Kucharka Zen

Recenzje

  • czwartek, 25 kwietnia 2013
    • Paw królowej

      Chaos, chaos, chaos.

      W mojej głowie panują przepychanki. Ja sobie nie życzę po prostu. Życzę sobie świętego spokoju i jasności umysłu. Wrzeszczą mi w mózgu głosy przemieszane, przekrzykują się i walczą o dominację, jedne mądre, inne całkiem głupie, śmieciowe i pop-kulturowe, szlachetne i całkiem bezużyteczne, pomocne i jałowe, wszystkie miotają się kąsając na prawo i lewo, rozdając ciosy ostrymi łokciami, pazurami, kopiąc na oślep, a ja, zmęczona ja, mam wrażenie, że nic, tylko obserwuję biernie, bezsilnie, jakbym nie miała żadnego wpływu, żadnego dosłownie, na wynik tej rozgrywki. Mój biedny, biedny układ nerwowy zwierzęcia wielkomiejskiego, zbombardowany zgrzytliwym metrem, trójpasmową drogą szybkiego ruchu, bilboardami, facebookami, muzyką w cudzych słuchawkach, przepychającym się tłumem,  głosami ważnych i mniej ważnych osób, esejami, artykułami, fragmentami książek, przeciążony jest już do granic swojej wytrzymałości. A ja sobie nie życzę. W dziewiętnastym i dwudziestym wieku szeregowi pracownicy fabryk czy korporacji walczyli o higieniczne warunki zatrudnienia - higieniczne w sensie dosłownym - czystość, bezpieczeństwo, nieprzesadną szkodliwość dla zdrowia, czterdziestogodzinny tydzień, wolne niedziele. Mieszkańcy miast natomiast chcieli ogrzewania, oświetlenia, kanalizacji, opieki zdrowotnej i sprawnej policji. Mam wrażenie, że kolejny etap walki, dwudziestopierwszowieczny już, to etap higieniczności i bezpieczeństwa dla nerwów. Walczymy więc o coś zupełnie innego jakościowo. O coś niewidzialnego, nie dającego się łatwo zdefiniować, często bagatelizowanego użyciem rozmaitych eufemizmów (na czele z moim ulubionym, tak spowszechniałym, że wszyscy już się żeśmy na niego znieczulili: stres). Więc walczymy o swój układ nerwowy, bo jego chronienie jest nieoczywiste, niełatwo mierzalne, trudne do zobiektywizowania. Nie wystarczy zbudować mostu albo powołać nowej instytucji. Tu potrzebne są rozwiązania zupełnie jeszcze nieznane, z nowiutkiego, świeżutkiego porządku. A problemy się piętrzą. Moje osobiste postulaty, na przykład, obejmują wiele spraw i dyscyplin - żeby nie było aż tyle tego niemożebnego hałasu na ulicy, w sklepach i publicznym transporcie, żeby natychmiast porzucono koszmarny mit open-space'ów, w których tak naprawdę nie można się skupić jak człowiek (badania pokazują, że produktywność pracowników spada w nich do 60%), żebyśmy umieli się opędzić od informacyjnego nadmiaru - setek reklam i promocyjnych informacji, setek niepotrzebnych maili, setek slajdów w PowerPoincie i setek bezsensownych tabelek w Excelu, formularzy i procedur do zapamiętania, pinów i nipów i kodów do domofonu, a na dodatek najgorszej ze wszystkich stuprocentowo ludzkiej kakofonii (te wszystkie spotkania, z których nic nie wynika, ale na których dużo za dużo się mówi), tabunów ludzi, którzy tonem eksperta wygłaszają najgorsze, miałkie i nierzadko szkodliwe dyrdymały, socjopatycznych szefów, toksycznych kolegów, wiecznie zmieniającego się strumienia ludzkiego, bo przecież rotacja, bo trzeba wyrzucać i zatrudniać na nowo, zdobywać coraz to nowych klientów... i wielu, wielu innych niepotrzebnych obciążeń. Bo to nieprawda, że wyłączną odpowiedzialność za własny stres, przemęczenie, depresję czy wypalenie ponosimy indywidualnie, wyizolowani z kontekstu ekonomicznego, historycznego albo kulturowego (podobno w Polsce mamy protestancką etykę pracy, ja bym powiedziała, że ją mamy masochistyczną, ale nikt nie chce krzyknąć pierwszy, że przesadzamy, więc wszyscy zaciskają zęby i prą w tej kakofonii po kilkanaście godzin dziennie ku chorobom rozmaitym). Chaos. Chaos. Chaos. Coś nam się pewnie z tej kotłowaniny prędzej czy później wyłoni. Ale co? Kiedy? I czy to musi tak męczyć?

      Byłam parę dni temu na "Pawiu Królowej" według Doroty Masłowskiej, wystawionym przez Stary Teatr z Krakowa. Wstrząsająca rzecz, powiem wam. Myślałam, że wyjdę. Na scenie panowała podobna atmosfera jak teraz wśród moich neuronów. Bajzel z rozmaitych porządków, wielka sztuka przez wielkie "Sz" przeplatająca się z codziennym okrucieństwem niedouczonego dresiarstwa, papka z tabloidów na zmianę z przebłyskami geniuszu, na wpół spamiętane fragmenty szkolnych lektur i ustępy z podręczników pop-psychologii, chaos, chaos, chaos, słowna regurgitacja nieuniknionego nadmiaru informacji, którego nie ma jak odeprzeć, a któremu ulegamy uczestnicząc w głównym nurcie życia. Nawet jeśli zarządzimy osobisty post medialny, swoją drogą jak najbardziej wskazany, pierwszy lepszy współpasażer czy współpracownik (współtowarzysz niedoli w każdym razie) prędzej czy później otworzy usta i uraczy nas dokładnie tym samym werbalnym bajzlem. Bycie z drugim człowiekiem bywa czasem tak samo męczące jak oglądanie telewizji. Pogubiliśmy się, drodzy państwo. Jak przedszkolaki niewyposażone w dojrzałość emocjonalną konieczną żeby jakoś sobie w tej gęstwinie poradzić, żeby sobie w tej dżungli wyrąbać ścieżkę w sensownym kierunku, biegamy po pijacku i wyrzucamy z siebie strumienie nieocenzurowanych bzdur. Najgorsze w tym "Pawiu" było coś, czego nigdy jeszcze nie odczułam w teatrze. Na ogół sztukę traktuję jako nieco przesadzoną, przestylizowaną diagnozę rzeczywistości. Artysta, wrażliwiec ponadprzeciętny, pokazuje palcem, co nas wszystkich boli, gdzie jesteśmy śmieszni, gdzie głupi a gdzie okrutni, ale przesiedziawszy w niewygodnym teatralnym krześle parę godzin, pomęczy się człowiek, podoznaje skrajnych emocji, a następnie przejdzie obowiązkowe katharsis i oczyszczony wyjdzie na świat, który aż taki zły nie jest. Po wyjściu z Masłowskiej, cholera, wcale nie miałam wrażenia fundamentalnej lepszości realu. Kakofonia nie minęła. Chaos pozostał. Przerażające jak bardzo ta konkretna sztuka przypomina prawdziwe życie. Żadnej różnicy. Taki sam paw królowej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 kwietnia 2013 19:04
  • wtorek, 01 stycznia 2013
    • Ludzie listy piszą...

      ...ludzie piszą listy, które poruszają, wstrząsają, rozczulają, rozśmieszają do łez, zaskakują, inspirują, każą pomyśleć, każą przystanąć. Dobra lektura na początek nowego roku, tuż po końcu świata, który przecież nie nastąpił, w momencie kiedy przeciętny człowiek coś podsumowuje, coś sobie obiecuje i postanawia zmienić, jakoś się nad sobą i swoim życiem zastanawia. Jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłu na tę stronkę internetową - autor postanowił poszperać, odnaleźć ciekawe przykłady ginącej już przecież (ale czy na pewno?) sztuki pisania na papierze do drugiego człowieka i zamieścić je w wersji cyfrowej dla wszystkich nowoczesnych czytelników. Rezultat? Unikalna wirtualna kolekcja korespondencji. Mniej więcej dziewięćset niesamowitych listów i ponad trzydzieści milionów wizyt. Poniższy link prowadzi do piętnastu najpopularniejszych epistoł 2012 roku.

      http://www.lettersofnote.com/2012/12/best-of-2012.html#.UOMjDjDF_mI.facebook

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 stycznia 2013 19:48
  • niedziela, 30 grudnia 2012
    • Przygoda

      No nie chciało mi się wychodzić z domu. Świeciło słońce. Niebo było nieskazitelnie niebieskie. Temperatura postanowiła się zlitować nad ludzkością i dopuścić lżejsze szaliki, cieńsze rękawice, buty bez futerka. Miałam się spotkać z koleżanką. Angielką. Pracowałyśmy kiedyś razem. Angielka jest najmilszym, najdelikatniejszym, najbardziej wsłuchanym w drugą osobę człowiekiem, jakiego spotkałam w trakcie mojej dotychczasowej biografii. Ja wiem, że jednostkowe biografie to rzecz ograniczona, że nie można na ich podstawie wyciągać daleko posuniętych uogólnień, ale uprę się przy stwierdzeniu, że ta kobieta to nieprzeciętnie wrażliwa jednostka i już. A spotkania z nią gwarantują otwierające na nowo oczy, inspirujące rozmowy, takie nieprzewidywalne pogaduchy, toczące się naturalną, organiczną ścieżką, meandrującą od polityki, przez osobiste emocje, aż po historię i międzykulturowe zgrzyty.

      Miałyśmy się spotkać w Centrum Sztuki Współczesnej i obejrzeć wystawę Maurizio Cattelana, jednego z nielicznych współczesnych artystów, których sztuka porusza mnie, i to na liczne, całkiem niespodziewane sposoby, budzi nieoczekiwane uczucia, daje do myślenia i zostaje w pamięci. A więc zapewnia cały możliwy pakiet atrakcji, przynosząc coś na kształt katharsis. I coś w rodzaju bezbolesnego doładowania życiowych baterii. Planowałyśmy więc wystawę, a potem miałyśmy się przejść leniwie, niezobowiązująco wzdłuż świątecznej iluminacji na Krakowskim Przedmieściu i napić grzanego wina na rynku Starego Miasta (gdzie nadal rezyduje jarmark bożonarodzeniowy, w związku z czym postanowiłam zakupić kolejną parę wełnianych mega-skarpet oraz przynajmniej pół kilo litewskich buraczków po koreańsku). A jednak nie chciało mi się wychodzić z domu.

      Wytoczyłam się w końcu na zewnątrz, w ostatniej możliwej chwili, na pograniczu spóźnienia, ospale i niechętnie. Po drodze, na klatce schodowej, spotkałam sąsiada z góry, młodego studenta prawa, który na widok niżej podpisanej nagle osowiał, sponurzał, wbił wzrok w ziemię, bardzo niemrawo mamrocząc coś w odpowiedzi na moje "dzień dobry". Regularni czytelnicy domyślą się z łatwością, co w niego wstąpiło. Ja - wygląda na to - rozwiązałam zagadkę policyjnej interwencji sprzed półtora tygodnia. Już wiem.

      Na dobry początek, koleżanka spóźniła się godzinę. Nie przesadzam. Równo sześćdziesiąt minut po umówionej szesnastej, punkt piąta, wtoczyła się do holu Zamku Ujazdowskiego z serdecznymi przeprosinami. Kupiłyśmy bilety i udałyśmy się do szatni, gdzie uroczy brodaty pan rozebrał nas własnoręcznie z płaszczy, ku mojemu zakłopotaniu, bo odzwyczaiłam się od takich rycerskich gestów.

      Nie wszyscy lubią Cattelana. Niektórymi wstrząsają jego pomysły, ocierające się często o istotne chrześcijańskie symbole, o tabu szczególnie czujnie chronione w krajach katolickich. Jego wypchane zwierzęta i gumowe, niezwykle realistyczne postaci przeżywają największe i najtrudniejsze sprawy, jakie mogą stać się udziałem człowieka. Śmierć - własna i cudza. Morderstwo. Gwałt. Zdrada. Poniżenie. A może nie? Może tylko poddają się dowolnym interpretacjom, otwierając w człowieku tematy, które akurat w tej chwili są dla niego istotne? Może budzą skojarzenia z tym, co ostateczne i okrutne u mnie, a nie budzą ich u kogoś innego? Niektórych Cattelan bulwersuje. Innych zniesmacza. Wielu rzuca na kolana. O gustach się nie dyskutuje, więc nie będę nawet próbować przekonywać kogokolwiek, by podzielił mój zachwyt. Czystością formy i wieloznacznością treści. Nienarzucaniem widzowi interpretacji. Mocą budzonych emocji. Uniwersalnością przekazu. To wszystko tylko puste hasła jeśli się ich osobiście, intymnie nie poczuje. Zresztą nie na tym polegała Angielki i moja dzisiejsza przygoda. Kiedy tylko weszłyśmy do korytarza, w którym zaczynała się wystawa Cattelana, zatrzymały nas na dłuższą chwilę dwa labradory i mały kurczaczek. Złoto-brązowa zwierzęca rodzina? Po czym, dosłownie chwilę później, pojawił się obok nas chłopak, być może dwudziestoletni, w hipsterskiej czapce z daszkiem, z dwudniowym zarostem nałogowego imprezowicza, w modnych spodniach spod których bardzo wyraźnie wystawały jaskrawozielone syntetyczne majtki. Na odzianej w dresową bluzę piersi, chłopak miał przypiętą plakietkę "przewodnik". Zaczepił nas po angielsku i zaproponował, że opowie nam o wystawie. Spojrzałyśmy jedna na drugą i podjęłyśmy najlepszą decyzję tego popołudnia. Powiedziałyśmy "tak".

      Jak dobrze dać się komuś zaskoczyć. Jak dobrze pozwolić komuś, komu na pierwszy rzut oka zafundowałoby się etykietkę pustego w środku, modnego nihilisty, pozbawionego w życiu kierunku, wyprowadzić się z błędu, pokazać jak bardzo głupio oceniać ludzi na chybcika i na podstawie paru przypadkowych, powierzchownych informacji. Chłopak w syntetycznych zielonych majtkach okazał się najlepszym przewodnikiem, jaki mnie kiedykolwiek po czymkolwiek oprowadził - w trakcie całej mojej - nawet ograniczonej, jednostkowej przecież - biografii.

      Nad labradorami i kurczaczkiem staliśmy dobre piętnaście minut, piętnaście minut wypełnione opowieściami o rozmaitych sposobach czytania tej rzeźby, o tym, co wynika z pozycji każdego z psów, ich wyrazu pyska, spojrzenia, umiejscowienia w przestrzeni, o tym, że skoro artysta nie podał nigdy "oficjalnej" prawdy na temat tego dzieła, nie uzasadniał go i nie wyjaśniał, nie zatytułował go nawet, żeby nikomu nie narzucać interpretacji, każdy zwiedzający dorzuca nową, zupełnie zaskakującą perspektywę, rozumiejąc tę rodzajową scenkę w bardzo intymny, unikalny sposób, filtrując ją przez własne doświadczenia i emocje. Dla jednych psy były strażnikami pisklaka, jego czujnymi, czułymi opiekunami. Dla innych, obojętnymi rodzicami rozpaczliwie samotnego dziecka, a cały obrazek miał symbolizować współczesną ludzką izolację, nawet wśród najbliższych. Jedni widzieli w labradorach zagrożenie, gotowość do skoku, do ataku na bezbronną ptaszynę. Inni znów wyczytywali w rzeźbie bliskość i miłość.

      Bardzo szybko wczułyśmy się, ja i Angielka, w tę przygodę, z każdym kolejnym eksponatem dorzucając własne skojarzenia, zauważając nowe szczególiki, ciesząc się otwartością naszego przewodnika na kolejne warstwy znaczeń. Mój mózg rozśpiewał się radośnie, rozbłyskując raz po raz na stykach neuronowych, kiedy coś niespodzianie połączyło się z czymś innym, kiedy sztuka wybiła mnie z nawykowych torów myślenia. Obrazy. Emocje. Nowe pomysły. Zaskakujące podobieństwa między pozornie nieprzystającymi elementami rzeczywistości. No i te wielkie, uniwersalne tematy. Krzywda. Żałoba. Miłość. Śmierć. O sztuce trudno się pisze, bo gdyby dało się ją szczegółowo, precyzyjnie zamknąć w słowach, nie byłoby w niej tego "czegoś", co się przecież słowom wymyka. Dzisiaj to "coś" było. W dużym stopniu dzięki chłopakowi z plakietką "przewodnik", który dobitnie udowodnił, że źle go na pierwszy rzut oka oceniłam. Kiedy - po czymś w rodzaju emocjonalnej i intelektualnej podróży w nieznane dotąd regiony - wreszcie się rozeszliśmy, każdy w swoją stronę, każdy z powrotem do własnego życia, pozazdrościłam mu z całego serca. Pracy z ludźmi, z ich uczuciami, i z tym "czymś". Obcowania z tym na co dzień.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 grudnia 2012 23:42
  • piątek, 24 sierpnia 2012
    • Nowicjusz nad szopską sałatką

      Kuchnia Bałkańska

      Czy można na co dzień żyć w permanentnym zadziwieniu, w nieustającym poczuciu, że wszystko jest świeże i nieodkryte, błyszczące jak nowa zabawka, intrygujące i bezprecedensowe? W gotowości na jeszcze więcej niespodzianek i jeszcze więcej zaskoczeń? Czy to na dłuższą metę nie wyczerpuje? Taka całodobowa dziecięca otwartość na bodźce i gotowość żeby nic nie rozumieć? Kiedyś chciałam wiedzieć wszystko i umieć wszystko. Dziś wybaczyłam sobie skołowanie. Akceptuję, że czegoś nie potrafię i nie pojmuję, a zamiast mnie przerażać, jak dotąd, taka bezradność wydaje mi się dość rozkoszna. Podniecająca. Jak pierwsze kroki nowego tańca albo pierwsza noc w nowym mieszkaniu, czysta ciekawość, niezmącona wątpliwością, niezakłócona bolesnym lękiem, że cała ta radość skończy się jak zwykle spektakularną katastrofą. Niezapisana kartka. Niezapełniona przyszłość. I ja. Jakby bez bagażu. Gdzie się podział mój balast, tak czasem ciężki i kłopotliwy, tak ograniczający ruchy? Czyżbym na moment uwolniła się od swojej własnej historii? Ni stąd ni zowąd jestem nowicjuszem, dopiero się uczę, wszystko jest nieskończonym potencjałem, ekscytującym workiem z podarkami. Więc dziwię się. I dziwię. Że słońce znowu świeci. Tyle dni pod rząd. Że budzę się rano i wiem tak z grubsza kim jestem. Że mogę trzy lata nie jeździć na rowerze, a potem na niego wsiąść i jakimś cudem od razu wszystko pamiętać. Że świat się kręci jak wczoraj i przedwczoraj i żadna kometa w nas jeszcze odpukać nie walnęła. Że kiedy chodzę, to jakaś magia się dzieje, bo moje nogi poruszają się bez świadomego wysiłku, pchane wyuczoną w zamierzchłych czasach dzieciństwa choreografią mięśni. Że serce mi bije i płuca jak miechy zasysają powietrze z elegancką regularnością. Że ludzie w metrze tacy inni od tych, których widziałam w nim wczoraj. A moja ulica co spacer dostarcza kolejnego drobiazgu, którego wcześniej nie znałam. Jak impresjonista, odróżniam tysiące odrębnych rodzajów światła, niepowtarzalnych aromatów miejskiego powietrza, typów pogody, a wszystko to mimo rutyny - ile razy przemierzyłam ten sam odcinek chodnika? Siedem lat. Trzysta sześćdziesiąt pięć lub sześć dni w roku. Trzy spacery z kundlem dziennie. Kalkulator twierdzi, że to 7667 przechadzek. A przecież nie liczę nawet wyjść do pracy i powrotów z niej. Szybkich wypadów do spożywczego na rogu. Improwizowanych kawek w lokalnej kawiarni i wypraw do zaprzyjaźnionej fryzjerki za rogiem, które również wymagają przejścia stałej, niezmiennej trasy. Więc chodzę po tej swojej ulicy i niby te same drzewa, ten sam płot, te same betonowe płyty. Znajomy zdezelowany samochód, którego od trzech lat nikt nie chce kupić, więc przyklejone od wewnątrz ogłoszenie "na sprzedaż" blaknie od słońca, które płynnym ruchem, jakby muskało, głaskało moją ulicę, przesuwa się po niej, pojawiając się i znikając, szybciej, wolniej, bardziej biało lub bardziej złoto, zależnie od pory dnia i roku. I ciągle i ciągle coś nowego.

      Mój pies czasem przekrzywia łeb, zaskoczony i niepewny jak zareagować. Lubię go wtedy obserwować. W przeciwieństwie do większości ludzi, których znam, on nie wstydzi się swojego niezrozumienia. I ja zaczynam się go nie wstydzić. I ja od kilku miesięcy coraz częściej przekrzywiam łeb, uważnie przyglądając się i przysłuchując światu, nagle zdając sobie sprawę, że tylko mi się wydawał znajomy. Że to złudzenie. Szkodliwe, niekonstruktywne złudzenie.

      szopska

      Ale miało być o posiłkach. Wczoraj po pracy zjadłam obiad w małej bałkańskiej knajpce tuż przy metrze Natolin. Dotąd nie przyszło mi nawet do głowy recenzować na blogu cudzego gotowania, ale tym razem zrobię wyjątek. Bo w maleńkiej i całkiem bezpretensjonalnej restauracyjce prowadzonej przez niepozorną, dyskretnie krzątającą się kobietę w średnim wieku znowu musiałam przekrzywić łeb i przyjrzeć się sobie i światu na świeżo, od zera.

      - Dzisiaj mamy makaron z sosem bolognese. Wołowina, pomidory, makaron. Ale wie pani, z domowymi pomidorami.

      - Znaczy świeżymi? - upewniłam się, że dobrze rozumiem. Byłyśmy same w przytulnej salce jadalnej ze schludnymi mebelkami.

      - Tak, świeżymi. - powiedziała gościnna szczupła pani zza kontuaru, podając mi jadłospis w twardej okładce, a następnie pochylając się nad nim wraz ze mną, żeby mi wszystko szczegółowo wytłumaczyć. W karcie dań zobaczyłam sekcję wegetariańską, a w niej potrawy, które brzmiały autentycznie zdrowo.

      - O, na przykład naleśnik z gotowanymi na parze warzywami. Ja te naleśniki sama piekę co rano w piecu. Nie smażę, nie odgrzewam w mikrofali, tylko piekę. A warzywa też na świeżo gotuję. A potem to tylko na chwilę do piekarnika wstawiam żeby się ogrzało. I podaję z sosem jogurtowo-koperkowym. Albo jest też zapiekana cukinia z kartofelkami.

      - To ja ten naleśnik chyba. Siedemnaście złotych, kurczę, to naprawdę niedrogo. To może bym do tego jakąś sałatkę wzięła? Szopską?

      - Tylko ja muszę panią ostrzec, że ten naleśnik jest spory, więc nie wiem, czy będzie pani chciała i naleśnik i sałatkę.

      - Ale taki jakiś wielgachny jest?

      - No nie jakiś wielgachny, może rzeczywiście można go i z sałatką zjeść, bo to przecież cienki placek i same warzywa, więc to bardzo lekkie. Mogę pani zrobić szopską. Wie pani, ja jej nie przygotowuję z wyprzedzeniem, tak że potem wszystkie płyny wyciekają z warzyw, a pomidory robią się zwiędłe i rozmiękłe. Będę ją robić na świeżo, trochę oliwą z oliwek poleję. Będzie trzeba sobie pomieszać, bo ona spływa na dno miseczki. I posypię startą fetą. I nie przesalam, mam nadzieję, że pani to nie przeszkadza, ale w razie czego na stole stoi sól. A jest jeszcze sałatka z pieczonego bakłażana. Tylko wtedy trochę dłużej się czeka? Bo najpierw muszę go zapiec, żeby soki puściły.

      Szczerze? Pani sprawiała wrażenie, jakby wzięła sobie za punkt honoru rzetelnie poinformować każdego gościa o dokładnym sposobie przygotowania każdego z możliwych dań, oraz o tym, że dzięki gotowaniu na parze uniknie rozmaitych sensacji żołądkowych, które na ogół towarzyszą jedzeniu na mieście. Przyglądałam się jej jak egzotycznemu zwierzęciu. Miałam poczucie, że weszłyśmy z marszu w konwencję przyjacielską, intymną, w rozmowy dwóch starych jak świat znajomych o zgadze i niesfornych ekipach remontowych. Niektórzy ludzie, niewielu ich jest dookoła i trudno ich wypatrzeć, mają taki niepozorny, dla większości świata nieefektowny, ale dla mnie zadziwiający i cenny talent do nawiązywania natychmiastowych relacji, do budowania błyskawicznego zaufania. To sztuka. A właścicielka restauracji, tak bezpretensjonalna, że dziś już nie pamiętam jej twarzy, była w tej sztuce wirtuozem.

      - A wie pani, że blanszowanie nie jest zdrowe?

      - Bo witaminy uciekają już od razu do wody, prawda? Mimo że warzywa siedzą w wodzie bardzo krótko?

      Kiwa głową, nieprzyzwyczajona do sytuacji kiedy gość wie cokolwiek na temat technik zdrowej obróbki termicznej. A ja się kurczę znowu zadziwiam, jak jakiś kosmita, że przecież jesteśmy w Polsce, w Warszawie, że w restauracjach powinno się podawać nasączone octem sushi z bezpłciową mrożoną rybą i rozmoczone pseudo-tiramisu na deser po rozgotowanym makaronie, tym samym, który podaje setka innych knajp, bo przecież komu by się chciało wymyślić coś oryginalnego. A wszystko powyżej trzydziestu złotych za pozycję. Więc medal dla tej pani. I dyplom. I owacja na stojąco. Bo odważyła się otworzyć restaurację z innego niż Włochy i Japonia kraju. Bo sama (wraz z mężem i dziećmi) stołuje się w swojej placówce gastronomicznej. Bo leży jej na sercu jakość tego, co sprzedaje innym. Bo nie oszczędza na kliencie, nie oszukuje, nie udaje. Bo nie chodzi na skróty, wspomagając się mikrofalą i mrożonkami. Bo nie przesadza z cenami. Bo obsługuje gościa wzorcowo, jak porządna, troskliwa gospodyni - donosząc do stolika to cytrynkę żeby sobie samemu skropić sałatkę, to znowu ostrą przyprawę, bo jej się przypomniało, że niektórzy lubią na ostro. Omijajcie wielkim łukiem te wszystkie szyldy, które krzyczą "domowa kuchnia" - dostaniecie tam przedwczorajsze wątróbki i ociekające tłuszczem pierogi z bezbarwnym farszem oraz obsługę w postaci urażonej długonogiej niedoszłej gwiazdy. Spróbujcie za to osiedlowej knajpki, którą prowadzi ktoś zwyczajny. Ktoś, czyja twarz zamaże się wam być może w pamięci natychmiast po powrocie do domu, ale czyj posiłek i czyja gościnność zostaną z wami na długo. I zadziwią was normalnością. I odetchniecie z ulgą, że jeszcze bywają takie miejsca.

      naleśnik

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Nowicjusz nad szopską sałatką”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      piątek, 24 sierpnia 2012 20:09

Kalendarz

Czerwiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl
zBLOGowani.pl