Kucharka Zen

Detoks

  • niedziela, 15 kwietnia 2012
    • Detoks, dzień piąty i szósty...

      detoks jarzyny    detoks warzywa

      Postanowiłam wczoraj, że niedzielę spędzę domowo, leniwie i owocowo-warzywnie. Domowość i lenistwo nie wynikają wyłącznie z niechęci do pracy pod koniec tygodnia, ale biorą się też ze świadomości fizjologicznych skutków jarzynowo-owocowej diety. Nereczki zawzięcie filtrują, więc większość dnia spędza się z pełnym pęcherzem, w toalecie albo w drodze do toalety, w związku z czym dobrze jest na stałe zaparkować gdzieś w okolicach jakiejś łazienki. Ale może zacznę od wczoraj.

      Warzywa, owoce, trochę kaszy, pestek i ziół. Zero śliwek w czekoladzie. I absolutnie ani okruszka jakiegokolwiek ciastka. Osiągnęłam, co chciałam, czyli zobaczyłam, że mogę spędzić dzień bez różnych szkodliwych substancji, a przede wszystkim bez słodyczy (ten spryciarz-kusiciel w mojej głowie, który chyba został tam zatrudniony jako etatowy rozrabiaka, już wymyślił, że najpóźniej w poniedziałek trzeba sobie wynagrodzić te wszystkie wyrzeczenia i skonsumować co najmniej biszkopt obficie przekładany kremem czekoladowo-śmietanowym).

      Mimo detoksu, próbowałam wczoraj funkcjonować normalnie, spędzając sobotę jak zwykle, co oczywiście wystawiło mnie na wszystkie normalne sobotnie pokusy. Po porannej wodzie z cytryną i prażonym jabłku z siemieniem, odebrałam telefon od siostry, która proponowała wycieczkę do centrum handlowego w celu zabrania dzieci na ich wymarzony plac zabaw pod dachem. Zgodziłam się, bo uwielbiam tych jej dwóch łobuzów, no i chciałam zahaczyć o sklep ze zdrową żywnością, może coś ciekawego, detoksowego tam wyszukam. I w ten sposób znalazłam się w jednym z najokropniejszych miejsc w mieście. Gdyby ktoś chciał wymyślić najbardziej męczące, frustrujące i nieprzyjazne warunki dla człowieka, a szczególnie dla małego człowieka, prawdopodobnie zaprojektowałby właśnie to wielkie pomieszczenie, oświetlone boleśnie jaskrawymi neonami, wypełnione po brzegi kurzem, zapachem potu oraz brudnych skarpet, wrzeszczącymi niedorostkami i ich wściekłymi krewnymi, a na koniec bombardujące uszy straszliwie głośną muzyką i nieustającym jazgotem automatów do gry. Sam plac zabaw okazał się maszynką do robienia pieniędzy, bo nikt nie kontrolował, jak dużo dzieci wpuszcza się do środka. Po mniej więcej trzydziestu minutach tłumnego wspinania się i zjeżdżania, gubienia się i znajdowania, odkryłyśmy, że istnieje coś takiego, jak sekcja dla młodszych dzieciaków (nijak nie oddzielona ani nie oznaczona) - trochę mniej stroma, łatwiejsza i bezpieczniejsza, ale i nudna jak flaki z olejem, więc nikt się tam nie bawił. Moi ulubieni trzyipółlatkowie spróbowali, pokręcili nosem i wrócili tam, gdzie wszyscy inni, żeby co chwilę  cudem unikać stratowania przez tabuny galopujących, drących się dziko jedenastoletnich dziewczynek z nadwagą, których ulubiona zabawa polegała na skokach na pupę do wypełnionych piłeczkami i przedszkolakami boksów. No koszmar po prostu.

      Jedyny pozytyw, który mnie w tym miejscu uderzył, to jego zupełnie niespotykana gdziekolwiek indziej w mieście wielokulturowość. Obok polskich przedszkolaków, bawiło się mnóstwo bliskowschodnich i dalekowskodnich dzieci, których muzułmańskie mamy zakrywały głowy chustkami. Były też grupki spokrewnionych ze sobą afrykańskich rodzin, z których jedna niestety zafascynowała naszych bliźniaków. "Ciociu??? A dlaczego ta pani jest Murzynką???" - zawył tak głośno jak tylko potrafił ten śmielszy i nieco bardziej rezolutny bliźniak. "Ta pani" stała pół metra od nas i bardzo chciałam odpowiedzieć swojemu siostrzeńcowi jakoś tak mądrze, pedagogicznie i dyplomatycznie, żeby pani nie poczuła się w żaden sposób dotknięta i żeby czegoś dzieciaka nauczyć o kolorach skóry. Nie wiem, jaka odpowiedź byłaby optymalna. Ja dziecku powiedziałam, że pani urodziła się z ciemniejszą cerą niż my i tyle. Nie byłam pewna, czy to usłyszała. Mam nadzieję, że jednak nie, bo nie sądzę żeby lubiła wywoływać wokół siebie aż tyle zamętu.

      Spocone, umęczone i nakręcone tym całym rozgardiaszem bliźniaki zażądały wreszcie czegoś do picia. Udałyśmy się więc na pięterko, do sekcji restauracyjnej, gdzie z każdego okienka wyglądało coś apetycznego. Makarony, pizze, hamburgery i frytki, coca-cola i grillowane kanapki. Jakimś cudem znalazłyśmy wśród tego całego festiwalu smażonych smaków miejsce, które sprzedawało świeżo wyciśnięte soki, więc nie byłam zmuszona łamać danej samej sobie obietnicy, że dotrwam na zdrowiej diecie przynajmniej do końca tygodnia. Ale szczerze mówiąc ciężko w takim miejscu dotrzymywać jakichkolwiek obietnic.

      detoks warzywa

      Kiedy wróciłam do domu, było już łatwiej. Zgłodniałam, więc zrobiłam sobie sałatkę z kaszy jęczmiennej, soczewicy i pesto (przepis wrzuciłam poniżej, będzie w zakładce "Sałatki"), do której dokroiłam trochę różnych warzyw. Popołudniową ochotę na coś słodkiego oszukałam pysznymi suszonymi daktylami i herbatką pokrzywową. A wieczorem wróciłam do jęczmiennej sałatki i ją wykończyłam.  I mniej więcej wtedy postanowiłam, że wytrzymam na diecie jeszcze tylko jeden dzień.

      Mam już powody, żeby czuć satysfakcję. Przeszedł mi ból głowy i lepiej spałam. Rano wstałam lżejsza i mniej opuchnięta niż zwykle. Na twarz wystąpiły mi bardzo przyjemne rumieńce. Cera, jak już w piątek zauważyła pewna uprzejma pani, jak pupka niemowlęcia. Zamiast jednego wielkiego obolałego supła w brzuchu, czuję wszystkie poszczególne narządy - trzustkę, żołądek, wątrobę. Tęskniłam za nimi. Sam brzuch wydaje mi się też jakby bardziej pusty i bardziej płaski. Minęły mi rozmaite irytujące chroniczne dolegliwości. Nie będę ich tu nawet opisywać, bo mi w ogóle do nich nie tęskno. No i cóż. Dobrze robi takie oczyszczenie.

      Dzisiaj, w niedzielę, zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami, jem tylko warzywa i owoce. Zaczęłam od zmiksowanych jabłek z jagodami. Potem wypiłam ekologiczny sok. Skoczyłam na szybkie zakupy spożywcze i wróciłam ze składnikami na śniadaniową chrupiącą mega-sałatkę (przepis za chwilkę). Zrobiłam jej wielką michę i od razu zjadłam połowę. Po jakimś czasie wypiłam sok z kiszonej kapusty. A na podwieczorek zjadłam sałatę z pomidorami i cukinią. W ramach kolacji będzie reszta chrupiącej kolorowej mega-sałatki. I jeszcze herbatka ziołowa i już. Detoks zakończony. Zamierzam jeszcze przez jakiś czas korzystać z jego efektów. Szkoda by było marnować tyle dobroci i skazywać organizm na powtórkę z wątpliwej rozrywki w postaci nadwagi, ociężałości, braku energii. Jutro pozwolę więc sobie na wegetariańską kanapkę z jakimś dobrym chlebem. Pojutrze może wrócę do ryb albo lekkiego mięsa. A w środę... W środę ustąpię na krótką chwilę temu kuszącemu rozrabiace z mojego umysłu i wypiję w nagrodę za detoks dobrą kawę albo zjem jakieś ciastko. Tyle że niekoniecznie od razu z kremem czekoladowo-śmietanowym. Taki jest plan. A jaka będzie rzeczywistość? Pewnie jak zwykle pełna pokus, nagłych zwrotów akcji i niespodzianek...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Detoks, dzień piąty i szósty...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 kwietnia 2012 19:18
  • sobota, 14 kwietnia 2012
    • Detoks, dzień czwarty

      marchew i pędy bambusa   soba z warzywami

      Dwie (dwie!) śliwki w czekoladzie. I już, żadnych więcej słodkości wczoraj nie uświadczyłam. Był moment, kiedy spanikowałam i kupiłam sobie jeszcze sezamki, ale sezamki pozostały nietknięte. Oparłam się im. Hurra (nie dodam wykrzyknika, bo od tego odstawiania słodyczy nie mogłam spać w nocy, a dzisiaj straszliwie mnie boli głowa, więc entuzjazm nieco siadł i lepiej nie wchodzić mi w drogę).

      Walka z pokusami okazała się nieco łatwiejsza niż poprzedniego dnia, być może dlatego, że zmobilizował mnie spontaniczny komentarz pani, którą spotkałam o poranku (po tradycyjnej już ciepłej wodzie z cytryną i chrupiącej gruszce na śniadanie). "Dziecko, - powiedziała - jaką ty masz piękną cerę!". No i weź tu po takim komplemencie wracaj do starych, fatalnych dla skóry nawyków. Pokraśniałam oczywiście i w tym nimbie urody, siły psychicznej oraz ogólnej chwały chodziłam już przez resztę dnia. No, może dopóki nie rozbolała mnie głowa. Największym sukcesem, który zawdzięczam owej bardzo uprzejmej kobiecie i jej motywującej porannej uwadze, było ominięcie szerokim łukiem jednej fantastycznej kawiarenki w Śródmieściu. Akurat miałam po południu serię spotkań w tamtej okolicy, a zawsze po takich spotkaniach robię sobie nagrodę w postaci kawy i rozpływającego się w ustach kawałka ciasta właśnie w tej kawiarni. Wyobraźcie sobie tę wewnętrzną walkę, tę burzliwą dyskusję z uwodzicielskim kusicielem w mojej głowie... Ale wygrałam. I to zaskakująco niewielkim wysiłkiem. Może żeby się zmotywować do diet i zmiany nawyków na zdrowsze, należy po prostu wymusić na otoczeniu parę pochwał. "Prawda, że już trochę schudłam? No, co? Nieprawda?"

      Sporo wczoraj było bieganiny po mieście, więc trzeba było się sprytnie oczyszczać, bo zabrakło czasu na powolne i przemyślane gotowanie. Na wczesny obiad jadłam makaron gryczany z bardzo szybko podsmażonymi warzywami na sposób orientalny (przepis wrzuciłam tu wczoraj, będzie w zakładce "Lekkie kolacje"). Ten orientalny sposób smażenia po angielsku nazywa się "stir frying", czyli "mieszanio-podsmażanie" i brytyjscy dietetycy rekomendują żeby zastąpić nim nasze północnoeuropejskie metody smażenia. Ogólnie rzecz wygląda bardzo prosto - patelnię Wok o wysokich ściankach i pół-sferycznym kształcie spryskuje się odrobiną dobrego oleju i stawia na bardzo mocnym ogniu. Ma się rozgrzać prawie do czerwoności. Uprzednio przygotowane warzywa, mięso, rybę czy tofu, wrzuca się szybko do woka i smaży bardzo krótko, intensywnie mieszając. Mają tylko odrobinę zmięknąć i się przyrumienić, nie tracąc jednak chrupkości, i co ważniejsze, zachowując większość odżywczych składników. Polecam wam "mieszanio-podsmażanie" również dlatego, że pozwala w bardzo krótkim czasie przyrządzić coś bardzo przyjemnego w smaku.

      buraki  surówka z buraków

      Oprócz japońszczyzny z woka, jadłam jeszcze podwieczorek w postaci sałatki owocowej (byłam bardzo głodna, a ananas i kiwi wołały do mnie z gabloty mijanego sklepu niezwykle zalotnie), natomiast na kolację zrobiłam sobie duszone warzywa z kaszą jęczmienną i dwiema wspaniałymi surówkami. Surówka pierwsza to po prostu starty koper włoski. A druga to surowy burak, również najzwyczajniej w świecie tarty na tarce. Mogłabym je obie jeść zupełnie same, bez żadnych dodatków, bo koper ma leciusieńko anyżkowy, orzeźwiający smak, a surowy burak smakuje zupełnie inaczej niż gotowany, całkiem zaskakująco, słodkawo i łagodnie, więc jeśli nie mieliście jeszcze okazji obsadzić go w roli surówki, on aż się o to prosi. Kluczem do tych surówek jest tradycyjnie sos, taki sam w obu przypadkach, sos, który nada im szlachetności i dodatkowo uwypukli ich podstawowe smaki. Sos robi się z dwóch łyżek oliwy z oliwek, łyżeczki musztardy (ja ją tym razem ominęłam, bo mi nie pasowała do detoksu), soku wyciśniętego na świeżo z połowy pomarańczy, łyżeczki albo półtorej jasnego miodu, soli i pieprzu (i znów ominęłam te dwa składniki ze względu na odtruwanie). Do buraka można dodać posiekaną drobniutko natkę pietruszki. To po prostu przepyszność.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 14 kwietnia 2012 10:41
  • piątek, 13 kwietnia 2012
    • Detoks, dzień trzeci

      cytryny  pomidory  buraki

      Trzy śliwki w czekoladzie. No może cztery ich było, jeśli się nad tym głębiej zastanowię. Ale za to zero (ZERO) ciastek. Jeśli założymy, że przechodząc na dietę oczyszczającą stosuję się do metody kaizen, czyli maleńkich kroczków ku zmianie, oznacza to, że robię oszałamiające postępy. W nagrodę jedno drzewko wiśniowe w mojej okolicy na samiusieńkich końcóweczkach gałązek nieśmiało pokryło się delikatnym różowym kwieciem i sprawiło mi tym wielką radość. Cały rok na to czekałam. I już jest. Wiosna!

      Oprócz tych nieszczęsnych trzech śliwek w czekoladzie (no, może rzeczywiście czterech), byłam bardzo grzeczna. Na dzień dobry, przed spacerem z psem, jak zwykle wypiłam ciepłą wodę z cytryną. Po spacerze - podobnie jak wczoraj - zafundowałam sobie ekologiczny sok marchewkowo-jabłkowy. Trochę szkoda, że z braku sprzętu nie mogłam go sobie sama na świeżo wycisnąć. Parę lat temu przeżyłam fascynację szkocką guru zdrowego jedzenia, Gillian McKeith, która z dużym przekonaniem i entuzjazmem namawia, szczególnie w czasie detoksu, na domową produkcję soków z owoców i warzyw. Zainspirowana tymi namowami, kupiłam sobie dwie książki z serii "Jesteś tym, co jesz" i pożyczyłam od rodziców sokowirówkę. Przez następnych kilka miesięcy sokowirowałam na potęgę. Moje ulubione soki nie były wcale szczególnie egzotyczne (chociaż wyciśnięty na świeżo ananas to coś wprost rozpustnego). Okazało się, że lubię swojski marchewkowy, albo jeszcze lepiej, marchewkowo-jabłkowy z domieszką cytryny, z rozsądku piłam marchwiowo-buraczany, zaskakująco zasmakował mi ogórkowo-selerowy z bazylią albo miętą, a już wprost zakochałam się w słodko-ostrym soku z jednego jabłka, jednej gruszki i kawałka świeżego imbiru. Był moment, kiedy moje zainteresowanie sokowirowaniem doprowadziło do imprezy, gdzie obok butelki wina moi goście mogli skorzystać z kilku kilogramów umytych warzyw i owoców i samodzielnie wycisnąć sobie sok. I ku zaskoczeniu wszystkich obecnych, sok miał większe powodzenie niż wino, bo znajomi zaczęli się bawić w tworzenie nowych kombinacji owocowo-jarzynowych, nalewając kolejne eksperymenty do plastikowych kubeczków i komisyjnie porównując ich smaki.

      Skoro już jesteśmy przy Gillian McKeith, siedzę właśnie nad jedną z jej książek, więc może skorzystajmy z niej i zweryfikujmy ten mój detoks. Cytuję: "Podczas [odtrucia] musisz się całkowicie pożegnać z produktami, które niszczą twoje komórki, wysysają z ciebie energię, są trudne do strawienia i osłabiają witalność." Matko. Brzmi naprawdę groźnie... I mobilizująco. Zobaczmy listę tych zakazanych owoców i sprawdźmy, czy jestem z grubsza na dobrej drodze:

      kawa (nie piję),
      skorupiaki (nie jem),
      cukier (no cóż...),
      herbata (nie interesuje mnie),
      mleko (odstawiłam),
      pieprz i sól (ups...),
      papierosy (od lat ani jednego),
      jajka (nie jem),
      napoje gazowane (nie piję),
      alkohol (odstawiłam),
      sery (nie spożywam),
      żywność smażona (ograniczona do minimum),
      czerwone mięso (nawet nie miałabym na nie ochoty),
      olej kuchenny i majonez (odstawione),
      drób i ryby (na razie nie jem),
      pieczywo (nie mam w domu),
      musztarda (nie przyszłaby mi do głowy).

      Bilans na moje oko raczej dodatni, chociaż zostało mi jeszcze sporo pracy nad cukrem. Myślę, że w weekend zrobię sobie jeden dzień całkowitej wolności od szkodliwych produktów i spróbuję przeżyć na samych surowych owocach i jarzynach.

      A wracając do trzeciego dnia mojego detoksu, okazało się, że przygotowałam tyle jedzenia w przeddzień, że nie muszę się specjalnie wysilać i gotować na bieżąco. Zjadłam więc sobie resztę pysznego humusu z pomidorami i oliwkami. I trochę wczorajszej potrawki z warzyw zimowych. Zaliczyłam też kawę orkiszową i wspierającą oczyszczanie herbatkę z pokrzyw. Na kolację umówiłam się z koleżankami w wegetariańskiej knajpce, gdzie, jak bardzo porządna dziewczynka, spożyłam gotowane na parze warzywa z sosem na bazie oliwy i czosnku. Nawet nie spojrzałam na gablotę z ciastami ani na apetyczną sekcję "desery" w jadłospisie. Pękam z dumy. I mam nadzieję, że starczy mi zapału jeszcze na kilka dni.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Detoks, dzień trzeci”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 13 kwietnia 2012 10:23
  • czwartek, 12 kwietnia 2012
    • Detoks, dzień drugi.

      quinoa z owocami   suszone owoce quinoa

      Jeżeli miałabym podsumować drugi dzień swoich prób oczyszczenia organizmu w jednym krótkim zdaniu, powiedziałabym: Było lepiej niż wczoraj. Może skupmy się na pozytywach. Pozytyw numer jeden: zero alkoholu i kofeiny. Po drugie: zero mięsa i ryb i nabiału. Po trzecie: dużo, dużo czosnku, cytryny i masę różnych warzyw w formie leciutkich, nie za dużych posiłków. Po czwarte: hektolitry wody mineralnej, kawy zbożowej i ziółek. Po piąte: złaziłam pół miasta na własnych nogach, byłam na zwyczajowych trzech spacerach z psem oraz znów wyszłam na rower. No i wreszcie po szóste: zjadłam o połowę słodyczy mniej niż pierwszego dnia detoksu (jeden jedyny kawałek tortu kakaowego), a i uwodzicielskie głosy w mojej głowie jakby mniej intensywnie kusiły ("Musisz zjeść jakąś czekoladę, to nie zachcianka, to konieczność, twój organizm potrzebuje magnezu, to hormonalne, jesteś kobietą, tak już masz, nie walcz z tym..."). Jest więc nieźle.

      Istnieją dwie szkoły wprowadzania istotnych zmian w życiu. Jedna opiera się na opracowanej w Japonii filozofii Kaizen i polega na stopniowym wykonywaniu maluteńkich, czasem wręcz karykaturalnie minimalnych, kroczków ku pożądanej zmianie. Czyli w moim przypadku pierwszego dnia detoksu zjadłabym dwa ciastka minus jeden kęs. Ten jeden niezjedzony, ostatni gryz byłby pierwszym krokiem w stronę transformacji. Przez następne kilka dni jadłabym mniej więcej tyle samo, po czym zamiast jednego kęsa, na talerzu zaczęłabym zostawiać dwa. A po paru kolejnych dniach, trzy. Potem odpuściłabym sobie trzy-czwarte drugiego ciastka i tak bym dalej pomalutku redukowała słodycze, aż do całkowitego zera.

      Druga szkoła wprowadzania dużych zmian, w krajach anglojęzycznych znana jest pod barwną i zagadkową nazwą "cold turkey", czyli zimny indyk. Jeśli na przykład rzucałabym kawę na "zimnego indyka", to przestałabym ją pić metodą szokową, z dnia na dzień i bez przygotowania. Czyli rewolucyjnie, a nie ewolucyjnie. "Zimne mięsa" to po angielsku wędliny, więc zimny indyk oznacza po prostu gotową pieczeń drobiową, którą można podać szybko i od razu, bez pracochłonnych przygotowań. Być może stąd wzięła się nazwa terapii szokowej - "cold turkey". Zimny indyk jest też symbolem poświętnego wyjadania resztek po wielkim obżarstwie i opilstwie, czyli równocześnie symbolizuje twardy powrót do rzeczywistości. Metoda na "zimnego indyka" wiąże się niestety z różnymi nieprzyjemnymi konsekwencjami odstawienia ulubionej odżywki. W przypadku niewinnych słabostek, może to być zwykła migrena, natomiast przy cięższych uzależnieniach, nagłe rzucanie szkodliwej substancji potrafi być niebezpieczne dla zdrowia i życia.  Podejrzewam, że ja w naturalny sposób należę do szkoły Kaizen. Jestem taką polską Japoneczką. Potrzebuję zmieniać się stopniowo, w miarę bezboleśnie, z poszanowaniem, zrozumieniem i życzliwością dla żądnej słodyczy, słabej, biednej małej mnie.

      Tak właśnie sobie tłumaczę ten kawałek czekoladowego tortu, któremu się dałam skusić. Wracając do detoksu, działalność, jak poprzednio, zaczęłam od porannej ciepłej wody z cytryną, na rozruszanie metabolizmu. Spacer z psem mnie rozgrzał i rozbudził, a potem ekologiczny soczek jabłkowo-marchewkowy dodatkowo wsparł energią. Miałam świetny plan, że doleję sobie do niego soku z trawy pszenicznej, który kiedyś zamówiłam przez internet aż z Irlandii. Niestety, rzuciłam okiem na datę ważności i trzeba było z niego zrezygnować. Na drugie śniadanie zjadłam (w ramach ekonomicznej kuchni, w której wszystko się zużywa i nic się nie marnuje) pozostałą z wczoraj ugotowaną komosę ryżową, z rodzynkami, suszonymi morelami i pestkami słonecznika, posłodzoną odrobiną syropu daktylowego. Bardzo przyjemne śniadanie. Potem ruszyłam w miasto, odkrywając kawałek wcześniej niezwiedzonej Woli, przetykanej samotnymi przedwojennymi czynszówkami, socrealizmem z wielkiej płyty i srebrzystą architekturą biurową XXI wieku. Bardzo było ciekawie. Pojechałam odebrać internetowe zamówienie do małego sklepiku ze sprzętem grającym i zostałam tam dłużej niż planowałam, bo sprzedawca słuchał wspaniałej płyty (Peter Gabriel, jak się okazało, a nie podejrzewałam go o taką wspaniałość), pogadaliśmy więc o muzyce i w nagrodę zostałam usadzona na kanapie pomiędzy dwiema super-nowoczesnymi kolumnami i uraczona stereofoniczną elektroniczną ucztą krystalicznie czystej jakości. Myślę, że muzyka też oczyszcza. Czasem skuteczniej od diety. Mogłam tam siedzieć i słuchać jeszcze dłużej, ale miałam sprawy do załatwienia, miejsca do odwiedzenia, ludzi do zobaczenia. Zahaczyłam więc tylko o kultowy bliskowschodni sklep w Samirze, na tyłach Biblioteki Narodowej i zakupiłam sobie na podwieczorek pulchne, jędrne, soczyste oliwki. Czarne, fioletowe i zielone. Z pestką. W lekkiej solance. Coś pięknego...

      oliwki

      Z czym można zjeść najlepsze oliwki jakie kiedykolwiek kupiłam w Warszawie? Z domowym humusem oczywiście (przepis za momencik). I z wczorajszą, ale jeszcze smaczniejszą niż wczoraj, sałatką z komosy ryżowej i pieczonych warzyw. Do tego pokrojony pomidor i nagle miałam przed sobą piękny, apetyczny talerz śródziemnomorskich przystawek. I jeszcze mi na jutro zostało! Dzień zakończyłam gotowanymi warzywami (marchew, cukinia, kalarepa i fasolka adzuki) w sosie pomidorowym, z sałatą i awokado. Też niczego sobie. Czego i wam życzę.

       

      potrawka warzywna  potrawka z warzyw

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Detoks, dzień drugi.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 kwietnia 2012 11:31
  • wtorek, 10 kwietnia 2012
    • Detoks, dzień pierwszy

      jabłko i gruszka  jabłko i gruszka

      No cóż... Nie wszystko poszło zgodnie z ambitnym planem. Być może odrobinkę się przeceniłam. Z poprzednich diet oczyszczających pamiętam przecież wyłącznie dobre momenty, więc i tym razem przesiałam wspomnienia, odrzuciłam te niewygodne i zostawiłam tylko optymistyczne i motywujące. Pamiętam więc wszystkie budujące symptomy oczyszczenia - bezprecedensową jasność umysłu i poranną chęć życia. Spokój i lekkość w ciele. Poczucie satysfakcji, że jestem taka konsekwentna i zdeterminowana. I wrażenie atrakcyjności, bo na policzki wyszły mi zdrowe kolorki, a organizm pozbył się nadmiaru zatrzymanej wody i na oko straciłam parę kilo. Na okrągłej zwykle twarzy pojawiły się dawno nie widziane kości policzkowe. Zewsząd zniknęły plamki i wysypki, fałdki i pomarańczowe skórki. No, może trochę się zagalopowałam i nieco podkolorowałam te sielankowe wspominki. To, czego niestety nie pamiętałam, a szkoda, bo bardziej realistycznie planowałabym te swoje detoksy, to wieczorny ból głowy, rozkojarzenie i permanentna irytacja po odstawieniu kofeiny. Nieustające, ssące w dołku pokusy i ciągła frustracja. Kilka falstartów zanim na dobre zacznę o siebie dbać. Te straszne pierwsze dwa czy trzy dni bez cukru, kiedy każda komórka mojego ciała woła: Ciaaastko!!! Daaaj ciastko!!! Naaatychmiast!!!

      Dzisiaj tak wszystkie wołały. Chórem, skubane, i na cały głos... A do tego jakiś solista, seksownym tenorem podpowiadał racjonalne powody, dla których to ciastko naprawdę muszę zjeść. Przemówił tuż po budziku, z samego rana, nie pozwalając nawet się porządnie ocknąć. "To dzisiaj zaczynasz tę swoją dietę?" - pytał zalotnie - "A czy na pewno ją przemyślałaś? Pamiętasz ten artykuł, w którym pisali, że cukru nie należy odstawiać nagle? Zaplanowałaś co zrobisz, jeśli dzisiaj złapie cię pokusa? Może lepiej od razu założyć, że zjesz jakąś słodycz, w kontrolowany sposób, małymi krokami zmniejszyć ilość ciastek na dzień? Możesz przecież pójść do tej knajpki, gdzie sprzedają wegańskie babeczki, na pewno są zdrowsze niż przeciętne wypieki z cukierni. Czy to nie rozsądniejsze niż takie rzucanie cukru z dnia na dzień?". Przekonujący facet, ten solista w chórze moich komórek. I niegłupio mówił. Wszczepił mi tę myśl o wegańskim ciastku jakoś tak niepostrzeżenie i podprogowo. Ale nie. Obiecałam sobie detoks i jeszcze go ogłosiłam wszem i wobec, więc nie mogłam tak łatwo zrezygnować.

      prażone jabłko   kawa orkiszowa

      Zaczęłam całkiem nieźle. Na czczo wypiłam szklankę ciepłej wody z cytryną, żeby nie szokować żołądka czymś zimnym albo ciężkim. Wyszłam na energiczny spacer z psem. Pogoda była wybitnie spacerowa, więc zaplanowałam, że po południu wydobędę z piwnicy rower i pojeżdżę nim po dzielnicy żeby pozałatwiać parę spraw. Zresztą rzeczywiście tak zrobiłam i bardzo mi z tym było dobrze. Tenor-solista chwilowo milczał. Na śniadanie zrobiłam sobie prażone jabłko z gruszką i siemieniem lnianym. Na razie szło mi całkiem, całkiem. Wzięłam prysznic, wymasowałam sobie ciałko, stymulując krążenie, po czym znów udałam się do kuchni, w celu spożycia kawy zbożowej zamiast zwykłej kawy. Miałam polecaną przez słynną dwunastowieczną mniszkę, Hildegardę z Bingen, kawę z orkiszu. Hildegarda polecała orkisz na wszystko i do wszystkiego. Podobno ziarno orkiszu zawiera dużo białka, błonnika, nienasyconych kwasów tłuszczowych, węglowodanów, witamin i biopierwiastków. Oczywiście nie zawiera kofeiny i jest lekkostrawne, a jeśli wprowadzi się je do swojej zdrowej, zbilansowanej diety na stałe, wspiera trawienie, poprawia odporność i usuwa toksyny. No to pogratulować. Do dziesiątej rano osiągałam same sukcesy. Potem też było w porządku. Ugotowałam sobie komosę ryżową, a do niej upiekłam warzywa. Trafiłam jeszcze na zagubione w lodówce rzodkiewki, których jakoś nie mogliśmy znaleźć na święta, więc teraz je pokroiłam, żeby się nie zmarnowały. Zrobiłam z tego wszystkiego sałatkę z dodatkami zalecanymi w diecie oczyszczającej: natką pietruszki, czosnkiem i cytryną (za chwilę dodam przepis, bo wyszła zupełnie smacznie).

      Ale tenor-racjonalizator nie miał zamiaru mi odpuścić. Już w okolicach południa przypomniał mi, że mieliśmy plan. "Pamiętasz o tym wegańskim ciastku?" - wymruczał czule. Pamiętałam. Kupiłam sobie. Zjadłam. Ale on się dopiero rozkręcał. "No to skoro już zjadłaś jedno, to ten detoks się nie liczy" - stwierdził władczo. - "Znaczy, możesz sobie kupić coś jeszcze. Zdenerwowałaś się rano, pamiętasz? Kiedy wpadłaś w panikę, że za dwa tygodnie jedziesz do Szwajcarii, kupiłaś bilet za ciężkie pieniądze, ale zapomniałaś, że masz nieważny paszport? Ciśnienie ci podskoczyło. Trzeba coś z tym zrobić. Jedno ciastko nie wystarczy, nawet jeśli ci na koniec ulżyło, bo w Ambasadzie Szwajcarii oficjalnie cię poinformowano, że wpuszczą cię na dowód osobisty. Tu za rogiem jest kawiarenka, w której sprzedają te pyszne kruche mazurki z kremem migdałowym... Wiesz, jak je lubisz. Wiesz, że będą za tobą chodziły przez cały ten tydzień, więc kup sobie jednego (tylko jednego, przecież to maleństwo) dzisiaj, i będziesz miała z głowy pokusę. Jutro możesz zacząć od początku, będziesz miałą czystą kartę. Dzisiaj już wyłamałaś się z diety, więc nie ma znaczenia - jedno, dwa czy trzy ciastka...." Gadał i gadał i buzia mu się nie zamykała. A ja słabłam. Walczyłam jeszcze przez jakiś czas. Zamiast mazurka, zjadłam sałatkę. A potem jeszcze trochę sałatki. I jeszcze.

      Ale ten mój podszept perfidny kombinował dalej jak mnie podejść i znalazł doskonały sposób. "Wiesz co? - zaświergotał mi zalotnie prosto w najczulszy punkt - "Wiesz, że nie ma żadnego znaczenia czy jesteś szczupła czy masz parę kilo nadwagi? Po co się męczyć, katować dietami, ćwiczyć silną wolę? Pamiętasz tę książkę (to była naprawdę mądra książka), gdzie napisano, że silna wola to mit? To taki bardzo ograniczony zasób, którego nie należy nadwyrężać, bo go nie zostanie na ważniejsze rzeczy. Więc jeśli dzisiaj sobie czegoś odmówisz, to już nie będziesz miała siły, żeby tego sobie odmówić jutro. Rozumiesz? Tak naprawdę to wcale nie chodzi ci o oczyszczenie, tylko o to, żeby w tej Szwajcarii oczarować tego znajomego znajomych, który "przypadkiem" będzie ich odwiedzał w tym samym czasie co ty, a według twoich przyjaciół "doskonale do siebie pasujecie". I czym chcesz go oczarować? Tym że jesteś umęczoną dietami, sfrustrowaną odmawianiem sobie przyjemności, masochistyczną perfekcjonistką z ładną figurą, która niestety nie potrafi cieszyć się życiem? A nie lepiej się po prostu dobrze bawić? Pokochać swoją nadwagę? Zresztą, co to za nadwaga. Parę kilogramów. W każdej chwili do zrzucenia. W lecie zawsze jest gorąco i masz ochotę wyłącznie na sałatę i wodę mineralną, więc jesz jak ptaszek. Poza tym czy on, ten idealny dla ciebie facet, ma się zakochać w twoich wysokich standardach i samozaparciu, czy w twojej autentycznej, bezpretensjonalnej, radosnej osobowości? Dieta to nie sposób... Kup sobie tego mazurka. Od razu się bardziej pokochasz." Kupiłam.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Detoks, dzień pierwszy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 kwietnia 2012 20:47
  • poniedziałek, 09 kwietnia 2012
    • Detoks poświąteczny

      detoks    brokuł

      Plan jest taki, jak co święta: do północy w Lany Poniedziałek jem, piję i popuszczam pasa. Zamiast się mądrze i budująco ukulturalniać, oglądam głupkowate filmy na DVD i do absolutnego minimum ograniczam aktywność ruchową. Strój niedbały. Pupa zaparkowana na stałe w miękkich objęciach kanapy. Plecki wygięte w fantazyjny esik-floresik na poduszkach. Oczy troszkę nadwyrężone od migotania ekranu. Wątroba ledwo kwiczy. W lodówce ciągle straszą pasztety, majonezy, różowe wieprzowe szynki i kiełbasy, mocno czekoladowy mazurek z kremem klonowym i tłuściutkim, kruszącym się rozkosznie pod naporem widelca kokosowym spodem, no i oczywiście kawa, dużo bardzo mlecznej kawy. I chociaż na winko do obiadu nikomu nie udało się mnie namówić, cały układ trawienny i tak ledwo rzęzi, coś mnie zaczyna tu i ówdzie swędzieć, a kształty w lustrze jakby nieco bardziej obłe. I moje ulubione spodnie, które jeszcze tak niedawno zwisały smętnie ze szczuplejszych pośladków, już nie wiszą...

      To wszystko oznacza, że nie mam wyjścia. Plan jest więc jak następuje: od świtu pierwszego dnia po świętach, bez żadnej taryfy ulgowej, bo już wszystkie ulgi co do jednej wykorzystałam, przechodzę na przyjazną ciału dietę oczyszczającą. Zaczynam detoks. Mam o tyle łatwiejsze zadanie, że razem ze swoim wielce obronnym psem pilnuję zaprzyjaźnionej rodzinie domu, będę więc na obcym terytorium, bez tych wszystkich znajomych domowych pokus i rozpraszaczy. Miałam pomysł, że pobiegnę z rana we wtorek na bazarek niedaleko swojego tymczasowego domu i kupię całą kolekcję detoksyfikujących warzyw, żeby się jeszcze dodatkowo zmotywować (nie ma to jak zakupy!). Zajrzałam nawet do kilku mądrych książek, aby sobie utrwalić co pomaga w oczyszczaniu i zrobić listę zakupów. Niektóre pozycje na tej liście bardzo mnie cieszą. Na przykład kąpiel solankowa. Znalazłam w łazience specjalną sól zasadowo-mineralną. Oto, co napisano na opakowaniu (już się czuję zdrowsza): "Zasadowa sól neutralizuje kwasy na skórze i wspomaga proces jej oczyszczania, co stymuluje odbudowę płaszcza ochronnego i wspomaga proces pielęgnacji i regeneracji." Rewelacja. Mogłabym już wskakiwać do wanny. Kolejne elementy detoksowej listy to różne rzeczy, które i tak lubię: czosnek na przykład. Albo marchew. Brokuły i buraki. Seler. Zupa miso. Koper włoski. Jabłka, gruszki i cytryny. Komosa ryżowa i siemię lniane. Herbatka z pokrzywy. Najzabawniejsze jest to, że kiedy zaczęłam się pakować na tygodniowy urlop od własnego mieszkania, rzuciłam okiem na zawartość lodówki i szafek, bo może akurat kilka z tych produktów już mam i nie muszę specjalnie ich kupować. Ku mojej wielkiej radości, okazało się, że mam właściwie wszystko czego trzeba i spokojnie mogę się detoksować bez wycieczek na bazarek i targania ciężkich siat. Dobry znak? No a kolejny dobry znak to ewidentna poprawa pogody. Ptaszory śpiewają, chmury się rozstąpiły, temperatura podskoczyła (wczoraj na wybrzeżu atak zimy kazał części mojej rodziny zastanowić się, czy to aby te święta, co trzeba - na gwałt ewakuując wszystkie ukryte w ogródku przez zajączka prezenty dla dzieci, nagle osypane obficie śniegiem). Ale dziś jest ładnie. Nie będzie wymówki żeby nie wyciągnąć z piwnicy roweru. Tym bardziej, że (dobry znak numer trzy!) ukochany ojciec właśnie dał mi na prezent rękawiczki dla cyklistów i super-duper komputer pokazujący spalane kalorie i przejechany dystans. Bajka. I ewidentna zachęta żeby o siebie z czułością zadbać.

      jabłko gruszka  koper włoski  czosnek pomidory

      Plan jest więc taki: ogłoszę ten detoks publicznie, to może poczuję się bardziej i na serio do niego zobowiązana. Opublikuję tę swoją oficjalną deklarację tutaj, na blogu, i będzie mi strasznie, strasznie głupio się z niej wycofać, więc się po prostu nie wycofam. Nie zmięknę. Nie złamię się. Uczyłam się jakiś czas temu tego i owego na temat motywowania siebie i innych do dużych zmian i (przynajmniej teoretycznie) takie publiczne, ogłaszane otoczeniu zobowiązania działają bardzo mobilizująco. Zobaczymy, nie ma nic lepszego jak sprawdzać teorię empirycznie. Na sobie. Życzcie mi powodzenia! I trzymajcie za mnie kciuki.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Detoks poświąteczny”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 kwietnia 2012 14:11

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl