półmroku, który do niczego nie zobowiązuje i donikąd nie wygania.

      I jeszcze spacery są fajne. Zwłaszcza ten moment, kiedy się z nich wraca, kiedy się wchodzi z zimna, z zaczerwienionymi, chłodnymi policzkami, do ogrzanego pomieszczenia, kiedy zdejmuje się grube, ciężkie wierzchnie ubrania, odwija te wszystkie szaliki, odkrywa (znowu) że czapka przylizała nietwarzowo włosy, w ramach efektów specjalnych elektryzując je w całkiem niespodziewanych, zupełnie przypadkowych miejscach. A potem się siada z czymś ciepłym do picia na kanapie, wyglądając co prawda jak czupiradło, ale od czego jest samotność, jeśli nie od komfortu obniżonych estetycznych standardów. Siada się więc na kanapie. Na powrót pod wełnianym kocem. Ten koc, na półleżąco, z książką i kawą, jest dla mnie w zimie jak grawitacja, gdziekolwiek bym nie była, czegokolwiek bym nie robiła - mój domyślny stan a zarazem stan idealny to właśnie takie leniwe przesiadywanie pod opieką wełnianych okryć. Więc wracam nieustannie - z pracy, z zakupów, ze spotkań i odwiedzin - na kanapę i pod koc. 

      Prawda jest oczywiście taka, że treść moich wyjść z domu też bywa przyjemna. Dzisiejsze wyjście przyniosło przedziwny widok - choinkę, która przetrwała Trzech Króli, a którą ktoś przystroił z namaszczeniem na zewnątrz, na środku dużego osiedlowego podwórka. Ku uciesze całej lokalnej społeczności. Akurat, jakby specjalnie dla mnie, wyszło słońce i zagrało na rozbłyśniętych nagle choinkowych łańcuchach srebrnymi refleksami. Więc dobrze było dziś wyjść z domu. Wczorajsze wyjście natomiast, równie owocne, wynikło z wizyty mojej mamy, która pojawiła się u mnie z obiadem dla psa (ten to ma dobrze) i dwoma nowiutkimi berecikami z przeceny. Zapytana, co ją natchnęło by kupić czerwony i fioletowy berecik, powiedziała że wracała sobie metrem do domu i nagle zauważyła, że siedzi w jakimś szczególnie przygnębiającym, jakby żałobnym wagonie. Wszyscy na czarno. Czarne buty, czarne kurtki, czarne czapki. Popatrzyła na siebie i zobaczyła to samo. Czerń od stóp do głów.

      Myślałam kiedyś, że nasze polskie przywiązanie do czarności to wynik wschodnioeuropejskiego spleenu, wzmocnionego lekcjami tragicznej historii, ponurą romantyczną literaturą, czytaną w ramach lektur w szkole, i doprawnionego melodramatyczną kinematografią. Przecież istnieją nacje równie doświadczone przez los, które nie spoglądają ciągle przez ramię w przeszłość, wyliczając przy każdej możliwej okazji litanię krzywd i niesprawiedliwości. Ale jedna przytomna przyjaciółka uświadomiła mnie, że noszenie czerni to żadna permanentna narodowa żałoba, a raczej rezultat niedostatku. Kiedy ma sie pieniądze na jeden jedyny zimowy płaszczyk, nawet lubiąc wściekły róż lub zieleń rzekotki, kupuje się czarny - pasuje do wszystkiego. Moja mama więc, ubrana w czerń jak reszta podziemnych współpasażerów, poczyniwszy swoją obserwację wybiegła z wagonu i wpadła do najbliższego sklepu z konfekcją rozmaitą, kupując następnie najkolorowsze nakrycia głowy jakie znalazła. To ja poszłam w jej ślady, zainspirowana dwiema rzeczami - przeceną (12 złotych za czapkę) i możliwością przełamania smutnawych nieco okoliczności zewnętrznych odrobiną żywszego koloru. Dziś jestem szczęśliwą posiadaczką różowej czapy z pomponem oraz czegoś (też z pomponem), co dużo trudniej opisać, ale jest wielobarwne i mogłabym to mieć na głowie non-stop. Radość. Taka prosta. No i tyle przyjemnych rzeczy na chwilę obecną.

      A z tych mniej przyjemnych zimowych spraw, to najtrudniejsza jest dla mnie do zaakceptowania moja doroczna styczniowa rozlazłość, tradycyjna już o tej porze roku, oraz prawie namacalna uogólniona demotywacja towarzysząca mi w tę niskokontrastową pogodę jak nieodłączny cień. Nawet najmilsze z pozoru sposoby spędzania czasu nie wydają mi się ostatnio atrakcyjne. Siostra ciągnie mnie na próbne zajęcia z boksu (wyobrażacie sobie? dwie delikatne, niewysokie, odrobinę flegmatyczne kobietki z gatunku "dziękuję-proszę-przepraszam" walące w coś lub kogoś z całej siły bokserskimi rękawicami?), a ja nie czuję odpowiedniej dozy entuzjazmu. I tak jest ze wszystkim. Otwarciem naprawdę fajnej knajpy ze zdrowym jedzeniem, na które wyciąga mnie znajoma (darmowy eko-bufet, no czy ja jestem normalna że nie chcę iść?). Koncertem kolęd wykonanym przez zaprzyjaźniony chór, rzut beretem ode mnie (mogę tam się natknąć na pewną młodą, bardzo uroczą osobę płci przeciwnej, ale nie, rozmemłanie wygrywa). Spotkaniem z koleżanką w śródmiejskiej kawiarni (będzie miło, ale co z tego?). Nie bardzo wiem, co by mnie mogło skutecznie wykopać z domu. Rycerz na białym koniu może. Ale koń musiałby być nieskazitelny, a rycerz posiadać komplet sprzecznych cech - dojrzałość i dziecięcy entuzjazm, otwartość i zdecydowanie, czułość i poczucie humoru, dystans do siebie i życzliwość wobec słabszych. Takie tam. Najchętniej jednak zakopałabym się w te moje wełniane piernaty i została tak do kwietnia. Mogę? Proszę...

      pieczone kalafiory Nieśki

      W międzyczasie ukradłam przepis. Bo jedzenie wydaje się ostatnim bastionem przyjemności, jaki mi pozostał w ten ciemny, zimny, samotny czas. Jedzenie zawsze poprawia mi humor, a znaleziony u kogoś ciekawy przepis, który moge wypróbować na sobie, wybija mnie na dłuższą chwilę z ponuractwa i rozlazłości. Przepis przebył krętą drogę na Mokotów. Z Izraela poprzez arcy-kucharza Yottama Ottolenghi przyjechał do Londynu, z Londynu przedostał się do Jadłonomii (link do tego świetnego bloga, jeśli go jeszcze nie znacie, poniżej), od Jadłonomiii zmodyfikowany mocno trafił do Nieśki z bloga "Mówią Weki", i to w dwóch wersjach (polecam z całego serca, link pod spodem), od Nieśki natomiast cudownym sposobem zawędrował wreszcie do mnie, po czym (ta-da!) macie go u siebie na ekranie wy, moi drodzy Czytelnicy. Polecam bo smaczny i mocno warzywny.

      http://www.jadlonomia.com/2012/01/pieczony-kalafior.html

      http://mowia-weki.blogspot.com/2012/09/najlepsi-z-najlepszych-pieczony-kalafior.html

      3/4 kalafiora podzielić na małe różyczki. Niewielką cukinię i pół sporego selera pokroić w nieduże plasterki albo kawałki. To jedno z tych cudownie elastycznych dań, które dostosują się do waszych niepowtarzalnych gustów i potrzeb. Posypać odrobiną słodkiej papryki, pieprzem i solą. Według oryginalnego przepisu warto też sypnąć kruszoną suszoną szałwią (a jeszcze lepiej piec ze świeżą), ale że nie miałam szałwi i nie bardzo chciało mi się iść do sklepu, poszłam na łatwiznę i "przyprawiłam" danie pokrojoną w kosteczkę resztką ekologicznej szynki (garścią), którą zakupiwszy w ostatnią sobotę na BioBazarze. Wrzucić - jak Nieśka - na wyłożoną folią aluminiową blachę albo - jak ja, bo folii, jak szałwi, też nie było - do żaroodpornego naczynia i polać oliwą z oliwek (w oryginale dwiema łyżkami, w mojej, łakomczuchowej, wersji - trzema). Piec najlepiej na termoobiegu przez około 30 minut (ja rozgrzałam piekarnik do mniej więcej 170 stopni). Jeśli nie wrzuciliście warzyw na blachę, warto je przemieszać jakoś tak w połowie pieczenia, albo nawet kilka razy w trakcie, żeby się chrupiąco podrumieniły ze wszystkich stron.

      pieczone kalafiory Nieśki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Podkradnięta przyjemność”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 stycznia 2013 17:47
  • wtorek, 18 grudnia 2012
    • Wegańska zapiekanka "disaster"...

      ...czyli miała być innowacyjna śródziemnomorska tarta bez niczego, co szkodzi zdrowiu, a wyszło jak zwykle.

      disaster

      Ponieważ uczę się być dla siebie miła i troskliwa, postanowiłam uskutecznić dzisiaj danie bez pszenicy (glutenu), bez nabiału i bez mięsa. Pomysł na to danie chodził za mną od dobrego tygodnia, od kiedy zobowiązałam się przygotować coś wytrawnego i warzywnego na składkową wigilię na moim weekendowym kursie dokształcającym. Ale się pochorowałam i nie dotarłam. Nie dotarła też tarta, więc niedobitki obecne na zajęciach konsumowały w ramach wigilii głównie słodycze.

      Dzisiaj, odrobinę jakby zdrowsza (podziękowania należą się magicznemu trio: imbirowi i cytrynom i czosnkowi, a także czwartemu muszkieterowi - litewskiemu kocykowi w renifery, który mnie wygrzał tak, że trudno opisać) uznałam, że czas wykorzystać zakupione z wyprzedzeniem składniki i zrealizować pomysł na wegańską, bezglutenową tartę prozdrowotną. Szkoda tylko, że tarta miała odmienną koncepcję, bo postanowiła zostać zapiekanką.

      Składniki ciasta: 100g mąki kukurydzianej, 100g mąki z brązowego ryżu, 100g masła roślinnego, sok z połowy cytryny, sól.

      Składniki nadzienia: ząbek czosnku, cebula, pół bardzo małego brokuła, garść mrożonego groszku zielonego, pół małej cukinii, czubata łyżka kaparów, po garści posiekanych oliwek i suszonych pomidorów, łyżeczka musztardy, 250ml śmietanki sojowej, dwie płaskie łyżeczki mielonego siemienia lnianego, sól i pieprz.

      W teorii procedura wykonania bezglutenowego ciasta do tarty wygląda tak, że miesza się dwa rodzaje mąki z pozostałymi składnikami, zagniata, po czym jakimś cudem ciasto rozpłaszcza się na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce, piekąc przez 15 minut w 180 stopniach. Mogę wam dokładnie powiedzieć, co się stanie, jeśli potrzymacie ciasto w piekarniku o kilka minut za długo. Disaster. Czyli przepyszna, brązowa, bezglutenowa kruszonka o lekkim cytrynowym posmaku.

      Kruszonka, śmiem twierdzić, nie stanowi idealnej bazy dla tarty. Jako kucharka kreatywna i elastyczna zarazem postanowiłam jednak nie rezygnować i wysypałam brązowymi okruchami foremkę, po czym wylałam na wierzch przygotowaną w następujący sposób masę śródziemnomorską:

      Podsmażyłam na oliwie z oliwek posiekany ząbek czosnku i pokrojoną w talarki cebulę. Dorzuciłam rozdrobnionego brokuła i groszek zielony. Smażyłam dopóki warzywa odrobinę nie zmiękły. Dodałam pokrojoną dość drobno cukinię, posiekane kapary, oliwki i pomidory. Smażyłam i smażyłam, po czym dorzuciłam musztardę oraz śmietankę sojową, dosypałam siemię plus doprawiłam solą i pieprzem.

      Dylemat: czy kruszonka powinna pójść na dno, czy na wierzch tak powstałej zapiekanki? Okazało się, że zbytnio przywiązałam się do swojej koncepcji tarty i nie przyszło mi nawet do głowy przysypać warzyw bezglutenowymi okruchami. A szkoda, bo miałabym efektowne "crumble". Tak czy inaczej, kombinację wielce kruchego "ciasta" i warzyw w pseudo-śmietanie zapiekłam jeszcze na parę minut w piekarniku, po czym wyjęłam, sfotografowałam i zjadłam ze sporym zaciekawieniem. Wyszło pyszne w smaku i przedziwne w konsystencji. Czy Wam mój "disaster", sportretowany na tle pokrytego śniegiem mokotowskiego podwórka, posłuży bardziej jako ostrzeżenie, czy jako inspiracja, czy też może pozostawi Was obojętnymi? Pojęcia nie mam, ale chętnie się dowiem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Wegańska zapiekanka "disaster"...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 grudnia 2012 15:30
  • poniedziałek, 24 września 2012
    • W drodze. O wolności.

      caprese z buraków i sera koziego

      Czytałam tę książkę jako nastolatka. Możliwe, że tuż po "Obcym" Camusa i tuż przed "Mdłościami" Sartre'a. Przechodziłam wtedy przez fazę egzystencjalną, fazę fascynacji bitnikami, która obejmowała papierosy, kawę, koncerty w zadymionych spelunach i rozciągnięte czarne ubrania, przyprawiające moją babcię, zdeterminowaną żeby ze mnie jeszcze kiedyś zrobić porządną, schludną, szanującą się dziewczynę, o nerwową zadyszkę. Czytałam poezję, taką jak na przykład ta:

      Widziałem najlepsze umysły mojego pokolenia
      zniszczone  szaleństwem, głodne histeryczne nagie,
      włóczące się po murzyńskich ulicach o brzasku poszukując
      wściekłego kopa,
      anielogłowi hipsterzy płonący żądzą pradawnego niebiańskiego
      kontaktu z gwiezdną prądnicą w maszynerii nocy,
      którzy w biedzie w łachmanach z zapadniętymi oczami i na haju
      palili siedząc w nadprzyrodzonej ciemności mieszkań z zimną
      wodą płynących ponad wierzchołkami miast
      kontemplując jazz

      Allen Ginsberg, "Skowyt"
      przekład Marcin Walkowiak

      Wyobrażałam sobie, że rzucam wszystko, co męczy i nudzi, że wyzwalam się ze wszystkiego, co tłamsi i każe być mniej niż całą złożoną sobą, że pakuję kilka najbardziej podstawowych rzeczy do plecaka i wyruszam w drogę, ogołocona z historii, które inni opowiadają sobie od lat na mój temat, od tej tożsamości skonstruowanej na użytek społeczeństwa, do której się nie poczuwam, która ogranicza mnie i dusi. Wyruszam w drogę, zaczynam od zera, buduję siebie od nowa, tym razem na własnych zasadach. Jakie to ekscytujące! Być kimś świeższym, skonstruowanym bez kompromisów, kimś prawdziwszym, wsłuchanym nie w głosy otoczenia, surowego, karzącego, nużącego, ale we własne wewnętrzne głosy, w głosy prawdy o sobie. Kiedy ma się kilkanaście lat, wolność jest warta każdej ceny. Ale może dlatego, że nie czuje się wartości tego wszystkiego, co należy dla niej poświęcić.

      A potem, dwadzieścia lat później, oglądam film na podstawie tej samej książki. I znów wsłuchuję się w siebie, w swoje reakcje na tę już znaną, ale opowiedzianą na nowo historię. Film mnie męczy. Rozpoznaję w nim znajome twarze. Mojego przyjaciela, króla życia, którego jakąś częścią siebie będę kochać już zawsze, ale z którym nie sposób być na co dzień. Moich innych przyjaciół, zawsze w jego cieniu, zawsze pełniących rolę świty dla tego czarującego, magicznego szaleńca, który mógł mieć każdą kobietę i każdego mężczyznę, który robił wszystko, co podyktował mu jakiś niesłychanie żywy, niesłychanie atrakcyjny, magnetyczny wewnętrzny głos. My, skazani na role drugoplanowe, wspierające, my podtrzymywaliśmy jego legendę naszym zachwytem.

      Teraz, dwadzieścia lat później, my, drugoplanowi, pracujemy gdzieś, wyrabiamy sobie jakieś zawodowe marki, mozolnie wychadzamy ścieżki w tej ludzkiej plątaninie, jaka nas otacza. Mamy życiowych partnerów, dzieci, kredyty, psy i koty. Czasem, czasami, kiedy przyjdzie kolejne awizo z urzędu skarbowego, kiedy kolejny dzień przepracowaliśmy bez chwili radości i odpoczynku, kiedy kolejną noc zarwiemy z powodu wyrzynającego się zęba, wraca nostalgia. Robi się tęskno do tego życia w drodze, życia bez limitów, bez reguł, bez dorosłych. Robi się ckno i smutno i wraca z przeszłości marzenie o zaczęciu od zera, o konstruowaniu siebie na nowo, bez kulturowych ograniczeń, bez społecznych obowiązków. Ale otrząsamy się szybko. I brniemy dalej, w dojrzałość, która podobno oznacza umiejętność udźwignięcia zobowiązań - stałej pracy, kredytu, dziecka, psa, partnera. A król życia? Kontynuuje coraz bardziej samotną zabawę.

      "W drodze" obejrzałyśmy wczoraj z koleżanką, po czym usiadłyśmy i przegadałyśmy na jego temat pół wieczora. Polecam wam ten film (książkę bardziej), chociaż ja wyszłam z kina z lekkim bólem głowy, obolałą tylną częścią ciała i poczuciem znużenia. Był odrobinę za długi i odrobinę się rozlazł. Ale na koniec ta historia opowiada o uniwersalnym, niezwykle silnym i ważnym młodzieńczym marzeniu. O stuprocentowej wolności. O możliwości stworzenia siebie na własnych zasadach. I jeśli jesteście młodzi, obejrzycie ten film i pewnie się nim zachwycicie. A jeśli, jak ja, łapiecie końcówkę metrykalnej młodości, powtarzając sobie, że młodość to stan ducha, a nie fakt kalendarzowy, wrócicie na chwilę do złudzeń z przeszłości. Czule się im przyjrzycie i może nawet uda się wam zastanowić, czy nie poluzować sobie trochę dzisiejszego, dojrzalszego gorsetu. Ale nie będzie "w tył zwrot" i "w drogę". Nie rzucicie wszystkiego, co znane i bezpieczne. Raczej nie.

      A w ramach akcentu kulinarnego, również temat wolności. Jak prawdziwi bitnicy robimy rewolucję w uświęconej tracycji. Nie pytajcie jak ani dlaczego, ale w ramach swojej poprzedniej pracy, przepytałam setki (setki i setki) polskich korporacyjnych trzydziestolatków o upodobania kulinarne. Ze zdziwieniem i przerażeniem odkryłam, że wszyscy (z kilkoma chlubnymi wyjątkami) lubią caprese, makaron z serem pleśniowym i szpinakiem, tiramisu oraz - od święta - sushi.  Nic więcej nie jedzą. Nic więcej nie mieści się w ich upodobaniach. Calusieńki naród lubi to samo. Trochę mi się smutno zrobiło, że z całego tego aromatycznego, wielobarwnego, różnorodnego repertuaru kulinarnego, jaki oferuje cała planeta, my wybraliśmy jedną przystawkę, jedno danie główne, jeden deser oraz jedną opcję na niedzielę. Wszyscy. I chociaż zachwyca mnie dobre tiramisu, to lubię też prawdziwy francuski mus czekoladowy, lubię amerykańskie serniki i muffiny, lubię angielskie crumble i naszą polską szarlotkę. I chociaż nie przeczę smaczności szpinakowo-serowej pasty, to robiłam pastę z dziesiątkami innych sosów, robiłam kluski po włosku, po swojsku i na orientalnie, i też były pyszne. I chociaż jednym z najlepszych posiłków w moim życiu było caprese we Florencji - z sezonowymi, ociekającymi smakiem pomidorami, świeżo zerwaną z krzaczka bazylią, orzechową oliwą i słodkawą, elastyczną bawolą mozzarellą - to istnieją tysiące innych przystawek i sałatek, cały świat gotowy żeby go odkryć. Wolność może się oczywiście przejawiać (jak w filmie "W drodze") jazdą na oślep po kraju, przypadkowymi znajomościami, eksperymentami z substancjami zmieniającymi świadomość. A może wystarczy być wolnym w swojej własnej głowie? Po prostu otwartym na to, co oferuje świat. Również kulinarny.

      Nie wiem, czy sprowokuję kogoś do spróbowania czegoś nieznanego, nie mieszczącego się w znanej, akceptowanej konwencji. Ale może. Może ktoś się ośmieli wyjść poza dotychczasowe koleiny i zrobi coś innego. Na przykład moje alternatywne caprese. Z pieczonych buraków, koziego bundzu i natki pietruszki. Żeby na moment opuścić swoją ciasną strefę komfortu. Przynajmniej na chwilę. Przynajmniej gotując. Takie małe ćwiczonko, które - jeśli częściej je powtarzać - przygotowuje do podejmowania odważniejszych decyzji, podejmowania rosnącego ryzyka, podejmowania wyzwań na coraz większą skalę. A poza tym: "variety is the spice of life" - jak mówi angielskie przysłowie. Różnorodność dodaje życiu pikanterii.

      Caprese z pieczonych buraków i koziego bundzu

      Myjemy trzy spore buraki, owijamy w folię aluminiową i pieczemy w gorącym (200 stopni) piekarniku przez jakieś 30-40 minut, dopóki nie będą miękkie w środku. Studzimy. Kroimy w kostkę (kolejne odstępstwo od tradycji) i wrzucamy do ładnej miseczki. 20-30g koziego bundzu również kroimy w kostkę. Siekamy dużą garść natki pietruszki. Robimy sos z dobrej oliwy z oliwek z odrobiną sosu z granatów albo octu balsamicznego. Sypiemy trochę pieprzu i trochę soli. Jemy z dobrym, pełnoziarnistym chlebem.

      caprese z buraków i sera koziego

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „W drodze. O wolności.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 września 2012 10:11
  • sobota, 15 września 2012
    • Makaron z ziemniaka w drugiej odsłonie

      makaron z krabem, porem i cukinią

      Ja się tak bardzo staram nie usiąść dzisiaj ani na chwilę i nie zostawać sama ze sobą, żeby przypadkiem nie musieć podsumowywać: a) ostatniego tygodnia, b) ostatnich czterech tygodni właściwie, c) całokształtu biografii, jak to mam w zwyczaju przy okazji innych przemyśleń - że chyba jeszcze ciasto upiekę na koniec dnia. Albo lody ukręcę. Albo pójdę do lokalnej włoskiej lodziarni kupię sobie na pocieszenie najlepsze tiramisu w Warszawie. Będzie do kompletu z pięcioma bluzkami, parą szpilek i makaronem z batatów - moimi pozostałymi sobotnimi trofeami. Wszystko, żeby tylko się nie zatrzymać i nie rozglądać wokół siebie, bo może się okazać, że życie mi się niepostrzeżenie zmieniło nie do poznania, a ja tkwię we własnej wersji sprzed miesiąca, bo nie nadążyłam. Działam więc. Działam w galeriach handlowych i w kuchni. A oto kolejny owoc mojej dzisiejszej (niepowstrzymanej) aktywności kulinarnej. Dobra wiadomość dla osób, które tu czasem wpadają i chciałyby, żeby ten blog był bardziej o jedzeniu. Znów makaron. Znowu orientalny. Znów w towarzystwie tajskiej bazylii. Tym razem z porem, krabem i eko-cukinią. Na ostro. Z dodatkiem polskiej marchewki i kapustki. Miodzio. Jestem najedzona jak jakiś sołtys, ale jem dalej, bo to takie smaczne.

      makaron z krabem, porem i cukinią

      Składniki:

      Puszka mięsa z kraba (około 120g po odsączeniu, do dostania w dobrych delikatesach), średniej wielkości cukinia, cztery małe pory albo jeden duży por, ząbek czosnku, łyżeczka świeżo startego imbiru, po 50g poszatkowanej białej kapusty i startej na grubej tarce marchewki, (ewentualnie: garść grzybków mun), około 200g makaronu z batatów lub ryżowego, sok wyciśnięty z połowy cytryny, sos sojowy, olej słonecznikowy (ja gdzieś zdobyłam tłoczony na zimno), olej sezamowy, miód, tabasco, pieprz, duża garść tajskiej bazylii.

      Instrukcje:

      Zróbcie sos z dwóch łyżek oleju słonecznikowego, łyżeczki oleju sezamowego, soku z cytryny, trzech łyżeczek miodu, łyżeczki sosu sojowego i szczypty pieprzu. Odłóżcie na później. Kraba odsączcie. Cukinię pokrójcie w kosteczkę. Pory w plasterki. Czosnek drobno posiekajcie. Grzybki i makaron włóżcie do oddzielnych misek z zimną wodą i moczcie przez jakieś 10 minut. Rozgrzejcie trochę oleju w woku, wrzućcie do niego pora z czosnkiem i imbirem. Podsmażcie energicznie mieszając. Dodajcie cukinię. Podsmażcie aż odrobinę zmięknie. Dorzućcie kapustę z marchewką. Znów podsmażcie, mieszając. Dodajcie makaron i grzybki mun oraz mięso z kraba. Smażcie, mieszając, dopóki makaron nie zmięknie. Doprawcie według własnego smaku tabasco, wymieszajcie z sosem i posypcie obficie porwaną palcami bazylią.

      Smacznego!

      makaron z krabem, porem i cukinią

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 15 września 2012 19:29
  • sobota, 01 września 2012
    • Eko-bazar, multi-kulti, mitsubishi

      ryżowy makaron z warzywami i ziołami

      Nieźle. Dzisiaj w repertuarze muzycznym Celine Dion i Whitney Houston. Ekspresowo przeszłam przez etap obsesyjnego myślenia o ukochanym, drobiazgowej analizy jego profilu na Facebooku i nieudanych prób odgonienia powracających natrętnie migawek z naszego jakże krótkiego "związku". Udało mi się również zakończyć fazę rozważania, czy to, że dowiedział się kiedy są moje imieniny, pojawił się na spotkaniu przed czasem, zaproponował, że przyniesie mi kawę oraz został na przerwie żeby zadać mi dodatkowe pytanie, czy to wszystko znaczy, że też mnie kocha. Teraz wkraczam w fazę: rzucić wszystko - pracę, rodzinę, dom, psa i przyjaciół - i pojechać autostopem do Grecji, żeby tam do końca życia oglądać z nim (z Nim) zachody słońca na plaży. Bowiem nic innego nie ma sensuuuu. Staczam się po stromej, stromej równi pochyłej.

      Ale może napiszę o czymś innym, żeby sobie konstruktywnie zająć głowę. Miałam taki romantyczny pomysł, że skoro zrywam się dzisiaj o nieludzkiej porze i tarabanię na eko-bazar, to zakupię tam trochę tradycyjnych polskich specjałów i w poniedziałek rano poczęstuję w pracy moją wielonarodową, międzykulturową ekipę takim symbolicznym, organicznym, starosłowiańskim śniadaniem. Zakupiłam więc: chleb orkiszowo-żytni z gatunku "cegła z trocinami", kremowy twarożek śmietankowy prosto od krowy, ser koryciński z czarnuszką (już zjadłam połowę, nie wiem czy reszta dożyje do przyszłego tygodnia) oraz dopiero co uwędzoną kiełbaskę. Wracając z tymi zdobyczami do domu, zaczęłam myśleć międzykulturowo, zastanawiając się, czy aby wszyscy zainteresowani mogą spożywać krowi nabiał. Z ulgą stwierdziłam, że krowy święte są tylko w hinduizmie, a ja Hindusów nie mam pod opieką. Ale moja radość nie trwała zbyt długo. Niestety. Kiedy wypakowywałam z eko-torby jędrną, mocno mięsną wieprzową kiełbachę z certyfikowanego gospodarstwa, zdałam sobie sprawę, że Hindusów może nie mam pod opieką, ale za to mam Algierczyka oraz Tunezyjczyka, którzy z powodów religijnych kielbachą raczej pogardzą. I pomysł chwilowo padł. A tak się cieszyłam, że zaprezentuję koleżeństwu realny przykład polskiej gościnności, którą jakże elokwentnie się przed nimi chwalę już od dwóch tygodni. Dopóki nie wymyślę jakiejś alternatywy dla wieprzowiny, śniadaniowa idea ulega zawieszeniu. A może wy macie jakieś pomysły, które nie wymagają ponownej podróży przez pół Warszawy?

         

         

      Pytanie drugie. Czy ktoś wie, co symbolizuje polska flaga? Na mojej ulicy łopoczą z okazji dzisiejszej rocznicy biało-czerwone chorągiewki różnych rozmiarów, patriotyzm kwitnie, jak zwykle przy takich historycznych datach (Mokotów to zresztą szczególne miejsce, bo tu naprawdę czuć echa wojenne - znicze płoną pod tablicą upamiętniającą walczącego tuż za rogiem nastoletniego żołnierza, bohaterskiego tak, jak ja nigdy nie potrafiłabym być, a niektóre przedwojenne fronty kamienic noszą do dzisiaj ślady kul z Powstania), ale czy naprawdę wiemy, co wywieszamy żeby dumnie powiewało na wietrze? Kilka dni temu moja grupa multi-kulti podopiecznych zawstydziła mnie od czubka głowy aż po koniuszki pięt kiedy wdała się w ożywioną, błyskotliwą, ilustrowaną historycznymi przykładami dyskusję o znaczeniu flag ich krajów. Tunezja: czerwone tło to przelana krew tunezyjskich męczenników, białe kółko symbolizuje pokój i wolność, półksiężyc to symbol islamu, a pięcioramienna gwiazda oznacza pięć filarów islamu, czyli pięć obowiązków prawdziwego muzułmanina (modlitwa, post w czasie Ramadanu, pielgrzymka do Mekki, jałmużna, wiara w jednego boga). Wysłuchałam sześciu podobnych opowieści i przyszedł czas na moją. Ale mi było głupio... Zaczęłam odrobinę improwizować, pomyślałam, że kolory mają uniwersalną symbolikę i jeśli im powiem, że biały to dziewicza czystość, niewinność lub śnieg, a czerwony to krew, pasja, walka i poświęcenie, nie zrobię z siebie takiego stuprocentowego idioty. Niestety któryś kolega (Francuz? Mołdawianin?) wiedział o polskiej fladze więcej niż ja. I uświadomił mi, że biały i czerwony to sztandarowe barwy Królestwa Polskiego (biały) i Wielkiego Księstwa Litewskiego (czerwony), pod którymi występowały nasze dwie armie w czasach polsko-litewskiej unii.

      Co ja na to? Wzruszyłam się (pisałam już, że ostatnio ciągle chodzę w podniosłym, łzawym nastroju?) i serdecznie podziękowałam towarzystwu za piękną, inspirującą dyskusję. Kiedy przeszliśmy do znaczenia flagi francuskiej, myślałam, że uda mi się zabłysnąć i użyć swojej nieco zardzewiałej, szczątkowej już francuszczyzny w postaci "Liberte, Egalite, Fraternite", ale (cholera) znowu nie miałam racji, bo flaga rzeczywiście powstała po rewolucji francuskiej, ale dopiero w momencie kiedy kraj się ustabilizował i zaczął wypracowywać rozsądne kompromisy. Kolor biały oznacza więc monarchię, niebieski - szlachtę, a czerwony - lud. Całość symbolizuje zgodę między walczącymi wcześniej grupami społecznymi. Ha!

      mitsuba

      A na koniec, żebyśmy wszyscy kolektywnie byli odrobinę mądrzejsi, opowiem wam jeszcze o zielu, które zachwalał w tym tygodniu mój nowy, pogodny i pomocny szef, regularnie chadzający na eko-bazary, wyciskający świeże soki z owoców i warzyw i robiący masę innych fajnych, zdrowych, mądrych rzeczy, które szczerze podziwiam i pochwalam. Mitsuba się nazywa to zioło i wszystkie osoby, z którymi o nim rozmawiałam twierdzą, że to japoński odpowiednik pietruszki, świetny do azjatyckich dań. Pomaszerowałam więc natychmiast do eko-bazarowego stoiska ze świeżym zielskiem (rukole, roszponki, rozmaryny, tymianki, chryzantemy sałatkowe, kwiaty cukinii i wiele innych atrakcji), gdzie okazało się, że mitsuba jest w sprzedaży i pani sprzedająca bardzo ją poleca. Mitsuba wygląda jak trzylistna koniczynka, a jeśli kojarzy wam się z marką Mitsubishi, to dobrze wam się kojarzy, bo owe samochody nazwano na cześć tej właśnie roślinki, według wszelkich źródeł bardzo w orientalnej kuchni popularnej. Kiedy poszperałam w Internecie, dowiedziałam się jeszcze, że ta japońska pietruszka zawiera dużo witaminy C oraz wapnia i że używa jej się nie tylko do ozdabiania rosołu, ale i do wyrobu sushi - zamiast wodorostów, które na ogół trzymają krążek sushi w spójnej formie. A, i że najlepsza jest na surowo, bo ugotowana traci aromat.

      ryżowy makaron z warzywami i ziołami 

      Mitsubę dodałam do dzisiejszej kolacji - cienkiego makaronu z brązowego ryżu zmieszanego z cebulą, papryką, brokułami i fasolą "Mamut" oraz jajkiem. Taka wegetariańska kolacja bez przesadnego zadęcia. A zielsko rzeczywiście przypomina pietruszkę, ale smakuje delikatniej niż nasza natka - jakby odrobinę selerowo.

      Ziołowy brązowy makaron ryżowy z warzywami i jajkiem

      Składniki na dwie kolacje: około 100g makaronu z brązowego ryżu, spora cebula, ząbek czosnku, czubata łyżeczka świeżo startego imbiru, czubata łyżeczka pasty sambal oelek (albo szczypta płatków chilli), nieduża czerwona papryka, pół brokuła, kilka strąków fasoli "Mamut", jedno jajko od biegającej swobodnie kury, sos sojowy, pieprz, po garści posiekanej dymki i mitsuby (możecie ją oczywiście zastąpić pietruszką albo kolendrą).

      Instrukcje: makaron włóżcie do sporej miski i zalejcie na pięć minut zimną wodą, żeby zmiękł. W międzyczasie ugotujcie na parze podzielonego na drobniuteńkie różyczki brokuła i drobno posiekaną fasolkę Mamut (gotowanie nie powinno zabrać więcej niż parę minut, warzywa mają być półtwarde). Pokrójcie cebulę w cienkie pół-krążki, a czosnek w cieniutkie plasterki. Mocno rozgrzejcie olej słonecznikowy w dużym rondlu albo woku i wrzućcie do niego cebulę, czosnek, imbir i chilli/sambal. Podsmażcie wszystko mieszając. Dorzućcie pokrojoną w niewielkie paski paprykę i dodajcie tyle sosu sojowego, ile lubicie. Smażcie do miękkości. Odcedźcie makaron i wrzućcie go na parę minut do rondla/woka. Podsmażcie, dodając w razie czego trochę wody albo sosu sojowego. Jajko rozkłóćcie w miseczce i małymi porcyjkami wlejcie do mieszanki makaronowo-warzywnej. Podsmażajcie aż się zetnie. Dorzućcie brokuły i fasolkę. Doprawcie pieprzem. Tuż przed przełożeniem na talerz dodajcie świeżo posiekane zioła. I jedzcie ze smakiem.

      ryżowy makaron z warzywami i ziołami

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Eko-bazar, multi-kulti, mitsubishi”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 01 września 2012 19:56
  • piątek, 31 sierpnia 2012
    • Gryczane placuszki

      gryczane placuszki

      Uff, może jest jeszcze dla mnie kulinarna nadzieja, może nie zablokowałam się tak całkiem gastronomicznie i jeszcze kiedyś czasem coś ugotuję. Bo już się obawiałam, że skoro zaczęłam bardziej intensywnie pracować, odtąd w repertuarze ostaną mi się tylko sklepowe buły i mrożone pizze plus wyrzuty sumienia, bo przecież doskonale wiem, że tak to się je jeśli chce się wyhodować nadkwasotę, refluks, ewentualnie zespół wrażliwego jelita. Nie mówiąc już o uroczych skądinąd u krągłej kobiety, ale nieprzesadnie zdrowych dodatkowych kilogramach. Z dumą prezentuję więc mój piątkowy powrót do kuchni w postaci pysznych, mięsistych, w pełni wegańskich placuszków gryczanych w dwóch odmianach: cebulkowo-patisonowej i koperkowo-boczniakowej. Z dodatkiem roszponki, bo lubię. Tak to ja mogę kończyć tydzień roboczy i zaczynać upragniony weekend. Tym bardziej upragniony, że matka moja ukochana zaproponowała jutro rano (pieruńsko wcześnie, bezlitosna kobieta) wyprawę na wspaniały eko-bazar w warszawskiej fabryce Norblina. Wybierałam się tam od dobrego roku i dopiero w zeszłym tygodniu wreszcie tam wylądowałam. W towarzystwie siostrzeńców bliźniaków, których absolutnie zafascynowały stare korby, podnośniki, szyny, zapadnie i rozmaite inne zardzewiałe sprzęty, których celu i sensu zupełnie nie potrafiłam im wytłumaczyć. Bliźnięta zresztą tak uparcie ciągnęły w stronę maszynerii, że trudno było stanąć porządnie w którejkolwiek z kolejek i przyjrzeć się uważnie wszystkim dostępnym atrakcjom, od edukacyjnych ekologicznych zabawek po dość kosmiczne z wyglądu meksykańskie ogórki. Dlatego jedziemy tam jutro.

      koperek

      Eko-bazar jest świetny. Mają tam chleby ze zbóż różnorodnych, pełnoziarniste i na zakwasie. Mają sery krowie i kozie (jeśli ktoś chce trafić do mojego serca przez żołądek, polecam kuszenie mnie kozim bundzem - taka strategia ma duże szanse powodzenia), jajka od zadowolonych kur, obłędne świeżo wędzone wędliny dla miłośników mięsa, nieprzesadnie drogie zioła i warzywa w zaskakująco szerokim asortymencie oraz (i tu padłam z zachwytu na metaforyczny pysk) słodycze. Ciasta bananowe, jabłka w cieście, tarty owocowe sezonowe, pierniczki amoniakowe, murzynki, serniki i jeszcze jest kafejka na zewnątrz, żeby sobie strzelić kawę na deser. Marzenie.

      W zeszłym tygodniu wyszliśmy wszyscy obładowani siatami pełnymi delikatesów. Bliźniaki ściskały w rąsiach po pierniczku, a z nieba zaczynał kropić deszcz. Zanim dotarliśmy w okolice samochodu, lało jak z cebra. Nie ma nic lepszego niż rozpaczliwy galop w urwanej chmurze za rękę z dwoma trzylatkami (prawie cztero-) wyjącymi w niebogłosy z radości, że taka nas spotkała ekscytująca przygoda. Kiedy dotarliśmy, przemoczeni do suchej nitki, do auta mamy, chłopcy właściwie już płakali ze śmiechu. Zanosili się perlistymi akordami, jakich nie słyszy się u zbyt wielu dorosłych (a szkoda, bo życie byłoby o wiele przyjemniejsze gdyby ktoś czasem zrezygnował z autocenzury i zawył jak uchachany przedszkolak). Chłopcy chichotali, bo tak im się podobała ściana deszczu, kolektywna panika i widok babci z ciotką przebierających nogami w niekontrolowanym i niezbyt atrakcyjnym galopie.

      patisony

      Ale może wróćmy do naszych patisonów. Patisony wyglądają jak statek kosmiczny. Na pewno nie ja pierwsza to odkryłam. Uwielbiam patisony. A w mariażu z gryczaną mąką, drobniutko posiekaną cebulą oraz odrobiną pieprzu z kolendrą to niebo w gębie i już.

      Placuszki gryczane

      Składniki ciasta naleśnikowego (do podziału na połowę jeśli chcecie zrobić dwa rodzaje placków): półtorej szklanki mąki gryczanej, po szklance przegotowanej wody i mleka owsianego, łyżka oliwy, dwie łyżeczki wegetariańskiego bulionu w proszku, spora szczypta soli. W oryginalnym przepisie były jeszcze trzy jajka, ale że jestem zakochana i nieprzytomna, poza tym jest piątek wieczorem po całym tygodniu pracy, na amen o nich zapomniałam, a ciasto i tak wyszło. Hehe.

      mąka gryczana   gryczane placki z boczniakami

      Wsad patisonowy (do zmieszania z połową ciasta): dwa małe żółte patisonki, starte na tarce o średnich/dużych oczkach, starta na tarce albo bardzo drobno posiekana spora cebula, ewentualnie dodatkowa garść siekanego szczypiorku, szczypta mielonej kolendry, dużo pieprzu i spora szczypta soli.

      Wsad boczniakowy (również do zmieszania z połową ciasta): ze dwie garści drobno pokrojonych boczniaków, rozgnieciony w prasce ząbek czosnku, pół pęczka drobno posiekanego koperku, łyżeczka mielonego kminu, pieprz i sól.

      Placuszki smażyć na dobrze rozgrzanej oliwie z oliwek. Porządnie przyrumienione przełożyć na papierowy ręcznik, który wchłonie nadmiar tłuszczu. Kiedy nadgryzłam pierwszy boczniakowy placek, byłam zachwycona jego miękkością i mięsistością i od razu pomyślałam, że będzie rewelacyjnie smakował z domowym keczupem. I sałatką lub surówką na boku. Miodzio.

      boczniaki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Gryczane placuszki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 31 sierpnia 2012 20:17
  • niedziela, 19 sierpnia 2012
    • Fasolka z melasą?

      fasolka w pomidorach     fasolka w pomidorach

      Panie i panowie, chyba najwyższa pora coś ugotować, bo inaczej wyrzucą mi ten blog z rozmaitych portali kulinarnych. Po dłuższej przerwie wracam do kuchni w celu upichcenia potrawy łatwej jak bułka z masłem, szybkiej jak pociąg ekspresowy i zdrowej, bo warzywnej. To moja osobista wersja angielskiej klasyki, czyli baked beans - białej fasolki w słodkawym sosie pomidorowym. Tym razem słodyczy dodaje fasoli melasa, bo postanowiłam uskutecznić eksperyment i właśnie melasą przełamać kwaśność świeżych pomidorów. Baked beans można by na upartego uznać za anglosaską odmianę naszej (naszej?) fasolki po bretońsku, tyle że w wersji wegańskiej. Taką "pieczoną" fasolę podaje się często na śniadanie - z wieprzowymi kiełbaskami, bekonem i jajkiem - ale osobom chętnym dbać o siebie odradzałabym takie bomby tłuszczowo-białkowe, bo możecie się od nich kiedyś odrobinę rozpęknąć. Inna tradycyjna angielska kombinacja to beans on toast, fasola na toście - i tym daniem śniadaniowym możecie się już z czystym sumieniem delektować, bo jeśli domowej fasoli w świeżych sezonowych pomidorach towarzyszyć będzie pełnoziarnista grzanka, to dostarczycie organizmowi całą gamę fantastycznych składników odżywczych za jednym zamachem.

      Fasolka z pomidorem to doskonałe wprost danie dla zapracowanych wegetarian i zabieganych wegan, bo dzięki niej uzupełnią ewentualne deficyty, które czasem przydarzają się osobom nie jedzącym mięsa. Po pierwsze porcja fasolki to równocześnie porcja cennych białek. Dzięki książce Jane Clarke "Bodyfoods for busy people" dowiedziałam się dzisiaj co mi robią białka. Bo wcześniej nie wiedziałam. Budują moje mięśnie, na przykład. Naprawiają uszkodzone tkanki (moja kontuzja chirurgiczna ma się tak dobrze, że jutro zaryzykuję i przykleję na nią jedynie symboliczny plasterek, równocześnie wracając do normalnych letnich ubrań o normalnej długości. Hura!). Białka pomagają też utrzymać w dobrej formie układ hormonalny i odpornościowy. Uwaga: nadwyżki protein (przerabianych na aminokwasy) odkładają się w naszych ciałach jako tłuszcz. Wskazany jest więc umiar.

      Moje pyszne fasolki w tomacie oprócz uderzeniowej dawki białka zawierają jeszcze bardzo cenne dla jaroszy żelazo, dzięki czemu wspomagają wytwarzanie w czerwonych krwinkach hemoglobiny, zapobiegającej anemii. Dostarczają ciału oprócz tego chroniący układ trawienny błonnik a także cenny dla kości wapń. Mają niski indeks glikemiczny. Prawdziwy pomidorowy sos dodatkowo chroni przed chorobami, bo zawiera przeciwutleniacze (likopen).

      fasolka w pomidorach

      Składniki:

      Szklanka ugotowanej fasoli "piękny Jaś", pół szklanki ugotowanej białej fasolki, duża cebula, jeden lub dwa ząbki czosnku, 2 łyżki dobrej jakości koncentratu pomidorowego (albo jeszcze lepiej - pasty z suszonych pomidorów - możecie ją kupić w tubce albo sami zmiksować kilka namoczonych pomidorków w blenderze), 3-4 spore pomidory (mogą być bardzo miękkie), czubata łyżeczka majeranku, dwie łyżeczki melasy, wielka szczypta pieprzu, szczypta soli.

      Sposób przygotowania:

      Cebulę obrać i drobno posiekać, czosnek rozgnieść w prasce. Zeszklić razem na oliwie z oliwek. Dorzucić odsączoną ugotowaną fasolę (oba rodzaje), koncentrat pomidorowy (lub pastę z suszonych pomidorów), melasę i majeranek. Można podlać łyżką albo dwiema wody. Poddusić przez chwilę. W międzyczasie sparzyć pomidory, obrać je ze skórki i dość niedbale pokroić w kostkę. Dorzucić do garnka i dusić, mieszając, przez kilka minut. Kiedy pomidory rozpadną się i stopią w jednolity sos, doprawić solą i pieprzem. Polecam taką fasolkę z pełnoziarnistą grzanką.

      Bonus dla czyściochów:

      Ponieważ świeżo wróciłam z wakacji, a na wakacjach zamiast nadrabiać lektury, nadrabiałam oglądanie głupot w telewizji, mam dla was ciekawostkę. Czy wiedzieliście, że do mycia okien możecie wykorzystać naturalne, ekologiczne, zupełnie niespodziewane produkty w postaci czarnej herbaty i cebuli? Oddzielnie, oczywiście, nie razem. Czarna herbata zawiera polifenole, ale niestety nie usłyszałam naukowego wyjaśnienia jak polifenole mają się do czystości szklanych powierzchni, bo akurat włączyłam telewizor na sam koniec eksperymentu, podczas którego prezenterzy umyli szybę szmatką umoczoną w zaparzonym Earl Greyu i osiągnęli przejrzysty, nieskazitelny, pozbawiony smug efekt końcowy. Podobnie rzecz się miała z eksperymentem numer dwa: przekrojoną na pół cebulą. Tu już załapałam się na naukowe wyjaśnienia: cebula zawiera olejki eteryczne, które skutecznie wiążą brud. Rezultat: ponownie czyste jak łza, pozbawione smug i zacieków okna. Może trzeba by się przestawić?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 sierpnia 2012 18:19
  • niedziela, 15 lipca 2012
    • Na przystawkę: letnie warzywa z migdałowym pesto

      letnie warzywa z pesto

      Robiłam już domowe pesto. W wersji wegańskiej, z orzechami włoskimi, możecie je znaleźć tutaj. W nieco innej wersji, również wegańskiej, na bazie ziemniaka, tutaj. Tym razem, w ramach pomysłowego wykorzystania sobotnich zakupów, które na moment wprawiły mnie w konsternację (patrz poprzedni wpis: "I co ja z tym teraz zrobię?"), powstała wersja najbardziej przypominająca oryginalny sos z Genui. Bo w moim pesto znalazło się dużo bazylii, ząbek czosnku, pyszna, lekko orzechowa w smaku oliwa z oliwek, prawdziwy parmezan. Wszystko grubo zmielone, chrupiące, eksplodujące aromatem. Tyle że zamiast tradycyjnych orzeszków pinii wykorzystałam migdały. Jeśli kiedyś pójdziecie do supermarketu, staniecie przed półką z włoskimi specjałami i przyjrzycie się składnikom na rozmaitych słoiczkach z tym zielonym sosem, zobaczycie, że producenci rzadko wykorzystują autentyczne, ale dość drogie, składniki pesto genovese. Więc zamiast parmezanu, często używa się sporo tańszego pecorino. A zamiast pinioli, orzechów nerkowca na przykład. Są też producenci, którzy zawartość orzechów i sera ograniczają do minimum, zagęszczając swój sos płatkami kartoflanymi. Warto więc wczytać się w tekst na etykiecie. A jeszcze bardziej warto zrobić pesto w domu. Po prostu. Zajmie wam to dwie minuty, a aromatu świeżo zmielonej bazylii z kremową oliwą, ostrym pieprzem i cząstkami czosnku nie znajdziecie w żadnym delikatesowym słoiczku.

      letnie warzywa z pesto   letnie warzywa z pesto

      Składniki pesto (po garści posiekanej bazylii, pokruszonego na kawałki parmezanu i całych, obranych ze skórki migdałów, plus ząbek czosnku, dwie łyżki oliwy z oliwek, sól i pieprz) wrzucić do blendera i zmiksować. Ja lubię grubo mielony, prawdziwie domowy sos, ale wy być może macie ochotę na coś gładkiego i delikatniejszego. W takim przypadku możecie dodać więcej oliwy, wtedy pesto wyjdzie kremowe.

      Letnie warzywa: żółta fasola szparagowa typu mamut (trochę musiałam poguglować żeby znaleźć jej nazwę, zawsze kupowałam ją "na wzrok", nie zastanawiając się nad terminologią), cukinia, żółta albo czerwona papryka. Fasoli odcinamy końcówki, myjemy ją, kroimy na mniejsze kawałki i wrzucamy na kilka minut na parę, żeby zmiękła. Jak zwykle, najlepsza fasolka szparagowa to fasolka ugotowana "al dente", czyli już miękka, ale jeszcze nie rozgotowana. Cukinię i paprykę kroimy w sporą kostkę i grillujemy lub podsmażamy. Gotowe warzywa podajemy z porcją pesto.

      letnie warzywa z pesto

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Na przystawkę: letnie warzywa z migdałowym pesto”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 lipca 2012 12:55
  • piątek, 13 lipca 2012
    • Jarzynowo-serowy clafoutis

      jarzynowo-serowy clafoutis 

      Dziewięć razy na dziesięć, jeśli rano obudzę się z gotową kulinarną koncepcją (ha! zrobię dziś na kolację clafoutis - francuską biszkoptową zapiekankę, w wersji z pomidorkami koktajlowymi, szpinakiem i serem kozim), życie bardzo szybko mi tę koncepcję zweryfikuje. Im bardziej pomysłowa i ambitna, tym większa szansa, że nie wypali. Czasem muszę z niej zupełnie zrezygnować, innym razem zmienić ją nie do poznania, a czasami to i owo zastąpić zupełnie innym tym i owym. Bo na przykład nigdzie nie mogę znaleźć szpinaku. Nigdzie. W żadnym warzywnym, żadnym ekologicznym, żadnym delikatesowym ani supermarketowym sklepie. Świeży szpinak zniknął z miasta stołecznego Warszawy, a ja się nie splamię w środku lipca używaniem mrożonki. Koziego sera też zresztą nigdzie po drodze dziś nie znalazłam. Co więc robię na kolację? Clafoutis, bo się uparłam i nie popuszczę. Clafoutis, czyli delikatną, śmietanowo-jajeczną potrawę rodem z Francji - z pomidorkami koktajlowymi, tak jak zamierzałam, ale z niespodziewanym, nieplanowanym dodatkiem papryki, fasolki szparagowej i sera pleśniowego. Jest takie angielskie powiedzenie: Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach. No to mój osobisty P.B. śmiał się dzisiaj i śmiał.

      A może to po prostu efekt piątku trzynastego?

      jarzynowo-serowy clafoutis  jarzynowo-serowy clafoutis   jarzynowo-serowy clafoutis 

      Mnie zupełnie nie było dzisiaj do śmiechu. W ostatnim, desperackim rzucie na taśmę, poszukałam świeżego szpinaku tam, gdzie ZAWSZE był, czyli w moich lokalnych delikatesach Bomi. Weszłam do Bomi, udałam się na oślep w kącik, gdzie szpinak NIEODMIENIE i NIEZAWODNIE leżał, od siedmiu lat moich zakupów w tym sklepie, za każdym razem kiedy go tylko potrzebowałam... i nic. Nie było go. W ogóle sporo różnych rzeczy jakby nie było. Skromnie to wszystko jakoś się prezentowało. Ale nic. Zakupiłam, jeszcze niczego poważnego nie podejrzewając, te z dostępnych warzyw, które by pasowały do mojego nieszczęsnego wymarzonego clafoutisu. Taka byłam zdeterminowana. Taka zdecydowana, taka pewna i przekonana, że się nie poddam żadnym piątkom, żadnym trzynastym i żadnym mrocznym zabobonom. Że to niby dzień niepowodzeń i planów, które biorą w łeb? Nie w moim przypadku. O nie. Poszłam dalej, i nadal coś mi nie pasowało. Było jakoś tak... jasno? Czysto? Przestrzennie? Pustawo wręcz? Kiedy doszłam do sekcji z lodówkami, zaczęłam rozumieć, co się musiało zdarzyć. Sklep do złudzenia przypominał stare spożywczaki z najgorszych komunistycznych czasów, kiedy opakowania kilku nędznych produktów układano na wszystkich półkach bok w bok, żeby udawać, że sklep oferuje bogaty asortyment i że da się w nim sporu kupić. W moim lokalnym Bomi produktów zawsze było więcej niż miejsca na nie. Zawsze się wybierało i przebierało. Mleczko kokosowe? Śmietanka kokosowa? Duża puszka? Mała puszka? Wersja light? A tu nagle zamiast trzydziestu czy czterdziestu gatunków sera, kilka pudełek fety i parę sreberek lazura. W miejsce rozmaitości makaronów, tylko świderki, dwie bite półki świderków, wszystkie od jednego producenta. W sektorze mrożonkowym, z pizz wyłącznie hawajska, a z mrożonych warzyw trzy na krzyż. Strach na mnie padł blady i zaczęłam rozmawiać z panią wykładającą jakieś smętne resztki towaru na regał. Powiedziała, że właśnie ważą się losy tego sklepu. Że w tej chwili zarząd decyduje również o jej losie, bo być może niedługo zostanie bez pracy. A ja pomyślałam sobie o tych wszystkich ludziach, którzy uparcie twierdzą, że nie ma kryzysu, że kryzys nie dotknął Polski (to im dedykuję ten wpis). Już nawet nie mówię o tym, o ile mniej w tym roku mogę kupić za te same pieniądze, co w zeszłym. Ale z jakiego innego niż kryzys powodu od półtora roku obserwuję, jak moje ulubione sklepy redukują asortyment, pozbywając się najpierw towarów rzadkich, niszowych i egzotycznych, potem tych z wyższej półki, następnie zostawiając wyłącznie artykuły pierwszej potrzeby, a później... później plajtując zupełnie? Więc pozdrawiam sceptyków recesyjnych, którzy nie zauważyli, że Polska zaciska pasa. Smutno mi. Szkoda mi Bomi. Nie tylko z czysto konsumenckiej frustracji, bo dokąd teraz pójdę na delikatesowe zakupy? Ale i dlatego, że przywiązuję się do miejsc i ludzi, że lubię widzieć te same twarze za ladą i za kasą. Że lubię wiedzieć, gdzie szukać tego nieszczęsnego, nieuchwytnego dzisiaj szpinaku, a gdzie cieciorki, mydła, dżemu czy folii aluminiowej. Mam pewnie małomiasteczkową konstrukcję emocjonalną, bo lubię mieć wokół siebie przewidywalny, dobrze znany krajobraz i zawsze żal mi, gdy coś z niego znika. Lokalne kino, fajna knajpa z niezłym jedzeniem, sklep z chemią gospodarczą, gdzie sympatyczna pani zawsze zagadywała mnie o Kundla, jak się ma i czy nadal taki nadpobudliwy, nawet podejrzana wietnamska restauracja z permanentnie włączonym na pełen regulator karaoke. Już dawno ich nie ma, a ja nadal je z czułością wspominam. I smutno mi trochę.

      No cóż... C'est la vie, podobno. Życie jest nieustającą zmianą.

      jarzynowo-serowy clafoutis

      Clafoutis to coś pomiędzy ciastem a leguminą, omletem a biszkoptem, coś jakby pieczone zabajone, ale bardziej mleczne i śmietankowe. Z wyglądu rzecz ciężka i solidna, przy bliższym poznaniu okazuje się puszysta, delikatna i leciutka. Jest idealnym sposobem na wykorzystanie sezonowych owoców - szczególnie wiśni albo czereśni, klasycznych francuskich dodatków do tej zapiekanki - ale taką potrawę robi się także w wersji wytrawnej. Poniższy przepis jest bardzo łatwy do zmodyfikowania - żeby zamiast kolacji uzyskać deser, należy tylko zastąpić warzywa owocami, a zioła jakimś słodzidłem. Wersję słodką można jeszcze dodatkowo oprószyć cukrem pudrem, dla ozdoby. Cała reszta pozostaje bez zmian. Clafoutis koniecznie trzeba jeść od razu po wyjęciu z piekarnika, na gorąco. Jest wtedy najwspanialszy i mało co się z nim równa. Wersja wytrawna świetnie pasuje do prostej sałaty z winegretem. Wersja słodka sprawdzi się z białym winem. Na przykład. Spróbujcie sami, na pewno znajdziecie własne dodatki i kombinacje składników.

      Dzisiejszy przepis jest bezglutenowy, bo z pełnoziarnistą mąką ryżową, ale możecie oczywiście użyć innej mąki - pszennej czy orkiszowej chociażby. Clafoutis można też zrobić w wariancie bez laktozy. Wiem, bo zamiast "normalnej" śmietanki, o której nabyciu na amen zapomniałam w sklepie (wszystko przez ten szok, że nie ma szpinaku), w mojej lodówce była dziś śmietana sojowa i sojowa sprawdziła się przednio. Mleko krowie też spokojnie zastąpicie roślinnym. A ser pleśniowy możecie zamienić na grzyby, orzechy albo szpinak (jeśli jeszcze gdzieś go w tym kraju sprzedają).

      jarzynowo-serowy clafoutis

      Składniki bazowe (takie same w wersji słodkiej i wytrawnej):

      3 duże jajka, 60g mąki (u mnie pełnoziarnistej ryżowej), 200-220ml śmietanki kremówki (może być śmietanka sojowa), 125ml mleka (może być sojowe), masło do wysmarowania formy.

      Składniki słodkie (robiłam taką wersję rok temu, w samym apogeum sezonu na czereśnie, ale że wtedy jeszcze nie prowadziłam bloga, to i zdjęć nie mam na dowód, że wyszło :( 

      Pół kilo czereśni / wiśni / jagód / borówek, 4 łyżeczki cukru trzcinowego albo 5 łyżeczek syropu z agawy, "strączek" wanilii, ewentualnie 4 łyżeczki wiśniowego likieru, cukier puder na wierzch.

      Składniki wytrawne:

      szczypta soli, szczypta pieprzu, łyżka albo dwie ziół - bazylii, majeranku, rozmarynu, tymianku (świeże są oczywiście lepsze od suszonych, ale i suszone dadzą radę), kilkanaście pomidorków koktajlowych, mała zielona papryka, około szklanki ugotowanej na parze i pokrojonej dość drobno fasolki szparagowej, 70-80g pleśniowego sera.

      jarzynowo-serowy clafoutis

      Instrukcje:

      Wysmarujcie masłem żaroodporne naczynie i przygotujcie owoce lub warzywa. Naczynie, którego będziecie używać powinno zmieścić przynajmniej litr płynu (w moim płynu było na styk, więc dobrze, że clafoutis nie rośnie podczas pieczenia :). Na dno naczynia wysypcie "farsz" clafoutisu. Dzisiaj zaczęłam od umytych i pozostawionych w całości pomidorków, na nie wysypałam pokrojoną drobno paprykę, potem ugotowaną na parze fasolkę, po czym na wierzch pokruszyłam ser pleśniowy. Jeśli natomiast używacie owoców, wysypcie je na dno naczynia, skropcie likierem (w przypadku, gdy zdecydowaliście się go użyć), a potem posypcie wszystko połową cukru trzcinowego. Jajka ubijajcie przez minutę albo dwie mikserem. Dodajcie mąkę, mleko i śmietankę. Delikatnie wymieszajcie. W wersji wytrawnej dosypcie zioła, sól oraz pieprz, a w słodkiej wersji dodajcie nasionka wanilii oraz resztę cukru. Tak powstałą masą zalejcie "farsz". Pieczcie przez 35-40 minut w 190 stopniach. Clafoutis będzie brązowy na wierzchu, a miękki i przypominający nieco budyń w środku. Koniecznie podawajcie go na gorąco, od razu z pieca!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Jarzynowo-serowy clafoutis”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 13 lipca 2012 21:08
  • wtorek, 10 lipca 2012
    • Dalsze losy letnich pikli i tuńczykowe ciastka

      ciastka z tuńczyka

      Ufff.

      1. Jest chłodniej. Może dlatego, że zrobiłam chłodnik, od razu zniknęły niemożebne upały. Już się przecież odechciewało wszystkiego. A z tym chłodnikiem to klasyczne prawo Murphy'ego. Szkoda, że lodów nie ukręciłam, wtedy pewnie przywiałoby jakiś naprawdę zimny, syberyjski wiatr.

      2. Działa wszystko, co ma działać. Komputer chodzi. Internet chodzi. Polskie czcionki chodzą (ą ć ę ł ń ó ś ź ż, żeby nie było, cały komplet na chodzie). Zdjęcia się wgrywają, acz powoli niemiłosiernie. Ale się wgrywają.

      3. Będę miała jakąś robotę na wakacje.

      4. Rozmaite czarne chmury natury księgowo-finansowej nieco się rozwiały. W tym miejscu chciałabym wirtualnie uścisnąć moją księgową. Co ja bym bez niej?

      5. Spróbowałam wczorajszych pikli. Są o-błęd-ne! Pyszne! Re-we-la-cyj-ne! Uzależniłam się. Będę je produkować hurtowo i sprzedawać na jakimś dużym rogu albo rondzie w centrum miasta. Umoszczę sobie stoisko na leżaku albo kocyku, przy jakimś istotnym węźle komunikacji miejskiej. Na pewno ktoś kupi ode mnie słoiczek albo dwa. One takie ładniutkie, kolorowiutkie, sezonowe i w ogóle. A w Warszawie brakuje dobrego domowego jedzenia na wynos, do kupienia po drodze między pracą a własnym mieszkaniem. Natomiast dzisiaj, zanim urzeczywistnię ten mój ambitny kocykowo-leżakowy biznesplan, wezmę trochę pikielków w plastikowy kubeczek i może swojej mamie podrzucę, żeby ktoś jeszcze doświadczył tej wspaniałości.

      letnie pikle   ciastka z tuńczyka   ciastka z tuńczyka

      6. Do pikli miałam dogotować, zgodnie z oryginalnym przepisem z "Food for Friends", łososia i puree z selera (jeszcze przyjdzie na nie pora, bo po pierwsze ostatnio lubię testować niespodziewane zamienniki kartofli, a po drugie wśród składników puree widnieje oliwa truflowa, a ja zawsze chciałam spróbować jak ona smakuje). Zamiast tego, zrobiłam pieczone ciastka z tuńczyka i grillowane pieczarki. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale kombinacja tuńczyk+pieczarki to coś naprawdę niezapomnianego. A jeszcze z piklami to po prostu bomba. Natomiast tuńczykowe ciastka, na które wspaniałomyślnie podam wam przepis poniżej, inspirowane azjatyckimi crab cakes, kremowe, mączne od ziemniaczków i lekko słodkawe od kukurydzy, wyszły wybornie. Wy-bor-nie. Możecie je sobie zjeść w improwizowanym hamburgerze z pełnoziarnistej bułki albo potraktować jak kotleta, z kaszą czy ryżem i surówką z kapusty na przykład. Sprawdzą się w wielu różnych kombinacjach.

      Ciastka tuńczykowe

      Składniki: 250g ziemniaków (cytując pana z zieleniaka, w którym nie lubią sprzedawać detalicznych ilości: "No co pani? Dwa kartofle pani chce kupić?"), puszka tuńczyka, mała puszeczka kukurydzy, pół pęczka natki, ząbek czosnku, czubata łyżeczka słodkiej papryki w proszku, parę kropel tabasco, olej rzepakowy, 7-8 łyżek mąki kukurydzianej, sól i pieprz.

      Metoda: rozgrzej piekarnik do 170 stopni. Ziemniaczki pokrój w kostkę i ugotuj na parze. Kiedy będą gotowe i trochę ostygną, wrzuć je do blendera razem z tuńczykiem i kukurydzą (odsączonymi, oczywiście), natką, czosnkiem i dwiema łyżkami oleju. Masa powinna wyjść nie za gęsta i dość lepka. Przelej ją do miseczki, dodaj paprykę, tabasco, mąkę, pieprz i sól. Dobrze wymieszaj. Porcje ciasta nakładaj łyżką  na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Piecz przez 20-25 minut.

      ciastka z tuńczyka   ciastka z tuńczyka   ciastka z tuńczyka 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Dalsze losy letnich pikli i tuńczykowe ciastka”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 lipca 2012 17:18

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl