Kucharka Zen

Desery

  • niedziela, 15 lipca 2012
    • Na deser: mocotovian mess dla dwojga

      warstwowy deser z malin i czereśni   warstwowy deser z malin i czereśni

      Mocotovian mess, czyli mokotowska wariacja na temat klasycznego angielskiego deseru Eton Mess, którego nazwa oznacza bałagan z miejscowości Eton (ma tam siedzibę słynna elitarna szkoła dla brytyjskiej arystokracji). Eton mess w wersji standardowej to mieszanka truskawek, bitej śmietany lub lodów, i kawałków bezy. Deser istnieje pod tą nazwą od XIX wieku i podobno podaje się go podczas dorocznego meczu krykieta toczonego między studentami Eton College i Winchester College. Very British.

      Pomysł na zrobienie tego deseru podrzuciła mi etatowa inspiratorka Squirk, kiedy wczoraj jęknęłam rozpaczliwie, że nie wiem co zrobić ze świeżo zakupionymi malinami i czereśniami. Świetny pomysł. Jedyny szkopuł w tym, że nie znoszę bezy. Co więc wymyśliłam? Biszkopty. Tym bardziej, iż posiadałam ich kilka w szafce. Wykombinowałam, że skonstruuję podobny do Eton Mess słodki bałagan z elementami włoskiego tiramisu i na bazie sezonowych owoców. Poszłam więc do sklepu, w którym zawsze jest mascarpone i co? Nie było mascarpone, ponieważ ostatnie trzy właścicielka musiała wyrzucić do kosza z powodu przeterminowania, które było konsekwencją braku popytu. Znaczy, że w sklepie na rogu tylko ja kupuję mascarpone. Co więc wymyśliłam? Że zastąpię mascarpone serkiem Bieluch i zobaczę, czy to się w ogóle da zjeść. Miał być bałagan? Jest bałagan jak się patrzy. Mokotowski bałagan.

      maliny  warstwowy deser z malin i czereśni  czereśnie

      Składniki dla dwóch osób: dwa opakowania serka Bieluch w wersji naturalnej, dwie łyżki syropu z agawy (jeśli nie zależy wam na poziomie cukru we krwi, może być cukier puder), bardzo czubata łyżeczka nutelli (no dobrze, dwie bardzo czubate łyżeczki nutelli), garść malin, garść wydrylowanych czereśni, ze cztery-pięć biszkoptów.

      Instrukcja: jeśli macie pucharki, super, a jeśli nie, użyjcie szklanek, tak jak ja. Ważne, żeby wykorzystać przezroczyste naczynie, bo w takim warstwowy deser prezentuje się dużo bardziej efektownie. Macie pełną dowolność jeśli chodzi o kolejność warstw. Ja układałam je tak: pokruszone biszkopty, maliny, serek bieluch wymieszany z syropem z agawy, biszkopty, serek bieluch wymieszany z syropem nutellą, czereśnie. Baardzo to było dobre. A szczególną zaletą przygotowania deseru dla dwojga jeśli się mieszka w pojedynkę jest to, że obie porcje konsumuje się własnoręcznie. Baardzo to przyjemne :)

      warstwowy deser z malin i czereśni

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Na deser: mocotovian mess dla dwojga”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 lipca 2012 15:58
  • poniedziałek, 11 czerwca 2012
    • Owocny weekend. Kokosowe truskawki z rabarbarem i inne sorbety

      sorbet rabarbarowo-truskawkowy   sorbet rabarbarowo-truskawkowy

      Rabarbar zaczyna powolutku zanikać w moich okolicznych warzywniakach, więc kupiłam go trochę w sobotę (mam taką poranną sobotnią tradycję, że idę z psem na spacer w takie miejsce, gdzie postawiono dużo kiosków - z gazetami, pieczywem i warzywami - gdzie mogę sobie zakupić Wysokie Obcasy, bułeczkę grahamkę oraz trochę zieleniny bez konieczności zostawiania psiny w domu lub przywiązywania go do słupków, parkanów, znaków drogowych, krat okiennych itp. Bo on wtedy wyje tak, że żal stworzenia wszyskim przechodniom). I dokupiłam ćwierć kilo truskawek, żeby jeszcze zdążyć w tym sezonie uskutecznić taką klasyczną, nieśmiertelną kombinację rabarbar-truskawka. Pani z zieleniaka chyba nie lubi kiedy kupują u niej single, bo na moje "ćwierć kilo" wzniosła oczy do nieba, pokręciła głową i z dużymi oporami wsypała mi do torebki niecałą jedną trzecią łubianki.

      Mój sobotnio-niedzielny eksperyment z sorbetami zainspirowało kilka uczestniczek zbliżającej się już do końca akcji "Zdrowe Słodycze". To w większości dbające o dietę swoich dzieci matki, które twierdzą, że zamrozić można wszystko, co owocowe, ze wskazaniem na soki i musy. Więc ja, jako osoba ciekawska z natury i skłonna do kontrolowanego ryzyka, musiałam sobie popróbować. Czy rzeczywiście.

      sorbet rabarbarowo-truskawkowy   sorbet rabarbarowo-truskawkowy   sorbet rabarbarowo-truskawkowy

      Zakupiłam dwa soki jednodniowe w sklepie na rogu. Grejpfrutowy i porzeczkowo-jabłkowy. Wlałam ich obu po trochu do swoich kupionych niedawno za bezcen w bezkonkurencyjnym skandynawskim sklepie z duperelkami dziecięcych foremek do lodów. Pomyślałam, że kiedy wróci słońce, takie kwaśne, zimne lodowe lizaki będą jak znalazł. A oprócz soków, zamroziłam jeszcze mus truskawkowo-rabarbarowy z odrobiną mleczka kokosowego. Dobry wyszedł.

      Składniki musu truskawkowo-rabarbarowego z kokosem: 4 łodygi rabarbaru, 250g truskawek, 2 łyżki syropu buraczano-jabłkowego (lub z agawy albo z daktyli), płaska łyżeczka imbiru - startego na tarce świeżego albo sproszkowanego, pół puszki mleczka kokosowego, 3/4 szklanki wody.

      Rabarbar umyć, obrać i pokroić na kawałeczki. Truskawki opłukać, pozbawić szypułek, pokroić w ćwiartki i wrzucić do rondelka, wraz z rabarbarem. Dodać wodę i słodzidło. Pogotować dopóki owoce nie zmiękną a soki z owoców nie zredukują się do mniej więcej pół litra (dwóch szklanek). Dolać mleczko kokosowe. Doprowadzić na granicę wrzenia i zgasić ogień. W tym momencie zrobiłam kolejny eksperyment, bo jedną połowę musu owocowego odlałam do miski, żeby ostygł, a drugą zostawiłam w rondelku i zagotowałam, dodając do niego czubatą łyżeczkę agaru. I w ten sposób zrobiłam smaczną galaretkę, bo owoce z agarem przelałam do miseczek i zostawiłam do ostudzenia i zgęstnienia. Natomiast ochłodzoną drugą połowę musu przelałam do foremek na lody i wstawiłam do zamrażarki. Na kilka godzin albo dłużej. Wyjmę w najbliższy upał.

      sorbet rabarbarowo-truskawkowy

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Owocny weekend. Kokosowe truskawki z rabarbarem i inne sorbety”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 czerwca 2012 19:22
    • Owocny weekend. Galaretka imbirowo-cytrynowa z truskawkami

      galaretka imbirowo-cytrynowa   galaretka imbirowo-cytrynowa

      Kiedy byłam nastolatką, w domu moich rodziców pojawiła się seria cienkich książek kulinarnych w gustownej, błyszczącej czarnej oprawie. Każda książeczka prezentowała kulinarne tradycje z innego kraju. Co prawda większości składników nie znaliśmy, nie próbowaliśmy i nie widzieliśmy w sklepach, ale dobrze oglądało się ilustracje i marzyło, że kiedyś, jakimś cudem, uda się tych egzotycznych przedziwności skosztować. Z bliżej niezrozumiałego powodu najczęściej zasiadałam na kanapie żeby przewertować Kuchnię Żydowską, Rosyjską i Kuchnię Japońską. Japońską nawet wynegocjowałam niedawno od mamy przy okazji ostatniej przeprowadzki rodziców. I mam ją na swojej półce. I chociaż dzisiaj można kupić grubsze, piękniej wydane, bardziej kolorowe i obficiej ilustrowane pozycje wydawnicze, ja mam ogromny sentyment do tego maleństwa, bo dzięki niemu po raz pierwszy w życiu, całe dekady zanim uświadczyłam tych potraw w rzeczywistości, zobaczyłam sashimi, zupę miso, kurczaka teriyaki i warzywną tempurę. Jednym z najbardziej fascynujących przepisów, któremu potrafiłam przyglądać się godzinami, bo powodował coś na kształt estetycznego uniesienia, był przepis deserowy na przepięknie przezroczystą galaretkę z "zatopionymi" jak muzealne okazy w szklanej gablocie rozmaitymi owocami. Nietkniętymi. W całości. Było w tej galaretce coś esencjonalnie japońskiego. Sterylna wręcz prostota. Żelazna kulinarna dyscyplina. Szlachetne umiarkowanie.

      Weekend przydarzył mi się nietypowo owocowy, bo na ogół jestem raczej warzywna. A tu nagle w domu pojawiło się wszystko na raz - truskawki, rabarbar, czereśnie, borówki (skusiłam się, nie doczekałam sezonu). Postanowiłam trochę z tym wszystkim poeksperymentować i zobaczyć, czy umiem zrobić galaretkę z agarem, z czego i jak da się zmrozić sorbet, oraz czy przebiję swój ostatni mus truskawkowy, bo to już od dawna moja piece de resistance po prostu, powód do dumy przechodzącej momentami w lekki narcyzm.

      Odpowiedzi na pytania o sorbety i mus za chwilę. Natomiast odpowiedź na pytanie o galaretkę z agarem brzmi: tak. Umiem ją zrobić, i wy też na pewno umiecie, nawet jeśli tego jeszcze nie wiecie, bo to proste i nieskomplikowane - na opakowaniu podano bardzo jasne i precyzyjne instrukcje, więc wszystko, co miało stężeć, pięknie stężało, dokładnie tak jak trzeba. Agar-agar to naturalny odpowiednik kontrowersyjnej żelatyny, proszek produkowany z rosnących wzdłuż wybrzeży Japonii krasnorostów, wydobywanych przez specjalnie w tym celu wyszkolonych nurków (fajnie). Galaretki, które się z tą żelującą substancją produkuje są leciutkie, subtelne w smaku i wegańskie. Natomiast imbirowo-cytrynowa, nieprzesadnie słodka, przejrzysta galaretka, którą ja zrobiłam z agarem wczoraj - wracając do swoich nastoletnich japońskich fascynacji - to idealny letni deser, orzeźwiający i moim zdaniem bardzo elegancki.

      galaretka imbirowo-cytrynowa   galaretka imbirowo-cytrynowa

      Składniki: duży kubek (taki na dwie szklanki) herbaty cytrynowo-imbirowej. Macie dwa wyjścia. Możecie albo zrobić sami taki gorący napój jak na przeziębienie (gorąca woda plus sok wyciśnięty przynajmniej z połówki cytryny, plus spory kawałek świeżego imbiru pokrojony w plastry, plus ulubione słodzidło). Albo możecie kupić dobrej jakości ziołową herbatkę o takim smaku. Wtedy zalewacie wrzątkiem dwie torebki herbaty. Świetną imbirowo-cytrynowo-żeńszeniową sprzedaje Marks i Spencer, a w moim lokalnym spożywczym na rogu właściciele sprowadzają fajne ekologiczne ziołowe i owocowe herbatki EccoMe, w tym taką z trawy cytrynowej. Mmmm. Ja użyłam herbaty-prezentu, niesamowicie aromatycznej wręcz, ale ponieważ dostałam jej tylko kilka torebek w plastikowym woreczku, a darczyńca mi ją sprezentowała i wyjechała, nie mam niestety zielonego pojęcia, kto ją wyprodukował. Ale jest wyborna. Więc będą wam potrzebne: dwie szklanki imbirowej herbaty, łyżka syropu z agawy (może być też płaska łyżka cukru trzcinowego albo łyżka miodu dla nie-wegan), dwie garstki truskawek, półtorej łyżeczki agaru.

      Instrukcje: Zaparzyć herbatę w dużym kubku. Zostawić na kilka minut pod przykryciem, żeby dobrze naciągnęła, następnie przelać (już bez torebek ani farfocli :) do rondelka i zagotować, razem ze słodzidłem. Stopniowo dosypać agar i dobrze rozmieszać. Powinien się rozpuścić. Truskawki umyć, pozbawić szypułek, pokroić w ćwiartki i rozłożyć w miseczkach, kieliszkach do szampana (wersja "ę-ą") albo pucharkach. Galaretki wystarczy dla: dwóch bardzo, bardzo głodnych osób, trzech umiarkowanie, lub czterech symbolicznie. Zalać truskawki galaretką. Odstawić do ostygnięcia, po czym na jakąś godzinkę wstawić do lodówki. Galaretki są pyszne tak po prostu, bez żadnych dodatków. Tak na marginesie, podobną galaretkę można zrobić z dowolnej owocowej herbatki, a także z wielu ziołowych herbat - na przykład z rumianku albo lipy. A truskawki nie są jedynymi nadającymi się do zalania owocami. Wyobraźcie sobie taki deser z zatopionymi poziomkami, borówkami albo jagodami. Kiwi też się sprawdzi. Ananas. Mango. Eksperymentujcie i bawcie się kombinacjami do woli, bo przecież taka słodycz jest zdrowa jak się tylko da.

      Embed_t6uc6xxb85ig1zutfslqhet2iqoyfwzz

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Owocny weekend. Galaretka imbirowo-cytrynowa z truskawkami”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 czerwca 2012 18:17
  • poniedziałek, 21 maja 2012
    • Lody żurawinowo-bazyliowe

       lody żurawinowo-bazyliowe     żurawina     lody żurawinowo-bazyliowe

      Moje gelato numer dwa (drugie w życiu), tym razem całkiem eksperymentalne, bo tylko bardzo luźno nawiązujące do przepisu, który znalazłam w amerykańskim czasopiśmie "Eating Well". Pomyślałam, że skoro robię dla siebie czekoladowo-kardamonowe cudeńko na mleku kokosowym, to sprawdzę czy da się to zmodyfikować na potrzeby diety mojej alergicznej siostry. Dziewczyna biedna, mało co może jeść, więc przynajmniej strzeli sobie owocowo-kokosowego loda. Sprawdziłam listę dozwolonych przy jej alergii owoców i trochę lipa. Rodzynki... Nie mam tyle wiary w swój kunszt kulinarny żeby ryzykować lody rodzynkowe. Kiwi... To samo. Daktyle... Może kiedyś. Winogrona... Nie ten sezon. Porzeczki... Fajnie by było, ale nigdzie, w żadnym otwartym w niedzielne popołudnie okolicznym sklepie, nie znalazłam ani suszonych, ani mrożonych, ani nawet dżemu. Wreszcie trafiłam. Żurawiny. Żurawiny z bazylią.

      Porcja jednoosobowa: 80g dobrej jakości suszonej żurawiny (możecie poeksperymentować z mrożoną albo świeżą), duża puszka mleczka kokosowego (400ml), 5 łyżek syropu z agawy albo innego słodzidła, 1 łyżka skrobi kukurydzianej, łyżka albo półtorej drobno posiekanej bazylii (może być mrożona), szczypta soli.

      Instrukcje: Żurawinę zalać wrzątkiem i chwilę pomoczyć. Kiedy zmięknie, zmiksować ją na gładko z dwiema lub trzema łyżkami mleka kokosowego. W rondelku (jeszcze nie na gazie) rozmieszać syrop z agawy albo ulubiony cukier, bazylię, skrobię i sól. Stopniowo dolewać resztę mleczka kokosowego, porządnie mieszając. Włączyć gaz i podgrzewać na średnim ogniu do momentu, kiedy tuż przy brzegach rondla mieszanka zacznie puszczać bąbelki. Od tej pory pozwólcie jej się grzać przez 2-3 minuty, aż skrobia się całkiem nie ugotuje, bardzo energicznie mieszając, żeby nie przywarła do garnka i się nie przypaliła. Po 2-3 minutach wymieszać gorące skrobiowe mleczko kokosowe z żurawinami. Odstawić do ostygnięcia przynajmniej na 20-30 minut. Wstawić do lodówki na kolejne 30-40 minut, po czym włożyć do zamrażalnika. Po godzinie albo półtorej wyjąć i przemieszać. Włożyć z powrotem do zamrażarki i ze dwie godziny później powtórzyć mieszanie i zobaczyć, czy trzeba jeszcze mrozić, czy można już jeść :P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Lody żurawinowo-bazyliowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 maja 2012 11:08
    • Lody czekoladowo-kardamonowe

       wegańskie lody czekoladowe   wegańskie lody czekoladowe   wegańskie lody czekoladowe

      Pomysł na zrobienie lodów (pierwszych w całym moim dotychczasowym życiu) miał dwa źródła. Po pierwsze, sobotni eksperyment z nowo otwartą lodziarnią i jej śmietankowo-koperkowym majstersztykiem w gałkach. A po drugie, niespodziewaną i dość obsesyjną potrzebę wysprzątania całego mieszkania, która łapie mnie mniej więcej raz na rok i zwiastuje początek bardziej aktywnego i towarzyskiego letniego półrocza. Bo moim zdaniem w Polsce przejawiamy dwie skrajnie odmienne natury, ściśle związane z klimatem i aktualną pogodą. Przez ciemne, szare, bezlistne zimowe pół roku jesteśmy Skandynawami – chłodni, introwertyczni, powściągliwi, domowo-rodzinni. A przez drugie półrocze, od maja do mniej więcej września, zamieniamy się w naród Południowców – bardziej otwarci, przyjaźni i wylewni wylegamy do piwnych ogródków, zapraszamy kogo się da na działkowe grillowanie, przechadzamy się tabunami parkowymi alejkami i nadrzecznymi bulwarami. Tak jak reszta narodu, wchodzę więc właśnie w fazę śródziemnomorską i na dobry początek sprzątam. A sprzątając natykam się na stare czasopisma, na przykład bardzo mocno archiwalny numer amerykańskiego magazynu "Eating Well", który zamieścił przepis na zdrowszą wersję prawdziwego włoskiego gelato. No to ja, jako że na dworze przygrzewa słońce, a pod okolicznymi kawiarnianymi parasolami tłumy, już czuję się troszkę jak Włoszka i debiutuję w domowej gelaterii. "Gelateria Mocotoviana" będzie się nazywać moja lodziarnia, jeśli zadebiutuję z powodzeniem. Mocno czekoladowymi lodami z odrobiną kardamonu, na bazie mleczka kokosowego. Bez glutenu. Bez laktozy. Bez jajek. Ale za to z aromatem tak niemożebnie rozkosznym, że zanim lody trafiły do zamrażarki, już połowy nie było... Spróbujcie, a nie pożałujecie.

      Możliwe, że tak jak ja odrobinkę się obawiacie robić lody w domu. Rzecz w tym, że lody nie są trudne w przygotowaniu (piszę to już jako autorka dwóch pudełek gotowego produktu, w poniedziałek rano), natomiast wymagają trochę dyscypliny i dobrego zarządzania czasem. Bo kiedy już się je wstawi do zamrażalnika, to raz na jakiś czas, żeby nie zamarzły na kamień, trzeba je wyjmować i energicznie mieszać, rozbijając zbyt mocno zmrożone kryształki i krysztaliska. Nawet przyjemny proces. Można sobie włączyć film na DVD i pod koniec filmu sprawdzić jak się mają lody. A potem drugi film i znów po filmie skontrolować swoje gelato. Z braku filmu wystarczy nastawić minutnik na półtorej godziny, wyjąć lody, rozmieszać, wstawić z powrotem, a potem półtorej godziny później powtórzyć proces. A kolejne półtorej godziny później - znowu. Kłopot jeśli lody zaczęło się robić późnym popołudniem, jak ja, i po dwóch filmach człowiekowi się przysnęło, po czym obudził się już następnego dnia rano. Wtedy z lodami będzie inny rodzaj zabawy, bo nawet łyżeczkę trudno w nie wbić, co zresztą widać na jednym ze zdjęć...

      wegańskie lody czekoladowe 

      Porcja jednoosobowa: ¼ szklanki niesłodzonego, odtłuszczonego kakao, duża puszka mleczka kokosowego, 2 łyżki syropu z agawy i 2 łyżki brązowego trzcinowego cukru, 1 łyżka skrobi kukurydzianej, pół łyżeczki mielonego kardamonu, szczypta cynamonu, szczypta mielonych goździków, szczypta soli.

      Instrukcje: Wsypać kakao do średniej wielkości miski i domieszać tyle mleczka kokosowego żeby uzyskać gładką pastę. W rondelku (jeszcze nie na gazie) rozmieszać syrop z agawy albo ulubiony cukier, przyprawy korzenne, skrobię i sól. Jeśli nie możecie znaleźć w sklepie kardamonu albo nie bardzo macie ochotę sami mieszać przyprawy, trafiłam na taki śmieszny młynek z gotową mieszanką przypraw do deserów, który produkuje Kamis (nazywa się "Specialite. Młynek. Przyprawa do dań słodkich") i który jest fajny. Stopniowo dolewać resztę mleczka kokosowego, porządnie mieszając. Włączyć gaz i podgrzewać na średnim ogniu do momentu, kiedy tuż przy brzegach rondla mieszanka zacznie puszczać bąbelki. Od tej pory pozwólcie jej się grzać przez 2-3 minuty, aż skrobia się całkiem nie ugotuje, bardzo energicznie mieszając, żeby nie przywarła do garnka i się nie przypaliła. Po 2-3 minutach wymieszać mleczko kokosowe ze skrobią z kakaową masą. Odstawić do ostygnięcia przynajmniej na 20-30 minut. Wstawić do lodówki na kolejne 30-40 minut, po czym włożyć do zamrażalnika. Po godzinie wyjąć i przemieszać. Włożyć z powrotem do zamrażarki i godzinę później powtórzyć mieszanie, po czym jeszcze raz zamrozić, jeśli jesteście jeszcze w stanie im się oprzeć.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Lody czekoladowo-kardamonowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 maja 2012 10:29
  • środa, 16 maja 2012
    • Kulki daktylowe pięciominutowe

      kulki daktylowe z orzechami    kulki daktylowe z orzechami

      Okazuje się, że w ciągu pięciu minut można wyprodukować wielce smaczny, wysoce uzależniający, orzechowo-owocowy, nie zawierający ani grama dodatkowego cukru, wegański, makrobiotyczny, bezglutenowy deser. Ja go wytworzyłam w ramach pomocy siostrze, której lekarz zalecił anty-alergiczną dietę. Przypomniałam sobie jak mozolnie kiedyś sama zmieniałam jadłospis na zdrowszy, jak długo walczyłam ze starymi nawykami i jak okropnie trudno mi było zrezygnować z niektórych dobrze znanych przyjemności. Szczególnie deserów. Zrobiłam więc biedaczynce-siostrzynce taką "przejściową" słodycz, która nie urazi jej lekarza alergologa i nie wywoła wyrzutów sumienia: daktylowe kulki z orzechami włoskimi i siemieniem lnianym. Brzmi to być może niezbyt atrakcyjnie, ale kiedy się zje jedną kuleczkę, nagle czas robi jakąś taką zagadkową sztuczkę, jakby gwałtownie przyspieszał albo wręcz przeskakiwał do przodu, zupełnie ignorując kilka cennych minut, i ni stąd ni z owąd mamy już w ręku siódmą albo jedenastą daktylową kulkę z kolei. Nie wiem, jak to się dzieje. Czarna magia po prostu.

      kulki daktylowe z orzechami

      Sposób wykonania: około 170-200g orzechów włoskich wrzucić do robota kuchennego i zmiksować na puder. Oczyścić pojemnik robota i wrzucić do niego mniej więcej 250g daktyli bez pestek, razem z 1/3 szklanki wody. Zmiksować na syrop. W razie gdyby daktyle się buntowały i nie chciały całkiem rozpaść, czasem pomaga dorzucenie części zmielonych orzechów i miksowanie wszystkiego razem. Syrop daktylowy zmieszać z pudrem orzechowym i 2-3 łyżkami sproszkowanego siemienia lnianego. Masa daktylowo-orzechowa powinna być na tyle elastyczna i zwarta zarazem, żeby można było z niej utoczyć kuleczki. W razie potrzeby można dolać trochę wody żeby ją rozrzedzić albo dosypać więcej siemienia, żeby zagęścić. Formować małe kuleczki i obtaczać w zmielonych orzechach albo uprażonych do zrumienienia wiórkach kokosowych. Smacznego!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Kulki daktylowe pięciominutowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 16 maja 2012 19:51
  • niedziela, 13 maja 2012
    • Zdrowy deser? Hę?

      cukier i miod

      Deser to sprawa intymna. Dosłownie, bo oryginalna francuska nazwa dessert (sprzątnięto ze stołu) oznacza, że służba zabrała nakrycia, udała się do kuchni aby zmyć i uporządkować co trzeba, a Państwo mogą się oddać prywatnym, słodkim rozkoszom podniebienia już bez dodatkowego towarzystwa. Podobno tak się właśnie jadło wśród średniowiecznych bogaczy, pierwszych ludzi, którzy korzystali z przyjemności kosztowania cukrzonych dań, bo dopiero w Średniowieczu zaczęto produkować cukier (bardzo zresztą wówczas drogą rzecz, na którą mało kogo było stać).

      Moja osobista, prywatna historia związana ze słodyczami zaczyna się gdzieś w mrokach niepamięci, bo już w moich najwcześniejszych wspomnieniach zawsze figuruje coś słodkiego. Deficytowe banany, białe landrynki (tylko takie uznawałam), blok czekoladowy, warstwowe ciasto "pleśniak" i mocno miodowy miodowiec mojej babci, wafle z karmelem i maślane torty, które mama piekła na rozmaite okazje. Beza z kremem kawowym podczas urodzin jakiejś koleżanki, dzięki której na zawsze znienawidziłam bezy. A później, sporo później, nutella. Jako jedyny łakomczuch w dużo bardziej powściągliwej rodzinie byłam mistrzem wyjadania nutelli tak, żeby nikt się nie domyślił, że jest w ogóle otwarta. Ostrożnie podważałam złoty papierek i wydobywałam czekoladowy krem łyżeczką, uważając żeby nie tknąć ścianek. Na pierwszy rzut oka uszczknięte przeze mnie słoiki sprawiały wrażenie nowiutkich i nietkniętych, a tak naprawdę udawało mi się wyjeść wszystko oprócz cieniutkiej warstwy przy samym szkle. Poniżej - w ramach ilustracji - zamieszczam zdjęcia, które pokazują jak NIE NALEŻY wyjadać nutelli ze słoika. Podobny poziom mistrzostwa osiągnęłam zresztą jeśli chodzi o opróżnianie opakowań czekolady. Wewnątrz pobojowisko, a na zewnątrz równiutko złożone sreberko i idealnie prosta obwolutka, bez jednej rysy, bez zagięcia, bez skazy. Miałam na czym praktykować, bo od mniej więcej siódmego roku życia mieszkałam z dziadkiem - tatą taty - bardzo eleganckim, zorganizowanym, niezwykle aktywnym dziewięćdziesięciolatkiem. Dziadek co popołudnie zapraszał mnie i siostrę do swojego schludnego pokoiku z przedwojennymi meblami i wielkim samowarem, po czym raczył nas opowieściami o dawnych czasach - pokazując na przykład idealnie równe, białe uzębienie (sztuczną szczękę, co zrozumiałam dopiero całe lata później) i twierdząc, że dorobił się tak pięknych, zdrowych zębów każdego wieczora swojego życia jedząc jedno jabłko. A kiedy już nam opowiedział o przeszłości, wydzielał nam po jednym ciastku albo jednym cukierku z wielkiej wypełnionej słodyczami szuflady.

      wyjadanie nutelli   wyjadanie nutelli

      Problem polegał na tym, że dziadek miał system. To był na pewno dobrze przemyślany, dogłębnie pedagogiczny system, który miał w nas wykształcić dyscyplinę i samozaparcie, ale w moim przypadku odniósł odwrotny skutek. Rzecz w tym, że zawsze dostawałyśmy najstarsze, najbardziej wysuszone, czasem wręcz odrobinę nieświeże słodycze. Te nowsze, dopiero co kupione, czekały na swoją kolej, a my jadłyśmy posklejane landrynki, stwardniałe na suchar herbatniki i mocno niejadalne już pierniczki. Dziadek, bardzo dbały o regularność swojego rozkładu dnia, codziennie o tej samej porze miał zwyczaj chadzać na spacer. Myślę, że już wiecie, gdzie można mnie było podczas tych spacerów znaleźć i czym dokładnie się wtedy zajmowałam.

      Śmiałam się przez lata z tej dziadkowej szuflady i jej porażki jako narzędzia wychowawczego. Żartowałam też czasem z taty, nieodrodnego dziadkowego syna, który również dorobił się własnej słodyczowej szuflady. Pracujący w domu tata zawsze miał (i ma nadal) na podorędziu jakiś batonik Bajeczny albo Ptasie Mleczko. Śmiech zamarł mi jednak na ustach gdzieś w okolicy sierpnia zeszłego roku, kiedy zatrudniono mnie na okres próbny w organizacji, w której pracy było mnóstwo, a spotkanie goniło spotkanie. Nie wiem jak to się stało, jak dopadła mnie ta rodzinna klątwa, ale któregoś dnia, pisząc na komputerze (kolejny dzień) jakiś dokument, na który już nie mogłam patrzeć, bezwiednie sięgnęłam po kawałek czegoś słodkiego. Dokąd? Do mojej własnej, intymnej, wypełnionej słodyczami szuflady. Były tam małe tabliczki gorzkiej, peruwiańskiej siedemdziesięcioprocentowej czekolady, torebki daktyli, batony owsiane, sezamki i inne atrakcje. I już nie było mi do śmiechu. Chichotał raczej los.

      Dlaczego tyle piszę o słodyczach? Bo od lat próbuję ich nie jeść, i nie idzie mi to wcale ale to wcale. Wymyśliłam więc któregoś dnia, w przypływie sprytu i mądrości życiowej, że zamiast rzucać niezdrowe słodycze, zacznę szukać słodyczy zdrowych. Takich owocowych, naturalnych, niedocukrzanych, nieprzeładowanych jajami i nabiałem, lekkostrawnych. Niegłupie? Moim zdaniem całkiem niegłupie, ale potknęłam się o jeden praktyczny problem, mianowicie takie autentycznie zdrowe słodycze rzadko mi autentycznie smakują. Jeśli więc czytacie te moje wspominki, zlitujcie się proszę nade mną i wesprzyjcie mnie w mojej życiowej misji, wspomagając wieloletnie poszukiwania deseru, który mogę zjeść bezkarnie i bez wyrzutów sumienia. Może macie jakieś sprawdzone smaczne patenty na zdrową słodycz? Będę wdzięczna. Na samym dole wpisu umieszczam kod / banerek akcji "Zdrowe Słodycze", jaką postanowiłam rozpętać na Durszlaku. Bardzo serdecznie zapraszam do wzięcia w niej udziału.

      A w ramach wisienki na torcie coś, co czasem robię i nawet czasem lubię. Naturalne, bakaliowo-karobowe krówki według Gillian McKeith ("Jesteś tym, co jesz. Książka Kucharska"). Według oryginalnej receptury można je przechowywać w lodówce nawet przez pięć dni.

      krówka bakaliowo-karobowa   zdrowe słodycze   krówka karobowo-bakaliowa

      Krówki bakaliowo-karobowe

      Składniki: 250-300g daktyli bez pestek, 150-200g namoczonych rodzynek, 4 łyżki karobu w proszku, 300-400g namoczonych przez noc orzechów (w przepisie McKeith brazylijskich, ale są okrutnie drogie, więc może lepiej nerkowców, laskowców, migdałów albo mieszanki), 100g mielonego siemienia, 100g pestek słonecznika, 200g posiekanych orzechów włoskich (ja je wymieszałam z pistacjami, które jakimś cudem gdzieś dostałam dość tanio) i nasiona sezamu do posypania.

      Instrukcje: znaleźć jakiś przyjazny kieszeni sklep z bakaliami i wykupić połowę asortymentu :) Umieścić daktyle, rodzynki, karob, namoczone orzechy i dwie szklanki wody w robocie kuchennym. Zmiksować na gładką pastę. Dorzucić słonecznik, siemię i orzechy włoskie. Dobrze wymieszać. Blaszkę do pieczenia (w przepisie mowa o wymiarach 10x20 cm) wyłożyć przezroczystą folią spożywczą, na którą trzeba teraz wyłożyć masę bakaliowo-orzechową. Posypać sezamem i na godzinę wstawić do zamrażarki. Pokroić na kwadraty i podawać.

      Kod należy skopiować i wstawić na swoją stronę.


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Zdrowy deser? Hę?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 maja 2012 18:54
  • poniedziałek, 26 marca 2012
    • Pseudo-kutia

      kutia   śliwki

      Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Znów jakaś wrodzona przewrotność zamiast przygotowywać się na Wielkanoc, każe mi wracać do Gwiazdki, o zgrozo, traktując ją śniadaniowo. Bo przecież kutia to potrawa bożonarodzeniowa i kolacyjna raczej niż poranna. A ja ją wcinam w marcowe, prawie kwietniowe przedpołudnie. A może jednak prześwituje w tym wszystkim myśl o nadchodzącym świątecznym spotkaniu z rodziną? Mamy w końcu obie – ja i kutia - wschodnie korzenie. Kiedy nie chodziłam do szkoły w Warszawie, szalałam w domu dziadków na Lubelszczyźnie, nasiąkając nadwiślańskim krajobrazem, z jego lessami i glinami, rybnymi stawami i gęstym lasem, obserwując z okien sezonowe wizyty bocianów. Kiedy odwiedzam Podlasie albo Suwalszczyznę, czuję, że jestem w domu, rozpoznaję ten krajobraz jako swój własny, bliski jak żaden inny.

      Kutia, podobnie jak rodzina mojej mamy, pochodzi ze wschodu, chociaż ona do Warszawy wędrowała dłużej niż ja, bo nie z Lubelszczyzny, ale zza granicy, z Ukrainy, Białorusi i Litwy. Gdyby pojeździć po Polsce, poszukując gospodyń, które ją jeszcze regularnie przyrządzają, najwięcej kutii na świątecznych stołach znalazłoby się pewnie na Białostocczyźnie i na Dolnym Śląsku.

      Klasyczne składniki kutii to pszenica z makiem, miodem, orzechami i suszonymi owocami. W domach za naszą wschodnią granicą często przyrządza się jej odmiany – z pęczaku albo brązowego ryżu. Jeśli się jednak uprzemy przy pszenicy, okaże się, że, jesteśmy uprzywilejowani, bo możemy podjechać do sklepu ekologicznego i kupić pszenicę już obtłuczoną. Gdybyśmy mieszkali na dawnych Kresach, żeby przyrządzić to tradycyjne wigilijne danie, musielibyśmy wykonać najpierw ciężką, czasochłonną fizyczną pracę: zwilżyć otoczone twardą łuską ziarna, wsypać do płóciennego woreczka, a następnie mocno tłuc drewnianą pałką, co kilka minut wyjmując pszenicę i znów skrapiając ją zimną wodę. Dopiero po kwadransie albo dwóch bicia w lniany worek na przemian ze zwilżaniem, mielibyśmy gotowe do użycia ziarenka, które wystarczyłoby już tylko przepłukać i namoczyć żeby się łatwiej gotowały.

      kutia    kutia

      Tak więc dzięki sieciom ekologicznych sklepów nam przypada radość szybkiego kucharzenia. Możemy kutię potraktować umownie i do woli improwizować na bazie podstawowego przepisu. Próbować kasz i ryżów zamiast pszenicy. Tak jak ja mak zastąpić uprażonym kokosem. Z półki z bakaliami wybrać orzechy włoskie, laskowe, a może migdały. A potem tworzyć niepowtarzalne, autorskie kombinacje z rodzynkami, figami, kandyzowaną skórką pomarańczy, morelami, żurawinami, śliwkami, daktylami. Można nigdy nie zrobić dwóch identycznych wersji tego deseru. Moje dzisiejsze śniadanie (konsumowane wraz z aromatyczną orkiszową kawą) jest właśnie jedną z takich improwizowanych, robionych na poczekaniu, trochę naciąganych pseudo-kutii, ponieważ nie zawiera jej bazowego, tradycyjnego składnika, czyli maku (lenistwo...), ale dzięki temu szybciej się ją przygotowuje, a smakuje świetnie, bo bakalie ślicznie komponują się z miodem i pszenicą. Co ważne dla mnie, wielbicielki chrupania, importowane wiórki kokosowe i zupełnie nie-kresowe migdały, które również nie wchodziły w skład oryginalnych przepisów, chrupią wprost rozkosznie.

      Potrzebujemy: pół szklanki namoczonej na noc i ugotowanej do miękkości pszenicy, dwie łyżki płynnego miodu, po dwie łyżki suszonych śliwek i moreli (w razie potrzeby namoczonych, żeby zmiękły), po sporej garści wiórków kokosowych i kruszonych migdałów (uprażonych do lekkiego zbrązowienia na suchej patelni).

      Suszone owoce kroimy dość drobno, mieszamy z pszenicą, orzechami i wiórkami, dodajemy miód i wstawiamy na godzinkę-dwie do lodówki, żeby smaki zeszły się w całość.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 marca 2012 10:14
  • sobota, 24 marca 2012
    • Tapioka wiśniowo-czekoladowa

      czekoladowa tapioka    czekoladowa tapioka 2    czekoladowa tapioka 3

      Pomyślałam wczoraj o czymś słodkim dla wszystkich potrzebujących osłody (chociaż na dworze jest przecież lazurowo, słonecznie, spacerowo, więc na dobry humor wystarczy pewnie rzut oka przez okno), stąd dzisiaj druga odsłona leguminy z tapioki. Tym razem w wersji czekoladowej i wiśniowej, trzypiętrowej, zaskakującej kolejnymi warstwami o różnej fakturze.

      Najpierw budyń z tapioki:

      Zagotuj w rondelku pół litra wody. Do gotującej się wody stopniowo wsypuj, przez cały czas mieszając, około 80 gramów grysiku z tapioki. Nauczyłam się, że trzeba go dodawać stopniowo i że nie można przestać mieszać w najskuteczniejszy z możliwych sposobów, czyli popełniając błąd. Kiedy pierwszy raz przyrządzałam budyń tapiokowy, całą porcję grysiku wsypałam do wrzątku na raz i stanęłam nad garnkiem, nie wiedząc co dalej. Bardzo szybko okazało się, że grysik skleił się w jeden lepki, gumowy twór i trzeba go było pracowicie i długo rozdrabniać. Nie polecam. Wrzuć więc powoli grysik do wody i gotuj przez około pięć minut, nie przestając mieszać. Po pięciu minutach, dosyp łyżkę cukru trzcinowego i dolej pół puszki mleka kokosowego. Dodaj też półtorej łyżki dobrej jakości kakao. Gotuj (mieszając, mieszając) przez kolejne pięć minut, dopóki grysik nie zrobi się przezroczysty, a legumina gęsta.

      Potem sos czekoladowy:

      Do małego rondelka wrzuć pół tabliczki dobrej, gorzkiej czekolady, połamanej na kostki, razem z dwiema łyżkami mleka kokosowego. Podgrzewaj, mieszając drewnianą łyżką, dopóki czekolada się nie rozpuści i nie uzyskasz apetycznego sosu.

      Na koniec część artystyczna:

      W szklankach, przezroczystych miseczkach albo pucharkach ułóż na dnie warstwę konfitury wiśniowej albo wiśni w syropie. Ważne, żeby wiśnie były w całości. Warto też sprawdzić, czy osobie, które je drylowała nie omsknęła się ręka i czy nie zostawiła gdzieś pestki. Chyba że chcesz powtórzyć mój los i zaryzykować utratę uzębienia na takiej małej "niespodziance" :) Na wiśniach ułóż warstwę budyniu, a na budyniu rozsmaruj sos czekoladowy. Na koniec posyp deser płatkami prażonych na sucho migdałów albo prażonymi wiórkami kokosowymi. To oczywiście tylko propozycja, bo możesz ten deser serwować na różne sposoby, bawiąc się nim według własnej fantazji, na przykład układając więcej cieńszych warstw albo dodając migdały czy wiórki do środka, jako chrupiącą wstawkę.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 24 marca 2012 13:14
  • środa, 21 marca 2012
    • Oko proroka (czyli tapioka)

      owoce leśne   tapioka   legumina

      Tapioka? Jeszcze do niedawna nie wiedziałam o niej zupełnie nic. Kojarzyła mi się rozkosznie staroświecko, z leguminą, szlafmycą, monoklem, bicyklem i kandelabrem. Z gromadką rumianych dziatek w pasiastych pidżamach, przy ciepłym świetle świecy dokarmianych czymś białym, miękkim i słodkim. Dzisiaj trafiłam w sklepie ekologicznym na opakowanie grysiku z tapioki (grysik, kolejne piękne słowo), więc postanowiłam go skosztować. Ale zanim uraczę was przepisem na bardzo udaną leguminę, przeczytajcie, proszę, dwie historie, które przypomniał mi jej smak:

      Historia pierwsza. Oko proroka.

      Kiedy byłam mała, a w sklepach bywało, że nic nie bywało, nie miałam o pustych półkach zielonego pojęcia, bo moja bohaterska matka zdobywała jakimś cudem co tylko się dało i wyczarowywała z tych zupełnie przypadkowych ingrediencji różne międzynarodowe niesamowitości. Oprócz rosołu, gołąbków i bigosu jadałyśmy więc z siostrą pizzę (ciasto drożdżowe z koncentratem pomidorowym, serem żółtym i tym, co akurat nawinęło się pod rękę), risotto (do dziś pamiętam smak ryżu zapiekanego z groszkiem i stopionym Edamskim), bardziej lub mniej udane wersje domowych lodów, oraz przedziwne wynalazki pod równie niespotykanymi nazwami – chociażby Kieszeń Biskupa albo na przykład Oko Proroka. Moja dzisiejsza legumina przypomniała mi właśnie to ostatnie danie, a właściwie deser. Oko Proroka widziane z góry wyglądało jak... oko i było autorskim pomysłem mamy, która z braku innych opcji dostępnych w osiedlowym spożywczym przyrządziła coś w rodzaju mlecznej galaretki z kleksem dżemu na środku. Nigdy tego nie zapomnę. I nie przebiję Oka Proroka moją tapioką, ale mogę dzięki niej przywołać pełne czułości wspomnienie i chociaż przez moment spróbować zrozumieć, ile codziennego, często niezauważonego, ale przecież niewątpliwego heroizmu składa się na wychowanie dzieci w niesprzyjających warunkach i niezbyt przyjaznym świecie.

      Historia druga. Tapioka.

      Nie przyszłoby mi dzisiaj nawet do głowy kupić grysiku z tapioki, gdybym parę lat temu nie obejrzała komedii romantycznej o pewnej pani z korporacji, którą zesłano z wielkiego miasta do niewielkiej mieściny w bardzo zimnym zakątku Minnesoty. W lekkim płaszczyku i za wysokich szpilkach, szczękając zębami i w duchu przeklinając swoich szefów, bohaterka poucza i strofuje miejscowych (o dziwacznym akcencie, przestarzałych fryzurach i ekscentrycznych zwyczajach), dopóki nie zda sobie sprawy, że owi miejscowi wiedzą o życiu i relacjach międzyludzkich dużo więcej niż jest gotowa przyznać. Nieoficjalną drugoplanową postacią jest w tym filmie popularny w USA pudding z tapioki, lokalny specjał, który namiesza w całej historii straszliwie, ale i doprowadzi do nieuniknionego happy endu. Deser ten je się przy każdej istotnej okazji, na święta, na pocieszenie, na zgodę i przeprosiny, na dobranoc i na do widzenia. Tapioka jest więc czymś więcej niż tylko słodyczą, jest społeczną instytucją, trochę jak herbata w Wielkiej Brytanii, wokół której ludzie kłócą się, godzą, nawiązują przyjaźnie i sojusze, kochają i rozstają. Trudno więc, żeby mnie taka poważna kulinarna instytucja nie zafascynowała i nie zainspirowała do eksperymentów.

      Z etykiety na opakowaniu grysiku z tapioki wyczytałam, że wytwarza się go ze skrobi z manioku, rośliny pochodzącej z Ameryki Południowej, a dziś uprawianej też w Afryce i Azji. Mąka z tapioki działa zagęszczająco, stąd jej wykorzystanie w sosach i deserach. I jeszcze jedna ciekawostka, na Tajwanie pije się tak zwaną pearl milk tea albo bubble tea, czyli mieszankę herbaty, mleka i soku owocowego, w której pływają charakterystyczne gumowate perełki, czyli bąbelki z tapioki. I takie właśnie bąbelki wypełniają mój przepyszny, leciutki, bezglutenowy, bezlaktozowy deser.

      Przepis na leguminę dla trzech głodnych albo czterech mniej głodnych osób:

      Doprowadzić do wrzenia pół litra wody. Do gotującej się wody stopniowo wsypywać, przez cały czas mieszając, około 80-90 gramów grysiku z tapioki. Gotować około pięć minut, nie przestając mieszać. Dolać pół puszki mleka kokosowego i dorzucić łyżkę albo półtorej miodu. Gotować kolejne pięć minut, dopóki grysik nie zrobi się przezroczysty, a legumina gęsta. Podawać z garścią płatków migdałowych, uprażonych na suchej patelni i z łyżeczką słodko-kwaśnej konfitury do każdej porcji.

      Słodko-kwaśna konfitura z leśnych owoców:

      Miseczkę leśnych owoców wrzucić do rondelka razem z łyżką miodu i łyżeczką świeżo startego imbiru. Gotować, od czasu do czasu mieszając, do momentu, kiedy z owoców odparuje sok, a same owoce zgęstnieją do konsystencji konfitury. Można taką konfiturę serwować z budyniem, leguminą, jogurtem albo z chlebem posmarowanym od serca masłem.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 21 marca 2012 18:43

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl