Kucharka Zen

Dodatki

  • niedziela, 06 stycznia 2013
    • Bądź suczą. I zielony sok imbirowo-cukiniowy.

      zielono mi

      Ach, jak to fajnie kiedy ktoś wpadnie na mojego bloga i napisze w komentarzach coś zupełnie niespodziewanego. A jak fanatastycznie kiedy podrzuci jakieś nazwisko, jakiś link, jakiś pomysł i nowy sposób patrzenia na ten cały uroczy bajzel zwany rzeczywistością. Bardzo dziękuję gościowi (gościni) o pseudonimie Lekkie Obyczaje za namiar na stronę, na której znalazłam idealny poprawiacz humoru na niedzielne popołudnie, a mianowicie apel żebyśmy wszystkie jak stoimy porzuciły fantazję o tym, że ktokolwiek nas postrzega i kiedykolwiek będzie postrzegać jako chodzące ideały (prawda jest taka, że najprawdopodobniej strasznie irytujemy większość swojego otoczenia, wprost proporcjonalnie do własnego stopnia irytacji kontaktami ze światem). Więc, kochana czytelniczko (jeśli jesteś czytelnikiem, zastąp w tytule apelu słowo na "s" dowolnym dobitnym męskim odpowiednikiem): Bądź suczą. Ja się tego uczę. Jeśli czytujecie tego bloga, pewnie zauważyliście, że dopiero ostatnio odkryłam, że mój rozwój osobisty prowadzi w stronę wprost przeciwną do oczekiwanej - zamiast prostej ścieżki ku karierze godnej Gandhiego, moja droga jest kręta i wiedzie ku coraz to mroczniejszym, coraz mniej atrakcyjnym zakamarkom mojej duszy. Patrzę na nie. Bronię się przed nimi. Nie chcę w nie uwierzyć. Jako rasowy narcyz, nie dopuszczam na codzień do świadomości ewidentnego dla wszystkich oprócz mnie faktu, że nie jestem uosobieniem ludzkiej perfekcji. Na przykład: ciągle strasznie się mądrzę oraz nieustannie wszystkim przerywam w pół słowa, bo głęboko wierzę, że mam coś ciekawszego do powiedzenia. Mam nieznośne wprost poczucie moralnej wyższości nad całym światem (sorry, pracuję nad tym), w związku z czym uważam, że kiedyś na pewno będę bardzo sławna i wszystkim, którzy we mnie nie wierzyli, którzy mnie krytykowali, ignorowali, wyśmiewali albo po prostu nie traktowali mnie poważnie pokażę jacy byli głupi i beznadziejni. Ignoruję ludzi, z którymi nie wiem jak rozmawiać i nie wiem jak postępować. Tak jest po prostu łatwiej (to taka dorosła odmiana chowania głowy pod poduszkę i wyobrażania sobie, że nikt mnie nie widzi). Śmiertelnie obrażam się na ludzi, którzy mnie kiedykolwiek rozczarowali, zresztą rozczarowuję się łatwo i nagminnie. Często łapię się na tym, że nie znoszę ludzkości jako gatunku ponieważ nie pała do mnie miłością i nie okazuje mi nieustannego podziwu. Piję wodę mineralną prosto z butelki i nigdy z nikim nie dzielę się moją butelką wody mineralnej (naprawdę, jest tylko moja!). Nie lubię sprzątać, prasować, wypełniać tabelek, chodzić do urzędów i do dentystów, odwiedzać placówek NFZ, jeździć metrem, latać samolotami, ani pracować dla ludzi, którzy nie wytłumaczyli mi po co coś robię. W ogóle dużo rzeczy nie lubię. Lubię za to krytykować, generalizować i na chybcika formować opinie na każdy możliwy temat. Lubię produkować złośliwe amatorskie analizy psychologiczne, zwłaszcza w stosunku do ludzi, którzy zaleźli mi za skórę. Wydaje mi się, że w ten sposób poczuję się lepiej. Denerwują mnie osoby otwarcie szczęśliwe. Nie znoszę obściskujących się par, roześmianych młodych ludzi, pogodnych staruszek. Kiedy zrobię komuś przysługę, robię to głównie w celu uzyskania dozgonnej wdzięczności i potwierdzenia swojego wysokiego o sobie mniemania (patrzcie jakim jestem dobrym człowiekiem). A dobrym człowiekiem tylko bywam.

      Na razie chyba wystarczy. Posamobiczowałam się, a teraz czas na obiecany cytat z apelu "Bądź suczą", który znalazłam na stronie http://www.owningpink.com/blogs/owning-pink/be-bitch. W wolnym tłumaczeniu.

      "Bądź suczą.

      Bądź sobą.

      Nawet jeśli bycie sobą czasem oznacza bycie naprawdę przemądrzałym skurczybykiem. Pozwól sobie nim być. Pokochaj tego skurczybyka z całego serca. Po Ziemi chodzą całe stada skurczybyków, którym ulży kiedy usłyszą, że nie są na świecie sami. Może się nawet okazać, że twoja popularność niespodziewanie wzrośnie.

      A całkiem poważnie, jedyny sposób żeby dostać to, czego ci najbardziej brakuje w życiu to w pełni zaakceptować całego siebie i całym sobą dzielić się ze światem.

      W moim przypadku oznacza to, że czasem bywam kretynką. Nie macie pojęcia jaka to ulga wypuścić na wolność moją wewnętrzną sucz. Od razu robi mi się jakoś tak łzawo i wdzięcznie w środku. To oczywiście nie oznacza, że specjalnie zachowuję się złośliwie albo okrutnie. To znaczy tylko tyle, że czasem bywam bałwanem albo bęcwałem, baranem albo błaznem, i pomyślałam sobie, że się z wami podzielę tą częścią mnie."

      P.S. Zupełnie nie a propos, ale czemu nie? Wyciągnęłam dziś z czeluści mojego mieszkania sokowirówkę, z którą nie widziałam się od wielu miesięcy. Na czyimś fejsbukowym profilu, niestety nie potrafię odtworzyć ścieżki, która mnie tam doprowadziła, znalazłam przepis na odżywczy zielony soczek warzywno-owocowy. Przedziwny smak. Z każdym kolejnym łykiem przekonywał mnie do siebie coraz bardziej, do tego stopnia, że skończywszy konsumpcję uznałam iż, gdyby ktoś mi go robił co rano, mogłabym tak zaczynać każdy dzień.

      Zielony sok z cukinii

      Składniki:

      1 cukinia (eko-cukinia ze skórką, zwykła cukinia bez skórki), 1/2 główki rzymskiej sałaty, 1 jabłko (eko - ze skórką, zwykłe bez skórki) i mniej więcej centymetrowy kawałek imbiru.

      Przepis:

      Wycisnąć.

             

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Bądź suczą. I zielony sok imbirowo-cukiniowy.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 stycznia 2013 18:07
  • poniedziałek, 31 grudnia 2012
    • Awanturka

      awanturka

      Czemu nie awanturka? Jeśli chodzi o maseczki, paznokcie, kąpiele i wybór kreacji, jestem jeszcze w lesie. Natomiast pod kątem kulinarnym na pożegnanie starego roku przygotowałam się jak prymus. Zanim pobiegnę spotkać się z koleżanką w ścisłym centrum miasta (jak dojadę?) i zanim polansuję się okołopółnocnie wśród modnej, artystycznie usposobionej Warszawy (w co, ach w co się ubiorę? Koleżanka już drugi raz zapytuje mnie o to na fejsbuku, a ja nadal nie wiem), wpadnę na trochę do siostry, która poprosiła mnie o zrobienie jakiejś pasty czy może dipu, w którym jej sylwestrowi goście będą mogli pozanurzać surowe marchewki. Awanturka. Klasyka gatunku. Może niekoniecznie najdietetyczniejsza z możliwych past do chleba, ale parę zdrowych składników zawiera. A jeśli zaserwujecie ją z pełnoziarnistym chlebem i jakimś świeżym warzywem, na pewno wam nie zaszkodzi. A że nazwa tej pasty idealnie podsumowuje mój mijający rok, ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich tygodni, to już pełnia szczęścia. Bardzo mi się to podoba.

      Przepis na tę konkretną awanturkę znalazłam w małej książeczce pod tytułem "Coś do chleba" Hanny Szymanderskiej. Oto on, z małą modyfikacją:

      Składniki:

      50g sera Lazur, 50 półtłustego twarogu, 125g bryndzy, puszka sardynek w oleju, łyżeczka masła, kiszony ogórek, posiekany szczypiorek, mielona papryka, pieprz.

      Sposób wykonania:

      Sardynki (razem z olejem z puszki), ser pleśniowy i twaróg rozetrzeć na względnie jednolitą masę. Niektórzy lubią pasty, które wyglądają bardziej domowo, rustykalnie - w takim wypadku nie przykładajcie się specjalnie do tego rozcierania. Dorzucić masło i bryndzę, paprykę i pieprz, i dalej rozcierać, do uzyskania pożądanej konsystencji. Awanturkę podawać z ogórkiem kiszonym (można go pokroić w drobną kosteczkę i wymieszać z pastą albo po prostu przyozdobić kanapkę plasterkami), posypaną odrobiną szczypiorku.

      No i na koniec, zanim polecę dobierać buty do sylwestrowej sukienki (tylko której? której?) wszystkim regularnym, nieregularnym, przypadkowym i nieprzypadkowym czytelnikom "Kucharki Zen" życzę w 2013 roku prawdziwej radości, inspirujących spotkań, nowych pomysłów, dobrych ludzi po drodze i dużo zdrowia. Bo to ważne. No i jak najmniej awantur. Chyba że takich otwierających oczy i oczyszczających atmosferę. Bądźcie szczęśliwi :)

      awanturka sardynki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Awanturka”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 grudnia 2012 16:33
  • poniedziałek, 10 grudnia 2012
    • Koc, skarpety, litewska marchewka po koreańsku

      W sobotę rano obudziłam się z intensywną potrzebą spędzenia czasu z jakimiś ludźmi. Co oczywiście nie objawiło się od razu, tylko parę godzin później, w trakcie telefonu do matki, podczas którego złapałam się na uskutecznianiu jękliwej pretensji, że w tej rodzinie Zoś-Samoś nikt mi nie pozwala sobie pomóc, a ja akurat nie mam roboty i siedzę sama-samiusieńka w domu, jak (za przeproszeniem) niewykorzystany zasób, a siostra chora, dzieci siostry chore, matka chora i na rehabilitacje musi chodzić i jakimś cudem budują wspólnie piętrowe systemy minimalizacji strat, które z niewiadomego powodu wcale, ale to wcale, nie uwzględniają mnie. Chętnej, wolnej, elastycznej, mieszkającej w odległości kilku przystanków autobusowych. Matka aż zamilkła z wrażenia. Pochlebiałam sobie, że zwaliła ją z nóg moja elokwencja. Ewentualnie misterna, bezbłędna argumentacja tak ją przekonała, że jej zabrakło słów po prostu. Ale chyba nie. Chyba ją najzwyczajniej w świecie zaskoczył fakt, że tak z samego rana funduję jej focha do telefonu. W ramach "dzień dobry".

      Skończyło się tak, jak chciałam, czyli kilkoma dodatkowymi dyżurami opieki nad siostrzeńcami. W sobotę tego zdrowszego odebrałam z zajęć dodatkowych i przechowałam przez jakiś czas u siebie w domu. Siedział jak mały królewicz na mojej sześcioosobowej kanapie, pojadał drobiowe kabanosiki, które spakowała mu mama i ukradkiem dokarmiał mojego psa kiełbasą czosnkową, zakupioną dla mojego szwagra na kiermaszu wyrobów regionalnych. No nie wiem. Nikt mi tego nie mówił, nikt mnie nie uprzedzał, byłam na tę sytuację całkowicie nieprzygotowana. Towarzystwo takiego opakowanego w kocyk czteroletniego kurczaczka, który czuje się w mojej obecności na tyle bezpiecznie, że się śmieje, błaznuje, gada głupoty, a potem idzie smacznie spać, wywołuje we mnie uczucie, którego nazwa nie figuruje w moim prywatnym emocjonalnym słowniku. Patrzę na jego bladą główkę i cienkie blond włoski wystające z kokonu koca, słucham jak pochrapuje miarowo przez zatkany nos i coś przeze mnie przemyka. Chyłkiem i nienazwanie. Nie potrafię tego zdefiniować, bo jeszcze parę dni temu nie znałam takiego stanu wewnętrznego. Ale dowiem się, o co chodzi. Jak detektyw, wychodzę sobie rozwiązanie tej zagadki. Czułość? Duma? Ciężar odpowiedzialności? Pewnie tak. Pewnie po trochu tego wszystkiego, ale przyprawionego jeszcze jakimś takim doniosłym-podniosłym składnikiem, jakbym właśnie poznała wielką, ważną tajemnicę. Tajemnicę, której może nawet mi dotąd brakowało, ale przecież nie byłam nawet świadoma jej istnienia. A z drugiej strony, to nic wielkiego, żadne fanfary czy fajerwerki, ułamek sekundy, jakbym po prostu odkryła, że bije mi serce albo że oddycham - to było coś aż tak codziennego, naturalnego, zwyczajnego i oczywistego. Opiekuję się stworzeniem, które beze mnie nie ma jak przetrwać. I żadnych więcej pytań. Żadnej filozofii. Proste.

      A w przerwach między mistycznymi olśnieniami spędzałam czas z R. i L., bo lubię. W sobotę oglądaliśmy na moim małym starym telewizorku komedie romantyczne i jedliśmy sobie tostowane chlebki pita z humusem, szpinakowym pesto, grilowanymi warzywami i oliwkami, które dostałam na Mikołajki od mamy. Niestety. Czasem człowiek dozna czegoś, co sprawia, że rosną jego standardy. Dożywotnio. Nieodwracalnie. Po tych oliwkach - czarnych, jędrnych, rozkosznie słonych, przechowywanych w wodzie źródlanej, przywiezionych prosto z Krety - już żadne oliwki ze słoiczka nie zasługują nawet na przelotne spojrzenie. Zostałam oliwkowym snobem. Rozumiem, że to przedziwne porównanie, ale kiedyś padłam ofiarą podobnego snobizmu, tyle że w sensie romantycznym, damsko-męskim, bo mój były mąż był wrażliwym, empatycznym, akceptującym bardzo wiele, dającym niesamowicie dużo człowiekiem. Pobywszy z takim egzemplarzem już się nie akceptuje byle kogo. 

      A L. i R. tak było miło gościć, tak jakoś bez pretensji, bez wysiłku i bez spinki sobie razem siedzieliśmy, że się umówiliśmy nazajutrz - na niedzielny spacer po rozświetlonym Trakcie Królewskim i zakupy na jarmarku bożonarodzeniowym. Lekki mrozik. Światowej klasy oświetlenie uliczne. Co zabrzmiało technicznie, a nie miało tak zabrzmieć, ponieważ rozbłyśnięte świątecznie Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście wyglądają magicznie. Trochę uroczej kiczowatości nigdy nikomu nie zaszkodziło. Zwłaszcza jeśli się ją zobaczy w kontraście ze zorganizowaną tuż przy ulicy Karowej wystawą zdjęć zrujnowanej po wojnie Warszawy z 1947 roku. Gruz i chwasty. Zrównane z ziemią życie. Jak słusznie zauważyła L., poprawiło nam się. Odbudowaliśmy się mozolnie, wydźwignęliśmy z tragedii, z totalitaryzmu, z zapóźnienia, biedy i smutku. I zaczynamy coś wspólnego, ładnego tworzyć. Plac Zamkowy mienił się radośnie. Może niekoniecznie w moim osobistym stylu, ale zrobiłam wspaniałomyślnie jednorazowy estetyczny wyjątek i się zachwyciłam. Rynek Starego Miasta mógłby być rynkiem jakiegokolwiek europejskiego starego miasta. Grzane wino, litewskie sery, chleby i kiełbasy. Węgierskie placuszki. Bigosy. Pyszne chrupiące, wypiekane w specjalnie sprowadzonym piecu podpłomyki, dla których na chwilę zrezygnowałam z diety bez pszenicy. Torby, szale, swetry, ale przede wszystkim, uwaga, wełniane koce i skarpety. Pisałam już, że w tym roku wymarzyłam sobie na święta prawdziwy, ciepły wełniany koc? To już go mam. Jest szary w białe renifery. I grzeje jak się patrzy. A do kompletu nabyłam parę ultra-grubych skarpet z filcowanej wełny, w soczystym stylowym fiolecie. I od wczoraj, wstyd się przyznać, nie zdejmuję ich z nóg. Koleżanka L. z kolegą R. również zakupili po parze skarpet, bo trudno się było im oprzeć. Koleżanka L. właściwie od razu wymieniła skarpety, w których przyjechała na te nowiutkie wełniane. Co skończyło się zgodnie z przewidywaniami jej narzeczonego. Nieznośnym wprost swędzeniem. Takie uroki czystej, żywej wełny.

      A pozostałe trofea z jarmarku? Trafiliśmy na litewskie stoisko z rozmaitymi marynowanymi warzywami i jako jarzynowcy-pasjonaci, wykupiliśmy po trochu wszystkiego. Kiszony czosnek niedźwiedzi (mmmm... od razu robi się ciepło od środka, tylko trzeba uważać w bliskich kontaktach międzyludzkich). Buraczki na ostro. Niesamowity sos pomidorowy. I popularną w całej Rosji marchewkę po koreańsku. Zjadłam już prawie całe jej opakowanie (takie na czteroosobową rodzinę) i postanowiłam, że rozszyfruję jej skład, żeby kiedyś ją sama przyrządzić, bo jest świetna. Świetna. Poniżej przepis, znaleziony o tutaj, który zgadza się z moimi kubkami smakowymi, które to kubki rozpoznały czosnek, ocet, pieprz cayenne i kolendrę. W ten sam sposób można przyrządzać inne warzywa. Buraki albo kapustę na przykład (wychodzi coś na kształt kim-czi). Pyszności.

      Składniki:
      • 7 średniej wielkości marchewek, startych w długie cieniutkie paski (a la julienne)
      • 4 duże ząbki czosnku, obrane i dobrze rozgniecione na pastę
      • 1 drobno posiekana biała lub żółta cebula
      • 2 łyżki mielonych (albo - jeszcze lepiej - niedbale rozgniecionych w moździerzu) nasion kolendry 
      • 4 łyżki oleju roślinnego o neutralnym smaku (słonecznikowego, kukurydzianego, na pewno nie oliwy z oliwek)
      • 3 łyżki białego octu winnego
      • 1 łyżeczka soli
      • 1 łyżeczka pieprzu cayenne
      • 1 łyżka miodu
      Instrukcje:
      1. Podsmażyć cebulę na oleju, w niewielkiej patelni, na średnim ogniu. Odstawić.
      2. Wymieszać wszystkie składniki w dużej misce. Najlepiej użyć do tego własnych, osobistych rąk. Spróbować jak smakuje całość, w razie czego dodać jeszcze trochę przypraw.
      3. Zakleić miskę przezroczystą folią spożywczą i odstawić do lodówki na jakieś 4-5 godzin.
      4. Zjeść w ramach surówki ze wszystkim, co wam tylko przyjdzie do głowy. Ja nie wytrzymałam i zaczęłam tą marchewką dzień - zjadłam chrupkie pieczywko z pasztetem z soczewicy i marchewkową surówką. Na obiad były pulpety w sosie pomidorowym, cykoria i znowu marchewka. Na kolację z kolei marchewka z samym chlebem, bo i tak smakuje doskonale. Polecam serdecznie!
         

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Koc, skarpety, litewska marchewka po koreańsku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 grudnia 2012 19:20
  • piątek, 07 grudnia 2012
  • środa, 18 lipca 2012
    • Kabaczkowo-kanapkowy mus

      mus kanapkowy z kabaczkiem i pieczarkami

      Ostrzeżenie: wpis zawiera trochę lipcowego biadolenia. Osoby zainteresowane wyłącznie kwestiami kulinarnymi uprasza się o zignorowanie pierwszych czterech akapitów i przeskoczenie od razu do piątego, bardziej optymistycznego, ewentualnie o udanie się na sam koniec wpisu, po przepis.

      mus kanapkowy z kabaczkiem i pieczarkami

      Obawiam się, że cierpię na syndrom pracownika sezonowego. W lecie, kiedy mam mniej roboty, a co za tym idzie i mniej pieniędzy, wpadam w panikę i egzystencjalny kryzys. Co roku zdarza mi się dokładnie to samo. To już tak przewidywalne, że aż zabawne, bo za każdym razem zaskakuje mnie to zjawisko od nowa. Ulegam dorocznej amnezji i ze śmiertelną powagą oddaję się - jak w "Dniu Świstaka" - tym samym rozterkom, co dwanaście miesięcy wcześniej. Załamuję ręce. Lamentuję. Tak globalnie - nie tylko, że nuda i bieda i nie wiem, co ze sobą zrobić (i co ja robię nie tak, przecież ja się tak staram), ale dokładam sobie na wszelki wypadek jeszcze całą górę innych zmartwień, małego, dużego, a czasem zupełnie nieuzasadnionego kalibru (wystarczyłby jeden telefon do takiego lub innego fachowca i problem byłby z głowy). Że nie ogarniam i nie panuję. Że wszystko mi się sypie w mieszkaniu - szafka odkleiła się od zlewu, karnisz odpada od ściany, wyłącznik światła nie styka i trzeba go wymienić.

      Że mam za dużo ubrań, góry szmat kupowanych w sieciowych-śmieciowych sklepach, lumpeksach i India Shopach, które po jednym praniu stanowią smętne wspomnienie swojej dawnej świetności, więc ciągle nie mam w co się ubrać. Że w tym mieście wszyscy są jacyś tacy modniejsi, ładniejsi i bardziej pewni siebie niż ja. Że po Warszawie płyną lekkim krokiem tabuny wiotkich, smukłych młodych gazel o opalonych twarzach i wydatnych ustach, które na pewno pracują w mediach i rozrywce, spełniając MOJE dziecięce marzenia, a ja, nawet gdybym wygrała na loterii, zatrudniła tabun stylistów i wykupiła całe Złote Tarasy, nigdy taką hipsterską gazelą nie zostanę. A w mediach i rozrywce nikt mi nie da roboty, bo niby z jakiej okazji? I chociaż powinnam w swoim wieku być mądrzejsza i zaakceptować, że natura tak, a nie inaczej rozdała karty przy urodzeniu, jak również zadać sobie trzeźwe i dojrzałe pytanie - No i po co ci kobieto bycie hipsterską gazelą? Po co ci praca w telewizji? Naprawdę byś tak chciała żyć? Naprawdę cię to uszczęśliwi? - raz do roku, regularnie jak w szwajcarskim zegarku, odzywa się we mnie taka tęsknota.

      A to dopiero początek mojej dorocznej boleściwej litanii nieszczęść wielorakich. Kiedy już zacznę panikować i biadolić, rozkręcam się po mistrzowsku, z lubością dodając do listy kolejne i kolejne pozycje. Są przecież i inne zmartwienia, nad którymi należy się pochylić, które trzeba rozdmuchać do niebagatelnych proporcji, poświęcając im swój cenny czas, wkładając w nie całą swoją energię. Całe mnóstwo zmartwień. O pracę. O stan zdrowia, stan uzębienia, stan konta, stan cywilny, stan mojego życia towarzyskiego, mój stan emocjonalny, stan psychofizyczny mojego psa. Duże i małe i zupełnie nieuzasadnione. Poważne i niepoważne.

      mus kanapkowy z kabaczkiem i pieczarkami

      Kiedy zalewa mnie taka irracjonalna fala nieszczęśliwości, przypomina mi się scena z jakiegoś amerykańskiego filmu, w której ktoś wyjękuje swoje żale i lamenty, mniej więcej tak jak ja przed chwilą biadoląc o wszystkim i niczym, o szczegółach i ogóle, o żmudnej codzienności i ciężkim ludzkim losie. A ktoś odrobinę mądrzejszy i spokojniejszy mówi mu wtedy: baby steps. Baby steps. Niemowlęce kroczki. Nie myśl o przyszłości, nie wyobrażaj sobie wielkiej przerażającej ściany groźnych potencjalnych wydarzeń. Nie bombarduj sam siebie każdym małym i dużym nieszczęściem, frustracją i brakiem, które ci tylko przyjdą do głowy (a przyjdą). Nie kolekcjonuj powodów do jęczenia. Skoncentruj się tylko na postawieniu następnego kroku. Na kolejnej czynności, jakakolwiek by ona nie miała być. Umyj jeszcze jeden talerz. Wyjdź na spacer z psem. Nabierz powietrza. Wypuść powietrze. Podlej kwiatki. Rozwieś pranie. Zrób sobie kanapkę.

      Nie wiem, jak to się dzieje, ale tym razem to właśnie kanapka okazała się skutecznym kopem w cztery litery. Postanowiłam poszukać patentu na coś kanapkowego, a kiedy skoncentrowałam się na tych poszukiwaniach, panika jakby ustąpiła, robiąc miejsce na bieżące sprawy. Na małe, dziecinne kroczki. Stopa za stopą. Po kolei i bez pośpiechu. Zaczęłam szukać przepisów na pasty kanapkowe i dobrze mi zrobiło pooglądanie sobie cudzych blogów. To odświeżające. Ładujące baterie. Byłam w różnych miejscach, na nowo odkrywając fascynujące światy innych blogerek, oglądając piękne zdjęcia, dziwiąc się niespodziewanym pomysłom kulinarnym, ciesząc się pięknym językiem niektórych wpisów, no i wreszcie trafiłam tutaj, do Kuchni Sowy, gdzie zawsze znajdzie się coś ciekawego i zdrowego, a tym razem znalazła się pasta kanapkowa z dodatkiem masła z orzeszków ziemnych. Tyle że oczywiście nie miałam w lodówce prawie żadnego z warzyw, które widniały w oryginalnym przepisie, więc zrobiłam pastę z tego, co znalazłam. Wegańską. Delikatną. Wyszedł raczej mus niż smarowidło, leciutki i kremowy, odrobinę orzechowy. Smakował mi na bułce grahamce. Myślę, że byłby też dobry z jakimś naleśnikiem. Gryczanym na przykład (przepis na naleśniki gryczane możecie znaleźć tutaj). Albo pełnoziarnistym orkiszowym. Koniecznie trzeba by do niego dodać czegoś ostrzejszego. Kiełków, jak Sowa w swojej recepturze. Natki, jak sugerował oryginalny przepis z książki "Jedz i żyj zgodnie z porami roku". Ja go zjadłam z korniszonami.

      mus kanapkowy z kabaczkiem i pieczarkami   mus kanapkowy z kabaczkiem i pieczarkami   

      Kanapkowy mus z kabaczka i pieczarek

      Składniki: spora biała cebula, ząbek czosnku, jeden mały kabaczek albo pół dużego, cztery-pięć dużych pieczarek, łyżeczka sosu sojowego, dwie łyżeczki suszonego tymianku, czubata łyżeczka musztardy, szklanka ugotowanej i pokrojonej drobno żółtej fasolki szparagowej, dwie łyżki masła orzechowego, pieprz.

      Metoda: cebulę i czosnek drobno posiekać. Zeszklić na łyżce oliwy z oliwek. Dodać pokrojone na plasterki (bez przesadnej precyzji) pieczarki i sos sojowy. Podsmażyć. Dorzucić umyty i pokrojony w kostkę kabaczek, tymianek i musztardę. Smażyć dopóki kabaczek nie zmięknie, a grzybowo-warzywne soki nie odparują. Odrobinę ostudzić. Wrzucić do blendera razem z fasolką szparagową, masłem orzechowym i szczyptą pieprzu. Można doprawić dodatkową łyżeczką sosu sojowego. Zmiksować. Podawać z natką pietruszki, kiełkami albo korniszonami na pełnoziarnistym pieczywie jako pastę kanapkową albo wykorzystać jako farsz do naleśników.

      P.S. Ale jaja! Jakby na zamówienie, jakby ktoś dokładnie wyczuł mój nastrój i podrzucił mi na ścianę Facebooka odpowiedź, znalazłam cytat dnia:

      "Optymista: ktoś, kto zrozumiał, że zrobić krok w tył po tym, jak się zrobiło krok naprzód to nie tragedia. To cza-cza." Robert Brault.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Kabaczkowo-kanapkowy mus”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 18 lipca 2012 13:13
  • niedziela, 15 lipca 2012
    • Na dodatek: chrupiąca sałata i słodko-słony winegret

      chrupiąca sałata i słodko-słony winegret

      Moja mama twierdzi, że kiedy kogoś w życiu spotykamy, istnieją dwie możliwości: to będzie nasz przyjaciel albo nasz nauczyciel. I ma rację, chociaż to przecież nigdy nie jest takie proste. Bywa, że od razu wiadomo, że się nie polubimy. Albo że się pokochamy do końca życia. Bywa, że lekcje, jakie odbieramy od drugiego człowieka nie są ani przyjemne ani bezbolesne. Bywa, że długo, długo nie wiemy, że jakaś znajomość stanowiła życiową naukę. Bywa że z pozornych wrogów stajemy się najlepszymi kumplami. Bywa też, że coś, co na początku wydawało się przyjaźnią, z czasem okaże się czymś bardziej edukacyjnym.

      Miałam kiedyś, lata temu, taką właśnie przyjaciółkę-nauczycielkę. Artystkę - charyzmatyczną, spontaniczną, towarzyską, wielkoduszną, inspirującą. Dobrze było ją znać i chociaż bliska relacja nie przetrwała różnych prób i trudności (każda z nas jest z pewnością święcie przekonana, że to z winy tej drugiej osoby ;), dzięki mojej londyńskiej przyjaciółce mam na koncie kilka przepięknych, magicznych wręcz wspomnień. Bez niej nic takiego nigdy by się nie wydarzyło.

      Jedno z nich wygląda mniej więcej tak:

      Hampstead, zamożna londyńska dzielnica pełna majestatycznych kamiennych domiszczy z ukrytymi przed wzrokiem przechodnia wąskimi ogródkami na tyłach. W Londynie nigdy nie wiadomo, co kryje podniszczona, wielowiekowa fasada szeregowej kamienicy. Czy pchnąwszy pomalowane olejną farbą ciężkie drzwi zobaczymy neutralne, beżowo-kremowe rodzinne mieszkanko, jakby wycięte z wnętrzarskiego magazynu, czy hinduski dom przesiąknięty zapachem kadzidełek i aromatami przypraw, czy może spowite cygarowym dymem, zakurzone, zaniedbane domostwo jakiegoś lewicującego intelektualisty, posiadacza wielotysięcznego księgozbioru. Szłam cichymi ulicami, ściskając w ręku karteczkę z adresem, podekscytowana, bo miałam po raz pierwszy odwiedzić swoją przyjaciółkę w domu. A wszystko, co się z nią wiązało było z definicji ekscytujące. Ta dziewczyna stanowiła chodzącą przygodę. Była łamaczką konwencji. Miała to we krwi i być może nawet nie do końca zdawała sobie sprawę, jak bardzo różni się od przeciętnego obywatela. Ja, bardziej ostrożna (moja babcia twierdzi, że wręcz strachliwa), dużo bardziej konwencjonalna, wolałam pozbawione ryzyka, przewidywalne sposoby na życie. I pewnie dlatego się zaprzyjaźniłyśmy. Ja dla niej stanowiłam stały, bezpieczny i nieskomplikowany element rzeczywistości. Ona dawała mi możliwość przeżycia kontrolowanego szaleństwa. Urządzenia fotograficznej wystawy w opuszczonym sklepie. Spontanicznych nocnych tańców na środku ulicy, w samym sercu miasta. Niespodziewanych wycieczek w miejsca, do których  nigdy bym nie pojechała. Spotkań z niecodziennymi, inspirującymi postaciami z całego świata. Zawsze otaczali ją piękni ludzie, piękne przedmioty, piękna muzyka. A ja przez nią miałam do nich dostęp. I do dziś jestem jej za to wdzięczna.

      Stanęłam wreszcie przed jednym z szeregowych domów i zadzwoniłam do drzwi. Wnętrza były bezpretensjonalne, na ścianach wisiało trochę czarno-białych zdjęć, trochę dziecięcych rysunków, parę żartobliwych plakatów. W kuchni stał wielki, stary, drewniany stół. Bo to kuchnia stanowiła centrum tego domu, tu zawsze ktoś był, chociaż skład osobowy zmieniał się nieustannie - gospodarze, goście, dzieci, wnuki, znajomi dzieci i wnuków, znajomi znajomych. Bywał tam cały świat. Barwny, rozgadany, interesujący. I ciągle coś się na tym stole jadło. Coś prostego, szybkiego w wykonaniu (bo kucharz też chciał sobie pogadać, zamiast sterczeć nad stolnicą i pracowicie lepić pierogi) ale zawsze efektownego. Zawsze zaskakującego. W tamtej kuchni działa się magia. I ja, przyzwyczajona do życia pod linijkę - zawsze według jakichś zasad, jakichś procedur, jakby w życiu istniała książka kucharska z jednoznacznymi przepisami na każdą sytuację - w tamtej kuchni czułam się wyzwolona, jak gdyby pozwolono mi dotknąć czegoś lepszego, piękniejszego i prawdziwszego, czego istnienie zawsze przeczuwałam, ale czego nigdy nie potrafiłam zdobyć. I za to dziękuję mojej przyjaciółce-nauczycielce.

      Tego konkretnego dnia w kuchni byłyśmy my dwie i gospodarz, już dzisiaj nieżyjący, fotograf z RPA, radosny i młodzieńczy sześćdziesięciolatek. Moja przyjaciółka zaczęła przygotowywać sałatę, nic specjalnego, trochę warzyw, jakieś pestki i już. Mnie przypadł do zrobienia winegret. I tego dressingu do dziś nie zapomniałam. Bo ja, wyuczona gotować według świętych i niełamalnych zasad, dressing robiłam zawsze tak samo, tak jak mi kiedyś poradziła mama. Oliwa. Cytryna. Musztarda. Miód. Zawsze i bez wyjątku. Tym razem było inaczej. Być może ten dressing, zrobiony w domu, w którym łamało się zasady i żyło tak, jak dyktuje dusza, coś we mnie naruszył. Jeszcze daleko było mi do rewolucji, ale ja, patologiczna prymuska, grzeczna posłuszna katolicka dziewczynka z Polski, zaczęłam chyba rozumieć, że procedury niczego nie załatwiają i jeśli żyje się tylko po to, żeby było bezpiecznie i nieskomplikowanie (oliwa, cytryna, musztarda, miód w tych samych, świętych proporcjach), to będzie nudno i jałowo i nieprawdziwie. Olej. Sos sojowy. Miód. Musztarda. Czosnek. Pieprz. Ocet balsamiczny. A proporcji wam nie podam, bo by było za łatwo :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 lipca 2012 15:31
  • wtorek, 19 czerwca 2012
    • Drink dla ochłody

      drink bez cukru    drink bez cukru

      Będzie krótko, bo w ramach eksperymentu sprawdzam, czy potrafię coś napisać zwięźle i bez dygresji. Dzisiaj mój ulubiony drink dla ochłody. Przypomina mi się w upalne dni. Gazowana woda mineralna i niesłodzony sok grejpfrutowy. Pół na pół. Albo 60%-40%. Kwestia gustu. Można do niego dodać kostki lodu. Bo stanęłam dziś w sklepie przed lodówką z Fantami, Sprajtami, Kokakolami oraz tonikami i strasznie mi się zachciało czegoś zimnego z bąbelkami. I jeszcze sekunda, i bym po coś sięgnęła. Ale przecież nie będę w siebie wlewać płynnego cukru (według świeżo wydanego magazynu "Dieta Faceta", który musiałam zakupić, żeby zobaczyć, czy dieta faceta jest inna od diety kobiety, Coca-cola zawiera 35g, czyli równowartość 7 kostek cukru). Więc wymyśliłam alternatywę. Poczęstowałam tym drinkiem ojca (faceta), żeby upewnić się, że smakuje jeszcze komuś oprócz mnie. Wychylił jednym haustem.

      drink bez cukru

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Drink dla ochłody”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 czerwca 2012 19:21
  • poniedziałek, 11 czerwca 2012
    • Owocny weekend: mus truskawkowy i balsamico

      mus truskawkowy z balsamico    mus truskawkowy z balsamico

      Taki musik to coś pięknego. Prostego jak drut a zarazem wykwintnego, że hej. Idealnie nadaje się do zagospodarowania tych trochę mniej ładnych, trochę mniej jędrnych i trochę bardziej zmęczonych owoców, które zostały na dnie łubianki po jakimś cieście albo pierogach z truskawkami. Słodko-kwaśny i wcale nie taki znowu deserowy sos będzie pasował do śniadań, obiadów, podwieczorków i kolacji:

      • Placków śniadaniowych, racuchów, naleśników, a nawet pierogów z serem lub innymi owocami;
      • Deserów wszelkiej maści - sorbetów, lodów waniliowych albo czekoladowych, galaretek i kisieli;
      • Kanapek na słodko, jako dżem (ja go sobie zjadłam na swoich sobotnich orkiszowych bułeczkach, ale niestety z dość obfitym dodatkiem nutelli (obłęd czysty po prostu!), więc teraz mam poczucie winy. Dobę już to trwa :) Dla wegan proponuję interesującą wersję amerykańskiego peanut butter and jelly sandwich, czyli grzankę albo tost z masłem orzechowym i takim truskawkowym musem zamiast dżemu. W wersji wypasionej trzeba dodać jeszcze banany, ale możecie się po takiej kanapce nie pozbierać;
      • Niespodzianka: spróbujcie go zamiast dressingu do sałatek z kozim serem, wątróbką albo białą rybą (ale eksperymentujcie na własne ryzyko). 

      mus truskawkowy z balsamico

      Składniki: kilkanaście truskawek (mogą być trochę zmarnowane), łyżka octu balsamicznego, łyżka syropu buraczano-jabłkowego (syropu z agawy lub z daktyli, cukru trzcinowego albo miodu, jeśli używacie). Zależnie od tego, czym posłodzicie mus, odrobinę zmieni się też jego smak. Co samo w sobie może być fajną przygodą kulinarną.

      Instrukcje: umyć truskawki, pozbawić je szypułek i przekroić na połowę. Wrzucić do rondelka i poczekać aż puszczą soki. Dodać ocet balsamiczny i słodzidło. Gotować do momentu kiedy płyn zredukuje się mniej więcej o połowę. Ostudzić. Zmiksować. 

      P.S. Jest wtorek. Tuż przed południem. Mus truskawkowy jeszcze sobie smacznie pochrapuje w lodówce, oczekując na kolejne kulinarne spotkania z niespodziewanymi zupełnie, improwizowanymi daniami (zaliczył już upojną randkę z bułką orkiszową i nutellą oraz bardzo udane rendez-vous z galaretką imbirowo-cytrynową) i, dwa dni po swoich narodzinach, ma się całkiem dobrze. Może jest nawet lepszy niż taki od razu z rondelka? Na dzisiejsze śniadanie skonsumowałam jego porcyjkę w towarzystwie orkiszowych, pełnoziarnistych, kakaowo-gruszkowych placuszków przyrządzonych według zasad Kuchni Pięciu Przemian (jeszcze za mało na ten temat wiem, żeby się tutaj jakoś konstruktywnie mądrzyć, więc odeślę was, szanowni moi czytelnicy, do kobiety, która zna się na tym o niebo lepiej niż ja, autorki przepisu na te bardzo, bardzo smaczne placuszki, Sowy-nie-Sowy). Sowa, jak sama pisze, gotuje "bez białej mąki, białego cukru i mocno przetworzonych produktów, ale i bez fanatyzmu. Metodą Montignac i według Kuchni Pięciu Przemian. Na luzie." Czyli w sam raz dla mnie :)

      mus truskawkowy z balsamico      mus truskawkowy z balsamico

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Owocny weekend: mus truskawkowy i balsamico”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 czerwca 2012 20:01
  • sobota, 09 czerwca 2012
    • Amarantowa pasta z buraczków, fasoli i fety

      pasta z buraczków, fasoli i fety     pasta z buraczków, fasoli i fety

      Niech żiije wuol-ność! Wuolność i swoooboda!

      W mojej kuchni totalne pobojowisko. Jeśli chociaż części blatu kuchennego nie umączyłam, to na pewno pełno tam ziarenek sezamu, odrobinek natki, fragmentów buraczanych obierek i kawałków tartej marchewki. Zza okna przygrywa mi już od kilku godzin klasyka polskiej muzyki rozrywkowej. Ta sama. Raz po raz. Zaczynam się zastanawiać, czy alkohol nie upośledza przypadkiem części mózgu odpowiedzialnej za rozpoznawanie melodii. Bo za trzydziestym razem...

      Niech żiiije zabaaawa! I dziwczina mułooooooda!

      ...wypadałoby się połapać, że to już chyba było grane. Najpierw się śmiałam. Wstawiałam do piekarnika przekrojone na pół młode buraczki i podśmiewałam się pod nosem. Ba, dałam się ponieść sąsiedzkim wzruszeniom. Ucieszyłam się, że mieszkam w takiej radosnej, zabawowej okolicy. Że nawet wiem dokładnie który Pan Menel śpiewa refren, bo sobie co rano mówimy szarmanckie "dzień dobry", więc rozpoznaję jego głos. Potem, w okolicach siódmego albo ósmego...

      Niech żiiiije wuoool-ność!!!

      ...moje refleksje przybrały bardziej melancholijny odcień, ponieważ zamyśliłam się nad losem pijaka, przypominając sobie mozolne, szarpane (krok w przód, krok w bok, dwa kroki w tył, ściana) próby przejścia przez ulicę, które uskuteczniał kiedyś mój najulubieńszy, szarmancki Pan Menel. I jak mnie wtedy coś w okolicy serca współczująco szarpnęło. I przypomniałam też sobie podsłuchaną rozmowę innych Panów Meneli, tych, którzy stanowią stały punkt krajobrazu przed jednym lokalnym monopolowym. "Bo ona nie rozumie" - mówił jeden do drugiego zbolałym głosem - "jaki to dramat być alkoholikiem." Jego towarzysz energicznie kiwał głową. "Bo ona nigdy nie miała takiego kaca, jakiego codziennie ma pijak. Koszmarnego po prostu. Nie do wytrzymania. I nie wie jak to jest, musieć natychmiast wypić klina."

      Woooolność i swuuuboooda!

      Po dwudziestej powtórce tego klasyka, zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie mam do czynienia z kontynuacją rozpoczętej wczoraj, tuż przed meczem Polska-Grecja, imprezy. To by tłumaczyło powolne zamieranie jeszcze przed chwilą entuzjastycznych śpiewów. I niemożność nastawienia jakiejkolwiek innej piosenki. Wyjęłam buraki z piekarnika. Odstawiłam żeby ostygły. A potem zabrakło mi już energii na refleksję i pogrążyłam się w czymś w rodzaju zrezygnowanego stuporu. Bezmyślnie, mechanicznie, w przyjemnym transie, którego zawartość miałam za chwilę zapomnieć, obierałam i kroiłam warzywa, otwierałam puszkę z białą fasolą, odsączałam bułgarski ser z zalewy i kruszyłam go w dłoniach. A potem nagle muzyka ucichła.

      pasta z buraczków, fasoli i fety    pasta z buraczków, fasoli i fety    pasta z buraczków, fasoli i fety

      Pasta kanapkowa z młodych buraków, białej fasoli i sera feta

      Ponieważ piekę dzisiaj drożdżowe bułeczki (za chwileczkę przepis), to i do bułeczek coś zrobiłam, przysłuchując się biesiadnym brzmieniom. Ta mocno różowa wegetariańska pasta nie tylko dobrze robi na wzburzony żołądek (buraczki odkwaszają, a fasolka wspiera błony śluzowe), ale jest też po prostu smaczna i sycąca. Można ją podać z kontrastującym zielonym awokado, a potem przyozdobić pietruszką. Widok będzie niecodzienny. Amarant i zieleń.

      Na początek rozgrzałam piekarnik do 180 stopni. Potem umyłam dwa spore młode buraczki, przekroiłam na pół (nie obierając ze skórki) i razem z dużym, pulchnym ząbkiem czosnku (również w skórce) wstawiłam na pół godziny do piekarnika. Ząbek czosnku musi być duży, bo z dwóch ząbków które eksperymentalnie upiekłam, ten pulchny był miękki w środku, a ten mniejszy niestety spalił się na twardy wiór. Kiedy buraczki zmiękły, wystawiłam je na zewnątrz do ostygnięcia. Ostudzone obrałam ze skórki i pokroiłam dość drobno. Wrzuciłam do blendera razem z obranym pieczonym ząbkiem czosnku, łyżką oliwy, puszką białej fasoli i 100g bułgarskiego sera (dobra feta też się nada, a jeśli jesteście w odważnym nastroju, spróbujcie niebieskiego pleśniowego serka, tyle że wtedy chyba trochę mniej niż sto gram). Doprawiłam pieprzem. I dodałam pół pęczka natki - drobno posiekanej. Miałam na obiad zjeść coś zupełnie innego, ale kiedy zaczęłam próbować czy pasta jest dobrze doprawiona, jakoś nie mogłam przestać :)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Amarantowa pasta z buraczków, fasoli i fety”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 09 czerwca 2012 16:37
  • czwartek, 07 czerwca 2012
    • Pieczone rzodkiewki, kartofelki i masło ziołowe

      pieczone rzodkiewki z masłem ziołowym    rzodkiewki i kartofelki

      No dobrze. Atmosfera się zagęszcza. Parę dni temu przechodziłam przez centrum miasta i w ogóle nie odczułam zbliżającej się piłkarskiej fiesty. Spodziewałam się karnawału, confetti, serpentyn, girland, baloników, wuwuzeli. A tu jakiś jeden smętny balon w kształcie piłki, parę billboardów i oklejony powitalnymi hasłami w różnych językach Novotel. A poza tym nic. Smętnie jak zwykle. Korki, objazdy, remonty, tłum zmarnowanych, wymiętych współpasażerów w dusznym tramwaju. Ale od wczoraj coś zaczyna się dziać. Na mojej ulicy od tygodnia z balkonów zwieszają się polskie flagi, a w kilku samochodach zaparkowanych zderzak w zderzak powiewają fajne małe chorągiewki. A zeszłej nocy sąsiedzi z dołu zrobili imprezę z gitarą, do rana wyfałszowując rozmaite piosenki, mniej lub bardziej piłkarskie, ale za to z samego dna duszy (bo wkładali w to wycie naprawdę dużo energii, a że było analogowo, w wersji unplugged, to nawet mi się podobało). Miło jakoś. Chociaż moja obojętność wobec piłki nożnej nie ma sobie równych, łatwo mnie poruszyć takim prostym patriotyzmem. Niby nic, parę syntetycznych chorągiewek, pijackie zawodzenie przy otwartym oknie i trochę telewizyjnych reklam, gdzie wzruszony naród staje na baczność i z ręką na piersi odśpiewuje chóralnie hymn. A ja już ledwo się trzymam na nogach. Od razu coś mi staje w gardle, a oczy jakieś takie wilgotne się robią.

      euro2012    euro2012

      No więc dla wszystkich wielbicieli piłki nożnej, a także dla tych, którzy na parę najbliższych tygodni planują zabarykadować się w domu w towarzystwie kaset z nie-sportowymi filmami, byle tylko uniknąć bliższych kontaktów z kibicami - moja dzisiejsza propozycja świetnie się sprawdzi przed telewizorem. Pokazującym futbol albo i nie. Z piwem albo bez. A że ta przekąseczka jest mocno sezonowa i jarzynowa, więc nie umywają się do niej precle, czipsy, solone fistaszki i inne frytki. Za pomysł na pieczone rzodkiewki muszę koniecznie podziękować autorce "Filozofii Smaku", bo gdybym nie weszła na jej bloga, w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że to warzywo nadające się do piekarnika. A rzodkiewki więcej niż się nadają. Są świetne. Szczególnie z maleńkimi młodymi kartofelkami, bo ponieważ są zbliżone wielkością, można je razem wstawić do pieca i będą gotowe w tym samym czasie. Dodatek masła ziołowego - z czosnkiem, świeżą, nowalijkową natką pietruszki i młodym szczypiorkiem to już po prostu niebo w gębie. Więc wyobraźcie sobie taki obrazek: wieczór, wnętrze. Kanapa. Wy na kanapie, w ulubionej, wygodnej pozie. Telewizor, a w nim coś ciekawego. Zimny browar w chłodnej szklance. A pod ręką miska z ciepłymi małymi warzywkami, na których właśnie się roztapia solone, aromatyczne masełko. Widelec w waszej dłoni. I nabijanie na widelec, na chybił trafił, okrągłych pieczonych, pachnących odrobinę kminem, chrupiących z wierzchu, miękkich w środku warzyw. No po prostu koko koko, Euro spoko!

      pieczone rzodkiewki    masło ziołowe    pieczone ziemniaczki

      Składniki:

      Kilkanaście małych młodych ziemniaczków, duży pęczek albo dwa rzodkiewek, pół łyżeczki mielonego kminu, oliwa z oliwek, sól pieprz.

      Masło czosnkowo-ziołowe:

      Ćwierć kostki dobrego śmietankowego masła w temperaturze pokojowej (naturalnego, czosnkowego albo lekko solonego) - oczywiście może też być tego masła więcej - wszystko zależy od waszej tolerancji na tłuszczyk, ząbek lub dwa czosnku, garść posiekanej młodej natki, garść posiekanej dymki, sól.

      Instrukcje:

      Rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Umyć ziemniaczki i rzodkiewki. Kartofelki zostawić ze skórką, natomiast rzodkiewkom poucinać wąsy i ogonki (jakoś to okrutnie zabrzmiało ;). Włożyć warzywa do żaroodpornego naczynia - razem albo oddzielnie, jak wam wygodniej. Skropić odrobiną oliwy z oliwek i posypać kminem, solą i pieprzem. Wstawić do piekarnika na mniej więcej 15-20 minut, piekąc do miękkości. W międzyczasie zrobić masełko. Jeśli używacie zwykłego masła, trzeba do niego dodać jeden duży albo dwa małe ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę. I szczyptę soli. Natomiast użycie masła, do którego producent dodał soli lub czosnku, oczywiście ułatwi wam zadanie. Na koniec mieszamy masełko z ziołami, wyjmujemy gorące warzywka z piekarnika, przesypujemy na talerz albo do miseczki, po czym widelcem kładziemy po trochu masła - to tu, to tam, żeby się równomiernie porozpływało po warzywkach. Coś pięknego :)

      masełko ziołowo-czosnkowe    masełko ziołowo-czosnkowe

      No i jeszcze mam do was serdeczną prośbę. Dorzucam ten przepis do konkursu na Kulinarny Blog Roku. Z boku mojego bloga (na tak zwanej "bocznej szpalcie") jest banerek konkursowy, który stanowi równocześnie link do mojego konta na stronie konkursu, gdzie chętni mają możliwość zagłosować, skomentować albo (tak! tak!) jedno i drugie. Wiem od znajomych, którzy już głosowali, że to dość skomplikowana procedura, ale za to udzielając się i wspierając swojego ulubionego blogera można wygrać coś fajnego. Więc jeśli akurat będziecie mieć chwilę wolnego, będę naprawdę wdzięczna za wasze głosy :)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Pieczone rzodkiewki, kartofelki i masło ziołowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 czerwca 2012 15:08

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl