Kucharka Zen

Inne

  • czwartek, 28 lutego 2013
    • Niewidzialny człowiek

      Niewidzialny człowiek

       James  Laughlin 

      Life kept rolling her over   
      like a piece of driftwood
       
      in the surf of an angry sea   
      she was intelligent and beau-
       
      tiful and well-off she made   
      friends easily yet she wasn’t
       
      able to put the pieces to-
      gether into any recognizable
       
      shape she wasn’t sure who   
      she wanted to be so she
       
      ended up being no one in par-
      ticular she made herself al-
       
      most invisible she was the   
      person you loved so much who
       
      really wasn’t there at all.
       
      (Życie wciąż nią miotało, jak dryfującym kawałkiem drewienka na powierzchni wściekłego morza była inteligentna i piękna i zamożna łatwo nawiązywała przyjaźnie a jednak nie potrafiła złożyć tej układanki w jakikolwiek rozpoznawalny obrazek nie wiedziała, kim chce zostać, więc została nikim szczególnym prawie niewidzialnym była tym człowiekiem, którego tak bardzo kochałeś, a który wcale nie istniał)

      Nagle postanowiłam, że jestem już gotowa otworzyć szufladę ze starymi listami i przeczytać ich kilka, na próbę, zobaczyć czy wytrzymam swoją przeszłość. Tyle czasu obchodziłam ją wielkim, ostrożnym łukiem, bo wspomnienia, narosłe przez lata, nabrzmiałe rozżaleniem i poczuciem krzywdy, pamiętały z tych listów tylko ból i rozpacz. Depresja i gorycz i złość (ty dziwko, ty głupia krowo) nigdy nie zapomnianego narzeczonego, niewytłumaczony smutek i nigdy nie do końca wypowiedziany zarzut przyjaciółki (co ja jej zrobiłam?), ból istnienia jakiegoś człowieka, którego (okazuje się) nawet nie pamiętam, złamane serce innego człowieka, które (okazuje się po latach) uleczyłam. Po co do tego wracać? Znalazłam zupełnie inne listy. Dryfujące kawałki drewienka na powierzchni wściekłego morza. Wołanie o kontakt. Nadzieja, że drugi człowiek (ja, okazuje się) usłyszy, zobaczy, uratuje. Rozczarowanie, że coś tam usłyszał, coś tam zrozumiał, ale uratować nie potrafi. Nie może, choćby próbował. Zobaczyłam w tych listach siebie. Niewidzialną. Wołającą - zobaczcie mnie. I przestałam już ufać swojej pamięci. I przestałam przestałam przestałam nareszcie uważać za osobistą zniewagę to, że ktoś mnie nie widzi, że ktoś jest ślepy i zaabsorbowany własnym bólem przezroczystości. Ale nie przestałam czekać na cud.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Niewidzialny człowiek”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lutego 2013 11:52
  • czwartek, 31 stycznia 2013
    • Karczoszki. Rzecz o sprawach sercowych.

      karczochy

      O sercach będzie. O tym, że nie wiedziałam, gdzie karczoch ma serce. I (tak gwoli pełnej szczerości) nie miałam pojęcia, gdzie mam serce ja sama.

      Zakotłowało mi się dość mocno w życiu ostatnio. Zawsze obawiałam się takiego kotłowania. Uciekałam przed nim i unikałam go. Od lat nie eksperymentowałam. Nie przesadzałam ze zmianami. Nie zakochiwałam się za mocno. Nie latałam nawet samolotem. Nie wchodziłam w nowe sytuacja, które groziły egzystencjalnym trzęsieniem ziemi, zagubieniem w gęstwinie niewiadomych, koniecznością zaczęcia od zera i zdefiniowania się na nowo. Kiedy wszystko się wali, trzymam się jeszcze bardziej kurczowo tego, co znam. Bo chaos wydaje mi się groźny, jest jak przemieszczanie się płyt tektonicznych mojej osobowości, niezależna ode mnie, nie poddająca się mojej kontroli zawierucha w mojej duszy, tam, gdzie zawsze wszystko miałam poukładane w równiutkie kupki i stosiki, kodowane kolorystycznie, alfabetycznie, według klucza, który akurat działał, który dawał poczucie bezpieczeństwa i pozwalał nieprzesadnie przykładać się do życia. Nie chcę, żeby się we mnie kotłowało. Niepotrzebny mi taki szok. Jestem jak śniegowa kula, która już lata temu przyzwyczaiła się stać nieruchomo w miejscu. Zastygnięta. Przyczajona. I co z tego, że stworzono mnie dokładnie po to, by mną nieustannie potrząsać? Co z tego, że najpiękniejsza jestem właśnie wtedy, kiedy panują we mnie zawieje i zamiecie? Wstrząśnięcie mną może sprawić, że z dawno zapomnianych, przemilczanych i fachowo zamaskowanych głębin wynurzą się rzeczy obce, niechciane, albo po prostu nowe i nieznane. Że złapią mnie - jak złośliwy belfer podczas niezapowiedzianej kartkówki - na nieprzygotowaniu. Bo jeśli towarzyszy mi w tym momencie czasoprzestrzeni jakiekolwiek wyraziste uczucie, jeśli z tego bałaganu miałabym wyłowić jakikolwiek leitmotiv, mogę powiedzieć jedynie, że czuję się zupełnie nieprzygotowana na życie. Porwała mnie jakaś wielka fala. I już nic nie zrobię. Mogę się tylko dać nieść. Pozbawiona podstawowych narzędzi do obłaskawiania oceanu, podstawowej aparatury pozwalającej na ustalenie mojej pozycji i wyznaczenie dalszego kursu. Jeden po drugim przez ostatnie lata gubiłam wszystkie moje systemy bezpieczeństwa. Rozsypały się w pył - religia, rozmaite pomocne ideologie, książki i czasopisma z pogranicza psychologii, medialne przekazy na temat sukcesu czy piękna, w które wierzyłam naiwnie i prostolinijnie, kulturowe pomysły na to, jak być kobietą, jak być przyjacielem, jak być członkiem rodziny, jak pracować, jak jeść, jak się poruszać po świecie. A myślałam, że te rozmaite jako tako działające procedury wystarczą. Że uchwyciłam się i trzymam zasad, które dadzą mi święty spokój, pozwolą nie ruszać się z miejsca. Nie myśleć. Nie patrzeć trzeźwo wokół. Mój ustalony, sztywny światopogląd miał zagwarantować koślawe co prawda, ale jednak zrozumienie. Miał być (niedoskonałym, ale przynajmniej jakimś) przewodnikiem w przerastającej mnie rzeczywistości. Czuję, że tracę oparcie. Że tracę przewodnika właśnie. I co z tego, że przewodnik parę razy wyprawił się ze mną na niebezpieczne manowce? Że kilka razy zostawił mnie samą właśnie wtedy, gdy najbardziej go potrzebowałam. Co z tego, że podróż z nim to nudnawy, jałowy, pozbawiony radości proces. Dzisiaj nie mam już za kim iść. I (niech mi ktoś wytłumaczy dlaczego) dobrze mi tak. Dobrze mi z tym.

      karczochy

      Towarzyszą mi tłumnie uczucia, które dotąd wprawiały mnie w dygot. Całe życie skonstruowałam na ucieczce od nich. Moi nowi przyjaciele. Dezorientacja. Bezradność. Lęk. Osamotnienie. Grunt usuwa mi się spod nóg. I gdzieś indziej, tam, gdzie nie spodziewałam się już nic nigdy znaleźć, wyłania się środek ciężkości. Oparcie. Busola. Czy mogę jej ufać? Nie tego mnie uczono. Porzucić bezpieczny gorset procedur, wyplątać się z krępującej mnie sieci rozmaitych znajomych idei i definicji i podążyć za czymś, czego nie rozumiem? Coś tam świeci, coś uspokaja, coś sprawia wrażenie niezmiennego, godnego zaufania, wartościowego. Ale do tego czegoś, jak zgaduję - mojego serca - nie dołączono instrukcji obsługi. I jeśli jestem na kogoś o coś zła, to właśnie o to. Że mnie wytrenowano bym latami ignorowała tę powolutku, mozolnie odkrywaną jasność w niepewności, tę czystość i dobro, które płynie z odpuszczenia sobie wszelkich zasad. Żebym żyła tak, jakby można było uniknąć w życiu anarchii. Anarchii serca.

      karczochy

      A z rzeczy przyziemnych, dla kontrastu, w ramach Post Scriptum proponuję danie z sercem właśnie. Mój debiut (niedzielny, upichcony wspólnie z przyjaciółmi). Carciofi. Karczoszki. Pietruszkowo-czosnkowe. Przepis od kogoś, jak się coraz wyraźniej okazuje, ważnego i bliskiego. Od lat. Są takie osoby, które po prostu zaszczyt znać.

      Potrzebne będą: karczochy w dowolnej ilości, oliwa z oliwek, czosnek, pietruszka, woda z sokiem z cytryny.

      Instrukcja: na dzień dobry zwierzę wam się, że pierwszy raz miałam przyjemność gościć karczochy w mojej kuchni. Stało się tak za sprawą fantastycznej inicjatywy pod tytułem Kooperatywa Grochowska, na którą trafiłam za sprawą koleżanki na fejsbuku. Któregoś dnia dostałam informację, że można sobie zamówić całą skrzynkę ekologicznych warzyw uprawianych na Sycylii. Pomidorów, papryk, cukinii, koprów włoskich i karczochów właśnie. Zamówiłam. Zapłaciłam. Pojechałam na Grochów odebrać te cuda. I od tygodnia przeżywam coś na kształt przebłysku lata w samym środku najbardziej przygnębiającej zimy. Za co jestem wdzięczna każdą komórką mojego bardzo usatysfakcjonowanego ciała. Żebyście i wy "posmakowali" tej niespodziewanej, kontrastującej ze szklarnianym asortymentem obecnym w supermarketach obfitości, zamieszczam kilka zdjęć tych moich kolorowych, niezimowych warzyw.

      A karczochy przyrządziliśmy tak oto: obcięliśmy łodyżki, opłukaliśmy i obraliśmy je z najtwardszych, najbardziej zdrewniałych liści. Przecięliśmy je na połówki. Wzdłuż (to ważne, bo ja - oczywiście - najpierw zmarnowałam całego jednego karczocha przeciąwszy go wszerz i odkrywszy, że nic już właściwie z niego nie zostało. Cóż. Człowiek najlepiej się uczy na błędach, bo jak inaczej?). Przekrojone natychmiast powędrowały do wody z sokiem cytrynowym, żeby nie sczerniały. Moje następne odkrycie (po tym jak zrozumiałam na jakie połówki należy je ciąć) dotyczyło czegoś w rodzaju "futerka" znajdującego się u podstawy każdego karczochowego serca. Ten puszek wycięłam nożem, bo podobno nie nadaje się do jedzenia (chociaż ja, na swoim obecnym poziomie wiedzy na temat karczochów, pewnie bym spróbowała :). Kiedy karczochy czekały w wodzie z cytryną, ja siekałam garść natki pietruszki i wyciskałam parę ząbków czosnku. Rozgrzałam oliwę w rondlu. Wcisnęłam nadzienie pietruszkowo-czosnkowe do środka karczocha, pomiędzy liście i ułożyłam połówki faszerowanych karczochów wnętrzem do dołu na rozgrzanej oliwie. Pozwoliłam im się odrobinę posmażyć - ważne żeby nie dopuścić do przypalenia - po czym razem z asystującym mi kolegą R. (czasem myślę, że on się lepiej zna na gotowaniu niż ja, ale nie mówcie mu tego) dolaliśmy do rondla trochę wody. Woda sięgała mniej więcej do połowy wysokości moich kawałków karczocha. Przykryliśmy rondel pokrywką i pozwoliliśmy naszemu kulinarnemu eksperymentowi dusić się przez jakieś dwadzieścia minut. Dobrze by było, żeby nie pozwolić wyparować całej wodzie - wtedy powstanie bardzo smaczny sosik do polania warzyw.

      Takie duszone karczochy do prosta w smaku przystawka, którą - jeśli prostota to nie wasza bajka - można podać z dodatkiem dobrego koziego sera na przykład, żeby ją trochę "podrasować". Polecam, bo u mnie karczoszki na pewno się jeszcze pojawią.

      karczochy

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Karczoszki. Rzecz o sprawach sercowych.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 stycznia 2013 11:45
  • sobota, 05 stycznia 2013
    • Moje życie w sześciu słowach

      "Szukałam i chyba jeszcze trochę poszukam"

      albo

      "Mimo niejakich wątpliwości, jest coraz lepiej"

      ewentualnie

      "Już rozumiem, że nic nie rozumiem."

      lub też

      "Jaja jak berety: uczę się miłości"

      To takie moje pierwsze eksperymenty, ku waszej ewentualnej uciesze. Próbuję, kasuję, zmieniam, wymyślam na nowo. A co dokładnie robię? A usiłuję zawrzeć swoje życie w sześciu słowach, bo trafiłam na informację o słynnym już podobno projekcie Larry'ego Smitha (ojej, jak ja nie lubię odmieniać anglosaskich nazwisk), zainspirowanym legendą o Erneście Hemingwayu (i znowu - czy to "u" na końcu nie wygląda absurdalnie?), który dostał kiedyś pokrewne wyzwanie - skondensować powieść do pół tuzina słów. Rezultat chwytał za serce i wyżymał je do suchości. "Sprzedam: buciki niemowlęce, nigdy nie noszone". Pomysłodawca projektu zmienił nieco naturę wyzwania, prosząc uczestników o podsumowanie w sześciu słowach siebie i swojego życia. Kawał egzystencjalno-literackiej zagwostki. Zamiast hamować twórcze pomysły, to formalne ograniczenie do marnych kilku wyrazów okazało się jednak niezwykle inspirujące. Przykłady? "Czasem bywam samotny w zatłoczonym łóżku", "Moje życie rozśmieszyło terapeutę do łez", "Nie urodziłam się ruda - problem naprawiony". Projekt zrobił prawdziwą furorę (taką amerykańską, wiecie, książki, tiszerty, udział w talk show Oprah Winfrey (no i weźcie to imię i nazwisko odmieńcie)) i zaczął zataczać coraz szersze kręgi, obejmując nie tylko dorosłych, ale i coraz młodszych twórców takiego biograficznego haiku - wędrując do szkół - wyższych, średnich, gimnazjów, potem nawet do podstawówek - gdzie okazywało się, że dzieci mają naturalny talent do egzystencjalnych podsumowań.

      Uczniowie podstawówki piszą o sobie na przykład tak: "Kiedy życie daje w kość, śpiewaj", "Mój cień jest mądrzejszy ode mnie", "Mój budzik zabił dziś moje sny", "Zgubiłam się między półkami przecenionych produktów", "Lepiej żyć w słuchawkach na uszach".

      Licealiści: "Martwię się, że stracę swoje wspomnienia", "Zburzcie moje ściany i odkryjcie mnie", "Moje prawdziwe oblicze pokazuję w modlitwie", "Pogubiłem się w moim własnym labiryncie", "Muszę w końcu przestać trzaskać drzwiami", "Nigdy zbytnio nie lubiłam być poprawiana", "Drzwi, wszędzie drzwi, muszę znaleźć klucze".

      Studenci: "Na zawsze zapamiętam wszystkie udawane momenty", "Jechać przez monotonię ze zmyślną prostotą", "Próbuję sam siebie brać całkiem poważnie", "Nadal nie potrafię jeździć na rowerze".

      I jeszcze paru dojrzalszych studentów: "Nawet cień czasem potrzebuje trochę przestrzeni", "Jestem nieładem złożonym z wielu supłów", "Pół deszcz, pół słońce, cała ja", "Taka mała w tym mechanicznym świecie"

      Więcej egzystencjalnych streszczeń na stronie www.smithmag.net.

      A jak wyglądałoby wasze sześć słów?
                 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Moje życie w sześciu słowach”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 05 stycznia 2013 22:56
  • niedziela, 30 grudnia 2012
  • czwartek, 27 grudnia 2012
    • Reset

      Wygląda na to, że istnieje sposób na udane święta. Banalny, tak banalny, że słyszeliście już o nim tysiące razy. Sposób na najlepsze święta świata jest taki, żeby przestać stawiać warunki rzeczywistości i przestać stawiać wymagania sobie. Przestać grać jakiekolwiek role. Nie obsadzać w żadnych rolach najbliższego otoczenia.

      Po moim przedświątecznym anarchistycznym wyskoku zakończonym nocną wizytą stróżów prawa, przez dwa dni chodziłam jak w transie. Jak niewolnik własnego pozytywnego odbicia w cudzych oczach, nie mogłam unieść myśli, że tym razem się nie popisałam, że moja pracowicie budowana strategia PR (ale PR czego? kogo? wobec kogo? czy aby konsekwentny? sensowny? i właściwie po co mi on? i co z niego tak na koniec wynika?) runęła z hukiem, ciągnąc również za sobą w tę wyimaginowaną przepaść niesławy moją samoocenę. I żenada przeplatała się ze wstydem, a wstyd ze strachem co ludzie powiedzą, a strach ze złością, że straciłam marketingową kontrolę nad swoją osobistą marką. I kto mnie teraz kupi?

      Najpierw wystawiałam nieśmiało łeb zza drzwi, sprawdzając czy przypadkiem nie czają się za nimi ciekawscy sąsiedzi. Nie udało mi się niestety uniknąć sąsiadów. Taka ich uroda, że mieszkają blisko i łażą po okolicy. Za każdym "dzień dobry", przy każdej grzecznościowej rozmowie na spacerze z psami czujnie obserwowałam ich język ciała w poszukiwaniu oznak... czego? Trudno powiedzieć. Dezaprobaty pewnie. Odrzucenia. Jakiejś bardzo dawnej i nieświadomej części mnie wydaje się, że mieszkam w małym, rozplotkowanym miasteczku, gdzie każdy interesuje się każdym, gdzie złamanie niepisanych społecznościowych zasad kosztuje czasem cały życiorys. A tu nic. Sąsiedzi grzeczni, jak zawsze. Nikt mi nie groził, nikt nie straszył, nikt się mnie nie bał, nikt nie unikał. Witali się i rozmawiali. Śmiali się i częstowali psa ciastkami.

      Paranoja nie mija jednak tak łatwo. Jeszcze przez kilka dobrych dni po głośnym pijackim łkaniu w takt belgijskiego funku nasłuchiwałam kroków na klatce schodowej - a nuż panowie policjanci wrócili z kontrolną wizytą, ciekawi jak się miewa bohaterka najbardziej absurdalnej mokotowskiej interwencji od czasów nieudanego końca świata. I nic. Świat, ku mojej (o dziwo) radości, zmienił się po niedoszłej apokalipsie na obojętniejszy i na koniec zostawia człowieka, nawet pijanego i wyjącego do księżyca, w spokoju. Żeby sobie żył tak, jak ma ochotę.

      Radość z odkrycia, że można sobie darować mozolne konstruowanie własnego wizerunku, bo i tak wszyscy go mają w głębokim poważaniu, zmąciła mi jednak perspektywa kameralnych świąt, które częściowo spędzę sama w pustym domu z milczącym psem, a częściowo wśród mocno posmutniałych, w przeważającej części chorych, obolałych, zmęczonych w tym roku bardziej niż kiedykolwiek, bliskich. I bez dzieci. Dzieci robią coś szczególnego ze światem, nadają mu odrobinę bardziej magiczny wymiar. Bez dzieci trudno tę sztuczkę powtórzyć, nawet w święta.

      Paradoksalnie, moja porażka wizerunkowa poczyniła cuda - bo przecież miałam być Zen, a kto widział pijany Zen wyszlochujący o pierwszej czy drugiej nad ranem bełkotliwe romantyczne zwierzenia dwóm zakłopotanym policjantom? Zen - taki chyba PR sobie pracowicie tkałam przez ostatnie lata - dojrzałej, konsekwentnej, spokojnej i zrównoważonej pani. Moja przedświąteczna klęska wymogła na mnie wybicie się z własnych nierealnych fantazji na swój temat, odejście na dwa kroki, spojrzenie z dystansu i zrozumienie, że może trochę zbyt poważnie sama siebie potraktowałam. A potem, dobrych kilka łzawych wieczorów później, śmiech i odkrycie, że może nie jestem żadnym buddyjskim mnichem, kolejnym wcieleniem Dalaj Lamy, że nigdy nim nie będę i że to dobrze. Że spokojnie mogę sobie taką pozę podarować. Prawdziwy człowiek we mnie - niekonsekwentny, niespójny, nieprzewidywalny, a nieraz żenująco, kłopotliwie wręcz pragnący miłości - może być dużo przyjemniejszym towarzyszem dalszej drogi.

      Tak jak przyjemnymi towarzyszami świąt okazali się moi dorośli bliscy. Nie zawsze i nie z każdym łatwo się było dogadać. Tak jakbyśmy próbowali sobie podarować miłość w różnych, niekompatybilnych i niewymienialnych walutach. Nie towarzyszył nam też śmiech dzieci. Ani góra drogich prezentów. Choinka była malutka. Wigilię zjedliśmy symboliczną. A jednak, być może dzięki zmęczeniu tym trudnym, trudnym rokiem - po prostu sobie byliśmy. Przewalając się z kanapy do stołu i od stołu na kanapę. Milcząc. Mówiąc cokolwiek ślina na język przyniesie. Od niechcenia komentując rzeczywistość. A potem jej nie komentując. Śmiejąc się z drobiazgów. Śpiąc. Czytając. I znowu śpiąc. W pewnym momencie złapałam się na tym, że nie chcę, za nic w świecie, kończyć tej przygody. Tak jakby na parę dni uległy zawieszeniu codzienne procesy i procedury. Jakby mi został podarowany idealny odpoczynek. Nie taki jakiego chciałam. Chcenie rzadko jest dobrym przewodnikiem po życiu. Nie. Ale dokładnie taki, jakiego potrzebowałam. A może lepszy?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Reset”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 grudnia 2012 21:11
  • środa, 12 grudnia 2012
    • No i co?

      Dobrze, że zakupiłam koc oraz skarpety.

      A jeszcze lepiej, że zakupiłam calusieńką główkę kiszonego czosnku plus opakowanie marynowanego niedźwiedziego. Dzisiaj już na każdy posiłek do końca dnia będzie mega-kanapka czosnkowa, a potem dwa dni kwarantanny, żeby na nikogo przypadkiem nie chuchać. A w przerwach między mega-kanapkami, w kubasie-gigancie będę piła klasyczny napój cytrynowo-imbirowy, którym mój kolega z byłej pracy, rodowity mieszkaniec RPA, poił się przy każdym przeziębieniu prawie do nieprzytomności, ale zamiast nieprzytomności nieodmiennie następowało ozdrowienie, więc wezmę z niego przykład i może mnie się też uda.

      Sposób na przeziębienie:

      1. Mega-kanapka. W wersji z mojego dzieciństwa kanapki czosnkowe były przyrządzane z czułą dbałością o detal. Równiutko odkrojona od bochenka kromka nie mogła być ani za gruba, ani zbyt cienka - idealna - według surowych, choć niemierzalnych, standardów mojej babci (zadzwoniła do mnie wczoraj około północy, przeczytała mi mój horoskop, bo napisali, że w pracy dostanę podwyżkę i jeszcze na dokładkę ktoś mi się nareszcie oświadczy, dzisiaj pełna entuzjazmu poszłam się spotkać z pięknym młodym człowiekiem, którego miałam na myśli kiedy babcia dzieliła się ze mną prognozą dla Baranów, a on się, cholera, nie oświadczył, tylko mi ukradł fioletowy pisak, kleptoman jeden). Przepisowo odkrojona kromka chleba posmarowana była zawsze zupełnie nieprzepisową, nadmierną wręcz ilością świeżego masła. A potem coś, co potrafią tylko kobiety z mojej rodziny. Cienkie jak bibułka, prawie przezroczyste plastereczki z jednego lub dwóch ząbków czosnku.

      Dzisiejsza wersja mega-kanapki będzie zmodyfikowana na modłę współczesną - ukosmopolityczniona i odchudzona nieco. Chleb, tak się składa, mam żytni na zakwasie. Zamiast masła, którego nie posiadam akurat w lodówce, zastosuję humus. A zamiast świeżych plastereczków czosnku, będą dwie opcje. Jedna z plasterkami kiszonego, a druga z kawałkami marynowanego niedźwiedziego. Oba zakupione od jednej pani z Litwy na staromiejskim bożonarodzeniowym kiermaszu. Zobaczymy. Co cię nie zabije, to cię wzmocni, mówią.

      2. Imbirowy napój mojego kolegi z RPA. To w gruncie rzeczy międzynarodowy napój imbirowy, który znamy i u nas. Można go pić w wersji gigant, jak ja, w kubasie wielkości trzech szklanek, do którego wciska się sok z małej cytryny, wkrawa plasterkami dowolnej wielkości kawał imbiru, a potem słodzi miodem (gryczanym!) do smaku i zalewa gorącą wodą.

      3. Wełniany koc, wełniane skarpety, maść tygrysia obficie rozsmarowana na szyi, ze szczególnym uwzględnieniem okolic napuchniętych migdałków. Maść tygrysia to mój osobisty produkt kultowy, odkryłam go kiedy pierwszy raz zamieszkałam z daleka od domu, w Brukseli, tak się składa, i zachorowałam, debiutując w roli chorego bez mamy i taty do opieki, a wokół znajdowały się wyłącznie sklepy marokańskie lub hinduskie, w których takie egzotyczne panacea sprzedawano w ilościach hurtowych. Więc kupiłam. Od razu mnie postawiło na nogi i odtąd używam kiedy tylko się da. Czasem nawet prewencyjnie, bo lubię ten specyficzny ostry zapaszek.

      4. Opcjonalnie: kostiumowy serial BBC. Ostatnio katuję coś, co się nazywa "Panny z Cranford", czyli uroczą produkcję telewizyjną, która opowiada historie niespieszne i ubogie w wydarzenia, natomiast ciepłe i czarujące i według mojej nieoficjalnej teorii lecznicze. Nie wiem, co leczą, ale coś na pewno. Polecam ekranizacje wszystkiego, co angielskie i dziewiętnastowieczne. Dickensa, sióstr Bronte, Jane Austen i bardziej nieco radykalno-feministycznej Elisabeth Gaskell. Mmmm.

      A może wy macie jakieś porady dotyczące zimowych przeziębień? Do piątku wieczorem chciałabym już być na powrót zdrowa. Liczę na was :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „No i co?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 12 grudnia 2012 18:27
  • wtorek, 04 grudnia 2012
  • sobota, 01 grudnia 2012
    • Towarzyski introwertyk postanawia działać

      "Nie kry­tyk się liczy, nie człowiek, który wska­zuje, jak po­tykają się sil­ni al­bo co in­ni mog­li­by zro­bić le­piej. Chwała na­leży się mężczyźnie na are­nie, które­go twarz jest uma­zana błotem, po­tem i krwią, który dziel­nie wal­czy, który wie, co to jest wiel­ki en­tuzjazm, wiel­kie poświęce­nie, który ściera się w słusznych spra­wach, który w swych naj­lep­szych chwi­lach poz­nał tryumf wiel­ke­go wyczy­nu, a w naj­gor­szych, gdy przeg­ry­wa, to przy­naj­mniej przeg­ry­wa z od­wagą, nie chcąc, aby je­go miej­sce było wśród chłod­nych i nieśmiałych dusz, które nig­dy nie poz­nały ani sma­ku zwy­cięstwa, ani sma­ku po­rażki." (Theodore Roosevelt)

      Nie wiem jeszcze, o czym jest ten wpis. Pomyślałam, że wrzucę tu parę cytatów, kilka linków i z jedno własne przemyślenie i zobaczę czy coś z tego będzie, czy się wyłoni jakaś spójna całość. Trochę tak, jakbym eksperymentowała w kuchni - szczypta tego, pół łyżeczki owego, a nuż wyjdzie całkiem jadalna potrawa. Inspirujący dzień miałam dzisiaj. Postanowiłam doprowadzić się wreszcie zdrowotnie do porządku, co poskutkowało najazdem na sklep zielarski (kora pau d'arco, sok z noni (ja przepraszam, czy tylko ja uważam, że on wcale nie jest smaczny?), skrzyp, chrom, magnez, probiotyk, sól jodowo-bromowa do kąpieli - pani zielarka mnie pochwaliła, że sobie taki fajny odtruwający zestawik kupiłam), warzywniak (dwie torby jarzyn), a także Bio Bazar. Proszę państwa, na biobazar w starej fabryce Norblina zawitały trzy nowiuteńkie stanowiska z gotowymi wegańskimi wyrobami, które można sobie po prostu zakupić i odgrzać w domu bez konieczności siekania, tarcia na tarce, duszenia, smażenia, pieczenia i innych czasochłonnych, pracochłonnych zabiegów w stylu masochistycznej słowiańskiej gospodyni. W związku z powyższym zakupiłam: pasztet dyniowo-soczewicowy, pastę z soczewicy, zestaw koszernych dipów - groszkowy z sezamem, fasolowy z rodzynkami, bakłażanowo-czosnkowy plus humus, falafelki, a także wegańską orkiszową tartę ze szpinakiem, którą spożyłam od razu po powrocie do domu na lancz. Jestem zach-wy-co-na. A Bio Bazar zupełnie wyjątkowo będzie czynny przez trzy bite dni przed świętami Bożego Narodzenia, jakby kto chciał sobie oszczędzić roboty i zdroworozsądkowo zakupić gotowe pełnoziarniste pierogi, ekologiczne pierniki lub autentyczne rybki wędzone w certyfikowanych warunkach. Fajnie, że takie rzeczy się dzieją.

      Dzieją się takie rzeczy i dzieją się jeszcze inne fajne rzeczy. Po drodze na Bio Bazar podskoczyłam sobie do Pałacu Kultury, gdzie w "Sali Marmurowej" (ę-ą) odbywał się kiermasz młodych polskich projektantów. Z bliżej nieokreślonego powodu, kiedy słyszę "młody polski projektant", to myślę: Paprocki&Brzozowski, czyli zupełnie nie moja bajka. A tu całkiem inaczej było, ponieważ kiermasz zgromadził całe tabuny bardzo pomysłowych artystów (miło było nawet popatrzeć na samych wystawiających i ich klientów, jakichś takich ładnych, ciekawie poubieranych, niesztampowo uczesanych, różnorodnych niesamowicie), którzy sprzedawali śliczne, solidne jakościowo rzeczy - od zabawek i gier dla dzieci, przez biżuterię wszelkiej maści, torby, czapki, chusty, płaszcze i inne odzieżowe sprawy. Chciałam kupić coś na prezent gwiazdkowy mamie albo siostrze, ale skończyło się jak zwykle. Czyli wyszłam z prezentem, ale dla siebie. Sorry. Z dwoma prezentami. Jeden to pracowicie wypolerowana mosiężna broszka w kształcie wilka. Z napisem wulgarnym, acz oddającym mój obecny stan ducha. Wild as fuck (http://omjewellerydesign.com/collections/wolf-flow/#1). Drugi prezent to torba, na której widok ugięły mi się nogi w kolanach oraz pojawiło coś na kształt motyli w brzuchu. Od lat tak nie zareagowałam na żadne dobro materialne. Więc trzeba było. Nie było innego wyjścia. Torba jest ręcznie szyta i ręcznie haftowana w Tajlandii. Przez kobiety ze społeczności Miao. Pani, która je sprowadza do Polski kiedyś pracowała dla National Geographic, po czym, kiedy już miała dość siedzenia w biurze, sama zaczęła podróżować, zaprzyjaźniła się z kilkoma Tajkami i razem rozkręciły biznes (www.organicbynature.pl).

      Ale to nie koniec atrakcji, bo na kiermaszu młodych projektantów były jeszcze stoiska spożywcze. No i co, miałam nie zajrzeć? Już się uzbroiłam w nadludzką siłę woli, gotowa oprzeć się nafaszerowanym chemią pseudo-przysmakom. A tymczasem wcale nie było trzeba walczyć z okropnymi, szkodliwymi pokusami, bo cała oferta kulinarna, która się przede mną zaprezentowała, była jakaś taka "moja". Zdrowa. Lekka. Warzywna. Coś się zmienia w tym naszym kraju. Rozmaite wysepki fajności rosną, powolutku, obejmując coraz większe grupy ludzi, docierając coraz dalej. Radość mnie ogarnęła wielka na widok całej tej młodości, twórczości, odwagi, pomysłowości. I u jednej sympatycznej dziewczyny, znanej w branży pod pseudonimem Hungry Girl, zakupiłam sobie na wczesny obiad sałatkę z komosy ryżowej, z ogórkiem, papryką i pestkami granata (albo granatu. mam kryzys gramatyczny. poproszę o wsparcie jeśli ktoś się zna na granatach). A więcej inspiracji kulinarnych od Hungry Girl możecie znaleźć tutaj: www.facebook.com/HungryGirlpl. Aha. No i nie mogę pominąć trzech przystojnych panów, którzy tak mnie oczarowali, że na krótki moment porzuciłam swoje postanowienie, że oczyszczę organizm. Niewybaczalne, wiem. Ale oni tak jakoś ładnie ze mną rozmawiali. I ich firma nazywa się Umami, a to jedno z moich ulubionych słów. Czego zresztą nie omieszkałam im powiedzieć. Zareagowali entuzjastycznie, poinformowali mnie, że nazwa nie oznacza tylko nienazwanego w języku polskim smaku - jeśli się ją odpowiednio wymówi, brzmi całkiem swojsko, jak nasze rodzime "u mamy" (umami - u mamy - niezłe, nie?). To ja się ucieszyłam. To oni dorzucili mi do kanapki z pastą z twarożku opakowanie deseru z kasztanów i mascarpone za 1 zł (słownie, jeden złoty). To ja postanowiłam, że ich opiszę na swoim blogu i dorzucę wam kolejny link: www.umami.waw.pl. Prawda, że to wszystko ekscytujące? Dzieje się. Dzieje.

      I tutaj chyba wytłumaczę wam, po co zamieściłam u góry cytat z Roosevelta. Co to ma do BioBazarów i kiermaszu młodych projektantów? Co to ma do mnie i tego bloga? No więc siedziałam sobie na kamiennych schodach Pałacu kultury, zagryzając sałatkę z komosy świeżym domowym chlebem z pastą serową. I cieszyłam się. Popatrywałam na pięknych młodych ludzi, którym się chce, i nagle mnie się też zachciało. Wreszcie przestać być obserwatorem. Konsumentem. Biernym uczestnikiem zorganizowanych przez kogoś innego wydarzeń. Bo ja na co dzień jestem trochę jak te Rooseveltowskie chłodne, nieśmiałe dusze, które nie poznały ani smaku zwycięstwa, ani smaku porażki. Wycofana. Nie ryzykująca. A panowie z Umami, panie z Hungry Girl i Organic by Nature, dziewczyna, która po nocy piecze soczewicowe pasztety w szkolnej kuchni, którą podnajmuje od znajomego, oni wszyscy odważyli się coś zrobić. Są na arenie. Popełniają błędy. Uczą się. Wystawiają się na krytykę. Wstydzą. Odnoszą małe, a potem duże zwycięstwa. Pokazują się światu, obnażając miękkie podbrzusze, ryzykując, że świat się uśmieje. Ale przynajmniej coś robią. Walczą.

      Obejrzałam sobie ponownie kultowy (sześć milionów odsłon) filmik, w którym jedna bardzo mądra pani mówi o tym, że żeby naprawdę żyć, żeby dać sobie szansę na zbudowanie autentycznych, głębokich, intymnych relacji, żeby coś nowego wymyślić, żeby coś fajnego stworzyć, trzeba zaryzykować i wystawić swoje najczulsze miejsca na widok publiczny, trzeba zwalczyć paraliżujący wstyd i lęk przed porażką. Odrzuceniem. Poniżeniem. Inaczej się nie da.

      http://www.ted.com/talks/brene_brown_on_vulnerability.html

      http://www.ted.com/talks/brene_brown_listening_to_shame.html

      Ja się oczywiście poryczałam jak bóbr oglądając te filmy. Ale to ja :) Bo stanęło mi przed oczami, nagle, całe życie ostrożności. Całe życie unikania ryzyka. Całe życie umiarkowania, grzeczności, spełniania oczekiwań. Całe życie w cieniu.

      Być może całe to wycofanie wynika z mojej fizjologicznej konstrukcji? Z niezmiennego, uwarunkowanego genetycznie temperamentu? Ja jestem takim bardzo specyficznym typem ludzkim. Towarzyskim introwertykiem. To znaczy, że rzadko bywam naprawdę przerażona kontaktami z innymi przedstawicielami swojego gatunku. A często wręcz lubię pobyć z innymi. Lubię razem rozmawiać, zaśmiewać się z głupot, śpiewać, tańczyć, pływać, podróżować, jeść, chodzić na spacery, słuchać koncertów. Lubię też całą masę innych społecznych rzeczy. Ale baterie ładuję w ciszy i samotności. Tak mam. Tylko to działa w moim przypadku. Dużo ciszy. I dużo samotności.

      Na temat introwertyków krąży całe mnóstwo mitów. Krzywdzących stereotypów. Różne życzliwe osoby przez całe życie powtarzają nam te same rady, których zupełnie nie da się wprowadzić w życie. Idź do ludzi, rozerwiesz się. Co tak siedzisz, rusz się, zrób coś. Nie myśl tyle. Ośmiel się. Powiedz coś. Wyjdź z tej swojej skorupy. Bo przecież coraz częściej żyjemy według hollywoodzkiego modelu optymalnego człowieczeństwa - śmiałego, dynamicznego, pewnego siebie, towarzyskiego, podejmującego ryzyko, raczej działającego niż refleksyjnego, raczej mówiącego niż słuchającego, raczej radosnego, elastycznego niż wyciszonego i skoncentrowanego. Taki jest stereotyp człowieka sukcesu. Według mediów. Według korporacji. Według całej rzeszy całkiem zwykłych ludzi. Ten człowiek sukcesu to typowy ekstrawertyk. Tak sobie myślę, że wiele osób, o których dzisiaj z takim zachwytem piszę, tych mini-przedsiębiorców spotkanych przeze mnie na BioBazarze i w "Sali Marmurowej": projektantów, artystów, eko-rolników, kucharzy czy restauratorów, to właśnie towarzyskie, gadatliwe, śmiałe osoby. W przeciwieństwie do wycofanej, poważnej, refleksyjnej mnie. Szybko się męczącej hałasem, rozkojarzonej w natłoku informacji, przeciążonej nadmiarem emocji. 

      Nie tak dawno temu w Ameryce wyszła książka Susan Cain, która to książka bardzo szybko została bestsellerem w USA (ojczyźnie ekstrawertycznego ideału). Książka mówi o potencjale podobnych do mnie cichych, powolnych ludzi. Nazywa się "Quiet. The power of introverts in a world that can't stop talking" (Cisi. Moc introwertyków w świecie, któremu buzia się nie zamyka). Na początek efektowna ciekawostka z przedmowy. Gdyby na świecie mieszkali sami ekstrawertycy, nie byłoby takich rzeczy jak: teoria grawitacji, teoria względności, nokturny Chopina, dzieła Prousta, "Piotruś Pan", powieści Orwella, filmy "E.T." i "Lista Schindlera", Google i "Harry Potter". Więc podziękujmy introwertykom. Nie wybrali swojego temperamentu, a często słyszeli, że coś jest z nimi nie tak. A tu takie kwiatki. Mimo przeciwności. Banalna lekcja, że trzeba zaakceptować własne ograniczenia, dopiero wtedy możliwe jest owocne, spełnione życie, okazuje się nie taka znowu banalna.

      Ostatnie dwa linki, jakie dzisiaj wklejam dotyczą introwertyków. Pierwszy to śliczna animacja, która definiuje, kto to jest ten introwertyk i obrazowo tłumaczy różnicę między introwertycznością a nieśmiałością (dwie zupełnie różne rzeczy). Druga to blog autorki książki "Quiet", gdzie można znaleźć bardzo fajne, inspirujące rozmowy z rozmaitymi zdeklarowanymi introwertykami. Bardzo sympatyczni ludzie, ci introwertycy.

      http://www.sciencedump.com/content/power-introverts

      http://www.thepowerofintroverts.com/

      I jeszcze jedna rzecz. Ze strony Susan Cain. Manifest cichego człowieka, dla wszystkich mi podobnych, żeby uwierzyli, że coś mogą zdziałać. Że też mogą być tym człowiekiem na arenie, o którym mówił Roosevelt:

      1. Istnieje specjalne określenie dla ludzi, którzy "za dużo siedzą we własnej głowie": myśliciele.

      2. W naszej kulturze słusznie podziwiamy tych, którzy podejmują ryzyko, ale dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, potrzebujemy także ludzi rozważnych.

      3. Samotność to katalizator innowacji.

      4. Popularność sms-ów wynika z faktu, ze w przesadnie ekstrawertycznym społeczeństwie, wszyscy potrzebujemy niesynchronicznej komunikacji, która nie odbywa się twarzą w twarz z drugą osobą.

      5. Nauczamy dzieci w wieloosobowych klasach nie dlatego, że to najskuteczniejszy sposób nauki, ale dlatego, że jest on najtańszy. Poza tym, co zrobić z tymi wszystkimi dzieciakami podczas kiedy dorośli siedzą w pracy? Jeśli wasze dziecko woli pracować samodzielnie i lubi spotykać się z innymi w sytuacjach jeden-na-jeden, wszystko jest z nim w porządku. Po prostu nie pasuje do przyjętego modelu.

      6. Kolejne pokolenie cichych dzieci może i powinno być wychowane tak, żeby znały własny potencjał.

      7. Czasami opłaca się udawać ekstrawertyka. Zawsze można odpocząć od ludzi później.

      8. Jednak na dłuższą metę, wierność własnemu temperamentowi to klucz do znalezienia pracy, którą się kocha i pracy, która ma jakieś znaczenie.

      9. Wszyscy mogą zabłysnąć, to tylko kwestia odpowiedniego oświetlenia. Jednym potrzeba reflektorów na Broadwayu, innym lampki na biurku.

      10. Zdroworozsądkowa zasada nawiązywania kontaktów biznesowych: jedna autentyczna nowa relacja jest warta tyle samo, co plik wizytówek.

      11. Nie ma nic złego w przechodzeniu na drugą stronę ulicy żeby uniknąć rozmów o pogodzie. 

      12. “Ciche przywództwo" to nie oksymoron.

      13. Uniwersalna tęsknota za niebem nie dotyczy nieśmiertelności, ale raczej pragnienia, żeby istniał świat, w którym wszyscy są zawsze życzliwi.

      14. O ile zadaniem na pierwszą połowę życia jest wychodzenie do świata, to drugą połowę spędzamy próbując zrozumieć, dokąd się zapuściliśmy.

      15. Miłość jest konieczna, towarzyskość to tylko jedna z opcji. 

      16. “In a gentle way, you can shake the world.” (Za pomocą delikatności można wstrząsnąć światem) – Gandhi

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Towarzyski introwertyk postanawia działać”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 01 grudnia 2012 20:15
  • czwartek, 29 listopada 2012
    • moment

      Leżałam na kanapie, pod czymś w rodzaju bawełnianej imitacji koca. Próbowałam czytać książkę, skorzystać z niespodziewanego prezentu - nieplanowanego wolnego dnia, który mogłam zagospodarować zupełnie dowolnie, wedle osobistej woli i kaprysu. Pies wskoczył na siedzisko i zwinął się w kłębek w okolicy moich stóp, przygniatając je całym swoim kilkunastokilogramowym ciężarem. Wiercił się. Zmieniał pozycję, raz po raz, testując jak mu jest najlepiej. A ja nie potrafiłam się skupić na książce. Jakby emocje z poprzednich kilku tygodni próbowały się dobić do mojej świadomości, przepychając się brutalnie, walcząc o pierwszeństwo. Co poczuję w pierwszej kolejności? Co sobie najpierw przypomnę? Zeszły tydzień? Moment zdziwienia, bo przechwyciłam zachwycone, zafascynowane spojrzenie osoby, która budzi mój zachwyt i fascynację? Jeden z tych momentów, które nabierają zdolności wyłaniania się w nieskończoność z przepastnego worka pamięci, odtwarzania się raz po raz, w coraz to nowych emocjonalnych odcieniach. A może wczoraj? Inny moment, kiedy wszystkie komórki nerwowe mojego ciała eksplodowały z radości, roztańczyły się, rozedrgały, delikatnie, ale zauważalnie, bo siedzieliśmy razem, naprzeciwko siebie, bo było całkiem zwyczajnie, przyjaźnie, bo było nam prosto i błogo. On jakby odetchnął z ulgą, że nie musi być nikim szczególnym. Ja zapatrzyłam się w jego kręcone włosy kiedy pochylił głowę. Taki luksus. Zagapić się w drugiego człowieka i nie zostać przyłapanym.

      A może pierwszeństwo powinien mieć moment poniedziałkowy, kiedy podczas pięciogodzinnych odwiedzin w piątej klasie podstawówki zobaczyłam prawdziwą przemoc. Hałaśliwą, ruchliwą, nieuniknioną jakby była nieodzowną częścią życia. Eskalującą, niepohamowaną przemoc. I zrozumiałam, że w mojej przeszłości też było jej dużo. Przemocy. Że nadal wokół mnie jest. A może nie, może ważniejszy będzie moment kiedy stałam płacząc na ulicy, ignorując delikatną mżawkę i zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak. Dlaczego żaden lekarz nie może zdiagnozować moich tajemniczych dolegliwości. Dlaczego od kilku lat tułam się od specjalisty do specjalisty i nikt nie potrafi nazwać mojego problemu. Tak jakbym szukała jakiegoś zastępczego rodzica, jakiegoś autorytetu, jakiegoś opiekuna. I nagle zrozumiała, że nigdy go nie znajdę. Że jedyną osobą odpowiedzialną w tym świecie za moje zdrowie i szczęście jestem ja sama. Że jeśli lekarze, naukowcy, przełożeni, politycy, księża sprzedają mi jakieś teorie, jakieś rozwiązania, a ja czuję, że wciskają mi kit, że nie zgadza się to z moim poczuciem prawdy, to prawda jest we mnie. Tam mam jej szukać. Nie na zewnątrz. Nie w książkach, nie w gazetach, nie w naukowych publikacjach, na uniwersytetach, w szpitalach i klinikach. Nie w kościołach. Autorytetem na mój własny temat jestem tylko ja. I wewnątrz mnie znajduje się jedyne możliwe kryterium rozpoznania, co jest rzeczywistością, a co nią nie jest. Nie potrafię nawet wyrazić jak wstrząsającym przeżyciem jest to zrozumieć, po całym życiu tresury na grzeczną dziewczynkę, dobrą żonę, prymuskę, przodowniczkę pracy, cnotliwego obywatela i bierną, potulną konsumpcyjną owieczkę. Uwolniłam się? Ale do czego? W co? W samodzielność, w samotność, w możliwość kierowania własnym życiem bez pomocy? Dopiero teraz stałam się dorosła?

      Pies położył mi na kolanach łeb. Brązowe oczy wpatrzyły się we mnie z najpiękniejszym na świecie wyrazem, z deklaracją zaufania i bliskości. Czarny diabeł. Znam ten moment. Znam na pamięć. Zawiera w sobie wszystkie podobne momenty z przeszłości. Całą nasza dotychczasową historię. Początki psio-ludzkiej relacji, kiedy się jeszcze siebie uczyliśmy, boleśnie i euforycznie, z błędami, bez planu, zaczarowani nowością, zachwyceni potencjałem naszego życia razem. A potem sto, dwieście, tysiąc i dwieście tysięcy takich momentów przez lata. Łeb na kolanach. Czarna, miękka jak jedwab sierść. Bursztynowe oczy. Ta chwila, dzisiaj rano, wszystkie je zawierała, całą naszą wspólną przeszłość. Zawierała też moment, kiedy nas nie będzie. Kiedy już nie będzie psa, który położy mi łeb na kolanach. Kiedy już i mnie zabraknie. Dziwna chwila.

      http://www.ted.com/talks/candy_chang_before_i_die_i_want_to.html

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „moment”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 listopada 2012 15:10
  • czwartek, 22 listopada 2012
    • Myśli czwartkowe (a może trzeba zacząć bić na alarm?)

      Dzisiaj prasówka. Bardzo a propos mojego ostatniego wpisu na temat społecznej presji, żeby realizować jakąś taką spójną, gładką, przyjętą przez większość koncepcję życia. I moich przemyśleń dotyczących tego, ile z naszego nieustannego towarzyskiego przechwalania się (piszę naszego, bo nie jestem bynajmniej święta) to stuprocentowa prawda o naszym życiu. Stuprocentowa w sensie cała, bez wyjątków czy przemilczeń. I stuprocentowa w sensie całkiem prawdziwa, bez retuszu, bez podrasowanych kolorków, bez przesady. Gdzieś zasłyszałam komentarz, że szaleńcze porządki, jakie uskuteczniamy w domu przed przyjściem gości powinny być surowo zabronione - bo tworzą zniekształcony, ba, fałszywy obraz sposobu, w jaki żyją inni ludzie. Stanowią rodzaj kłamstwa. Sprawiają, że wszyscy, kolektywnie, ulegamy złudzeniu, że inni mieszkają czyściej i schludniej i bardziej elegancko niż my. Podlegamy więc też presji (wywieranej tak samo przez otoczenie jak i przez nas samych, naszego wewnętrznego sędziego, pedanta i krytyka), żeby następnym razem kiedy przyjdą goście, wypucować swój dom na obraz i podobieństwo cudzych (ewentualnie serialowych lub też czasopiśmiennych). I tak, cegiełka po cegiełce, przyczyniamy się wszyscy, indywidualnie oraz zbiorowo, do powstawania kulturowej presji. Presji zbudowanej na fikcji: wszyscy mają dobrze utrzymane mieszkania z wytartymi kurzami, pozbawione brudnych skarpet na podłodze, gazet sprzed trzech miesięcy na kanapie, lub też wczorajszych naczyń w zlewie. Wszyscy mają satysfakcjonującą pracę. Wszyscy mają grzeczne, zdolne, zdrowe, świetnie wychowane dzieci. Wszyscy rewelacyjnie dogadują się ze swoim szefem. Wszyscy prowadzą satysfakcjonujące, bogate we wrażenia życie towarzyskie, otoczeni tabunami bliskich, lojalnych przyjaciół. Wszystkie związki są idealnie wierne i idealnie się dogadują. A ja na to powiem po angielsku "Bullshit". Przepraszam państwa za wulgaryzm, ale: gówno prawda. Gdzieś z czeluści historii wyje i zgrzyta zębami staropolski duch "zastaw się, a postaw się". Te wesela na dwieście osób, za setki tysięcy złotych wziętych na kredyt. Te statystyki, które mówią, że tylko niewielki procent Polaków NIE POSIADA płaskiego telewizora (ups, znowu znalazłam się w jakiejś niechlubnej mniejszości). Ale w dzisiejszym wydaniu "zastaw się, a postaw się" - sposób przeżycia w nieprzyjaznym, indywidualistycznym, mocno rywalizującym świecie - zaczyna bardzo dużo kosztować. Popatrzcie, co pisze "Polityka":

      "Wszystkie słupki idą w górę. Z Diagnozy Społecznej wynika, że Polacy są coraz bogatsi i zadowoleni. Coraz zdrowsi i otoczeni dobrami. A tymczasem wśród dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków kryzysów psychicznych zdarza się dwa razy więcej niż 20 lat temu. Ostrych załamań nerwowych, które nie są chorobą psychiczną, choć mogą sprawiać takie wrażenie, bo przywożą do szpitala człowieka, który utracił kontakt z rzeczywistością.

      Ale pogrążyć się można też mniej widowiskowo, bez karetki i lekarza wypisującego skierowanie na oddział psychiatryczny najbliższego szpitala. – Kryzys może przebiegać nieostro, powodując ciągnące się stany depresyjne, wypalenia, uzależnienia – tłumaczy prof. Bartosz Łoza, kierownik kliniki psychiatrii na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Szacuje się, że wypalenie w jakimś sensie dotyczy nawet 85 proc. pracowników. Podobnie smutne są statystyki  uzależnień – ponad 3 mln Polaków, według międzynarodowych badań EZOP, ma wyraźne symptomy choroby alkoholowej, a jeśli chodzi o kobiety, to więcej jest pijących wśród tych na stanowiskach niż wśród tych z kiepskimi zawodami albo bez pracy. 12-krotnie w ciągu 20 lat wzrosła liczba uzależnionych od substancji psychoaktywnych. Masowo popadamy w lekomanię – dochody firm farmaceutycznych ze sprzedaży antydepresantów podwoiły się w kilka lat.

      (...) Psychosomatycy lamentują nad przeeksploatowaniem cielesnym Polaków. Zaczyna się jakby brakiem łączności pomiędzy świadomością a ciałem, utratą umiejętności zauważania własnego zmęczenia, a kończy kompletnym zniszczeniem zdrowia. Farmaceuci dodają, że najlepiej sprzedającymi się dziś medykamentami w Polsce są środki przeciwbólowe. Bo wciąż coś boli – a to mięśnie, a to stawy, a to głowa. Spora część, jeśli nie większość tych dolegliwości, może mieć podłoże psychosomatyczne.

      Tak więc kilka milionów Polaków to ludzie długotrwale wytrąceni z życia."

      To jest prawda, którą tak skrzętnie przed sobą nawzajem ukrywamy. Pucujemy okna, prasujemy eleganckie koszule, kupujemy zagraniczne samochody, iPhony i iPady. Fundujemy sobie perfumy, manicury i pedicury, a potem zaciskamy zęby i zasuwamy dalej robić dobre wrażenie na otoczeniu. Bo otoczenie jest po to, żeby je olśnić, żeby mu się pochwalić, żeby je zwalić z nóg swoją wspaniałością. Ja przepraszam, że krzyknę, ale nie mogę się powstrzymać od emocjonalnej reakcji: Coś jest chyba, do jasnej Anielki, nie w porządku, jeśli tylko 15% młodych pracowników NIE CIERPI na wypalenie zawodowe. Halo. Cesarz jest nagi. Krzyczałam tak przez kawał swojego życia i nieodmiennie dostawałam po nosie. Potem sama uległam wypaleniu zawodowemu, dołączając do tych przeraźliwie niepokojących 85 procent rówieśników, o których pisze "Polityka". Mam podejrzenie, że niektórzy moi znajomi, jak ja przez parę lat, ukrywali wstydliwą prawdę przed światem, tłumacząc dziwne spowolnienie kariery czy też całkowitą wyrwę w życiorysie "odpoczynkiem", "alergią" albo "candidą", przekonani, jak ja, że są sami. Że nikogo innego to nie dotyka i nie dotyczy. Kiedy człowiek jest chory i słaby, trudno mu stanowić jakąkolwiek społeczną siłę. Mieszka w wyizolowanej bańce. Koncentruje się na przeżyciu. Nie na walce o prawa pracownicze, nie na tworzeniu nowego, lepszego świata. A świat jest jak najbardziej do poprawki, jeśli pokolenie moich rodziców - kiedyś moi nauczyciele i katecheci, teraz moi ministrowie, moi lekarze, moi prezesi banków, moi przełożeni w kolejnych miejscach pracy - zostawili mnie i podobnych mi młodych ludzi tak bardzo samych w chorobie. Cesarz jest nagi. Coś jest nie tak jeśli 85 procent całego pokolenia cierpi na to samo, często nie mając pojęcia, że inni też.

      Cały artykuł, który cytowałam wyżej, wyważony, mądry i zmuszający do trzeźwego spojrzenia na siebie oraz własne otoczenie, możecie znaleźć tutaj:

      http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1532103,1,mlodzi-ludzie-nie-radza-sobie-z-zyciem.read

      A poniżej kilka cytatów z ostatniego "Przekroju". To na temat mojego pokolenia. 30-40-latków, którzy w imię realizacji pewnej bardzo ambitnej i mało realistycznej wizji życia zapracowują się aż do ciężkiej choroby. Myślę, że najsmutniejsza w tym wszystkim jest nawet nie skala problemu, tylko fakt, że problem calusieńkiego pokolenia, rodzaj zbiorowego przeżycia, historycznej epidemii pracoholizmu i jego skutków, przeżywamy samotnie, odizolowani, zażenowani, przekonani, że cały ten bajzel dotyczy tylko nas, prezentując światu podrasowaną, radośniejszą, zdrowszą, bardziej przystosowaną wersję siebie. A tymczasem statystyki mówią tak:

      Dr Anna Cybulska, gastrolog i specjalista chorób wewnętrznych:

      "Przypadłością XXI wieku okrzyknięto (...) chorobę refluksową. Pierwsze wzmianki na jej temat pochodzą z początku minionego wieku, kiedy określono 200 przypadków tego schorzenia, a dziś już około 25 proc. konsultacji dziennych u gastrologa dotyczy objawów refluksu. (...) Skąd bierze się tak duży wzrost zachorowań na refluks u 30-40-latków? Przede wszystkim z braku czasu, co utrudnia odpowiednio częste i powolne jedzenie.  (...) Ludzie w wieku 35+ jedzą chaotycznie, szybko, często na noc, przez co ich żołądki wariują. Do tego niewiele się ruszają. (...) Zapadają też coraz częściej na choroby alergiczne. Mamy wręcz do czynienia z "alergizację" życia, co podobnie jak refluks wynika z tego, co i jak jemy. Do tego dochodzi stres, który modyfikuje przebieg różnych chorób i je zaostrza."

      Katarzyna Stefańska, kierownik centrum psychologicznego Enel-Med w Warszawie:

      Wśród osób z problemami psychicznymi znacząco przybywa zapracowanych i zestresowanych młodych ludzi. (...) To pokolenie, które bardzo angażuje się w to, co robi, jest ambitne, ignoruje istnienie granicy obciążenia, której przekroczenia organizm już nie zniesie. Konsekwencje takiego zachowania są poważne. Początkowo pojawiają się błahe dolegliwości, przede wszystkim zmęczenie. Do lekarza wybierają się dopiero wtedy, kiedy dochodzą inne symptomy, np. bóle i kłucie serca, problemy gastrologiczne i kłopoty z kręgosłupem. Osoby z wypaleniem zawodowym częściej chorują na zwykłe przeziębienia i wszelkiego rodzaju infekcje, ponieważ życie w ciągłym napięciu osłabia układ immunologiczny. W gabinecie psychoterapeutycznym pojawia się też sporo osób skierowanych przez dermatologa, które uskarżają się na alergiczne zmiany skórne wywołane właśnie przez stres."

      Prof. Bartosz Łoza, dyr. ds. lecznictwa Szpiatala Neuropsychiatrycznego w Tworkach:

      O pomoc z powodu przepracowania i wynikających z tego kłopotów psychicznych zgłasza się coraz więcej osób w przedziale 30-45 lat. W ciągu ostatnich 20 lat liczba zaburzeń emocji wzrosła 10-krotnie, zaobserwowano też 12-krotny wzrost przyjmowania substancji psychoaktywnych, np. środków uspokajających, nasennych czy przeciwbólowych. Taka tendencja będzie się nasilać, ponieważ szczególnie młodzi ludzie biorą coraz więcej obowiązków na siebie. Są przekonani, że dadzą radę zrobić jeszcze jeden projekt. Moment zatrzymania następuje, gdy już nie dają rady. Zgłaszają się do lekarza najczęściej wtedy, gdy przestaje im się chcieć robić cokolwiek. Mówią, że mają depresję, odczuwają przewlekłe zmęczenie, poczucie chronicznego braku sensu i uskarżają się na stany bólowe trudne do zdiagnozowania.

      W podobnym tonie wypowiada się jeszcze kardiolog (o problemach z sercem), ginekolog (o problemach z płodnością) i onkolog (wiadomo). Jeśli macie ochotę na zimny prysznic, polecam ten artykuł i rozmowę z Januszem Czapińskim. Tytuł (daje trochę nadziei, że się wszyscy opamiętamy): "Zmierzch ery pracoholików". A ja idę się zastanowić, jak by tu sobie pomóc żyć trochę zdrowiej i mądrzej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Myśli czwartkowe (a może trzeba zacząć bić na alarm?)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 listopada 2012 10:28

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl