Kucharka Zen

Wpisy otagowane „wegański deser”

  • poniedziałek, 11 czerwca 2012
    • Owocny weekend: mus truskawkowy i balsamico

      mus truskawkowy z balsamico    mus truskawkowy z balsamico

      Taki musik to coś pięknego. Prostego jak drut a zarazem wykwintnego, że hej. Idealnie nadaje się do zagospodarowania tych trochę mniej ładnych, trochę mniej jędrnych i trochę bardziej zmęczonych owoców, które zostały na dnie łubianki po jakimś cieście albo pierogach z truskawkami. Słodko-kwaśny i wcale nie taki znowu deserowy sos będzie pasował do śniadań, obiadów, podwieczorków i kolacji:

      • Placków śniadaniowych, racuchów, naleśników, a nawet pierogów z serem lub innymi owocami;
      • Deserów wszelkiej maści - sorbetów, lodów waniliowych albo czekoladowych, galaretek i kisieli;
      • Kanapek na słodko, jako dżem (ja go sobie zjadłam na swoich sobotnich orkiszowych bułeczkach, ale niestety z dość obfitym dodatkiem nutelli (obłęd czysty po prostu!), więc teraz mam poczucie winy. Dobę już to trwa :) Dla wegan proponuję interesującą wersję amerykańskiego peanut butter and jelly sandwich, czyli grzankę albo tost z masłem orzechowym i takim truskawkowym musem zamiast dżemu. W wersji wypasionej trzeba dodać jeszcze banany, ale możecie się po takiej kanapce nie pozbierać;
      • Niespodzianka: spróbujcie go zamiast dressingu do sałatek z kozim serem, wątróbką albo białą rybą (ale eksperymentujcie na własne ryzyko). 

      mus truskawkowy z balsamico

      Składniki: kilkanaście truskawek (mogą być trochę zmarnowane), łyżka octu balsamicznego, łyżka syropu buraczano-jabłkowego (syropu z agawy lub z daktyli, cukru trzcinowego albo miodu, jeśli używacie). Zależnie od tego, czym posłodzicie mus, odrobinę zmieni się też jego smak. Co samo w sobie może być fajną przygodą kulinarną.

      Instrukcje: umyć truskawki, pozbawić je szypułek i przekroić na połowę. Wrzucić do rondelka i poczekać aż puszczą soki. Dodać ocet balsamiczny i słodzidło. Gotować do momentu kiedy płyn zredukuje się mniej więcej o połowę. Ostudzić. Zmiksować. 

      P.S. Jest wtorek. Tuż przed południem. Mus truskawkowy jeszcze sobie smacznie pochrapuje w lodówce, oczekując na kolejne kulinarne spotkania z niespodziewanymi zupełnie, improwizowanymi daniami (zaliczył już upojną randkę z bułką orkiszową i nutellą oraz bardzo udane rendez-vous z galaretką imbirowo-cytrynową) i, dwa dni po swoich narodzinach, ma się całkiem dobrze. Może jest nawet lepszy niż taki od razu z rondelka? Na dzisiejsze śniadanie skonsumowałam jego porcyjkę w towarzystwie orkiszowych, pełnoziarnistych, kakaowo-gruszkowych placuszków przyrządzonych według zasad Kuchni Pięciu Przemian (jeszcze za mało na ten temat wiem, żeby się tutaj jakoś konstruktywnie mądrzyć, więc odeślę was, szanowni moi czytelnicy, do kobiety, która zna się na tym o niebo lepiej niż ja, autorki przepisu na te bardzo, bardzo smaczne placuszki, Sowy-nie-Sowy). Sowa, jak sama pisze, gotuje "bez białej mąki, białego cukru i mocno przetworzonych produktów, ale i bez fanatyzmu. Metodą Montignac i według Kuchni Pięciu Przemian. Na luzie." Czyli w sam raz dla mnie :)

      mus truskawkowy z balsamico      mus truskawkowy z balsamico

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Owocny weekend: mus truskawkowy i balsamico”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 czerwca 2012 20:01
    • Owocny weekend. Kokosowe truskawki z rabarbarem i inne sorbety

      sorbet rabarbarowo-truskawkowy   sorbet rabarbarowo-truskawkowy

      Rabarbar zaczyna powolutku zanikać w moich okolicznych warzywniakach, więc kupiłam go trochę w sobotę (mam taką poranną sobotnią tradycję, że idę z psem na spacer w takie miejsce, gdzie postawiono dużo kiosków - z gazetami, pieczywem i warzywami - gdzie mogę sobie zakupić Wysokie Obcasy, bułeczkę grahamkę oraz trochę zieleniny bez konieczności zostawiania psiny w domu lub przywiązywania go do słupków, parkanów, znaków drogowych, krat okiennych itp. Bo on wtedy wyje tak, że żal stworzenia wszyskim przechodniom). I dokupiłam ćwierć kilo truskawek, żeby jeszcze zdążyć w tym sezonie uskutecznić taką klasyczną, nieśmiertelną kombinację rabarbar-truskawka. Pani z zieleniaka chyba nie lubi kiedy kupują u niej single, bo na moje "ćwierć kilo" wzniosła oczy do nieba, pokręciła głową i z dużymi oporami wsypała mi do torebki niecałą jedną trzecią łubianki.

      Mój sobotnio-niedzielny eksperyment z sorbetami zainspirowało kilka uczestniczek zbliżającej się już do końca akcji "Zdrowe Słodycze". To w większości dbające o dietę swoich dzieci matki, które twierdzą, że zamrozić można wszystko, co owocowe, ze wskazaniem na soki i musy. Więc ja, jako osoba ciekawska z natury i skłonna do kontrolowanego ryzyka, musiałam sobie popróbować. Czy rzeczywiście.

      sorbet rabarbarowo-truskawkowy   sorbet rabarbarowo-truskawkowy   sorbet rabarbarowo-truskawkowy

      Zakupiłam dwa soki jednodniowe w sklepie na rogu. Grejpfrutowy i porzeczkowo-jabłkowy. Wlałam ich obu po trochu do swoich kupionych niedawno za bezcen w bezkonkurencyjnym skandynawskim sklepie z duperelkami dziecięcych foremek do lodów. Pomyślałam, że kiedy wróci słońce, takie kwaśne, zimne lodowe lizaki będą jak znalazł. A oprócz soków, zamroziłam jeszcze mus truskawkowo-rabarbarowy z odrobiną mleczka kokosowego. Dobry wyszedł.

      Składniki musu truskawkowo-rabarbarowego z kokosem: 4 łodygi rabarbaru, 250g truskawek, 2 łyżki syropu buraczano-jabłkowego (lub z agawy albo z daktyli), płaska łyżeczka imbiru - startego na tarce świeżego albo sproszkowanego, pół puszki mleczka kokosowego, 3/4 szklanki wody.

      Rabarbar umyć, obrać i pokroić na kawałeczki. Truskawki opłukać, pozbawić szypułek, pokroić w ćwiartki i wrzucić do rondelka, wraz z rabarbarem. Dodać wodę i słodzidło. Pogotować dopóki owoce nie zmiękną a soki z owoców nie zredukują się do mniej więcej pół litra (dwóch szklanek). Dolać mleczko kokosowe. Doprowadzić na granicę wrzenia i zgasić ogień. W tym momencie zrobiłam kolejny eksperyment, bo jedną połowę musu owocowego odlałam do miski, żeby ostygł, a drugą zostawiłam w rondelku i zagotowałam, dodając do niego czubatą łyżeczkę agaru. I w ten sposób zrobiłam smaczną galaretkę, bo owoce z agarem przelałam do miseczek i zostawiłam do ostudzenia i zgęstnienia. Natomiast ochłodzoną drugą połowę musu przelałam do foremek na lody i wstawiłam do zamrażarki. Na kilka godzin albo dłużej. Wyjmę w najbliższy upał.

      sorbet rabarbarowo-truskawkowy

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Owocny weekend. Kokosowe truskawki z rabarbarem i inne sorbety”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 czerwca 2012 19:22
    • Owocny weekend. Galaretka imbirowo-cytrynowa z truskawkami

      galaretka imbirowo-cytrynowa   galaretka imbirowo-cytrynowa

      Kiedy byłam nastolatką, w domu moich rodziców pojawiła się seria cienkich książek kulinarnych w gustownej, błyszczącej czarnej oprawie. Każda książeczka prezentowała kulinarne tradycje z innego kraju. Co prawda większości składników nie znaliśmy, nie próbowaliśmy i nie widzieliśmy w sklepach, ale dobrze oglądało się ilustracje i marzyło, że kiedyś, jakimś cudem, uda się tych egzotycznych przedziwności skosztować. Z bliżej niezrozumiałego powodu najczęściej zasiadałam na kanapie żeby przewertować Kuchnię Żydowską, Rosyjską i Kuchnię Japońską. Japońską nawet wynegocjowałam niedawno od mamy przy okazji ostatniej przeprowadzki rodziców. I mam ją na swojej półce. I chociaż dzisiaj można kupić grubsze, piękniej wydane, bardziej kolorowe i obficiej ilustrowane pozycje wydawnicze, ja mam ogromny sentyment do tego maleństwa, bo dzięki niemu po raz pierwszy w życiu, całe dekady zanim uświadczyłam tych potraw w rzeczywistości, zobaczyłam sashimi, zupę miso, kurczaka teriyaki i warzywną tempurę. Jednym z najbardziej fascynujących przepisów, któremu potrafiłam przyglądać się godzinami, bo powodował coś na kształt estetycznego uniesienia, był przepis deserowy na przepięknie przezroczystą galaretkę z "zatopionymi" jak muzealne okazy w szklanej gablocie rozmaitymi owocami. Nietkniętymi. W całości. Było w tej galaretce coś esencjonalnie japońskiego. Sterylna wręcz prostota. Żelazna kulinarna dyscyplina. Szlachetne umiarkowanie.

      Weekend przydarzył mi się nietypowo owocowy, bo na ogół jestem raczej warzywna. A tu nagle w domu pojawiło się wszystko na raz - truskawki, rabarbar, czereśnie, borówki (skusiłam się, nie doczekałam sezonu). Postanowiłam trochę z tym wszystkim poeksperymentować i zobaczyć, czy umiem zrobić galaretkę z agarem, z czego i jak da się zmrozić sorbet, oraz czy przebiję swój ostatni mus truskawkowy, bo to już od dawna moja piece de resistance po prostu, powód do dumy przechodzącej momentami w lekki narcyzm.

      Odpowiedzi na pytania o sorbety i mus za chwilę. Natomiast odpowiedź na pytanie o galaretkę z agarem brzmi: tak. Umiem ją zrobić, i wy też na pewno umiecie, nawet jeśli tego jeszcze nie wiecie, bo to proste i nieskomplikowane - na opakowaniu podano bardzo jasne i precyzyjne instrukcje, więc wszystko, co miało stężeć, pięknie stężało, dokładnie tak jak trzeba. Agar-agar to naturalny odpowiednik kontrowersyjnej żelatyny, proszek produkowany z rosnących wzdłuż wybrzeży Japonii krasnorostów, wydobywanych przez specjalnie w tym celu wyszkolonych nurków (fajnie). Galaretki, które się z tą żelującą substancją produkuje są leciutkie, subtelne w smaku i wegańskie. Natomiast imbirowo-cytrynowa, nieprzesadnie słodka, przejrzysta galaretka, którą ja zrobiłam z agarem wczoraj - wracając do swoich nastoletnich japońskich fascynacji - to idealny letni deser, orzeźwiający i moim zdaniem bardzo elegancki.

      galaretka imbirowo-cytrynowa   galaretka imbirowo-cytrynowa

      Składniki: duży kubek (taki na dwie szklanki) herbaty cytrynowo-imbirowej. Macie dwa wyjścia. Możecie albo zrobić sami taki gorący napój jak na przeziębienie (gorąca woda plus sok wyciśnięty przynajmniej z połówki cytryny, plus spory kawałek świeżego imbiru pokrojony w plastry, plus ulubione słodzidło). Albo możecie kupić dobrej jakości ziołową herbatkę o takim smaku. Wtedy zalewacie wrzątkiem dwie torebki herbaty. Świetną imbirowo-cytrynowo-żeńszeniową sprzedaje Marks i Spencer, a w moim lokalnym spożywczym na rogu właściciele sprowadzają fajne ekologiczne ziołowe i owocowe herbatki EccoMe, w tym taką z trawy cytrynowej. Mmmm. Ja użyłam herbaty-prezentu, niesamowicie aromatycznej wręcz, ale ponieważ dostałam jej tylko kilka torebek w plastikowym woreczku, a darczyńca mi ją sprezentowała i wyjechała, nie mam niestety zielonego pojęcia, kto ją wyprodukował. Ale jest wyborna. Więc będą wam potrzebne: dwie szklanki imbirowej herbaty, łyżka syropu z agawy (może być też płaska łyżka cukru trzcinowego albo łyżka miodu dla nie-wegan), dwie garstki truskawek, półtorej łyżeczki agaru.

      Instrukcje: Zaparzyć herbatę w dużym kubku. Zostawić na kilka minut pod przykryciem, żeby dobrze naciągnęła, następnie przelać (już bez torebek ani farfocli :) do rondelka i zagotować, razem ze słodzidłem. Stopniowo dosypać agar i dobrze rozmieszać. Powinien się rozpuścić. Truskawki umyć, pozbawić szypułek, pokroić w ćwiartki i rozłożyć w miseczkach, kieliszkach do szampana (wersja "ę-ą") albo pucharkach. Galaretki wystarczy dla: dwóch bardzo, bardzo głodnych osób, trzech umiarkowanie, lub czterech symbolicznie. Zalać truskawki galaretką. Odstawić do ostygnięcia, po czym na jakąś godzinkę wstawić do lodówki. Galaretki są pyszne tak po prostu, bez żadnych dodatków. Tak na marginesie, podobną galaretkę można zrobić z dowolnej owocowej herbatki, a także z wielu ziołowych herbat - na przykład z rumianku albo lipy. A truskawki nie są jedynymi nadającymi się do zalania owocami. Wyobraźcie sobie taki deser z zatopionymi poziomkami, borówkami albo jagodami. Kiwi też się sprawdzi. Ananas. Mango. Eksperymentujcie i bawcie się kombinacjami do woli, bo przecież taka słodycz jest zdrowa jak się tylko da.

      Embed_t6uc6xxb85ig1zutfslqhet2iqoyfwzz

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Owocny weekend. Galaretka imbirowo-cytrynowa z truskawkami”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 czerwca 2012 18:17
  • sobota, 09 czerwca 2012
    • Śniadaniowo bananowo kokosowo

      placuszki bananowo-kokosowe    placuszki bananowo-kokosowe    placuszki bananowo-kokosowe

      Znowu zrobiłam śniadaniowe placuszki. I mimo solennych obietnic, które złożyłam sama sobie rano (że jak normalny człowiek tylko zrobię śniadanie i je w prywatności i spokoju zjem, że żadnych fotek nie będę strzelać, że żaden internauta się o tym śniadaniu nie dowie) - chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle. Czyli mimo najlepszych chęci, blogowanie jest jednak silniejsze ode mnie, więc piszę oto i zamieszczam zdjęcia. Nici z "dnia bez komputera". Bo te placuszki się tak ładnie przyrumieniły, a te borówki takie fotogeniczne, a w ogóle to chyba jedno z lepszych śniadań, które ostatnio zrobiłam. Więc co robi Kucharka Zen, rasowa blogerka kulinarna? Jeszcze do końca nie zjadłszy śniadania, już jest przy komputerze (z talerzem gorących racuchów przed sobą) i to niedokończone śniadanie opisuje bliżej nieznanym osobom przed innymi komputerami. Ciekawe, czy na tym etapie uzależnienia w ogóle umiałabym tak po prostu coś ugotować, zjeść i już? No więc ja czytuję różne socjologiczne lamenty nad tym, jak to ludzie nie potrafią już analogowo żyć, bo czują, że żadna rzecz nie wydarzyła się naprawdę jeśli nie została przekuta na status update na Facebooku albo wpis na blogu. Tak jakby real nie istniał, dopóki nie stanie się swoją atrakcyjniejszą, kontrolowaną wersją w wirtualu. Jakąś podrasowaną cyfrową opowieścią ilustrowaną starannie wyselekcjonowanymi, retuszowanymi cyfrowymi zdjęciami. A niżej podpisana co? Znam zjawisko, smutkiem mnie ono napełnia, sama nad tym wszystkim biadolę, a tu zupełnie niespodziewanie odkrywam, że i ja mocno tkwię w szponach technologii. Padłam ofiarą systemu!

      Ale placuszki są jak najbardziej realne. Sami zobaczcie na zdjęciach. I smaczne tak, że cały dzień od razu inaczej będzie smakował. Kokosowe, bananowe i sezamowe.

      placuszki bananowo-kokosowe

      Składniki: dojrzały banan, łyżka miodu albo syropu klonowego albo syropu z agawy, 2 łyżki tahini, 1.5 łyżki mleczka kokosowego, kilka łyżek mąki orkiszowej (zależnie od konsystencji, jaką najbardziej lubicie), borówki (albo bardziej sezonowe owoce) do dekoracji.

      Sposób: Banana obierzcie i rozgniećcie widelcem na papkę. Dodajcie coś słodkiego, tahini i mleczko kokosowe i dobrze wymieszajcie. Dosypujcie po trochu mąki, stopniowo, sprawdzając czy odpowiada wam konsystencja ciasta. Wydaje mi się, że będzie je łatwiej smażyć jeśli będzie dość gęste, raczej "racuchowe" niż "naleśnikowe". Kiedy już uznacie, że ciasto jest gotowe, rozgrzejcie na patelni oliwę i nakładajcie na nią po łyżce ciasta. Placuszki świetnie smakują polane odrobiną syropu klonowego albo z agawy i posypane świeżymi owocami.

      A przepis dołącza do innych fajnych pomysłów na śniadania tutaj (klikając w banerek możecie się przenieść na stronę akcji):

      Embed_eac8eqhxf3pkdxz9c0b4lrceyjhdtqzz
       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Śniadaniowo bananowo kokosowo”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 09 czerwca 2012 10:35
  • środa, 23 maja 2012
    • Brownie fasolowo-bananowe! Bez stewii.

      brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe

      Wiem, że jestem troszeczkę szurnięta. Trudno. Moim wielkim kulinarnym marzeniem, a może mrzonką raczej, nieosiągalnym świętym Graalem, do którego można dążyć, ale którego nigdy na koniec się nie zdobywa, jest znalezienie przepisu na taki słodki wypiek, który nie zawierałby mąki pszennej, jaj, cukru ani mleka i który mogłabym jeść bezkarnie, z czystym sumieniem, na śniadanie, obiad oraz kolację. Bo wtedy nie potrzebowałabym już się żywić niczym innym... Więc szukam tego przepisu i szukam i czasem jestem blisko, być może nawet coraz bliżej tej swojej prywatnej utopii. Piekłam już babeczki z mleczkiem kokosowym zamiast jaj i ciasta z mlekiem sojowym zamiast krowiego, zastępując mąkę pszenną innymi - orkiszową, ryżową, gryczaną, kukurydzianą. Bywa, że udaje mi się wyeliminować dwie albo nawet trzy z czterech rzeczy, które chciałabym z ciastek usunąć na zawsze. Tyle że zwykle natykam się na ten sam problem. Czyli co zrobić z cukrem. Melasa? Trzcinowiec? Niewiele mniej szkodliwe od białego kolegi. Polecany przez wielu dietetyków syrop z agawy u nas w Polsce kosztuje straszliwe pieniądze, a ja już i tak stoję na krawędzi bankructwa. Syrop daktylowy albo kukurydziany - pyszne, słodkie jak ja cię nie mogę, ale rówież drogie niemiłosiernie.

      stewia

      Ale. Ale. Ku mojej wielkiej ciekawości, kiedy parę tygodni temu szłam sobie wzdłuż linii berlińskiego S-Bahnu numer 9, trafiłam na duży sklep ekologiczny, a w nim na calusieńką półkę pełną czegoś, o czym przedtem tylko piąte przez dziesiąte słyszałam, a chciałam wiedzieć więcej, czyli egzotycznego produktu pod nazwą stewia. W kropelkach, w proszku, w różnych stężeniach, w rozmaitych kształtach i wielkościach opakowań. Zakupiłam najładniej wyglądające pudełko (serio, zupełnie nic nie wiedziałam o stewii, a dodatkowo mówię tylko ein, zwei, drei po niemiecku, więc nie mogłam użyć innego kryterium dokonując wyboru) i przyjechałam z nim do Warszawy. A potem stało to pudełko sobie smętnie na półce, bo bałam się go wykorzystać, dopóki ktoś mi nie powiedział, że sam tego specyfiku używa do wypiekania ciast i ciasteczek i że sobie stewię chwali. Wtedy się odważyłam i zrobiłam badanie dostępnych źródeł. A tu niespodzianka:

      • Stewia jest stuprocentowo naturalna
      • Ma zero kalorii
      • Nie powoduje próchnicy zębów (yes, yes, yes!)
      • Jest bezpieczna dla diabetyków – nie podnosi poziomu cukru we krwi
      • Zależnie od formy, w jakiej ją kupujecie, może być nawet 250-450 razy słodsza od cukru
      • Rozpuszcza się w wodzie i alkoholach, więc pasuje do drinków, deserów, soków i kompotów
      • Jest odporna na wysoką temperaturę (do 200 °C) – może więc być używana do pieczenia i gotowania
      • Można ją długo przechowywać
      • Na podstawie kompleksowych, wieloletnich badań (w tym zleconych przez WHO, Światową Organizację Zdrowia) stwierdzono, że stewia jest nietoksyczna i można ją uznać za bezpieczną dla zdrowia.  Od wielu, wielu lat używa jej się na przykład w Japonii i Japończycy żyją, mając się całkiem dobrze. Robi furorę w Niemczech, natomiast reszta Unii jakoś nie może się do niej tak całkiem przekonać. Więcej informacji możecie znaleźć na przykład tu: http://stewia.info.pl/

      ciasto rabarbarowo-czekoladowe   ciasto rabarbarowo-czekoladowe

      Dla mnie bomba. Przeczytawszy te rewelacje zaczęłam się zastanawiać dlaczego biały cukier w ogóle jeszcze istnieje. Cóż więc zrobiłam w następnej kolejności? Upiekłam ciasto, oczywiście. Rabarbarowo-czekoladowe, bo zobaczyłam ten przepis na zaprzyjaźnionym blogu, zachwyciłam się i bardzo chciałam go wypróbować (oryginał jest pyszny). No i upiekłam. Moja wersja była... interesująca. Smakowała... szpinakiem. Szpinakiem zmieszanym ze słodzikiem. I to takim słodzikiem z opóźnionym zapłonem, bo informacja o słodyczy docierała do kubków smakowych po dobrej chwili od momentu konsumpcji. Zdziwiłam się trochę, że rabarbar po upieczeniu tak drastycznie zmienia aromat i tak wyraźnie daje do zrozumienia, że jednak jest warzywem, a nie owocem. Nie przyszło mi do głowy, że to nie rabarbar tak intensywnie zalatuje posłodzoną duszoną botwiną i że nietypowy, zielonkawy kolor ciasta to także sprawa nieprzypadkowa. Że to wszystko wina mojej stewii. Niezniechęcona, nie zaprzestałam więc eksperymentów i wczoraj spróbowałam upiec coś nowego. Ze stewią, a jakże. Zmiksowałam, co należy, zmieszałam co trzeba i wstawiłam do piekarnika. A kiedy się piekło, nagle zalała mnie fala euforii, bo zdałam sobie sprawę, że jestem bliżej niż kiedykolwiek przedtem spełnienia swoich dietetycznych marzeń. Moje wczorajsze ciasto było bowiem stuprocentowo bezmączne, obyło się bez mleka i jaj, a na dodatek udało mi się zastąpić cukier czymś, po czym uzębienie nie będzie płakać, a i wątrobie nie zrobię kuku. Święty Graal był mój!!!

      Albo i nie był. Bo wyjęłam z piekarnika kolejne lekko zielonkawe ciasto i poczułam intensywny aromat przesłodzonej słomy. Już się domyślałam, jak będzie smakować pierwszy kęs. Było strasznie. Strasznie. Niewypowiedzianie niesmacznie. Całe ciasto wylądowało w koszu, a ja obiecałam sobie, że zaprzestanę eksperymentów ze słodzikami, stawię czoła prawdzie i po prostu odstawię słodycze w jakiejkolwiek formie. Z drugiej strony nie chciałabym tak całkiem rezygnować z naturalnego, bezpiecznego, nietoksycznego zamiennika cukru. Muszę zapytać swoją znajomą, która ze stewią regularnie piecze, czy może coś źle zrobiłam. Czy za dużo mi się sypnęło? Czy sproszkowana stewia do pewnych ciast się nadaje, a do innych nie? Czy może w ogóle lepiej używać formy skroplonej? A może czegoś nie doczytałam na niemieckojęzycznym opakowaniu (na przykład, że to konkretne pudełko zawiera słodzoną karmę dla królików lub nawóz do kwiatów doniczkowych, a nazwa "stewia" na obwolucie to tylko taki humorystyczny chwyt reklamowy)?

      brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe   brownie fasolowo-bananowe

      Dzisiaj upiekłam wczorajsze fasolowo-bananowe brownie jeszcze raz. Tym razem z melasą z karobu. Okazuje się, że bez stewii jest przepyszne. Bezmleczne, bezmączne i bezjajeczne, czyli prawie Graal (chociaż podobno "prawie" robi dużą różnicę). Tak czy inaczej, dopóki nie użyjecie żadnego podejrzanego słodzika, mogę wam je polecić bez wahania. Przepis pochodzi ze zdrowego bloga Zdrowo Zakręconej.

      • 240g (puszka) odsączonej czerwonej fasolki
      • 2 dojrzałe banany
      • 1/3 szklanki miodu albo melasy
      • 1/4 szklanki kakao
      • 1/4 szklanki orzechów włoskich
      • 1/3 szklanki otrębów owsianych
      • szczypta soli

      Orzechy posiekać albo zmiksować na proszek i podprażyć na suchej patelni. Banany i fasolkę dokładnie zmiksować. Do puree dodać pozostałe składniki i wymieszać. Ciasto przełożyć do wyłożonej papierem do pieczenia okrągłej foremki o średnicy 20 cm. Piec w 150 stopniach przez 30 minut. Pokroić w kwadraty i się delektować.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Brownie fasolowo-bananowe! Bez stewii.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 23 maja 2012 18:12
  • poniedziałek, 21 maja 2012
    • Lody żurawinowo-bazyliowe

       lody żurawinowo-bazyliowe     żurawina     lody żurawinowo-bazyliowe

      Moje gelato numer dwa (drugie w życiu), tym razem całkiem eksperymentalne, bo tylko bardzo luźno nawiązujące do przepisu, który znalazłam w amerykańskim czasopiśmie "Eating Well". Pomyślałam, że skoro robię dla siebie czekoladowo-kardamonowe cudeńko na mleku kokosowym, to sprawdzę czy da się to zmodyfikować na potrzeby diety mojej alergicznej siostry. Dziewczyna biedna, mało co może jeść, więc przynajmniej strzeli sobie owocowo-kokosowego loda. Sprawdziłam listę dozwolonych przy jej alergii owoców i trochę lipa. Rodzynki... Nie mam tyle wiary w swój kunszt kulinarny żeby ryzykować lody rodzynkowe. Kiwi... To samo. Daktyle... Może kiedyś. Winogrona... Nie ten sezon. Porzeczki... Fajnie by było, ale nigdzie, w żadnym otwartym w niedzielne popołudnie okolicznym sklepie, nie znalazłam ani suszonych, ani mrożonych, ani nawet dżemu. Wreszcie trafiłam. Żurawiny. Żurawiny z bazylią.

      Porcja jednoosobowa: 80g dobrej jakości suszonej żurawiny (możecie poeksperymentować z mrożoną albo świeżą), duża puszka mleczka kokosowego (400ml), 5 łyżek syropu z agawy albo innego słodzidła, 1 łyżka skrobi kukurydzianej, łyżka albo półtorej drobno posiekanej bazylii (może być mrożona), szczypta soli.

      Instrukcje: Żurawinę zalać wrzątkiem i chwilę pomoczyć. Kiedy zmięknie, zmiksować ją na gładko z dwiema lub trzema łyżkami mleka kokosowego. W rondelku (jeszcze nie na gazie) rozmieszać syrop z agawy albo ulubiony cukier, bazylię, skrobię i sól. Stopniowo dolewać resztę mleczka kokosowego, porządnie mieszając. Włączyć gaz i podgrzewać na średnim ogniu do momentu, kiedy tuż przy brzegach rondla mieszanka zacznie puszczać bąbelki. Od tej pory pozwólcie jej się grzać przez 2-3 minuty, aż skrobia się całkiem nie ugotuje, bardzo energicznie mieszając, żeby nie przywarła do garnka i się nie przypaliła. Po 2-3 minutach wymieszać gorące skrobiowe mleczko kokosowe z żurawinami. Odstawić do ostygnięcia przynajmniej na 20-30 minut. Wstawić do lodówki na kolejne 30-40 minut, po czym włożyć do zamrażalnika. Po godzinie albo półtorej wyjąć i przemieszać. Włożyć z powrotem do zamrażarki i ze dwie godziny później powtórzyć mieszanie i zobaczyć, czy trzeba jeszcze mrozić, czy można już jeść :P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Lody żurawinowo-bazyliowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 maja 2012 11:08
    • Lody czekoladowo-kardamonowe

       wegańskie lody czekoladowe   wegańskie lody czekoladowe   wegańskie lody czekoladowe

      Pomysł na zrobienie lodów (pierwszych w całym moim dotychczasowym życiu) miał dwa źródła. Po pierwsze, sobotni eksperyment z nowo otwartą lodziarnią i jej śmietankowo-koperkowym majstersztykiem w gałkach. A po drugie, niespodziewaną i dość obsesyjną potrzebę wysprzątania całego mieszkania, która łapie mnie mniej więcej raz na rok i zwiastuje początek bardziej aktywnego i towarzyskiego letniego półrocza. Bo moim zdaniem w Polsce przejawiamy dwie skrajnie odmienne natury, ściśle związane z klimatem i aktualną pogodą. Przez ciemne, szare, bezlistne zimowe pół roku jesteśmy Skandynawami – chłodni, introwertyczni, powściągliwi, domowo-rodzinni. A przez drugie półrocze, od maja do mniej więcej września, zamieniamy się w naród Południowców – bardziej otwarci, przyjaźni i wylewni wylegamy do piwnych ogródków, zapraszamy kogo się da na działkowe grillowanie, przechadzamy się tabunami parkowymi alejkami i nadrzecznymi bulwarami. Tak jak reszta narodu, wchodzę więc właśnie w fazę śródziemnomorską i na dobry początek sprzątam. A sprzątając natykam się na stare czasopisma, na przykład bardzo mocno archiwalny numer amerykańskiego magazynu "Eating Well", który zamieścił przepis na zdrowszą wersję prawdziwego włoskiego gelato. No to ja, jako że na dworze przygrzewa słońce, a pod okolicznymi kawiarnianymi parasolami tłumy, już czuję się troszkę jak Włoszka i debiutuję w domowej gelaterii. "Gelateria Mocotoviana" będzie się nazywać moja lodziarnia, jeśli zadebiutuję z powodzeniem. Mocno czekoladowymi lodami z odrobiną kardamonu, na bazie mleczka kokosowego. Bez glutenu. Bez laktozy. Bez jajek. Ale za to z aromatem tak niemożebnie rozkosznym, że zanim lody trafiły do zamrażarki, już połowy nie było... Spróbujcie, a nie pożałujecie.

      Możliwe, że tak jak ja odrobinkę się obawiacie robić lody w domu. Rzecz w tym, że lody nie są trudne w przygotowaniu (piszę to już jako autorka dwóch pudełek gotowego produktu, w poniedziałek rano), natomiast wymagają trochę dyscypliny i dobrego zarządzania czasem. Bo kiedy już się je wstawi do zamrażalnika, to raz na jakiś czas, żeby nie zamarzły na kamień, trzeba je wyjmować i energicznie mieszać, rozbijając zbyt mocno zmrożone kryształki i krysztaliska. Nawet przyjemny proces. Można sobie włączyć film na DVD i pod koniec filmu sprawdzić jak się mają lody. A potem drugi film i znów po filmie skontrolować swoje gelato. Z braku filmu wystarczy nastawić minutnik na półtorej godziny, wyjąć lody, rozmieszać, wstawić z powrotem, a potem półtorej godziny później powtórzyć proces. A kolejne półtorej godziny później - znowu. Kłopot jeśli lody zaczęło się robić późnym popołudniem, jak ja, i po dwóch filmach człowiekowi się przysnęło, po czym obudził się już następnego dnia rano. Wtedy z lodami będzie inny rodzaj zabawy, bo nawet łyżeczkę trudno w nie wbić, co zresztą widać na jednym ze zdjęć...

      wegańskie lody czekoladowe 

      Porcja jednoosobowa: ¼ szklanki niesłodzonego, odtłuszczonego kakao, duża puszka mleczka kokosowego, 2 łyżki syropu z agawy i 2 łyżki brązowego trzcinowego cukru, 1 łyżka skrobi kukurydzianej, pół łyżeczki mielonego kardamonu, szczypta cynamonu, szczypta mielonych goździków, szczypta soli.

      Instrukcje: Wsypać kakao do średniej wielkości miski i domieszać tyle mleczka kokosowego żeby uzyskać gładką pastę. W rondelku (jeszcze nie na gazie) rozmieszać syrop z agawy albo ulubiony cukier, przyprawy korzenne, skrobię i sól. Jeśli nie możecie znaleźć w sklepie kardamonu albo nie bardzo macie ochotę sami mieszać przyprawy, trafiłam na taki śmieszny młynek z gotową mieszanką przypraw do deserów, który produkuje Kamis (nazywa się "Specialite. Młynek. Przyprawa do dań słodkich") i który jest fajny. Stopniowo dolewać resztę mleczka kokosowego, porządnie mieszając. Włączyć gaz i podgrzewać na średnim ogniu do momentu, kiedy tuż przy brzegach rondla mieszanka zacznie puszczać bąbelki. Od tej pory pozwólcie jej się grzać przez 2-3 minuty, aż skrobia się całkiem nie ugotuje, bardzo energicznie mieszając, żeby nie przywarła do garnka i się nie przypaliła. Po 2-3 minutach wymieszać mleczko kokosowe ze skrobią z kakaową masą. Odstawić do ostygnięcia przynajmniej na 20-30 minut. Wstawić do lodówki na kolejne 30-40 minut, po czym włożyć do zamrażalnika. Po godzinie wyjąć i przemieszać. Włożyć z powrotem do zamrażarki i godzinę później powtórzyć mieszanie, po czym jeszcze raz zamrozić, jeśli jesteście jeszcze w stanie im się oprzeć.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Lody czekoladowo-kardamonowe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 maja 2012 10:29
  • poniedziałek, 26 marca 2012
    • Pseudo-kutia

      kutia   śliwki

      Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Znów jakaś wrodzona przewrotność zamiast przygotowywać się na Wielkanoc, każe mi wracać do Gwiazdki, o zgrozo, traktując ją śniadaniowo. Bo przecież kutia to potrawa bożonarodzeniowa i kolacyjna raczej niż poranna. A ja ją wcinam w marcowe, prawie kwietniowe przedpołudnie. A może jednak prześwituje w tym wszystkim myśl o nadchodzącym świątecznym spotkaniu z rodziną? Mamy w końcu obie – ja i kutia - wschodnie korzenie. Kiedy nie chodziłam do szkoły w Warszawie, szalałam w domu dziadków na Lubelszczyźnie, nasiąkając nadwiślańskim krajobrazem, z jego lessami i glinami, rybnymi stawami i gęstym lasem, obserwując z okien sezonowe wizyty bocianów. Kiedy odwiedzam Podlasie albo Suwalszczyznę, czuję, że jestem w domu, rozpoznaję ten krajobraz jako swój własny, bliski jak żaden inny.

      Kutia, podobnie jak rodzina mojej mamy, pochodzi ze wschodu, chociaż ona do Warszawy wędrowała dłużej niż ja, bo nie z Lubelszczyzny, ale zza granicy, z Ukrainy, Białorusi i Litwy. Gdyby pojeździć po Polsce, poszukując gospodyń, które ją jeszcze regularnie przyrządzają, najwięcej kutii na świątecznych stołach znalazłoby się pewnie na Białostocczyźnie i na Dolnym Śląsku.

      Klasyczne składniki kutii to pszenica z makiem, miodem, orzechami i suszonymi owocami. W domach za naszą wschodnią granicą często przyrządza się jej odmiany – z pęczaku albo brązowego ryżu. Jeśli się jednak uprzemy przy pszenicy, okaże się, że, jesteśmy uprzywilejowani, bo możemy podjechać do sklepu ekologicznego i kupić pszenicę już obtłuczoną. Gdybyśmy mieszkali na dawnych Kresach, żeby przyrządzić to tradycyjne wigilijne danie, musielibyśmy wykonać najpierw ciężką, czasochłonną fizyczną pracę: zwilżyć otoczone twardą łuską ziarna, wsypać do płóciennego woreczka, a następnie mocno tłuc drewnianą pałką, co kilka minut wyjmując pszenicę i znów skrapiając ją zimną wodę. Dopiero po kwadransie albo dwóch bicia w lniany worek na przemian ze zwilżaniem, mielibyśmy gotowe do użycia ziarenka, które wystarczyłoby już tylko przepłukać i namoczyć żeby się łatwiej gotowały.

      kutia    kutia

      Tak więc dzięki sieciom ekologicznych sklepów nam przypada radość szybkiego kucharzenia. Możemy kutię potraktować umownie i do woli improwizować na bazie podstawowego przepisu. Próbować kasz i ryżów zamiast pszenicy. Tak jak ja mak zastąpić uprażonym kokosem. Z półki z bakaliami wybrać orzechy włoskie, laskowe, a może migdały. A potem tworzyć niepowtarzalne, autorskie kombinacje z rodzynkami, figami, kandyzowaną skórką pomarańczy, morelami, żurawinami, śliwkami, daktylami. Można nigdy nie zrobić dwóch identycznych wersji tego deseru. Moje dzisiejsze śniadanie (konsumowane wraz z aromatyczną orkiszową kawą) jest właśnie jedną z takich improwizowanych, robionych na poczekaniu, trochę naciąganych pseudo-kutii, ponieważ nie zawiera jej bazowego, tradycyjnego składnika, czyli maku (lenistwo...), ale dzięki temu szybciej się ją przygotowuje, a smakuje świetnie, bo bakalie ślicznie komponują się z miodem i pszenicą. Co ważne dla mnie, wielbicielki chrupania, importowane wiórki kokosowe i zupełnie nie-kresowe migdały, które również nie wchodziły w skład oryginalnych przepisów, chrupią wprost rozkosznie.

      Potrzebujemy: pół szklanki namoczonej na noc i ugotowanej do miękkości pszenicy, dwie łyżki płynnego miodu, po dwie łyżki suszonych śliwek i moreli (w razie potrzeby namoczonych, żeby zmiękły), po sporej garści wiórków kokosowych i kruszonych migdałów (uprażonych do lekkiego zbrązowienia na suchej patelni).

      Suszone owoce kroimy dość drobno, mieszamy z pszenicą, orzechami i wiórkami, dodajemy miód i wstawiamy na godzinkę-dwie do lodówki, żeby smaki zeszły się w całość.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 marca 2012 10:14
  • sobota, 24 marca 2012
    • Tapioka wiśniowo-czekoladowa

      czekoladowa tapioka    czekoladowa tapioka 2    czekoladowa tapioka 3

      Pomyślałam wczoraj o czymś słodkim dla wszystkich potrzebujących osłody (chociaż na dworze jest przecież lazurowo, słonecznie, spacerowo, więc na dobry humor wystarczy pewnie rzut oka przez okno), stąd dzisiaj druga odsłona leguminy z tapioki. Tym razem w wersji czekoladowej i wiśniowej, trzypiętrowej, zaskakującej kolejnymi warstwami o różnej fakturze.

      Najpierw budyń z tapioki:

      Zagotuj w rondelku pół litra wody. Do gotującej się wody stopniowo wsypuj, przez cały czas mieszając, około 80 gramów grysiku z tapioki. Nauczyłam się, że trzeba go dodawać stopniowo i że nie można przestać mieszać w najskuteczniejszy z możliwych sposobów, czyli popełniając błąd. Kiedy pierwszy raz przyrządzałam budyń tapiokowy, całą porcję grysiku wsypałam do wrzątku na raz i stanęłam nad garnkiem, nie wiedząc co dalej. Bardzo szybko okazało się, że grysik skleił się w jeden lepki, gumowy twór i trzeba go było pracowicie i długo rozdrabniać. Nie polecam. Wrzuć więc powoli grysik do wody i gotuj przez około pięć minut, nie przestając mieszać. Po pięciu minutach, dosyp łyżkę cukru trzcinowego i dolej pół puszki mleka kokosowego. Dodaj też półtorej łyżki dobrej jakości kakao. Gotuj (mieszając, mieszając) przez kolejne pięć minut, dopóki grysik nie zrobi się przezroczysty, a legumina gęsta.

      Potem sos czekoladowy:

      Do małego rondelka wrzuć pół tabliczki dobrej, gorzkiej czekolady, połamanej na kostki, razem z dwiema łyżkami mleka kokosowego. Podgrzewaj, mieszając drewnianą łyżką, dopóki czekolada się nie rozpuści i nie uzyskasz apetycznego sosu.

      Na koniec część artystyczna:

      W szklankach, przezroczystych miseczkach albo pucharkach ułóż na dnie warstwę konfitury wiśniowej albo wiśni w syropie. Ważne, żeby wiśnie były w całości. Warto też sprawdzić, czy osobie, które je drylowała nie omsknęła się ręka i czy nie zostawiła gdzieś pestki. Chyba że chcesz powtórzyć mój los i zaryzykować utratę uzębienia na takiej małej "niespodziance" :) Na wiśniach ułóż warstwę budyniu, a na budyniu rozsmaruj sos czekoladowy. Na koniec posyp deser płatkami prażonych na sucho migdałów albo prażonymi wiórkami kokosowymi. To oczywiście tylko propozycja, bo możesz ten deser serwować na różne sposoby, bawiąc się nim według własnej fantazji, na przykład układając więcej cieńszych warstw albo dodając migdały czy wiórki do środka, jako chrupiącą wstawkę.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      sobota, 24 marca 2012 13:14
  • środa, 21 marca 2012
    • Oko proroka (czyli tapioka)

      owoce leśne   tapioka   legumina

      Tapioka? Jeszcze do niedawna nie wiedziałam o niej zupełnie nic. Kojarzyła mi się rozkosznie staroświecko, z leguminą, szlafmycą, monoklem, bicyklem i kandelabrem. Z gromadką rumianych dziatek w pasiastych pidżamach, przy ciepłym świetle świecy dokarmianych czymś białym, miękkim i słodkim. Dzisiaj trafiłam w sklepie ekologicznym na opakowanie grysiku z tapioki (grysik, kolejne piękne słowo), więc postanowiłam go skosztować. Ale zanim uraczę was przepisem na bardzo udaną leguminę, przeczytajcie, proszę, dwie historie, które przypomniał mi jej smak:

      Historia pierwsza. Oko proroka.

      Kiedy byłam mała, a w sklepach bywało, że nic nie bywało, nie miałam o pustych półkach zielonego pojęcia, bo moja bohaterska matka zdobywała jakimś cudem co tylko się dało i wyczarowywała z tych zupełnie przypadkowych ingrediencji różne międzynarodowe niesamowitości. Oprócz rosołu, gołąbków i bigosu jadałyśmy więc z siostrą pizzę (ciasto drożdżowe z koncentratem pomidorowym, serem żółtym i tym, co akurat nawinęło się pod rękę), risotto (do dziś pamiętam smak ryżu zapiekanego z groszkiem i stopionym Edamskim), bardziej lub mniej udane wersje domowych lodów, oraz przedziwne wynalazki pod równie niespotykanymi nazwami – chociażby Kieszeń Biskupa albo na przykład Oko Proroka. Moja dzisiejsza legumina przypomniała mi właśnie to ostatnie danie, a właściwie deser. Oko Proroka widziane z góry wyglądało jak... oko i było autorskim pomysłem mamy, która z braku innych opcji dostępnych w osiedlowym spożywczym przyrządziła coś w rodzaju mlecznej galaretki z kleksem dżemu na środku. Nigdy tego nie zapomnę. I nie przebiję Oka Proroka moją tapioką, ale mogę dzięki niej przywołać pełne czułości wspomnienie i chociaż przez moment spróbować zrozumieć, ile codziennego, często niezauważonego, ale przecież niewątpliwego heroizmu składa się na wychowanie dzieci w niesprzyjających warunkach i niezbyt przyjaznym świecie.

      Historia druga. Tapioka.

      Nie przyszłoby mi dzisiaj nawet do głowy kupić grysiku z tapioki, gdybym parę lat temu nie obejrzała komedii romantycznej o pewnej pani z korporacji, którą zesłano z wielkiego miasta do niewielkiej mieściny w bardzo zimnym zakątku Minnesoty. W lekkim płaszczyku i za wysokich szpilkach, szczękając zębami i w duchu przeklinając swoich szefów, bohaterka poucza i strofuje miejscowych (o dziwacznym akcencie, przestarzałych fryzurach i ekscentrycznych zwyczajach), dopóki nie zda sobie sprawy, że owi miejscowi wiedzą o życiu i relacjach międzyludzkich dużo więcej niż jest gotowa przyznać. Nieoficjalną drugoplanową postacią jest w tym filmie popularny w USA pudding z tapioki, lokalny specjał, który namiesza w całej historii straszliwie, ale i doprowadzi do nieuniknionego happy endu. Deser ten je się przy każdej istotnej okazji, na święta, na pocieszenie, na zgodę i przeprosiny, na dobranoc i na do widzenia. Tapioka jest więc czymś więcej niż tylko słodyczą, jest społeczną instytucją, trochę jak herbata w Wielkiej Brytanii, wokół której ludzie kłócą się, godzą, nawiązują przyjaźnie i sojusze, kochają i rozstają. Trudno więc, żeby mnie taka poważna kulinarna instytucja nie zafascynowała i nie zainspirowała do eksperymentów.

      Z etykiety na opakowaniu grysiku z tapioki wyczytałam, że wytwarza się go ze skrobi z manioku, rośliny pochodzącej z Ameryki Południowej, a dziś uprawianej też w Afryce i Azji. Mąka z tapioki działa zagęszczająco, stąd jej wykorzystanie w sosach i deserach. I jeszcze jedna ciekawostka, na Tajwanie pije się tak zwaną pearl milk tea albo bubble tea, czyli mieszankę herbaty, mleka i soku owocowego, w której pływają charakterystyczne gumowate perełki, czyli bąbelki z tapioki. I takie właśnie bąbelki wypełniają mój przepyszny, leciutki, bezglutenowy, bezlaktozowy deser.

      Przepis na leguminę dla trzech głodnych albo czterech mniej głodnych osób:

      Doprowadzić do wrzenia pół litra wody. Do gotującej się wody stopniowo wsypywać, przez cały czas mieszając, około 80-90 gramów grysiku z tapioki. Gotować około pięć minut, nie przestając mieszać. Dolać pół puszki mleka kokosowego i dorzucić łyżkę albo półtorej miodu. Gotować kolejne pięć minut, dopóki grysik nie zrobi się przezroczysty, a legumina gęsta. Podawać z garścią płatków migdałowych, uprażonych na suchej patelni i z łyżeczką słodko-kwaśnej konfitury do każdej porcji.

      Słodko-kwaśna konfitura z leśnych owoców:

      Miseczkę leśnych owoców wrzucić do rondelka razem z łyżką miodu i łyżeczką świeżo startego imbiru. Gotować, od czasu do czasu mieszając, do momentu, kiedy z owoców odparuje sok, a same owoce zgęstnieją do konsystencji konfitury. Można taką konfiturę serwować z budyniem, leguminą, jogurtem albo z chlebem posmarowanym od serca masłem.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zdrowiej
      Czas publikacji:
      środa, 21 marca 2012 18:43

Kalendarz

Grudzień 2014

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi Durszlak.pl