Kucharka Zen

Śniadania

  • piątek, 14 września 2012
    • Kokosowo i śliwkowo z czekoladą

      śliwki    śliwki

      Nie wypada nie zjeść nawet jednej śliwki w tak piękną wczesną jesień. Moje mokotowskie warzywniaki przeżywają szczytowe momenty swojej sezonowej działalności - drewniane skrzynki uginają się pod ciężarem fasolek, pomidorów, gruszek, jabłek i śliwek właśnie. Śliwki, jak twierdzi internet, zawierają błonnik, izatynę i sorbitol, czyli substancje sprzyjające regulacji czynności układu pokarmowego. Stąd tradycja podawania suszonych śliweczek kiedy nam się zatka żołądek, żeby (jakby to delikatnie ująć?), żeby go zachęcić do pracy. Owoce są też świetnym źródłem zawierającej przeciwutleniacze witaminy C, która zwalczy infekcje i pomoże się bronić przed astmą czy reumatyzmem, plus całej masy witamin z grupy B, dodatkowo wspierających metabolizm. Zawierają też potas, fluor i żelazo (żelazo stymuluje lepsze krążenie, a to z kolei stymuluje budowę zdrowych tkanek). I fenole, zapobiegające szkodom wyrządzanym przez wolne rodniki (ale ja się uczę fajnych rzeczy, pisząc ten blog!). I jeszcze, i jeszcze: regularnie jedzone śliwki, szczególnie te żółte i pomarańczowe, pomagają przeciwdziałać rozmaitym infekcjom oczu (było o uszach, to będzie i o oczach), sprawiając, że widzimy dobrze, wyraźnie, ostro przez długie lata.

      Przepis na dzisiejszy podwieczorek ze śliwkami znalazłam w mojej biblii ekologicznego jedzenia, "Less meat, more veg" Rachel de Thample. Ale dorzuciłam co nieco od siebie.

      Kokosowo-czekoladowe pełnoziarniste placuszki ze śliwkami

      Składniki: 225g pełnoziarnistej mąki orkiszowej, 3 łyżeczki proszku do pieczenia, szczypta mielonego kardamonu, czubata łyżka kakao lub karobu, 250ml mleczka kokosowego, 2 łyżki syropu buraczano-jabłkowego. Do dekoracji: 8 pokrojonych na cząstki śliwek i trochę nutelli z gorzkiej czekolady.

      Instrukcje (banalne, chyba że jest się mną i ma się jakiś wrodzony kłopot z usmażeniem chociaż jednego normalnie wyglądającego placka... ale wierzę w was i wasze kulinarne umiejętności i wiem, że wam wyjdą śliczne wprost pankejki): Zmieszajcie razem mąkę, proszek do pieczenia, kardamon, kakao, syrop słodzący i mleczko kokosowe. Powinno wam wyjść coś brązowego o konsystencji dobrze ubitej śmietany. Rozgrzejcie na patelni trochę oliwy z oliwek i usmażcie (w tym czasie ja pójdę na kurs podstawowych technik gastronomicznych) mocno rumiane placuszki z mniej więcej dwóch łyżeczek ciasta każdy. Podawajcie wysmarowane nutellą z ciemnej czekolady (albo rozpuszczoną z odrobiną mleka kokosowego gorzką czekoladą 70%) i z cząstkami śliwek. Polecam!

      śliwki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Kokosowo i śliwkowo z czekoladą”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 14 września 2012 17:02
  • sobota, 04 sierpnia 2012
    • Dzielny jeżyk, koślawy opatrunek i o jedno piwo za dużo

      zielona jajecznica z pstrągiem   zielona jajecznica z pstrągiem   zielona jajecznica z pstrągiem

      W czwartek po południu moi rodzice wypatrzyli w swoim ogrodzie jeżyka. W naszej rodzinie jeże nieodmiennie wzbudzają czułość. Chociaż zupełne nie przypominają na przykład psa - łatwego w obsłudze, przymilnego, ufnego zwierzaka domowego o miękkim futerku - jeże są iglaste, niezależne i strachliwe (ani ich pogłaskać, ani się nawet zbytnio zbliżyć nie można, bo od razu sprawiają wrażenie półżywych z przerażenia), to jednak tak uroczo tuptają tymi swoimi mini-nóżkami, tak ślicznie zwijają się w spanikowaną kolczastą kulkę, tak fajnie fukają, kiedy coś im się nie spodoba, takie rozwijają słodkie, nieśpieszne tempo, że nie sposób ich nie kochać. Nawet platonicznie.

      Jeż pojawił się w ogrodzie moich rodziców, w miejscu, do którego mógł dotrzeć jedynie: a) przefrunąwszy nad wysokim murowanym garażem, b) poszybowawszy nad wysoką betonową ścianą, c) przeczołgawszy się pod siatką dzielącą ulicę od posesji, a następnie przetuptawszy calusieńki ogród, otoczywszy cały dom i dotarłszy wreszcie w to trudno dostępne miejsce, w którym na koniec spotkał swoich wybawców. Powiecie pewnie, że opcja c) jest najbardziej prawdopodobna, że jeże przecież nie fruwają, nie szybują, natomiast czołgać się i tuptać mogą bez problemu. Tyle że ten jeż został właśnie potrącony przez samochód, a w wyniku wypadku tylna część jego ciała, wraz z dwiema łapkami, uległa paraliżowi. Co niezmiernie utrudnia całą tę zagadkę. Bo tak realistycznie kombinując, czy to możliwe, żeby dokonał absolutnie heroicznej przeprawy przez połacie i połacie nieznanego ogrodu, kierując się niezłomną wolą przetrwania i instynktem, który mówił, że w trawie jest bezpieczniej niż na asfalcie, a w wyeksponowanym miejscu być może znajdzie go jakieś większe i mądrzejsze stworzenie, które mu jakimś cudem pomoże? Nie wiem, czy to prawdopodobne z punktu widzenia ilorazu inteligencji przeciętnego jeża, ale wierzę w wolę życia i cuda, jakich ona dokonuje. Jest też druga możliwość. Że z jakiegoś trudnego dla mnie do zrozumienia powodu ktoś (kto?) przerzucił jakoś (jak?) jeżyka przez mur, na patio obcych ludzi, licząc być może, że zwierzę nie poturbuje się za bardzo przy upadku, a obcych ludzi ruszy sumienie i wezmą zwierza do weterynarza.

      Co oczywiście zrobili. Okazało się, że w Powsinie istnieje instytucja, która nazywa się Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt. Więcej, po całym kraju rozsiane są takie ośrodki, a część z nich specjalizuje się wręcz w ratowaniu rannych jeży (genezę tego pomysłu i wyciskającą łzy ostatnie opowieść o pewnym jeżyku nazwanym Jasiek Wędrowniczek, którego historia dała początek sieci ośrodków weterynaryjnych możecie poznać tutaj: http://naszejeze.org/geneza.html). W czwartek wieczorem rokowania naszego jeża nie były najlepsze. Lekarz obiecał, że zrobi dla niego, co tylko się da, ostrzegając jednak, że zwierzę najprawdopodobniej odniosło za duże obrażenia żeby przeżyć. Natomiast jeśli przeżyje, a tylne łapki nadal nie będą w pełni funkcjonować, nie da sobie rady w lesie, do którego wypuszcza się wyratowane i podleczone zwierzątka. I kazał zadzwonić następnego dnia wieczorem, kiedy już będzie więcej wiadomo.

      Mimo fatalnych prognoz, kiedy mama zadzwoniła do Powsina wczoraj wieczorem, jeż żył i miał się nieźle. Jego rokowania znacznie się poprawiły. Weterynarz brzmiał dużo bardziej optymistycznie. I zgodził się na kolejny telefon w sprawie zwierzaka - nazajutrz. Czekamy więc na wieści, trzymając kciuki i mając nadzieję, że wszystko skończy się dla jeżynki jak najlepiej. Jeśli macie wolne ręce, i wy potrzymajcie chociaż przez chwilę przynajmniej z jeden kciuk. Tak na wszelki wypadek. A nuż dzielnemu jeżowi pomoże.

      opatrunek 

      Natomiast na froncie medycznym, tym razem dotyczącym już mnie osobiście, postępy, piorunujące postępy. Przeszłam niepostrzeżenie na poziom wyżej, poziom większego wtajemniczenia i większej samodzielności. W środę bowiem doktor M. zasugerowała, żebym to ja odtąd zmieniała swoje opatrunki, nie angażując już w to co dwa dni przeciążonej publicznej służby zdrowia i przepracowanych chirurgów. Zaopatrzyła mnie w dwie recepty (woda utleniona, maść z jodem, odkażacz w aerozolu, gaza i plastry) oraz szczegółowe instrukcje (obficie polać tajemniczą dolegliwość wodą utlenioną, opryskać odkażaczem, wewnątrz posmarować maścią, następnie przyłożyć gazą i okleić plastrem), po czym pchnęła w świat, bym już sama o siebie zadbała. Co oznacza, niestety, że w poniedziałek nie zobaczę się z przystojnym nieżonatym chirurgiem, mężczyzną moich aktualnych marzeń, bo wykonam jego niewdzięczną robotę własnoręcznie. Bu.

      Wczoraj przyszedł czas debiutu. Ostatni kurs pierwszej pomocy odbyłam równo dwadzieścia lat temu. Pamiętałam więc niewiele (i oczywiście wyłącznie te rzeczy, które w codziennym życiu okazują się zupełnie nieprzydatne), umiałam jeszcze mniej. Jak przez mgłę przypominały mi się również jakieś urywane migawki z kursu na prawo jazdy. Bagatela, lat temu piętnaście albo ciut więcej, mieliśmy na ten temat teoretyczny wykład ilustrowany schematycznymi rysunkami. Ale że w ławce obok mnie usadowił się przystojny cherubin w koszulce z logo batmana, pierwsza pomoc stanowiła raczej tło dla istotniejszych wydarzeń (Czy on usiadł obok mnie specjalnie? Czy się do mnie właśnie uśmiechnął? Czy powinnam się odwzajemnić uśmiechem? Ale przecież ja jestem poważna, skoncentrowana, i co on sobie pomyśli jeśli tak się zacznę nagle szczerzyć? Zresztą minął już ten moment, ułamek sekundy za długo się zastanawiałam i teraz wyglądałabym jak maniaczka. Teraz będzie trzeba coś inteligentnie skomentować. Ale może poczekam na jego pierwszy ruch... itd, itp.). Co oznacza, że przystępując do swojego pierwszego harcerskiego wyzwania w życiu, byłam spektakularnie nieprzygotowana. Oczywiście, wystawiłam na wierzch wszystkie środki nabyte w aptece. Zakupiłam nawet (o hipochondrio!) mydło antybakteryjne, na którego opakowaniu napisano, że jest używane przez lekarzy. Ale kiedy przyszło co do czego, odkryłam z konsternacją, że niewykluczone, iż jestem szczęśliwą posiadaczką dwóch lewych rąk. Na początek wylałam na swoją łydkę połowę dostępnej wody utlenionej. Na wszelki wypadek. Potem obficie spryskałam aerozolem do odkażania, zastanawiając się, czy oba specyfiki nie służą dokładnie do tego samego albo, co gorsza, nie wchodzą ze sobą w skomplikowaną, nieprzewidzianą reakcję chemiczną. Ale chyba nie wchodzą, bo dwadzieścia cztery godziny później żyję, chodzę i mam się dobrze. Największą trudność sprawiła mi wydawałoby się najbanalniejsza część procesu - przyklejanie gazy plastrem do nogi. Całą operację przeprowadziłam w wannie, więc możecie sobie wyobrazić ten obrazek - na wpół ubrana, klnąca jak szewc kobieta, która odcina od rolki białego plastra kolejne kawałki, nieodmiennie przyklejając je w nieodpowiednim miejscu, pod nieodpowiednim kątem, albo tak krzywo, że marszczyły się, sklejały, zbijały w nieprzydatne do niczego kłębki. Pod koniec tego opatrunkowego procesu na brzegu wanny zebrał się cały stosik zbyt długich, zbyt krótkich, źle uciętych, skręconych i zwiniętych kawałków plastra. Miałam nieprzyjemne wrażenie, że gdzieś już to widziałam.

      I widziałam. Nie raz. Za każdym razem kiedy przyszło mi - przy okazji urodzin, imienin, rocznic, ślubów i rozmaitych świąt - opakowywać dla kogoś prezent. Z nieustającą (jakże naiwną) ambicją, że tym razem zrobię to równo i elegancko, przystępowałam do akcji "ozdobny papier" i nieodmiennie kończyłam tak samo - zmachana, sfrustrowana, z gardłem zdartym od wyzwisk, jakie kierowałam to w stronę zbyt cienkiego papieru, to zbyt nieforemnego prezentu, który nie chciał się dać owinąć papierem (nawet jeśli miałam przed sobą idealny prostopadłościan), to znowu krzywych nożyczek i ze znajomym już chaotycznym stosikiem zmarnowanej, lepkiej taśmy klejącej. Najwyraźniej trzeba mieć jakiś antytalent. Całe szczęście od kilku lat w sklepach dostępne są gotowe, estetyczne torby i pudła na prezenty, stworzone na pewno przez kogoś takiego jak ja, tak samo niezdolnego do najprostszych manualnych operacji. Kiedy uczyłam się jeździć na nartach, moi nauczyciele dawali mi wysokie oceny za skuteczność, a żałośnie niskie - za styl. Podobnie rzecz ma się z pakowaniem prezentów i zmianami opatrunków. Będzie koślawo, z przygodami, po drodze wymsknie mi się parę wulgaryzmów, ale na koniec osiągnę zamierzony cel. W stylu mocno dowolnym. Lecz skutecznie.

      zielona jajecznica z pstrągiem

      A dzisiaj? Dzisiaj jestem dumną posiadaczką ukośnego nieco i niesymetrycznego, ale własnoręcznego opatrunku na łydce. Podobno praktyka czyni mistrza, więc może jutro pójdzie mi nieco lepiej i będzie jeszcze ze mnie sanitariuszka. Dwadzieścia cztery godziny po operacji "gaza i woda utleniona" plastry trzymają się mocno. A ja cierpię z zupełnie innego powodu.

      Boli mnie głowa. Pobolewa, pulsująco, jakby jeszcze nie do końca zdecydowała, czy ulegnie migrenie, czy będzie walczyć dalej. W ustach mam sucho. Zęby mam suche. Swędzą mnie oczy. Razi światło. Irytują hałasy. Piję wodę litrami, jakbym właśnie przemierzyła pustynię. Ciało mam ociężałe. Senność falami odbiera mi jasność myślenia. O jedno piwo za dużo. Takie rzeczy zdarzają się najlepszym z nas. Nawet tym, którzy szczerze i dojrzale postanowili któregoś dnia dbać o siebie, bo przecież to nie jest gra komputerowa i game over następuje po jednym tylko życiu, w którym dysponujemy jednym tylko ciałem (prawda, że mądrze myślę?). Jestem tylko człowiekiem (i nic, co ludzkie nie jest mi obce, itp, itd). Szczere i dojrzałe postanowienia ulegają więc czasem tymczasowemu zawieszeniu. Tym bardziej, że tak miło czasem wyjść do ludzi, w gwar i energię wieczornego życia. Tak dobrze posiedzieć z dawno nie widzianymi znajomymi, dzięki którym czuję się inteligentna, interesująca, zabawna i miła (a w połowie trzeciego pszenicznego, niepasteryzowanego jestem już mistrzem świata w konwersacji). Co oczywiście świadczy w dużej mierze o inteligencji, interesującości, zabawności i miłości mojej licealnej przyjaciółki A. i jej uroczego chłopaka P. Warto było. Ten podszept, który w odpowiednich momentach wczorajszego wieczora przypominał jak pięknie żyć wśród ludzi i że czasem warto za to zapłacić kacem, miał trochę racji. Ciekawe, że odzywał się w idealnej synchronizacji z opróżnianiem kufla, dokładnie w momencie, kiedy pojawiała się kelnerka pytając o kolejne zamówienia.

      zielona jajecznica z pstrągiem

      Dzisiaj więc cierpię. Co dało się przewidzieć. Czego byłam świadoma. Trochę mi głupio wobec samej siebie, bo dla kilku godzin przyjemności (wielkiej, ładującej baterie, uważam, że końcowy bilans jest dodatni) zafundowałam sobie cały dzień ćmienia, światłowstrętu i odwodnienia. Chyba że...

      Zawsze można spróbować zminimalizować straty. Chociaż wolałabym się dzisiaj obudzić z tą rozkoszną świeżością i energią człowieka, który nic wczoraj nie wypił, podjęłam decyzję o tym ostatnim piwie bez pistoletu przystawionego do skroni. Sama. I wypadałoby przynajmniej trochę ulżyć swojej przeciążonej wątrobie oraz całej reszcie spragnionego, wysuszonego organizmu. Tym bardziej, że za parę godzin umówiłam się z rodzicami na darmowy koncert jazzowy w parku. W celu ukulturalnienia. I trzeba się tam będzie jakoś dotoczyć. Jakimi dysponuję osobistymi sposobami na kaca? Trzema, ale napiszę wam też o kilku innych, bo znalazłam fajną książkę o zdrowym żywieniu, której autorka, człowiek z krwi i kości, a nie surowy, bezlitosny pedagog, rozumie, że czasem człowiekowi powinie się noga i pobłażliwie traktuje takie ludzkie słabostki.

      Moje sposoby na kaca: Woda. Dużo wody. Hektolitry niegazowanej wody mineralnej z największą ogólną zawartością rozpuszczonych składników mineralnych, jaką dacie radę znaleźć w sklepie. Herbatka z pokrzywy, która wesprze wątrobę i pomoże oczyścić organizm z toksyn (dostarczając odwodnionemu ciału kolejną porcję płynu). No i śniadanie, bo to podstawa na dobry początek dnia poprzedzonego nocnymi ekscesami - mocno białkowe, ale nieprzesadnie tłuste, żeby nie obciążać już i tak ledwo zipiących organów wewnętrznych odpowiedzialnych za trawienie. Na końcu wpisu możecie znaleźć przepis na moje dzisiejsze proteinowe dzieło śniadaniowe, które elegancko doprowadziło mój poziom cukru we krwi do stanu używalności - zieloną, mocno warzywną jajecznicę z rzodkiewką i wędzonym pstrągiem. Inne jajecznicowe przepisy śniadaniowe, które pomogą wam przebrnąć przez ten trudny dzień możecie znaleźć tutaj oraz tutaj.

      Natomiast w książce "Bodyfoods for busy people" znana dietetyczka z Wielkiej Brytanii, Jane Clarke, wymienia jeszcze kilka skutecznych sposobów na zminimalizowanie skutków tego nadprogramowego drinka (i wszystkich, które wlaliście w siebie wcześniej):

      Ostropest plamisty, inaczej zwany świętym ostem, dostępny w sklepach ze zdrową żywnością. To takie ziarenka, które pomagają wątrobie w oczyszczaniu z toksyn, regenerując komórki wątroby zniszczone działaniem alkoholu i innych substancji zmieniających stan umysłu (czy to nie fascynujące, że człowiek jest jedynym zwierzęciem, które wymyśliło całą gamę sposobów niosących chwilową ulgę i zapomnienie w nieznośnej lekkości bytu?). Jeśli macie w domu ostropest, wystarczy zalać jedną łyżkę ostropestu mniej więcej litrem wody, po czym pić ten wywar małymi porcjami przez cały dzień.

      Herbatki ziołowe. Najlepiej oczyszczają wywary z mniszka, kopru i mięty.

      Szlaban na kofeinę. Odstawienie mocno kofeinowych napitków, szczególnie mocnej kawy, która może was pozornie i na chwilę postawić na nogi, ale potem jeszcze pogorszy skutki odwodnienia.

      Szlaban na tłuszcz. Odstawienie tłustych pokarmów. Wydawałoby się, że pełna wersja angielskiego śniadania (smażone kiełbaski wieprzowe, smażony bekon, smażone pomidory, smażony (tak, tak) tost i fasolka w pomidorach) to najlepsze, co możecie zafundować swojemu biednemu, cierpiącemu ciału. Najlepsze, ale wyłącznie w przypadku, jeśli pragniecie cierpieć jeszcze mocniej i jeszcze dłużej. Więc zaciskamy zęby i walczymy z wieprzową pokusą, walcząc również z zachciankami typu "mmmm, maślany croissant" albo "mmmm, tort z masą kremową" (to ja). Dzięki takim posiłkom, wasz poziom cukru we krwi poszybuje w kosmos, a potem natychmiast wróci na ziemię, uderzając w nią z pełnym impetem i wielkim hukiem.

      Absolutny szlaban na klinika. Kolejny drink następnego dnia po imprezie zamieni lekkiego kaca, w giganta nie do wytrzymania (wiem, moja młodość obfitowała w niezbyt rozsądne eksperymenty i nierzadko durnawe przygody, które obejmowały również strasznie depresyjne, popołudniowe kace spowodowane przez klina, podczas których jedyne słowo, jakie byłam w stanie wypowiedzieć brzmiało: "blaaa").

      No i jeszcze raz: woda, litry wody, hektolitry niegazowanej wody.

      zielona jajecznica z pstrągiem

      A teraz, jeśli ktokolwiek dotrwał do tego miejsca w przydługim nieco kacowym tekście, obiecany przepis na śniadanie. Zieloną, warzywną jajecznicę z pstrągiem i rzodkiewką. Zrobiłam jej dwa razy więcej niż potrzebowałam, bo po południu dogotuję sobie do niej pełnoziarnisty ryż albo kaszę i będę miała coś pomiędzy chińskim smażonym ryżem a szkockim kedgeree (dla niezorientowanych, przepis na kedgeree znajduje się w zakładce "śniadania"). Jeśli pragniecie zjeść takie zielone jajka w wersji wegetariańskiej, wystarczy darować sobie pstrąga.

      Składniki:

      Trzy jajka od możliwie najszczęśliwszych kur, ząbek czosnku, jedna trzecia sporej cukinii, pokaźna garść liści szpinaku, pół szklanki ugotowanego zielonego groszku, trzy łyżki drobno posiekanego szczypiorku, łyżeczka harissy albo płatków chilli, sól i pieprz, pół pęczka rzodkiewek, filet z wędzonego pstrąga.

      Instrukcje:

      Rozgniećcie czosnek w prasce i wrzućcie go razem z chilli albo pastą harissa oraz pokrojoną w niewielką kostkę cukinią na patelnię z rozgrzaną oliwą z oliwek. Kiedy cukinia zmięknie, dodajcie opłukany i dobrze osuszony szpinak. Smażcie dopóki i szpinak nie będzie miękki. Dodajcie jajka i smażcie do uzyskania pożądanej konsystencji. Moje jajecznice są mocno ścięte, ale czasami lubię dolać do jajek odrobinę mleka albo mleka sojowego, dzięki czemu uzyskam fajną, półpłynną konsystencję, którą lubię równie mocno. Do jajecznicy dorzućcie groszek i szczypiorek. Doprawcie jajka solą i pieprzem, przełóżcie na talerz i udekorujcie płatkami pstrąga, z pokrojoną na plasterki rzodkiewką na boku. Smacznego!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Dzielny jeżyk, koślawy opatrunek i o jedno piwo za dużo”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 04 sierpnia 2012 14:54
  • poniedziałek, 16 lipca 2012
    • Zamiast ciastka koktajl malinowy

      koktajl malinowy   koktajl malinowy   koktajl malinowy

      W niedzielę późnym przedpołudniem zrobiłam sobie coś, co tygrysy lubią najbardziej, czyli prasówkę przy kawie i ciastku. Przedziwną, eklektyczną kombinację tytułów zaliczyłam: tradycyjne "Wysokie Obcasy", rzadko czytany "Twój Styl", wstyd się przyznać, ale i "Vivę" (bo jakiś film do niej dodali i się skusiłam), "Niezbędnik Inteligenta" (bo ma się ambicje), "Uważam Rze" (bo zafascynowała mnie okładka z podobizną nowego polskiego zjawiska, czyli młodych wielkomiejskich korporacyjnych klonów w identycznych samochodach, z identycznymi gadżetami, poglądami i sposobami na spędzanie wolnego czasu, które autorzy artykułu nazwali "lemingami", i chyba słusznie, bo jest w nich coś zatraceńczego), plus czasopismo pod nazwą "Slow" (bo uznałam że już czas żeby zostać członkiem ruchu Slow Food i wczoraj wieczorem wysłałam w odpowiednie miejsce odpowiedni formularz aplikacyjny), czasopismo pod tytułem "Coaching" (bo się interesuję), oraz komiks (no co? pielęgnujemy wewnętrzne dziecko) "Zen Steve'a Jobsa", skądinąd interesujący, chociaż podejrzewam, że zupełnie niezrozumiały dla osób które nigdy nie zetknęły się z buddyzmem i nie znają biografii Jobsa na wylot. Niespójne to moje czytanie, ale inspirujące na wiele rozmaitych sposobów, pod warunkiem, że człowiek samodzielnie myśli i wyciąga własne wnioski.

      koktajl malinowy

      Czytałam więc długo i namiętnie, czasem w myśli polemizując z tezą autora, czasem się bulwersując, czasem dziwiąc, innym razem kiwając głową z entuzjazmem albo politowaniem. Pewnie raz albo i dwa razy coś mi się zakręciło mokrego w oku, bo łatwo się wzruszam cudzym losem. Siedziałam więc, przeżywałam i przemyśliwałam, popijając swoje cappuccino na podwójnym espresso i podjadając migdałowy torcik z dużą ilością jagód. Ciastko jakby odrobinę straciło smak kiedy przerzucając strony "Wysokich Obcasów" dotarłam do stałej kolumny Marty Gessler, tym razem poświęconej słodyczom. Na sam początek mocne uderzenie, czyli najnowsze statystyki GUS: przeciętny Polak w 2011 roku spożył 36 kilogramów cukru, co jest równe mniej więcej 24 łyżeczkom dziennie. Matko jedyna! Nie wiedziałam, że to w ogóle fizycznie możliwe. Na dzień dobry pomyślałam sobie, że coś nie tak z tą naszą Polską, że Polacy na pewno konsumują o wiele więcej słodyczy niż reszta świata, bo kultura, bo tradycja, bo klimat i meteoropatia, bo położenie geograficzne, bo system polityczny, bo kryzys gospodarczy. Ale coś mnie tknęło i zanim zaczęłam biadolić i snuć jakieś dzikie, spontaniczne teorie, sprawdziłam statystyki dla innych krajów. Sami zobaczcie. I sami wyciągnijcie wnioski, bo po pierwsze ciekawe, co się stało z tym naszym światem, z naszą dietą i z nami samymi od lat 60-tych, a po drugie - interesujące są różnice między Azją, Afryką a Zachodem (a już w ogóle fascynujące, o co chodzi z Australią i Oceanią).

      Konsumpcja cukru na świecie

      - w kilogramach białego cukru na głowę -

      Kontynent 1962 2005 2011
      Europa 30.7 38.8 37.9
      Ameryka Północna i Centralna 33.1 37.2 35.8
      Ameryka Południowa 31.0 48.1 52.3
      Azja 5.3 16.2 18.3
      Afryka 9.5 15.2 15.4
      Oceania 50.9 49.4 48.5
      Świat 15.9 22.5 23.7
       
       
      Jesteśmy w doborowym towarzystwie. Co oczywiście nie zmienia faktu, że jemy dużo za dużo cukru. Że cukier jest okrutnie szkodliwy, być może bardziej niż niezdrowe tłuszcze. I że należałoby albo ze słodyczy zrezygnować całkiem. Albo zastąpić je czymś zdrowym, najlepiej owocowym (odsyłam do zwiedzenia wpisów w kategorii "Zdrowe Słodycze"). Albo przynajmniej zastanowić się nad wykorzystaniem substytutów rafinowanego białego cukru. Syropu z agawy. Syropu klonowego. Słodu jęczmiennego. Miodu. Melasy.
       
      A w ramach konstruktywnych pomysłów na to, czym możecie zastąpić podwieczorkowe ciastko, odrobinkę zmodyfikowany przepis Marty Gessler z "Wysokich Obcasów" - na koktajl malinowo-jogurtowy, dosładzany bananem i syropem z agawy i wzbogacony łyżką kremowego masła orzechowego. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, kiedy go robiłam. Wyszedł pyszny. Sycący, słodko-kwaśnawy, z odrobinę orzechowym i bananowym posmakiem. W sam raz na podwieczorek.

      koktajl malinowy
       
      Składniki: 220ml jogurtu naturalnego, mleka krowiego albo mleka roślinnego (może być sojowe, ale świetne będzie na przykład migdałowe). 220g malin. 1 mały dojrzały banan. 1 łyżka masła orzechowego. 1 łyżka syropu z agawy.
       
      Instrukcje: wrzucić wszystko do blendera i zmiksować. Wlać do old-schoolowego kubka, najlepiej z jakimś patriotycznym napisem. Delektować się powoli. Ucieszyć się szczerze, że człowiek zamienił puste ciastkowe kalorie na taką zdrową, pożywną przepyszność. Przeczytać artykuł Marty Gessler, bo jest tam jeszcze więcej ciekawostek na temat cukru i jego zdrowych substytutów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Zamiast ciastka koktajl malinowy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 lipca 2012 19:35
  • wtorek, 26 czerwca 2012
    • Mega kedgeree

      kedgeree      kedgeree

      Mój prywatny sezon na curry trwa. Dobry psycholog na pewno znalazłby jakiś logiczny związek między tą wietrzną, przygnębiającą pogodą, która dziś cieszy oczy za oknem (dopóki nie muszę wychodzić, siedzę wewnątrz, nie nawiązując z nią bezpośrednich kontaktów) a moimi ostatnimi kulinarnymi wycieczkami do Azji, z tymi wszystkimi ostrymi, aromatycznymi kompozycjami smakowymi i z poprawiającym humor ryżem. Tym razem curry użyłam jako przyprawy do rybnego śniadaniowego dania rodem ze Szkocji albo z Indii (Szkoci twierdzą, że to ich towar eksportowy, który w ramach chichotu losu Anglicy uważają za rdzennie azjatycki), czyli kedgeree. Ponieważ dopiero co znad polskiego morza wróciła moja mama, ofiarna babcia świeżo po dwutygodniowym "urlopie" z wnukami, w mojej kuchni pojawiły się wyborne, świeżutkie wędzone ryby - śledź, makrela i łosoś - do których żadne sklepowe warszawskie filety nie podskoczą. Rybki znad Bałtyku są świeże, mają delikatne, prawie kremowe mięso, a uwędzono je w sam raz - czuć w nich równocześnie smak morza i smak dymu.

      Nie muszę was pewnie przekonywać, że łosoś czy makrela dobrze zrobią organizmowi. Cytując moje ulubione w tym tygodniu pismo "Dieta faceta": "ryby są doskonałym źródłem białka i zdrowych tłuszczów", a także "budują świetną sylwetkę". Makrela jest jednym z najbogatszych źródeł długołańcuchowych kwasów omega-3, które biorą udział w procesie regeneracji układu nerwowego. A łosoś, według mojej męskiej gazety, to zdrowy i bezpieczny wybór, bo nie chłonie metali ciężkich, na przykład rtęci, która tak bardzo martwi dietetyków w przypadku innych ryb.

      kolendra    kedgeree

      Kedgeree stanowi kombinację wędzonych ryb, gotowanych na twardo jajek, świeżych ziół, ryżu i curry w proszku. Prawda że interesująca mieszanka? Teoretycznie to danie śniadaniowe, które powstało prawdopodobnie z obiadowych resztek z poprzedniego dnia i tak zasmakowało swojemu twórcy (twórczyni?), że zostało towarem eksportowym. Pytanie skąd-dokąd, bo historycy nie mogą się dogadać, czy przypisać jego autorstwo dumnym Szkotom, czy uznać, że to nowe wcielenie znanej od XIV wieku indyjskiej potrawy z ryżu i fasoli, nazywanej Kichri. W moim życiu kedgeree pojawiło się mniej więcej dziesięć lat temu, kiedy studiowałam w Londynie. Zobaczyłam gdzieś przepis, przyrządziłam potrawę na niedzielne śniadanie i zakochałam się z miejsca. No, prawie, bo oryginalna wersja przepisu sugerowała użycie wędzonego łupacza i kiedy go użyłam, odkryłam, że w wersji uwędzonej nie jest moją ulubioną rybą. Ale przecież istnieje tyle innych, którymi można go zastąpić. Moja osobista odmiana tego dania odbiega nieco od oryginału, ale smaczna jest tak samo. Jem ją rano, w południe i wieczorem, bo nadaje się tak samo dobrze na obiad i kolację, jak na tradycyjne śniadanie.

      Składniki: 150-200g ugotowanego ryżu (ja użyłam bardzo smacznej mieszanki długoziarnistego ryżu parboiled, czerwonego i dzikiego), 200g wędzonej ryby (ja miałam pół na pół makreli i łososia), dwa posiekane ugotowane na twardo jaja, 2 pomidory - pozbawione gniazd nasiennych i pokrojone w kostkę, 2 czubate łyżki curry w proszku, duża garść posiekanej dymki, duża garść posiekanej kolendry (sprawdza się też natka pietruszki), sok wyciśnięty z całej cytryny, czubata łyżka albo dwie jogurtu lub majonezu, sól i pieprz.

      Instrukcje: wymieszać :)

      kedgeree   kedgeree   kedgeree

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Mega kedgeree”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 czerwca 2012 19:36
  • sobota, 09 czerwca 2012
    • Śniadaniowo bananowo kokosowo

      placuszki bananowo-kokosowe    placuszki bananowo-kokosowe    placuszki bananowo-kokosowe

      Znowu zrobiłam śniadaniowe placuszki. I mimo solennych obietnic, które złożyłam sama sobie rano (że jak normalny człowiek tylko zrobię śniadanie i je w prywatności i spokoju zjem, że żadnych fotek nie będę strzelać, że żaden internauta się o tym śniadaniu nie dowie) - chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle. Czyli mimo najlepszych chęci, blogowanie jest jednak silniejsze ode mnie, więc piszę oto i zamieszczam zdjęcia. Nici z "dnia bez komputera". Bo te placuszki się tak ładnie przyrumieniły, a te borówki takie fotogeniczne, a w ogóle to chyba jedno z lepszych śniadań, które ostatnio zrobiłam. Więc co robi Kucharka Zen, rasowa blogerka kulinarna? Jeszcze do końca nie zjadłszy śniadania, już jest przy komputerze (z talerzem gorących racuchów przed sobą) i to niedokończone śniadanie opisuje bliżej nieznanym osobom przed innymi komputerami. Ciekawe, czy na tym etapie uzależnienia w ogóle umiałabym tak po prostu coś ugotować, zjeść i już? No więc ja czytuję różne socjologiczne lamenty nad tym, jak to ludzie nie potrafią już analogowo żyć, bo czują, że żadna rzecz nie wydarzyła się naprawdę jeśli nie została przekuta na status update na Facebooku albo wpis na blogu. Tak jakby real nie istniał, dopóki nie stanie się swoją atrakcyjniejszą, kontrolowaną wersją w wirtualu. Jakąś podrasowaną cyfrową opowieścią ilustrowaną starannie wyselekcjonowanymi, retuszowanymi cyfrowymi zdjęciami. A niżej podpisana co? Znam zjawisko, smutkiem mnie ono napełnia, sama nad tym wszystkim biadolę, a tu zupełnie niespodziewanie odkrywam, że i ja mocno tkwię w szponach technologii. Padłam ofiarą systemu!

      Ale placuszki są jak najbardziej realne. Sami zobaczcie na zdjęciach. I smaczne tak, że cały dzień od razu inaczej będzie smakował. Kokosowe, bananowe i sezamowe.

      placuszki bananowo-kokosowe

      Składniki: dojrzały banan, łyżka miodu albo syropu klonowego albo syropu z agawy, 2 łyżki tahini, 1.5 łyżki mleczka kokosowego, kilka łyżek mąki orkiszowej (zależnie od konsystencji, jaką najbardziej lubicie), borówki (albo bardziej sezonowe owoce) do dekoracji.

      Sposób: Banana obierzcie i rozgniećcie widelcem na papkę. Dodajcie coś słodkiego, tahini i mleczko kokosowe i dobrze wymieszajcie. Dosypujcie po trochu mąki, stopniowo, sprawdzając czy odpowiada wam konsystencja ciasta. Wydaje mi się, że będzie je łatwiej smażyć jeśli będzie dość gęste, raczej "racuchowe" niż "naleśnikowe". Kiedy już uznacie, że ciasto jest gotowe, rozgrzejcie na patelni oliwę i nakładajcie na nią po łyżce ciasta. Placuszki świetnie smakują polane odrobiną syropu klonowego albo z agawy i posypane świeżymi owocami.

      A przepis dołącza do innych fajnych pomysłów na śniadania tutaj (klikając w banerek możecie się przenieść na stronę akcji):

      Embed_eac8eqhxf3pkdxz9c0b4lrceyjhdtqzz
       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Śniadaniowo bananowo kokosowo”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 09 czerwca 2012 10:35
  • piątek, 25 maja 2012
    • Racuszki jabłkowo-bananowe

      racuszki jabłkowo-bananowe   racuszki jabłkowo-bananowe   racuszki jabłkowo-bananowe

      Od paru dni jem ciągle racuchy i placuchy, na bieżąco ucząc się, co można, a czego nie można do nich dosypać lub dolać. Lubię tak się uczyć, próbować, smakować, wyciągać wnioski z błędów i cieszyć się małymi sukcesami, a potem konsumować swoje mniej lub bardziej udane dzieła. Kiedyś będę mistrzem racuchów. Na razie jestem czeladnikiem i miłośnikiem zarazem. Śniadaniowym koneserem. Na świeżo, zanim zdążą jeszcze porządnie zejść z patelni, wcinam dopiero co usmażone placki w ramach pierwszego albo drugiego posiłku dnia. A potem, po południu, wyciągam z lodówki jeszcze lepszą, bo elegancko przemacerowaną porcję i mam wprost rewelacyjny podwieczorek do zbożowej kawy. Dzisiejsze racuchy są autorskie. Mocno owocowe. Z bardzo zdrowymi składnikami. I pyszne po prostu.

      Składniki: spore jabłko, dojrzały banan, 2 łyżki otrębów owsianych, 2 łyżki mielonego siemienia lnianego, 4-5 łyżek mąki owsianej (więcej, jeśli wolicie bardziej zwarte placki), jedno jajko, po szczypcie zmielonego cynamonu, imbiru i kardamonu. Jeśli lubicie słodsze placki, możecie je dosłodzić łyżką miodu, melasy, syropu z daktyli.

      Jabłko i banana niedbale pokroić i wrzucić do blendera, po czym zmiksować na apetyczną papkę. Przelać do miski, do której następnie należy dodać otręby, siemię, mąkę, jajko i przyprawy. Wszystko razem dobrze wymieszać. Rozgrzać ceramiczną albo teflonową patelnię, pomazawszy ją odrobinką dosłownie, cieniutką warstewką oleju/oliwy, najlepiej używając pędzelka. Smażyć placki aż się ładnie zrumienią po obu stronach. Można podawać same albo z ulubionym dżemem. Na naprawdę fajny początek dnia.

      racuszki jabłkowo-bananowe   racuszki jabłkowo-bananowe

      P.S. Właśnie przeczytałam mały artykulik na temat owsa i pomyślałam, że warto o nim wiedzieć to wszystko, czego się tam na jego temat dowiedziałam. To po prostu superpokarm. Taki skromnie wyglądający, niepozorny i powszedni, a taki bogaty w odżywcze wspaniałości. Ostatnio mam fazę na witaminy z grupy B, bo postanowiłam, że w związku ze zbyt rzadkim spożywaniem mięsa i nabiału, a także, niestety, produktów pełnoziarnistych, orzechów oraz ziaren, cierpię na ich lekki niedobór, więc natychmiast znalazłam w szufladzie podarowane mi kiedyś przez mamę drożdże piwowarskie, no i oczywiście wprowadziłam do diety pokarmy, które zawierają takie witaminy. Zaczęłam od piwa. Jak ja dawno piwa nie piłam! Jak to fajnie sobie zafundować jedno terapeutyczne piwko po całym dniu wytężonej pracy! Oczywiście nikomu nie radzę iść w moje ślady i uprawiać autodiagnozy a potem terapii alkoholem. Lepiej już strzelić sobie na śniadanie owsiankę. Albo takie śliczne racuszki jak z obrazka. Bo owies zawiera pełno witamin z grupy B, które pomagają w trawieniu, wspierają system nerwowy, wspomagają pamięć i różne ważne procesy zachodzące w ciele, na przykład wytwarzanie zdrowych czerwonych krwinek. Owies zawiera też łatwe do przyswojenia białka i tłuszcze, inne witaminy - E i K, jak również minerały - wapń, żelazo, fosfor i jod. A tak po ludzku: owies chroni błony śluzowe jelit, pobudza ich zdrowe ruchy, jest przyjazny naszej ukochanej florze jelitowej, która pomaga w sprawnym trawieniu i podobno (według najnowszych badań) reguluje nastrój (flora jelitowa). Owies obniża poziom "złego" cholesterolu, podwyższając poziom "dobrego". Stymuluje nasz układ odpornościowy, więc rzadziej zapadamy na infekcje. Zwiększa uczucie sytości, co przydaje się kiedy chcemy trochę schudnąć. Poprawia sprawność umysłową i zdolność koncentracji. Wiwat owies!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Racuszki jabłkowo-bananowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 25 maja 2012 11:48
  • sobota, 19 maja 2012
    • Jaglane racuszki: weekendowe pudełko numer 1

      racuchy jaglane sos bakaliowy     zen catering

      Wymyśliłam, że przygotowując dla alergicznej siostry dietetyczne jedzenie, zrobię sobie któregoś dnia wolne, co wymagało, żeby innego dnia hurtowo napichcić górę żywności na dwie doby przynajmniej. Więc wczoraj pichciłam. Pichciłam od rana do wieczora, tak intensywnie, że aż się naprawdę zmęczyłam. A tak się zmęczyłam, że już pod koniec dnia klęłam jak szewc i rzucałam nieudanymi resztkami potraw. No i jeszcze się skaleczyłam, poparzyłam i podpaliłam. Znaczy, przedawkowałam aktywność kulinarną. To niezapomniana lekcja, żeby gotować na spokojnie i w miarę możliwości będąc w dobrej formie. Do skaleczeń od bylejakiego krojenia i bąbli od nieuważnego macania w piekarniku jestem już przyzwyczajona. Ale kiedy stanęłam w płomieniach, to już się troszkę przestraszyłam. Bo kiedy człowiek zmęczony, nie koncentruje się na tym, co trzeba, nie uważa na to, co istotne, zamyśla się i odpływa i czasem stanie w powiewnej bluzeczce z berlińskiego butiku ociupinkę za blisko płonącego palnika kuchenki gazowej. Całe szczęście bluzeczkę uszyto z dobrej bawełny, więc paliła się dosłownie przez mikro-sekundę, po czym sama z siebie zgasła, a ja nie tylko nie zdążyłam wpaść w porządną panikę, ale też nie mogłam nawet znaleźć spalonego fragmentu ubrania (swoją drogą to niezły test na jakość ciucha, chociaż nikogo nie namawiam do powtarzania takich ekscesów). Wszystko skończyło się dobrze, catering powędrował do siostry jedynej uczulonej na dziwne rzeczy, a ja padłam jak kłoda i spałam do oporu, a dzisiaj już nic a nic nie gotuję (!).

      sos bakaliowy     racuchy jaglane sos bakaliowy

      Na początek o pierwszym pudełku z cateringowej torby prowiantu, którego zawartość powinna siostrze wystarczyć na sobotnie i niedzielne śniadanie. Chciałam jej zrobić jaglane placuszki i zastanawiałam się jak. Natchnęło mnie, że przecież pulpety to to samo, co racuchy, tylko gotowane, a nie smażone i wytrawne, a nie słodkie - czyli że mogę wziąć podstawowy przepis na jaglane pulpeciki sprzed paru dni i tylko trochę go zmodyfikować. Racuszki jaglane wyszły świetnie - chrupiąco na zewnątrz i mięciutko, leciutko w środku, a że dodałam do nich parę łyżek mleczka kokosowego, cynamon i trochę syropu z agawy, zamieniły się w pyszną słodycz. Żeby było jeszcze słodziej, wyczarowałam im do towarzystwa banalnie prosty bakaliowy sos i od niego zacznę podawanie przepisów:

      Bakaliowy sos do naleśników, racuchów, placuszków:

      W wersji dla mojej siostry zmiksowałam razem 200g namoczonych rodzynek, garść daktyli i 1/3 szklanki wody, a zmiksowaną masę posypałam prażonymi wiórkami kokosowymi. W razie czego można dolać trochę więcej wody, żeby uzyskać odpowiednią konsystencję. To jest wersja minimum, a można sobie oczywiście zrobić wersję maksimum - część rodzynek zastąpić suszonymi morelkami i figami, które też namoczycie przed miksowaniem we wrzątku. Wersja wieloowocowa jest ciekawsza i bogatsza w smaku. Rodzynkowa jest prostsza, ale też smaczna. Obie są naturalnie bardzo, bardzo słodkie, więc nie trzeba dodawać ani grama cukru.

      racuchy jaglane sos bakaliowy

      Jaglano-kokosowe racuszki śniadaniowe:

      Składniki: szklanka kaszy jaglanej wypłukana w zimnej wodzie, przelana wrzątkiem i ugotowana w dwóch szklankach wody; 2 łyżki mielonego siemienia lnianego; 2 łyżki mąki kukurydzianej; 4-5 łyżek dobrze wymieszanego mleczka kokosowego; 2 łyżki syropu z agawy albo miodu; pół łyżeczki cynamonu.

      Sposób przygotowania: ugotowaną kaszę wymieszać z siemieniem, mąką, mleczkiem kokosowym, syropem z agawy lub miodem i cynamonem. Z jeszcze ciepłej masy formować niewielkie placuszki i smażyć na mocno rozgrzanym oleju rzepakowym. Usmażone kłaść na kilka warst papierowego ręcznika, żeby odsączyć nadmiar tłuszczu. Podawać z sosem bakaliowym albo ulubionym dżemem (na mnie czeka w lodówce dżem ananasowy, więc dzisiaj zjem go sobie z racuszkami na podwieczorek, w nagrodę za wytężoną, altruistyczną pracę).

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jaglane racuszki: weekendowe pudełko numer 1”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 19 maja 2012 11:47
  • niedziela, 06 maja 2012
    • Pięciogwiazdkowe śniadanie

      jajecznica   patelnia   jajecznica

      Wczoraj rozpisałam się melancholijnie i mocno dygresyjnie, więc dziś dla kontrastu spróbuję krótko i na temat (jeśli tak potrafię :) Będzie zwięźle o śniadaniach przy niedzieli. W moim przypadku niedzielne śniadania dzielą się na trzy kategorie: solo (najczęściej...), rodzinnie, i gościnnie. Rodzinnie chadzamy do kilku wybranych metodą prób i błędów, przyjaznych dzieciom miejscówek - ostatnio szczególnie do wegetariańskiej Biosfeery na rogu Niepodległości i Odyńca, bo łączy zdrowe jedzenie (wypiekane na miejscu bułeczki, humus, domowy twarożek...) z cierpliwymi jak Matka Teresa kelnerkami, tolerancyjnymi klientami i fantastycznym placem zabaw za oknem. Jeśli z kolei mam gości, aranżuję na stole specjalnie w tym celu nabyte zaopatrzenie, które diametralnie odbiega od moich osobistych preferencji śniadaniowych (wędlinki, parówki, sery żółte, jaja w różnej postaci, majonezy, dżemy, nutelle, chleby rozmaite). Ale co goście, to goście, w końcu jestem dobrze wychowaną polską gospodynią. Natomiast moje niedzielne śniadania solo są na ogół proste, szybkie, skromne, ale raz na jakiś czas, jak dzisiaj, raczę się czymś pięciogwiazdkowym. Na masełku.

      jajecznica

      Pięciogwiazdkowe śniadanie dla jednej osoby:

      Na dobrym maśle z odrobiną oliwy z oliwek podsmażyć kawałki pięciu czy sześciu cieniutkich szparagów (cieńsze szybciej zmiękną) i pokrojone dość drobno pół papryki. Dwa ekologiczne jajka roztrzepać z łyżeczką śmietanki, pieprzem i solą. Wlać na patelnię i smażyć do momentu uzyskania pożądanej gęstości jajecznicy (ja lubię gęstą). Posypać płatkami wędzonego łososia (przyjechał do mnie po długim weekendzie znad morza) i świeżo posiekanym koperkiem. Podawać na przykład z pokrojonym na plastry pomidorem i rzodkiewką.

      A dla wielbicieli lokalnych smaczków, trochę mokotowskiego kolorytu, który powitał mnie dziś rano, w czasie spaceru z psem. W oknie charytatywnej stołówki, która wydaje dotowane posiłki, czarny kocur pilnuje stałego elementu tutejszego krajobrazu, opróżnionej na poczekaniu buteleczki wódki.

      kot z wódką

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Pięciogwiazdkowe śniadanie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 maja 2012 10:24
  • piątek, 23 marca 2012
    • (wielkanocne?) jajo ze stekiem

      pomidorki cherry  stek z brukselką

      Byłam dziś przez chwilę w kiosku, gdzie już królują zajączki, baranki, babki, bazie, pisanki i mazurki. Wszystko w pastelowych, żółtawo-seledynowych odcieniach, gdzieniegdzie okraszonych odrobiną pudrowego różu. Nie da się ukryć, wiosenne święta zbliżają się wielkimi krokami. Znów będzie trzeba kroić sałatkę jarzynową. Zanim się tak jednak stanie, dla wszystkich spragnionych Wielkiej Nocy publikuję dzisiaj odrobinę przewrotny przepis na jajka. Ani on bowiem postny, ani nawet szczególnie staropolski, nie jest też w żaden sposób związany z wiosną, ale za to świetnie nadaje się na weekendowe późne śniadanie i powinien naprawdę zasmakować głodnym mięsożercom.

      Dostałam ostatnio na prezent tackę świeżutkich, soczystych steków wołowych, które zamarynowałam w cytrynie i usmażyłam na grillu (artykuły spożywcze to świetny pomysł na podarunek, trudno się z nich nie ucieszyć i trudno ich nie wykorzystać). Bardzo rzadko jem wołowinę, a tu nagle nagotowałam steków na trzy obiady, z brukselką na parze i pomidorową sałatką. Dzisiaj nadszedł dzień trzeci i już nie bardzo miałam ochotę na identyczne jak wczoraj i przedwczoraj obiadowe menu, więc wymyśliłam, że zamiast obiadu zjem po południu śniadanie. Takie trochę męskie, trochę anglosaskie, jajko sadzone na podsmażonej kosteczce z cebulki, z pokrojonym w paski stekiem, kawałkami brukselki i sparzonymi, obranymi ze skórki pomidorkami cherry. Posypałam świeżo mielonym kolorowym pieprzem, skropiłam obficie moim ulubionym ostrym sosem tabasco i zjadłam prosto z patelni. Gdybym miała w domu sos Worcester, pewnie to nim doprawiłabym swoje dzisiejsze jaja, bo pasuje idealnie i do steku i do sadzonego. Polecam takie śniadanie imprezowiczom nazajutrz po zabawie, bo jest pożywne, apetyczne, ale nie za ciężkie i udając, że jest jajem z mięsem, przemyca do śniadania trochę zdrowych warzyw. Wiem jak to brzmi, ale miałam kiedyś w domu zatwardziałego mięsożercę, który odmawiał spożycia czegokolwiek zielonego, twierdząc, że nie jest krową ani królikiem i myślę, że gdybyśmy nadal mieszkali razem, dziś już wiedziałabym jak go (wyłącznie w jego własnym zdrowotnym interesie) oszukać.

      jajo ze stekiem

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 23 marca 2012 17:30

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl